Złota Seria. DREDNOUGHT. Brytania, Niemcy i nadejście Wielkiej Wojny - Robert K. Massie

Kup ebooka

60.00 zł
50.13 zł (49,68 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Od redakcji

Czy­tel­ni­cy otrzy­mu­ją dzi­siaj do rąk książ­kę za­iste nie­zwy­kłą i to z kil­ku wzglę­dów. Po pierw­sze - ze wzglę­du na oso­bę au­to­ra. Ro­bert K. Mas­sie jest ame­ry­kań­skim hi­sto­ry­kiem i dzien­ni­ka­rzem, au­to­rem kil­ku za­le­d­wie ksią­żek, z któ­rych każ­da jed­nak była wy­da­rze­niem na ryn­ku wy­daw­ni­czym. Książ­ki te to: "Ni­cho­las and Ale­xan­dra" ("Mi­ko­łaj i Alek­san­dra"), "Pe­ter the Gre­at" ("Piotr Wiel­ki"), któ­ra przy­nio­sła mu na­gro­dę Pu­lit­ze­ra, a prze­tłu­ma­czo­no ją na­wet na ro­syj­ski, zna­na już w Pol­sce "Ostat­ni Ro­ma­no­wo­wie" oraz tomy, któ­re trzy­ma­cie pań­stwo w rę­kach. Poza te­ma­ty­ką hi­sto­rycz­ną na­pi­sał wspól­nie ze swo­ją żoną, Su­san Mas­sie, "Jo­ur­ney" ("Po­dróż"), bę­dą­cą wstrzą­sa­ją­cym, a rów­no­cze­śnie peł­nym głę­bo­kie­go hu­ma­ni­ta­ry­zmu świa­dec­twem zma­gań ro­dzi­ców z dzie­dzicz­ną i trud­ną do wy­le­cze­nia cho­ro­bą syna - he­mo­fi­lią, co dało zresz­tą asumpt do za­ję­cia się hi­sto­rią cho­ro­by ca­re­wi­cza Alek­se­go i do­mem Ro­ma­no­wów. Ro­bert K. Mas­sie Jr. ma się zresz­tą do­brze i kro­czy w śla­dy ojca.

Jak wi­dać z wy­ka­zu ty­tu­łów nasz au­tor wy­ka­zu­je pew­ną pre­dy­lek­cję do bio­gra­fii, któ­rej jest praw­dzi­wym mi­strzem. Jego wiel­ki ta­lent i umie­jęt­ność opo­wia­da­nia po­wo­du­ją, że czy­ta się je z nie­usta­ją­cą fa­scy­na­cją te­ma­tem i z za­par­tym tchem, choć ze wzglę­du na im­po­nu­ją­ce roz­mia­ry dzieł - trud­no mó­wić, że nie­mal jed­nym tchem. Roz­miar - choć, oczy­wi­ście, nie wy­łącz­nie, bo tak­że sze­ro­kie spoj­rze­nie na epo­kę - jest dru­gą ce­chą cha­rak­te­ry­zu­ją­cą dzie­ła Mas­sie­go, co po­wo­du­je, że za­li­cza się je do ga­tun­ku "pa­no­ra­my hi­sto­rycz­nej", w czym przy­po­mi­na pra­ce nie­ży­ją­cej już Bar­ba­ry Tuch­man (m.in. "Wy­nio­sła wie­ża", "Sierp­nio­we sal­wy"), z któ­rą bywa naj­czę­ściej po­rów­ny­wa­ny. Mas­sie jest zresz­tą au­to­rem wstę­pów do nie­mal wszyst­kich naj­now­szych wy­dań (ame­ry­kań­skich) jej ksią­żek. Trze­cią wresz­cie ce­chą ksią­żek Mas­sie­go jest ich zna­ko­mi­te udo­ku­men­to­wa­nie hi­sto­rycz­ne. Wszyst­kie cy­ta­ty - sta­no­wią­ce nie­ma­ły pro­cent "mię­sa" tych ksią­żek - są po­da­wa­ne za ory­gi­nal­ny­mi źró­dła­mi, co spra­wia, że pra­ce Mas­sie­go są za­le­ca­ne na ame­ry­kań­skich uni­wer­sy­te­tach jako lek­tu­ra "nie­mal źró­dło­wa" do kur­sów z hi­sto­rii po­wszech­nej. Je­śli stu­den­ci czy­ta­ją je chęt­nie - to naj­wy­raź­niej książ­ki nie mogą tchnąć nudą. Nasz au­tor - przy sze­ro­kim uję­ciu te­ma­tu i za­mi­ło­wa­niu do dy­gre­sji - cha­rak­te­ry­zu­je się bo­wiem nie­zwy­kłą dys­cy­pli­ną. Opo­wia­da, lecz nie glę­dzi; ry­su­jąc po­sta­cie sto­su­je kre­skę i bar­wę zmien­ną i do­pa­so­wa­ną do ich cha­rak­te­ru - a daje się wy­czuć, że i do oso­bi­ste­go sto­sun­ku au­to­ra do nich - choć bez wpły­wu na obiek­tyw­ność hi­sto­ry­ka. Po­tra­fi on zresz­tą na­wet w po­sta­ciach - ide­al­nych kan­dy­da­tach na czar­ne cha­rak­te­ry - od­na­leźć ele­men­ty sym­pa­tycz­ne, a przy­najm­niej - fa­scy­nu­ją­ce.

Opo­wieść, któ­rą dzi­siaj pro­po­nu­je­my i przed­sta­wia­my pod osąd pol­skie­go czy­tel­ni­ka, mówi o ca­łej epo­ce w eu­ro­pej­skiej hi­sto­rii: od wstą­pie­nia na tron kró­lo­wej Wik­to­rii, po ów hi­sto­rycz­ny mo­ment w sierp­niu 1914 roku, kie­dy Zjed­no­czo­ne Kró­le­stwo zna­la­zło się w sta­nie woj­ny z Niem­ca­mi. Na­le­ży od razu za­zna­czyć, że książ­ka prze­zna­czo­na jest nie tyl­ko dla mi­ło­śni­ków hi­sto­rii wo­jen­no­mor­skiej. Ty­tu­ło­wy "Dre­ad­no­ught" to przede wszyst­kim sym­bol pew­nej epo­ki i każ­dy może zna­leźć tu in­te­re­su­ją­ce go ele­men­ty. Mi­ło­śni­cy bio­gra­fii - w któ­rej to dzie­dzi­nie jest Mas­sie uzna­nym mi­strzem - znaj­dą kil­ka więk­szych i kil­ka mniej­szych szki­ców bio­gra­ficz­nych. Barw­nych, jak barw­na była epo­ka pary i elek­trycz­no­ści, epo­pei ko­lo­nial­nych i pierw­sze­go w hi­sto­rii wiel­kie­go wy­ści­gu zbro­jeń, nad­we­rę­ża­ją­ce­go za­so­by ty­tu­ło­wych kon­ku­ren­tów do gra­nic ich eko­no­micz­nych moż­li­wo­ści. Bę­dąc da­le­kim od spi­sko­wej wi­zji hi­sto­rii i prze­ce­nia­nia w niej roli jed­no­stek, my­ślę jed­nak, że wie­lo­krot­nie czy­tel­nik może się za­du­mać nad wpły­wem na jej bieg drob­nych po­zor­nie wy­da­rzeń. Nie­szczę­sna dia­gno­za cho­ro­by Fry­de­ry­ka III czy, ma­ją­ce swe źró­dła w dzie­ciń­stwie i mło­dych la­tach, za­wi­ło­ści psy­chi­ki Wil­hel­ma II mia­ły zna­czą­cy wpływ na hi­sto­rię obu kra­jów i Eu­ro­py.

Do na­pi­sa­nia tych słów zo­sta­łem za­pro­szo­ny przez pana re­dak­to­ra An­drze­ja Rybę, któ­ry za­su­ge­ro­wał mi tak­że do­rzu­ce­nie kil­ku słów o tym, jak do­szło do pol­skie­go wy­da­nia książ­ki... za­czę­ło się w Mont­re­alu w lip­cu 1992 roku, gdzie spę­dza­łem kil­ka dni urlo­pu - pra­co­wa­łem wte­dy na uni­wer­sy­te­cie w po­bli­skim Sher­bro­oke - zwie­dza­jąc to cza­ru­ją­ce mia­sto. Spa­ce­ru­jąc w słoń­cu wzdłuż me­ta­lo­wych szta­chet ota­cza­ją­cych Uni­wer­sy­tet McGill, tra­fi­łem, rzec moż­na wie­dzio­ny in­stynk­tem, do wspa­nia­łej uni­wer­sy­tec­kiej księ­gar­ni, a w niej - sta­ry ma­niak wo­jen­no­mor­ski - od razu na książ­kę o okład­ce ozdo­bio­nej rufą ty­tu­ło­we­go "bo­ha­te­ra" ze zwie­sza­ją­cym się z niej ogrom­nym bia­łym pro­por­cem. Trzy naj­bliż­sze doby po­dzie­lo­ne były dość spra­wie­dli­wie po­mię­dzy Mont­re­al - dnie i Dre­ad­no­ugh­ta - noce. Czy na urlo­pie wy­po­czą­łem - trud­no oce­nić - w każ­dym ra­zie były to wspa­nia­łe dni. Dru­gim waż­nym kro­kiem był rok 1998, kie­dy to prze­ży­wa­łem pew­ne za­wi­ro­wa­nia ży­cio­we i po­sta­no­wi­łem - dla czy­ste­go re­lak­su psy­chicz­ne­go i bez żad­nych szcze­gól­nych pla­nów - prze­tłu­ma­czyć kil­ka roz­dzia­łów ulu­bio­nej książ­ki, któ­rą zdą­ży­łem już prze­cież prze­czy­tać kil­ku­krot­nie. W wa­ka­cyj­ne wie­czo­ry opra­co­wa­łem sie­dem roz­dzia­łów i ... po­mo­gło. Hu­mor po­pra­wił mi się na tyle, że z opra­wio­ną "prób­ką" za­czą­łem szu­kać moż­li­we­go wy­daw­cy. Po kil­ku nie­uda­nych po­dej­ściach by­łem już tro­chę zre­zy­gno­wa­ny, kie­dy po­sta­no­wi­łem skon­tak­to­wać się z Ofi­cy­ną Fin­na, wy­da­ją­cą zna­ną mi "Se­rię z ko­twicz­ką", w do­dat­ku miesz­czą­cą się w Gdań­sku - dla mnie "na miej­scu". Spo­tka­łem się z re­dak­to­rem Rybą, prze­ka­za­łem prób­kę i ... cze­ka­łem. Gdy wresz­cie ode­bra­łem te­le­fon, usły­sza­łem w od­po­wie­dzi, że... praw­da... bar­dzo cie­ka­we... ale szko­da. W tym mo­men­cie my­śla­łem, że ko­lej­ne po­dej­ście jest nie­uda­ne. "Na czym po­le­ga szko­da?" - za­py­ta­łem. "Szko­da, że jest tyl­ko sie­dem roz­dzia­łów! To fan­ta­stycz­ne!" - brzmia­ła od­po­wiedź. W ten spo­sób do­ko­nał się trze­ci krok i te­raz cze­kam już tyl­ko na osąd czy­tel­ni­ków.

Pan re­dak­tor Ryba po­pro­sił mnie o opa­trze­nie książ­ki przy­pi­sa­mi, co z miłą chę­cia speł­ni­łem, choć nie bez po­mo­cy wie­lu osób, za co chciał­bym im w tym miej­scu - tak­że w imie­niu wy­daw­nic­twa - po­dzię­ko­wać, zwłasz­cza, że była to po­moc bez­in­te­re­sow­na. Mój są­siad - kpt ż.w. Da­niel Ole­szek z chę­cią dys­ku­to­wał trud­niej­sze frag­men­ty na­utycz­ne i fa­cho­wo ob­li­czał dy­stan­se po or­to­dro­mie. Pan Jar­di­ne Simp­son - gdań­ski Szkot - do­brze zna­ny w krę­gach uczą­cych się tu­taj ję­zy­ka an­giel­skie­go, któ­re­go śmiem za­li­czać do przy­ja­ciół, wy­ja­śnił mi nie­któ­re za­wi­ło­ści bry­tyj­skie­go sys­te­mu kon­sty­tu­cyj­ne­go i bez­błęd­nie roz­po­zna­wał cy­to­wa­ne lub wspo­mi­na­ne w książ­ce pie­śni, pio­sen­ki i utwo­ry li­te­rac­kie. Pani Mał­go­rza­ta Pa­szyl­ka po­mo­gła mi w roz­szy­fro­wa­niu kil­ku szcze­gó­łow. Moja cór­ka, Kle­men­ty­na Chrza­now­ska, prze­czy­ta­ła tekst i ustrze­gła mnie od kil­ku lap­su­sów, a tak­że opra­co­wa­ła pol­ską wer­sję przy­pi­sów koń­co­wych i in­dek­su. Chciał­bym też po­dzię­ko­wać re­dak­tor­ce tego "opus ma­gnum", pani Ali­nie Wal­czak, za współ­pra­cę - za­rów­no w tym za­kre­sie, gdzie bez­dy­sku­syj­nie ma­jąc ra­cję ustrze­gła od błę­dów, jak i w tym, gdzie nie zga­dza­li­śmy się, co sta­no­wi­ło dla mnie źró­dło do prze­my­śleń.

Ra­zem z pa­nem re­dak­to­rem Rybą bę­dzie­my te­raz cze­ka­li na od­zew czy­tel­ni­ków. Je­śli uzna­cie Pań­stwo książ­kę za in­te­re­su­ją­cą, to in­for­mu­je­my, że w paź­dzier­ni­ku 2003 roku Ro­bert K. Mas­sie na­pi­sał ciąg dal­szy: "Ca­stles of Ste­el" ("Sta­lo­we for­te­ce"). Bę­dzie z ty­siąc stron. Czy mamy brać się do ro­bo­ty?

Woj­ciech Chrza­now­ski

Gdańsk, kwie­cień 2004.

Trafalgar

Su­pre­ma­cja Bry­tyj­skiej Ma­ry­nar­ki Wo­jen­nej od­ci­snę­ła się nie­od­wra­cal­nie na hi­sto­rii XIX wie­ku pod­czas jed­ne­go strasz­ne­go po­po­łu­dnia w paź­dzier­ni­ku 1805 roku. Od po­łu­dnia do oko­ło wpół do pią­tej 21 paź­dzier­ni­ka, przy lek­kim wie­trze i spo­koj­nie to­czą­cej się atlan­tyc­kiej mar­twej fali w po­bli­żu wy­brze­ża hisz­pań­skie­go, dwa­dzie­ścia sie­dem ża­glo­wych okrę­tów li­nio­wych, do­wo­dzo­nych przez wi­ce­ad­mi­ra­ła lor­da Ho­ra­tio Nel­so­na, uni­ce­stwi­ło po­łą­czo­ne flo­ty Fran­cji i Hisz­pa­nii pod fran­cu­skim ad­mi­ra­łem Pier­rem Vil­le­neu­ve'em. Bi­twa ro­ze­gra­ła się na ma­łym spła­chet­ku oce­anu, nie więk­szym niż dwie mile na dwie, kil­ka mil od brze­gu, po­mię­dzy por­tem Ka­dyks a za­chod­nim wyj­ściem z Cie­śni­ny Gi­bral­tar­skiej. Naj­bliż­szym punk­tem od­nie­sie­nia na ma­pie była sa­mot­na za­tocz­ka, któ­ra mia­ła dać bi­twie na­zwę. Za­tocz­ka na­zy­wa­ła się - Tra­fal­gar1.

Zwy­cię­stwo Nel­so­na tego je­sien­ne­go po­po­łu­dnia zde­cy­do­wa­ło o su­pre­ma­cji na mo­rzu, któ­ra mia­ła prze­trwać stu­le­cie i dać więk­szo­ści na­ro­dów świa­ta okres względ­ne­go spo­ko­ju, zna­ny jako Pax Bri­tan­ni­ca. Za­rów­no ta su­pre­ma­cja, jak i spo­wo­do­wa­ny przez nią po­kój trwa­ły nie­zmie­nio­ne, gdy rów­no­cze­śnie okrę­ty wo­jen­ne zmie­ni­ły się nie do po­zna­nia: drew­nia­ne ka­dłu­by za­stą­pi­ło że­la­zo i stal; zni­kły masz­ty, gdy para wy­par­ła ża­gle; a miej­sce bu­tel­ko­wa­tych ar­mat, ła­do­wa­nych od stro­ny wy­lo­tu lufy, za­ję­ły po­tęż­ne dzia­ła mor­skie, mon­to­wa­ne w wie­żach lub bar­be­tach, o znacz­nie więk­szym za­się­gu i pre­cy­zji strza­łu. Coś jed­nak prze­trwa­ło nie­zmie­nio­ne: przez wszyst­kie te lata ma­ry­na­rze bry­tyj­scy wy­ka­zy­wa­li pew­ność sie­bie gra­ni­czą­cą z aro­gan­cją - na­wet ją prze­kra­cza­ją­cą - a pew­ność tę zro­dzi­ło i prze­ka­za­ło na­stęp­nym po­ko­le­niom owe sie­dem­na­ście ty­się­cy lu­dzi słu­żą­cych pod Tra­fal­ga­rem na dę­bo­wych ka­dłu­bach le­wia­ta­nów Nel­so­na.

Bi­twa pod Tra­fal­ga­rem zo­sta­ła sto­czo­na, po­nie­waż po­tęż­ne pań­stwo kon­ty­nen­tal­ne rzą­dzo­ne przez zdo­byw­cę - Na­po­le­ona Bo­na­par­te - za­gro­zi­ło bez­pie­czeń­stwu i in­te­re­som An­glii. Flo­ta bry­tyj­ska za­ata­ko­wa­ła nie­przy­ja­cie­la tego dnia, zwa­la­jąc się na prze­ra­żo­nych ka­pi­ta­nów fran­cu­skich w spo­sób zde­cy­do­wa­ny i nie do od­par­cia, lecz stra­te­gicz­na rola Kró­lew­skiej Ma­ry­nar­ki Wo­jen­nej była wte­dy, jak i za­wsze, de­fen­syw­na. Hi­sto­rycz­nie rzecz bio­rąc, mi­sją flo­ty bry­tyj­skiej była obro­na wysp ma­cie­rzy­stych przed in­wa­zją i strze­że­nie szla­ków han­dlo­wych i ko­lo­nii Im­pe­rium. W okre­sie lata 1805 roku, ce­sarz Na­po­le­on zgro­ma­dził na kli­fach wo­kół Bo­ulo­gne ar­mię stu trzy­dzie­stu ty­się­cy we­te­ra­nów walk, aby do­ko­nać in­wa­zji i pod­po­rząd­ko­wać so­bie swe­go an­giel­skie­go wro­ga. Ce­sarz po­trze­bo­wał tyl­ko krót­kie­go okre­su swo­bo­dy ru­chów na Ka­na­le An­giel­skim2, cza­su wy­star­cza­ją­ce­go na prze­trans­por­to­wa­nie swo­ich ba­ta­lio­nów przez te dwa­dzie­ścia mil wody, aby zdo­być Lon­dyn i po­dyk­to­wać wa­run­ki po­ko­ju. Jed­nak­że na czas tego przej­ścia mo­rzem set­ki jego pła­sko­den­nych ba­rek i roz­ma­itych sta­tecz­ków, po­zbie­ra­nych wzdłuż wy­brze­ży w celu prze­trans­por­to­wa­nia ar­mii po­trze­bo­wa­ły ochro­ny przed dzia­ła­mi flo­ty bry­tyj­skiej. Ochro­na taka była moż­li­wa tyl­ko wte­dy, gdy­by wła­sna, fran­cu­ska flo­ta Na­po­le­ona, po­łą­czo­na z flo­tą Hisz­pa­nii - wa­ha­ją­ce­go się so­jusz­ni­ka Fran­cji - mo­gła choć­by na krót­ko prze­jąć kon­tro­lę nad Ka­na­łem. Za­blo­ko­wa­nie tych po­my­słów Ce­sa­rza i za­po­bie­że­nie in­wa­zji ich oj­czy­zny było za­da­niem ma­ry­na­rzy bry­tyj­skich.

Do­ko­na­li tego po­przez jed­no z naj­więk­szych osią­gnięć w za­kre­sie wy­trwa­ło­ści w sztu­ce że­glar­skiej, ja­kie od­no­to­wa­ły an­na­ły mor­skiej hi­sto­rii. Jak­kol­wiek przy­tła­cza­ją­ce było zwy­cię­stwo pod Tra­fal­ga­rem, to sta­no­wi­ło ono tyl­ko grzmią­ce hu­kiem dział uko­ro­no­wa­nie in­ne­go nie­zrów­na­ne­go wy­czy­nu. Przez dwa po­prze­dza­ją­ce Tra­fal­gar lata flo­ta bry­tyj­ska po­zo­sta­wa­ła bez prze­rwy w mo­rzu wo­kół wy­brze­ży Eu­ro­py. Flo­ta Na­po­le­ona, po­dzie­lo­na na eska­dry, roz­pro­szo­na była po por­tach od atlan­tyc­kie­go Bre­stu po śród­ziem­no­mor­ski Tu­lon. Bez­pie­czeń­stwo Bry­ta­nii le­ża­ło w unie­moż­li­wie­niu tym eska­drom po­łą­cze­nia się w siłę wy­star­cza­ją­cą do prze­bi­cia się do Ka­na­łu i oczysz­cze­nia dro­gi dla przej­ścia trans­por­tów ce­sar­skiej ar­mii do An­glii. I tak przez dwa lata flo­ta bry­tyj­ska wa­ro­wa­ła i cze­ka­ła wo­kół por­tów Eu­ro­py, ob­ser­wu­jąc, czy wro­gie okrę­ty nie pod­no­szą ża­gli i nie go­tu­ją się do wyj­ścia w mo­rze i wy­pa­tru­jąc oka­zji do ich znisz­cze­nia, gdy­by tak wła­śnie po­stą­pi­ły. Blo­ka­da była utrzy­my­wa­na przez pięć­dzie­siąt do sześć­dzie­się­ciu bry­tyj­skich okrę­tów li­nio­wych, z któ­rych każ­dy niósł na swo­im po­kła­dzie od sze­ściu­set do dzie­wię­ciu­set znu­dzo­nych, sa­mot­nych, głod­nych i znę­ka­nych po­go­dą lu­dzi, kła­dą­cych się na noc do ha­ma­ków roz­wie­sza­nych nad mil­czą­cy­mi, tak­że cze­ka­ją­cy­mi swej chwi­li dzia­ła­mi. Przez dwa lata okrę­ty były w mo­rzu, za­rów­no w dusz­nej go­rącz­ce lata, gdy ci­sza po­wo­do­wa­ła, że mo­rze przy­po­mi­na­ło lu­strza­ną ta­flę, jak i w sztor­mo­wych wia­trach, wśród ol­brzy­mich ni­czym góry fal i ką­sa­ją­ce­go chło­du zimy. Za­ło­gi ląd oglą­da­ły rzad­ko, zejść zaś na nie­go było pra­wie nie­po­do­bień­stwem. Nel­son spę­dził dwa lata na blo­ka­dzie nie opusz­cza­jąc po­kła­du swo­je­go fla­gow­ca - HMS "Vic­to­ry". Przez dwa­dzie­ścia dwa mie­sią­ce ad­mi­rał lord Cu­th­bert Col­lin­gwo­od, za­stęp­ca Nel­so­na, nie sły­szał plu­sku wpa­da­ją­cej do wody ko­twi­cy. To wła­śnie o tej flo­cie i tej blo­ka­dzie, o jej suk­ce­sie w do­pro­wa­dze­niu do pa­to­wej sy­tu­acji w roz­gryw­ce z cza­ją­cym się w Bo­ulo­gne Ce­sa­rzem, ad­mi­rał Al­fred Thay­er Ma­han3 miał na­pi­sać: "te od­le­głe, znę­ka­ne sztor­ma­mi okrę­ty, któ­rych Wiel­ka Ar­mia nig­dy nie wi­dzia­ła, sta­nę­ły po­mię­dzy nią a pa­no­wa­niem nad świa­tem".

Wresz­cie ro­ze­źlo­ny i znie­cier­pli­wio­ny Ce­sarz wy­dał roz­kaz swej flo­cie do wyj­ścia w mo­rze i po­że­glo­wa­nia w kie­run­ku Ka­na­łu. Jej więk­szość zgro­ma­dzi­ła się w Ka­dyk­sie, strze­żo­na tam przez flo­tę an­giel­ską, do­wo­dzo­ną przez ido­la Ma­ry­nar­ki Kró­lew­skiej i bo­ha­te­ra ca­łej An­glii. Ho­ra­tio Nel­son był ma­łe­go wzro­stu, de­li­kat­nej bu­do­wy i zmal­tre­to­wa­ny przez woj­ny. Jed­no ra­mię i jed­no oko po­stra­dał już wcze­śniej w służ­bie swe­mu kra­jo­wi. Miał on też inne ludz­kie sła­bost­ki: opu­ścił swo­ją żonę, aby żyć otwar­cie z peł­ną wi­go­ru mło­dą ko­bie­tą, w do­dat­ku za­męż­ną ze star­szym męż­czy­zną, któ­ry rów­no­cze­śnie hoj­nie da­rzył Nel­so­na swą sym­pa­tią. Nel­son nie był po­słusz­ny roz­ka­zom Ad­mi­ra­li­cji, gdy te mu nie od­po­wia­da­ły, a pod­czas złej po­go­dy ule­gał cho­ro­bie mor­skiej. Jed­nak­że jego uprzej­mość i zro­zu­mie­nie dla in­nych były już le­gen­dar­ne, a jego zdol­no­ściom w bi­twie nikt nig­dy nie do­rów­nał. Wszy­scy w bry­tyj­skiej flo­cie ko­cha­li go i po­szli­by za nim, do­kąd­kol­wiek by ich po­pro­wa­dził. Śmierć Nel­so­na w chwi­li zwy­cię­stwa przy­ćmi­ła triumf tra­ge­dią. Gdy wie­ści o tym do­tar­ły do An­glii, kraj w osłu­pie­niu oscy­lo­wał po­mię­dzy świę­to­wa­niem a ża­ło­bą.

In­struk­cje Nel­so­na, gdy obie flo­ty po­wo­li że­glo­wa­ły ku so­bie w ła­god­nej po­ran­nej bry­zie, na­ka­zy­wa­ły - jak zwy­kle - ata­ko­wać. Uwa­ża­jąc, że w za­mę­cie bi­tew­nym wszel­kie szcze­gó­ło­we pla­ny mogą się ob­ró­cić wni­wecz, za­koń­czył swo­je me­mo­ran­dum dla do­wód­ców okrę­tów sło­wa­mi: "Ża­den ka­pi­tan nie po­peł­ni błę­du, je­śli usta­wi swój okręt rów­no­le­gle do okrę­tu nie­przy­ja­ciel­skie­go". W roz­ka­zie tym kry­ło się za­ło­że­nie, iż każ­dy okręt bry­tyj­ski po­tra­fi po­ko­nać każ­dy okręt prze­ciw­ni­ka. Naj­wyż­sza pew­ność i za­ufa­nie Nel­so­na do bry­tyj­skiej sztu­ki że­glar­skiej, bry­tyj­skiej ar­ty­le­rii i bry­tyj­skiej od­wa­gi, były tak­że spu­ści­zną Tra­fal­ga­ru.

Nel­son po­dzie­lił swo­ją flo­tę na dwa dy­wi­zjo­ny: wła­sny, któ­rym do­wo­dził z po­kła­du HMS "Vic­to­ry" i wi­ce­ad­mi­ra­ła Col­lin­gwo­oda na HMS "Roy­al So­ve­re­ign". Pły­nąc na cze­le swo­je­go dy­wi­zjo­nu, Nel­son skie­ro­wał swój okręt fla­go­wy pro­sto w cen­trum li­nii fran­cu­skiej. W samo po­łu­dnie prze­mó­wi­ły dzia­ła, po czym na­stą­pi­ły czte­ry go­dzi­ny po­tęż­nej rze­zi. Lek­ki wiatr po­zo­sta­wiał dym ka­no­na­dy po­roz­wie­sza­ny nad mo­rzem niby cięż­kie za­sło­ny. Ma­ja­czą­ce w tych ca­łu­nach okrę­ty wpa­da­ły na sie­bie nie­spo­dzie­wa­nie. Z krót­kie­go dy­stan­su wy­strze­li­wa­ły sal­wy bur­to­we i zde­rza­ły się, przy­tu­la­jąc w pie­kiel­nym uści­sku. Cięż­kie w ma­new­ro­wa­niu i po­wol­ne, dry­fo­wa­ły tak splą­ta­ne ze sobą, pod­czas gdy lu­dzie z jed­ne­go z nich usi­ło­wa­li po­za­bi­jać lu­dzi na dru­gim. Ogniem bez­po­śred­nim, z dy­stan­su pię­ciu jar­dów4, grzmia­ło pięć­dzie­siąt dział na­raz i pięć­dzie­siąt cięż­kich kul dru­zgo­ta­ło po­szy­cie burt są­sied­nie­go okrę­tu. Wiel­kie masz­ty wa­li­ły się na po­kład, po­cią­ga­jąc za sobą ża­gle, drzew­ca i liny, któ­re spa­da­ły na oba okrę­ty oraz za bur­ty, gdzie po­tem wlo­kły się w wo­dzie. Z po­kła­dów głów­nych i z resz­tek ta­kie­lun­ku pie­cho­ta mor­ska strze­la­ła z musz­kie­tów i dzia­łek ła­do­wa­nych kar­ta­cza­mi, prze­cze­su­jąc ogniem po­kład prze­ciw­ni­ka, po­kry­wa­jąc go rzę­da­mi ciał i wy­peł­nia­jąc szpi­ga­ty krwią. Zda­rza­ło się, że gdy zwa­lo­ne już były wszyst­kie masz­ty, a głów­ny po­kład opu­sto­szał, ni­żej, na po­kła­dach dzia­ło­wych, pół­przy­tom­ni męż­czyź­ni nadal w za­pa­mię­ta­niu ła­do­wa­li dzia­ła, wy­ta­cza­li je, ob­ni­ża­li lufy do strze­la­nia w ka­dłub lub pod­no­si­li, ce­lu­jąc w gór­ne po­kła­dy sto­ją­ce­go u bur­ty prze­ciw­ni­ka. Do­wód­cy Nel­so­na byli nie­ustę­pli­wi - nie zwra­ca­jąc uwa­gi na uszko­dze­nia wła­snych okrę­tów. Na nie­któ­rych okrę­tach bry­tyj­skich ze zwa­lo­ny­mi masz­ta­mi i od­strze­lo­nym ta­kie­lun­kiem, nadal za­ło­gi po­tra­fi­ły po­sta­wić tym­cza­so­we ża­gle, zy­sku­jąc zdol­ność ma­new­ro­wą, aby szu­kać ko­lej­nych jed­no­stek wro­ga.

Gdy oko­ło czwar­tej trzy­dzie­ści po po­łu­dniu wstrzy­ma­no ogień, osiem­na­ście okrę­tów nie­przy­ja­cie­la mia­ło opusz­czo­ne ban­de­ry, a dzie­więt­na­sty wy­pa­lił się do li­nii wod­nej i wresz­cie wy­le­ciał w po­wie­trze. Sam Vil­le­neu­ve był jeń­cem, ry­chło miał po­peł­nić sa­mo­bój­stwo.

Tra­fal­gar nie spo­wo­do­wał upad­ku Na­po­le­ona. Do bi­twy pod Wa­ter­loo mia­ło upły­nąć jesz­cze dzie­sięć lat. Lecz Tra­fal­gar usu­nął groź­bę uchwy­ce­nia przez Na­po­le­ona Ka­na­łu. W cią­gu tych dzie­się­ciu lat już nig­dy ani Fran­cja, ani ża­den inny kraj nie rzu­cił wy­zwa­nia mor­skiej do­mi­na­cji Wiel­kiej Bry­ta­nii. I mia­ło tak po­zo­stać przez na­stęp­ne sto lat.

WprowadzeniePotęga morska

We czwar­tek był wiel­ki upał. W pią­tek - jesz­cze go­rzej. Bry­za za­mar­ła, po­wie­trze sta­ło się wil­got­ne i cięż­kie. Fla­gi zwi­sa­ły zwiot­cza­łe i lek­ka mgieł­ka roz­cią­ga­ła się nad ogrom­ną flo­tą za­ko­twi­czo­ną na So­lent5. Do­pie­ro gdy słoń­ce prze­bi­ło się nie­co, moż­na było do­strzec z brze­gu za­ma­za­ne za­ry­sy cze­goś, co zda­wać się mo­gło ja­kimś nie­zwy­kłym mia­stem. Sto sześć­dzie­siąt pięć okrę­tów Bry­tyj­skiej Ma­ry­nar­ki Wo­jen­nej za­le­ga­ło na tym osło­nię­tym akwe­nie, trzy mile po­mię­dzy piasz­czy­sty­mi brze­ga­mi rów­ni­ny Hamp­shi­re a le­si­sty­mi wzgó­rza­mi wy­spy Wi­ght. Pięć li­nii okrę­tów o czar­nych ka­dłu­bach, trzy­dzie­ści mil okrę­tów wo­jen­nych, nio­są­cych na swych po­kła­dach czter­dzie­ści ty­się­cy lu­dzi i trzy ty­sią­ce dział mor­skich. Była to naj­po­tęż­niej­sza flo­ta zgro­ma­dzo­na w jed­nym miej­scu w do­tych­cza­so­wej hi­sto­rii świa­ta.

Był czer­wiec roku 1897. Sie­dem­dzie­się­cio­ośmio­let­nia kró­lo­wa Wik­to­ria wła­da­ła Wiel­ką Bry­ta­nią i jej im­pe­rium przez lat sześć­dzie­siąt. Ogło­szo­ny więc zo­stał Dia­men­to­wy Ju­bi­le­usz. So­bo­ta 26 czerw­ca była dniem wiel­kiej re­wii Ma­ry­nar­ki Kró­lew­skiej, tego ba­stio­nu bez­pie­czeń­stwa Bry­ta­nii i tar­czy jej im­pe­rial­nej po­tę­gi. W związ­ku z tym Ad­mi­ra­li­cja6 we­zwa­ła wszyst­kie okrę­ty wo­jen­ne z do­wództw w sa­mej Bry­ta­nii, nie po­zba­wia­jąc jed­nak ani Flo­ty Śród­ziem­no­mor­skiej, ni eskadr w ba­zach za­mor­skich na­wet jed­ne­go okrę­tu. Do udzia­łu w re­wii za­pro­szo­no dwa­dzie­ścia dwie za­gra­nicz­ne ma­ry­nar­ki wo­jen­ne, z któ­rych czter­na­ście przy­ję­ło za­pro­sze­nie i przy­sła­ło okrę­ty.

Mia­sto Por­ts­mouth nad So­lent, pod­sta­wo­wa baza mor­ska An­glii od cza­sów Tu­do­rów, było za­tło­czo­ne ma­ry­na­rza­mi. Set­ki sa­mych ma­ry­na­rzy bry­tyj­skich scho­dzi­ło co­dzien­nie na brzeg ze swych okrę­tów ra­zem z za­gra­nicz­ny­mi ko­le­ga­mi z okrę­tów wi­zy­tu­ją­cych. Jak od­no­to­wał dzien­nik "Da­ily Mail", "czar­no­bre­wi, nie­du­zi Hisz­pa­nie, wy­so­cy, po­sęp­no­ocy Ro­sja­nie i Niem­cy o gru­bo cio­sa­nych koń­czy­nach" krę­ci­li się wśród stra­ga­nów z owo­ca­mi i po skle­pach z ty­to­niem. Ku roz­ryw­ce ma­tro­sów, ma­ry­nar­ka i mia­sto zor­ga­ni­zo­wa­ły licz­ne pik­ni­ki, wy­ciecz­ki po stocz­niach, roz­gryw­ki spor­to­we, a bur­mistrz Por­ts­mouth wy­dał spe­cjal­ne gar­den par­ty dla ma­ry­na­rzy za­gra­nicz­nych. Pla­no­wa­nie w ma­ry­nar­ce, przy­tło­czo­ne ta­ki­mi licz­ba­mi, za­czy­na­ło szwan­ko­wać. "Cen­trum za­pro­wian­to­wa­nia po­wia­da, że nie mogą na­dą­żyć ze szlach­to­wa­niem, aby za­opa­trzyć wszyst­kie okrę­ty w świe­że mię­so - sy­gna­li­zo­wał ad­mi­rał do­wo­dzą­cy na brze­gu ad­mi­ra­łom na wo­dzie - Su­ge­ru­ję aby na okrę­tach wy­dać mię­so so­lo­ne".

An­gli­cy i An­giel­ki wy­ro­ili się do Por­ts­mouth niby psz­czo­ły. Już we czwar­tek wie­czo­rem wy­na­ję­te zo­sta­ły wszyst­kie stry­chy, a lu­dzie spa­li na sto­łach bi­lar­do­wych i po­ze­su­wa­nych krze­słach. Trud­no było zna­leźć sie­dzą­ce miej­sce do zje­dze­nia - we wszyst­kich re­stau­ra­cjach na każ­de krze­sło po­żą­dli­wie spo­glą­dał co naj­mniej tu­zin wy­głod­nia­łych go­ści. "Pierw­sze skrzyp­ce po­mię­dzy ob­co­kra­jow­ca­mi gra­ją Ame­ry­ka­nie - od­no­to­wa­ła "Da­ily Chro­nic­le" - Je­śli na­wet nie da się ich roz­po­znać po ak­cen­cie, to na pew­no ujaw­nią swo­ją na­ro­do­wość pod czas po­sił­ków, kie­dy to bez cie­nia skrę­po­wa­nia wsta­ną z miejsc i we­so­lut­ko wy­chy­lą to­ast "Za Kró­lo­wą!" [...] An­giel­ski lu­dek wsty­dził­by się tak czy­nić poza ofi­cjal­nym obia­dem, ale z pew­no­ścią nie do­ty­czy to na­szych ku­zy­nów "z dru­giej stro­ny Sta­wu""7.

Co­dzien­nie ty­sią­ce lu­dzi pła­ci­ło po szy­lin­gu za moż­li­wość wyj­ścia w mo­rze dla obej­rze­nia flo­ty. Każ­dy do­stęp­ny sta­tek na po­łu­dnio­wym wy­brze­żu An­glii - oce­anicz­ne li­niow­ce, pa­ro­stat­ki wy­ciecz­ko­we, ho­low­ni­ki, mo­to­rów­ki pa­ro­we, pi­na­sy, pry­wat­ne jach­ty, łód­ki wod­nia­ków, na­wet nie­zdar­ne bar­ki z Ta­mi­zy - przy­bi­ły do pir­sów Por­ts­mouth, aby za­bie­rać wi­dzów. Ude­ko­ro­wa­ne fla­ga­mi w ko­lo­rach na­ro­do­wych i za­pcha­ne pa­sa­że­ra­mi wy­pły­wa­ły poza głów­ki fa­lo­chro­nów, mi­ja­jąc cięż­kie ka­mien­ne for­ty, strze­gą­ce ko­twi­co­wi­ska, i roz­po­czy­na­ły prze­cho­dze­nie wzdłuż li­nii za­ko­twi­czo­nych okrę­tów wo­jen­nych. Gdy pa­row­ce mi­ja­ły wo­jen­nia­ki, roz­ko­ły­su­jąc falą swo­je­go śla­du to­ro­we­go małe ło­dzie okrę­to­we, sto­ją­ce pod wy­ty­ka­mi, ma­ry­na­rze i ob­ser­wa­to­rzy ma­cha­li do sie­bie rę­ka­mi i po­zdra­wia­li wza­jem­nie okrzy­ka­mi. Nie oby­wa­ło się bez wy­pad­ków: tu czar­ny szku­ner zde­rzył się z bie­lut­kim jach­tem pa­ro­wym i stra­cił buksz­pryt, ów­dzie mo­to­rów­ka wpa­ko­wa­ła się na tor­pe­do­wiec i za­to­nę­ła, lecz szczę­śli­wie wszyst­kich pa­sa­że­rów bez­piecz­nie wy­ło­wio­no z wody.

To co go­ście wi­dzie­li w rzę­dach czar­nych ka­dłu­bów, bia­łych nad­bu­dó­wek i żół­tych ko­mi­nów, to była bry­tyj­ska po­tę­ga mor­ska. Naj­da­lej od Por­ts­mouth sta­ła na ko­twi­cach Eska­dra Ka­na­łu: je­de­na­ście okrę­tów li­nio­wych pierw­szej kla­sy, pięć krą­żow­ni­ków pierw­szej kla­sy i trzy­na­ście krą­żow­ni­ków dru­giej kla­sy, pod fla­gą Głów­no­do­wo­dzą­ce­go w Por­ts­mouth, po­wie­wa­ją­cą na HMS "Re­nown". To zgru­po­wa­nie je­de­na­stu pan­cer­ni­ków na­le­żą­cych do ty­pów "Roy­al So­ve­re­ign" i ,Ma­je­stic", wszyst­kie w służ­bie nie dłu­żej niż sześć lat, nie mia­ło so­bie rów­nych pod wzglę­dem siły ognia, pan­ce­rza i pręd­ko­ści. W ko­lej­nej li­nii sta­ło trzy­dzie­ści star­szych pan­cer­ni­ków i krą­żow­ni­ków, w na­stęp­nej - trzy­dzie­ści osiem mniej­szych krą­żow­ni­ków i tor­pe­dow­ców, a li­nia naj­bliż­sza Por­ts­mouth li­czy­ła czter­dzie­ści dzie­więć jed­no­stek, z któ­rych trzy­dzie­ści były to naj­now­sze "nisz­czy­cie­le tor­pe­dow­ców".

Dru­ga li­nia to okrę­ty już hi­sto­rycz­ne, lecz nadal na­da­ją­ce się do służ­by. Była tu "Ale­xan­dria", w swo­im cza­sie okręt fla­go­wy Flo­ty Śród­ziem­no­mor­skiej pod ad­mi­ra­łem Sir Geof­frey­em Horn­bym, któ­ry w 1877 roku wpły­nął do Kon­stan­ty­no­po­la i skie­ro­wał lufy dział swych okrę­tów na ro­syj­ską ar­mię wo­kół mia­sta. Za­raz obok niej stał "In­fle­xi­ble", któ­ry dwie de­ka­dy wcze­śniej był naj­po­tęż­niej­szym na świe­cie okrę­tem li­nio­wym. Jego pierw­szy do­wód­ca, słyn­ny ko­man­dor8 Jac­ky Fi­sher, użył jego dział do bom­bar­do­wa­nia Alek­san­drii, otwie­ra­ją­ce­go dłu­gi okres za­an­ga­żo­wa­nia się Bry­ta­nii w Egip­cie. "In­fle­xi­ble" zo­stał ostat­nio prze­kwa­li­fi­ko­wa­ny na okręt li­nio­wy dru­giej kla­sy, lecz "na­wet te­raz - jak od­no­to­wał ob­ser­wa­tor - lufy tych czte­rech po­twor­nych osiem­dzie­się­cio­to­no­wych dział, wy­sta­ją­ce z wież ob­ro­to­wych, mo­gły za­dać bu­dzą­ce gro­zę cio­sy". Da­lej ko­twi­czył "Sans Pa­re­il", pysz­nią­cy się swo­ją po­je­dyn­czą ob­ro­to­wą wie­żą, miesz­czą­cą dwa iście ma­mu­cie, 110-to­no­we dzia­ła, naj­więk­sze z ist­nie­ją­cych dział mor­skich. Obec­ność tego wła­śnie okrę­tu nie mo­gła nie przy­po­mi­nać wi­dzom o naj­więk­szej tra­ge­dii w po­ko­jo­wej hi­sto­rii Wik­to­riań­skiej Ma­ry­nar­ki Wo­jen­nej: trzy lata wcze­śniej, jego sio­strza­ny okręt, "Vic­to­ria", fla­go­wiec Flo­ty Śród­ziem­no­mor­skiej, za­to­nął pod­czas ma­new­rów po sta­ra­no­wa­niu go przez "Cam­per­down".

Aż za naj­dal­szą li­nią pan­cer­ni­ków bry­tyj­skich sta­ły okrę­ty za­gra­nicz­ne. Wi­dzo­wie mo­gli ga­pić się na wiel­ki, sza­ry pan­cer­nik wło­ski "Le­pan­to", ja­poń­ski krą­żow­nik "Fuji", zbu­do­wa­ny zresz­tą na Ta­mi­zie, nor­we­ski, czar­ny krą­żow­nik "Fri­tj­hof" i no­wo­cze­sny fran­cu­ski krą­żow­nik "Po­thu­au", któ­re­go dziób na­chy­lał się ku przo­do­wi i pod dziw­nym ką­tem scho­dził do mo­rza. Za­in­te­re­so­wa­nie sku­pia­ło się na okrę­tach ame­ry­kań­skim i ro­syj­skim, oby­dwa były nowe. "Ros­si­ja" była naj­więk­szym okrę­tem wo­jen­nym zbu­do­wa­nym do­tych­czas w Ro­sji. Wy­pie­ra­jąc 12 200 ton, mia­ła trzy śru­by i bar­dzo za­awan­so­wa­ną tech­no­lo­gicz­nie ma­szy­now­nię, mo­gą­cą spa­lać za­rów­no wę­giel jak i ropę, po­tra­fią­cą pę­dzić okręt z pręd­ko­ścią dzie­więt­na­stu wę­złów. USS "Bro­oklyn", krą­żow­nik pan­cer­ny o wy­por­no­ści 9 200 ton, był dumą Ma­ry­nar­ki Wo­jen­nej Sta­nów Zjed­no­czo­nych. Nie­wąt­pli­wie też pre­zen­to­wał się naj­bar­dziej wi­do­wi­sko­wo w gru­pie okrę­tów za­gra­nicz­nych; jego bur­ty, wie­że dzia­ło­we, nad­bu­dów­ki i ko­mi­ny, wszyst­ko po­ma­lo­wa­ne było lśnią­cą bie­lą. Wraż­li­wi na es­te­ty­kę ob­ser­wa­to­rzy bry­tyj­scy uzna­wa­li nie­zwy­kłą wy­so­kość cien­kich ko­mi­nów za "w ża­den spo­sób nie­wzbu­dza­ją­cą przy­jem­nych wra­żeń wzro­ko­wych. W efek­cie ka­dłub okrę­tu jest jak­by przy­tło­czo­ny". Ame­ry­ka­nom wy­star­cza­ło, że taki układ utrzy­my­wał dym z dala od po­kła­dów, a tym sa­mym od oczu ofi­ce­rów i ma­ry­na­rzy. "Bro­oklyn" miał jesz­cze inne ce­chy in­te­re­su­ją­ce eks­per­tów. Jego po­kła­dy, na­sy­co­ne spe­cjal­nym środ­kiem, któ­ry czy­nił je nie­pal­ny­mi, były ela­stycz­ne i mięk­kie. "Czy wy­trzy­ma­ją one cięż­kie wa­run­ki?" - dzi­wo­wa­li się Bry­tyj­czy­cy (po­kła­dy bry­tyj­skie były twar­de i pal­ne). Na okrę­cie ame­ry­kań­skim uży­wa­no elek­trycz­no­ści do po­da­wa­nia po­ci­sków z ma­ga­zy­nów amu­ni­cyj­nych do dział i do ob­ra­ca­nia wież dzia­ło­wych. "Je­ste­śmy opóź­nie­ni o co naj­mniej sie­dem, osiem lat - la­men­to­wa­ła "Chro­nic­le" - Jego wy­po­sa­że­nie jest tak god­ne po­dzi­wu, że ru­mie­nię się ze wsty­du, bo­wiem tyl­ko je­den z na­szych bry­tyj­skich okrę­tów jest wy­po­sa­żo­ny w elek­trycz­ne po­daj­ni­ki po­ci­sków". Za­cho­wa­nie i ma­nie­ry Ame­ry­ka­nów tak­że pro­wo­ko­wa­ły ko­rzyst­ne dla nich ko­men­ta­rze: "Ofi­ce­ro­wie Sta­nów Zjed­no­czo­nych są wy­jąt­ko­wo uprzej­mi, nig­dy nie za­nie­dbu­ją po­zdro­wić wi­dzów przez unie­sie­nie w górę swych cza­pek w bia­łych po­krow­cach".

Na­stęp­ny w li­nii sza­ry okręt z dwo­ma czer­wo­ny­mi pa­sa­mi wo­kół ko­mi­na, spra­wiał wi­dzom ra­czej roz­cza­ro­wa­nie. Był to SMS (Se­ine Ma­je­stät Schiff) "König Wil­helm" ("Król Wil­helm") z Ce­sar­skiej Ma­ry­nar­ki Nie­miec­kiej. "Niem­cy nie przy­sła­ły nam ani co mia­ły naj­lep­sze­go, ani naj­now­sze­go", uskar­ża­ła się "Da­ily Mail". I rze­czy­wi­ście, jed­nost­ka, zbu­do­wa­na dwa­dzie­ścia dzie­więć lat temu w stocz­ni Blac­kwel­la w An­glii, zdo­by­ła so­bie oso­bli­wą sła­wę sta­ra­no­wa­niem i za­to­pie­niem swo­je­go bliź­nia­ka "Gros­ser Kur­fürst" ("Wiel­ki Elek­tor"). Ostat­nio usu­nię­to ją z li­sty okrę­tów li­nio­wych i prze­kla­sy­fi­ko­wa­no na krą­żow­nik pierw­szej kla­sy. Ka­iser Wil­helm II te­le­gra­fo­wał do swo­je­go bra­ta, kontr­ad­mi­ra­ła księ­cia Hen­ry­ka Pru­skie­go, któ­ry był na po­kła­dzie "König Wil­helm": "Głę­bo­ko ża­łu­ję, że nie mam lep­sze­go okrę­tu, aby od­dać go do Two­jej dys­po­zy­cji pod­czas gdy inne pań­stwa błysz­czą swo­imi świet­ny­mi jed­nost­ka­mi. Oto re­zul­tat dzia­łań tych po­zba­wio­nych pa­trio­ty­zmu fa­ce­tów [Wil­helm po­tę­piał tu Re­ich­stag], któ­rzy sprze­ci­wia­li się bu­do­wie naj­bar­dziej nie­zbęd­nych okrę­tów".

Strze­żo­ne przez flo­tę Im­pe­rium Bry­tyj­skie, było naj­więk­szym im­pe­rium w dzie­jach świa­ta. W 1897 roku zaj­mo­wa­ło ono jed­ną czwar­tą po­wierzch­ni lą­dów i jed­ną czwar­tą lud­no­ści świa­ta: 11 mi­lio­nów mil kwa­dra­to­wych9, 372 mi­lio­ny lu­dzi. Stwier­dze­nie, że "słoń­ce nig­dy nie za­cho­dzi nad Im­pe­rium Bry­tyj­skim", sta­no­wi­ło już dość wy­tar­ty fra­zes, lecz mimo wszyst­ko była to praw­da. Po­czy­na­jąc od Gre­en­wich, pod­sta­wy li­cze­nia cza­su przez cały świat, dzień prze­su­wał się na za­chód do Gi­bral­ta­ru, Ha­li­fa­xu, Ot­ta­wy, Van­co­uver, Wel­ling­ton, Can­ber­ry, Hong­kon­gu, Sin­ga­pu­ru, Ran­gu­nu, Kal­ku­ty, Bom­ba­ju, Ade­nu, Na­iro­bi, Alek­san­drii i Mal­ty. We­wnątrz tego krę­gu le­ża­ły sa­mo­rząd­ne do­mi­nia rzą­dzo­ne przez par­la­men­ty, ko­lo­nie ko­ron­ne, pro­tek­to­ra­ty i je­dy­ne w swo­im ro­dza­ju im­pe­rium w im­pe­rium, naj­ja­śniej­szy klej­not ko­ro­ny im­pe­rial­nej, In­die Ra­dżów. Im­pe­rium roz­cią­ga­ło się nad wiel­ki­mi ma­sa­mi lądu za­rów­no rzad­ko (Au­stra­lia, Ka­na­da), jak i gę­sto (In­die) za­lud­nio­ne­go. Na­le­ża­ły do nie­go tak­że ma­leń­kie  wy­sep­ki na bez­mia­rze oce­anów: Ber­mu­dy na Pół­noc­nym Atlan­ty­ku, Świę­ta He­le­na, Wy­spa Wnie­bo­wstą­pie­nia i Fal­klan­dy na Po­łu­dnio­wym Atlan­ty­ku, Pit­ca­irn, Ton­ga i Fi­dżi na Pa­cy­fi­ku. Im­pe­rium było ka­lej­do­sko­pem ko­lo­rów skó­ry, nie­zli­czo­ne­go mnó­stwa ję­zy­ków, dia­lek­tów, re­li­gii, oby­cza­jów spo­łecz­nych i in­sty­tu­cji po­li­tycz­nych.

Wszyst­ko to zo­sta­ło zdo­by­te i utrzy­ma­ne dzię­ki po­tę­dze mor­skiej.

Im­pe­rium roz­ra­sta­ło się od szes­na­ste­go wie­ku, kie­dy to że­gla­rze bry­tyj­scy za­anek­to­wa­li Nową Fun­lan­dię i stwo­rzy­li w ten spo­sób pierw­szą ko­lo­nię bry­tyj­ską. Jed­na, choć zna­czą­ca, po­raż­ka zmą­ci­ła ten cią­gły po­stęp: po­mię­dzy 1776 a 1781 ro­kiem ko­lo­nie pół­noc­no­ame­ry­kań­skie prze­pro­wa­dzi­ły sku­tecz­ną re­wol­tę i wy­ła­ma­ły się. W nie­wie­le lat po trak­ta­cie pa­ry­skim, któ­ry uznał ame­ry­kań­ską nie­pod­le­głość, Bry­ta­nia roz­po­czę­ła trwa­ją­cą dwa dzie­się­cio­le­cia woj­nę prze­ciw­ko Na­po­le­ono­wi Bo­na­par­te. Gdy było już po woj­nach na­po­le­oń­skich, a były ce­sarz zo­stał uwię­zio­ny na Wy­spie Św. He­le­ny, Bry­ta­nia sta­ła się ar­bi­trem w spra­wach za­mor­skich. Bry­tyj­czy­cy lą­do­wa­li na wy­brze­żach wszyst­kich oce­anów. Eks­plo­ro­wa­li kon­ty­nen­ty; góry, rze­ki, je­zio­ra i wo­do­spa­dy otrzy­my­wa­ły na­zwy od na­zwisk ich bry­tyj­skich od­kryw­ców. Cią­gnię­to ko­le­je, wy­ra­sta­ły mia­sta, two­rzo­no, uzna­wa­no i oba­la­no rzą­dy; w 1897 roku całe mnó­stwo kró­lów, ma­ha­ra­dżów, na­ba­bów, ni­za­mów, ke­dy­wów, emi­rów, pa­szów, be­jów i in­nych ka­cy­ków sie­dzia­ło na tro­nach tyl­ko za zgo­dą Lon­dy­nu. Bry­tyj­czy­cy nie­złom­nie wie­rzy­li, iż uży­wa­ją swej wła­dzy do­bro­dusz­nie. To oni po­ło­ży­li kres han­dlo­wi nie­wol­ni­ka­mi, nad­zo­ro­wa­li oce­any, któ­rych mapy spo­rzą­dzi­li, a bę­dąc wy­znaw­ca­mi za­sa­dy wol­ne­go han­dlu - za­pro­si­li wszyst­kie pań­stwa do uczest­nic­twa w stwo­rzo­nych przez sie­bie moż­li­wo­ściach go­spo­dar­czych.

W 1890 roku ame­ry­kań­ski ofi­cer ma­ry­nar­ki, z uspo­so­bie­nia ra­czej uczo­ny ani­że­li wilk mor­ski, sko­dy­fi­ko­wał bry­tyj­skie in­tu­icyj­ne poj­mo­wa­nie za­leż­no­ści po­mię­dzy po­tę­gą mor­ską, pro­spe­ri­ty i po­czu­ciem na­ro­do­wej wiel­ko­ści. W swym dzie­le "Wpływ po­tę­gi mor­skiej na hi­sto­rię", Al­fred Thay­er Ma­han prze­śle­dził wzrost i upa­dek nie­gdy­siej­szych po­tęg mor­skich i wy­ka­zał, że pań­stwo kon­tro­lu­ją­ce mo­rza kon­tro­lo­wa­ło tak­że swo­je wła­sne prze­zna­cze­nie, te zaś pań­stwa, któ­rym bra­ko­wa­ło opa­no­wa­nia mor­skie­go rze­mio­sła, ska­za­ne były na po­raż­kę lub na od­gry­wa­nie roli dru­gich skrzy­piec. Ma­han po­słu­gu­jąc się ob­ra­zo­wą me­ta­fo­rą dla pod­kre­śle­nia swe­go punk­tu wi­dze­nia, po­wie­dział, iż mo­rze,jest [...] jak wiel­ka szo­sa, a może jesz­cze traf­niej [...] jak sze­ro­kie bło­nia, po któ­rych lu­dzie mogą zdą­żać we wszyst­kich kie­run­kach, ale do­brze wy­tar­te na nich ścież­ki wska­zu­ją, że ja­kieś wyż­sze przy­czy­ny każą im przed­kła­dać pew­ne tra­sy po­dró­ży nad inne. Te wła­śnie tra­sy na­zy­wa­ne są szla­ka­mi han­dlo­wy­mi, zaś przy­czyn ta­kie­go czy in­ne­go ich prze­bie­gu na­le­ży upa­try­wać w hi­sto­rii świa­ta. [...] Tak po­dró­żo­wa­nie jak i trans­port mo­rzem za­wsze były tań­sze od lą­do­we­go". Z owej me­ta­fo­ry wy­ni­ka ja­sny im­pe­ra­tyw: do pa­tro­lo­wa­nia błoń po­trze­ba po­li­cjan­ta, do ochro­ny że­glu­gi i szla­ków han­dlo­wych mo­car­stwa mor­skie po­trze­bu­ją ma­ry­nar­ki wo­jen­nej.

Im­pe­rium Bry­tyj­skie było im­pe­rium mor­skim. Po­nad po­ło­wa pa­row­ców mo­zol­nie peł­za­ją­cych po oce­anach w roku 1897 no­si­ła czer­wo­ny pro­po­rzec bry­tyj­skiej flo­ty han­dlo­wej. Dla ob­słu­gi tego wiel­kie­go to­na­żu Bry­ta­nia uję­ła glob w gor­set por­tów han­dlo­wych i sta­cji bun­kro­wych. Naj­bar­dziej emi­nent­ny ze szla­ków han­dlo­wych, li­nia ży­cia Im­pe­rium, cią­gnął się na wschód, po­przez Mo­rze Śród­ziem­ne i Suez do In­dii i Chin. Inne tra­sy mor­skie pro­wa­dzi­ły na po­łu­dnie - do Ca­pe­town10 i na za­chód - do Ha­li­fa­xu, St. Johns i Mont­re­alu. Ist­nia­ły for­te­ce strze­gą­ce cie­śnin, jak Gi­bral­tar i Sin­ga­pur, lub zwę­ża­ją­cych się mórz, jak Mal­ta i Aden, a wszyst­ko to było moż­li­we dzię­ki ma­ry­nar­ce wo­jen­nej, sta­no­wią­cej spo­iwo Im­pe­rium. Gdzie­kol­wiek Union Jack po­wie­wał nad ba­stio­na­mi czy ma­ga­zy­na­mi, a z flagsz­to­ków pa­row­ców han­dlo­wych zwi­sał czer­wo­ny pro­po­rzec, tam wszę­dzie to­wa­rzy­szy­ła im bia­ła ban­de­ra Kró­lew­skiej Ma­ry­nar­ki Wo­jen­nej, aby ochra­niać, bro­nić, od­stra­szać lub wy­mu­szać po­słuch.

Bez Ma­ry­nar­ki Kró­lew­skiej Bry­ta­nia nie zna­czy­ła nic. Han­dlo­we pa­row­ce mo­gły być po­rwa­ne lub prze­go­nio­ne z mórz, for­te­ce - ob­lę­żo­ne i zdo­by­te, ko­lo­nie - od­cię­te od po­sił­ków - po­zba­wio­ne wię­zi z cen­trum. Bez ma­ry­nar­ki sama Bry­ta­nia, w isto­cie małe pań­stew­ko wy­spiar­skie, za­leż­ne od do­staw im­por­to­wa­nej żyw­no­ści, po­sia­da­ją­ce nie­li­czą­cą się ar­mię, mo­gło zna­leźć się w ob­li­czu na­tych­mia­sto­wej groź­by gło­du lub in­wa­zji. Ro­zu­miał to Bo­na­par­te cze­ka­ją­cy na kli­fach w Bo­ulo­gne. "Daj­cie mi kon­tro­lę nad Cie­śni­ną Do­ver11 na je­dy­ne sześć go­dzin - po­wie­dział - a opa­nu­ję świat".

Jed­nak­że - z kon­tro­lą mórz w gar­ści - wszyst­ko było in­a­czej. Gdy Bry­ta­nia utrzy­my­wa­ła swo­ją su­pre­ma­cję w tym wzglę­dzie, żad­ne mo­car­stwo kon­ty­nen­tal­ne12, choć­by mia­ło dużą i do­brze wy­szko­lo­ną ar­mię, nie było w sta­nie na­wet do­tknąć oj­czy­ste­go lądu Bry­ta­nii. Wraz z su­pre­ma­cją mor­ską Bry­ta­nia uzy­ski­wa­ła swo­bo­dę dy­plo­ma­tycz­ną; jej mę­żo­wie sta­nu i dy­plo­ma­ci mo­gli so­bie po­zwo­lić na sta­nie na ubo­czu i ob­ser­wo­wa­nie z dy­stan­sem ry­wa­li­za­cji i nie­na­wi­ści zże­ra­ją­cych mło­dzież i skarb­ce mo­carstw kon­ty­nen­tal­nych, sto­ją­cych twa­rzą w twarz po­nad gra­ni­ca­mi lą­do­wy­mi.

Nie­wie­lu eu­ro­pej­skich przy­wód­ców po­li­tycz­nych lub mi­li­tar­nych ro­zu­mia­ło Wiel­ką Bry­ta­nię czy Im­pe­rium Bry­tyj­skie. Czu­li się za­kło­po­ta­ni, gdy stu­dio­wa­li małą wy­spę, z jej śmiesz­ną ar­mią, z jej peł­ny­mi re­zer­wy, nie­mal­że pro­tek­cjo­nal­ny­mi ma­nie­ra­mi, z jej am­bi­cja­mi, aby wznieść się po­nad na­mięt­no­ści i spo­ry, ja­kie do­mi­no­wa­ły w ich cza­sach. Lecz z tymi swo­imi nie­wiel­ki­mi roz­mia­ra­mi i, zda­wa­ło­by się, wraż­li­wo­ścią na cio­sy, Bry­ta­nia trwa­ła spo­koj­na, nie oba­wia­ją­ca się wy­zwa­nia, bo w isto­cie mia­ła po­tęż­ne moż­li­wo­ści dzia­ła­nia, dzię­ki któ­rym już w prze­szło­ści nie­raz oba­la­ła gi­gan­tów z Kon­ty­nen­tu. Nie mo­gli w to uwie­rzyć przede wszyst­kim cu­dzo­ziem­scy ofi­ce­ro­wie. Z ar­mią bę­dą­cą tyl­ko ułam­kiem ich wła­snych Bry­ta­nia rzą­dzi­ła ćwier­cią glo­bu. Szcze­gól­nie nie­miec­kim ofi­ce­rom, re­pre­zen­tu­ją­cym naj­po­tęż­niej­szą ar­mię świa­ta, zda­wa­ło się ab­sur­dem, że Bry­ta­nia, z ar­mią li­czą­cą za­le­d­wie sie­dem­dzie­siąt ty­się­cy żoł­nie­rzy, mia­ła­by żą­dać pra­wa do rzą­dze­nia trzy­stu mi­lio­na­mi Hin­du­sów. A mimo to wła­dza Bry­ta­nii w In­diach trwa­ła.

Mimo że su­pre­ma­cja mor­ska umoż­li­wia­ła wy­spiar­skie­mu kró­le­stwu na trzy­ma­nie się poza sie­cią ry­wa­li­za­cji na Kon­ty­nen­cie, po­zo­sta­wa­ło ono pań­stwem eu­ro­pej­skim. Dla Bry­tyj­czy­ków wy­pad­ki po­li­tycz­ne na wiel­kim lą­dzie, roz­cią­ga­ją­cym się za dwu­dzie­sto­ma mi­la­mi wody, od­dzie­la­ją­cy­mi Do­ver od Ca­la­is, były jed­nak waż­niej­sze od tego, co się dzia­ło w Bra­zy­lii.

W 1897 roku Eu­ro­pa była po­dzie­lo­na na dwa sys­te­my przy­mie­rzy. Niem­cy, Au­stro-Wę­gry i Wło­chy po­zo­sta­wa­ły w kon­fron­ta­cji z Fran­cją i Ro­sją. An­glia nie zaj­mo­wa­ła wo­bec nich żad­nej okre­ślo­nej po­zy­cji, a ma­jąc za pre­mie­ra lor­da Sa­lis­bu­ry, na­wet nie za­mie­rza­ła tego uczy­nić. Tej po­li­ty­ce obo­jęt­no­ści nadał lord Sa­lis­bu­ry mia­no "Wspa­nia­łej Izo­la­cji"13.

Od śre­dnio­wie­cza nie­zmien­nym wro­giem An­glii była Fran­cja. Od wo­jen Plan­ta­ge­ne­tów, po­przez woj­ny prze­ciw­ko Lu­dwi­ko­wi XIV i Lu­dwi­ko­wi XV, aż do Na­po­le­ona, nic się w tym wzglę­dzie nie zmie­ni­ło. "Fran­cja jest i za­wsze po­zo­sta­nie naj­więk­szym za­gro­że­niem dla Bry­ta­nii" - po­wie­dział lord Sa­lis­bu­ry w roku 1867 i trwał przy tym po­glą­dzie przez swo­je trzy ka­den­cje na sta­no­wi­sku pre­mie­ra. Fran­cja przed­sta­wia­ła sobą wie­lo­ra­kie za­gro­że­nie: bez­po­śred­nio przez Ka­nał, oraz w sto­sun­ku do "li­nii ży­cia" Im­pe­rium, któ­ra pro­wa­dzi­ła przez Mo­rze Śród­ziem­ne. Po­nad­to w kil­ku­na­stu punk­tach świa­ta fran­cu­skie i bry­tyj­skie ko­lo­nie ocie­ra­ły się o sie­bie bar­dzo nie­przy­jem­nie.

In­nym tra­dy­cyj­nym wro­giem An­glii była Ro­sja. Acz­kol­wiek oba kra­je wal­czy­ły ze sobą tyl­ko raz - w woj­nie krym­skiej, a i wte­dy z pew­nym za­kło­po­ta­niem - to roz­mia­ry i dal­sza eks­pan­syw­ność Im­pe­rium Ro­syj­skie­go stwa­rza­ła w An­glii po­czu­cie za­gro­że­nia. Ro­sja nie mo­gła do­się­gnąć Wysp Bry­tyj­skich, lecz na­ci­ska­jąc na po­łu­dnie w kie­run­ku Kon­stan­ty­no­po­la i Mo­rza Śród­ziem­ne­go czy pcha­jąc się przez dach świa­ta i prze­łęcz Chaj­ber ku rów­ni­nom In­dii lub wy­wie­ra­jąc z Man­dżu­rii wpły­wy skie­ro­wa­ne prze­ciw­ko bry­tyj­skie­mu mo­no­po­lo­wi han­dlo­we­mu w do­li­nie Jang­cy, po­li­ty­ka ro­syj­ska wy­da­wa­ła się groź­na. Dy­rek­tor bry­tyj­skie­go wy­wia­du woj­sko­we­go ostrze­gał w 1887 roku: "Kra­je z któ­ry­mi mo­że­my zna­leźć się naj­praw­do­po­dob­niej w sta­nie woj­ny to Fran­cja i Ro­sja, a naj­gor­szą kom­bi­na­cją, któ­rej mamy wszel­kie po­wo­dy się oba­wiać, to so­jusz Fran­cji i Ro­sji". W roku 1894 do­kład­nie taki so­jusz zo­stał pod­pi­sa­ny i oto oba­wy sta­ły się rze­czy­wi­sto­ścią.

W tym sa­mym mie­sią­cu, w któ­rym od­by­ła się Re­wia Dia­men­to­we­go Ju­bi­le­uszu, w Ber­li­nie na waż­ne sta­no­wi­ska mia­no­wa­nych zo­sta­ło dwóch męż­czyzn. Bern­hard von Bülow, am­bit­ny za­wo­do­wy dy­plo­ma­ta, do­tych­cza­so­wy am­ba­sa­dor Nie­miec we Wło­szech, zo­stał awan­so­wa­ny i był od­tąd se­kre­ta­rzem sta­nu do spraw za­gra­nicz­nych, czy­li mi­ni­strem spraw za­gra­nicz­nych Ce­sar­stwa Nie­miec­kie­go. Ty­dzień póź­niej kontr­ad­mi­rał Al­fred Tir­pitz, po­sia­dacz naj­ory­gi­nal­niej­sze­go umy­słu i naj­sil­niej­szej woli w Nie­miec­kiej Ma­ry­nar­ce Wo­jen­nej, zo­stał se­kre­ta­rzem sta­nu do spraw ma­ry­nar­ki. Ich no­mi­na­cje, choć w od­ręb­nych sfe­rach, były jed­nak po­wią­za­ne ze sobą. Ka­iser Wil­helm II pra­gnął, aby jego kraj, już naj­po­tęż­niej­szy w Eu­ro­pie, się­gnął poza swo­ją do­mi­na­cję na Sta­rym Kon­ty­nen­cie - po do­mi­na­cję świa­to­wą (We­lt­macht). Bülow miał re­ali­zo­wać tę po­li­ty­kę po­przez dy­plo­ma­cję, Tir­pitz zaś miał do­star­czyć in­stru­men­tu dla re­ali­za­cji tego celu po­przez zbu­do­wa­nie po­tęż­nej flo­ty li­nio­wej. Za­in­te­re­so­wa­nia Wil­hel­ma mo­rzem i okrę­ta­mi spo­wo­do­wa­ne były w czę­ści jego an­giel­skim po­cho­dze­niem - jego bab­ką była kró­lo­wa Wik­to­ria - ale w ogrom­nym stop­niu były też po­bu­dza­ne przez książ­ki Ma­ha­na. "Wła­śnie te­raz nie tyle czy­tam, ile wręcz po­że­ram książ­kę ko­man­do­ra Ma­ha­na, po pro­stu pró­bu­ję na­uczyć się jej na pa­mięć - pi­sał mło­dy Ka­iser do przy­ja­cie­la - Znaj­du­je się ona na po­kła­dach wszyst­kich mo­ich okrę­tów, a ich do­wód­cy i ofi­ce­ro­wie nie­ustan­nie do niej się­ga­ją".

Po­jąw­szy wagę po­tę­gi mor­skiej i pra­gnąc roz­wi­nąć wpły­wy Nie­miec poza Eu­ro­pę, Wil­helm i jego do­rad­cy sta­nę­li przed dy­le­ma­tem: albo Niem­cy za­ak­cep­tu­ją su­pre­ma­cję bry­tyj­ską na mo­rzach i będą dzia­łać w ra­mach okre­ślo­nych przez ten fakt, albo też rzu­cą wy­zwa­nie i zbu­du­ją flo­tę wy­star­cza­ją­co sil­ną, by wy­drzeć Bry­ta­nii trój­ząb - ber­ło mórz. Do­świad­cze­nie su­ge­ro­wa­ło przy­ję­cie pierw­szej moż­li­wo­ści; w la­tach osiem­dzie­sią­tych Niem­cy po­zy­ska­ły ko­lo­nie o ob­sza­rze pię­cio­krot­nie więk­szym od Ce­sar­stwa Nie­miec­kie­go w Eu­ro­pie, a wszyst­ko to z za­chę­tą i po­mo­cą Bry­tyj­czy­ków. Nie­miec­ka flo­ta han­dlo­wa, dru­ga co do wiel­ko­ści na świe­cie, ko­rzy­sta­ła z bry­tyj­skich por­tów i opie­ki ze stro­ny flo­ty Im­pe­rium. Ofi­ce­ro­wie flo­ty wo­jen­nej wy­cho­wy­wa­li się na okrę­tach zbu­do­wa­nych w stocz­niach bry­tyj­skich, pa­li­li na swych okrę­tach bry­tyj­skim wę­glem, sto­so­wa­li bry­tyj­ską tech­ni­kę i tak­ty­kę mor­ską. Po­mię­dzy nimi a ofi­ce­ra­mi Ma­ry­nar­ki Kró­lew­skiej pa­no­wa­ło wza­jem­ne po­czu­cie bra­ter­stwa. Jed­ną z moż­li­wo­ści było więc bu­do­wa­nie na tych re­la­cjach, ich wzmac­nia­nie i utrwa­la­nie, wy­pa­tru­jąc dnia, w któ­rym Niem­cy i Bry­ta­nia będą dzia­ła­ły, za­rów­no w Eu­ro­pie, jak i na świe­cie jako part­ne­rzy, a może na­wet so­jusz­ni­cy.

No­mi­na­cja ad­mi­ra­ła Tir­pit­za wska­zy­wa­ła, że do­ko­na­no prze­ciw­ne­go wy­bo­ru. Dla­cze­go, py­tał Ka­iser i dwie­ście mi­lio­nów jego pod­da­nych, An­glia, tyl­ko z tej ra­cji, że jest wy­spą i we­szła w po­sia­da­nie im­pe­rium, mia­ła­by uwa­żać rzą­dy nad mo­rza­mi za swo­je pra­wo? W do­wol­nym mo­men­cie flo­ta bry­tyj­ska mo­gła, za­blo­ko­wu­jąc wy­brze­ża Nie­miec, za­mknąć okrę­ty nie­miec­kie w por­tach i od­ciąć Niem­cy od ich ko­lo­nii. Dla­cze­go Ce­sar­stwo Nie­miec­kie ma ist­nieć z ła­ski Bry­tyj­czy­ków? Dla­cze­go wiel­kość Nie­miec mia­ła­by zo­stać im da­ro­wa­na przez ko­goś z ze­wnątrz?

Geo­gra­fia dyk­to­wa­ła kon­fron­ta­cję. Nie­miec­kie stat­ki han­dlo­we, opusz­cza­jąc Bał­tyk lub por­ty Mo­rza Pół­noc­ne­go, jak Ham­burg i Bre­mę, mo­gły wy­do­stać się na Atlan­tyk i inne oce­any świa­ta tyl­ko prze­cho­dząc przez Ka­nał lub wo­kół wy­brze­ży Szko­cji. Flo­ta nie­miec­ka, dość sil­na, aby osło­nić nie­miec­ką że­glu­gę na tych wo­dach i za­pew­nić jej nie­za­kłó­co­ne wyj­ście na oce­an, ozna­cza­ła w koń­cu tak­że flo­tę nie­miec­ką zdol­ną do po­ko­na­nia flo­ty bry­tyj­skiej. Na to Wiel­ka Bry­ta­nia nig­dy nie mo­gła po­zwo­lić, bo to ozna­cza­ło­by też, że flo­ta nie­miec­ka by­ła­by zdol­na do osło­ny in­wa­zji na An­glię, do wy­mie­ce­nia z mórz jej że­glu­gi han­dlo­wej, odar­cia jej z ko­lo­nii i po­zba­wie­nia im­pe­rium. W ten spo­sób cel Nie­miec­kiej Ma­ry­nar­ki Wo­jen­nej: za­pew­nie­nie ochro­ny nie­miec­kie­go han­dlu na otwar­tych mo­rzach, był kom­plet­nie nie­zgod­ny z in­te­re­sa­mi bez­pie­czeń­stwa Bry­ta­nii. Na to, cze­go jed­no z dwóch mo­carstw żą­da­ło, dru­gie wca­le nie było skłon­ne przy­stać. Za­gro­że­nie stwa­rza­ne przez flo­tę bry­tyj­ską bez­pie­czeń­stwu Nie­miec było, jak ar­gu­men­to­wa­li dy­plo­ma­ci bry­tyj­scy, znacz­nie mniej­sze. W nad­cho­dzą­cych la­tach bry­tyj­scy mę­żo­wie sta­nu i po­li­ty­cy mie­li wie­lo­krot­nie pró­bo­wać prze­ko­nać swo­ich nie­miec­kich part­ne­rów do tego punk­tu wi­dze­nia. Nie­miec­ka od­po­wiedź mia­ła też za­wsze być jed­na­ko­wa, a mia­no­wi­cie, że nie­miec­kie okrę­ty wo­jen­ne stwa­rza­ją nie­wiel­kie za­gro­że­nie dla Bry­ta­nii i że Ce­sar­stwo Nie­miec­kie ma iden­tycz­ne pra­wo jak Im­pe­rium Bry­tyj­skie do bu­do­wa­nia ta­kich okrę­tów, ja­kie mu się po­do­ba.

Przez sze­reg lat, Ka­iser i jego mi­ni­stro­wie, trwa­ją­cy w nie­złom­nym prze­ko­na­niu, iż naj­lep­szy spo­sób na prze­obra­że­nie bliź­nie­go w przy­ja­cie­la po­le­ga na za­stra­sze­niu go, skłon­ni byli uwie­rzyć rów­nież w to, że mogą rów­no­cze­śnie zbu­do­wać po­tęż­ną flo­tę i uczy­nić z Wiel­kiej Bry­ta­nii swe­go so­jusz­ni­ka. Ka­iser wie­rzył, a Tir­pitz po­wia­dał, że wie­rzy, iż gdy tyl­ko Bry­ta­nia uj­rzy i za­ak­cep­tu­je po­tę­gę flo­ty Nie­miec, za­cznie je sza­no­wać i za­ofe­ru­je przy­jaźń - przy­jaźń, w któ­rej Niem­cy by­ły­by oczy­wi­ście part­ne­rem do­mi­nu­ją­cym. Taki spo­sób my­śle­nia zdra­dzał fun­da­men­tal­ny brak zro­zu­mie­nia psy­cho­lo­gii Bry­tyj­czy­ków, dla któ­rych pa­no­wa­nie nad mo­rza­mi sta­no­wi­ło ko­niecz­ność znacz­nie więk­szą niż ja­ki­kol­wiek so­jusz kon­ty­nen­tal­ny.

Z na­dej­ściem koń­ca stu­le­cia Dia­men­to­wy Ju­bi­le­usz i to­wa­rzy­szą­ca mu wiel­ka re­wia mor­ska mia­ły być za­pa­mię­ta­ne jako apo­geum bry­tyj­skiej su­pre­ma­cji mor­skiej. Ry­chło mia­ły dać o so­bie znać nad­mier­ne na­pię­cia, któ­rym pod­da­wa­na była bry­tyj­ska po­tę­ga. Im­pe­rium było za­nad­to roz­cią­gnię­te. Na­wet ze swo­ją Ma­ry­nar­ką Wo­jen­ną, Bry­ta­nia nie była zdol­na wy­wią­zać się ze wszyst­kich zo­bo­wią­zań. Bu­do­wa okrę­tów przez Niem­cy, mia­ła oczy­wi­ście spo­wo­do­wać wzmo­żo­ną bu­do­wę okrę­tów przez Bry­ta­nię, lecz sta­wa­ło się tak­że rze­czą ko­niecz­ną do­ko­na­nie zmian w bry­tyj­skiej po­li­ty­ce. Bry­ta­nia nie mo­gła so­bie po­zwo­lić na to, aby sta­nąć sama twa­rzą w twarz z mo­car­stwem, któ­re zdo­mi­no­wa­ło już Kon­ty­nent i mo­gło po­ło­żyć rękę na wszyst­kich flo­tach Eu­ro­py. Od stu­le­ci pod­sta­wą po­li­ty­ki bry­tyj­skiej było sta­wia­nie swe­go zna­cze­nia na sza­li prze­ciw­nej do­mi­na­cji mo­car­stwa lub gru­py mo­carstw, mo­gą­cych za­gro­zić jej ist­nie­niu. Te­raz, gdy Bry­ta­nia za­czy­na­ła bać się nie­miec­kiej flo­ty, oba­wia­ła się tak­że, że naj­więk­sza mi­li­tar­na po­tę­ga Eu­ro­py nie aspi­ro­wa­ła­by do sta­tu­su wiel­kiej po­tę­gi mor­skiej, gdy­by nie kry­ło się za tym pra­gnie­nie do­mi­na­cji nad świa­tem.

I tak punkt cięż­ko­ści po­li­ty­ki Bry­ta­nii za­czął się prze­su­wać. Wspa­nia­ła Izo­la­cja zo­sta­ła po­now­nie prze­ana­li­zo­wa­na. W mia­rę wzro­stu nie­bez­pie­czeń­stwa po dru­giej stro­nie Mo­rza Pół­noc­ne­go uło­żo­no się z nie­przy­ja­ciół­mi, daw­ne tar­cia za­ła­go­dzo­no, pod­ję­to nowe przed­się­wzię­cia. Bry­ta­nia zo­sta­ła, je­śli nie so­jusz­ni­kiem w peł­nym zna­cze­niu tego sło­wa, to na pew­no part­ne­rem swych nie­gdy­siej­szych wro­gów, Fran­cji i Ro­sji. Od­da­le­nie się Bry­ta­nii i Nie­miec, ro­sną­ce part­ner­stwo po­mię­dzy Bry­ta­nią a Fran­cją i Bry­ta­nią a Ro­sją, było spo­wo­do­wa­ne oba­wa­mi przed nie­miec­ka flo­tą. "To ona zwar­ła sze­re­gi En­ten­ty - po­wie­dział Win­ston Chur­chill. - Każ­dym ni­tem, któ­ry Tir­pitz wbi­jał w swo­je okrę­ty wo­jen­ne, jed­no­czył on bry­tyj­ską opi­nię pu­blicz­ną. [...] Mło­ty bi­ją­ce w Ki­lo­nii i w Wil­helm­sha­ven wy­ku­wa­ły ko­ali­cję państw, któ­re mia­ły Niem­com sta­wić opór, a w koń­cu je po­ko­nać".

W so­bo­tę ra­nek wstał nie­wy­raź­ny i sza­ry, nad So­lent wi­sia­ły gę­ste mgły. Słoń­ce wze­szło o 3.47, prze­sło­nię­te ma­sa­mi mięk­kich, sza­rych chmur. Po­wie­trze było dusz­ne i par­ne. Z le­d­wo­ścią moż­na było do­strzec z brze­gu sze­re­gi za­ko­twi­czo­nych okrę­tów. Flo­ta sta­ła się bar­dziej wi­docz­na o ósmej rano, kie­dy to na sy­gnał z okrę­tu fla­go­we­go wszyst­kie li­nie okrę­tów za­kwi­tły tę­czą ko­lo­rów, gdy pod­nie­sio­no na nich wiel­ką galę ban­de­ro­wą, od dzio­bu, po­przez szczy­ty masz­tów, w dół ku ru­fie. Do po­łu­dnia po­go­da się po­lep­sza­ła, w mia­rę jak słoń­ce "wy­pa­la­ło" mgłę. Bry­za dmu­cha­ła we fla­gi i ban­de­ry, po­kry­wa­jąc też mo­rze ma­ły­mi fa­la­mi o bia­łych grzy­wach, któ­re zmie­nia­ły swo­ją bar­wę i od­cień z każ­dym cie­niem prze­su­wa­ją­cym się po po­wierzch­ni wody.

Przez cały ra­nek wśród sze­re­gów okrę­tów wo­jen­nych krę­ci­ły się stat­ki wy­ciecz­ko­we. Póź­niej, oko­ło dru­giej po po­łu­dniu, wraz ze zbli­ża­niem się go­dzi­ny re­wii, wszyst­kie pry­wat­ne i ko­mer­cyj­ne stat­ki zo­sta­ły prze­go­nio­ne i okrę­ty wo­jen­ne sta­ły w ci­szy. Poza nur­ku­ją­cy­mi w po­wie­trzu me­wa­mi, trze­po­cą­cy­mi fla­ga­mi oraz słoń­cem i cie­niem igra­ją­cy­mi po wo­dzie nie wi­dać było żad­ne­go ru­chu, była to jak­by flo­ta upior­nych ma­mu­tów, pięć ścian dłu­gich czar­nych ka­dłu­bów, sto­ją­cych ci­cho i ma­je­sta­tycz­nie na ja­sno­zie­lo­nej wo­dzie, roz­cią­ga­ją­cych się po So­lent jak okiem się­gnąć.

Na brze­gu pa­no­wał ha­łas i zgiełk. W tę so­bo­tę, Kom­pa­nia Ko­lei Po­łu­dnio­wo-Za­chod­niej obie­ca­ła od­pra­wić czter­dzie­ści sześć po­cią­gów z dwor­ca Wa­ter­loo do Por­ts­mouth od wpół do siód­mej do wpół do dzie­sią­tej rano. Co pięć mi­nut po­cią­gi opusz­cza­ły Wa­ter­loo, przy­by­wa­ły do Por­ts­mouth a ich ludz­ki ła­du­nek ob­wie­szo­ny lor­net­ka­mi, apa­ra­ta­mi fo­to­gra­ficz­ny­mi i prze­wod­ni­ka­mi, wy­le­wał się na bruk pla­cu dwor­co­we­go. Stam­tąd rze­ka ludz­ka pły­nę­ła przez mia­sto ku mo­lom i pla­żom. Wszyst­kie da­chy i okna wy­cho­dzą­ce na mo­rze były za­ję­te. Mola, pla­ża po­łu­dnio­wa i naj­mniej­sze na­wet wznie­sie­nia na rów­ni­nie Hamp­shi­re były gę­sto za­peł­nio­ne wi­dza­mi.

Dwa­dzie­ścia po dwu­na­stej na Keję Kró­lew­ską w por­cie Por­ts­mouth przy­był z zam­ku Wind­sor pierw­szy z dwóch kró­lew­skich po­cią­gów. Przy­by­ła nim ce­sa­rzo­wa wdo­wa po Fry­de­ry­ku Nie­miec­kim. Mia­ła na imię Wik­to­ria, po mat­ce, i była naj­star­szym dziec­kiem mo­nar­chi­ni, a tak­że mat­ką ce­sa­rza Nie­miec, Wil­hel­ma II. Jej młod­szy brat Ar­tur, ksią­żę Con­nau­ght, ubra­ny w szkar­łat­ny mun­dur puł­kow­ni­ka Gwar­dii Szkoc­kiej, po­dał jej ra­mię i po­pro­wa­dził ce­sa­rzo­wą wprost na po­kład sto­ją­ce­go przy na­brze­żu kró­lew­skie­go jach­tu "Vic­to­ria and Al­bert". W mo­men­cie gdy ce­sa­rzo­wa wstę­po­wa­ła na trap, na grot­maszt wzbił się zło­to-czar­ny nie­miec­ki sztan­dar ce­sar­ski. Czter­dzie­ści mi­nut póź­niej przy­był dru­gi po­ciąg i na pe­ron ze­szła zna­jo­ma krą­gła fi­gu­ra. Był to Al­bert Edward, ksią­żę Wa­lii, głów­na per­so­na dzi­siej­szych uro­czy­sto­ści. To ksią­żę miał być oso­bą przyj­mu­ją­cą re­wię, pod­czas gdy jego mat­ka, zmę­czo­na swo­ją sze­ścio­mi­lo­wą po­dró­żą po uli­cach Lon­dy­nu w oto­cze­niu sze­ściu mi­lio­nów Bry­tyj­czy­ków, zdzie­ra­ją­cych swe gar­dła aż do utra­ty gło­su, spę­dza­ła dzień ci­cho i spo­koj­nie w Wind­so­rze. Na­stęp­cy tro­nu to­wa­rzy­szy­ła żona, księż­na Alek­san­dra, brat Al­fred, ksią­żę Sach­sen-Co­burg, i syn Je­rzy, ksią­żę Yor­ku. Ksią­żę Wa­lii ubra­ny był w gra­na­to­wo-zło­ty mun­dur ad­mi­ra­ła flo­ty. Po­dob­ny strój no­sił też jego brat Al­fred, któ­ry za­nim ob­jął ro­do­we księ­stwo i prze­pro­wa­dził się do Nie­miec w 1893 roku, ty­tu­ło­wał się księ­ciem Edyn­bur­ga i słu­żył w cha­rak­te­rze na­czel­ne­go do­wód­cy bry­tyj­skiej Flo­ty Śród­ziem­no­mor­skiej. Tak­że ksią­żę Je­rzy był w gra­na­tach i zło­cie, a swój sto­pień ko­man­do­ra zdo­był w czyn­nej służ­bie. Gdy tyl­ko Ksią­żę z to­wa­rzy­stwem za­okrę­to­wa­li się na "Vic­to­ria and Al­bert", aby wspól­nie z sio­strą za­siąść do lun­chu, na masz­cie głów­nym pod­nie­sio­no kró­lew­ski sztan­dar Wiel­kiej Bry­ta­nii, aby po­wie­wał tam obok nie­miec­kie­go sztan­da­ru ce­sar­skie­go, a dzia­ła nel­so­now­skiej "Vic­to­ry" ryk­nę­ły sa­lu­tem.

Punk­tu­al­nie o dru­giej "Vic­to­ria and Al­bert" rzu­cił cumy łą­czą­ce go z por­ts­mouth­ską keją, a jego koła ło­pat­ko­we za­czę­ły się ob­ra­cać. Wy­cho­dząc z por­tu jacht kró­lew­ski niósł pięć wiel­kich flag, każ­da roz­mia­rów dy­wa­nu. Na to­pie fok­masz­tu tkwił ciem­no­czer­wo­ny pro­po­rzec z żół­tą ko­twi­cą, em­ble­mat lor­dów Ad­mi­ra­li­cji. Na szczy­cie grot­masz­tu po­wie­wał kró­lew­ski sztan­dar Wiel­kiej Bry­ta­nii, zło­te lwy i srebr­ne jed­no­roż­ce na prze­mien­nych czer­wo­nych i nie­bie­skich po­lach, oraz nie­miec­ki sztan­dar ce­sar­ski, czar­ny orzeł na zło­tym tle. Na be­zan­masz­cie trze­po­tał Union Jack, a z flagsz­to­ka na ru­fie uno­si­ła się bia­ła ban­de­ra Ma­ry­nar­ki Kró­lew­skiej. Za jach­tem po­stę­po­wa­ła pro­ce­sja du­żych i mniej­szych stat­ków wio­zą­cych spe­cjal­nych go­ści. Bez­po­śred­nio za jego rufą znaj­do­wa­ła się ja­sno­zie­lo­na "Car­tha­ge", na­le­żą­ca do li­nii P&O; jej po­kła­dy pło­nę­ły ko­lo­ra­mi uni­for­mów i bla­skiem klej­no­tów ksią­żąt in­dyj­skich i in­nych na­cji. Ich prze­wod­ni­kiem był ko­man­dor lord Char­les Be­res­ford, bo­ha­ter służ­by w ma­ry­nar­ce. Jacht Ad­mi­ra­li­cji - "En­chan­tress" - był na­stęp­ny w szy­ku, wio­ząc lor­dów Ad­mi­ra­li­cji i ich go­ści. Da­lej szedł "Da­nu­be", za­ła­do­wa­ny człon­ka­mi Izby Lor­dów. Za nim był "Wild­fi­re", wio­zą­cy mi­ni­stra ko­lo­nii, Jo­se­pha Cham­ber­la­ina, w oto­cze­niu pre­mie­rów i gu­ber­na­to­rów ko­lo­nii i te­ry­to­riów, skła­da­ją­cych się na Im­pe­rium Bry­tyj­skie. W po­bli­żu koń­ca, pły­nąc bar­dzo wol­no, "aby nie na­dep­nąć na od­ci­ski któ­re­muś z ma­lu­chów", szedł wiel­ki li­nio­wiec Cu­nar­da "Cam­pa­nia", naj­więk­szy i naj­szyb­szy z bry­tyj­skich char­tów trans­atlan­tyc­kich, jej ogrom przy­tła­czał na­wet pan­cer­ni­ki. Do­pły­nąw­szy do Por­ts­mouth z So­uthamp­ton, gdzie za­okrę­to­wa­ła swo­ich 1800 pa­sa­że­rów - człon­ków Izby Gmin, ich przy­ja­ciół i krew­nych - "Cam­pa­nia" szła w śla­dzie to­ro­wym znacz­nie mniej­sze­go "Da­nu­be", wio­zą­ce­go Izbę Lor­dów. W pew­nym mo­men­cie tej po­dró­ży John Burns, po­seł ra­dy­kal­ny, z iro­nicz­nym śmie­chem za­uwa­żył, że gdy­by ka­pi­tan "Cam­pa­nii" nie­co przy­śpie­szył, moż­na by roz­strzy­gnąć na do­bre wie­le kwe­stii kon­sty­tu­cyj­nych, dzie­lą­cych Izbę Lor­dów i Izbę Gmin. Na sa­mym koń­cu pro­ce­sji znaj­do­wał się "El­do­ra­do", nio­są­cy na swo­im po­kła­dzie za­gra­nicz­nych am­ba­sa­do­rów akre­dy­to­wa­nych przy dwo­rze Świę­te­go Ja­ku­ba.

Flo­ta była go­to­wa. Gdy tyl­ko dał się sły­szeć od­głos sa­lu­tu z "Vic­to­ry", sy­gna­li­zu­ją­cy że jacht kró­lew­ski jest już w dro­dze, na rej­kach sy­gna­ło­wych "Re­now­na" wzbił się w górę ze­staw flag sy­gna­ło­wych: "Pa­ra­da bur­to­wa!". Za cza­sów ża­glow­ców skut­kiem ta­kie­go sy­gna­łu był je­den z naj­bar­dziej dra­ma­tycz­nych spek­ta­kli mor­skich: ma­ry­na­rze sta­wa­li w re­gu­lar­nych od­stę­pach wzdłuż rej na wie­żach masz­tów. Obec­nie masz­ty i reje zni­kły już z okrę­tów, ale sy­gnał cią­gle po­wo­do­wał dłu­go pa­mię­ta­ną przez wi­dzów zmia­nę wy­glą­du flo­ty. Wiel­kie sta­lo­we okrę­ty, do­tąd po­nu­re i ci­che, rap­tem za­ki­pia­ły od bie­gną­cych męż­czyzn. Po kil­ku mi­nu­tach, li­nie nie­ru­cho­mych ma­ry­na­rzy sta­ły wzdłuż kra­wę­dzi każ­de­go po­kła­du oraz na wie­żach dzia­ło­wych i bar­be­tach. Tu i ów­dzie, na po­mo­stach i sta­no­wi­skach bo­jo­wych, pla­ma czer­wie­ni wska­zy­wa­ła miej­sca, gdzie ulo­ko­wa­ne były od­dzia­ły pie­cho­ty mor­skiej.

Gdy jacht kró­lew­ski wszedł mię­dzy li­nie okrę­tów, każ­dy z nich od­da­wał sa­lut ar­mat­ni i ry­chło ob­ło­ki bia­łe­go dymu dry­fo­wa­ły po­nad zie­lo­ną wodą. (By­stre oko mo­gło za­uwa­żyć wy­ją­tek, sa­lu­ty z fran­cu­skie­go krą­żow­ni­ka "Po­thu­au", na któ­rym uży­wa­no już no­we­go pro­chu bez­dym­ne­go.) Pły­nąc po­wo­li, jacht zbli­żał się do każ­de­go z czar­nych be­he­mo­tów na dy­stans umoż­li­wia­ją­cy wy­mia­nę po­zdro­wień. Z okrę­tów wo­jen­nych z ła­two­ścią moż­na było doj­rzeć Księ­cia Wa­lii oto­czo­ne­go to­wa­rzy­stwem. Jego brat i syn sta­li obok, a w po­bli­żu za­uwa­żyć się dało ja­poń­skie­go na­stęp­cę tro­nu oraz Sir Per­ta­ba Sin­gha, w któ­re­go je­dwab­nym tur­ba­nie bły­ska­ły ogrom­ne klej­no­ty. Nie­da­le­ko zgro­ma­dzo­na była cała masa ofi­ce­rów, no­szą­cych szkar­łat­ne, nie­bie­skie i zie­lo­ne kurt­ki mun­du­ro­we, zdo­bio­ne sre­brem i zło­tem. Pa­nie zgro­ma­dzi­ły się wo­kół nie­miec­kiej ce­sa­rzo­wej oraz księż­nej Wa­lii. Więk­szość z nich była w stro­jach jach­to­wych bar­wy kre­mo­wej z gra­na­tem ma­ry­nar­skim lub ja­sno­błę­kit­nej w kom­bi­na­cji z żół­tą, kasz­ta­no­wą albo ja­sno­zie­lo­ną. "Nikt nie pre­zen­to­wał się le­piej niż hra­bi­na War­wick w swo­jej ciem­no­nie­bie­skiej al­pa­ce z bia­łą szy­ją przy­ozdo­bio­ną ba­ty­stem, ca­łość wy­bor­nie pa­su­ją­ca do jej pięk­nej fi­gu­ry" - opi­sy­wał je­den z ko­re­spon­den­tów byłą ko­chan­kę księ­cia Wa­lii.

Gdy jacht kró­lew­ski zrów­ny­wał się z ko­lej­nym w szy­ku okrę­tem, ofi­ce­ro­wie i ma­ry­na­rze zdej­mo­wa­li czap­ki i wy­krzy­ki­wa­li trzy­krot­ne "Hurr­ra!". Je­śli na okrę­cie była or­kie­stra, to gra­ła hymn: "God Save the Qu­een". Ob­ser­wa­to­rzy z przy­jem­no­ścią od­no­to­wa­li, że ame­ry­kań­scy ma­ry­na­rze na po­kła­dzie "Bro­okly­nu" krzy­cze­li tak samo ży­wio­ło­wo, jak za­ło­gi bry­tyj­skie, i że or­kie­stra na po­kła­dzie "König Wil­helm" po hym­nie ode­gra­ła bar­dzo dziar­sko "Rule Bri­tan­nia!"14.

Gdy tak ksią­żę Wa­lii do­ko­ny­wał prze­glą­du flo­ty, przej­ścia po­mię­dzy li­nia­mi okrę­tów były wol­ne od stat­ków wy­ciecz­ko­wych z wi­dza­mi, cze­go pil­no­wa­ły ho­low­ni­ki flo­ty i pa­tro­low­ce. Gdy tyl­ko jed­nak "Vic­to­ria and Al­bert" prze­szedł mię­dzy li­nia­mi, ja­kiś bez­czel­ny sa­mot­ny sta­te­czek po­ja­wił się ni stąd, ni zo­wąd i za­czął pę­dzić tam i z po­wro­tem wzdłuż li­nii okrę­tów, wi­jąc się i prze­my­ka­jąc mię­dzy nimi z za­dzi­wia­ją­cą pręd­ko­ścią i spraw­no­ścią w ma­new­ro­wa­niu. Pa­tro­low­ce wy­sła­ne, aby do­ści­gnąć i prze­chwy­cić in­tru­za, wró­ci­ły z ni­czym. Ta dziw­na, po­ma­lo­wa­na na sza­ro jed­nost­ka w kształ­cie tor­pe­dy o dłu­go­ści 100 stóp15 i sze­ro­ko­ści 9 stóp na­zy­wa­ła się "Tur­bi­nia" 1 była naj­szyb­szym stat­kiem świa­ta, zdol­nym wy­cią­gnąć 34 wę­zły16.

Przed­sta­wie­nie, ja­kie dała, było za­mie­rzo­ne, aby prze­ko­nać Ma­ry­nar­kę Wo­jen­ną do re­zy­gna­cji z cięż­kich, tło­ko­wych ma­szyn pa­ro­wych na­pę­dza­ją­cych do­tąd jej okrę­ty, i za­stą­pie­nia ich przez tur­bi­ny pa­ro­we, ta­kie jak ta, któ­ra pcha­ła "Tur­bi­nię" roz­ci­na­ją­cą swym dzio­bem fale. Pro­jek­tant sta­tecz­ku, Sir Char­les Par­sons, był na jego po­kła­dzie, sto­jąc tuż za wy­so­kim, umiesz­czo­nym na śród­o­krę­ciu ko­mi­nem, któ­ry wy­plu­wał z sie­bie pło­mień pra­wie ta­kiej sa­mej wy­so­ko­ści jak sam ko­min. Urzą­dza­jąc wy­ści­gi po­mię­dzy nie­bo­tycz­ny­mi wo­jen­nia­ka­mi, rzu­ca­jąc wy­zwa­nie au­to­ry­te­tom, "Tur­bi­nia" dra­stycz­nie na­ru­szy­ła pro­to­kół. "Być może jej nie­po­sza­no­wa­nie pra­wa moż­na wy­tłu­ma­czyć no­wo­ścią i waż­no­ścią wy­na­laz­ku, któ­ry ucie­le­śnia" - po­mru­ki­wał z nie­za­do­wo­le­niem "The Ti­mes".

Ukoń­czyw­szy swo­ją turę wo­kół li­nii okrę­tów o czwar­tej, "Vic­to­ria and Al­bert" pod­pły­nął do "Re­now­na", sta­nął na jego tra­wer­sie, rzu­cił pra­wo­bur­to­wą ko­twi­cę i za­sy­gna­li­zo­wał do wszyst­kich bry­tyj­skich i za­gra­nicz­nych ofi­ce­rów fla­go­wych17, za­pra­sza­jąc ich do przy­by­cia na po­kład, gdzie mie­li być przy­ję­ci przez Księ­cia Wa­lii. Ad­mi­ra­ło­wie już cze­ka­li w bar­ka­sach pa­ro­wych i mo­to­rów­kach, pod­ska­ku­ją­cych u burt ich fla­gow­ców, aby - gdy tyl­ko na­dej­dzie sy­gnał - roz­po­cząć wy­ścig do le­wo­bur­to­we­go tra­pu kró­lew­skie­go jach­tu. Pod tym wzglę­dem po­wszech­nie po­dzi­wia­ne było za­cho­wa­nie ro­syj­skie­go ad­mi­ra­ła: gar­dząc wy­ści­giem i od­rzu­ca­jąc parę, przy­był bar­ka­sem wio­sło­wym, na­pę­dza­nym przez szes­na­stu ma­ry­na­rzy w bia­łych mun­du­rach. Gdy go­ście jesz­cze prze­by­wa­li na po­kła­dzie, z "Vic­to­ria and Al­bert" wy­pusz­czo­no go­łę­bia pocz­to­we­go, nio­są­ce­go spe­cjal­ne po­sła­nie od Księ­cia do jego Mat­ki w zam­ku Wind­sor: "Wła­śnie za­pre­zen­to­wa­li się ad­mi­ra­ło­wie. Pięk­ny dzień, re­wia oka­za­ła się cał­ko­wi­tym suk­ce­sem. Do peł­nej do­sko­na­ło­ści bra­ko­wa­ło je­dy­nie obec­no­ści Kró­lo­wej".

O pią­tej go­ście ze­szli po tra­pie. "Vic­to­ria and Al­bert" wy­cią­gnął ko­twi­cę z mułu So­lent, wy­krę­cił na wstecz­nym bie­gu i od­pły­nął w kie­run­ku Por­ts­mouth. Gdy jacht od­pły­wał, ko­lej­ny trzy­krot­ny okrzyk prze­to­czył się nad flo­tą. W tym mo­men­cie nie­spo­dzie­wa­nie raz jesz­cze po­ja­wi­ła się na wi­dow­ni "Tur­bi­nia". Obi­ja­ła się gdzieś, scho­wa­na za rufą krą­żow­ni­ka, ale gdy jacht kró­lew­ski wy­ru­szył w dro­gę po­wrot­ną, ulo­ko­wa­ła się za jego rufą. Z po­cząt­ku szła za nim z umiar­ko­wa­ną szyb­ko­ścią, lecz oto na­gle jej śru­by za­wi­ro­wa­ły i z dzio­bem unie­sio­nym ku gó­rze, a rufą wci­śnię­tą w masę sy­czą­cej bia­łej pia­ny "Tur­bi­nia" śmi­gnę­ła po stycz­nej od kur­su kró­lew­skie­go jach­tu. Po­zo­sta­wia­jąc flo­tę za rufą, Ksią­żę Wa­lii roz­ka­zał pod­nieść na rej­ce sy­gna­ło­wej mile wi­dzia­ny sy­gnał: "Spleść grot­bras!", na co głów­no­do­wo­dzą­cy roz­ka­zał wszyst­kim do­wód­com okrę­tów wy­dać każ­de­mu ma­ry­na­rzo­wi po eks­tra por­cji gro­gu (rumu z wodą).

Już pod­czas przy­ję­cia dla ad­mi­ra­łów nad po­łu­dnio­wym ho­ry­zon­tem gro­ma­dzić się za­czę­ły groź­ne chmu­ry. Gdy ksią­żę opu­ścił flo­tę, czar­ne ka­dłu­by sta­ły na czar­nej wo­dzie z ła­wi­cą ciem­nych cu­mu­lo­nim­bu­sów zwi­sa­ją­cych nad gło­wa­mi. Nim jesz­cze "Vic­to­ria and Al­bert" za­wi­nął do por­tu w Por­ts­mouth, nie­bo sta­ło się zie­lo­no­czar­ne i spa­dać za­czę­ły pierw­sze wiel­kie kro­ple desz­czu. Gdy jacht za­cu­mo­wa­no przy kei, ule­wa sma­ga­ła po­kła­dy z gwał­tow­no­ścią desz­czów tro­pi­kal­nych. Bły­ska­wi­ce roz­dzie­ra­ły po­wie­trze dłu­gi­mi, pę­ka­ją­cy­mi zyg­za­ka­mi ognia, a grzmo­ty dud­ni­ły niby ka­no­na­da. Na ko­twi­co­wi­sku flo­ty za­sło­ny desz­czu za­tar­ły wi­dok okrę­tów, któ­rych po­kła­dy i wie­że opa­no­wa­ła or­gia tań­czą­cej wody. Nie moż­na już było doj­rzeć jed­no­stek z są­sied­niej li­nii. Na brze­gu, gdzie ka­na­li­za­cja nie oka­za­ła się w mocy spro­stać po­to­po­wi, wiel­kie po­ła­cie espla­na­dy sta­ły pod wodą, a bło­nie So­uth­sea Com­mon za­mie­ni­ło się w ba­gni­sko. Wszyst­kie skle­py za­mknię­to i tłu­my lu­dzi po­śpiesz­nie gro­ma­dzi­ły się pod ja­kim­kol­wiek schro­nie­niem. Bu­rza trwa­ła go­dzi­nę i była jed­ną z naj­sroż­szych, ja­kie kie­dy­kol­wiek od­no­to­wa­no w po­łu­dnio­wej An­glii.

Pod­czas sztor­mu wy­da­wa­ło się, że ilu­mi­na­cję flo­ty, ma­ją­cą być głów­ną atrak­cją wie­czo­ru, trze­ba bę­dzie od­wo­łać. Tym­cza­sem o za­cho­dzie słoń­ca je­dy­nie ko­pu­ła cięż­kich chmur przy­ciem­nia­ła zmierzch let­nie­go nie­ba. Dla ob­ser­wa­to­rów na brze­gu flo­ta stop­nio­wo zni­ka­ła w po­głę­bia­ją­cym się cie­niu. Jed­nak po­tem, kwa­drans po dzie­wią­tej, huk­nę­ło dzia­ło sy­gna­ło­we. "Re­nown" stał się na­gle wi­docz­ny, wy­kre­ślo­ny ogniem na tle zmierz­chu. Se­kun­dę póź­niej wi­dać już było wszyst­kie okrę­ty na ko­twi­co­wi­sku; ich syl­wet­ki ry­so­wa­ły się na tle czar­ne­go nie­ba set­ka­mi elek­trycz­nych świa­te­łek. Roz­cią­gnię­te wzdłuż każ­de­go okrę­tu, two­rzą­ce za­ry­sy ka­dłu­ba, po­mo­stu, ko­mi­nów, masz­tów i wież dzia­ło­wych, świa­tła zda­wa­ły się "li­nia­mi ogni­sty­mi, któ­re w lek­kiej mgle, cią­gle po sztor­mie uno­szą­cej się nad mo­rzem, przy­bra­ły zło­ci­stą bar­wę świe­tli­ków". Wy­traw­ni ko­re­spon­den­ci mor­scy po­pa­da­li w eg­zal­ta­cję: świa­tła były dla nich "mi­ria­da­mi bry­lan­to­wych ko­ra­li­ków", okrę­ty - "baj­ko­wą flo­tą ob­wie­szo­ną zło­ci­sty­mi łań­cu­cha­mi [...] le­żą­cą na zja­wi­sko­wym mo­rzu iskrzą­cym i od­bi­ja­ją­cym w swych fa­lach bły­ski klej­no­tów". Bry­tyj­skie okrę­ty fla­go­we na to­pach masz­tów mia­ły duże świetl­ne kom­bi­na­cje, przed­sta­wia­ją­ce czer­wo­ny krzyż na bia­łym tle, któ­re - ni­czym wła­ści­we fla­gi za dnia - oznaj­mia­ły, że na po­kła­dzie jest ad­mi­rał. Okrę­ty za­gra­nicz­ne stwo­rzy­ły na tę oka­zję efek­ty spe­cjal­ne. Na "Ros­si­ji" utwo­rzo­no ze świa­teł po­dwój­ne­go orła ce­sar­stwa ro­syj­skie­go. "Bro­oklyn" prze­ma­wiał do pu­blicz­no­ści elek­trycz­nym li­te­ra­mi "V. R. [Vic­to­ria Re­gi­na] 1837 - 1897" na swo­jej opan­ce­rzo­nej bur­cie. Poza tym na "Bro­okly­nie" wy­wie­szo­no na szczy­tach masz­tów fla­gi ame­ry­kań­ską i bry­tyj­ską w wiąz­kach świa­tła z jego po­tęż­nych re­flek­to­rów.

Przez pra­wie trzy go­dzi­ny te nie­zwy­kłe osią­gnię­cia tech­ni­ki i ima­gi­na­cji mi­go­ta­ły w ciem­no­ściach. Lu­dzie ga­pi­li się na to wszyst­ko z brze­gu i z po­kła­dów stat­ków. Oko­ło dzie­sią­tej Ksią­żę i Księż­na Wa­lii po­now­nie wy­ru­szy­li z Por­ts­mouth w mo­rze, tym ra­zem na po­kła­dzie mniej­sze­go z kró­lew­skich jach­tów, "Al­ber­ty", aby opły­nąć flo­tę. "Al­ber­ta" nio­sła nie­wie­le świa­teł i pod­czas swo­je­go po­wol­ne­go rej­su wzdłuż li­nii nie­ru­cho­mych okrę­tów nie przy­cią­ga­ła tyle for­mal­nej uwa­gi co za dnia. Jed­nak­że o je­de­na­stej trzy­dzie­ści, gdy jacht za­czął się od­da­lać od flo­ty, or­kie­stry po­now­nie ode­gra­ły "God Save the Qu­een". A po­tem, aby raz jesz­cze uczcić Kró­lo­wą i jej Na­stęp­cę, wszyst­kie okrę­ty na ko­twi­co­wi­sku od­da­ły ze swych dział sa­lut kró­lew­ski. Okrę­ty spo­wi­ły się w we­lo­ny dymu, pod­świe­tla­ne przy­ćmio­ny­mi czer­wo­ny­mi wy­bły­ska­mi z dział. Był to wiel­ce spek­ta­ku­lar­ny szczyt ca­łej uro­czy­sto­ści: cią­gły ryk mor­skiej ka­no­na­dy, ję­zo­ry ognia wy­ska­ku­ją­ce z luf przy wie­lo­krot­nych sal­wach bur­to­wych, dym prze­ta­cza­ją­cy się czer­wo­ny­mi chmu­ra­mi wzdłuż mi­riad ja­rzą­cych się elek­trycz­nych świa­teł.

Ksią­żę wró­cił do Por­ts­mouth, zaś ilu­mi­na­cja trwa­ła jesz­cze nie­co dłu­żej. Wresz­cie, gdy wska­zów­ki ze­ga­ra do­tknę­ły pół­no­cy, okręt fla­go­wy zga­sił swo­je świa­tła, a za mo­ment cała resz­ta flo­ty tak­że po­grą­ży­ła się w ciem­no­ści. Na brze­gu, ob­ser­wa­tor na bal­ko­nie ho­te­lo­wym od­no­to­wał: "Z wy­bi­ciem dwu­na­stej, zło­ta, baj­ko­wa flo­ta zni­kła. Był­że to tyl­ko sen? Po­nad gło­wa­mi prze­cią­ga­ły chmu­ry, a jesz­cze wy­żej mi­go­ta­ły gwiaz­dy. Po­wo­li sta­wa­ły się wi­docz­ne przy­ćmio­ne świa­tła to­po­we nie­zli­czo­nych okrę­tów. A więc jed­nak nie zni­kła. Flo­ta tam była i czu­wa­ła".

1Wiktoria i Bercik

Kró­lo­wa Wik­to­ria mia­ła w swych ży­tach prze­wa­gę krwi nie­miec­kiej. Jej oj­ciec, Edward ksią­żę Ken­tu, czwar­ty syn kró­la Je­rze­go III, po­cho­dził z dy­na­stii ha­no­wer­skiej, po­tom­ków Je­rze­go Lu­dwi­ka, elek­to­ra Ha­no­we­ru, spro­wa­dzo­ne­go do An­glii w 1714 roku i osa­dzo­ne­go na tro­nie jako król Je­rzy I dla za­pew­nie­nia suk­ce­sji pro­te­stanc­kiej. Wszy­scy ha­no­wer­scy przod­ko­wie Wik­to­rii - król Je­rzy II, jego syn Fry­de­ryk, ksią­żę Wa­lii i jego z ko­lei syn, król Je­rzy III, wzię­li za żony nie­miec­kie księż­nicz­ki, tym sa­mym zwięk­sza­jąc jesz­cze wła­sny udział nie­miec­kiej krwi. Mat­ka kró­lo­wej Wik­to­rii, księż­nicz­ka Wik­to­ria Lu­iza z Sach­sen-Co­burg, też była Niem­ką. Wresz­cie sama kró­lo­wa Wik­to­ria jesz­cze zdwo­iła uła­mek nie­miec­ko­ści w ro­dzi­nie kró­lew­skiej po­przez po­ślu­bie­nie swo­je­go nie­miec­kie­go ku­zy­na, księ­cia Al­ber­ta Sach­sen-Co­burg, syna star­sze­go bra­ta swo­jej mat­ki. Wcze­sne oto­cze­nie przy­szłej kró­lo­wej też było w więk­szo­ści nie­miec­kie. Jej gu­wer­nant­ka była Niem­ką, ko­ły­san­ki, któ­ry­mi ją usy­pia­no były nie­miec­kie, nie sły­sza­ła żad­ne­go ję­zy­ka poza nie­miec­kim i sama mó­wi­ła tyl­ko po nie­miec­ku do wie­ku trzech lat. Jej szcze­ra sym­pa­tia do wszyst­kie­go co nie­miec­kie była też zwią­za­na z mę­żem. "Ży­wię ta­kie uczu­cia w sto­sun­ku do na­szych dro­gich, ma­łych Nie­miec, że nie po­tra­fię ich wręcz opi­sać" - po­wie­dzia­ła po od­wie­dzi­nach miej­sca na­ro­dzin księ­cia Al­ber­ta.

W la­tach przed wstą­pie­niem Wik­to­rii na tron dla mo­nar­chii bry­tyj­skiej na­sta­ły cięż­kie cza­sy. Bez­po­śred­nio po­prze­dza­ją­cy ją kró­lo­wie: Je­rzy III, Je­rzy IV i Wil­helm IV - opi­sy­wa­ni byli jako "im­be­cyl, mar­no­traw­ca i bu­fon". Ta­tu­lo Wik­to­rii, ksią­żę Ken­tu, pre­zen­to­wał się nie­wie­le bar­dziej obie­cu­ją­co. Ode­sła­ny na eme­ry­tu­rę z ar­mii bry­tyj­skiej z po­wo­du zbyt­nie­go gu­sto­wa­nia w su­ro­wej dys­cy­pli­nie, co do­pro­wa­dzi­ło do bun­tu w Gi­bral­ta­rze, cią­gle za­dłu­żo­ny, ka­wa­ler w wie­ku lat czter­dzie­stu ośmiu, czas spę­dzał głów­nie za gra­ni­cą, ży­jąc ze swą dwu­dzie­sto­ośmio­let­nią ko­chan­ką, Ka­na­dyj­ką fran­cu­skie­go po­cho­dze­nia zna­ną jako Ma­da­me de St Lau­rent. W roku 1818 pro­po­zy­cja pod­nie­sie­nia mu pen­sji, przed­sta­wio­na przez par­la­ment pod wa­run­kiem że się oże­ni i wy­pro­du­ku­je po­tom­ka, skło­ni­ła go do wska­za­nia Ma­da­me de St Lau­rent drzwi i oświad­cze­nia się trzy­dzie­sto­let­niej wdo­wie, księż­nicz­ce Sach­sen-Co­burg. Po­bra­li się i za dzie­sięć mie­się­cy, 24 maja 1818 roku, uro­dzi­ła się im cór­ka. Osiem mie­się­cy póź­niej ksią­żę Ken­tu, do­ko­naw­szy swe­go wkła­du w hi­sto­rię An­glii, zmarł na za­pa­le­nie płuc.

Mała księż­nicz­ka, dru­ga w li­nii do suk­ce­sji tro­nu bry­tyj­skie­go, miesz­ka­ła ze swo­ją mat­ką w prak­tycz­nym, zbu­do­wa­nym z czer­wo­nej ce­gły pa­ła­cu Ken­sing­ton, skąd od cza­su do cza­su wy­bie­ra­ła się w po­dróż, aby od­wie­dzić swe­go sta­rze­ją­ce­go się stry­ja - kró­la Je­rze­go IV. Wcze­śnie po­ję­ła jak się przy­po­do­bać. Dra­piąc się na ko­la­na cier­pią­ce­go na po­da­grę, no­szą­ce­go pe­ru­kę mo­nar­chy, ob­da­rza­ła go na­stęp­nie cza­row­nym uśmie­chem i skła­da­ła po­ca­łu­nek na su­chym, uró­żo­wa­nym po­licz­ku szep­cąc mu coś do ucha. "Co byś chcia­ła aby or­kie­stra te­raz za­gra­ła?" - za­py­tał pew­ne­go razu sta­ry dżen­tel­men; "Och, stryj­ku kró­lu, chcia­ła­bym, aby za­gra­li "God Save the King"" - pi­snę­ło dziec­ko. "Po­wiedz mi, co ci się naj­bar­dziej po­do­ba­ło pod­czas two­jej wi­zy­ty?" - za­py­tał król Je­rzy gdy mia­ła wła­śnie od­jeż­dżać. "Prze­jażdż­ka z tobą" - od­dzwo­nił gło­sik ma­łej księż­nicz­ki Wik­to­rii.

Ro­zu­mia­ła, że róż­ni się od in­nych dzie­ci. "Nie po­win­naś ich ru­szać, są moje" - ogło­si­ła od­wie­dza­ją­ce­mu ją dziec­ku, któ­re wła­śnie za­bie­ra­ło się do jej za­ba­wek. "I mnie wol­no mó­wić do cie­bie Jan­ka, ale ty nie po­win­naś mó­wić do mnie - Wik­to­ria" - do­da­ła z na­ci­skiem.

Po­wia­da­no, iż zi­ry­to­wa­ny na­uczy­ciel mu­zy­ki miał pew­ne­go razu wy­gło­sić po­ucze­nie: "Nie ma kró­lew­skiej dro­gi do na­ucze­nia się mu­zy­ki, księż­nicz­ko. Mu­sisz ćwi­czyć jak każ­dy". Wik­to­ria gwał­tow­nie za­trza­snę­ła po­kry­wę kla­wia­tu­ry swo­je­go pia­ni­na. "Ot, co! Wi­dzi pan? Nie ma żad­ne­go mu­sisz"! Gdy mia­ła lat dzie­sięć, od­kryw­szy księ­gę z ta­bli­ca­mi ge­ne­alo­gicz­ny­mi kró­lów i kró­lo­wych An­glii, za­czę­ła je stu­dio­wać. Za­sko­czo­na, zwró­ci­ła się do swej gu­wer­nant­ki i po­wie­dzia­ła: "Je­stem bli­żej tro­nu, niż my­śla­łam". Gdy gu­wer­nant­ka przy­tak­nę­ła, oczy Wik­to­rii na­peł­ni­ły się łza­mi. Uro­czy­ście unio­sła ku gó­rze pra­wy pa­lec wska­zu­ją­cy i uczy­ni­ła słyn­ną de­kla­ra­cję: "Będę do­bra!".

Śmierć "Stryj­ka Kró­la" w roku 1830 zbli­ży­ła je­de­na­sto­let­nią księż­nicz­kę jesz­cze bar­dziej do tro­nu. Nowy król, jej dru­gi, sześć­dzie­się­cio­pię­cio­let­ni stry­jek Wil­helm, po­wo­łał do ży­cia dzie­się­cio­ro dzie­ci - wszyst­kie nie­ślub­ne, za­tem Wik­to­ria zgod­nie z za­sa­da­mi zo­sta­ła dzie­dzicz­ką Ko­ro­ny Bry­tyj­skiej. Król Wil­helm IV pa­no­wał lat sie­dem, aż 20 czerw­ca 1837 roku - o pią­tej rano, do pa­ła­cu Ken­sing­ton przy­by­ła gru­pa dżen­tel­me­nów - wprost z Zam­ku Wind­sor, gdzie król wła­śnie zmarł. Za­spa­na mło­da ko­bie­ta przy­ję­ła ich w szla­fro­ku i z roz­pusz­czo­ny­mi wło­sa­mi, a oni uklę­kli i po­ca­ło­wa­li ją w rękę. Tak oto roz­po­czę­ło się sześć­dzie­się­ciocz­te­ro­let­nie kró­lo­wa­nie. "Je­stem bar­dzo mło­da - za­no­to­wa­ła tego wie­czo­ra w swym dzien­ni­ku nowa kró­lo­wa - i pew­nie w wie­lu spra­wach, choć nie we wszyst­kich, nie­do­świad­czo­na, lecz je­stem pew­na, że mało kto ma wię­cej ode mnie do­brej woli i praw­dzi­we­go pra­gnie­nia czy­nie­nia tego co wła­ści­we i słusz­ne". Osiem­na­sto­let­nia kró­lo­wa, ki­pią­ca jesz­cze gór­nym du­chem mło­do­ści, była po­krze­pie­niem dla Bry­tyj­czy­ków, któ­rym prze­je­dli się już sta­rzy głup­cy na tro­nie. W spra­wach po­li­ty­ki kró­lo­wa skru­pu­lat­nie po­le­ga­ła na po­ra­dach pre­mie­ra, lor­da Mel­bo­ur­ne. Ich wza­jem­ne sto­sun­ki były mie­szan­ką re­la­cji oj­ciec - cór­ka, ad­o­ru­ją­ca mło­da ko­bie­ta - ele­ganc­ki, wy­twor­ny star­szy męż­czy­zna, a wresz­cie su­we­ren - pod­da­ny. Świat uwa­żał go za cy­ni­ka, lecz on po­tra­fił ocza­ro­wać kró­lo­wą swym do­świad­cze­niem ży­cio­wym, swym cierp­kim hu­mo­rem i głę­bo­kim od­da­niem. Stwier­dzi­ła, że jest on "naj­uprzej­miej­szym, naj­wraż­liw­szym, i naj­lep­sze­go ser­ca czło­wie­kiem na świe­cie", w któ­rym to po­glą­dzie utwier­dzi­ła się jesz­cze gdy jej ulu­bio­ny spa­niel, Dash, pod­szedł pew­ne­go razu do lor­da Mel­bo­ur­ne i za­czął li­zać mu rękę. "Wszyst­kie psy mnie lu­bią" - rzekł pre­mier i wzru­szył ra­mio­na­mi, lecz kró­lo­wa przy­ję­ła to stwier­dze­nie bez prze­ko­na­nia.

Me­an­dry po­li­ty­ki spo­wo­do­wa­ły odej­ście lor­da Mel­bo­ur­ne, lecz w 1839 roku Wik­to­ria sama do­ko­na­ła wy­bo­ru mę­skie­go do­rad­cy, któ­ry miał wy­wrzeć na nią naj­więk­szy w ca­łym jej ży­ciu wpływ. Jej ku­zyn pierw­sze­go stop­nia, ksią­żę Al­bert Sach­sen-Co­burg, trzy mie­sią­ce młod­szy od Wik­to­rii, wy­ra­stał na po­waż­ne i świa­do­me swych ce­lów dziec­ko. "Za­mie­rzam ćwi­czyć się, aby zo­stać do­brym i uży­tecz­nym czło­wie­kiem" - za­pi­sał w swym dia­riu­szu w wie­ku lat je­de­na­stu. Wik­to­ria spo­tka­ła ku­zy­na po raz pierw­szy przed wstą­pie­niem na tron, gdy obo­je mie­li po sie­dem­na­ście lat. "Uro­da Al­ber­ta jest ude­rza­ją­ca - zwie­rzy­ła się w swo­im dzien­ni­ku - Jego wło­sy są pra­wie ta­kie­go sa­me­go ko­lo­ru jak moje, oczy duże i nie­bie­skie, ma też pięk­ny nos i bar­dzo słod­kie usta o pięk­nych zę­bach".

Na­stęp­nie od­no­to­wy­wa­ła dal­sze szcze­gó­ły: "de­li­kat­ne wą­si­ki i nie­wiel­kie, ale to bar­dzo nie­wiel­kie bo­ko­bro­dy, [...] pięk­na fi­gu­ra, sze­ro­kie ra­mio­na i do­sko­na­ła ta­lia". Obo­je wie­dzie­li, że star­si ocze­ku­ją, iż bę­dzie z nich para, lecz wy­bór i de­cy­zja na­le­ża­ły do niej. Była pra­wie go­to­wa się zde­cy­do­wać po tym, jak ob­ser­wo­wa­ła go, wcho­dzą­ce­go po scho­dach w Wind­so­rze w paź­dzier­ni­ku 1839. "Od­czu­wa­łam pew­ną emo­cję, gdy tak oglą­da­łam Al­ber­ta, któ­ry jest pięk­ny" - znów zwie­rzy­ła się swe­mu dzien­ni­ko­wi. Kil­ka dni póź­niej za­pro­si­ła Al­ber­ta do sali au­dien­cji pry­wat­nych, gdzie mu się oświad­czy­ła. Al­bert zgo­dził się i roz­po­czął tym sa­mym trud­ne za­da­nie sta­wa­nia się mę­żem kró­lo­wej An­glii. Gdy jesz­cze przed ślu­bem su­ge­ro­wał, że miło by­ło­by mieć nie­co dłuż­szy mie­siąc mio­do­wy niż dwa czy trzy dni prze­wi­dzia­ne przez Kró­lo­wą, ta mu przy­po­mnia­ła: "Za­po­mi­nasz, naj­droż­szy mój uko­cha­ny, że je­stem Su­we­re­nem i że cały ten in­te­res nie może sta­nąć w miej­scu i cze­kać po próż­ni­cy". Ce­re­mo­nia ślub­na od­by­ła się w ka­pli­cy św. Ja­ku­ba w Lon­dy­nie, a noc po­ślub­na zo­sta­ła spę­dzo­na w Wind­so­rze. Na­stęp­ne­go ran­ka Kró­lo­wa po­śpie­szy­ła do swe­go dzien­ni­ka. Al­bert grał na pia­ni­nie, ona zaś le­ża­ła na so­fie z bó­lem gło­wy, lecz "cho­ra czy też nie, NIG­DY, PRZE­NIG­DY nie spę­dzi­łam ta­kie­go wie­czo­ru!!! Mój dro­gi, naj­droż­szy Al­bert sie­dział na pod­nóż­ku u mego boku, a jego nie­po­ha­mo­wa­ny afekt dał mi po­czu­cie nie­biań­skiej mi­ło­ści i szczę­śli­wo­ści, ja­kiej nig­dy do­tąd nie mo­głam na­wet się spo­dzie­wać! Za­iste, jak­żeż po­tra­fię oka­zać swo­ją wdzięcz­ność za po­sia­da­nie ta­kie­go męża?!".

W pierw­szych mie­sią­cach mał­żeń­stwa po­zy­cja Al­ber­ta była nie­zręcz­na. Wik­to­ria go ad­o­ro­wa­ła i na­sta­wa­ła, aby sło­wa "być mu po­słusz­ną" zo­sta­ły uży­te w przy­się­dze pod­czas ce­re­mo­nii ślub­nej, lecz, jak sam Al­bert pi­sał w li­ście do przy­ja­cie­la, po­zo­sta­wał on ra­czej "mę­żem, niż pa­nem domu". Jego po­zy­cja ule­gła wzmoc­nie­niu, gdy po dzie­wię­ciu mie­sią­cach i je­de­na­stu dniach od daty ślu­bu do jego sta­tu­su męża do­szedł jesz­cze splen­dor oj­co­stwa. Dziec­ko było có­recz­ką imie­niem Wik­to­ria (przez ro­dzi­nę na­zy­wa­na Wiki18), choć ocze­ki­wa­no ra­czej księ­cia Wa­lii, lecz roz­cza­ro­wa­nie to zo­sta­ło prze­zwy­cię­żo­ne je­de­na­ście i pół mie­sią­ca póź­niej, gdy 20 li­sto­pa­da 184119 roku w pa­ła­cu Buc­kin­gham przy­był na świat ksią­żę Al­bert Edward (zna­ny w ro­dzi­nie jako Ber­cik20). Ksią­żę zo­stał ochrzczo­ny 25 stycz­nia 1842 roku w obec­no­ści księ­cia Wel­ling­ton oraz kró­la Prus Wil­hel­ma IV, któ­ry nadał swe­mu chrze­śnia­ko­wi pru­ski Or­der Czar­ne­go Orła. Po ce­re­mo­nii Wik­to­ria za­pi­sa­ła: "Mo­dli­li­śmy się, żeby nasz chło­pa­czek mógł zo­stać praw­dzi­wym i cno­tli­wym pod każ­dym wzglę­dem chrze­ści­ja­ni­nem, a JA mo­dli­łam się, aby zo­stał ob­ra­zem swe­go uko­cha­ne­go ojca".

Ber­cik zo­stał za­in­sta­lo­wa­ny w po­ko­jach dzie­cin­nych z gu­wer­nant­ką an­giel­ską i nie­miec­ką, więc za­czął mó­wić od razu w obu ję­zy­kach. Póź­niej­szy gość miał za­uwa­żyć, że dzie­ci kró­lew­skie "mó­wi­ły po nie­miec­ku jak w swo­im ję­zy­ku oj­czy­stym". Pierw­sze sło­wa Ber­ci­ka były prze­drzeź­nia­ne przez star­szą, nad wiek roz­wi­nię­tą sio­strzycz­kę, i kró­lo­wa oba­wia­ła się, że sy­nek "mógł po­czuć się zra­nio­ny przez prze­by­wa­nie z kró­lew­ną21, któ­ra jest bar­dzo mą­dra i w ogó­le roz­wi­nię­ta znacz­nie po­nad swój wiek. Po­tra­fi go osa­dzić sło­wem lub spoj­rze­niem". Po­mi­mo sprze­czek, brat i sio­stra byli so­bie bar­dzo bli­scy.

Kró­lo­wa Wik­to­ria ro­dzi­ła czte­ry razy w pierw­szych czte­rech la­tach mał­żeń­stwa, sześć razy w ośmiu, a dzie­więć razy w ca­łym jego okre­sie. Wszyst­kie jej dzie­ci do­ży­ły wie­ku do­ro­słe­go, co jak na tam­te cza­sy jest dość nie­zwy­kłe. Sam prze­bieg cią­ży nie spra­wiał jej przy­jem­no­ści. "To, co po­wia­dasz o du­mie z da­wa­nia ży­cia nie­śmier­tel­nej du­szy, jest bar­dzo pięk­ne, moja dro­ga, lecz sama tego tak od­bie­rać nie po­tra­fię - mia­ła od­pi­sać osiem­na­ście lat póź­niej Wiki - wte­dy żo­nie pru­skie­go na­stęp­cy tro­nu - gdy ta, wnie­bo­wzię­ta, opi­sy­wa­ła stan swo­ich uczuć po uro­dze­niu wła­sne­go pierw­sze­go dziec­ka, Wil­hel­ma - Ra­czej my­ślę o nas w ta­kich chwi­lach jak o kro­wach lub psach, jako że na­sza na­tu­ra sta­je się wte­dy tak zwie­rzę­ca i po­zba­wio­na wszel­kiej eks­ta­zy".

Od­po­wie­dzial­ność za edu­ka­cję dzie­ci spa­dła przede wszyst­kim na księ­cia Al­ber­ta. Jego naj­lep­szym uczniem zo­sta­ła bły­sko­tli­wa i uwiel­bia­ją­ca go cór­ka Wiki, zaś naj­trud­niej­szym - sym­pa­tycz­ny, lecz ją­ka­ją­cy się ksią­żę Wa­lii. Al­bert za­de­kre­to­wał, że Ber­cik nie może być wy­cho­wy­wa­ny jak inni chłop­cy, na­wet jak inni sy­no­wie kró­lew­scy. Dzie­dzic tro­nu nie po­wi­nien zmar­no­wać ani chwi­li ze swej bez­cen­nej mło­do­ści. Każ­dy dzień i go­dzi­na zo­sta­ły za­pla­no­wa­ne. Plu­ton wy­cho­waw­ców, sta­ran­nie wy­bra­nych i ry­go­ry­stycz­nie kon­tro­lo­wa­nych przez księ­cia Al­ber­ta, apli­ko­wał pro­gram, pod­czas gdy sam ksią­żę szki­co­wał za­ry­sy dal­szych eta­pów te­goż pro­gra­mu. Sześć dni w ty­go­dniu były upa­ko­wa­ne ła­ci­ną, fran­cu­skim, nie­miec­kim, al­ge­brą, geo­me­trią i hi­sto­rią. Od Ber­ci­ka wy­ma­ga­no pi­sa­nia ese­jów hi­sto­rycz­nych po nie­miec­ku, fran­cu­sku i, oczy­wi­ście, po an­giel­sku. Okre­ślo­ne zo­sta­ły go­dzi­ny po­sił­ków (9.00, 12.00 i 19.00), a tak­że die­ta ("Lunch: mię­so i ja­rzy­ny, pud­din­gów le­piej uni­kać"). Każ­de­go wie­czo­ra wy­cho­waw­cy mu­sie­li przed­sta­wiać pi­sem­ne ra­por­ty o jego pra­cy i po­stę­pach. Nie­ste­ty, im więk­sze wkła­da­no w jego wy­kształ­ce­nie wy­sił­ki, tym mniej­sza wy­da­wa­ła się wy­sił­ków tych na­gro­da. Ber­cik się nie uczył, wy­da­wa­ło się na­wet, że od­ma­wiał na­uki. Re­zul­ta­tem ta­kiej jego po­sta­wy było zdwo­je­nie wy­sił­ków, bar­dziej szcze­gó­ło­we pro­gra­my, jesz­cze bar­dziej upa­ko­wa­ne pla­ny za­jęć i jesz­cze więk­sza wy­mia­na peł­nych obaw li­stów po­mię­dzy wy­cho­waw­ca­mi a kró­lew­ski­mi ro­dzi­ca­mi. Wresz­cie Ber­cik za­czął nie­na­wi­dzić każ­dej pod­su­nię­tej mu książ­ki. Nie było in­nych chłop­ców, z któ­ry­mi mógł­by się po­ba­wić. Po­nad­to, ksią­żę Al­bert nie mógł już zna­leźć wol­nych go­dzin w pla­nach za­jęć swe­go syna, żeby je po­świę­cić na igrasz­ki, a jesz­cze za­wsze ist­nia­ło nie­bez­pie­czeń­stwo, na­wet ze stro­ny uty­tu­ło­wa­nych chłop­ców, ska­że­nia go fry­wol­no­ścią. Gdy pod­czas nie­zmier­nie rzad­kich oka­zji chłop­cy z Eton, po dru­giej stro­nie rze­ki od Wind­so­ru, byli za­pra­sza­ni do za­baw z Ber­ci­kiem, to za­wsze był przy tym obec­ny ksią­żę Al­bert, aby pa­trzeć, nad­zo­ro­wać i onie­śmie­lać.

W wie­ku lat pięt­na­stu Ber­ci­ko­wi zo­sta­ło przy­zna­ne nie­wiel­kie kie­szon­ko­we, z któ­re­go było mu wol­no ku­po­wać so­bie kra­wa­ty i ka­pe­lu­sze. Kró­lo­wa sko­rzy­sta­ła z oka­zji aby wy­gło­sić wy­kład o ubio­rze: "Strój [...] jest jed­ną z ze­wnętrz­nych oznak, po któ­rych lu­dzie za­zwy­czaj oce­nia­ją stan du­cha i uczuć oso­by go no­szą­cej. Nie pra­gnie­my kon­tro­lo­wać two­je­go wła­sne­go gu­stu i upodo­bań, a na­wet wręcz prze­ciw­nie, chce­my, że­byś się nimi kie­ro­wał i je roz­wi­jał, lecz ocze­ku­je­my, że nie bę­dziesz no­sił ni­cze­go eks­tra­wa­ganc­kie­go czy pro­stac­kie­go, nie dla­te­go że tego nie lu­bi­my, lecz dla­te­go, iż po­twier­dza­ło­by to brak sza­cun­ku dla sa­me­go sie­bie i sta­no­wi­ło­by prze­stęp­stwo prze­ciw­ko przy­zwo­ito­ści pro­wa­dzą­ce - jak wie­lu już w prze­szło­ści do­świad­czy­ło - do obo­jęt­no­ści wo­bec zła mo­ral­ne­go". Dal­szych po­rad udzie­lił Ber­ci­ko­wi ksią­żę Al­bert, gdy syn skoń­czył lat sie­dem­na­ście i zo­stał mia­no­wa­ny puł­kow­ni­kiem w ar­mii bry­tyj­skiej. "Dżen­tel­men - mó­wił ksią­żę Al­bert - nie po­zwa­la so­bie na nie­dba­łe i bez­kry­tycz­ne wzglę­dem sa­me­go sie­bie po­stę­po­wa­nie, ta­kie jak roz­wa­la­nie się na so­fach, gar­bie­nie się przy cho­dze­niu" czy też "wy­sta­wa­nie z rę­ka­mi w kie­sze­niach". "Sa­ty­rycz­ne czy żar­to­bli­we wy­ra­że­nia" uwa­ża­ne były za wul­gar­ne, "nig­dy nie po­win­no się po­zwa­lać so­bie na stro­je­nie żar­tów czy pła­ta­nie fi­gli". W roz­mo­wie, Ber­cik po­wi­nien po­tra­fić "prze­jąć jej pro­wa­dze­nie i [...] wy­my­ślić coś na­da­ją­ce­go się do po­wie­dze­nia poza zwy­kły­mi py­ta­nia­mi o zdro­wie i po­go­dę". Naj­wyż­szym przy­kła­dem, nie­ustan­nie sta­wia­nym Ber­ci­ko­wi za wzór przez kró­lo­wą, miał mu być wła­sny oj­ciec. Kró­lo­wa Wik­to­ria wie­lo­krot­nie za­chę­ca­ła swe dzie­ci do na­śla­do­wa­nia owej nie­zrów­na­nej isto­ty. "Po­wi­nie­neś przy­łą­czyć się do nas w dzię­ko­wa­niu Bogu za ob­da­ro­wa­nie nas ta­kim naj­droż­szym, do­sko­na­łym Oj­cem - pi­sa­ła Ber­ci­ko­wi, gdy ten miał lat pięt­na­ście - Żad­ne z was nig­dy nie po­tra­fi być wy­star­cza­ją­co dum­ne z tego, że jest dziec­kiem ta­kie­go Ojca, któ­ry nie ma RÓW­NYCH SO­BIE na tym świe­cie - tak wiel­ki, tak do­bry, tak nie­ska­zi­tel­ny. Pró­buj­cie wszyst­kie pójść w jego śla­dy i nie znie­chę­caj­cie się, je­stem bo­wiem pew­na, że na­praw­dę być ta­kim jak on we wszyst­kim, żad­ne z was nig­dy nie po­tra­fi. Spró­buj­cie więc na­śla­do­wać go choć­by tyl­ko w nie­któ­rych spra­wach, a gdy to się wam uda, osią­gnie­cie bar­dzo wie­le".

Ber­cik usi­ło­wał speł­niać te wy­ma­ga­nia, ale zwy­kle mu się to nie uda­wa­ło. Gdy miał lat sie­dem­na­ście, kró­lo­wa Wik­to­ria pi­sa­ła do Wiki, któ­ra wła­śnie wy­szła za mąż za księ­cia Fry­de­ry­ka Pru­skie­go: "Bar­dzo mi smut­no z jego po­wo­du. Jest taki sła­by i bez­czyn­ny". Nie­dłu­go po­tem znów się uskar­ża­ła: "Och, moja dro­ga, co by się sta­ło, gdy­bym tak umar­ła tej zimy! Drże­nie ogar­nia na samą myśl o tym. Zbyt przy­kre jest na­wet samo ta­kie roz­wa­ża­nie. [...] Naj­więk­sze jego po­stę­py nie wy­star­czą, by się nada­wał na swo­ją przy­szłą po­zy­cję.

Bez­pie­czeń­stwo - jego sa­me­go i ca­łe­go kra­ju - w tym, żeby we wszyst­kim się zda­wał na naj­droż­sze­go Papę, tę do­sko­na­łość wśród ro­dza­ju ludz­kie­go!" Ksią­żę Al­bert, wy­sy­ła­jąc Ber­ci­ka do Ber­li­na w od­wie­dzi­ny do sio­stry, pró­bo­wał spoj­rze­nia od ja­śniej­szej stro­ny. "Uj­rzysz Ber­ci­ka doj­rzal­sze­go i do­sko­nal­sze­go - pi­sał do cór­ki - Nie za­prze­paść żad­nej oka­zji po­na­gla­nia go do cięż­kiej pra­cy. Na ten cel ukie­run­ko­wa­ne być mu­szą na­sze po­łą­czo­ne wy­sił­ki. Tak się nie­ste­ty skła­da, że je­dy­nym jego za­in­te­re­so­wa­niem są stro­je i jesz­cze raz stro­je. Na­wet gdy uda­je się na po­lo­wa­nie, bar­dziej in­te­re­su­je się swy­mi spodnia­mi niź­li zwie­rzy­ną". Już pod­czas trwa­nia owej wi­zy­ty ksią­żę Al­bert na­pi­sał raz jesz­cze, tak opi­su­jąc syna cór­ce: "Ber­cik po­sia­da znacz­ne ta­len­ty to­wa­rzy­skie. Jest żywy, by­stry i cię­ty w mo­wie, gdy jego umysł sku­pi się na czymś, co jed­nak zda­rza się rzad­ko. [...] Za­zwy­czaj jed­nak jego in­te­lekt nie jest bar­dziej uży­tecz­ny niż pi­sto­let spa­ko­wa­ny na dnie ku­fra ko­muś za­ata­ko­wa­ne­mu w Ape­ni­nach przez ra­bu­siów".

Ma­jąc lat sie­dem­na­ście, w paź­dzier­ni­ku 1859, ksią­żę Wa­lii roz­po­czął pierw­szy z czte­rech se­me­strów w col­le­ge'u Christ Church w Oxfor­dzie, gdzie jego wy­sił­ki spro­wo­ko­wa­ły ojca do na­stę­pu­ją­cej uwa­gi: "Na­tu­ral­ną skłon­no­ścią Ber­ci­ka jest nie­opi­sa­ne le­ni­stwo. Nig­dy w ży­ciu nie spo­tka­łem tak do­głęb­ne­go i prze­bie­głe­go obi­bo­ka". Na­wet gdy Ber­cik po­słusz­nie i obo­wiąz­ko­wo wrę­czał ojcu swój dzien­nik do prze­glą­du, spo­ty­kał się z kry­ty­ką ze stro­ny Al­ber­ta za brak w tek­stach głęb­szej ana­li­zy i re­flek­sji. Od­bi­ja­jąc pi­łecz­kę, Ber­cik prze­pra­szał: "Jest mi bar­dzo przy­kro, że nie spodo­bał ci się mój dzien­nik, choć tak się nad nim mę­czy­łem, lecz wi­dzę słusz­ność two­ich uwag i po­sta­ram się z nich sko­rzy­stać".

Pierw­szy swój sa­mo­dziel­ny suk­ces Ber­cik od­niósł w Ame­ry­ce Pół­noc­nej. W lip­cu 1860 roku ksią­żę Wa­lii wy­pły­nął na ob­jazd wschod­niej Ka­na­dy i Sta­nów Zjed­no­czo­nych. Przy wo­do­spa­dzie Nia­ga­ra stał po stro­nie ka­na­dyj­skiej i ob­ser­wo­wał słyn­ne­go fran­cu­skie­go akro­ba­tę Blon­di­na, jak ten prze­cho­dził po li­nie nad wo­do­spa­dem ze stro­ny ame­ry­kań­skiej, w do­dat­ku pcha­jąc przed sobą dru­gie­go męż­czy­znę w tacz­ce. Gdy Blon­din usły­szał kró­lew­skie gra­tu­la­cje, za­pro­po­no­wał księ­ciu aby wró­cił ra­zem z nim, oczy­wi­ście w tacz­ce. Ber­cik przy­jął pro­po­zy­cję z za­pa­łem, lecz in­ter­wen­cja do­rad­ców spo­wo­do­wa­ła, że osta­tecz­nie Blon­din po­wró­cił, kro­cząc po li­nie nad wo­do­spa­dem na szczu­dłach. W Sta­nach Zjed­no­czo­nych, znaj­du­ją­cych się na kra­wę­dzi woj­ny do­mo­wej, na­stęp­ca tro­nu bry­tyj­skie­go po­dró­żo­wał in­co­gni­to jako "Ba­ron Ren­frew". Nikt jed­nak nie dał się tym oszu­kać i w Fi­la­del­fii, któ­rą ksią­żę ogło­sił naj­ład­niej­szym z obej­rza­nych przez nie­go do­tąd miast ame­ry­kań­skich, pu­blicz­ność spon­ta­nicz­nie wsta­ła i od­śpie­wa­ła "God Save the Qu­een". Tra­sa jego wio­dła przez De­tro­it, Chi­ca­go, St Lo­uis, Cin­cin­na­ti, Pit­ts­burgh i Rich­mond, a w Wa­szyng­to­nie zo­stał po­wi­ta­ny przez pre­zy­den­ta Bu­cha­na­na, któ­ry to­wa­rzy­szył mu do Mo­unt Ver­non22. W No­wym Jor­ku, po pa­ra­dzie na Broad­wayu, ksią­żę był go­ściem ho­no­ro­wym na balu w Aka­de­mii Mu­zycz­nej. Wci­snę­ło się tam bez za­pro­szeń dwa ty­sią­ce do­dat­ko­wych go­ści z ta­kim re­zul­ta­tem, że w mo­men­cie, gdy Ber­cik się zja­wił, pod­ło­ga osia­dła o trzy sto­py. Od­wie­dził Bo­ston, gdzie spo­tkał się z Long­fel­lo­wem, Emer­so­nem i Oli­ve­rem Wen­dell Hol­me­sem23, aby wresz­cie z koń­cem paź­dzier­ni­ka wy­pły­nąć z Por­t­land w sta­nie Ma­ine. Kró­lo­wa była dum­na z jego suk­ce­su i na­pi­sa­ła do Wiki: "Był wszę­dzie nie­zwy­kle po­pu­lar­ny i na­praw­dę za­słu­gu­je na naj­wyż­szą po­chwa­łę".

Aby ja­koś ska­na­li­zo­wać tę nową doj­rza­łość, ro­dzi­ce księ­cia zde­cy­do­wa­li, iż po­wi­nien się oże­nić. Wiki chęt­nie przy­ję­ła na sie­bie obo­wiąz­ki zwia­dow­cy kon­ty­nen­tal­ne­go i pra­co­wi­cie ze­sta­wia­ła li­sty pro­te­stanc­kich księż­ni­czek na wy­da­niu, któ­re mo­gły spro­stać wy­ma­ga­niom jej mat­ki, na któ­re skła­da­ły się: "do­bry wy­gląd, zdro­wie, wy­kształ­ce­nie, in­te­lekt i do­bry cha­rak­ter". Ko­niec koń­ców, Wiki za­pro­po­no­wa­ła kan­dy­dat­kę: "Jest ona znacz­nie wyż­sza ode mnie, fi­gu­rę ma cza­ru­ją­cą, choć bar­dzo szczu­płą, cerę zaś tak pięk­ną, jak tyl­ko to jest w ogó­le moż­li­we. Bar­dzo ład­ne, bia­łe, re­gu­lar­ne zęby i bar­dzo miłe, duże oczy [...] z wy­jąt­ko­wo wdzięcz­nie za­ry­so­wa­ny­mi brwia­mi [...] tak pro­sta, na­tu­ral­na i nie­ska­żo­na jak tyl­ko to moż­li­we [...] wdzięcz­na [...] po­cią­ga­ją­ca [...] nie­opi­sa­nie cza­ru­ją­ca". Kró­lo­wa Wik­to­ria, na któ­rej ten za­lew przy­miot­ni­ków zro­bił wra­że­nie, ogło­si­ła, że owa mło­da ko­bie­ta jest "per­łą, któ­rej nie wol­no stra­cić".

Per­łą oka­za­ła się szes­na­sto­let­nia księż­nicz­ka Alek­san­dra Duń­ska, naj­star­sza cór­ka Chry­stia­na, księ­cia Szle­zwi­ku-Holsz­ty­nu. Bę­dąc ku­zy­nem kró­la Da­nii, Fry­de­ry­ka VII, ksią­żę Chry­stian nie po­sia­dał pie­nię­dzy poza tymi, ja­kie za­ra­biał bę­dąc ofi­ce­rem duń­skiej Gwar­dii.

Ra­zem z żoną miesz­ka­li w Ko­pen­ha­dze, w ni­czym nie­wy­róż­nia­ją­cym się domu, któ­re­go drzwi fron­to­we otwie­ra­ły się wprost na bruk uli­cy. Po­mi­mo tych skrom­nych oko­licz­no­ści uda­ło im się wy­cho­wać sze­ścio­ro dzie­ci, z któ­rych czwór­ka mia­ła w przy­szło­ści tra­fić na roz­ma­ite tro­ny Eu­ro­py: naj­star­szy syn, jako król Da­nii Fry­de­ryk VIII, cór­ka Alek­san­dra jako kró­lo­wa An­glii, syn Wil­helm jako król Gre­cji Je­rzy I, a wresz­cie cór­ka Dag­ma­ra jako ce­sa­rzo­wa Ro­sji, Ma­ria Fio­do­row­na. W dzie­ciń­stwie, Alek­san­dra i Dag­ma­ra (zwa­ne Alix i Min­ny), przy trzech la­tach róż­ni­cy wie­ku były nie­roz­łącz­ne. Dzie­li­ły wspól­ną małą sy­pial­nię, obok sie­bie uczy­ły się an­giel­skie­go, nie­miec­kie­go i fran­cu­skie­go, poza tym uczo­ne były mu­zy­ki przez mat­kę i gim­na­sty­ki przez ojca. Cał­ko­wi­cie jed­nak róż­ni­ły się mię­dzy sobą wy­glą­dem i cha­rak­te­rem. Dag­ma­ra była ni­ską sza­tyn­ką, mą­drą i by­strą, pod­czas gdy Alek­san­dra, ze swy­mi mięk­ki­mi brą­zo­wy­mi wło­sa­mi i głę­bo­ki­mi nie­bie­ski­mi ocza­mi, była w sto­sun­ku do wszyst­kich bar­dzo czu­ła i tkli­wa, wy­ka­zu­jąc nie­le­d­wie sen­ną obo­jęt­ność wo­bec ksią­żek i po­li­ty­ki, no a poza tym, jak wy­ra­zi­ła się kró­lo­wa Wik­to­ria po obej­rze­niu fo­to­gra­fii, była "nie­wia­ry­god­nie pięk­na".

Ne­go­cja­cje zmie­rza­ją­ce do po­zy­ska­nia duń­skiej per­ły roz­po­czę­ły się wła­śnie wte­dy, gdy przy­szły pan mąż spę­dzał lato z Puł­kiem Gre­na­die­rów Gwar­dii na ma­new­rach na po­li­go­nie w Ir­lan­dii. W cza­sie tej służ­by gru­pa spor­to­wo na­sta­wio­nych mło­dych ofi­ce­rów za­chę­ci­ła mło­dą ko­bie­tę na­zwi­skiem Nel­lie Cli­fden, aby wsko­czy­ła do łóż­ka Ber­ci­ka. Nel­lie, któ­ra zna­ła już cały pułk ofi­ce­rów, nie po­tra­fi­ła od­mó­wić so­bie przy­jem­no­ści po­chwa­le­nia się tak szcze­gól­ną zdo­by­czą. We wrze­śniu ksią­żę wy­je­chał do Nie­miec, gdzie w to­wa­rzy­stwie Wiki po­dró­żo­wał in­co­gni­to, aby spo­tkać "przy­pad­ko­wo" księż­nicz­kę Alek­san­drę pod­czas zwie­dza­nia ko­ścio­ła. Wiki tak oto ra­por­to­wa­ła o re­zul­ta­tach spo­tka­nia do Wind­so­ru: "Alix zro­bi­ła na Ber­ci­ku wra­że­nie, ale on na ten swój śmiesz­ny spo­sób nie daje tego po so­bie po­znać. Po­wie­dział mi, że nig­dy do­tąd nie spo­tkał mło­dej lady, któ­ra tak by mu się po­do­ba­ła". I jak na ra­zie tyl­ko tak da­le­ko ksią­żę był skłon­ny się po­su­nąć. Ksią­żę Al­bert na­pi­sał do nie­go w dość ostrym to­nie, pod­kre­śla­jąc zna­cze­nie mał­żeń­stwa i uro­ki tej szcze­gól­nej kan­dy­dat­ki. Ber­cik nadal jed­nak oka­zy­wał re­zer­wę. Moż­li­wa tego przy­czy­na ujaw­ni­ła się w po­ło­wie li­sto­pa­da, gdy gad­ki o Nel­lie Cli­fden, krą­żą­ce po klu­bach Lon­dy­nu, do­tar­ły do uszu księ­cia Al­ber­ta. Na­pi­sał on do Ber­ci­ka "z cięż­kim ser­cem na te­mat, któ­ry spra­wił mi naj­więk­szy ból, jaki do­tych­czas dane mi było od­czuć w tym ży­ciu". Zło­czyń­ca wy­znał swe prze­wi­nie­nie, a oj­ciec mu prze­ba­czył, za­chę­ca­jąc rów­no­cze­śnie do "sto­cze­nia męż­nej wal­ki" i prze­pro­wa­dze­nia mał­żeń­stwa jak naj­szyb­ciej. "Nie po­wi­nie­neś, nie od­wa­żysz się tak za­tra­cać. Mia­ło­by to zbyt prze­ra­ża­ją­ce kon­se­kwen­cje dla tego kra­ju i dla świa­ta!" Al­bert udał się do Cam­brid­ge, gdzie Ber­cik był wła­śnie za­pi­sa­ny w col­le­ge'u Tri­ni­ty, wy­brał się z sy­nem na dłu­gą prze­chadz­kę i wró­cił do domu, za­do­wo­lo­ny z tego, co usły­szał od Ber­ci­ka, lecz fi­zycz­nie wy­czer­pa­ny. Kil­ka dni po­tem pi­sał do cór­ki: "Czu­ję się jak naj­go­rzej. Wie­le obaw i wiel­ki smu­tek (o któ­re­go przy­czy­ny, pro­szę, nie py­taj) po­zba­wi­ły mnie snu przez ostat­nie dwa ty­go­dnie. Tak roz­bi­ty, mia­łem jesz­cze na do­da­tek cięż­ki ka­tar, a przez ostat­nie czte­ry dni cier­pię z po­wo­du bólu gło­wy i bó­lów w koń­czy­nach, co może roz­wi­nąć się w reu­ma­tyzm".

W rze­czy­wi­sto­ści ksią­żę Al­bert na­ba­wił się duru brzusz­ne­go, owe­go śmier­tel­nie sku­tecz­ne­go dzie­więt­na­sto­wiecz­ne­go za­bój­cy. Kró­lo­wa sie­dzia­ła u boku łóż­ka Al­ber­ta z nie­do­wie­rza­ją­cym prze­ra­że­niem w oczach, pod­czas gdy mąż mio­tał się mię­dzy przy­tom­no­ścią a de­li­rium. W mo­men­tach ja­sno­ści umy­słu tych dwo­je szep­ta­ło so­bie na­wza­jem do ucha po nie­miec­ku. 14 grud­nia, z kró­lo­wą klę­czą­cą przy nim i księ­ciem Wa­lii sto­ją­cym w no­gach łóż­ka, ksią­żę Al­bert umarł. Miał wte­dy czter­dzie­ści dwa lata. Wik­to­ria li­czy­ła so­bie tyle samo, ale te­raz była już sama. "Był moim ży­ciem - łka­ła kró­lo­wa - Jak to się sta­ło że żyję [...] ja, któ­ra co­dzien­nie mo­dli­łam się aby dane nam było umrzeć ra­zem, abym nig­dy go nie prze­ży­ła! Ja, któ­ra czu­łam, ob­ję­ta i moc­no trzy­ma­na w jego bło­go­sła­wio­nych ra­mio­nach w owych świę­tych go­dzi­nach nocy, że świat wy­da­je się ogra­ni­czać tyl­ko do nas dwoj­ga i że nic nie może nas roz­dzie­lić. Czu­łam się wte­dy tak bez­piecz­na".

Kró­lo­wa była prze­ko­na­na, że to, co na­zy­wa­ła "upad­kiem Ber­ci­ka", przy­czy­ni­ło się - przy­najm­niej czę­ścio­wo - do śmier­ci księ­cia Al­ber­ta. "Och, ten chło­pak - choć bar­dzo tego ża­łu­ję - nig­dy już nie po­tra­fię spoj­rzeć na nie­go bez wzdry­gnię­cia się" - pi­sa­ła do Wiki. Mimo wszyst­ko, pro­jekt mał­żeń­stwa nie po­szedł w kąt i kró­lo­wa Wik­to­ria na­pi­sa­ła do cór­ki, aby ta wy­tłu­ma­czy­ła ro­dzi­com Alek­san­dry afe­rę z Nel­lie Cli­fden w tym du­chu: "że wstręt­ne ka­na­lie wcią­gnę­ły na­sze­go bied­ne­go, nie­win­ne­go chłop­ca w tę ka­ba­łę, któ­ra była przy­czy­ną wiel­kie­go bólu dla jego ojca i mnie sa­mej [...] lecz obo­je prze­ba­czy­li­śmy mu ten je­den nie­szczę­sny błąd [...] i że je­stem pew­na, iż bę­dzie sta­łym w uczu­ciach mę­żem..."

We wrze­śniu Ber­cik spo­tkał się z Alek­san­drą w pa­ła­cu w Bel­gii i tam też się oświad­czył pod­czas spa­ce­ru w ogro­dzie. Tak oto opi­sał tę chwi­lę mat­ce: "Po kil­ku zwy­cza­jo­wych uwa­gach [...] spy­ta­łem ją, czy po­do­ba się jej nasz kraj, i czy nie przy­je­cha­ła­by kie­dyś do An­glii, i jak też dłu­go by się tam za­trzy­ma­ła. Po­wie­dzia­ła, że ma na­dzie­ję, iż spę­dzi tam ja­kiś czas. Na co ja od­rze­kłem, że mam na­dzie­ję iż po­zo­sta­nie tam na za­wsze i ofia­ro­wa­łem jej swo­ją rękę i swo­je ser­ce. Na­tych­miast od­po­wie­dzia­ła "Tak". Ja na to, żeby nie od­po­wia­da­ła zbyt szyb­ko, ale ra­czej to prze­my­śla­ła. Od­rze­kła, że my­śla­ła o tym już od daw­na. Wte­dy spy­ta­łem ją czy mnie lubi. Od­po­wie­dzia­ła "Tak". Wte­dy po­ca­ło­wa­łem ją w rękę, a ona po­ca­ło­wa­ła mnie". Dwa dni póź­niej, znów pi­sząc do mat­ki, Ber­cik dał nie­co więk­szy upust swym uczu­ciom: "Przy­zna­ję Ci otwar­cie, że nie my­śla­łem, iż moż­na tak ko­goś ko­chać, jak ja ją ko­cham. Jest taka do­bra i miła".

Alek­san­dra przy­je­cha­ła do An­glii dla po­zna­nia się z kró­lo­wą, pod­czas gdy Ber­cik wy­ru­szył w rejs po Mo­rzu Śród­ziem­nym z Wiki i jej mę­żem, Fry­de­ry­kiem Pru­skim. W cią­gu dnia sie­dem­na­sto­let­nia Alek­san­dra pi­sa­ła li­sty do swe­go dwu­dzie­sto­dwu­let­nie­go na­rze­czo­ne­go, zaś wie­czo­ra­mi sia­dy­wa­ła w to­wa­rzy­stwie kró­lo­wej Wik­to­rii, aby wy­słu­chi­wać opo­wie­ści o księ­ciu Al­ber­cie. Swym cza­rem oso­bi­stym Alek­san­dra zdo­by­ła so­bie Kró­lo­wą, któ­ra za­pi­sa­ła w dia­riu­szu swą naj­wyż­szą apro­ba­tę: "Jak­że po­ko­chał­by ją mój uko­cha­ny Al­bert!". We­se­le od­by­ło się na zam­ku Wind­sor, 10 mar­ca 1863 roku. Na kil­ka dni przed­tem, w po­rze obia­do­wej, kró­lo­wa po­zo­sta­ła w swo­im po­ko­ju, "czu­jąc się przy­gnę­bio­na". Lecz przed sa­mym obia­dem "dro­ga, ła­god­na Alix za­pu­ka­ła do drzwi, zaj­rza­ła, we­szła i uklę­kła przede mną z tym jej słod­kim, ko­cha­ją­cym spoj­rze­niem, tak wy­mow­nym, że star­cza­ło za całe tomy. By­łam tym bar­dzo po­ru­szo­na, więc na­chy­li­łam się ku niej i po­ca­ło­wa­łam ją". Na dzień przed ce­re­mo­nią Wik­to­ria wzię­ła parę na­rze­czo­nych do mau­zo­leum Frog­mo­re, gdzie, jak w świą­ty­ni, spo­czy­wał Al­bert. Wło­ży­ła rękę Alix w dłoń Ber­ci­ka, oto­czy­ła obo­je ra­mio­na­mi i rze­kła: "Oto On daje wam swo­je bło­go­sła­wień­stwo!" Alek­san­dra uwa­ża­ła się już za szczę­śli­wą. Ran­kiem w dniu ślu­bu po­wie­dzia­ła do Wiki: "Mo­żesz my­śleć, że wy­cho­dzę za Ber­ci­ka z po­wo­du jego sta­no­wi­ska, lecz za­pew­niam cię, je­śli był­by na­wet tyl­ko pa­stu­chem, to ko­cha­ła­bym go tak samo i nie po­ślu­bi­ła­bym ni­ko­go in­ne­go".

Dzie­sięć mie­się­cy po ślu­bie księż­na Wa­lii nie­spo­dzie­wa­nie mu­sia­ła ode­rwać się od ob­ser­wo­wa­nia, jak jej mąż gra w ho­ke­ja na lo­dzie, uda­ła się do domu i po­ro­dzi­ła syna. Przy­sta­jąc na ży­cze­nie kró­lo­wej Wik­to­rii, aby wszy­scy jej mę­scy zstęp­ni no­si­li imię Al­bert, zaś żeń­scy - Wik­to­ria, dziec­ko otrzy­ma­ło for­mal­nie imio­na Al­bert Wik­tor Chri­stian Edward (dla ro­dzi­ny - Eddy). Jego na­ro­dzi­ny zbie­gły się z dra­ma­tycz­nym i bo­le­snym wy­da­rze­niem w po­li­ty­ce. Otóż 15 li­sto­pa­da 1863 oj­ciec Alek­san­dry ob­jął tron Da­nii jako król Chry­stian IX. Igno­ru­jąc trak­ta­ty mię­dzy­na­ro­do­we, na­tych­miast przy­łą­czył do kró­le­stwa Da­nii czę­ścio­wo nie­za­leż­ne księ­stwa Szle­zwi­ku i Holsz­ty­nu. Zwią­zek Nie­miec­ki wy­ra­ził sprze­ciw, zaś Pru­sy wy­sła­ły woj­sko prze­ciw Duń­czy­kom, co w re­zul­ta­cie dało pierw­sze za­gra­nicz­ne zwy­cię­stwo pru­skie­go pre­zy­den­ta mi­ni­strów24, Ot­to­na von Bi­smarc­ka. Woj­na ta po­dzie­li­ła bry­tyj­ską ro­dzi­nę kró­lew­ską. Kró­lo­wa i jej cór­ka Wiki, te­raz wszak kron­prin­zes­sin Prus, były pro­nie­miec­kie; księż­na Alek­san­dra, gorz­ko szlo­cha­ją­ca nad swym "bied­nym Papą", ra­zem z Ber­ci­kiem, rzą­dem i więk­szo­ścią pra­sy, zde­cy­do­wa­nie po­pie­ra­li Da­nię. Osta­tecz­nie kró­lo­wa wy­mu­si­ła po­kój we­wnętrz­ny w Wind­so­rze przez za­de­kre­to­wa­nie, że w ma­te­rii Szle­zwi­ku i Holsz­ty­nu się nie dys­ku­tu­je. Gdy dwa lata póź­niej oba księ­stwa zo­sta­ły z ko­lei za­gar­nię­te przez Pru­sy, Alek­san­dra na za­wsze po­zo­sta­ła zgorzk­nia­ła. Po la­tach, gdy ka­iser Wil­helm II mia­no­wał jej dru­gie­go syna, księ­cia Je­rze­go, ho­no­ro­wym puł­kow­ni­kiem w pru­skim re­gi­men­cie, Alek­san­dra wy­rzu­ci­ła z sie­bie: "Tak oto mój Je­rzyk zo­stał te­raz praw­dzi­wym, brud­nym, odzia­nym w nie­bie­ski płaszcz, nie­miec­kim żoł­da­kiem w pi­kiel­hau­bie!!! Coż, nig­dy nie my­śla­łam, że cze­goś ta­kie­go do­ży­ję"!

W 1867 roku dwu­dzie­sto­dwu­let­nia Alek­san­dra za­pa­dła na za­pa­le­nie sta­wów. Atak za­czął się w lu­tym, a do­pie­ro w lip­cu mo­gła być wy­wo­żo­na do ogro­du. Ber­cik, z po­cząt­ku za­tro­ska­ny, szyb­ko się tym znu­dził. "Księż­na spę­dzi­ła ko­lej­ną pa­skud­ną noc - na­pi­sa­ła wzbu­rzo­na dama dwo­ru - co za­wdzię­cza głów­nie księ­ciu, któ­ry obie­cy­wał zaj­rzeć o pierw­szej w nocy i utrzy­my­wał ją tak w cią­głym wzbu­rze­niu, gdyż od­ma­wia­ła wzię­cia prze­pi­sa­nych jej opia­tów z oba­wy że spa­ła­by, gdy on się zja­wi! No, a on się nie zja­wił, przy­najm­niej do trze­ciej nad ra­nem"! Cho­ro­ba po­zo­sta­wi­ła Alek­san­drę ku­le­ją­cą, ze sztyw­nym już na za­wsze ko­la­nem. Wy­zwo­li­ła też w niej w ja­kiś spo­sób pew­ną for­mę dzie­dzicz­nej głu­cho­ty, któ­ra z la­ta­mi mia­ła się po­gar­szać.

Na wie­le lat po śmier­ci księ­cia Al­ber­ta kró­lo­wa Wik­to­ria jak­by się wy­co­fa­ła, dzie­ląc swój czas po­mię­dzy za­mek Wind­sor i dwie re­zy­den­cje, któ­re za­pro­jek­to­wał sam Al­bert: za­mek Bal­mo­ral w gó­rach Szko­cji i Osbor­ne Ho­use na wy­spie Wi­ght. Jej mi­ni­stro­wie, gdy pra­gnę­li lub mu­sie­li skon­tak­to­wać się z kró­lo­wą - po­dró­żo­wa­li. Od­ma­wia­ła przy­ję­cia do wia­do­mo­ści fak­tu nie­obec­no­ści księ­cia mał­żon­ka. Przez czter­dzie­ści lat jego po­ko­je były utrzy­my­wa­ne w ta­kim sta­nie, jak­by nadal żył i mógł w każ­dej chwi­li do nich wejść. Każ­de­go wie­czo­ra roz­ście­ła­no mu łóż­ko, szy­ko­wa­no cie­płą wodę i świe­ży ręcz­nik. Jego sur­du­ty i spodnie, wi­szą­ce w sza­fach, były ry­go­ry­stycz­nie i re­gu­lar­nie szczot­ko­wa­ne i pra­so­wa­ne. We wspól­nej sy­pial­ni kró­lo­wa za­wie­si­ła jego por­tret nad pu­stą po­dusz­ką. Za­sy­pia­ła, ści­ska­jąc w gar­ści jego noc­ną ko­szu­lę, a na noc­nym sto­li­ku trzy­ma­ła od­lew jego ręki, tak aby mo­gła go do­się­gnąć. Jako że w umy­śle kró­lo­wej ksią­żę Al­bert nadal żył, za­de­cy­do­wa­ła więc, że to ona musi oczy­wi­ście być po­śred­ni­kiem oznaj­mia­ją­cym i in­ter­pre­tu­ją­cym jego ży­cze­nia, a tak­że do­pil­no­wu­ją­cym, aby jego roz­ka­zy były speł­nia­ne. Co do tego Wik­to­ria była za­wzię­cie zde­ter­mi­no­wa­na. "Je­stem szcze­rze zde­cy­do­wa­na po­wta­rzać [...], że moim moc­nym po­sta­no­wie­niem, moją nie­odwo­łal­ną de­cy­zją [jest], aby jego ży­cze­nia - jego pla­ny - do­ty­czą­ce wszyst­kie­go, jego po­glą­dy na wszyst­kie spra­wy mają być moim pra­wem. I żad­na ludz­ka siła nie od­wie­dzie mnie od tego, co on roz­strzy­gnął lub pra­gnął! Je­stem tak­że zde­cy­do­wa­na, że nikt inny - nie­chby na­wet tak samo do­bry czy od­da­ny [...] nie bę­dzie mi prze­wo­dził, pro­wa­dził czy dyk­to­wał. Wiem, jak bar­dzo by się to jemu nie po­do­ba­ło".

Głów­nym obiek­tem tych nie­ubła­ga­nych ostrze­żeń był ksią­żę Wa­lii. Póź­niej Wik­to­ria mia­ła przy­znać: "Po roku 1861 le­d­wo mo­głam znieść myśl, że ktoś miał­by mi po­ma­gać lub za­jąć miej­sce, ja­kie za­wsze zaj­mo­wał mój naj­droż­szy". Ber­cik, któ­ry w chwi­li śmier­ci ojca miał lat dwa­dzie­ścia, nie mógł mieć udzia­łu w wiel­kim dzie­le re­ali­za­cji woli Al­ber­ta; w rze­czy­wi­sto­ści sta­no­wił on jed­no z naj­więk­szych zmar­twień kró­lo­wej. Gdy Al­bert żył jesz­cze, nad­zór nad szko­le­niem i po­stę­po­wa­niem księ­cia Wa­lii na­le­żał wła­śnie do nie­go. Te­raz była to już jej spra­wa, a przy­rze­kła so­bie, że bę­dzie tak samo ry­go­ry­stycz­nie kon­tro­lo­wać skłon­ne­go do po­błą­dze­nia syna, jak po­przed­nio czy­nił to jego oj­ciec. Nie mia­ło być żad­ne­go dzie­le­nia się z na­stęp­cą tro­nu - ani samą wła­dzą, ani zwią­za­ny­mi z nią kło­po­ta­mi. Ber­cik był nie­doj­rza­ły i nie­dy­skret­ny. Pod­czas kry­zy­su o Szle­zwik-Holsz­tyn, kró­lo­wa po­in­for­mo­wa­ła Mi­ni­ster­stwo Spraw Za­gra­nicz­nych, iż księ­ciu Wa­lii nie po­win­no się po­wie­rzać "ni­cze­go bar­dziej se­kret­nej czy taj­nej na­tu­ry". Gdy Ber­cik po­pro­sił o po­ka­za­nie mu de­pesz dy­plo­ma­tycz­nych, kró­lo­wa w krót­kich sło­wach za­bro­ni­ła ja­kich­kol­wiek "bez­po­śred­nich kon­tak­tów" po­mię­dzy rzą­dem a swo­im sy­nem. "Ksią­żę Wa­lii [...] nie miał i nie ma żad­ne­go pra­wa do wtrą­ca­nia się [...]. Kró­lo­wa nie może po­zwo­lić na ja­kie­kol­wiek pry­wat­ne czy po­uf­ne kon­tak­ty [...] bo­wiem w prze­ciw­nym przy­pad­ku nie­moż­li­we bę­dzie za­cho­wa­nie ta­jem­ni­cy"!

Od­cię­ty od wszel­kie­go, poza naj­bar­dziej po­wierz­chow­nym i ce­re­mo­nial­nym, uczest­nic­twa w spra­wach pu­blicz­nych, ksią­żę Wa­lii osią­gnął mimo wszyst­ko pe­wien sto­pień nie­za­leż­no­ści od mat­ki. Czło­wiek żo­na­ty, a w do­dat­ku oj­ciec, po­trze­bo­wał osob­ne­go domu i go­spo­dar­stwa. Prze­ro­bio­no więc Marl­bo­ro­ugh Ho­use przy Mall w Lon­dy­nie, zbu­do­wa­ny jesz­cze przez Chri­sto­phe­ra Wre­na dla pierw­sze­go księ­cia Marl­bo­ro­ugh, do­kąd ksią­żę i księż­na Wa­lii wpro­wa­dzi­li się w roku 1862. W hrab­stwie Nor­folk zaś na­by­ta zo­sta­ła po­sia­dłość San­drin­gham, 7000 akrów25, ob­fi­tu­ją­ca w ba­żan­ty i inną zwie­rzy­nę.

Je­śli ksią­żę zo­stał w ten spo­sób wy­klu­czo­ny z po­li­ty­ki, to ży­cie to­wa­rzy­skie było cał­kiem inną spra­wą. W cza­sie gdy izo­lo­wa­nie się kró­lo­wej spo­wo­do­wa­ło, że dwór pra­wie prze­stał się li­czyć pod tym wzglę­dem, mło­dzi ksią­żę i księż­na Wa­lii sta­li się cen­trum ży­cia so­cje­ty i ar­bi­tra­mi ele­gan­cji. Kró­lo­wa Wik­to­ria i ksią­żę Al­bert, idąc za in­kli­na­cja­mi Al­ber­ta, uwa­ża­li lon­dyń­skie to­wa­rzy­stwo za fry­wol­ne i de­ka­denc­kie i ogra­ni­czy­li swój krąg do kró­lew­skich krew­nych, nie­co tyl­ko po­kro­piw­szy go naj­star­szą szlach­tą. So­cje­ta, któ­ra śmia­ła się z Al­ber­ta i ża­ło­wa­ła Wik­to­rii, te­raz sze­ro­ko otwo­rzy­ła swo­je drzwi dla mło­dzień­cze­go księ­cia Wa­lii i jego pięk­nej księż­nej. Oni zaś, a przede wszyst­kim Ber­cik, z otwar­ty­mi ra­mio­na­mi przy­ję­li wszyst­ko co ta im ofia­ro­wa­ła. Dzień po dniu, Ber­cik pę­dził z jed­ne­go wy­da­rze­nia to­wa­rzy­skie­go na inne i ra­do­wał się tymi wszyst­ki­mi ban­kie­ta­mi, ba­la­mi, ope­ra­mi, mu­sic-hal­la­mi, te­atra­mi, gar­den par­ty i pry­wat­ny­mi ko­la­cyj kami. Po­tra­fił się obejść pra­wie bez snu. Cza­sa­mi przy­ja­cie­le byli wzy­wa­ni do Marl­bo­ro­ugh Ho­use póź­nym wie­czo­rem na ko­la­cję i wi­sta do bia­łe­go rana. Przy in­nych oka­zjach z gru­pą przy­ja­ciół rzu­cał się na od­kry­wa­nie noc­ne­go ży­cia Lon­dy­nu, uży­wa­jąc zresz­tą ra­czej wy­na­ję­tych do­ro­żek niż kró­lew­skich po­jaz­dów. Wy­pra­wy te czę­sto koń­czy­ły się w Mu­sic Hal­lu Evan­sa w Co­vent Gar­den, gdzie wraz z przy­ja­ciół­mi spę­dzał czas w wy­na­ję­tej loży, prze­sło­nię­ty spe­cjal­nym ekra­nem od spoj­rzeń pu­blicz­no­ści.

Krąg księ­cia obej­mo­wał ary­sto­kra­tów, po­li­ty­ków, dy­plo­ma­tów, fi­nan­si­stów, kup­ców, le­ka­rzy, od­kryw­ców, ak­to­rów i ak­tor­ki. Krąg ten przy­brał so­bie mia­no "kom­pa­nii z Marl­bo­ro­ugh Ho­use". Jej człon­ko­wie, świa­do­mi fak­tu, że Ber­cik nie cier­piał być sam, go­to­wi byli nie­mal w każ­dej chwi­li sta­wić się na we­zwa­nie. Aby zin­sty­tu­cjo­na­li­zo­wać swe przy­jaź­nie, a rów­no­cze­śnie mieć za­pew­nio­ne miej­sce spo­tkań, w 1869 roku ksią­żę po­wo­łał do ży­cia Klub Marl­bo­ro­ugh, przy Pall Mall 52, w po­bli­żu Marl­bo­ro­ugh Ho­use. Czte­ry set­ki dżen­tel­me­nów, sami zna­jo­mi Księ­cia Wa­lii, two­rzy­ły pierw­szy skład człon­kow­ski, zaś sam Ber­cik zo­stał pierw­szym pre­ze­sem klu­bu. Mile wi­dzia­ni byli tak­że człon­ko­wie po­cho­dze­nia ży­dow­skie­go, a pa­lić było wol­no we wszyst­kich po­miesz­cze­niach. Na traw­ni­ku poza bu­dyn­kiem klu­bu była krę­giel­nia, gdzie Ber­cik z przy­ja­ciół­mi, w ko­szu­lach z krót­ki­mi rę­ka­wa­mi, od­da­wał się z za­pa­łem grze, do­pó­ki są­sie­dzi nie za­pro­te­sto­wa­li prze­ciw­ko ło­sko­to­wi to­czą­cych się kul. Aż do śmier­ci księ­cia, wszy­scy kan­dy­da­ci na człon­ków klu­bu mu­sie­li uzy­skać jego ak­cep­ta­cję przed pod­da­niem się pro­ce­du­rze wy­bo­rów.

Ber­cik ce­nił swych kom­pa­nów i oka­zy­wał im nie­za­chwia­ną lo­jal­ność, lecz w za­mian ocze­ki­wał pew­nej wraż­li­wo­ści. Lu­bił do­bry hu­mor, to­le­ran­cję i we­so­ły na­strój, uwiel­biał dyk­te­ryj­kę, do­brą aneg­do­tę lub od­po­wied­nio po­da­ny ką­sek plot­ki. Sno­by, cnot­ki, za­ro­zu­mial­cy i nu­dzia­rze mie­li wstęp wzbro­nio­ny. Ber­cik nie zwa­żał na umiar­ko­wa­ne żar­ty ze swej oso­by, ale trze­ba było znać mia­rę, ocze­ki­wał sza­cun­ku i es­ty­my na­leż­nej jego po­zy­cji. Cały trik dla bli­skich mu osób po­le­gał na tym aby wie­dzieć, gdzie prze­cią­gnąć so­bie li­nię od­dzie­la­ją­cą kor­dial­ność od nad­mier­nej fa­mi­liar­no­ści. Od cza­su do cza­su nie­któ­rym zda­rza­ło się tę li­nię prze­kro­czyć, na co ksią­żę re­ago­wał na­tych­miast. Za jego ple­ca­mi przy­ja­cie­le na­zy­wa­li go "Tam­tam", ma­jąc na my­śli jego szyb­ko wzra­sta­ją­cą tu­szę. Pew­ne­go wie­czo­ra w San­drin­gham, od­wie­dza­ją­cy księ­cia ba­ro­net za­cho­wy­wał się w sali bi­lar­do­wej dość dzi­ko. Ksią­żę pod­szedł do nie­go, po­ło­żył mu rękę na ra­mie­niu i po­wie­dział z uprzej­mym uśmie­chem: "Fred­dy, Fred­dy, je­steś bar­dzo pi­ja­ny". Sir Fre­de­rick na­tych­miast wska­zał na ksią­żę­cą ta­lię i od­pa­lił: "Tam­tam, je­steś bar­dzo tłu­sty". Ksią­żę ob­ró­cił się na pię­cie i ski­nął na ko­niu­sze­go. Na­stęp­ne­go ran­ka Sir Fre­de­rick opu­ścił dom jesz­cze przed śnia­da­niem.

Ksią­żę miał nie­na­sy­co­ny ape­tyt. Na śnia­da­nie przed po­lo­wa­niem zja­dał jaj­ka sa­dzo­ne, bo­czek, rybę i kur­cza­ka lub be­ka­sa. Jego obiad rzad­ko skła­dał się z mniej niż dwu­na­stu dań, im bar­dziej były bo­ga­te i wy­myśl­ne, tym le­piej. Uwiel­biał ka­wior - o do­wol­nej po­rze, nig­dy nie od­mó­wił lan­gu­sty go­to­wa­nej w cha­blis, a zwłasz­cza gu­sto­wał w dzi­kim ptac­twie - ja­rzą­bek, ba­żant, ku­ro­pa­tew­ka, prze­pió­recz­ka, słon­ka lub be­kas - po­zba­wio­ne ko­ści, na­dzia­ne tru­fla­mi lub gę­si­mi wą­trób­ka­mi i ską­pa­ne w za­wie­si­stym so­sie z ma­de­rą. Na­sta­wał, aby na nie­dziel­ny lunch, po ko­ście­le, po­da­wa­no pie­czy­ste wo­ło­we i pud­ding york­shir­ski, zaś pie­czo­ne ostry­gi uwa­żał za da­nie ide­al­ne na noc­ną ko­la­cyj­kę po te­atrze. Żona uskar­ża­ła się, że po­tra­fił zjeść wszyst­ko, pra­wie przy tym nie żu­jąc i po­ły­ka­jąc w ca­ło­ści. Pił Ber­cik umiar­ko­wa­nie, przed­kła­da­jąc szam­pan nad wina, a po obie­dzie przyj­mu­jąc tyl­ko je­den kie­li­szek bran­dy. Uwiel­biał jed­nak pa­lić. Dla dżen­tel­me­na z epo­ki wik­to­riań­skiej było rze­czą nie­wy­ba­czal­ną, żeby za­pa­lić w to­wa­rzy­stwie pań; za wul­gar­ne uwa­ża­no na­wet, gdy ktoś pach­niał ty­to­niem. Kró­lo­wa Wik­to­ria nie po­zwa­la­ła pa­lić w kró­lew­skich pa­ła­cach, na­wet w sy­pial­niach go­ścin­nych. Pew­ne­go razu hra­bia Paul von Hatz­feldt, am­ba­sa­dor Nie­miec, przy­ła­pa­ny zo­stał na zam­ku Wind­sor, jak le­żał w pi­ża­mie na pod­ło­dze swej sy­pial­ni z gło­wą w ko­min­ku, sta­ran­nie wy­dmu­chu­jąc dym ku gó­rze. W ja­dal­ni nie pa­li­ło się po obie­dzie, na­wet gdy pa­nie już so­bie po­szły, dżen­tel­me­ni sie­dzie­li i pili por­to lub bran­dy, uni­ka­jąc ty­to­niu, aby nie ska­zić po­miesz­cze­nia jego za­pa­chem. Do­pie­ro gdy pa­nie po­ło­ży­ły się już do łó­żek, pa­no­wie zmie­nia­li fra­ki na je­dwab­ne bon­żur­ki i w pa­lar­ni po­cią­ga­li cy­ga­ra lub pa­pie­ro­sy. Ksią­żę Wa­lii nie był w sta­nie zmie­nić tych za­sad, przy­najm­niej do­pó­ki jego mat­ka za­sia­da­ła na tro­nie. Jed­nak­że w swo­ich do­mach, a tak­że wszę­dzie in­dziej, pa­lił wręcz ko­lo­sal­ne ilo­ści. Za­czy­na­jąc od ma­łe­go cy­ga­ra i dwóch pa­pie­ro­sów przed śnia­da­niem, prze­cięt­nie wy­pa­lał dwa­na­ście du­żych cy­gar i dwa­dzie­ścia pa­pie­ro­sów dzien­nie.

Kró­lo­wa Wik­to­ria z od­da­le­nia ob­ser­wo­wa­ła z dez­apro­ba­tą za­cho­wa­nie tego, co na­zy­wa­ła "lek­ką kom­pa­nią z Marl­bo­ro­ugh Ho­use". Opi­su­jąc so­cje­tę jako "od­py­cha­ją­cą, wul­gar­ną, złą i fry­wol­ną pod każ­dym wzglę­dem", lu­bi­ła po­rów­ny­wać ją do szlach­ty Fran­cji w przeded­niu Wiel­kiej Re­wo­lu­cji Fran­cu­skiej. Ksią­żę i księż­na Wa­lii, ale zwłasz­cza ksią­żę, wy­da­wa­li się jej od­da­wać wy­łącz­nie przy­jem­no­ściom. "Ber­cik i Alix wy­je­cha­li [...] dziś [z Wind­so­ru], obo­je wy­glą­da­li tak cho­rzy jak tyl­ko moż­li­we - pi­sa­ła do Wiki - Bar­dzo się tu wszy­scy mar­twi­my o nich. Bo choć Ber­cik po­wia­da, że pra­gnie się nią opie­ko­wać, to kon­ty­nu­uje swe co­noc­ne wy­pa­dy, i pew­nie bę­dzie tak czy­nił, aż zo­sta­nie z niej tyl­ko szkie­let. Och, jak­że się róż­ni bied­ny, głu­pi Ber­cik od uwiel­bia­ne­go Papy, któ­re­go ła­god­na, peł­na mi­ło­ści, mą­dra, wręcz mat­czy­na tro­ska o mnie, kie­dy nie miał jesz­cze 21 lat, prze­kra­cza­ła wszel­kie wy­obra­że­nia".

W paź­dzier­ni­ku 1871 roku, krót­ko po swych trzy­dzie­stych uro­dzi­nach, ksią­żę za­ra­ził się du­rem brzusz­nym pod­czas wi­zy­ty na wsi. Dwie oso­by z prze­by­wa­ją­ce­go tam to­wa­rzy­stwa, je­den hra­bia i je­den sta­jen­ny, tak­że za­pa­dli na tę cho­ro­bę i osta­tecz­nie zmar­li. Ber­cik zo­stał za­bra­ny do San­drin­gham, gdzie cią­gle mu się po­gar­sza­ło. Na po­cząt­ku grud­nia stan jego stał się wy­star­cza­ją­co zły, żeby kró­lo­wa Wik­to­ria w po­śpie­chu zje­cha­ła do San­drin­gham, gdzie mia­ła po­zo­stać je­de­na­ście dni. Resz­ta ro­dzi­ny kró­lew­skiej, zgro­ma­dzo­nej w prze­peł­nio­nym domu, po­dzie­li­ła się na gru­py i - sie­dząc w ba­wial­niach - ocze­ki­wa­ła z nie­cier­pli­wo­ścią na wia­do­mo­ści. Księż­na Alek­san­dra prze­sia­dy­wa­ła przy łożu męża, wy­cho­dząc je­dy­nie do miej­sco­we­go ko­ścio­ła, aby mo­dlić się za jego zdro­wie. Kró­lo­wa tak­że sie­dzia­ła w po­ko­ju cho­re­go, ob­ser­wu­jąc syna, któ­ry, ską­pa­ny w po­cie, prze­cho­dził od sta­nu go­rącz­ko­we­go snu do ci­ska­nia po­dusz­ka­mi w swo­ją pie­lę­gniar­kę. Wszy­scy pa­mię­ta­li o zbli­ża­ją­cej się rocz­ni­cy, 14 grud­nia, kie­dy to przed dzie­się­cio­ma laty na tę samą cho­ro­bę zmarł ksią­żę mał­żo­nek. 11 grud­nia Ber­cik ma­ja­czył nie­prze­rwa­nie, to ga­da­jąc, to śpie­wa­jąc, to znów gwiż­dżąc. O siód­mej wie­czo­rem po­wie­dzia­no Kró­lo­wej, że w nocy praw­do­po­dob­nie na­dej­dzie ko­niec. "W tych roz­dzie­ra­ją­cych ser­ce chwi­lach - za­pi­sa­ła Wik­to­ria w dzien­ni­ku - pra­wie nie wie­dzia­łam, jak się mam wła­ści­wie mo­dlić, pro­si­łam je­dy­nie Boga, aby, je­śli to moż­li­we, oszczę­dził moje uko­cha­ne Dziec­ko". Ran­kiem ksią­żę czuł się nie­co le­piej, a do czter­na­ste­go go­rącz­ka cał­ko­wi­cie zni­kła.

Ber­cik szu­kał uroz­ma­ice­nia w po­dró­żach. W 1866 roku, ksią­żę Wa­lii po­je­chał do St Pe­ters­bur­ga, aby re­pre­zen­to­wać mat­kę na ślu­bie swej duń­skiej szwa­gier­ki, sio­stry Alek­san­dry, Min­ny, z ro­syj­skim ca­re­wi­czem Alek­san­drem (zna­nym jako Sa­sza). Alix go­rą­co pra­gnę­ła je­chać, ale była w cią­ży i mu­sia­ła zo­stać w domu. Za to w 1869 roku to­wa­rzy­szy­ła księ­ciu w sze­ścio­mie­sięcz­nym ob­jeź­dzie wio­dą­cym przez Pa­ryż, Ko­pen­ha­gę, Ber­lin, Wie­deń, Kair, Kon­stan­ty­no­pol, Se­wa­sto­pol, Jał­tę i Ate­ny. W Wied­niu Ber­cik uznał pro­to­kół dwo­ru Habs­bur­gów za uciąż­li­wy - wy­ma­gał on, aby Ber­cik od­wie­dził wszyst­kich człon­ków roz­le­głej ro­dzi­ny Fran­cisz­ka Jó­ze­fa - a "po­nie­waż w Wied­niu obec­nych jest dwu­dzie­stu i sied­mio­ro ar­cy­ksią­żąt, jest to cięż­ka ro­bo­ta". W Egip­cie sześć błę­kit­no-zło­tych pa­row­ców rzecz­nych po­wio­zło kró­lew­skie to­wa­rzy­stwo pięć­set mil w górę Nilu, ho­lu­jąc za sobą bar­ki wio­zą­ce trzy ty­sią­ce bu­te­lek szam­pa­na, czte­ry ty­sią­ce bu­te­lek kla­re­ta26, czte­rech fran­cu­skich ku­cha­rzy i bia­łe­go osła, któ­ry miał wo­zić księż­nę. Wra­ca­jąc do Ka­iru, Ber­cik wspiął się na szczyt Wiel­kiej Pi­ra­mi­dy, zaś Alix od­wie­dzi­ła ha­rem ke­dy­wa, gdzie ko­bie­ty uma­lo­wa­ły jej twarz i oczy, owi­nę­ły w orien­tal­ną suk­nię i za­wój, po czym ode­sła­ły z po­wro­tem, aby zro­bi­ła nie­spo­dzian­kę mę­żo­wi.

Ulu­bio­nym kra­jem księ­cia Wa­lii była Fran­cja, a ulu­bio­nym mia­stem na kon­ty­nen­cie - Pa­ryż. Jako czter­na­sto­let­ni chło­piec po­wie­dział ce­sa­rzo­wi Na­po­le­no­no­wi III, ja­dąc wraz z nim po­wo­zem przez fran­cu­ską sto­li­cę: "Po­do­ba­ło­by mi się być pana sy­nem". W ostat­niej de­ka­dzie Dru­gie­go Ce­sar­stwa (lata sześć­dzie­sią­te XIX wie­ku), Ber­cik ko­rzy­stał z każ­dej moż­li­wo­ści od­wie­dze­nia Pa­ry­ża i pła­wie­nia się w bla­sku dwo­ru ce­sar­skie­go. Stał się zna­jo­mą i po­pu­lar­ną po­sta­cią w wie­lu krę­gach Pa­ry­ża, wśród Bur­boń­skich księż­ni­czek z Domu Or­le­ań­skie­go, sy­nów Domu Han­dlo­we­go Rot­szyl­dów, wdów z Fau­bo­urg St-Ger­ma­in i pań z pół­świat­ka. Po upad­ku ce­sar­stwa w 1870 roku Ber­cik po­zo­stał mile wi­dzia­ną fi­gu­rą nie tyl­ko w ary­sto­kra­tycz­nym fran­cu­skim Joc­key Club, któ­re­go człon­kiem po­zo­sta­wał do śmier­ci, ale też wśród po­li­ty­ków re­pu­bli­kań­skich, któ­rzy w An­glii upa­try­wa­li prze­ciw­wa­gę dla zma­so­wa­nej po­tę­gi no­we­go Ce­sar­stwa Nie­miec­kie­go. Po Fran­cji ksią­żę za­zwy­czaj po­dró­żo­wał in­co­gni­to, sta­jąc się przy ta­kich oka­zjach "Ba­ro­nem Ren­frew" lub, gdy była z nim Alek­san­dra, "księ­ciem i księż­ną Lan­ca­ster", czy na­wet "pa­nem i pa­nią Wil­liams". Nikt nie da­wał się na­brać, lecz pu­blicz­ność ro­zu­mia­ła że pra­gnął cie­szyć się swo­ją pry­wat­no­ścią.

Każ­de­go roku, z koń­cem lon­dyń­skie­go se­zo­nu, ksią­żę uda­wał się po­że­glo­wać do Co­wes, a po­tem wy­my­kał się do ja­kie­goś uzdro­wi­ska na kon­ty­nen­cie, żeby pró­bo­wać stra­cić tro­chę na wa­dze. Je­śli tra­fiał przy ta­kiej oka­zji do Au­strii, to od­wie­dzał ce­sa­rza. Po­mi­ja­jąc pro­to­kół - lu­bił Fran­za Jo­se­pha. "Po­go­da jest nadal wspa­nia­ła i przy­jem­nie jest po­jeź­dzić so­bie kon­no na ma­new­rach - pi­sał habs­bur­ski ce­sarz w 1888 roku, gdy miał pięć­dzie­siąt osiem lat, zaś Ber­cik czter­dzie­ści - Moc­no się sta­ra­łem aby urwać się księ­ciu Wa­lii cią­głym ostrym kłu­sem, a po­tem na­wet ga­lo­pem. Ale nie uda­ło mi się. Ten pę­ka­ty męż­czy­zna do­trzy­my­wał mi kro­ku cały czas. Wy­ka­zał nie­wia­ry­god­ną wy­trzy­ma­łość, na­wet gdy już mu mię­śnie ździeb­ko ze­sztyw­nia­ły. Prze­tarł so­bie na wy­lot swo­je czer­wo­ne hu­zar­skie spodnie, przez co nie czuł się naj­swo­bod­niej, jako że nie no­sił nic pod spodem".

Ksią­żę nie zno­sił Nie­miec. Bern­hard von Bülow, nie­miec­ki dy­plo­ma­ta, ma­ją­cy w przy­szło­ści zo­stać kanc­le­rzem, znał księ­cia do­brze i po­wia­dał, że Ber­cik "nie po­tra­fił nig­dy po­zbyć się wra­że­nia że sło­wo "nie­miec­ki" ozna­cza cia­sno­tę umy­słu, umo­ral­nia­ją­ce gad­ki, musz­trę i bru­tal­ną siłę. Je­śli spo­tkał czło­wie­ka nud­ne­go, nie­tak­tow­ne­go i źle wy­cho­wa­ne­go, zwykł był po­wia­dać o ta­kim: "Jest taki mę­czą­cy i nu­dziar­ski jak nie­miec­ki pro­fe­sor". Je­śli zaś zda­wa­ło mu się, że da­mie zby­wa na wdzię­ku i ele­gan­cji, to przy­rów­ny­wał ją do nie­miec­kiej Frau­chen". Po­gląd Ber­ci­ka na Niem­cy umac­nia­ła w nim żona, księż­na Alek­san­dra, któ­ra nie­na­wi­dzi­ła Niem­ców za ode­rwa­nie Szle­zwi­ku i Holsz­ty­nu od Da­nii, a tak­że sio­stra Wiki, nie­miec­ka kron­prin­zes­sin, a póź­niej ce­sa­rzo­wa, któ­ra nie cier­pia­ła pra­wie wszyst­kie­go, z czym sty­ka­ła się w Ber­li­nie i w Niem­czech. Ber­cik wy­so­ko ce­nił swą sio­strę i jej męża Fry­de­ry­ka i je­śli wi­zy­ta w Niem­czech była po­łą­czo­na z od­wie­dzi­na­mi u tych dwoj­ga, mniej się dą­sał, gdy miał tam je­chać. Póź­niej, gdy ka­ise­rem zo­stał jego bra­ta­nek Wil­helm, uni­kał Nie­miec jak ognia. Ksią­żę dał wy­raz swo­im uczu­ciom pod­czas trzech krót­kich wo­jen sto­czo­nych przez Bi­smarc­ka i Pru­sy w celu wy­ku­cia jed­no­ści Nie­miec: opi­sał woj­nę z Da­nią za­koń­czo­ną anek­sją Szle­zwi­ku-Holsz­ty­nu jako "wiecz­ną pla­mę na hi­sto­rii Nie­miec"; wie­rzył że słusz­ność i spra­wie­dli­wość le­ża­ły po stro­nie Au­strii w woj­nie au­striac­ko-pru­skiej w 1866; jego zaś sym­pa­tia dla Fran­cji w woj­nie fran­cu­sko-pru­skiej 1870-1871 była tak wy­raź­na, że pre­mier Glad­sto­ne, a w koń­cu na­wet kró­lo­wa, po­czu­li się zmu­sze­ni wpły­nąć na nie­go, żeby za­milk­nął.

Kró­lo­wej Wik­to­rii, za­mknię­tej w Wind­so­rze, Osbor­ne lub Bal­mo­ral, wy­da­wa­ło się, że jej syn jest w wiecz­nym ru­chu. "Cały kraj i my wszy­scy wo­le­li­by­śmy wi­dzieć cię nie­co bar­dziej sta­tecz­nym" - pi­sa­ła do nie­go. Od­po­wie­dział z całą cier­pli­wo­ścią, na jaką mógł się zdo­być: "Przy­po­mi­nasz mi, naj­droż­sza Mamo, że mam już lat 45, o czym by­najm­niej nie za­po­mnia­łem. My­ślę, że je­steś tro­chę nie­spra­wie­dli­wa w sto­sun­ku do mnie, gdy pi­szesz o mo­jej run­dzie za­baw, ja­kim od­da­ję się w Can­nes, Lon­dy­nie, [Bad] Hom­burg i Co­wes. [...] Lu­bię Can­nes, zwłasz­cza dla jego kli­ma­tu i sce­ne­rii, tak samo jak ty lu­bisz Aix [-en-Pro­ven­ce], do­kąd, jak po­wia­dasz, wy­bie­rasz się tego roku. [...] Co się zaś ty­czy Lon­dy­nu, to my­ślę, dro­ga Mamo, że wiesz do­brze, iż czas, jaki tam spę­dza­my, nie jest cał­kiem roz­ryw­ką, ra­czej wręcz prze­ciw­nie. Do Hom­burg jeż­dżę tyl­ko dla zdro­wia, a do Co­wes - aby użyć tro­chę mor­skiej bry­zy i jach­tin­gu, któ­re sta­no­wią so­lid­ne od­prę­że­nie po tru­dach se­zo­nu lon­dyń­skie­go. Nikt nie zda­je so­bie spra­wy le­piej ode mnie, że nie je­stem do­sko­na­ły, lecz mimo to sta­ram się speł­niać licz­ne i cią­gle się zwięk­sza­ją­ce obo­wiąz­ki tak do­brze, jak tyl­ko zdo­łam, ani też nie uchy­lam się od wie­lu in­nych, któ­rych, wy­zna­ję, wo­lał­bym nie mu­sieć wy­ko­ny­wać. Jest ta­kie sta­re an­giel­skie po­wie­dze­nie, że "z sa­mej pra­cy - bez za­ba­wy - wy­ra­sta chło­piec nud­na­wy" - i jest w nim bar­dzo wie­le praw­dy [...]"

Po­dró­że za­gra­nicz­ne nie uspo­ko­iły nie­zmor­do­wa­ne­go księ­cia. Za­cząw­szy już w wie­ku lat dwu­dzie­stu kil­ku, Ber­cik był nie­wier­ny Alek­san­drze przez całą resz­tę ży­cia. Od cza­su gdy jej swo­bo­dę ogra­ni­czy­ła głu­cho­ta, Ber­cik za­czął od­czu­wać znu­dze­nie. Ona pró­bo­wa­ła ja­koś trzy­mać fa­son, lecz osta­tecz­nie po­rzu­ci­ła te wy­sił­ki. Ber­cik wy­cho­dził, po­zo­sta­wał do póź­na, i był wszę­dzie oto­czo­ny przez po­cią­ga­ją­ce ko­bie­ty z to­wa­rzy­stwa.

Dżen­tel­me­ni w wik­to­riań­skiej An­glii mo­gli za­ba­wiać się, ile im się żyw­nie po­do­ba­ło, z "ak­tor­ka­mi"; jak so­cje­ta okre­śla­ła ko­bie­ty z ulic i spe­cjal­nych do­mów. Za­ku­sy na nie­za­męż­ne dziew­czę­ta z do­brych do­mów były su­ro­wo wzbro­nio­ne. Po za­mę­ściu mło­da ko­bie­ta z to­wa­rzy­stwa tak­że nie po­win­na być ce­lem pod­cho­dów, do­pó­ki nie uro­dzi­ła swo­je­mu mę­żo­wi kil­ku sy­nów dla prze­ka­za­nia na­zwi­ska ro­do­we­go i odzie­dzi­cze­nia dóbr. Za­sad­ni­czym pra­wi­dłem po­stę­po­wa­nia, kry­ją­cym się za całą tą struk­tu­rą, była dys­kre­cja; moż­na było o wszyst­kim wie­dzieć, ale nic nie na­le­ża­ło mó­wić. Osta­tecz­ną hań­bą był roz­wód, gdy oskar­że­nia i szcze­gó­ły pro­ce­su do­sta­wa­ły się do ga­zet, in­for­mu­jąc śred­nią i niż­szą kla­sę, że oto wy­ma­ga­nia sta­wia­ne przez kró­lo­wą Wik­to­rię i Ko­ściół An­gli­kań­ski są na­gmin­nie wy­kpi­wa­ne przez ary­sto­kra­cję kra­ju.

Ksią­żę Wa­lii ry­go­ry­stycz­nie prze­strze­gał tych za­sad. Jego ro­mans z Lil­lie Lang­try, za­wo­do­wą pięk­no­ścią, któ­rej po­tem do­po­mógł w od­nie­sie­niu suk­ce­su w cha­rak­te­rze ak­tor­ki es­tra­do­wej, od­by­wał się za pu­blicz­ną zgo­dą jej męża, Edwar­da Lang­try. Nie było też żad­nych pu­blicz­nych nie­przy­jem­no­ści ze stro­ny mę­żów lady Bro­oke (póź­niej­szej hra­bi­ny War­wick) czy pani Je­rzo­wej Kep­pe­lo­wej. Księż­na Alek­san­dra tak­że opa­no­wa­ła do per­fek­cji swo­ją rolę w tych dra­ma­tach kró­lew­skiej sy­pial­ni. Po­gląd jej na te spra­wy spro­wa­dzał się do tego, że inne ko­bie­ty nie są w sta­nie za­gro­zić - w rze­czy sa­mej da­le­kie były od tego - jej wła­snym sto­sun­kom z "moim Ber­ci­kiem". Do­pó­ki nie do­cho­dzi­ło do pu­blicz­ne­go skan­da­lu, Alek­san­dra po­zo­sta­wa­ła tak­tow­na i wy­ba­cza­ją­ca, na­wet to­le­ran­cyj­nie uba­wio­na sy­tu­acją. Przy­kład ta­kie­go jej na­sta­wie­nia prze­ka­za­ła Geo­r­gi­na Bat­ti­scom­be: "Pew­ne­go dnia zda­rzy­ło się [Alek­san­drze] wyj­rzeć przez okno w San­drin­gham wła­śnie w chwi­li, gdy jej mąż ze swą ko­chan­ką po­wra­ca­li z prze­jażdż­ki od­kry­tym po­wo­zem. Sama księż­na nig­dy nie utra­ci­ła swo­jej wdzięcz­nie szczu­płej fi­gu­ry, lecz Ali­ce Kep­pel, młod­sza od księż­nej o dwa­dzie­ścia pięć lat, roz­ty­ła się już bar­dzo, zaś ksią­żę Wa­lii od daw­na za­słu­gi­wał na swe mało sza­cow­ne prze­zwi­sko "Tam­tam". Wi­dok tej krą­glut­kiej pary, sie­dzą­cej do­stoj­nie obok sie­bie, to było za wie­le na­wet dla zrów­no­wa­żo­nej Alek­san­dry, któ­ra we­zwa­ła swą damę do to­wa­rzy­stwa, aby też po­pa­trzy­ła na prze­ko­micz­ną sce­nę, po czym ulży­ła so­bie wy­bu­cha­jąc śmie­chem".

Kró­lo­wa Wik­to­ria skar­ży­ła się, że syn się mar­nu­je w to­wa­rzy­stwie "lek­kiej kom­pa­nii" z Marl­bo­ro­ugh Ho­use, lecz gdy tyl­ko pre­mier spró­bo­wał prze­ła­mać tę sy­tu­ację po­przez zna­le­zie­nie mu ja­kie­goś praw­dzi­we­go za­ję­cia, mat­ka sta­wa­ła oko­niem. Zwłasz­cza Glad­sto­ne pró­bo­wał. Po od­wie­dzi­nach u księ­cia w San­drin­gham, pre­mier na­pi­sał do kró­lo­wej, su­ge­ru­jąc, że na­le­ży księ­cia na­kło­nić do wy­ro­bie­nia w so­bie na­wy­ku czy­ta­nia. Kró­lo­wa od­po­wie­dzia­ła: "Ma ona tyl­ko tyle do po­wie­dze­nia, że K. W. nig­dy nie gu­sto­wał w czy­ta­niu i że od naj­młod­szych lat było nie­moż­li­wo­ścią zmu­sić go do tego. Ga­ze­ty co­dzien­ne i, bar­dzo rzad­ko, po­wieść, to wszyst­ko co kie­dy­kol­wiek czy­tu­je".

Pa­no­wa­nie kró­lo­wej Wik­to­rii prze­cią­ga­ło się i ksią­żę cią­gle nie miał nic po­waż­ne­go do ro­bo­ty. "Ksią­żę Wa­lii pi­sze do mnie, że nie ma żad­ne­go sen­su w jego dal­szym po­by­cie w Co­wes (choć jed­nak za­mie­rza zo­stać), jako że nie jest w ni­czym uży­tecz­ny kró­lo­wej - pi­sał je­den z do­rad­ców Ber­ci­ka do dru­gie­go w 1892 roku - Wszyst­ko, co po­wie lub za­su­ge­ru­je, jest wy­kpi­wa­ne" Ber­cik jed­nak wy­trzy­mał. Od chwi­li swej doj­rza­ło­ści i mał­żeń­stwa spę­dził nad­zwy­czaj dłu­gi okres cza­su - pra­wie czte­ry de­ka­dy - w ocze­ki­wa­niu tego tak ludz­kie­go, jak i po­li­tycz­ne­go wy­da­rze­nia, któ­re­go mu­siał rów­no­cze­śnie pra­gnąć i oba­wiać się.

Ro­dzi­na kró­lo­wej Wik­to­rii roz­prze­strze­nia­ła się po Eu­ro­pie, w mia­rę jak ku­zy­ni i ku­zyn­ki za­wie­ra­li związ­ki mał­żeń­skie, a kró­lo­wie i ce­sa­rze, pry­wat­nie zna­ni jako Ber­cik i Je­rzyk, Sa­sza i Ni­kuś, Fryc i Wi­luś, wszy­scy od­no­si­li się do sta­rej ko­biet­ki w zam­ku Wind­sor jak do "Bab­ci". Wszyst­kie jej dzie­wię­cio­ro dzie­ci i więk­szość wnu­cząt wstą­pi­ło w związ­ki mał­żeń­skie, a w mo­men­cie śmier­ci mia­ła już trzy­dzie­ści oro sied­mio­ro ży­ją­cych pra­wnu­cząt. W spra­wach ro­dzin­nych od jej dic­tum nie było od­wo­ła­nia, a naj­drob­niej­sze pro­ble­my naj­młod­szych wzbu­dza­ły jej żywe za­in­te­re­so­wa­nie, pod­czas gdy rów­no­cze­śnie trak­to­wa­ła naj­star­szych swych po­tom­ków pra­wie jak pę­dra­ków. Przy pew­nej oka­zji czwo­ro z jej dzie­ci, ksią­żę Edyn­bur­ga, ksią­żę Con­nau­ght, ksią­żę Le­opold i księż­nicz­ka Be­atry­cze, we­szło po tra­pie na po­kład kró­lew­skie­go jach­tu "Vic­to­ria and Al­bert", aby przy­łą­czyć się do mat­ki, któ­ra przy­by­ła wcze­śniej i uda­ła się do swych ka­bin. Ksią­żę Edyn­bur­ga, peł­ny ad­mi­rał w Ma­ry­nar­ce Kró­lew­skiej i głów­no­do­wo­dzą­cy Flo­ty Śród­ziem­no­mor­skiej, po­in­for­mo­wał do­wód­cę jach­tu, że moż­na od­bi­jać, a ten wiel­ce prze­pra­szał i tłu­ma­czył, że nie ma roz­ka­zów od kró­lo­wej. Dzie­ci, wszyst­kie do­ro­słe, spo­glą­da­ły po so­bie, "Czy nie za­py­ta­łeś mat­ki"? "Nie, nie py­ta­łem, my­śla­łem, żeś ty to zro­bił". Ksią­żę Con­nau­ght zo­stał wy­sła­ny z mi­sją po­pro­sze­nia o ze­zwo­le­nie na od­cu­mo­wa­nie jach­tu. Wik­to­ria, któ­ra cały prze­bieg wy­da­rzeń prze­wi­dzia­ła i tyl­ko cze­ka­ła, co się na­praw­dę wy­da­rzy, ski­nę­ła gło­wą na znak zgo­dy.

Wraz z upły­wem cza­su na po­wrót uze­wnętrz­ni­ło się po­czu­cie hu­mo­ru kró­lo­wej, stłu­mio­ne naj­pierw przez sztyw­ne de­co­rum na­rzu­co­ne przez księ­cia Al­ber­ta, zaś po­tem przez wy­mo­gi ża­ło­by po jego śmier­ci. Acz­kol­wiek nig­dy Al­ber­ta nie za­po­mnia­ła i każ­de­go dnia spę­dza­ne­go w Wind­so­rze od­wie­dza­ła mau­zo­leum Frog­mo­re, za­czę­ła się uśmie­chać, po­tem śmiać, a cza­sem na­wet wręcz ry­czeć ze śmie­chu z czy­jejś nie­sto­sow­nej pom­pa­tycz­no­ści, ujaw­nio­nej pre­ten­sjo­nal­no­ści lub śmiesz­ne­go prze­ję­zy­cze­nia. Pew­ne­go wie­czo­ra w Osbor­ne kró­lo­wa za­ba­wia­ła słyn­ne­go ad­mi­ra­ła, któ­re­mu nie do­pi­sy­wał słuch. Wik­to­ria uprzej­mie wy­py­ty­wa­ła go o jego flo­tę i jej dzia­ła­nia, lecz w pew­nym mo­men­cie zmie­ni­ła te­mat i za­py­ta­ła jak się mie­wa sio­stra ad­mi­ra­ła, star­sza i nie­zmier­nie dys­tyn­go­wa­na wdo­wa. Ad­mi­rał my­ślał, że pyta go o jego okręt fla­go­wy, któ­ry wy­ma­gał ry­chłe­go prze­glą­du. "Do­sko­na­le, Pani - od­rzekł - gdy tyl­ko wró­cę, mam za­miar ją wy­cią­gnąć, ob­ró­cić na bok i do­brze odra­pać jej ty­łek z za­ro­stu"27. Kró­lo­wa na se­kun­dę zro­bi­ła wiel­kie oczy, lecz po­tem przez kil­ka mi­nut cała ja­dal­nia roz­brzmie­wa­ła nie­po­wstrzy­ma­ny­mi po­to­ka­mi jej śmie­chu. Oczy­wi­ście była i dru­ga, cał­kiem prze­ciw­na stro­na. Nie­grzecz­ność, wul­gar­ność, nie­prze­strze­ga­nie ety­kie­ty, co­kol­wiek choć­by tyl­ko ocie­ra­ją­ce­go się o ob­ra­zę ma­je­sta­tu wy­wo­ły­wa­ło miaż­dżą­cą dez­apro­ba­tę. Twarz kró­lo­wej lo­do­wa­cia­ła, oczy ka­mie­nia­ły i gło­sem, któ­ry czę­sto uni­ce­stwiał ja­kie­kol­wiek wi­do­ki prze­stęp­cy na przy­szłość w to­wa­rzy­stwie, Jej Kró­lew­ska Mość po­wia­da­ła: "Nie je­ste­śmy roz­ba­wie­ni".

W swych póź­niej­szych la­tach Wik­to­ria wy­ma­ga­ła spe­cjal­ne­go trak­to­wa­nia, jako kró­lo­wa i jako ko­bie­ta. Be­nia­min Di­sra­eli, lord Be­acons­field, dwu­krot­ny pre­mier z ra­mie­nia kon­ser­wa­ty­stów, pod ko­niec ży­cia wy­ja­śniał Ma­te­uszo­wi Ar­nol­do­wi28: "Każ­dy lubi po­chleb­stwa, a gdy ma się do czy­nie­nia z oso­ba­mi krwi kró­lew­skiej, po­win­no się je na­kła­dać bar­dzo ob­fi­cie". Di­sra­eli schle­biał hoj­nie. Uczy­nił Wik­to­rię Ce­sa­rzo­wą In­dii, a nie­co póź­niej, w dniu jej uro­dzin, zło­żył taki oto hołd: "Dzi­siaj lord Be­acons­field po­wi­nien chy­ba sto­sow­nie po­gra­tu­lo­wać swej po­tęż­nej Su­we­ren­ce jej im­pe­rial­nej po­tę­gi, ogro­mu jej Im­pe­rium, suk­ce­sów i siły jej flot i ar­mii. Lecz nie po­tra­fi, gdyż jego du­sza jest w cał­kiem in­nym na­stro­ju. Po­tra­fi je­dy­nie my­śleć o tym dziw­nym zda­rze­niu losu, któ­re ka­za­ło mu zo­stać słu­gą ko­goś tak wiel­kie­go, kogo nie­skoń­czo­na uprzej­mość, bły­sko­tli­wa in­te­li­gen­cja i nie­złom­ność woli spra­wi­ły, że mógł w ogó­le pod­jąć się tej pra­cy, do któ­rej sam z sie­bie cał­kiem się nie nada­wał, i kto wspie­rał go we wszyst­kich spra­wach po­przez ota­cza­nie taką sym­pa­tią, jaka w chwi­lach trud­no­ści za­rów­no ocza­ro­wu­je, jak i in­spi­ru­je".

Wil­liam E. Glad­sto­ne, czte­ro­krot­ny pre­mier ze stro­ny li­be­ra­łów, nie po­sia­dał wy­czu­cia Di­sra­elie­go. Kró­lo­wa Wik­to­ria nie zga­dza­ła się z pew­ny­mi aspek­ta­mi jego po­li­ty­ki - jej ten­den­cje były ra­czej kon­ser­wa­tyw­ne niż li­be­ral­ne - ale pod­czas dłu­gie­go pa­no­wa­nia mia­ła wszak wie­lu li­be­ral­nych mi­ni­strów, z któ­ry­mi znaj­do­wa­ła wspól­ny ję­zyk. Gdy Glad­sto­ne za­stą­pił Di­sra­elie­go w roku 1880, kró­lo­wa po­in­for­mo­wa­ła swe­go pry­wat­ne­go se­kre­ta­rza, że "prę­dzej ab­dy­ku­je", niż po­śle29 po Glad­sto­ne'a, "tego na wpół sza­lo­ne­go za­pal­czyw­ca, któ­ry ry­chło do­pro­wa­dzi wszyst­ko do ru­iny, aby zo­stać Dyk­ta­to­rem". Dwa­na­ście lat póź­niej Glad­sto­ne po­wró­cił po raz czwar­ty jako pre­mier. Kró­lo­wa la­men­to­wa­ła z po­wo­du "nie­bez­pie­czeń­stwa dla kra­ju, dla Eu­ro­py, dla jej ogrom­ne­go Im­pe­rium, ja­kie wią­że się z po­wie­rze­niem wszyst­kich wiel­kich spraw trzę­są­cej się już ręce sta­re­go, zdzi­wa­cza­łe­go i nie zna­ją­ce­go mia­ry osiem­dzie­cię­cio­dwu­ipół­let­nie­go czło­wie­ka. [...] Jest to strasz­li­wa pró­ba, lecz dzię­ki Bogu kraj jest w do­brym sta­nie". Pro­blem pana Glad­sto­ne'a po­le­gał na tym, że nie po­tra­fił się przy­po­do­bać. Jest nie­moż­li­wo­ścią wy­obra­zić so­bie Glad­sto­ne'a, jak­kol­wiek uprzej­me­go, pi­szą­ce­go lub wy­ra­ża­ją­ce­go się ję­zy­kiem Di­sra­elie­go. W swo­ich roz­mo­wach czy ko­re­spon­den­cji z su­we­ren­ką Glad­sto­ne był pe­łen sza­cun­ku, a na­wet czci. Ale kró­lo­wa chcia­ła być trak­to­wa­na jak ko­bie­ta, a tym­cza­sem "on mówi do mnie, jak­bym była zgro­ma­dze­niem pu­blicz­nym".

Wik­to­ria była dla Bry­tyj­czy­ków kimś wię­cej niż oso­bą, wię­cej na­wet niż kró­lo­wą; była ona - i to była tak dłu­go, jak więk­szość z nich mo­gła pa­mię­tać - czę­ścią ma­te­rii ich ży­cia. Ucie­le­śnia­ła hi­sto­rię, tra­dy­cję, rząd oraz struk­tu­rę i mo­ral­ność ich spo­łe­czeń­stwa. Ufa­li jej i wie­rzy­li, że do­brze jest, iż trwa, za­wsze go­to­wa speł­nić swój obo­wią­zek, nadać po­rzą­dek ży­ciu swych pod­da­nych. I nie roz­cza­ro­wa­ła ich. W za­mian da­rzy­li ją swym po­słu­szeń­stwem, swym od­da­niem i es­ty­mą. Pew­na wik­to­riań­ska ma­tro­na wy­ra­zi­ła to zda­niem, wy­po­wie­dzia­nym do przy­ja­ciół­ki w chwi­li, gdy opa­da­ła kur­ty­na po wspa­nia­łym wy­stę­pie Sary Bern­hardt jako Kle­opa­try: "Ja­kież to róż­ne, jak bar­dzo róż­ne od do­mo­we­go ży­cia na­szej wła­snej, dro­giej Kró­lo­wej".

2Wiki i Wiluś

Och, Pani, to księż­nicz­ka" - za­anon­so­wał le­karz czu­wa­ją­cy nad na­ro­dzi­na­mi pierw­sze­go dziec­ka kró­lo­wej Wik­to­rii.

"Nic nie szko­dzi - od­rze­kła zwięź­le dwu­dzie­sto­jed­no­let­nia kró­lo­wa, cią­gle ener­gicz­na po dwu­na­sto­go­dzin­nym po­ro­dzie - Na­stęp­ny bę­dzie ksią­żę".

Ber­cik na­ro­dził się je­de­na­ście mie­się­cy póź­niej. Jej ulu­bio­nym jed­nak dziec­kiem, a tak­że ulu­bio­nym dziec­kiem "Naj­droż­sze­go Al­ber­ta", po­zo­sta­ła ta pierw­sza dziew­czy­necz­ka, Wik­to­ria Ade­laj­da Ma­ria Lu­iza, zna­na jako "Wiki", któ­ra do­ra­sta­ła aby zo­stać ce­sa­rzo­wą Nie­miec i mat­ką ka­ise­ra Wil­hel­ma II.

Al­bert był ocza­ro­wa­ny przez tę in­te­li­gent­ną dziew­czyn­kę, któ­ra mó­wi­ła z ro­dzi­ca­mi po nie­miec­ku, a pra­wie rów­nie do­brze po an­giel­sku i po fran­cu­sku. Jej umysł był chłon­ny, a na­uczy­cie­le, któ­rzy tyle trud­no­ści mie­li z księ­ciem Wa­lii, wy­sy­ła­li pro­mien­ne ra­por­ty o jego star­szej sio­strze. Wiki była tak­że upar­ta, sa­mo­lub­na, ule­ga­ją­ca emo­cjom; pew­ne­go razu jako dziec­ko pró­bo­wa­ła prze­ry­wać gdy mat­ka roz­ma­wia­ła ze swo­imi mi­ni­stra­mi. Gdy dżen­tel­me­ni nie chcie­li się uci­szyć, Wiki tup­nę­ła nóż­ką i po­wie­dzia­ła, "Kró­lo­wo, kró­lo­wo, spraw aby mnie po­słu­cha­li". Kró­lo­wa Wik­to­ria ro­bi­ła co mo­gła, aby kon­tro­lo­wać ta­kie za­cho­wa­nia. Ma­jąc lat trzy­na­ście, pod­czas prze­jażdż­ki z mat­ką Wiki upu­ści­ła chu­s­tecz­kę z po­wo­zu tak, aby mo­gła pa­trzeć, jak ko­niu­szo­wie rzu­ca­ją się, aby ją pod­nieść. Kró­lo­wa Wik­to­ria ka­za­ła za­trzy­mać ka­re­tę, opu­ścić jej schod­ki i po­wie­dzia­ła: "Wik­to­rio, idź i pod­nieś sama". Po­mi­mo to kró­lo­wa ko­rzyst­nie oce­nia­ła za­le­ty cór­ki nie tyl­ko w po­rów­na­niu z za­le­ta­mi Ber­ci­ka, ale i swo­imi wła­sny­mi. "Ber­cik jest moją ka­ry­ka­tu­rą - pi­sa­ła do Wiki, gdy ta już była do­ro­sła -  [...] Ty zaś cała je­steś dziec­kiem swe­go dro­gie­go, uko­cha­ne­go Taty. Je­steś tak uczo­na i tak lu­bisz głę­bo­kie i fi­lo­zo­ficz­ne książ­ki, że da­le­ce mnie wy­prze­dzi­łaś, a z pew­no­ścią nie odzie­dzi­czy­łaś tych gu­stów po mnie".

Ksią­żę Al­bert pla­no­wał szcze­gól­ną przy­szłość dla tego szcze­gól­ne­go dziec­ka. Al­bert ma­rzył o Eu­ro­pie zjed­no­czo­nej w li­be­ra­li­zmie, po­stę­pie i po­ko­ju. Kon­sty­tu­cyj­na mo­nar­chia li­be­ral­nej An­glii mia­ła zo­stać jed­nym z bliź­nia­czych fi­la­rów tej szla­chet­nej bu­dow­li; zjed­no­czo­ne Niem­cy, gar­ną­ce się pod przy­wódz­two nowo zli­be­ra­li­zo­wa­nych Prus, mia­ły być dru­gim. Król Prus, Fry­de­ryk Wil­helm IV, i jego brat, któ­ry miał ob­jąć tron jako król Wil­helm I, byli obaj bar­dzo sztyw­ny­mi kon­ser­wa­ty­sta­mi, lecz obaj się sta­rze­li. Przy­szłość na­le­ża­ła do syna Wil­hel­ma, mło­de­go księ­cia Fry­de­ry­ka30. A Fry­de­ryk, je­śli na­wet nie był ośle­pia­ją­co in­te­li­gent­ny, to był przy­stoj­ny, przy­ja­zny i obo­wiąz­ko­wy; był męż­czy­zną, któ­ry - Al­bert był tego pew­ny - dał­by się po­kie­ro­wać przez ma­ją­cą ja­sny umysł i wy­raź­ny cel żonę. Ko­goś ta­kie­go jak Wiki.

Fryc, jak po­wszech­nie na­zy­wa­no Fry­de­ry­ka, spo­tkał Wiki na Wiel­kiej Wy­sta­wie roku 1851, gdy miał lat dwa­dzie­ścia, a ona dzie­sięć. Czte­ry lata póź­niej, spa­ce­ru­jąc wśród wrzo­sów na sto­ku wzgó­rza w po­bli­żu Bal­mo­ral, wy­so­ki, ja­sno­wło­sy pru­ski ksią­żę oświad­czył się czter­na­sto­let­niej kró­lew­nie. We­se­le, odło­żo­ne do cza­su, aż na­rze­czo­na ukoń­czy lat sie­dem­na­ście, sta­ło się przy­czy­ną bar­dzo ostrej i peł­nej tarć kon­ku­ren­cji po­mię­dzy dy­na­stią bry­tyj­ską a pru­ską. Pru­sa­cy ogło­si­li, że w zgo­dzie z tra­dy­cją Ho­hen­zol­ler­nów, ich ksią­żę­ta że­nią się w Ber­li­nie. Kró­lo­wa Wik­to­ria na­ka­za­ła mi­ni­stro­wi spraw za­gra­nicz­nych prze­ka­zać mi­ni­stro­wi31 Prus, żeby ten "nie do­pusz­czał na­wet moż­li­wo­ści roz­wa­ża­nia tej kwe­stii. [...] Kró­lo­wa nig­dy by się na to nie zgo­dzi­ła, tak z przy­czyn pu­blicz­nych, jak i pry­wat­nych, zaś przy­pusz­cze­nie iż jest to zbyt wie­le dla pru­skie­go kron­prin­za, aby przy­je­chać i w An­glii po­ślu­bić kró­lew­nę Wiel­kiej Bry­ta­nii, jest zbyt ab­sur­dal­ne, naj­ła­god­niej mó­wiąc. [...] Ja­ka­kol­wiek by była zwy­kła prak­ty­ka pru­skich ksią­żąt, to nie co dzień za­ślu­bia się naj­star­szą cór­kę kró­lo­wej An­glii. Spra­wa więc musi być uwa­ża­na za po­sta­no­wio­ną i za­mknię­tą".

Nic wię­cej nie zo­sta­ło już po­wie­dzia­ne. 25 stycz­nia 1858 roku od­by­ły się za­ślu­bi­ny w ka­pli­cy św. Ja­ku­ba, a mło­da para opu­ści­ła ko­ściół przy dźwię­kach "Mar­sza We­sel­ne­go" Men­dels­soh­na, któ­ra to mu­zy­ka zo­sta­ła przy tej oka­zji po raz pierw­szy wy­ko­rzy­sta­na pod­czas praw­dzi­we­go ślu­bu. Wiki we łzach wy­je­cha­ła do Nie­miec. Kró­lo­wa łka­ła, gdy ob­ję­ła swą cór­kę. "Bied­ne dro­gie dziec­ko! - na­pi­sa­ła po­tem - Utu­li­łam ją w ra­mio­nach, i po­bło­go­sła­wi­łam, i nie wie­dzia­łam co po­wie­dzieć. Po­ca­ło­wa­łam do­bre­go Fry­ca i kil­ku­krot­nie uści­snę­łam mu rękę. Nie był w sta­nie nic po­wie­dzieć i miał łzy w oczach". W Gra­ve­send pan­na mło­da la­men­to­wa­ła: "Zda­je mi się, że umrę, gdy opusz­czę dro­gie­go Tatę". Ber­cik szlo­chał, gdy stał obok ojca na kei nad Ka­na­łem, ma­cha­jąc ręką do stat­ku uwo­żą­ce­go mu sio­strę na Kon­ty­nent. Tyl­ko Al­bert pa­no­wał nad sobą, lecz po­tem po­śpie­szył do Wind­so­ru, aby na­pi­sać cór­ce: "Nie je­stem na­tu­rą sko­rą do uze­wnętrz­nia­nia uczuć, tak że trud­no ci so­bie wy­obra­zić, jak za­wsze by­łaś mi dro­ga [...]"

Przy­ję­cie zgo­to­wa­ne Wiki w Ber­li­nie było chłod­ne. Uczu­cia na dwo­rze i w spo­łe­czeń­stwie pru­skim były tak bar­dzo prze­ciw­ne "an­giel­skie­mu" mał­żeń­stwu, że bry­tyj­ski mi­ni­ster, lord Blo­om­field, uni­kał na­wet od­wie­dza­nia cór­ki swo­jej su­we­ren­ki. Kon­ser­wa­tyw­ni Pru­sa­cy, świa­do­mi na­dziei księ­cia Al­ber­ta na li­be­ral­ne Niem­cy, przej­rze­li jego plan uży­cia mał­żeń­stwa Wiki, jako środ­ka do osią­gnię­cia tego celu. Otto von Bi­smarck, ów­cze­sny przed­sta­wi­ciel Prus w Sej­mie Fe­de­ral­nym we Frank­fur­cie, pi­sał do przy­ja­cie­la, "Py­tasz mnie [...] co my­ślę o "an­giel­skim mał­żeń­stwie". Otóż "an­giel­skie" w tym ze­sta­wie­niu nie po­do­ba mi się, za to "mał­żeń­stwo" może być cał­kiem nie­złe, jako że księż­nicz­ka cie­szy się opi­nią oso­by ob­da­rzo­nej ro­zu­mem i ser­cem. Je­śli księż­nicz­ka po­tra­fi zo­sta­wić An­giel­kę w domu i zo­stać Pru­sacz­ką, może stać się bło­go­sła­wień­stwem dla na­sze­go kra­ju. Je­śli zaś na­sza przy­szła kró­lo­wa po­zo­sta­nie choć­by w naj­mniej­szym stop­niu An­giel­ką na tro­nie pru­skim, wte­dy wi­dzę nasz dwór oto­czo­ny wpły­wa­mi an­giel­ski­mi". Pru­ska ro­dzi­na kró­lew­ska wy­da­wa­ła się nie być za­in­te­re­so­wa­na tym, aby sie­dem­na­sto­let­nia mło­da żona po­czu­ła się mile wi­dzia­na. Po­mi­mo dłu­gie­go na­rze­czeń­stwa dla mło­dej pary nie przy­go­to­wa­no domu i mu­sie­li swo­ją pierw­szą zimę spę­dzić w ciem­nych, zim­nych apar­ta­men­tach w zam­ku ber­liń­skim. "Nie­koń­czą­ce się, ciem­ne ko­ry­ta­rze łą­czy­ły ogrom­ne, ta­jem­ni­czo wy­glą­da­ją­ce po­ko­je za­wie­szo­ne ob­ra­za­mi od daw­na za­po­mnia­nych kró­lew­skich oso­bi­sto­ści; wiatr świ­stał w wiel­kich ko­min­kach [...]", wspo­mi­na­ła dama dwo­ru, któ­rej przy­szło cier­pieć ra­zem z nimi.

Wiki nie lu­bi­ła wy­so­kich bu­tów, któ­re Pru­sa­cy no­si­li bez prze­rwy, po­tę­pia­ła brak ła­zie­nek, cien­kość pru­skich sre­ber sto­ło­wych oraz for­mal­ność, mo­no­to­nię i dłu­gi czas trwa­nia pru­skich ce­re­mo­nii dwor­skich. Wszyst­kie te spra­wy, oznaj­mi­ła, są le­piej roz­wią­za­ne w An­glii. W roku 1860, po trzech la­tach w Ber­li­nie, za­czę­ła pod­su­wać mę­żo­wi swo­je rady po­li­tycz­ne. "Rzą­dze­nie kra­jem nie jest spra­wą do któ­rej ty­tuł mają tyl­ko król z garst­ką uprzy­wi­le­jo­wa­nych - na­pi­sa­ła do Fry­ca pod­czas wi­zy­ty w An­glii - Wręcz prze­ciw­nie, uczest­ni­cze­nie w tym jest pra­wem i świę­tym obo­wiąz­kiem każ­dej oso­by, a tak­że na­ro­du jako ca­ło­ści. Nor­mal­na więc edu­ka­cja, jaką otrzy­mu­ją pru­scy ksią­żę­ta, nie jest w sta­nie speł­nić wy­mo­gów dnia dzi­siej­sze­go, choć two­ja, dzię­ki tro­skli­wej mi­ło­ści two­jej Mamy, była i tak lep­sza od tej jaką otrzy­ma­li inni. [...] Jed­na­ko­woż nie by­łeś za­zna­jo­mio­ny ze sta­ry­mi li­be­ral­ny­mi i kon­sty­tu­cyj­ny­mi kon­cep­cja­mi ani też nie czu­łeś się wo­bec nich zbyt pew­ny, a było tak jesz­cze wte­dy, gdy się po­bie­ra­li­śmy. Ja­kież nie­zwy­kłe po­stę­py po­czy­ni­łeś w cią­gu tych lat"!

Wiki cią­gle mó­wi­ła o An­glii jako o "domu". W 1871 roku, po trzy­na­stu la­tach po­by­tu w Pru­sach, pi­sa­ła do przy­ja­ciół­ki: "Nie wy­obra­żasz so­bie jak mi tu nud­no, smut­no i dziw­nie, z dala od was wszyst­kich i uko­cha­nej An­glii! Za każ­dym ra­zem gdy tam je­stem, czu­ję jak moje przy­wią­za­nie do tego dro­go­cen­ne­go ka­wał­ka zie­mi sta­je się co­raz sil­niej­sze". Ka­iser Wil­helm II za­pi­sał w swych wspo­mnie­niach: "Oce­nia­ła wszyst­ko i znaj­do­wa­ła, że wszyst­ko u nas jest gor­sze, zaś lep­sze w An­glii, któ­rą zwy­cza­jo­wo na­zy­wa­ła "do­mem"" Wil­helm II tak ob­ja­śniał po­stę­po­wa­nie swo­jej mat­ki: "Przy­by­wa­ła z kra­ju, któ­ry miał mało wspól­ne­go z Kon­ty­nen­tem, od stu­le­ci wiódł swo­je wła­sne ży­cie [...] cał­kiem róż­ne od tra­dy­cji i roz­wo­ju kra­ju, z któ­rym mia­ła się zwią­zać. Pru­sa­cy nie byli An­gli­ka­mi [...] byli Eu­ro­pej­czy­ka­mi. Mie­li od­mien­ne po­ję­cia mo­nar­chii i kla­sy". [Po­mi­mo to,] moja mat­ka, pło­nąc za­pa­łem, po­sta­no­wi­ła stwo­rzyć w swo­im no­wym domu to wszyst­ko, co zgod­nie z jej an­giel­skim wy­kształ­ce­niem i po­glą­da­mi było nie­zbęd­ne do stwo­rze­nia w kra­ju po­wszech­ne­go po­czu­cia szczę­ścia".

27 stycz­nia 1859 roku Wik­to­ria, w wie­ku lat osiem­na­stu, uro­dzi­ła syna, któ­ry miał zo­stać ka­ise­rem Wil­hel­mem II. Wiki prze­trwa­ła dłu­gi i bo­le­sny po­ród, z pło­dem w po­ło­że­niu po­ślad­ko­wym, bez znie­czu­le­nia. Uży­cie klesz­czy było trud­ne i spo­wo­do­wa­ło po­waż­ne uszko­dze­nie le­we­go ra­mie­nia dziec­ka. Przez trzy dni po­zo­sta­ło ono nie­zau­wa­żo­ne, do­pie­ro po­tem od­kry­to, że ra­mię jest spa­ra­li­żo­wa­ne, a jego mię­śnie zmiaż­dżo­ne. Ba­da­nie wy­ka­za­ło, że pod­czas po­ro­du ra­mię zo­sta­ło pra­wie wy­rwa­ne ze sta­wu. Po­mi­mo nie­koń­czą­cych się ćwi­czeń i cią­głe­go le­cze­nia ani ra­mię, ani ręka nie wró­ci­ły do nor­my. Przez całe ży­cie Wil­hel­ma, cała ręka po­zo­sta­ła mniej­sza, sła­ba i nie­mal bez­u­ży­tecz­na. Lewe rę­ka­wy ma­ry­na­rek i kur­tek mun­du­ro­wych Wil­hel­ma były przy­kra­wa­ne kró­cej od pra­wych, w ma­łej le­wej ręce za­zwy­czaj no­sił rę­ka­wicz­ki albo wsu­wał ją do sta­ran­nie umiesz­czo­nej we wła­ści­wym miej­scu kie­sze­ni bądź też opie­rał na rę­ko­je­ści sza­bli. Wil­helm nie mógł uży­wać nor­mal­ne­go noża i wi­del­ca; przy po­sił­kach mu­siał mu kro­ić mię­so lo­kaj lub to­wa­rzysz przy sto­le32.

Na ra­zie, gdy dziec­ko było jesz­cze małe, wszyst­kie te smut­ki po­zo­sta­wa­ły spra­wą przy­szło­ści. Chło­pak był pierw­szym wnu­kiem kró­lo­wej Wik­to­rii (mia­ła ona do­pie­ro trzy­dzie­ści dzie­więć lat) i zgod­nie z jej ży­cze­niem miał otrzy­mać imię Al­ber­ta. Ca­łość jego imie­nia to: Fry­de­ryk Wil­helm Wik­tor Al­bert, a ro­dzi­nie był zna­ny jako Wil­helm lub Wi­luś. Kró­lo­wa Wik­to­ria była za­chwy­co­na. Zo­ba­czy­ła go po raz pierw­szy, gdy miał dwa­dzie­ścia mie­się­cy. "Na­sze [...] ko­cha­ne wnu­cząt­ko [...] samo przy­szło [...] w bia­łej su­kie­necz­ce z czar­ny­mi ko­kard­ka­mi. [...] Jest tłu­ściut­kim dziec­kiem o pięk­nej bia­łej i mięk­kiej skó­rze, bar­dzo zgrab­nych ło­pat­kach i człon­kach, a tak­że o mi­lut­kiej buzi, cał­kiem jak Wiki i Fryc. [...] Ma oczy Fry­ca, usta Wiki i bar­dzo ja­sne krę­co­ne wło­sy". Gdy Wil­helm miał dwa i pół roku, Wiki przy­wio­zła go do Osbor­ne, gdzie jego dzia­dek Al­bert huś­tał go, za­wi­nię­te­go w dużą ser­we­tę z bia­łe­go ada­masz­ku. Chłop­czyk krzy­czał z ra­do­ści, a bab­cia cmo­ka­ła i śmia­ła się z dez­apro­ba­tą.

Jako czte­ro­la­tek Wil­helm po­now­nie zo­stał przy­wie­zio­ny do An­glii, aby być obec­nym przy ślu­bie swe­go wuj­ka Ber­ci­ka z księż­nicz­ką Alek­san­drą. Wil­helm uczest­ni­czył w ce­re­mo­nii ubra­ny w strój szkoc­kich gó­ra­li, po­da­ro­wa­ny mu przez bab­cię; do stro­ju na­le­żał też mały szkoc­ki szty­let. Pod­czas uro­czy­sto­ści Wil­helm wier­cił się. Jego osiem­na­sto­let­ni wu­jek Al­fred, ksią­żę Edyn­bur­ga, któ­re­mu zle­co­no, aby miał na ma­łe­go oko, po­wie­dział mu, żeby był ci­cho. Wte­dy Wil­helm wy­cią­gnął swój szty­le­cik i za­czął gro­zić Al­fre­do­wi. Gdy ten spró­bo­wał opa­no­wać re­be­lię siłą, Wil­helm ugryzł go w nogę. Kró­lo­wa nie za­uwa­ży­ła tej bój­ki, dla niej Wil­helm po­zo­sta­wał "mą­drym, dro­gim, do­brym dzie­ciąt­kiem, wiel­kim ulu­bień­cem mego uko­cha­ne­go Anio­ła [Wiki]".

Wiki mia­ła ob­se­sję na punk­cie uszko­dzo­ne­go ra­mie­nia Wil­hel­ma. Ob­wi­nia­ła samą sie­bie za in­wa­lidz­two swe­go dziec­ka, za jego dziw­ny, jak­by po­zba­wio­ny rów­no­wa­gi wy­gląd, za to, że tak mało przy­po­mi­nał swo­je­go wy­so­kie­go, zdro­we­go ojca. Po­cząt­ko­wo pró­bo­wa­ła skry­wać za­rów­no jego ka­lec­two, jak i swo­je uczu­cia; osta­tecz­nie jed­nak swo­bod­nie roz­ma­wia­ła o tym z mat­ką. "Bied­ne ra­mię nie ma się nic le­piej i Wil­helm od­czu­wa już, że nie do­rów­nu­je w ćwi­cze­niach fi­zycz­nych na­wet chłop­com młod­szym od sie­bie - nie może bie­gać szyb­ko, gdyż nie po­tra­fi utrzy­mać rów­no­wa­gi, ani jeź­dzić kon­no, ani wspi­nać się, ani po­kro­ić je­dze­nia. [...] Nie po­mi­nę­li­śmy ni­cze­go, co tyl­ko moż­na było zro­bić, ale te­raz nie­wie­le już po­zo­sta­ło do zro­bie­nia" - pi­sa­ła do kró­lo­wej Wik­to­rii w maju 1870. Sie­dem mie­się­cy póź­niej pi­sa­ła po­now­nie: "Był­by [...] bar­dzo ład­nym chłop­cem, gdy­by nie to pa­skud­ne, pe­cho­we ra­mię, któ­re daje mu się co­raz bar­dziej we zna­ki, od­bi­ja się to na jego twa­rzy, [...] na spo­so­bie, w jaki się nosi i cho­dzi, na jego fi­gu­rze, po­wo­du­je, że wszyst­kie jego ru­chy wy­glą­da­ją dzi­wacz­nie. Daje mu też po­czu­cie wsty­du, bo czu­je się kom­plet­nie uza­leż­nio­ny, nie mo­gąc pra­wie ni­cze­go sa­me­mu dla sie­bie zro­bić. [...] Dla mnie wszyst­ko to po­zo­sta­je źró­dłem nie­wy­mow­ne­go smut­ku. [...]"

Wil­helm cią­gle pró­bo­wał sko­ry­go­wać lub prze­zwy­cię­żyć swo­ją nie­spraw­ność. Wy­ko­ny­wał ćwi­cze­nia gim­na­stycz­ne, na­uczył się pły­wać, że­glo­wać i strze­lać. "Naj­więk­sze kło­po­ty - po­wia­dał w swo­ich wspo­mnie­niach - mia­łem z jaz­dą kon­ną". Mat­ka wy­ma­ga­ła, żeby do­sko­na­lił tę umie­jęt­ność. "Nie po­tra­fi­ła znieść na­wet my­śli, abym ja, Na­stęp­ca Tro­nu, nie po­tra­fił jeź­dzić kon­no. Ja sam jed­nak czu­łem, że nie na­da­ję się do tego ze wzglę­du na moją ułom­ność. By­łem pe­łen obaw. Gdy w po­bli­żu nie było ni­ko­go, pła­ka­łem". Lek­cje jaz­dy kon­nej, roz­po­czę­te gdy ksią­żę miał lat osiem, sta­ły się ry­chło dla do­ro­słych pró­bą bez­względ­no­ści, zaś dla Wil­hel­ma pró­bą wy­trzy­ma­ło­ści. W kół­ko i w kół­ko, we­dług słów wy­cho­waw­cy, któ­ry lek­cje te nad­zo­ro­wał, "szlo­cha­ją­cy ksią­żę" był "sa­dza­ny na ko­nia, bez strze­mion, i zmu­sza­ny do pró­bo­wa­nia. Cią­gle spa­dał, lecz za każ­dym ra­zem, mimo jego bła­gań i łez, był pod­no­szo­ny i sa­dza­ny z po­wro­tem na koń­skim grzbie­cie. Po ty­go­dniach tor­tur trud­ny cel zo­stał osią­gnię­ty, od­na­lazł wresz­cie spo­sób na utrzy­ma­nie rów­no­wa­gi". Pa­trząc wstecz na swe dzie­ciń­stwo, ka­iser Wil­helm II zde­cy­do­wał że "wy­nik uspra­wie­dli­wił [...] taką me­to­dę. Lek­cje były jed­nak okrut­ne i mój brat Hen­ryk czę­sto wył z bólu, przy­mu­sza­ny do oglą­da­nia mo­ich mło­dzień­czych mę­czar­ni". Wil­helm nie miał wąt­pli­wo­ści co do tego, komu w ostat­niej in­stan­cji za­wdzię­czał ta­kie chłod­ne i ra­cjo­nal­ne po­dej­ście. "Hinz­pe­ter [wy­cho­waw­ca nad­zo­ru­ją­cy lek­cje] był to na­praw­dę do­bry gość - za­pi­sał - Czy był dla mnie od­po­wied­nim wy­cho­waw­cą, tego nie śmiem oce­niać. Cier­pie­nia mi spra­wia­ne, zwłasz­cza przez tę jaz­dę na kucu, mu­szą być przy­pi­sa­ne mo­jej mat­ce".

Wiki prze­ję­ła tak­że od­po­wie­dzial­ność za ogól­ne wy­kształ­ce­nie syna. "Jego edu­ka­cja [...] bę­dzie waż­nym za­da­niem - pi­sa­ła do kró­lo­wej Wik­to­rii gdy syn jej miał lat sześć - Będę po­dej­mo­wać wy­sił­ki, aby od­czu­wał dumę i od­da­nie dla swe­go kra­ju, jak rów­nież am­bi­cję słu­że­nia mu. [...] A będę też mo­gła za­szcze­pić mu na­sze bry­tyj­skie po­czu­cie nie­za­leż­no­ści wraz z na­szą od­mia­ną zdro­we­go roz­sąd­ku, co jest taką rzad­ko­ścią po tej stro­nie wody". Wil­helm i jego trzy lata młod­szy brat Hen­ryk zo­sta­li prze­ka­za­ni pod nad­zór Geo­r­ga Hinz­pe­te­ra, któ­ry za­or­dy­no­wał im ła­ci­nę, ma­te­ma­ty­kę, hi­sto­rię i geo­gra­fię; do­szły do tego jesz­cze an­giel­ski i fran­cu­ski pod kie­run­kiem osob­nych na­uczy­cie­li, i Wil­helm czy­tał Szek­spi­ra, Dic­ken­sa, Sir Wal­te­ra Scot­ta, By­ro­na, Mac­kau­laya, Ten­ny­so­na, De­fo­ego i Ja­me­sa Fe­ni­mo­re'a Co­ope­ra. Obaj chłop­cy roz­ma­wia­li re­gu­lar­nie po an­giel­sku z mat­ką i uży­wa­li go tak samo na­tu­ral­nie i bez wy­sił­ku jak nie­miec­kie­go; Wil­helm mó­wił póź­niej, że by­wał nie­świa­do­my, ja­kie­go ję­zy­ka uży­wał. Gdy Wil­helm miał lat sie­dem, lek­cje za­czy­na­ły się o szó­stej rano i, z dwie­ma krót­kim prze­rwa­mi na po­sił­ki i ćwi­cze­nia fi­zycz­ne, cią­gnę­ły się do szó­stej wie­czo­rem. Fi­lo­zo­fia Hinz­pe­te­ra opie­ra­ła się na "su­ro­wym po­czu­ciu obo­wiąz­ku i na idei służ­by - miał po­tem na­pi­sać Wil­helm - Cha­rak­ter miał być wzmac­nia­ny przez cią­głe wy­rze­cze­nia [...], a ide­ałem była su­ro­wa dys­cy­pli­na Spar­tan. [...] Żad­nych po­chwał: ka­te­go­rycz­ny im­pe­ra­tyw obo­wiąz­ku miał swo­je wy­mo­gi, nie po­zo­sta­wa­ło więc miej­sca na sło­wo za­chę­ty lub apro­ba­ty. [...] Ani sło­wa uzna­nia. [...] Od ucznia ocze­ki­wa­no nie­moż­li­we­go, aby zmu­sić go do osią­gnię­cia po­zio­mu jak naj­bliż­sze­go do­sko­na­ło­ści. Na­tu­ral­nie, ten nie­moż­li­wy cel nig­dy nie mógł być osią­gnię­ty, co za tym idzie - wy­klu­czo­no tak­że po­chwa­ły, któ­re wy­ra­ża­ły­by prze­cież apro­ba­tę osią­gnięć".

Od cza­su do cza­su Wiki pi­sa­ła o synu z dumą. Gdy miał lat osiem, po­wie­dzia­ła mat­ce: "Wi­luś jest ko­cha­nym, in­te­re­su­ją­cym, cza­ru­ją­cym chłop­cem - mą­dry, zaj­mu­ją­cy, przy­cią­ga­ją­cy uwa­gę - jest nie­moż­li­we, aby trosz­kę go nie roz­pusz­czać - wy­ra­sta na przy­stoj­ne­go, a jego oczy mają cza­sa­mi ja­kiś za­my­ślo­ny, sen­ny wy­raz, cza­sa­mi zaś iskrzą się ra­do­ścią i za­do­wo­le­niem". Gdy Wil­helm miał już lat dwa­na­ście, Wiki pi­sa­ła do kró­lo­wej Wik­to­rii: "Je­stem pew­na, że by­ła­byś za­do­wo­lo­na z Wil­hel­ma, gdy­byś go zo­ba­czy­ła - ma po­dob­ny do Ber­ci­ka, przy­jem­ny i przy­ja­zny spo­sób by­cia - po­tra­fi też zdo­by­wać so­bie lu­dzi. Nie po­sia­da ja­kichś wy­jąt­ko­wych zdol­no­ści ani też szcze­gól­nej siły cha­rak­te­ru czy ta­len­tów, lecz jest ko­cha­nym chłop­cem i mam na­dzie­ję, że wy­ro­śnie na po­ży­tecz­ne­go czło­wie­ka. [...] Ma w so­bie bar­dzo mało ze swo­je­go taty, czy też w ogó­le ze stro­ny pru­skiej ro­dzi­ny". Mat­ka i syn dzie­li­li wspól­ne chwi­le szczę­ścia. Wiki ma­lo­wa­ła ole­ja­mi i akwa­re­lą, głów­nie kra­jo­bra­zy, por­tre­ty, mar­twe na­tu­ry i kwia­ty, co Wil­helm wspo­mi­nał jako "szczę­śli­we go­dzi­ny spę­dza­ne w [...] jej stu­dio [...] moja mat­ka sie­dzą­ca przy szta­lu­gach, pod­czas gdy ja czy­ta­łem jej ja­kieś hu­mo­ry­stycz­ne opo­wiast­ki an­giel­skie, a ona od cza­su do cza­su po­rzu­ca­ła pa­le­tę, aby ser­decz­nie się po­śmiać". Ksią­żę Wa­lii, od­wie­dza­jąc sio­strę, wy­ra­żał się o swych sio­strzeń­cach z apro­ba­tą. "Jest rze­czą nie­moż­li­we zna­leźć dwóch mil­szych chłop­ców niż Wil­helm i Hen­ryk" - pi­sał do kró­lo­wej Wik­to­rii.

Wiki, pra­gną­ca aby wy­kształ­ce­nie Wil­hel­ma uczy­ni­ło go zdol­nym do prze­wo­dze­nia jego kra­jo­wi we­dług li­be­ral­nych kon­cep­cji za­ry­so­wa­nych przez księ­cia Al­ber­ta, ro­bi­ła co mo­gła, aby trzy­mać go z da­le­ka od pro­win­cjo­na­li­zmu pru­skie­go dwo­ru. W 1874 roku pięt­na­sto­let­ni Wil­helm i dwu­na­sto­let­ni Hen­ryk zo­sta­li za­pi­sa­ni do szko­ły śred­niej w Kas­sel, do­kąd to­wa­rzy­szył im Hinz­pe­ter. Przez dwa i pół roku żyli tam w to­wa­rzy­stwie chłop­ców z do­brych ro­dzin nie­miec­kich. W stycz­niu 1877 Wil­helm ukoń­czył szko­łę i na swo­je osiem­na­ste uro­dzi­ny otrzy­mał od bab­ci Or­der Pod­wiąz­ki. (Kró­lo­wa Wik­to­ria pla­no­wa­ła po­cząt­ko­wo uczy­nić go, niż­szym ran­gą, Wiel­kim To­wa­rzy­szem Or­de­ru Łaź­ni. Wiki na­le­ga­ła aby nada­ny zo­stał naj­wyż­szy or­der. "Wi­luś za­do­wo­lił­by się Łaź­nią, lecz na­ród - nie" - pi­sa­ła do mat­ki.) Po po­by­cie w Kas­sel Wil­helm spę­dził czte­ry se­me­stry na uni­wer­sy­te­cie w Bonn, gdzie stu­dio­wał pra­wo i na­uki po­li­tycz­ne. Wstą­pił do eks­klu­zyw­nej kor­po­ra­cji stu­denc­kiej "Bo­rus­sia", acz­kol­wiek od­ma­wiał tra­dy­cyj­ne­go żło­pa­nia piw­ska i wzbro­nio­ne mu było po­je­dyn­ko­wa­nie się. Pod­czas swych boń­skich lat dzie­więt­na­sto­let­ni Wil­helm spę­dził wie­le week­en­dów u swo­jej ciot­ki, Wiel­kiej Księż­ny Ali­cji z He­sji-Darm­stadt (dru­giej cór­ki kró­lo­wej Wik­to­rii) i jej dzie­ci, sta­jąc się nie­mal­że człon­kiem ro­dzi­ny. Uwa­gę swą sku­piał przy tym na ku­zyn­ce Elż­bie­cie, któ­ra wte­dy mia­ła lat czter­na­ście33. Ella, jak ją na­zy­wa­no, uwa­ża­ła swe­go pru­skie­go ku­zyn­ka za aro­gan­ta. To chcia­ło mu się jeź­dzić kon­no, to znów nie­spo­dzia­nie miał ocho­tę po­lo­wać lub wio­sło­wać czy grać w te­ni­sa. Gdy znu­dził się, zsia­dał z ko­nia lub ci­skał w kąt ra­kie­tą i oznaj­miał, że wszy­scy mają te­raz za­siąść w kół­ko, bo on bę­dzie czy­tał na głos frag­men­ty Bi­blii. Co­kol­wiek czy­nił, chciał za­wsze mieć Ellę tuż przy so­bie. Jego za­uro­cze­nie nie spo­tka­ło się z za­chę­tą, i po­tem, gdy był już ce­sa­rzem Nie­miec, ona zaś żoną ro­syj­skie­go Wiel­kie­go Księ­cia Sier­gie­ja, upar­cie od­ma­wiał wi­dy­wa­nia się z nią. Jako sta­ru­szek przy­znał, że wie­le cza­su ze swe­go po­by­tu w Bonn spę­dził na pi­sa­niu wier­szy mi­ło­snych do ku­zyn­ki Elż­bie­ty.

Gdy Wil­helm ukoń­czył stu­dia w Bonn, mat­ka za­pra­gnę­ła, żeby wie­le po­dró­żo­wał dla po­sze­rze­nia swe­go umy­słu i do­świad­czeń. Wy­ciecz­ka do Pa­ry­ża, jesz­cze w cza­sach uni­wer­sy­tec­kich, przy­nio­sła mie­sza­ne efek­ty. Wil­helm zwie­dził Luwr, ka­te­drę No­tre Dame i Sa­in­te Cha­pel­le, a tak­że wzle­ciał ba­lo­nem z ogro­dów Tu­ile­ries. Orzekł: "Go­rącz­ko­wy po­śpiech i go­ni­twa ży­cia pa­ry­skie­go od­py­cha­ły mnie. Nig­dy [...] nie za­pra­gną­łem po­now­nie uj­rzeć Pa­ry­ża". Acz­kol­wiek prze­żył jesz­cze sześć­dzie­siąt trzy lata od tej wi­zy­ty - nig­dy już tam nie po­je­chał. Opusz­cza­jąc Bonn, Wil­helm był "na­mięt­nie za­in­te­re­so­wa­ny [...] wy­jaz­dem do Egip­tu". Ale tu in­ter­we­nio­wał jego dzia­dek, Wil­helm I, król Prus i ce­sarz Nie­miec. Ksią­żę Wil­helm był dru­gi w li­nii suk­ce­sji, po swo­im ojcu, do obu tych ty­tu­łów. We­dług dziad­ka, był czas naj­wyż­szy, aby uwy­pu­klić pru­skie ce­chy mło­de­go. W ten spo­sób skoń­czy­ły się lata, w któ­rych Wiki mia­ła naj­więk­szy wpływ na edu­ka­cję i du­cho­we prze­wod­nic­two sy­no­wi.

Gdy w 1858 roku Wiki przy­by­ła do Ber­li­na, król Prus Fry­de­ryk Wil­helm IV był cho­ry psy­chicz­nie. Re­gen­tem i na­stęp­cą tro­nu był jego brat Wil­helm. W 1861 Fry­de­ryk Wil­helm zmarł i Wil­helm zo­stał kró­lem Wil­hel­mem I. Syn i sy­no­wa Wil­hel­ma, Fryc i Wiki, ma­ją­cy wte­dy lat trzy­dzie­ści i dwa­dzie­ścia, zo­sta­li kron­prin­zem i kron­prin­zes­sin, mo­gąc ocze­ki­wać, że w cią­gu dzie­się­ciu czy dwu­dzie­stu lat wstą­pią na tron. Dzie­więć mie­się­cy póź­niej, król Wil­helm we­zwał kon­ser­wa­tyw­ne­go po­li­ty­ka, Ot­to­na von Bi­smarc­ka, aby kie­ro­wał jego rzą­dem. Bi­smarck za­czął w ten spo­sób swo­ją dwu­dzie­sto­ośmio­let­nią ka­den­cję jako pre­zy­dent mi­ni­strów Prus a póź­niej jako kanc­lerz Ce­sar­stwa Nie­miec­kie­go. Król Wil­helm do­żył po­nad dzie­więć­dzie­się­ciu lat. Bi­smarck, rzą­dząc w imie­niu kró­la, zjed­no­czył Niem­cy i uczy­nił swe­go sta­rze­ją­ce­go się pana ce­sa­rzem, ale nie były to li­be­ral­ne Niem­cy wy­tę­sk­nio­ne przez księ­cia Al­ber­ta, czy też przez Fry­ca i Wiki.

Wiki była wstrzą­śnię­ta i za­ła­ma­na na du­chu śmier­cią ojca. Po­dob­nie jak w jej mat­ka, uzna­ła, że ża­ło­ba na­da­je in­ten­cjom księ­cia Al­ber­ta moc roz­ka­zów ob­ja­wio­nych z nie­ba, więc po­słusz­na im mło­da An­giel­ka po­sta­no­wi­ła wpły­nąć na bieg wy­da­rzeń w Pru­sach po­przez swe­go wy­so­kie­go, po­czci­we­go męża, któ­ry był od­da­ny żo­nie, uzna­wał jej wyż­szość in­te­lek­tu­al­ną i był skłon­ny ule­gać jej żywo wy­ra­ża­nym opi­niom. Fry­de­ryk, choć z wy­kształ­ce­nia za­wo­do­wy żoł­nierz, był za­rów­no li­be­ra­łem, jak i na­cjo­na­li­stą. Tę­sk­nił za od­two­rze­niem śre­dnio­wiecz­ne­go Ce­sar­stwa Nie­miec­kie­go pod wła­dzą mo­nar­chy w sty­lu Ka­ro­la Wiel­kie­go. Jego syn, ksią­żę Wil­helm, za­pa­mię­tał, że jako chło­pak stu­dio­wał wraz z oj­cem księ­gę za­ty­tu­ło­wa­ną "Nie­miec­kie Skar­by Świę­te­go Ce­sar­stwa Rzym­skie­go". "Była tak wiel­ka, że mu­sia­łem roz­kła­dać ją na pod­ło­dze. Nig­dy się nie znu­ży­łem oglą­da­niem ob­raz­ków, któ­re oj­ciec ob­ja­śniał mi, ku­ca­jąc obok mnie" - po­wia­dał Wil­helm. Do­głęb­nie sym­pa­ty­zu­jąc z na­dzie­ja­mi swo­je­go te­ścia, księ­cia Al­ber­ta, Fryc ry­chło od­da­lił się od głów­ne­go mi­ni­stra ojca, Bi­smarc­ka.