Rozdział 1
1
Doktor Kent Abner rozpoczął wielce zadowolony, na pełnym luzie dzień, w którym miała przyjść jego śmierć.
Ucałował na pożegnanie swego męża Martina, kiedy ten wychodził do pracy
- jak czynił to od trzydziestu siedmiu lat - a potem, wciąż w szlafroku,
rozsiadł się wygodnie z kolejną filiżanką kawy i zaczął rozwiązywać
krzyżówkę w komputerze - jak to miał w zwyczaju od niepamiętnych czasów
w dni wolne od obowiązków zawodowych. W tle leciała muzyka z opery
Mozarta Czarodziejski flet; nastawił ją w domowym zestawie stereo.
Kwiecień roku dwa tysiące sześćdziesiątego pierwszego był bardzo ciepły,
łagodne jak balsam powietrze przesycały wonie rozwijających się
błyskawicznie kwiatów, toteż w planach doktora znalazło się bieganie po
parku Hudson River, następnie wizyta na siłowni, wyciskanie ciężarów i szybki prysznic, a na koniec lekka przekąska w pobliskiej knajpce.
W drodze do domu planował zakupić bukiet świeżych kwiatów i pokręcić się
chwilę po markecie w poszukiwaniu oliwek, które tak lubił Martin, i może
jeszcze jakiegoś zestawu serów. Później chciał wstąpić do pobliskiej
piekarni po bagietkę i co tam mu się jeszcze na miejscu spodoba.
Kiedy Martin wróci do domu, otworzą butelkę wina, usiądą razem i pogadają, pojadając tartinki z serem. Pozostawi mu wybór, czy zjeść
obiad w domu, czy wyjść gdzieś na miasto. Miał nadzieję na romantyczne
zakończenie wieczoru, o ile oczywiście Martin nie będzie zbyt zmęczony.
Zwykle żartowali sobie, że Kent jako pediatra prowadził urocze
niemowlęta i czarujące dzieciaczki, podczas gdy Martin jako dyrektor
dwunastoklasowej prywatnej szkoły musiał lawirować pomiędzy czarującymi
dzieciaczkami a naburmuszonymi nastolatkami o szalejących hormonach.
Mimo to obaj świetnie dajemy sobie radę - myślał Kent, wypełniając puste
pola hasła dwadzieścia jeden pionowo.
TOKSYNA
Przez następną godzinę zabawiał się układaniem puzzli, po czym
wyszorował kuchnię, słuchając wciąż muzyki, wypełniającej dźwiękami
wnętrze ich domu w dzielnicy West Village.
Przebrał się w końcu w strój do biegania, a po chwili zastanowienia
wrzucił jeszcze na siebie cienką bluzę z kapturem. Spakował torbę na
siłownię, postanawiając z góry, że nim zacznie trenować biegi, zostawi
ją w szafce w przebieralni.
Kiedy zasuwał ekler, rozległ się dzwonek u drzwi. Nie spieszył się z otwarciem. Nucąc pod nosem, wyniósł torbę do salonu i cisnął ją na
koralową sofę, którą wybrali z Martinem pół roku temu, kiedy wzięli się
do przearanżowania wnętrza.
Zanim otworzył drzwi, zerknął wpierw na wyświetlacz wideofonu. Zobaczył
stojącą przed wejściem znajomą dziewczynę z firmy kurierskiej, która
zwykle dostarczała im przesyłki. Tym razem również trzymała niewielką
paczuszkę.
Odblokował zamki i otworzył drzwi.
- Dzień dobry! - rzekł.
- Dobry, doktorze Abner - odparła. - Mam dla pana paczkę.
- Właśnie widzę. Złapałaś mnie w ostatniej chwili. - Wziął pakunek i obdarzył dziewczynę uśmiechem. Za jego plecami przez otwarte drzwi
wylewała się na Bedford Street aria zemsty Królowej Nocy z drugiego aktu
Czarodziejskiego fletu. - Co za piękny dzień!
- Pewnie, że piękny. Dobrego dnia, panie Abner! - dodała, już schodząc w dół po schodach prowadzących na chodnik.
- Tobie też.
Kent zamknął drzwi i poszedł do kuchni, przyglądając się z uwagą
przesyłce. Ponieważ była zaadresowana do niego, otworzył szufladę i wyjął specjalny nóż do otwierania paczek. Rzucił jeszcze okiem na
etykietkę z adresem nadawcy. Widniał tam adres ze śródmieścia oraz nazwa
sklepu "Wszystko, co lśni", która nic mu nie mówiła.
Czy to prezent? - przeszło mu przez głowę, gdy rozcinał oklejone taśmą
pudło.
W środku, również starannie opakowane, znajdowało się drugie pudełeczko,
a właściwie prosta, gładka szkatułka z materiału imitującego ciemne
drewno, zamknięta na mały zameczek. Dołączono do niego kluczyk na
cienkim łańcuszku. Niewiele myśląc, włożył kluczyk do dziurki i otworzył
zapadkę.
W środku szkatułki, na grubej czarnej wyściółce, spoczywał niewielki
pojemnik - raczej na pewno bezwartościowy - w kształcie złotego jaja,
szczelnie zamkniętego na haczyk.
- Wszystko, co lśni - mruknął pod nosem Kent, otwierając zamknięcie.
Obie połówki jaja były jak gdyby sklejone ze sobą i z początku nie
chciały się otworzyć. Musiał użyć nieco więcej siły.
Ku swemu zdumieniu Kent niczego w środku nie zobaczył. Ani nie ujrzał
wydobywających się ze środka oparów, ani nie poczuł ich zapachu,
natychmiast jednak odczuł efekty ich oddziaływania: jego gardło
zacisnęło się nagle w supeł, płuca jakby się zapchały. Oczy zaczęły
palić go żywym ogniem, a dobrze wytrenowane mięśnie zadrżały.
Sekundę później jajko wypadło mu z ręki, ruszył na oślep w stronę okna.
Powietrza! Potrzebował na gwałt powietrza. Potknął się, upadł, próbował
się jeszcze doczołgać. Wszystko na nic. Cały jego system pokarmowy
eksplodował, zwracając lekkie śniadanie zjedzone z Martinem. Walcząc z rozdzierającym bólem, usiłował przepełznąć jeszcze kawałek w stronę
okna.
Skonał w konwulsjach, gdy królowa Mozarta wzięła wysokie F.
*
Było wiosenne, jasne popołudnie, kiedy porucznik Eve Dallas stanęła nad
ciałem doktora Kenta Abnera. Promienie stojącego nisko słońca wpadały
przez okna, których nie zdążył otworzyć. Oświetlały kałuże płynów
ustrojowych i kawałki potłuczonego plastiku.
Denat leżał twarzą do góry - mimo to po stłuczeniach na czole i skroni
Eve od razu rozpoznała, że najpierw padł bezwładnie do przodu. Miał
zaczerwienione, podpuchnięte oczy o zamglonym spojrzeniu, które nadała
mu śmierć. Patrzył teraz martwo wprost na Eve.
Ona z kolei widziała rozmazane po podłodze butami, dłońmi i kolanami
wydalone z jego ciała płyny ustrojowe. Ślady stóp, obwiedzione krwią,
żółcią i wymiocinami, znaczyły całą podłogę kuchni.
W takim stanie scena zbrodni jest gówno warta - pomyślała Eve.
- Posterunkowy Ponce! - krzyknęła na policjanta, który pierwszy przybył
na miejsce zbrodni. - Proszę o relację z przebiegu zdarzeń.
- Ofiara to doktor Kent Abner, lekarz znaczy się. Miał akurat dzień
wolny. Mieszkał tutaj wraz z mężem. Jego mąż, też doktor, tyle że nauk
humanistycznych, Martin Rufty, wrócił do domu po pracy, a jest
zatrudniony jako dyrektor w szkole imienia Theresy A. Gold. Gold to
złoto, więc od nazwiska założycielki mówią na szkołę Złota Akademia. No
więc Rufty wrócił do domu ze Złotej około szesnastej. Zobaczył ciało.
Wszedł wprost w te wszystkie wydzieliny, pani porucznik, odwrócił ciało
i, prawdę mówiąc, nim wezwał karetkę pogotowia, próbował go jeszcze
reanimować. - Mundurowy, człek o krzepkiej budowie, pokręcił głową,
patrząc na scenę zbrodni. - Później wszyscy weszli do środka i zadeptali
ślady, nim wezwali w końcu policję. Zrobiliśmy, co w naszej mocy, żeby
zabezpieczyć to, co zastaliśmy. Ofiara nie żyła od kilku godzin.
Ratownicy medyczni orzekli, że ciało było zimne i sztywne. No i że
wygląda to na zatrucie chemiczne.
- Gdzie jest teraz współmałżonek?
- Zabraliśmy go na górę. Jest z nim mój partner. Facet się strasznie
rozsypał.
- Okej. Proszę pozostać do dyspozycji - rzekła Eve i zwróciła się do
swojej partnerki: - Peabody! Ja zajmę się ciałem. Ty odszukaj nagrania z kamery monitoringu i rzuć na nie okiem.
- Tak jest! - Peabody ostrożnie stawiała kroki w swoich różowych
kowbojkach.
Eve kucnęła obok zwłok i otworzyła podręczną walizeczkę oględzinową.
Kiedy zabezpieczyła ręce gumą w spreju, włączyła dyktafon, a następnie
wyjęła Identipada w celu weryfikacji tożsamości ofiary.
- Denat zidentyfikowany jako Kent Abner, zamieszkały pod tymże adresem.
Wiek: sześćdziesiąt siedem lat. Stłuczenia i otarcia na czole, lewej
skroni, a także na lewym kolanie. Ich stan wskazuje na ścisły związek z upadkiem. Na opuszkach kciuków obu rąk rany wyglądające na oparzenia.
Wystąpiło stężenie pośmiertne ciała. Oczy ofiary są zaczerwienione,
opuchnięte. - Ostrożnie otworzyła usta mężczyzny. - Spuchnięty jest
również język. Wygląda, jakby był oblepiony... pozostałościami piany,
śliny i wymiocin. Z nozdrzy wypłynęła zaschnięta obecnie mieszanina krwi
i śluzu. - Wyjęła przyrządy pomiarowe. - Czas zgonu: dziewiąta
czterdzieści trzy. Peabody! Przewiń nagranie do dzisiejszego poranka.
Sprawdź, o której wyszedł jego współmałżonek i czy ktokolwiek jeszcze
potem przychodził.
- Owszem. Mam tu mężczyznę w tweedowej marynarce - zaczęła Peabody -
gość pod sześćdziesiątkę, około metra dziewięćdziesięciu wzrostu, na oko
osiemdziesiąt kilogramów. W ręce neseser. Kieruje się wprost do drzwi.
Wchodzi do środka kilka minut po szesnastej. Ma kartę dostępu, wprowadza
kod. Wpuszcza do środka zespół ratowników medycznych o godzinie
szesnastej dziesięć. Dwóch mundurowych przybywa o szesnastej szesnaście.
- Policjantka z krótkimi ciemnymi włosami, ściągniętymi jak zwykle w krótką, podskakującą kitkę, rzuciła okiem w stronę drzwi. - Przejrzę raz
jeszcze wstecz - dodała.
Eve znów przystąpiła do oględzin ciała.
- Brak ran świadczących o napaści czynnej lub otrzymanych w samoobronie.
Głowa i kolano: możliwe uderzenie, ale obrażenia wyglądają raczej na
związane z upadkiem. Denat był dobrze zbudowanym mężczyzną,
prawdopodobnie fizycznie sprawnym i silnym. Niewątpliwie walczyłby w swojej obronie, gdyby miał taką możliwość. Może zjadł coś lub wypił?...
- Ten sam mężczyzna, zapewne współmałżonek, wychodzi z domu o siódmej
dwadzieścia z rana. Wcześniej nie ma żadnego ruchu. Aha! Jest jeszcze
coś... Kobieta w uniformie firmy kurierskiej Global Post & Packages.
Dzwoni do drzwi o dziewiątej trzydzieści sześć. Otwiera jej nasz
nieboszczyk. Zachowuje się przyjaźnie, jakby się dobrze znali. Odbiera
paczkę, kobieta odchodzi.
Eve wstała i podeszła do kuchennego blatu.
- Standardowe kartonowe pudełko do pakowania przesyłek? - podjęła po
chwili. - Sześcian o ściance długości piętnastu centymetrów?
- Tak, dokładnie takie - potwierdziła Peabody. - Przewijam dalej. Nie ma
nic pomiędzy dostarczeniem przesyłki a powrotem małżonka. - Wróciła do
kuchni.
- Tutaj leży nóż do rozcinania paczek. Mężczyzna zmarł siedem minut po
otrzymaniu przesyłki. Przynosi ją tutaj i od razu otwiera - dedukowała
Eve. - Wyjmuje z niej tę szkatułkę z taniej imitacji drewna z małym
zameczkiem i dołączonym kluczykiem. Otwiera. Na podłodze leżą rozbite
kawałki jakiegoś kruchego materiału: prawdopodobnie kolejny pojemnik z zewnątrz malowany na złoty, błyszczący kolor, biały od środka. Może to
twardy plastik. Ten pojemnik coś krył. Mężczyzna otwiera go i... Szlag! -
Nagle cofnęła się o kilka kroków. - Wezwij natychmiast służby
neutralizujące i zabezpieczające substancje niebezpieczne.
- A niech to cholera! - zawtórowała Peabody.
- Małżonek żyje, nic się też nie stało zespołowi ratowników medycznych
ani policjantom, którzy przybyli na miejsce zdarzenia. Cokolwiek to
było, musiało ulec całkowitemu rozproszeniu. Mimo to wezwij ich i poinformuj, że mamy do czynienia z nieznaną substancją toksyczną.
Eve ponownie podeszła do kuchennego blatu i przebiegła wzrokiem dane
nadawcy, umieszczone na pudełku.
- "Wszystko, co lśni". - Sprawdziła w internecie. - Nie ma takiego
sklepu. Adres też jest fałszywy.
- Jednostka jest już w drodze - zameldowała Peabody. - Radzą nam,
żebyśmy się stąd czym prędzej ewakuowały.
- Jest już na to za późno. Siedem minut, Peabody. Odejmij ze dwie, aby
tu dojść, wyciągnąć nóż do rozcięcia pudełka i wszystko pootwierać.
Kiedy się zabrał do rozbrojenia paczki siedem godzin temu, właściwie już
nie żył. - Zastanowiła się, co dalej. - Wyślij mundurowego Carmichaela
oraz funkcjonariuszkę Shelby do firmy wysyłkowej Global Post &
Packages, dowiedz się, w którym miejscu wrzucono paczkę do wysłania, kto
ją wrzucił, czy mają tam monitoring i kamery z zapisem obrazu. Później
skontaktuj się z kostnicą i poinformuj ich, że mamy nieboszczyka do
zbadania na cito.
- Dallas! Dotykałaś go!...
- Zabezpieczonymi dłońmi - odbiła piłeczkę Eve. - Dotykał go i jego
małżonek, i ratownicy medyczni. Cokolwiek go zabiło, nie jest już
aktywne. Wykonało swoją robotę.
Znieruchomiała na moment niczym posąg, wysoka, o wysportowanej,
szczupłej sylwetce, z krótką grzywą kędzierzawych włosów, przenikliwym
spojrzeniem piwnych oczu, w brunatnej skórzanej kurtce i brązowych
ciężkich butach.
Podstawowe zasady bezpieczeństwa - napomniała się w myślach.
- Najpierw oczyszczę i zdezynfekuję ręce, stosując się do wymagań
regulaminu - rzekła. - Kiedy to zrobię, porozmawiamy z małżonkiem.
Trzeba pozbierać wszystkie ubrania, zabezpieczyć je w workach i zawieźć
do przebadania; te, które mąż miał na sobie, kiedy dotykał denata.
Skieruj to do laboratorium substancji niebezpiecznych - poleciła
partnerce, po czym schwyciła swoją walizeczkę oględzinową i ruszyła w poszukiwaniu toalety z umywalką lub łazienki. - Skontaktuj się wpierw z firmą kurierską - rzuciła przez ramię. - Musimy porozmawiać z kobietą,
która dostarczyła przesyłkę.
Może być już na to za późno... - myślała, szorując dłonie specjalnym
pilingiem w eleganckiej toalecie o rdzawoczerwonych ścianach.
Zgodnie z kodeksem małżeńskim - który sama opracowała i spisała na
własny użytek, a którego przestrzegania bardzo pilnowała - powinna teraz
poinformować o wszystkim własnego małżonka. Roarke wprawdzie odnosił się
z pełnym zrozumieniem do jej absurdalnych godzin pracy, ale do ustaleń
własnoręcznie spisanego kodeksu należało się stosować.
Peabody podeszła do drzwi.
- Carmichael i Shelby są już w drodze do firmy kurierskiej. Mam też
nazwisko osoby, która dostarczyła tę konkretnie przesyłkę. To Lydia
Merchant. Zakończyła pracę o zwykłej porze, udało mi się zdobyć
wszystkie jej dane kontaktowe.
- Sprawdź ją od razu. Byłoby dość dziwne, gdyby chciała otruć klienta,
sama dostarczając mu paczkę, jednak głupota ludzka nie zna granic.
Eve poczekała jeszcze na ekipę toksykologów, ze stoickim spokojem
zniosła badanie skanerem, aby upewnić się, że jej ciało nie wchłonęło
żadnych substancji trujących, i zaczęła słabo protestować, dopiero kiedy
laborant-technik uparł się pobrać jej krew i wykonać na miejscu badanie
na obecność toksyn. Zgodziła się jednak, zdając sobie sprawę z tego, że
lepiej dmuchać na zimne. Chciała to mieć już za sobą i ruszyć dalej z robotą.
Po skontrolowaniu krwi i uzyskaniu wyniku negatywnego powędrowały z Peabody na górę przeprowadzić rozmowę z małżonkiem. Po drodze młodsza
policjantka odszukała informacje o Lydii Merchant.
- Dziewczyna ma dwadzieścia siedem lat - zaczęła. - Zatrudniona od
sześciu lat w GP & P. Czysta karta zatrudnienia, brak jej nazwiska w rejestrach kryminalnych.
- Mimo to i tak z nią porozmawiamy - odrzekła Eve.
Ubrania Rufty'ego zostały już spakowane do plastikowych worków i zabezpieczone. Mężczyzna znajdował się w kąciku wypoczynkowym sypialni,
całej tonącej w rdzawych czerwieniach i starym złocie. Siedział na
miękkiej dwuosobowej sofce, widocznie cierpiąc, wciąż w szoku. Przebrał
się w szare dresowe spodnie i granatowy podkoszulek ze złotymi literami
T.A.G. na piersi.
Miał wypielęgnowaną brązową kozią bródkę z blond pasemkami, dopasowaną w kolorze do kudłatej czupryny. Był wysokim, postawnym mężczyzną o pociągłej twarzy i ciemnobrązowych oczach, w tej chwili pełnych łez.
Na serdecznym palcu lewej ręki nosił obrączkę z białego złota -
identyczną jak denat. Obie dłonie splótł tak mocno, jakby go to miało
uchronić przed rozsypaniem się w kawałki.
Eve dała znak mundurowemu, który siedział obok.
- Zacznijcie z partnerem przepytywać sąsiadów - poleciła. - Chcę się
dowiedzieć, czy ktoś coś zauważył. Jeśli dotykaliście ciała lub
czegokolwiek innego, musicie się poddać badaniu toksykologicznemu w celu
neutralizacji potencjalnych trucizn.
- Tak jest, pani porucznik! - Odchodząc, spojrzał przez ramię na
Rufty'ego. - On chce zadzwonić po swoje dzieci, lecz jak na razie udało
mi się go od tego odwieść. Na pewno dotykał ciała.
- Do tego też dojdziemy. Na razie proszę zabrać na dół torby z ubraniami
i oddać je technikom. Niech ktoś od nich przyjdzie tu na górę i przeskanuje męża ofiary.
Podeszła do Rufty'ego i usiadła naprzeciw niego w głębokim czerwonym
fotelu.
- Panie Rufty - zaczęła spokojnie - jestem porucznik Dallas, a to moja
partnerka, detektyw Peabody. Nasze kondolencje.
- Ja... Muszę porozmawiać z dziećmi. Nasze dzieci... Muszę...
- Wkrótce będzie mógł pan to zrobić. Zdaję sobie sprawę, że to trudny
dla pana czas, musimy jednak zadać kilka pytań.
- Ja... Wróciłem do domu i już od drzwi zawołałem coś w stylu: "Jezu!
Kent! Co za dzień! Musimy koniecznie to oblać!". - To rzekłszy, zakrył
swą pociągłą twarz dłońmi o długich palcach. - Poszedłem od razu do
kuchni i... i... Kent... Kent... Leżał na podłodze. On był... próbowałem... nie
mogłem... on był...
Peabody pochyliła się ku niemu, ujęła jego dłoń i przykryła swoją.
- Bardzo nam przykro, doktorze Rufty. Nie mógł pan nic zrobić.
- Jednakże... - Odwrócił się do niej, jego twarz wyrażała rozpaczliwą
prośbę: pomóż mi! wytłumacz! zrób coś, żeby to powstrzymać!
Przynajmniej tak to widziała Eve.
- Nie rozumiem... - ciągnął. - Był okazem zdrowia. Zawsze mnie namawiał do
ćwiczeń, do zdrowego odżywiania. Był taki silny, taki wysportowany. Nie
rozumiem... Zamierzał pobiegać dziś przed południem. Zawsze chodził
pobiegać, ilekroć miał wolne od pracy. Biegał nawet w przerwie na lunch,
o ile pozwalał mu na to grafik przyjęć pacjentów. Miał zamiar dokończyć
krzyżówkę, a potem pobiegać.
- Panie Rufty! - Odczekała, aż rozbiegane piwne oczy na nowo się na niej
skoncentrowały. - Czy oczekiwaliście nadejścia paczki w dniu
dzisiejszym? Lub jakiejkolwiek przesyłki?
- J-ja pojęcia nie mam. Nie mogę zebrać myśli.
- Czy kiedykolwiek zamawialiście coś z outletu o nazwie "Wszystko, co
lśni"?
- Nie sądzę.
- Czy przesyłki dostarczała wam firma kurierska Global Post &
Packages?
- Tak. Owszem, dostarczała je nam Lydia, ale ja... - Przyłożył dłoń do
skroni. - Nie sądzę, żebyśmy tym razem coś zamawiali. Nie przypominam
sobie.
- W porządku! Proszę na mnie spojrzeć, panie Rufty! Czy zna pan kogoś,
kto chciał skrzywdzić pańskiego męża?
- Co takiego?! - Mężczyzna drgnął. Na jego twarzy odmalował się szok. -
Skrzywdzić Kenta? Nigdy! W życiu! Nie, na pewno nie. Wszyscy go
uwielbiali. Wszyscy! Nic nie rozumiem.
Eve z całkowitym spokojem wysłuchała jego krzyku. Rozpaczy
wyartykułowanej wysokim, łamiącym się głosem.
- Może ktoś z jego biura? Z przychodni, gdzie prowadził praktykę? Z waszego sąsiedztwa?
- Nie, nie! Kent prowadzi wspaniałą przychodnię. Leczy niemowlęta i małe
dzieci. Doskonale mu się tam wiedzie. Pracuje tak ciężko dla swoich
małych pacjentów. Może pani spytać każdego - dodał, a jego głos znów
wskoczył na wysokie tony. - Może pani spytać kogokolwiek, wszystkich,
którzy tam pracują. Wszyscy bez wyjątku uwielbiali Kenta!
- W porządku. Byliście bardzo długo małżeństwem. Czy mieliście jakieś
problemy?
- Nie i jeszcze raz nie. Kochaliśmy się. Mamy wspólne dzieci. Mamy
wnuki. Muszę się skontaktować z naszymi dziećmi.
Kiedy zaczął łkać, Peabody podeszła i usiadła tuż obok niego.
- Wiem, że to trudne - powiedziała. - Czy Kent wspominał może o kimkolwiek, kto mógłby go niepokoić? Czy kiedykolwiek wspomniał o kimś
lub o jakimś przypadku, który by wzbudził u niego jakiekolwiek obawy?
- Nie. Nic, o czym bym pamiętał. Nie, nie. Nie rozumiem. Co się
właściwie stało? Co się stało? Czy ktoś skrzywdził Kenta?
- Panie Rufty! - Eve nie miała innego wyjścia, jak powiedzieć mu to
prosto z mostu. - Sądzimy, że doktor Abner dostał dziś z rana przesyłkę
zawierającą jakieś toksyczne związki, które spowodowały jego śmierć.
Łzy dalej płynęły z oczu mężczyzny, lecz jego ciało stężało. Wyprostował
się jak struna.
- Co? Co takiego?! Czy chcecie przez to powiedzieć, że ktoś zabił Kenta?
Ktoś przysłał coś na nasz adres, do naszego domu? Przysłał coś, co go
zabiło?!
Eve wstała, słysząc pukanie do drzwi, i wpuściła do środka technika
ekipy likwidującej ślady zbrodni, ubranego w biały kombinezon.
- Musimy zachować środki ostrożności. Skoro dotykał pan ciała ofiary,
poprosimy o poddanie się przeskanowaniu. Będziemy też zmuszeni prosić o zgodę na pobranie krwi w celu jej przebadania. Możliwe, że paczka, którą
otworzył denat, zawierała jakieś toksyczne substancje.
- Nie ma takiej możliwości! - Mężczyzna natychmiast odrzucił wszelkie
sugestie. - Nikt nigdy by czegoś takiego nie zrobił. Nikt, kto znał
Kenta, nie uczyniłby niczego takiego.
- Mimo wszystko musimy zachować ostrożność - powtórzyła Eve, patrząc
Rufty'emu w oczy. - Zamierzamy uczynić wszystko, co w naszej mocy, ażeby
wykryć, co się stało pańskiemu mężowi.
- Kochał go pan - wtrąciła Peabody łagodnym tonem. - Na pewno pan chce,
żebyśmy wykryli sprawcę.
- Tak. Róbcie to, co macie do zrobienia. A potem, proszę, pozwólcie mi
zawiadomić dzieci. Muszę porozmawiać z naszymi dziećmi.
Eve odczekała, aż Rufty zostanie przeskanowany, przebadany oraz poddany
powierzchniowej neutralizacji. Cokolwiek zabiło Kenta Abnera, uległo
rozkładowi, zanim ktokolwiek zbadał jego ciało.
- Teraz może pan zadzwonić do dzieci - poinformowała Eve Rufty'ego. -
Czy jest jakieś miejsce, do którego mógłby się pan przenieść na kilka
dni? Lepiej by było, gdyby pan nie został tutaj.
- Mógłbym pomieszkać u naszej córki. Utrzymywaliśmy bliższe kontakty.
Syn mieszka w Connecticut, ale Tori wraz z rodziną ma mieszkanie kilka
przecznic od nas. Mogę się u niej zatrzymać.
- Zorganizujemy panu transport i przewieziemy tam, kiedy będzie pan
gotów.
Rufty zamknął oczy, a kiedy je otworzył, po łzach nie było już śladu. W jego spojrzeniu tliła się determinacja.
- Muszę się dowiedzieć, co się stało mojemu mężowi. Ojcu moich dzieci.
Mężczyźnie, którego kochałem przez czterdzieści lat. Jeśli ktoś istotnie
dopuścił się takiego czynu, jeśli ktoś go skrzywdził, muszę wiedzieć,
kto to zrobił. I dlaczego.
- Odnalezienie odpowiedzi na te pytania to nasza praca, panie Rufty.
Jeśli cokolwiek się panu przypomni, cokolwiek - podkreśliła Eve - proszę
się ze mną skontaktować.
- Kent był takim dobrym człowiekiem! Kochającym wszystkich. Nigdy w życiu by nikogo nie skrzywdził. Wszyscy go lubili. Uwielbiali go.
Ktoś go jednak nie lubił - pomyślała Eve.
- Wierzę mu - odezwała się Peabody, kiedy opuszczały miejsce zbrodni. -
Faceta to nieszczęście dosłownie zwaliło z nóg. Nie kłamał, kiedy mówił,
że nie zna nikogo, kto mógłby wziąć na Abnerze odwet.
- Zgadzam się, tylko że współmałżonek nie zawsze o wszystkim wie. Musimy
podrążyć w życiu Abnera, w jego pracy, zwyczajach, hobby. Może wypłyną
jakieś pozamałżeńskie związki?
Peabody pokiwała głową, podziwiając jednocześnie dom z brązowego
piaskowca z małym przedogródkiem. Uwagę przyciągały zwłaszcza rozkwitłe
niedawno tulipany.
- Wiesz, byłoby o wiele gorzej, gdyby się okazało, że to był totalny
przypadek. Pech. Zły los. Fatum.
- E tam! Dajże spokój z tym swoim "o wiele gorzej". Paczkę zaadresowano
do konkretnej osoby, więc musimy szukać konkretów. Tymczasem zamieńmy
słówko z dziewczyną z firmy kurierskiej.
Peabody wstukała jej adres do nawigacji w desce rozdzielczej samochodu.
- Nic ci nie jest, dobrze się czujesz? - chciała się jeszcze upewnić.
- Nic mi nie jest - odrzekła Eve. - Przecież nasza ekipa
medyków-wampirów wyssała ze mnie całą krew i zneutralizowała wszelkie
toksyny.
- Taa... Poczuję się zdecydowanie lepiej, kiedy zidentyfikują te toksyny.
- Peabody wyjrzała przez okno ze ściągniętymi brwiami. - Denat leżał tam
od kilku godzin. Dobrze chociaż, że cokolwiek to było, uległo
rozkładowi, wszyscy pozostali żyją. Źle, że nieboszczyk leżał tam tyle
godzin.
- Mhm... Pomyśl tylko: paczkę dostarczono z samego rana. A zatem ktoś
dokładnie wiedział, że nikt się nie zjawi w mieszkaniu aż do późnego
popołudnia. To mi wygląda na zabójstwo konkretnej, wybranej osoby.
Zauważ, że zginął tylko Abner. - Eve, przeciskając się między sznurami
aut, wybrała na swoim naręcznym zegarku wielofunkcyjnym numer
funkcjonariuszki Shelby. - Cześć! No i co tam słychać? Co ci się udało
ustalić?
- Firma prześledziła trasę przesyłki aż po paczkomat w West Houston,
pani porucznik. Nadawca zalogował się do automatycznej, samoobsługowej
wrzutni, działającej po godzinach pracy dyspozytorni, punktualnie o dwudziestej drugiej.
- Są jakieś nagrania z kamer ochrony?
- No właśnie, w tym sęk, pani porucznik. Bo kamera miała awarię od
dwudziestej pierwszej pięćdziesiąt osiem do dwudziestej trzeciej zero
dwa.
- Awaria, powiadasz? Tylko idiota nazwałby to przypadkowym zbiegiem
okoliczności.
- Tak jest, pani porucznik! Funkcjonariusz Carmichael, który idiotą nie
jest, od razu wezwał ekipę speców od technik operacyjnych w celu
sprawdzenia kamer ochrony i nagrań z tej dyspozytorni. Jeśli jednak
zabójca okaże się idiotą... Za wysyłkę paczki zapłacono smartfonem. Miała
zostać dostarczona z samego rana następnego dnia. Rzeczoną płatność
ściągnięto z konta niejakiej Brendiny A. Coffman, lat osiemdziesiąt
jeden, zamieszkałej przy ulicy Bleecker numer trzydzieści osiem,
mieszkania jeden A.
- Od razu złożymy jej wizytę. Dobra robota, Shelby!
Peabody nie zdążyła się wczepić dłonią w uchwyt bezpieczeństwa przy
drzwiach, kiedy Eve z piskiem opon skręciła na najbliższym skrzyżowaniu,
zmieniając kierunek jazdy.
- Zdobądź nakaz prokuratorski! - rzuciła do niej Eve. - Musimy zerknąć
na historię karty kredytowej Coffman.
- Brendina Coffman - odczytała głośno Peabody z ekranu swego podręcznego
komputera, gdy Eve lawirowała wśród rzeki samochodów, pędząc do ulicy
Bleecker. - Pozostaje w związku małżeńskim z Roscoe Coffmanem od
pięćdziesięciu ośmiu lat. Od trzydziestu jeden mieszkają wspólnie pod
obecnym adresem. Emerytowana księgowa, zatrudniona w firmie Loames &
Gardner przez... o rety! przez pięćdziesiąt dziewięć lat! Żadnych zatargów
z prawem przez ostatnie pół wieku. Drobne zajścia, kiedy miała
dwadzieścia kilka lat: dwukrotne zakłócenie porządku publicznego.
Dochowali się trójki dzieci, w kolejności: płci męskiej, płci żeńskiej i jeszcze jedno płci męskiej. Wiek odpowiednio: pięćdziesiąt sześć,
pięćdziesiąt trzy oraz czterdzieści osiem. Sześcioro wnucząt w wieku od
lat dziesięciu do dwudziestu jeden.
- Zacznij sprawdzać wszystkich po kolei - zarządziła Eve. - Tego na
pewno nie zrobił pierwszy lepszy kretyn - mruknęła pod nosem. - Aż
takimi szczęściarami nie jesteśmy. Na wszelki wypadek sprawdź ich
wszystkich - powtórzyła.
- Okej. No cóż... Najstarszym potomkiem Coffmanów jest rabbin Miles
Coffman, żonaty z Rebekką Greene Coffman od dwudziestu jeden lat.
Wyświetla mi się przy nim synagoga Szalom. Ona jest nauczycielką w hebrajskiej szkole przy tej synagodze. Mają trójkę dzieci w wieku lat
dwudziestu, osiemnastu oraz szesnastu, odpowiednio: płci żeńskiej,
męskiej i męskiej. Nic nie figuruje w aktach policyjnych o dzieciach,
nie odnotowano też kryminalnych aktów w przypadku rodziców.
Nie widząc wolnych miejsc parkingowych, Eve zaparkowała na drugiego,
wywołując lekkie zdenerwowanie u innych kierowców jadących ulicą
Bleecker. Zignorowała to jednak i włączyła koguta na dachu.
- Do boju! - rzekła Eve i wysiadła. Stojąc już na chodniku, zaczęła się
uważnie przyglądać solidnej, starej szeregówce. Trzykondygnacyjna, o wyblakłej elewacji z cegły. Żadnego graffiti, czyste szyby w oknach.
Niektóre otwarte dla wpuszczenia do środka chłodnego wiosennego
powietrza.
- Marion Coffman Black, zamężna od dwudziestu trzech... nie... od dwudziestu
czterech lat... z Francisem Xaviorem Blackiem. Obchodzą właśnie rocznicę
ślubu. Ona jest zatrudniona od dwudziestu lat jako księgowa w tej samej
firmie, w której pracowała matka. Znalazłam dwa drobne incydenty
naruszające prawo. Kiedy miała lat dwadzieścia z okładem, brała udział w nielegalnych protestach. Od tamtego czasu nic więcej się nie zdarzyło.
Syn, lat dwadzieścia jeden, student na Uniwersytecie Notre Dame. Córka
lat dziewiętnaście, również uczy się w Notre Dame.
- Zatrzymaj się na tym, proszę - rzuciła Eve, kiedy się zbliżały do
szarych drzwi segmentu jeden A.
Przyzwoity system monitoringu - pomyślała - aczkolwiek nic specjalnego.
Nacisnęła dzwonek.
Kobieta, która im otworzyła, wyglądała nadzwyczaj dobrze jak na swoje
osiemdziesiąt jeden lat. Włosy ufarbowane na atramentowoczarno,
wytapirowane i polakierowane, tworzą kulę, której nie naruszyłby
największy nawet huragan - przemknęło Eve przez głowę. Usta umalowała na
czerwień ulicznego znaku stopu. Policzki miała uróżowane, oczy mocno
podkreślone czarną kredką, powieki wycieniowane, a rzęsy grubo
pociągnięte tuszem.
Ubrana była w koktajlową suknię w kolorze ultramaryny ze stójką przy
szyi i z długimi rękawami. Obrzuciła Eve i Peabody zdziwionym
spojrzeniem orzechowych oczu.
- Niczego nie kupujemy - powiedziała.
- A my niczego nie sprzedajemy - odrzekła Eve i zaprezentowała swą
policyjną odznakę.
Twarz Brendiny zbladła jak prześcieradło.
- Joshua! - zawołała piskliwie.
- Nie, psze pani! - pospieszyła z wyjaśnieniem Peabody. - Tu nie chodzi
o pani syna. - Po czym zwróciła się do swej partnerki: - Syn pani
Coffman, Joshua, również jest policjantem. - A następnie ponownie
odwróciła się do pani Coffman. - Nie chodzi nam o pani syna.
- Okej, okej! W takim razie w czym rzecz?
- Może mogłybyśmy wejść na momencik... - zaczęła Eve.
- Właśnie wychodzimy - weszła jej w słowo kobieta. - O ile Roscoe
wreszcie skończy się pindrzyć.
- Nie zabierzemy wam wiele czasu.
Niezadowolona Brendina skinęła głową i odsunęła się na bok, żeby wpuścić
obie śledcze do schludnego salonu. Tak wypucowanego, że drobinki kurzu
muszą czmychać w popłochu na jego widok - pomyślała Eve. Staromodne
meble miały zapewne tyle lat, co ich małżeństwo, lecz lśniły jak lustro.
Sofę zdobiło kilka eleganckich poduch.
Pod ścianą stało niewielkie pianino z mnóstwem rodzinnych zdjęć w ramkach. W powietrzu unosiła się mocna woń cytryny.
- Czy to pani robota te koronki igłowe? - jęknęła z zachwytem Peabody,
miłośniczka rękodzieła. - Są przepiękne!
- Ach! Wkręciła mnie w to moja synowa i teraz nie mogę już przestać. O co właściwie chodzi?
- Pani Coffman, czy wczoraj wieczorem wysyłała pani ekspresową paczkę do
Kenta Abnera z dyspozycją dostarczenia dzisiejszego ranka? - Eve
przeszła do konkretów.
- Dlaczego miałabym to zrobić? Nie znam żadnego Kenta Abnera.
- Pani karta kredytowa została obciążona kosztami wysyłki.
- Jakim cudem, skoro niczego nie wysyłałam?
- Może zechciałaby pani to sprawdzić, a my poczekamy.
- No dobrze, dobrze. Roscoe! Na litość boską! Znowu się spóźnimy! -
krzyknęła w stronę drzwi. - Co za facet! Zawsze muszę godzinami na niego
czekać. Przez tego guzdrałę nigdzie nie zdążamy na czas. Wybieramy się
na przyjęcie z okazji dwudziestej czwartej rocznicy ślubu naszej córki -
wyjaśniła, podchodząc do schludnie utrzymanego biureczka, na którym stał
mały laptop. - Wyszła za mąż za katolika. Nigdy by mi nawet przez myśl
nie przeszło, że mogłaby to zrobić, ale Frank okazał się dobrym
człowiekiem i dobrym ojcem, a poza tym zapewnił jej dobre, dostatnie
życie. Tak więc my... Ach! Niech to wszyscy diabli!
A jednak! - pomyślała Eve, kiedy Brendina znów się do nich odwróciła.
- Faktycznie! Moja karta została obciążona kosztami takiej przesyłki! To
z pewnością jakiś błąd. Mam tu wyszczególnione obciążenie rachunku o godzinie dwudziestej drugiej w dniu wczorajszym. Wczoraj o tej porze
leżałam w łóżku, oglądając w telewizji jakiś program, a raczej
usiłowałam go obejrzeć. Roscoe chrapał w najlepsze, rzężąc jak stary
parowóz. Zawsze zapisuję wszystkie wydatki, więc wiem, ile mam na koncie
i ile mogę wydać. Byłam księgową dłużej, niż wy obie żyjecie na tym
świecie.
- Nie wątpimy w to, pani Coffman.
Tymczasem wkurzona Brendina zaczynała się dopiero rozkręcać.
- Ach! Ci z tej firmy kurierskiej GP & P jeszcze mnie popamiętają!
Możecie mi wierzyć! - Dłonie zaciśnięte w pięści oparła na biodrach. Jej
oczy ciskały błyskawice na Eve, jakby to ona była winna całemu zajściu.
- Lepiej, żeby to wszystko wyjaśnili. Chciałabym się naprawdę
dowiedzieć, jak ktoś zdołał wyciągnąć moje dane, bo tak to właśnie
wygląda. Komuś z tego GP & P widocznie omsknął się palec na
klawiaturze - pomstowała.
- Wierzymy, że spotkała się pani z podobną sytuacją pierwszy raz -
orzekła Eve.
- Zaraz pozmieniam wszystkie kody dostępu. Wszystkie, zapewniam was.
Chciałabym, żeby spojrzał na to mój syn. Jest ostatecznie
funkcjonariuszem policji.
- Tak jest, droga pani! Mogłaby pani poprosić syna, żeby się
skontaktował z nami w komendzie głównej policji? Na razie jednak... czy
zechciałaby nam pani zdradzić, kto miał dostęp do pani konta?
Brendina najpierw dźgnęła palcem wskazującym w powietrze, a potem
postukała się w pierś.
- Ja! A któż by inny? Naturalnie i Roscoe ma dostęp, ale on założył
swoje konto, a mój login i hasło posiada tylko na wypadek, gdyby
zdarzyła się jakaś awaria. Z tego samego powodu ja mam jego login i hasło. Roscoe, przyjdźże tu, na litość boską!
- Przestań się drzeć, kobieto, do jasnej anielki! Przecież już idę! Idę
już, Brendi!
Kiedy się wreszcie pojawił, Eve przyszło na myśl słowo elegancik. Ubrany
w bladoniebieski garnitur w białe prążki, białą koszulę oraz
jasnoczerwoną muszkę z poszetką w tym samym kolorze, wyglądał szykownie.
Srebrnosiwe włosy sczesał do tyłu i wybłyszczył tak, że lśniły jak
księżyc w lustrze wody. Siwe wąsy strzygł i pielęgnował zaiste
perfekcyjnie.
Jego oczy miały kolor garnituru.
- Nie powiedziałaś mi, że mamy towarzystwo. - Uśmiechnął się wesoło do
Eve i Peabody.
- To nie towarzystwo, lecz policja.
- Koleżanki z pracy Joshui?
- Nie, proszę pana - odezwała się Eve. - Jesteśmy tu w sprawie paczki,
którą dostarczono dzisiejszego ranka. Opłata za tę czynność została
ściągnięta z konta pańskiej żony.
- Co przesłałaś, Brendi?
- Nic! Ktoś się podszył pode mnie i włamał na moje konto!
Popatrzył na nią z sympatią, aczkolwiek zaskoczony.
- Jak udało im się tego dokonać?
- Pojęcia nie mam. A powinnam mieć?
- Pani Coffman - wtrąciła się Eve - czy ma pani gdzieś przy sobie swój
telefon?
- Oczywiście, że mam. Właśnie przekładałam rzeczy z jednej torebki do
drugiej, kiedy zadzwoniłyście.
To rzekłszy, pomaszerowała w stronę drzwi, za którymi - jak się
domyśliła Eve - kryła się sypialnia. Wkrótce wróciła z niej szybkim
krokiem, taszcząc olbrzymią torbę na ramię w żywym fioletowym kolorze
oraz równie wielką, połyskliwą, czerwoną torebkę wieczorową - o barwie
dopasowanej do muchy męża, jak skonstatowała Eve.
- Akurat wyjmowałam z niej to, co mi się przyda na wieczór. - Po czym,
jakby na dowód, zagłębiła rękę w czeluściach przepastnej torby.
Brendina, do tej pory jedynie poirytowana, nagle zrobiła przerażoną
minę. Skierowała się szybkim krokiem do stolika kawowego i wyrzuciła na
jego blat zawartość torby.
Eve przyszło na myśl, że jeśli kobieta dawała radę, ciągając za sobą ten
wór bez dna, to i teraz przeżyje stratę.
- Zniknął! O mój Boże! - zdenerwowała się. - Nie ma mojego telefonu!
- Gdzież on może być, Brendi? - zainteresował się mąż.
- Na litość boską, Roscoe! Odczepże się!
- Tylko się nie denerwuj, kochanie. Pomogę ci go szukać - zaofiarował
się małżonek.
Kobieta natychmiast złagodniała.
- Nie ma takiej potrzeby, kochanie. Zniknął. Ktoś musiał widocznie
ukraść go z mojej torebki.
- Kiedy po raz ostatni używała pani telefonu? - spytała Eve.
- Na pewno wczoraj. Wszystkie razem pojechałyśmy na zakupy. To znaczy
moje dziewczyny i ja: moje synowe i córka. Marion chciała kupić nowe
buty na dziś wieczór, musiała też odebrać zegarek wielofunkcyjny, ten,
który zamówiła dla Franka w prezencie. Oddała go do wygrawerowania
dedykacji. No i... Mój Boże! Byłyśmy nieomal wszędzie. Zjadłyśmy późny
lunch. Użyłam telefonu, żeby zadzwonić do siostry w celu poinformowania
jej o zmianie godziny rezerwacji w restauracji na wpół do trzeciej, bo
to wszystko zajęło nam sporo czasu. Była z nami umówiona, a zawsze ją
szlag trafia, kiedy musi gdzieś czekać.
- Gdzie pani przebywała w czasie wykonywania tego połączenia?
- Ach!... - Kobieta przyłożyła dłoń do czoła. - W okolicy skrzyżowania
ulic Chambers i Broadway. Jestem tego prawie pewna. Właśnie wyszłyśmy od
jubilera, który się tam mieści.
- Przypomina sobie pani może, czy korzystała później z telefonu?
- Wiem, że już go nie używałam. Poszłyśmy jeszcze coś kupić, a potem
spotkałyśmy się z siostrą i zjadłyśmy razem lunch. Siedziałyśmy dość
długo w restauracji. Kiedy wychodziłyśmy, Marion się uparła, żebyśmy z Rachel, czyli moją siostrą, wróciły do siebie taksówką. Zamówiła ją
nawet i opłaciła z góry kurs. Nie dała sobie wybić tego z głowy.
Wróciłam do domu, ucięłam sobie drzemkę. To był męczący dzień. Później
zjedliśmy z mężem kolację na ciepło, pooglądaliśmy telewizję. A dziś
nigdzie jeszcze nie wychodziłam. Musiałam trochę posprzątać w domu,
zajęłam się też przygotowaniami do dzisiejszego wieczoru. Mam w telefonie ustawione dokonywanie płatności tylko z jednego konta. Płacę
nim za zakupy i robię opłaty za mieszkanie, jednakże...
- Już dobrze, Brendi! - Roscoe objął żonę ramieniem. - Pomogę ci. Czas
najwyższy, żebyś kupiła nowy.
- Ech! - Wtuliła się w niego z wdzięcznością, głośno westchnąwszy. -
Pozwól mi korzystać ze swojego, Roscoe, a w końcu jakoś to wszystko
ogarnę. Teraz już na pewno się spóźnimy.
- Peabody, daj państwu nasze wizytówki. - Eve znów popatrzyła na
Coffmanów. - Możecie poprosić waszego syna, żeby się z nami
skontaktował?
- Oczywiście. Dziękujemy za wszystko! Będę musiała jakoś sobie z tym
poradzić. Porozmawiajcie z Joshuą. Jest w końcu funkcjonariuszem
policji.
Rozdział 2
2
Peabody wsiadła do samochodu i zapięła pasy bezpieczeństwa.
- Może zabójca wypatrywał łatwej ofiary? - zastanawiała się na głos. -
Starsza kobieta, zagadywana przez kilka młodszych, kompletnie nimi
zaabsorbowana. Może podążał za nimi jakiś czas? Zatłoczony sklep, niby
przypadkowe zderzenie i wyłowienie telefonu z torby.
- Całkiem prawdopodobny rozwój wydarzeń - zgodziła się z nią Eve. -
Zobaczył starszą kobietę i pewnie wykoncypował sobie, że nie będzie
ciągle sięgać po telefon, a jeśli już, to pomyśli, że gdzieś go
zawieruszyła po drodze i nie będzie od razu zmieniać wszystkich loginów
i haseł do swoich kont w banku. Może jeszcze teraz tego nie zrobiła, a on potrzebował ledwie kilku godzin. Użył go, po czym wyrzucił i zajął
się innymi sprawami - ciągnęła Eve, przedzierając się przez korki
uliczne. - To zapewne nie ma nic wspólnego z resztą jej rodziny i nie ma
tu nic do rzeczy, że należy do niej i policjant, i rabin. Nie czyni to z nich bynajmniej ludzi wyjątkowych, gdyby jednak ktoś z ich rodziny
zrobił coś podobnego, byłoby to czynem totalnie nieprzemyślanym i głupim.
- Masz zamiar wtajemniczyć sierżanta Coffmana?
- Może i tak. Jeśli się okaże, że są tu jakieś powiązania, mógłby się
przyjrzeć sprawie i pod tym kątem. Porozmawiamy też z tą kurierką. Ona
również nie wygląda mi na powiązaną z morderstwem, chyba że ktoś żywi do
niej urazę i chciał ją wpędzić w kłopoty.
- To również byłoby głupie.
- Oczywiście, ale i tak z nią porozmawiamy. Pracuje od lat w tej
okolicy. Może zna kogoś w sąsiedztwie, kto nie przepada za Kentem
Abnerem?
Lydia Merchant mieszkała w czteropiętrowym bloku, zbudowanym jakiś czas
po wojnach miejskich. Na parterze mieścił się spożywczak, z którego
dochodził zagadkowy zapach tacos. Ani jedno okno nie było otwarte, aby
wpuścić do środka woń wiosennego wieczoru. W większości zamontowano
kraty antywłamaniowe.
Pomimo pięciu kondygnacji do pokonania, rzut oka na pomalowane na
zielono drzwi do windy - z przylepioną kartką AWARIA oraz z ziejącym
złością dopiskiem pod spodem: ZNOWU! - zachęcił Eve do pchnięcia drzwi
wiodących na klatkę schodową.
Peabody westchnęła ciężko pod nosem, mamrocząc coś w stylu: "Luźne gatki
jak nic!", i zaczęła się wspinać po stopniach za szefową. Zewsząd
dolatywały najróżniejsze zapachy: a to jakiegoś chińskiego dania na
wynos, a to czyjegoś niemytego ciała, a to taniej wody kolońskiej, a co
najdziwniejsze - woni przywodzącej na myśl świeżo zerwane róże.
Kiedy się znalazły na ostatniej kondygnacji, Eve przyjrzała się wpierw
uważnie drzwiom mieszkania Lydii. Solidne, wyposażone w trzy porządne
zamki, alarm z powiadomieniem na policję, sprawiały wrażenie zapory nie
do zdobycia. Nie postawiła na skomplikowaną elektronikę.
Taniej - pomyślała Eve - a efekt podobny.
Nacisnęła przycisk dzwonka u drzwi.
Chwilę później w głośniku domofonu rozległ się pytający, zdecydowany
głos:
- Kto tam?
- Policja.
- No tak, jasne. A ja jestem królewna Śnieżka.
- Nowojorska policja. NYPSD - powtórzyła Eve i podstawiła pod oko
judasza swoją odznakę.
- Dobrze, ale najpierw zadzwonię, żeby to sprawdzić, a dopiero potem
otworzę.
- Porucznik Dallas Eve oraz detektyw Peabody Delia z komendy głównej
nowojorskiej policji.
- Taaa... jasne...
Nic się nie działo. Eve stała i stała pod drzwiami. W końcu usłyszała
jakiś pisk z wnętrza, a potem coraz głośniejsze kobiece głosy, aż
wreszcie zasuwy w zamkach szczęknęły i zaczęły się z wolna rozsuwać. Na
koniec ich uszu dobiegł dźwięk przesuwanej sztaby antywłamaniowej i drzwi się otworzyły.
Na progu stały dwie dziewczyny w tym samym mniej więcej wieku, wpatrując
się oniemiałe w przybyłe policjantki śledcze. Jedna z nich była wysoka,
biuściasta, o włosach blond, druga średniego wzrostu, drobnej budowy -
brunetka rasy mieszanej.
Obie miały duże niebieskie oczy.
- Jeee-zuuuuu! - zapiały z zachwytu nieomal równocześnie. - Wygląda pani
jak Marlo Durn z filmu - wyjaśniła blondynka. - Albo raczej Marlo
wyglądała dokładnie jak pani. Oglądałyśmy już dwa razy!
- To wspaniale - skwitowała Eve.
Powinnam przywyknąć do takich reakcji - pomyślała.
Chyba nigdy się do tego nie przyzwyczai.
- Czy było u nas jakieś włamanie i kogoś zamordowano? - spytała Lydia,
brunetka. - Ciągle ktoś się włamuje do tej rudery albo przynajmniej
próbuje.
- Nie. My w sprawie paczki, którą dostarczyła pani dziś rano, pani
Merchant.
- Doprawdy? - Wielkie niebieskie oczy zrobiły się jeszcze większe. - A o którą dokładnie chodzi?
- Możemy wejść? - wtrąciła Peabody, dodając przymilny uśmiech.
- Och! Oczywiście, że tak. Jest pani nawet ładniejsza od aktorki z tego
filmu - oznajmiła blondynka. - Wiem, że została zabita i w ogóle, ale...
taka jest prawda - dokończyła niezręcznie.
Róże, których zapach snuł się po całej klatce schodowej, stały na wąskim
barku oddzielającym pokój dzienny, zawalony meblami i najróżniejszymi
drobiazgami, od mikroskopijnej kuchni. Obok wazonu stała napoczęta
butelka wina.
- Może usiądziecie? Zapraszam! - rzekła Lydia. - Zamierzałyśmy napić się
wina. Wolno wam pić wino na służbie? Właśnie świętujemy.
- Nie, nie wolno - odparła Eve - ale dzięki.
- Obie dostałyśmy podwyżki. - Blondynka, widocznie na lekkim rauszu,
przysiadła na poręczy fotela. - Ja dostałam w zeszłym tygodniu, a Lydii
przyznano oficjalnie podwyżkę dzisiaj. Wyprowadzamy się z tej szczurzej
nory!
- Nasze gratulacje. Pani Merchant... - zaczęła Eve.
- Wystarczy Lydia. Będzie okej. To naprawdę przedziwne, że obie
znalazłyście się tutaj, w tej naszej dziurze. Dostarczam wiele paczek.
Pracuję w firmie kurierskiej GP & P, ale to pewnie już wiecie.
- Dostarczyłaś dziś rano paczkę Kentowi Abnerowi. Kojarzysz go?
- Doktorowi Abnerowi. Tak. Jasne, że go kojarzę. Dostarczam paczki jemu
i doktorowi Rufty'emu. Stanowią przemiłą parę. Zawsze mi dają napiwki
przed Bożym Narodzeniem. Nie każdy tak się zachowuje. Czy coś było nie
tak z przesyłką? Wręczyłam ją doktorowi Abnerowi do rąk własnych.
- Czy dostałaś tę przesyłkę w sposób inny niż zwykle?
- Nie. Centrum dystrybucji jest w pełni zautomatyzowane. Pracują tam
głównie droidy. Ładują moją furgonetkę zgodnie z grafikiem.
Pierwszeństwo mają paczki z nocnej wrzutni, które mają być dostarczone z samego rana, oraz przesyłki specjalne, a następnie reszta. To była... To
musiała być, bo przecież działo się to dziś z rana, więc to była na
pewno przesyłka z nocnej wrzutni. Nie bardzo rozumiem, w czym rzecz.
- Mamy podstawy, by sądzić, że paczka zawierała niezidentyfikowaną
jeszcze substancję toksyczną.
Spojrzenie Lydii na moment przygasło, a po chwili mignął w nim niepokój.
- Macie na myśli truciznę lub coś podobnego? Akt terroryzmu czy coś w tym rodzaju?
- Tym razem nie mamy powodu przypuszczać, by miał to być atak
terrorystyczny - wyjaśniła Eve, choć sama nie miała jeszcze co do tego
pewności.
- A skąd wiecie, że w paczce było coś toksycznego? Czyżby doktor Abner
się zatruł?
- Doktor Abner nie żyje. Zmarł wkrótce po odebraniu i otwarciu
przesyłki.
- Nie żyje?! Doktor Abner nie żyje?! - Jej wielkie, niebieskie oczy w okamgnieniu wypełniły się łzami. - Ale... O mój Boże! O mój Boże! Teela!
Jej siostra natychmiast ześliznęła się z poręczy fotela i usiadła obok
Lydii, po czym objęła ją ramionami.
- Lydia dotykała tej paczki. Czy ona... - Wystraszyła się nie na żarty.
- Mamy podstawy przypuszczać, iż substancja uwolniła się podczas
otwierania paczki.
- Nic mi nie jest. Ale doktor Abner? To taki miły starszy pan! Razem z doktorem Ruftym tworzyli fantastyczną parę. Od razu widać, kiedy ludzie
tworzą udany związek. Bardzo ich lubiłam. O niczym nie wiedziałam.
Przysięgam, że nie miałam pojęcia, że jest coś nie tak z tą paczką.
Nigdy bym jej...
- Nikt cię o nic nie oskarża - uspokoiła ją Peabody. - Masz może wiedzę
o kimś z ich sąsiedztwa? A może słyszałaś coś w pracy albo gdziekolwiek
o kimś, kto mógł szczególnie nie lubić doktora Abnera?
- Nie. Owszem, znam niektórych ich sąsiadów, bo to mój rejon. Ale nikt
nigdy nie powiedziałby o nim złego słowa. Czasami, kiedy kogoś nie ma w domu i brak jest skrzynki na większe przesyłki, zostawiam paczki u sąsiadów. Firma musi oczywiście mieć na to pisemną zgodę obu stron.
Niektórzy wolą, żeby paczkę odebrał sąsiad. Nasi doktorzy odbierali
czasem paczki tych z naprzeciwka, a tamci z kolei wyświadczali im tę
przysługę. To bardzo sympatyczna uliczka z przyjaznymi mieszkańcami.
Dzisiaj jednak dostarczałam tam tylko tę jedną paczkę: dla doktora
Abnera. - Nagle jakby coś sobie przypomniała, bo zrobiła przerażoną
minę: - O mój Boże! Czy z panem Ruftym wszystko w porządku? Wydaje mi
się, że nie było go wtedy w domu. Przypominam sobie, że Abner miał na
sobie strój do biegania. Czasami widywałam go biegającego, kiedy
objeżdżałam klientów. Z kolei, gdy miewałam popołudniową zmianę,
zdarzało mi się zobaczyć pana Rufty'ego wracającego do domu po pracy.
- Pana Rufty'ego wówczas nie było - zapewniła ją Eve.
- Nie wiem, co robić. Czy powinnam teraz coś zrobić? - pytała
zdenerwowana.
- Jeśli cokolwiek ci przyjdzie do głowy, skontaktuj się ze mną lub z detektyw Peabody - rzekła Eve.
Kiedy obie policjantki wyszły już na zewnątrz, Eve zaczęła się w drodze
do auta głośno zastanawiać nad tym, jakie kroki należałoby teraz
przedsięwziąć.
- Klinika ofiary mieści się niedaleko stąd - powiedziała. - Pojedziesz
do domu, a po drodze skontaktujesz się z menedżerką biura lub kimkolwiek
innym, kto tym wszystkim zarządza.
- Menedżerką biura jest tam niejaka Seldine Abbakar. Już sprawdziłam na
ich stronie.
- Dobrze. W takim razie skontaktuj się z nią i umów spotkanie z całym
personelem obsługi biurowej na jutro z samego rana, najwcześniej, jak
będą mogli. Prześlij mi wiadomość z informacją, o której godzinie się
odbędzie. Spotkamy się na miejscu. Bądź w stałym kontakcie z McNabem,
tak aby był gotów w każdej chwili się tam zjawić. Będziemy musieli
przejrzeć komputery i inne elektroniczne nośniki.
- Ale karty pacjentów są...
- ...dlatego właśnie w drodze do domu zamierzam popracować nad nakazem.
Cholera! Oni mogą nie chcieć nam udostępnić danych pacjentów. Jeśli to
zrobił jakiś wściekły pacjent, personel kliniki Abnera będzie miał
możliwość sprawdzić, kto by to mógł być. Współmałżonek zapewne też
będzie żywił jakieś podejrzenia co do sprawcy.
- Jego pacjentami są, czy raczej były, niemowlęta i dzieci do lat
szesnastu.
- Wierz mi, Peabody, miałam okazję widzieć niejednego rozsierdzonego
dzieciaka - odbiła piłeczkę Eve. - A co do nastolatków, szkoda sobie
strzępić języka, opowiadając o tym, do czego są zdolne. Poza tym mają
rodziców albo co najmniej jednego... Zresztą nieważne. Umów to spotkanie i koniec. Ja zajmę się w domu mapą zbrodni. Zacznę robić wpisy.
- Jak zwykle ja mam łatwiejsze zadanie.
- Tym razem. Jeśli uda ci się ustawić spotkanie około godziny ósmej,
możemy się spotkać w kostnicy o siódmej i stamtąd pojechać razem.
- Ale fajny sposób na rozpoczęcie dnia - to rzekłszy, Peabody otworzyła
drzwi i zaczęła wysiadać.
- Przygotuj ich na rozmowę z nami! - Następnie, ignorując pomstujących
na nią kierowców, Eve wśliznęła się za kierownicę samochodu. Wyłączyła
policyjnego koguta i wjechała tuż przed maskę auta faceta, który zdążył
jej jeszcze pokazać środkowy palec.
Zaprogramowała kawę we wbudowanym w deskę rozdzielczą AutoChefie i wybrała numer zastępczyni prokuratora generalnego Nowego Jorku, Cher
Reo.
- Tylko nie to! - jęknęła, słysząc ją, Reo. - Właśnie wracam taksówką do
domu. Utknęłam w głupim korku. Marzę o drinku i chwili spokoju.
- Będziesz miała i jedno, i drugie, jak tylko mi załatwisz nakaz. Ja
również jadę do domu i mam ten sam problem co ty.
Prokurator westchnęła ciężko i pokręciła głową. Na ekranie zafalowały
jej jasne puszyste włosy.
- Wysiadam w takim razie i pójdę na piechotę - powiedziała. - Proszę się
zatrzymać! - zwróciła się do kierowcy.
W telefonie Eve obraz twarzy Reo zamienił się w niebieski ekran pauzy w połączeniu. Pani prokurator zapewne płaci za przejazd - pomyślała. Kiedy
obraz powrócił, podskakiwał w rytm jej szybkich kroków.
- Dzwonisz w sprawie śledztwa z tą wciąż niezidentyfikowaną substancją,
prawda? - spytała.
- Lepiej, żeby ją jak najszybciej zidentyfikowali... - mruknęła do siebie
Eve. - Tak, dokładnie - dodała już głośniej. - Ofiara morderstwa to
lekarz. Lekarz pediatra. Jutrzejszy dzień zaczynam od przesłuchania
personelu jego kliniki. Muszę przejrzeć ich komputery.
- Jak mam to załatwić z marszu? Albo nawet na jutrzejszy poranek? -
obruszyła się Reo. - Przecież tam jest zastrzeżona dokumentacja
medyczna.
- Dokumentacja medyczna nie jest mi potrzebna. Załatw nakaz na
korespondencję prywatną. Muszę wiedzieć, czy został jakiś ślad po
mejlach z pogróżkami albo czy im przysyłano jakieś teksty budzące
niepokój. Może ktoś z personelu skrewił?
- To akurat dam radę załatwić. Słyszałam, że miałaś styczność z trucizną? Nie wyglądasz na kogoś, kto by został poddany działaniu
śmiercionośnej toksyny.
- Cokolwiek to było, nim tam dotarłyśmy, obróciło się w niebyt tak samo
jak Abner.
- No cóż, to jedyny pozytywny aspekt całej sytuacji. Oddzwonię, jak
tylko będę miała nakaz w ręku.
- Będę dozgonnie wdzięczna.
- Wciąż mi wisisz drinka za poprzedni.
- Pamiętam. Później - rzuciła Eve, po czym wyłączyła się i popijając
kawę, sunęła dalej slalomem przez korek ciągnący się w stronę centrum.
Wreszcie, pokonując trasę powoli metr po metrze, zdała sobie w pewnym
momencie sprawę, że niespełna tydzień temu siedziała na tarasie we
Włoszech, popijając wino pod rozgwieżdżonym niebem po całym dniu
leniuchowania na słońcu.
Jadała pasta italiana, spała do późna, kochała się z mężem.
No i nikogo nie zamordowano w najbliższej okolicy - a przynajmniej nic o tym nie wiedziała.
Od czasu, kiedy poznała Roarke'a, jej życie - życie z nim - dalekie było
od nudy i zwyczajności. Może i wkradła się w nie rutyna, na pewno jednak
nie rutyna dnia codziennego, znana większości małżeństw.
O dziwo! wszystko u nich funkcjonowało. Naprawdę nieźle funkcjonowało -
myślała. - A jednym z powodów tak dobrego działania mojego związku jest
to, że wiem, iż zawsze mam gdzie wrócić: do domu, i że w tym domu zawsze
będzie ON.
Będzie na nią patrzył tak, jak patrzył zawsze, za każdym razem, i prawdopodobnie będzie patrzeć do końca życia - a jej serce przyspieszy
wówczas swój rytm, zmusi do zjedzenia czegoś, nawet jeśli nie będzie
chciała - co ją rozdrażni, ale i będzie bezcenne.
Zawsze wysłucha. Nie będzie zrzędzić, że znowu się spóźniła. Nie będzie
sadzić tekstów wpędzających ją w poczucie winy. Wysłucha, zaoferuje swą
pomoc, a w dodatku - przy tym wszystkim - zapewni spokój myślom i wytchnienie duszy, czego się nie spodziewała zyskać nigdy w życiu.
Więc kiedy przejechała w końcu przez bramę ich posiadłości, poczuła, jak
spływa na nią fala spokoju. Powrót do domu... Dom, który zaprojektował i wybudował Roarke, okazale się prezentował pod nocnym niebem: rozłożysty,
piął się w górę stromym dachem i strzelistymi, wymyślnie zdobionymi
wieżyczkami. Tyle okien i wszystkie rozświetlone, witające ją już z daleka, rozjaśniające ciemność.
Kiedy podjechała pod wejście i wysiadła z samochodu, odczuła jednak
ciężar spoczywający na jej barkach. Wciąż miała pracę do wykonania, lecz
mogła się nią zająć we własnym domu.
Wróciła późno, bardzo późno, więc nie spodziewała się zastać przy
wejściu Summerseta.
Kamerdyner stał tam jednak, wysoki i kościsty, odziany na czarno, z trupio bladym obliczem. Utkwił w niej spojrzenie ciemnych oczu.
Sięgnęła myślami do swego składzika obelg, lecz przemówił, nim zdołała
wybrać coś stosownego na tę okazję.
- On bardzo się martwi - powiedział. - Oczywiście za nic tego nie okaże,
ale już słyszał, że zostałaś wystawiona na działanie substancji
toksycznych.
- Mówiłam mu już, że nic mi nie jest. Czuję się dobrze.
Kiedy Summerset w dalszym ciągu stał, przyglądając się jej w milczeniu,
zaczęła się obawiać, iż były medyk z okresu wojen miejskich zamierza
dokonać własnej oceny jej zdrowia. Niedoczekanie!
- Czy zidentyfikowali tę substancję? - spytał w końcu.
- Nie wiem. Chcę się tego dowiedzieć, kiedy tylko się znajdę na górze.
Ja czuję się dobrze - powtórzyła.
Nieco już poirytowana, ściągnęła kurtkę i przewiesiła ją przez ozdobny
słupek przy poręczy schodów.
- Powiedz to koniecznie jemu - rzucił za nią.
Chciała odburknąć, że już to przecież zrobiła, ale nie miało to
najmniejszego sensu. Zatrzymała się w pół drogi.
- A czy wróciłabym do domu, gdyby istniała jakakolwiek możliwość, choćby
najlżejsza, przywleczenia ze sobą czegokolwiek, co mogłoby go
zainfekować? Jak uważasz, Summerset?
- Na pewno nie. I dlatego właśnie - a jest już po dwudziestej pierwszej
- on tak się martwi - wyjaśnił kamerdyner ze stoickim spokojem.
Szlag by to trafił i nagła cholera! To chyba jasne, że on się martwi!
- Musiałam... A niech to diabli! Gdzie on jest? - spytała.
- W twoim gabinecie, oczywiście. Wie, że wróciłaś do domu. Włączył
powiadomienia.
Wbiegła szybko na górę.
Stosuję się przecież do kodeksu - pomyślała, lecz czuła, że w pewien
sposób zawiodła.
Roarke siedział na kanapie w jej gabinecie. W kominku pełgał ogieniek,
na jego kolanach leżało tłuste kocisko. W jednej ręce trzymał książkę, w drugiej - kieliszek wina.
No i wszystko się zgadzało: spoglądał na nią właśnie tak - lecz tym
razem dostrzegła jeszcze, że widocznie mu ulżyło.
- Jest wreszcie nasza zguba... - zaczął z tym cudownym irlandzkim
zaśpiewem.
- Przepraszam! - rzekła, a kiedy odłożył książkę i wstał, podeszła,
objęła go i mocno się przytuliła. - Przepraszam!... - szepnęła.
- Za spóźnienie? - Wtulona weń, usłyszała w jego głosie zdziwienie. -
Dajże spokój! Przecież to nieodłączny element twojej pracy, prawda, pani
porucznik?
- Przepraszam za nieupewnienie cię w stu procentach, że wszystko ze mną
w porządku. To znaczy, że nie zapewniłam, że nic mi nie jest, żebyś się
nie martwił - zaplątała się.
- Ach! - Musnął ustami czubek jej głowy i odsunął ją nieco od siebie. -
To również jeden z nieodłącznych elementów twojej pracy. Część leżąca po
mojej stronie. Zawsze się będę o ciebie martwił, najdroższa Eve. Teraz
jednakże... - Przesunął kciukiem wzdłuż wgłębienia w jej brodzie, a potem
pochylił się ku niej i ucałował długo i czule. - Teraz jednakże wróciłaś
do domu, więc usiądź na chwilę z kotem. Galahad też miewa lęki.
Przyniosę ci lampkę wina.
Żadnego strofowania, żadnego wpędzania w poczucie winy, jedynie wino i czułe powitanie. I tłusty kocur. Usiądzie więc na chwilę, wniósł bowiem
do jej życia nie tylko podróże do Włoch, nie tylko najprawdziwszą kawę i doskonały seks, lecz również mnóstwo innych cudownych rzeczy.
Wniósł między innymi i to: równowagę.
Zdążyła pogłaskać kota i podrapać go po brzuszku, kiedy postanowił
przekręcić się i przetoczyć na drugi bok.
Wzięła kieliszek do ręki.
- Zbadali mnie i przeprowadzili neutralizację toksyn od razu na miejscu
zbrodni - zaczęła.
- Dokładnie to samo powiedziałaś mi przez telefon. - Jego głębokie,
niesamowicie niebieskie oczy przyglądały się badawczo jej twarzy.
Dopiero potem uniósł dłoń Eve i ucałował ją. - Czy zidentyfikowali
truciznę?
- Muszę to sprawdzić. Godzinę temu, kiedy ostatni raz dzwoniłam do
laboratorium, niczego jeszcze nie mieli. Ciało zostało odnalezione
dopiero po szesnastej, kiedy jego małżonek wrócił z pracy. Zaczęli nad
tym pracować jakąś godzinę temu. Muszą się ściśle trzymać wytycznych i takie tam.
- Nic nie jadłaś przez cały dzień.
- Byliśmy bardzo zajęci.
- Wyobrażam sobie. Posilmy się teraz i opowiesz mi o tym wszystkim.
- Posilmy się? - zdziwiła się. - Czyżbyś jeszcze nie jadł obiadu?
- Nie, nie jadłem. - Ścisnął jej dłoń. - Za bardzo się denerwowałem.
- Chwila. - Położyła drugą rękę na jego dłoniach. - Niniejszym obiecuję
ci solennie, że nigdy nie skłamię ani nie będę koloryzować wypadków,
jeśli coś się wydarzy, jeśli znajdę się w tarapatach albo będzie ze mną
naprawdę źle. Przysięgam być z tobą szczera.
- W porządku.
Przyjrzała się uważnie jego niesamowitemu obliczu.
- Ty i tak będziesz się martwił - doszła do wniosku.
- Tak, oczywiście, że będę się martwił, mimo to doceniam obietnicę i dziękuję za nią. Teraz kolej na mnie. Przysięgam tu i teraz, że dla
twojego dobra, za każdym razem, kiedy wrócisz do domu, do mnie, będzie
czekać na ciebie pizza pepperoni.
- Naprawdę? - Twarz Eve rozjaśniła się w mimowolnym uśmiechu.
- Tak głęboka jest moja miłość do ciebie. Nie będę się też upierał,
żebyś wcinała na przystawkę zdrowe sałatki warzywne.
- Jeśli mnie o to poprosisz tu i teraz, zjem wszyściutkie warzywa. Z miłości do ciebie.
- Możesz je zjadać ułożone bezpośrednio na pizzy.
- Byłbyś w stanie zrujnować pizzę idealną? - Rzuciła mu przerażone
spojrzenie.
- Co też ja sobie wyobrażałem! - jęknął, wstał i poszedł do kuchni.
Siedziała jeszcze chwilę w fotelu, dopieszczając kota, a potem wzięła
oba kieliszki oraz niedopitą butelkę wina i zaniosła je do stołu.
Wyglądała chwilę na zewnątrz przez przeszklone drzwi balkonowe. W jej
nozdrza uderzył zapach pizzy. Dla pustego żołądka był jak spełnienie
najskrytszych marzeń.
- Zdaję sobie sprawę, że jeśli miałabym codziennie jeść pizzę, w końcu
miałabym dosyć - zauważyła rozsądnie - lecz pewnie zajęłoby to parę
dziesięcioleci - dodała, siadając razem z mężem przy stole i chwytając
łapczywie jeden kawałek. - Już wkrótce zrobi się wystarczająco ciepło,
żeby otwierać te drzwi podczas posiłków. Będzie bardzo przyjemnie -
rozmarzyła się i w tej samej chwili cicho zabrzęczał jej telefon. -
Przepraszam. Tak, Reo?
- Nakaz zaraz do ciebie dotrze w zaszyfrowanym pliku. Tym razem bez
dokumentacji medycznej. Czy to pizza? Cholera! Teraz jeszcze zachciało
mi się pizzy.
- To sobie zrób. Dzięki za szybkie ogarnięcie tematu.
Odłożyła telefon.
- Ofiara była lekarzem, jak słyszałem? - zagaił Roarke.
- Pediatrą. Żonaty od prawie czterdziestu lat. Znalazł go mąż, dyrektor
prywatnej szkoły. Mieli dzieci i wnuki. - Wzięła do ręki kieliszek. -
Zadeptał mi i zrujnował obraz miejsca zbrodni. Próbował reanimować
denata, leżącego tam bez życia od rana, a bynajmniej nie zmarł w zbyt
apetycznym stanie, lecz mąż, nim wezwał karetkę pogotowia, i tak
próbował przywrócić mu funkcje życiowe.
- Winisz go za to?
- Nie, skądże. - Podniosła wzrok i spojrzała mu w twarz, wyrzeźbioną
przez mądre anioły podczas jakiegoś niebiańskiego dnia, w te jego
tajemnicze, przenikliwe niebieskie oczy. - Może winiłabym go jeszcze
kilka lat temu, ale nie teraz. Kochali się. To widać w każdym zakątku
ich domu, w rozpaczy tego, który pozostał. - Umilkła na moment. - Trzeba
mieć do tego dystans. Na widok takich sytuacji pęka ci serce, lecz
musisz umieć spojrzeć na to na trzeźwo, nie angażując się.
- W jaki sposób ją dostarczono? Tę toksyczną substancję?
- Przez firmę kurierską Global Post & Packages. Przesyłka ekspresowa
z nocnej wrzutni do doręczenia z samego rana następnego dnia.
- W paczce? Hm... Dość odważne posunięcie, rzekłbym. Macie tego, kto
dostarczył przesyłkę?
- To dziewczyna. Nie ma z tym nic wspólnego. Jest czysta, a przy tym
bardzo ich lubiła, zresztą z wzajemnością. Lubili ich też sąsiedzi.
Wpadłyśmy do niej z wizytą. Był szok, niedowierzanie, lekkie
przerażenie, trochę żalu. Z przeprowadzonego śledztwa wynika jedynie, że
denat był miłym człowiekiem, dobrym sąsiadem, dbał o tężyznę fizyczną:
biegał, chodził na siłownię. Jego strój wskazywał na to, że w chwili
dostarczenia paczki właśnie miał iść pobiegać, zabrał ją więc do kuchni
i tam otworzył.
- W środku musiał być jakiś hermetyczny pojemnik. Nawet ktoś niezwykle
odważny nie ryzykowałby przesłania niezabezpieczonej substancji
toksycznej w zwykłym kartonowym pudełku.
Pochłonęła z apetytem pierwszy kawałek.
- Wygląda mi to nawet na dwa pojemniki, jeden w drugim. Na blacie w kuchni stała otwarta tania szkatułka z imitacji drewna, wyłożona w środku miękką wyściółką, więc biorąc pod uwagę drogie materiały, użyte
do wykończenia mieszkania, musiała zostać przysłana w pudełku firmy
kurierskiej. Na podłodze przy blacie walały się potłuczone kawałki
czegoś, co mogło być mniejszym pojemnikiem. Wyglądało na cienki, kruchy,
twardy plastik, równie tani jak szkatułka, pozłacany z zewnątrz, biały
od środka. Cokolwiek go zabiło, musiało być zamknięte wewnątrz tego
mniejszego pojemnika. Otworzył go, a wtedy wydostało się i rozproszyło w powietrzu, a może wchłonął coś przez skórę, kiedy tego dotknął. Miał
oparzenia na opuszkach kciuków - przypomniała sobie, a potem wzruszyła
ramionami. - Jeszcze tego nie wiem.
- Jutro spotkasz się z Morrisem, jak również ze swoimi kolegami z laboratorium.
- Taa... - Skoro pizza leżała tuż przed nią, sięgnęła po drugi kawałek. -
Wezwaliśmy speców od neutralizowania niebezpiecznych substancji, lecz
nie znaleźli w powietrzu ani śladu czegokolwiek toksycznego. Minęło w końcu kilka godzin. Ani na mężu ofiary, ani na mnie również niczego nie
znaleźli, a oboje dotykaliśmy ciała. Było tego wystarczająco dużo, żeby
zabić w ciągu kilku minut Abnera, i rozpłynęło się w powietrzu, nim
ktokolwiek wszedł do ich domu.
- Przesyłkę zaadresowano bezpośrednio do denata, jak rozumiem?
- Tak. Adres nadawcy był fałszywy. Paczkę wysłano z wrzutni nocnej. Ten,
kto to zrobił, zakłócił w tym czasie pracę kamery monitoringu, więc albo
dysponował jakimś gotowym urządzeniem elektronicznym do tego celu, albo
miał stosowne umiejętności do ich samodzielnego wykonania.
- Kamera przy budce z paczkomatem? - Roarke zaśmiał się krótko. -
Kochanie, z tym poradziłby sobie nawet dziesięciolatek. Interesowałoby
mnie bardziej, w jaki sposób zawartość przeszła przez skaner i paczka
nie została odrzucona.
- Właśnie teraz nad tym pracują. Pojemnik w pojemniku w pojemniku. -
Znowu wzruszyła ramionami. - No i najprawdopodobniej niewielka ilość tej
substancji, cokolwiek to było. Tylko tyle, by zabić jedną osobę.
Obejrzała się za siebie, gdyż w drzwiach stanął Summerset. Nachmurzyła
się odruchowo. Spojrzała na niego spod ściągniętych brwi, przełykając
kolejny kęs pizzy.
- Nie wzywaliśmy chyba nikogo z kostnicy, a może? - mruknęła pod nosem.
- Wybaczcie mi. - Kamerdyner wzniósł wysoko w górę swój dystyngowany
nos. - Pani doktor Dimatto wraz z panem Monroe są na dole. Chcieliby
rozmawiać z panią porucznik.
- Poproś ich do nas na górę - rzekł Roarke, nim Eve zdążyła wstać. -
Pani porucznik właśnie je kolację. Przyniosę jeszcze dwa kieliszki -
dodał, gdy służący zniknął za drzwiami.
Ach, no tak. Pani doktor Dimatto - pomyślała Eve - oraz pan doktor
Abner.
Czy Louise znała ofiarę zabójstwa? Marne szanse, skoro w mieście jest
niezliczona liczba lekarzy. Jednakże Louise i Charles mieszkali parę
kroków od miejsca zabójstwa.
- Zapewne się znali - powiedziała na głos.
- Kto? - Roarke postawił na stole jeszcze dwa kieliszki do wina.
- Louise i ofiara morderstwa - wyjaśniła. - Dlatego tu do nas przyszli.
Jak ja, do diabła, to zniosę?
Stwierdziła, że zaraz będzie miała okazję to sprawdzić, bo w progu drzwi
stanęli właśnie Louise - wiotka blondynka - oraz Charles - wysoki,
przystojny, ciemnowłosy.
Niezwykle mocno zaangażowana w swą pracę pani doktor oraz były
licencjonowany pan do towarzystwa tworzyli zadziwiający zgrany duet -
kolejny, który zdawał się idealnie funkcjonować.
- Bardzo was przepraszam za najście. - Louise zaczęła od
usprawiedliwiania się. - Przyszliśmy bez uprzedzenia, w dodatku w porze
kolacji, ale...
- Dajcie spokój. To tylko pizza, a w posilaniu się pizzą nic nie może
przeszkodzić. Skąd znasz Kenta Abnera? - spytała Eve.
- Skąd wiedziałaś... - Kobieta przymknęła oczy. - Wstąpił ot tak po prostu
do mojej kliniki w tamtym tygodniu, kiedy ją otworzyłam. Pracował jako
wolontariusz dwadzieścia godzin. Tak ot, bez niczego. Daję słowo! Takim
był człowiekiem! Takim właśnie lekarzem! - Głos jej zadrżał, w oczach
pojawiły się łzy. - Przepraszam! Ciężko mi z tym. Musiałam do was
przyjść. Musiałam to z siebie wyrzucić.
- Usiądź! - Roarke wstał i podsunął jej swoje krzesło. - Siadaj z nami,
napij się wina. Zdołasz coś przełknąć?
- On lubi karmić innych - wyjaśniła Eve, również przełykając ukradkiem
łzy i mając nadzieję, że najgorsze za nią i więcej się już nie popłacze.
- Nie, dzięki! Nie mam ochoty na nic do jedzenia. Poproszę o wino.
Roarke przywołał gestem Charlesa i poszli obaj po krzesła dla siebie.
Kiedy wrócili i usiedli razem z paniami, Roarke napełnił kieliszki.
- Nie rozsypię się - obiecała Louise. - A przynajmniej nie za bardzo.
- Dobrze. Opowiedz mi w takim razie, co wiesz o doktorze Abnerze.
Kontakty osobiste, zawodowe, cokolwiek innego.
Louise skinęła głową, a potem zerknęła błagalnie na męża.
- To może ja zacznę - rzekł Charles.
Rozdział 3
3
- Zaprzyjaźniliśmy się - zaczął Charles. - Byliśmy naprawdę dobrymi
przyjaciółmi. Poznałem ich przez Louise, kiedy Kent zaczął przyjmować
pacjentów w jej klinice charytatywnie, bez wynagrodzenia. Zapraszali nas
często, żebyśmy wpadli na drinka, a my... no cóż... z miejsca ich
polubiliśmy.
- Nie pamiętam, żebyśmy widzieli ich na waszym weselu - wytknęła mu Eve.
- Byli wówczas w Afryce - wyjaśnił. - Martin wziął miesiąc urlopu
naukowego, bo Kent chciał na kilka tygodni dołączyć do grupy lekarzy tam
pracujących. Mieli pełne wrażeń wakacje, by tak rzec. Zbiegły się one w czasie z terminem naszego ślubu. Potem wyprawili dla nas niewielką
imprezkę sąsiedzką, kiedy wróciliśmy z podróży po miesiącu miodowym.
- Byli cudownymi facetami - dodała Louise. - Stanowili niezwykłą parę.
Obaj bezgranicznie się poświęcali swej pracy, aczkolwiek nie
zaniedbywali przy tym innych uroków życia. Lubili różne rozrywki,
kochali swoją rodzinę, lubili teatr, sztukę. Kent zawsze się czepiał
Martina i naciskał, by ten bardziej dbał o formę fizyczną i zaczął
uprawiać jakiś sport. Tłumaczył mu, że nie można poprzestać na ćwiczeniu
jedynie swojego umysłu. Martin zaś żartował sobie z Kenta, że ten nie
miał pojęcia o żadnej konkretnej dyscyplinie sportu. Kent wszakże nic
sobie z tego nie robił. Byłam niejeden raz świadkiem, jak się
przekomarzali półżartem w tych kwestiach, lecz nigdy na serio. Stanowili
doprawdy słodką parę, Dallas. Każde małżeństwo po nieomal czterdziestu
latach pożycia chciałoby być postrzegane w ten sposób.
Słysząc te słowa, Charles wyciągnął rękę ku żonie i przykrył jej dłoń
swoją.
- Byliśmy dobrymi przyjaciółmi. Wciąż zadajemy sobie pytanie, jaka była
przyczyna tego, co się stało. Kto za tym stoi? Nic nam nie przychodzi do
głowy. Jesteś pewna, że to, co się zdarzyło, nie zdarzyło się
przypadkiem lub nie było jakąś tragiczną pomyłką? - zwrócił się z pytaniem do Eve.
- Tego akurat jestem dość pewna - odrzekła pani porucznik. W tym właśnie
sęk, pomyślała. - Pracował w klinice regularnie, więc w komputerach bez
wątpienia pozostały jakieś dane.
Louise natychmiast zmieniła się w doktor Dimatto.
- Jednakże dane i dokumentacja medyczna pacjentów... - zaczęła bez
ogródek.
- Bla, bla, bla... - Eve tylko machnęła ręką. - Jeśli zajdzie taka
potrzeba, i tak do niej dotrę. Teraz jednak mam prośbę, żebyś jako
szefowa kliniki sama zajrzała do komputera i zerknęła na korespondencję
z pacjentami. Bez wątpienia szybko się zorientujesz, jeśli coś będzie
nie tak. Oprócz dokumentacji medycznej jest też korespondencja mejlowa,
kalendarium z notatkami, wymiana wiadomości pomiędzy personelem.
- Proszę bardzo. Możesz też przesłuchać wszystkich, którzy pracują na
etacie lub są wolontariuszami w klinice. Od razu ci powiem, że nikomu z nich przez myśl by nie przeszło występować przeciw Kentowi. Był lekarzem
powszechnie cenionym, szanowanym i lubianym.
- Okej. A może był ktoś, kto lubił go za bardzo?
- No nie wiem... Och! - Louise upiła łyk wina, ściągnąwszy brwi. - Nie, to
niemożliwe. Mamy rodziców, którzy proszą o niego, życzą sobie, aby to on
badał ich dzieci, specjalnie wyczekują na godziny jego przyjęć,
pomijając oczywiście sytuacje awaryjne. Nigdy jednak nie dostrzegłam
tego rodzaju zachowań. Jakieś drobne żarty, owszem, jak na przykład
Hella, jedna z pielęgniarek-wolontariuszek: dwukrotnie rozwiedziona i wciąż strasznie cięta na facetów. Usłyszałam kiedyś, jak mówiła do
Kenta, że nie ma szczęścia do mężczyzn, czego przykładem jest właśnie
on: nie dość, że gej, to jeszcze w związku małżeńskim. Wzdychała,
dlaczego nie może znaleźć kogoś takiego jak on: zwyczajnego, wolnego
faceta, podobnego do niego.
- Co na to odrzekł? - zainteresowała się Eve.
- Że będzie się rozglądał za kimś podobnym, mając ją na uwadze. Wiesz,
Dallas, że przynosił czasem do kliniki bukiety kwiatów? Według niego
kwiaty poprawiały nastrój i nam, i pacjentom. Zdarzało mu się też
przynieść pudełko ciastek prosto z cukierni. Był taktowny i szczodry.
Jest mi niedobrze, kiedy pomyślę, co mu się stało.
- Nie kontaktowaliśmy się z Martinem - wtrącił Charles - bo nie chcemy
być natrętni, zastanawialiśmy się jednak nad tym, czyby może nie
zadzwonić jutro do ich syna lub córki po to, by podpytać, czy nie
potrzebują jakiejś pomocy... Wiecie, jak to jest... - Charles zawiesił głos.
- Czy mogłabyś nam powiedzieć, Dallas, co się właściwie stało? Masz
jakąś sensowną hipotezę?
Eve omiotła spojrzeniem twarz Louise. Oczy miała teraz suche, lecz widać
było, że w każdej chwili mogła się znowu rozpłakać. Pomyślała, że lepiej
powtórzy im to, co zapewne słyszeli w porannych wiadomościach, i może
dorzuci jeszcze coś na uspokojenie.
- Mogę wam zdradzić, że paczka zawierająca substancję niebezpieczną była
zaadresowana do doktora Kenta Abnera. Osoba, która ją dostarczyła, tylko
wykonywała swoją pracę, i nie należy do grona podejrzanych. Podziela
waszą opinię o denacie. Lubiła go, lubiła ich obu. Morderca chciał
zrzucić na nią całą winę. Przez chwilę nawet ją podejrzewałam -
przyznała się Eve. - Będziemy wiedzieć więcej, jak zidentyfikujemy tę
substancję, i dowiemy się, jak dostała się do jego organizmu. Z odtworzonego czasu zdarzeń wynika, że zadziałała śmiertelnie dosłownie w ciągu kilku pierwszych minut po otwarciu pojemnika.
- Ale czy na pewno? - dopytywała się Louise.
- Na sto procent.
- Nie jestem ekspertką w tej dziedzinie, lecz wiem coś na temat trucizn,
toksyn i ich oddziaływania na ludzki organizm. Gdybym znała objawy,
które u niego wystąpiły...
- Tym zajmuje się Morris - ucięła Eve.
Doktor Dimatto jednakże, jak prawdziwa profesjonalistka, nie dała się
tak łatwo zbyć.
- A nie wiesz przypadkiem, czy trucizna dostała się do jego ciała przez
dotyk, czy wchłonął ją przez układ pokarmowy? A może dostała się do jego
płuc wraz z wdychanym powietrzem?
- To oceni Morris oraz ekipa z laboratorium.
- Zadziałała szybko, nieomal natychmiast... - mruknęła pod nosem Louise. -
Czyli nie wchłonął jej przez układ pokarmowy.
- Skąd wiesz? - zdziwiła się Eve.
- Wymagający mężczyzna, nieco zbzikowany na punkcie swojego zdrowia...
Kent z pewnością nie należał do ludzi, którzy ot tak wrzuciliby do ust
coś nieznanego, co przyszło do nich pocztą. Hmm... Może jeśliby znał
nadawcę lub oczekiwał...
- ...nazwisko oraz adres nadawcy były fałszywe - wtrąciła Eve.
- A więc nie znał tego, kto wysłał paczkę, ani też jej nie oczekiwał.
Według mnie nie mógłby zjeść ani wypić czegoś, co przysłano pocztą, bez
uprzedniego sprawdzenia, co to takiego. Mówiłaś, że śmierć nastąpiła w ciągu kilku minut.
- Około siedmiu minut od dostarczenia do chwili zgonu.
- Boże! - jęknęła, lecz zaraz się opanowała. - A więc przez skórę,
zwłaszcza jeśli miał na niej jakieś nacięcia lub perforacje. Lub też
przez płuca. - Zmrużyła szare oczy, ściągnęła brwi i pokręciła wolno
głową. - A Martin jest cały i zdrowy? Nic mu nie jest? W wiadomościach
mówili, że to on znalazł ciało.
- Nie ma żadnych objawów. My również.
- A więc toksyna rozpłynęła się w powietrzu, została w całości
wchłonięta przez ofiarę lub całkowicie straciła moc.
- Jak oni stali finansowo?
- Martin i Kent? Powiedziałabym, że mieli niezwykle komfortową sytuację.
- A praktyka lekarska Kenta? Odniosła sukces? Była lukratywna?
- Jezu! W świecie glin muszą panować totalne ciemności - westchnęła
ciężko Louise. - Musisz też wziąć pod uwagę to, że ktoś mógł chcieć
zabić Kenta dla pieniędzy. Na pewno nie mógł to być Martin, który, jak
sądzę, osiągnąłby największe korzyści. Nie mogły tego zrobić także jego
dzieci. Lissa, czyli Melissa Rendi, pracowała razem z nim, jako że ten
rodzaj działalności wymaga zaangażowania dwóch lekarzy. Wywarła na mnie
wrażenie dobrego lekarza i z tego, co wiem, nie dostawała wynagrodzenia
w gotówce.
- Spotykaliśmy się również z kręgiem ich znajomych, Dallas - kontynuował
Charles. - Wprawdzie znamy się z nimi raczej dość powierzchownie, to
jednak według mnie nie ma wśród nich nikogo, kto mógłby chcieć
skrzywdzić Kenta. Mówiłaś, iż paczka była zaadresowana na jego nazwisko,
lecz czy mimo wszystko nie mógł to być przypadek? Jak na przykład... Boże!
No na przykład nazwisko wybrane na chybił trafił?
- Mógł - zgodziła się Eve, choć bynajmniej tak nie myślała.
- Czy moglibyśmy coś zrobić? W czymś pomóc? Mogłabym popracować razem z Morrisem, jeśli tylko...
- Nie ja o tym decyduję - odrzekła Eve. - A poza tym to kiepski pomysł.
- Jestem lekarzem. Prowadzę badania naukowe. Mogę wydać obiektywną
opinię - upierała się Louise.
- Był twoim przyjacielem i poświęcał swój prywatny, wolny czas dla
twojej kliniki. Lepiej będzie, jeśli na razie pozostaniesz nieco z boku.
Trzymaj się z dala od śledztwa. Udzielę ci tych informacji, którymi
wolno mi będzie z tobą się podzielić, jak tylko się czegoś dowiem -
dodała Eve. - Tyle mogę dla ciebie zrobić.
- Mężczyzna doświadczył straty - oznajmił Roarke. - Z tego, co tutaj
usłyszałem, ogromnej, głębokiej straty. W tym trudnym dla siebie czasie
zapewne oczekuje wsparcia przyjaciół.
- Ma wsparcie rodziny - mruknęła Louise.
- Jedynie krew i zawarte w niej DNA odróżnia rodzinę od dobrych
przyjaciół, od prawdziwych przyjaciół, nieprawdaż? - spytał Roarke.
Oczy Louise znów zaszkliły się łzami.
- Tak. Dziękuję ci! Tak. Skontaktujemy się z nim jutro z samego rana.
Jestem przekonana, że i tak powiedziałaś nam więcej, niż pierwotnie
zamierzałaś - zwróciła się do Eve. - To nie wyjdzie poza ściany tego
pomieszczenia - obiecała. - Jestem ci za to niezmiernie wdzięczna. Sama
wiesz, jakie mam skomplikowane relacje z moją własną rodziną. Kent... no
cóż... Martin również... Obaj byli dla mnie jak ojcowie zastępczy. Roarke ma
rację. To tylko DNA.
Kiedy wyszli, Eve usiadła znów przy stole.
- Wyglądała na mniej roztrzęsioną, kiedy wychodziła. Pomogło jej to, co
powiedziałeś.
- Wszystko jej pomogło. Wprawdzie to tragedia dla naszych przyjaciół,
którzy tak dobrze znali zamordowanego, lecz i dla ciebie pomocne jest
to, że znasz ich od dawna i możesz im w pełni zaufać.
- Mnie to nie boli tak jak ich.
- Zostawmy to. Niech moja pani porucznik powie mi lepiej, w czym ja mogę
jej pomóc.
Uśmiechnęła się do niego.
- Myślałam o tym, kiedy jechałam samochodem do domu. Nie o tym, co
mógłbyś zrobić, lecz o tym, że zaoferujesz mi swą pomoc. O tym, że
każesz mi coś zjeść, że najprawdopodobniej poczęstujesz kieliszkiem
wina. Wysłuchasz mnie, a potem zaoferujesz pomoc. - Przekrzywiła głowę w bok. - Nie uważasz, że jesteśmy słodką parką?
- To chyba zależy od stopnia emitowanej słodyczy, nie sądzisz?
- W takim razie emitujemy ją chyba w najodpowiedniejszym stopniu jak na
nas, hę? Mam czasem wrażenie, że nieźle nam się udaje. Muszę się teraz
zająć mapą zbrodni. Jeśli masz chęć, mógłbyś pogrzebać w finansach
ofiary, małżonka, firmy. Pewnie nie posunie to niczego do przodu, ale
powinniśmy to odhaczyć.
- Grzebanie w finansach innych? O niebiosa! Ekstra jak dla mnie.
Eve zrobiła wszystko, co było w ludzkiej mocy zrobić w tej chwili.
Raporty z laboratorium, od ekipy techników i ekipy medycznej jeszcze nie
nadeszły. Peabody dała znać, że spotkanie z personelem kliniki zostało
umówione na siódmą trzydzieści, miała więc zaplanowany początek
jutrzejszego dnia.
Przesłuchanie, kostnica, laboratorium - wszystko to, zanim dotrze do
komendy głównej policji. Miała nadzieję, że uzyska odpowiedzi choć na
część pytań, że wyklaruje się jej jakaś ścieżka postępowania.
Kto bierze na cel powszechnie lubianego mężczyznę, cenionego lekarza,
kochającego i kochanego męża i ojca? Kto wystawia go na szybką, straszną
śmierć w męczarniach?
Znajdzie odpowiedź na to pytanie, choćby miało ją to wiele kosztować.
Na razie jednak, ponieważ zrobiła już wszystko, co mogła zrobić przed
zapadnięciem nocy, zdecydowała, że oboje z mężem zasługują na jeszcze
jedną słodką nagrodę.
Skierowała się do położonego tuż obok gabinetu męża. Siedział w swoim
centrum dowodzenia, przyglądając się uważnie czemuś, co mogło być
zapisane w języku greckim (zdaniem Eve, mógł to ocenić któryś z jej
speców od technik operacyjnych).
- Skończyłaś na dzisiaj, prawda? - Oderwał wzrok od monitora komputera.
- Nie znalazłem niczego, co mogłoby pomóc w śledztwie, więc nie chciałem
przeszkadzać.
- Co takiego, co nie mogłoby pomóc w śledztwie, znalazłeś?
- Urządzili się dość komfortowo, przyznaję. A nawet bardzo komfortowo,
jak mówili Louise i Charles. Klinika zamordowanego funkcjonuje bez
zarzutu, a jego mąż otrzymuje całkiem niezłą pensyjkę oraz spore
dodatki. Mądrze inwestowali w nieruchomości. Wygląda na to, że
zamierzali przejść na emeryturę za mniej więcej dziesięć lat. Lubili
podróżować. I często gdzieś wyjeżdżali, ale nie żyli ponad stan. Część
swoich przychodów wydatkowali na cele charytatywne, a muszę powiedzieć,
że wybierali je mądrze. Byli przy tym niezwykle szczodrzy - zamilkł na
chwilę. - Obaj nie mieli żadnych ukrytych rachunków. Żadnych długów
hazardowych ani dziwnych zakupów. Założyli też fundusze powiernicze dla
swoich dzieci i wnuków, wykonali kilka hojnych, lecz niebudzących
podejrzeń zapisów dla ludzi, którzy pracowali dla nich lub od dłuższego
czasu z nimi współpracowali. Dla Louise i Charlesa również zapisali
konkretne dzieło sztuki. Inne cenne rzeczy, takie jak zestaw spinek do
mankietów, antyczny komplet przyborów do golenia czy tym podobne
drobiazgi, zapisali ludziom, którzy, jak się domyślam, są ich bliskimi
przyjaciółmi i docenią te pamiątki.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki