Złote Klatki - Elizabeth Smal

Reflow text when sidebars are open.
Anderson jak zawsze biegł wzdłuż rzeki po szerokiej ścieżce rekreacyjnej. Nie tylko on był amatorem porannego sportu. Większość osób, które mijał, miała na sobie tak jak i on smartubrania[1], zasilane miniaturowymi, rozciągliwymi bateriami. Doskonale elastyczne bateryjki, nadrukowane na materiale w formie naszywki, napisu lub jakiegoś wymyślnego wzoru, były obecne wszędzie. Zdarzali się jednak także tradycjonaliści w zwykłej odzieży.
Wyprzedzali go ludzie na e-rowerach. Wspomagały one rowerzystę silnikiem elektrycznym i mogły być sterowane balansowaniem ciała. Miały dostęp do sieci internetowej i łączyły się ze smartfonem. Upakowanie nowych technologii w tego typu pojazdach nikogo już nie dziwiło. Rowery miały ramę z włókien węglowych. Mogły być napędzane wyłącznie siłą mięśni, silnikiem elektrycznym lub jednym i drugim naraz. W tym ostatnim sposobie pracy rower mógł osiągać dużą prędkość. Udostępnione były różne tryby jazdy. Oprócz jazdy tradycyjnej, wspomaganej silnikiem oraz jazdy wyłącznie na silniku - poprzez regulowanie prędkości pokrętłem - mógł udostępniać tryb jazdy na tylnym kole, który uzależnia ilość przekazywanej do niego mocy od nachylenia rowerzysty. Ponadto rower miał tryb treningowy, pozwalający na pedałowanie w równym rytmie po nierównym terenie lub przy silnym wietrze, silnik wyrównywał jazdę. E-rowery posiadały oczywiście komputer pokładowy, który mógł zapisać sekwencje trików, sterować oświetleniem, mierzyć czas i tym podobne. Z komputerem można było się połączyć za pomocą smartfona. W linkę hamulcową roweru wbudowana była antena, a to dawało liczne możliwości, takie jak sterowanie immobiliserem[2], przekazywanie trenerowi informacji o postępach, łączenie się z innymi rowerzystami czy publikowanie informacji o miejscu przebywania.
Niektórzy poruszali się na skatecycle'u, będącym połączeniem deskorolki i snowboardu[3]. Doskonale sprawdzały się podczas jazdy na płaskim terenie oraz w skateparkach[4]. Specjalna konstrukcja tej deskorolki ze skrętną osią oraz nowoczesną aluminiową obudową dawała ogromną satysfakcję z jazdy. Sprzęt posiadał dwa antypoślizgowe stopnie obsadzone wewnątrz dwóch poliuretanowych kół, połączonych skrętną osią. Oś umożliwiała napędzanie urządzenia poprzez wykonanie skrętu ciała, spowodowanego przeniesieniem stóp do wewnątrz i na zewnątrz. Koła w takim układzie ułatwiały pokonywanie przeszkód i były bardzo trwałe. Cała deskorolka ważyła mniej niż trzy kilogramy i łatwo się składała. Dzięki temu po zakończeniu użytkowania można było nawet nieść ją na ramieniu, uwalniając tym samym ręce. Niektórzy właśnie tak robili.
Nie brakowało również amatorów różnego rodzaju wrotek, nartorolek oraz łyżworolek. W większości osoby takie były ubrane w specjalne lekkie sportowe kombinezony, wyposażone w kierunkowskazy oraz światła przednie i tylne. Znacznie ułatwiało to poruszanie się, ponieważ dzięki świetlnym oznaczeniom byli bardzo dobrze widoczni dla innych użytkowników.
Bieganie i wdychanie rześkiego powietrza dodawało Johnowi energii na kolejne dni. Czas ten spędzał również na rozmyślaniu. Właśnie podczas biegania rozwiązał wiele spraw. Gdy się relaksował, pomysły przychodziły same. Miał czas na myślenie i skupienie.
Tym razem jego myśli krążyły wokół Colina. Nie widzieli się już dość długo, ale utrzymywali ze sobą kontakt. Przyjaciel wyjechał powłóczyć się po świecie, jednak już wrócił i umówił się z nim na dzisiejsze popołudnie. John cieszył się bardzo na to spotkanie. Miał też nadzieję, że Colin pomoże w sprawie pani Owson, gdyż opowiedział przyjacielowi o rozmowie z kobietą.
Nagle rozmyślania przerwał głos dochodzący ze smartfona, którego miał założonego na nadgarstku jak bransoletkę.
- Proszę uzupełnić płyn izotoniczny w ilości pięciuset mililitrów.
Anderson dotknął urządzenia wearable, potwierdzając tym samym, że usłyszał informację. Podbiegł do automatu, w którym można było kupić płyn izotoniczny i nie tylko. Automaty tego typu stały co kilkadziesiąt metrów przy każdej drodze rekreacyjnej.
Przyłożył swoją dłoń do wyświetlacza na maszynie, a następnie ją odsunął. Pokazało się menu. Wybrał odpowiedni produkt. Jednorazowa papierowa butelka wypadła na podajnik. Zapłata została zrealizowana poprzez wcześniejsze zeskanowanie wszczepionego w rękę czipa.
Oparł się o automat. Otworzył butelkę i zaczął pić małymi łykami. Obserwował, jak dorośli i dzieci spędzają czas, spacerując, biegając, jeżdżąc na sprzętach sportowych, siedząc na ławkach, czytając coś na giętkich e-czytnikach czy też uprawiając sporty wodne. W powietrzu latały drony monitorujące miasto i okolice. Odpoczynek po wysiłku przerwał dźwięk telefonu.
- Odbierz - powiedział detektyw do urządzenia na nadgarstku.
- Cześć, John - przez słuchawkę, którą miał założoną na uchu, usłyszał głos kolegi po fachu.
- Cześć, Ben. Co tam?
- Słuchaj - zaczął niepewnie rozmówca. - Wyskoczyła nam informacja, że czip Colina nie działa.
- Że co? Jak nie działa? No co ty, stary? - powiedział John ze zdenerwowaniem. - Może coś zagłusza sygnał?
- Nie, nie zagłusza. Sprawdziliśmy.
- A aktywował pomoc?
- Niestety nie aktywował prośby o pomoc.
- A biomed?
- Też nic.
- Cholera! - John kopnął ze złością w automat.
- Dzwonię do ciebie, bo lecę tam, gdzie urwał się sygnał, i tak sobie pomyślałem, że może będziesz chciał się ze mną zabrać.
- A Adele? To znaczy komputer domowy - poprawił się szybko. - Też nic nie wysłał?
- Niestety nie. Dron monitorujący już leci i ekipa sprawdzająca też. Mogę zaraz u ciebie być.
- Pewnie, że lecę, już aktywuję położenie - uruchomił w zmiennokształtnym telefonie czujnik naprowadzający, żeby kolega wiedział, skąd ma go zabrać.
Policyjny pojazd nadziemny przyleciał i delikatnie wylądował na trawie niedaleko automatu. Anderson szybko wskoczył do środka. Usiadł w fotelu, a pasy zapięły się automatycznie. Na przedniej szybie po stronie kierowcy wyświetlał się cel drogi.
- Ruszaj, kolego! - krzyknął.
- Okej.
- Ekipa doleciała?
- Jeszcze nie. Czekamy na połączenie.
- Mogliby się pospieszyć - mówiąc to, John uruchomił drugi wyświetlacz po swojej stronie pasażera. - O, coś widać.
- Automatyczny pilot - powiedział głośno kierowca i zaczął przyglądać się obrazowi przekazywanemu przez drona.
Widać było, jak ich koledzy wysiadają z pojazdu, wchodzą do domu Moore'a i po chwili zaczynają zabezpieczać miejsce. Żółta taśma zaczęła powiewać na wietrze podczas przymocowywania.
- Może nie chodzi o Colina - powiedział z nadzieją John.
Ben nie odezwał się. Obaj wpatrywali się w przednią szybę. W milczeniu dotarli na miejsce.
John wyskoczył z pojazdu, nie czekając, aż ten dotknie ziemi. Wbiegł do środka. Zobaczył, jak funkcjonariusze dokonują oględzin pomieszczeń.
- Gdzie? - zadał pytanie pierwszemu napotkanemu koledze.
- W ogrodzie - odpowiedział tamten i wskazał kierunek.
Nie potrzebował wskazówek, doskonale znał ten dom. Popędził w stronę tarasu.
- Przykro mi - powiedziała z daleka detektyw Rose Nixon. - Niestety to Colin. A przynajmniej tak nam się wydaje - wskazała na jacuzzi.
- Ale gdzie ciało? - John podszedł bliżej, wpatrując się w delikatne fale na powierzchni.
- To jest ciało - Rose pokazała na mętną ciecz.
- To? - z niedowierzaniem wskazał palcem i ogarnął wzrokiem wszystkich uwijających się wokół.
- Zrobiliśmy już wstępne oględziny i badania. Nasze pomiary wskazują, że zostało tu rozpuszczone ciało człowieka. Dlatego brak szczątków. Kwas rozpuścił dosłownie wszystko - wyjaśniła i spojrzała na służby medyczne krzątające się blisko nich. - Właśnie w tym miejscu urwał się sygnał Colina.
- Może to nie Colin? - John nerwowo kręcił głową.
- Niestety potwierdzenie DNA w tym przypadku będzie niemożliwe. Ktoś doskonale wiedział, że ciało po rozpuszczeniu w tym roztworze będzie nie do zidentyfikowania. Znaleźliśmy również cząsteczki czipa, które wolniej się rozpuszczają. Szukamy jakiegoś listu pożegnalnego czy czegoś w tym stylu. Nie wiemy, czy było to morderstwo, czy samobójstwo.
- Samobójstwo? - powtórzył zaskoczony.
- Bierzemy wszystkie możliwości pod uwagę. Postępujemy jak w każdym śledztwie.
- Wiem, wiem... - John potakiwał niespokojnie głową.
- Z pewnością wiesz. Dlatego najbliżsi nie mogą prowadzić śledztwa.
- Wiem, wybacz. Jestem w szoku. Miałem się z nim spotkać dziś po południu. Po prostu nie mogę w to uwierzyć.
- Rozumiem i naprawdę mi przykro. Przecież to też jest mój kolega z pracy. To znaczy był.
Zapadło milczenie. Patrzyli, jak ekipa pracuje na miejscu zbrodni. Zabezpieczano ślady i to, co pozostało po Colinie.
Anderson był tak otępiały, że nic do niego nie dochodziło. Nie mógł uwierzyć, że to się dzieje naprawdę. Wydawało mu się, że to jakiś sen.
Emily krzątała się po kuchni. Sprawdzała na wyświetlaczu inteligentnej lodówki, czy powinna może jeszcze coś dopisać do listy zakupów. Urządzenie samo robiło zakupy za pomocą internetu. Jeśli czegoś brakowało, zamawiało to ze stałego spisu bez angażowania właściciela. Dzięki temu nie było potrzeby pilnowania zaopatrzenia domowników w produkty żywnościowe. Dopisywano jedynie do listy jednorazowe lub kilkurazowe zachcianki. Wyspecjalizowane firmy dostawcze dostarczały zakupy pod drzwi w specjalnych pojemnikach. Wyświetlacz pokazał jej również przepisy na dania, jakie można przygotować z produktów dostępnych w lodówce. Informował też o dacie ważności artykułów spożywczych.
Następnie kobieta za pomocą tego samego wyświetlacza na lodówce połączyła się zdalnie z pralką, która stała w specjalnie do tego przeznaczonym pomieszczeniu w piwnicy. Zaprogramowała ją i włączyła bez schodzenia do niej.
Później dzięki temu samemu ekranowi włączyła zdalnie ekspres do kawy i zerknęła na domowy monitoring. Chciała zobaczyć, co porabia jej córka w ogrodzie. Dziecko grzecznie bawiło się na świeżym powietrzu o poranku. Wiedziała, że nic jej nie grozi, gdyż system inteligentnego domu w razie potrzeby natychmiast powiadomiłby o jakimkolwiek zagrożeniu. Była po prostu ciekawa, jaką zabawą zajmuje się dziecko. Dziewczynka na tarasie bawiła się w dom. Sadzała swoje lalki na ogrodowej huśtawce, rozmawiała z nimi i podawała im różne wymyślone smakołyki. Wpatrywanie się w ekran przerwało nadejście męża.
- Cześć, skarbie - przywitała Johna, który wszedł do kuchni.
- Ach, cześć - odpowiedział, wzdychając ciężko.
- Jak się czujesz? - zapytała, przytulając go do siebie.
- A jak mam się czuć? - oddał uścisk. - Chujowo - odpowiedział, uwalniając się z jej ramion, i usiadł na krześle przy stole.
- Naleję ci kawy - podeszła do dzbanka i nalała też sobie. - Chcesz coś zjeść? - zapytała, stawiając dwie filiżanki na stole.
- Nie. Nie mam apetytu.
- O, John. Wiem, jak ci ciężko - usiadła obok niego i wzięła go za rękę. - Może zostań dziś w domu.
- Nie, muszę rozwiązać tę sprawę z Colinem. Nie pozwolę, żeby i ona została umorzona.
- Ale może chociaż dziś powinieneś zrobić sobie wolne. Przygotowałeś cały pogrzeb. Był piękny. Powinieneś nabrać sił - patrzyła, jak wsypuje cukier do swojego ciemnego napoju.
- Nie. Muszę znaleźć zabójcę albo zabójców. Na dziś jestem już umówiony z Zackiem. Miał przejrzeć monitoring. Może coś znajdzie.
- Oby - powiedziała i wzięła łyk kawy, do której uprzednio nalała śmietanki.
- Ach, żeby tak było - też się napił. - Wiesz - odstawił filiżankę na podstawek. - Colin niedawno mówił mi o czipach. Żeby je założyć każdemu.
- Tak?
- Tak. Miał taką wizję, żeby każdy był pod kontrolą jak my, tylko trochę inaczej. My mamy czipy dla bezpieczeństwa, a i to nie działa. Colinowi nie pomogło. Ale on chciał zakładać takie czipy, żeby można było słuchać, co kto mówi. Żeby wiedzieć dokładnie, gdzie ktoś się znajduje. A w razie czego móc kogoś po cichu usunąć.
- Co ty mówisz? - zdziwiła się Emily.
- Powiedziałem mu, że to nigdy nie przejdzie. Nikt się na to nie zgodzi.
- Pewnie, że nie. To niewola. To byłby koniec wolności człowieka. Ludzie nie mogliby na przykład protestować, mieć własnego zdania, przeciwstawić się czemuś. Zaraz by ich wyłączono, delikatnie mówiąc. Bałbyś się też głośno coś powiedzieć. To byłby koszmar. Chodzilibyśmy jak roboty.
- Tak, masz rację. Jak roboty. Nie byłoby przestępstw, bandziorów i tej całej bandy. Każdy bałby się, że go wyłączą, zwykli ludzie żyliby w strachu. I żylibyśmy jak ptaki w złotych klatkach.
- O, dziękuję bardzo. Nie chciałabym czegoś takiego. Niby wolna, a jednak nie. Wieczna inwigilacja.
- Tak. To nie byłoby życie - zgodził się John. - Ale teraz trochę żałuję, że pomysłu Colina nie wprowadzono powszechnie.
- Co ty bredzisz? - zdumiała się żona. - Chciałbyś, żeby każdy miał takiego chorego czipa? Jak ty to sobie wyobrażasz? Żadnego wyboru? Rodzisz się i od razu taki czip?
- No nie do końca taki, o jakim mówił Colin. Ale chociaż taki normalny. Teraz przynajmniej bym wiedział, kto zabił mojego przyjaciela - wyjaśnił i zamyślił się.
- Ach, John. Rozumiem cię. Też bym chciała, żebyś znalazł tego drania albo drani. Jak oni mogli? Takie bandziory chodzą po ziemi. Tacy to czipów nie noszą, bo nie mogliby nic zrobić. Od razu wiadomo by było, że to ten i ten.
- Ale najgorsze w tym wszystkim jest to, że znowu nie mam dostępu do Adele. Nie mam dostępu do pamięci komputera, może tam bym coś znalazł. Miałem też nadzieję, że Zbiór Pamięci mi pomoże, ale wyskakuje, że nie ma takiej pamięci. Nie wiem. Nic z tego nie rozumiem. Dziwna sprawa. To Zack też sprawdza.
- No, rzeczywiście dziwne - przytaknęła żona.
- Mamo! Mamo! - do kuchni wbiegła ich córeczka. - Ja chcę ciastko - przystanęła przy blacie, na którym stała drukarka 3D.
- Dobrze - odpowiedziała Emily i podeszła do dziecka. - Jakie chcesz?
- To co zawsze - uśmiechnęła się dziewczynka.
- Okej - mama nacisnęła przycisk na wyświetlaczu drukarki.
Maszyna rozpoczęła pracę. Cichutko tworzyła kolorowy przysmak. John przyglądał się córce. Cieszył się w duchu, że nie ma przymusu czipowania ludzi. Nie wyobrażał sobie, żeby ona musiała kiedyś tak żyć - pozornie wolna.
- I co tam masz? - zapytał John, siadając przy gapiącym się w hologram monitora Zacku Redsonie.
- Mało, ale dziwnie - odpowiedział kolega i powiększył obraz. - Tutaj - pokazał na pierwszą ekspozycję. - Widać Colina z Markiem Owsonem.
- Z Markiem Owsonem? - zapytał z niedowierzaniem.
- Tak. Spotkali się w domu uciech, delikatnie mówiąc - uśmiechnął się jednoznacznie. - Kilka dni przed śmiercią Colina wchodzą do Potosu. Sam zobacz - wskazał na dwóch mężczyzn na ekranie.
- Widzę - John kiwnął głową. - No i...?
- Potem wychodzi stamtąd tylko Colin z fembotką. Wyraźnie widać kod kreskowy. Zabrał sobie panią do towarzystwa do domu. I jest u niego do dziś.
- Ale jak do domu? Jak do dziś? - przerwał John. - Co ty bredzisz?
- Ja tylko pokazuję, co zarejestrował monitoring. Weszła do domu Colina i nie wyszła. Oczywiście według monitoringu. Niestety jej sygnał urwał się w domu publicznym i nie mogłem jej dalej namierzać. Musiałem zdać się na to, co widać na kamerach.
- Ale to jest niemożliwe. Gdyby Colin był wcześniej w mieście, to na pewno dałby mi znać, że już wrócił. A żadnej fembotdamy u niego nie ma. Byliśmy tam. Dom jest pusty.
- Też się nad tym zastanawiam. Nic mi nie pasuje - Zack pokazywał na monitor i mówił dalej. - Sam zobacz. Czujniki wskazały, że Colin już od kilku tygodni jest w mieście, a wcześniej rzeczywiście jeździł po świecie i kraju.
- Niemożliwe - John z niedowierzaniem kręcił głową. - To jest niemożliwe.
- Niestety do Adele nie udało mi się jeszcze włamać, więc nie wiemy, co działo się w domu. Wiemy jedynie, że Colin dość często opuszczał miasto i jeździł do pobliskiej prywatnej kliniki Wenus. Może na coś chorował i nie chciał nikomu mówić? Albo chciał się upiększyć? - zażartował Zack. - Musisz to sprawdzić.
- A pamięć?
- Niestety też nic - pokazał na drugą ekspozycję monitora. - Cały czas wyskakuje, że nie ma takiej pamięci. Spróbuję to jakoś obejść.
W tym momencie rozmowę przerwała im Rose Nixon, obecnie przydzielona do Andersona.
- Cześć, partnerze - powiedziała, wkładając głowę między uchylone lekko drzwi. - Zbieraj się, mamy robotę. Pani Owson nie żyje.
John wstał i szybko wybiegł za Rose.
- Co się stało? - zapytał, doganiając ją.
- Jeszcze dokładnie nie wiemy - odpowiedziała, podążając do wyjścia. - Lecimy to sprawdzić. Dostaliśmy sygnał o braku funkcji życiowych.
- Ale co się mogło stać? - dociekał. - Jeszcze niedawno z nią rozmawiałem. Nie wyglądała na chorą.
- Nie wiem - partnerka o kruczoczarnych włosach spiętych w mały kok wzruszyła ramionami.
- Dawaj, ty pierwsza - John wskazał otwarte drzwi samochodu na parkingu.
Wskoczyli szybko do środka. Pojazd uniósł się i poleciał w wyznaczonym kierunku. Rozmawiali po drodze o możliwych przyczynach śmierci kobiety. Mogli się jedynie domyślać, a pewność zamierzali uzyskać na miejscu.
Dom znajdował się w zacisznej okolicy. Ekipa sprawdzająca już tam dotarła. Teren ogrodzono szerokimi żółtymi taśmami. Dokonywano wstępnych oględzin. Funkcjonariusze kręcili się tam i z powrotem, sprawdzając wszystko dokładnie.
Detektywi weszli do środka. Ujrzeli siedzącą na kanapie kobietę z głową zwieszoną w dół. Siedzisko i siwe włosy były czerwone od krwi.
- Jak tam? Raportujcie - powiedział John do szefa ekipy.
- Postrzał w tył głowy - objaśniał mężczyzna w średnim wieku, wskazując na denatkę. - Śmierć najprawdopodobniej na miejscu, ale to już określi patolog.
- Broń palna? - zdziwiła się Rose, gdyż mieli ją nieliczni, i to pod nadzorem.
- Tak - odpowiedział stanowczo zapytany.
- A pamięć? - dopytywał John.
- Niestety - mężczyzna rozłożył bezradnie ręce i zaczął wyjaśniać. - Sprawdziliśmy pamięć już w trakcie lotu na miejsce. Denatka nie widziała sprawcy, więc jej pamięć nie zarejestrowała tego, kto to zrobił. Ostatnie, co widziała, to ekran telewizora. Oglądała program przyrodniczy. Niczego się nie spodziewała. Sprawca zaszedł ją od tyłu. Nie widziała go. Podszedł i strzelił. Nie ma też śladów włamania.
- A drony? Monitoring? - dociekała Rose.
- Niestety, tu też jest problem. Akurat w tym czasie mieliśmy awarię systemu w tej okolicy. Nie możemy sprawdzić, czyje czipy były w pobliżu, ani nie mamy monitoringu z dronów i kamer. Może być też tak, że przez tę awarię nie działał zamek w drzwiach i każdy mógł się dostać do środka.
- Chyba za dużo tych zbiegów okoliczności - stwierdził John.
- Też tak myślę - przytaknął mężczyzna.
- Ja też - zgodziła się z nimi Rose.
- Powiadomiliście Marka Owsona?
- Tak, John, powiadomiliśmy. Powiedział, że zostawia wszystko w naszych rękach i że nie chce oglądać matki w takim stanie. Zgłosi się potem do identyfikacji zwłok.
- W porządku - pokiwał głową ze zrozumieniem. - Rozumiem go, ale i tak musimy z nim porozmawiać.
- To potem, a teraz chodź - powiedziała partnerka i pociągnęła go za sobą. - Rozejrzymy się jeszcze tutaj.
Ostrożnie poruszali się po pomieszczeniach. Dom, urządzony w kolonialnym stylu, otoczony niewielkim ogrodem, miał swoisty charakter. Wiele starszych osób pozostawało wiernych stereotypowym wystrojom wnętrz. Młodzi również od tego nie stronili. Nowoczesność przeplatała się z przeciętnością.