Od redakcji
Czytelnicy otrzymują dzisiaj do rąk książkę zaiste niezwykłą i to z kilku względów. Po pierwsze - ze względu na osobę autora. Robert K. Massie jest amerykańskim historykiem i dziennikarzem, autorem kilku zaledwie książek, z których każda jednak była wydarzeniem na rynku wydawniczym. Książki te to: "Nicholas and Alexandra" ("Mikołaj i Aleksandra"), "Peter the Great" ("Piotr Wielki"), która przyniosła mu nagrodę Pulitzera, a przetłumaczono ją nawet na rosyjski, znana już w Polsce "Ostatni Romanowowie" oraz tomy, które trzymacie państwo w rękach. Poza tematyką historyczną napisał wspólnie ze swoją żoną, Susan Massie, "Journey" ("Podróż"), będącą wstrząsającym, a równocześnie pełnym głębokiego humanitaryzmu świadectwem zmagań rodziców z dziedziczną i trudną do wyleczenia chorobą syna - hemofilią, co dało zresztą asumpt do zajęcia się historią choroby carewicza Aleksego i domem Romanowów. Robert K. Massie Jr. ma się zresztą dobrze i kroczy w ślady ojca.
Jak widać z wykazu tytułów nasz autor wykazuje pewną predylekcję do biografii, której jest prawdziwym mistrzem. Jego wielki talent i umiejętność opowiadania powodują, że czyta się je z nieustającą fascynacją tematem i z zapartym tchem, choć ze względu na imponujące rozmiary dzieł - trudno mówić, że niemal jednym tchem. Rozmiar - choć, oczywiście, nie wyłącznie, bo także szerokie spojrzenie na epokę - jest drugą cechą charakteryzującą dzieła Massiego, co powoduje, że zalicza się je do gatunku "panoramy historycznej", w czym przypomina prace nieżyjącej już Barbary Tuchman (m.in. "Wyniosła wieża", "Sierpniowe salwy"), z którą bywa najczęściej porównywany. Massie jest zresztą autorem wstępów do niemal wszystkich najnowszych wydań (amerykańskich) jej książek. Trzecią wreszcie cechą książek Massiego jest ich znakomite udokumentowanie historyczne. Wszystkie cytaty - stanowiące niemały procent "mięsa" tych książek - są podawane za oryginalnymi źródłami, co sprawia, że prace Massiego są zalecane na amerykańskich uniwersytetach jako lektura "niemal źródłowa" do kursów z historii powszechnej. Jeśli studenci czytają je chętnie - to najwyraźniej książki nie mogą tchnąć nudą. Nasz autor - przy szerokim ujęciu tematu i zamiłowaniu do dygresji - charakteryzuje się bowiem niezwykłą dyscypliną. Opowiada, lecz nie ględzi; rysując postacie stosuje kreskę i barwę zmienną i dopasowaną do ich charakteru - a daje się wyczuć, że i do osobistego stosunku autora do nich - choć bez wpływu na obiektywność historyka. Potrafi on zresztą nawet w postaciach - idealnych kandydatach na czarne charaktery - odnaleźć elementy sympatyczne, a przynajmniej - fascynujące.
Opowieść, którą dzisiaj proponujemy i przedstawiamy pod osąd polskiego czytelnika, mówi o całej epoce w europejskiej historii: od wstąpienia na tron królowej Wiktorii, po ów historyczny moment w sierpniu 1914 roku, kiedy Zjednoczone Królestwo znalazło się w stanie wojny z Niemcami. Należy od razu zaznaczyć, że książka przeznaczona jest nie tylko dla miłośników historii wojennomorskiej. Tytułowy "Dreadnought" to przede wszystkim symbol pewnej epoki i każdy może znaleźć tu interesujące go elementy. Miłośnicy biografii - w której to dziedzinie jest Massie uznanym mistrzem - znajdą kilka większych i kilka mniejszych szkiców biograficznych. Barwnych, jak barwna była epoka pary i elektryczności, epopei kolonialnych i pierwszego w historii wielkiego wyścigu zbrojeń, nadwerężającego zasoby tytułowych konkurentów do granic ich ekonomicznych możliwości. Będąc dalekim od spiskowej wizji historii i przeceniania w niej roli jednostek, myślę jednak, że wielokrotnie czytelnik może się zadumać nad wpływem na jej bieg drobnych pozornie wydarzeń. Nieszczęsna diagnoza choroby Fryderyka III czy, mające swe źródła w dzieciństwie i młodych latach, zawiłości psychiki Wilhelma II miały znaczący wpływ na historię obu krajów i Europy.
Do napisania tych słów zostałem zaproszony przez pana redaktora Andrzeja Rybę, który zasugerował mi także dorzucenie kilku słów o tym, jak doszło do polskiego wydania książki... zaczęło się w Montrealu w lipcu 1992 roku, gdzie spędzałem kilka dni urlopu - pracowałem wtedy na uniwersytecie w pobliskim Sherbrooke - zwiedzając to czarujące miasto. Spacerując w słońcu wzdłuż metalowych sztachet otaczających Uniwersytet McGill, trafiłem, rzec można wiedziony instynktem, do wspaniałej uniwersyteckiej księgarni, a w niej - stary maniak wojennomorski - od razu na książkę o okładce ozdobionej rufą tytułowego "bohatera" ze zwieszającym się z niej ogromnym białym proporcem. Trzy najbliższe doby podzielone były dość sprawiedliwie pomiędzy Montreal - dnie i Dreadnoughta - noce. Czy na urlopie wypocząłem - trudno ocenić - w każdym razie były to wspaniałe dni. Drugim ważnym krokiem był rok 1998, kiedy to przeżywałem pewne zawirowania życiowe i postanowiłem - dla czystego relaksu psychicznego i bez żadnych szczególnych planów - przetłumaczyć kilka rozdziałów ulubionej książki, którą zdążyłem już przecież przeczytać kilkukrotnie. W wakacyjne wieczory opracowałem siedem rozdziałów i ... pomogło. Humor poprawił mi się na tyle, że z oprawioną "próbką" zacząłem szukać możliwego wydawcy. Po kilku nieudanych podejściach byłem już trochę zrezygnowany, kiedy postanowiłem skontaktować się z Oficyną Finna, wydającą znaną mi "Serię z kotwiczką", w dodatku mieszczącą się w Gdańsku - dla mnie "na miejscu". Spotkałem się z redaktorem Rybą, przekazałem próbkę i ... czekałem. Gdy wreszcie odebrałem telefon, usłyszałem w odpowiedzi, że... prawda... bardzo ciekawe... ale szkoda. W tym momencie myślałem, że kolejne podejście jest nieudane. "Na czym polega szkoda?" - zapytałem. "Szkoda, że jest tylko siedem rozdziałów! To fantastyczne!" - brzmiała odpowiedź. W ten sposób dokonał się trzeci krok i teraz czekam już tylko na osąd czytelników.
Pan redaktor Ryba poprosił mnie o opatrzenie książki przypisami, co z miłą chęcia spełniłem, choć nie bez pomocy wielu osób, za co chciałbym im w tym miejscu - także w imieniu wydawnictwa - podziękować, zwłaszcza, że była to pomoc bezinteresowna. Mój sąsiad - kpt ż.w. Daniel Oleszek z chęcią dyskutował trudniejsze fragmenty nautyczne i fachowo obliczał dystanse po ortodromie. Pan Jardine Simpson - gdański Szkot - dobrze znany w kręgach uczących się tutaj języka angielskiego, którego śmiem zaliczać do przyjaciół, wyjaśnił mi niektóre zawiłości brytyjskiego systemu konstytucyjnego i bezbłędnie rozpoznawał cytowane lub wspominane w książce pieśni, piosenki i utwory literackie. Pani Małgorzata Paszylka pomogła mi w rozszyfrowaniu kilku szczegółow. Moja córka, Klementyna Chrzanowska, przeczytała tekst i ustrzegła mnie od kilku lapsusów, a także opracowała polską wersję przypisów końcowych i indeksu. Chciałbym też podziękować redaktorce tego "opus magnum", pani Alinie Walczak, za współpracę - zarówno w tym zakresie, gdzie bezdyskusyjnie mając rację ustrzegła od błędów, jak i w tym, gdzie nie zgadzaliśmy się, co stanowiło dla mnie źródło do przemyśleń.
Razem z panem redaktorem Rybą będziemy teraz czekali na odzew czytelników. Jeśli uznacie Państwo książkę za interesującą, to informujemy, że w październiku 2003 roku Robert K. Massie napisał ciąg dalszy: "Castles of Steel" ("Stalowe fortece"). Będzie z tysiąc stron. Czy mamy brać się do roboty?
Wojciech Chrzanowski
Gdańsk, kwiecień 2004.
Trafalgar
Supremacja Brytyjskiej Marynarki Wojennej odcisnęła się nieodwracalnie na historii XIX wieku podczas jednego strasznego popołudnia w październiku 1805 roku. Od południa do około wpół do piątej 21 października, przy lekkim wietrze i spokojnie toczącej się atlantyckiej martwej fali w pobliżu wybrzeża hiszpańskiego, dwadzieścia siedem żaglowych okrętów liniowych, dowodzonych przez wiceadmirała lorda Horatio Nelsona, unicestwiło połączone floty Francji i Hiszpanii pod francuskim admirałem Pierrem Villeneuve'em. Bitwa rozegrała się na małym spłachetku oceanu, nie większym niż dwie mile na dwie, kilka mil od brzegu, pomiędzy portem Kadyks a zachodnim wyjściem z Cieśniny Gibraltarskiej. Najbliższym punktem odniesienia na mapie była samotna zatoczka, która miała dać bitwie nazwę. Zatoczka nazywała się - Trafalgar1.
Zwycięstwo Nelsona tego jesiennego popołudnia zdecydowało o supremacji na morzu, która miała przetrwać stulecie i dać większości narodów świata okres względnego spokoju, znany jako Pax Britannica. Zarówno ta supremacja, jak i spowodowany przez nią pokój trwały niezmienione, gdy równocześnie okręty wojenne zmieniły się nie do poznania: drewniane kadłuby zastąpiło żelazo i stal; znikły maszty, gdy para wyparła żagle; a miejsce butelkowatych armat, ładowanych od strony wylotu lufy, zajęły potężne działa morskie, montowane w wieżach lub barbetach, o znacznie większym zasięgu i precyzji strzału. Coś jednak przetrwało niezmienione: przez wszystkie te lata marynarze brytyjscy wykazywali pewność siebie graniczącą z arogancją - nawet ją przekraczającą - a pewność tę zrodziło i przekazało następnym pokoleniom owe siedemnaście tysięcy ludzi służących pod Trafalgarem na dębowych kadłubach lewiatanów Nelsona.
Bitwa pod Trafalgarem została stoczona, ponieważ potężne państwo kontynentalne rządzone przez zdobywcę - Napoleona Bonaparte - zagroziło bezpieczeństwu i interesom Anglii. Flota brytyjska zaatakowała nieprzyjaciela tego dnia, zwalając się na przerażonych kapitanów francuskich w sposób zdecydowany i nie do odparcia, lecz strategiczna rola Królewskiej Marynarki Wojennej była wtedy, jak i zawsze, defensywna. Historycznie rzecz biorąc, misją floty brytyjskiej była obrona wysp macierzystych przed inwazją i strzeżenie szlaków handlowych i kolonii Imperium. W okresie lata 1805 roku, cesarz Napoleon zgromadził na klifach wokół Boulogne armię stu trzydziestu tysięcy weteranów walk, aby dokonać inwazji i podporządkować sobie swego angielskiego wroga. Cesarz potrzebował tylko krótkiego okresu swobody ruchów na Kanale Angielskim2, czasu wystarczającego na przetransportowanie swoich batalionów przez te dwadzieścia mil wody, aby zdobyć Londyn i podyktować warunki pokoju. Jednakże na czas tego przejścia morzem setki jego płaskodennych barek i rozmaitych stateczków, pozbieranych wzdłuż wybrzeży w celu przetransportowania armii potrzebowały ochrony przed działami floty brytyjskiej. Ochrona taka była możliwa tylko wtedy, gdyby własna, francuska flota Napoleona, połączona z flotą Hiszpanii - wahającego się sojusznika Francji - mogła choćby na krótko przejąć kontrolę nad Kanałem. Zablokowanie tych pomysłów Cesarza i zapobieżenie inwazji ich ojczyzny było zadaniem marynarzy brytyjskich.
Dokonali tego poprzez jedno z największych osiągnięć w zakresie wytrwałości w sztuce żeglarskiej, jakie odnotowały annały morskiej historii. Jakkolwiek przytłaczające było zwycięstwo pod Trafalgarem, to stanowiło ono tylko grzmiące hukiem dział ukoronowanie innego niezrównanego wyczynu. Przez dwa poprzedzające Trafalgar lata flota brytyjska pozostawała bez przerwy w morzu wokół wybrzeży Europy. Flota Napoleona, podzielona na eskadry, rozproszona była po portach od atlantyckiego Brestu po śródziemnomorski Tulon. Bezpieczeństwo Brytanii leżało w uniemożliwieniu tym eskadrom połączenia się w siłę wystarczającą do przebicia się do Kanału i oczyszczenia drogi dla przejścia transportów cesarskiej armii do Anglii. I tak przez dwa lata flota brytyjska warowała i czekała wokół portów Europy, obserwując, czy wrogie okręty nie podnoszą żagli i nie gotują się do wyjścia w morze i wypatrując okazji do ich zniszczenia, gdyby tak właśnie postąpiły. Blokada była utrzymywana przez pięćdziesiąt do sześćdziesięciu brytyjskich okrętów liniowych, z których każdy niósł na swoim pokładzie od sześciuset do dziewięciuset znudzonych, samotnych, głodnych i znękanych pogodą ludzi, kładących się na noc do hamaków rozwieszanych nad milczącymi, także czekającymi swej chwili działami. Przez dwa lata okręty były w morzu, zarówno w dusznej gorączce lata, gdy cisza powodowała, że morze przypominało lustrzaną taflę, jak i w sztormowych wiatrach, wśród olbrzymich niczym góry fal i kąsającego chłodu zimy. Załogi ląd oglądały rzadko, zejść zaś na niego było prawie niepodobieństwem. Nelson spędził dwa lata na blokadzie nie opuszczając pokładu swojego flagowca - HMS "Victory". Przez dwadzieścia dwa miesiące admirał lord Cuthbert Collingwood, zastępca Nelsona, nie słyszał plusku wpadającej do wody kotwicy. To właśnie o tej flocie i tej blokadzie, o jej sukcesie w doprowadzeniu do patowej sytuacji w rozgrywce z czającym się w Boulogne Cesarzem, admirał Alfred Thayer Mahan3 miał napisać: "te odległe, znękane sztormami okręty, których Wielka Armia nigdy nie widziała, stanęły pomiędzy nią a panowaniem nad światem".
Wreszcie rozeźlony i zniecierpliwiony Cesarz wydał rozkaz swej flocie do wyjścia w morze i pożeglowania w kierunku Kanału. Jej większość zgromadziła się w Kadyksie, strzeżona tam przez flotę angielską, dowodzoną przez idola Marynarki Królewskiej i bohatera całej Anglii. Horatio Nelson był małego wzrostu, delikatnej budowy i zmaltretowany przez wojny. Jedno ramię i jedno oko postradał już wcześniej w służbie swemu krajowi. Miał on też inne ludzkie słabostki: opuścił swoją żonę, aby żyć otwarcie z pełną wigoru młodą kobietą, w dodatku zamężną ze starszym mężczyzną, który równocześnie hojnie darzył Nelsona swą sympatią. Nelson nie był posłuszny rozkazom Admiralicji, gdy te mu nie odpowiadały, a podczas złej pogody ulegał chorobie morskiej. Jednakże jego uprzejmość i zrozumienie dla innych były już legendarne, a jego zdolnościom w bitwie nikt nigdy nie dorównał. Wszyscy w brytyjskiej flocie kochali go i poszliby za nim, dokądkolwiek by ich poprowadził. Śmierć Nelsona w chwili zwycięstwa przyćmiła triumf tragedią. Gdy wieści o tym dotarły do Anglii, kraj w osłupieniu oscylował pomiędzy świętowaniem a żałobą.
Instrukcje Nelsona, gdy obie floty powoli żeglowały ku sobie w łagodnej porannej bryzie, nakazywały - jak zwykle - atakować. Uważając, że w zamęcie bitewnym wszelkie szczegółowe plany mogą się obrócić wniwecz, zakończył swoje memorandum dla dowódców okrętów słowami: "Żaden kapitan nie popełni błędu, jeśli ustawi swój okręt równolegle do okrętu nieprzyjacielskiego". W rozkazie tym kryło się założenie, iż każdy okręt brytyjski potrafi pokonać każdy okręt przeciwnika. Najwyższa pewność i zaufanie Nelsona do brytyjskiej sztuki żeglarskiej, brytyjskiej artylerii i brytyjskiej odwagi, były także spuścizną Trafalgaru.
Nelson podzielił swoją flotę na dwa dywizjony: własny, którym dowodził z pokładu HMS "Victory" i wiceadmirała Collingwooda na HMS "Royal Sovereign". Płynąc na czele swojego dywizjonu, Nelson skierował swój okręt flagowy prosto w centrum linii francuskiej. W samo południe przemówiły działa, po czym nastąpiły cztery godziny potężnej rzezi. Lekki wiatr pozostawiał dym kanonady porozwieszany nad morzem niby ciężkie zasłony. Majaczące w tych całunach okręty wpadały na siebie niespodziewanie. Z krótkiego dystansu wystrzeliwały salwy burtowe i zderzały się, przytulając w piekielnym uścisku. Ciężkie w manewrowaniu i powolne, dryfowały tak splątane ze sobą, podczas gdy ludzie z jednego z nich usiłowali pozabijać ludzi na drugim. Ogniem bezpośrednim, z dystansu pięciu jardów4, grzmiało pięćdziesiąt dział naraz i pięćdziesiąt ciężkich kul druzgotało poszycie burt sąsiedniego okrętu. Wielkie maszty waliły się na pokład, pociągając za sobą żagle, drzewca i liny, które spadały na oba okręty oraz za burty, gdzie potem wlokły się w wodzie. Z pokładów głównych i z resztek takielunku piechota morska strzelała z muszkietów i działek ładowanych kartaczami, przeczesując ogniem pokład przeciwnika, pokrywając go rzędami ciał i wypełniając szpigaty krwią. Zdarzało się, że gdy zwalone już były wszystkie maszty, a główny pokład opustoszał, niżej, na pokładach działowych, półprzytomni mężczyźni nadal w zapamiętaniu ładowali działa, wytaczali je, obniżali lufy do strzelania w kadłub lub podnosili, celując w górne pokłady stojącego u burty przeciwnika. Dowódcy Nelsona byli nieustępliwi - nie zwracając uwagi na uszkodzenia własnych okrętów. Na niektórych okrętach brytyjskich ze zwalonymi masztami i odstrzelonym takielunkiem, nadal załogi potrafiły postawić tymczasowe żagle, zyskując zdolność manewrową, aby szukać kolejnych jednostek wroga.
Gdy około czwartej trzydzieści po południu wstrzymano ogień, osiemnaście okrętów nieprzyjaciela miało opuszczone bandery, a dziewiętnasty wypalił się do linii wodnej i wreszcie wyleciał w powietrze. Sam Villeneuve był jeńcem, rychło miał popełnić samobójstwo.
Trafalgar nie spowodował upadku Napoleona. Do bitwy pod Waterloo miało upłynąć jeszcze dziesięć lat. Lecz Trafalgar usunął groźbę uchwycenia przez Napoleona Kanału. W ciągu tych dziesięciu lat już nigdy ani Francja, ani żaden inny kraj nie rzucił wyzwania morskiej dominacji Wielkiej Brytanii. I miało tak pozostać przez następne sto lat.
WprowadzeniePotęga morska
We czwartek był wielki upał. W piątek - jeszcze gorzej. Bryza zamarła, powietrze stało się wilgotne i ciężkie. Flagi zwisały zwiotczałe i lekka mgiełka rozciągała się nad ogromną flotą zakotwiczoną na Solent5. Dopiero gdy słońce przebiło się nieco, można było dostrzec z brzegu zamazane zarysy czegoś, co zdawać się mogło jakimś niezwykłym miastem. Sto sześćdziesiąt pięć okrętów Brytyjskiej Marynarki Wojennej zalegało na tym osłoniętym akwenie, trzy mile pomiędzy piaszczystymi brzegami równiny Hampshire a lesistymi wzgórzami wyspy Wight. Pięć linii okrętów o czarnych kadłubach, trzydzieści mil okrętów wojennych, niosących na swych pokładach czterdzieści tysięcy ludzi i trzy tysiące dział morskich. Była to najpotężniejsza flota zgromadzona w jednym miejscu w dotychczasowej historii świata.
Był czerwiec roku 1897. Siedemdziesięcioośmioletnia królowa Wiktoria władała Wielką Brytanią i jej imperium przez lat sześćdziesiąt. Ogłoszony więc został Diamentowy Jubileusz. Sobota 26 czerwca była dniem wielkiej rewii Marynarki Królewskiej, tego bastionu bezpieczeństwa Brytanii i tarczy jej imperialnej potęgi. W związku z tym Admiralicja6 wezwała wszystkie okręty wojenne z dowództw w samej Brytanii, nie pozbawiając jednak ani Floty Śródziemnomorskiej, ni eskadr w bazach zamorskich nawet jednego okrętu. Do udziału w rewii zaproszono dwadzieścia dwie zagraniczne marynarki wojenne, z których czternaście przyjęło zaproszenie i przysłało okręty.
Miasto Portsmouth nad Solent, podstawowa baza morska Anglii od czasów Tudorów, było zatłoczone marynarzami. Setki samych marynarzy brytyjskich schodziło codziennie na brzeg ze swych okrętów razem z zagranicznymi kolegami z okrętów wizytujących. Jak odnotował dziennik "Daily Mail", "czarnobrewi, nieduzi Hiszpanie, wysocy, posępnoocy Rosjanie i Niemcy o grubo ciosanych kończynach" kręcili się wśród straganów z owocami i po sklepach z tytoniem. Ku rozrywce matrosów, marynarka i miasto zorganizowały liczne pikniki, wycieczki po stoczniach, rozgrywki sportowe, a burmistrz Portsmouth wydał specjalne garden party dla marynarzy zagranicznych. Planowanie w marynarce, przytłoczone takimi liczbami, zaczynało szwankować. "Centrum zaprowiantowania powiada, że nie mogą nadążyć ze szlachtowaniem, aby zaopatrzyć wszystkie okręty w świeże mięso - sygnalizował admirał dowodzący na brzegu admirałom na wodzie - Sugeruję aby na okrętach wydać mięso solone".
Anglicy i Angielki wyroili się do Portsmouth niby pszczoły. Już we czwartek wieczorem wynajęte zostały wszystkie strychy, a ludzie spali na stołach bilardowych i pozesuwanych krzesłach. Trudno było znaleźć siedzące miejsce do zjedzenia - we wszystkich restauracjach na każde krzesło pożądliwie spoglądał co najmniej tuzin wygłodniałych gości. "Pierwsze skrzypce pomiędzy obcokrajowcami grają Amerykanie - odnotowała "Daily Chronicle" - Jeśli nawet nie da się ich rozpoznać po akcencie, to na pewno ujawnią swoją narodowość pod czas posiłków, kiedy to bez cienia skrępowania wstaną z miejsc i wesolutko wychylą toast "Za Królową!" [...] Angielski ludek wstydziłby się tak czynić poza oficjalnym obiadem, ale z pewnością nie dotyczy to naszych kuzynów "z drugiej strony Stawu""7.
Codziennie tysiące ludzi płaciło po szylingu za możliwość wyjścia w morze dla obejrzenia floty. Każdy dostępny statek na południowym wybrzeżu Anglii - oceaniczne liniowce, parostatki wycieczkowe, holowniki, motorówki parowe, pinasy, prywatne jachty, łódki wodniaków, nawet niezdarne barki z Tamizy - przybiły do pirsów Portsmouth, aby zabierać widzów. Udekorowane flagami w kolorach narodowych i zapchane pasażerami wypływały poza główki falochronów, mijając ciężkie kamienne forty, strzegące kotwicowiska, i rozpoczynały przechodzenie wzdłuż linii zakotwiczonych okrętów wojennych. Gdy parowce mijały wojenniaki, rozkołysując falą swojego śladu torowego małe łodzie okrętowe, stojące pod wytykami, marynarze i obserwatorzy machali do siebie rękami i pozdrawiali wzajemnie okrzykami. Nie obywało się bez wypadków: tu czarny szkuner zderzył się z bielutkim jachtem parowym i stracił bukszpryt, ówdzie motorówka wpakowała się na torpedowiec i zatonęła, lecz szczęśliwie wszystkich pasażerów bezpiecznie wyłowiono z wody.
To co goście widzieli w rzędach czarnych kadłubów, białych nadbudówek i żółtych kominów, to była brytyjska potęga morska. Najdalej od Portsmouth stała na kotwicach Eskadra Kanału: jedenaście okrętów liniowych pierwszej klasy, pięć krążowników pierwszej klasy i trzynaście krążowników drugiej klasy, pod flagą Głównodowodzącego w Portsmouth, powiewającą na HMS "Renown". To zgrupowanie jedenastu pancerników należących do typów "Royal Sovereign" i ,Majestic", wszystkie w służbie nie dłużej niż sześć lat, nie miało sobie równych pod względem siły ognia, pancerza i prędkości. W kolejnej linii stało trzydzieści starszych pancerników i krążowników, w następnej - trzydzieści osiem mniejszych krążowników i torpedowców, a linia najbliższa Portsmouth liczyła czterdzieści dziewięć jednostek, z których trzydzieści były to najnowsze "niszczyciele torpedowców".
Druga linia to okręty już historyczne, lecz nadal nadające się do służby. Była tu "Alexandria", w swoim czasie okręt flagowy Floty Śródziemnomorskiej pod admirałem Sir Geoffreyem Hornbym, który w 1877 roku wpłynął do Konstantynopola i skierował lufy dział swych okrętów na rosyjską armię wokół miasta. Zaraz obok niej stał "Inflexible", który dwie dekady wcześniej był najpotężniejszym na świecie okrętem liniowym. Jego pierwszy dowódca, słynny komandor8 Jacky Fisher, użył jego dział do bombardowania Aleksandrii, otwierającego długi okres zaangażowania się Brytanii w Egipcie. "Inflexible" został ostatnio przekwalifikowany na okręt liniowy drugiej klasy, lecz "nawet teraz - jak odnotował obserwator - lufy tych czterech potwornych osiemdziesięciotonowych dział, wystające z wież obrotowych, mogły zadać budzące grozę ciosy". Dalej kotwiczył "Sans Pareil", pyszniący się swoją pojedynczą obrotową wieżą, mieszczącą dwa iście mamucie, 110-tonowe działa, największe z istniejących dział morskich. Obecność tego właśnie okrętu nie mogła nie przypominać widzom o największej tragedii w pokojowej historii Wiktoriańskiej Marynarki Wojennej: trzy lata wcześniej, jego siostrzany okręt, "Victoria", flagowiec Floty Śródziemnomorskiej, zatonął podczas manewrów po staranowaniu go przez "Camperdown".
Aż za najdalszą linią pancerników brytyjskich stały okręty zagraniczne. Widzowie mogli gapić się na wielki, szary pancernik włoski "Lepanto", japoński krążownik "Fuji", zbudowany zresztą na Tamizie, norweski, czarny krążownik "Fritjhof" i nowoczesny francuski krążownik "Pothuau", którego dziób nachylał się ku przodowi i pod dziwnym kątem schodził do morza. Zainteresowanie skupiało się na okrętach amerykańskim i rosyjskim, obydwa były nowe. "Rossija" była największym okrętem wojennym zbudowanym dotychczas w Rosji. Wypierając 12 200 ton, miała trzy śruby i bardzo zaawansowaną technologicznie maszynownię, mogącą spalać zarówno węgiel jak i ropę, potrafiącą pędzić okręt z prędkością dziewiętnastu węzłów. USS "Brooklyn", krążownik pancerny o wyporności 9 200 ton, był dumą Marynarki Wojennej Stanów Zjednoczonych. Niewątpliwie też prezentował się najbardziej widowiskowo w grupie okrętów zagranicznych; jego burty, wieże działowe, nadbudówki i kominy, wszystko pomalowane było lśniącą bielą. Wrażliwi na estetykę obserwatorzy brytyjscy uznawali niezwykłą wysokość cienkich kominów za "w żaden sposób niewzbudzającą przyjemnych wrażeń wzrokowych. W efekcie kadłub okrętu jest jakby przytłoczony". Amerykanom wystarczało, że taki układ utrzymywał dym z dala od pokładów, a tym samym od oczu oficerów i marynarzy. "Brooklyn" miał jeszcze inne cechy interesujące ekspertów. Jego pokłady, nasycone specjalnym środkiem, który czynił je niepalnymi, były elastyczne i miękkie. "Czy wytrzymają one ciężkie warunki?" - dziwowali się Brytyjczycy (pokłady brytyjskie były twarde i palne). Na okręcie amerykańskim używano elektryczności do podawania pocisków z magazynów amunicyjnych do dział i do obracania wież działowych. "Jesteśmy opóźnieni o co najmniej siedem, osiem lat - lamentowała "Chronicle" - Jego wyposażenie jest tak godne podziwu, że rumienię się ze wstydu, bowiem tylko jeden z naszych brytyjskich okrętów jest wyposażony w elektryczne podajniki pocisków". Zachowanie i maniery Amerykanów także prowokowały korzystne dla nich komentarze: "Oficerowie Stanów Zjednoczonych są wyjątkowo uprzejmi, nigdy nie zaniedbują pozdrowić widzów przez uniesienie w górę swych czapek w białych pokrowcach".
Następny w linii szary okręt z dwoma czerwonymi pasami wokół komina, sprawiał widzom raczej rozczarowanie. Był to SMS (Seine Majestät Schiff) "König Wilhelm" ("Król Wilhelm") z Cesarskiej Marynarki Niemieckiej. "Niemcy nie przysłały nam ani co miały najlepszego, ani najnowszego", uskarżała się "Daily Mail". I rzeczywiście, jednostka, zbudowana dwadzieścia dziewięć lat temu w stoczni Blackwella w Anglii, zdobyła sobie osobliwą sławę staranowaniem i zatopieniem swojego bliźniaka "Grosser Kurfürst" ("Wielki Elektor"). Ostatnio usunięto ją z listy okrętów liniowych i przeklasyfikowano na krążownik pierwszej klasy. Kaiser Wilhelm II telegrafował do swojego brata, kontradmirała księcia Henryka Pruskiego, który był na pokładzie "König Wilhelm": "Głęboko żałuję, że nie mam lepszego okrętu, aby oddać go do Twojej dyspozycji podczas gdy inne państwa błyszczą swoimi świetnymi jednostkami. Oto rezultat działań tych pozbawionych patriotyzmu facetów [Wilhelm potępiał tu Reichstag], którzy sprzeciwiali się budowie najbardziej niezbędnych okrętów".
Strzeżone przez flotę Imperium Brytyjskie, było największym imperium w dziejach świata. W 1897 roku zajmowało ono jedną czwartą powierzchni lądów i jedną czwartą ludności świata: 11 milionów mil kwadratowych9, 372 miliony ludzi. Stwierdzenie, że "słońce nigdy nie zachodzi nad Imperium Brytyjskim", stanowiło już dość wytarty frazes, lecz mimo wszystko była to prawda. Poczynając od Greenwich, podstawy liczenia czasu przez cały świat, dzień przesuwał się na zachód do Gibraltaru, Halifaxu, Ottawy, Vancouver, Wellington, Canberry, Hongkongu, Singapuru, Rangunu, Kalkuty, Bombaju, Adenu, Nairobi, Aleksandrii i Malty. Wewnątrz tego kręgu leżały samorządne dominia rządzone przez parlamenty, kolonie koronne, protektoraty i jedyne w swoim rodzaju imperium w imperium, najjaśniejszy klejnot korony imperialnej, Indie Radżów. Imperium rozciągało się nad wielkimi masami lądu zarówno rzadko (Australia, Kanada), jak i gęsto (Indie) zaludnionego. Należały do niego także maleńkie wysepki na bezmiarze oceanów: Bermudy na Północnym Atlantyku, Święta Helena, Wyspa Wniebowstąpienia i Falklandy na Południowym Atlantyku, Pitcairn, Tonga i Fidżi na Pacyfiku. Imperium było kalejdoskopem kolorów skóry, niezliczonego mnóstwa języków, dialektów, religii, obyczajów społecznych i instytucji politycznych.
Wszystko to zostało zdobyte i utrzymane dzięki potędze morskiej.
Imperium rozrastało się od szesnastego wieku, kiedy to żeglarze brytyjscy zaanektowali Nową Funlandię i stworzyli w ten sposób pierwszą kolonię brytyjską. Jedna, choć znacząca, porażka zmąciła ten ciągły postęp: pomiędzy 1776 a 1781 rokiem kolonie północnoamerykańskie przeprowadziły skuteczną rewoltę i wyłamały się. W niewiele lat po traktacie paryskim, który uznał amerykańską niepodległość, Brytania rozpoczęła trwającą dwa dziesięciolecia wojnę przeciwko Napoleonowi Bonaparte. Gdy było już po wojnach napoleońskich, a były cesarz został uwięziony na Wyspie Św. Heleny, Brytania stała się arbitrem w sprawach zamorskich. Brytyjczycy lądowali na wybrzeżach wszystkich oceanów. Eksplorowali kontynenty; góry, rzeki, jeziora i wodospady otrzymywały nazwy od nazwisk ich brytyjskich odkrywców. Ciągnięto koleje, wyrastały miasta, tworzono, uznawano i obalano rządy; w 1897 roku całe mnóstwo królów, maharadżów, nababów, nizamów, kedywów, emirów, paszów, bejów i innych kacyków siedziało na tronach tylko za zgodą Londynu. Brytyjczycy niezłomnie wierzyli, iż używają swej władzy dobrodusznie. To oni położyli kres handlowi niewolnikami, nadzorowali oceany, których mapy sporządzili, a będąc wyznawcami zasady wolnego handlu - zaprosili wszystkie państwa do uczestnictwa w stworzonych przez siebie możliwościach gospodarczych.
W 1890 roku amerykański oficer marynarki, z usposobienia raczej uczony aniżeli wilk morski, skodyfikował brytyjskie intuicyjne pojmowanie zależności pomiędzy potęgą morską, prosperity i poczuciem narodowej wielkości. W swym dziele "Wpływ potęgi morskiej na historię", Alfred Thayer Mahan prześledził wzrost i upadek niegdysiejszych potęg morskich i wykazał, że państwo kontrolujące morza kontrolowało także swoje własne przeznaczenie, te zaś państwa, którym brakowało opanowania morskiego rzemiosła, skazane były na porażkę lub na odgrywanie roli drugich skrzypiec. Mahan posługując się obrazową metaforą dla podkreślenia swego punktu widzenia, powiedział, iż morze,jest [...] jak wielka szosa, a może jeszcze trafniej [...] jak szerokie błonia, po których ludzie mogą zdążać we wszystkich kierunkach, ale dobrze wytarte na nich ścieżki wskazują, że jakieś wyższe przyczyny każą im przedkładać pewne trasy podróży nad inne. Te właśnie trasy nazywane są szlakami handlowymi, zaś przyczyn takiego czy innego ich przebiegu należy upatrywać w historii świata. [...] Tak podróżowanie jak i transport morzem zawsze były tańsze od lądowego". Z owej metafory wynika jasny imperatyw: do patrolowania błoń potrzeba policjanta, do ochrony żeglugi i szlaków handlowych mocarstwa morskie potrzebują marynarki wojennej.
Imperium Brytyjskie było imperium morskim. Ponad połowa parowców mozolnie pełzających po oceanach w roku 1897 nosiła czerwony proporzec brytyjskiej floty handlowej. Dla obsługi tego wielkiego tonażu Brytania ujęła glob w gorset portów handlowych i stacji bunkrowych. Najbardziej eminentny ze szlaków handlowych, linia życia Imperium, ciągnął się na wschód, poprzez Morze Śródziemne i Suez do Indii i Chin. Inne trasy morskie prowadziły na południe - do Capetown10 i na zachód - do Halifaxu, St. Johns i Montrealu. Istniały fortece strzegące cieśnin, jak Gibraltar i Singapur, lub zwężających się mórz, jak Malta i Aden, a wszystko to było możliwe dzięki marynarce wojennej, stanowiącej spoiwo Imperium. Gdziekolwiek Union Jack powiewał nad bastionami czy magazynami, a z flagsztoków parowców handlowych zwisał czerwony proporzec, tam wszędzie towarzyszyła im biała bandera Królewskiej Marynarki Wojennej, aby ochraniać, bronić, odstraszać lub wymuszać posłuch.
Bez Marynarki Królewskiej Brytania nie znaczyła nic. Handlowe parowce mogły być porwane lub przegonione z mórz, fortece - oblężone i zdobyte, kolonie - odcięte od posiłków - pozbawione więzi z centrum. Bez marynarki sama Brytania, w istocie małe państewko wyspiarskie, zależne od dostaw importowanej żywności, posiadające nieliczącą się armię, mogło znaleźć się w obliczu natychmiastowej groźby głodu lub inwazji. Rozumiał to Bonaparte czekający na klifach w Boulogne. "Dajcie mi kontrolę nad Cieśniną Dover11 na jedyne sześć godzin - powiedział - a opanuję świat".
Jednakże - z kontrolą mórz w garści - wszystko było inaczej. Gdy Brytania utrzymywała swoją supremację w tym względzie, żadne mocarstwo kontynentalne12, choćby miało dużą i dobrze wyszkoloną armię, nie było w stanie nawet dotknąć ojczystego lądu Brytanii. Wraz z supremacją morską Brytania uzyskiwała swobodę dyplomatyczną; jej mężowie stanu i dyplomaci mogli sobie pozwolić na stanie na uboczu i obserwowanie z dystansem rywalizacji i nienawiści zżerających młodzież i skarbce mocarstw kontynentalnych, stojących twarzą w twarz ponad granicami lądowymi.
Niewielu europejskich przywódców politycznych lub militarnych rozumiało Wielką Brytanię czy Imperium Brytyjskie. Czuli się zakłopotani, gdy studiowali małą wyspę, z jej śmieszną armią, z jej pełnymi rezerwy, niemalże protekcjonalnymi manierami, z jej ambicjami, aby wznieść się ponad namiętności i spory, jakie dominowały w ich czasach. Lecz z tymi swoimi niewielkimi rozmiarami i, zdawałoby się, wrażliwością na ciosy, Brytania trwała spokojna, nie obawiająca się wyzwania, bo w istocie miała potężne możliwości działania, dzięki którym już w przeszłości nieraz obalała gigantów z Kontynentu. Nie mogli w to uwierzyć przede wszystkim cudzoziemscy oficerowie. Z armią będącą tylko ułamkiem ich własnych Brytania rządziła ćwiercią globu. Szczególnie niemieckim oficerom, reprezentującym najpotężniejszą armię świata, zdawało się absurdem, że Brytania, z armią liczącą zaledwie siedemdziesiąt tysięcy żołnierzy, miałaby żądać prawa do rządzenia trzystu milionami Hindusów. A mimo to władza Brytanii w Indiach trwała.
Mimo że supremacja morska umożliwiała wyspiarskiemu królestwu na trzymanie się poza siecią rywalizacji na Kontynencie, pozostawało ono państwem europejskim. Dla Brytyjczyków wypadki polityczne na wielkim lądzie, rozciągającym się za dwudziestoma milami wody, oddzielającymi Dover od Calais, były jednak ważniejsze od tego, co się działo w Brazylii.
W 1897 roku Europa była podzielona na dwa systemy przymierzy. Niemcy, Austro-Węgry i Włochy pozostawały w konfrontacji z Francją i Rosją. Anglia nie zajmowała wobec nich żadnej określonej pozycji, a mając za premiera lorda Salisbury, nawet nie zamierzała tego uczynić. Tej polityce obojętności nadał lord Salisbury miano "Wspaniałej Izolacji"13.
Od średniowiecza niezmiennym wrogiem Anglii była Francja. Od wojen Plantagenetów, poprzez wojny przeciwko Ludwikowi XIV i Ludwikowi XV, aż do Napoleona, nic się w tym względzie nie zmieniło. "Francja jest i zawsze pozostanie największym zagrożeniem dla Brytanii" - powiedział lord Salisbury w roku 1867 i trwał przy tym poglądzie przez swoje trzy kadencje na stanowisku premiera. Francja przedstawiała sobą wielorakie zagrożenie: bezpośrednio przez Kanał, oraz w stosunku do "linii życia" Imperium, która prowadziła przez Morze Śródziemne. Ponadto w kilkunastu punktach świata francuskie i brytyjskie kolonie ocierały się o siebie bardzo nieprzyjemnie.
Innym tradycyjnym wrogiem Anglii była Rosja. Aczkolwiek oba kraje walczyły ze sobą tylko raz - w wojnie krymskiej, a i wtedy z pewnym zakłopotaniem - to rozmiary i dalsza ekspansywność Imperium Rosyjskiego stwarzała w Anglii poczucie zagrożenia. Rosja nie mogła dosięgnąć Wysp Brytyjskich, lecz naciskając na południe w kierunku Konstantynopola i Morza Śródziemnego czy pchając się przez dach świata i przełęcz Chajber ku równinom Indii lub wywierając z Mandżurii wpływy skierowane przeciwko brytyjskiemu monopolowi handlowemu w dolinie Jangcy, polityka rosyjska wydawała się groźna. Dyrektor brytyjskiego wywiadu wojskowego ostrzegał w 1887 roku: "Kraje z którymi możemy znaleźć się najprawdopodobniej w stanie wojny to Francja i Rosja, a najgorszą kombinacją, której mamy wszelkie powody się obawiać, to sojusz Francji i Rosji". W roku 1894 dokładnie taki sojusz został podpisany i oto obawy stały się rzeczywistością.
W tym samym miesiącu, w którym odbyła się Rewia Diamentowego Jubileuszu, w Berlinie na ważne stanowiska mianowanych zostało dwóch mężczyzn. Bernhard von Bülow, ambitny zawodowy dyplomata, dotychczasowy ambasador Niemiec we Włoszech, został awansowany i był odtąd sekretarzem stanu do spraw zagranicznych, czyli ministrem spraw zagranicznych Cesarstwa Niemieckiego. Tydzień później kontradmirał Alfred Tirpitz, posiadacz najoryginalniejszego umysłu i najsilniejszej woli w Niemieckiej Marynarce Wojennej, został sekretarzem stanu do spraw marynarki. Ich nominacje, choć w odrębnych sferach, były jednak powiązane ze sobą. Kaiser Wilhelm II pragnął, aby jego kraj, już najpotężniejszy w Europie, sięgnął poza swoją dominację na Starym Kontynencie - po dominację światową (Weltmacht). Bülow miał realizować tę politykę poprzez dyplomację, Tirpitz zaś miał dostarczyć instrumentu dla realizacji tego celu poprzez zbudowanie potężnej floty liniowej. Zainteresowania Wilhelma morzem i okrętami spowodowane były w części jego angielskim pochodzeniem - jego babką była królowa Wiktoria - ale w ogromnym stopniu były też pobudzane przez książki Mahana. "Właśnie teraz nie tyle czytam, ile wręcz pożeram książkę komandora Mahana, po prostu próbuję nauczyć się jej na pamięć - pisał młody Kaiser do przyjaciela - Znajduje się ona na pokładach wszystkich moich okrętów, a ich dowódcy i oficerowie nieustannie do niej sięgają".
Pojąwszy wagę potęgi morskiej i pragnąc rozwinąć wpływy Niemiec poza Europę, Wilhelm i jego doradcy stanęli przed dylematem: albo Niemcy zaakceptują supremację brytyjską na morzach i będą działać w ramach określonych przez ten fakt, albo też rzucą wyzwanie i zbudują flotę wystarczająco silną, by wydrzeć Brytanii trójząb - berło mórz. Doświadczenie sugerowało przyjęcie pierwszej możliwości; w latach osiemdziesiątych Niemcy pozyskały kolonie o obszarze pięciokrotnie większym od Cesarstwa Niemieckiego w Europie, a wszystko to z zachętą i pomocą Brytyjczyków. Niemiecka flota handlowa, druga co do wielkości na świecie, korzystała z brytyjskich portów i opieki ze strony floty Imperium. Oficerowie floty wojennej wychowywali się na okrętach zbudowanych w stoczniach brytyjskich, palili na swych okrętach brytyjskim węglem, stosowali brytyjską technikę i taktykę morską. Pomiędzy nimi a oficerami Marynarki Królewskiej panowało wzajemne poczucie braterstwa. Jedną z możliwości było więc budowanie na tych relacjach, ich wzmacnianie i utrwalanie, wypatrując dnia, w którym Niemcy i Brytania będą działały, zarówno w Europie, jak i na świecie jako partnerzy, a może nawet sojusznicy.
Nominacja admirała Tirpitza wskazywała, że dokonano przeciwnego wyboru. Dlaczego, pytał Kaiser i dwieście milionów jego poddanych, Anglia, tylko z tej racji, że jest wyspą i weszła w posiadanie imperium, miałaby uważać rządy nad morzami za swoje prawo? W dowolnym momencie flota brytyjska mogła, zablokowując wybrzeża Niemiec, zamknąć okręty niemieckie w portach i odciąć Niemcy od ich kolonii. Dlaczego Cesarstwo Niemieckie ma istnieć z łaski Brytyjczyków? Dlaczego wielkość Niemiec miałaby zostać im darowana przez kogoś z zewnątrz?
Geografia dyktowała konfrontację. Niemieckie statki handlowe, opuszczając Bałtyk lub porty Morza Północnego, jak Hamburg i Bremę, mogły wydostać się na Atlantyk i inne oceany świata tylko przechodząc przez Kanał lub wokół wybrzeży Szkocji. Flota niemiecka, dość silna, aby osłonić niemiecką żeglugę na tych wodach i zapewnić jej niezakłócone wyjście na ocean, oznaczała w końcu także flotę niemiecką zdolną do pokonania floty brytyjskiej. Na to Wielka Brytania nigdy nie mogła pozwolić, bo to oznaczałoby też, że flota niemiecka byłaby zdolna do osłony inwazji na Anglię, do wymiecenia z mórz jej żeglugi handlowej, odarcia jej z kolonii i pozbawienia imperium. W ten sposób cel Niemieckiej Marynarki Wojennej: zapewnienie ochrony niemieckiego handlu na otwartych morzach, był kompletnie niezgodny z interesami bezpieczeństwa Brytanii. Na to, czego jedno z dwóch mocarstw żądało, drugie wcale nie było skłonne przystać. Zagrożenie stwarzane przez flotę brytyjską bezpieczeństwu Niemiec było, jak argumentowali dyplomaci brytyjscy, znacznie mniejsze. W nadchodzących latach brytyjscy mężowie stanu i politycy mieli wielokrotnie próbować przekonać swoich niemieckich partnerów do tego punktu widzenia. Niemiecka odpowiedź miała też zawsze być jednakowa, a mianowicie, że niemieckie okręty wojenne stwarzają niewielkie zagrożenie dla Brytanii i że Cesarstwo Niemieckie ma identyczne prawo jak Imperium Brytyjskie do budowania takich okrętów, jakie mu się podoba.
Przez szereg lat, Kaiser i jego ministrowie, trwający w niezłomnym przekonaniu, iż najlepszy sposób na przeobrażenie bliźniego w przyjaciela polega na zastraszeniu go, skłonni byli uwierzyć również w to, że mogą równocześnie zbudować potężną flotę i uczynić z Wielkiej Brytanii swego sojusznika. Kaiser wierzył, a Tirpitz powiadał, że wierzy, iż gdy tylko Brytania ujrzy i zaakceptuje potęgę floty Niemiec, zacznie je szanować i zaoferuje przyjaźń - przyjaźń, w której Niemcy byłyby oczywiście partnerem dominującym. Taki sposób myślenia zdradzał fundamentalny brak zrozumienia psychologii Brytyjczyków, dla których panowanie nad morzami stanowiło konieczność znacznie większą niż jakikolwiek sojusz kontynentalny.
Z nadejściem końca stulecia Diamentowy Jubileusz i towarzysząca mu wielka rewia morska miały być zapamiętane jako apogeum brytyjskiej supremacji morskiej. Rychło miały dać o sobie znać nadmierne napięcia, którym poddawana była brytyjska potęga. Imperium było zanadto rozciągnięte. Nawet ze swoją Marynarką Wojenną, Brytania nie była zdolna wywiązać się ze wszystkich zobowiązań. Budowa okrętów przez Niemcy, miała oczywiście spowodować wzmożoną budowę okrętów przez Brytanię, lecz stawało się także rzeczą konieczną dokonanie zmian w brytyjskiej polityce. Brytania nie mogła sobie pozwolić na to, aby stanąć sama twarzą w twarz z mocarstwem, które zdominowało już Kontynent i mogło położyć rękę na wszystkich flotach Europy. Od stuleci podstawą polityki brytyjskiej było stawianie swego znaczenia na szali przeciwnej dominacji mocarstwa lub grupy mocarstw, mogących zagrozić jej istnieniu. Teraz, gdy Brytania zaczynała bać się niemieckiej floty, obawiała się także, że największa militarna potęga Europy nie aspirowałaby do statusu wielkiej potęgi morskiej, gdyby nie kryło się za tym pragnienie dominacji nad światem.
I tak punkt ciężkości polityki Brytanii zaczął się przesuwać. Wspaniała Izolacja została ponownie przeanalizowana. W miarę wzrostu niebezpieczeństwa po drugiej stronie Morza Północnego ułożono się z nieprzyjaciółmi, dawne tarcia załagodzono, podjęto nowe przedsięwzięcia. Brytania została, jeśli nie sojusznikiem w pełnym znaczeniu tego słowa, to na pewno partnerem swych niegdysiejszych wrogów, Francji i Rosji. Oddalenie się Brytanii i Niemiec, rosnące partnerstwo pomiędzy Brytanią a Francją i Brytanią a Rosją, było spowodowane obawami przed niemiecka flotą. "To ona zwarła szeregi Ententy - powiedział Winston Churchill. - Każdym nitem, który Tirpitz wbijał w swoje okręty wojenne, jednoczył on brytyjską opinię publiczną. [...] Młoty bijące w Kilonii i w Wilhelmshaven wykuwały koalicję państw, które miały Niemcom stawić opór, a w końcu je pokonać".
W sobotę ranek wstał niewyraźny i szary, nad Solent wisiały gęste mgły. Słońce wzeszło o 3.47, przesłonięte masami miękkich, szarych chmur. Powietrze było duszne i parne. Z ledwością można było dostrzec z brzegu szeregi zakotwiczonych okrętów. Flota stała się bardziej widoczna o ósmej rano, kiedy to na sygnał z okrętu flagowego wszystkie linie okrętów zakwitły tęczą kolorów, gdy podniesiono na nich wielką galę banderową, od dziobu, poprzez szczyty masztów, w dół ku rufie. Do południa pogoda się polepszała, w miarę jak słońce "wypalało" mgłę. Bryza dmuchała we flagi i bandery, pokrywając też morze małymi falami o białych grzywach, które zmieniały swoją barwę i odcień z każdym cieniem przesuwającym się po powierzchni wody.
Przez cały ranek wśród szeregów okrętów wojennych kręciły się statki wycieczkowe. Później, około drugiej po południu, wraz ze zbliżaniem się godziny rewii, wszystkie prywatne i komercyjne statki zostały przegonione i okręty wojenne stały w ciszy. Poza nurkującymi w powietrzu mewami, trzepocącymi flagami oraz słońcem i cieniem igrającymi po wodzie nie widać było żadnego ruchu, była to jakby flota upiornych mamutów, pięć ścian długich czarnych kadłubów, stojących cicho i majestatycznie na jasnozielonej wodzie, rozciągających się po Solent jak okiem sięgnąć.
Na brzegu panował hałas i zgiełk. W tę sobotę, Kompania Kolei Południowo-Zachodniej obiecała odprawić czterdzieści sześć pociągów z dworca Waterloo do Portsmouth od wpół do siódmej do wpół do dziesiątej rano. Co pięć minut pociągi opuszczały Waterloo, przybywały do Portsmouth a ich ludzki ładunek obwieszony lornetkami, aparatami fotograficznymi i przewodnikami, wylewał się na bruk placu dworcowego. Stamtąd rzeka ludzka płynęła przez miasto ku molom i plażom. Wszystkie dachy i okna wychodzące na morze były zajęte. Mola, plaża południowa i najmniejsze nawet wzniesienia na równinie Hampshire były gęsto zapełnione widzami.
Dwadzieścia po dwunastej na Keję Królewską w porcie Portsmouth przybył z zamku Windsor pierwszy z dwóch królewskich pociągów. Przybyła nim cesarzowa wdowa po Fryderyku Niemieckim. Miała na imię Wiktoria, po matce, i była najstarszym dzieckiem monarchini, a także matką cesarza Niemiec, Wilhelma II. Jej młodszy brat Artur, książę Connaught, ubrany w szkarłatny mundur pułkownika Gwardii Szkockiej, podał jej ramię i poprowadził cesarzową wprost na pokład stojącego przy nabrzeżu królewskiego jachtu "Victoria and Albert". W momencie gdy cesarzowa wstępowała na trap, na grotmaszt wzbił się złoto-czarny niemiecki sztandar cesarski. Czterdzieści minut później przybył drugi pociąg i na peron zeszła znajoma krągła figura. Był to Albert Edward, książę Walii, główna persona dzisiejszych uroczystości. To książę miał być osobą przyjmującą rewię, podczas gdy jego matka, zmęczona swoją sześciomilową podróżą po ulicach Londynu w otoczeniu sześciu milionów Brytyjczyków, zdzierających swe gardła aż do utraty głosu, spędzała dzień cicho i spokojnie w Windsorze. Następcy tronu towarzyszyła żona, księżna Aleksandra, brat Alfred, książę Sachsen-Coburg, i syn Jerzy, książę Yorku. Książę Walii ubrany był w granatowo-złoty mundur admirała floty. Podobny strój nosił też jego brat Alfred, który zanim objął rodowe księstwo i przeprowadził się do Niemiec w 1893 roku, tytułował się księciem Edynburga i służył w charakterze naczelnego dowódcy brytyjskiej Floty Śródziemnomorskiej. Także książę Jerzy był w granatach i złocie, a swój stopień komandora zdobył w czynnej służbie. Gdy tylko Książę z towarzystwem zaokrętowali się na "Victoria and Albert", aby wspólnie z siostrą zasiąść do lunchu, na maszcie głównym podniesiono królewski sztandar Wielkiej Brytanii, aby powiewał tam obok niemieckiego sztandaru cesarskiego, a działa nelsonowskiej "Victory" ryknęły salutem.
Punktualnie o drugiej "Victoria and Albert" rzucił cumy łączące go z portsmouthską keją, a jego koła łopatkowe zaczęły się obracać. Wychodząc z portu jacht królewski niósł pięć wielkich flag, każda rozmiarów dywanu. Na topie fokmasztu tkwił ciemnoczerwony proporzec z żółtą kotwicą, emblemat lordów Admiralicji. Na szczycie grotmasztu powiewał królewski sztandar Wielkiej Brytanii, złote lwy i srebrne jednorożce na przemiennych czerwonych i niebieskich polach, oraz niemiecki sztandar cesarski, czarny orzeł na złotym tle. Na bezanmaszcie trzepotał Union Jack, a z flagsztoka na rufie unosiła się biała bandera Marynarki Królewskiej. Za jachtem postępowała procesja dużych i mniejszych statków wiozących specjalnych gości. Bezpośrednio za jego rufą znajdowała się jasnozielona "Carthage", należąca do linii P&O; jej pokłady płonęły kolorami uniformów i blaskiem klejnotów książąt indyjskich i innych nacji. Ich przewodnikiem był komandor lord Charles Beresford, bohater służby w marynarce. Jacht Admiralicji - "Enchantress" - był następny w szyku, wioząc lordów Admiralicji i ich gości. Dalej szedł "Danube", załadowany członkami Izby Lordów. Za nim był "Wildfire", wiozący ministra kolonii, Josepha Chamberlaina, w otoczeniu premierów i gubernatorów kolonii i terytoriów, składających się na Imperium Brytyjskie. W pobliżu końca, płynąc bardzo wolno, "aby nie nadepnąć na odciski któremuś z maluchów", szedł wielki liniowiec Cunarda "Campania", największy i najszybszy z brytyjskich chartów transatlantyckich, jej ogrom przytłaczał nawet pancerniki. Dopłynąwszy do Portsmouth z Southampton, gdzie zaokrętowała swoich 1800 pasażerów - członków Izby Gmin, ich przyjaciół i krewnych - "Campania" szła w śladzie torowym znacznie mniejszego "Danube", wiozącego Izbę Lordów. W pewnym momencie tej podróży John Burns, poseł radykalny, z ironicznym śmiechem zauważył, że gdyby kapitan "Campanii" nieco przyśpieszył, można by rozstrzygnąć na dobre wiele kwestii konstytucyjnych, dzielących Izbę Lordów i Izbę Gmin. Na samym końcu procesji znajdował się "Eldorado", niosący na swoim pokładzie zagranicznych ambasadorów akredytowanych przy dworze Świętego Jakuba.
Flota była gotowa. Gdy tylko dał się słyszeć odgłos salutu z "Victory", sygnalizujący że jacht królewski jest już w drodze, na rejkach sygnałowych "Renowna" wzbił się w górę zestaw flag sygnałowych: "Parada burtowa!". Za czasów żaglowców skutkiem takiego sygnału był jeden z najbardziej dramatycznych spektakli morskich: marynarze stawali w regularnych odstępach wzdłuż rej na wieżach masztów. Obecnie maszty i reje znikły już z okrętów, ale sygnał ciągle powodował długo pamiętaną przez widzów zmianę wyglądu floty. Wielkie stalowe okręty, dotąd ponure i ciche, raptem zakipiały od biegnących mężczyzn. Po kilku minutach, linie nieruchomych marynarzy stały wzdłuż krawędzi każdego pokładu oraz na wieżach działowych i barbetach. Tu i ówdzie, na pomostach i stanowiskach bojowych, plama czerwieni wskazywała miejsca, gdzie ulokowane były oddziały piechoty morskiej.
Gdy jacht królewski wszedł między linie okrętów, każdy z nich oddawał salut armatni i rychło obłoki białego dymu dryfowały ponad zieloną wodą. (Bystre oko mogło zauważyć wyjątek, saluty z francuskiego krążownika "Pothuau", na którym używano już nowego prochu bezdymnego.) Płynąc powoli, jacht zbliżał się do każdego z czarnych behemotów na dystans umożliwiający wymianę pozdrowień. Z okrętów wojennych z łatwością można było dojrzeć Księcia Walii otoczonego towarzystwem. Jego brat i syn stali obok, a w pobliżu zauważyć się dało japońskiego następcę tronu oraz Sir Pertaba Singha, w którego jedwabnym turbanie błyskały ogromne klejnoty. Niedaleko zgromadzona była cała masa oficerów, noszących szkarłatne, niebieskie i zielone kurtki mundurowe, zdobione srebrem i złotem. Panie zgromadziły się wokół niemieckiej cesarzowej oraz księżnej Walii. Większość z nich była w strojach jachtowych barwy kremowej z granatem marynarskim lub jasnobłękitnej w kombinacji z żółtą, kasztanową albo jasnozieloną. "Nikt nie prezentował się lepiej niż hrabina Warwick w swojej ciemnoniebieskiej alpace z białą szyją przyozdobioną batystem, całość wybornie pasująca do jej pięknej figury" - opisywał jeden z korespondentów byłą kochankę księcia Walii.
Gdy jacht królewski zrównywał się z kolejnym w szyku okrętem, oficerowie i marynarze zdejmowali czapki i wykrzykiwali trzykrotne "Hurrra!". Jeśli na okręcie była orkiestra, to grała hymn: "God Save the Queen". Obserwatorzy z przyjemnością odnotowali, że amerykańscy marynarze na pokładzie "Brooklynu" krzyczeli tak samo żywiołowo, jak załogi brytyjskie, i że orkiestra na pokładzie "König Wilhelm" po hymnie odegrała bardzo dziarsko "Rule Britannia!"14.
Gdy tak książę Walii dokonywał przeglądu floty, przejścia pomiędzy liniami okrętów były wolne od statków wycieczkowych z widzami, czego pilnowały holowniki floty i patrolowce. Gdy tylko jednak "Victoria and Albert" przeszedł między liniami, jakiś bezczelny samotny stateczek pojawił się ni stąd, ni zowąd i zaczął pędzić tam i z powrotem wzdłuż linii okrętów, wijąc się i przemykając między nimi z zadziwiającą prędkością i sprawnością w manewrowaniu. Patrolowce wysłane, aby doścignąć i przechwycić intruza, wróciły z niczym. Ta dziwna, pomalowana na szaro jednostka w kształcie torpedy o długości 100 stóp15 i szerokości 9 stóp nazywała się "Turbinia" 1 była najszybszym statkiem świata, zdolnym wyciągnąć 34 węzły16.
Przedstawienie, jakie dała, było zamierzone, aby przekonać Marynarkę Wojenną do rezygnacji z ciężkich, tłokowych maszyn parowych napędzających dotąd jej okręty, i zastąpienia ich przez turbiny parowe, takie jak ta, która pchała "Turbinię" rozcinającą swym dziobem fale. Projektant stateczku, Sir Charles Parsons, był na jego pokładzie, stojąc tuż za wysokim, umieszczonym na śródokręciu kominem, który wypluwał z siebie płomień prawie takiej samej wysokości jak sam komin. Urządzając wyścigi pomiędzy niebotycznymi wojenniakami, rzucając wyzwanie autorytetom, "Turbinia" drastycznie naruszyła protokół. "Być może jej nieposzanowanie prawa można wytłumaczyć nowością i ważnością wynalazku, który ucieleśnia" - pomrukiwał z niezadowoleniem "The Times".
Ukończywszy swoją turę wokół linii okrętów o czwartej, "Victoria and Albert" podpłynął do "Renowna", stanął na jego trawersie, rzucił prawoburtową kotwicę i zasygnalizował do wszystkich brytyjskich i zagranicznych oficerów flagowych17, zapraszając ich do przybycia na pokład, gdzie mieli być przyjęci przez Księcia Walii. Admirałowie już czekali w barkasach parowych i motorówkach, podskakujących u burt ich flagowców, aby - gdy tylko nadejdzie sygnał - rozpocząć wyścig do lewoburtowego trapu królewskiego jachtu. Pod tym względem powszechnie podziwiane było zachowanie rosyjskiego admirała: gardząc wyścigiem i odrzucając parę, przybył barkasem wiosłowym, napędzanym przez szesnastu marynarzy w białych mundurach. Gdy goście jeszcze przebywali na pokładzie, z "Victoria and Albert" wypuszczono gołębia pocztowego, niosącego specjalne posłanie od Księcia do jego Matki w zamku Windsor: "Właśnie zaprezentowali się admirałowie. Piękny dzień, rewia okazała się całkowitym sukcesem. Do pełnej doskonałości brakowało jedynie obecności Królowej".
O piątej goście zeszli po trapie. "Victoria and Albert" wyciągnął kotwicę z mułu Solent, wykręcił na wstecznym biegu i odpłynął w kierunku Portsmouth. Gdy jacht odpływał, kolejny trzykrotny okrzyk przetoczył się nad flotą. W tym momencie niespodziewanie raz jeszcze pojawiła się na widowni "Turbinia". Obijała się gdzieś, schowana za rufą krążownika, ale gdy jacht królewski wyruszył w drogę powrotną, ulokowała się za jego rufą. Z początku szła za nim z umiarkowaną szybkością, lecz oto nagle jej śruby zawirowały i z dziobem uniesionym ku górze, a rufą wciśniętą w masę syczącej białej piany "Turbinia" śmignęła po stycznej od kursu królewskiego jachtu. Pozostawiając flotę za rufą, Książę Walii rozkazał podnieść na rejce sygnałowej mile widziany sygnał: "Spleść grotbras!", na co głównodowodzący rozkazał wszystkim dowódcom okrętów wydać każdemu marynarzowi po ekstra porcji grogu (rumu z wodą).
Już podczas przyjęcia dla admirałów nad południowym horyzontem gromadzić się zaczęły groźne chmury. Gdy książę opuścił flotę, czarne kadłuby stały na czarnej wodzie z ławicą ciemnych cumulonimbusów zwisających nad głowami. Nim jeszcze "Victoria and Albert" zawinął do portu w Portsmouth, niebo stało się zielonoczarne i spadać zaczęły pierwsze wielkie krople deszczu. Gdy jacht zacumowano przy kei, ulewa smagała pokłady z gwałtownością deszczów tropikalnych. Błyskawice rozdzierały powietrze długimi, pękającymi zygzakami ognia, a grzmoty dudniły niby kanonada. Na kotwicowisku floty zasłony deszczu zatarły widok okrętów, których pokłady i wieże opanowała orgia tańczącej wody. Nie można już było dojrzeć jednostek z sąsiedniej linii. Na brzegu, gdzie kanalizacja nie okazała się w mocy sprostać potopowi, wielkie połacie esplanady stały pod wodą, a błonie Southsea Common zamieniło się w bagnisko. Wszystkie sklepy zamknięto i tłumy ludzi pośpiesznie gromadziły się pod jakimkolwiek schronieniem. Burza trwała godzinę i była jedną z najsroższych, jakie kiedykolwiek odnotowano w południowej Anglii.
Podczas sztormu wydawało się, że iluminację floty, mającą być główną atrakcją wieczoru, trzeba będzie odwołać. Tymczasem o zachodzie słońca jedynie kopuła ciężkich chmur przyciemniała zmierzch letniego nieba. Dla obserwatorów na brzegu flota stopniowo znikała w pogłębiającym się cieniu. Jednak potem, kwadrans po dziewiątej, huknęło działo sygnałowe. "Renown" stał się nagle widoczny, wykreślony ogniem na tle zmierzchu. Sekundę później widać już było wszystkie okręty na kotwicowisku; ich sylwetki rysowały się na tle czarnego nieba setkami elektrycznych światełek. Rozciągnięte wzdłuż każdego okrętu, tworzące zarysy kadłuba, pomostu, kominów, masztów i wież działowych, światła zdawały się "liniami ognistymi, które w lekkiej mgle, ciągle po sztormie unoszącej się nad morzem, przybrały złocistą barwę świetlików". Wytrawni korespondenci morscy popadali w egzaltację: światła były dla nich "miriadami brylantowych koralików", okręty - "bajkową flotą obwieszoną złocistymi łańcuchami [...] leżącą na zjawiskowym morzu iskrzącym i odbijającym w swych falach błyski klejnotów". Brytyjskie okręty flagowe na topach masztów miały duże świetlne kombinacje, przedstawiające czerwony krzyż na białym tle, które - niczym właściwe flagi za dnia - oznajmiały, że na pokładzie jest admirał. Okręty zagraniczne stworzyły na tę okazję efekty specjalne. Na "Rossiji" utworzono ze świateł podwójnego orła cesarstwa rosyjskiego. "Brooklyn" przemawiał do publiczności elektrycznym literami "V. R. [Victoria Regina] 1837 - 1897" na swojej opancerzonej burcie. Poza tym na "Brooklynie" wywieszono na szczytach masztów flagi amerykańską i brytyjską w wiązkach światła z jego potężnych reflektorów.
Przez prawie trzy godziny te niezwykłe osiągnięcia techniki i imaginacji migotały w ciemnościach. Ludzie gapili się na to wszystko z brzegu i z pokładów statków. Około dziesiątej Książę i Księżna Walii ponownie wyruszyli z Portsmouth w morze, tym razem na pokładzie mniejszego z królewskich jachtów, "Alberty", aby opłynąć flotę. "Alberta" niosła niewiele świateł i podczas swojego powolnego rejsu wzdłuż linii nieruchomych okrętów nie przyciągała tyle formalnej uwagi co za dnia. Jednakże o jedenastej trzydzieści, gdy jacht zaczął się oddalać od floty, orkiestry ponownie odegrały "God Save the Queen". A potem, aby raz jeszcze uczcić Królową i jej Następcę, wszystkie okręty na kotwicowisku oddały ze swych dział salut królewski. Okręty spowiły się w welony dymu, podświetlane przyćmionymi czerwonymi wybłyskami z dział. Był to wielce spektakularny szczyt całej uroczystości: ciągły ryk morskiej kanonady, jęzory ognia wyskakujące z luf przy wielokrotnych salwach burtowych, dym przetaczający się czerwonymi chmurami wzdłuż miriad jarzących się elektrycznych świateł.
Książę wrócił do Portsmouth, zaś iluminacja trwała jeszcze nieco dłużej. Wreszcie, gdy wskazówki zegara dotknęły północy, okręt flagowy zgasił swoje światła, a za moment cała reszta floty także pogrążyła się w ciemności. Na brzegu, obserwator na balkonie hotelowym odnotował: "Z wybiciem dwunastej, złota, bajkowa flota znikła. Byłże to tylko sen? Ponad głowami przeciągały chmury, a jeszcze wyżej migotały gwiazdy. Powoli stawały się widoczne przyćmione światła topowe niezliczonych okrętów. A więc jednak nie znikła. Flota tam była i czuwała".
1Wiktoria i Bercik
Królowa Wiktoria miała w swych żytach przewagę krwi niemieckiej. Jej ojciec, Edward książę Kentu, czwarty syn króla Jerzego III, pochodził z dynastii hanowerskiej, potomków Jerzego Ludwika, elektora Hanoweru, sprowadzonego do Anglii w 1714 roku i osadzonego na tronie jako król Jerzy I dla zapewnienia sukcesji protestanckiej. Wszyscy hanowerscy przodkowie Wiktorii - król Jerzy II, jego syn Fryderyk, książę Walii i jego z kolei syn, król Jerzy III, wzięli za żony niemieckie księżniczki, tym samym zwiększając jeszcze własny udział niemieckiej krwi. Matka królowej Wiktorii, księżniczka Wiktoria Luiza z Sachsen-Coburg, też była Niemką. Wreszcie sama królowa Wiktoria jeszcze zdwoiła ułamek niemieckości w rodzinie królewskiej poprzez poślubienie swojego niemieckiego kuzyna, księcia Alberta Sachsen-Coburg, syna starszego brata swojej matki. Wczesne otoczenie przyszłej królowej też było w większości niemieckie. Jej guwernantka była Niemką, kołysanki, którymi ją usypiano były niemieckie, nie słyszała żadnego języka poza niemieckim i sama mówiła tylko po niemiecku do wieku trzech lat. Jej szczera sympatia do wszystkiego co niemieckie była też związana z mężem. "Żywię takie uczucia w stosunku do naszych drogich, małych Niemiec, że nie potrafię ich wręcz opisać" - powiedziała po odwiedzinach miejsca narodzin księcia Alberta.
W latach przed wstąpieniem Wiktorii na tron dla monarchii brytyjskiej nastały ciężkie czasy. Bezpośrednio poprzedzający ją królowie: Jerzy III, Jerzy IV i Wilhelm IV - opisywani byli jako "imbecyl, marnotrawca i bufon". Tatulo Wiktorii, książę Kentu, prezentował się niewiele bardziej obiecująco. Odesłany na emeryturę z armii brytyjskiej z powodu zbytniego gustowania w surowej dyscyplinie, co doprowadziło do buntu w Gibraltarze, ciągle zadłużony, kawaler w wieku lat czterdziestu ośmiu, czas spędzał głównie za granicą, żyjąc ze swą dwudziestoośmioletnią kochanką, Kanadyjką francuskiego pochodzenia znaną jako Madame de St Laurent. W roku 1818 propozycja podniesienia mu pensji, przedstawiona przez parlament pod warunkiem że się ożeni i wyprodukuje potomka, skłoniła go do wskazania Madame de St Laurent drzwi i oświadczenia się trzydziestoletniej wdowie, księżniczce Sachsen-Coburg. Pobrali się i za dziesięć miesięcy, 24 maja 1818 roku, urodziła się im córka. Osiem miesięcy później książę Kentu, dokonawszy swego wkładu w historię Anglii, zmarł na zapalenie płuc.
Mała księżniczka, druga w linii do sukcesji tronu brytyjskiego, mieszkała ze swoją matką w praktycznym, zbudowanym z czerwonej cegły pałacu Kensington, skąd od czasu do czasu wybierała się w podróż, aby odwiedzić swego starzejącego się stryja - króla Jerzego IV. Wcześnie pojęła jak się przypodobać. Drapiąc się na kolana cierpiącego na podagrę, noszącego perukę monarchy, obdarzała go następnie czarownym uśmiechem i składała pocałunek na suchym, uróżowanym policzku szepcąc mu coś do ucha. "Co byś chciała aby orkiestra teraz zagrała?" - zapytał pewnego razu stary dżentelmen; "Och, stryjku królu, chciałabym, aby zagrali "God Save the King"" - pisnęło dziecko. "Powiedz mi, co ci się najbardziej podobało podczas twojej wizyty?" - zapytał król Jerzy gdy miała właśnie odjeżdżać. "Przejażdżka z tobą" - oddzwonił głosik małej księżniczki Wiktorii.
Rozumiała, że różni się od innych dzieci. "Nie powinnaś ich ruszać, są moje" - ogłosiła odwiedzającemu ją dziecku, które właśnie zabierało się do jej zabawek. "I mnie wolno mówić do ciebie Janka, ale ty nie powinnaś mówić do mnie - Wiktoria" - dodała z naciskiem.
Powiadano, iż zirytowany nauczyciel muzyki miał pewnego razu wygłosić pouczenie: "Nie ma królewskiej drogi do nauczenia się muzyki, księżniczko. Musisz ćwiczyć jak każdy". Wiktoria gwałtownie zatrzasnęła pokrywę klawiatury swojego pianina. "Ot, co! Widzi pan? Nie ma żadnego musisz"! Gdy miała lat dziesięć, odkrywszy księgę z tablicami genealogicznymi królów i królowych Anglii, zaczęła je studiować. Zaskoczona, zwróciła się do swej guwernantki i powiedziała: "Jestem bliżej tronu, niż myślałam". Gdy guwernantka przytaknęła, oczy Wiktorii napełniły się łzami. Uroczyście uniosła ku górze prawy palec wskazujący i uczyniła słynną deklarację: "Będę dobra!".
Śmierć "Stryjka Króla" w roku 1830 zbliżyła jedenastoletnią księżniczkę jeszcze bardziej do tronu. Nowy król, jej drugi, sześćdziesięciopięcioletni stryjek Wilhelm, powołał do życia dziesięcioro dzieci - wszystkie nieślubne, zatem Wiktoria zgodnie z zasadami została dziedziczką Korony Brytyjskiej. Król Wilhelm IV panował lat siedem, aż 20 czerwca 1837 roku - o piątej rano, do pałacu Kensington przybyła grupa dżentelmenów - wprost z Zamku Windsor, gdzie król właśnie zmarł. Zaspana młoda kobieta przyjęła ich w szlafroku i z rozpuszczonymi włosami, a oni uklękli i pocałowali ją w rękę. Tak oto rozpoczęło się sześćdziesięcioczteroletnie królowanie. "Jestem bardzo młoda - zanotowała tego wieczora w swym dzienniku nowa królowa - i pewnie w wielu sprawach, choć nie we wszystkich, niedoświadczona, lecz jestem pewna, że mało kto ma więcej ode mnie dobrej woli i prawdziwego pragnienia czynienia tego co właściwe i słuszne". Osiemnastoletnia królowa, kipiąca jeszcze górnym duchem młodości, była pokrzepieniem dla Brytyjczyków, którym przejedli się już starzy głupcy na tronie. W sprawach polityki królowa skrupulatnie polegała na poradach premiera, lorda Melbourne. Ich wzajemne stosunki były mieszanką relacji ojciec - córka, adorująca młoda kobieta - elegancki, wytworny starszy mężczyzna, a wreszcie suweren - poddany. Świat uważał go za cynika, lecz on potrafił oczarować królową swym doświadczeniem życiowym, swym cierpkim humorem i głębokim oddaniem. Stwierdziła, że jest on "najuprzejmiejszym, najwrażliwszym, i najlepszego serca człowiekiem na świecie", w którym to poglądzie utwierdziła się jeszcze gdy jej ulubiony spaniel, Dash, podszedł pewnego razu do lorda Melbourne i zaczął lizać mu rękę. "Wszystkie psy mnie lubią" - rzekł premier i wzruszył ramionami, lecz królowa przyjęła to stwierdzenie bez przekonania.
Meandry polityki spowodowały odejście lorda Melbourne, lecz w 1839 roku Wiktoria sama dokonała wyboru męskiego doradcy, który miał wywrzeć na nią największy w całym jej życiu wpływ. Jej kuzyn pierwszego stopnia, książę Albert Sachsen-Coburg, trzy miesiące młodszy od Wiktorii, wyrastał na poważne i świadome swych celów dziecko. "Zamierzam ćwiczyć się, aby zostać dobrym i użytecznym człowiekiem" - zapisał w swym diariuszu w wieku lat jedenastu. Wiktoria spotkała kuzyna po raz pierwszy przed wstąpieniem na tron, gdy oboje mieli po siedemnaście lat. "Uroda Alberta jest uderzająca - zwierzyła się w swoim dzienniku - Jego włosy są prawie takiego samego koloru jak moje, oczy duże i niebieskie, ma też piękny nos i bardzo słodkie usta o pięknych zębach".
Następnie odnotowywała dalsze szczegóły: "delikatne wąsiki i niewielkie, ale to bardzo niewielkie bokobrody, [...] piękna figura, szerokie ramiona i doskonała talia". Oboje wiedzieli, że starsi oczekują, iż będzie z nich para, lecz wybór i decyzja należały do niej. Była prawie gotowa się zdecydować po tym, jak obserwowała go, wchodzącego po schodach w Windsorze w październiku 1839. "Odczuwałam pewną emocję, gdy tak oglądałam Alberta, który jest piękny" - znów zwierzyła się swemu dziennikowi. Kilka dni później zaprosiła Alberta do sali audiencji prywatnych, gdzie mu się oświadczyła. Albert zgodził się i rozpoczął tym samym trudne zadanie stawania się mężem królowej Anglii. Gdy jeszcze przed ślubem sugerował, że miło byłoby mieć nieco dłuższy miesiąc miodowy niż dwa czy trzy dni przewidziane przez Królową, ta mu przypomniała: "Zapominasz, najdroższy mój ukochany, że jestem Suwerenem i że cały ten interes nie może stanąć w miejscu i czekać po próżnicy". Ceremonia ślubna odbyła się w kaplicy św. Jakuba w Londynie, a noc poślubna została spędzona w Windsorze. Następnego ranka Królowa pośpieszyła do swego dziennika. Albert grał na pianinie, ona zaś leżała na sofie z bólem głowy, lecz "chora czy też nie, NIGDY, PRZENIGDY nie spędziłam takiego wieczoru!!! Mój drogi, najdroższy Albert siedział na podnóżku u mego boku, a jego niepohamowany afekt dał mi poczucie niebiańskiej miłości i szczęśliwości, jakiej nigdy dotąd nie mogłam nawet się spodziewać! Zaiste, jakżeż potrafię okazać swoją wdzięczność za posiadanie takiego męża?!".
W pierwszych miesiącach małżeństwa pozycja Alberta była niezręczna. Wiktoria go adorowała i nastawała, aby słowa "być mu posłuszną" zostały użyte w przysiędze podczas ceremonii ślubnej, lecz, jak sam Albert pisał w liście do przyjaciela, pozostawał on raczej "mężem, niż panem domu". Jego pozycja uległa wzmocnieniu, gdy po dziewięciu miesiącach i jedenastu dniach od daty ślubu do jego statusu męża doszedł jeszcze splendor ojcostwa. Dziecko było córeczką imieniem Wiktoria (przez rodzinę nazywana Wiki18), choć oczekiwano raczej księcia Walii, lecz rozczarowanie to zostało przezwyciężone jedenaście i pół miesiąca później, gdy 20 listopada 184119 roku w pałacu Buckingham przybył na świat książę Albert Edward (znany w rodzinie jako Bercik20). Książę został ochrzczony 25 stycznia 1842 roku w obecności księcia Wellington oraz króla Prus Wilhelma IV, który nadał swemu chrześniakowi pruski Order Czarnego Orła. Po ceremonii Wiktoria zapisała: "Modliliśmy się, żeby nasz chłopaczek mógł zostać prawdziwym i cnotliwym pod każdym względem chrześcijaninem, a JA modliłam się, aby został obrazem swego ukochanego ojca".
Bercik został zainstalowany w pokojach dziecinnych z guwernantką angielską i niemiecką, więc zaczął mówić od razu w obu językach. Późniejszy gość miał zauważyć, że dzieci królewskie "mówiły po niemiecku jak w swoim języku ojczystym". Pierwsze słowa Bercika były przedrzeźniane przez starszą, nad wiek rozwiniętą siostrzyczkę, i królowa obawiała się, że synek "mógł poczuć się zraniony przez przebywanie z królewną21, która jest bardzo mądra i w ogóle rozwinięta znacznie ponad swój wiek. Potrafi go osadzić słowem lub spojrzeniem". Pomimo sprzeczek, brat i siostra byli sobie bardzo bliscy.
Królowa Wiktoria rodziła cztery razy w pierwszych czterech latach małżeństwa, sześć razy w ośmiu, a dziewięć razy w całym jego okresie. Wszystkie jej dzieci dożyły wieku dorosłego, co jak na tamte czasy jest dość niezwykłe. Sam przebieg ciąży nie sprawiał jej przyjemności. "To, co powiadasz o dumie z dawania życia nieśmiertelnej duszy, jest bardzo piękne, moja droga, lecz sama tego tak odbierać nie potrafię - miała odpisać osiemnaście lat później Wiki - wtedy żonie pruskiego następcy tronu - gdy ta, wniebowzięta, opisywała stan swoich uczuć po urodzeniu własnego pierwszego dziecka, Wilhelma - Raczej myślę o nas w takich chwilach jak o krowach lub psach, jako że nasza natura staje się wtedy tak zwierzęca i pozbawiona wszelkiej ekstazy".
Odpowiedzialność za edukację dzieci spadła przede wszystkim na księcia Alberta. Jego najlepszym uczniem została błyskotliwa i uwielbiająca go córka Wiki, zaś najtrudniejszym - sympatyczny, lecz jąkający się książę Walii. Albert zadekretował, że Bercik nie może być wychowywany jak inni chłopcy, nawet jak inni synowie królewscy. Dziedzic tronu nie powinien zmarnować ani chwili ze swej bezcennej młodości. Każdy dzień i godzina zostały zaplanowane. Pluton wychowawców, starannie wybranych i rygorystycznie kontrolowanych przez księcia Alberta, aplikował program, podczas gdy sam książę szkicował zarysy dalszych etapów tegoż programu. Sześć dni w tygodniu były upakowane łaciną, francuskim, niemieckim, algebrą, geometrią i historią. Od Bercika wymagano pisania esejów historycznych po niemiecku, francusku i, oczywiście, po angielsku. Określone zostały godziny posiłków (9.00, 12.00 i 19.00), a także dieta ("Lunch: mięso i jarzyny, puddingów lepiej unikać"). Każdego wieczora wychowawcy musieli przedstawiać pisemne raporty o jego pracy i postępach. Niestety, im większe wkładano w jego wykształcenie wysiłki, tym mniejsza wydawała się wysiłków tych nagroda. Bercik się nie uczył, wydawało się nawet, że odmawiał nauki. Rezultatem takiej jego postawy było zdwojenie wysiłków, bardziej szczegółowe programy, jeszcze bardziej upakowane plany zajęć i jeszcze większa wymiana pełnych obaw listów pomiędzy wychowawcami a królewskimi rodzicami. Wreszcie Bercik zaczął nienawidzić każdej podsuniętej mu książki. Nie było innych chłopców, z którymi mógłby się pobawić. Ponadto, książę Albert nie mógł już znaleźć wolnych godzin w planach zajęć swego syna, żeby je poświęcić na igraszki, a jeszcze zawsze istniało niebezpieczeństwo, nawet ze strony utytułowanych chłopców, skażenia go frywolnością. Gdy podczas niezmiernie rzadkich okazji chłopcy z Eton, po drugiej stronie rzeki od Windsoru, byli zapraszani do zabaw z Bercikiem, to zawsze był przy tym obecny książę Albert, aby patrzeć, nadzorować i onieśmielać.
W wieku lat piętnastu Bercikowi zostało przyznane niewielkie kieszonkowe, z którego było mu wolno kupować sobie krawaty i kapelusze. Królowa skorzystała z okazji aby wygłosić wykład o ubiorze: "Strój [...] jest jedną z zewnętrznych oznak, po których ludzie zazwyczaj oceniają stan ducha i uczuć osoby go noszącej. Nie pragniemy kontrolować twojego własnego gustu i upodobań, a nawet wręcz przeciwnie, chcemy, żebyś się nimi kierował i je rozwijał, lecz oczekujemy, że nie będziesz nosił niczego ekstrawaganckiego czy prostackiego, nie dlatego że tego nie lubimy, lecz dlatego, iż potwierdzałoby to brak szacunku dla samego siebie i stanowiłoby przestępstwo przeciwko przyzwoitości prowadzące - jak wielu już w przeszłości doświadczyło - do obojętności wobec zła moralnego". Dalszych porad udzielił Bercikowi książę Albert, gdy syn skończył lat siedemnaście i został mianowany pułkownikiem w armii brytyjskiej. "Dżentelmen - mówił książę Albert - nie pozwala sobie na niedbałe i bezkrytyczne względem samego siebie postępowanie, takie jak rozwalanie się na sofach, garbienie się przy chodzeniu" czy też "wystawanie z rękami w kieszeniach". "Satyryczne czy żartobliwe wyrażenia" uważane były za wulgarne, "nigdy nie powinno się pozwalać sobie na strojenie żartów czy płatanie figli". W rozmowie, Bercik powinien potrafić "przejąć jej prowadzenie i [...] wymyślić coś nadającego się do powiedzenia poza zwykłymi pytaniami o zdrowie i pogodę". Najwyższym przykładem, nieustannie stawianym Bercikowi za wzór przez królową, miał mu być własny ojciec. Królowa Wiktoria wielokrotnie zachęcała swe dzieci do naśladowania owej niezrównanej istoty. "Powinieneś przyłączyć się do nas w dziękowaniu Bogu za obdarowanie nas takim najdroższym, doskonałym Ojcem - pisała Bercikowi, gdy ten miał lat piętnaście - Żadne z was nigdy nie potrafi być wystarczająco dumne z tego, że jest dzieckiem takiego Ojca, który nie ma RÓWNYCH SOBIE na tym świecie - tak wielki, tak dobry, tak nieskazitelny. Próbujcie wszystkie pójść w jego ślady i nie zniechęcajcie się, jestem bowiem pewna, że naprawdę być takim jak on we wszystkim, żadne z was nigdy nie potrafi. Spróbujcie więc naśladować go choćby tylko w niektórych sprawach, a gdy to się wam uda, osiągniecie bardzo wiele".
Bercik usiłował spełniać te wymagania, ale zwykle mu się to nie udawało. Gdy miał lat siedemnaście, królowa Wiktoria pisała do Wiki, która właśnie wyszła za mąż za księcia Fryderyka Pruskiego: "Bardzo mi smutno z jego powodu. Jest taki słaby i bezczynny". Niedługo potem znów się uskarżała: "Och, moja droga, co by się stało, gdybym tak umarła tej zimy! Drżenie ogarnia na samą myśl o tym. Zbyt przykre jest nawet samo takie rozważanie. [...] Największe jego postępy nie wystarczą, by się nadawał na swoją przyszłą pozycję.
Bezpieczeństwo - jego samego i całego kraju - w tym, żeby we wszystkim się zdawał na najdroższego Papę, tę doskonałość wśród rodzaju ludzkiego!" Książę Albert, wysyłając Bercika do Berlina w odwiedziny do siostry, próbował spojrzenia od jaśniejszej strony. "Ujrzysz Bercika dojrzalszego i doskonalszego - pisał do córki - Nie zaprzepaść żadnej okazji ponaglania go do ciężkiej pracy. Na ten cel ukierunkowane być muszą nasze połączone wysiłki. Tak się niestety składa, że jedynym jego zainteresowaniem są stroje i jeszcze raz stroje. Nawet gdy udaje się na polowanie, bardziej interesuje się swymi spodniami niźli zwierzyną". Już podczas trwania owej wizyty książę Albert napisał raz jeszcze, tak opisując syna córce: "Bercik posiada znaczne talenty towarzyskie. Jest żywy, bystry i cięty w mowie, gdy jego umysł skupi się na czymś, co jednak zdarza się rzadko. [...] Zazwyczaj jednak jego intelekt nie jest bardziej użyteczny niż pistolet spakowany na dnie kufra komuś zaatakowanemu w Apeninach przez rabusiów".
Mając lat siedemnaście, w październiku 1859, książę Walii rozpoczął pierwszy z czterech semestrów w college'u Christ Church w Oxfordzie, gdzie jego wysiłki sprowokowały ojca do następującej uwagi: "Naturalną skłonnością Bercika jest nieopisane lenistwo. Nigdy w życiu nie spotkałem tak dogłębnego i przebiegłego obiboka". Nawet gdy Bercik posłusznie i obowiązkowo wręczał ojcu swój dziennik do przeglądu, spotykał się z krytyką ze strony Alberta za brak w tekstach głębszej analizy i refleksji. Odbijając piłeczkę, Bercik przepraszał: "Jest mi bardzo przykro, że nie spodobał ci się mój dziennik, choć tak się nad nim męczyłem, lecz widzę słuszność twoich uwag i postaram się z nich skorzystać".
Pierwszy swój samodzielny sukces Bercik odniósł w Ameryce Północnej. W lipcu 1860 roku książę Walii wypłynął na objazd wschodniej Kanady i Stanów Zjednoczonych. Przy wodospadzie Niagara stał po stronie kanadyjskiej i obserwował słynnego francuskiego akrobatę Blondina, jak ten przechodził po linie nad wodospadem ze strony amerykańskiej, w dodatku pchając przed sobą drugiego mężczyznę w taczce. Gdy Blondin usłyszał królewskie gratulacje, zaproponował księciu aby wrócił razem z nim, oczywiście w taczce. Bercik przyjął propozycję z zapałem, lecz interwencja doradców spowodowała, że ostatecznie Blondin powrócił, krocząc po linie nad wodospadem na szczudłach. W Stanach Zjednoczonych, znajdujących się na krawędzi wojny domowej, następca tronu brytyjskiego podróżował incognito jako "Baron Renfrew". Nikt jednak nie dał się tym oszukać i w Filadelfii, którą książę ogłosił najładniejszym z obejrzanych przez niego dotąd miast amerykańskich, publiczność spontanicznie wstała i odśpiewała "God Save the Queen". Trasa jego wiodła przez Detroit, Chicago, St Louis, Cincinnati, Pittsburgh i Richmond, a w Waszyngtonie został powitany przez prezydenta Buchanana, który towarzyszył mu do Mount Vernon22. W Nowym Jorku, po paradzie na Broadwayu, książę był gościem honorowym na balu w Akademii Muzycznej. Wcisnęło się tam bez zaproszeń dwa tysiące dodatkowych gości z takim rezultatem, że w momencie, gdy Bercik się zjawił, podłoga osiadła o trzy stopy. Odwiedził Boston, gdzie spotkał się z Longfellowem, Emersonem i Oliverem Wendell Holmesem23, aby wreszcie z końcem października wypłynąć z Portland w stanie Maine. Królowa była dumna z jego sukcesu i napisała do Wiki: "Był wszędzie niezwykle popularny i naprawdę zasługuje na najwyższą pochwałę".
Aby jakoś skanalizować tę nową dojrzałość, rodzice księcia zdecydowali, iż powinien się ożenić. Wiki chętnie przyjęła na siebie obowiązki zwiadowcy kontynentalnego i pracowicie zestawiała listy protestanckich księżniczek na wydaniu, które mogły sprostać wymaganiom jej matki, na które składały się: "dobry wygląd, zdrowie, wykształcenie, intelekt i dobry charakter". Koniec końców, Wiki zaproponowała kandydatkę: "Jest ona znacznie wyższa ode mnie, figurę ma czarującą, choć bardzo szczupłą, cerę zaś tak piękną, jak tylko to jest w ogóle możliwe. Bardzo ładne, białe, regularne zęby i bardzo miłe, duże oczy [...] z wyjątkowo wdzięcznie zarysowanymi brwiami [...] tak prosta, naturalna i nieskażona jak tylko to możliwe [...] wdzięczna [...] pociągająca [...] nieopisanie czarująca". Królowa Wiktoria, na której ten zalew przymiotników zrobił wrażenie, ogłosiła, że owa młoda kobieta jest "perłą, której nie wolno stracić".
Perłą okazała się szesnastoletnia księżniczka Aleksandra Duńska, najstarsza córka Chrystiana, księcia Szlezwiku-Holsztynu. Będąc kuzynem króla Danii, Fryderyka VII, książę Chrystian nie posiadał pieniędzy poza tymi, jakie zarabiał będąc oficerem duńskiej Gwardii.
Razem z żoną mieszkali w Kopenhadze, w niczym niewyróżniającym się domu, którego drzwi frontowe otwierały się wprost na bruk ulicy. Pomimo tych skromnych okoliczności udało im się wychować sześcioro dzieci, z których czwórka miała w przyszłości trafić na rozmaite trony Europy: najstarszy syn, jako król Danii Fryderyk VIII, córka Aleksandra jako królowa Anglii, syn Wilhelm jako król Grecji Jerzy I, a wreszcie córka Dagmara jako cesarzowa Rosji, Maria Fiodorowna. W dzieciństwie, Aleksandra i Dagmara (zwane Alix i Minny), przy trzech latach różnicy wieku były nierozłączne. Dzieliły wspólną małą sypialnię, obok siebie uczyły się angielskiego, niemieckiego i francuskiego, poza tym uczone były muzyki przez matkę i gimnastyki przez ojca. Całkowicie jednak różniły się między sobą wyglądem i charakterem. Dagmara była niską szatynką, mądrą i bystrą, podczas gdy Aleksandra, ze swymi miękkimi brązowymi włosami i głębokimi niebieskimi oczami, była w stosunku do wszystkich bardzo czuła i tkliwa, wykazując nieledwie senną obojętność wobec książek i polityki, no a poza tym, jak wyraziła się królowa Wiktoria po obejrzeniu fotografii, była "niewiarygodnie piękna".
Negocjacje zmierzające do pozyskania duńskiej perły rozpoczęły się właśnie wtedy, gdy przyszły pan mąż spędzał lato z Pułkiem Grenadierów Gwardii na manewrach na poligonie w Irlandii. W czasie tej służby grupa sportowo nastawionych młodych oficerów zachęciła młodą kobietę nazwiskiem Nellie Clifden, aby wskoczyła do łóżka Bercika. Nellie, która znała już cały pułk oficerów, nie potrafiła odmówić sobie przyjemności pochwalenia się tak szczególną zdobyczą. We wrześniu książę wyjechał do Niemiec, gdzie w towarzystwie Wiki podróżował incognito, aby spotkać "przypadkowo" księżniczkę Aleksandrę podczas zwiedzania kościoła. Wiki tak oto raportowała o rezultatach spotkania do Windsoru: "Alix zrobiła na Berciku wrażenie, ale on na ten swój śmieszny sposób nie daje tego po sobie poznać. Powiedział mi, że nigdy dotąd nie spotkał młodej lady, która tak by mu się podobała". I jak na razie tylko tak daleko książę był skłonny się posunąć. Książę Albert napisał do niego w dość ostrym tonie, podkreślając znaczenie małżeństwa i uroki tej szczególnej kandydatki. Bercik nadal jednak okazywał rezerwę. Możliwa tego przyczyna ujawniła się w połowie listopada, gdy gadki o Nellie Clifden, krążące po klubach Londynu, dotarły do uszu księcia Alberta. Napisał on do Bercika "z ciężkim sercem na temat, który sprawił mi największy ból, jaki dotychczas dane mi było odczuć w tym życiu". Złoczyńca wyznał swe przewinienie, a ojciec mu przebaczył, zachęcając równocześnie do "stoczenia mężnej walki" i przeprowadzenia małżeństwa jak najszybciej. "Nie powinieneś, nie odważysz się tak zatracać. Miałoby to zbyt przerażające konsekwencje dla tego kraju i dla świata!" Albert udał się do Cambridge, gdzie Bercik był właśnie zapisany w college'u Trinity, wybrał się z synem na długą przechadzkę i wrócił do domu, zadowolony z tego, co usłyszał od Bercika, lecz fizycznie wyczerpany. Kilka dni potem pisał do córki: "Czuję się jak najgorzej. Wiele obaw i wielki smutek (o którego przyczyny, proszę, nie pytaj) pozbawiły mnie snu przez ostatnie dwa tygodnie. Tak rozbity, miałem jeszcze na dodatek ciężki katar, a przez ostatnie cztery dni cierpię z powodu bólu głowy i bólów w kończynach, co może rozwinąć się w reumatyzm".
W rzeczywistości książę Albert nabawił się duru brzusznego, owego śmiertelnie skutecznego dziewiętnastowiecznego zabójcy. Królowa siedziała u boku łóżka Alberta z niedowierzającym przerażeniem w oczach, podczas gdy mąż miotał się między przytomnością a delirium. W momentach jasności umysłu tych dwoje szeptało sobie nawzajem do ucha po niemiecku. 14 grudnia, z królową klęczącą przy nim i księciem Walii stojącym w nogach łóżka, książę Albert umarł. Miał wtedy czterdzieści dwa lata. Wiktoria liczyła sobie tyle samo, ale teraz była już sama. "Był moim życiem - łkała królowa - Jak to się stało że żyję [...] ja, która codziennie modliłam się aby dane nam było umrzeć razem, abym nigdy go nie przeżyła! Ja, która czułam, objęta i mocno trzymana w jego błogosławionych ramionach w owych świętych godzinach nocy, że świat wydaje się ograniczać tylko do nas dwojga i że nic nie może nas rozdzielić. Czułam się wtedy tak bezpieczna".
Królowa była przekonana, że to, co nazywała "upadkiem Bercika", przyczyniło się - przynajmniej częściowo - do śmierci księcia Alberta. "Och, ten chłopak - choć bardzo tego żałuję - nigdy już nie potrafię spojrzeć na niego bez wzdrygnięcia się" - pisała do Wiki. Mimo wszystko, projekt małżeństwa nie poszedł w kąt i królowa Wiktoria napisała do córki, aby ta wytłumaczyła rodzicom Aleksandry aferę z Nellie Clifden w tym duchu: "że wstrętne kanalie wciągnęły naszego biednego, niewinnego chłopca w tę kabałę, która była przyczyną wielkiego bólu dla jego ojca i mnie samej [...] lecz oboje przebaczyliśmy mu ten jeden nieszczęsny błąd [...] i że jestem pewna, iż będzie stałym w uczuciach mężem..."
We wrześniu Bercik spotkał się z Aleksandrą w pałacu w Belgii i tam też się oświadczył podczas spaceru w ogrodzie. Tak oto opisał tę chwilę matce: "Po kilku zwyczajowych uwagach [...] spytałem ją, czy podoba się jej nasz kraj, i czy nie przyjechałaby kiedyś do Anglii, i jak też długo by się tam zatrzymała. Powiedziała, że ma nadzieję, iż spędzi tam jakiś czas. Na co ja odrzekłem, że mam nadzieję iż pozostanie tam na zawsze i ofiarowałem jej swoją rękę i swoje serce. Natychmiast odpowiedziała "Tak". Ja na to, żeby nie odpowiadała zbyt szybko, ale raczej to przemyślała. Odrzekła, że myślała o tym już od dawna. Wtedy spytałem ją czy mnie lubi. Odpowiedziała "Tak". Wtedy pocałowałem ją w rękę, a ona pocałowała mnie". Dwa dni później, znów pisząc do matki, Bercik dał nieco większy upust swym uczuciom: "Przyznaję Ci otwarcie, że nie myślałem, iż można tak kogoś kochać, jak ja ją kocham. Jest taka dobra i miła".
Aleksandra przyjechała do Anglii dla poznania się z królową, podczas gdy Bercik wyruszył w rejs po Morzu Śródziemnym z Wiki i jej mężem, Fryderykiem Pruskim. W ciągu dnia siedemnastoletnia Aleksandra pisała listy do swego dwudziestodwuletniego narzeczonego, zaś wieczorami siadywała w towarzystwie królowej Wiktorii, aby wysłuchiwać opowieści o księciu Albercie. Swym czarem osobistym Aleksandra zdobyła sobie Królową, która zapisała w diariuszu swą najwyższą aprobatę: "Jakże pokochałby ją mój ukochany Albert!". Wesele odbyło się na zamku Windsor, 10 marca 1863 roku. Na kilka dni przedtem, w porze obiadowej, królowa pozostała w swoim pokoju, "czując się przygnębiona". Lecz przed samym obiadem "droga, łagodna Alix zapukała do drzwi, zajrzała, weszła i uklękła przede mną z tym jej słodkim, kochającym spojrzeniem, tak wymownym, że starczało za całe tomy. Byłam tym bardzo poruszona, więc nachyliłam się ku niej i pocałowałam ją". Na dzień przed ceremonią Wiktoria wzięła parę narzeczonych do mauzoleum Frogmore, gdzie, jak w świątyni, spoczywał Albert. Włożyła rękę Alix w dłoń Bercika, otoczyła oboje ramionami i rzekła: "Oto On daje wam swoje błogosławieństwo!" Aleksandra uważała się już za szczęśliwą. Rankiem w dniu ślubu powiedziała do Wiki: "Możesz myśleć, że wychodzę za Bercika z powodu jego stanowiska, lecz zapewniam cię, jeśli byłby nawet tylko pastuchem, to kochałabym go tak samo i nie poślubiłabym nikogo innego".
Dziesięć miesięcy po ślubie księżna Walii niespodziewanie musiała oderwać się od obserwowania, jak jej mąż gra w hokeja na lodzie, udała się do domu i porodziła syna. Przystając na życzenie królowej Wiktorii, aby wszyscy jej męscy zstępni nosili imię Albert, zaś żeńscy - Wiktoria, dziecko otrzymało formalnie imiona Albert Wiktor Christian Edward (dla rodziny - Eddy). Jego narodziny zbiegły się z dramatycznym i bolesnym wydarzeniem w polityce. Otóż 15 listopada 1863 ojciec Aleksandry objął tron Danii jako król Chrystian IX. Ignorując traktaty międzynarodowe, natychmiast przyłączył do królestwa Danii częściowo niezależne księstwa Szlezwiku i Holsztynu. Związek Niemiecki wyraził sprzeciw, zaś Prusy wysłały wojsko przeciw Duńczykom, co w rezultacie dało pierwsze zagraniczne zwycięstwo pruskiego prezydenta ministrów24, Ottona von Bismarcka. Wojna ta podzieliła brytyjską rodzinę królewską. Królowa i jej córka Wiki, teraz wszak kronprinzessin Prus, były proniemieckie; księżna Aleksandra, gorzko szlochająca nad swym "biednym Papą", razem z Bercikiem, rządem i większością prasy, zdecydowanie popierali Danię. Ostatecznie królowa wymusiła pokój wewnętrzny w Windsorze przez zadekretowanie, że w materii Szlezwiku i Holsztynu się nie dyskutuje. Gdy dwa lata później oba księstwa zostały z kolei zagarnięte przez Prusy, Aleksandra na zawsze pozostała zgorzkniała. Po latach, gdy kaiser Wilhelm II mianował jej drugiego syna, księcia Jerzego, honorowym pułkownikiem w pruskim regimencie, Aleksandra wyrzuciła z siebie: "Tak oto mój Jerzyk został teraz prawdziwym, brudnym, odzianym w niebieski płaszcz, niemieckim żołdakiem w pikielhaubie!!! Coż, nigdy nie myślałam, że czegoś takiego dożyję"!
W 1867 roku dwudziestodwuletnia Aleksandra zapadła na zapalenie stawów. Atak zaczął się w lutym, a dopiero w lipcu mogła być wywożona do ogrodu. Bercik, z początku zatroskany, szybko się tym znudził. "Księżna spędziła kolejną paskudną noc - napisała wzburzona dama dworu - co zawdzięcza głównie księciu, który obiecywał zajrzeć o pierwszej w nocy i utrzymywał ją tak w ciągłym wzburzeniu, gdyż odmawiała wzięcia przepisanych jej opiatów z obawy że spałaby, gdy on się zjawi! No, a on się nie zjawił, przynajmniej do trzeciej nad ranem"! Choroba pozostawiła Aleksandrę kulejącą, ze sztywnym już na zawsze kolanem. Wyzwoliła też w niej w jakiś sposób pewną formę dziedzicznej głuchoty, która z latami miała się pogarszać.
Na wiele lat po śmierci księcia Alberta królowa Wiktoria jakby się wycofała, dzieląc swój czas pomiędzy zamek Windsor i dwie rezydencje, które zaprojektował sam Albert: zamek Balmoral w górach Szkocji i Osborne House na wyspie Wight. Jej ministrowie, gdy pragnęli lub musieli skontaktować się z królową - podróżowali. Odmawiała przyjęcia do wiadomości faktu nieobecności księcia małżonka. Przez czterdzieści lat jego pokoje były utrzymywane w takim stanie, jakby nadal żył i mógł w każdej chwili do nich wejść. Każdego wieczora rozściełano mu łóżko, szykowano ciepłą wodę i świeży ręcznik. Jego surduty i spodnie, wiszące w szafach, były rygorystycznie i regularnie szczotkowane i prasowane. We wspólnej sypialni królowa zawiesiła jego portret nad pustą poduszką. Zasypiała, ściskając w garści jego nocną koszulę, a na nocnym stoliku trzymała odlew jego ręki, tak aby mogła go dosięgnąć. Jako że w umyśle królowej książę Albert nadal żył, zadecydowała więc, że to ona musi oczywiście być pośrednikiem oznajmiającym i interpretującym jego życzenia, a także dopilnowującym, aby jego rozkazy były spełniane. Co do tego Wiktoria była zawzięcie zdeterminowana. "Jestem szczerze zdecydowana powtarzać [...], że moim mocnym postanowieniem, moją nieodwołalną decyzją [jest], aby jego życzenia - jego plany - dotyczące wszystkiego, jego poglądy na wszystkie sprawy mają być moim prawem. I żadna ludzka siła nie odwiedzie mnie od tego, co on rozstrzygnął lub pragnął! Jestem także zdecydowana, że nikt inny - niechby nawet tak samo dobry czy oddany [...] nie będzie mi przewodził, prowadził czy dyktował. Wiem, jak bardzo by się to jemu nie podobało".
Głównym obiektem tych nieubłaganych ostrzeżeń był książę Walii. Później Wiktoria miała przyznać: "Po roku 1861 ledwo mogłam znieść myśl, że ktoś miałby mi pomagać lub zająć miejsce, jakie zawsze zajmował mój najdroższy". Bercik, który w chwili śmierci ojca miał lat dwadzieścia, nie mógł mieć udziału w wielkim dziele realizacji woli Alberta; w rzeczywistości stanowił on jedno z największych zmartwień królowej. Gdy Albert żył jeszcze, nadzór nad szkoleniem i postępowaniem księcia Walii należał właśnie do niego. Teraz była to już jej sprawa, a przyrzekła sobie, że będzie tak samo rygorystycznie kontrolować skłonnego do pobłądzenia syna, jak poprzednio czynił to jego ojciec. Nie miało być żadnego dzielenia się z następcą tronu - ani samą władzą, ani związanymi z nią kłopotami. Bercik był niedojrzały i niedyskretny. Podczas kryzysu o Szlezwik-Holsztyn, królowa poinformowała Ministerstwo Spraw Zagranicznych, iż księciu Walii nie powinno się powierzać "niczego bardziej sekretnej czy tajnej natury". Gdy Bercik poprosił o pokazanie mu depesz dyplomatycznych, królowa w krótkich słowach zabroniła jakichkolwiek "bezpośrednich kontaktów" pomiędzy rządem a swoim synem. "Książę Walii [...] nie miał i nie ma żadnego prawa do wtrącania się [...]. Królowa nie może pozwolić na jakiekolwiek prywatne czy poufne kontakty [...] bowiem w przeciwnym przypadku niemożliwe będzie zachowanie tajemnicy"!
Odcięty od wszelkiego, poza najbardziej powierzchownym i ceremonialnym, uczestnictwa w sprawach publicznych, książę Walii osiągnął mimo wszystko pewien stopień niezależności od matki. Człowiek żonaty, a w dodatku ojciec, potrzebował osobnego domu i gospodarstwa. Przerobiono więc Marlborough House przy Mall w Londynie, zbudowany jeszcze przez Christophera Wrena dla pierwszego księcia Marlborough, dokąd książę i księżna Walii wprowadzili się w roku 1862. W hrabstwie Norfolk zaś nabyta została posiadłość Sandringham, 7000 akrów25, obfitująca w bażanty i inną zwierzynę.
Jeśli książę został w ten sposób wykluczony z polityki, to życie towarzyskie było całkiem inną sprawą. W czasie gdy izolowanie się królowej spowodowało, że dwór prawie przestał się liczyć pod tym względem, młodzi książę i księżna Walii stali się centrum życia socjety i arbitrami elegancji. Królowa Wiktoria i książę Albert, idąc za inklinacjami Alberta, uważali londyńskie towarzystwo za frywolne i dekadenckie i ograniczyli swój krąg do królewskich krewnych, nieco tylko pokropiwszy go najstarszą szlachtą. Socjeta, która śmiała się z Alberta i żałowała Wiktorii, teraz szeroko otworzyła swoje drzwi dla młodzieńczego księcia Walii i jego pięknej księżnej. Oni zaś, a przede wszystkim Bercik, z otwartymi ramionami przyjęli wszystko co ta im ofiarowała. Dzień po dniu, Bercik pędził z jednego wydarzenia towarzyskiego na inne i radował się tymi wszystkimi bankietami, balami, operami, music-hallami, teatrami, garden party i prywatnymi kolacyj kami. Potrafił się obejść prawie bez snu. Czasami przyjaciele byli wzywani do Marlborough House późnym wieczorem na kolację i wista do białego rana. Przy innych okazjach z grupą przyjaciół rzucał się na odkrywanie nocnego życia Londynu, używając zresztą raczej wynajętych dorożek niż królewskich pojazdów. Wyprawy te często kończyły się w Music Hallu Evansa w Covent Garden, gdzie wraz z przyjaciółmi spędzał czas w wynajętej loży, przesłonięty specjalnym ekranem od spojrzeń publiczności.
Krąg księcia obejmował arystokratów, polityków, dyplomatów, finansistów, kupców, lekarzy, odkrywców, aktorów i aktorki. Krąg ten przybrał sobie miano "kompanii z Marlborough House". Jej członkowie, świadomi faktu, że Bercik nie cierpiał być sam, gotowi byli niemal w każdej chwili stawić się na wezwanie. Aby zinstytucjonalizować swe przyjaźnie, a równocześnie mieć zapewnione miejsce spotkań, w 1869 roku książę powołał do życia Klub Marlborough, przy Pall Mall 52, w pobliżu Marlborough House. Cztery setki dżentelmenów, sami znajomi Księcia Walii, tworzyły pierwszy skład członkowski, zaś sam Bercik został pierwszym prezesem klubu. Mile widziani byli także członkowie pochodzenia żydowskiego, a palić było wolno we wszystkich pomieszczeniach. Na trawniku poza budynkiem klubu była kręgielnia, gdzie Bercik z przyjaciółmi, w koszulach z krótkimi rękawami, oddawał się z zapałem grze, dopóki sąsiedzi nie zaprotestowali przeciwko łoskotowi toczących się kul. Aż do śmierci księcia, wszyscy kandydaci na członków klubu musieli uzyskać jego akceptację przed poddaniem się procedurze wyborów.
Bercik cenił swych kompanów i okazywał im niezachwianą lojalność, lecz w zamian oczekiwał pewnej wrażliwości. Lubił dobry humor, tolerancję i wesoły nastrój, uwielbiał dykteryjkę, dobrą anegdotę lub odpowiednio podany kąsek plotki. Snoby, cnotki, zarozumialcy i nudziarze mieli wstęp wzbroniony. Bercik nie zważał na umiarkowane żarty ze swej osoby, ale trzeba było znać miarę, oczekiwał szacunku i estymy należnej jego pozycji. Cały trik dla bliskich mu osób polegał na tym aby wiedzieć, gdzie przeciągnąć sobie linię oddzielającą kordialność od nadmiernej familiarności. Od czasu do czasu niektórym zdarzało się tę linię przekroczyć, na co książę reagował natychmiast. Za jego plecami przyjaciele nazywali go "Tamtam", mając na myśli jego szybko wzrastającą tuszę. Pewnego wieczora w Sandringham, odwiedzający księcia baronet zachowywał się w sali bilardowej dość dziko. Książę podszedł do niego, położył mu rękę na ramieniu i powiedział z uprzejmym uśmiechem: "Freddy, Freddy, jesteś bardzo pijany". Sir Frederick natychmiast wskazał na książęcą talię i odpalił: "Tamtam, jesteś bardzo tłusty". Książę obrócił się na pięcie i skinął na koniuszego. Następnego ranka Sir Frederick opuścił dom jeszcze przed śniadaniem.
Książę miał nienasycony apetyt. Na śniadanie przed polowaniem zjadał jajka sadzone, boczek, rybę i kurczaka lub bekasa. Jego obiad rzadko składał się z mniej niż dwunastu dań, im bardziej były bogate i wymyślne, tym lepiej. Uwielbiał kawior - o dowolnej porze, nigdy nie odmówił langusty gotowanej w chablis, a zwłaszcza gustował w dzikim ptactwie - jarząbek, bażant, kuropatewka, przepióreczka, słonka lub bekas - pozbawione kości, nadziane truflami lub gęsimi wątróbkami i skąpane w zawiesistym sosie z maderą. Nastawał, aby na niedzielny lunch, po kościele, podawano pieczyste wołowe i pudding yorkshirski, zaś pieczone ostrygi uważał za danie idealne na nocną kolacyjkę po teatrze. Żona uskarżała się, że potrafił zjeść wszystko, prawie przy tym nie żując i połykając w całości. Pił Bercik umiarkowanie, przedkładając szampan nad wina, a po obiedzie przyjmując tylko jeden kieliszek brandy. Uwielbiał jednak palić. Dla dżentelmena z epoki wiktoriańskiej było rzeczą niewybaczalną, żeby zapalić w towarzystwie pań; za wulgarne uważano nawet, gdy ktoś pachniał tytoniem. Królowa Wiktoria nie pozwalała palić w królewskich pałacach, nawet w sypialniach gościnnych. Pewnego razu hrabia Paul von Hatzfeldt, ambasador Niemiec, przyłapany został na zamku Windsor, jak leżał w piżamie na podłodze swej sypialni z głową w kominku, starannie wydmuchując dym ku górze. W jadalni nie paliło się po obiedzie, nawet gdy panie już sobie poszły, dżentelmeni siedzieli i pili porto lub brandy, unikając tytoniu, aby nie skazić pomieszczenia jego zapachem. Dopiero gdy panie położyły się już do łóżek, panowie zmieniali fraki na jedwabne bonżurki i w palarni pociągali cygara lub papierosy. Książę Walii nie był w stanie zmienić tych zasad, przynajmniej dopóki jego matka zasiadała na tronie. Jednakże w swoich domach, a także wszędzie indziej, palił wręcz kolosalne ilości. Zaczynając od małego cygara i dwóch papierosów przed śniadaniem, przeciętnie wypalał dwanaście dużych cygar i dwadzieścia papierosów dziennie.
Królowa Wiktoria z oddalenia obserwowała z dezaprobatą zachowanie tego, co nazywała "lekką kompanią z Marlborough House". Opisując socjetę jako "odpychającą, wulgarną, złą i frywolną pod każdym względem", lubiła porównywać ją do szlachty Francji w przededniu Wielkiej Rewolucji Francuskiej. Książę i księżna Walii, ale zwłaszcza książę, wydawali się jej oddawać wyłącznie przyjemnościom. "Bercik i Alix wyjechali [...] dziś [z Windsoru], oboje wyglądali tak chorzy jak tylko możliwe - pisała do Wiki - Bardzo się tu wszyscy martwimy o nich. Bo choć Bercik powiada, że pragnie się nią opiekować, to kontynuuje swe conocne wypady, i pewnie będzie tak czynił, aż zostanie z niej tylko szkielet. Och, jakże się różni biedny, głupi Bercik od uwielbianego Papy, którego łagodna, pełna miłości, mądra, wręcz matczyna troska o mnie, kiedy nie miał jeszcze 21 lat, przekraczała wszelkie wyobrażenia".
W październiku 1871 roku, krótko po swych trzydziestych urodzinach, książę zaraził się durem brzusznym podczas wizyty na wsi. Dwie osoby z przebywającego tam towarzystwa, jeden hrabia i jeden stajenny, także zapadli na tę chorobę i ostatecznie zmarli. Bercik został zabrany do Sandringham, gdzie ciągle mu się pogarszało. Na początku grudnia stan jego stał się wystarczająco zły, żeby królowa Wiktoria w pośpiechu zjechała do Sandringham, gdzie miała pozostać jedenaście dni. Reszta rodziny królewskiej, zgromadzonej w przepełnionym domu, podzieliła się na grupy i - siedząc w bawialniach - oczekiwała z niecierpliwością na wiadomości. Księżna Aleksandra przesiadywała przy łożu męża, wychodząc jedynie do miejscowego kościoła, aby modlić się za jego zdrowie. Królowa także siedziała w pokoju chorego, obserwując syna, który, skąpany w pocie, przechodził od stanu gorączkowego snu do ciskania poduszkami w swoją pielęgniarkę. Wszyscy pamiętali o zbliżającej się rocznicy, 14 grudnia, kiedy to przed dziesięcioma laty na tę samą chorobę zmarł książę małżonek. 11 grudnia Bercik majaczył nieprzerwanie, to gadając, to śpiewając, to znów gwiżdżąc. O siódmej wieczorem powiedziano Królowej, że w nocy prawdopodobnie nadejdzie koniec. "W tych rozdzierających serce chwilach - zapisała Wiktoria w dzienniku - prawie nie wiedziałam, jak się mam właściwie modlić, prosiłam jedynie Boga, aby, jeśli to możliwe, oszczędził moje ukochane Dziecko". Rankiem książę czuł się nieco lepiej, a do czternastego gorączka całkowicie znikła.
Bercik szukał urozmaicenia w podróżach. W 1866 roku, książę Walii pojechał do St Petersburga, aby reprezentować matkę na ślubie swej duńskiej szwagierki, siostry Aleksandry, Minny, z rosyjskim carewiczem Aleksandrem (znanym jako Sasza). Alix gorąco pragnęła jechać, ale była w ciąży i musiała zostać w domu. Za to w 1869 roku towarzyszyła księciu w sześciomiesięcznym objeździe wiodącym przez Paryż, Kopenhagę, Berlin, Wiedeń, Kair, Konstantynopol, Sewastopol, Jałtę i Ateny. W Wiedniu Bercik uznał protokół dworu Habsburgów za uciążliwy - wymagał on, aby Bercik odwiedził wszystkich członków rozległej rodziny Franciszka Józefa - a "ponieważ w Wiedniu obecnych jest dwudziestu i siedmioro arcyksiążąt, jest to ciężka robota". W Egipcie sześć błękitno-złotych parowców rzecznych powiozło królewskie towarzystwo pięćset mil w górę Nilu, holując za sobą barki wiozące trzy tysiące butelek szampana, cztery tysiące butelek klareta26, czterech francuskich kucharzy i białego osła, który miał wozić księżnę. Wracając do Kairu, Bercik wspiął się na szczyt Wielkiej Piramidy, zaś Alix odwiedziła harem kedywa, gdzie kobiety umalowały jej twarz i oczy, owinęły w orientalną suknię i zawój, po czym odesłały z powrotem, aby zrobiła niespodziankę mężowi.
Ulubionym krajem księcia Walii była Francja, a ulubionym miastem na kontynencie - Paryż. Jako czternastoletni chłopiec powiedział cesarzowi Napolenonowi III, jadąc wraz z nim powozem przez francuską stolicę: "Podobałoby mi się być pana synem". W ostatniej dekadzie Drugiego Cesarstwa (lata sześćdziesiąte XIX wieku), Bercik korzystał z każdej możliwości odwiedzenia Paryża i pławienia się w blasku dworu cesarskiego. Stał się znajomą i popularną postacią w wielu kręgach Paryża, wśród Burbońskich księżniczek z Domu Orleańskiego, synów Domu Handlowego Rotszyldów, wdów z Faubourg St-Germain i pań z półświatka. Po upadku cesarstwa w 1870 roku Bercik pozostał mile widzianą figurą nie tylko w arystokratycznym francuskim Jockey Club, którego członkiem pozostawał do śmierci, ale też wśród polityków republikańskich, którzy w Anglii upatrywali przeciwwagę dla zmasowanej potęgi nowego Cesarstwa Niemieckiego. Po Francji książę zazwyczaj podróżował incognito, stając się przy takich okazjach "Baronem Renfrew" lub, gdy była z nim Aleksandra, "księciem i księżną Lancaster", czy nawet "panem i panią Williams". Nikt nie dawał się nabrać, lecz publiczność rozumiała że pragnął cieszyć się swoją prywatnością.
Każdego roku, z końcem londyńskiego sezonu, książę udawał się pożeglować do Cowes, a potem wymykał się do jakiegoś uzdrowiska na kontynencie, żeby próbować stracić trochę na wadze. Jeśli trafiał przy takiej okazji do Austrii, to odwiedzał cesarza. Pomijając protokół - lubił Franza Josepha. "Pogoda jest nadal wspaniała i przyjemnie jest pojeździć sobie konno na manewrach - pisał habsburski cesarz w 1888 roku, gdy miał pięćdziesiąt osiem lat, zaś Bercik czterdzieści - Mocno się starałem aby urwać się księciu Walii ciągłym ostrym kłusem, a potem nawet galopem. Ale nie udało mi się. Ten pękaty mężczyzna dotrzymywał mi kroku cały czas. Wykazał niewiarygodną wytrzymałość, nawet gdy już mu mięśnie ździebko zesztywniały. Przetarł sobie na wylot swoje czerwone huzarskie spodnie, przez co nie czuł się najswobodniej, jako że nie nosił nic pod spodem".
Książę nie znosił Niemiec. Bernhard von Bülow, niemiecki dyplomata, mający w przyszłości zostać kanclerzem, znał księcia dobrze i powiadał, że Bercik "nie potrafił nigdy pozbyć się wrażenia że słowo "niemiecki" oznacza ciasnotę umysłu, umoralniające gadki, musztrę i brutalną siłę. Jeśli spotkał człowieka nudnego, nietaktownego i źle wychowanego, zwykł był powiadać o takim: "Jest taki męczący i nudziarski jak niemiecki profesor". Jeśli zaś zdawało mu się, że damie zbywa na wdzięku i elegancji, to przyrównywał ją do niemieckiej Frauchen". Pogląd Bercika na Niemcy umacniała w nim żona, księżna Aleksandra, która nienawidziła Niemców za oderwanie Szlezwiku i Holsztynu od Danii, a także siostra Wiki, niemiecka kronprinzessin, a później cesarzowa, która nie cierpiała prawie wszystkiego, z czym stykała się w Berlinie i w Niemczech. Bercik wysoko cenił swą siostrę i jej męża Fryderyka i jeśli wizyta w Niemczech była połączona z odwiedzinami u tych dwojga, mniej się dąsał, gdy miał tam jechać. Później, gdy kaiserem został jego bratanek Wilhelm, unikał Niemiec jak ognia. Książę dał wyraz swoim uczuciom podczas trzech krótkich wojen stoczonych przez Bismarcka i Prusy w celu wykucia jedności Niemiec: opisał wojnę z Danią zakończoną aneksją Szlezwiku-Holsztynu jako "wieczną plamę na historii Niemiec"; wierzył że słuszność i sprawiedliwość leżały po stronie Austrii w wojnie austriacko-pruskiej w 1866; jego zaś sympatia dla Francji w wojnie francusko-pruskiej 1870-1871 była tak wyraźna, że premier Gladstone, a w końcu nawet królowa, poczuli się zmuszeni wpłynąć na niego, żeby zamilknął.
Królowej Wiktorii, zamkniętej w Windsorze, Osborne lub Balmoral, wydawało się, że jej syn jest w wiecznym ruchu. "Cały kraj i my wszyscy wolelibyśmy widzieć cię nieco bardziej statecznym" - pisała do niego. Odpowiedział z całą cierpliwością, na jaką mógł się zdobyć: "Przypominasz mi, najdroższa Mamo, że mam już lat 45, o czym bynajmniej nie zapomniałem. Myślę, że jesteś trochę niesprawiedliwa w stosunku do mnie, gdy piszesz o mojej rundzie zabaw, jakim oddaję się w Cannes, Londynie, [Bad] Homburg i Cowes. [...] Lubię Cannes, zwłaszcza dla jego klimatu i scenerii, tak samo jak ty lubisz Aix [-en-Provence], dokąd, jak powiadasz, wybierasz się tego roku. [...] Co się zaś tyczy Londynu, to myślę, droga Mamo, że wiesz dobrze, iż czas, jaki tam spędzamy, nie jest całkiem rozrywką, raczej wręcz przeciwnie. Do Homburg jeżdżę tylko dla zdrowia, a do Cowes - aby użyć trochę morskiej bryzy i jachtingu, które stanowią solidne odprężenie po trudach sezonu londyńskiego. Nikt nie zdaje sobie sprawy lepiej ode mnie, że nie jestem doskonały, lecz mimo to staram się spełniać liczne i ciągle się zwiększające obowiązki tak dobrze, jak tylko zdołam, ani też nie uchylam się od wielu innych, których, wyznaję, wolałbym nie musieć wykonywać. Jest takie stare angielskie powiedzenie, że "z samej pracy - bez zabawy - wyrasta chłopiec nudnawy" - i jest w nim bardzo wiele prawdy [...]"
Podróże zagraniczne nie uspokoiły niezmordowanego księcia. Zacząwszy już w wieku lat dwudziestu kilku, Bercik był niewierny Aleksandrze przez całą resztę życia. Od czasu gdy jej swobodę ograniczyła głuchota, Bercik zaczął odczuwać znudzenie. Ona próbowała jakoś trzymać fason, lecz ostatecznie porzuciła te wysiłki. Bercik wychodził, pozostawał do późna, i był wszędzie otoczony przez pociągające kobiety z towarzystwa.
Dżentelmeni w wiktoriańskiej Anglii mogli zabawiać się, ile im się żywnie podobało, z "aktorkami"; jak socjeta określała kobiety z ulic i specjalnych domów. Zakusy na niezamężne dziewczęta z dobrych domów były surowo wzbronione. Po zamęściu młoda kobieta z towarzystwa także nie powinna być celem podchodów, dopóki nie urodziła swojemu mężowi kilku synów dla przekazania nazwiska rodowego i odziedziczenia dóbr. Zasadniczym prawidłem postępowania, kryjącym się za całą tą strukturą, była dyskrecja; można było o wszystkim wiedzieć, ale nic nie należało mówić. Ostateczną hańbą był rozwód, gdy oskarżenia i szczegóły procesu dostawały się do gazet, informując średnią i niższą klasę, że oto wymagania stawiane przez królową Wiktorię i Kościół Anglikański są nagminnie wykpiwane przez arystokrację kraju.
Książę Walii rygorystycznie przestrzegał tych zasad. Jego romans z Lillie Langtry, zawodową pięknością, której potem dopomógł w odniesieniu sukcesu w charakterze aktorki estradowej, odbywał się za publiczną zgodą jej męża, Edwarda Langtry. Nie było też żadnych publicznych nieprzyjemności ze strony mężów lady Brooke (późniejszej hrabiny Warwick) czy pani Jerzowej Keppelowej. Księżna Aleksandra także opanowała do perfekcji swoją rolę w tych dramatach królewskiej sypialni. Pogląd jej na te sprawy sprowadzał się do tego, że inne kobiety nie są w stanie zagrozić - w rzeczy samej dalekie były od tego - jej własnym stosunkom z "moim Bercikiem". Dopóki nie dochodziło do publicznego skandalu, Aleksandra pozostawała taktowna i wybaczająca, nawet tolerancyjnie ubawiona sytuacją. Przykład takiego jej nastawienia przekazała Georgina Battiscombe: "Pewnego dnia zdarzyło się [Aleksandrze] wyjrzeć przez okno w Sandringham właśnie w chwili, gdy jej mąż ze swą kochanką powracali z przejażdżki odkrytym powozem. Sama księżna nigdy nie utraciła swojej wdzięcznie szczupłej figury, lecz Alice Keppel, młodsza od księżnej o dwadzieścia pięć lat, roztyła się już bardzo, zaś książę Walii od dawna zasługiwał na swe mało szacowne przezwisko "Tamtam". Widok tej krąglutkiej pary, siedzącej dostojnie obok siebie, to było za wiele nawet dla zrównoważonej Aleksandry, która wezwała swą damę do towarzystwa, aby też popatrzyła na przekomiczną scenę, po czym ulżyła sobie wybuchając śmiechem".
Królowa Wiktoria skarżyła się, że syn się marnuje w towarzystwie "lekkiej kompanii" z Marlborough House, lecz gdy tylko premier spróbował przełamać tę sytuację poprzez znalezienie mu jakiegoś prawdziwego zajęcia, matka stawała okoniem. Zwłaszcza Gladstone próbował. Po odwiedzinach u księcia w Sandringham, premier napisał do królowej, sugerując, że należy księcia nakłonić do wyrobienia w sobie nawyku czytania. Królowa odpowiedziała: "Ma ona tylko tyle do powiedzenia, że K. W. nigdy nie gustował w czytaniu i że od najmłodszych lat było niemożliwością zmusić go do tego. Gazety codzienne i, bardzo rzadko, powieść, to wszystko co kiedykolwiek czytuje".
Panowanie królowej Wiktorii przeciągało się i książę ciągle nie miał nic poważnego do roboty. "Książę Walii pisze do mnie, że nie ma żadnego sensu w jego dalszym pobycie w Cowes (choć jednak zamierza zostać), jako że nie jest w niczym użyteczny królowej - pisał jeden z doradców Bercika do drugiego w 1892 roku - Wszystko, co powie lub zasugeruje, jest wykpiwane" Bercik jednak wytrzymał. Od chwili swej dojrzałości i małżeństwa spędził nadzwyczaj długi okres czasu - prawie cztery dekady - w oczekiwaniu tego tak ludzkiego, jak i politycznego wydarzenia, którego musiał równocześnie pragnąć i obawiać się.
Rodzina królowej Wiktorii rozprzestrzeniała się po Europie, w miarę jak kuzyni i kuzynki zawierali związki małżeńskie, a królowie i cesarze, prywatnie znani jako Bercik i Jerzyk, Sasza i Nikuś, Fryc i Wiluś, wszyscy odnosili się do starej kobietki w zamku Windsor jak do "Babci". Wszystkie jej dziewięcioro dzieci i większość wnucząt wstąpiło w związki małżeńskie, a w momencie śmierci miała już trzydzieści oro siedmioro żyjących prawnucząt. W sprawach rodzinnych od jej dictum nie było odwołania, a najdrobniejsze problemy najmłodszych wzbudzały jej żywe zainteresowanie, podczas gdy równocześnie traktowała najstarszych swych potomków prawie jak pędraków. Przy pewnej okazji czworo z jej dzieci, książę Edynburga, książę Connaught, książę Leopold i księżniczka Beatrycze, weszło po trapie na pokład królewskiego jachtu "Victoria and Albert", aby przyłączyć się do matki, która przybyła wcześniej i udała się do swych kabin. Książę Edynburga, pełny admirał w Marynarce Królewskiej i głównodowodzący Floty Śródziemnomorskiej, poinformował dowódcę jachtu, że można odbijać, a ten wielce przepraszał i tłumaczył, że nie ma rozkazów od królowej. Dzieci, wszystkie dorosłe, spoglądały po sobie, "Czy nie zapytałeś matki"? "Nie, nie pytałem, myślałem, żeś ty to zrobił". Książę Connaught został wysłany z misją poproszenia o zezwolenie na odcumowanie jachtu. Wiktoria, która cały przebieg wydarzeń przewidziała i tylko czekała, co się naprawdę wydarzy, skinęła głową na znak zgody.
Wraz z upływem czasu na powrót uzewnętrzniło się poczucie humoru królowej, stłumione najpierw przez sztywne decorum narzucone przez księcia Alberta, zaś potem przez wymogi żałoby po jego śmierci. Aczkolwiek nigdy Alberta nie zapomniała i każdego dnia spędzanego w Windsorze odwiedzała mauzoleum Frogmore, zaczęła się uśmiechać, potem śmiać, a czasem nawet wręcz ryczeć ze śmiechu z czyjejś niestosownej pompatyczności, ujawnionej pretensjonalności lub śmiesznego przejęzyczenia. Pewnego wieczora w Osborne królowa zabawiała słynnego admirała, któremu nie dopisywał słuch. Wiktoria uprzejmie wypytywała go o jego flotę i jej działania, lecz w pewnym momencie zmieniła temat i zapytała jak się miewa siostra admirała, starsza i niezmiernie dystyngowana wdowa. Admirał myślał, że pyta go o jego okręt flagowy, który wymagał rychłego przeglądu. "Doskonale, Pani - odrzekł - gdy tylko wrócę, mam zamiar ją wyciągnąć, obrócić na bok i dobrze odrapać jej tyłek z zarostu"27. Królowa na sekundę zrobiła wielkie oczy, lecz potem przez kilka minut cała jadalnia rozbrzmiewała niepowstrzymanymi potokami jej śmiechu. Oczywiście była i druga, całkiem przeciwna strona. Niegrzeczność, wulgarność, nieprzestrzeganie etykiety, cokolwiek choćby tylko ocierającego się o obrazę majestatu wywoływało miażdżącą dezaprobatę. Twarz królowej lodowaciała, oczy kamieniały i głosem, który często unicestwiał jakiekolwiek widoki przestępcy na przyszłość w towarzystwie, Jej Królewska Mość powiadała: "Nie jesteśmy rozbawieni".
W swych późniejszych latach Wiktoria wymagała specjalnego traktowania, jako królowa i jako kobieta. Beniamin Disraeli, lord Beaconsfield, dwukrotny premier z ramienia konserwatystów, pod koniec życia wyjaśniał Mateuszowi Arnoldowi28: "Każdy lubi pochlebstwa, a gdy ma się do czynienia z osobami krwi królewskiej, powinno się je nakładać bardzo obficie". Disraeli schlebiał hojnie. Uczynił Wiktorię Cesarzową Indii, a nieco później, w dniu jej urodzin, złożył taki oto hołd: "Dzisiaj lord Beaconsfield powinien chyba stosownie pogratulować swej potężnej Suwerence jej imperialnej potęgi, ogromu jej Imperium, sukcesów i siły jej flot i armii. Lecz nie potrafi, gdyż jego dusza jest w całkiem innym nastroju. Potrafi jedynie myśleć o tym dziwnym zdarzeniu losu, które kazało mu zostać sługą kogoś tak wielkiego, kogo nieskończona uprzejmość, błyskotliwa inteligencja i niezłomność woli sprawiły, że mógł w ogóle podjąć się tej pracy, do której sam z siebie całkiem się nie nadawał, i kto wspierał go we wszystkich sprawach poprzez otaczanie taką sympatią, jaka w chwilach trudności zarówno oczarowuje, jak i inspiruje".
William E. Gladstone, czterokrotny premier ze strony liberałów, nie posiadał wyczucia Disraeliego. Królowa Wiktoria nie zgadzała się z pewnymi aspektami jego polityki - jej tendencje były raczej konserwatywne niż liberalne - ale podczas długiego panowania miała wszak wielu liberalnych ministrów, z którymi znajdowała wspólny język. Gdy Gladstone zastąpił Disraeliego w roku 1880, królowa poinformowała swego prywatnego sekretarza, że "prędzej abdykuje", niż pośle29 po Gladstone'a, "tego na wpół szalonego zapalczywca, który rychło doprowadzi wszystko do ruiny, aby zostać Dyktatorem". Dwanaście lat później Gladstone powrócił po raz czwarty jako premier. Królowa lamentowała z powodu "niebezpieczeństwa dla kraju, dla Europy, dla jej ogromnego Imperium, jakie wiąże się z powierzeniem wszystkich wielkich spraw trzęsącej się już ręce starego, zdziwaczałego i nie znającego miary osiemdziecięciodwuipółletniego człowieka. [...] Jest to straszliwa próba, lecz dzięki Bogu kraj jest w dobrym stanie". Problem pana Gladstone'a polegał na tym, że nie potrafił się przypodobać. Jest niemożliwością wyobrazić sobie Gladstone'a, jakkolwiek uprzejmego, piszącego lub wyrażającego się językiem Disraeliego. W swoich rozmowach czy korespondencji z suwerenką Gladstone był pełen szacunku, a nawet czci. Ale królowa chciała być traktowana jak kobieta, a tymczasem "on mówi do mnie, jakbym była zgromadzeniem publicznym".
Wiktoria była dla Brytyjczyków kimś więcej niż osobą, więcej nawet niż królową; była ona - i to była tak długo, jak większość z nich mogła pamiętać - częścią materii ich życia. Ucieleśniała historię, tradycję, rząd oraz strukturę i moralność ich społeczeństwa. Ufali jej i wierzyli, że dobrze jest, iż trwa, zawsze gotowa spełnić swój obowiązek, nadać porządek życiu swych poddanych. I nie rozczarowała ich. W zamian darzyli ją swym posłuszeństwem, swym oddaniem i estymą. Pewna wiktoriańska matrona wyraziła to zdaniem, wypowiedzianym do przyjaciółki w chwili, gdy opadała kurtyna po wspaniałym występie Sary Bernhardt jako Kleopatry: "Jakież to różne, jak bardzo różne od domowego życia naszej własnej, drogiej Królowej".
2Wiki i Wiluś
Och, Pani, to księżniczka" - zaanonsował lekarz czuwający nad narodzinami pierwszego dziecka królowej Wiktorii.
"Nic nie szkodzi - odrzekła zwięźle dwudziestojednoletnia królowa, ciągle energiczna po dwunastogodzinnym porodzie - Następny będzie książę".
Bercik narodził się jedenaście miesięcy później. Jej ulubionym jednak dzieckiem, a także ulubionym dzieckiem "Najdroższego Alberta", pozostała ta pierwsza dziewczyneczka, Wiktoria Adelajda Maria Luiza, znana jako "Wiki", która dorastała aby zostać cesarzową Niemiec i matką kaisera Wilhelma II.
Albert był oczarowany przez tę inteligentną dziewczynkę, która mówiła z rodzicami po niemiecku, a prawie równie dobrze po angielsku i po francusku. Jej umysł był chłonny, a nauczyciele, którzy tyle trudności mieli z księciem Walii, wysyłali promienne raporty o jego starszej siostrze. Wiki była także uparta, samolubna, ulegająca emocjom; pewnego razu jako dziecko próbowała przerywać gdy matka rozmawiała ze swoimi ministrami. Gdy dżentelmeni nie chcieli się uciszyć, Wiki tupnęła nóżką i powiedziała, "Królowo, królowo, spraw aby mnie posłuchali". Królowa Wiktoria robiła co mogła, aby kontrolować takie zachowania. Mając lat trzynaście, podczas przejażdżki z matką Wiki upuściła chusteczkę z powozu tak, aby mogła patrzeć, jak koniuszowie rzucają się, aby ją podnieść. Królowa Wiktoria kazała zatrzymać karetę, opuścić jej schodki i powiedziała: "Wiktorio, idź i podnieś sama". Pomimo to królowa korzystnie oceniała zalety córki nie tylko w porównaniu z zaletami Bercika, ale i swoimi własnymi. "Bercik jest moją karykaturą - pisała do Wiki, gdy ta już była dorosła - [...] Ty zaś cała jesteś dzieckiem swego drogiego, ukochanego Taty. Jesteś tak uczona i tak lubisz głębokie i filozoficzne książki, że dalece mnie wyprzedziłaś, a z pewnością nie odziedziczyłaś tych gustów po mnie".
Książę Albert planował szczególną przyszłość dla tego szczególnego dziecka. Albert marzył o Europie zjednoczonej w liberalizmie, postępie i pokoju. Konstytucyjna monarchia liberalnej Anglii miała zostać jednym z bliźniaczych filarów tej szlachetnej budowli; zjednoczone Niemcy, garnące się pod przywództwo nowo zliberalizowanych Prus, miały być drugim. Król Prus, Fryderyk Wilhelm IV, i jego brat, który miał objąć tron jako król Wilhelm I, byli obaj bardzo sztywnymi konserwatystami, lecz obaj się starzeli. Przyszłość należała do syna Wilhelma, młodego księcia Fryderyka30. A Fryderyk, jeśli nawet nie był oślepiająco inteligentny, to był przystojny, przyjazny i obowiązkowy; był mężczyzną, który - Albert był tego pewny - dałby się pokierować przez mającą jasny umysł i wyraźny cel żonę. Kogoś takiego jak Wiki.
Fryc, jak powszechnie nazywano Fryderyka, spotkał Wiki na Wielkiej Wystawie roku 1851, gdy miał lat dwadzieścia, a ona dziesięć. Cztery lata później, spacerując wśród wrzosów na stoku wzgórza w pobliżu Balmoral, wysoki, jasnowłosy pruski książę oświadczył się czternastoletniej królewnie. Wesele, odłożone do czasu, aż narzeczona ukończy lat siedemnaście, stało się przyczyną bardzo ostrej i pełnej tarć konkurencji pomiędzy dynastią brytyjską a pruską. Prusacy ogłosili, że w zgodzie z tradycją Hohenzollernów, ich książęta żenią się w Berlinie. Królowa Wiktoria nakazała ministrowi spraw zagranicznych przekazać ministrowi31 Prus, żeby ten "nie dopuszczał nawet możliwości rozważania tej kwestii. [...] Królowa nigdy by się na to nie zgodziła, tak z przyczyn publicznych, jak i prywatnych, zaś przypuszczenie iż jest to zbyt wiele dla pruskiego kronprinza, aby przyjechać i w Anglii poślubić królewnę Wielkiej Brytanii, jest zbyt absurdalne, najłagodniej mówiąc. [...] Jakakolwiek by była zwykła praktyka pruskich książąt, to nie co dzień zaślubia się najstarszą córkę królowej Anglii. Sprawa więc musi być uważana za postanowioną i zamkniętą".
Nic więcej nie zostało już powiedziane. 25 stycznia 1858 roku odbyły się zaślubiny w kaplicy św. Jakuba, a młoda para opuściła kościół przy dźwiękach "Marsza Weselnego" Mendelssohna, która to muzyka została przy tej okazji po raz pierwszy wykorzystana podczas prawdziwego ślubu. Wiki we łzach wyjechała do Niemiec. Królowa łkała, gdy objęła swą córkę. "Biedne drogie dziecko! - napisała potem - Utuliłam ją w ramionach, i pobłogosławiłam, i nie wiedziałam co powiedzieć. Pocałowałam dobrego Fryca i kilkukrotnie uścisnęłam mu rękę. Nie był w stanie nic powiedzieć i miał łzy w oczach". W Gravesend panna młoda lamentowała: "Zdaje mi się, że umrę, gdy opuszczę drogiego Tatę". Bercik szlochał, gdy stał obok ojca na kei nad Kanałem, machając ręką do statku uwożącego mu siostrę na Kontynent. Tylko Albert panował nad sobą, lecz potem pośpieszył do Windsoru, aby napisać córce: "Nie jestem naturą skorą do uzewnętrzniania uczuć, tak że trudno ci sobie wyobrazić, jak zawsze byłaś mi droga [...]"
Przyjęcie zgotowane Wiki w Berlinie było chłodne. Uczucia na dworze i w społeczeństwie pruskim były tak bardzo przeciwne "angielskiemu" małżeństwu, że brytyjski minister, lord Bloomfield, unikał nawet odwiedzania córki swojej suwerenki. Konserwatywni Prusacy, świadomi nadziei księcia Alberta na liberalne Niemcy, przejrzeli jego plan użycia małżeństwa Wiki, jako środka do osiągnięcia tego celu. Otto von Bismarck, ówczesny przedstawiciel Prus w Sejmie Federalnym we Frankfurcie, pisał do przyjaciela, "Pytasz mnie [...] co myślę o "angielskim małżeństwie". Otóż "angielskie" w tym zestawieniu nie podoba mi się, za to "małżeństwo" może być całkiem niezłe, jako że księżniczka cieszy się opinią osoby obdarzonej rozumem i sercem. Jeśli księżniczka potrafi zostawić Angielkę w domu i zostać Prusaczką, może stać się błogosławieństwem dla naszego kraju. Jeśli zaś nasza przyszła królowa pozostanie choćby w najmniejszym stopniu Angielką na tronie pruskim, wtedy widzę nasz dwór otoczony wpływami angielskimi". Pruska rodzina królewska wydawała się nie być zainteresowana tym, aby siedemnastoletnia młoda żona poczuła się mile widziana. Pomimo długiego narzeczeństwa dla młodej pary nie przygotowano domu i musieli swoją pierwszą zimę spędzić w ciemnych, zimnych apartamentach w zamku berlińskim. "Niekończące się, ciemne korytarze łączyły ogromne, tajemniczo wyglądające pokoje zawieszone obrazami od dawna zapomnianych królewskich osobistości; wiatr świstał w wielkich kominkach [...]", wspominała dama dworu, której przyszło cierpieć razem z nimi.
Wiki nie lubiła wysokich butów, które Prusacy nosili bez przerwy, potępiała brak łazienek, cienkość pruskich sreber stołowych oraz formalność, monotonię i długi czas trwania pruskich ceremonii dworskich. Wszystkie te sprawy, oznajmiła, są lepiej rozwiązane w Anglii. W roku 1860, po trzech latach w Berlinie, zaczęła podsuwać mężowi swoje rady polityczne. "Rządzenie krajem nie jest sprawą do której tytuł mają tylko król z garstką uprzywilejowanych - napisała do Fryca podczas wizyty w Anglii - Wręcz przeciwnie, uczestniczenie w tym jest prawem i świętym obowiązkiem każdej osoby, a także narodu jako całości. Normalna więc edukacja, jaką otrzymują pruscy książęta, nie jest w stanie spełnić wymogów dnia dzisiejszego, choć twoja, dzięki troskliwej miłości twojej Mamy, była i tak lepsza od tej jaką otrzymali inni. [...] Jednakowoż nie byłeś zaznajomiony ze starymi liberalnymi i konstytucyjnymi koncepcjami ani też nie czułeś się wobec nich zbyt pewny, a było tak jeszcze wtedy, gdy się pobieraliśmy. Jakież niezwykłe postępy poczyniłeś w ciągu tych lat"!
Wiki ciągle mówiła o Anglii jako o "domu". W 1871 roku, po trzynastu latach pobytu w Prusach, pisała do przyjaciółki: "Nie wyobrażasz sobie jak mi tu nudno, smutno i dziwnie, z dala od was wszystkich i ukochanej Anglii! Za każdym razem gdy tam jestem, czuję jak moje przywiązanie do tego drogocennego kawałka ziemi staje się coraz silniejsze". Kaiser Wilhelm II zapisał w swych wspomnieniach: "Oceniała wszystko i znajdowała, że wszystko u nas jest gorsze, zaś lepsze w Anglii, którą zwyczajowo nazywała "domem"" Wilhelm II tak objaśniał postępowanie swojej matki: "Przybywała z kraju, który miał mało wspólnego z Kontynentem, od stuleci wiódł swoje własne życie [...] całkiem różne od tradycji i rozwoju kraju, z którym miała się związać. Prusacy nie byli Anglikami [...] byli Europejczykami. Mieli odmienne pojęcia monarchii i klasy". [Pomimo to,] moja matka, płonąc zapałem, postanowiła stworzyć w swoim nowym domu to wszystko, co zgodnie z jej angielskim wykształceniem i poglądami było niezbędne do stworzenia w kraju powszechnego poczucia szczęścia".
27 stycznia 1859 roku Wiktoria, w wieku lat osiemnastu, urodziła syna, który miał zostać kaiserem Wilhelmem II. Wiki przetrwała długi i bolesny poród, z płodem w położeniu pośladkowym, bez znieczulenia. Użycie kleszczy było trudne i spowodowało poważne uszkodzenie lewego ramienia dziecka. Przez trzy dni pozostało ono niezauważone, dopiero potem odkryto, że ramię jest sparaliżowane, a jego mięśnie zmiażdżone. Badanie wykazało, że podczas porodu ramię zostało prawie wyrwane ze stawu. Pomimo niekończących się ćwiczeń i ciągłego leczenia ani ramię, ani ręka nie wróciły do normy. Przez całe życie Wilhelma, cała ręka pozostała mniejsza, słaba i niemal bezużyteczna. Lewe rękawy marynarek i kurtek mundurowych Wilhelma były przykrawane krócej od prawych, w małej lewej ręce zazwyczaj nosił rękawiczki albo wsuwał ją do starannie umieszczonej we właściwym miejscu kieszeni bądź też opierał na rękojeści szabli. Wilhelm nie mógł używać normalnego noża i widelca; przy posiłkach musiał mu kroić mięso lokaj lub towarzysz przy stole32.
Na razie, gdy dziecko było jeszcze małe, wszystkie te smutki pozostawały sprawą przyszłości. Chłopak był pierwszym wnukiem królowej Wiktorii (miała ona dopiero trzydzieści dziewięć lat) i zgodnie z jej życzeniem miał otrzymać imię Alberta. Całość jego imienia to: Fryderyk Wilhelm Wiktor Albert, a rodzinie był znany jako Wilhelm lub Wiluś. Królowa Wiktoria była zachwycona. Zobaczyła go po raz pierwszy, gdy miał dwadzieścia miesięcy. "Nasze [...] kochane wnuczątko [...] samo przyszło [...] w białej sukieneczce z czarnymi kokardkami. [...] Jest tłuściutkim dzieckiem o pięknej białej i miękkiej skórze, bardzo zgrabnych łopatkach i członkach, a także o milutkiej buzi, całkiem jak Wiki i Fryc. [...] Ma oczy Fryca, usta Wiki i bardzo jasne kręcone włosy". Gdy Wilhelm miał dwa i pół roku, Wiki przywiozła go do Osborne, gdzie jego dziadek Albert huśtał go, zawiniętego w dużą serwetę z białego adamaszku. Chłopczyk krzyczał z radości, a babcia cmokała i śmiała się z dezaprobatą.
Jako czterolatek Wilhelm ponownie został przywieziony do Anglii, aby być obecnym przy ślubie swego wujka Bercika z księżniczką Aleksandrą. Wilhelm uczestniczył w ceremonii ubrany w strój szkockich górali, podarowany mu przez babcię; do stroju należał też mały szkocki sztylet. Podczas uroczystości Wilhelm wiercił się. Jego osiemnastoletni wujek Alfred, książę Edynburga, któremu zlecono, aby miał na małego oko, powiedział mu, żeby był cicho. Wtedy Wilhelm wyciągnął swój sztylecik i zaczął grozić Alfredowi. Gdy ten spróbował opanować rebelię siłą, Wilhelm ugryzł go w nogę. Królowa nie zauważyła tej bójki, dla niej Wilhelm pozostawał "mądrym, drogim, dobrym dzieciątkiem, wielkim ulubieńcem mego ukochanego Anioła [Wiki]".
Wiki miała obsesję na punkcie uszkodzonego ramienia Wilhelma. Obwiniała samą siebie za inwalidztwo swego dziecka, za jego dziwny, jakby pozbawiony równowagi wygląd, za to, że tak mało przypominał swojego wysokiego, zdrowego ojca. Początkowo próbowała skrywać zarówno jego kalectwo, jak i swoje uczucia; ostatecznie jednak swobodnie rozmawiała o tym z matką. "Biedne ramię nie ma się nic lepiej i Wilhelm odczuwa już, że nie dorównuje w ćwiczeniach fizycznych nawet chłopcom młodszym od siebie - nie może biegać szybko, gdyż nie potrafi utrzymać równowagi, ani jeździć konno, ani wspinać się, ani pokroić jedzenia. [...] Nie pominęliśmy niczego, co tylko można było zrobić, ale teraz niewiele już pozostało do zrobienia" - pisała do królowej Wiktorii w maju 1870. Siedem miesięcy później pisała ponownie: "Byłby [...] bardzo ładnym chłopcem, gdyby nie to paskudne, pechowe ramię, które daje mu się coraz bardziej we znaki, odbija się to na jego twarzy, [...] na sposobie, w jaki się nosi i chodzi, na jego figurze, powoduje, że wszystkie jego ruchy wyglądają dziwacznie. Daje mu też poczucie wstydu, bo czuje się kompletnie uzależniony, nie mogąc prawie niczego samemu dla siebie zrobić. [...] Dla mnie wszystko to pozostaje źródłem niewymownego smutku. [...]"
Wilhelm ciągle próbował skorygować lub przezwyciężyć swoją niesprawność. Wykonywał ćwiczenia gimnastyczne, nauczył się pływać, żeglować i strzelać. "Największe kłopoty - powiadał w swoich wspomnieniach - miałem z jazdą konną". Matka wymagała, żeby doskonalił tę umiejętność. "Nie potrafiła znieść nawet myśli, abym ja, Następca Tronu, nie potrafił jeździć konno. Ja sam jednak czułem, że nie nadaję się do tego ze względu na moją ułomność. Byłem pełen obaw. Gdy w pobliżu nie było nikogo, płakałem". Lekcje jazdy konnej, rozpoczęte gdy książę miał lat osiem, stały się rychło dla dorosłych próbą bezwzględności, zaś dla Wilhelma próbą wytrzymałości. W kółko i w kółko, według słów wychowawcy, który lekcje te nadzorował, "szlochający książę" był "sadzany na konia, bez strzemion, i zmuszany do próbowania. Ciągle spadał, lecz za każdym razem, mimo jego błagań i łez, był podnoszony i sadzany z powrotem na końskim grzbiecie. Po tygodniach tortur trudny cel został osiągnięty, odnalazł wreszcie sposób na utrzymanie równowagi". Patrząc wstecz na swe dzieciństwo, kaiser Wilhelm II zdecydował że "wynik usprawiedliwił [...] taką metodę. Lekcje były jednak okrutne i mój brat Henryk często wył z bólu, przymuszany do oglądania moich młodzieńczych męczarni". Wilhelm nie miał wątpliwości co do tego, komu w ostatniej instancji zawdzięczał takie chłodne i racjonalne podejście. "Hinzpeter [wychowawca nadzorujący lekcje] był to naprawdę dobry gość - zapisał - Czy był dla mnie odpowiednim wychowawcą, tego nie śmiem oceniać. Cierpienia mi sprawiane, zwłaszcza przez tę jazdę na kucu, muszą być przypisane mojej matce".
Wiki przejęła także odpowiedzialność za ogólne wykształcenie syna. "Jego edukacja [...] będzie ważnym zadaniem - pisała do królowej Wiktorii gdy syn jej miał lat sześć - Będę podejmować wysiłki, aby odczuwał dumę i oddanie dla swego kraju, jak również ambicję służenia mu. [...] A będę też mogła zaszczepić mu nasze brytyjskie poczucie niezależności wraz z naszą odmianą zdrowego rozsądku, co jest taką rzadkością po tej stronie wody". Wilhelm i jego trzy lata młodszy brat Henryk zostali przekazani pod nadzór Georga Hinzpetera, który zaordynował im łacinę, matematykę, historię i geografię; doszły do tego jeszcze angielski i francuski pod kierunkiem osobnych nauczycieli, i Wilhelm czytał Szekspira, Dickensa, Sir Waltera Scotta, Byrona, Mackaulaya, Tennysona, Defoego i Jamesa Fenimore'a Coopera. Obaj chłopcy rozmawiali regularnie po angielsku z matką i używali go tak samo naturalnie i bez wysiłku jak niemieckiego; Wilhelm mówił później, że bywał nieświadomy, jakiego języka używał. Gdy Wilhelm miał lat siedem, lekcje zaczynały się o szóstej rano i, z dwiema krótkim przerwami na posiłki i ćwiczenia fizyczne, ciągnęły się do szóstej wieczorem. Filozofia Hinzpetera opierała się na "surowym poczuciu obowiązku i na idei służby - miał potem napisać Wilhelm - Charakter miał być wzmacniany przez ciągłe wyrzeczenia [...], a ideałem była surowa dyscyplina Spartan. [...] Żadnych pochwał: kategoryczny imperatyw obowiązku miał swoje wymogi, nie pozostawało więc miejsca na słowo zachęty lub aprobaty. [...] Ani słowa uznania. [...] Od ucznia oczekiwano niemożliwego, aby zmusić go do osiągnięcia poziomu jak najbliższego doskonałości. Naturalnie, ten niemożliwy cel nigdy nie mógł być osiągnięty, co za tym idzie - wykluczono także pochwały, które wyrażałyby przecież aprobatę osiągnięć".
Od czasu do czasu Wiki pisała o synu z dumą. Gdy miał lat osiem, powiedziała matce: "Wiluś jest kochanym, interesującym, czarującym chłopcem - mądry, zajmujący, przyciągający uwagę - jest niemożliwe, aby troszkę go nie rozpuszczać - wyrasta na przystojnego, a jego oczy mają czasami jakiś zamyślony, senny wyraz, czasami zaś iskrzą się radością i zadowoleniem". Gdy Wilhelm miał już lat dwanaście, Wiki pisała do królowej Wiktorii: "Jestem pewna, że byłabyś zadowolona z Wilhelma, gdybyś go zobaczyła - ma podobny do Bercika, przyjemny i przyjazny sposób bycia - potrafi też zdobywać sobie ludzi. Nie posiada jakichś wyjątkowych zdolności ani też szczególnej siły charakteru czy talentów, lecz jest kochanym chłopcem i mam nadzieję, że wyrośnie na pożytecznego człowieka. [...] Ma w sobie bardzo mało ze swojego taty, czy też w ogóle ze strony pruskiej rodziny". Matka i syn dzielili wspólne chwile szczęścia. Wiki malowała olejami i akwarelą, głównie krajobrazy, portrety, martwe natury i kwiaty, co Wilhelm wspominał jako "szczęśliwe godziny spędzane w [...] jej studio [...] moja matka siedząca przy sztalugach, podczas gdy ja czytałem jej jakieś humorystyczne opowiastki angielskie, a ona od czasu do czasu porzucała paletę, aby serdecznie się pośmiać". Książę Walii, odwiedzając siostrę, wyrażał się o swych siostrzeńcach z aprobatą. "Jest rzeczą niemożliwe znaleźć dwóch milszych chłopców niż Wilhelm i Henryk" - pisał do królowej Wiktorii.
Wiki, pragnąca aby wykształcenie Wilhelma uczyniło go zdolnym do przewodzenia jego krajowi według liberalnych koncepcji zarysowanych przez księcia Alberta, robiła co mogła, aby trzymać go z daleka od prowincjonalizmu pruskiego dworu. W 1874 roku piętnastoletni Wilhelm i dwunastoletni Henryk zostali zapisani do szkoły średniej w Kassel, dokąd towarzyszył im Hinzpeter. Przez dwa i pół roku żyli tam w towarzystwie chłopców z dobrych rodzin niemieckich. W styczniu 1877 Wilhelm ukończył szkołę i na swoje osiemnaste urodziny otrzymał od babci Order Podwiązki. (Królowa Wiktoria planowała początkowo uczynić go, niższym rangą, Wielkim Towarzyszem Orderu Łaźni. Wiki nalegała aby nadany został najwyższy order. "Wiluś zadowoliłby się Łaźnią, lecz naród - nie" - pisała do matki.) Po pobycie w Kassel Wilhelm spędził cztery semestry na uniwersytecie w Bonn, gdzie studiował prawo i nauki polityczne. Wstąpił do ekskluzywnej korporacji studenckiej "Borussia", aczkolwiek odmawiał tradycyjnego żłopania piwska i wzbronione mu było pojedynkowanie się. Podczas swych bońskich lat dziewiętnastoletni Wilhelm spędził wiele weekendów u swojej ciotki, Wielkiej Księżny Alicji z Hesji-Darmstadt (drugiej córki królowej Wiktorii) i jej dzieci, stając się niemalże członkiem rodziny. Uwagę swą skupiał przy tym na kuzynce Elżbiecie, która wtedy miała lat czternaście33. Ella, jak ją nazywano, uważała swego pruskiego kuzynka za aroganta. To chciało mu się jeździć konno, to znów niespodzianie miał ochotę polować lub wiosłować czy grać w tenisa. Gdy znudził się, zsiadał z konia lub ciskał w kąt rakietą i oznajmiał, że wszyscy mają teraz zasiąść w kółko, bo on będzie czytał na głos fragmenty Biblii. Cokolwiek czynił, chciał zawsze mieć Ellę tuż przy sobie. Jego zauroczenie nie spotkało się z zachętą, i potem, gdy był już cesarzem Niemiec, ona zaś żoną rosyjskiego Wielkiego Księcia Siergieja, uparcie odmawiał widywania się z nią. Jako staruszek przyznał, że wiele czasu ze swego pobytu w Bonn spędził na pisaniu wierszy miłosnych do kuzynki Elżbiety.
Gdy Wilhelm ukończył studia w Bonn, matka zapragnęła, żeby wiele podróżował dla poszerzenia swego umysłu i doświadczeń. Wycieczka do Paryża, jeszcze w czasach uniwersyteckich, przyniosła mieszane efekty. Wilhelm zwiedził Luwr, katedrę Notre Dame i Sainte Chapelle, a także wzleciał balonem z ogrodów Tuileries. Orzekł: "Gorączkowy pośpiech i gonitwa życia paryskiego odpychały mnie. Nigdy [...] nie zapragnąłem ponownie ujrzeć Paryża". Aczkolwiek przeżył jeszcze sześćdziesiąt trzy lata od tej wizyty - nigdy już tam nie pojechał. Opuszczając Bonn, Wilhelm był "namiętnie zainteresowany [...] wyjazdem do Egiptu". Ale tu interweniował jego dziadek, Wilhelm I, król Prus i cesarz Niemiec. Książę Wilhelm był drugi w linii sukcesji, po swoim ojcu, do obu tych tytułów. Według dziadka, był czas najwyższy, aby uwypuklić pruskie cechy młodego. W ten sposób skończyły się lata, w których Wiki miała największy wpływ na edukację i duchowe przewodnictwo synowi.
Gdy w 1858 roku Wiki przybyła do Berlina, król Prus Fryderyk Wilhelm IV był chory psychicznie. Regentem i następcą tronu był jego brat Wilhelm. W 1861 Fryderyk Wilhelm zmarł i Wilhelm został królem Wilhelmem I. Syn i synowa Wilhelma, Fryc i Wiki, mający wtedy lat trzydzieści i dwadzieścia, zostali kronprinzem i kronprinzessin, mogąc oczekiwać, że w ciągu dziesięciu czy dwudziestu lat wstąpią na tron. Dziewięć miesięcy później, król Wilhelm wezwał konserwatywnego polityka, Ottona von Bismarcka, aby kierował jego rządem. Bismarck zaczął w ten sposób swoją dwudziestoośmioletnią kadencję jako prezydent ministrów Prus a później jako kanclerz Cesarstwa Niemieckiego. Król Wilhelm dożył ponad dziewięćdziesięciu lat. Bismarck, rządząc w imieniu króla, zjednoczył Niemcy i uczynił swego starzejącego się pana cesarzem, ale nie były to liberalne Niemcy wytęsknione przez księcia Alberta, czy też przez Fryca i Wiki.
Wiki była wstrząśnięta i załamana na duchu śmiercią ojca. Podobnie jak w jej matka, uznała, że żałoba nadaje intencjom księcia Alberta moc rozkazów objawionych z nieba, więc posłuszna im młoda Angielka postanowiła wpłynąć na bieg wydarzeń w Prusach poprzez swego wysokiego, poczciwego męża, który był oddany żonie, uznawał jej wyższość intelektualną i był skłonny ulegać jej żywo wyrażanym opiniom. Fryderyk, choć z wykształcenia zawodowy żołnierz, był zarówno liberałem, jak i nacjonalistą. Tęsknił za odtworzeniem średniowiecznego Cesarstwa Niemieckiego pod władzą monarchy w stylu Karola Wielkiego. Jego syn, książę Wilhelm, zapamiętał, że jako chłopak studiował wraz z ojcem księgę zatytułowaną "Niemieckie Skarby Świętego Cesarstwa Rzymskiego". "Była tak wielka, że musiałem rozkładać ją na podłodze. Nigdy się nie znużyłem oglądaniem obrazków, które ojciec objaśniał mi, kucając obok mnie" - powiadał Wilhelm. Dogłębnie sympatyzując z nadziejami swojego teścia, księcia Alberta, Fryc rychło oddalił się od głównego ministra ojca, Bismarcka.