Złota Seria. DREADNOUGHT Tom 2. Brytania, Niemcy i nadejście Wielkiej Wojny - Robert K. Massie

Kup ebooka

60.00 zł

-
Proszę czekać

29Campbell - Bannerman:Liberałowie powracają do władzy

Hen­ry Camp­bell (pod ta­kim na­zwi­skiem uro­dził się w 1836 roku) wy­cho­wał się w at­mos­fe­rze prze­siąk­nię­tej so­lid­nym, upo­rząd­ko­wa­nym po­dej­ściem do po­li­ty­ki, re­li­gii i po­myśl­no­ści eko­no­micz­nej. Jego oj­ciec, Sir Ja­mes Camp­bell, był rów­no­cze­śnie od­no­szą­cym suk­ce­sy im­por­te­rem za­gra­nicz­nych to­wa­rów, jak i lor­dem Pro­vo­stem1 mia­sta Glas­gow. Sy­no­wie Camp­bel­la mie­li tak­że zaj­mo­wać się pro­wa­dze­niem in­te­re­sów, więc wcze­śnie we­szli w kon­takt z ob­cy­mi im miej­sca­mi i ję­zy­ka­mi. Hen­ry i jego star­szy brat Ja­mes czę­sto to­wa­rzy­szy­li ojcu pod­czas jego wi­zyt we Fran­cji. Gdy Hen­ry miał lat czter­na­ście, przez dzie­sięć mie­się­cy ob­jeż­dżał ra­zem z Ja­me­sem Eu­ro­pę. Nadal ma­jąc tyl­ko czter­na­ście lat, za to do­głęb­nie zna­jąc ję­zyk i li­te­ra­tu­rę fran­cu­ską, za­pi­sał się na Uni­wer­sy­tet w Glas­gow, gdzie spę­dził czte­ry lata, po czym prze­niósł się do Tri­ni­ty Col­le­ge w Cam­brid­ge, gdzie uzy­skał nie­wy­róż­nia­ją­cy dy­plom trze­ciej kla­sy z li­te­ra­tu­ry kla­sycz­nej. W 1858 roku wró­cił do Glas­gow, by pra­co­wać u boku ojca. Dwa lata póź­niej na we­se­lu bra­ta za­ko­chał się w po­zna­nej wte­dy Char­lot­cie Bru­ce, cór­ce ge­ne­ra­ła ma­jo­ra do­wo­dzą­ce­go gar­ni­zo­nem w Edyn­bur­gu. Dzień ich ślu­bu, kie­dy miał dwa­dzie­ścia pięć, a ona - dwa­dzie­ścia osiem lat, był, jak sam mó­wił, naj­szczę­śliw­szym dniem jego ży­cia. Nie mie­li dzie­ci, lecz dzie­li­li się każ­dą my­ślą i każ­dą wol­ną chwi­lą. Ba­wi­ły ich te same dow­ci­py, czę­sto roz­ma­wia­li ze sobą po fran­cu­sku i wy­my­śla­li wła­sne prze­zwi­ska dla zna­nych po­sta­ci po­li­ty­ki. Char­lot­te ob­da­rzo­na była sil­ną wolą i dość zło­śli­wie oce­nia­ła lu­dzi. Do jej obo­wiąz­ków, tak jak je poj­mo­wa­ła, na­le­ża­ła ochro­na męża przed tymi, któ­rzy by­li­by skłon­ni wy­zy­ski­wać to, co uwa­ża­ła za jego nad­mier­nie ufną na­tu­rę. Jego zaś za­da­niem, jak sam to poj­mo­wał, było dbać o nią przez cią­głą obec­ność i trwa­łe przy­wią­za­nie pod­czas po­wta­rza­ją­cych się dłu­gich okre­sów cho­ro­by. Ufał bez­względ­nie jej są­dom i -zwłasz­cza gdy przy­cho­dzi­ło oce­niać czyjś cha­rak­ter - nig­dy nie uczy­nił kro­ku bez za­się­gnię­cia jej po­ra­dy. "Zwró­ci­my się z tym do Au­to­ry­te­tu - po­wie­dział kie­dyś przy­ja­cie­lo­wi - i ona za­de­cy­du­je. Jej sądy są nie­omyl­ne".

W 1868 roku, po dzie­się­ciu la­tach zaj­mo­wa­nia się biz­ne­sem, Hen­ry Camp­bell zo­stał wy­bra­ny do Izby Gmin z okrę­gu Stir­ling. Trzy lata póź­niej zmie­nił na­zwi­sko. Bo­ga­ty wuj, Hen­ry Ban­ner­man, zmarł po­zo­sta­wiw­szy sio­strzeń­co­wi wiel­ki spa­dek pod wa­run­kiem, że ten doda "Ban­ner­man" do swe­go na­zwi­ska. Camp­bell się zgo­dził, choć przy­szło mu tego ża­ło­wać. Do przy­ja­cie­la na­pi­sał: "Wi­dzę, że je­steś już zmę­czo­ny, pi­sząc to moje okrop­nie dłu­gie na­zwi­sko; mnie sa­me­go mę­czy to od daw­na. Za­wsze naj­bar­dziej lu­bię być na­zy­wa­ny po pro­stu Camp­bell, jak zresz­tą czy­ni więk­szość mo­ich przy­ja­ciół. [...] Al­ter­na­ty­wą jest C. BZ'. Jego żona, jesz­cze mniej za­do­wo­lo­na ze zmia­ny na­zwi­ska, przez wszyst­kie lata nie­zmien­nie pi­sa­ła się po pro­stu "Char­lot­te Camp­bell".

C. B. po­wo­li piął się w górę po­li­tycz­nej hie­rar­chii Par­tii Li­be­ral­nej. Za­nim do­szedł do ran­gi człon­ka ga­bi­ne­tu, zo­sta­jąc w 1885 roku mi­ni­strem woj­ny, spę­dził sie­dem­na­ście lat jako pro­sty po­seł w Izbie Gmin. Ku swe­mu prze­ra­że­niu stwier­dził, że za­raz na pierw­szym po­sie­dze­niu rzą­du, w ja­kim brał udział, zo­stał po­sa­dzo­ny obok sie­dem­dzie­się­cio­sze­ścio­let­nie­go pre­mie­ra - pana Glad­sto­ne'a. "Sie­dzia­łem ci­chut­ko - wspo­mi­nał Camp­bell-Ban­ner­man - "na sa­mej kra­wę­dzi krze­sła, ni­czym ja­kaś faus­se ma­rqu­ise2, oba­wia­jąc się prze­by­wać w za­się­gu skrzy­deł Wiel­kie­go Czło­wie­ka. C. B. po­zo­sta­wał w Mi­ni­ster­stwie Woj­ny pod­czas prze­si­le­nia rzą­do­we­go trze­cie­go rzą­du Glad­sto­ne'a, wró­cił do ga­bi­ne­tu, gdy Wiel­ki Sta­rzec utwo­rzył swój czwar­ty rząd i po­zo­stał na sta­no­wi­sku tak­że pod­czas krót­kiej ka­den­cji bły­sko­tli­we­go dzie­dzi­ca Glad­sto­ne'a - hra­bie­go Ro­se­be­ry.

Camp­bell-Ban­ner­man stał się zresz­tą, choć w spo­sób nie­za­mie­rzo­ny, przy­czy­ną upad­ku rzą­du Ro­se­be­ry'ego. Li­be­ral­na więk­szość w Izbie Gmin stop­nio­wo ma­la­ła, a wy­bor­cy nie lu­bi­li rzą­dów w sty­lu Glad­sto­ne'a bez Glad­sto­ne'a. Ca­ły­mi ty­go­dnia­mi rząd kuś­ty­kał ja­koś z więk­szo­ścią rzę­du sied­miu, ośmiu gło­sów. 21 czerw­ca 1895 roku te­ma­tem ob­rad był pro­jekt bu­dże­tu ar­mii, co zwy­kle po­wo­do­wa­ło opu­sto­sze­nie izby, na prze­ciw­le­głych ła­wach po­zo­sta­wa­ło za­zwy­czaj po gar­st­ce po­słów. Wnio­sek rzą­do­wy spo­czy­wał w rę­kach C. B., jako mi­ni­stra woj­ny. Nie­spo­dzie­wa­nie, w sta­ran­nie ob­li­czo­nym po­cią­gnię­ciu, opo­zy­cja po­sta­wi­ła wnio­sek o stu­fun­to­we zmniej­sze­nie pen­sji mi­ni­stra pod za­rzu­tem nie­do­sta­tecz­nych za­pa­sów kor­dy­tu3. C. B. od­parł, że w opi­nii eks­per­tów i do­rad­ców, ist­nie­je jesz­cze spo­ra re­zer­wa. Od­mó­wił jed­nak pu­blicz­ne­go przy­to­cze­nia liczb, choć pro­po­no­wał, że po­ka­że je pry­wat­nie przy­wód­com opo­zy­cji. Nie byli jed­nak tym za­in­te­re­so­wa­ni. Na sce­nę wkro­czy­li Bal­fo­ur i Cham­ber­la­in, żeby przy­łą­czyć się do ata­ku. Li­be­ral­ni whi­po­wie rzu­ci­li się w po­goń za po­sła­mi swo­jej par­tii, żeby ich od­szu­kać i zgro­ma­dzić w izbie, gdy jed­nak do­szło do gło­so­wa­nia, rzą­do­wi za­bra­kło sied­miu gło­sów. Za­miast kon­ty­nu­ować taką nędz­ną eg­zy­sten­cję - od oka­zji do oka­zji - rząd wo­lał zre­zy­gno­wać. Kró­lo­wa po­sła­ła po Sa­lis­bu­ry'ego. C. B. był obu­rzo­ny za­rzu­ta­mi o rze­ko­mych bra­kach kor­dy­tu: "Co do gło­so­wa­nia, to je­stem z nie­go bar­dzo dum­ny. Prze­cież był to nie­mal szan­taż. Już ra­czej mamy nad­miar ani­że­li nie­do­sta­tek amu­ni­cji".

Pierw­sze lata dłu­gich rzą­dów lor­da Sa­lis­bu­ry były trud­ne dla Par­tii Li­be­ral­nej. Bra­ko­wa­ło pew­nej ręki przy­wód­cy. Glad­sto­ne, już do­brze po osiem­dzie­siąt­ce, żył bez­czyn­nie na eme­ry­tu­rze. Lord Ro­se­be­ry, na­stęp­ca Glad­sto­ne'a na sta­no­wi­sku pre­mie­ra, po­zo­sta­wał przy­wód­cą opo­zy­cji, lecz nie trzy­mał par­tii moc­no w gar­ści. Był hra­bią, mło­dym, przy­stoj­nym, szy­kow­nym, elo­kwent­nym mów­cą, ulu­bień­cem pra­sy. Jego ma­riaż z Rot­szyl­dów­ną przy­niósł mu wia­no 100 000 fun­tów szter­lin­gów, za któ­re utrzy­my­wał staj­nię wy­ści­go­wą i jacht. Pod­czas tych szes­na­stu mie­się­cy, ja­kie spę­dził na sta­no­wi­sku pre­mie­ra, dwa z jego koni wy­gra­ły Der­by, i to rok po roku. Ro­se­be­ry był z tego nie­zwy­kle dum­ny, nie­mal bar­dziej niż z ja­kie­goś suk­ce­su w po­li­ty­ce. Świa­tek to­rów wy­ści­go­wych go uwiel­biał, lecz sze­re­go­wi li­be­ra­ło­wie, twar­dzi, non­kon­for­mi­stycz­ni wy­znaw­cy za­sad pana Glad­sto­ne'a krzy­wo pa­trzy­li na spek­takl, w któ­rym ary­sto­kra­tycz­ny wig od­ry­wa się od swo­ich obo­wiąz­ków pre­mie­ra, aby za­jąć się okla­ski­wa­niem ko­nia. Sła­bość Ro­se­be­ry'ego do wy­ści­gów nie była by­najm­niej naj­więk­szą z eego sła­bo­ści. Wie­lu ob­ser­wa­to­rom wy­da­wa­ło się, że w ogó­le na­le­ży on do nie­wła­ści­wej par­tii. W spra­wach Po­łu­dnio­wej Afry­ki, Home Rule, po­li­ty­ki po­dat­ko­wej i go­spo­da­ro­wa­nia zie­mią, jego po­glą­dy pa­so­wa­ły­by bar­dziej do to­ry­sa niż do li­be­ra­ła. Glad­sto­ne, któ­ry mia­no­wał go mi­ni­strem spraw za­gra­nicz­nych, stre­ścił swo­ją o nim opi­nię, po­wia­da­jąc że "Ro­se­be­ry był jed­nym z naj­zdol­niej­szych, a tak­że naj­zac­niej­szych lu­dzi ja­kich znał, lecz za­wsze wąt­pił, czy na­praw­dę po­sia­da on odro­bi­nę zdro­we­go roz­sąd­ku".

Po­zba­wio­ny urzę­du, po­zo­sta­jąc przy­wód­cą par­tii, Ro­se­be­ry za­czął się dą­sać. Glad­sto­ne, choć szło mu już na osiem­dzie­sią­ty siód­my rok, nadal prze­ma­wiał pu­blicz­nie, przy­cią­ga­jąc ogrom­ne tłu­my. Ro­se­be­ry uskar­żał się, że pod­wa­ża to jego po­zy­cję, aby osta­tecz­nie, stwier­dziw­szy, iż zna­lazł się "w sy­tu­acji wi­docz­nej róż­ni­cy opi­nii ze znacz­ną więk­szo­ścią mas Par­tii Li­be­ral­nej [...] a tak­że w nie­ja­kim kon­flik­cie ze zda­niem pana Glad­sto­ne'a", zre­zy­gno­wać z przy­wódz­twa par­tii. Jego na­stęp­cą zo­stał Sir Wil­liam Har­co­urt, przy­wód­ca li­be­ra­łów w Izbie Gmin, ale po roku tak­że i on po­dał się do dy­mi­sji. Whi­po­wie par­tyj­ni za­ofe­ro­wa­li przy­wódz­two Her­ber­to­wi Hen­ry'emu Asqu­itho­wi, naj­zdol­niej­sze­mu mów­cy w par­tii, lecz ten, ma­jąc czter­dzie­ści sześć lat, mu­siał za­ra­biać na ży­cie w pa­le­strze, aby zdo­być środ­ki na utrzy­ma­nie ro­dzi­ny, więc za­su­ge­ro­wał, żeby sta­no­wi­sko ob­jął Camp­bell-Ban­ner­man, star­szy od nie­go o lat szes­na­ście.

C.B. zgo­dził się, choć nie­chęt­nie. Był on so­lid­ną, bu­dzą­cą za­ufa­nie po­sta­cią, o skłon­no­ściach do ugo­dy, czło­wie­kiem wier­nym, z po­czu­ciem hu­mo­ru, prze­ni­kli­wym, uprzej­mym, do­bro­dusz­nym. Za­wsze do­tąd wier­nie to­wa­rzy­szył par­tii, choć nie wy­ka­zy­wał się szcze­gól­ną ak­tyw­no­ścią na fron­to­wych ła­wach. Be­atri­ce Webb opi­sa­ła go jako "czło­wie­ka na­da­ją­ce­go się do­sko­na­le na sta­no­wi­sko bier­ne­go part­ne­ra w ja­kimś odzie­dzi­czo­nym biz­ne­sie". Jego zdro­wie było dość nie­pew­ne, zaś zdro­wie jego żony - cał­kiem kiep­skie. Zda­wa­ło się rze­czą nie­praw­do­po­dob­ną, by za­przągł sie­bie do tego cięż­kie­go wozu, jaki sta­no­wi­ły trud­ne i nie­ustan­ne obo­wiąz­ki przy­wód­cy par­tii. C. B. jed­nak się zgo­dził, po­nie­waż nie było ni­ko­go in­ne­go - uwa­żał za­tem, że jest to jego obo­wiąz­kiem. Z po­cząt­ku sy­tu­acja taka da­wa­ła pew­ne ko­rzy­ści: nie chciał tej ro­bo­ty, więc nikt nie mógł go oskar­żyć, że sprząt­nął mu ją sprzed nosa. Nie miał wro­gów, wszy­scy oka­zy­wa­li mu wdzięcz­ność. W 1898 roku zmarł Glad­sto­ne, co usu­nę­ło ze sce­ny jego wiel­ką, od czter­dzie­stu lat przy­ćmie­wa­ją­cą wszyst­kich po­li­ty­ków li­be­ral­nych po­stać. Nie­któ­rym z li­be­ra­łów bra­ko­wa­ło bły­sko­tli­wo­ści i cza­ru lor­da Ro­se­be­ry, inni jed­nak byli za­do­wo­le­ni z fak­tu, że na­resz­cie roz­wia­ła się mgieł­ka wąt­pli­wo­ści ota­cza­ją­ca ostat­nio in­ten­cje przy­wód­cy par­tii. Wo­kół C. B. nie było ni­cze­go enig­ma­tycz­ne­go. Twar­do ob­sta­wał za ide­ami li­be­ral­ny­mi w ich naj­prost­szej po­sta­ci i wy­raź­nie pra­co­wał nad do­pro­wa­dze­niem par­tii Li­be­ral­nej z po­wro­tem do wła­dzy... po­wia­da­no, że "wiel­ką prze­wa­gą Camp­bel­la-Ban­ner­ma­na było to, iż za­wsze wy­glą­dał na tkwią­ce­go w za­mę­cie bi­twy, pod­czas gdy lord Ro­se­be­ry za­wsze zda­wał się być po­nad tym". Przez sie­dem lat swo­je­go przy­wódz­twa, ja­kie upły­nę­ły za­nim li­be­ra­ło­wie zdo­by­li wła­dzę w 1905 roku, C. B. za­wsze skrom­nie po­wia­dał, że kwe­stia, kto zo­sta­nie pre­mie­rem w na­stęp­nym rzą­dzie li­be­ra­łów, po­win­na zo­stać zde­cy­do­wa­na do­pie­ro wte­dy, gdy chwi­la ta na­dej­dzie. Przez ja­kiś czas C. B. mó­wił na­wet przy­ja­cio­łom, że lord Ro­se­be­ry, gdy­by tyl­ko ze­chciał, mógł­by w każ­dej chwi­li ob­jąć po­now­nie przy­wódz­two. "Drzwi za­wsze po­zo­sta­ją otwar­te na po­wrót lor­da Ro­se­be­ry" - po­wie­dział.

Spra­wą, któ­ra uczy­ni­ła po­wrót lor­da Ro­se­be­ry nie­moż­li­wym i tak głę­bo­ko po­dzie­li­ła Par­tię Li­be­ral­ną, że ta nie mo­gła w ża­den spo­sób dojść do wła­dzy, była woj­na bur­ska. Camp­bell-Ban­ner­man od sa­me­go po­cząt­ku zda­wał so­bie spra­wę, że woj­na roz­bi­je jed­ność par­tii. Jej więk­szość - zgod­nie ze sta­rą tra­dy­cją Glad­sto­ne'a - była tej woj­nie prze­ciw­na. Spo­śród li­de­rów na­le­że­li do niej: C. B., Mor­ley i Lloyd Geo­r­ge. Prze­ciw­sta­wia­li się oni im­pe­ria­li­zmo­wi, tak jak nie­gdyś Glad­sto­ne, a w Im­pe­rium do­strze­ga­li za­rów­no na­rzę­dzie za­stra­sza­nia i wy­zy­sku, jak i jego wpływ cy­wi­li­za­cyj­ny. W tym kon­kret­nym przy­pad­ku przy­czyn woj­ny upa­try­wa­li w nik­czem­nym po­stę­po­wa­niu nie­któ­rych człon­ków rzą­du, przede wszyst­kim Cham­ber­la­ina. To mi­ni­ster ko­lo­nii, w so­ju­szu z Rho­de­sem, uknuł plu­ga­wą in­try­gę w in­te­re­sie ban­dy uga­nia­ją­cych się za zy­skiem osob­ni­ków, któ­rzy chcie­li wy­ko­rzy­stać po­tę­gę wiel­kie­go kra­ju, aby stłu­mić wol­ność i wy­kraść skar­by ma­łym i bez­bron­nym. Z ta­kiej per­spek­ty­wy Bu­ro­wie byli "ma­łym na­ro­dem wal­czą­cym o pra­wo do wol­no­ści", zaś ul­ti­ma­tum Kru­ge­ra było de­spe­rac­kim wy­zwa­niem, w któ­re pre­zy­dent Bu­rów zo­stał wcią­gnię­ty na sku­tek prze­myśl­nej pro­wo­ka­cji.

Ro­se­be­ry od­rzu­cał ta­kie sta­no­wi­sko i w spra­wie woj­ny opo­wia­dał się za rzą­dem. Były pre­mier jed­nak tak da­le­ko już zdry­fo­wał od mas par­tyj­nych, że jego po­glą­dy nie po­wo­do­wa­ły więk­szych skut­ków. Znacz­nie waż­niej­sze było sta­no­wi­sko zaj­mo­wa­ne przez trój­kę bar­dzo ak­tyw­nych, młod­szych wie­kiem li­de­rów li­be­ra­łów, H. H. Asqu­itha, Sir Edwar­da Greya i Ri­char­da B. Hal­da­ne'a, któ­rzy, choć moc­no od­da­ni par­tii, to jed­nak w spra­wie Po­łu­dnio­wej Afry­ki po­pie­ra­li rząd. Za tym trium­wi­ra­tem sta­ło pięć­dzie­się­ciu sze­re­go­wych po­słów li­be­ral­nych, a cała ta gru­pa na­zy­wa­na była li­be­ral­ny­mi im­pe­ria­li­sta­mi. Dla Asqu­itha, by­łe­go mi­ni­stra spraw we­wnętrz­nych i naj­wy­bit­niej­sze­go człon­ka tej frak­cji, klu­czo­wą spra­wą było: kto roz­po­czął tę woj­nę? Dla nie­go de­cy­du­ją­cy­mi kro­ka­mi były: bur­skie ul­ti­ma­tum i wtar­gnię­cie Bu­rów na przy­le­ga­ją­ce te­ry­to­ria bry­tyj­skie. Asqu­ith wy­ja­śniał to tak: "My [li­be­ral­ni im­pe­ria­li­ści] uwa­ża­li­śmy, że ani rząd, ani na­ród bry­tyj­ski nie dą­żył do tej woj­ny, lecz zo­sta­ła nam ona na­rzu­co­na bez do­sta­tecz­ne­go po­wo­du i cał­ko­wi­cie wbrew na­szej woli". Z ca­łe­go ser­ca zga­dzał się z nim Grey: "W tej woj­nie słusz­ność jest po na­szej stro­nie. Jest to woj­na spra­wie­dli­wa. Jest to woj­na, któ­ra zo­sta­ła temu kra­jo­wi na­rzu­co­na". Camp­bell-Ban­ner­man nie spie­rał się, że w wą­skim ro­zu­mie­niu, bur­skie ul­ti­ma­tum uczy­ni­ło woj­nę nie­unik­nio­ną. "Bu­ro­wie do­pu­ści­li się aktu agre­sji, co spo­wo­do­wa­ło, że oczy­wi­stym obo­wiąz­kiem każ­de­go z nas sta­ło się jej prze­ciw­sta­wić" - oznaj­mił. Uwa­żał jed­nak, że cała sy­tu­acja zo­sta­ła za­ognio­na przez po­li­ty­kę rzą­du bry­tyj­skie­go. Jak to ujął sam C. B.: "za­wsze by­łem prze­ciw Jo­emu, lecz nig­dy za Kru­ge­rem". I tak oto Camp­bell-Ban­ner­man, któ­ry sza­no­wał Asqu­itha, je­śli na­wet nie po­dzie­lał jego po­glą­dów, zna­lazł się po­środ­ku, mię­dzy li­be­ral­ny­mi im­pe­ria­li­sta­mi a li­be­ral­ny­mi pa­cy­fi­sta­mi. Dla po­zo­sta­łych przy­wód­ców li­be­ral­nych im­pe­ria­li­stów miał je­dy­nie po­gar­dę. Ma­jąc we zwy­cza­ju uży­wać ter­mi­nu "Ma­ster"4 wo­bec lu­dzi któ­rych nie lu­bił, C. B. zwykł był ma­wiać "Ma­ster Hal­da­ne" i"Ma­ster Grey", lecz nig­dy nie użył zwro­tu "Ma­ster Asqu­ith".

Po­li­tycz­ne skut­ki woj­ny bur­skiej dały o so­bie znać we wrze­śniu 1900 roku, kie­dy to Ar­mia Bry­tyj­ska, ochło­nąw­szy po po­cząt­ko­wych po­raż­kach, za­ję­ła Pre­to­rię i Jo­han­nes­burg. Cham­ber­la­in wy­tłu­ma­czył Sa­lis­bu­ry'emu, że nad­szedł wła­ści­wy czas na za­rzą­dze­nie wy­bo­rów po­wszech­nych, aby zdys­kon­to­wać eu­fo­rię zwy­cię­stwa i sko­rzy­stać na po­dzia­łach wśród li­be­ra­łów. Po­dzie­lo­na par­tia C. B. nie mia­ła żad­nych szans. Cham­ber­la­in, mistrz pro­pa­gan­dy po­li­tycz­nej, cią­gle wy­ko­rzy­sty­wał mo­tyw, że kan­dy­da­ci li­be­ra­łów są przy­ja­ciół­mi wro­gów kra­ju i mogą pod­wa­żać po­li­ty­kę bry­tyj­ską oraz za­dać cios w ple­cy bry­tyj­skim żoł­nie­rzom. Wy­bo­ry sta­ły się te­stem pa­trio­ty­zmu. Unio­ni­stycz­ni ora­to­rzy bez prze­rwy ogła­sza­li, że spra­wa jest pro­sta - pa­trio­tyzm lub zdra­da. "Głos na li­be­ra­łów jest gło­sem od­da­nym na Bu­rów" -  krzy­cza­ły pla­ka­ty i mów­cy w ca­łym kra­ju. Atak ten po­głę­biał jesz­cze już i tak głę­bo­ki po­dział w Par­tii Li­be­ral­nej. Jej kan­dy­da­ci czę­sto po­tę­pia­li sie­bie na­wza­jem za­miast Unio­ni­stów, zaś nad wszyst­kim trium­fal­nie uno­sił się Cham­ber­la­in, gło­szą­cy, że na­wet naj­mniej­szy suk­ces li­be­ra­łów osła­biał­by rząd i wią­zał mu ręce w za­koń­cze­niu woj­ny i po­stę­po­wa­niu z bun­tow­ni­czy­mi Bu­ra­mi. Po­ło­że­nie Camp­bel­la-Ban­ner­ma­na było bez­na­dziej­ne. Był on świa­dom, że wie­lu wy­bor­com by­najm­niej nie po­do­ba­ła się re­to­ry­ka Unio­ni­stów i wie­dział, że ogło­sze­nie wy­bo­rów w ta­kim wła­śnie mo­men­cie było po­li­tycz­nym tri­kiem. Ro­zu­miał też, że wie­lu tych sa­mych wy­bor­ców wie­rzy­ło, iż po­raż­ka rzą­du by­ła­by po­trak­to­wa­na przez Bu­rów i obce mo­car­stwa jako od­rzu­ce­nie do­tych­cza­so­wej po­li­ty­ki bry­tyj­skiej w Po­łu­dnio­wej Afry­ce, w któ­rą kraj wlał już ist­ne po­to­ki krwi i pie­nię­dzy.

Cham­ber­la­in, ra­du­jąc się z ocze­ki­wa­ne­go zwy­cię­stwa, pra­gnął nie tyl­ko po­ko­nać, ale wręcz znisz­czyć swo­ją daw­ną par­tię. Wzy­wał do dru­zgo­cą­ce­go zwy­cię­stwa, któ­re zmio­tło­by li­be­ra­łów jak la­wi­na. Gdy jed­nak na­de­szły wy­ni­ki wy­bo­rów - 2 428 492 do 2 105 518 - to nie było to zwy­cię­stwo da­ją­ce na­dzie­ję na uni­ce­stwie­nie prze­ciw­ni­ka; tak wła­ści­wie, to zgod­nie z de­fi­ni­cją Cham­ber­la­ina, po­nad 2 mi­lio­ny Bry­tyj­czy­ków same ogło­si­ły się "zdraj­ca­mi". "Wy­bo­ry bar­wy kha­ki", sto­czo­ne wo­kół jed­nej je­dy­nej kwe­stii, za­pew­ni­ły jed­nak Par­tii Unio­ni­stów dal­sze sześć lat spra­wo­wa­nia wła­dzy. Z prak­tycz­ne­go punk­tu wi­dze­nia Camp­bel­la-Ban­ner­ma­na, nie było to wca­le tak źle; Par­tia Li­be­ral­na, nadal uwi­kła­na w po­dzia­ły we­wnętrz­ne, nie była jesz­cze go­to­wa do ob­ję­cia rzą­dów.

Po­li­ty­ka była tyl­ko czę­ścią ży­cia Camp­bel­la-Ban­ner­ma­na. Sie­dem mie­się­cy w roku prze­zna­czał na Lon­dyn, Par­tię Li­be­ral­ną, Izbę Gmin i biu­ra rzą­do­we. Pod­czas tych mie­się­cy po­świę­cał się cał­ko­wi­cie, z week­en­da­mi włącz­nie. Nie by­wał za­pra­sza­ny na przy­ję­cia i obia­dy czy cią­gną­ce się do póź­nej nocy ko­la­cje, nie cha­dzał też na par­ty do wiel­kich do­mów, któ­re tak po­cią­ga­ły Bal­fo­ura i Asqu­itha. W za­mian za to C. B. za­żą­dał rocz­nie pię­ciu mie­się­cy wol­ne­go, aby móc je po­świę­cić żo­nie i sa­me­mu so­bie. Trzy z tych mie­się­cy spę­dza­li oni w swo­im domu w hrab­stwie Per­th­shi­re. Bel­mont było wik­to­riań­skim dwor­kiem zbu­do­wa­nym bez ja­kie­goś kon­kret­ne­go pla­nu, wy­po­sa­żo­nym w pu­szy­ste dy­wa­ny, głę­bo­kie skó­rza­ne fo­te­le i wiel­kie ko­min­ki. Wo­kół nie­go ob­szer­ne traw­ni­ki roz­cią­ga­ły się aż do krę­gu gi­gan­tycz­nych je­sio­nów, bu­ków, świer­ków i so­sen. Po przy­by­ciu do Bel­mont pierw­szym za­ję­ciem C. B. było za­wsze od­wie­dze­nie swo­ich drzew, po­kło­nie­nie się im, a cza­sa­mi na­wet po­wie­dze­nie im "dzień do­bry". Przed jed­nym, szcze­gól­nie wspa­nia­łym oka­zem, zwykł był za­wsze uchy­lać ka­pe­lu­sza i dwor­ską ma­nie­rą za­py­ty­wać: "Jak tam pani zdro­wie?". W Bel­mont nie było do­zwo­lo­ne nic, do cze­go miesz­kań­cy nie byli przy­zwy­cza­je­ni. Nie było tam sa­mo­cho­dów, je­dy­nie sta­re ko­nie, sta­re po­wo­zy, sta­re psy - wie­le psów - jego i jej - i sta­rzy słu­żą­cy. C. B. był lo­jal­ny; ten kto do­brze mu słu­żył nie był po­zo­sta­wia­ny na ła­skę losu. Miał on dużą ko­lek­cję la­sek i każ­de­go dnia, gdy wy­bie­rał so­bie jed­ną przed wyj­ściem na spa­cer, do po­zo­sta­łych mru­czał czu­łe sło­wa uspra­wie­dli­wie­nia i po­cie­sze­nia za to, że tym ra­zem zo­sta­wiał je w domu. Szu­fla­da jego biur­ka była peł­na ob­rzyn­ków ołów­ków - sta­rych przy­ja­ciół, jak wy­ja­śniał, "któ­rzy za­słu­gi­wa­li na odro­bi­nę tro­ski, gdy ich dni do­bie­gły kre­su".

Każ­de­go roku Camp­bell-Ban­ner­man z żoną spę­dzał dwa mie­sią­ce na kon­ty­nen­cie, po­dró­żu­jąc po Fran­cji, Szwaj­ca­rii, Wło­szech lub Hisz­pa­nii, za­wsze punk­tu­al­nie na po­cząt­ku sierp­nia zja­wia­jąc się w Ma­rien­ba­dzie, gdzie Char­lot­ta mo­gła wy­po­cząć i od­być ku­ra­cję. C.B. ko­chał Fran­cję i czę­sto moż­na go było zo­ba­czyć prze­sia­du­ją­ce­go w pa­ry­skiej re­stau­ra­cji czy prze­glą­da­ją­ce­go rze­czy w tam­tej­szych skle­pach. Cza­sa­mi wy­my­kał się z Lon­dy­nu do Do­ver, aby usiąść na molo i ob­ser­wo­wać, jak przy­bi­ja­ją i od­cu­mo­wu­ją kur­su­ją­ce przez Ka­nał pa­row­ce. Od cza­su do cza­su de­cy­do­wał się na udo­sko­na­lo­ną wer­sję ta­kie­go wy­po­czyn­ku, wsia­da­jąc na po­ran­ny prom do Ca­la­is, gdzie po­zwa­lał so­bie na przy­jem­ność spo­ży­cia do­sko­na­łe­go lun­chu w re­stau­ra­cji tam­tej­sze­go Gare Ma­ri­ti­me5, aby po po­łu­dniu po­wró­cić do An­glii. Wśród pa­pie­rów, ja­kie zwykł wo­zić ze sobą, za­wsze znaj­do­wa­ła się ja­kaś po­wieść Bal­za­ca, Flau­ber­ta, Ana­to­le'a Fran­ce'a czy Zoli, lecz jego naj­waż­niej­szą przy­jem­no­ścią było po pro­stu sie­dze­nie i ob­ser­wo­wa­nie lu­dzi. Nie­wie­lu tyl­ko spo­glą­da­ło na nie­go i do koń­ca swo­ich dni po­błaż­li­wie trak­to­wał samą myśl, że ktoś mógł­by uwa­żać go za waż­ną per­so­nę.

Twier­dze­nia rzą­du Unio­ni­stów o zwy­cię­stwie od­nie­sio­nym w Po­łu­dnio­wej Afry­ce nie mia­ły po­kry­cia w fak­tach. I choć nad Jo­han­nes­bur­giem i Pre­to­rią po­wie­wał Union Jack, a wzgó­rza nad Bal­mo­ral oświe­tlo­no re­flek­to­ra­mi dla uczcze­nia trium­fu, to bur­scy wo­jow­ni­cy by­najm­niej nie od­da­li pola. Nie byli już, oczy­wi­ście, zor­ga­ni­zo­wa­ni w puł­ki, lecz ra­czej dzia­ła­li skry­cie jako od­dzia­ły par­ty­zanc­kie, nie­wiel­kie gru­py jeźdź­ców, któ­rzy nie­spo­dzie­wa­nie ude­rza­li w nie­ru­cha­we pod­od­dzia­ły bry­tyj­skiej pie­cho­ty i ko­lum­ny za­opa­trze­nio­we, aby za­raz roz­pły­nąć się na bez­kre­snym veld­cie. Or­to­dok­syj­na tak­ty­ka woj­sko­wa była tu bez­u­ży­tecz­na; za­nim nad­cią­gnę­ła bry­tyj­ska lub im­pe­rial­na6 ka­wa­le­ria, żeby ru­szyć w po­ścig, par­ty­zan­ci za­wsze zdą­ży­li prze­kształ­cić się w spo­koj­nych bur­skich far­me­rów, orzą­cych zie­mię w tych sa­mych wor­ko­wa­tych ubra­niach ro­bo­czych, w któ­rych kil­ka dni wcze­śniej bra­li udział w wal­kach. Broń ukry­wa­li w do­mach, zaś ich szyb­kie ko­nie, dzię­ki któ­rym mo­gli od­by­wać swo­je bły­ska­wicz­ne raj­dy, rów­nie spo­koj­nie pa­sły się na po­lach.

Kit­che­ner, któ­ry w grud­niu 1900 roku ob­jął sta­no­wi­sko na­czel­ne­go do­wód­cy po lor­dzie Ro­bert­sie, pod­szedł do tego pro­ble­mu z bru­tal­ną lo­gi­ką: je­śli w woj­nie ru­cho­wej nie po­tra­fił przy­gwoź­dzić dwu­dzie­stu ty­się­cy bur­skiej kon­ni­cy z po­mo­cą 250 0007 od­dzia­łów bry­tyj­skich, to mu­siał zmniej­szyć, a po­tem zli­kwi­do­wać moż­li­wo­ści ma­new­ru od­dzia­łów par­ty­zanc­kich. Po­wsta­ło więc osiem ty­się­cy blok­hau­zów8 zbu­do­wa­nych z ka­mie­nia i bla­chy fa­li­stej, wzno­szo­nych naj­pierw wzdłuż li­nii ko­le­jo­wych, a po­tem po ca­łym kra­ju. Osta­tecz­nie cały veldt zo­stał po­kry­ty, ni­czym ko­ron­ką, sie­cią ma­łych for­tów, po­łą­czo­nych dru­tem kol­cza­stym a po­ło­żo­nych od sie­bie w za­się­gu strza­łu. Gdy już kraj zo­stał w ten spo­sób po­dzie­lo­ny, Kit­che­ner prze­cze­sał go w spo­sób przy­po­mi­na­ją­cy po­lo­wa­nie na ba­żan­ty w hrab­stwie Nor­folk. Na­wet ję­zyk, ja­kie­go uży­wał Kit­che­ner i eego ofi­ce­ro­wie wy­wia­du, przy­po­mi­nał ter­mi­no­lo­gię ło­wiec­ką: tyle a tyle "na­go­nek", tyle "zdo­by­czy", tyle "ubi­tych". Pę­dząc wszyst­ko przed sobą, za sobą ar­mia po­zo­sta­wia­ła oczysz­czo­ny te­ren. Wszyst­kie zbio­ry, sta­no­wią­ce po­ten­cjal­ne źró­dło żyw­no­ści dla od­dzia­łów par­ty­zanc­kich, były pa­lo­ne. Po­dob­nie czy­nio­no też z każ­dą far­mą, mo­gą­cą słu­żyć im za schro­nie­nie lub punkt zbor­ny. Wszy­scy schwy­ta­ni w sieć miesz­kań­cy wsi, w więk­szo­ści ko­bie­ty i dzie­ci, byli wy­sie­dla­ni, za­pę­dza­ni do wa­go­nów i od­sta­wia­ni do jed­ne­go z dwu­dzie­stu czte­rech obo­zów kon­cen­tra­cyj­nych zbu­do­wa­nych i za­rzą­dza­nych przez ar­mię. Obo­zy te, po­śpiesz­nie wznie­sio­ne mia­stecz­ka na­mio­tów, na­ra­żo­ne były la­tem na słoń­ce i deszcz, zaś zimą - na lo­do­wa­te wia­try, mia­ły nie­do­sta­tecz­ną licz­bę la­tryn i cier­pia­ły na nie­do­sta­tek czy­stej wody. Po­nie­waż za­mknię­ci w nich lu­dzie uwa­ża­ni byli za ro­dzi­ny bur­skich par­ty­zan­tów - wy­da­wa­no im je­dy­nie zmniej­szo­ne ar­mij­ne ra­cje żyw­no­ścio­we. Nie było w nich mię­sa, ja­rzyn, mle­ka dla dzie­ci, ani my­dła; woda była za­nie­czysz­czo­na. Po­ja­wił się dur brzusz­ny. W cią­gu czter­na­stu mie­się­cy, pod­czas któ­rych po­pu­la­cja obo­zów roz­ro­sła się do 117 000 osób, zmar­ło od 18 do 28 ty­się­cy spo­śród nich, w więk­szo­ści ko­biet i dzie­ci.

Bry­ta­nia do­wie­dzia­ła się o tych prze­ra­ża­ją­cych spra­wach z ze­znań pew­nej peł­nej pa­sji ko­bie­ty w śred­nim wie­ku, Emi­ly Ho­bho­use, któ­ra ob­je­cha­ła owe obo­zy i wró­ci­ła do An­glii. Uda­ła się na spo­tka­nie z Sir Joh­nem Bro­de­ric­kiem, unio­ni­stycz­nym mi­ni­strem woj­ny, któ­ry grzecz­nie ją wy­słu­chał, lecz od­mó­wił an­ga­żo­wa­nia się w spra­wę. Wte­dy po­szła spo­tkać się z Camp­bel­lem-Ban­ner­ma­nem. Li­der Par­tii Li­be­ral­nej sie­dział w mil­cze­niu, gdy ko­bie­ta wy­rzu­ca­ła z sie­bie całą tę hi­sto­rię: "ma­so­we pa­le­nie farm [...] de­por­ta­cje [...] po­go­rzel­cy spro­wa­dza­ni w set­kach kon­wo­jów [...] po­zba­wie­ni odzie­ży [...] na wpół za­gło­dze­ni w obo­zach [...] ogar­nię­te go­rącz­ką dzie­ci [...] le­żą­ce na go­łej zie­mi [...] prze­ra­ża­ją­ca śmier­tel­ność". C. B. zde­cy­do­wał się prze­mó­wić. Ty­dzień póź­niej, 14 czerw­ca, na obie­dzie wy­da­nym przez li­be­ra­łów w re­stau­ra­cji "Hol­born" mó­wił o na­tu­rze woj­ny. "Czę­sto uży­wa­nym [przez rząd] zwro­tem jest "woj­na jest woj­ną", lecz gdy za­py­tać się co to wła­ści­wie zna­czy, sły­szy się że wła­ści­wie nie ma żad­nej woj­ny, że to nie jest woj­na. Kie­dy więc woj­na nie jest woj­ną? Otóż wte­dy, gdy pro­wa­dzo­na jest w Po­łu­dnio­wej Afry­ce me­to­da­mi bar­ba­rzyń­ski­mi".

Nad jego gło­wą roz­pę­ta­ła się bu­rza gnie­wu. Był wy­ty­ka­ny w pra­sie po­pu­lar­nej, kry­ty­ko­wa­ny w pry­wat­nych klu­bach, wy­rzu­co­ny poza na­wias ele­ganc­kie­go to­wa­rzy­stwa. Oto li­der Par­tii Li­be­ral­nej, były mi­ni­ster woj­ny, pa­skud­nie znie­wa­żył Ar­mię Bry­tyj­ską. Pro­bu­ryzm się­gnął zdra­dy. Oczy­wi­ście, taki czło­wiek nig­dy nie mógł­by zo­stać pre­mie­rem. Camp­bell-Ban­ner­man nie za­chwiał się. Trzy dni póź­niej po­wtó­rzył swo­je sło­wa w Izbie Gmin. Roz­grze­szał wy­ko­nu­ją­cych roz­ka­zy żoł­nie­rzy: "Nig­dy nie po­wie­dzia­łem ani sło­wa, któ­re su­ge­ro­wa­ło­by okru­cień­stwo, czy choć­by obo­jęt­ność ze stro­ny ofi­ce­rów i żoł­nie­rzy Ar­mii Bry­tyj­skiej. Uwa­żam, że to cały sys­tem jest, aby użyć sło­wa, ja­kie już za­sto­so­wa­łem, bar­ba­rzyń­ski". Ta po­wtór­ka po­now­nie za­ogni­ła sy­tu­ację, tak wśród Unio­ni­stów, jak i li­be­ral­nych im­pe­ria­li­stów. Z miej­sca pod­niósł się Hal­da­ne, aby wy­ra­zić ubo­le­wa­nie, że pa­dło tu­taj sło­wo "bar­ba­rzyń­ski" oraz zdy­stan­so­wać się - wy­ra­ża­jąc tak­że opi­nię swo­ich ko­le­gów - od sta­no­wi­ska przy­wód­cy par­tii. W gło­so­wa­niu, do ja­kie­go po­tem do­szło, pięć­dzie­się­ciu li­be­ra­łów, mię­dzy nimi Asqu­ith, Grey i Hal­da­ne, wstrzy­ma­ło się od gło­su. Trzy dni póź­niej Asqu­ith wy­po­wie­dział się na ten te­mat w mo­wie wy­gło­szo­nej w ho­te­lu "Li­ver­po­ol Sta­tion". "Nie zmie­ni­li­śmy na­szych po­glą­dów - po­wie­dział - Nie ża­łu­je­my ich [...] i nie od­wo­ła­my ich". Na­stą­pi­ły ko­lej­ne pu­blicz­ne obia­dy i kontr­obia­dy; pe­wien ob­ser­wa­tor okre­ślił to jako "woj­nę na noże [...] i wi­del­ce". Za­pla­no­wa­ny zo­stał obiad na cześć Asqu­itha; C. B. za­ape­lo­wał do nie­go, żeby go odło­żyć i za­stą­pić obia­dem na rzecz jed­no­ści par­tii, na któ­rym prze­wod­ni­czył­by on sam. Asqu­ith od­mó­wił. Na ja­kimś lun­chu prze­ma­wiał Ro­se­be­ry, ata­ku­jąc fra­ze­olo­gię C.B., jego "bar­ba­rzyń­skie me­to­dy, lecz nie sta­jąc u boku Asqu­itha. "Mu­szę orać swój za­gon sa­mot­nie - po­wie­dział słu­cha­czom - Ta­kie już moje prze­zna­cze­nie, z któ­rym mogę się zga­dzać lub nie zga­dzać. Lecz za­nim doj­dę do koń­ca tej bruz­dy, moż­li­we że nie będę już sam". Wio­sną 1902 roku Asqu­ith i Ro­se­be­ry nadal byli po­dzie­le­ni, zga­dza­li się tyl­ko w sprze­ci­wie wo­bec spo­so­bu spra­wo­wa­nia przez Camp­bel­la-Ban­ner­ma­na przy­wódz­twa par­tii.

I oto w tym wła­śnie mo­men­cie, gdy przy­szłość Par­tii Li­be­ral­nej ry­so­wa­ła się w naj­czar­niej­szych bar­wach, Jo­seph Cham­ber­la­in roz­wa­lił rząd Unio­ni­stów swo­ją pro­po­zy­cją na­ło­że­nia cła na im­por­to­wa­ne zbo­że. Boje wo­kół "pre­fe­ren­cji im­pe­rial­nej" cią­gnę­ły się przez trzy lata, sta­wia­jąc pre­mie­ra prze­ciw mi­ni­stro­wi ko­lo­nii, po­cią­ga­jąc za sobą re­zy­gna­cje i de­zer­cje z sze­re­gów, a to­wa­rzy­szy­ły temu cią­głe prze­gra­ne Unio­ni­stów w wy­bo­rach uzu­peł­nia­ją­cych. Je­sie­nią 1905 roku mało kto miał jesz­cze wąt­pli­wo­ści, że gdy­by do­szło do wy­bo­rów po­wszech­nych, zwy­cię­stwo przy­pa­dło­by li­be­ra­łom. Ar­thur Bal­fo­ur, po­li­tycz­nie zu­ży­ty i cier­pią­cy na za­pa­le­nie oskrze­li oraz żył, tak­że wy­da­wał się skła­niać do odej­ścia.

Król dał do zro­zu­mie­nia, że gdy­by Bal­fo­ur zre­zy­gno­wał, jego wy­bór pad­nie na Camp­bel­la-Ban­ner­ma­na. Król Edward nie za­wsze ży­wił ta­kie uczu­cia wo­bec C. B. Po jego mo­wie o "bar­ba­rzyń­skich me­to­dach" mo­nar­cha py­tał lor­da Sa­lis­bu­ry, czy li­de­ra li­be­ra­łów nie da­ło­by się ja­koś uci­szyć. Pre­mier od­po­wie­dział, że ja­ka­kol­wiek pró­ba w tym kie­run­ku nie by­ła­by mą­drym po­cią­gnię­ciem i by­ła­by po­strze­ga­na jako wtrą­ca­nie się Dwo­ru w po­li­ty­kę par­tyj­ną. Król mu­siał za­do­wo­lić się tym, że gdy on i C. B. zmu­sze­ni byli się spo­tkać, mo­nar­cha oka­zy­wał mu tyl­ko nie­zbęd­ne mi­ni­mum uprzej­mo­ści. Z upły­wem cza­su uczu­cia te ła­god­nia­ły. Obaj pa­no­wie mie­li po­dob­ne gu­sty, obaj ko­cha­li Fran­cję i Pa­ryż, obaj co­rocz­nie uda­wa­li się na ku­ra­cję do Ma­rien­ba­du. To wła­śnie w Cze­chach, kie­dy król i przy­wód­ca li­be­ra­łów mie­li oka­zję po­ga­dać nie­for­mal­nie, król od­krył, że C. B. jest "tak bez­po­śred­ni, tak życz­li­wie uspo­so­bio­ny, tak mą­dry i pe­łen hu­mo­ru, że nie spo­sób go nie lu­bić". So­lid­ne i bez­pre­ten­sjo­nal­ne za­le­ty Camp­bel­la-Ban­ner­ma­na były cał­kiem od­mien­ne od ulot­nych cza­rów Bal­fo­ura. Pod­czas tych kon­wer­sa­cji król od­krył, że Sir Hen­ry jest "cał­kiem roz­sąd­ny w spra­wach po­li­ty­ki za­gra­nicz­nej". Król Edward był prze­cież przede wszyst­kim re­ali­stą. Przez sie­dem już lat był C. B. li­de­rem Par­tii Li­be­ral­nej. Było też oczy­wi­ste, że li­be­ra­ło­wie wra­ca­ją do wła­dzy. Król za­tem miał już nie­dłu­go mieć do czy­nie­nia z Sir Hen­rym jako pre­mie­rem, cze­muż by więc nie spró­bo­wać za­przy­jaź­nić się z nim? "Ja­dłem z kró­lem lunch - pi­sał z Ma­rien­ba­du C. B. do przy­ja­cie­la w sierp­niu 1905 - Po­wie­dział mi, że bar­dzo był kon­tent z moż­li­wo­ści wy­mia­ny po­glą­dów ze mną, wkrót­ce bo­wiem obej­mę urząd, i to bar­dzo wy­so­ki urząd". Za­ży­łość mię­dzy nimi kwi­tła: "Nie­mal po­ło­wę po­sił­ków spo­ży­wam w to­wa­rzy­stwie JKM - cią­gnął Camp­bell-Ban­ner­man - Zda­je mi się, że moi ro­da­cy [w Ma­rien­ba­dzie] są wiel­ce za­sko­cze­ni gdy wi­dzą z ja­kim trak­tu­je mnie za­ufa­niem, uzna­niem i za­ży­ło­ścią".

W mia­rę jak zbli­ża­ły się wy­bo­ry, je­dy­ny­mi kwe­stia­mi były roz­mia­ry zwy­cię­stwa oraz czy li­be­ra­ło­wie, tak dłu­go od­su­nię­ci od wła­dzy, są go­to­wi do ob­ję­cia rzą­dów. Camp­bell-Ban­ner­man wie­rzył, że są, a bę­dąc go­tów sa­me­mu ob­jąć sta­no­wi­sko pre­mie­ra, rów­nie go­tów był ustą­pić, gdy­by oka­za­ło się, że ktoś inny spo­śród li­be­ra­łów mógł­by za­pew­nić bar­dziej har­mo­nij­ne rzą­dy. Przez pe­wien czas, wio­sną i la­tem 1905 roku, wy­da­wa­ło się, że wy­bór może paść na lor­da Spen­ce­ra, przy­wód­cę li­be­ra­łów w Izbie Lor­dów. Prze­zy­wa­ny "Czer­wo­nym Hra­bią", co zresz­tą na­le­ża­ło przy­pi­sać ra­czej bar­wie jego bro­dy ani­że­li od­cie­nio­wi jego po­li­ty­ki, od­słu­żył on wie­le lat za cza­sów Glad­sto­ne'a, a jego spo­koj­ne i nie­wy­ma­ga­ją­ce me­to­dy zda­wa­ły się ura­żać naj­mniej­szą licz­bę człon­ków par­tii. Rów­nież Ro­se­be­ry sta­no­wił pew­ną moż­li­wość, choć dość od­le­głą, jego bo­wiem sa­mot­ni­cze ma­nie­ry po­li­tycz­ne od­da­li­ły go za­rów­no od przy­wód­ców par­tii, jak i od sze­re­go­wych jej człon­ków. Je­sie­nią roz­łam mię­dzy Camp­bel­lem-Ban­ner­ma­nem a Ro­se­be­rym jesz­cze się po­sze­rzył, co spo­wo­do­wa­ły ich roz­bież­ne po­glą­dy w kwe­stii Home Rule. Camp­bell-Ban­ner­man opo­wia­dał się za praw­dzi­wą Home Rule ("sku­tecz­nym kie­ro­wa­niem spra­wa­mi Ir­lan­dii po­przez od­da­nie ich w ręce re­pre­zen­ta­tyw­nej Wła­dzy Ir­landz­kiej"), jed­nak­że wpro­wa­dza­ną krok po kro­ku. Ro­se­be­ry od­rzu­cał peł­ny sa­mo­rząd ir­landz­ki w każ­dej for­mie i oznaj­miał, jak­by bił w dzwo­ny: "Z na­ci­skiem i wy­raź­nie raz na za­wsze stwier­dzam, że nie mogę słu­żyć pod tym sztan­da­rem".

Je­sie­nią 1905 roku lord Spen­cer do­znał wy­le­wu krwi do mó­zgu, któ­ry za­koń­czył jego ka­rie­rę po­li­tycz­ną. Ro­se­be­ry sam sie­bie wy­eli­mi­no­wał z dal­szych roz­wa­żań. Ogól­nym fa­wo­ry­tem był te­raz Camp­bell-Ban­ner­man, cie­szą­cy się po­wszech­nym uzna­niem w sze­re­gach par­tyj­nych, a tak­że wy­raź­nie pre­fe­ro­wa­ny przez kró­la. Je­śli już więc nie moż­na było za­po­biec wstą­pie­niu C. B. na sam szczyt wła­dzy, to pew­na trój­ka człon­ków jego par­tii po­sta­no­wi­ła przy­najm­niej ogra­ni­czyć mu za­kres tej wła­dzy. Na po­cząt­ku wrze­śnia trzej czo­ło­wi li­be­ral­ni im­pe­ria­li­ści, Asqu­ith, Grey i Hal­da­ne, spo­tka­li się w dom­ku w Re­lu­gas w pół­noc­now­schod­niej Szko­cji, gdzie Grey za­miesz­ki­wał pod­czas swo­ich wy­praw na ryby, żeby prze­dys­ku­to­wać per­spek­ty­wy rzą­du li­be­ral­ne­go i ich wła­sną rolę, gdy­by przy­szło do jego sfor­mo­wa­nia. Ich wąt­pli­wo­ści co do przy­wódz­twa C. B. szły znacz­nie da­lej niż roz­bież­ność po­glą­dów na te­mat Po­łu­dnio­wej Afry­ki. Hal­da­ne ubrał to w na­stę­pu­ją­ce sło­wa: "Camp­bell-Ban­ner­man [...] był do­bro­dusz­ny, po­pu­lar­ny i sza­no­wa­ny za od­wa­gę, z jaką prze­ciw­sta­wiał się po­li­ty­ce rzą­du w Po­łu­dnio­wej Afry­ce. W po­wszech­nej jed­nak opi­nii nie był iden­ty­fi­ko­wa­ny z żad­ny­mi świe­ży­mi ide­ami, po­nie­waż rze­czy­wi­ście ich nie miał. Cze­go było trze­ba, to nie wskrze­sze­nia daw­nej Par­tii Li­be­ral­nej, lecz ze­spo­łu lu­dzi z iskrą i ener­gią, ob­da­rzo­nych no­wym spoj­rze­niem na spra­wy pań­stwa. Nad ta­ki­mi wła­śnie pro­ble­ma­mi, nie­któ­rzy z nas usil­nie już pra­co­wa­li [...]".

Były tak­że oba­wy o stan zdro­wia Camp­bel­la-Ban­ner­ma­na i wpływ tego sta­nu na jego zdol­ność do spra­wo­wa­nia przy­wódz­twa. Na po­dium, jako mów­ca, C. B. za­wsze był nu­dzia­rzem; te­raz, sta­ry i znu­żo­ny, mógł­by zo­stać - a ra­zem z nim i par­tia - roz­sie­ka­ny na ka­wał­ki w de­ba­cie par­la­men­tar­nej, zwa­żyw­szy na wspa­nia­łe zdol­no­ści Ar­thu­ra Bal­fo­ura w tej wła­śnie dzie­dzi­nie. Tak więc de­cy­zja na­sze­go trio, któ­ra zna­na była po­tem jako "pakt z Re­lu­gas", po­le­ga­ła na po­pie­ra­niu in­sta­la­cji C. B. jako pre­mie­ra, z rów­no­cze­snym wy­su­nię­ciem wa­run­ku, żeby opu­ścił on Izbę Gmin na rzecz Izby Lor­dów. Par­tię w Izbie Gmin po­pro­wa­dził­by Asqu­ith, uzna­wa­ny po­wszech­nie za mi­strza w de­ba­cie. Taki układ miał już prze­cież pre­ce­dens, Sa­lis­bu­ry za­sia­dał w Izbie Lor­dów, gdy przy­wódz­two w Izbie Gmin spra­wo­wał Bal­fo­ur. Tak samo, gdy­by pre­mie­rem zo­stał lord Spen­cer, mu­siał­by rzą­dzić z izby wyż­szej. Trio stwo­rzy­ło so­bie tak­że po­tęż­ną ma­czu­gę, któ­ra mia­ła im za­pew­nić re­ali­za­cję ich żą­da­nia: gdy­by C. B. się nie zgo­dził, Asqu­ith, Grey i Hal­da­ne mie­li od­mó­wić przy­ję­cia urzę­dów w jego rzą­dzie. Za­ło­żyw­szy jed­nak, że Camp­bell-Ban­ner­man ustą­pi przed ich żą­da­niem, cała trój­ka wy­bra­ła so­bie urzę­dy, ja­kie pra­gnę­li­by spra­wo­wać: Asqu­ith miał­by zo­stać kanc­le­rzem Izby Roz­ra­chun­ko­wej oraz przy­wód­cą w Izbie Gmin; Grey po­szedł­by do Mi­ni­ster­stwa Spraw Za­gra­nicz­nych; Hal­da­ne zo­stał­by lor­dem kanc­le­rzem oraz prze­wod­ni­czył Izbie Lor­dów. Kon­tro­la nad tymi urzę­da­mi po­zwo­li­ła­by na­sze­mu trio zdo­mi­no­wać rząd, zaś osła­bio­ny pre­mier od­gry­wał­by głów­nie rolę fi­gu­ran­ta. Przed wy­jaz­dem z chat­ki ry­bac­kiej Asqu­ith, Grey i Hal­da­ne obie­ca­li so­bie wza­jem­nie, że je­śli C. B. nie wy­co­fa się do Izby Lor­dów, wszy­scy po­wstrzy­ma­ją się od ob­ję­cia sta­no­wisk, a poza tym - do rzą­du wej­dą albo wszy­scy ra­zem, albo ża­den.

Pierw­szym po­su­nię­ciem tego trio było po­in­for­mo­wa­nie kró­la. Hal­da­ne od­wie­dził su­we­re­na na zam­ku Bal­mo­ral, gdzie twier­dził, że ich de­cy­zja po­dyk­to­wa­na była tro­ską o zdro­wie Camp­bel­la-Ban­ner­ma­na. Król, świa­dom tego, że C. B. nie jest zbyt od­por­ny, za­ak­cep­to­wał kon­cep­cję, żeby nowy pre­mier prze­szedł do Izby Lor­dów i zgo­dził się prze­ka­zać mu taką su­ge­stię. Król Edward zgło­sił jed­nak obiek­cje wo­bec groź­by trój­ki pa­nów po­wstrzy­ma­nia się od wej­ścia do rzą­du. Taki ga­bi­net, za­zna­czył król, był­by oka­le­czo­ny od sa­me­go po­cząt­ku, zaś on sam, jako mo­nar­cha, zna­la­zł­by się w dzi­wacz­nym po­ło­że­niu. 13 li­sto­pa­da Asqu­ith przed­sta­wił Camp­bel­lo­wi-Ban­ner­ma­no­wi isto­tę "pak­tu z Re­lu­gas". C. B. słu­chał go uważ­nie. Chciał­by, po­wie­dział, mieć Asqu­itha za kanc­le­rza i przy­sta­wał na Greya jako mi­ni­stra spraw za­gra­nicz­nych, ale żach­nął się gwał­tow­nie na Hal­da­ne'a. Za su­ge­stię, że miał­by odejść do Izby Lor­dów, tak­że ob­wi­niał "ową dow­cip­ną per­so­nę, Ri­char­da Bur­to­na Hal­da­ne'a". Do Izby Lor­dów, "dla któ­re­go to miej­sca nie mam ani upodo­ba­nia, ani wy­kształ­ce­nia, ani am­bi­cji zna­le­zie­nia się tam", prze­szedł­by, po­wie­dział, tyl­ko "pod ostrzem ba­gne­tu".

W po­nie­dział­ko­we po­po­łu­dnie 4 grud­nia Bal­fo­ur udał się do pa­ła­cu Buc­kin­gham zło­żyć re­zy­gna­cję. Te­goż wie­czo­ra, wie­dząc, że na­za­jutrz król we­zwie Camp­bel­la-Ban­ner­ma­na, Grey zło­żył C. B. wi­zy­tę i po­wie­dział mu bez ogró­dek, że nie przyj­mie sta­no­wi­ska w no­wym rzą­dzie, je­śli pre­mier nie przej­dzie do Izby Lor­dów, zaś Asqu­ith, któ­ry - jak to po­wie­dział Grey do C. B. - "był bar­dziej wy­trzy­ma­łym i sil­niej­szym przy­wód­cą w po­li­ty­ce i w de­ba­cie", nie otrzy­ma prze­wod­nic­twa w Izbie Gmin. Camp­bell-Ban­ner­man był za­sko­czo­ny, ura­żo­ny i obu­rzo­ny. Po­wie­dział póź­niej, że Grey przy­szedł do nie­go "za­pię­ty na ostat­ni gu­zik i przez cały czas na­wet jed­ne­go nie roz­piął". Grey swo­ją szorst­kość tłu­ma­czył uczci­wo­ścią: "Chcia­łem, aby znał moje sta­no­wi­sko i aby zro­zu­miał, że nie kry­ję w jego obec­no­ści opi­nii, ja­kie wy­po­wia­dam na jego te­mat gdzie in­dziej".

Na­stęp­ne­go ran­ka, we wto­rek 5 grud­nia, król po­pro­sił Camp­bel­la-Ban­ner­ma­na o utwo­rze­nie rzą­du. Pod­czas ich roz­mo­wy mo­nar­cha za­chę­cał przy­ja­cie­la do wy­ra­że­nia zgo­dy na pro­po­zy­cję li­be­ral­ne­go trio i przy­ję­cia pa­ro­stwa. C. B. po­zo­sta­wał nie­prze­ko­na­ny. Po­wie­dział kró­lo­wi Edwar­do­wi, że musi po­roz­ma­wiać z żoną, któ­ra nadal była w Szko­cji. W śro­dę wie­czo­rem w domu Camp­bel­la-Ban­ner­ma­na przy Bel­gra­ve Squ­are zja­wi­li się lord Mor­ley i lord Twe­ed­mo­uth, któ­rzy mie­li wkrót­ce zna­leźć się w jego rzą­dzie. Nowy pre­mier cią­gle był nie­zde­cy­do­wa­ny. Nie­dłu­go przy­być mia­ła lady Camp­bell-Ban­ner­man, więc Mor­ley i Twe­ed­mo­uth zo­sta­li po­pro­sze­ni, żeby zja­wi­li się po­now­nie po obie­dzie. Gdy po­wró­ci­li, za­sta­li C. B. w ra­do­snym na­stro­ju. "Nie bę­dzie ka­pi­tu­la­cji!" - krzyk­nął. Lady Camp­bell-Ban­ner­man mimo obaw o zdro­wie męża i za­zdro­ści, jaką oka­zy­wa­ła o czas spę­dza­ny z dala od niej, tak nie cier­pia­ła trio z Re­lu­gas, że od­su­nę­ła na bok swo­je oba­wy i za­chę­ca­ła męża, by po­zo­stał w Izbie Gmin9.

Asqu­ith, po­in­for­mo­wa­ny o de­cy­zji C. B., na­tych­miast po­rzu­cił swo­ich przy­ja­ciół. Do Hal­da­ne'a na­pi­sał: "Pod jed­nym wzglę­dem wa­run­ki obec­ne są za­sad­ni­czo od­mien­ne od tych, ja­kie my, a przy­najm­niej na pew­no ja, roz­pa­try­wa­li­śmy pod­czas na­szych roz­mów je­sie­nią. Wy­bo­ry są przed nami, a nie za nami. [...] Znaj­du­ję się w szcze­gól­nym po­ło­że­niu, ja­kie nie jest udzia­łem żad­ne­go z was. [...]". Asqu­ith czuł, że gdy­by trio od­mó­wi­ło wej­ścia do rzą­du, "utwo­rzo­ny zo­stał­by sła­by ga­bi­net [...] a całą od­po­wie­dzial­no­ścią obar­czo­no by mnie". Zde­cy­do­waw­szy się na wej­ście do rzą­du, Asqu­ith chciał, aby jego przy­ja­cie­le przy­łą­czy­li się do nie­go i za­czął usil­nie sta­rać się, żeby ne­go­cjo­wać w ich imie­niu. Grey i Hal­da­ne, osła­bie­ni wy­co­fa­niem się Asqu­itha, po­now­nie przy­rze­kli so­bie, że ża­den nie przyj­mie urzę­du, je­śli nie uczy­ni tego dru­gi. Grey za­trzy­mał się w miesz­ka­niu Hal­da­ne'a przy Whi­te­hall Co­urt, a kie­dy Hal­da­ne przy­był tam o szó­stej wie­czo­rem 7 grud­nia, za­stał Greya le­żą­ce­go na so­fie w jego bi­blio­te­ce "z wy­ra­zem twa­rzy ko­goś, kto pod­jął już de­cy­zję i roz­stał się z pro­ble­ma­mi po­li­tycz­ny­mi". Ża­den z nich nie jadł nic od rana, więc Hal­da­ne za­pro­po­no­wał, żeby po­szli do Café Roy­ale, gdzie mo­gli wy­na­jąć osob­ny po­kój i tam zjeść obiad i po­ga­dać. Pod­czas tego obia­du, zło­żo­ne­go z dań ryb­nych, dla Hal­da­ne'a sta­ło się ja­sne, że Grey gwał­tow­nie szu­ka spo­so­bu, żeby się wy­co­fać z ich po­ro­zu­mie­nia i jed­nak do­łą­czyć do rzą­du. Z ła­two­ścią mógł to uczy­nić na wła­sną rękę - było oczy­wi­ste, że C. B. chciał go mieć w rzą­dzie - od­rzu­cał jed­nak myśl, że mógł­by pro­sić o sta­no­wi­sko, o ile tak­że Hal­da­ne nie otrzy­mał­by pro­po­zy­cji. Hal­da­ne zro­zu­miał, że na­stęp­ny ruch na­le­ży do nie­go. Po­zo­sta­wiw­szy obiad na sto­le, wziął do­roż­kę i udał się na Bel­gra­ve Squ­are. Pre­mier jadł wła­śnie obiad w to­wa­rzy­stwie żony, wpro­wa­dzo­no więc Hal­da­ne'a do jego ga­bi­ne­tu. Po chwi­li wszedł tam C. B. i Hal­da­ne po­wie­dział, że przy­był za­py­tać się, czy Camp­bell-Ban­ner­man cią­gle chce mieć Greya jako mi­ni­stra spraw za­gra­nicz­nych. Pre­mier po­wie­dział, że chce, na­wet bar­dzo. Hal­da­ne od­parł, że zda­je mu się, iż Grey też by tego chciał. C. B. do­my­ślił się nie­wy­po­wie­dzia­nej czę­ści ora­cji swo­je­go go­ścia i za­py­tał, czy Hal­da­ne nie roz­wa­żył­by Mi­ni­ster­stwa Spraw We­wnętrz­nych lub sta­no­wi­ska pro­ku­ra­to­ra ge­ne­ral­ne­go.

"A co z Mi­ni­ster­stwem Woj­ny?" - spy­tał Hal­da­ne.

"Nikt tego nie chce ru­szyć na­wet dłu­gim ki­jem" - od­parł Camp­bell-Ban­ner­man.

"Za­tem daj­cie to mnie - rzekł Hal­da­ne - Zo­sta­nę mi­ni­strem woj­ny, je­śli Grey weź­mie Mi­ni­ster­stwo Spraw Za­gra­nicz­nych. Po­pro­szę go, aby od­wie­dził pana ju­tro rano i po­wia­do­mił pana o swo­jej de­cy­zji, któ­ra, jak mi się wy­da­je, bę­dzie po­zy­tyw­na".

Do­bi­to więc tar­gu. Hal­da­ne wró­cił do Greya i zdał mu spra­wę. Grey wy­ra­ził zgo­dę. Na­stęp­ne­go ran­ka udał się do C. B. i przy­jął sta­no­wi­sko mi­ni­stra spraw za­gra­nicz­nych, któ­re miał pia­sto­wać przez je­de­na­ście lat. Pod­czas dwóch lat pre­mie­ro­stwa C. B. Grey bar­dzo bli­sko współ­pra­co­wał z Camp­bel­lem-Ban­ner­ma­nem, któ­ry cał­ko­wi­cie po­le­gał na swo­im mi­ni­strze w kie­ro­wa­niu sto­sun­ka­mi kra­ju z in­ny­mi pań­stwa­mi. Przed ustą­pie­niem Camp­bel­la-Ban­ner­ma­na ze sta­no­wi­ska Grey prze­pro­sił go za swo­je wcze­śniej­sze za­cho­wa­nie: "My­śli moje czę­sto bie­gną do owych dni for­mo­wa­nia tego rzą­du. Od sa­me­go po­cząt­ku tej ka­den­cji par­la­men­tu czu­łem, że wszyst­kie moje pro­gno­zy sprzed wy­bo­rów były myl­ne i że pań­ska obec­ność w Izbie Gmin była nie tyl­ko po­żą­da­na, ale wręcz nie­zbęd­na dla za­rzą­dza­nia par­tią i utrzy­ma­nia jej jed­no­ści. Nadal je­stem o tym prze­ko­na­ny".

Hal­da­ne był je­dy­nym człon­kiem trio z Re­lu­gas, któ­ry nie zdo­był urzę­du, do ja­kie­go aspi­ro­wał. (Osta­tecz­nie w roku 1911 Asqu­ith jako pre­mier mia­no­wał przy­ja­cie­la lor­dem kanc­le­rzem). W pierw­szych dniach ist­nie­nia no­we­go ga­bi­ne­tu Hal­da­ne i Camp­bell-Ban­ner­man uni­ka­li się na­wza­jem. C. B. wy­ra­żał się lek­ce­wa­żą­co o swo­im mi­ni­strze woj­ny. "Hal­da­ne za­wsze wcho­dzi i wy­cho­dzi tyl­ny­mi scho­da­mi, lecz tak przy tym tu­pie, że wszy­scy mu­szą go sły­szeć" - po­wia­dał pre­mier. "Zo­ba­czy­my jak so­bie "Scho­pen­hau­er" po­ra­dzi" - mru­czał in­nym ra­zem Camp­bell-Ban­ner­man, sto­su­jąc swój dar do znaj­do­wa­nia prze­zwisk wo­bec Hal­da­ne'a, któ­ry był wy­edu­ko­wa­ny w fi­lo­zo­fii nie­miec­kiej. Hal­da­ne uj­mo­wał to pro­ściej: "Z po­cząt­ku mnie nie lu­bił. Przez kil­ka mie­się­cy nie ode­zwał się do mnie ani sło­wem i tyl­ko tro­chę do­da­wał mi otu­chy pod­czas po­sie­dzeń ga­bi­ne­tu". Z upły­wem cza­su i wo­bec na­ra­sta­ją­cych do­wo­dów lo­jal­no­ści Hal­da­ne'a, jego cięż­kiej pra­cy oraz spraw­nych re­form Ar­mii Bry­tyj­skiej, C. B. zmiękł.

Rząd li­be­ral­ny, jaki za­pre­zen­to­wał się w Pa­ła­cu 11 grud­nia, był wręcz na­bi­ty ta­len­ta­mi. Poza trój­ką z Re­lu­gas obej­mo­wał on Mor­leya jako mi­ni­stra d.s. In­dii; Lloyd Geo­r­ge'a jako prze­wod­ni­czą­ce­go Rady d.s. Han­dlu; Her­ber­ta Glad­sto­ne'a, syna Wiel­kie­go Star­ca, jako mi­ni­stra spraw we­wnętrz­nych; Twe­ed­mo­utha w Ad­mi­ra­li­cji; a Win­sto­na Chur­chil­la, tuż po­ni­żej ran­gi ga­bi­ne­to­wej, jako pod­se­kre­ta­rza sta­nu w Mi­ni­ster­stwie Ko­lo­nii. John Burns, pierw­szy czło­wiek pra­cy w hi­sto­rii An­glii, któ­ry do­szedł do szcze­bla człon­ka ga­bi­ne­tu, zo­stał prze­wod­ni­czą­cym Rady d.s. Sa­mo­rzą­du Lo­kal­ne­go. "Gra­tu­lu­ję panu, Sir Hen­ry - wy­krztu­sił z sie­bie za­chwy­co­ny no­mi­nat, gdy pre­mier po­wie­dział mu, że sta­no­wi­sko na­le­ży do nie­go - Bę­dzie to z pew­no­ścią naj­po­pu­lar­niej­sza no­mi­na­cja ze wszyst­kich, ja­kich pan do­ko­nał".

Kie­dy nowi mi­ni­stro­wie prze­by­wa­li w Pa­ła­cu, gdzie od­bie­ra­li pie­czę­cie swo­ich urzę­dów, nad Lon­dyn nad­peł­zła gę­sta mgła. Gdy ce­re­mo­nia się skoń­czy­ła, Grey i Hal­da­ne ru­szy­li po­wo­zem wzdłuż Mall, aby do­stać się do swo­ich mi­ni­sterstw. Pod­czas dro­gi mgła sta­ła się tak gę­sta, że stan­gret zmu­szo­ny zo­stał do za­trzy­ma­nia po­wo­zu. Hal­da­ne wy­siadł, aby zo­ba­czyć gdzie się wła­ści­wie znaj­du­ją, a po­tem nie mógł tra­fić z po­wro­tem do po­wo­zu. Po chwi­li wy­siadł tak­że Grey, któ­re­mu po dłu­gim błą­dze­niu uda­ło się osta­tecz­nie do­stać do Mi­ni­ster­stwa Spraw Za­gra­nicz­nych. Hal­da­ne, "ma­ca­jąc koń­skie gło­wy", na­tknął się wresz­cie na Mi­ni­ster­stwo Woj­ny, gdzie wrę­czył swo­je pie­czę­cie sta­łe­mu pod­se­kre­ta­rzo­wi sta­nu10 i po­pro­sił peł­nią­ce­go obo­wiąz­ki odźwier­ne­go, wy­so­kie­go eks-gwar­dzi­stę o szklan­kę wody. "Oczy­wi­ście, Sir - od­parł sta­ry żoł­nierz - ir­landz­ka, czy szkoc­ka?"

Na­za­jutrz rano ge­ne­ra­ło­wie z Rady Ar­mii hur­mem przy­by­li do mi­ni­ster­stwa, aby się cze­goś do­wie­dzieć o no­wym mi­ni­strze woj­ny. Hal­da­ne po­wie­dział im, że czu­je się "jak mło­da, ru­mie­nią­ca się dzie­wi­ca, świe­żo po­łą­czo­na z wo­jow­ni­kiem ze spi­żu. [...] Opi­nia pu­blicz­na nie ocze­ku­je, że ja­kieś skut­ki ta­kie­go związ­ku ob­ja­wią się wcze­śniej niż po upły­wie dzie­wię­ciu mie­się­cy". Za­chwy­ce­ni ge­ne­ra­ło­wie prze­ka­za­li te fra­zy kró­lo­wi, któ­ry ryk­nął śmie­chem.

Mie­siąc po ob­ję­ciu urzę­du nowy rząd sta­nął wo­bec wy­bo­rów po­wszech­nych. Kam­pa­nia za­czę­ła się za­raz po Bo­żym Na­ro­dze­niu, a samo gło­so­wa­nie za­ję­ło trzy ostat­nie ty­go­dnie stycz­nia. Re­zul­ta­tem było la­wi­no­we zwy­cię­stwo li­be­ra­łów. Unio­ni­ści po­nie­śli klę­skę na­wet w tra­dy­cyj­nie ob­sa­dza­nych przez nich okrę­gach wy­bor­czych. Po­ko­na­nych zo­sta­ło po­nad dwu­stu po­słów Unio­ni­stów, na­wet sam Ar­thur Bal­fo­ur. Par­tia Li­be­ral­na we­szła sztur­mem do Izby Gmin z 379 po­sła­mi, co da­wa­ło im wy­raź­ną prze­wa­gę 88 gło­sów nad wszyst­ki­mi po­zo­sta­ły­mi par­tia­mi w izbie. Z po­par­ciem 83 na­cjo­na­li­stów ir­landz­kich i 51 la­bo­urzy­stów, Camp­bell-Ban­ner­man i jego mi­ni­stro­wie mo­gli spo­glą­dać z góry na Unio­ni­stów z ich ża­ło­sny­mi 157 gło­sa­mi wo­bec po­łą­czo­nych 513.

Gdy nowy Par­la­ment ze­brał się 13 lu­te­go, Camp­bell-Ban­ner­man wy­da­wał się prze­mie­nio­ny. Prze­ma­wiał z po­czu­ciem au­to­ry­te­tu i god­no­ścią, czym za­sko­czył opo­zy­cję i za­chwy­cił po­słów li­be­ral­nych, tło­czą­cych się w swo­ich ła­wach lub prze­py­cha­ją­cych się na miej­scach sto­ją­cych za Ławą Rzą­do­wą. Mie­siąc póź­niej, gdy do izby wró­cił Bal­fo­ur, któ­ry zna­lazł so­bie ja­kieś miej­sce w wy­bo­rach uzu­peł­nia­ją­cych, przy­wód­ca Unio­ni­stów po­peł­nił błąd, pró­bu­jąc zlek­ce­wa­żyć twar­de­go Szko­ta. Przed­sta­wia­jąc swo­je po­glą­dy w spra­wie re­zo­lu­cji na te­mat wol­ne­go han­dlu, Bal­fo­ur wdał się w jed­no ze swo­ich re­to­rycz­nych przed­sta­wień. Było ono ty­leż wy­ar­ty­ku­ło­wa­ne, co nie­ja­sne, peł­ne uni­ków, a przede wszyst­kim pro­tek­cjo­nal­nie trak­tu­ją­ce za­rów­no wro­go do nie­go na­sta­wio­ną więk­szość, jak i jej przy­wód­cę. Camp­bell-Ban­ner­man re­pli­ko­wał groź­nym to­nem:

"Wiel­ce sza­now­ny pan jest jak daw­ni Bur­bo­ni - ni­cze­go się nie na­uczył - od­pa­lił pre­mier swo­je­mu po­przed­ni­ko­wi - Wra­ca pan oto do tej no­wej Izby Gmin z tym sa­mym ulot­nym wdzię­cze­niem się, tą samą sub­tel­ną dia­lek­ty­ką, tymi sa­my­mi lek­ce­wa­żą­cy­mi i fry­wol­ny­mi spo­so­ba­mi trak­to­wa­nia wiel­kich kwe­stii, lecz mało wi­dać wie o na­sta­wie­niu tej no­wej Izby Gmin je­śli my­śli, że ta­kie me­to­dy będą w nie prze­wa­żać. [...] Są one cał­ko­wi­cie bez­u­ży­tecz­ne, non­sen­sow­ne i my­lą­ce. Zo­sta­ły wy­na­le­zio­ne przez wiel­ce sza­now­ne­go pana w celu zaj­mo­wa­nia cza­su w tej de­ba­cie. Po­wia­dam więc, dość tych głupstw! [...] Niech pan przed­sta­wi swo­je po­praw­ki i po­zwo­li nam za­jąć się spra­wą".

Schi­zma po­mię­dzy tra­dy­cyj­nym, glad­sto­niań­skim ide­ali­zmem a tward­szym spoj­rze­niem na re­alia spra­wo­wa­nia wła­dzy w Im­pe­rium, jaka po­dzie­li­ła par­tię pod­czas woj­ny bur­skiej, nie zo­sta­ła jesz­cze w peł­ni zli­kwi­do­wa­na. Camp­bell-Ban­ner­man, Mor­ley, Lloyd Geo­r­ge i więk­szość li­be­ra­łów w izbie Gmin pra­gnę­ła trzy­mać się z dala od po­li­ty­ki mo­carstw eu­ro­pej­skich, zaś w spra­wach Im­pe­rium - umiar­ko­wa­nie i po­jed­na­nie sta­wiać przed eks­pan­sjo­ni­zmem. Asqu­ith, Grey i Hal­da­ne, li­be­ral­ni im­pe­ria­li­ści z "pak­tu z Re­lu­gas", od­mien­nie po­strze­ga­li rolę Bry­ta­nii: jako po­tę­gę im­pe­rial­ną, któ­rej te­ry­to­ria na ca­łej kuli ziem­skiej gra­ni­czy­ły z te­ry­to­ria­mi in­nych państw, a któ­rej wy­spy ma­cie­rzy­ste są­sia­do­wa­ły z kon­ty­nen­tem aż ki­pią­cym od na­pięć. Róż­ni­ce te ujaw­ni­ły się już we wcze­snym sta­dium ist­nie­nia no­we­go rzą­du. W swo­im pierw­szym prze­mó­wie­niu w cha­rak­te­rze pre­mie­ra, Camp­bell-Ban­ner­man po­wie­dział do na­bi­tej do ostat­nie­go miej­sca sali w Al­bert Hall, że za­mie­rza pro­wa­dzić ła­god­niej­szą po­li­ty­kę za­gra­nicz­ną niż Unio­ni­ści. Był fran­ko­fi­lem i życz­li­wie spo­glą­dał na en­ten­tę z Fran­cją, "tak mą­drze za­war­tą przez lor­da Lans­dow­ne". "Co się ty­czy Nie­miec - cią­gnął - to nie wi­dzę ja­kich­kol­wiek po­wo­dów do nie­po­ko­ju o in­te­re­sy na­szych na­ro­dów". Opo­wia­dał się za roz­bro­je­niem i przy­rzekł, że jego rząd bę­dzie nad nim pra­co­wał pod­czas zbli­ża­ją­cej się dru­giej kon­fe­ren­cji ha­skiej. "Wzrost zbro­jeń sta­no­wi wiel­kie nie­bez­pie­czeń­stwo dla świa­ta - rzekł - Utrzy­mu­je on przy ży­ciu, a na­wet pod­sy­ca prze­ko­na­nie, że siła jest naj­lep­szą je­śli nie je­dy­ną me­to­dą roz­wią­zy­wa­nia spo­rów mię­dzy­na­ro­do­wych. Jest to po­li­ty­ka pro­wa­dzą­ca do za­ognia­nia sta­rych ran i po­wsta­wa­nia no­wych".

W mar­cu 1907 roku, na krót­ko przed roz­po­czę­ciem dru­giej kon­fe­ren­cji po­ko­jo­wej w Ha­dze, pre­mier opu­bli­ko­wał w li­be­ral­nym ty­go­dni­ku "Na­tion" ar­ty­kuł, w któ­rym opo­wia­dał się za da­niem szan­sy roz­bro­je­niu. Bry­ta­nia, za­pew­niał, pró­bu­je zmniej­szyć wy­dat­ki na zbro­je­nia, a po­su­nie się da­lej na tej dro­dze, je­śli inne kra­je po­dą­żą w jej śla­dy. W tej dzie­dzi­nie li­be­ra­ło­wie tra­fi­li na zwią­za­ne z nią dy­le­ma­ty po­li­ty­ki we­wnętrz­nej. Jak - po la­tach do­ma­ga­nia się zmniej­sze­nia wy­dat­ków na obro­nę, po przy­rze­ka­niu wy­bor­com, że gdy już doj­dą do wła­dzy - zmniej­szą bu­dże­ty ar­mii i ma­ry­nar­ki wo­jen­nej - mo­gli się te­raz do­ma­gać od nich, żeby pła­ci­li na pew­ne ele­men­ty po­li­ty­ki obron­nej przy­ję­te jesz­cze przez rząd Bal­fo­ura? We­zwa­no prze­cież Fi­she­ra żeby zre­for­mo­wał ma­ry­nar­kę, licz­ne okrę­ty po­szły na złom, zaś flo­ty roz­miesz­czo­no w nowy spo­sób. Za­pro­jek­to­wa­no "Dre­ad­no­ugh­ta", po­ło­żo­no stęp­kę, zwo­do­wa­no go, a jesz­cze przed pierw­szą se­sją li­be­ral­ne­go par­la­men­tu miał być uro­czy­ście wcie­lo­ny do li­nii przez kró­la; wszyst­kich tych prac nie moż­na było tak po pro­stu za­trzy­mać. Pod­ję­to de­cy­zję, aby ob­ci­nać wy­dat­ki tu i tam, oraz na­ci­skać na zwięk­sze­nie efek­tyw­no­ści. Z pro­jek­tu bu­dże­tu ma­ry­nar­ki na rok 1906 wy­rzu­co­no jed­ne­go dred­no­ta; Fi­sher oznaj­mił że moż­na się jesz­cze zgo­dzić na trzy za­miast pro­po­no­wa­nych wcze­śniej czte­rech. Z ta­kim sa­mym za­pa­łem do re­for­mo­wa­nia i zwięk­sze­nia efek­tyw­no­ści za­brał się Hal­da­ne za ar­mię. Gdy zo­sta­wał mi­ni­strem woj­ny, uczy­nił obiet­ni­cę ob­cię­cia 3 mi­lio­nów fun­tów z pro­jek­tu bu­dże­tu ar­mii, rów­no­cze­śnie two­rząc z niej bar­dziej sku­tecz­ną broń. Ku za­sko­cze­niu Camp­bel­la-Ban­ner­ma­na, któ­ry spo­dzie­wał się, że "Ma­ster Hal­da­ne" pad­nie w Mi­ni­ster­stwie Woj­ny na pysk, Hal­da­ne zre­ali­zo­wał swo­je obiet­ni­ce. Zre­or­ga­ni­zo­wał on ar­mię, po­dzie­liw­szy ją na dwa ro­dza­je sił: za­wo­do­we Siły Eks­pe­dy­cyj­ne Ar­mii Re­gu­lar­nej w sile sze­ściu dy­wi­zji - 160 000 żoł­nie­rzy oraz Ar­mię Te­ry­to­rial­ną - zło­żo­ną z od­dzia­łów dru­giej li­nii, któ­re mia­ły być po­wo­ły­wa­ne w po­szcze­gól­nych hrab­stwach, zor­ga­ni­zo­wa­ną w czter­na­ście dy­wi­zji i utrzy­my­wa­ną jako re­zer­wa mo­gą­ca wes­przeć Siły Eks­pe­dy­cyj­ne. C. B. był za­chwy­co­ny ma­nie­rą, w ja­kiej Hal­da­ne bro­nił swo­jej po­li­ty­ki w Izbie Gmin prze­ciw Unio­ni­stom - naj­sta­ran­niej zaś prze­ciw Bal­fo­uro­wi - któ­ry pró­bo­wał wska­zy­wać na sła­be punk­ty i sprzecz­no­ści w pla­no­wa­nych re­for­mach ar­mii.

Naj­więk­szym trium­fem krót­kie­go za­miesz­ki­wa­nia Camp­bel­la-Ban­ner­ma­na na Do­wning Stre­et 10 było do­pro­wa­dze­nie przez nie­go do po­jed­na­nia w Po­łu­dnio­wej Afry­ce. Od sa­me­go po­cząt­ku woj­ny bur­skiej, przez wszyst­kie lata nad­użyć, nie­zmien­nie gło­sił te same prze­ko­na­nia. Dla nie­go woj­na zda­wa­ła się być raną, któ­rą za­le­czyć może tyl­ko zro­zu­mie­nie i wiel­ko­dusz­ność ze stro­ny rzą­du bry­tyj­skie­go. Jako pre­mier był go­tów wpro­wa­dzić swo­je prze­ko­na­nia w ży­cie. Za­pro­po­no­wał nada­nie sa­mo­rzą­du re­pu­bli­kom bur­skim, a na­stęp­nie do­pro­wa­dze­nie do sfe­de­ro­wa­nia sa­mo­rząd­nych państw w Unię Po­łu­dnio­wej Afry­ki. Su­ge­stia C. B., aby Bry­ta­nia po­now­nie nada­ła Bu­rom pra­wa do sa­mo­dziel­nych rzą­dów, któ­rych ich tak nie­daw­no po­zba­wi­ła w woj­nie kosz­tu­ją­cej ją trzy­dzie­ści ty­się­cy ofiar i 250 mi­lio­nów fun­tów szter­lin­gów, wy­wo­ła­ła de­spe­rac­ką opo­zy­cję Unio­ni­stów. Wspar­ty jed­nak swo­ją ogrom­ną prze­wa­gą w Izbie, pre­mier nadał sa­mo­rząd Trans­wa­lo­wi i Wol­ne­mu Pań­stwu Ora­nii. Uczy­nił to po­przez wy­da­nie li­stu pa­ten­to­we­go, wy­ma­ga­ją­ce­go tyl­ko za­twier­dze­nia przez Izbę Gmin, z po­mi­nię­ciem Izby Lor­dów. W 1909 roku, osiem­na­ście mie­się­cy po śmier­ci C. B., gdy Usta­wa o Po­łu­dnio­wej Afry­ce, usta­na­wia­ją­ca Unię Po­łu­dnio­wej Afry­ki, prze­szła przez obie izby par­la­men­tu, Lo­uis Bo­tha, bur­ski ge­ne­rał, któ­ry zo­stał pierw­szym pre­mie­rem no­wej unii, wy­ra­ził wdzięcz­ność Asqu­itho­wi, na­stęp­cy Camp­bel­la-Ban­ner­ma­na, do­da­jąc: "Naj­bar­dziej ża­łu­ję, że bra­ku­je tu dzi­siaj jed­nej szla­chet­nej po­sta­ci - Sir Hen­ry'ego Camp­bel­la-Ban­ner­ma­na. Za to co uczy­nił dla sa­mej tyl­ko Po­łu­dnio­wej Afry­ki, Im­pe­rium Bry­tyj­skie win­no na za­wsze za­cho­wać go we wdzięcz­nej pa­mię­ci". Wo­bec dzien­ni­ka­rzy Bo­tha wy­ja­śnił: "Dwa sło­wa do­pro­wa­dzi­ły do po­ko­ju i zjed­no­cze­nia Afry­ki Po­łu­dnio­wej: "bar­ba­rzyń­skie me­to­dy". [...] Bo­tha mó­wił jesz­cze o ogrom­nym wra­że­niu [...] ja­kie wy­warł na lu­dziach to­czą­cych prze­gra­ną wal­kę [...] fakt, że li­der jed­nej z wiel­kich par­tii bry­tyj­skich miał od­wa­gę coś ta­kie­go po­wie­dzieć i dziel­nie sta­wić czo­ła po­twa­rzom, ja­kie to na nie­go ścią­gnę­ło. Choć było to da­le­kie od za­chę­ty do sta­wia­nia bez­na­dziej­ne­go opo­ru, to jed­nak po­ru­szy­ło ich ser­ca i spro­wo­ko­wa­ło do po­waż­nych prze­my­śleń nad moż­li­wo­ścią po­jed­na­nia".

Wio­sną 1906 roku wy­da­wa­ło się, że C. B. osią­gnął szczyt swo­jej ka­rie­ry. W isto­cie jego ży­cie oso­bi­ste było prze­peł­nio­ne smut­kiem i zmę­cze­niem. Jego żona, od czter­dzie­stu sze­ściu lat bę­dą­ca mu to­wa­rzysz­ką i do­rad­czy­nią, była umie­ra­ją­ca. Char­lot­ta Camp­bell za­wsze ży­wi­ła mie­sza­ne uczu­cia wo­bec po­li­tycz­nej ka­rie­ry męża. Po­dzie­la­ła jego am­bi­cje i bro­ni­ła go go­rą­co, gdy sta­wał się ce­lem ata­ków. "Hen­ry jest do­brym czło­wie­kiem - oznaj­mi­ła - nikt oprócz mnie nie wie, jak do­brym". Am­bi­cje jed­nak mie­sza­ły się z ża­la­mi nad cza­sem, na jaki jego ka­rie­ra roz­dzie­la­ła ich obo­je. Nie lu­bi­ła szcze­gó­li­ków po­li­ty­ki, nig­dy nie wi­dzia­no jej na ga­le­rii Izby Gmin, gdy jej mąż prze­ma­wiał. Jej za­bor­czość jesz­cze wzro­sła, gdy ule­gła bo­le­snej cho­ro­bie ner­wo­wej. W co­raz więk­szym stop­niu Camp­bell-Ban­ner­man zmu­szo­ny był wy­bie­rać po­mię­dzy swo­imi obo­wiąz­ka­mi pu­blicz­ny­mi a tro­ską o żonę. Roz­dzie­lo­ny z nią, od­czu­wał za­kło­po­ta­nie wie­dząc, że jest sama w domu, le­żąc w łóż­ku albo na szez­lon­gu z ocza­mi utkwio­ny­mi w ze­gar, li­cząc mi­nu­ty do jego po­wro­tu. Co­raz czę­ściej, jako li­der opo­zy­cji, a po­tem pre­mier, nie po­wra­cał do Izby Gmin po obie­dzie, prze­sy­ła­jąc je­dy­nie pi­sem­ną no­tat­kę, że zdro­wie żony zmu­sza go do po­zo­sta­nia z nią.

W 1902 roku lady Camp­bell-Ban­ner­man, któ­ra wa­ży­ła prze­szło 250 fun­tów11, prze­szła atak apo­plek­sji, po któ­rym po­zo­sta­wa­ła na wpół spa­ra­li­żo­wa­na. Prze­no­si­ny na Do­wning Stre­et 10 w stycz­niu 1906 roku były cięż­ką pró­bą, lecz uda­ło się jej wy­dać wiel­kie przy­ję­cie dla męża w przed­dzień otwar­cia no­wej ka­den­cji par­la­men­tu. Nie mo­gąc stać, przez dwie go­dzi­ny sie­dzia­ła pod­par­ta, wy­sta­wia­jąc się na spo­tka­nie z tłu­mem go­ści. Przez całą wio­snę i lato zdro­wie jej co­raz bar­dziej się po­gar­sza­ło. Nie lu­bi­ła za­wo­do­wych pie­lę­gnia­rek i przyj­mo­wa­ła je­dze­nie i le­kar­stwa tyl­ko z rąk męża. Kie­dy­kol­wiek za­wo­ła­ła, wsta­wał i sia­dał obok niej, w ra­zie po­trze­by na­wet nocą. Pew­nej nocy owe­go lata, jego wła­sne po­gar­sza­ją­ce się zdro­wie zmu­si­ło go do spę­dze­nia ca­łej nocy osob­no. "Ja­kie to dziw­ne spę­dzić całą noc w łóż­ku - za­pi­sał - Nie zda­rzy­ło mi się to od sze­ściu mie­się­cy". Ran­ka­mi za­sy­piał nad swo­imi pa­pie­ra­mi rzą­do­wy­mi.

W sierp­niu 1906 roku obo­je zde­cy­do­wa­li się za­ry­zy­ko­wać po­dróż do Ma­rien­ba­du. Po­dró­żo­wa­li po­wo­li, krót­ki­mi eta­pa­mi, przy­by­wa­jąc na miej­sce trzy­na­ste­go. Lady Camp­bell-Ban­ner­man była wy­czer­pa­na, lecz szczę­śli­wa. 16 sierp­nia zja­wił się król w to­wa­rzy­stwie ca­łe­go beau mon­de'u12 i roju dzien­ni­ka­rzy. Przez dwa ty­go­dnie pre­mier zo­bli­go­wa­ny był do to­wa­rzy­sze­nia su­we­re­no­wi pod­czas lun­chów, obia­dów i her­ba­tek, za­wsze po­śpiesz­nie wra­ca­jąc do sie­bie, aby po­dzie­lić się no­wi­na­mi i plo­tecz­ka­mi ze swo­ją in­wa­lid­ką. Gdy stan jej się po­gor­szył, pre­mier za­czął spo­ży­wać po­sił­ki w przy­le­ga­ją­cym do jej sy­pial­ni sa­lo­nie. Drzwi były otwar­te na oścież i za­wsze pod­czas po­sił­ku zdą­ży­ła za­wo­łać go ze dwa lub trzy razy. Za każ­dym ra­zem zry­wał się z krze­sła i śpie­szył, aby być przy jej boku. Po­po­łu­dnie 30 sierp­nia było upal­ne, pa­no­wa­ła ci­sza, za­kłó­ca­na tyl­ko stu­ko­tem ko­pyt koń­skich na uli­cy i od­gło­sem mo­zol­ne­go od­de­chu umie­ra­ją­cej ko­bie­ty. Zmar­ła o pią­tej po po­łu­dniu.

Król, sie­dząc na bal­ko­nie apar­ta­men­tu swo­je­go ho­te­lu, wziął pió­ro i na­pi­sał: "Wiem jak wiel­kie było wa­sze wza­jem­ne od­da­nie i jaką pust­kę zmar­ła po­zo­sta­wi­ła w two­im domu. Mimo to je­stem pew­ny, że te­raz pra­gniesz już tyl­ko, aby two­ja uko­cha­na żona od­po­czy­wa­ła w po­ko­ju, wol­na od wszel­kich dal­szych bó­lów i cier­pień".

Camp­bell-Ban­ner­man cią­gnął spra­wy da­lej przez nie­ca­łe dwa lata. Pu­blicz­nie sta­rał się oka­zy­wać we­so­łość, lecz je­den z przy­ja­ciół, wi­dząc go roz­ma­wia­ją­ce­go i żar­tu­ją­ce­go z go­ść­mi, po­szedł po­tem na górę, gdzie za­stał pre­mie­ra obej­mu­ją­ce­go gło­wę rę­ka­mi, wstrzą­sa­ne­go szlo­chem. Jego wła­sne cia­ło też było już zu­ży­te. 13 li­sto­pa­da Camp­bell-Ban­ner­man za­słabł w Bri­sto­lu. Jego dok­to­rzy na­ka­za­li mu sześć ty­go­dni bez­względ­ne­go wy­po­czyn­ku i pre­mier zde­cy­do­wał się wy­brać do Biar­ritz. Po dro­dze w Pa­ry­żu do­padł go dru­gi atak ser­ca, co zmu­si­ło go do prze­rwa­nia po­dró­ży, zaś jego dok­to­ra do po­śpiesz­ne­go przy­by­cia z Lon­dy­nu. Prze­pro­wa­dziw­szy się do Biar­ritz, po­zo­stał tam do po­ło­wy stycz­nia, kie­dy to wró­cił do Lon­dy­nu. Tam inny przy­ja­ciel stwier­dził, że "wy­da­wa­ło się, iż cał­ko­wi­cie od­zy­skał swo­ją daw­ną po­go­dę du­cha i ener­gię". 12 lu­te­go 1908 roku Camp­bell-Ban­ner­man wy­gło­sił swo­ją ostat­nią mowę w Izbie Gmin. Tego wie­czo­ra do­znał po­now­ne­go za­wa­łu i zo­stał prze­nie­sio­ny do swo­jej sy­pial­ni pod nu­me­rem 10. Nie opu­ścił już tego po­ko­ju aż do śmier­ci, któ­ra na­stą­pi­ła dzie­sięć ty­go­dni póź­niej. Od­wie­dza­li go król, kró­lo­wa i ksią­żę Wa­lii, a on sia­dał wte­dy przy oknie wy­cho­dzą­cym na Do­wning Stre­et. Wy­jeż­dża­jąc na zgro­ma­dze­nie mo­nar­chów w Ko­pen­ha­dze, król pro­sił, aby go na bie­żą­co in­for­mo­wać o sta­nie zdro­wia pre­mie­ra. "Nie te­le­gra­fuj­cie "Do Kró­la"", in­stru­ował mo­nar­cha. "Bę­dzie tam tylu kró­lów. Te­le­gra­fuj­cie "Do Kró­la Edwar­da"".

Przez dwa mie­sią­ce ga­bi­net od­li­czał czas, od­kła­da­jąc waż­ne de­cy­zje i w co­raz więk­szym stop­niu oglą­da­jąc się na Asqu­itha, de­sy­gno­wa­ne­go na­stęp­cę. 27 mar­ca pre­mier po­słał po kanc­le­rza, aby po­wie­dzieć mu, ze za­mie­rza zre­zy­gno­wać. "Je­steś cu­dow­nym ko­le­gą - po­wie­dział Asqu­itho­wi - tak lo­jal­nym, tak bez­in­te­re­sow­nym, tak zdol­nym. Je­steś naj­więk­szym dżen­tel­me­nem, ja­kie­go kie­dy­kol­wiek spo­tka­łem". Jego sło­wa w chwi­li roz­sta­nia były opty­mi­stycz­ne: "Jesz­cze nie ko­niec ze mną. Spo­tka­my się znów, Asqu­ith". 1 kwiet­nia pre­mier wy­słał swo­ją re­zy­gna­cję do prze­by­wa­ją­ce­go w Biar­ritz kró­la. 3 kwiet­nia król przy­jął dy­mi­sję. Camp­bell-Ban­ner­man zmarł nad ra­nem 22 kwiet­nia 1908 roku.

30Henry i Margot Asquithowie

Her­bert Hen­ry Asqu­ith za­czy­nał skrom­niej niż któ­ry­kol­wiek z jego po­przed­ni­ków na urzę­dzie pre­mie­ra. Uro­dził się w 1852 roku, jako syn kup­ca weł­nia­ne­go, na wsi w hrab­stwie York­shi­re. Gdy Her­bert13 miał osiem lat, jego oj­ciec do­znał skrę­tu ki­szek pod­czas wiej­skich roz­gry­wek w kry­kie­ta i zmarł parę go­dzin póź­niej. Od ukoń­cze­nia lat dwu­na­stu Asqu­ith za­miesz­ki­wał na stan­cjach u ro­dzin w Lon­dy­nie, aby mógł uczęsz­czać do lep­szych szkół. Jako uczeń do­sko­na­le da­wał so­bie radę. "[Szko­ła] po pro­stu [...] po­sta­wi­ła przed nim dra­bi­nę, a on ru­szył po niej do góry" - po­wie­dział jej dy­rek­tor. W wie­ku lat sie­dem­na­stu Asqu­ith zdo­był sty­pen­dium z za­kre­su li­te­ra­tu­ry kla­sycz­nej w Bal­liol. Jego tam przy­by­cie zbie­gło się w cza­sie z pierw­szą ka­den­cją Ben­ja­mi­na Jo­wet­ta jako prze­ło­żo­ne­go col­led­ge'u. Jo­wett14, któ­ry miał do­bre oko do oce­ny moż­li­wo­ści stu­den­tów, trzy­mał Asqu­itha pod ści­słym nad­zo­rem. Asqu­ith po­świę­cił się dzia­łal­no­ści w ra­mach Oxford Union. Prze­ma­wiał nie­mal w każ­dej de­ba­cie po­li­tycz­nej, zo­stał jej prze­wod­ni­czą­cym i zmie­nił prze­pi­sy to­wa­rzy­stwa, ze­zwa­la­jąc na pa­le­nie oraz ser­wo­wa­nie po­po­łu­dnio­wej her­ba­ty. Po­mi­mo tych za­jęć ubocz­nych Asqu­ith zo­stał w 1874 roku je­dy­nym ab­sol­wen­tem Bal­liol, któ­ry otrzy­mał dy­plom pierw­szej kla­sy w za­kre­sie li­te­ra­tu­ry kla­sycz­nej - z wy­róż­nie­niem.

Asqu­ith mógł po­zo­stać w Oxfor­dzie jako don15, lecz nie było to jego am­bi­cją. Prze­niósł się do Lon­dy­nu, gdzie za­czął przy­go­to­wy­wać się do za­wo­du ad­wo­ka­ta. Bez pie­nię­dzy i bez ko­nek­sji, Asqu­ith za­warł sza­lo­ne mał­żeń­stwo w wie­ku dwu­dzie­stu pię­ciu lat i ry­chło zo­stał oj­cem. Aby uzu­peł­nić swo­je mi­zer­ne do­cho­dy z pra­wa, re­gu­lar­nie pi­sy­wał do li­be­ral­nych ty­go­dni­ków "Spec­ta­tor" i "Eco­no­mist". Pi­sy­wał wstęp­nia­ki, naj­czę­ściej po­świę­co­ne po­li­ty­ce, lecz po­tra­fił tak­że, nie tra­cąc lek­ko­ści pió­ra, po­ru­szać się po in­nych are­nach - eko­no­micz­nej, li­te­rac­kiej, spo­łecz­no-oby­cza­jo­wej.

Pew­ne­go wie­czo­ra w 1881 roku, pod­czas obia­du w Lin­coln's Inn16, Asqu­ith sie­dział obok in­ne­go mło­de­go ad­wo­ka­ta, po­dob­nie jak on - umiar­ko­wa­ne­go li­be­ra­ła z am­bi­cja­mi po­li­tycz­ny­mi. Ri­chard Bur­ton Hal­da­ne, młod­szy od Asqu­itha o czte­ry lata Szkot, któ­ry miał zo­stać jego naj­bliż­szym przy­ja­cie­lem i naj­po­tęż­niej­szym so­jusz­ni­kiem po­li­tycz­nym, stu­dio­wał w Niem­czech, skąd wy­niósł płyn­ną zna­jo­mość ję­zy­ka oraz moc­ne upodo­ba­nie do nie­miec­kiej fi­lo­zo­fii. Hal­da­ne miał pie­nią­dze, któ­rych bra­ko­wa­ło Asqu­itho­wi. Dwa lub trzy razy na ty­dzień spo­ży­wa­li wspól­nie obiad w któ­rejś z re­stau­ra­cji, po czym Asqu­ith wra­cał do ro­dzi­ny. Hal­da­ne czę­sto uda­wał się z Asqu­ithem do domu, gdzie stał się ulu­bień­cem jego żony i dzie­ci. Hal­da­ne po­dzi­wiał moc­ne stro­ny przy­ja­cie­la, lecz do­strze­gał też jego sła­be punk­ty. Asqu ith, po­wia­dał Hal­da­ne, był po­sia­da­czem "naj­wspa­nial­sze­go apa­ra­tu in­te­lek­tu­al­ne­go oraz zdol­no­ści zro­zu­mie­nia i oce­ny, z ja­ki­mi nig­dy u ni­ko­go in­ne­go się nie ze­tkną­łem", lecz był znacz­nie lep­szy w ob­ja­śnia­niu niż two­rze­niu. "Asqu­ith sam wie­le nie wy­my­ślił - cią­gnął Hal­da­ne - Nie był czło­wie­kiem ob­da­rzo­nym wy­obraź­nią, lecz kie­dy co­kol­wiek wspól­nie wy­my­śli­li­śmy - za­wsze pa­da­ło na nie­go, żeby przed­sta­wił za­gad­nie­nie w na­szym imie­niu - miał to opa­no­wa­ne do per­fek­cji". Jed­na spra­wa do­ty­czą­ca Asqu­itha była za­wsze ja­sna. "Oby­dwaj awan­so­wa­li­śmy wśród pa­le­stry, lecz dla Asqu­itha zo­stać wy­bit­nym praw­ni­kiem nig­dy nie było żad­ną atrak­cją - wspo­mi­nał Hal­da­ne - Od sa­me­go po­cząt­ku po­sta­no­wił, że zo­sta­nie pre­mie­rem".

To wła­śnie Hal­da­ne pierw­szy za­su­ge­ro­wał Asqu­itho­wi, aby wy­star­to­wał w wy­bo­rach do par­la­men­tu. Sam Hal­da­ne zo­stał wy­bra­ny do Izby Gmin w 1885 roku i w roku na­stęp­nym za­czął na­ci­skać przy­ja­cie­la, żeby zgło­sił swo­ją kan­dy­da­tu­rę w szkoc­kim okrę­gu East Fife. Asqu­ith zo­stał wy­bra­ny nie­wiel­ką więk­szo­ścią, lecz miał od­tąd re­pre­zen­to­wać tych sa­mych wy­bor­ców przez trzy­dzie­ści dwa lata. Gdy w mar­cu 1887 roku wy­gło­sił swo­ją de­biu­tanc­ką mowę, po­sło­wie z obu stron izby byli za­sko­cze­ni jego pew­no­ścią sie­bie, elo­kwen­cją i au­to­ry­te­tem. "Jego dyk­cja już wte­dy była nie­ska­zi­tel­na" - rzekł z po­dzi­wem Hal­da­ne. Zde­cy­do­wa­nie mniej­sze wra­że­nie zro­bił jed­nak na panu Glad­sto­ne'ie. Gdy li­de­ra li­be­ra­łów za­py­ta­no, czy sztu­ka ora­tor­ska może wy­nieść mło­de­go Asqu­itha na szczy­ty ka­rie­ry po­li­tycz­nej, ten po­trzą­snął gło­wą. "Styl za­nad­to są­do­wy" - orzekł. Nie­mniej jed­nak, gdy pięć lat póź­niej Glad­sto­ne two­rzył swój czwar­ty i ostat­ni ga­bi­net, po­wo­łał czter­dzie­sto­let­nie­go Asqu­itha na sta­no­wi­sko mi­ni­stra spraw we­wnętrz­nych. 18 sierp­nia 1892 nowi mi­ni­stro­wie uda­li się do Osbor­ne Ho­use, aby tam otrzy­mać od kró­lo­wej pie­czę­cie swo­ich urzę­dów. Prze­by­wa­jąc So­lent od stro­ny Por­ts­mouth, nowi mi­ni­stro­wie li­be­ral­ni mi­nę­li dru­gą łódź, wio­zą­cą z po­wro­tem ustę­pu­ją­cych mi­ni­strów unio­ni­stycz­nych - obie gru­py w mil­cze­niu uchy­li­ły cy­lin­drów. Przy tej oka­zji kró­lo­wa Wik­to­ria nie roz­ma­wia­ła z no­wym mi­ni­strem spraw we­wnętrz­nych, lecz od­no­to­wa­ła w swo­im dzien­ni­ku, że wy­da­wał się "in­te­li­gent­nym, do­brze się pre­zen­tu­ją­cym męż­czy­zną". Wkrót­ce po­tem Asqu­ith zo­stał po­now­nie we­zwa­ny do Osbor­ne na obiad i krót­ki po­byt, i tym ra­zem Kró­lo­wa od­no­to­wa­ła: "od­by­łam z pa­nem Asqu­ithem roz­mo­wę, któ­rą uwa­żam za przy­jem­ną, bez­po­śred­nią i roz­sąd­ną".

Lata, gdy Asqu­ith wspi­nał się po szcze­blach ka­rie­ry aż do po­zio­mu ga­bi­ne­tu, były la­ta­mi spo­ko­ju w ży­ciu do­mo­wym. Ma­jąc lat osiem­na­ście za­ko­chał się pod­czas po­by­tu nad mo­rzem w pięt­na­sto­let­niej dziew­czy­nie, He­len Mel­land, cór­ce wzię­te­go le­ka­rza z Man­che­ste­ru. Pi­sy­wa­li od­tąd do sie­bie re­gu­lar­nie, a czte­ry lata póź­niej, gdy on był jesz­cze w Bal­liol, za­rę­czy­li się w se­kre­cie. Po­bra­li się w 1877 roku, gdy on miał dwa­dzie­ścia pięć, ona zaś dwa­dzie­ścia dwa lata. Za­rob­ki Asqu­itha jako ad­wo­ka­ta oraz nie­wiel­kie pie­nią­dze otrzy­my­wa­ne przez nią od ojca po­zwo­li­ły im na kup­no bia­ło­ścien­ne­go dom­ku sto­ją­ce­go w ogro­dzie w Hamp­ste­ad, któ­ry przez czter­na­ście lat po­zo­sta­wał ich do­mem ro­dzin­nym. He­len Mel­land była wy­so­ką, atrak­cyj­ną bru­net­ką. "Pięk­na i pro­sta du­sza" - wspo­mi­nał Hal­da­ne. "Nikt nie na­zwał­by jej mą­drą, czy "in­te­lek­tu­alist­ką" - po­wie­dział o niej mąż - Tym, co de­cy­do­wa­ło o jej rzad­kich za­le­tach, był jej cha­rak­ter". Była ona "bez­in­te­re­sow­na i udu­cho­wio­na, [...] cie­pła [...] i wiel­ko­dusz­na". Kie­dyś, jesz­cze bo­ry­ka­jąc się w pa­le­strze, mąż wy­ra­ził jej swą mi­łość, wy­da­jąc 300 fun­tów szter­lin­gów, by ku­pić jej dia­men­to­wy na­szyj­nik.

He­len Asqu­ith była szczę­śli­wa, miesz­ka­jąc w Hamp­ste­ad. W cią­gu dzie­wię­ciu lat po­ja­wi­ło się pię­cio­ro dzie­ci, a gdy jej mąż pra­co­wał nad ak­ta­mi pro­wa­dzo­nych spraw czy uda­wał się do izby Gmin, cza­sa­mi ja­da­jąc obiad z przy­ja­ciół­mi i póź­no wra­ca­jąc do domu, ona nad­zo­ro­wa­ła go­spo­dar­stwo i ro­dzi­nę. Mi­ja­ły lata - on się zmie­niał, a ona nie. Ka­rie­ra Asqu­itha wy­nio­sła go na szczy­ty to­wa­rzy­skie. Nad­cho­dzi­ły za­pro­sze­nia, z cze­go on był za­do­wo­lo­ny, zaś He­len - prze­ra­żo­na. Z po­cząt­ku Asqu­ith nie umiał do­sto­so­wać się do to­wa­rzy­stwa; od­no­to­wa­no, że na przy­ję­ciach - ru­sza­jąc na obiad - po­da­wał ra­mię wła­snej żo­nie. Sko­ry­go­wał jed­nak te drob­ne błę­dy, roz­wi­ja­jąc w so­bie upodo­ba­nie do do­brych win oraz ta­lent do roz­mó­wek z uty­tu­ło­wa­ny­mi pa­nia­mi. Jego żona nie mia­ła ani ta­kich upodo­bań, ani ta­len­tu. To­wa­rzy­stwo, zdzi­wio­ne parą no­wi­cju­szy, czy­ni­ło uwa­gi na te­mat jego am­bi­cji i jej nie­chę­ci. Jed­nym sło­wem, He­len po­strze­ga­na była jako kula u nogi męża.

Wśród ob­ser­wa­to­rów mał­żeń­stwa Asqu­itha znaj­do­wa­ła się Mar­got Ten­nant, ob­da­rzo­na burz­li­wym cha­rak­te­rem, to­wa­rzy­ska na spo­sób eks­tra­wa­ganc­ki człon­ki­ni krę­gu "Dusz" i na­mięt­na wiel­bi­ciel­ka Ar­thu­ra Bal­fo­ura. "Gdy od­kry­łam, że [Asqu­ith] jest żo­na­ty - na­pi­sa­ła po­tem Mar­got - Po­pro­si­łam go, aby przy­szedł na obiad z żoną, co uczy­nił, a za­raz gdy ją uj­rza­łam, po­wie­dzia­łam jej: "Na­praw­dę, pani Asqu­ith, li­czę na to, że nie bę­dzie mia­ła pani nic prze­ciw­ko temu, aby pani mąż od cza­su do cza­su ja­dał tu­taj obiad bez pani; za­wsze są­dzi­łam, że do Hamp­ste­ad jest zbyt da­le­ko, aby wra­cał do pani z Izby Gmin. Musi jed­nak pani mi za­wsze dać znać i przy­cho­dzić ra­zem z nim, kie­dy tyl­ko bę­dzie pani mia­ła ocho­tę"".

"[...] Tak bar­dzo róż­ni­ła się ode mnie, że bar­dzo pra­gnę­łam, aby się zgo­dzi­ła. Była uprzej­ma, miła i po­zba­wio­na am­bi­cji, opo­wia­da­ła mi o domu i dzie­ciach z taką mi­ło­ścią i za­in­te­re­so­wa­niem, że wy­da­wa­ły się one wy­klu­czać ją z ży­cia wiel­kiej po­li­ty­ki, ja­kie od daw­na po­cią­ga­ło moją wy­obraź­nię. [...]"

"Bar­dzo pra­gnę­łam, aby [...] po­zna­ła mo­ich przy­ja­ciół, lecz po week­en­dzie spę­dzo­nym z lor­dem i lady Des­bo­ro­ugh [sio­stra i szwa­gier Mar­got Ten­nant], gdzie wszy­scy ją po­lu­bi­li, po­wie­dzia­ła mi, że cho­ciaż wi­zy­ta jej się po­do­ba­ła, to nie wy­da­je jej się, żeby kie­dy­kol­wiek mia­ła dbać o ten ro­dzaj to­wa­rzy­stwa, ja­kie tak uwiel­bia­łam i jest szczę­śliw­sza w krę­gu swo­je­go domu i ro­dzi­ny. Gdy po­wie­dzia­łam jej, że wy­szła za męż­czy­znę, któ­ry z pew­no­ścią osią­gnie naj­wyż­sze sta­no­wi­ska w po­li­ty­ce, od­par­ła, że nie tego dla nie­go pra­gnę­ła. Od­jeż­dża­jąc z Hamp­ste­ad, gdzie spę­dzi­ły­śmy tro­chę cza­su tyl­ko we dwie, za­sta­na­wia­łam się, czy moje pra­gnie­nie, aby jej mąż od­niósł suk­ces [...] było czymś złym".

Przy­jaźń Mar­got Ten­nant z He­len Asqu­ith była krót­ka. We wrze­śniu 1891 roku, spę­dza­jąc wa­ka­cje w Szko­cji, He­len Asqu­ith na­ba­wi­ła się ty­fu­su. Zmar­ła po trzech ty­go­dniach. Asqu­ith po­wró­cił do Hamp­ste­ad z piąt­ką po­zba­wio­nych mat­ki dzie­ci. Naj­star­sze z nich, Ray­mond, mia­ło dwa­na­ście lat, naj­młod­sze - osiem­na­ście mie­się­cy.

Jesz­cze przed śmier­cią swo­jej pierw­szej żony Asqu­ith od­czu­wał po­ciąg do Mar­got Ten­nant. W swo­ich pa­mięt­ni­kach tak wspo­mi­na ona ich pierw­sze spo­tka­nie: "Obiad, pod­czas któ­re­go zo­sta­łam przed­sta­wio­na mo­je­mu mę­żo­wi, od­by­wał się w gma­chu Izby Gmin. Sie­dzia­łam wte­dy obok nie­go. Wiel­kie wra­że­nie zro­bi­ła na mnie jego kon­wer­sa­cja oraz wy­raź­nie za­ry­so­wa­na, crom­wel­low­ska twarz. Róż­nił się od wszyst­kich po­zo­sta­łych go­ści, a choć był okrop­nie ubra­ny, to sta­no­wił taką oso­bo­wość, że na­tych­miast uprzy­tom­ni­łam so­bie, iż oto jest męż­czy­zna, któ­ry po­tra­fił­by mi po­móc, zdol­ny wszyst­ko zro­zu­mieć. Ani przez chwi­lę przez mój umysł nie prze­szło, że jest żo­na­ty, zresz­tą ja­kie by to mia­ło zna­cze­nie [...].

Po obie­dzie wszy­scy wy­szli­śmy na ta­ras bu­dyn­ku i schle­bia­ło mi, że mój nowy przy­ja­ciel zna­lazł się u mo­je­go boku. [...] Wy­co­fa­li­śmy się w naj­ciem­niej­szy za­ką­tek ta­ra­su, gdzie, prze­chy­liw­szy się przez ba­lu­stra­dę, ga­pi­li­śmy się na rze­kę i roz­ma­wia­li­śmy do póź­na w nocy.

Nasz go­spo­darz i jego kom­pa­nia - my­śląc, że po­szłam już do domu, zaś pan Asqu­ith wró­cił do Izby, gdzie dzwon­ki wzy­wa­ły do gło­so­wa­nia - daw­no już zni­kli, gdy więc wresz­cie skoń­czy­li­śmy na­szą kon­wer­sa­cję, ta­ras był pu­sty, a nie­bo ja­śnia­ło.

Kil­ka dni póź­niej spo­tka­li­śmy się na obie­dzie u Sir Al­ger­no­na We­sta [...] a po­tem wi­dy­wa­li­śmy się już sta­le".

Mar­got już się zde­cy­do­wa­ła. Po tam­tej pierw­szej nocy na ta­ra­sie Izby Gmin po­wie­dzia­ła swo­jej sio­strze, lady Rib­bles­da­le: "Asqu­ith jest je­dy­nym męż­czy­zną, ja­kie­go kie­dy­kol­wiek mo­gła­bym po­ślu­bić - wszy­scy inni na­da­ją się tyl­ko na ma­ku­la­tu­rę. Za­le­d­wie po mie­sią­cu od śmier­ci He­len, Asqu­ith i Mar­got za­czę­li pi­sy­wać do sie­bie dłu­gie, in­tym­ne li­sty. "Po­wia­dasz mi, że­bym nie prze­sta­wał cię ko­chać, tak jak­bym to uczy­nił lub miał taki za­miar czy w ogó­le był do tego zdol­ny" - pi­sał Asqu­ith.

Mar­got Ten­nant była cór­ką Sir Char­le­sa Ten­nan­ta, bo­ga­te­go ba­ro­ne­ta z Ni­zin Szkoc­kich, któ­re­go trzy cór­ki sztur­mem pod­bi­ły so­cje­tę Lon­dy­nu. Mar­got, naj­bar­dziej z nich wszyst­kich wy­mow­na i pro­wo­ku­ją­ca, mia­ła tak­że usta­lo­ną re­pu­ta­cję jako mi­ło­śnicz­ka jeź­dziec­twa. Nie była pięk­no­ścią, naj­le­piej mówi o tym jej wła­sny opis sa­mej sie­bie: "Mała, gwał­tow­na, ner­wo­wa, nie­spo­koj­na, z bli­sko roz­sta­wio­ny­mi ocza­mi, so­ko­lim no­sem, krót­ką gór­ną war­gą i du­żym, ko­ści­stym, wy­sta­ją­cym pod­bród­kiem [...] kon­wer­sa­cja bar­dzo ob­ra­zo­wa i prze­sad­na [...] naj­wyż­sza ży­wość, wiel­ka pew­ność sie­bie [...] do­bre­go ser­ca, lubi lu­dzi, zwie­rzę­ta, książ­ki, sport, mu­zy­kę, ćwi­cze­nia fi­zycz­ne [...] in­te­lek­tu­al­ny sa­mo­uk, am­bit­na, nie­za­leż­na i upar­ta [...] lu­bią­ca po­dziw ze stro­ny tak męż­czyzn, jak i ko­biet, lecz zdol­na tak­że sama go oka­zy­wać. [...] Ko­cha sta­rych lu­dzi po­nie­waż nig­dy nie wy­da­je się jej, że są sta­rzy [...]".

Wie­le swo­ich naj­szczę­śliw­szych chwil spę­dzi­ła Mar­got na ko­niu. "Jeż­dżę le­piej niż więk­szość lu­dzi - stwier­dzi­ła - i spę­dzi­łam, czy też zmar­no­wa­łam na ko­niach wię­cej cza­su niż po­win­na so­bie po­zwo­lić ja­ka­kol­wiek ob­da­rzo­na in­te­lek­tem ko­bie­ta". Ska­ka­ła przez pło­ty i mie­dze po wszyst­kich wiej­skich hrab­stwach An­glii, po­ma­ga­jąc za­bić do trzech li­sów dzien­nie. Przy­jem­no­ści te jed­nak kosz­to­wa­ły: "Zła­ma­łam oba oboj­czy­ki, wszyst­kie że­bra i rzep­kę ko­la­no­wą, roz­cię­łam so­bie nos i pięć razy do­zna­łam wstrzą­su mó­zgu" - po­wie­dzia­ła kie­dyś. Pew­ne­go razu, sie­dząc na ko­niu i cze­ka­jąc na ojca przed ich do­mem na Gro­sve­nor Squ­are, znie­cier­pli­wio­na Mar­got wje­cha­ła po scho­dach pro­wa­dzą­cych do hal­lu, gdzie ko­py­ta zwie­rzę­cia po­śli­znę­ły się na mar­mu­ro­wej po­sadz­ce. Koń i ama­zon­ka upa­dli - tym ra­zem szczę­śli­wie - żad­ne z nich nie po­nio­sło szwan­ku.

Mar­got Ten­nant była rów­nie im­pul­syw­na w to­wa­rzy­stwie. Sie­dząc na ja­kimś obie­dzie obok lor­da Ran­dol­pha Chur­chil­la, po­wie­dzia­ła by­łe­mu kanc­le­rzo­wi, "Oba­wiam się, że po­dał się pan do dy­mi­sji ra­czej z tem­pe­ra­men­tu niż z prze­ko­na­nia, lor­dzie Ran­dol­phie". "Cóż za bez­czel­ność! - po­wie­dział za­sko­czo­ny Chur­chill - Cóż ty wiesz o mo­ich prze­ko­na­niach?". Nie­mniej, spro­wo­ko­wa­ny, cią­gnął da­lej: "Nie­na­wi­dzę Sa­lis­bu­ry'ego. Rzu­cił się na moją re­zy­gna­cję jak pies na kość". Za­nim wie­czór do­biegł koń­ca, Mar­got zdą­ży­ła po­zy­skać so­bie lor­da Ran­dol­pha, któ­ry za­pro­sił ją na ko­la­cję na cześć księ­cia Wa­lii. Pra­gnąc ko­niecz­nie wszyst­kich za­szo­ko­wać, przy­by­ła na nią w bia­łej mu­śli­no­wej suk­ni z prze­źro­czy­sta bluz­ką. "Spójrz­cie tyl­ko na pan­nę Ten­nant! - pod­śmie­wa­ły się po­zo­sta­łe pa­nie - Przy­szła w noc­nej ko­szu­li!" Mar­got pod­słu­cha­ła, co było o niej mó­wio­ne i gdy przy­był ksią­żę, na­tych­miast wszyst­ko mu opo­wie­dzia­ła. Ksią­żę po­pro­sił ją, aby sie­dzia­ła przy nim pod­czas ko­la­cji.

In­te­li­gen­cja Mar­got Ten­nant była bły­sko­tli­wa, do­sko­na­le spraw­dza­ją­ca się w grze słów i cię­tych ri­po­stach. W wie­ku osiem­dzie­się­ciu lat sta­ry Glad­sto­ne na­pi­sał dla niej po­emat i po­tra­fił po­zo­sta­wić jej ojca w sa­lo­nie, aby udać się do jej sy­pial­ni na roz­mo­wę. Ma­jąc wiel­kie zdol­no­ści do po­ty­czek słow­nych, po­tra­fi­ła być bez­li­to­sna wo­bec mod­nych pań, któ­re od­wa­ży­ły się rzu­cić jej wy­zwa­nie. Razu pew­ne­go lady Lon­don­der­ry umy­śli­ła so­bie wy­sa­dzić Mar­got z sio­dła, mó­wiąc do niej w to­wa­rzy­stwie: "Oba­wiam się, że nie czy­ta­ła pani tej książ­ki". "Oba­wiam się, lady Lon­don­der­ry, że pani nie prze­czy­ta­ła na­wet przed­mo­wy - od­cię­ła się Mar­got - Ta książ­ka jest mi za­de­dy­ko­wa­na".

Nie przy­szło Mar­got ła­two zde­cy­do­wać się, kogo ma po­ślu­bić. Gdy po­zna­ła Asqu­itha, mia­ła dwa­dzie­ścia sie­dem lat; w Lon­dy­nie mi­nę­ło już dzie­sięć se­zo­nów, a ona cią­gle nie po­tra­fi­ła się zde­cy­do­wać. Jej ido­lem był Ar­thur Bal­fo­ur i w pew­nym okre­sie krą­ży­ły na­wet plot­ki, że Bal­fo­ur i Mar­got są za­rę­cze­ni. Bal­fo­ur jed­nak szyb­ko je roz­wiał. Gdy je­den z jego przy­ja­ciół ode­zwał się do nie­go: "Sły­sza­łem, że za­mie­rzasz się oże­nić z Mar­got Ten­nant", Bal­fo­ur od­parł: "Nie, to nie­praw­da. Za­mie­rzam ra­czej ro­bić ka­rie­rę na wła­sną rękę". Naj­po­waż­niej­szy ze sta­ra­ją­cych się o rękę Mar­got od­wo­ły­wał się ra­czej do ze­wnętrz­nej stro­ny jej na­tu­ry. Pe­ter Flo­wer, młod­szy brat lor­da Bat­ter­sea, był przy­stoj­ny i cza­ru­ją­cy, był też sław­nym bok­se­rem ama­to­rem oraz jed­nym z naj­lep­szych jeźdź­ców w An­glii. Spo­tka­li się, gdy on rzu­cił się jej na po­moc po ko­lej­nym upad­ku z ko­nia. Mar­got pi­sy­wa­ła do Pe­te­ra co­dzien­nie przez dzie­więć lat, aż wresz­cie wy­ra­zi­ła zgo­dę na za­rę­czy­ny. "Wyj­dę za cie­bie, Pe­te­rze, je­śli znaj­dziesz so­bie ja­kieś po­waż­ne za­ję­cie - po­wie­dzia­ła - Lecz nie po­ślu­bię nie­ro­ba". Pe­ter Flo­wer był jed­nak nie­re­for­mo­wal­ny. Tak dłu­go od­da­wał się ha­zar­do­wi i trwo­nił pie­nią­dze, aż w koń­cu, aby ujść wie­rzy­cie­lom, sprze­dał swo­je ko­nie i wy­je­chał do In­dii.

Asqu­ith był inny. Mimo to trzy­ma­ła go w nie­pew­no­ści i dała mu cze­kać dwa lata, za­nim pod­ję­ła de­cy­zję. Nie­zra­żo­ny, kon­ty­nu­ował swo­je sta­ra­nia. Klę­czał obok niej i mo­dlił się u gro­bu jej sio­stry Lau­ry, któ­ra zmar­ła przy po­ro­dzie. Na no­tat­kę, jaką prze­sła­ła mu do Izby Gmin, od­po­wie­dział: "Tego po­po­łu­dnia, gdy sie­dzia­łem na Ła­wie Skar­bu, od­po­wia­da­jąc na py­ta­nia, otrzy­ma­łem twój te­le­gram i prze­czy­ta­łem go ukrad­kiem, po czym we­tkną­łem po­śpiesz­nie do kie­sze­ni spodni, aby do­pie­ro po opusz­cze­niu izby, w moim po­ko­iku, czy­tać go wciąż od nowa".

Gdy wresz­cie do tego do­szło, wia­do­mość, że bły­sko­tli­wy li­be­ral­ny mi­ni­ster spraw we­wnętrz­nych za­mie­rza po­ślu­bić żywą jak iskra Mar­got Ten­nant, rów­no­cze­śnie roz­ba­wi­ła i za­trwo­ży­ła lon­dyń­ską so­cje­tę. Jego przy­ja­cie­le oba­wia­li się, że oże­nek z oso­bą tak fry­wol­ną jak Mar­got, zruj­nu­je mu ka­rie­rę; tro­ską zaś jej przy­ja­ciół było, że wzię­cie so­bie za męża czło­wie­ka nie lu­bią­ce­go po­lo­wa­nia i roz­ry­wek na świe­żym po­wie­trzu, za to ob­da­rzo­ne­go piąt­ką dzie­ci, stłam­si du­cha Mar­got. Sama Mar­got wie­lo­krot­nie roz­wa­ża­ła pro­blem ze wszyst­kich stron. "Gdy uprzy­tom­ni­łam so­bie, że męż­czy­zna, któ­re­go przy­jaźń ce­ni­łam jak nic na świe­cie, chce mnie po­ślu­bić, prze­peł­ni­ły mnie głę­bo­kie wąt­pli­wo­ści. Od wie­lu lat, sta­ra­jąc się zna­leźć cha­rak­ter i in­te­lekt prze­wyż­sza­ją­cy mój wła­sny, gdy na­resz­cie go zna­la­złam - czu­łam, że nie je­stem w sta­nie pod­dać się kon­fron­ta­cji. [...] By­łam też świa­do­ma na­tu­ral­ne­go uprze­dze­nia, ja­kie wszyst­kie dzie­ci od po­cząt­ków świa­ta mu­szą oka­zy­wać swo­im ma­co­chom. [...]". Jo­wett, bę­dą­cy przy­ja­cie­lem tak Mar­got, jak i Asqu­itha, ostrze­gał ją, że bę­dzie mu­sia­ła się zmie­nić. Po­strze­gał ją, jak na­pi­sał w jed­nym z li­stów, jako mło­dą ko­bie­tę, któ­ra "mar­nu­je swój czas i ta­len­ty, włó­cząc się od jed­ne­go wiej­skie­go dwo­ru do dru­gie­go [...] zdo­by­ła so­bie po­zy­cję wy­so­ką, choć śli­ską i nie­bez­piecz­ną". Szcze­gól­nie ostrze­gał ją, że "jest nie­moż­li­we być oso­bą dyk­tu­ją­cą modę i za­ra­zem wy­wią­zy­wać się z obo­wiąz­ków wo­bec pię­cior­ga dzie­ci".

Mar­got zde­cy­do­wa­ła, że Jo­wett się myli, a jej wła­sne wąt­pli­wo­ści są nie­uza­sad­nio­ne. 10 maja 1894 roku po­ślu­bi­ła Asqu­itha w ko­ście­le św. Je­rze­go przy Ha­no­ver Squ­are. Odło­żo­no na­wet pierw­sze po­sie­dze­nie ga­bi­ne­tu Ro­se­be­ry'ego, aby nie ko­li­do­wa­ło z ce­re­mo­nią. Hal­da­ne wy­stę­po­wał jako druż­ba, a na miej­scu było aż czte­rech pre­mie­rów, były, obec­ny oraz dwóch przy­szłych: Glad­sto­ne, Ro­se­be­ry, Bal­fo­ur i sam Asqu­ith. Ro­dzi­na wpro­wa­dzi­ła się do wy­god­ne­go domu pod nu­me­rem 20 na Ca­ven­dish Squ­are, któ­ry poza ośmio­ma la­ta­mi spę­dzo­ny­mi przy Do­wning Stre­et 10, zaj­mo­wa­ła przez ćwierć wie­ku. Tak jak wy­kal­ku­lo­wa­ła to so­bie Mar­got, zmia­nie ule­gło przede wszyst­kim ży­cie Asqu­itha, jej zaś wła­sne - znacz­nie mniej. Czter­na­stu słu­żą­cych pra­cu­ją­cych przy Ca­ven­dish Squ­are było bez prze­rwy za­ję­tych or­ga­ni­zo­wa­niem przy­jęć czy to ze śnia­da­niem, czy obia­dem. Pań­stwo Asqu­itho­wie by­wa­li też go­ść­mi na obia­dach, ba­lach let­nich oraz week­en­do­wych przy­ję­ciach w cu­dzych do­mach. Asqu­ith gład­ko do­sto­so­wał się do tego wszyst­kie­go i wy­glą­dał na za­do­wo­lo­ne­go. Cof­nął się tyl­ko przed jeź­dziec­twem i po­lo­wa­niem. Wkrót­ce po ślu­bie z Mar­got wy­brał się, po raz pierw­szy i je­dy­ny w ży­ciu na po­lo­wa­nie na je­le­nie. "Wy­strze­li­łem dwu­krot­nie i po­ło­ży­łem dwa ko­zły - za­pi­sał - Za­do­wo­lo­ny z ta­kie­go do­wo­du wła­snej wa­lecz­no­ści, odło­ży­łem strzel­bę w kąt i nig­dy wię­cej już jej nie uży­wa­łem. Zda­je mi się, że cią­gle dzier­żę re­kord wśród po­lu­ją­cych na je­le­nie my­śli­wych, jako ten, któ­ry każ­dym strza­łem kładł ofia­rę".

Gdy ga­bi­net Ro­se­be­ry'ego stra­cił wła­dzę, co dało po­czą­tek dzie­się­cio­le­ciu rzą­dów Unio­ni­stów pod wo­dzą Sa­lis­bu­ry'ego i Bal­fo­ura, Asqu­ith po­wró­cił do pa­le­stry, dzie­ląc swój czas mię­dzy pra­wo i Izbę Gmin. Miesz­ka­nie przy Ca­ven­dish Squ­are oraz tem­po to­wa­rzy­skie, ja­kie na­rzu­ci­ła Mar­got, wy­ma­ga­ły pie­nię­dzy, zaś Asqu­ith przy­no­sił do domu od 5000 do 10 000 fun­tów szter­lin­gów rocz­nie.

Jako były mi­ni­ster, czło­nek ga­bi­ne­tu oraz taj­ny rad­ca, Asqu­ith prze­wyż­szał ran­gą więk­szość sę­dziów, przed któ­ry­mi wy­stę­po­wał w spra­wach i mógł so­bie po­zwo­lić na odro­bi­nę bra­ku sza­cun­ku.

"Przy­pu­ść­my, że wska­zu­ję panu ob­szar okre­ślo­ny po­łu­dni­ka­mi dłu­go­ści geo­gra­ficz­nej. Czy we­dług pana sta­no­wi to "miej­sce", pa­nie Asqu­ith?" - za­py­tał go sę­dzia Wri­ght. "To, wa­sza lor­dow­ska mość - od­pa­lił Asqu­ith - bę­dzie je­dy­nie kwe­stią stop­nia dłu­go­ści".

Asqu­ith nie apro­bo­wał raj­du Ja­me­so­na. Po­wia­dał, że była to "awan­tu­ra wy­kon­cy­po­wa­na bar­dziej dzie­cin­nie i wy­ko­na­na bar­dziej nie­chluj­nie, niż moż­na by to so­bie wy­obra­zić". Gdy po­chwy­ce­ni uczest­ni­cy raj­du zo­sta­li spro­wa­dze­ni do Lon­dy­nu na pro­ces, po­tę­piał spo­sób, w jaki ich przy­ję­to: "Uczy­niw­szy swo­im głu­pim sza­leń­stwem tak wiel­kie szko­dy in­te­re­som Im­pe­rium, ja­kie tyl­ko moż­li­we jest wy­rzą­dzić [...] zo­sta­li po przy­by­ciu do An­glii po­wi­ta­ni bra­wa­mi i fe­to­wa­ni przez część so­cje­ty lon­dyń­skiej, ni­czym god­ni na­stęp­cy Dra­ke'a i Ra­le­igha". Dziw­nym tra­fem dwoj­giem człon­ków tej czę­ści so­cje­ty lon­dyń­skiej byli tak­że pan i pani Asqu­ith. "Dr Jim ma w so­bie ja­kiś oso­bi­sty ma­gne­tyzm i z oso­ba­mi mo­jej płci może uczy­nić, co tyl­ko ze­chce - wy­zna­ła Mar­got - Mój mąż i ja spo­tka­li­śmy Dok­to­ra po raz pierw­szy ja­kiś ty­dzień lub dzie­sięć dni przed jego pro­ce­sem i wy­ro­kiem w domu Geo­r­gi­ny, lady Du­dley, zaś wie­czo­rem przed uda­niem się do wię­zie­nia jadł obiad tyl­ko z nami przy Ca­ven­dish Squ­are". W pierw­szych la­tach mał­żeń­stwa Mar­got do­wio­dła tak­że, że Jo­wett się my­lił, bo­wiem na­wią­za­ła do­bre sto­sun­ki z pię­cior­giem dzie­ci Asqu­itha, zwłasz­cza z Ray­mon­dem. Sama w 1895 roku stra­ci­ła wła­sne dziec­ko, a po­tem jesz­cze dwój­kę. Prze­ży­ło z ich związ­ku dwo­je dzie­ci, uro­dzo­na w 1897 roku Elż­bie­ta oraz An­to­ni, uro­dzo­ny w 1902.

Przez dzie­sięć lat po­zo­sta­wa­nia li­be­ra­łów w opo­zy­cji re­pu­ta­cja po­li­tycz­na Asqu­itha cią­gle wzra­sta­ła. W 1898, gdy lord Ro­se­be­ry zre­zy­gno­wał z przy­wódz­twa par­tii, a Sir Wil­liam Har­co­urt od­mó­wił jego przy­ję­cia, jako kan­dy­da­ci po­zo­sta­wa­li tyl­ko Camp­bell-Ban­ner­man i Asqu­ith. Za Asqu­ithem prze­ma­wia­ły jego mło­dość i ener­gia, był on tak­że da­le­ce bar­dziej sku­tecz­ny jako mów­ca, lecz sam się wy­klu­czył z roz­wa­żań, po­nie­waż uwa­żał, że jest zbyt bied­ny. Mar­got nie pod­da­wa­ła się tak ła­two. Na­pi­sa­ła do Bal­fo­ura, aby ten spró­bo­wał prze­ko­nać jej bo­ga­te­go ojca do unie­za­leż­nie­nia Asqu­itha od pra­cy ad­wo­ka­ta. Bal­fo­ur się zgo­dził, choć był prze­cież przy­wód­cą Unio­ni­stów w Izbie Gmin. Na­pi­sał do Sir Char­le­sa Ten­nan­ta, że oto w za­się­gu jego zię­cia znaj­du­ją się naj­wyż­sze god­no­ści w Par­tii Li­be­ral­nej, lecz Asqu­ith nie może się o nie ubie­gać bez za­gro­że­nia kom­for­tu Mar­got. "Nikt nie może prze­wod­ni­czyć, czy to Opo­zy­cji, czy to Izbie Gmin, je­śli jest zwią­za­ny pra­cą za­wo­do­wą. Par­tia nie może dać wie­le, za to bie­rze wszyst­ko" - tłu­ma­czył Bal­fo­ur. Sir Char­les od­mó­wił. Był on od­da­nym li­be­ra­łem i wie­rzył w star­szeń­stwo i pra­wo pierw­szeń­stwa. Camp­bell-Ban­ner­man był szes­na­ście lat star­szy od Asqu­itha, dłu­żej od nie­go po­zo­sta­wał człon­kiem ga­bi­ne­tu, miał więc słusz­ny ty­tuł do ob­ję­cia przy­wódz­twa. On - Ten­nant - nie uczy­ni nic, aby za­kłó­cić ową na­tu­ral­ną ko­lej rze­czy. Asqu­ith ak­cep­to­wał przy­wódz­two C.B., do­pó­ki nie po­róż­ni­li się w spra­wie woj­ny bur­skiej, na­wet jed­nak wte­dy, za­cho­wy­wał się wzglę­dem nie­go z grzecz­no­ścią i sza­cun­kiem. Pod­czas "woj­ny na noże i wi­del­ce", po mo­wie C. B. na te­mat "bar­ba­rzyń­skich me­tod", Asqu­ith stwier­dził pu­blicz­nie: "Nic na świe­cie nie jest mi bar­dziej wstręt­ne niż wda­wa­nie się w ja­ki­kol­wiek pu­blicz­ny spór ze sta­rym przy­ja­cie­lem i ko­le­gą, u boku któ­re­go sta­cza­łem w prze­szło­ści licz­ne boje i mam na­dzie­ję to­czyć je po­now­nie w przy­szło­ści". Na­wet rola Asqu­itha w za­war­ciu "pak­tu z Re­lu­gas" zo­sta­ła wy­tłu­ma­czo­na (bez wąt­pie­nia przy­szło to tak ła­two, po­nie­waż C. B. za­trium­fo­wał).

Jako kanc­lerz Izby Roz­ra­chun­ko­wej w ga­bi­ne­cie Camp­bel­la-Ban­ner­ma­na, Asqu­ith prze­pro­wa­dził dwa bu­dże­ty i moc­no wspie­rał swe­go sze­fa w woj­nie par­la­men­tar­nej. (Asqu­ith kie­dyś opi­sał jed­no z wła­snych wy­stą­pień, jako ta­kie "na któ­re wła­ści­wie nie spo­sób było od­po­wie­dzieć"). Naj­częst­szym roz­ka­zem, jaki wy­da­wał C.B., gdy tyl­ko Bal­fo­ur za­czy­nał rwać w strzę­py ar­gu­men­ty li­be­ra­łów w de­ba­cie, było: "Idź­cie i przy­nie­ście młot ko­wal­ski". Ozna­cza­ło to, że na­le­ży we­zwać Asqu­itha, żeby się zja­wił w Izbie i wy­gło­sił re­pli­kę.

W mar­cu 1908 roku, gdy król wy­bie­rał się do Biar­ritz, Sir Hen­ry Camp­bell-Ban­ner­man, cią­gle jesz­cze pre­mier, le­żał umie­ra­ją­cy na Do­wning Stre­et 10. Przed sa­mym wy­jaz­dem król Edward po­wie­dział Asqu­itho­wi, że je­śli C.B. coś się sta­nie, ma za­miar po­słać po kanc­le­rza. 1 kwiet­nia pre­mier wy­słał do kró­la list z proś­bą o dy­mi­sję; 4 kwiet­nia su­we­ren na­pi­sał do Asqu­itha, pro­sząc go o sfor­mo­wa­nie rzą­du i zja­wie­nie się w Biar­ritz na uca­ło­wa­nie rąk. W dniu na­stęp­nym wia­do­mość ta ro­ze­szła się po Lon­dy­nie i przed do­mem na Ca­ven­dish Squ­are cza­iło się sześć­dzie­się­ciu re­por­te­rów. Asqu­ith ukry­wał się aż do wie­czo­ra 6 kwiet­nia, kie­dy to po obie­dzie opu­ścił po­ta­jem­nie dom, aby się udać na dwo­rzec Cha­ring Cross, gdzie zła­pał od­cho­dzą­cy o dzie­wią­tej po­ciąg pro­mo­wy do Pa­ry­ża. Po­nie­waż po­dró­żo­wał sam, w gru­bym płasz­czu, z na­su­nię­tą na oczy czap­ką, uda­ło mu się zmy­lić po­go­nie. W Biar­ritz wbił się we frak i zło­żył wi­zy­tę kró­lo­wi, któ­ry zgod­nie z za­le­ce­nia­mi swo­ich dok­to­rów zaj­mo­wał apar­ta­men­ty na par­te­rze Hôtel du Pa­la­is, aby unik­nąć wy­sił­ku zwią­za­ne­go z wcho­dze­niem po scho­dach. W po­ko­ju przy­jęć kró­la Edwar­da Asqu­ith wy­ra­ził zgo­dę na ob­ję­cie urzę­du pre­mie­ra, uca­ło­wał dłoń mo­nar­chy17, po czym obaj uda­li się do są­sied­nie­go po­ko­ju na lunch. Król Edward przy­jem­nie so­bie z nim roz­ma­wiał w prze­rwach mię­dzy na­pa­da­mi kasz­lu oskrze­lo­we­go. Te­goż wie­czo­ra, nowy pre­mier zja­wił się po­now­nie, mimo pa­nu­ją­cej ule­wy, aby spo­żyć obiad w to­wa­rzy­stwie kró­la i jego wa­ka­cyj­nych kom­pa­nów, Sir Er­ne­sta Cas­se­la oraz Ali­cji Kep­pel.

Jesz­cze w Biar­ritz Asqu­ith po­dał kró­lo­wi na­zwi­ska człon­ków swo­je­go ga­bi­ne­tu. Więk­szość z nich sta­no­wi­li no­mi­na­ci Camp­bel­la-Ban­ner­ma­na, lecz na sta­no­wi­sko kanc­le­rza Izby Roz­ra­chun­ko­wej awan­so­wał Lloyd Geo­r­ge'a. Po­wsta­łą przez to lukę w Izbie Han­dlo­wej miał wy­peł­nić trzy­dzie­stocz­te­ro­let­ni Win­ston Chur­chill. Lord Twe­ed­mo­uth, po­peł­nia­ją­cy co­raz wię­cej błę­dów w Ad­mi­ra­li­cji, miał być za­stą­pio­ny przez bar­dzo sku­tecz­ne­go Re­gi­nal­da McKen­nę, syna lon­dyń­skie­go urzęd­ni­ka służ­by cy­wil­nej. Naj­waż­niej­szą ze wszyst­kich tych zmian był oczy­wi­ście awans Lloyd Geo­r­ge'a na po­zy­cję nu­mer dwa w rzą­dzie li­be­ra­łów. Po­nie­waż Asqu­ith zdą­żył już przy­go­to­wać swój trze­ci bu­dżet, lecz nie przed­ło­żył go jesz­cze w Izbie Gmin, po­cząt­ko­wo pla­no­wał za­trzy­mać sta­no­wi­sko kanc­le­rza obok pre­mie­ro­stwa, po­dob­nie jak czy­nił to Glad­sto­ne. Zmie­nił jed­nak zda­nie, aby uczy­nić swój ga­bi­net bar­dziej zrów­no­wa­żo­nym po­li­tycz­nie. Z Asqu­ithem jako pre­mie­rem, Grey­em na sta­no­wi­sku mi­ni­stra spraw za­gra­nicz­nych i Hal­da­nem jako mi­ni­strem woj­ny ga­bi­net tra­cił rów­no­wa­gę po­mię­dzy re­pre­zen­to­wa­nym przez nich skrzy­dłem li­be­ral­nych im­pe­ria­li­stów a ra­dy­kal­ny­mi pa­cy­fi­sta­mi, któ­ra do­tąd była za­pew­nio­na przez obec­ność C. B. na sta­no­wi­sku pre­mie­ra. Ra­dy­ka­ło­wie oba­wia­li się, że te­raz skrzy­dło im­pe­ria­li­stycz­ne bę­dzie mo­gło po­stę­po­wać, jak mu się żyw­nie spodo­ba. Aby uci­szyć te oba­wy, Asqu­ith po­sta­wił u swe­go boku naj­zdol­niej­sze­go spo­śród ra­dy­ka­łów - Lloyd Geo­r­ge'a.

Przez całe osiem lat swo­je­go pre­mie­ro­wa­nia, Asqu­ith był zde­cy­do­wa­ny utrzy­mać rów­no­wa­gę, ce­lo­wać w po­zy­cje cen­tro­we, nie zba­cza­jąc ni w pra­wo, ni w lewo. Za­wsze go­rą­co po­pie­rał Greya i Hal­da­ne'a, któ­rzy w ga­bi­ne­cie po­zo­sta­wa­li jego naj­bliż­szy­mi przy­ja­ciół­mi, od­da­jąc Grey­owi nie­mal ab­so­lut­ną wła­dzę w za­kre­sie bry­tyj­skiej po­li­ty­ki za­gra­nicz­nej. Jed­nak­że czy to pod­czas po­sie­dzeń ga­bi­ne­tu, czy w Izbie Gmin, czy na mów­ni­cy, sta­rał się być przy­wód­cą wszyst­kich. Po­wia­da­no o nim, że w jego rzą­dzie nie ma par­tii. Nie zna­czy­ło to, że Asqu­ith nie miał wła­sne­go zda­nia. "Asqu­ith był czło­wie­kiem, któ­ry do­brze wie­dział na czym stoi, czy to w ży­ciu, czy w spra­wach pu­blicz­nych [...] wy­kształ­ce­niu, po­li­ty­ce, pra­wie, fi­lo­zo­fii czy re­li­gii - na­pi­sał Chur­chill - gdy za­cho­dzi­ła taka po­trze­ba, jego umysł otwie­rał się i za­my­kał gład­ko i do­kład­nie, jak za­mek ka­ra­bi­nu [...] gdy raz usły­szał ja­kąś spra­wę od­dzie­lo­ną w koń­cu od wszel­kich plew, wy­cią­gał wnio­ski w mgnie­niu oka i były to wnio­ski osta­tecz­ne, przy­najm­niej w tym stop­niu, w ja­kim to od nie­go za­le­ża­ło". Asqu­ith nie uchy­lał się też od bez­względ­no­ści wy­ma­ga­nej od spra­wu­ją­cych wła­dzę. "Naj­waż­niej­szą ce­chą każ­de­go pre­mie­ra jest być do­brym rzeź­ni­kiem - po­wie­dział do Chur­chil­la, gdy ofe­ro­wał młod­sze­mu ko­le­dze sta­no­wi­sko rzą­do­we w 1908 roku - Jest te­raz kil­ku ta­kich, któ­rych na­le­ża­ło­by wbić na pal lub po­rą­bać" - do­rzu­cił. Ulu­bio­nym in­stru­men­tem rzą­du Asqu­itha był czas. "Wiel­ce sza­now­ny pan musi za­cze­kać i sa­me­mu zo­ba­czyć" - było czę­sto sto­so­wa­ną przez nie­go ri­po­stą w par­la­men­cie. W ga­bi­ne­cie, gdzie waga spra­wy mo­gła do­pro­wa­dzić do re­zy­gna­cji waż­nych mi­ni­strów lub na­wet do roz­ła­mu w rzą­dzie, Asqu­ith spra­wo­wał wła­dzę przez od­kła­da­nie spraw. "To co dzi­siaj tu usły­sze­li­śmy, zo­sta­wia wie­le rze­czy do prze­my­śle­nia - miał w zwy­cza­ju po­wia­dać na ko­niec po­sie­dze­nia - Przed na­stęp­nym spo­tka­niem po­święć­my temu sto­sow­ną re­flek­sję i za­sta­nów­my się, jak mo­gli­by­śmy zgo­dzić się w tej ma­te­rii". Pro­wa­dził po­sie­dze­nia ga­bi­ne­tu jak prze­wod­ni­czą­cy rady nad­zor­czej du­żej fir­my, za­wsze dą­żąc do kon­sen­su­su i sku­tecz­no­ści. "W ga­bi­ne­cie wy­raź­nie sie­dział ci­cho - po­wie­dział Chur­chill - Wła­ści­wie to nie po­wie­dział ani sło­wa, [...] je­śli bez tego mógł prze­pro­wa­dzić spra­wy po swo­jej my­śli. Sie­dział jak wiel­ki Sę­dzia, któ­rym zresz­tą był, z na­by­tą cier­pli­wo­ścią wy­słu­chu­jąc przed­sta­wia­nych mu wszyst­kich stron za­gad­nie­nia, od cza­su do cza­su rzu­ca­jąc py­ta­nie lub krót­ką uwa­gę [...] co nada­wa­ło spra­wie zwrot w kie­run­ku celu, jaki pra­gnął osią­gnąć".

Roz­ryw­ką Asqu­itha jako mło­dzień­ca w la­tach sie­dem­dzie­sią­tych i osiem­dzie­sią­tych była przede wszyst­kim dys­ku­sja po­li­tycz­na. Hal­da­ne, któ­ry znał Asqu­itha z cza­sów He­len Mel­land i Hamp­ste­ad, ła­god­nie po­tę­piał zmia­ny, ja­kie na­stą­pi­ły po mał­żeń­stwie jego przy­ja­cie­la z Mar­got. "W daw­nych la­tach Asqu­ith był oso­bą bar­dzo po­waż­ną - za­uwa­żył Hal­da­ne - Stop­nio­wo, zwłasz­cza po za­war­ciu dru­gie­go mał­żeń­stwa, co­raz bar­dziej za­nu­rzał się w ży­ciu to­wa­rzy­skim, któ­re od­wo­dzi­ło go nie­co od su­row­sze­go sty­lu ży­cia, do któ­re­go on i ja by­li­śmy przy­zwy­cza­je­ni". W cza­sie swo­je­go pre­mie­ro­stwa Asqu­ith do­pro­wa­dził do bez­względ­ne­go roz­dzie­le­nia pra­cy i roz­ryw­ki. "Nie lu­bił "po­ga­dać o spra­wach urzę­do­wych" poza go­dzi­na­mi urzę­do­wa­nia - mó­wił Chur­chill - Dla Asqu­itha albo roz­pra­wa trwa­ła, albo było za­koń­czo­na. Je­śli zaś była za­koń­czo­na, próż­no było pu­kać do drzwi. [...] Gdy ro­bo­ta była wy­ko­na­na, ba­wił się [...] uwiel­biał to­wa­rzy­stwo pań, za­wsze był go­tów po­znać ja­kąś nową i cza­ru­ją­cą oso­bę. Ko­bie­ty w każ­dym wie­ku z chę­cią da­wa­ły mu się za­pro­sić na obiad. Były za­fa­scy­no­wa­ne jego we­so­ło­ścią i dow­ci­pem oraz jaw­nym za­in­te­re­so­wa­niem dla wszyst­kie­go, co ro­bi­ły".

W 1908 roku, gdy zo­sta­wał pre­mie­rem, Asqu­ith miał pięć­dzie­siąt sześć lat, Mar­got zaś czter­dzie­ści czte­ry. Z la­ta­mi za­czę­li się od sie­bie od­da­lać. Mia­ła cięż­kie i nie­bez­piecz­ne po­ro­dy, któ­re wy­ma­ga­ły mie­się­cy do­cho­dze­nia do sie­bie. "Przez wie­le lat po moim pierw­szym po­ło­gu by­łam bar­dzo de­li­kat­ną ko­bie­tą - na­pi­sa­ła. Cier­pia­ła też na ostrą bez­sen­ność. "Nikt kto nie do­świad­czył [...] praw­dzi­wej bez­sen­no­ści nie może so­bie wy­obra­zić co to zna­czy - mó­wi­ła - Bez­sen­ność jest bli­ska sza­leń­stwu". Ostat­nie z jej dzie­ci, któ­re prze­ży­ły, An­to­ni, uro­dził się w 1907 roku. W 1908, "gdy mój mąż zo­stał pre­mie­rem, po­szłam do ka­te­dry św. Paw­ła i mo­dli­łam się, aby dane mi było ra­czej umrzeć, niż sta­no­wić dla nie­go ob­cią­że­nie jako nie­peł­no­spraw­na". Tak za­wsze żywa i nie­ujarz­mio­na Mar­got, ta wspa­nia­ła mi­ło­śnicz­ka kon­wer­sa­cji w krę­gu "Dusz", któ­ra kie­dyś aż do rana trzy­ma­ła mło­de­go mi­ni­stra spraw we­wnętrz­nych na ta­ra­sie Izby Gmin, nie lu­bi­ła pod­po­rząd­ko­wa­nej roli przy­pa­da­ją­cej żo­nie po­li­ty­ka - na­wet pre­mie­ra. Gdy w jej obec­no­ści po­wta­rzał sta­re dow­ci­py no­wym słu­cha­czom, była w spo­sób wi­docz­ny znu­dzo­na. "Je­stem strasz­nie nie­cier­pli­wa i tyl­ko dzię­ki sil­nej sa­mo­kon­tro­li po­tra­fię w ogó­le tego słu­chać" - przy­zna­ła w 1905 roku. Pro­szo­na, czy nie, każ­de­go za­sy­py­wa­ła ra­da­mi. "Oso­bi­ście uwa­żam Mar­got za dość kło­po­tli­we­go go­ścia - po­wie­dzia­ła Pa­me­la McKen­na - Nie­ustan­nie wszyst­kich kry­ty­ku­je [...] i to za­wsze w naj­bar­dziej nie­mi­ły spo­sób". Opusz­cza­ła miej­sca spo­tkań, "po­zo­sta­wia­jąc za sobą licz­nych zra­nio­nych do głę­bi i szlo­cha­ją­cych lu­dzi". Iro­nia losu spra­wi­ła, że gdy Asqu­ith w co­raz mniej­szym stop­niu uwa­żał dys­ku­sje po­li­tycz­ne za roz­ryw­kę, Mar­got fa­scy­no­wa­ła się nimi co­raz bar­dziej. Wra­cał te­raz do domu zza swo­je­go biur­ka lub z Izby Gmin, aby sta­nąć twa­rzą w twarz z ist­nym ostro tną­cym, po­li­tycz­nym gzem. "Cza­sa­mi cho­dzi­łem tam i z po­wro­tem po po­ko­ju, aż wresz­cie za­czy­na­łem my­śleć, że zwa­riu­ję - opo­wia­dał swo­jej cór­ce Vio­let, opi­su­jąc wła­sne ży­cie do­mo­we - Po­trze­bu­je się wy­po­czyn­ku, a tu rzu­ca­ją ci w twarz wstęp­nia­kiem z "Mor­ning Post" - wszyst­kie za i prze­ciw - i to w spo­sób bar­dziej kon­tro­wer­syj­ny niż uczy­ni­li­by to twoi ko­le­dzy". Współ­czu­ją­ca re­ak­cja Vio­let na oj­cow­skie uża­la­nie się do­pro­wa­dzi­ła do na­pięć w jej sto­sun­kach z Mar­got. W 1909 roku Asqu­ith pi­sał do Mar­got: "Jest dla mnie smut­ną spra­wą, że dwie ko­bie­ty na któ­rych naj­bar­dziej mi za­le­ży po­zo­sta­ją ze sobą w sta­nie cią­głych nie­po­ro­zu­mień".

Asqu­ith przy­zna­wał się do "pew­nej sła­bo­ści, cią­gną­cej go ku to­wa­rzy­stwu mą­drych i atrak­cyj­nych ko­biet" i w ich gro­nie znaj­do­wał ulgę. Pod­czas przy­jęć, obia­dów, week­en­dów w wiej­skich dwo­rach, czę­sto moż­na było spo­tkać pre­mie­ra flir­tu­ją­ce­go, trzy­ma­ją­ce­go za ręce czy gra­ją­ce­go do póź­nej nocy w bry­dża z mło­dy­mi ko­bie­ta­mi, ocza­ro­wa­ny­mi fak­tem, że zo­sta­ły za­uwa­żo­ne przez naj­bar­dziej wpły­wo­wą fi­gu­rę po­li­tycz­ną kra­ju. Mar­got nie zgła­sza­ła obiek­cji, a na­wet twier­dzi­ła, że Hen­ry po­trze­bo­wał swo­je­go "ma­łe­go ha­re­mu", aby od­cią­gał jego umysł od pra­cy.

W 1912 roku, ma­jąc już sześć­dzie­siąt lat, Asqu­ith za­ko­chał się, i to chy­ba na­wet bar­dziej niż kie­dy­kol­wiek był za­ko­cha­ny w He­len Mel­land czy Mar­got Ten­nat, w dwu­dzie­sto­sze­ścio­let­niej Ve­ne­tii Stan­ley. Ve­ne­tia, naj­młod­sza cór­ka lor­da Shef­field, li­be­ral­ne­go szlach­ci­ca, i ku­zyn­ka w pierw­szej li­nii Kle­men­ty­ny Chur­chill, była ró­wie­śnicz­ką i bli­ską przy­ja­ciół­ką cór­ki Asqu­itha, Vio­let. By­wa­ła ona czę­stym go­ściem na Do­wning Stre­et 10. Ve­ne­tia była wy­so­ka, mia­ła ciem­ne oczy, wy­ra­zi­sty nos i twarz; jej mło­dzi przy­ja­cie­le płci mę­skiej opi­sy­wa­li ją jako "wspa­nia­łe, dzie­wi­cze, przy­ja­zne stwo­rze­nie", ob­da­rzo­ne "mę­skim in­te­lek­tem". Była bar­dzo oczy­ta­na i nie­co eks­cen­trycz­na: jako ulu­bio­ne zwie­rząt­ka trzy­ma­ła niedź­wiad­ka, pin­gwin­ka i li­ska. W la­tach 1910 i 1911 Asqu­ith pi­sy­wał od cza­su do cza­su do Ve­ne­tii, zrzu­ca­jąc w ten spo­sób z sie­bie tro­ski co­dzien­ne­go ży­cia. W lu­tym 1912 roku to­wa­rzy­szy­ła ona jemu i Vio­let pod­czas ich wa­ka­cyj­nej wy­pra­wy na Sy­cy­lię. Póź­niej, wio­sną, pew­ne­go nie­dziel­ne­go po­ran­ka on i Ve­ne­tia sie­dzie­li w ja­dal­ni ja­kie­goś wiej­skie­go dwo­ru "roz­ma­wia­jąc i śmie­jąc się jak zwy­kle [...] Na­gle - na­pi­sał w no­tat­kach do nig­dy nie opu­bli­ko­wa­nej au­to­bio­gra­fii - w jed­nej chwi­li, bez żad­ne­go ostrze­że­nia, ja­kie mógł­bym od­czuć, bez żad­nej pro­wo­ka­cji z jej stro­ny, łu­ski spa­dły mi z oczu; zna­jo­me rysy i ge­sty, uśmie­chy i sło­wa ob­ja­wi­ły się w cał­kiem no­wej per­spek­ty­wie; to co do tej pory było przede mną ukry­te, w mgnie­niu oka sta­ło się na wpół jaw­ne i nie­ja­sno po­czu­łem, na­wet nie wie­dząc o tym, nie mó­wiąc już o zro­zu­mie­niu, iż oto sta­ną­łem w punk­cie zwrot­nym mo­je­go ży­cia".

Przez trzy na­stęp­ne lata, pre­mier na­pi­sał do Ve­ne­tii Stan­ley 560 li­stów - po­nad 300 000 słów18. Więk­szość li­stów była na pa­pie­rze z na­głów­kiem "10 Do­wning Stre­et", choć pi­sa­ne były z prze­róż­nych miejsc. Do roku 1914 li­sty roz­po­czy­na­ły się od słów "Ko­cha­nie", "Ko­cha­nie moje" czy "Moja naj­uko­chań­sza". Wy­zna­wał jej swo­ją mi­łość i pra­gnie­nie, i bła­gał, wręcz że­brał o ja­ki­kol­wiek znak, że od­wza­jem­nia jego na­mięt­ność: "Da­łaś mi i nadal da­jesz naj­wyż­sze szczę­ście mego ży­cia". "Bez cie­bie czę­sto mu­sia­łem po­nieść klę­skę i wię­cej niż raz upaść. Pod­trzy­my­wa­łaś mnie na du­chu i ubo­ga­ca­łaś każ­dy dzień mego ży­cia". Pi­sy­wał tak­że do niej o li­te­ra­tu­rze i po­li­ty­ce, plot­kach z to­wa­rzy­stwa, a na­wet opi­sy­wał z wiel­ki­mi szcze­gó­ła­mi po­sie­dze­nia ga­bi­ne­tu czy Rady Wo­jen­nej.

W lip­cu 1914 roku mi­łość Asqu­itha do Ve­ne­tii zdo­mi­no­wa­ła jego my­śli; je­den z li­stów pod­pi­sał: "Twój ko­cha­nek - na za­wsze". Pod­czas klin­czu wo­kół spra­wy Ir­lan­dii oraz kry­zy­su po­prze­dza­ją­ce­go wy­buch woj­ny pi­sy­wał do niej dwa lub trzy razy dzien­nie, cza­sa­mi pod­czas po­sie­dzeń ga­bi­ne­tu, nie­kie­dy sie­dząc w ła­wie rzą­do­wej w Izbie Gmin. W piąt­ki za­bie­rał ją na prze­jażdż­ki swo­im sa­mo­cho­dem z szo­fe­rem. Od oka­zji do oka­zji od­wie­dzał ją w lon­dyń­skim domu jej ro­dzi­ców. Wy­da­je się, że nie do­szło do zbli­że­nia fi­zycz­ne­go. W 1915 roku Asqu­ith opi­sał, co dla nie­go zna­czy­ła Ve­ne­tia:

"Ko­cha­nie, czy mam ci po­wie­dzieć, czym by­łaś i po­zo­sta­jesz dla mnie? Naj­pierw kimś ze­wnętrz­nie i fi­zycz­nie nie­do­stęp­nym i uni­kal­nym. Po­tem pod wzglę­dem tem­pe­ra­men­tu i cha­rak­te­ru - czę­sto za­ska­ku­ją­cym i ulot­nym, lecz za­wsze bar­dziej in­te­re­su­ją­cym i atrak­cyj­nym niż ja­ka­kol­wiek ko­bie­ta, jaką zna­łem lub wi­dzia­łem. Nie­zrów­na­na, pierw­sza pod wzglę­dem sil­ne­go in­te­lek­tu i zdol­no­ści do praw­dzi­we­go wej­rze­nia w isto­tę każ­dej sy­tu­acji, wiel­kiej czy ma­łej. A nade wszyst­ko i w stop­niu prze­kra­cza­ją­cym wszyst­ko by­łaś dla mnie przez dwa ostat­nie lata bli­sko­ścią do­sko­na­łe­go za­ufa­nia i zro­zu­mie­nia, gwiaz­dą po­lar­ną, gwiaz­dą prze­wod­nią mo­je­go ży­cia".

Ob­se­sja Asqu­itha nie prze­szła nie­zau­wa­żo­na. Lady Shef­field, mat­ka Ve­ne­tii, oba­wia­ła się uwi­kła­nia cór­ki w zwią­zek z żo­na­tym pre­mie­rem i za­pla­no­wa­ła wy­słać ją w sierp­niu 1914 roku w dłuż­szą po­dróż po Mo­rzu Śród­ziem­nym, cze­mu prze­szko­dzi­ła woj­na. Mar­got wie­dzia­ła o Ve­ne­tii. A cho­ciaż po la­tach na­pi­sa­ła: "Żad­na ko­bie­ta nie ma pra­wa ocze­ki­wać, że bę­dzie je­dy­ną ko­bie­tą w ży­ciu swo­je­go męża", to w swo­im cza­sie po­czu­ła się głę­bo­ko zra­nio­na. Ve­ne­tia, po­wia­da­ła, jest "ko­bie­tą po­zba­wio­ną wy­ra­fi­no­wa­nia czy ja­kiej­kol­wiek wy­obraź­ni". A o swo­im mężu: "Zbyt lu­bię H., aby mu oka­zać, jak bar­dzo czy­ni mnie to mi­zer­ną i cho­rą". "Och - pła­ka­ła - niech tyl­ko Ve­ne­tia wyj­dzie za mąż".

W po­ło­wie maja 1915 roku sto­sun­ki mię­dzy Asqu­ithem a Ve­ne­tią ule­gły gwał­tow­ne­mu ze­rwa­niu, gdy ona mu po­wie­dzia­ła, że przy­ję­ła oświad­czy­ny Edwi­na Mon­ta­gu, jed­ne­go z by­łych oso­bi­stych se­kre­ta­rzy pre­mie­ra. Mon­ta­gu oświad­czył się jej jesz­cze w 1912 roku, wte­dy jed­nak zo­stał od­rzu­co­ny. Na po­cząt­ku 1915 Ve­ne­tia zmie­ni­ła zda­nie. Mimo to kon­ty­nu­owa­ła wy­mia­nę li­stów z Asqu­ithem jesz­cze przez trzy mie­sią­ce, aż wresz­cie, na żą­da­nie Mon­ta­gu, wy­zna­ła mu praw­dę. Ve­ne­tia wy­rze­ka­ła się Asqu­itha nie­chęt­nie. "Dla­cze­go nie mogę wyjść za Cie­bie i rów­no­cze­śnie nadal go uszczę­śli­wiać? - ape­lo­wa­ła do Mon­ta­gu - Ale ża­den z was dwóch nie uwa­żał­by chy­ba tego za za­baw­ne i przy­pusz­czam, że su­ge­ru­jąc ci to, a na­wet o tym my­śląc, pre­zen­tu­ję ci się jako oso­ba emo­cjo­nal­nie bar­dzo szcze­gól­na". Gdy już pod­ję­ła de­cy­zję, spoj­rzaw­szy na mi­nio­ne trzy lata, po­wie­dzia­ła: "Wiem bar­dzo do­brze, że gdy­bym to nie była ja, by­ła­by na moim miej­scu ja­kaś inna, może na­wet kil­ka in­nych".

31Sir Edward Grey i polityka zagraniczna liberałów

Sir Edward Grey był czło­wie­kiem wsi. Uwa­żał on Mi­ni­ster­stwo Spraw Za­gra­nicz­nych, na któ­re­go cze­le stał je­de­na­ście lat, za ro­dzaj lo­chów, z któ­rych ucie­kał w week­en­dy do za­la­nych słoń­cem po­lan New Fo­rest lub nad wody pstrą­go­wych stru­mie­ni Hamp­shi­re. Przy swo­im biur­ku pra­co­wał z od­da­niem, lecz bez przy­jem­no­ści; wo­lał roz­ma­wiać o ma­je­sta­cie mu­zy­ki Ha­en­dla czy pięk­nie Word­swor­tha niż o rów­no­wa­dze sił i trój­po­ro­zu­mie­niu. Przez cały czas peł­nie­nia swo­je­go urzę­du wy­je­chał z Bry­ta­nii tyl­ko je­den raz, z ob­cych ję­zy­ków uży­wał tyl­ko kil­ku zwro­tów w pry­mi­tyw­nym fran­cu­skim, a mimo to był naj­więk­szym bry­tyj­skim mi­ni­strem spraw za­gra­nicz­nych ca­łe­go stu­le­cia.

Grey był naj­młod­szym z trój­ki kon­spi­ra­to­rów, któ­rzy utwo­rzy­li "pakt z Re­lu­gas". Uro­dził się w 1862 roku, dzie­sięć lat po Asqu­ithie, sześć lat po Hal­da­ne'ie. Ko­rze­nie jego tkwi­ły w Fal­lo­don, ro­dzin­nych do­brach w Nor­thum­ber­land, nie­da­le­ko od szkoc­kiej gra­ni­cy, skąd do­strzec moż­na było Mo­rze Pół­noc­ne. Jego dziad, Sir Geo­r­ge Grey, był wiej­skim ba­ro­ne­tem, któ­ry spę­dził czter­dzie­ści lat w Izbie Gmin i słu­żył jako mi­ni­ster spraw we­wnętrz­nych w li­be­ral­nych ga­bi­ne­tach lor­da Joh­na Rus­sel­la i wi­ceh­ra­bie­go Pal­mer­sto­na. Oj­ciec Greya był eme­ry­to­wa­nym puł­kow­ni­kiem, któ­ry wal­czył w woj­nie krym­skiej oraz pod­czas bun­tu w In­diach19, aby na­stęp­nie przez lat pięt­na­ście po­zo­sta­wać jed­nym ze zmie­nia­ją­cych się na za­sa­dzie ro­ta­cji ko­niu­szych księ­cia Wa­lii. Pod­czas jed­ne­go z przy­pa­da­ją­cych na nie­go okre­sów usłu­gi­wa­nia księ­ciu, puł­kow­nik Grey zmarł na­gle w San­drin­gham na za­pa­le­nie płuc. Po­zo­sta­wił po so­bie żonę z sied­mior­giem dzie­ci, z któ­rych naj­star­szy był wła­śnie dwu­na­sto­let­ni Edward. Sir Geo­r­ge Grey szyb­ko wy­co­fał się z par­la­men­tu i prze­jął oj­cow­skie obo­wiąz­ki wo­bec swo­ich osie­ro­co­nych wnu­ków.

Ma­jąc lat czter­na­ście, Edward po­szedł do szko­ły w Win­che­ster. Ce­cho­wa­ły go zdol­no­ści do gre­ki i ła­ci­ny oraz pra­gnie­nie sa­mot­no­ści. Był wy­jąt­ko­wym gra­czem w te­ni­sa i kry­kie­ta, lecz wo­lał wa­łę­sać się nad rze­ką It­chen, któ­ra prze­pły­wa­ła za szkol­ny­mi bo­iska­mi. Tam od­le­głe krzy­ki chłop­ców za­głu­szał już szmer wody i Grey po­tra­fił się za­tra­cić, za­rzu­ca­jąc mu­chę mię­dzy trzci­na­mi. Z Win­che­ster Grey udał się do Bal­liol, gdzie pro­wa­dził ży­cie "od­da­ne czy­stej przy­jem­no­ści [...] pro­wa­dzi­ło to do­ni­kąd, lecz nie po­zo­sta­wia­ło blizn, nie było ni­cze­go, cze­go przy­cho­dzi­ło­by ża­ło­wać lub wy­ma­zy­wać z pa­mię­ci". Gdy miał dwa­dzie­ścia lat, zmarł mu dzia­dek, uczy­niw­szy go ba­ro­ne­tem i po­zo­sta­wiw­szy mu do­bra Fal­lo­don, dwa ty­sią­ce akrów20, a tak­że od­po­wie­dzial­ność za losy mat­ki i młod­szych bra­ci i sióstr. Cią­gle nic nie ro­bił, aż w koń­cu w 1884 roku zo­stał wy­rzu­co­ny z col­le­ge'u przez Jo­wet­ta. "Sir Edward Grey - pi­sał prze­ło­żo­ny Bal­liol - po wie­lo­krot­nym upo­mi­na­niu za bez­czyn­ność, oka­zaw­szy się cał­ko­wi­tym igno­ran­tem w za­kre­sie pra­cy zle­co­nej mu na czas wa­ka­cji, zo­sta­je ode­sła­ny do domu". Grey wró­cił do Fal­lo­don, gdzie, zo­sta­wio­ny sa­me­mu so­bie za­czął czy­tać książ­ki, któ­re tak igno­ro­wał w Oxfor­dzie. Pod ko­niec se­me­stru wró­cił do Bal­liol, pod­szedł do eg­za­mi­nów i zdo­był nie­wy­róż­nia­ją­cy się dy­plom trze­ciej kla­sy21.

Osiem­na­ście mie­się­cy po opusz­cze­niu uni­wer­sy­te­tu Grey oże­nił się z cór­ką drob­ne­go szlach­ci­ca z Nor­thum­ber­land, Do­ro­thy Wid­dring­ton, któ­rą spo­tkał na ja­kimś przy­ję­ciu po­łą­czo­nym z po­lo­wa­niem. Była ona, po­dob­nie jak Grey, dum­ną, za­mknię­tą w so­bie oso­bą, nie znaj­du­ją­cą so­bie miej­sca w to­wa­rzy­stwie. Jej umysł był sub­tel­ny i pra­co­wał szyb­ko, wszel­kie kwe­stie oce­nia­ła we­dług ich me­ri­tum "w czy­stym, chłod­nym świe­tle ro­zu­mu". Nie cier­pia­ła pu­sto­sło­wia tak samo jak spraw try­wial­nych. "Jej się­ga­ją­ce sed­na spra­wy py­ta­nie "Dla­cze­go?" bar­dzo czę­sto za­ska­ki­wa­ło i nie­mal prze­ra­ża­ło nie­ostroż­ne­go roz­mów­cę". Grey, któ­re­go szorst­ka po­wło­ka skry­wa­ła we­wnętrz­ną ła­god­ność, po­le­gał na zda­niu Do­ro­thy. Kil­ka ty­go­dni przed ślu­bem na­pi­sał do niej tak: "Wy­da­je mi się, że jak­kol­wiek za­ję­ty, jak­kol­wiek ak­tyw­ny, jak­kol­wiek wzbu­rzo­ny co­dzien­ną wal­ką ży­cia może być męż­czy­zna, to jed­nak za­wsze bę­dzie szu­kał so­bie miej­sca, gdzie mógł­by bez­piecz­nie od­kryć wnę­trze swo­je­go ser­ca, swo­ją bar­dziej mięk­ką i ła­god­niej­szą na­tu­rę, po­nie­waż in­a­czej ist­nie­je nie­bez­pie­czeń­stwo, że mógł­by ją cał­ko­wi­cie utra­cić albo zra­nić ją w swo­jej cięż­kiej wal­ce. Ta­kie miej­sce znaj­du­je w ko­bie­cie, a gdy na­praw­dę ko­cha, chęt­nie po­wie­rza jej wszyst­ko, do­bro­wol­nie i bez za­strze­żeń". Nie mie­li dzie­ci, lecz byli za­do­wo­le­ni; każ­de pi­sa­ło do dru­gie­go co­dzien­nie, kie­dy tyl­ko się roz­sta­wa­li.

W li­sto­pa­dzie 1886 roku, mie­siąc po ślu­bie, dwu­dzie­sto­trzy­let­ni Grey zdo­był miej­sce w Izbie Gmin, po­ko­nu­jąc nie­ja­kie­go Per­cy'ego, wy­wo­dzą­ce­go się z kla­nu, z któ­re­go wy­wo­dzi­li się pa­no­wie Nor­thum­ber­lan­du od cza­sów śre­dnio­wie­cza. Nie­dłu­go po­tem jak Grey po­ja­wił się w par­la­men­cie, Glad­sto­ne do­ko­nał roz­ła­mu w Par­tii Li­be­ral­nej z po­wo­du Home Rule. Pod­czas na­stęp­nych sze­ściu lat spę­dzo­nych w opo­zy­cji Grey ze­tknął się z Asqu­ithem i Hal­da­nem, z któ­ry­mi po­łą­czy­ła go trwa­ła przy­jaźń i do­zgon­ny so­jusz po­li­tycz­ny.

W 1892 roku Glad­sto­ne po raz czwar­ty i ostat­ni po­wró­cił na Do­wning stre­et. Grey zo­stał wy­bra­ny przez mi­ni­stra spraw za­gra­nicz­nych, lor­da Ro­se­be­ry, na sta­no­wi­sko par­la­men­tar­ne­go pod­se­kre­ta­rza sta­nu d.s. po­li­ty­ki za­gra­nicz­nej. Nie miał w tym kie­run­ku żad­ne­go wcze­śniej­sze­go do­świad­cze­nia, wy­kształ­ce­nia czy za­in­te­re­so­wań, lecz w sys­te­mie par­la­men­tar­nym źró­dłem do­świad­cze­nia nie są prze­cież po­li­ty­cy, któ­rzy zaj­mu­ją i opusz­cza­ją naj­wyż­sze sta­no­wi­ska rzą­do­we, lecz sta­li pod­se­kre­ta­rze sta­nu, człon­ko­wie służ­by cy­wil­nej, funk­cjo­nu­ją­cy o szcze­bel ni­żej. Grey nie miał nic do po­wie­dze­nia w za­kre­sie okre­śla­nia po­li­ty­ki, jego za­da­niem - Ro­se­be­ry na­le­żał prze­cież do Izby Lor­dów - było przed­sta­wia­nie i wy­ja­śnia­nie po­li­ty­ki rzą­du w Izbie Gmin. Izba wkrót­ce za­uwa­ży­ła, że gdy Grey prze­ma­wiał, czy­nił to pre­cy­zyj­nie i au­to­ry­ta­tyw­nie. Naj­waż­niej­sze z tych jego wy­stą­pień mia­ło miej­sce 28 mar­ca 1895 roku. Do Lon­dy­nu do­tar­ły wte­dy po­gło­ski, że Fran­cja szy­ku­je ja­kąś eks­pe­dy­cję w po­przek Afry­ki, do źró­deł Nilu. Wiel­ka Bry­ta­nia uwa­ża­ła, że do­mi­na­cja w tym re­jo­nie na­le­ży do Egip­tu, a za­tem do niej sa­mej. "Nie mogę uwa­żać, aby po­gło­ski te za­słu­gi­wa­ły na uwa­gę", po­wie­dział Izbie Grey, "po­nie­waż marsz fran­cu­skiej wy­pra­wy z dru­gie­go koń­ca Afry­ki i to w myśl taj­nych in­struk­cji, na te­ry­to­rium wo­bec któ­re­go na­sze pre­ten­sje zna­ne są od tak daw­na, był­by nie tyl­ko ak­tem nie­lo­gicz­nym i nie­ocze­ki­wa­nym, ale tak­że, o czym rząd fran­cu­ski musi do­sko­na­le wie­dzieć, ak­tem nie­przy­ja­znym i jako taki był­by on po­strze­ga­ny przez rząd bry­tyj­ski". Z ław opo­zy­cji na­tych­miast pod­niósł się Jo­seph Cham­ber­la­in, aby po­wie­dzieć, że to, co oświad­czył Grey, jest "naj­peł­niej­szym i naj­wy­raź­niej­szym stwier­dze­niem na te­mat po­li­ty­ki rzą­du ze wszyst­kie­go, co mo­gli­śmy do­tąd usły­szeć od od­po­wie­dzial­ne­go mi­ni­stra". W isto­cie, oświad­cze­nie Greya, któ­re mia­ło stać się zna­ne w hi­sto­rii dy­plo­ma­cji jako "de­kla­ra­cja Greya" - nie zo­sta­ło za­apro­bo­wa­ne przez ga­bi­net. Na­stęp­ne­go ran­ka sta­ło się przed­mio­tem oży­wio­nej de­ba­ty na Do­wning Stre­et 10. Lord Ro­se­be­ry, ów­cze­sny pre­mier, uzy­skał osta­tecz­nie po­par­cie dla sta­no­wi­ska Greya, wbrew opo­zy­cji ze stro­ny mi­ni­strów, któ­rzy uwa­ża­li, że Wiel­ka Bry­ta­nia nie ma żad­nych in­te­re­sów nad Gór­nym Ni­lem, a na­wet w Egip­cie.

W 1895 roku rząd lor­da Ro­se­be­ry po­tknął się na kwe­stii do­staw kor­dy­tu i upadł, a Par­tia Li­be­ral­na na ko­lej­ne dzie­sięć lat ustą­pi­ła wła­dzy Unio­ni­stom. Grey nie był wca­le nie­szczę­śli­wy z po­wo­du ko­niecz­no­ści odej­ścia z urzę­du. "Pra­ca w Izbie Gmin nie spra­wia­ła mi przy­jem­no­ści - za­pi­sał - Po­tra­fi­łem ob­ja­śnić in­nym to, co uprzed­nio upo­rząd­ko­wa­łem so­bie we wła­snym umy­śle, lecz więk­szym pro­ble­mem był brak na­tu­ral­ne­go daru prze­ma­wia­nia". Grey po­zo­sta­wał w par­la­men­cie przez lata 1895-1906, lecz nie peł­niąc urzę­du mógł po­świę­cić wię­cej cza­su ży­ciu pry­wat­ne­mu.

Po­ciąg do spo­koj­ne­go ży­cia, przede wszyst­kim ży­cia spę­dza­ne­go na ło­nie na­tu­ry, po­zo­sta­wał w kon­flik­cie z po­li­tycz­ny­mi am­bi­cja­mi tak Edwar­da, jak i Do­ro­thy Grey. W 1893 roku, gdy Grey był pod­se­kre­ta­rzem sta­nu w Mi­ni­ster­stwie Spraw Za­gra­nicz­nych, Do­ro­thy przez trzy go­dzi­ny roz­wa­ża­ła to za­gad­nie­nie z Hal­da­nem. W koń­cu Hal­da­ne po­szedł so­bie, rzu­ca­jąc na od­chod­nym, "Na­resz­cie ro­zu­miem. Nie po­win­ni­ście trzy­mać się po­li­ty­ki. Szko­dzi ona wa­sze­mu ży­ciu. To źle". Do­ro­thy na­tych­miast na­pi­sa­ła do Edwar­da, prze­by­wa­ją­ce­go w Izbie Gmin: "Po­wie­dzia­łam mu, że gdy­by­śmy nadal mie­li tak nisz­czyć na­sze na­tu­ral­ne sym­pa­tie, nie­mal na pew­no skoń­czy­ło­by się to znisz­cze­niem na­sze­go mał­żeń­stwa, któ­re za­mar­ło­by - po­zba­wio­ne swo­jej pod­sta­wy i at­mos­fe­ry pięk­na. [...] Hal­da­ne po­wie­dział, że sam od­czu­wa, jak bar­dzo to, iż czu­jesz się nie­szczę­śli­wy na swo­im sta­no­wi­sku, utrud­nia do­ga­da­nie się czy na­wet zbli­że­nie do cie­bie, oraz że od daw­na już wi­dział, iż w żad­nym z nas nie ma już daw­nej wio­sny i ser­ca. [...] Roz­ma­wia­li­śmy przez dłuż­szy czas; on ar­gu­men­to­wał za od­su­nię­ciem się od po­li­ty­ki, ja zaś prze­ciw­ko temu, zda­je się że był górą. Bar­dzo mnie tym ujął; po­win­ni­śmy być mili dla na­sze­go Hal­da­ne'a. Uwa­ża te­raz, że by­ło­by cał­kiem roz­sąd­nie, abyś na­tych­miast zło­żył re­zy­gna­cję, choć mó­wi­łam mu, że nie no­si­my się z ta­ki­mi po­my­sła­mi". Hal­da­ne trzy­mał się swo­je­go zda­nia tyl­ko przez kil­ka mie­się­cy. Nie­dłu­go miał pi­sać do Do­ro­thy: "Je­dy­nym cio­sem, jaki od­czuł­bym jako cięż­ki, a na­wet miaż­dżą­cy, by­ło­by od­su­nię­cie się Edwar­da od po­li­ty­ki. Dla mnie ozna­cza­ło­by to odar­cie jej w znacz­nym stop­niu z na­dziei i ja­kie­go­kol­wiek zna­cze­nia. Uwa­żam jego obec­ność za [...] spra­wę o [naj­wyż­szym] zna­cze­niu dla Par­tii Li­be­ral­nej. A sama wiesz, jak bar­dzo wie­rzę w tę Par­tię Li­be­ral­ną i w pra­cę, jaka nam przy­pa­da do wy­ko­na­nia". Spra­wa ta mia­ła prze­śla­do­wać Greya przez całe ży­cie: z jed­nej stro­ny wie­rzył, że naj­lep­sze ży­cie po­le­ga na kon­tem­pla­cji na­tu­ry jako dzie­ła Boga; z dru­giej, jego twar­de, wy­ra­sta­ją­ce z whi­gow­skie­go po­cho­dze­nia, po­czu­cie obo­wiąz­ku wo­bec par­tii i kra­ju, za­ka­zy­wa­ło mu pę­dze­nia ży­cia na ło­nie na­tu­ry, za ja­kim tak bar­dzo tę­sk­nił.

Roz­wią­za­nie zna­leź­li w kom­pro­mi­sie... z chwi­lą przy­by­cia do Lon­dy­nu Edward i Do­ro­thy Grey uzna­li, że ży­cie w mie­ście jest "cał­kiem pa­skud­ne". Po­trze­bu­jąc schro­nie­nia, uznaw­szy, że Nor­thum­ber­land i Fal­lo­don są po­ło­żo­ne zbyt da­le­ko, żeby spę­dzać tam week­en­dy, Grey przy­po­mniał so­bie fa­lu­ją­ce, peł­ne pstrą­gów wody rze­ki It­chin, prze­pły­wa­ją­cej za bo­iska­mi szko­ły w Win­che­ster. On i Do­ro­thy ku­pi­li pół akra łąki opa­da­ją­cej ku stru­mie­nio­wi i zbu­do­wa­li mały do­mek week­en­do­wy z drew­na i ce­gły. Oto­czo­ny, wręcz za­kry­ty ró­ża­mi, stał się ich schro­nie­niem i sank­tu­arium. Nic nie mo­gło im prze­szka­dzać; po­li­ty­ka była tu wy­klę­ta, nie przyj­mo­wa­li też za­pro­szeń na week­en­dy. "Ten do­mek stał się nam bliż­szy niż samo Fal­lo­don - na­pi­sał Grey - Było to coś szcze­gól­ne­go i świę­te­go, coś poza nor­mal­nym bie­giem ży­cia".

Nie było tam słu­żą­cych; w week­en­dy przy­cho­dzi­ła przez pola wiej­ska ko­bie­ta, żeby po­sprzą­tać i go­to­wać. Taki styl ży­cia zga­dzał się z uzna­wa­ną przez Grey a de­fi­ni­cją luk­su­su: "mieć wszyst­ko cze­go chcie­li­śmy i ni­cze­go, cze­go by­śmy nie chcie­li".

Wio­sną i la­tem w Lon­dy­nie, Grey z żoną nie­cier­pli­wie ocze­ki­wa­li so­bot­nie­go ran­ka. W każ­dą so­bo­tę wsta­wa­li na dźwięk bu­dzi­ka i o wpół do szó­stej rano wy­cho­dzi­li ze swo­je­go domu przy Gro­sve­nor Road, prze­cho­dzi­li przez most Lam­beth, aby o szó­stej zła­pać po­ciąg od­cho­dzą­cy ze sta­cji Wa­ter­loo. Oko­ło ósmej rano cie­szy­li się już śnia­da­niem w swo­im dom­ku. W let­nie so­bo­ty Grey ło­wił ryby od dzie­sią­tej do dru­giej, a po­tem znów od siód­mej do dzie­wią­tej wie­czo­rem, gdy rze­ka po­wo­li roz­pły­wa­ła się w mro­ku. Opi­sy­wał po­tem te dni jako "raj na zie­mi".

"Ry­bak zja­wia się nad rze­ką nie póź­niej niż o dzie­sią­tej, po­tok jest by­stry, lecz spo­koj­ny, tu i ów­dzie tyl­ko jego po­wierzch­nię za­bu­rza po­wta­rza­ją­cy się wir od ko­ły­szą­cej się trzci­ny, nie za­kłó­ca­ją jej jed­nak jesz­cze ozna­ki ży­cia. [...] Ża­den ptak nie zni­ża się nad po­wierzch­nię wody, nie wi­dać na­wet mu­chy, ani śla­du ży­we­go stwo­rze­nia pod wodą. Lecz lek­kie świe­że po­wie­trze jest jak piesz­czo­ta, cie­pło świe­ci słoń­ce, za­kłó­ca­ne tyl­ko przez przy­pad­ko­wo prze­pły­wa­ją­ce bia­łe ob­ło­ki, nad­rzecz­ne łąki aż lśnią od ja­skrów, a ota­cza­ją­ce je drze­wa i ży­wo­pło­ty są bia­łe od kwit­ną­cych gło­gów lub roz­ja­śnio­ne, ni­czym kan­de­la­bry, kwia­ta­mi kasz­ta­nów. Śpie­wa ptac­two wszel­kie­go ro­dza­ju, przede wszyst­kim kosy, a węd­karz ma taką roz­ryw­kę przez go­dzi­ny ocze­ki­wa­nia, że zda­je się ona prze­kra­czać to, na co nie­do­sko­na­ły czło­wiek może za­słu­gi­wać lub ogar­nąć. Te­raz - może się to stać szyb­ko albo do­pie­ro po go­dzi­nie, a na­wet póź­niej - na po­wierzch­ni wody za­czy­na­ją po­ja­wiać się mu­chy, wi­dać też, jak ku po­wierzch­ni pod­no­szą się pstrą­gi; w krót­kim cza­sie wszyst­ko jest w ru­chu i peł­ne ży­cia. Wszę­dzie pod­no­szą się pstrą­gi, nie­któ­re gło­śno, nie­któ­re bez naj­mniej­sze­go od­gło­su; na ca­łej rze­ce wy­klu­wa­ją się mu­chy, sie­dząc na wo­dzie w miej­scu lub prze­la­tu­jąc krót­ki­mi sko­ka­mi z jed­ne­go na dru­gie lub wzbi­ja­jąc się w po­wie­trze. Nad rze­ką roz­po­ście­ra się też ru­cho­ma sieć pta­ków, je­rzy­ków, ja­skó­łek i mu­cho­łó­wek; sły­chać gwar pta­sie­go ży­cia i świst skrzy­deł je­rzy­ków prze­la­tu­ją­cych tam i z po­wro­tem wzdłuż stru­mie­nia. Węd­karz nie po­zo­sta­je już w bez­ru­chu, tkwi na ko­la­nach w sa­mym środ­ku tego wszyst­kie­go, w do­god­nym od­da­le­niu od pod­cho­dzą­cych pod po­wierzch­nię pstrą­gów, z jed­nym ra­mie­niem w cią­głym dzia­ła­niu, z ki­jem i lin­ką wy­da­ją­cy­mi w po­wie­trzu ci­chy od­głos, gdy wy­cią­ga i po­now­nie za­rzu­ca swo­ją mu­chę. Te­raz przez dwie go­dzi­ny jego ży­cie wy­peł­niać bę­dzie ener­gia, ocze­ki­wa­nie, nie­po­kój, za­rad­ność i wy­si­łek. [...]".

W nie­dzie­le Grey czy­tał, cho­dził na spa­ce­ry, jeź­dził na ro­we­rze albo po pro­stu za­sia­dał ra­zem z Do­ro­thy, żeby ob­ser­wo­wać pta­ki. Był za­pa­lo­nym czy­tel­ni­kiem i czę­sto z apro­ba­tą przy­ta­czał hi­sto­ryj­kę o czło­wie­ku, któ­ry prze­by­wał szczę­śli­wy w swo­im wiej­skim domu, kie­dy na­gle za­anon­so­wa­no przy­by­cie nie­ocze­ki­wa­nych go­ści. Czło­wiek ów ich przy­wi­tał, oznaj­mił im, że jest za­chwy­co­ny ich wi­do­kiem, po czym rzekł: "A czym też by­ście chcie­li się za­jąć? Bo my czy­ta­my". Obo­je pań­stwo fa­scy­no­wa­ły pta­ki: ich zróż­ni­co­wa­ne upie­rze­nie, róż­no­rod­ność ich pie­śni, ich umie­jęt­ność la­ta­nia. "Je­śli po­ło­żysz się na ple­cach przy pięk­nej po­go­dzie, mo­żesz do­strzec mewy że­glu­ją­ce wy­so­ko w po­wie­trzu, bez wi­docz­ne­go wy­sił­ku, ni ru­chu skrzy­dła­mi, tak jak­by w ogó­le nig­dy nie mia­ły opaść" - za­chwy­cał się Grey. Do­ro­thy dzie­li­ła z nim wszyst­kie te wra­że­nia. Cza­sa­mi ło­wi­ła ryby obok męża, czę­ściej jed­nak przy­no­si­ła ze sobą książ­kę i na prze­mian to czy­ta­ła, to przy­glą­da­ła mu się, jak węd­ku­je. Była by­strzej­szym i bar­dziej do­świad­czo­nym ob­ser­wa­to­rem pta­ków niż on. Gdy Edward nie mógł wy­brać się do dom­ku, wy­ru­sza­ła w po­je­dyn­kę, spę­dza­jąc cały week­end w sa­mot­no­ści.

W mar­cu Grey wy­ru­szał do Szko­cji, aby ło­wić ło­so­sie. "Naj­wspa­nial­szym spor­tem w węd­kar­stwie na mu­chę jest ło­wie­nie wio­sen­ne­go ło­so­sia na du­żej rze­ce" - po­wia­dał. Po­cząw­szy od paź­dzier­ni­ka lu­bił le­żeć w łóż­ku, nie śpiąc i tyl­ko w wy­obraź­ni ło­wiąc i wy­bie­ra­jąc co lep­sze głę­bin­ki, gdzie ło­so­sie zwy­kły od­po­czy­wać pod­czas po­dró­ży w górę rze­ki. Sil­ne, nie­omyl­ne szarp­nię­cie wę­dzi­skiem przez ło­so­sia wa­żą­ce­go pięt­na­ście, dwa­dzie­ścia, a na­wet trzy­dzie­ści fun­tów22 było "jed­ną z chwil naj­więk­szej ra­do­ści w ży­ciu". Naj­bar­dziej pa­mięt­ne z owych wy­praw na ryby na­de­szły póź­nym la­tem 1905 roku, kie­dy to Grey­owie wy­na­ję­li Re­lu­gas Ho­use, z wi­do­kiem na dzi­ki prze­łom rze­ki Fin­dhorn. Tu­taj, pi­sa­ła Do­ro­thy do Hal­da­ne'a, pod­czas tych krót­kich przerw, ja­kie spę­dzał w domu, sia­dał przy oknie wy­cho­dzą­cym na do­brą ło­so­sio­wą głę­bin­kę i mru­czał pod no­sem, "Ja­kim pięk­nym sło­wem jest rze­ka!"".

Było to ostat­nie tak peł­ne bło­go­ści lato w ży­ciu Edwar­da Greya. Trzy mie­sią­ce po wy­jeź­dzie ze Szko­cji był już mi­ni­strem spraw za­gra­nicz­nych, co mia­ło przy­po­mi­nać je­de­na­sto­let­nią po­dróż. 1 lu­te­go 1906, pięć mie­się­cy po opusz­cze­niu Po­gó­rza, dwa mie­sią­ce po ob­ję­ciu przez męża urzę­du, Do­ro­thy była już w Fal­lo­don, ocze­ku­jąc tam na nie­go. Sa­mot­nie wy­ru­szy­ła na prze­jażdż­kę, koń się po­śli­zgnął i zo­sta­ła wy­rzu­co­na z ma­łe­go po­wo­zi­ku, upa­da­jąc na gło­wę. Nig­dy nie od­zy­ska­ła przy­tom­no­ści. Grey uczest­ni­czył wła­śnie w po­sie­dze­niu Im­pe­rial­ne­go Ko­mi­te­tu Obro­ny, gdy otrzy­mał te­le­gram. Zła­pał noc­ny po­ciąg z dwor­ca King's Cross i zdą­żył usiąść przy jej łożu na czter­dzie­ści go­dzin przed śmier­cią.

Był te­raz sam, lecz nie zo­stał opusz­czo­ny. Jego bio­graf pi­sze: "Wspo­mnie­nia, ja­kie zgro­ma­dził przez te dwa­dzie­ścia lat ży­cia spę­dzo­nych z Do­ro­thy wśród la­sów i pta­ków lub sam z wę­dzi­skiem nad wodą, sta­no­wi­ły ka­pi­tał, z któ­re­go żył przez dłu­gie lata swo­je­go wdo­wień­stwa, swo­jej za­cię­tej wal­ki o skie­ro­wa­nie bru­tal­nych sił roz­ry­wa­ją­cych Eu­ro­pę na ścież­kę po­ko­ju, a wresz­cie śle­po­ty, któ­ra wy­mu­si­ła jego osta­tecz­ne odej­ście z urzę­du". Na­wet gdy Edward Grey utra­cił wzrok, wspo­mnie­nia te nie cał­kiem za­ga­sły w jego pa­mię­ci. Oczy­ma du­szy cią­gle wi­dział "bo­gac­two nad­rzecz­nych łąk, oży­wio­nych owa­da­mi i ptac­twem, ży­ją­cy­mi w rze­ce pstrą­ga­mi, łąk ła­god­nych zie­le­nią i uwe­se­lo­nych kwia­ta­mi wcze­snej wio­sny; szla­chet­ność i ogrom wiel­kich rzek ło­so­sio­wych, ra­dość od­czu­wa­ną przy za­glą­da­niu w każ­dą, więk­szą czy mniej­szą, kry­ją­cą ło­so­sie głę­bin­kę; ciem­no brą­zo­wą bar­wę wód na Po­gó­rzu. [...] Węd­karz zna­ją­cy te rze­czy bę­dzie spo­glą­dał wstecz na owe pro­mien­ne od szczę­ścia dni, szczy­ty unie­sie­nia, któ­re nie są mniej żywe tyl­ko dla­te­go, że w pa­mię­ci za­pa­la je świa­tło za­cho­dzą­ce­go słoń­ca".

Grey nie­szcze­gól­nie lu­bił obce kra­je. W prze­ci­wień­stwie do lor­da Sa­lis­bu­ry, Ar­thu­ra Bal­fo­ura, Jo­se­pha Cham­ber­la­ina czy Sir Hen­ry'ego Camp­bel­la-Ban­ner­ma­na, któ­rzy wszy­scy od­prę­ża­li się czy­ta­jąc fran­cu­skie po­wie­ści, lub Ri­char­da B. Hal­da­ne'a, któ­re­go roz­ryw­ką była fi­lo­zo­fia i li­te­ra­tu­ra nie­miec­ka, Grey pre­fe­ro­wał Word­swor­tha i Geo­r­ge'a Elio­ta. Grey nig­dy nie od­wie­dził Ma­rien­ba­du, Biar­ritz czy Ri­vie­ry; nie mó­wił po nie­miec­ku, a jego fran­cu­ski był ję­zy­kiem sztu­ba­ka. W Lon­dy­nie uni­kał to­wa­rzy­stwa za­gra­nicz­nych dy­plo­ma­tów, jak zresz­tą w ogó­le to­wa­rzy­stwa. W pew­nym mo­men­cie, wy­czer­pa­ny po prze­cią­ga­ją­cym się okre­sie kry­zy­su, po­szu­kał schro­nie­nia w Fal­lo­don.

"Je­stem tu­taj sam od kil­ku dni - pi­sał do przy­ja­cie­la - Lu­bię być sam po raz pierw­szy po tak pra­co­wi­tym okre­sie. [...] Moje wie­wiór­ki pod­cho­dzą do sto­li­ka, przy któ­rym pi­szę i bio­rą orzesz­ki z mo­jej ręki, jak­bym nig­dy stąd nie wy­jeż­dżał. Jest coś uspa­ka­ja­ją­ce­go w zwie­rzę­cej nie­świa­do­mo­ści - nie­świa­do­mo­ści wszyst­kich tych rze­czy, do któ­rych przy­wią­zu­je­my tak wiel­kie zna­cze­nie a któ­re dla nich nie zna­czą ab­so­lut­nie nic".

Przez dzie­sięć lat ten skry­ty i lu­bią­cy sa­mot­ność czło­wiek kie­ro­wał po­li­ty­ką za­gra­nicz­ną An­glii. Z Camp­bel­lem-Ban­ner­ma­nem Grey róż­nił się, tak pod wzglę­dem po­li­tycz­nym, jak i oso­bi­stym. Sprze­ci­wiał się li­de­ro­wi li­be­ra­łów pod­czas woj­ny bur­skiej i przy­łą­czył się do dzi­wacz­nej i nie­sku­tecz­nej pró­by zmu­sze­nia C. B. do prze­pro­wadz­ki z Izby Gmin do Izby Lor­dów. Przez dwa­dzie­ścia sie­dem mie­się­cy pia­sto­wa­nia przez Camp­bel­la-Ban­ner­ma­na urzę­du pre­mie­ra obaj rzad­ko spo­ty­ka­li się poza po­sie­dze­nia­mi ga­bi­ne­tu. Mimo to C. B. i Grey zga­dza­li się co do za­sad­ni­czych kie­run­ków bry­tyj­skiej po­li­ty­ki za­gra­nicz­nej: utrzy­my­wa­nia en­ten­ty z Fran­cją, sta­ra­nie się o osią­gnię­cie po­dob­ne­go po­ro­zu­mie­nia z Ro­sją oraz ogra­ni­cza­nie am­bi­cji nie­miec­kich po­przez bry­tyj­ską su­pre­ma­cję na mo­rzach, z rów­no­cze­snym szu­ka­niem moż­li­wo­ści wza­jem­ne­go ob­ni­że­nia po­zio­mu zbro­jeń mor­skich. Jako pre­mier Camp­bell-Ban­ner­man po­zo­sta­wiał Grey­owi w tych spra­wach wol­ną rękę. Gdy w 1908 roku sche­dę po C. B. ob­jął Asqu­ith, pre­mier i mi­ni­ster spraw za­gra­nicz­nych byli od­tąd parą oso­bi­stych przy­ja­ciół i za­ufa­nych so­jusz­ni­ków po­li­tycz­nych. Asqu­ith po­zo­sta­wiał po­li­ty­kę za­gra­nicz­ną Grey­owi w jesz­cze więk­szym stop­niu, niż czy­nił to C. B. W ga­bi­ne­cie i w Izbie Gmin Grey był rzecz­ni­kiem rzą­du; Asqu­ith in­ter­we­nio­wał tyl­ko wte­dy, gdy za­cho­dzi­ła po­trze­ba po­twier­dze­nia lub wcie­le­nia cze­goś w ży­cie. Grey z rzad­ka ra­dził się ga­bi­ne­tu, a jesz­cze rza­dziej prze­ma­wiał w Izbie; tak­że pre­mie­ro­wi oszczę­dzał więk­szo­ści szcze­gó­łów.

Grey opie­rał swo­ją po­li­ty­kę wy­łącz­nie na tym, co ro­zu­miał przez in­te­re­sy An­glii. W 1895 roku, gdy był par­la­men­tar­nym pod­se­kre­ta­rzem sta­nu, a za­gro­że­nie dla tych in­te­re­sów przy­szło z Pa­ry­ża, Grey zde­cy­do­wa­nie ostrzegł, że wy­pra­wa ka­pi­ta­na Mar­chan­da do źró­deł Nilu bę­dzie wi­dzia­na w An­glii jako "akt nie­przy­ja­zny". Dzie­więć lat póź­niej Grey - po­zo­sta­ją­cy poza urzę­dem - prze­czy­tał po­ro­zu­mie­nie, ja­kie lord Lans­dow­ne wy­ne­go­cjo­wał z Fran­cją z "uczu­ciem wprost ra­do­ści i ulgi [...] zni­kła groź­ba woj­ny z Fran­cją". Po­dob­nie na­sta­wie­nie Greya wo­bec Nie­miec za­le­ża­ło wy­łącz­nie od tego, jaki wpływ mia­ła ich po­li­ty­ka na An­glię. Bar­dzo wcze­śnie się zo­rien­to­wał, że po­stę­po­wa­nie z Wil­helm­stras­se może być trud­ne. Wkrót­ce po­tem jak zo­stał pod­se­kre­ta­rzem sta­nu bry­tyj­skie i nie­miec­kie fir­my kon­ku­ro­wa­ły o kon­ce­sję na bu­do­wę ko­lei w tu­rec­kiej Ana­to­lii. "Na­gle - po­wie­dział Grey - z Ber­li­na na­de­szło coś w ro­dza­ju ul­ti­ma­tum, żą­da­ją­ce że­by­śmy wy­co­fa­li się z kon­ku­ren­cji [...] i stwier­dza­ją­ce, że je­śli tego nie uczy­ni­my, kon­sul nie­miec­ki w Ka­irze wy­co­fa swo­je po­par­cie dla Bry­tyj­skie­go Za­rzą­du Egip­tu. [...] Za­raz po­tem nad­szedł roz­pacz­li­wy te­le­gram od lor­da Cro­me­ra [bry­tyj­skie­go przed­sta­wi­cie­la w Egip­cie], wska­zu­ją­cy, że wo­bec opo­zy­cji Fran­cji i Ro­sji, bez nie­miec­kie­go po­par­cia bę­dzie nie­moż­li­we wy­ko­ny­wa­nie pra­cy zle­co­nej mu w Egip­cie". W dy­plo­ma­cji, przy­zna­wał Grey, ocze­ku­je się cze­goś za coś. Lecz "to wła­śnie gwał­tow­ność i szorst­ka apo­dyk­tycz­ność ak­cji nie­miec­kiej spra­wi­ła mi nie­przy­jem­ną nie­spo­dzian­kę. [...] W tym wy­pad­ku przy­ję­ta przez Niem­ców me­to­da nie na­le­ża­ła do przy­ja­ciel­skich. Nie mie­li­śmy in­nej moż­li­wo­ści, jak ustą­pić [...] lecz po­zo­sta­wi­ło to po so­bie po­czu­cie dys­kom­for­tu i nie­sma­ku". Od­tąd Grey uwa­żał za­an­ga­żo­wa­nie się Bry­ta­nii nad Ni­lem "za pę­tlę na na­szej szyi [...] W tym przy­pad­ku pę­tla zo­sta­ła sil­nie szarp­nię­ta przez Niem­ców".

Grey był zdzi­wio­ny i za­nie­po­ko­jo­ny po­trzą­sa­niem przez Hol­ste­ina i Bülo­wa ma­czu­gą w usi­ło­wa­niu roz­trza­ska­nia no­wej en­ten­ty an­glo­fran­cu­skiej, do cze­go do­szło po lą­do­wa­niu ka­ise­ra w Tan­ge­rze. W cią­gu na­stęp­nych mie­się­cy, la­tem i je­sie­nią 1905 roku, sym­pa­ty­zo­wał z Lans­dow­nem i ga­bi­ne­tem Unio­ni­stów. "Fran­cu­zi zo­sta­li upo­ko­rze­ni z po­wo­du pod­pi­sa­ne­go z nami po­ro­zu­mie­nia - na­pi­sał póź­niej - Po­ro­zu­mie­nie to zo­bo­wią­zy­wa­ło nas tyl­ko do udzie­le­nia im wspar­cia dy­plo­ma­tycz­ne­go, lecz [...] je­śli Niem­cy uży­ły­by siły i Fran­cja zna­la­zła­by się w po­waż­nych kło­po­tach, ja­kie by­ło­by wte­dy na­sze po­ło­że­nie?" Za­nim do­cze­kał się od­po­wie­dzi na to py­ta­nie, rząd Bal­fo­ura zre­zy­gno­wał, za­stą­pio­ny przez li­be­ra­łów, a człon­ko­wie no­we­go ga­bi­ne­tu, łącz­nie z pre­mie­rem, Camp­bel­lem-Ban­ner­ma­nem, opu­ści­li Lon­dyn, uda­jąc się w te­ren, na kam­pa­nię przed zbli­ża­ją­cy­mi się stycz­nio­wy­mi wy­bo­ra­mi po­wszech­ny­mi. Je­dy­nym człon­kiem rzą­du, któ­ry przez trzy dni w ty­go­dniu kon­ty­nu­ował pra­ce w Lon­dy­nie, był nowy mi­ni­ster spraw za­gra­nicz­nych, Sir Edward Grey.

Grey szyb­ko uświa­do­mił so­bie, że Fran­cja ocze­ki­wa­ła na bry­tyj­skie zo­bo­wią­za­nia mi­li­tar­ne na wy­pa­dek woj­ny z Niem­ca­mi. Ma­jor Vic­tor Hu­gu­et, fran­cu­ski at­ta­ché woj­sko­wy w Lon­dy­nie, spo­tkał się z ge­ne­ra­łem ma­jo­rem J. M. Grier­so­nem, dy­rek­to­rem ope­ra­cji woj­sko­wych w Mi­ni­ster­stwie Woj­ny i roz­ma­wiał przez pięć go­dzin z puł­kow­ni­kiem Char­le­sem Re­ping­to­nem, wpły­wo­wym ko­re­spon­den­tem woj­sko­wym "Ti­me­sa". 29 grud­nia Re­ping­ton na­pi­sał do Greya, że Hu­gu­et nie kwe­stio­no­wał sym­pa­tii rzą­du bry­tyj­skie­go dla Fran­cji, lecz py­tał, "co rząd bry­tyj­ski go­tów jest zro­bić". 9 stycz­nia Grey na­pi­sał do prze­by­wa­ją­ce­go w Szko­cji Camp­bel­la-Ban­ner­ma­na: "Cią­gle prze­cie­ka­ją in­for­ma­cje, że Niem­cy szy­ku­ją się do woj­ny na wio­snę. Fran­cja jest peł­na obaw. Nie my­ślę, żeby mia­ło dojść do woj­ny. [...] Jed­nak­że Mi­ni­ster­stwo Woj­ny po­win­no, tak mi się zda­je, być go­to­we do udzie­le­nia od­po­wie­dzi na py­ta­nie, co mo­że­my uczy­nić, je­śli przyj­dzie nam sta­nąć prze­ciw Niem­com". Na­stęp­ne­go dnia Paul Cam­bon, am­ba­sa­dor fran­cu­ski, przy­był spo­tkać się z Grey­em23. "Za­py­tał mnie bez­po­śred­nio i for­mal­nie - pi­sał mi­ni­ster spraw za­gra­nicz­nych do pre­mie­ra - [...] czy w ra­zie ata­ku nie­miec­kie­go, wy­ni­ka­ją­ce­go ze spra­wy Ma­ro­ka, Fran­cja może po­le­gać na zbroj­nym wspar­ciu przez An­glię. Po­wie­dzia­łem mu, że nie mogę od­po­wie­dzieć na to py­ta­nie. Nie mogę na­wet skon­sul­to­wać się z pre­mie­rem lub z ga­bi­ne­tem pod­czas wy­bo­rów. [...] Pan Cam­bon po­wie­dział, że spy­ta po­now­nie, gdy bę­dzie już po wy­bo­rach".

Hal­da­ne uwa­żał, że Hu­gu­et i Cam­bon za­słu­gu­ją na szyb­szą od­po­wiedź... zgod­nie z tą opi­nią, 16 stycz­nia roz­po­czę­ły się taj­ne roz­mo­wy po­mię­dzy bry­tyj­ski­mi i fran­cu­ski­mi ofi­ce­ra­mi szta­bo­wy­mi, bez apro­ba­ty pre­mie­ra bądź ga­bi­ne­tu. Kon­cen­tro­wa­ły się one na pla­nach wy­sła­nia na kon­ty­nent 100 000 żoł­nie­rzy bry­tyj­skich w cią­gu dwóch ty­go­dni od wy­bu­chu dzia­łań wo­jen­nych. Gdy 26 stycz­nia do Lon­dy­nu wró­cił Camp­bell-Ban­ner­man i zo­stał o wszyst­kim po­in­for­mo­wa­ny, dał na pod­ję­te kro­ki swój pla­cet. Trzy­dzie­ste­go pierw­sze­go Grey udzie­lił Cam­bo­no­wi ofi­cjal­nej od­po­wie­dzi: roz­mo­wy woj­sko­we będą kon­ty­nu­owa­ne, z tym że nie wią­żą one An­glii z góry na wy­pa­dek woj­ny. "W przy­pad­ku za­ata­ko­wa­nia Fran­cji przez Niem­cy, bę­dą­ce­go na­stęp­stwem na­sze­go po­ro­zu­mie­nia w kwe­stii Ma­ro­ka" - po­wie­dział Grey, nie ma wąt­pli­wo­ści, że "od­czu­cia opi­nii pu­blicz­nej w An­glii by­ły­by tak sil­ne, iż ża­den rząd bry­tyj­ski nie mógł­by po­zo­stać neu­tral­ny". Par­la­ment jed­nak nie mógł się an­ga­żo­wać przed ta­kim wy­da­rze­niem, a nie do po­my­śle­nia było, żeby ja­ki­kol­wiek ga­bi­net pod­pi­sał so­jusz obron­ny z któ­rym­kol­wiek mo­car­stwem bez wie­dzy i zgo­dy par­la­men­tu.

W tym sa­mym dniu, 31 stycz­nia 1906, za­nim spo­tkał się po po­łu­dniu z Cam­bo­nem, Grey uczest­ni­czył w po­ran­nym po­sie­dze­niu no­we­go ga­bi­ne­tu, pod­czas któ­re­go po­in­for­mo­wał mi­ni­strów, że obie­cał Fran­cji nie­ogra­ni­czo­ne po­par­cie dy­plo­ma­tycz­ne w kry­zy­sie ma­ro­kań­skim. Jed­nak ani on sam, ani Camp­bell-Ban­ner­man, ani też Hal­da­ne nie wspo­mnie­li o roz­mo­wach woj­sko­wych. Na­stęp­ne­go dnia, 1 lu­te­go, Do­ro­thy Grey spa­dła z po­wo­zu w Nor­thum­ber­land. Po jej śmier­ci, któ­ra na­stą­pi­ła czwar­te­go lu­te­go, po­zo­sta­ją­cy w szo­ku Grey za­pro­po­no­wał, że zre­zy­gnu­je lub obej­mie ja­kieś lżej­sze sta­no­wi­sko. C.B., Asqu­ith, Hal­da­ne i cały ga­bi­net pro­si­li go, żeby wy­trwał. Stop­nio­wo od­zy­skał rów­no­wa­gę i po­now­nie trzy­mał wszyst­ko w gar­ści. W stycz­niu roz­po­czę­ła się kon­fe­ren­cja w Al­ge­ci­ras, cią­gną­ca się przez luty i ma­rzec, aby za­koń­czyć się w kwiet­niu, kie­dy wresz­cie Niem­cy ustą­pi­ły. Groź­ba woj­ny zni­kła i mi­ni­stro­wie w Lon­dy­nie za­ję­li się in­ny­mi spra­wa­mi. Szta­by woj­sko­we jed­nak kon­ty­nu­owa­ły swo­je roz­mo­wy.

I tak przez sześć lat ga­bi­net nic o nich nie wie­dział.

Przed i po woj­nie Grey kry­ty­ko­wa­ny był za utrzy­my­wa­nie więk­szo­ści mi­ni­strów rzą­du bry­tyj­skie­go w nie­świa­do­mo­ści co do szcze­gó­ło­wych roz­mów woj­sko­wych, pro­wa­dzo­nych z ob­cym mo­car­stwem. Tak­ty­ka Greya po­le­ga­ła na po­mniej­sza­niu zna­cze­nia tych roz­mów: od Grier­so­na i Hu­gu­eta za­żą­da­no pi­sem­nych oświad­czeń, że ich roz­mo­wy, choć ofi­cjal­nie usank­cjo­no­wa­ne, nie zo­bo­wią­zy­wa­ły żad­ne­go z rzą­dów do wej­ścia do woj­ny. Na tej pod­sta­wie Grey nie­zmien­nie twier­dził, że ani ga­bi­net, ani par­la­ment nie stra­ci­ły swo­bo­dy dzia­ła­nia. Ha­rold Ni­col­son wy­ja­śniał po­glą­dy Greya na tę spra­wę na­stę­pu­ją­co: "Grey nie przy­wią­zy­wał żad­ne­go zna­cze­nia, poza czy­sto tech­nicz­nym, zresz­tą wa­run­ko­wym, do ja­kich­kol­wiek roz­mów od­by­wa­nych mię­dzy żoł­nie­rza­mi czy ma­ry­na­rza­mi. W jego po­ję­ciu roz­mo­wy te były spra­wą ru­ty­no­wą, a za­pa­dłe pod­czas nich de­cy­zje mo­gły być zmie­nio­ne jed­nym po­cią­gnię­ciem pió­ra. Nie mia­ły one dla nie­go zna­cze­nia więk­sze­go niż, daj­my na to, roz­mo­wy mię­dzy Stra­żą Po­żar­ną Lon­dy­nu a Wo­do­cią­ga­mi West­min­ster­ski­mi".

Osta­tecz­nie od­po­wie­dzial­ność za nie­po­in­for­mo­wa­nie ga­bi­ne­tu spo­czy­wa­ła na Camp­bel­lu-Ban­ner­ma­nie. Był to jego, nie Greya, ga­bi­net, a co­kol­wiek za­le­cał mi­ni­ster spraw za­gra­nicz­nych, pre­mier wład­ny był zmie­nić. Moż­na so­bie wy­obra­zić ele­men­ty dys­ku­sji mię­dzy tą dwój­ką: oto w cią­gu kil­ku mie­się­cy uda­ne po­ro­zu­mie­nie ko­lo­nial­ne z Fran­cją prze­obra­ża się w groź­bę woj­ny z Niem­ca­mi. Nowy rząd, sto­jąc wo­bec nad­cho­dzą­cych wy­bo­rów po­wszech­nych, ry­zy­ko­wał od­wró­ce­niem uwa­gi, a na­wet roz­ła­mem, gdy­by mia­ło dojść do de­ba­ty na te­mat wej­ścia w alians woj­sko­wy z mo­car­stwem kon­ty­nen­tal­nym. No­we­mu ga­bi­ne­to­wi, nie wdro­żo­ne­mu jesz­cze do pra­cy ze­spo­ło­wej, cią­gle bra­ko­wa­ło spój­no­ści, więc ujaw­nio­ne w nim spra­wy mo­gły ła­two zna­leźć dro­gę do par­la­men­tu i pra­sy. Le­piej za­tem było kon­ty­nu­ować roz­mo­wy w se­kre­cie, cią­gle przy­po­mi­na­jąc wszyst­kim za­in­te­re­so­wa­nym - wta­jem­ni­czo­nym ofi­ce­rom, am­ba­sa­do­ro­wi fran­cu­skie­mu i jego rzą­do­wi w Pa­ry­żu - że nic nie jest za­gwa­ran­to­wa­ne, że osta­tecz­nie za­de­cy­do­wać bę­dzie mu­sia­ła Izba Gmin.

Za­kres, w ja­kim roz­mo­wy woj­sko­we wią­za­ły An­glię z Fran­cją, po­zo­sta­wał nie­ja­sny dla Asqu­itha, gdy w 1908 roku obej­mo­wał spu­ści­znę po C. B. W 1911 Grey pi­sał do Asqu­itha:

"Na po­cząt­ku roku 1906 Fran­cu­zi po­wie­dzie­li nam: "Czy po­mo­że­cie nam, gdy­by do­szło do woj­ny z Niem­ca­mi?"

Od­par­li­śmy: "Ni­cze­go nie mo­że­my obie­cy­wać, mu­si­my mieć wol­ne ręce".

Fran­cu­zi więc za­pro­po­no­wa­li, żeby po­zwo­lić wła­dzom woj­sko­wym, w try­bie pil­nym, wy­mie­nić po­glą­dy. Na­sze wła­dze mia­ły po­wie­dzieć, co mo­gły­by zro­bić, Fran­cu­zi zaś, jak chcie­li­by, aby to zo­sta­ło zro­bio­ne, gdy­by­śmy zde­cy­do­wa­li się sta­nąć po stro­nie Fran­cji. W prze­ciw­nym ra­zie, twier­dzi­li Fran­cu­zi, na­wet gdy­by­śmy się zde­cy­do­wa­li po­przeć Fran­cję, nie by­li­by­śmy w sta­nie w przed­dzień wy­bu­chu woj­ny uczy­nić tego sku­tecz­nie. Zgo­dzi­li­śmy się z tym po­glą­dem. Do tego mo­men­tu tyl­ko C.B., [...] Hal­da­ne i ja wie­dzie­li­śmy o tym, co się dzie­je - resz­ta z was była roz­pro­szo­na po kra­ju w związ­ku z wy­bo­ra­mi.

Na­stęp­nie do­szło do roz­mów eks­per­tów woj­sko­wych. Nig­dy się nie do­wie­dzia­łem, co wła­ści­wie usta­li­li - moje sta­no­wi­sko było ta­kie, że rząd za­strze­gał so­bie cał­ko­wi­tą swo­bo­dę, lecz woj­sko­wi wie­dzie­li już co ro­bić, gdy­by­śmy jed­nak dali na­sze sło­wo".

Po paru mie­sią­cach Asqu­ith, cią­gle jesz­cze ner­wo­wy, pi­sał do Greya: "Ta­kie roz­mo­wy jak mię­dzy ge­ne­ra­łem Jof­fre a puł­kow­ni­kiem Fa­ir­hol­mem zda­ją mi się dość nie­bez­piecz­ne; zwłasz­cza w czę­ści od­no­szą­cej się do po­mo­cy bry­tyj­skiej. Nie po­win­no się za­chę­cać Fran­cu­zów, żeby w obec­nych oko­licz­no­ściach two­rzy­li pla­ny opar­te na ta­kim za­ło­że­niu". Od­po­wiedź Greya była peł­na iry­ta­cji; pro­wa­dził prze­cież de­li­kat­ną grę, ba­lan­su­jąc po­mię­dzy swo­imi zo­bo­wią­za­nia­mi wzglę­dem par­la­men­tu a oso­bi­stym od­da­niem dla Fran­cji.

"Mój dro­gi Asqu­ith - pi­sał Grey - Gdy­by­śmy za­bro­ni­li na­szym eks­per­tom woj­sko­wym roz­ma­wiać z Fran­cu­za­mi, wy­wo­ła­ło­by to kon­ster­na­cję. Bez wąt­pie­nia te roz­mo­wy, a tak­że na­sze wy­stą­pie­nia, wy­wo­ła­ły u nich ocze­ki­wa­nie na wspar­cie. Nie wi­dzę jed­nak spo­so­bu, ja­kim moż­na było temu za­po­biec".

W ten spo­sób pod­czas pierw­szych ty­go­dni spra­wo­wa­nia swo­je­go urzę­du, Grey wy­ty­czył so­bie kurs na na­stęp­ne osiem i pół roku. Ogra­ni­cze­nia, ja­kie na­rzu­cał mu sys­tem rzą­dów par­la­men­tar­nych po­wo­do­wa­ły, że cza­sa­mi mógł spra­wiać wra­że­nie wy­kręt­ne­go, a na­wet nie­szcze­re­go. Za­wsze twier­dził, że aż do chwi­li osta­tecz­nej de­cy­zji, par­la­ment za­cho­wał swo­bo­dę dzia­ła­nia. Z dru­giej stro­ny - było dla Greya oso­bi­ście rze­czą cał­kiem ja­sną - z któ­rym to prze­ko­na­niem nie krył się zresz­tą przed ni­kim - że w przy­pad­ku woj­ny mię­dzy Fran­cją a Niem­ca­mi na­ro­do­we in­te­re­sy bry­tyj­skie na­rzu­ca­ły po­par­cie Fran­cji.

Choć Grey uświa­da­miał so­bie tę sprzecz­ność, to roz­wią­zał ją mó­wiąc, że choć An­glia nie była praw­nie zwią­za­na z Fran­cją, to jego wła­sne prze­ko­na­nia na­ka­zy­wa­ły mu opu­ścić każ­dy rząd, któ­ry by od­mó­wił sta­nię­cia u boku swo­je­go part­ne­ra w en­ten­cie. Grey wie­dział, że w ra­zie jego re­zy­gna­cji, Asqu­ith po­stą­pił­by po­dob­nie, co ozna­cza­ło upa­dek ca­łe­go rzą­du li­be­ral­ne­go. Rząd Unio­ni­stów, przy­wra­ca­jąc do wła­dzy Bal­fo­ura i Lans­dow­ne'a, sta­nął­by przy Fran­cji.

Za po­li­ty­ką Greya krył się im­pe­ra­tyw bry­tyj­skiej su­pre­ma­cji na mo­rzach. Był on li­be­ra­łem i opo­wia­dał się za wy­da­wa­niem pie­nię­dzy rzą­do­wych na re­for­my spo­łecz­ne, gdy jed­nak Niem­cy rzu­ci­li wy­zwa­nie, za­ak­cep­to­wał fakt, że nie jest waż­ne ile okrę­tów bu­du­ją Niem­cy, Bry­ta­nia musi zbu­do­wać ich wię­cej. Było to wy­ko­ny­wal­ne tak dłu­go, jak dłu­go je­dy­nym prze­ciw­ni­kiem po­zo­sta­wa­ły Niem­cy. Ist­nia­ła jed­nak bar­dziej po­nu­ra moż­li­wość: gdy­by Niem­cy osią­gnę­ły he­ge­mo­nię na kon­ty­nen­cie, An­glia by­ła­by za­pę­dzo­na do na­roż­ni­ka, sta­jąc prze­ciw­ko po­łą­czo­nym si­łom mor­skim zjed­no­czo­nej Eu­ro­py. W 1911 roku Grey po­wie­dział przed­sta­wi­cie­lom do­mi­niów: "Tym, co na­praw­dę de­ter­mi­nu­je po­li­ty­kę za­gra­nicz­ną tego kra­ju, jest kwe­stia pa­no­wa­nia na mo­rzach. Nie ist­nie­je [...] zna­czą­ce nie­bez­pie­czeń­stwo, że­by­śmy zo­sta­li wcią­gnię­ci w ja­kieś po­waż­niej­sze kło­po­ty w Eu­ro­pie, o ile nie ujaw­ni się ja­kieś mo­car­stwo bądź gru­pa mo­carstw [...] z am­bi­cja­mi osią­gnię­cia cze­goś, co na­zy­wam po­li­ty­ką Na­po­le­ona24. Po­li­ty­ka taka ze stro­ny naj­sil­niej­sze­go mo­car­stwa w Eu­ro­pie po­le­ga­ła­by [...] na [...] po­dzie­le­niu po­zo­sta­łych mo­carstw [...] skłó­ce­niu ich ze sobą, ła­pa­niu ich na szcze­gó­łach, je­śli trze­ba - zmiaż­dże­niu, wresz­cie zmu­sze­niu do wej­ścia w or­bi­tę po­li­ty­ki naj­sil­niej­sze­go mo­car­stwa. Re­zul­ta­tem tego wszyst­kie­go by­ło­by po­wsta­nie w Eu­ro­pie jed­nej wiel­kiej kom­bi­na­cji, a po­zo­sta­jąc poza nią - by­li­by­śmy po­zba­wie­ni przy­ja­ciół. Gdy­by do ta­kie­go re­zul­ta­tu mia­ło dojść, wte­dy [...] gdy­by­śmy chcie­li utrzy­mać pa­no­wa­nie na mo­rzu, mu­sie­li­by­śmy uwzględ­niać, że praw­do­po­dob­ne jest po­łą­cze­nie się prze­ciw­ko nam flot nie dwóch mo­carstw, lecz pię­ciu".

Przez całe stu­le­cie bry­tyj­skie pa­no­wa­nie na mo­rzach czy­ni­ło zby­tecz­ną po­trze­bę po­sia­da­nia so­jusz­ni­ków. Te­raz, we­dług Greya, so­jusz­ni­cy sta­wa­li się nie­zbęd­ni, aby móc utrzy­mać bry­tyj­skie pa­no­wa­nie na mo­rzach.

32Ententa anglo-rosyjska i kryzys wokół Bośni

Trój­przy­mie­rze do­mi­no­wa­ło w Eu­ro­pie przez całe po­ko­le­nie. Nie­miec­ka po­tę­ga woj­sko­wa zmiaż­dży­ła już Da­nię, Au­strię i Fran­cję, a w mia­rę upły­wu cza­su nie­ustan­nie ro­sła. Do­da­nie Au­strii i Włoch do ob­da­rzo­nej tak po­tęż­nym po­ten­cja­łem ma­szy­ny wo­jen­nej po pro­stu prze­su­nę­ło tyl­ko rów­no­wa­gę jesz­cze bar­dziej na ko­rzyść Nie­miec. Gdy Fran­cja i Ro­sja utwo­rzy­ły so­jusz, Wil­helm­stras­se nie czu­ła się po­waż­nie za­gro­żo­na. Gdy­by do­szła do skut­ku pierw­sza bry­tyj­ska pró­ba po­rzu­ce­nia izo­la­cji i wej­ścia do sys­te­mu so­ju­szy kon­ty­nen­tal­nych po stro­nie Nie­miec, da­ła­by Rze­szy ab­so­lut­ną su­pre­ma­cję w Eu­ro­pie. Wstęp­ne ma­new­ry Cham­ber­la­ina zo­sta­ły jed­nak od­rzu­co­ne i Bry­ta­nia zwró­ci­ła się ku Fran­cji. An­glo-fran­cu­ska en­ten­ta była od­po­wie­dzią na nie­miec­kie wy­zwa­nie rzu­co­ne w Ma­ro­ku. Ob­ser­wa­to­rzy kon­fe­ren­cji w Al­ge­ci­ras za­uwa­ży­li, że głów­nym spraw­cą klę­ski Nie­miec był bry­tyj­ski dy­plo­ma­ta, Sir Ar­thur Ni­col­son. Tym, któ­rzy szu­ka­li źró­deł ta­kich wpły­wów Sir Ar­thu­ra, wy­star­czy­ło pod­nieść wzrok znad sto­łu ne­go­cja­cyj­ne­go w Al­ge­ci­ras i spoj­rzeć na dru­gą stro­nę za­to­ki, w stro­nę Gi­bral­ta­ru, gdzie pod sro­żą­cym się ma­sy­wem wiel­kiej Ska­ły ko­twi­czy­ły okrę­ty flo­ty bry­tyj­skiej. Przed­sta­wi­ciel Ro­sji na kon­fe­ren­cję, hra­bia Cas­si­ni, obec­ny w Al­ge­ci­ras, opo­wia­dał o sta­now­czo­ści i umie­jęt­no­ściach, z ja­ki­mi An­glik uży­wał bry­tyj­skiej dy­plo­ma­cji i siły na rzecz Fran­cji. W St Pe­ters­bur­gu za­uwa­żo­no, że dla Ro­sji, po­trze­bu­ją­cej lat po­ko­ju, aby od­zy­skać siły po woj­nie z Ja­po­nią i re­wo­lu­cji 1905 roku, Wiel­ka Bry­ta­nia mo­gła­by być uży­tecz­nym alian­tem.

Szan­se na po­ro­zu­mie­nie mię­dzy Bry­ta­nią a Ro­sją wy­da­wa­ły się dość od­le­głe. An­ta­go­ni­zmy się­ga­ły głę­bo­ko; nie­miec­cy mę­żo­wie sta­nu za­kła­da­li, że taki stan jest trwa­ły. Kró­lo­wa Wik­to­ria opi­sy­wa­ła pry­wat­nie cara Alek­san­dra III jako "bar­ba­rzyń­cę, Azja­tę i ty­ra­na". Kon­ser­wa­ty­ści oba­wia­li się Ro­sji prą­cej ku Dar­da­ne­lom, roz­py­cha­ją­cej się na Da­le­kim Wscho­dzie, po­stę­pu­ją­cej ku gra­ni­com In­dii oraz przez Per­sję ku Za­to­ce. Li­be­ra­ło­wie od­rzu­ca­li ro­syj­ski au­to­kra­tyzm jako an­ty­de­mo­kra­tycz­ny. Pierw­szym bry­tyj­skim kro­kiem sprze­ci­wia­ją­cym się "Wspa­nia­łej Izo­la­cji" było za­war­cie so­ju­szu z Ja­po­nią, któ­ry to trak­tat wy­mie­rzo­ny był prze­ciw­ko ce­sar­skiej Ro­sji i miał na celu ogra­ni­cze­nie jej dą­żeń.

W Ro­sji nie­chęć do Bry­ta­nii za­ko­rze­nio­na była rów­nie głę­bo­ko. Ary­sto­kra­cja i biu­ro­kra­cja rzą­do­wa nie cier­pia­ły bry­tyj­skie­go kon­sty­tu­cjo­na­li­zmu i były po­dejrz­li­we wo­bec bry­tyj­skiej dy­plo­ma­cji. Uwa­ża­li oni, że Ja­po­nia nig­dy by się nie od­wa­ży­ła rzu­cić Ro­sji wy­zwa­nia bez wspar­cia ze stro­ny an­giel­skie­go so­jusz­ni­ka. Tam­tej­si li­be­ra­ło­wie z ra­do­ścią po­wi­ta­li­by bliż­sze związ­ki z an­giel­ską de­mo­kra­cją par­la­men­tar­ną, ale kon­ser­wa­ty­ści oba­wia­li się dal­sze­go uchy­la­nia drzwi z oba­wy przed za­ra­że­niem an­giel­ski­mi kon­cep­cja­mi po­li­tycz­ny­mi. Nie cier­pie­li już prze­cież za­sad, ja­ki­mi kie­ro­wał się ich obec­ny so­jusz­nik, Fran­cja, gdzie rzą­dzi­li re­pu­bli­ka­nie, ka­to­li­cy i ate­iści. Kra­jem, jaki po­dzi­wia­li kon­ser­wa­tyw­ni Ro­sja­nie, były Niem­cy. W Ber­li­nie przy­najm­niej pa­no­wa­ły: siła, po­rzą­dek, re­li­gia i sku­tecz­ność. Sir Ar­thur Ni­col­son miał na­pi­sać z St Pe­ters­bur­ga: "Moim zda­niem, gdy­by Ce­sarz i rząd ro­syj­ski byli wol­ni od in­nych zo­bo­wią­zań po­li­tycz­nych, to z chę­cią za­war­li­by bli­ski so­jusz z Niem­ca­mi. Nie­miec­kie wpły­wy do­mi­nu­ją dziś tu­taj w krę­gach dwor­skich i rzą­do­wych". Przy­czy­ny, jak od­no­to­wał Ni­col­son, tkwi­ły nie tyl­ko w tra­dy­cyj­nie kon­ser­wa­tyw­nych tra­dy­cjach ro­syj­skich, lecz tak­że w tym, że trak­to­wa­nie Ro­sji przez Niem­cy było za­ska­ku­ją­co cy­wi­li­zo­wa­ne i prze­my­śla­ne. "Nie sto­su­je się tu­taj tra­dy­cyj­ne­go sys­te­mu na­prze­mien­ne­go za­stra­sza­nia i po­chlebstw, co jest wy­róż­nia­ją­cą ce­chą nie­miec­kiej dy­plo­ma­cji w in­nych kra­jach - pi­sał Ni­col­son do Greya - W tu­tej­szej sto­li­cy ce­cha­mi cha­rak­te­ry­stycz­ny­mi dy­plo­ma­cji nie­miec­kiej są: uprzej­me i po­jed­naw­cze na­sta­wie­nie oraz ła­god­ne za­tro­ska­nie".

Mimo wszyst­kich tych prze­szkód zbli­że­nie an­glo-ro­syj­skie cią­gle zy­ski­wa­ło na atrak­cyj­no­ści. Król Edward, od­wie­dza­jąc swo­je­go te­ścia, kró­la Chri­stia­na, w Ko­pen­ha­dze, spo­tkał się z Alek­san­drem Izwol­skim, ro­syj­skim mi­ni­strem przy dwo­rze duń­skim. Izwol­ski wy­wo­dził się ze szko­ły księ­cia Gor­cza­ko­wa i słu­żył już jako mi­ni­ster przy Wa­ty­ka­nie, gdzie za­przy­jaź­nił się z Bülo­wem, ów­cze­snym mi­ni­strem nie­miec­kim we Wło­szech. Z Rzy­mu Izwol­ski prze­szedł do To­kio, a na­stęp­nie do Ko­pen­ha­gi. Gdy na wio­snę 1904 roku spo­tkał się tam z kró­lem, miał pięć­dzie­siąt lat, był dość pulch­ny i ubie­rał się w gar­ni­tu­ry z Sa­vi­le Row25, z bia­łą ka­mi­zel­ką, bia­ły­mi ge­tra­mi i per­ło­wą spin­ką do kra­wa­ta. Wy­nio­śle stą­pa­jąc na spo­tka­niach dy­plo­ma­tycz­nych "na ma­łych, obu­tych w la­kier­ki sto­pach", oglą­dał świat przez lor­gnon, a prze­cho­dząc, cią­gnął za sobą za­pach fioł­ko­wej wody ko­loń­skiej. Izwol­ski po­cho­dził z gmi­nu i mu­siał się do­brze oże­nić. Za­le­cał się do mło­dej wdo­wy po wy­bit­nym ge­ne­ra­le, lecz ta go od­rzu­ci­ła. Za­py­ta­no ją póź­niej, gdy Izwol­ski zo­stał już mi­ni­strem spraw za­gra­nicz­nych, czy nie ża­łu­je stra­ty ta­kiej do­brej par­tii. "Każ­de­go dnia - od­par­ła - ża­łu­ję, lecz każ­dej nocy gra­tu­lu­ję so­bie pod­ję­tej de­cy­zji". Izwol­ski oże­nił się w koń­cu z sio­strą Pio­tra Sto­ły­pi­na, któ­ry zo­stał pre­mie­rem car­skiej Ro­sji.

Izwol­ski mó­wił płyn­nie po an­giel­sku i był obe­zna­ny z an­giel­ską li­te­ra­tu­rą i hi­sto­rią. Jego sło­wa, sta­ran­nie do­bie­ra­ne, za­wsze peł­ne sza­cun­ku, spodo­ba­ły się kró­lo­wi Edwar­do­wi. Król po­wie­dział Izwol­skie­mu, że ma na­dzie­ję, iż An­glia i Ro­sja mogą za­ła­go­dzić ist­nie­ją­ce mię­dzy nimi roz­bież­no­ści, po­dob­nie jak to uczy­ni­ła An­glia z Fran­cją, na co mi­ni­ster od­parł, że po­zo­sta­je to tak­że jego naj­go­ręt­szym pra­gnie­niem. Po tej roz­mo­wie król na­pi­sał do cara, wspo­mi­na­jąc "wiel­ką przy­jem­ność", jaką spra­wi­ła mu roz­mo­wa z pa­nem Izwol­skim. "Masz w nim - cią­gnął król - czło­wie­ka o wy­bit­nej in­te­li­gen­cji, któ­ry, je­stem tego pe­wien, na­le­ży do twych naj­zdol­niej­szych i naj­bar­dziej od­da­nych lu­dzi w służ­bie pu­blicz­nej". Ta­kie za­świad­cze­nie z pew­no­ścią nie za­szko­dzi­ło Izwol­skie­mu w ka­rie­rze, więc gdy w maju 1906 roku ro­syj­ski mi­ni­ster spraw za­gra­nicz­nych, hra­bia Wła­dy­mir Lams­dorff, wy­czer­pa­ny woj­ną i re­wo­lu­cją, po­pro­sił o ze­zwo­le­nie odej­ścia na eme­ry­tu­rę, Mi­ko­łaj wy­brał wła­śnie Izwol­skie­go, aby go za­stą­pił26.

W mię­dzy­cza­sie wy­da­rze­nia na Da­le­kim Wscho­dzie oraz ich eu­ro­pej­skie re­per­ku­sje zni­we­czy­ły per­spek­ty­wy zbli­że­nia an­glo-ro­syj­skie­go. Nie­spo­dzie­wa­ny atak Ja­poń­czy­ków, so­jusz­ni­ków An­glii, na flo­tę ro­syj­ską w Port Ar­thu­rze, roz­zło­ścił Ro­sjan. Za­to­pie­nie bry­tyj­skich traw­le­rów ry­bac­kich na ła­wi­cy Dog­ger przez flo­tę ad­mi­ra­ła Ro­że­stwień­skie­go ob­ra­zi­ło Bry­tyj­czy­ków. Am­ba­sa­dor ro­syj­ski w Lon­dy­nie, hra­bia Alek­san­der Benc­ken­dorff, rów­nie chęt­ny jak Izwol­ski do po­lep­sze­nia sto­sun­ków z Bry­ta­nią, za­pro­po­no­wał, by spra­wa sta­nę­ła przed Mię­dzy­na­ro­do­wą Ko­mi­sją Śled­czą w Ha­dze. Wiel­ka Bry­ta­nia wy­ra­zi­ła zgo­dę i rząd ro­syj­ski za­pła­cił 65 000 fun­tów szter­lin­gów od­szko­do­wa­nia.

Ro­syj­skie kło­po­ty za­czy­na­ły się mno­żyć. Flo­ta ad­mi­ra­ła Ro­że­stwień­skie­go zo­sta­ła 27 maja 1905 roku znisz­czo­na w Cie­śni­nie Cu­szim­skiej i za­war­to trak­tat po­ko­jo­wy w Por­ts­mouth, w sta­nie New Hamp­shi­re, pod okiem pre­zy­den­ta The­odo­re'a Ro­ose­vel­ta. Przez cały kraj prze­wa­li­ła się fala pro­te­stów prze­ciw­ko błę­dom w po­kie­ro­wa­niu woj­ną. Woj­sko ostrze­la­ło tłum ma­sze­ru­ją­cy do Pa­ła­cu Zi­mo­we­go z pe­ty­cją do cara; w po­ło­wie paź­dzier­ni­ka kraj był spa­ra­li­żo­wa­ny przez strajk po­wszech­ny. 30 paź­dzier­ni­ka, Mi­ko­łaj II wy­dał Ma­ni­fest Ce­sar­ski, prze­kształ­ca­ją­cy Ro­sję z ab­so­lut­ne­go sa­mo­władz­twa w pół-kon­sty­tu­cyj­ną mo­nar­chię. Za­sad­ni­czym ucie­le­śnie­niem wpro­wa­dzo­nych zmian miał być wy­bie­ral­ny par­la­ment, na­zwa­ny Dumą.

Do tych wy­da­rzeń do­szło w Ro­sji w cią­gu ostat­nich ty­go­dni urzę­do­wa­nia unio­ni­stycz­ne­go rzą­du Bal­fo­ura. Choć Benc­ken­dorff roz­ma­wiał już z lor­dem Lans­dow­ne na te­mat moż­li­wo­ści po­ro­zu­mie­nia an­glo-ro­syj­skie­go, to 5 grud­nia Lans­dow­ne nie peł­nił już swo­je­go urzę­du. 13 grud­nia, dwa dni po­tem jak zo­stał mi­ni­strem spraw za­gra­nicz­nych, Sir Edward Grey przy­jął hra­bie­go Benc­ken­dorf­fa, aby za­pew­nić go, że po­li­ty­ka za­gra­nicz­na rzą­du li­be­ra­łów bę­dzie kon­ty­nu­acją li­nii na­kre­ślo­nych przez jego unio­ni­stycz­ne­go po­przed­ni­ka. Tak jak lord Lans­dow­ne do­pro­wa­dził do uło­że­nia sto­sun­ków z Fran­cją, tak nowy rząd ma na­dzie­ję na roz­wią­za­nie trud­no­ści po­mię­dzy An­glią a Ro­sją. Kil­ka dni póź­niej w swo­im pierw­szym prze­mó­wie­niu w cha­rak­te­rze pre­mie­ra Sir Hen­ry Camp­bell-Ban­ner­man po­wie­dział do wy­peł­nio­nej wi­dow­ni w Al­bert Hall, że nowy rząd żywi "je­dy­nie cie­płe uczu­cia wo­bec na­ro­du Ro­sji".

Gdy do­szło już do za­koń­cze­nia kon­fe­ren­cji w Al­ge­ci­ras, 2 kwiet­nia 1906, oba kra­je za­czę­ły dzia­łać szyb­ko. No­wym am­ba­sa­do­rem bry­tyj­skim w Ro­sji - mia­no­wa­nym jesz­cze przed swo­im trium­fem w Al­ge­ci­ras - był Sir Ar­thur Ni­col­son. Mel­du­jąc się w Lon­dy­nie po in­struk­cje, udał się na obiad do domu Greya w Qu­een Anne's Gate, na któ­rym obec­ni byli tak­że Asqu­ith, Hal­da­ne i mi­ni­ster d.s. In­dii, Mor­ley. To­wa­rzy­stwo przez czte­ry go­dzi­ny dys­ku­to­wa­ło nad sto­sun­ka­mi an­glo-ro­syj­ski­mi. Usta­lo­ne zo­sta­ły dwa cele. Bar­dziej da­le­ko­sięż­nym było usta­no­wie­nie lep­szych ogól­nych sto­sun­ków z Ro­sją, pań­stwem chwi­lo­wo osła­bio­nym, lecz po­ten­cjal­nie po­tęż­nym. Dru­gim, bliż­szym ce­lem, było za­bez­pie­cze­nie gra­ni­cy In­dii przed groź­bą na­jaz­du ro­syj­skie­go. Od po­nad trzy­dzie­stu lat bry­tyj­scy mę­żo­wie sta­nu oba­wia­li się, że Ro­sja może wkro­czyć do Afga­ni­sta­nu i za­jąć Prze­łęcz Chy­ber­ską, sta­no­wią­cą wro­ta do In­dii. Me­to­dą za­bez­pie­cze­nia się przed tym mia­ło być wzmoc­nie­nie państw bu­fo­ro­wych, Ty­be­tu i Afga­ni­sta­nu, i za­sto­po­wa­nie ro­syj­skiej pe­ne­tra­cji w kie­run­ku Za­to­ki Per­skiej przez wspar­cie roz­pa­da­ją­cej się po­li­tycz­nej struk­tu­ry mo­nar­chii per­skiej.

12 maja 1906 roku Izwol­ski za­stą­pił Lams­dorf­fa na sta­no­wi­sku ro­syj­skie­go mi­ni­stra spraw za­gra­nicz­nych. 6 czerw­ca za­siadł do ne­go­cja­cji z Ni­col­so­nem. Tłem dla ich roz­mów było przy­ję­cie Pierw­szej Dumy Im­pe­rial­nej przez cara w Pa­ła­cu Zi­mo­wym w dniu 9 maja, po któ­rym to spo­tka­niu Duma uda­ła się do Pa­ła­cu Tau­rydz­kie­go na pierw­szą se­sję par­la­men­tar­ną w hi­sto­rii Ro­sji. Pierw­szym ak­tem Dumy było uchwa­le­nie po­tę­pia­ją­ce­go w czam­buł i agre­syw­ne­go "Ad­re­su do Tro­nu", do­ma­ga­ją­ce­go się po­wszech­ne­go pra­wa do gło­so­wa­nia, po­wszech­ne­go wy­kształ­ce­nia pod­sta­wo­we­go, ab­so­lut­nej wol­no­ści sło­wa i zgro­ma­dzeń, wy­własz­cze­nia i po­dzia­łu wiel­kiej wła­sno­ści ziem­skiej, uwol­nie­nia wszyst­kich więź­niów po­li­tycz­nych oraz zdy­mi­sjo­no­wa­nia wszyst­kich mi­ni­strów mia­no­wa­nych przez cara, któ­rych mie­li za­stą­pić mi­ni­stro­wie bę­dą­cy do przy­ję­cia dla Dumy. Rząd ce­sar­ski od­mó­wił speł­nie­nia tych żą­dań. Mi­ni­stro­wie pró­bu­ją­cy zwra­cać się do Dumy byli za­krzy­ki­wa­ni, do­pó­ki nie za­mil­kli. Mi­ko­łaj II, prze­ra­żo­ny za­cho­wa­niem Dumy, mia­no­wał pre­mie­rem Pio­tra Sto­ły­pi­na, któ­ry 22 lip­ca za­mknął drzwi Pa­ła­cu Tau­rydz­kie­go i wy­wie­sił de­kret ce­sar­ski za­wie­sza­ją­cy Dumę.

Re­ak­cja Lon­dy­nu na te wy­da­rze­nia uczy­ni­ła za­da­nie dy­plo­ma­tów jesz­cze trud­niej­szym. Duma wy­sła­ła de­le­ga­cję, któ­ra mia­ła uczest­ni­czyć w spo­tka­niu mię­dzy­par­la­men­tar­nym, ma­ją­cym się ze­brać w lip­cu w Lon­dy­nie. Roz­mo­wy te za­mie­rzał otwo­rzyć sam pre­mier ad­re­sem do de­le­ga­tów. Tego sa­me­go ran­ka, kie­dy Camp­bell-Ban­ner­man miał prze­ma­wiać, do Lon­dy­nu do­tar­ły wia­do­mo­ści, że car za­wie­sił Dumę. Pró­bu­jąc po­cie­szyć zszo­ko­wa­nych i przy­gnę­bio­nych człon­ków de­le­ga­cji ro­syj­skiej, pre­mier po­wie­dział: "Nowe in­sty­tu­cje czę­sto mają trud­ną, je­śli na­wet nie burz­li­wą mło­dość. W ta­kiej czy in­nej po­sta­ci Duma od­ży­je. Mo­że­my tu cał­kiem szcze­rze po­wie­dzieć "La Duma est mor­te. Vive la Duma!"". Ten zwrot, prze­ka­za­ny do St Pe­ters­bur­ga, przy­spo­rzył kło­po­tów am­ba­sa­do­ro­wi bry­tyj­skie­mu. Im bar­dziej szorst­ki sta­wał się ton pra­sy bry­tyj­skiej, tym czę­ściej "wcze­śniej­szy za­pał Izwol­skie­go za­stę­po­wa­ło mil­cze­nie i obo­jęt­ność" - od­no­to­wał w swo­im dzien­ni­ku Ni­col­son - Gdy wspo­mnia­łem [...] że chciał­bym usły­szeć ja­kiś za­rys jego po­glą­dów na spra­wę Per­sji, spoj­rzał na mnie nie­przy­tom­nie i po­wie­dział, że nie ma w ogó­le żad­nych po­glą­dów".

Wol­ne tem­po Izwol­skie­go bra­ło się tak­że z jego obaw co do moż­li­wej re­ak­cji nie­miec­kiej na pro­wa­dzo­ne ne­go­cja­cje. W rów­nym stop­niu jak pra­gnął po­ro­zu­mie­nia z Bry­ta­nią, chciał też unik­nąć ob­ra­że­nia księ­cia von Bülo­wa. Ni­col­son wy­ja­śniał to Grey­owi: "My­ślę, że oba­wia się, iż tka­my tu­taj sie­ci i two­rzy­my ja­kieś krę­gi wo­kół Nie­miec, a nie chciał­by dać się wcią­gnąć w ja­kie­kol­wiek kom­bi­na­cje lub po­ło­żyć swój pod­pis pod ja­kim­kol­wiek do­ku­men­tem, któ­ry jego zda­niem był­by wy­mie­rzo­ny, choć­by po­śred­nio, w Niem­cy. [...] Za­wsze wi­dzi przed sobą, jako ostrze­że­nie, los pana Del­cas­ségo". W paź­dzier­ni­ku, Izwol­ski udał się do Ber­li­na, żeby wy­ja­śnić swo­je za­mia­ry Bülo­wo­wi i po­pro­sić o nie­miec­ką apro­ba­tę. Kanc­lerz nie­miec­ki od­po­wie­dział, że Ber­lin bę­dzie do­brze przyj­mo­wał po­ro­zu­mie­nie an­glo-ro­syj­skie tak dłu­go, jak dłu­go nie bę­dzie ono na­ru­szać nie­miec­kich in­te­re­sów. Izwol­ski na­po­tkał tak­że opo­zy­cję w ło­nie ro­syj­skiej Rady Mi­ni­strów oraz ro­syj­skie­go Szta­bu Ge­ne­ral­ne­go, któ­ry nie­chęt­nie re­zy­gno­wał z moż­li­wo­ści za­gro­że­nia wiel­kie­mu bry­tyj­skie­mu im­pe­rium w In­diach.

Po­trzeb­na była cier­pli­wość, więc Grey nie na­ci­skał. "Nie chcę, żeby ne­go­cja­cje za­mar­ły - pi­sał do Ni­col­so­na - Jed­nak z dru­giej stro­ny, mu­si­my unik­nąć wzbu­dze­nia w umy­śle pana Izwol­skie­go po­dej­rzeń, że chce­my for­so­wać tem­po roz­mów w celu sko­rzy­sta­nia z obec­ne­go po­ło­że­nia Ro­sji". W li­sto­pa­dzie, za ze­zwo­le­niem Greya, Ni­col­son dał do zro­zu­mie­nia, że gdy po­ro­zu­mie­nie zo­sta­nie osią­gnię­te, Bry­ta­nia by­ła­by skłon­na prze­dys­ku­to­wać pro­po­zy­cje do­ty­czą­ce po­lep­sze­nia po­zy­cji Ro­sji w spra­wie Dar­da­ne­li. Owa su­ge­stia spo­wo­do­wa­ła, że izwol­ski aż "pro­mie­niał ra­do­ścią" i przy­wró­ci­ła roz­mach roz­mo­wom. Tech­ni­ka dy­plo­ma­cji Ni­col­so­na, jak ją opi­sał jego syn i bio­graf, Ha­rold Ni­col­son, po­le­ga­ła na przy­ję­ciu "me­tod ludz­kie­go i bar­dzo zdol­ne­go den­ty­sty, zaj­mu­ją­ce­go się trze­ma bo­lą­cy­mi zę­ba­mi. Pra­co­wał ździeb­ko nad Afga­ni­sta­nem, po­stę­pu­jąc de­li­kat­nie, choć zde­cy­do­wa­nie; przy pierw­szych ozna­kach bólu za­my­kał dziu­rę środ­ka­mi ła­go­dzą­cy­mi, watą i gu­ta­per­ką, aby przy na­stęp­nym spo­tka­niu przejść do kwe­stii Ty­be­tu. Ta­ki­mi me­to­da­mi po­tra­fił zdo­być so­bie cał­ko­wi­te za­ufa­nie pana Izwol­skie­go i stop­nio­wo do­pro­wa­dzić wszyst­kie trzy swo­je cele do po­dob­ne­go sta­nu go­to­wo­ści do de­cy­zji, w ani jed­nej chwi­li nie ura­ża­jąc ner­wu". Na po­cząt­ku lu­te­go 1907 roku ro­syj­ska Rada Mi­ni­strów wy­ra­zi­ła swo­ją apro­ba­tę. W mar­cu eska­dra flo­ty ro­syj­skiej zło­ży­ła wi­zy­tę w Por­ts­mouth, a jej ofi­ce­ro­wie i ma­ry­na­rze okla­ski­wa­ni byli na uli­cach Lon­dy­nu. 31 sierp­nia 1907 roku Ni­col­son i Izwol­ski pod­pi­sa­li kon­wen­cję w sie­dzi­bie ro­syj­skie­go Mi­ni­ster­stwa Spraw Za­gra­nicz­nych.

En­ten­ta an­glo-ro­syj­ska z 1907 roku była po­dob­na do en­ten­ty an­glo-fran­cu­skiej z 1904. Nie był to trak­tat so­jusz­ni­czy; nie było tam żad­nych klau­zul woj­sko­wych; nie po­ja­wia­ły się w nim w ogó­le ta­kie sło­wa, jak "woj­na", "agre­sja" czy "obro­na". Cel jego okre­ślo­ny był jako wy­eli­mi­no­wa­nie tarć mię­dzy obu pań­stwa­mi w trzech punk­tach na Środ­ko­wym Wscho­dzie oraz w Cen­tral­nej Azji, gdzie ich te­ry­to­ria nie­przy­jem­nie się ocie­ra­ły o sie­bie. Ty­bet i Afga­ni­stan po­zo­sta­wio­no jako pań­stwa bu­fo­ro­we, a ich in­te­gral­ność te­ry­to­rial­na zo­sta­ła za­gwa­ran­to­wa­na. Uzna­na zo­sta­ła no­mi­nal­na su­we­ren­ność Chin nad Ty­be­tem. Ro­sja zgo­dzi­ła się, że Afga­ni­stan po­zo­sta­je "poza ro­syj­ską stre­fą wpły­wów" i że ro­syj­scy urzęd­ni­cy oraz przed­sta­wi­cie­le mogą "wcho­dzić w sto­sun­ki po­li­tycz­ne z tym kra­jem tyl­ko za po­śred­nic­twem rzą­du Jego Kró­lew­skiej Mo­ści". Bry­ta­nia zgo­dzi­ła się po­dzie­lić han­dlem afgań­skim z ro­syj­ski­mi kom­pa­nia­mi i przed­się­bior­ca­mi. Ugo­da wzglę­dem Per­sji była znacz­nie bar­dziej skom­pli­ko­wa­na. Kró­le­stwo sza­cha zo­sta­ło po­dzie­lo­ne na trzy stre­fy czy sfe­ry in­te­re­sów: ro­syj­ską na pół­no­cy, bry­tyj­ską na po­łu­dniu oraz stre­fę neu­tral­ną w cen­trum. W stre­fie pół­noc­nej wy­łącz­ność na kon­ce­sje po­li­tycz­ne i han­dlo­we mia­ła na­le­żeć do Ro­sji. Bry­tyj­czy­cy mie­li cie­szyć się po­dob­ną wy­łącz­no­ścią na po­łu­dniu, zaś w cen­trum oba im­pe­ria mo­gły wy­ry­wać co tyl­ko po­tra­fi­ły. Ten de fac­to roz­biór zo­stał za­ma­sko­wa­ny de­kla­ra­cją, że oba rzą­dy "zgo­dzi­ły się wza­jem­nie re­spek­to­wać in­te­gral­ność i nie­pod­le­głość Per­sji". W isto­cie ne­go­cja­cje w Sankt Pe­ters­bur­gu były pro­wa­dzo­ne bez wie­dzy rzą­du per­skie­go. Gdy szach skar­żył się, że przy­szłość jego kra­ju zo­sta­ła usta­lo­na bez jego wie­dzy i zgo­dy, bry­tyj­skie Mi­ni­ster­stwo Spraw Za­gra­nicz­nych sztyw­no od­po­wie­dzia­ło, iż kon­wen­cja wy­raź­nie była po­my­śla­na jako "za­bez­pie­cza­ją­ca in­te­gral­ność i nie­za­leż­ność Per­sji".

Grey, przed­sta­wia­jąc kon­wen­cję w Izbie Gmin, ar­gu­men­to­wał, że usu­nę­ła ona sta­rą zmo­rę ro­syj­skiej in­wa­zji na In­die i uwol­ni­ła rząd od cię­ża­ru zwią­za­ne­go ze znacz­ny­mi su­ma­mi wy­da­wa­ny­mi na obro­nę sub­kon­ty­nen­tu. Jesz­cze więk­szą ko­rzy­ścią, oznaj­mił mi­ni­ster, było prze­kształ­ce­nie do­tych­cza­so­we­go an­ta­go­ni­sty je­śli już nie w so­jusz­ni­ka, to przy­najm­niej w przy­ja­cie­la. Więk­szość kon­ser­wa­ty­stów (w tym Bal­fo­ur) do­brze przy­ję­ła po­ro­zu­mie­nie. Po­sło­wie la­bo­urzy­stow­scy oraz ra­dy­kal­ni od­rzu­ca­li pod­pi­sy­wa­nie ja­kich­kol­wiek po­ro­zu­mień z mo­ral­nie od­ra­ża­ją­cą au­to­kra­cją i oznaj­mia­li, że Per­sja zo­sta­ła po­świę­co­na na oł­ta­rzu "tego od­ra­ża­ją­ce­go ido­la zwa­ne­go Rów­no­wa­gą Sił".

Ofi­cjal­na re­ak­cja nie­miec­ka była wy­ci­szo­na. Bülow, grun­tow­nie po­in­for­mo­wa­ny przez Izwol­skie­go, re­ago­wał tak, jak nie­gdyś re­ago­wał po­cząt­ko­wo na kon­wen­cję an­glo-fran­cu­ską: przy­jął po­ro­zu­mie­nie jako roz­wią­za­nie szcze­gó­ło­wych roz­bież­no­ści ko­lo­nial­nych, któ­re nie wpły­wa­ło na in­te­re­sy nie­miec­kie. "Ob­ser­wu­je­my za­koń­cze­nie ne­go­cja­cji bez obaw - po­wie­dział kanc­lerz pod ko­niec kwiet­nia 1907 - Moż­na by po­wie­dzieć, że bio­rę zbli­że­nie an­glo-ro­syj­skie zbyt spo­koj­nie. Ale bio­rę je po pro­stu za to, czym jest - za pró­bę usu­nię­cia trud­no­ści [...] taki an­ta­go­nizm mię­dzy wie­lo­ry­bem a sło­niem nie jest prze­cież nie­zmien­ny. Nikt bar­dziej ode mnie nie jest świa­do­my fak­tu, że ota­cza­ją nas trud­no­ści i nie­bez­pie­czeń­stwa. Wy­ni­ka­ją one z na­szej eks­po­no­wa­nej po­zy­cji. Nie po­trze­bu­je­my się trwo­żyć róż­ny­mi en­ten­ta­mi w spra­wach, któ­re bez­po­śred­nio nas nie do­ty­czą. Nie mo­że­my że­ro­wać na wro­go­ści po­mię­dzy in­ny­mi kra­ja­mi. Daj­my in­nym tę swo­bo­dę ru­chów, jaką re­zer­wu­je­my dla nas sa­mych".

Kanc­lerz Nie­miec oraz Wil­helm­stras­se nie po­tra­fi­li uprzy­tom­nić so­bie głęb­sze­go zna­cze­nia tej kon­wen­cji. Prze­cież kar­dy­nal­nym punk­tem dy­plo­ma­cji nie­miec­kiej po­zo­sta­wa­ło do­tąd stwier­dze­nie, że An­glia i Ro­sja mu­szą za­wsze po­zo­sta­wać so­bie wro­gie. Naj­pierw Bi­smarck, a po­tem Hol­ste­in, wy­le­wa­li po­to­ki szy­derstw wo­bec idei zna­le­zie­nia przez An­glię i Ro­sję wspól­ne­go grun­tu. En­ten­ta an­glo-ro­syj­ska z 1907 roku usu­nę­ła z ar­se­na­łu nie­miec­kiej dy­plo­ma­cji broń, jaką sku­tecz­nie sto­so­wa­ła przez pra­wie pół wie­ku, po­le­ga­ją­ca na roz­gry­wa­niu roz­bież­no­ści po­mię­dzy obu kra­ja­mi. Nie­miec­ki am­ba­sa­dor w St Pe­ters­bur­gu ra­por­to­wał: "Nikt nie bę­dzie czy­nił An­glii wy­rzu­tów z po­wo­du ta­kiej po­li­ty­ki; moż­na tyl­ko po­dzi­wiać, jak umie­jęt­nie prze­pro­wa­dzi­ła ona swo­je pla­ny. Pla­nów tych nie trze­ba ko­niecz­nie przy­pi­sy­wać ja­kiejś ten­den­cji an­ty­nie­miec­kiej, mimo to wła­śnie Niem­cy są kra­jem naj­bar­dziej do­tknię­tym przez to po­ro­zu­mie­nie". Ka­iser zgo­dził się z tą opi­nią. "Tak jest, gdy się weź­mie wszyst­ko pod uwa­gę, jest to wy­ce­lo­wa­ne w nas" - na­pi­sał na mar­gi­ne­sie owej de­pe­szy.

Ni­col­son pró­bo­wał bro­nić kon­wen­cji. "Nie było kwe­stii "okrą­ża­nia" Nie­miec - po­wie­dział póź­niej - Ukła­da­jąc się z Fran­cją i Ro­sją uczci­wie, nie mie­li­śmy na uwa­dze żad­nych in­nych ce­lów, jak tyl­ko po­sta­wie­nie na­szych wza­jem­nych sto­sun­ków na bez­piecz­niej­szej pod­sta­wie, w ogól­nym in­te­re­sie po­ko­ju". W na­stęp­nym jed­nak zda­niu Ni­col­son przy­zna­wał: "[...] ist­nie­ją wciąż pod­świa­do­me uczu­cia, że w ten spo­sób za­bez­pie­cza­li­śmy so­bie ja­kieś de­fen­syw­ne gwa­ran­cje prze­ciw­ko nad­mier­nej do­mi­na­cji jed­ne­go Mo­car­stwa. [...]". Wiel­ka Bry­ta­nia zde­cy­do­wa­ła się nie to­le­ro­wać nie­miec­kiej he­ge­mo­nii na kon­ty­nen­cie. Z tego nie­ja­sne­go, lecz po­tęż­ne­go in­stynk­tu roz­kwi­tła en­ten­ta z Fran­cją, roz­bu­do­wa Ma­ry­nar­ki Kró­lew­skiej oraz en­ten­ta z Ro­sją. Re­zul­ta­tem było od­two­rze­nie rów­no­wa­gi sił w Eu­ro­pie. The­obald von Be­th­mann-Hol­l­weg, przy­szły kanc­lerz Nie­miec, do­brze to ro­zu­miał i po­wie­dział: "Mo­że­cie to so­bie na­zy­wać "okrą­ża­niem", "rów­no­wa­gą sił" czy jak tam chce­cie, lecz jest fak­tem, że cel, jaki so­bie po­sta­wio­no i w koń­cu zre­ali­zo­wa­no, nie po­le­gał na ni­czym in­nym, jak na ze­spo­le­niu zwar­tej i prze­wa­ża­ją­cej kom­bi­na­cji państw w celu prze­szko­dze­nia Niem­com, przy­najm­niej środ­ka­mi dy­plo­ma­tycz­ny­mi, w peł­nym roz­wo­ju ich ro­sną­cej po­tę­gi".

Król, któ­ry ode­grał swo­ją rolę w do­pro­wa­dze­niu en­ten­ty an­glo-ro­syj­skiej do za­owo­co­wa­nia, przy­pie­czę­to­wał trans­ak­cję, uda­jąc się w czerw­cu 1908 roku w po­dróż do Rew­la (obec­nie Tal­lin), aby spo­tkać się z ca­rem Mi­ko­ła­jem II. Ogło­sze­nie za­mia­ru zło­że­nia tej wi­zy­ty wzbu­rzy­ło ra­dy­kal­nych po­słów la­bo­urzy­stow­skich. "ob­ra­za dla na­sze­go kra­ju" - gło­sił ty­tuł ar­ty­ku­łu opu­bli­ko­wa­ne­go przez Ja­me­sa Ram­saya Mac­Do­nal­da, któ­ry opi­sał Mi­ko­ła­ja II jako "zwy­kłe­go mor­der­cę" i żą­dał, aby król nie je­chał "za­da­wać się z taką spla­mio­ną krwią kre­atu­rą jak car". Król mimo wszyst­ko wy­ru­szył, za­bie­ra­jąc ze sobą na po­kła­dzie "Vic­to­ria and Al­bert" kró­lo­wą, Sir Ar­thu­ra Ni­col­so­na i Sir Joh­na Fi­she­ra. Po­dróż przez Mo­rze Pół­noc­ne była nie­przy­jem­na, wszy­scy za­pa­dli na cho­ro­bę mor­ską. Kró­lo­wa le­ża­ła na po­kła­dzie jak trup" - na­pi­sał Fi­sher do żony27. Na spo­koj­nych wo­dach Ka­na­łu Ki­loń­skie­go król po­słał po Fi­she­ra, aby po­ga­dać przy śnia­da­niu i ra­zem po­pa­trzeć na eskor­tę nie­miec­kiej ka­wa­le­rii, kłu­su­ją­cą wzdłuż brze­gów ka­na­łu. W Ki­lo­nii po­zdro­wił go­ści ksią­żę Hen­ryk Pru­ski i wy­dzie­lił czte­ry nie­miec­kie nisz­czy­cie­le, żeby eskor­to­wa­ły bry­tyj­ski jacht w głąb Bał­ty­ku.

O wio­sen­nym po­ran­ku jacht "Vic­to­ria and Al­bert" rzu­cił ko­twi­cę na re­dzie Rew­la, w po­bli­żu dwóch ro­syj­skich jach­tów ce­sar­skich: "Sztan­dar" (uży­wa­ny przez cara) oraz "Gwiaz­da Po­lar­na" (uży­wa­ny przez ce­sa­rzo­wą wdo­wę Ma­rię, sio­strę kró­lo­wej Alek­san­dry). Pod­czas ca­łej, trwa­ją­cej dwa dni wi­zy­ty, nikt z bry­tyj­skie­go to­wa­rzy­stwa nie po­sta­wił sto­py na brze­gu; lun­che, her­bat­ki, ban­kie­ty i bale od­by­wa­ły się w sa­lo­nach, ja­dal­niach i na po­kła­dach jach­tów. Taka or­ga­ni­za­cja zo­sta­ła wy­mu­szo­na przez to, co tak­tow­nie okre­śla­no jako "nie­sta­bil­ne wa­run­ki" pa­nu­ją­ce w Im­pe­rium Ro­syj­skim. Mi­ko­ła­jo­wi II to­wa­rzy­szy­ła żona, mat­ka, sio­stra - wiel­ka księż­na Olga, pre­mier Piotr Sto­ły­pin oraz Izwol­ski. Jed­ne­go wie­czo­ra, gdy car i obie ca­ry­ce obec­ne były na po­kła­dzie "Vic­to­ria and Al­bert", ja­kiś ro­syj­ski pa­ro­wiec z to­wa­rzy­stwem śpie­wa­czym na po­kła­dzie zbli­żył się i za­ko­twi­czył przy bur­cie jach­tu tak bli­sko, że śpie­wa­cy mo­gli dać kon­cert dla kró­lew­skich go­ści. Nie­któ­rzy ze świ­ty kró­la Edwar­da za­czę­li de­ner­wo­wać się bli­sko­ścią pa­row­ca; sil­ne ra­mię z pew­no­ścią wy­star­czy­ło­by, żeby ci­snąć bom­bę po­nad wą­skim pa­sem wody. Szef ro­syj­skiej po­li­cji za­pew­nił ich, że wszy­scy śpie­wa­cy, tak ko­bie­ty, jak i męż­czyź­ni, zo­sta­li pod­da­ni re­wi­zji oso­bi­stej.

Do­bra po­go­da i uczu­cia ro­dzin­ne po­pra­wi­ły hu­mo­ry kró­lo­wi i Fi­she­ro­wi. Król z wła­snej ini­cja­ty­wy na­gle oznaj­mił, że mia­nu­je Mi­ko­ła­ja II ad­mi­ra­łem flo­ty w Ma­ry­nar­ce Bry­tyj­skiej. Car, jak wy­ja­śnił król, po­trze­bo­wał bry­tyj­skie­go mun­du­ru ma­ry­nar­skie­go, jako uzu­peł­nie­nia po­sia­da­ne­go już uni­for­mu puł­kow­ni­ka kró­lew­skie­go puł­ku Scots Greys28, po­nie­waż "miał te­raz więk­sze szan­se, wi­dy­wać w przy­szło­ści bry­tyj­skie okrę­ty wo­jen­ne niż bry­tyj­skie od­dzia­ły lą­do­we". Car, ra­por­to­wał Fi­sher, "ucie­szył się po pro­stu jak dziec­ko" i na­tych­miast uczy­nił kró­la ad­mi­ra­łem w Ma­ry­nar­ce Ro­syj­skiej. Po ich po­wro­cie do An­glii człon­ko­wie ga­bi­ne­tu, zwłasz­cza pierw­szy lord Ad­mi­ra­li­cji Re­gi­nald McKen­na, ob­ru­sza­li się nie­co, że kon­sty­tu­cyj­nie rzecz bio­rąc, po­win­no się z nimi skon­sul­to­wać tę spra­wę. Fi­sher wy­śmie­wał ta­kie tech­nicz­ne szcze­gó­ły: "Bar­dzo do­brze jest mieć kró­la, któ­ry wie jak po­stę­po­wać, a mi­ni­stro­wie za­wsze wy­da­wa­li mi się sta­dem wy­stra­szo­nych kró­li­ków". Po ofi­cjal­nym ban­kie­cie na bry­tyj­skim jach­cie kró­lew­skim Fi­sher tań­czył wal­ca z "We­so­łej wdów­ki" z wiel­ką księż­ną Olgą we­wnątrz krę­gu utwo­rzo­ne­go przez całe to­wa­rzy­stwo. Po­tem Fi­sher udał się na po­kład i na żą­da­nie kró­la od­tań­czył solo horn­pi­pe'a29 "Jak wspa­nia­le spę­dzi­li­śmy czas w Rew­lu - pi­sa­ła po­tem wiel­ka księż­na Olga do swo­je­go part­ne­ra od wal­ca - Nie uśmia­łam się tak od wie­ków!".

En­ten­ta z An­glią była tyl­ko pierw­szym z dy­plo­ma­tycz­nych trium­fów, ja­ki­mi Izwol­ski za­mie­rzał przy­ozdo­bić swo­ją ka­rie­rę na sta­no­wi­sku ro­syj­skie­go mi­ni­stra spraw za­gra­nicz­nych. Pod­czas ne­go­cja­cji w St Pe­ters­bur­gu Grey i Ni­col­son po­ma­cha­li przy­nę­tą bry­tyj­skie­go po­par­cia w spra­wie dla Ro­sjan fun­da­men­tal­nej: otwar­cia przej­ścia przez Dar­da­ne­le dla ro­syj­skich okrę­tów wo­jen­nych. Od cza­su jak głów­ne mo­car­stwa pod­pi­sa­ły w roku 1871 trak­tat lon­dyń­ski, cie­śni­ny były za­mknię­te dla wszyst­kich ob­cych okrę­tów wo­jen­nych. Mia­ło to dla Ro­sji i do­bre stro­ny, chro­ni­ło bo­wiem czar­no­mor­skie wy­brze­ża im­pe­rium przed okrę­ta­mi wo­jen­ny­mi mo­carstw eu­ro­pej­skich. Rów­no­cze­śnie jed­nak unie­moż­li­wia­ło ro­syj­skim okrę­tom wo­jen­nym wy­cho­dze­nie przez Dar­da­ne­le na Mo­rze Śród­ziem­ne. Dla­te­go też ro­syj­ska Flo­ta Czar­no­mor­ska nie ode­gra­ła żad­nej roli w woj­nie z Ja­po­nią. Na­cjo­na­li­ści ro­syj­scy po­strze­ga­li za­mknię­cie cie­śnin jako po­ni­ża­ją­ce dla pre­sti­żu wiel­kie­go mo­car­stwa. Su­ge­stia Ni­col­so­na, że An­glia mo­gła­by po­móc Ro­sji w prze­ła­ma­niu tej ba­rie­ry, spra­wi­ła Izwol­skie­mu spo­rą przy­jem­ność, lecz dziw­nie się zło­ży­ło, że nie sko­rzy­stał on z po­śred­nic­twa An­glii, gdy w koń­cu zde­cy­do­wał się na pró­bę osią­gnię­cia celu. Za­miast tego Izwol­ski zde­cy­do­wał się za­dzia­łać przez Au­strię.

Jego part­ne­rem był hra­bia Alo­is Lexa von Aeh­ren­thal, au­striac­ki mi­ni­ster spraw za­gra­nicz­nych. Izwol­ski do­brze znał Aeh­ren­tha­la: Au­striak, wy­so­ki, sze­ro­ki w ba­rach męż­czy­zna o opa­da­ją­cych po­wie­kach i zmę­czo­nym, le­ni­wym wy­glą­dzie - "przy­ja­zny i roz­mow­ny, lecz nie bły­sko­tli­wy" - jak brzmiał opis Ni­col­so­na, był nie­gdyś habs­bur­skim am­ba­sa­do­rem w St Pe­ters­bur­gu. Aeh­ren­thal do­brze wie­dział o am­bi­cjach Izwol­skie­go wo­bec kwe­stii Dar­da­ne­li. Gdy zmia­na rzą­dów w Tur­cji po­sta­wi­ła Au­strię przed szan­są, Aeh­ren­thal uświa­do­mił so­bie, że on i Izwol­ski mogą współ­pra­co­wać nad osią­gnię­ciem wła­snych ce­lów na­ro­do­wych, a przy oka­zji za­grać na no­sie resz­cie Eu­ro­py.

Trak­tat wy­ne­go­cjo­wa­ny na kon­gre­sie ber­liń­skim przez Bi­smarc­ka, Di­sra­elie­go i Gor­cza­ko­wa był ka­mie­niem wę­giel­nym dy­plo­ma­cji eu­ro­pej­skiej na Bał­ka­nach. Gdy­by kto­kol­wiek przy­znał, że Im­pe­rium Oto­mań­skie się roz­pa­da, wy­wo­łał­by na­tych­miast taki wy­ścig po łupy, jaki mógł­by rzu­cić Eu­ro­pę w wir woj­ny. W ta­kiej sy­tu­acji sta­ra­no się za­cho­wy­wać po­zo­ry: od trzy­dzie­stu lat chrze­ści­jań­skie pro­win­cje Bo­śnia i Her­ce­go­wi­na były oku­po­wa­ne i ad­mi­ni­stro­wa­ne przez Au­strię, przez ten sam okres Buł­ga­ria rzą­dzi­ła się sama jako "sa­mo­rząd­ne księ­stwo". W obu jed­nak przy­pad­kach za­cho­wa­na zo­sta­ła fa­sa­da tu­rec­kiej su­we­ren­no­ści nad tymi te­ry­to­ria­mi. La­tem 1908 roku suł­tan Ab­dul­ha­mid II zo­stał oba­lo­ny przez gru­pę re­wo­lu­cjo­ni­stów na­zy­wa­ją­cych się mło­do­tur­ka­mi. Aeh­ren­thal oba­wiał się, że nowy rząd tu­rec­ki może spró­bo­wać od­zy­skać peł­ną kon­tro­lę nad Bo­śnią i Her­ce­go­wi­ną; aby go w tym ubiec, po­sta­no­wił, że Au­stria po­win­na for­mal­nie za­anek­to­wać obie pro­win­cje. Nor­mal­nie car­ska Ro­sja sprze­ci­wia­ła­by się temu za­wzię­cie, być może na­wet siłą. Mi­lion miesz­kań­ców Bo­śni i Her­ce­go­wi­ny sta­no­wi­li Sło­wia­nie, któ­rzy przez dłu­gie lata au­striac­kiej oku­pa­cji ma­rzy­li o dniu, kie­dy będą mo­gli się po­łą­czyć w czy­sto sło­wiań­skim pań­stwie, sku­pio­nym wo­kół nie­pod­le­głe­go kró­le­stwa Ser­bii. Aspi­ra­cjom tym - po­dzie­la­nym i po­pie­ra­nym przez Ser­bów - Ro­sja udzie­li­ła swo­je­go bło­go­sła­wień­stwa. Te­raz, w po­go­ni za ce­lem, ja­kim było otwar­cie Dar­da­ne­li, Izwol­ski go­tów był po­świę­cić te obiet­ni­ce.

19 wrze­śnia 1908 roku, prze­rwaw­szy ku­ra­cję w Karls­ba­dzie, ro­syj­ski mi­ni­ster spraw za­gra­nicz­nych od­wie­dził po­ta­jem­nie Bu­chlau, cze­ski za­mek hra­bie­go Le­opol­da von Berch­tol­da, na­stęp­cy Aeh­ran­tha­la na sta­no­wi­sku am­ba­sa­do­ra au­striac­kie­go w St Pe­ters­bur­gu. Cze­kał tam na nie­go Aeh­ren­thal. Obaj mi­ni­stro­wie spraw za­gra­nicz­nych usta­li­li wspól­ny tryb po­stę­po­wa­nia. Au­stria mia­ła po­przeć ro­syj­skie żą­da­nie otwar­cia przez Tur­cję Dar­da­ne­li dla prze­cho­dze­nia po­je­dyn­czych ro­syj­skich okrę­tów wo­jen­nych, w za­mian za to Izwol­ski miał od­wró­cić się ple­ca­mi, gdy Au­stria anek­to­wa­ła­by Bo­śnię i Her­ce­go­wi­nę. Po­nie­waż obie po­łów­ki pla­nu sta­no­wi­ły po­gwał­ce­nie trak­ta­tów pod­pi­sa­nych przez wszyst­kie wiel­kie mo­car­stwa, obaj mi­ni­stro­wie zgo­dzi­li się od­po­wied­nio zsyn­chro­ni­zo­wać swo­je po­cią­gnię­cia: ogło­sze­nie anek­sji oraz zgło­sze­nie żą­dań od­no­śnie Dar­da­ne­li mia­ło na­stą­pić rów­no­cze­śnie. Nie usta­lo­no jed­nak żad­nej daty dla tych bliź­nia­czych fa­its ac­com­plis30; Izwol­ski wy­ja­śniał po­tem, że po­ro­zu­mia­no się, iż nie będą po­dej­mo­wa­ne żad­ne kro­ki, do­pó­ki nie bę­dzie miał moż­li­wo­ści przy­go­to­wa­nia grun­tu u swo­ich part­ne­rów z en­ten­ty; Aeh­ren­thal przy­zna­wał, iż zgo­dził się za­cze­kać do chwi­li otrzy­ma­nia od Izwol­skie­go pi­sem­ne­go pod­su­mo­wa­nia ich roz­mów i w żad­nym przy­pad­ku nie dzia­łać bez uprzed­nie­go ostrze­że­nia part­ne­ra.

Izwol­ski zna­lazł się w nie­bez­piecz­nym po­ło­że­niu. Oto szy­ko­wał się zdra­dzić Sło­wian bał­kań­skich, wo­bec któ­rych Ro­sja mia­ła głę­bo­kie zo­bo­wią­za­nia hi­sto­rycz­ne i psy­cho­lo­gicz­ne. Szy­ko­wał się do oka­za­nia lek­ce­wa­że­nia wiel­kim mo­car­stwom, w tym tak­że swo­im part­ne­rom z en­ten­ty. Pra­gnąc zaś, aby cała za­słu­ga przy­pa­dła wy­łącz­nie jemu sa­me­mu, nie po­in­for­mo­wał o ni­czym ani cara, ani pre­mie­ra Sto­ły­pi­na. Nie­for­tun­nie dla Izwol­skie­go, za­nim zdą­żył zdra­dzić Sło­wian bał­kań­skich, sam zo­stał zdra­dzo­ny przez Aeh­ren­tha­la. My­śląc, że ma mnó­stwo cza­su, Izwol­ski opu­ścił Cze­chy, prze­kro­czył Alpy, za­trzy­mał się w Rzy­mie, żeby 3 paź­dzier­ni­ka przy­być do Pa­ry­ża. Tu­taj wrę­czo­no mu list od Aeh­ren­tha­la, in­for­mu­ją­cy go, że oko­licz­no­ści zmu­sza­ją Au­stria­ka do na­tych­mia­sto­we­go dzia­ła­nia. Dwa dni póź­niej, Buł­ga­ria pro­kla­mo­wa­ła nie­pod­le­głość. 6 paź­dzier­ni­ka ce­sarz Fran­ci­szek Jó­zef for­mal­nie pro­kla­mo­wał anek­sję Bo­śni i Her­ce­go­wi­ny. Mi­ko­łaj II był wście­kły. "Bez­wstyd­ne zu­chwal­stwo - na­pi­sał w li­ście do mat­ki - Głów­nym wi­no­waj­cą jest oczy­wi­ście Aeh­ren­thal. Jest z nie­go zwy­czaj­ny drań. Wy­strych­nął Izwol­skie­go na dud­ka".

Izwol­ski po­świę­cił ho­nor Ro­sji, ni­cze­go nie uzy­sku­jąc. Po­zo­sta­ło mu tyl­ko po­śpiesz­nie ob­je­chać Eu­ro­pę, sta­ra­jąc się zna­leźć po­par­cie dla dzia­łań ro­syj­skich, któ­rych sku­tecz­ność mia­ła prze­cież za­le­żeć od rów­no­cze­sne­go wy­stą­pie­nia Au­strii. We Fran­cji, u swo­je­go so­jusz­ni­ka, wie­le nie zy­skał. Ste­phen Pi­chon, fran­cu­ski mi­ni­ster spraw za­gra­nicz­nych, ro­bił uni­ki. Swo­je­mu ro­syj­skie­mu ko­le­dze po­ra­dził, żeby po­je­chał do Lon­dy­nu i zo­ba­czył ja­kie po­par­cie uda mu się uzy­skać.

Izwol­ski przy­był do Lon­dy­nu 9 paź­dzier­ni­ka. Spo­tkał tam Sir Edwar­da Greya ura­żo­ne­go po­stę­po­wa­niem Au­stria­ków. "Mąż sta­nu o whi­gow­skim ro­do­wo­dzie, ob­ser­wa­tor i straż­nik pra­wa pu­blicz­ne­go w Eu­ro­pie, an­giel­ski dżen­tel­men, chło­piec ze szko­ły pry­wat­nej: wszyst­kie te skła­do­we cha­rak­te­ru Greya zo­sta­ły jed­na­ko­wo ob­ra­żo­ne" - na­pi­sał Win­ston Chur­chill. Dla Greya "li­czy­ło się nie to, że Au­stria mia­ła za­anek­to­wać, za­miast je­dy­nie oku­po­wać Bo­śnię i Her­ce­go­wi­nę. Ale [...] czu­li­śmy, że ar­bi­tral­na zmia­na po­sta­no­wień eu­ro­pej­skie­go trak­ta­tu przez jed­no mo­car­stwo bez zgo­dy po­zo­sta­łych, bę­dą­cych tak­że jego stro­na­mi, ude­rza­ła w same ko­rze­nie wszel­kie­go ładu mię­dzy­na­ro­do­we­go". Grey wy­słał 5 paź­dzier­ni­ka te­le­gra­my do wszyst­kich waż­niej­szych sto­lic, w któ­rych pod­kre­ślał z na­ci­skiem, iż "pod­sta­wo­wą za­sa­dą pra­wa na­ro­dów jest to, że żad­ne mo­car­stwo nie może uwol­nić się od zo­bo­wią­zań trak­ta­to­wych ani też ich mo­dy­fi­ko­wać w inny spo­sób niż przez wspól­ną zgo­dę ukła­da­ją­cych się stron". Bry­ta­nia, oznaj­miał Grey, od­mó­wi uzna­nia anek­sji, przy­najm­niej do chwi­li za­po­zna­nia się z opi­nia­mi po­zo­sta­łych mo­carstw. Gdy Sir Char­les Dil­ke skar­żył się w Izbie Gmin, że mi­ni­ster spraw za­gra­nicz­nych za bar­dzo się z tym wszyst­kim cac­ka, Grey od­pa­ro­wał, że staw­ką jest tu świę­tość po­ro­zu­mień mię­dzy­na­ro­do­wych.

Grey był wręcz lo­do­wa­ty, gdy Izwol­ski ape­lo­wał o po­par­cie Bry­ta­nii dla otwar­cia Dar­da­ne­li. Po­tę­piw­szy zła­ma­nie jed­ne­go trak­ta­tu, Grey nie miał za­mia­ru współ­dzia­łać w zła­ma­niu dru­gie­go. Roz­wa­ża­nie w tym mo­men­cie spra­wy cie­śnin, oznaj­mił, jest "nie­for­tun­ne". Wi­dząc, jak jego re­pu­ta­cja i ka­rie­ra po­pa­da­ją w ru­inę, Izwol­ski mie­szał proś­by z groź­ba­mi. "Izwol­ski po­su­nął się do stwier­dze­nia, że chwi­la obec­na jest wiel­ce kry­tycz­na" - ra­por­to­wał Grey Ni­col­so­no­wi - Może ona skon­so­li­do­wać i uzmoc­nić do­bre sto­sun­ki mię­dzy An­glią a Ro­sją lub też zbu­rzyć je cał­ko­wi­cie. Staw­ką jest jego wła­sna po­zy­cja, bo prze­cież zwią­zał się cał­ko­wi­cie z po­li­ty­ką po­ro­zu­mie­nia z An­glią, za któ­rą za­wsze się opo­wia­dał mimo wszel­kiej opo­zy­cji".

Ani proś­by, ani groź­by nie uczy­ni­ły na Greyu żad­ne­go wra­że­nia; Bry­ta­nia nie mia­ła po­przeć Ro­sji w ja­kich­kol­wiek żą­da­niach wo­bec no­we­go rzą­du tu­rec­kie­go. Gdy zde­spe­ro­wa­ny Izwol­ski, pra­gnąc oca­lić choć­by szcząt­ki, za­pro­po­no­wał od­by­cie kon­fe­ren­cji ma­ją­cej prze­dys­ku­to­wać spra­wę anek­sji oraz Dar­da­ne­li, Grey wy­ra­ził zgo­dę. Je­śli inne mo­car­stwa ze­chcia­ły­by usank­cjo­no­wać to, co Aeh­ren­thal już zro­bił, zaś Izwol­ski pro­po­no­wał zro­bić, to Bry­ta­nia, po­wie­dział Grey, tak­że mo­gła­by skło­nić się do tego.

22 paź­dzier­ni­ka Aeh­ren­thal za­de­kla­ro­wał, że mógł­by uczest­ni­czyć w ta­kiej kon­fe­ren­cji tyl­ko w tym przy­pad­ku, gdy­by z góry zo­sta­ło usta­lo­ne, iż anek­sja Bo­śni i Her­ce­go­wi­ny zo­sta­nie za­ak­cep­to­wa­na i te­mat ten nie bę­dzie przed­mio­tem dys­ku­sji. Izwol­ski, któ­re­go ata­ko­wa­ła te­raz zdra­dzo­na i ob­ra­żo­na Ser­bia, od­mó­wił, po czym Aeh­ren­thal od­rzu­cił za­pro­sze­nie. Kry­tycz­ną spra­wą sta­ło się sta­no­wi­sko Nie­miec. Ani ka­iser, ani kanc­lerz Bülow nie byli uprze­dze­ni o pla­no­wa­nej anek­sji. Pierw­szą re­ak­cją Wil­hel­ma było stwier­dze­nie, że po­stę­po­wa­nie Aeh­ren­tha­la jest "ak­tem ban­dy­ty­zmu", któ­ry "po­sta­wił nas wo­bec dy­le­ma­tu zwią­za­ne­go z nie­moż­li­wo­ścią po­par­cia na­szych przy­ja­ciół Tur­ków" po­nie­waż "to nasz so­jusz­nik im szko­dził. W ten spo­sób moja po­li­ty­ka wo­bec Tur­cji, tak sta­ran­nie bu­do­wa­na od lat dwu­dzie­stu, może zo­stać wy­rzu­co­na na śmiet­nik. Wiel­ki triumf Edwar­da VII nad nami". Bülow ob­sta­wał, że do­wie­dział się o anek­sji "do­pie­ro wte­dy, gdy wia­do­mość ta zo­sta­ła prze­ka­za­na do Lon­dy­nu i St Pe­ters­bur­ga". Mimo wszyst­ko Niem­cy nie mia­ły wy­bo­ru i mu­sia­ły po­przeć Au­strię. Dwa lata wcze­śniej, w roku 1906, Bülow na­pi­sał prze­cież: "Na­sze sto­sun­ki z Au­strią sta­ją się obec­nie waż­niej­sze niż kie­dy­kol­wiek, po­nie­waż Au­stria jest na­szym je­dy­nym pew­nym so­jusz­ni­kiem. Na­szą względ­ną izo­la­cję po­li­tycz­ną po­win­ni­śmy jed­nak ujaw­niać przed Au­stria­ka­mi w moż­li­wie naj­mniej­szym stop­niu. Taka już jest ludz­ka na­tu­ra, że gdy po­wiem czło­wie­ko­wi, iż po­trze­bu­ję jego ko­nia, za­raz wy­zna­czy na nie­go nie­zwy­kle wy­so­ką cenę". Aeh­ren­thal jed­nak zdą­żył już zro­zu­mieć tę praw­dę, jesz­cze bo­wiem przed anek­sją za­uwa­żył, że Niem­cy mu­szą udzie­lić Au­strii po­par­cia, po­nie­waż Rze­sza nie ma in­ne­go po­waż­ne­go so­jusz­ni­ka. Bülow zna­lazł po­krew­ne przy­czy­ny: "Au­stro-Wę­gry za­cho­wy­wa­ły się wo­bec nas cał­ko­wi­cie lo­jal­nie w Al­ge­ci­ras [...] za po­dob­ne od­pła­ca się po­dob­nym". Zgod­nie z tym po­glą­dem, Ber­lin po­parł od­rzu­ce­nie przez Au­strię za­pro­sze­nia Izwol­skie­go. "Kon­fe­ren­cja nie doj­dzie do skut­ku - po­wie­dział Bülow - Nie chce­my mieć z nią nic wspól­ne­go".

Izwol­ski zna­lazł się w pu­łap­ce. Ca­ły­mi ty­go­dnia­mi uskar­żał się przed każ­dym skłon­nym go wy­słu­chać, że Aeh­ren­thal jest "dwu­li­co­wy" i "nie jest dżen­tel­me­nem". Aeh­ren­thal uci­szył go wresz­cie, gro­żąc opu­bli­ko­wa­niem ko­re­spon­den­cji mię­dzy obu pa­na­mi z okre­su przed spo­tka­niem w Bu­chlau i su­ge­ru­jąc, że za­wie­ra ona stwier­dze­nia ro­syj­skie­go mi­ni­stra spraw za­gra­nicz­nych, któ­re mo­gły­by jesz­cze bar­dziej go skom­pro­mi­to­wać.

Woj­na zda­wa­ła się wi­sieć na wło­sku. Ser­bia się mo­bi­li­zo­wa­ła; od­dzia­ły ro­syj­skie i au­striac­kie zaj­mo­wa­ły po­zy­cje wzdłuż gra­ni­cy. 6 li­sto­pa­da Bal­fo­ur, li­der opo­zy­cji, pi­sał do lor­da Lans­dow­ne, któ­ry prze­wo­dził Par­tii Unio­ni­stów w Izbie Lor­dów:

"Asqu­ith po­pro­sił mnie, że­bym po­roz­ma­wiał z nim wczo­raj wie­czo­rem po ro­zej­ściu się Izby. Był naj­wy­raź­niej skraj­nie wzbu­rzo­ny roz­wo­jem sy­tu­acji w Eu­ro­pie, któ­ra, we­dług nie­go, jest naj­po­waż­niej­szą od wszyst­kie­go, co za­szło od roku 1870.

Po­wie­dział, choć wy­da­je się to nie do wia­ry, że rząd nie po­tra­fi sfor­mu­ło­wać żad­nej teo­rii na te­mat po­li­ty­ki nie­miec­kiej, któ­ra pa­so­wa­ła­by do wszyst­kich zna­nych fak­tów, poza tym że Niem­cy chcą woj­ny. [...] Ob­ję­ła­by ona z pew­no­ścią Ro­sję, Au­strię i Bli­ski Wschód - nie mó­wiąc już o nas. Za­uwa­ży­łem, [...] że trud­no jest do­strzec, co ta­kie­go mo­gły­by Niem­cy zy­skać na wy­bu­chu woj­ny [...] Je­dy­ną od­po­wie­dzią Asqu­itha było, [...] że to we­wnętrz­ne wa­run­ki w Niem­czech są tak nie­ko­rzyst­ne, iż mogą oni po­su­nąć się do naj­dzik­szych przed­się­wzięć w celu skie­ro­wa­nia na­ro­do­wych sen­ty­men­tów w nowy ka­nał".

Aeh­ren­thal ro­zu­miał, że jego po­zy­cja jest sil­na. Nie oba­wiał się woj­ny. W isto­cie przy­rzekł już ge­ne­ra­ło­wi hra­bie­mu Fran­zo­wi Con­ra­do­wi von Höt­zen­dor­fo­wi, sze­fo­wi au­striac­kie­go Szta­bu Ge­ne­ral­ne­go, że je­śli Ser­bia nie ustą­pi i nie uzna anek­sji obu sło­wiań­skich pro­win­cji, wy­ra­zi zgo­dę na au­striac­ki atak na Ser­bię. Lek­ce­wa­żył ga­da­nie na te­mat świę­to­ści trak­ta­tów. "Wasz Sir Edward Grey chce po­ko­ju" - po­wie­dział lek­ce­wa­żą­co do gru­py an­giel­skich go­ści w Wied­niu. Poza tym, za­drwił, "Cóż nam może zro­bić An­glia?".

W mar­cu Bülow do­pro­wa­dził kry­zys do prze­si­le­nia. Dwu­dzie­ste­go pierw­sze­go po­in­stru­ował on hra­bie­go Frie­dri­cha von Po­ur­ta­l?sa, nie­miec­kie­go am­ba­sa­do­ra w St Pe­ters­bur­gu, żeby po­wie­dział Izwol­skie­mu, iż "je­śli Ro­sja nie zgo­dzi się uznać anek­sji Bo­śni-Her­ce­go­wi­ny, Niem­cy po­zo­sta­wią Au­stro-Wę­grom wol­ną rękę". Prze­sła­nie było ja­sne: Au­stria przy­ci­śnie Ser­bię; je­śli Ro­sja spró­bu­je po­móc swo­je­mu serb­skie­mu klien­to­wi, Ce­sar­stwo Nie­miec­kie sta­nie po stro­nie Au­strii. "Ocze­ku­je­my pre­cy­zyj­nej od­po­wie­dzi: tak lub nie" - in­stru­ował Bülow Po­ur­ta­l?sa - Ja­ka­kol­wiek nie­ja­sna, za­wi­ła lub dwu­znacz­na od­po­wiedź zo­sta­nie po­trak­to­wa­na jako od­mo­wa". W kon­fron­ta­cji z ni­czym nie­za­wo­alo­wa­ną groź­bą woj­ny, Ro­sja się cof­nę­ła. 22 mar­ca ro­syj­ska Rada Mi­ni­strów ob­ra­do­wa­ła przez trzy go­dzi­ny, żeby wresz­cie do­ra­dzić ca­ro­wi, by wy­ra­ził zgo­dę na anek­sję. Mi­ko­łaj za­te­le­gra­fo­wał do Wil­hel­ma, że się zga­dza, do­da­jąc: "z Bożą po­mo­cą unik­nie się w ten spo­sób woj­ny". Bülow zło­żył ca­ro­wi w Re­ich­sta­gu iro­nicz­ny hołd: "Ostat­nie po­cią­gnię­cia Ro­sji zdo­by­ły jej uzna­nie ze stro­ny wszyst­kich mi­ło­śni­ków po­ko­ju". Więk­szość za­sług kanc­lerz przy­pi­sał so­bie. "To ja roz­wią­za­łem kry­zys bo­śniac­ki" - ogło­sił w swo­ich wspo­mnie­niach, a na po­par­cie swe­go twier­dze­nia przy­to­czył sło­wa ce­sa­rza Fran­cisz­ka Jó­ze­fa. Bülow "wspa­nia­le po­kie­ro­wał spra­wą - cy­to­wał kanc­lerz ce­sa­rza - Z jed­nej stro­ny, do­pro­wa­dził na­sze żą­da­nia anek­sji Bo­śni i Her­ce­go­wi­ny do po­myśl­ne­go za­koń­cze­nia. [...] Z dru­giej stro­ny - nie do­pu­ścił, żeby roz­wój spraw do­pro­wa­dził do woj­ny. Mu­szę od­dać mu wszel­kie na­leż­ne po­chwa­ły, po­nie­waż taki sta­ry czło­wiek jak ja wca­le nie pra­gnie, by znów wy­bu­chła woj­na". Ra­zem z tą po­chwa­łą Fran­ci­szek Jó­zef po­słał Bülo­wo­wi swo­ją pod­pi­sa­ną wła­sno­ręcz­nie fo­to­gra­fię w zło­tej ram­ce, swój por­tret - peł­na po­stać na­tu­ral­nej wiel­ko­ści oraz Or­der św. Ste­fa­na - naj­wyż­sze od­zna­cze­nie w Ce­sar­stwie Habs­bur­gów - wy­sa­dza­ny dia­men­ta­mi. Rok póź­niej, pod­czas wi­zy­ty w Wied­niu, ka­iser, któ­ry po­cząt­ko­wo okre­ślił anek­sję jako "akt ban­dy­ty­zmu", tak­że za­pra­gnął uzna­nia po­nie­sio­nych za­sług, uzna­nia za "sta­nię­cie w naj­bar­dziej kry­tycz­nym mo­men­cie, w lśnią­cej zbroi u boku Naj­ja­śniej­sze­go Su­we­re­na Au­strii - Fran­cisz­ka Jó­ze­fa".

Szyb­kość, z jaką Ro­sja ska­pi­tu­lo­wa­ła, za­sko­czy­ła Eu­ro­pę. "Ro­sja trzy­ma­ła się twar­do przez ja­kiś czas, a po­tem na­gle rzu­ci­ła ręcz­nik i za­ła­ma­ła się - za­uwa­żył Grey - Ta­kie na­pię­cie mu­sia­ło wy­wrzeć wiel­ki wpływ na tem­pe­ra­ment Izwol­skie­go, pod ko­niec wy­da­wa­ło się, ze za­re­ago­wał na­głym przy­pły­wem de­spe­ra­cji i nie­sma­ku". W Ro­sji tak spek­ta­ku­lar­ne za­ła­ma­nie po­strze­ga­ne było jako po­ni­ża­ją­ce. "By­łem za­pew­nia­ny przez lu­dzi bę­dą­cych świad­ka­mi wie­lu wy­da­rzeń w naj­now­szej hi­sto­rii Ro­sji, że nig­dy do­tąd nie zda­rzy­ło się, aby kraj ten zo­stał tak po­ni­żo­ny - pi­sał do Greya Ni­col­son - Choć Ro­sja mia­ła swo­je kło­po­ty i prze­cho­dzi­ła cięż­kie pró­by, tak ze­wnętrz­ne jak i we­wnętrz­ne, a na­wet po­no­si­ła po­raż­ki w polu, to nig­dy nie mu­sia­ła bez wy­raź­ne­go po­wo­du ulec dyk­ta­to­wi in­ne­go mo­car­stwa". Car Mi­ko­łaj tak wy­ja­śniał kry­zys swo­jej mat­ce: "Niem­cy po­wie­dzie­li nam, że mo­że­my do­po­móc w roz­wią­za­niu za­ist­nia­łych trud­no­ści przez wy­ra­że­nie zgo­dy na anek­sję, zaś gdy­by­śmy od­mó­wi­li, kon­se­kwen­cje mo­gły­by być bar­dzo po­waż­ne i nie do prze­wi­dze­nia. Gdy już spra­wa zo­sta­ła po­sta­wio­na tak de­fi­ni­tyw­nie i jed­no­znacz­nie, nie po­zo­sta­wa­ło nam nic in­ne­go, jak tyl­ko prze­łknąć wła­sną dumę i wy­ra­zić zgo­dę. Ale - do­da­wał car - po­stę­po­wa­nie Niem­ców wo­bec nas było po pro­stu bru­tal­ne i tego im nie za­po­mni­my".

Za triumf, z któ­re­go tak cie­szy­li się Aeh­ren­thal, Bülow i ka­iser, przy­szło za­pła­cić wy­so­ką cenę. Ro­sja po­sta­no­wi­ła, że nig­dy wię­cej nie ule­gnie w taki spo­sób. Je­śli na­dej­dzie ko­lej­ne wy­zwa­nie, Ro­sja je po­dej­mie. Po­cząw­szy od 1909 roku, do­wód­ca Ki­jow­skie­go Okrę­gu Woj­sko­we­go miał wy­da­ne roz­ka­zy zo­bo­wią­zu­ją­ce go do utrzy­my­wa­nia sta­nu czter­dzie­sto­ośmio­go­dzin­nej go­to­wo­ści do od­par­cia in­wa­zji z za­cho­du. Kry­zys wo­kół Bo­śni po­zo­sta­wił Izwol­skie­go zgorzk­nia­łym i nie­skłon­nym do prze­ba­cze­nia... choć po­zo­sta­wał mi­ni­strem spraw zgra­nicz­nych jesz­cze przez trzy lata, jego sku­tecz­ność znacz­nie zma­la­ła. W 1911 roku zre­zy­gno­wał i zo­stał mia­no­wa­ny am­ba­sa­do­rem ro­syj­skim we Fran­cji. W Pa­ry­żu mści­wie pra­co­wał w dzień i w nocy na rzecz umoc­nie­nia so­ju­szu fran­cu­sko-ro­syj­skie­go. Gdy na­de­szła woj­na, Alek­san­der Izwol­ski cheł­pił się: "To moja woj­na! Moja woj­na!".

33"Panika morska" roku 1909

W po­nie­dzia­łek rano 8 grud­nia 1908 roku na po­sie­dze­niu ga­bi­ne­tu bry­tyj­skie­go, Re­gi­nald McKen­na, któ­ry za­stą­pił lor­da Twe­ed­mo­uth na sta­no­wi­sku pierw­sze­go lor­da Ad­mi­ra­li­cji, wy­wo­łał u swo­ich ko­le­gów pa­skud­ny szok. Ma­ry­nar­ka Wo­jen­na, oznaj­mił McKen­na, bę­dzie wnio­sko­wa­ła w pro­jek­cie swo­je­go bu­dże­tu, jaki on, McKen­na, przed­sta­wi w par­la­men­cie w mar­cu, o zbu­do­wa­nie sze­ściu no­wych dred­no­tów; tym­cza­sem jego ko­le­dzy mi­ni­stro­wie ocze­ki­wa­li, że bę­dzie wnio­sko­wał tyl­ko o czte­ry. Po­nad­to w 1910 roku bę­dzie po­trzeb­na na­stęp­na szóst­ka, zaś w 1911 - jesz­cze sześć. McKen­na opie­rał swo­je żą­da­nie na alar­mu­ją­cych in­for­ma­cjach, ja­kie otrzy­mał na te­mat przy­śpie­szo­ne­go pro­gra­mu roz­bu­do­wy flo­ty nie­miec­kiej. Dwóch zna­czą­cych mi­ni­strów, Da­vid Lloyd Geo­r­ge, kanc­lerz Izby Roz­ra­chun­ko­wej, i Win­ston Chur­chill, prze­wod­ni­czą­cy Rady d.s. Han­dlu, twar­do sprze­ci­wia­li się prze­kro­cze­niu licz­by czte­rech dred­no­tów. McKen­na i lor­do­wie Mor­scy, z Fi­she­rem na cze­le, twier­dzi­li, że nie po­zo­sta­ną na swo­ich sta­no­wi­skach, o ile nie zo­sta­nie za­twier­dzo­na bu­do­wa sze­ściu okrę­tów. Tak roz­po­czę­ła się słyn­na "pa­ni­ka mor­ska", któ­ra ob­ję­ła par­la­ment, pra­sę, a wresz­cie cały kraj zimą i wio­sną 1909 roku.

W sa­mym cen­trum spo­ru tkwi­ły przy­rze­cze­nia wy­bor­cze Par­tii Li­be­ral­nej, do­ty­czą­ce wy­da­wa­nia mniej­szej ilo­ści pie­nię­dzy na zbro­je­nia, a więk­szej - na re­for­my spo­łecz­ne. Li­be­ral­ni po­sło­wie po­strze­ga­li dred­no­ty jako prze­ra­ża­ją­cą for­mę roz­rzut­no­ści; okrę­ty li­nio­we ozna­cza­ły wpra­wia­ją­ce w osłu­pie­nie sumy pie­nię­dzy wy­rzu­ca­ne na pły­wa­ją­ce góry sta­li. W 1907 roku 136 po­słów zło­ży­ło na ręce Camp­bel­la-Ban­ner­ma­na pe­ty­cję do­ma­ga­ją­cą się zmniej­sze­nia wy­dat­ków na zbro­je­nia; w roku 1908 - po­dob­ną pe­ty­cję pod­pi­sa­ło 144 po­słów. Rząd i Ad­mi­ra­li­cja ustą­pi­ły przez po­świę­ca­nie okrę­tów. Przed swo­im odej­ściem z urzę­du lord Caw­dor, unio­ni­stycz­ny pierw­szy lord Ad­mi­ra­li­cji, wy­dał w grud­niu 1905 roku me­mo­ran­dum ma­ją­ce sta­no­wić wy­tycz­ną bu­do­wy dred­no­tów przez Bry­ta­nię: "Wy­mo­gi stra­te­gicz­ne na­ka­zu­ją bu­do­wę czte­rech pan­cer­ni­ków rocz­nie. [...] Okres bu­do­wy wy­no­si dwa lata, za­tem w każ­dym mo­men­cie w bu­do­wie po­win­no znaj­do­wać się osiem okrę­tów". W cią­gu kil­ku ty­go­dni od ob­ję­cia wła­dzy li­be­ra­ło­wie spu­ści­li to­pór: je­den dred­not typu "Bel­le­ro­phon" zo­stał zdję­ty z pro­jek­tu bu­dże­tu ma­ry­nar­ki na rok 1906. W roku 1907 cię­cia się po­wtó­rzy­ły i je­den dred­not spadł z li­sty okrę­tów typu "Col­lin­gwo­od". W roku 1908 pro­gram prze­wi­du­ją­cy, jak zwy­kle, czte­ry okrę­ty zo­stał ob­cię­ty do dwóch. W lip­cu 1908 roku Wiel­ka Bry­ta­nia mia­ła za­miast szes­na­stu tyl­ko dwa­na­ście dred­no­tów, zbu­do­wa­nych, w bu­do­wie lub za­twier­dzo­nych przez par­la­ment31.

Asqu­ith, któ­ry za­stą­pił Camp­bel­la-Ban­ner­ma­na w kwiet­niu 1908 roku, był za­do­wo­lo­ny z ta­kie­go spo­wol­nie­nia tem­pa bu­do­wy dred­no­tów. Za­sta­na­wiał się na­wet, czy zo­sta­ło ono zmniej­szo­ne w wy­star­cza­ją­cym stop­niu. "Jak wiesz - pi­sał do McKen­ny w lip­cu - od dłuż­sze­go cza­su sta­ję się co­raz bar­dzie scep­tycz­ny [...] od­no­śnie do ca­łej po­li­ty­ki bu­do­wy dred­no­tów. Nie chcę cię na­ci­skać, ale te­raz, gdy już za­po­zna­łeś się z ca­ło­ścią sy­tu­acji od we­wnątrz, był­bym wiel­ce rad się do­wie­dzieć, czy do­sze­dłeś do ja­kichś wła­snych wnio­sków co do kie­run­ków, w ja­kich po­win­na roz­wi­jać się bu­do­wa no­wych okrę­tów w cią­gu kil­ku naj­bliż­szych lat. Tyle to kosz­tu­je pie­nię­dzy - i nie tyl­ko pie­nię­dzy". Pre­mier mu­siał być wiel­ce skon­ster­no­wa­ny, gdy pięć mie­się­cy póź­niej jego pierw­szy lord Ad­mi­ra­li­cji za­pro­po­no­wał, by ma­ry­nar­ka otrzy­ma­ła nie dwa nowe dred­no­ty, jak w 1908, nie czte­ry, jak za­le­ca­ło me­mo­ran­dum Caw­do­ra, lecz sześć.

Ar­gu­men­ta­cja McKen­ny opar­ta była na nie­miec­kim pro­gra­mie bu­do­wy flo­ty. Stęp­kę pierw­sze­go nie­miec­kie­go dred­no­ta, "Na­ssau", po­ło­żo­no w lip­cu 1906. La­tem 1907 roku w od­stę­pach za­le­d­wie kil­ku ty­go­dni po­ło­żo­ne zo­sta­ły stęp­ki pod trzy ko­lej­ne nie­miec­kie dred­no­ty, "West­fa­len", "Po­sen" i "Rhe­in­land", o cha­rak­te­ry­sty­kach zbli­żo­nych do pierw­szych ośmiu dred­no­tów bry­tyj­skich. Nie­miec­ki pro­gram na rok 1907 obej­mo­wał tak­że pierw­szy nie­miec­ki krą­żow­nik li­nio­wy "Von der Tann", któ­ry ze swo­imi ośmio­ma dzia­ła­mi je­de­na­sto­ca­lo­wy­mi sta­no­wił od­po­wied­nik bry­tyj­skie­go typu "In­vin­ci­ble". W 1908 roku Re­ich­stag uchwa­lił bu­do­wę na­stęp­nych czte­rech nie­miec­kich dred­no­tów, pan­cer­ni­ków "Thürin­gen", "Hel­go­land" i "Ost­frie­sland" oraz krą­żow­ni­ka li­nio­we­go "Molt­ke". W roku 1909 nie­miec­ka usta­wa mor­ska na­ka­zy­wa­ła po­ło­że­nie stę­pek pod jesz­cze trzy okrę­ty li­nio­we i je­den krą­żow­nik li­nio­wy.

W cią­gu dwóch lat, po­czy­na­jąc od lata 1907 roku, Niem­cy po­ło­ży­ły stęp­ki lub za­mó­wi­ły dzie­więć dred­no­tów. Za­czy­na­jąc od 1905 roku, Wiel­ka Bry­ta­nia za­mó­wi­ła dwa­na­ście dred­no­tów w cią­gu czte­rech lat. Je­śli pro­gra­my obu kra­jów na rok 1909 obej­mo­wa­ły­by po czte­ry dred­no­ty wten­czas w 1912 Niem­cy po­sia­da­ły­by trzy­na­ście dred­no­tów, a Bry­ta­nia szes­na­ście. To dla McKen­ny i lor­dów mor­skich nie wy­glą­da­ło na mar­gi­nes bez­pie­czeń­stwa wy­star­cza­ją­cy dla opar­cia na nim bry­tyj­skie­go pa­no­wa­nia na mo­rzu. W do­dat­ku czy­ni­ło to nie­lo­gicz­nym stwier­dze­nie Asqu­itha, że "stan­dard dwóch mo­carstw", któ­re­mu, jak po­wie­dział, Bry­ta­nia nadal hoł­do­wa­ła, wy­ma­gał "prze­wa­gi dzie­się­ciu pro­cent nad po­łą­czo­ny­mi si­ła­mi flot dwóch na­stęp­nych mo­carstw".

Jesz­cze bar­dziej zło­wiesz­cze od po­glą­dów McKen­ny były po­dej­rze­nia Ad­mi­ra­li­cji, że Niem­cy w ta­jem­ni­cy przy­śpie­sza­li bu­do­wę no­wych okrę­tów, gro­ma­dząc naj­waż­niej­sze ma­te­ria­ły, za­ma­wia­jąc dzia­ła, wie­że i opan­ce­rze­nie ze spo­rym wy­prze­dze­niem w sto­sun­ku do rze­czy­wi­stej bu­do­wy ka­dłu­bów. Do Lon­dy­nu do­cie­ra­ły ra­por­ty, że stęp­ki dred­no­tów kła­dzio­no w Niem­czech całe mie­sią­ce wcze­śniej, niż okre­śla­ła to nie­miec­ka Usta­wa mor­ska, a na­wet przed od­po­wied­ni­mi gło­so­wa­nia­mi w Re­ich­sta­gu. Przez kil­ka lat sta­wa­ło się rze­czą oczy­wi­stą, że nie­miec­kie moż­li­wo­ści w dzie­dzi­nie bu­do­wy okrę­tów zna­czą­co ro­sły. W 1908 roku w Rze­szy było w sta­nie bu­do­wać dred noty sie­dem stocz­ni32. od po­ło­że­nia stęp­ki do wo­do­wa­nia po­trze­ba im było prze­cięt­nie jed­ne­go roku. Na­tych­miast po zwo­do­wa­niu ka­dłu­ba i od­ho­lo­wa­niu go do ba­se­nu wy­po­sa­że­nio­we­go dla za­in­sta­lo­wa­nia wież ar­ty­le­ryj­skich, dział i ma­szyn na­pę­do­wych moż­na było na po­chyl­ni po­ło­żyć nową stęp­kę. Teo­re­tycz­nie, ma­ry­nar­ka nie­miec­ka mo­gła co roku roz­po­cząć bu­do­wę sied­miu no­wych dred­no­tów. W isto­cie ist­niał ha­mu­lec na­ło­żo­ny na ta­kie tem­po. Czyn­ni­kiem de­cy­du­ją­cym o szyb­ko­ści bu­do­wy dred­no­tów nie był czas po­trzeb­ny na zbu­do­wa­nie ka­dłu­ba, lecz czas nie­zbęd­ny na wy­pro­du­ko­wa­nie dział, ich pod­staw oraz opan­ce­rze­nia, któ­re do­pie­ro zmie­nia­ły pły­wa­ją­cy ka­dłub w zdol­ny do wal­ki okręt. Data po­ło­że­nia stęp­ki mo­gła więc zo­stać opóź­nio­na bez groź­by nie­do­trzy­ma­nia ter­mi­nu ukoń­cze­nia jed­nost­ki, pod wa­run­kiem wszak­że, że trwa­ły pra­ce nad owy­mi bar­dziej zło­żo­ny­mi kom­po­nen­ta­mi.

Pro­duk­cja i skła­do­wa­nie tych kom­po­nen­tów były znacz­nie ła­twiej­sze do ukry­cia niż po­ło­że­nie stęp­ki i bu­do­wa ka­dłu­ba. Dzia­ła mor­skie, pod­sta­wy dział oraz pan­cerz dla Nie­miec­kiej Ma­ry­nar­ki Wo­jen­nej były pro­du­ko­wa­ne w za­kła­dach Krup­pa w Es­sen. Krupp, już te­raz bę­dą­cy naj­więk­szym przed­się­bior­stwem prze­my­sło­wym w Eu­ro­pie, prze­cho­dził okres gwał­tow­nej eks­pan­sji, od 45 000 pra­cow­ni­ków w 1902 roku do 100 000 w 1909. Cho­dzi­ły plot­ki, że Krupp w ta­jem­ni­cy na­by­wał znacz­ne ilo­ści ni­klu, me­ta­lu o za­sad­ni­czym zna­cze­niu dla utwar­dza­nia sta­li, za­tem nie­odzow­ne­go w pro­duk­cji dział i opan­ce­rze­nia. Po­wia­da­no też, że całe rzę­dy wiel­kich luf dział mor­skich leżą w skła­dach w Es­sen, ocze­ku­jąc na wy­sył­kę do stocz­ni.

Przy­pusz­cza­no, że kon­trak­ty na trzy nie­miec­kie dred­no­ty z pro­gra­mu roku 1909 rze­czy­wi­ście zo­sta­ły zło­żo­ne w stocz­niach jesz­cze przed da­ta­mi okre­ślo­ny­mi Usta­wą mor­ską i za­nim Re­ich­stag przy­znał pie­nią­dze, żeby za nie za­pła­cić. Gdy­by te ra­por­ty oka­za­ły się praw­dzi­we, Ad­mi­ra­li­cja Bry­tyj­ska by­ła­by po­zba­wio­na wszel­kich wska­zó­wek, ja­ki­mi mia­ła­by się kie­ro­wać prze­wi­du­jąc wiel­kość flo­ty nie­miec­kiej. Do­tych­czas Ad­mi­ra­li­cja za­kła­da­ła, że śred­ni okres bu­do­wy nie­miec­kie­go dred­no­ta wy­no­si trzy lata. Te­raz wy­glą­da­ło na to, że stęp­ki kła­dzio­no przed wy­zna­czo­ny­mi ter­mi­na­mi, a okrę­ty bu­do­wa­no szyb­ciej, po­nie­waż dzia­ła, ich pod­sta­wy oraz opan­ce­rze­nie były wy­ko­na­ne wcze­śniej. Trzy lata za­tem mo­gły się skur­czyć do dwóch i pół, być może na­wet do dwóch, co ozna­cza­ło ta­kie samo samo tem­po, jak w Wiel­kiej Bry­ta­nii. (An­glia jako czo­ło­wa po­tę­ga prze­my­sło­wa świa­ta za­wsze po­tra­fi­ła bu­do­wać okrę­ty szyb­ciej niż ja­ki­kol­wiek inny kraj. Na­wet gdy inne mo­car­stwo roz­po­czę­ło bu­do­wę jed­nost­ki o no­wa­tor­skiej kon­struk­cji, Bry­ta­nia za­wsze do­tąd mo­gła zdą­żyć przy­sto­so­wać się i prze­ści­gnąć kon­ku­ren­ta). W myśl ter­mi­na­rzy opu­bli­ko­wa­nych w ra­mach nie­miec­kiej Usta­wy mor­skiej, sto­su­nek licz­by dred­no­tów w 1913 roku miał wy­no­sić 16:13 na ko­rzyść Bry­ta­nii. Je­śli jed­nak Niem­cy kła­dli stęp­ki wcze­śniej i przy­śpie­sza­li bu­do­wy, Ad­mi­ra­li­cja ogło­si­ła jako "prak­tycz­nie pew­ne", że w 1912 roku Niem­cy będą mie­li sie­dem­na­ście dred­no­tów. Gdy­by zaś wy­ko­rzy­sta­no w peł­ni zdol­no­ści pro­duk­cyj­ne nie­miec­kich stocz­ni, ich Flo­ta Peł­no­mor­ska mo­gła­by mieć w 1912 roku dwa­dzie­ścia je­den dred­no­tów, aby wy­sta­wić je prze­ciw bry­tyj­skim szes­na­stu.

McKen­na przed­sta­wił te oba­wy Grey­owi 30 grud­nia 1908:

Mój dro­gi Greyu,

[...] Ar­gu­men­ta­cję [...] moż­na pod­su­mo­wać na­stę­pu­ją­co: bu­do­wa okrę­tów wo­jen­nych w Niem­czech prze­kra­cza za­bez­pie­cze­nie fi­nan­so­we ujaw­nio­ne w ich Usta­wie mor­skiej oraz pro­jek­cie bu­dże­tu. [...] Wa­run­ki za­tem okre­ślo­ne tą usta­wą nie mogą słu­żyć jako wska­zów­ki co do dat ukoń­cze­nia po­szcze­gól­nych okrę­tów. Zmu­sze­ni więc je­ste­śmy przyj­rzeć się nie­miec­kim moż­li­wo­ściom bu­do­wy, zaś naj­le­piej mo­że­my oce­nić, co po­tra­fią zro­bić, je­śli przyj­rzy­my się temu, co ro­bią te­raz. [...] Je­śli ja­kimś zry­wem Niem­cy raz nas do­ści­gną, to nie mamy już wię­cej ta­kich moż­li­wo­ści w za­kre­sie bu­do­wy okrę­tów, któ­re za­pew­ni­ły­by nam pa­no­wa­nie na mo­rzu. [...]

Czte­ry dni póź­niej, 3 stycz­nia 1909, pierw­szy lord Ad­mi­ra­li­cji pi­sał do Asqu­itha:

Mój dro­gi Pre­mie­rze:

[...] Wy­da­je mi się, że prze­stu­dio­wa­nie nie­miec­kie­go pro­jek­tu bu­dże­tu ma­ry­nar­ki mo­gło­by oka­zać się po­moc­ne w ujaw­nie­niu, jak da­le­ko po­su­nę­li się Niem­cy w taj­nych dzia­ła­niach, wy­raź­nie sprzecz­nych z ich Usta­wą. [...] Nie chcę tu­taj uży­wać alar­mi­stycz­ne­go ję­zy­ka, lecz nie po­tra­fię się oprzeć, aby nie przed­sta­wić ci na­stę­pu­ją­cych wnio­sków, co zresz­tą uwa­żam za swój obo­wią­zek:

1) Niem­cy prze­kra­cza­ją pro­gram bu­do­wy okrę­tów wo­jen­nych okre­ślo­ny w usta­wie z roku 1907.

2) Czy­nią to z za­cho­wa­niem ta­jem­ni­cy.

3) Wio­sną 1911 roku z pew­no­ścią będą mie­li w li­nii 13 wiel­kich okrę­tów.

4) Wio­sną 1912 roku praw­do­po­dob­nie będą mie­li w li­nii 21 wiel­kich okrę­tów.

5) Nie­miec­kie moce pro­duk­cyj­ne w za­kre­sie bu­do­wy okrę­tów są w tej chwi­li rów­ne na­szym.

Ostat­ni wnio­sek jest naj­bar­dziej alar­mu­ją­cy, a je­śli jest za­sad­ny i prze­do­sta­nie się do wia­do­mo­ści opi­nii pu­blicz­nej, to zo­sta­nie ona wy­rwa­na ze snu w bar­dzo nie­przy­jem­ny spo­sób.

Ta wy­strza­ło­wa uwa­ga na koń­cu li­stu McKen­ny zo­sta­ła tam umiesz­czo­na bar­dzo chy­trze. Pierw­szy lord Ad­mi­ra­li­cji wie­dział, że Asqu­ith - zwie­rzę w naj­wyż­szym stop­niu po­li­tycz­ne - może zo­stać po­ru­szo­ny, gdy tyl­ko wy­czu­je po­li­tycz­ne ry­zy­ko. Kraj nie­po­ko­ił się już, wie­dząc, że Niem­cy po­ło­ży­li w 1908 roku stęp­ki pod czte­ry okrę­ty wo­bec bry­tyj­skich dwóch. Gdy­by tyl­ko oba­wy McKen­ny prze­do­sta­ły się do wia­do­mo­ści po­słów unio­ni­stycz­nych i ich pra­sy, pod­niósł­by się krzyk trwo­gi. Za­le­ce­nia więc pierw­sze­go lor­da Ad­mi­ra­li­cji nie mo­gły być zi­gno­ro­wa­ne, choć­by Asqu­ith nie wiem jak tego chciał.

Po stro­nie li­be­ra­łów w Izbie Gmin, a tak­że w pra­sie li­be­ral­nej, moż­na było prze­wi­dy­wać sil­ny sprze­ciw wo­bec ja­kie­go­kol­wiek prze­kro­cze­nia pla­no­wa­nej licz­by czte­rech dred­no­tów. "Nie będę tu­taj roz­wo­dził się nad em­fa­tycz­ny­mi przy­rze­cze­nia­mi da­wa­ny­mi przez nas wszyst­kich przed i pod­czas ostat­nich wy­bo­rów po­wszech­nych od­no­śnie do zmniej­sze­nia gi­gan­tycz­nych wy­dat­ków na zbro­je­nia, ja­kie po­wsta­ły na sku­tek bez­tro­ski na­szych po­przed­ni­ków - pi­sał do Asqu­itha Lloyd Geo­r­ge - Wie­lu two­ich naj­bar­dziej lo­jal­nych po­plecz­ni­ków w Izbie Gmin wzię­ło te obiet­ni­ce na se­rio i na­wet tyl­ko trzy­mi­lio­no­wy wzrost tych wy­dat­ków ostu­dzi ich za­pał dla rzą­du [...] zaś wzrost od pię­ciu do sze­ściu mi­lio­nów fun­tów szter­lin­gów bę­dzie dla nich jak ude­rze­nie obu­chem w łeb". Tak­że Chur­chill nie ak­cep­to­wał po­dej­ścia McKen­ny: "Stwier­dzi­łem, że licz­by po­da­wa­ne przez Ad­mi­ra­li­cję są prze­sa­dzo­ne - pi­sał - Nie wie­rzę, żeby Niem­cy bu­do­wa­li dred­no­ty w ta­jem­ni­cy, prze­kra­cza­jąc opu­bli­ko­wa­ne usta­wy". Niem­cy mają kon­sty­tu­cję; dred­no­tów nie moż­na bu­do­wać bez gło­so­wa­nia w Re­ich­sta­gu nad przy­zna­niem na to pie­nię­dzy. Je­śli Ma­ry­nar­ka Nie­miec­ka ule­ga­ła roz­bu­do­wie w ta­jem­ni­cy przed An­glią, mu­sia­ło­by się to od­by­wać tak­że w ta­jem­ni­cy przed Re­ich­sta­giem, a to Chur­chill uwa­żał za nie­praw­do­po­dob­ne. Za­koń­czył więc: "Uwa­żam, że czte­ry okrę­ty wy­star­czą".

W stycz­niu 1909 roku Ad­mi­ra­li­cja za­miast opu­ścić z sze­ściu do czte­rech, nie­ocze­ki­wa­nie po­pro­si­ła o dwa do­dat­ko­we dred­no­ty, pod­no­sząc łącz­ną licz­bę żą­da­nych do ośmiu. 3 stycz­nia Lloyd Geo­r­ge ostrzegł Chur­chil­la: "Ad­mi­ra­li­cja na­praw­dę chce do­stać te swo­je sześć dred­no­tów [...] Ad­mi­ra­li­cja otrzy­ma­ła bar­dzo po­waż­ne wia­do­mo­ści od swo­je­go at­ta­ché mor­skie­go w Niem­czech, już po ostat­nim po­sie­dze­niu ga­bi­ne­tu i [...] McKen­na jest te­raz prze­ko­na­ny, że mo­że­my być zmu­sze­ni do roz­po­czę­cia w nad­cho­dzą­cym roku bu­do­wy ośmiu dred­no­tów". Oba­wia się "cały czas, że może do tego dojść" - po­wie­dział kanc­lerz. Wal­ka trwa­ła cały sty­czeń i luty. Lloyd Geo­r­ge i Chur­chill, wspie­ra­ni przez Mor­leya, Burn­sa i in­nych, chcie­li czte­rech. Grey i Hal­da­ne chcie­li sze­ściu. McKen­na chciał co naj­mniej sze­ściu, może na­wet ośmiu. Li­be­ral­na pra­sa ostrze­ga­ła przed "pa­ni­ka­rza­mi"; ga­ze­ty kon­ser­wa­tyw­ne ata­ko­wa­ły "pa­cy­fi­stów", "zwo­len­ni­ków Ma­łej An­glii"33 i "eko­no­ma­nia­ków". Do gry włą­czy­ło się wie­le oso­bi­sto­ści. "Ja­kie mogą być po­wo­dy, dla któ­rych Win­ston po­stę­pu­je tak, jak w tej wła­śnie spra­wie? - py­tał Knol­lys, oso­bi­sty se­kre­tarz kró­la - Oczy­wi­ście nie mogą to być ani prze­ko­na­nia, ani za­sa­dy. Sama myśl o tym, że mógł­by on mieć jed­ne albo dru­gie, przy­pra­wia czło­wie­ka o śmiech". W po­wie­trzu da­wa­ło się wy­czuć licz­ne re­zy­gna­cje ze sta­no­wisk. "Zwo­len­ni­cy oszczęd­no­ści są w sta­nie sza­lo­nej trwo­gi, a Win­ston i Lloyd Geo­r­ge swo­imi wspól­ny­mi ma­chi­na­cja­mi zgro­ma­dzi­li więk­szość pra­sy li­be­ral­nej w jed­nym obo­zie - pi­sał Asqu­ith do Mar­got 20 lu­te­go - No­szą się [...] z za­mia­rem re­zy­gna­cji, o czym pusz­cza­ją cyn­ki tu i tam (co jest ble­fem) [...] lecz przy­znam, że są chwi­le, gdy je­stem cał­kiem skłon­ny po­zbyć się ich obu".

W ga­bi­ne­cie do­szło do klin­czu i pre­mier sta­nął wo­bec moż­li­wo­ści utra­ty albo swo­je­go mi­ni­stra spraw za­gra­nicz­nych i pierw­sze­go lor­da Ad­mi­ra­li­cji, albo kanc­le­rza Izby Roz­ra­chun­ko­wej i prze­wod­ni­czą­ce­go Rady d.s. Han­dlu. 24 lu­te­go zwo­ła­no spe­cjal­ne po­sie­dze­nie rzą­du w po­ko­ju Greya w Mi­ni­ster­stwie Spraw Za­gra­nicz­nych. Obec­ni byli tak­że lor­do­wie mor­scy. Lloyd Geo­r­ge pod­niósł się z krze­sła i za­czął prze­cha­dzać się po po­ko­ju. Gdy dys­ku­sja do­szła do zwięk­szo­nych moż­li­wo­ści pro­duk­cyj­nych za­kła­dów Krup­pa, kanc­lerz wy­buch­nął: "Uwa­żam, że sy­tu­acja wska­zu­je na nad­zwy­czaj­ne za­nie­dba­nia ze stro­ny Ad­mi­ra­li­cji, któ­ra po­win­na wy­kryć to wszyst­ko wcze­śniej. Nie mam o was zbyt wy­so­kie­go mnie­ma­nia, pa­no­wie ad­mi­ra­ło­wie". McKen­na, któ­ry te­raz wręcz po­twor­nie nie zno­sił Lloyd Geo­r­ge'a, po­ha­mo­wał się i spo­koj­nie od­po­wie­dział: "Wie pan do­sko­na­le, że fak­ty te były ko­mu­ni­ko­wa­ne ga­bi­ne­to­wi za­raz, jak się o nich do­wie­dzie­li­śmy, a [wte­dy] je­dy­ną pań­ską uwa­gą było: "To wszyst­ko plot­ki pod­wy­ko­naw­ców"".

Wy­glą­da­ło na to, że nie ma dro­gi wyj­ścia z za­ist­nia­łe­go im­pa­su, gdy na­gle Asqu­ith przed­sta­wił pro­po­zy­cję, któ­ra za­do­wo­li­ła wszyst­kich: rząd miał wy­stą­pić o czte­ry dred­no­ty w pro­jek­cie bu­dże­tu ma­ry­nar­ki na rok 1909, pod któ­re dwie stęp­ki mia­ły być po­ło­żo­ne w lip­cu i dwie w li­sto­pa­dzie. Do­dat­ko­wo rząd miał wnio­sko­wać, by go upo­waż­nio­no do zbu­do­wa­nia jesz­cze czte­rech dred­no­tów, pod któ­re stęp­ki mia­no po­ło­żyć nie póź­niej niż 1 kwiet­nia 1910, je­śli oka­że się, że sta­ran­ne śle­dze­nie nie­miec­kie­go pro­gra­mu bu­do­wy dred­no­tów po­twier­dza taką ko­niecz­ność. Te czte­ry do­dat­ko­we zo­sta­ły­by ukoń­czo­ne ra­zem z pierw­szą czwór­ką w roku 1912 - po­strze­ga­nym przez Ad­mi­ra­li­cję jako bry­tyj­ski "nie­bez­piecz­ny rok". Po­nad­to, gdy­by na­wet czte­ry do­dat­ko­we dred­no­ty zo­sta­ły zbu­do­wa­ne, nie mia­ło to mieć wpły­wu na re­gu­lar­ny pro­gram roku 1910, któ­ry prze­wi­dy­wał, że zo­sta­ną za­mó­wio­ne czte­ry na­stęp­ne jed­nost­ki.

Choć na po­sie­dze­niu ga­bi­ne­tu wszy­scy zgo­dzi­li się na kom­pro­mis: "czte­ry te­raz, czte­ry - być może - póź­niej", to nie spodo­bał się on eks­tre­mi­stom po obu stro­nach. Lloyd Geo­r­ge i Chur­chill, uprzy­tom­niw­szy so­bie, że zo­sta­li wy­ma­new­ro­wa­ni, na­gle wy­ra­zi­li chęć gło­so­wa­nia za sze­ścio­ma. Było jed­nak za póź­no. Rów­no­cze­śnie McKen­na, Fi­sher i lor­do­wie Mor­scy oba­wia­li się, że to oni zo­sta­li oszu­ka­ni i że sześć dred­no­tów, ja­kich żą­da­li czy też osiem, ja­kich się spo­dzie­wa­li - wszyst­kie roz­pły­ną się gdzieś w par­la­men­cie. "Wy­łącz­nie w panu po­kła­da­my całą na­szą uf­ność, że tych dwóch sztuk­mi­strzów [Lloyd Geo­r­ge i Chur­chill] nas nie prze­chy­trzy" - na­pi­sał Fi­sher do McKen­ny. "Była ja­kaś słod­ka pew­ność w licz­bie "sześć", [...] któ­rej te­raz bra­ku­je w usta­wie, za­stą­pio­nej zwro­ta­mi umoż­li­wia­ją­cy­mi uni­ki, a na­wet ob­ró­ce­nie ich prze­ciw­ko nam, lecz nie wąt­pię, że pan już od­po­wied­nio tego do­pil­nu­je". McKen­na po­szedł za radą ad­mi­ra­ła do­pil­no­wać spra­wy do Asqu­itha, mó­wiąc mu, że je­śli usta­wa w du­chu czte­ry-plus-czte­ry "nie przej­dzie, czy to w Izbie Gmin, czy Lor­dów, to - je­śli do­brze wczo­raj cię zro­zu­mia­łem - na­tych­miast po­dasz się do dy­mi­sji". Asqu­ith od­parł: "Nie wi­dzę, co wię­cej mógł­bym po­wie­dzieć po­nad to, że uwa­żam, iż za­rę­czy­łem pu­blicz­nie wła­snym ho­no­rem. [...] Moim głów­nym pra­gnie­niem jest aby­śmy osią­gnę­li to, cze­go obaj chce­my. Nig­dy do­tąd do ni­ko­go, jak dziś do cie­bie, nie ape­lo­wa­łem tak wy­raź­nie i bez­po­śred­nio o wia­rę i za­ufa­nie do mnie".

Fi­sher, cią­gle wal­czą­cy o osiem dred­no­tów, prze­słał McKen­nie (któ­ry prze­ka­zał to tak­że pre­mie­ro­wi) ra­port ar­gen­tyń­skiej mi­sji mor­skiej, któ­ra wła­śnie od­wie­dzi­ła za­kła­dy Krup­pa, a tak­że kil­ka stocz­ni nie­miec­kich. Ma­jąc na­dzie­ję przy­cią­gnąć za­mó­wie­nia, Niem­cy po­ka­za­li go­ściom wszyst­ko. We­dług Fi­she­ra, go­ście byli oszo­ło­mie­ni wiel­ko­ścią i zdol­no­ścia­mi pro­duk­cyj­ny­mi nie­miec­kich za­kła­dów i stocz­ni. Po­da­wa­li, że wi­dzie­li dwa­na­ście okrę­tów pierw­szej kla­sy na po­chyl­niach, a w za­kła­dach Krup­pa w Es­sen do­li­czy­li się set­ki je­de­na­sto i dwu­na­sto­ca­lo­wych luf ar­mat­nich bli­skich ukoń­cze­nia. Pły­ną­ca stąd lek­cja, mó­wił pierw­szy lord mor­ski, gło­si­ła, że "mniej niż osiem okrę­tów nie wy­star­czy".

Asqu­ith ob­sta­wał przy kom­pro­mi­sie czte­ry-plus-czte­ry. McKen­na przed­sta­wił go w Izbie Gmin 16 mar­ca. Gdy pierw­szy lord Ad­mi­ra­li­cji pod­niósł się z miej­sca, po­sło­wie słu­cha­li uważ­nie, nie­mal w ci­szy. Na­de­szła pora na po­po­łu­dnio­wą her­ba­tę, lecz nikt nie ru­szył się z miej­sca. Na ga­le­rii pa­rów za­sia­dał ksią­żę Wa­lii, z wy­su­nię­tą do przo­du gło­wą, aby nie uro­nić ani jed­ne­go sło­wa. Obec­ny był tak­że Fi­sher, sie­dzą­cy tuż za fo­te­lem spi­ke­ra Izby. Prze­mó­wie­nie McKen­ny było bru­tal­nie ja­sne: "Bez­pie­czeń­stwo kra­ju musi być za­pew­nio­ne, nie­waż­ne ja­kim kosz­tem. Nie wie­my, choć wy­da­wa­ło się nam, że wie­my, w ja­kim na­praw­dę tem­pie Niem­cy bu­du­ją swo­ją flo­tę". Wy­li­czył po ko­lei wszyst­kie moż­li­wo­ści, od naj­czar­niej­szej do naj­mniej po­nu­rej. Izba słu­cha­ła go w mil­cze­niu. Po nim wy­stę­po­wał Bal­fo­ur, na­stęp­nie Asqu­ith. Oby­dwaj po­par­li McKen­nę. Gdy Asqu­ith usiadł, spi­ker spo­glą­dał na Izbę, zaś Izba spo­glą­da­ła na spi­ke­ra i tak przez parę mi­nut nikt się nie wy­chy­lił. Nic już wię­cej nie usły­sza­no o wnio­sku na te­mat zmniej­sze­nia pro­jek­tu bu­dże­tu ma­ry­nar­ki, zgło­szo­ne­go przez stu czter­dzie­stu po­słów, człon­ków gru­py zwa­nej "Mała Ma­ry­nar­ka".

Kraj, któ­ry po­dob­nie jak Izba nie­wie­le sły­szał o bo­jach to­czo­nych we­wnątrz ga­bi­ne­tu, zo­stał ogłu­szo­ny prze­mó­wie­niem McKen­ny. Pra­sa li­be­ral­na, roz­pa­cza­jąc nad szko­da­mi, ja­kie zwięk­szo­na bu­do­wa dred­no­tów mia­ła spo­wo­do­wać w pro­gra­mach so­cjal­nych, za­ję­ła sta­no­wi­sko, że je­śli już mia­ło się zbu­do­wać czte­ry do­dat­ko­we dred­no­ty, po­win­ny one zo­stać wpi­sa­ne do bu­dże­tu ma­ry­nar­ki na rok 1910; było nie do przy­ję­cia, aby Wiel­ka Bry­ta­nia mo­gła so­bie po­zwo­lić na za­pła­ce­nie za osiem dred­no­tów w cią­gu jed­ne­go roku. Asqu­ith jed­nak po­tra­fił po­ra­dzić so­bie z li­be­ra­ła­mi. Praw­dzi­wy atak na pro­jekt bu­dże­tu ma­ry­nar­ki przy­szedł ze stro­ny Unio­ni­stów. Jesz­cze do 16 mar­ca kon­ser­wa­ty­ści zga­dza­li się, że wy­star­czy sześć no­wych okrę­tów. Te­raz, sto­jąc wo­bec ujaw­nio­nej przez pierw­sze­go lor­da Ad­mi­ra­li­cji groź­by przy­śpie­szo­nej roz­bu­do­wy flo­ty nie­miec­kiej, kon­ser­wa­ty­ści w Izbie Gmin, Izbie Lor­dów, w pra­sie i w ca­łym kra­ju żą­da­li, aby na­tych­miast kłaść stęp­ki pod osiem okrę­tów. "Ośmiu żą­da­my i nie cze­ka­my!" - slo­gan uku­ty przez po­sła Geo­r­ge'a Wyn­dha­ma, stał się okrzy­kiem bo­jo­wym Par­tii Unio­ni­stów. Prze­ciw rzą­do­wi, Ad­mi­ra­li­cji i sa­me­mu Fi­she­ro­wi kie­ro­wa­no oskar­że­nia o nie­kom­pe­ten­cję i do­bro­wol­ną re­zy­gna­cję z pa­no­wa­nia na mo­rzu. "Ci­toy­ens, la pa­trie est en dan­ger!"34 - oznaj­miał "Da­ily Te­le­graph" - Jesz­cze nie je­ste­śmy go­to­wi, aby od­wró­cić wszyst­kie por­tre­ty Nel­so­na twa­rzą do ścia­ny". "Na­tio­nal Re­view" opi­sy­wał Fi­she­ra jako "wcie­le­nie mar­szał­ka Le­bo­eu­fa", fran­cu­skie­go mi­ni­stra woj­ny, któ­ry w przeded­niu woj­ny fran­cu­sko-pru­skiej prze­chwa­lał się, że ar­mia fran­cu­ska jest go­to­wa aż do ostat­nie­go gu­zi­ka przy ge­trach! Gdy Asqu­ith od­mó­wił przy­rze­cze­nia, że czte­ry do­dat­ko­we okrę­ty zo­sta­ną zbu­do­wa­ne na­tych­miast, "Da­ily Te­le­graph" oznaj­mił, że "od cza­sów mu­zycz­nych po­pi­sów Ne­ro­na nie wi­dzia­no dziw­niej­sze­go i bar­dziej ża­ło­sne­go spek­ta­klu niż ta­kie za­gro­że­nie ca­łe­go bez­cen­ne­go dzie­dzic­twa stu­le­ci przez usi­ło­wa­nie zrów­no­wa­że­nia bu­dże­tu w myśl po­glą­dów jed­nej par­tii". 19 mar­ca Bal­fo­ur for­mal­nie przed­sta­wił wnio­sek o wo­tum nie­uf­no­ści dla rzą­du: "W opi­nii tej Izby, de­kla­ro­wa­na po­li­ty­ka rzą­du Jego Kró­lew­skiej Mo­ści wzglę­dem na­tych­mia­sto­we­go za­bez­pie­cze­nia od­po­wied­niej licz­by pan­cer­ni­ków naj­now­sze­go typu nie za­pew­nia w do­sta­tecz­nym stop­niu bez­pie­czeń­stwa im­pe­rium".

Za­tło­czo­na do ostat­nie­go miej­sca Izba słu­cha­ła 29 mar­ca de­ba­ty nad zło­żo­nym przez Bal­fo­ura wnio­skiem o wo­tum nie­uf­no­ści. Głów­nym mów­cą ze stro­ny rzą­du był tym ra­zem Grey, a nie McKen­na czy Asqu­ith. Jego prze­mó­wie­nie do­ty­czy­ło wszyst­kie­go: od miaż­dżą­cych ob­cią­żeń zwią­za­nych ze zbro­je­nia­mi, ja­kie od­czu­wa­ją wszyst­kie kra­je, po za­sad­ni­czą rolę od­gry­wa­ną przez Kró­lew­ską Ma­ry­nar­kę w za­pew­nie­niu bez­pie­czeń­stwa Bry­ta­nii. Mó­wił też o sta­nie sto­sun­ków an­glo-nie­miec­kich oraz o oba­wach Ad­mi­ra­li­cji, że zbro­je­nia­mi mor­ski­mi Nie­miec może kie­ro­wać ra­czej wzrost ich mocy pro­duk­cyj­nych, ani­że­li ich ofi­cjal­ne umiar­ko­wa­ne in­ten­cje. "Wiel­kie pań­stwa Eu­ro­py gro­ma­dzą ogrom­ne do­cho­dy z po­dat­ków, po czym pra­wie po­ło­wę z nich wy­da­ją na przy­go­to­wa­nia swo­ich ma­ry­na­rek i ar­mii [...] któ­re w koń­cu są przy­go­to­wa­nia­mi do wza­jem­ne­go za­bi­ja­nia. Z pew­no­ścią [...] ta­kie wy­dat­ki [...] sta­ją się sa­ty­rą [...] na cy­wi­li­za­cję. [...] Je­śli stan ten bę­dzie trwał [...] wie­rzę, że wcze­śniej czy póź­niej po­grą­ży on cy­wi­li­za­cję".

Bry­ta­nia, ar­gu­men­to­wał Grey, nie może jed­no­stron­nie wy­stą­pić z wy­ści­gu zbro­jeń: "Gdy­by­śmy sami jed­ni spo­śród wiel­kich mo­carstw zre­zy­gno­wa­li ze współ­za­wod­nic­twa i spa­dli na gor­szą po­zy­cję, cze­góż do­bre­go mo­gli­by­śmy się spo­dzie­wać? Ab­so­lut­nie ni­cze­go. [...] Prze­sta­li­by­śmy się li­czyć wśród na­ro­dów Eu­ro­py, a mie­li­by­śmy szczę­ście gdy­by po­zo­sta­wio­no nam wol­ność i nie sta­li­by­śmy się przy­mu­so­wym do­dat­kiem dla ja­kie­goś sil­niej­sze­go mo­car­stwa".

W tej dzie­dzi­nie siła wła­snej ma­ry­nar­ki od­gry­wa­ła kry­tycz­ną rolę w po­li­ty­ce bry­tyj­skiej: "Nie ma po­rów­na­nia po­mię­dzy zna­cze­niem Ma­ry­nar­ki Nie­miec­kiej dla Nie­miec, a zna­cze­niem na­szej ma­ry­nar­ki dla nas. Na­sza ma­ry­nar­ka jest dla nas tym sa­mym, czym dla nich jest ich ar­mia. Po­sia­dać sil­ną ma­ry­nar­kę ozna­cza dla nich pod­nie­sie­nie pre­sti­żu, wpły­wów dy­plo­ma­tycz­nych, zdol­no­ści do ochro­ny wła­sne­go han­dlu, lecz [...] nie jest to dla nich spra­wą ży­cia i śmier­ci [...] jak to ma miej­sce w na­szym przy­pad­ku. Naj­więk­sza na­wet prze­wa­ga Ma­ry­nar­ki Bry­tyj­skiej nad nie­miec­ką nie może wpły­nąć na nie­pod­le­głość lub in­te­gral­ność te­ry­to­rial­ną Nie­miec, po­nie­waż nie utrzy­mu­je­my ar­mii na taką ska­lę, żeby móc do­ko­nać cze­go­kol­wiek na te­ry­to­rium nie­miec­kim. Je­śli jed­nak Ma­ry­nar­ka Nie­miec­ka by­ła­by sil­niej­sza od na­szej, wte­dy, utrzy­mu­jąc taką ar­mię, jaką mają [...] uczy­ni­li­by oni staw­ką w roz­gryw­ce na­szą nie­pod­le­głość, samą na­szą eg­zy­sten­cję.

Grey uwa­żał sto­sun­ki an­glo-nie­miec­kie za przy­ja­zne i że taki stan może się utrzy­mać tak dłu­go, jak dłu­go oba mo­car­stwa sza­no­wa­ły­by na­wza­jem swo­je ży­wot­ne in­te­re­sy: "Wi­dzę ogrom­ną prze­strzeń, w któ­rej oba na­sze kra­je mogą się po­ru­szać w po­ko­ju i przy­jaź­ni. [...] Moim zda­niem, do kon­flik­tu do­pro­wa­dzić mogą dwie skraj­nie od­le­głe spra­wy. Jed­ną z nich by­ła­by na­sza pró­ba izo­la­cji Nie­miec. Żad­ne pań­stwo o ich po­zy­cji nie wy­trzy­ma po­li­ty­ki izo­la­cji na­rzu­co­nej przez są­sia­du­ją­ce mo­car­stwa. [...] Dru­gą spra­wą, jaka z pew­no­ścią do­pro­wa­dzi­ła­by do kon­flik­tu, by­ła­by pró­ba izo­la­cji Bry­ta­nii, pod­ję­ta przez ja­kieś wiel­kie mo­car­stwo kon­ty­nen­tal­ne z za­mia­rem zdo­mi­no­wa­nia i na­rzu­ca­nia po­li­ty­ki ca­łe­mu kon­ty­nen­to­wi. Tak było za­wsze w hi­sto­rii".

Gdzie upa­try­wał Grey dro­gi do po­ko­ju?

"Gdy­by mnie za­py­ta­no, abym wy­mie­nił jed­ną rzecz, któ­ra mo­gła­by w naj­więk­szym stop­niu uspo­ko­ić [...] Eu­ro­pę [...] my­ślę, że by­ło­by to ży­cze­nie, żeby zmniej­sze­niu ule­gły wy­dat­ki na zbro­je­nia mor­skie w Niem­czech i że­by­śmy sami mo­gli pójść w ich śla­dy. [...] Na ja­kiej pod­sta­wie moż­na by tu­taj za­pro­po­no­wać ja­kiś układ? Nie na pod­sta­wie rów­no­ści. Pod­sta­wę musi sta­no­wić prze­wa­ga Ma­ry­nar­ki Bry­tyj­skiej. Na ile mi wia­do­mo, ża­den Nie­miec nie bę­dzie się spie­rał, że jest to dla nas cał­kiem na­tu­ral­ny punkt wi­dze­nia".

W koń­cu Grey za­jął się szcze­gó­ło­wym pro­ble­mem nie­miec­kie­go przy­śpie­sze­nia roz­bu­do­wy flo­ty oraz re­ak­cją bry­tyj­ską na te fak­ty. Mó­wił o nie­miec­kich zdol­no­ściach pro­duk­cyj­nych ("Wasz za­miar przy­śpie­sze­nia to jed­na spra­wa, zaś wa­sze moż­li­wo­ści przy­śpie­sze­nia - to od­ręb­ne za­gad­nie­nie"). Je­dy­nym spo­so­bem, aby wie­dzie ć co się dzie­je w stocz­niach dru­gie­go kra­ju, jest za­pew­nie­nie at­ta­ché mor­skim swo­bod­ne­go do nich do­stę­pu.

W gło­so­wa­niu ści­śle we­dług po­dzia­łów par­tyj­nych wnio­sek o wo­tum nie­uf­no­ści, zło­żo­ny przez Bal­fo­ura, zo­stał od­da­lo­ny sto­sun­kiem gło­sów 353 do 135. Osta­tecz­nie mia­no zbu­do­wać czte­ry okrę­ty; czte­ry na­stęp­ne zo­sta­ły za­twier­dzo­ne, lecz mia­ły cze­kać za ku­li­sa­mi. Sam Chur­chill opi­sał po­tem dość po­nu­ro, co się wła­ści­wie wy­da­rzy­ło: "W koń­cu uzgod­nio­no dziw­ne i cha­rak­te­ry­stycz­ne roz­wią­za­nie. Ad­mi­ra­li­cja żą­da­ła sze­ściu okrę­tów; eko­no­mi­ści pro­po­no­wa­li czte­ry, a wresz­cie wszy­scy zgo­dzi­li­śmy się na osiem".

Od sa­me­go po­cząt­ku "pa­ni­ki mor­skiej" rząd bry­tyj­ski usi­ło­wał po­znać fak­ty nie tyl­ko z do­nie­sień swo­je­go at­ta­ché mor­skie­go w Ber­li­nie czy z po­zo­sta­ją­cych w cie­niu in­nych źró­deł, ale wprost od rzą­du nie­miec­kie­go. Je­sie­nią 1908 roku McKen­na, sły­sząc z ra­por­tów o ma­te­ria­łach gro­ma­dzo­nych w nie­miec­kich stocz­niach i o kon­trak­tach przy­zna­wa­nych stocz­niom za­nim w Re­ich­sta­gu prze­gło­so­wa­no od­po­wied­nie fun­du­sze, za­dał to py­ta­nie ko­man­do­ro­wi Wi­de­man­no­wi, nie­miec­kie­mu at­ta­ché mor­skie­mu w Lon­dy­nie. Wi­de­mann za­prze­czył wszyst­kie­mu. Po­wie­dział na­wet, że jest za­szo­ko­wa­ny tym, iż pierw­szy lord Ad­mi­ra­li­cji przy­pi­su­je se­kre­ta­rzo­wi sta­nu Tir­pit­zo­wi tak jaw­nie nie­kon­sty­tu­cyj­ne po­stę­po­wa­nie. McKen­na, wie­rząc wła­snym in­for­ma­cjom bar­dziej niż temu, co usły­szał od Wi­de­man­na, nie kon­sul­to­wał się po­wtór­nie z nie­miec­kim at­ta­ché mor­skim.

Grey wkro­czył do ak­cji w stycz­niu 1909 po prze­czy­ta­niu owe­go prze­ko­ny­wu­ją­ce­go me­mo­ran­dum McKen­ny na te­mat nie­miec­kie­go bu­dow­nic­twa okrę­to­we­go. Grey ro­zu­miał zna­cze­nie bry­tyj­skiej su­pre­ma­cji mor­skiej; 20 li­sto­pa­da 1908 w Scar­bo­ro­ugh po­wie­dział: "W kwe­stii ma­ry­nar­ki nie ma po­ło­wicz­nych roz­wią­zań [...] po­mię­dzy cał­ko­wi­tym bez­pie­czeń­stwem a kom­plet­ną ru­iną". Jed­nak­że jako mi­ni­ster spraw za­gra­nicz­nych trosz­czył się o jesz­cze inne spra­wy: je­śli rząd nie­miec­ki z roz­my­słem kła­mał, aby ukryć przy­śpie­sze­nie tem­pa re­ali­za­cji pla­nu roz­bu­do­wy flo­ty, wte­dy pod zna­kiem za­py­ta­nia sta­wa­ła cała po­li­ty­ka nie­miec­ka, nie zaś tyl­ko licz­ba i daty prze­ka­za­nia do służ­by bu­do­wa­nych okrę­tów. Od po­cząt­ku stycz­nia aż do opu­bli­ko­wa­nia 12 mar­ca bry­tyj­skie­go pro­jek­tu bu­dże­tu ma­ry­nar­ki Grey usi­ło­wał wy­do­być od Pau­la Wolff-Met­ter­ni­cha, nie­miec­kie­go am­ba­sa­do­ra w Lon­dy­nie, ja­sne i wy­raź­ne stwier­dze­nie od­no­śnie sta­nu nie­miec­kie­go bu­dow­nic­twa okrę­tów wo­jen­nych. W po­stę­po­wa­niu z Met­ter­ni­chem mi­ni­ster spraw za­gra­nicz­nych na­tknął się na dwie po­waż­ne prze­szko­dy: po pierw­sze, am­ba­sa­dor nie­miec­ki utrzy­my­wa­ny był w nie­świa­do­mo­ści przez ad­mi­ra­ła Tir­pit­za; po dru­gie, na­wet je­śli Met­ter­nich był aku­rat do­kład­nie po­in­for­mo­wa­ny, to czę­sto też go in­stru­owa­no, by nie prze­ka­zy­wał tych in­for­ma­cji Bry­tyj­czy­kom. Roz­mo­wy Grey - Met­ter­nich były za­tem dla obu ćwi­cze­niem się w zno­sze­niu uczu­cia fru­stra­cji.

Pierw­sze spo­tka­nie Greya z Met­ter­ni­chem od­by­ło się 4 stycz­nia 1909, na­tych­miast po prze­czy­ta­niu przez mi­ni­stra spraw za­gra­nicz­nych me­mo­ran­dum pierw­sze­go lor­da Ad­mi­ra­li­cji. Grey na­wią­zał do ra­por­tów, ja­kie otrzy­my­wa­ła Ad­mi­ra­li­cja i do po­gło­sek, ja­kie do niej do­cie­ra­ły; Met­ter­nich po­wie­dział, że nie po­le­ga­ją one na praw­dzie. Grey pod­kre­ślił, że Bry­tyj­czy­cy za­nie­po­ko­je­ni byli z po­wo­du wiel­kich zdol­no­ści pro­duk­cyj­nych Nie­miec w za­kre­sie bu­do­wy dred­no­tów; Met­ter­nich od­parł, że cały pro­gram nie­miec­ki zo­stał wy­ło­żo­ny w Usta­wach mor­skich i że usta­wy te wręcz za­bra­nia­ły do­ko­ny­wa­nia ja­kie­go­kol­wiek gwał­tow­ne­go prze­sta­wia­nia nie­miec­kich stocz­ni na bu­do­wę dred­no­tów. Grey za­su­ge­ro­wał, że naj­lep­szym spo­so­bem po­zna­nia fak­tów by­ło­by po­zwo­le­nie at­ta­ché mor­skim od­wie­dzić stocz­nie w obu kra­jach, żeby zo­ba­czy­li pod ile okrę­tów zo­sta­ły po­ło­żo­ne stęp­ki i jak da­le­ce za­awan­so­wa­na jest ich bu­do­wa. Met­ter­nich po­wie­dział, że ka­iser nig­dy nie udzie­li na coś ta­kie­go swo­jej zgo­dy.

Do cza­su dru­gie­go spo­tka­nia, do któ­re­go do­szło 4 lu­te­go, Met­ter­nich wie­dział już, że do­wo­dy zgro­ma­dzo­ne w rę­kach Bry­tyj­czy­ków od­no­śnie do gro­ma­dze­nia z wy­prze­dze­niem ma­te­ria­łów w stocz­niach nie­miec­kich są nie­pod­wa­żal­ne, więc się do tego przy­znał. Przy­czy­ną, jak wy­ja­śniał, była zwy­kła za­po­bie­gli­wość ze stro­ny wy­ko­naw­ców, któ­rzy czy­ni­li tak na wła­sne ry­zy­ko. Ob­sta­wał przy twier­dze­niu, że nie za­mie­rza­no do­pro­wa­dzać do żad­ne­go przy­śpie­sze­nia i że tem­po roz­bu­do­wy flo­ty było usta­lo­ne pra­wem. Praw­dą jest, przy­zna­wał, że tem­po bu­do­wy mo­gło ulec zwięk­sze­niu, lecz tyl­ko po pu­blicz­nym gło­so­wa­niu w Re­ich­sta­gu. Grey zna­lazł się w trud­nym po­ło­że­niu. Sza­no­wał Met­ter­ni­cha, lecz po­dej­rze­wał, iż am­ba­sa­dor za­ta­ja ja­kieś in­for­ma­cje. Met­ter­nich prze­cież do­pie­ro z opóź­nie­niem przy­znał się do wy­prze­dza­ją­ce­go gro­ma­dze­nia ma­te­ria­łów; cią­gle nie po­twier­dzał, że dwa z czte­rech okrę­tów pro­gra­mu na rok 1909 zo­sta­ły roz­po­czę­te w paź­dzier­ni­ku 1908. Grey nie mógł oskar­żyć am­ba­sa­do­ra o prze­ka­zy­wa­nie fał­szy­wych in­for­ma­cji, nie do­wie­rzał jed­nak temu, cze­go się od nie­go do­wia­dy­wał. Po­now­nie więc wy­su­nął pro­po­zy­cję wy­mia­ny wi­zyt at­ta­ché mor­skich w stocz­niach. Met­ter­nich od­parł, że ce­sarz bez­względ­nie od­mó­wił. Grey­owi nie­wie­le zo­sta­wa­ło do zro­bie­nia poza ostrze­że­niem, że Bry­ta­nia bę­dzie mu­sia­ła uwzględ­nić nie­miec­kie moce pro­duk­cyj­ne, a tak­że nie­miec­kie Usta­wy mor­skie przy for­mu­ło­wa­niu swo­ich wła­snych pla­nów roz­bu­do­wy flo­ty. Bez­po­śred­nio przed opu­bli­ko­wa­niem bry­tyj­skie­go pro­jek­tu bu­dże­tu ma­ry­nar­ki Met­ter­nich ofi­cjal­nie 10 mar­ca po­in­for­mo­wał Greya, że nie­miec­kie bu­do­wy nie będą przy­śpie­sza­ne i że nie­miec­ka Flo­ta Peł­no­mor­ska nie bę­dzie dys­po­no­wać trzy­na­sto­ma dred­no­ta­mi przed koń­cem 1912 roku.

Te­goż wie­czo­ra Met­ter­nich ostrzegł Ber­lin, że Ad­mi­ra­li­cja Bry­tyj­ska za­żą­da więk­szej licz­by okrę­tów.

12 mar­ca, w dniu pu­bli­ka­cji bry­tyj­skie­go pro­jek­tu bu­dże­tu ma­ry­nar­ki, a na czte­ry dni przed ich przed­sta­wie­niem w Izbie Gmin, Asqu­ith we­zwał Met­ter­ni­cha, aby zwięk­szyć wagę zło­żo­ne­go przez Greya ostrze­że­nia. Oto jak, we­dług ra­por­tu prze­ka­za­ne­go przez Met­ter­ni­cha do Ber­li­na, pre­mier wy­ja­śniał pro­gram bry­tyj­ski: "Zgod­nie z in­for­ma­cja­mi uzy­ska­ny­mi przez Ad­mi­ra­li­cję Bry­tyj­ską trzy z czte­rech [nie­miec­kich] dred­no­tów [...] z lat 1909-1910 są już od kil­ku mie­się­cy w bu­do­wie. I nie tyl­ko ze­bra­no już ma­te­ria­ły do ich bu­do­wy, lecz stęp­ka pod je­den z dred­no­tów pro­gra­mu 1909-1910 zo­sta­ła rze­czy­wi­ście po­ło­żo­na w stocz­ni schi­chaua. Je­śli czy­ni się przy­go­to­wa­nia do bu­do­wy, a na­wet roz­po­czy­na ją kil­ka mie­się­cy przed­tem, za­nim zo­sta­nie uchwa­lo­na [przez Re­ich­stag], to sta­je się ja­sne, że ukoń­cze­nie tych okrę­tów tak­że może zo­stać an­ty­da­to­wa­ne o od­po­wied­nią licz­bę mie­się­cy. Pan Asqu­ith nie pra­gnie się skar­żyć [Met­ter­nich pa­ra­fra­zo­wał i stresz­czał sło­wa pre­mie­ra] i nie ma uza­sad­nie­nia dla ta­kich skarg od­no­śnie opi­sa­ne­go spo­so­bu na­sze­go po­stę­po­wa­nia. Wy­łącz­nie Niem­cy mają pra­wo okre­ślać tem­po bu­do­wy swo­ich okrę­tów i nikt od­po­wie­dzial­ny w Wiel­kiej Bry­ta­nii nie bę­dzie miał pra­wa zgła­szać tu obiek­cji. Rząd bry­tyj­ski jed­nak [...] (sza­cu­jąc swój wła­sny pro­gram) nie może nie brać pod uwa­gę po­stę­pów pro­gra­mu nie­miec­kie­go".

Pre­mier obie­cał, że Bry­ta­nia po­wstrzy­ma się od roz­po­czę­cia bu­do­wy czte­rech nad­licz­bo­wych dred­no­tów, do­pó­ki tem­po bu­do­wy nie­miec­kich okrę­tów nie uczy­ni tego ka­te­go­rycz­nie ko­niecz­nym.

Met­ter­nich wy­słał ten ra­port do Ber­li­na; od­po­wie­dzią było mil­cze­nie. Czte­ry dni póź­niej, na dwa dni przed roz­po­czę­ciem de­ba­ty w spra­wach ma­ry­nar­ki w izbie Gmin, Met­ter­nich pil­nie te­le­gra­fo­wał do Ber­li­na, pro­sząc o ze­zwo­le­nie na wy­ja­śnie­nie nie­miec­kie­go pro­gra­mu z bliż­szy­mi szcze­gó­ła­mi. Tir­pitz jed­nak był prze­ciw­ny, a ce­sarz zga­dzał się z Tir­pit­zem. "My­ślę, że by­ło­by le­piej, gdy­by Met­ter­nich po­ha­mo­wał swój ję­zyk. Jest nie­po­praw­ny" - na­pi­sał Wil­helm na mar­gi­ne­sie te­le­gra­mu od am­ba­sa­do­ra.

Twar­dy cha­rak­ter prze­mó­wie­nia McKen­ny przy oka­zji przed­sta­wia­nia pro­jek­tu bu­dże­tu ma­ry­nar­ki i pa­sja to­wa­rzy­szą­ca de­ba­cie w Izbie Gmin wy­mu­si­ły wresz­cie re­ak­cję nie­miec­ką. Dzień po de­ba­cie, 17 mar­ca, Met­ter­nich po­skar­żył się Grey­owi, że rząd bry­tyj­ski zi­gno­ro­wał jego za­pew­nie­nie z 10 mar­ca, iż Niem­cy nie będą przy­śpie­szać re­ali­za­cji swo­je­go pro­gra­mu. Od­po­wie­dzią Greya było po­wtó­rze­nie po raz trze­ci, że naj­lep­szą me­to­dą wy­ja­śnie­nia nie­po­ro­zu­mień i uzy­ska­nia do­kład­nej in­for­ma­cji o sta­nie fak­tycz­nym jest wi­zy­ta­cja stocz­ni obu kra­jów przez at­ta­ché mor­skich stro­ny prze­ciw­nej.

Tego sa­me­go dnia w Ber­li­nie Tir­pitz pu­blicz­nie po­parł sta­no­wi­sko, ja­kie­go cały czas wy­ma­ga­no od ob­lę­żo­ne­go Met­ter­ni­cha. Otwie­ra­jąc de­ba­tę w Re­ich­sta­gu nad nie­miec­kim pro­jek­tem bu­dże­tu ma­ry­nar­ki, se­kre­tarz sta­nu oznaj­mił, że bry­tyj­skie oba­wy są bez­pod­staw­ne. Niem­cy, stwier­dził, będą po­sia­da­ły w roku 1912 tyl­ko trzy­na­ście, a nie sie­dem­na­ście dred­no­tów. Pry­wat­nie jed­nak Tir­pitz zde­cy­do­wał się przy­znać Met­ter­ni­cho­wi do fak­tu, któ­re­go ten do­tąd nie znał, a na­wet, dzia­ła­jąc w myśl otrzy­ma­nych in­struk­cji, ener­gicz­nie mu za­prze­czał; mia­no­wi­cie, że kon­trak­ty na dwa z czte­rech nie­miec­kich dred­no­tów pro­gra­mu 1909-1910 rze­czy­wi­ście zo­sta­ły przy­zna­ne pry­wat­nym stocz­niom już je­sie­nią 1908 roku, sześć mie­się­cy wcze­śniej niż Re­ich­stag mógł uchwa­lić od­po­wied­nie fun­du­sze. Te­raz, po­nie­waż Ad­mi­ra­li­cja i rząd bry­tyj­ski byli już tego świa­do­mi, Tir­pitz zde­cy­do­wał, że Met­ter­nich po­wi­nien po­twier­dzić w Lon­dy­nie tę in­for­ma­cję i wy­ja­śnić, że kon­trak­ty ulo­ko­wa­no tak wcze­śnie nie dla­te­go, żeby ukryć kro­ki prze­ciw An­glii, lecz wy­łącz­nie po to, aby uzy­skać od bu­dow­ni­czych niż­sze, kon­ku­ren­cyj­ne ceny, a rów­no­cze­śnie nie zmu­szać stocz­ni do zwal­nia­nia ro­bot­ni­ków z pra­cy35.

Upo­ko­rzo­ny przez wła­sny rząd Met­ter­nich nie miał wy­bo­ru i mu­siał słu­chać in­struk­cji. 18 mar­ca przy­znał, że kon­trak­ty na dwa z czte­rech okrę­tów zo­sta­ły za­war­te już w paź­dzier­ni­ku 1908 roku. Jego po­ża­ło­wa­nia god­na sy­tu­acja nie zdo­by­ła mu sym­pa­tii Fi­she­ra, któ­ry te­raz był już prze­ko­na­ny, że za­rów­no Tir­pitz, jak i Met­ter­nich coś ukry­wa­ją. "Mu­si­my uwzględ­nić mar­gi­nes na kłam­stwa" - oznaj­mił.

Spo­tkaw­szy przy­pad­ko­wo Met­ter­ni­cha 24 mar­ca, po­pa­trzał na Niem­ca, po czym wy­rzu­cił z sie­bie: "Cała ta pa­ni­ka by wy­ga­sła, pa­nie am­ba­sa­do­rze, gdy­by­ście tak po­zwo­li­li na­sze­mu at­ta­ché mor­skie­mu tam się udać i po­li­czyć je [okrę­ty w bu­do­wie]". "Nie­moż­li­we - od­parł Met­ter­nich - Inne rzą­dy tak­że by tego chcia­ły. Poza tym, moż­na by zo­ba­czyć coś, co chcie­li­by­śmy utrzy­mać w se­kre­cie". Fi­sher za­ło­żył, że albo nie­miec­kie okrę­ty, albo też ich dzia­ła są jesz­cze więk­sze, niż by to su­ge­ro­wa­ły opu­bli­ko­wa­ne licz­by.

Met­ter­nich cią­gle pró­bo­wał wy­tłu­ma­czyć wła­sne­mu rzą­do­wi bry­tyj­ski punkt wi­dze­nia i czy­nił to aż do swo­je­go odej­ścia z Lon­dy­nu. Na po­cząt­ku kwiet­nia na­pi­sał list, w po­dzi­wu god­ny spo­sób pod­su­mo­wu­ją­cy przy­czy­ny wy­bu­chu "pa­ni­ki mor­skiej" w Lon­dy­nie:

"Aż do ze­szłe­go li­sto­pa­da (1908) rząd bry­tyj­ski wie­rzył, że ma, pod po­sta­cią na­szych Ustaw mor­skich dość rze­tel­ny wzo­rzec, za po­mo­cą któ­re­go może re­gu­lo­wać swo­je wła­sne co­rocz­ne po­trze­by w za­kre­sie bu­do­wy okrę­tów. [...] Do ze­szłe­go li­sto­pa­da za­kła­da­no tu­taj, że re­ali­za­cja na­sze­go pro­gra­mu za­le­ży od co­rocz­ne­go gło­so­wa­nia w Re­ich­sta­gu nad zwią­za­ny­mi z nią fi­nan­sa­mi. Pew­ność taka już te­raz nie ist­nie­je. Obec­ny rząd rze­czy­wi­ście po­sia­da na­sze za­pew­nie­nie, że nie pra­gnie­my przy­śpie­szać na­sze­go tem­pa i że w roku 1912 nie bę­dzie­my mie­li wię­cej niż trzy­na­stu dred­no­tów. Rząd utrzy­mu­je jed­nak­że, iż choć ta­kie mogą być na­sze obec­ne za­mia­ry, to mamy wszel­kie pra­wo zmie­nić je w każ­dej chwi­li, w ja­kiej so­bie tego za­ży­czy­my. Rząd czu­je, że w tej waż­nej kwe­stii stą­pa po omac­ku i że nie po­win­na ona za­le­żeć od za­mia­rów ob­ce­go rzą­du - za­mia­rów mo­gą­cych ulec zmia­nie".

Gdy de­pe­sza Met­ter­ni­cha do­tar­ła na biur­ko ka­ise­ra, Wil­helm po­krył ja całą uwa­ga­mi na mar­gi­ne­sach: "Non­sens!", "To ab­so­lut­nie nie tak!", "Nie!".

Po wy­stą­pie­niu Greya i od­rzu­ce­niu wnio­sku o wo­tum nie­uf­no­ści, zgło­szo­ne­go przez Bal­fo­ura, de­ba­ta par­la­men­tar­na była za­koń­czo­na, lecz emo­cje w ga­bi­ne­cie i w kra­ju by­najm­niej nie wy­ga­sły. Lloyd Geo­r­ge i Chur­chill wy­trwa­le pró­bo­wa­li za­po­biec bu­do­wie czte­rech do­dat­ko­wych dred­no­tów, a je­śli już mia­ły­by zo­stać zbu­do­wa­ne, za­pew­nić, żeby sta­ły się czę­ścią pro­gra­mu na rok 1910 (Fi­sher na­pi­sał kpią­co do Chur­chil­la, że gdy­by Chur­chill zgo­dził się na czte­ry do­dat­ko­we okrę­ty, to on za­dbał­by już o to, aby je na­zwać: "Win­ston", "Chur­chill", "Lloyd" i "Geo­r­ge". Ja­kież by­ły­by to wa­lecz­ne okrę­ty!!!"). McKen­na "bar­dzo krzy­wo pa­trzył na ko­le­gów za spo­sób, w jaki zo­stał po­trak­to­wa­ny" i po­na­wiał groź­by zło­że­nia re­zy­gna­cji, je­śli do­dat­ko­we czte­ry okrę­ty nie zo­sta­ną za­mó­wio­ne. Grey po­pie­rał McKen­nę. Kon­ser­wa­tyw­na pra­sa cią­gle wa­li­ła w rząd. "Je­śli rząd nie skła­da się z pe­dan­tów o ka­mien­nych ser­cach, to [za­mó­wie­nia] [...] na okrę­ty po­win­ny zo­stać zło­żo­ne już te­raz - oznaj­mia­ła "Da­ily Mail" - Osiem­dzie­siąt pro­cent kosz­tów okrę­tu li­nio­we­go idzie na pła­ce bry­tyj­skie­go ro­bot­ni­ka. Za­rów­no na­sza ma­ry­nar­ka jak i nasi bez­ro­bot­ni mogą zo­stać za­mo­rze­ni gło­dem, i ry­chło zo­sta­ną, je­śli nie usu­nie się tego rzą­du".

Iro­nia losu zrzą­dzi­ła, że de­cy­zja zbu­do­wa­nia do­dat­ko­wej czwór­ki, zo­sta­ła w koń­cu przy­śpie­szo­na nie przez Niem­cy, lecz przez Au­strię i Wło­chy. W lip­cu 1909 roku Lon­dyn do­wie­dział się, że Au­stria za­mie­rza zbu­do­wać trzy, a może i czte­ry dred­no­ty. Wło­si za­re­ago­wa­li szyb­ko; choć Au­stria i Wło­chy były no­mi­nal­nie so­jusz­ni­ka­mi w ra­mach trój­przy­mie­rza, każ­de pań­stwo uwa­ża­ło dru­gie za po­ten­cjal­ne­go wro­ga. Wło­chy ogło­si­ły więc na­tych­miast, że zbu­du­ją czte­ry dred­no­ty. Tak więc, pa­trząc w przy­szłość po rok 1912, Bry­ta­nia mu­sia­ła­by sta­wić czo­ło mi­ni­mum trzy­na­stu nie­miec­kim dred­no­tom na Mo­rzu Pół­noc­nym, plus dred­no­tom wło­skim oraz au­striac­kim na Mo­rzu Śród­ziem­nym. Żą­da­nia Ad­mi­ra­li­cji sta­ły się te­raz nie do od­par­cia. 26 lip­ca McKen­na ogło­sił, że bu­do­wa czte­rech do­dat­ko­wych okrę­tów zo­sta­nie roz­po­czę­ta "bez prze­są­dza­nia" o pro­gra­mie roku 1910. Asqu­ith, speł­nia­jąc swo­ją obiet­ni­cę - a tak­że bo­le­śnie od­czu­wa­jąc wy­ni­ki ostat­nich wy­bo­rów uzu­peł­nia­ją­cych w Croy­don, gdzie kan­dy­dat li­be­ra­łów zo­stał po­ko­na­ny wręcz przy­tła­cza­ją­co - po­parł pierw­sze­go lor­da Ad­mi­ra­li­cji. Li­be­ra­ło­wie ob­ru­sza­li się, że cią­gle prze­cież nie ma wy­raź­nych oznak nie­miec­kie­go przy­śpie­sze­nia, zaś au­striac­kie i wło­skie dred­no­ty wza­jem­nie się neu­tra­li­zu­ją. Kon­ser­wa­ty­ści bili bra­wo; "pa­ni­ka mor­ska" się skoń­czy­ła.

Jej roz­wią­za­nie było bo­le­sne dla rzą­du li­be­ra­łów, któ­ry obej­mo­wał urząd przy­rze­ka­jąc zre­du­ko­wać ob­cią­że­nia zbro­je­nio­we. Przez trzy lata rząd do­trzy­my­wał tych przy­rze­czeń. Te­raz zaś, w cią­gu dwu­na­stu mie­się­cy za­mó­wił osiem kosz­tow­nych okrę­tów36. W rze­czy­wi­sto­ści otrzy­mał ich na­wet jesz­cze wię­cej. Dwa spo­śród do­mi­niów, Nowa Ze­lan­dia i Au­stra­lia, świa­do­me swo­je­go uza­leż­nie­nia od Ma­ry­nar­ki Kró­lew­skiej, po­czu­ły się za­alar­mo­wa­ne ujaw­nio­nym przez McKen­nę ob­ra­zem ma­le­ją­ce­go mar­gi­ne­su bry­tyj­skiej su­pre­ma­cji na mo­rzach. 22 mar­ca, za­le­d­wie sześć dni po przed­sta­wie­niu przez pierw­sze­go lor­da Ad­mi­ra­li­cji pro­jek­tu bu­dże­tu ma­ry­nar­ki w Izbie Gmin, rząd No­wej Ze­lan­dii prze­ka­blo­wał do Lon­dy­nu ofer­tę za­pła­ce­nia za bu­do­wę jed­ne­go dred­no­ta. W czerw­cu w jego śla­dy po­szedł rząd Au­stra­lii i wy­stą­pił z po­dob­ną pro­po­zy­cją. Obie ofer­ty zo­sta­ły przy­ję­te i w 1910 roku po­ło­żo­no stęp­ki pod dwa do­dat­ko­we krą­żow­ni­ki li­nio­we, "New Ze­aland" i "Au­stra­lia". Osta­tecz­nie więc, bez­po­śred­nio i po­śred­nio, "pa­ni­ka mor­ska" 1909 roku przy­nio­sła owo­ce w po­sta­ci dzie­się­ciu no­wych dred­no­tów dla Ma­ry­nar­ki Kró­lew­skiej w cią­gu jed­ne­go tyl­ko roku.

Pa­trząc z re­tro­spek­ty­wy, pod­sta­wy wy­bu­chu pa­ni­ki oka­za­ły się fał­szy­we. Niem­cy rze­czy­wi­ście gro­ma­dzi­li na za­pas ma­te­ria­ły i pod­sta­wy dział, a stocz­nie wcze­śniej roz­po­czy­na­ły bu­do­wy, lecz nie było przy­śpie­sze­nia w da­tach prze­ka­zy­wa­nia nie­miec­kich dred­no­tów do li­nii. Czte­ry okrę­ty z pro­gra­mu 1908 i czte­ry z pro­gra­mu 1909 roku były w rze­czy­wi­sto­ści na­wet opóź­nio­ne o osiem mie­się­cy, aby umoż­li­wić do­ko­na­nie zmian pro­jek­to­wych, wy­mu­szo­nych przez zwięk­sze­nie ka­li­bru dział na sze­ściu bry­tyj­skich okrę­tach z 12 na 13,5 ca­lo­we37. Pod ko­niec 1912 roku w li­nii było tyl­ko trzy­na­ście nie­miec­kich dred­no­tów - tak jak obie­cy­wa­li Met­ter­nich i Tir­pitz. Na­prze­ciw nich sta­ły dwa­dzie­ścia dwa dred­no­ty bry­tyj­skie. Póź­niej Chur­chill tak oce­niał re­zul­ta­ty i zna­cze­nie "pa­ni­ki mor­skiej":

"W świe­tle tego, co na­praw­dę się wy­da­rzy­ło, nie może być ja­kich­kol­wiek wąt­pli­wo­ści, że przy­najm­niej co się ty­czy fak­tów i liczb mie­li­śmy [Lloyd Geo­r­ge i ja] cał­ko­wi­tą ra­cję. Po­nu­re prze­wi­dy­wa­nia Ad­mi­ra­li­cji na rok 1912 nie speł­ni­ły się pod żad­nym wzglę­dem. Nie było żad­nych taj­nych nie­miec­kich dred­no­tów ani też ad­mi­rał Tir­pitz nie wy­po­wie­dział nie­praw­dzi­wych stwier­dzeń. [...] Choć jed­nak kanc­lerz Izby Roz­ra­chun­ko­wej i ja mie­li­śmy słusz­ność w wą­skim sen­sie, to ab­so­lut­nie nie mie­li­śmy ra­cji w sto­sun­ku do tego, co kry­ła w za­na­drzu hi­sto­ria. Naj­więk­szą za­słu­gę na­le­ży przy­pi­sać w tym wzglę­dzie pierw­sze­mu lor­do­wi Ad­mi­ra­li­cji, panu McKen­nie, za jego zde­cy­do­wa­ną i od­waż­ną po­sta­wę, z jaką wal­czył w swo­jej spra­wie i oparł się przy oka­zji wła­snej par­tii. Gdy trwa­ła ta de­ba­ta, na­praw­dę nie­wie­le my­śla­łem o tym, że gdy doj­dzie do na­stęp­ne­go kry­zy­su ga­bi­ne­to­we­go wo­kół ma­ry­nar­ki, na­sze role będą od­wró­co­ne, po­dob­nie jak i on nie my­ślał, że okrę­ty, o któ­re tak za­żar­cie wal­czył, gdy osta­tecz­nie zo­sta­ną do­star­czo­ne, będą przy­ję­te prze­ze mnie z otwar­ty­mi ra­mio­na­mi"38.

Były też i inne efek­ty "pa­ni­ki mor­skiej" 1909 roku w Wiel­kiej Bry­ta­nii. Byli tacy - wśród nich Sir Edward Go­schen, am­ba­sa­dor bry­tyj­ski w Ber­li­nie - któ­rzy uwa­ża­li, że bu­do­wa czte­rech do­dat­ko­wych dred­no­tów mia­ła ko­rzyst­ny wpływ na sto­sun­ki an­glo-nie­miec­kie. Ar­gu­men­to­wa­li oni, że spo­wol­nie­nie bu­do­wy dred­no­tów w pierw­szych la­tach rzą­dów li­be­ra­łów wy­wo­ła­ło w Ber­li­nie teo­rie, iż Bry­tyj­czy­cy za­czy­na­ją ro­bić się mięk­cy i bez­płod­ni, wkrót­ce więc - w na­tu­ral­nym dar­wi­now­skim po­rząd­ku - zo­sta­ną za­stą­pie­ni jako wład­cy świa­ta przez jur­nych Teu­to­nów. De­cy­zja rzą­du bry­tyj­skie­go o po­dwo­je­niu rocz­ne­go pro­gra­mu bu­do­wy okrę­tów, twier­dził Go­schen, spo­wo­do­wa­ła za­stą­pie­nie na­ra­sta­ją­cej po­gar­dy sza­cun­kiem i zwięk­szo­nym pra­gnie­niem za­cho­wa­nia przy­jaź­ni. Inny efekt był tak­że oczy­wi­sty. Oto prze­stał obo­wią­zy­wać "stan­dard dwóch mo­carstw", hi­sto­rycz­na za­sa­da, we­dług któ­rej Wiel­ka Bry­ta­nia oce­nia­ła, czy jej siły mor­skie są wy­star­cza­ją­ce. A jesz­cze tak nie­daw­no, bo w li­sto­pa­dzie 1908 roku, tuż przed wy­bu­chem "pa­ni­ki mor­skiej", Asqu­ith po­twier­dzał, że Bry­ta­nia po­trze­bo­wa­ła "prze­wa­gi dzie­się­ciu pro­cent w głów­nych kla­sach okrę­tów nad po­łą­czo­ny­mi si­ła­mi mor­ski­mi dwóch naj­sil­niej­szych po niej mo­carstw, nie­za­leż­nie od tego, ja­kie to mogą być mo­car­stwa". W isto­cie trze­cia naj­więk­sza ma­ry­nar­ka świa­ta, pla­su­ją­ca się tuż za ma­ry­nar­ką Nie­miec, na­le­ża­ła do Sta­nów Zjed­no­czo­nych, a ża­den bry­tyj­ski po­li­tyk ni ad­mi­rał nie wy­obra­żał so­bie woj­ny z Ame­ry­ka­na­mi. W ten spo­sób "pa­ni­ka mor­ska" 1909 roku ozna­cza­ła dla Bry­ta­nii po­czą­tek obo­wią­zy­wa­nia wo­bec Ma­ry­nar­ki Kró­lew­skiej stan­dar­du jed­ne­go mo­car­stwa. Bry­ta­nia mia­ła od­tąd bu­do­wać okrę­ty wy­łącz­nie prze­ciw­ko Niem­com. Chur­chill, już jako pierw­szy lord Ad­mi­ra­li­cji, stwier­dził ów fakt ofi­cjal­nie 28 mar­ca 1912 roku, kie­dy to po­wie­dział w Izbie Gmin, że od­tąd stan­dar­dem Bry­ta­nii jest 60-pro­cen­to­wa prze­wa­ga nad Niem­ca­mi.

Były jesz­cze dwa inne skut­ki "pa­ni­ki mor­skiej" z 1909 roku i de­cy­zji o zbu­do­wa­niu ośmiu dred­no­tów w cią­gu jed­ne­go roku. Alarm w par­la­men­cie i hi­ste­ria w pra­sie od­no­śnie do kon­dy­cji obro­ny mor­skiej Wiel­kiej Bry­ta­nii wy­wo­ła­ły kry­ty­kę sta­rze­ją­ce­go się pierw­sze­go lor­da mor­skie­go, któ­ry rzą­dził Ad­mi­ra­li­cją i do­ra­dzał rzą­do­wi. Dla­cze­go, py­ta­no, je­śli oka­zu­je się, że Bry­ta­nia na­gle po­trze­bu­je ośmiu okrę­tów w jed­nym roku, wy­bu­do­wa­ła tyl­ko dwa w roku po­przed­nim? Uza­sad­nio­na czy nie, na­ra­sta­ją­ca kry­ty­ka i uskar­ża­nie się nad­wą­tli­ły wia­ry­god­ność Jac­ky'ego Fi­she­ra. Gdy tyl­ko pro­jekt bu­dże­tu ma­ry­nar­ki na rok 1909 zo­stał za­twier­dzo­ny w gło­so­wa­niu, spra­wa­mi tymi za­ję­ła się rzą­do­wa ko­mi­sja śled­cza. "Pa­ni­ka mor­ska" wy­war­ła tak­że głę­bo­ki wpływ na Kanc­le­rza Izby Roz­ra­chun­ko­wej, Da­vi­da Lloyd Geo­r­ge'a. De­cy­zja o bu­do­wie ośmiu dred­no­tów w okre­sie jed­ne­go roku zbu­rzy­ła jego ob­li­cze­nia bu­dże­to­we. Aby ze­brać do­dat­ko­we mi­lio­ny fun­tów szter­lin­gów, kanc­lerz po­sta­no­wił po­szu­kać no­wych źró­deł do­cho­du, a za­pro­po­no­wa­ne przez nie­go po­dat­ki sta­ły się jesz­cze bar­dziej kon­tro­wer­syj­ne po­li­tycz­nie, niż de­cy­zja o bu­do­wie do­dat­ko­wych okrę­tów. W 1910 i w 1911 roku mia­ły one do­pro­wa­dzić do hi­sto­rycz­nej a burz­li­wej kon­fron­ta­cji po­mię­dzy Izbą Gmin a Izbą Lor­dów.

34Inwazja Anglii

Rola ma­ry­nar­ki w woj­nach pro­wa­dzo­nych przez Bry­ta­nię była za­wsze de­fen­syw­na; bro­nią ofen­syw­ną była ar­mia. Stąd też wzię­ła się me­ta­fo­ra: ma­ry­nar­ka - tar­cza, ar­mia - włócz­nia czy też, w po­sta­ci zmo­der­ni­zo­wa­nej przez Fi­she­ra: "ar­mia jest po­ci­skiem, któ­ry ma­ry­nar­ka musi wy­strze­lić". Naj­waż­niej­szą mi­sją ma­ry­nar­ki była obro­na Wysp Bry­tyj­skich oraz szla­ków han­dlo­wych Im­pe­rium. Jed­nak­że, bez wzglę­du na to jak by­ła­by po­tęż­na, jej po­tę­ga nie się­ga­ła da­lej niż do nie­przy­ja­ciel­skie­go wy­brze­ża. Sama jed­na nie mo­gła po­ko­nać prze­ciw­ni­ków na kon­ty­nen­cie; dzie­się­cio­le­cia wo­jen z Kró­lem Słoń­ce i z Na­po­le­onem do­wio­dły tego do­bit­nie. Ofi­ce­ro­wie ma­ry­nar­ki przy­zna­wa­li, że Bry­ta­nia po­trze­bu­je ar­mii. W myśl ich pre­fe­ren­cji mia­ły to być małe, wy­so­ce pro­fe­sjo­nal­ne siły eks­pe­dy­cyj­ne, któ­re, ma­jąc ru­chli­wość za­pew­nio­ną przez do­mi­nu­ją­cą po­tę­gę mor­ską, zdol­ne by­ły­by do na­głe­go ude­rze­nia w do­wol­nym punk­cie wro­gie­go wy­brze­ża i to ze skut­kiem znacz­nie więk­szym niż wy­ni­ka­ło­by to z ich li­czeb­no­ści. Ob­my­śla­jąc rolę dla ar­mii bry­tyj­skiej, ad­mi­ra­ło­wie i ko­man­do­ro­wie nig­dy jed­nak nie wy­obra­ża­li so­bie na­wet, że mia­ła­by ona być od­po­wie­dzial­na za obro­nę Wysp Ma­cie­rzy­stych. Od cza­sów Wiel­kiej Ar mady wła­śnie do Ma­ry­nar­ki Kró­lew­skiej na­le­żał obo­wią­zek za­to­pie­nia wszyst­kich okrę­tów wo­jen­nych, trans­por­tow­ców woj­ska czy in­nych ba­rek na­jeźdź­cy, za­nim choć­by je­den żoł­nierz nie­przy­ja­ciel­ski po­sta­wił sto­pę na an­giel­skiej pla­ży.

Gdy dzie­więt­na­sty wiek do­bie­gał koń­ca, nie­któ­rzy w Wiel­kiej Bry­ta­nii za­czę­li wąt­pić, czy ma­ry­nar­ka jest w sta­nie speł­niać choć­by swo­ją de­fen­syw­ną rolę. Wie­le spo­śród tych wąt­pli­wo­ści zgła­sza­nych było i po­bu­dza­nych przez ofi­ce­rów ar­mii. Czy było to roz­sąd­ne, py­ta­li, aby Bry­ta­nia sta­wia­ła wszyst­ko na jed­ną kar­tę? "Wiem tyl­ko, że nic nie jest bar­dziej po­dat­ne na znisz­cze­nie od wszel­kich rze­czy pły­wa­ją­cych po wo­dzie - oznaj­mił w roku 1896 na­czel­ny do­wód­ca ar­mii bry­tyj­skiej, lord Wol­se­ley - Czę­sto sły­szy­my, że w okre­sie po­ko­ju i przy naj­spo­koj­niej­szym mo­rzu na­sze naj­lep­sze pan­cer­ni­ki zde­rza­ją się ze sobą... stwier­dza­my też, że wiel­kie sztor­my po­tra­fią roz­pro­szyć i nie­mal znisz­czyć naj­wspa­nial­sze flo­ty, ja­kie kie­dy­kol­wiek pły­wa­ły po mo­rzach. Jest za­tem za­sad­ni­czo ko­niecz­ne, żeby ten kraj za­wsze miał po­tęż­ną ar­mię, w sile wy­star­cza­ją­cej przy­najm­niej do obro­ny na­szych wła­snych brze­gów". Gdy­by na­wet bry­tyj­skim pan­cer­ni­kom uda­ło się nie po­to­pić na­wza­jem ani nie dać się zmieść sztor­mom, za­wsze ist­nia­ła szan­sa, że mogą zo­stać pod­stę­pem od­cią­gnię­te od Ka­na­łu na czas do­sta­tecz­nie dłu­gi, by ar­mia in­wa­zyj­na zdą­ży­ła się przez nie­go prze­śli­znąć. Dla tych wła­śnie po­wo­dów, su­ge­ro­wa­ła ar­mia, po­win­no się ją po­więk­szyć.

Po­cząt­ko­we po­raż­ki ar­mii pod­czas woj­ny bur­skiej wzmoc­ni­ły tyl­ko taką ar­gu­men­ta­cję. Trze­ba było wy­słać z An­glii po­tęż­ne po­sił­ki dla wal­czą­cych tam od­dzia­łów, oga­ła­ca­jąc oj­czy­znę z żoł­nie­rzy. Pra­sa na kon­ty­nen­cie, za­żar­cie pro­bur­ska, wście­ka­ła się na bry­tyj­skie "roz­bój­ni­cze przed­się­wzię­cie w Po­łu­dnio­wej Afry­ce" i za­chę­ca­ła ko­ali­cję eu­ro­pej­ską do sko­rzy­sta­nia ze sła­bo­ści An­glii na jej wła­snym te­re­nie. Taka wraż­li­wość na cio­sy była bar­dziej psy­cho­lo­gicz­nej ani­że­li rze­czy­wi­stej na­tu­ry - flo­ta bry­tyj­ska nadal prze­cież sta­cjo­no­wa­ła na wo­dach eu­ro­pej­skich - ale była ostro od­czu­wal­na. Sław­ny dzien­ni­karz, W. T. Ste­ad, ujął to bar­dzo ob­ra­zo­wo: "Im­pe­rium, odar­te ze swej zbroi, ze zwią­za­ny­mi na ple­cach rę­ka­mi i gar­dłem wy­sta­wio­nym pod ostre noże swo­ich naj­za­go­rzal­szych wro­gów". Po­nie­waż w An­glii nie było pra­wie żad­nych od­dzia­łów, Fran­cu­zi mo­gli od­cią­gnąć flo­tę na okres wy­star­cza­ją­co dłu­gi dla prze­rzu­ce­nia przez ka­nał pięć­dzie­się­ciu lub stu ty­się­cy żoł­nie­rzy, któ­rzy by po­ma­sze­ro­wa­li na Lon­dyn, prak­tycz­nie nie na­po­ty­ka­jąc opo­ru. Na­wet lord Sa­lis­bu­ry, któ­ry za­zwy­czaj igno­ro­wał wszel­kie gad­ki o za­gro­że­niu Bry­ta­nii, zwró­cił na to uwa­gę. W maju 1900 roku, gdy jego ro­da­cy czu­li się naj­bar­dziej na­ra­że­ni, za­pro­po­no­wał on two­rze­nie w ca­łym kra­ju pry­wat­nych klu­bów strze­lec­kich; na­jeźdź­cy mie­li być od­stra­sze­ni per­spek­ty­wą na­po­tka­nia strzel­ców ama­to­rów wy­ska­ku­ją­cych zza ży­wo­pło­tów.

Mimo su­ge­stii pre­mie­ra rząd za­cho­wał wia­rę w ma­ry­nar­kę i jej zdol­ność do od­par­cia in­wa­zji. W rze­czy sa­mej pod­czas woj­ny bur­skiej ma­ry­nar­ka od­gry­wa­ła swo­ją tra­dy­cyj­ną rolę. Ab­so­lut­ne pa­no­wa­nie na mo­rzu umoż­li­wi­ło nie­za­kłó­co­ny trans­port 250 000 żoł­nie­rzy, ich amu­ni­cji i za­opa­trze­nia na tra­sie prze­szło sze­ściu ty­się­cy mil mor­skich. Rów­no­cze­śnie, po­mi­mo tego co plo­tła pra­sa w Pa­ry­żu i Ber­li­nie, ża­den żoł­nierz z kon­ty­nen­tu nie po­sta­wił sto­py na zie­mi An­glii. Pierw­szy lord mor­ski owe­go okre­su, Sir Wal­ter Kerr, z pro­fe­sjo­nal­nym spo­ko­jem wy­ja­śniał: "O ile na­sza ma­ry­nar­ka nie znik­nie cał­ko­wi­cie z wód ma­cie­rzy­stych, ry­zy­ko dla sił in­wa­zyj­nych bę­dzie ogrom­ne i po­dej­rze­wam, że jest to cał­ko­wi­cie zro­zu­mia­łe po dru­giej stro­nie Ka­na­łu". Spra­wy po­to­czy­ły się tak, że ża­den rząd eu­ro­pej­ski nie miał za­mia­ru rzu­cać wy­zwa­nia Bry­ta­nii, choć­by jej żoł­nie­rze byli nie wia­do­mo jak da­le­ko. A żad­na flo­ta eu­ro­pej­ska nie była w sta­nie rzu­cić wy­zwa­nia Ma­ry­nar­ce Kró­lew­skiej. Flo­ta fran­cu­ska, je­dy­na siła mo­gą­ca stwo­rzyć ja­kieś wy­obra­żal­ne za­gro­że­nie, przez cały okres trwa­nia woj­ny bur­skiej była cał­ko­wi­cie nie­przy­go­to­wa­na do ak­cji. Do grud­nia 1900 roku po­czu­cie za­gro­że­nia w An­glii opa­dło. Cza­so­pi­smo "Na­val and Mi­li­ta­ry Re­cord" zdą­ży­ło od­zy­skać wła­ści­wą Bry­tyj­czy­kom po­sta­wę re­zer­wy przy roz­wa­ża­niu za­gro­żeń ze­wnętrz­nych: "Je­dy­ną trud­no­ścią, jaką wi­dzi­my na dro­dze do in­wa­zji An­glii - być może wy­ra­sta­ją­cą z na­szych wy­spiar­skich uprze­dzeń - jest to, że od­dzia­ły fran­cu­skie mu­sia­ły­by naj­pierw zo­stać prze­trans­por­to­wa­ne przez wodę".

Po kon­flik­cie w Po­łu­dnio­wej Afry­ce Ar­mia Bry­tyj­ska chcia­ła na­tu­ral­nie sko­ry­go­wać wszel­kie błę­dy or­ga­ni­za­cyj­ne i ma­te­ria­ło­we, ja­kie spro­wa­dzi­ły na nią ta­kie kło­po­ty z rąk bur­skich ko­man­do­sów. Wie­lu ofi­ce­rów chcia­ło też ogól­ne­go po­więk­sze­nia ar­mii, aby dać Bry­ta­nii coś, co od­po­wia­da­ło­by sta­tu­so­wi Wiel­kie­go Mo­car­stwa. W 1901 roku St John Bro­de­rick, unio­ni­stycz­ny mi­ni­ster woj­ny w ostat­nim ga­bi­ne­cie Sa­lis­bu­ry'ego, przed­sta­wił plan ar­mii li­czą­cej 600 000 żoł­nie­rzy sfor­mo­wa­nych w sześć kor­pu­sów ar­mij­nych. Stu dwu­dzie­stu ty­siąc­om owych żoł­nie­rzy przy­pa­dła­by tra­dy­cyj­na rola sił eks­pe­dy­cyj­nych, zaś 480 000 zo­sta­ło­by przy­dzie­lo­nych do no­wej roli - obro­ny kra­ju. Przy­czy­ną było to, że, jak tłu­ma­czył Bro­de­rick, coś mo­gło się przy­da­rzyć ma­ry­nar­ce. "In­wa­zja może mieć zni­ko­me szan­se - oznaj­mił - lecz Im­pe­rium tej wiel­ko­ści nie rzą­dzi się li­cząc na zni­ko­mość szans". Plan mi­ni­stra woj­ny spo­tkał się z po­wszech­ną dez­apro­ba­tą. "Wiel­ka ar­mia de­fen­syw­na nig­dy nie bę­dzie mia­ła nic god­ne­go do ro­bo­ty w tym kra­ju" - oznaj­miał "Ti­mes". "Na­wet i trzy­dzie­ści kor­pu­sów ar­mii nie utrzy­ma­ło­by rów­no­wa­gi, gdy­by flo­ta zo­sta­ła wy­mie­cio­na z mórz" - stwier­dził lord Ro­se­be­ry w Izbie Lor­dów. Win­ston Chur­chill wy­ło­żył swo­ją ar­gu­men­ta­cję bar­dzo zwięź­le: "Co się ty­czy sil­niej­szej Ar­mii Re­gu­lar­nej, to albo pa­nu­je­my na mo­rzach, albo nie. Je­śli pa­nu­je­my, po­trze­ba nam mniej żoł­nie­rzy, je­śli zaś nie - chce­my wię­cej okrę­tów".

Ar­mia upie­ra­ła się przy swo­im. Jej rzecz­ni­kiem zo­stał mar­sza­łek po­lny lord Ro­berts, słyn­ny "Bobs", naj­więk­szy ży­ją­cy bo­ha­ter woj­sko­wy Bry­ta­nii, zdo­byw­ca Krzy­ża Wik­to­rii, we­te­ran walk w In­diach, zwy­cięz­ca z Po­łu­dnio­wej Afry­ki, a w la­tach 1901-1904 - na­czel­ny do­wód­ca Ar­mii Bry­tyj­skiej. Ro­berts oba­wiał się, że gdy­by flo­ta zo­sta­ła znisz­czo­na lub błęd­nie roz­miesz­czo­na, Ar­mia Bry­tyj­ska nie sta­no­wi­ła­by żad­nej prze­szko­dy dla sił in­wa­zyj­nych ja­kie­go­kol­wiek mo­car­stwa kon­ty­nen­tal­ne­go. Jego pro­po­zy­cją było utwo­rze­nie wiel­kiej Ar­mii Bry­tyj­skiej, opar­tej na obo­wiąz­ko­wej służ­bie woj­sko­wej. Gdy unio­ni­stycz­ny rząd Ar­thu­ra Bal­fo­ura od­rzu­cił jego pro­po­zy­cję, Ro­berts zre­zy­gno­wał z zaj­mo­wa­ne­go w ar­mii sta­no­wi­ska i cały po­świę­cił się tej spra­wie. W 1905 roku zo­stał prze­wod­ni­czą­cym Kra­jo­wej Ligi Służ­by Woj­sko­wej, gru­py bo­jow­ni­ków - zwo­len­ni­ków po­bo­ru. Uwol­nio­ny od ogra­ni­czeń, ja­kie na­rzu­ca­ło mu do­tych­cza­so­we sta­no­wi­sko, lord Ro­berts, już po sie­dem­dzie­siąt­ce, stał się zna­ną po­sta­cią, czę­sto prze­ma­wia­ją­cą za po­bo­rem w Izbie Lor­dów i na zgro­ma­dze­niach pu­blicz­nych. Gdy w ostat­nich mie­sią­cach swo­je­go pre­mie­ro­wa­nia Bal­fo­ur za­pew­niał, że in­wa­zja "nie jest ewen­tu­al­no­ścią, jaką mu­sie­li­by­śmy po­waż­nie brać pod uwa­gę", Ro­berts od­pa­ro­wał w Izbie Lor­dów: "Nie wa­ham się stwier­dzić, że na­sze siły zbroj­ne jako ca­łość, są ab­so­lut­nie rów­nie nie­zdol­ne i nie­przy­go­to­wa­ne do woj­ny, jak były w la­tach 1899-1900".

Wro­gość Ro­bert­sa wo­bec Bal­fo­ura była umiar­ko­wa­na w po­rów­na­niu z uczu­cia­mi, ja­kie ży­wił wzglę­dem no­we­go li­be­ral­ne­go rzą­du, któ­ry do­szedł do wła­dzy w grud­niu 1905. Pa­trząc, gdzie zna­leźć pie­nią­dze na pro­gra­my so­cjal­ne, Camp­bell-Ban­ner­man i Asqu­ith do­ko­ny­wa­li cięć w bu­dże­tach za­rów­no ar­mii, jak i ma­ry­nar­ki. Wkrót­ce lord Ro­berts pi­sy­wał już re­gu­lar­nie do Bal­fo­ura, któ­ry był w Izbie Gmin uzna­nym au­to­ry­te­tem w spra­wach obro­ny, a tak­że przy­wód­cą opo­zy­cji. Ro­berts wy­li­czył, że gdy­by z ta­kiej czy in­nej przy­czy­ny flo­ta bry­tyj­ska nie in­ter­we­nio­wa­ła, wro­go­wi z kon­ty­nen­tu wy­star­czy­ły­by dzie­więć­dzie­siąt czte­ry go­dzi­ny do prze­rzu­ce­nia sie­dem­dzie­się­ciu ty­się­cy żoł­nie­rzy przez Ka­nał lub Mo­rze Pół­noc­ne. Gdy­by już do­sta­li się do An­glii, przy­łą­czy­ło­by się do nich osiem­dzie­siąt ty­się­cy cu­dzo­ziem­ców, sa­mych wy­szko­lo­nych żoł­nie­rzy, za­miesz­ku­ją­cych Wiel­ką Bry­ta­nię. Wie­lu z tych ostat­nich, twier­dził Ro­berts, pra­co­wa­ło w du­żych ho­te­lach na głów­nych sta­cjach ko­le­jo­wych kra­ju, skąd z ła­two­ścią mo­gli­by za­blo­ko­wać bry­tyj­ski sys­tem trans­por­to­wy.

Ostrze­że­nia Ro­bert­sa zro­bi­ły na Bal­fo­urze wra­że­nie do­sta­tecz­nie sil­ne, by za­su­ge­ro­wał Ko­mi­te­to­wi Obro­ny Im­pe­rium po­now­ne roz­wa­że­nie za­gro­że­nia An­glii in­wa­zją. Przed i w okre­sie spra­wo­wa­nia przez nie­go urzę­du pre­mie­ra po­ten­cjal­ny­mi na­jeźdź­ca­mi byli Fran­cu­zi, te­raz sta­li się nimi Niem­cy. Ze­brał się pod­ko­mi­tet i roz­po­czął prze­słu­cha­nia. W kwiet­niu 1908 roku, gdy pre­mie­rem zo­stał Asqu­ith, spra­wa zo­sta­ła po­trak­to­wa­na bar­dziej se­rio. Z po­wo­du swo­je­go do­świad­cze­nia, Bal­fo­ur zo­stał po­pro­szo­ny o sta­wie­nie się przed pod­ko­mi­te­tem i oce­nę zgro­ma­dzo­ne­go ma­te­ria­łu. W obec­no­ści Asqu­itha, Greya, Hal­da­ne'a, Lloyd Geo­r­ge'a i lor­da Ro­bert­sa, Bal­fo­ur prze­ma­wiał przez go­dzi­nę. Było to, jak mó­wił świa­dek, "oświe­ca­ją­ce" wy­stą­pie­nie, "ab­so­lut­nie do­sko­na­łe pod wzglę­dem for­my i ję­zy­ka", któ­re wpra­wi­ło ko­mi­tet "w ta­kie osłu­pie­nie", że ża­den z jego człon­ków, na­wet lord Ro­berts, nie mógł zdo­być się na za­da­nie choć­by jed­ne­go py­ta­nia. "W po­wszech­nej opi­nii nig­dy nie przed­sta­wio­no le­piej ca­łej tej kwe­stii". Zda­niem Bal­fo­ura, a taki też był koń­co­wy wnio­sek ko­mi­te­tu, pierw­szą li­nią obro­ny po­win­na być ma­ry­nar­ka, a jak dłu­go bę­dzie za­pew­nio­na jej su­pre­ma­cja, An­glia nie może ulec in­wa­zji.

Fi­sher, któ­ry nie ży­wił dla ar­mii szcze­gól­ne­go sza­cun­ku, za­wsze oka­zy­wał po­gar­dę wszel­kim su­ge­stiom, że ma­ry­nar­ka mo­gła­by nie ode­przeć in­wa­zji. "Ma­ry­nar­ka - po­wie­dział obej­mu­jąc sta­no­wi­sko pierw­sze­go lor­da mor­skie­go w 1904 roku, jest pierw­szą, dru­gą, trze­cią, czwar­tą, pią­tą [...] i tak ad in­fi­ni­tum39 [...] li­nią obro­ny! Je­śli ma­ry­nar­ka nie pa­nu­je nad mo­rza­mi, to na nic zda się ar­mia, choć­by nie wiem jak wiel­ka. To nie in­wa­zji mu­si­my się oba­wiać, gdy ma­ry­nar­ka zo­sta­nie po­ko­na­na, LECZ GŁO­DU!" Co zaś się ty­czy­ło nie­przy­ja­ciel­skich żoł­nie­rzy na­gle ru­sza­ją­cych przez Mo­rze Pół­noc­ne i lą­du­ją­cych na an­giel­skich pla­żach, to Fi­sher par­sk­nął tyl­ko: "Je­stem zbyt za­ję­ty, aby tra­cić czas na ta­kie baj­du­rze­nie". Wy­ma­ga­ło­by to mie­się­cy przy­go­to­wań, zgro­ma­dze­nia trans­por­tow­ców i za­ła­do­wa­nia na nich żoł­nie­rzy; wszyst­ko to nie mo­gło wszak przejść nie za­uwa­żo­ne. Od­no­śnie do sie­dem­dzie­się­ciu ty­się­cy żoł­nie­rzy, to Fi­sher wska­zy­wał, że przez cały paź­dzier­nik 1899, na po­cząt­ku woj­ny bur­skiej, naj­więk­sza po­tę­ga mor­ska świa­ta, po­sia­da­ją­ca naj­więk­szą na świe­cie flo­tę han­dlo­wą i ko­rzy­sta­ją­ca z pię­ciu wiel­kich por­tów mor­skich, po­tra­fi­ła wy­pra­wić w mo­rze tyl­ko trzy­dzie­ści ty­się­cy woj­ska i mniej niż czte­ry ty­sią­ce koni. Fi­sher zje­żył się, że Ko­mi­tet Obro­ny Im­pe­rium za­dał so­bie trud i ze­brał się, aby wy­słu­chać lor­da Ro­bert­sa. Na ban­kie­cie w Gu­il­dhall w 1907 roku, w jed­nym z dwóch wy­stą­pień pu­blicz­nych ja­kie w swo­im ży­ciu wy­gło­sił, pierw­szy lord mor­ski wy­śmiał po­mysł, że ar­mia nie­miec­ka mo­gła­by zja­wić się w An­glii jak grom z ja­sne­go nie­ba. "Rów­nie do­brze mo­gli­by­ście opo­wia­dać o tym, jak ka­te­drę św. Paw­ła da się za­ła­do­wać na sta­te­czek-za­baw­kę - oznaj­mił - Nie, pa­no­wie, mo­że­cie wra­cać do do­mów i spać spo­koj­nie w swo­ich łóż­kach".

Choć wnio­ski pod­ko­mi­te­tu oraz ich po­twier­dze­nie przez rząd były wią­żą­ce, przy­najm­niej w za­kre­sie wy­ty­czo­nej po­li­ty­ki, to oba fak­ty były taj­ne i nie mia­ły wpły­wu na sza­le­ją­cą pu­blicz­ną de­ba­tę na te­mat in­wa­zji. Mimo za­pew­nień pierw­sze­go lor­da mor­skie­go, mimo do­łą­cza­ją­cych do flo­ty no­wych dred­no­tów, mimo spraw­nej re­or­ga­ni­za­cji ar­mii przez Hal­da­ne'a, An­gli­cy i An­giel­ki cią­gle byli peł­ni obaw. Hen­ry Ja­mes, pra­wie An­glik40, miesz­ka­ją­cy w Rye na wy­brze­żu Ka­na­łu, oba­wiał się, że któ­re­goś dnia mógł­by wyj­rzeć na mo­rze i za­uwa­żyć ja­sno­sza­re okrę­ty flo­ty nie­miec­kiej kie­ru­ją­ce swo­je dzia­ła na jego dom. "Gdy ce­sarz nie­miec­ki ścią­gnie na­stęp­ną woj­nę na ten kraj - po­wie­dział pi­sarz - moje ko­mi­ny, wi­docz­ne z pew­nej od­le­gło­ści z mo­rza, stać się mogą jego pierw­szym ce­lem". Dzien­nik "Da­ily Mail" ta­kiej oto po­ra­dy udzie­lał ja­da­ją­cym obia­dy w re­stau­ra­cjach: "Od­ma­wiaj­cie ob­słu­gi przez nie­miec­kich lub au­striac­kich kel­ne­rów.

Gdy kel­ner po­wia­da, że jest Szwaj­ca­rem, żą­daj­cie, by po­ka­zał wam swój pasz­port".

Oba­wy ta­kie były roz­dmu­chi­wa­ne przez ro­sną­cy stru­mień szcze­gól­nej li­te­ra­tu­ry - ksią­żek, bro­szur, sztuk te­atral­nych i hi­sto­ry­jek ga­ze­to­wych - osnu­tych na mo­ty­wie ma­ją­cej wkrót­ce na­stą­pić ob­cej in­wa­zji. Wraz ze spad­kiem anal­fa­be­ty­zmu i roz­wo­jem ga­zet o ma­so­wych na­kła­dach roz­po­czął się boom na pi­sar­stwo sen­sa­cyj­ne. Do­szło do ist­nej erup­cji li­te­ra­tu­ry "in­wa­zyj­nej" w po­sta­ci po­wie­ści szpie­gow­skich, po­wie­ści o wy­ima­gi­no­wa­nej woj­nie oraz in­wa­zji. Przez dwa­dzie­ścia lat, od wcze­snych lat osiem­dzie­sią­tych XIX wie­ku aż do roku 1903, kie­dy to po­ro­zu­mie­nie ko­lo­nial­ne z Fran­cją było bli­skie za­war­cia, fik­cyj­ni na­jeźdź­cy byli za­wsze Fran­cu­za­mi. Waż­nym czyn­ni­kiem był tu spór z Fran­cją o Egipt, któ­ry osią­gnął szczyt w po­sta­ci nie­mal pa­ni­ki wo­jen­nej pod­czas in­cy­den­tu o Fa­szo­dę w 1898, lecz ko­rze­nie an­ta­go­ni­zmu się­ga­ły kil­ku stu­le­ci wstecz. W póź­nej epo­ce wik­to­riań­skiej An­gli­cy tłu­ma­czy­li wszyst­ko po pro­stu jako kwe­stię fran­cu­skiej za­zdro­ści: "za­zdro­ści o wiel­kie Im­pe­rium An­glii, za­zdro­ści o jej wol­ność, sta­bil­ność jej rzą­dów, jej trwa­łej mo­nar­chii, jej uko­cha­nej Kró­lo­wej".

W 1882 roku An­glię pod­nie­cił szcze­gól­ny przy­pływ stra­chu przed in­wa­zją. Przed­ło­żo­ny tego roku w par­la­men­cie plan prze­wi­dy­wał prze­ko­pa­nie dwu­dzie­sto­mi­lo­we­go tu­ne­lu ko­le­jo­we­go z Do­ver do Ca­la­is. We wrza­sku, jaki za­raz po­tem na­stą­pił, wszel­ka ra­cjo­nal­na dys­ku­sja na te­mat ko­rzy­ści han­dlo­wych z otwar­cia no­we­go szla­ku zo­sta­ła za­nie­cha­na. Na ze­wnątrz je­dy­ną kwe­stią było, czy tu­nel pod Ka­na­łem stał­by się wy­rwą w obron­nej fo­sie Bry­ta­nii. Pod­skór­nie dały się od­czuć inne oba­wy. Tu­nel ozna­czał­by ko­niec "Wspa­nia­łej Izo­la­cji". Zmu­sił­by on Bry­tyj­czy­ków do od­rzu­ce­nia wy­obra­żeń o nich sa­mych jako o miesz­kań­cach "tej wład­czej wy­spy [...] w srebr­nym opra­wio­nej mo­rzu", jako obroń­ców "tej for­te­cy zbu­do­wa­nej przez samą Na­tu­rę"41. Nikt obcy nie po­tra­fił­by tego zro­zu­mieć. O po­ko­le­nie wcze­śniej, gdy ksią­żę Al­bert, za­wsze en­tu­zja­sta roz­wo­ju tech­ni­ki, za­pro­po­no­wał zbu­do­wa­nie tu­ne­lu lor­do­wi Pal­mer­sto­no­wi, pre­mier, któ­ry w swo­ich po­glą­dach nie od­bie­gał od prze­cięt­ne­go An­gli­ka, od­parł "nie tra­cąc ani na chwi­lę zwy­czaj­ne­go mu, per­fek­cyj­nie dwor­skie­go tonu "My­ślał­by pan cał­kiem od­mien­nie, Sir, gdy­by uro­dził się na tej wy­spie"". Więk­szość An­gli­ków nadal po­dzie­la­ła ta­kie po­glą­dy. W 1882 roku roz­wście­cze­ni oby­wa­te­le rzu­ci­li się na lon­dyń­skie biu­ra chan­nel Tun­nel Com­pa­ny i po­wy­bi­ja­li w nich szy­by. Ma­so­wa pe­ty­cja an­ty­tu­ne­lo­wa, pod­pi­sa­na przez Brow­nin­ga, Ten­ny­so­na, Hux­leya, kar­dy­na­ła New­ma­na, ar­cy­bi­sku­pa Can­ter­bu­ry, pię­ciu diu­ków, dzie­się­ciu hra­biów, pięć­dzie­się­ciu dzie­wię­ciu ge­ne­ra­łów, sie­dem­na­stu ad­mi­ra­łów i dwu­dzie­stu sze­ściu po­słów do par­la­men­tu, uro­czy­ście stwier­dza­ła, że prze­ko­pa­nie tu­ne­lu "po­cią­gnę­ło­by za sobą ta­kie nie­bez­pie­czeń­stwa mi­li­tar­ne i ob­cią­że­nia dla tego kra­ju, od ja­kich, po­zo­sta­jąc wy­spą, szczę­śli­wie by­li­śmy wol­ni". Szum wo­kół spra­wy roz­pa­lił wy­obraź­nię pi­sa­rzy. Z pras dru­kar­skich spły­wał ist­ny po­tok bro­szur, roz­praw i gro­szo­wych po­wie­ści o ta­kich ty­tu­łach, jak "Tu­nel pod Ka­na­łem, czy­li An­glia w nie­bez­pie­czeń­stwie", "Zdo­by­cie tu­ne­lu pod Ka­na­łem", "Bi­twa o tu­nel pod Ka­na­łem", "Z za­sko­cze­nia przez tu­nel pod Ka­na­łem" oraz "Jak John Bull stra­cił Lon­dyn". Ta nowa szko­ła be­le­try­sty­ki po­słu­gi­wa­ła się se­ryj­nie ty­po­wą po­sta­cią fran­cu­skie­go kel­ne­ra, pra­cu­ją­ce­go w An­glii, z ka­ra­bi­nem ukry­tym w swo­im ba­ga­żu. On i jego prze­szko­le­ni woj­sko­wo ro­da­cy wy­my­ka­ją się ze swo­ich miejsc za­miesz­ka­nia i w ciem­no­ściach nocy zaj­mu­ją an­giel­ski wy­lot tu­ne­lu pod Ka­na­łem. Na­stęp­ne­go ran­ka po­cią­giem przy­by­wa do An­glii ar­mia fran­cu­ska, żeby do­koń­czyć pod­bo­ju. Sam tu­nel spo­wo­do­wał­by, że wiel­ki na­pływ cu­dzo­ziem­ców do An­glii nie wzbu­dzał­by po­dej­rzeń. "Wiel­ki wzrost do­bro­by­tu, jaki tu­nel przy­niósł w Do­ver - wy­ja­śniał pe­wien po­wie­ścio­pi­sarz - spo­wo­do­wał, że w mie­ście osie­dli­ła się wiel­ka ilość fran­cu­skich re­stau­ra­to­rów, kel­ne­rów, szew­ców, mo­dy­stek i pasz­tet­ni­ków".

Cały ten za­męt po­więk­szy­ło jesz­cze dwóch naj­wyż­szych ran­gą ofi­ce­rów w Ar­mii Wiel­kiej Bry­ta­nii. Mar­sza­łek po­lny, Jego Kró­lew­ska Wy­so­kość Diuk Cam­brid­ge, na­czel­ny do­wód­ca Ar­mii Bry­tyj­skiej (i ku­zyn kró­lo­wej) na­pi­sał, że gdy­by an­giel­ski wy­lot tu­ne­lu zo­stał wzię­ty z za­sko­cze­nia, Bry­ta­nia nie mo­gła­by mieć żad­nej na­dziei na sta­wie­nie sku­tecz­ne­go opo­ru ja­kie­mu­kol­wiek mo­car­stwu kon­ty­nen­tal­ne­mu. "Mo­gli­by­śmy mimo wszel­kiej ostroż­no­ści stwier­dzić któ­re­goś ran­ka, że oba koń­ce tu­ne­lu są za­ję­te przez wro­ga, mo­gą­ce­go wte­dy bez na­po­ty­ka­nia opo­ru prze­rzu­cić przez nie­go swo­ją ar­mię". Lord Wol­se­ley, ge­ne­rał-ad­iu­tant, uwa­żał za rzecz moż­li­wą, by wróg do­ko­nał in­wa­zji na­wet bez po­mo­cy kel­ne­rów i pasz­tet­ni­ków. "Parę ty­się­cy uzbro­jo­nych lu­dzi z ła­two­ścią mo­gło­by prze­być tu­nel noc­nym po­cią­giem, nie wzbu­dza­jąc żad­nych po­dej­rzeń, gdy­by prze­bra­li się za zwy­czaj­nych pa­sa­że­rów, albo też - ja­dąc z naj­więk­szą pręd­ko­ścią z opusz­czo­ny­mi za­sło­na­mi okien - na­wet w mun­du­rach i pod bro­nią". W mia­rę upły­wu lat, po­nie­waż tu­ne­lu cią­gle nie było, ani nie za­no­si­ło się na jego bu­do­wę, hi­sto­rie o in­wa­zji przez tu­nel pod Ka­na­łem za­czę­ły za­ni­kać. Jed­na z ostat­nich, na­pi­sa­na w 1901 roku, do­ty­czy­ła tu­ne­lu wier­co­ne­go w ta­jem­ni­cy z Ca­la­is. Taj­ny wy­lot miał mie­ścić się na far­mie w hrab­stwie Kent, na­le­żą­cej do fran­cu­skie­go szpie­ga, któ­ry przy­jął na­zwi­sko i ma­nie­ry An­gli­ka. Spi­sek zo­stał od­kry­ty, lecz an­giel­scy czy­tel­ni­cy byli ostrze­ga­ni, że "sta­lo­wa rura cią­gle spo­czy­wa na dnie mo­rza. [...]".

W mia­rę jak sto­sun­ki z Fran­cją sta­wa­ły się co­raz cie­plej­sze, a sto­sun­ki z Niem­ca­mi ule­ga­ły ochło­dze­niu, zmie­nia­ło się miej­sce skąd mia­ła wy­ru­szyć fik­cyj­na in­wa­zja; te­raz już łu­pież­cy An­glii nie mie­li przy­by­wać przez Ka­nał lecz przez Mo­rze Pół­noc­ne. W naj­lep­szym utwo­rze nur­tu in­wa­zyj­ne­go, "Za­gad­ce pia­sków" Er­ski­ne'a Chil­der­sa, opu­bli­ko­wa­nym w 1903 roku, na­jeźdź­ca­mi są Teu­to­ni. Opo­wieść Chil­der­sa do­ty­czy przy­gód na mo­rzu: dwóch mło­dych An­gli­ków pod­czas wa­ka­cji że­glu­je i po­lu­je na kacz­ki na po­kła­dzie ma­łe­go jach­tu wśród skom­pli­ko­wa­nej sie­ci pia­sko­wych ła­wic, es­tu­ariów i te­re­nów pły­wo­wych, cią­gną­cych się wzdłuż nie­miec­kich wy­brze­ży Mo­rza Pół­noc­ne­go aż po uj­ście Łaby. Tu­taj, w ru­cho­mym la­bi­ryn­cie pia­sku i wody, na­ty­ka­ją się na ja­kieś dziw­ne przed­się­wzię­cie, uni­ka­ją pró­by za­mor­do­wa­nia ich, je­dzą obiad w to­wa­rzy­stwie an­giel­skie­go zdraj­cy o ma­nie­rach dżen­tel­me­na, pod­słu­chu­ją szo­ku­ją­ce pla­ny, aż wresz­cie pew­nej ciem­nej nocy je­den z mło­dych że­gla­rzy, ukry­ty na po­kła­dzie nie­miec­kie­go ho­low­ni­ka, wi­dzi przez mo­ment Jego Ce­sar­ską Mość. Ka­iser jest tam obec­ny, aby zwe­ry­fi­ko­wać re­al­ność ca­łe­go przed­się­wzię­cia; nasz pa­sa­żer na gapę uprzy­tam­nia so­bie, na czym ono ma po­le­gać, gdy za­uwa­ża, w ja­kim kie­run­ku pły­nie ho­low­nik:

"Kurs [...] był nie­mal za­chod­ni, z la­tar­nią Nor­der­ney kil­ka rum­bów po le­wej bur­cie. Kurs na Mem­mert? Być może, lecz nie ob­cho­dzi­ło mnie to, gdyż tej nocy nie Mem­mert było mi w gło­wie. Był to tak­że kurs pro­wa­dzą­cy do An­glii. Tak, na­resz­cie zro­zu­mia­łem. Oto asy­sto­wa­łem przy eks­pe­ry­men­tal­nej pró­bie wiel­kiej sce­ny, do ode­gra­nia być może w naj­bliż­szej przy­szło­ści - sce­ny, w któ­rej mnó­stwo mor­skich lich­tug, za­ła­do­wa­nych żoł­nie­rza­mi, nie wę­glem, mia­ło wy­ru­szyć rów­no­cze­śnie, w sied­miu flo­tyl­lach, z sied­miu płyt­kich ujść, by pod eskor­tą ma­ry­nar­ki ce­sar­skiej prze­być Mo­rze Pół­noc­ne i wy­rzu­cić się na brze­gi An­glii".

"Za­gad­ka pia­sków" jest czymś wię­cej niż tyl­ko opo­wie­ścią szpie­gow­ską, jest to tak­że książ­ka ma­ry­nar­ska. Sam Chil­ders był jacht­sme­nem; pi­sze o "wie­trze szu­mią­cym w grot­ża­glu", "per­swa­zyj­nej pie­śni, jaką śpie­wa spie­nio­na fala pod dzio­bem" oraz "pod­nio­słym wy­glą­dzie ob­sza­ru sma­ga­ne­go wia­trem błę­ki­tu, w po­ło­wie oto­czo­ne­go wi­docz­ny­mi w dali wzgó­rza­mi". Z dwóch swo­ich bo­ha­te­rów, więk­szą sym­pa­tią da­rzy Da­vie­sa, wła­ści­cie­la jach­tu, zdol­ne­go że­gla­rza, któ­re­go od­wa­ga i umie­jęt­no­ści za ste­rem do­pro­wa­dza­ją sta­te­czek do punk­tu, gdzie pia­ski od­kry­wa­ją im swo­je ta­jem­ni­ce. Da­vies stu­dio­wał w Oks­for­dzie, zo­stał od­rzu­co­ny przez ma­ry­nar­kę, a te­raz miesz­ka na swo­im trzy­dzie­sto­sto­po­wym slu­pie, któ­re­go ta­kie­lu­nek i po­kład zdą­ży­ły się po­sza­rzeć, a oku­cia po­kryć śnie­dzią. To­wa­rzy­szem Da­vie­sa jest Car­ru­thers, przy­ja­ciel z Oks­for­du, obec­nie w Mi­ni­ster­stwie Spraw Za­gra­nicz­nych, któ­re­go świat to pi­sa­nie ra­por­tów oraz je­dze­nie i tań­cze­nie pod­czas nie­zli­czo­nych week­en­dów w wiej­skich dwo­rach. Gdy Car­ru­thers przy­by­wa na jacht ubra­ny w ele­ganc­kie fla­ne­le i ble­zer, wy­star­cza jed­no spoj­rze­nie Da­vie­sa, żeby się prze­brał w sta­re ubra­nie. To Da­vies, a nie Car­ru­thers, spe­cja­li­sta z Mi­ni­ster­stwa Spraw Za­gra­nicz­nych, od­ga­du­je, co się wła­ści­wie dzie­je. Jed­ne­go dnia, sie­dząc pod po­kła­dem, gdy jacht stoi w por­cie spo­wi­ty śli­ską, nie­ru­cho­mą mgłą, Da­vies pyka swo­ją faj­kę i roz­wi­ja mapy na sto­le w ka­bi­nie. Prze­peł­nio­ny jest sza­cun­kiem, na­wet po­dzi­wem wo­bec Nie­miec:

"Oto masz tu­taj ogrom­ne ce­sar­stwo, roz­cią­ga­ją­ce się na po­ło­wie Środ­ko­wej Eu­ro­py - ce­sar­stwo ro­sną­ce tak szyb­ko, jak po­żar lasu pod wzglę­dem lud­no­ści, bo­gac­twa, wszyst­kie­go. Po­bi­li Fran­cu­zów i Au­stria­ków i są te­raz naj­więk­szą po­tę­gą woj­sko­wą Eu­ro­py. [...] Co mnie nie­po­koi, to ich siły mor­skie. To dla nich nowa rzecz, ale sta­ją się co­raz sil­niej­sze, a ten ich ce­sarz po­py­cha ich w tym kie­run­ku ile się da. Wspa­nia­ły z nie­go gość, każ­dy wi­dzi, że ma ra­cję. Nie mają żad­nych ko­lo­nii god­nych wzmian­ki, a prze­cież mu­szą je mieć, tak jak my. Nie mogą ich zdo­być i utrzy­mać, a tak­że ochro­nić swo­je­go po­tęż­ne­go han­dlu bez sił mor­skich. Prze­cież dzi­siaj li­czy się tyl­ko han­del mor­ski. Mó­wię ci, to nie są moje kon­cep­cje. [...] To wszyst­ko jest z Ma­ha­na i tych in­nych fa­ce­tów. No cóż, w tej chwi­li Niem­cy mają małą flo­tę, ale jest cho­ler­nie do­bra, a cią­gle za­żar­cie ją roz­bu­do­wu­ją".

Swo­ją dro­gą An­glia igno­ru­je źró­dło wła­snej wiel­ko­ści i lek­ce­wa­ży gor­li­wych, "spa­lo­nych od słoń­ca i sło­nej wody" ma­ry­na­rzy, któ­rzy ro­zu­mie­ją się na tych rze­czach i wie­dzą jak ją oca­lić:

""Je­ste­śmy kra­jem mor­skim - po­wia­da Da­vies do Car­ru­ther­sa - Z mo­rza wy­ro­śli­śmy, mo­rzem ży­je­my; je­śli utra­ci­my nad nim pa­no­wa­nie, umrze­my z gło­du. Je­ste­śmy w tym je­dy­ni, po­dob­nie jak je­dy­ne w swo­im ro­dza­ju jest na­sze wiel­kie im­pe­rium, po­łą­czo­ne wy­łącz­nie mo­rza­mi. A mimo to, mój Boże! [...] spójrz, ja­kie góry obo­jęt­no­ści i za­ro­zu­mia­ło­ści mu­sia­ły zo­stać po­ru­szo­ne. I to wca­le nie jest wina lu­dzi. Tak dłu­go by­li­śmy bez­piecz­ni, sta­li­śmy się tak bo­ga­ci, że za­po­mnie­li­śmy, cze­mu to za­wdzię­cza­my. Nie ma jed­nak wy­tłu­ma­cze­nia dla ka­pu­ścia­nych głów tych mę­żów sta­nu, czy jak tam oni sami sie­bie na­zy­wa­ją, któ­rym pła­ci się za to, aby wi­dzie­li rze­czy ta­ki­mi ja­kie są na­praw­dę. [...] Na Jo­wi­sza, chce­my ta­kie­go czło­wie­ka jak ka­iser, któ­ry nie cze­ka, aż ktoś da mu kop­nia­ka, lecz pra­cu­je jak Mu­rzyn dla swo­je­go kra­ju i spo­glą­da w przy­szłość. [...] A na do­miar wszyst­kie­go, by­li­śmy ta­ki­mi osła­mi, żeby od­dać Niem­com Hel­go­land, któ­ry pa­nu­je nad ca­łym ich wy­brze­żem Mo­rza Pół­noc­ne­go. [...] My nie mo­że­my mó­wić o pod­bo­ju i gra­bie­ży. Zdą­ży­li­śmy już na­ło­żyć na­szą ob­ro­żę nie­złej czę­ści świa­ta, więc mają pra­wo być za­zdro­śni. Po­zwól­my więc, aby nas nie­na­wi­dzi­li i przy­znaj­my to; da to nam na­ucz­kę, aby­śmy się po­zbie­ra­li i tyl­ko to na­praw­dę się li­czy""42.

Ro­sną­ce za­nie­po­ko­je­nie opi­nii pu­blicz­nej nie­bez­pie­czeń­stwem in­wa­zji nie­miec­kiej moż­na zmie­rzyć, po­rów­nu­jąc nie­win­ną, peł­ną szu­mu wia­tru opo­wieść Chil­der­sa z sen­sa­cyj­ną, me­lo­dra­ma­tycz­ną książ­ką, jaka uka­za­ła się trzy lata póź­niej. W mar­cu 1906 roku, gdy li­be­ral­ny rząd Camp­bel­la-Ban­ner­ma­na spra­wo­wał wła­dzę za­le­d­wie od trzech mie­się­cy, lon­dyń­ska "Da­ily Mail" roz­po­czę­ła dru­ko­wać w od­cin­kach "In­wa­zję roku 1910" au­tor­stwa Wil­lia­ma Le Qu­eux. Za książ­ką tą stał lord Ro­berts ze swo­im ostrze­że­niem, że mimo ca­łej tej ma­ry­nar­ki, Bry­ta­nia stoi otwo­rem dla ob­cej in­wa­zji. Le Qu­eux tak­że wie­rzył w obo­wiąz­ko­wą służ­bę woj­sko­wą i po­trze­bę zbu­do­wa­nia więk­szej ar­mii; ce­lem jego książ­ki było wstrzą­snąć kra­jem, aby uwie­rzył w to samo.

W "In­wa­zji roku 1910" ar­mia na­jeźdź­ców zbie­ra się do­kład­nie w miej­scu roz­po­zna­nym przez dwóch jacht­sme­nów Chil­der­sa - wśród pły­wo­wych pia­sków wy­brze­ża fry­zyj­skie­go. Rzu­ca­jąc się w nie­spo­dzie­wa­nej szar­ży przez Mo­rze Pół­noc­ne, ar­mia ta zwa­la się na nie­przy­go­to­wa­ną An­glię. Choć nie­wy­szko­le­ni - bo we­zwa­nie lor­da Ro­bert­sa do wpro­wa­dze­nia po­bo­ru prze­szło bez echa - żoł­nie­rze i cy­wi­le an­giel­scy wal­czą z de­spe­rac­ką od­wa­gą, ale nie mogą rów­nać się ze spraw­nym, za­wo­do­wym woj­skiem wro­ga. Woj­na pro­wa­dzo­na jest przez obie stro­ny z nie­zwy­kłym okru­cień­stwem. Niem­cy są po­two­ra­mi, któ­rzy ba­gne­ta­mi do­bi­ja­ją ko­bie­ty i dzie­ci, zmu­sza­ją prze­ra­żo­nych miesz­kań­ców do ko­pa­nia wła­snych gro­bów, a w od­we­cie za za­sadz­kę na nie­miec­ką ko­lum­nę za­opa­trze­nio­wą, wy­rzy­na­ją całą lud­ność an­giel­skie­go mia­sta. Ka­iser nie jest "wspa­nia­łym go­ściem", ale spra­gnio­nym krwi bar­ba­rzyń­cą, żą­da­ją­cym zbom­bar­do­wa­nia i złu­pie­nia Lon­dy­nu. "Duma tych An­gli­ków musi zo­stać zła­ma­na" - oznaj­mia Naj­wyż­szy. An­gli­cy są pra­wie tak samo bru­tal­ni, każ­dy Nie­miec wpa­da­ją­cy w ich ręce zo­sta­je roz­strze­la­ny, za­rżnię­ty, po­wie­szo­ny lub udu­szo­ny.

W fa­bu­le Le Qu­eu­xa Lon­dyn pod­da­ny jest bom­bar­do­wa­niu pro­wa­dzą­ce­mu do cięż­kich strat w lu­dziach, po­tem do­cho­dzi w nim do walk ulicz­nych. Zla­ni po­so­ką Niem­cy zdo­by­wa­ją mia­sto, lecz nie są w sta­nie go utrzy­mać. Roz­wście­czo­na An­glia po­wsta­je, zmu­sza ar­mię na­jeźdź­czą do ka­pi­tu­la­cji i wy­bu­cha ze­mstą. Jeń­cy nie­miec­cy są lin­czo­wa­ni, roz­dzie­ra­ni na sztu­ki, lub umie­ra­ją w spo­sób "zbyt okrut­ny, aby go tu­taj przed­sta­wiać ze szcze­gó­ła­mi". Woj­na koń­czy się nie­ła­twym kom­pro­mi­sem. Niem­cy, za­anek­to­waw­szy Ho­lan­dię i Da­nię, cze­ka­ją na szan­sę ko­lej­nej in­wa­zji. Go­spo­dar­ka, fi­nan­se i han­del An­glii są znisz­czo­ne. Ci, któ­rzy są dość bo­ga­ci, aby wy­je­chać - ucie­ka­ją, po­zo­sta­li w kra­ju - gło­du­ją.

Mo­rał tej opo­wiast­ki jest wbi­ja­ny kra­jo­wi do gło­wy przez Le Qu­eu­xa, gdy jed­na z po­sta­ci wy­po­wia­da sło­wa: "Gdy­by­śmy przy­ję­li jego [Ro­bert­sa] plan o obo­wiąz­ku po­wszech­nej służ­by woj­sko­wej, nig­dy by nie do­szło do tak okrop­nej ka­ta­stro­fy". To samo zo­sta­ło pod­kre­ślo­ne w przed­mo­wie, na­pi­sa­nej przez sa­me­go Ro­bert­sa, w któ­rej twier­dzi, że "ka­ta­stro­fa, do ja­kiej może dojść, je­śli nadal po­zo­sta­wać bę­dzie­my w obec­nym sta­nie nie­przy­go­to­wa­nia, jest żywo i prze­ko­ny­wu­ją­co opi­sa­na w no­wej książ­ce pana Le Qu­eu­xa, któ­rą po­le­cam do uważ­ne­go prze­czy­ta­nia każ­de­mu, komu leży na ser­cu do­bro­byt Im­pe­rium Bry­tyj­skie­go".

Idea tej po­wie­ści zro­dzi­ła się w nie­spo­koj­nym umy­śle Al­fre­da Harm­swor­tha, lor­da Nor­thc­lif­fe, któ­ry nie­ustan­nie dą­żył do zwięk­sze­nia na­kła­du swo­je­go lon­dyń­skie­go dzien­ni­ka "Da­ily Mail". Nie­ustan­ne ostrze­że­nia Ro­bert­sa, że sła­ba i za­do­wo­lo­na z sie­bie An­glia jest otwar­ta dla na­jaz­du, do­star­czy­ły mu te­ma­tu, za­śLe Qu­eux zo­stał wy­na­ję­ty, aby to na­pi­sał. Przez czte­ry mie­sią­ce, fi­nan­so­wa­ny przez "Da­ily Mail", po­wie­ścio­pi­sarz krą­żył po wschod­nich wy­brze­żach An­glii, roz­po­zna­jąc pla­że in­wa­zyj­ne i miej­sca swo­ich fik­cyj­nych bi­tew. Za­brał po­tem wy­ni­ki swo­ich stu­diów do lor­da Ro­bert­sa, gdzie wspól­nie, wy­na­ję­ty pi­sarz i były na­czel­ny do­wód­ca ar­mii, za­sie­dli nad na­kre­śle­niem pla­nów nie­miec­kiej kam­pa­nii. Ich pra­ca zo­sta­ła prze­ka­za­na lor­do­wi Nor­thc­lif­fe, któ­ry po­cząt­ko­wo zgło­sił swo­je weto, a to na ta­kiej pod­sta­wie, że choć z mi­li­tar­ne­go punk­tu wi­dze­nia plan jest w po­rząd­ku, to jed­nak prze­oczo­no w nim pod­sta­wo­we pra­wa rzą­dzą­ce sprze­da­żą ga­zet. Dla ce­lów Nor­thc­lif­fe'a ar­mia nie­miec­ka po­win­na wy­wal­czyć so­bie dro­gę przez wiel­kie mia­sta, nie zaś "trzy­mać się od­da­lo­nych, sa­mot­nych wio­sek, gdzie nie było szans na zwięk­sze­nie sprze­da­ży "Da­ily Mail"".

Lord Nor­thc­lif­fe po­prze­dził wy­da­wa­nie "In­wa­zji roku 1910" wy­sła­niem na uli­ce Lon­dy­nu lu­dzi - re­klam, ubra­nych w nie­bie­skie mun­du­ry ar­mii pru­skiej i pi­kiel­hau­by. Pa­ra­do­wa­li oni po Oxford Stre­et, a na zwie­sza­ją­cych się z ich pier­si i ple­ców ta­bli­cach znaj­do­wa­ły się ob­wiesz­cze­nia o nad­cią­ga­ją­cej nie­uchron­nie in­wa­zji. Od­tąd każ­de­go dnia zmie­nia­ła się je­dy­nie treść ob­wiesz­czeń, któ­re za­po­wia­da­ły, ja­kie mia­sta zo­sta­ną na­je­cha­ne na­stęp­ne­go dnia w po­ran­nym wy­da­niu "Da­ily Mail". Suk­ces był przy­tła­cza­ją­cy, ga­ze­ta sprze­da­wa­ła się jak sza­lo­na; po­wieść opu­bli­ko­wa­no w po­sta­ci książ­ko­wej i prze­tłu­ma­czo­no na dwa­dzie­ścia sie­dem ję­zy­ków, w tym ja­poń­ski, chiń­ski i arab­ski; na ca­łym świe­cie sprze­da­no po­nad mi­lion eg­zem­pla­rzy. Wy­da­nie nie­miec­kie zmar­twi­ło Le Qu­eu­xa. Na jego okład­ce przed­sta­wio­no trium­fu­ją­cą ar­mię nie­miec­ką ma­sze­ru­ją­cą wśród dy­mią­cych ruin zdru­zgo­ta­ne­go Lon­dy­nu, zaś ma­chi­na­cje tłu­ma­cza i re­dak­cji po­zwo­li­ły ar­mii na­jeźdź­czej utrzy­mać się w bry­tyj­skiej sto­li­cy. Ka­iser, któ­ry prze­czy­tał oba wy­da­nia, roz­ka­zał, aby szta­by ge­ne­ral­ne ar­mii i ad­mi­ra­li­cji nie­miec­kiej prze­ana­li­zo­wa­ły książ­kę w po­szu­ki­wa­niu uży­tecz­nych in­for­ma­cji.

Po­now­nie po­dej­rza­ni sta­li się za­miesz­ku­ją­cy Bry­ta­nię cu­dzo­ziem­cy. "Więk­szość tych lu­dzi - po­wia­dał swo­im czy­tel­ni­kom Le Qu­eux - to Niem­cy, któ­rzy od­słu­żyw­szy swo­je w ar­mii, przy­by­li tu­taj i zna­leź­li za­trud­nie­nie jako kel­ne­rzy, biu­ra­li­ści, pie­ka­rze, fry­zje­rzy i słu­żą­cy, a po­zo­sta­jąc zwią­za­ni przy­się­gą wier­no­ści wo­bec oj­czy­zny, słu­ży­li jej jako szpie­dzy. Każ­dy z nich, kie­dy po­słusz­ny roz­ka­zo­wi ce­sa­rza śpie­szył przy­łą­czyć się do ar­mii nie­miec­kiej, wpi­nał so­bie w kla­pę płasz­cza do­star­czo­ny mu uprzed­nio gu­zik szcze­gól­ne­go kształ­tu, któ­ry te­raz na­tych­miast iden­ty­fi­ko­wał go jako lo­jal­ne­go pod­da­ne­go ka­ise­ra". Po ca­łej An­glii, prze­ra­że­ni oby­wa­te­le spo­glą­da­li znad "Da­ily Mail" lub ksią­żek Le Qu­eu­xa i szu­ka­li po­ten­cjal­nych "agen­tów wro­ga". Mi­ni­ster­stwo Woj­ny zo­sta­ło za­la­ne ra­por­ta­mi o nie­miec­kich spi­skach, ma­ją­cych na celu za­ję­cie stocz­ni i baz Ma­ry­nar­ki Wo­jen­nej, co mia­ło wy­trą­cić z ak­cji flo­tę, jako pre­lu­dium do in­wa­zji. Krą­ży­ły po­gło­ski o ta­jem­ni­czych stat­kach po­wietrz­nych, uno­szą­cych się nocą nad bry­tyj­ski­mi mia­sta­mi. Licz­ba po­ten­cjal­nych wo­jow­ni­ków wro­ga już obec­nych w An­glii ro­sła od względ­nie nie­szko­dli­wych "6500 szpie­gów" Le Qu­eu­xa, przez "80 000 wy­szko­lo­nych żoł­nie­rzy" lor­da Ro­bert­sa, aż do re­we­la­cji nie­ja­kie­go puł­kow­ni­ka Dri­scol­la, że Bry­ta­nię za­miesz­ku­je już "350 000 prze­szko­lo­nych żoł­nie­rzy nie­miec­kich". Kon­ser­wa­tyw­ny po­seł do par­la­men­tu, Sir John Bar­low, po­pro­sił Hal­da­ne'a, mi­ni­stra woj­ny, aby po­wie­dział Izbie Gmin, co mu jest wia­do­mo 0 66 000 re­zer­wi­stów ar­mii nie­miec­kiej, za­miesz­ku­ją­cych oko­li­ce Lon­dy­nu. Gdy ten prze­ma­wiał, Bar­low za­su­ge­ro­wał, że mi­ni­ster woj­ny mógł­by się tak­że za­jąć zba­da­niem taj­nych skry­tek na ty­sią­ce nie­miec­kich ka­ra­bi­nów prze­cho­wy­wa­nych w piw­ni­cach ban­ku przy Cha­ring Cross. Inny to­ry­sow­ski po­seł, puł­kow­nik Loc­kwo­od, za­żą­dał, aby coś wresz­cie zro­bić z "woj­sko­wy­mi ob­ce­go kra­ju", któ­rzy od dwóch lat za­ję­ci byli w oko­li­cach Ep­ping "szki­co­wa­niem i fo­to­gra­fo­wa­niem ca­łe­go re­jo­nu".

Rząd pró­bo­wał ja­koś re­ago­wać na te oba­wy. "Ta­jem­ni­cze stat­ki po­wietrz­ne" oka­za­ły się ma­ły­mi ba­lo­na­mi wy­ko­rzy­sty­wa­ny­mi do re­kla­mo­wa­nia no­wych sa­mo­cho­dów. Trop nie­miec­kich ka­ra­bi­nów na Cha­ring Cross do­pro­wa­dził do za­ku­pów ja­kichś sta­rych ru­pie­ci przez To­wa­rzy­stwo Klu­bów Mi­nia­tu­ro­wej Bro­ni Pal­nej, tym­cza­so­wo zma­ga­zy­no­wa­nych przez ban­kie­rów to­wa­rzy­stwa. Hal­da­ne, ma­ją­cy już dość Le Qu­eu­xa, Ro­bert­sa i ca­łej szpie­gow­sko-in­wa­zyj­nej ma­nii, sar­ka­stycz­nie za­su­ge­ro­wał, aby agen­ci nie­miec­cy wo­kół Ep­ping nie tra­ci­li cza­su, po­nie­waż wszel­kie po­trzeb­ne im in­for­ma­cje mogą z ła­two­ścią zna­leźć na pu­blicz­nie do­stęp­nych ma­pach geo­de­zyj­nych. "Po­wta­rza­ją­ce się stwier­dze­nia lor­da Ro­bert­sa, że je­ste­śmy za­gro­że­ni in­wa­zją, na któ­rą nie je­ste­śmy przy­go­to­wa­ni [...] wpro­wa­dza­ją wiel­ki za­męt - po­wie­dział mi­ni­ster Izbie - Jesz­cze gor­sze skut­ki w umy­słach opi­nii czy­ni su­ge­stia, że Niem­cy są wro­ga­mi, co po­wo­du­je, że wszel­kie pró­by po­lep­sze­nia sto­sun­ków z tym kra­jem sta­ją się co­raz trud­niej­sze. Król bar­dzo się tym nie­po­koi i po­wie­dzia­łem mu, że sam bym po­parł pro­po­zy­cję lor­da Ro­bert­sa o wpro­wa­dze­niu obo­wiąz­ko­wej służ­by woj­sko­wej, aby tyl­ko do­pro­wa­dzić do od­zy­ska­nia za­ufa­nia i usu­nię­cia nie­miec­kie­go stra­sza­ka, gdy­bym nie był prze­ko­na­ny, iż pro­po­zy­cja ta jest nie­prak­tycz­na i nie­bez­piecz­na".

Po czę­ści nie­chęć rzą­du li­be­ral­ne­go wo­bec "In­wa­zji roku 1910" 1 po­dob­nych ksią­żek wy­ra­sta­ła z pro­to­ry­sow­skie­go na­sta­wie­nia więk­szo­ści ich au­to­rów. Sam Le Qu­eux okre­ślił swo­je po­glą­dy, przy­pi­su­jąc po­cząt­ko­we suk­ce­sy swo­jej nie­miec­kiej in­wa­zji temu, że "sil­ny, ary­sto­kra­tycz­ny rząd zo­stał za­stą­pio­ny przez sła­bą ad­mi­ni­stra­cję, chwie­ją­cą się pod byle wes­tchnię­ciem opi­nii pu­blicz­nej. Chłop­stwo, któ­re za­wsze sta­no­wi­ło krę­go­słup tego kra­ju, zni­kło i zo­sta­ło za­stą­pio­ne sła­bą i ła­two roz­pa­la­ją­ca się lud­no­ścią miej­ską". Po­iry­to­wa­ni ta­ki­mi obe­lga­mi, li­be­ral­ni po­sło­wie wsta­wa­li w par­la­men­cie i py­ta­li, co moż­na zro­bić, aby zmniej­szyć szko­dy spo­wo­do­wa­ne wul­gar­ny­mi, kłam­li­wy­mi książ­ka­mi, któ­re wzbu­dza­ły na­mięt­no­ści i roz­nie­ca­ły nie­na­wiść. Pre­mier Camp­bell-Ban­ner­man do­ra­dzał, żeby zo­sta­wić je w spo­ko­ju, "do oce­ny zdro­we­mu roz­sąd­ko­wi i do­brym gu­stom ludu bry­tyj­skie­go". Rząd mógł oczy­wi­ście zde­cy­do­wać w czy­sto po­li­tycz­nej spra­wie, jaką był obo­wiąz­ko­wy po­bór do woj­ska. De­cy­zja wy­pa­dła na nie­ko­rzyść lor­da Ro­bert­sa. W Wiel­kiej Bry­ta­nii nig­dy nie do­szło do po­bo­ru żoł­nie­rzy w cza­sie po­ko­ju.

Mimo to Ro­berts nadal wy­stę­po­wał i prze­ma­wiał, zaś opo­wie­ści o fik­cyj­nych in­wa­zjach cią­gle się uka­zy­wa­ły. W stycz­niu 1909 roku, w sa­mym szczy­cie "pa­ni­ki mor­skiej", gdy ga­bi­net uwi­kła­ny był w go­rą­cą de­ba­tę, czy za­twier­dzić bu­do­wę czte­rech czy sze­ściu dred­no­tów, w lon­dyń­skim Te­atrze Wyn­dha­ma na sce­nę we­szła nowa sztu­ka, "Dom An­gli­ka". Dra­ma­tur­giem był Guy du Mau­rier, ofi­cer Ar­mii Re­gu­lar­nej, któ­ry nig­dy do­tąd nie na­pi­sał sztu­ki czy cze­goś po­dob­ne­go, zaś w da­nej chwi­li znaj­do­wał się w Po­łu­dnio­wej Afry­ce, gdzie słu­żył jako za­stęp­ca do­wód­cy 3 ba­ta­lio­nu Puł­ku Fi­zy­lie­rów Kró­lew­skich (Roy­al Fu­si­liers). Przed wy­jaz­dem z An­glii ma­jor du Mau­rier, po­zo­sta­jąc pod wpły­wem ostrze­żeń lor­da Ro­bert­sa, na­pi­sał sztu­kę i wrę­czył ją swo­je­mu bra­tu, Ge­ral­do­wi du Mau­rier, ak­to­ro­wi i dy­rek­to­ro­wi te­atru43. Ge­rald du Mau­rier prze­czy­tał dzie­ło bra­ta i, nie trosz­cząc się za­wia­da­mia­niem prze­by­wa­ją­ce­go na dru­gim koń­cu świa­ta ma­jo­ra, wpro­wa­dził ją na sce­nę.

W sztu­ce tej An­glia zo­sta­je na­je­cha­na przez obce mo­car­stwo. Urząd lor­da szam­be­la­na, któ­ry za­twier­dzał i wy­da­wał li­cen­cje na dzie­ła sce­nicz­ne, oba­wiał się, że ja­kieś kon­kret­ne mo­car­stwo może po­czuć się ob­ra­żo­ne, więc na­ro­do­wość na­jeźdź­ców nie mia­ła być wy­mie­nia­na. Zgod­nie z tym, żoł­nie­rze nie­przy­ja­ciel­scy skła­da­li przy­się­gę "Ce­sa­rzo­wi Pół­no­cy", zaś ich kraj okre­ślo­no jako "Bli­sko­lan­dię". Ak­cja roz­gry­wa się w sa­lo­nie pań­stwa Brown, an­giel­skiej ro­dzi­ny z kla­sy śred­niej, któ­rych dom zo­sta­je na­gle oto­czo­ny przez od­dział żoł­nie­rzy bli­sko­landz­kich. Imio­na na­jeźdź­ców - ksią­żę Yoland, Thol, Garth i Ho­bart - trosz­kę ukry­wa­ły ich na­ro­do­wość, lecz no­szo­ne przez nich pi­kiel­hau­by su­ge­ro­wa­ły wszyst­ko w spo­sób jed­no­znacz­ny. Po­cząt­ko­wo, pan Brown jest apa­tycz­ny i oznaj­mia że woj­ny po­win­ni sta­czać za­wo­do­wi żoł­nie­rze. Nie­przy­ja­ciel­ski do­wód­ca, ksią­żę Yoland, trak­tu­je An­gli­ka i jego ro­dzi­nę ze sztyw­ną uprzej­mo­ścią i aro­ganc­ką po­gar­dą. Je­śli coś w go­spo­dar­stwie do­mo­wym zo­sta­je znisz­czo­ne lub za­re­kwi­ro­wa­ne, sta­ran­nie pła­ci za stra­tę lub znisz­cze­nia. W mia­rę roz­wo­ju ak­cji Brown sta­je się stop­nio­wo co­raz bar­dziej obu­rzo­ny obec­no­ścią in­tru­zów w swo­im "do­mo­wym zam­ku"44, cze­mu daje wy­raz słow­ny­mi ty­ra­da­mi. Osta­tecz­nie, chwy­ta za ka­ra­bin i skie­ro­wu­je go na swo­ich wro­gów. Ksią­żę Yoland zim­no przy­po­mi­na mu, że prze­cież po­przed­nio sam mó­wił, iż cy­wi­le nie mają nic do ro­bo­ty w pro­wa­dze­niu woj­ny. Brown od­po­wia­da, "Ba! I co z tego? Je­stem An­gli­kiem!". Przy tych sło­wach, każ­de­go wie­czo­ra te­atr roz­brzmie­wał nie­milk­ną­cy­mi bra­wa­mi. W koń­cu, dziel­ny Mr. Brown za­bi­ja dwóch żoł­nie­rzy Bli­sko­lan­dii i sam zo­sta­je roz­strze­la­ny, bo­ha­ter i ofia­ra an­giel­skie­go bra­ku go­to­wo­ści do woj­ny. W ostat­niej od­sło­nie, pa­trio­tyzm zo­sta­je po­msz­czo­ny, gdy przy­by­wa­ją żoł­nie­rze re­gu­lar­nej ar­mii bry­tyj­skiej i wy­pie­ra­ją na­jeźdź­ców.

Sztu­ka szła przy na­bi­tej sali przez osiem­na­ście mie­się­cy. Wi­dok, choć­by i na sce­nie, ob­cych żoł­nie­rzy w pi­kiel­hau­bach, dep­cą­cych an­giel­ski traw­nik i wła­mu­ją­cych się przez prze­szklo­ne drzwi ogro­do­we do sa­lo­ni­ku an­giel­skie­go domu, sta­no­wił zbyt wie­le dla co po­nie­któ­rych mi­ło­śni­ków te­atru. W ko­ry­ta­rzu te­atru ar­mia za­in­sta­lo­wa­ła spe­cjal­ny punkt re­kru­ta­cyj­ny, aby roz­pa­le­ni mło­dzień­cy, wy­ska­ku­ją­cy z lóż za­raz po za­pad­nię­ciu kur­ty­ny, mo­gli na miej­scu zgła­szać się na ochot­ni­ka do nowo utwo­rzo­nej przez Hal­da­ne'a Ar­mii Te­ry­to­rial­nej.

35Budżet i Izba Lordów

W stycz­niu 1906 roku, po dzie­się­ciu la­tach spę­dzo­nych przez Par­tię Li­be­ral­ną na po­li­tycz­nych bez­dro­żach, Sir Hen­ry Camp­bell-Ban­ner­man do­pro­wa­dził ją z po­wro­tem do wła­dzy. Wy­bo­ry po­wszech­ne, ja­kie od­by­ły się w tym mie­sią­cu, dały la­wi­no­we zwy­cię­stwo li­be­ra­łom. Sir Hen­ry i jego ga­bi­net nie mie­li wąt­pli­wo­ści co do ocze­ki­wań swo­je­go elek­to­ra­tu: zo­sta­li wy­bra­ni na pod­sta­wie kla­sycz­nej plat­for­my pro­gra­mo­wej Li­be­ra­łów, na któ­rą skła­da­ły się Po­kój, Wyj­ście z Oko­pów (tzn. cię­cia w wy­dat­kach woj­sko­wych i idą­ce za tym ob­ni­że­nie po­dat­ków) oraz Re­for­ma. Nowa en­ten­ta za­war­ta z Fran­cją i po­dob­ny układ z Ro­sją mia­ły­by po­móc w utrzy­ma­niu Po­ko­ju, zaś Niem­ców trzy­mał­by w sza­chu Sir John Fi­sher i jego dred­no­ty. Spra­wa Oko­pów zo­sta­ła za­ła­twio­na, gdy Hal­da­ne w Mi­ni­ster­stwie Woj­ny oraz Fi­sher w Ad­mi­ra­li­cji osią­gnę­li więk­szą spraw­ność bo­jo­wą za mniej­sze pie­nią­dze. Jed­nak ob­sza­rem naj­więk­szych ocze­ki­wań była Re­for­ma. Par­tia obie­ca­ła wpro­wa­dze­nie istot­nych zmian w ży­ciu Bry­tyj­czy­ków. Wy­eli­mi­no­wa­nie na­uki re­li­gii ze szkół pań­stwo­wych, po­sze­rze­nie prze­pi­sów o abs­ty­nen­cji, usta­no­wie­nie rent star­czych, ogra­ni­cze­nie go­dzin pra­cy, po­lep­sze­nie wa­run­ków miesz­ka­nio­wych i re­for­ma rol­na, wszyst­ko to wcho­dzi­ło w skład pro­gra­mu li­be­ra­łów. Wie­lu no­wych po­słów i gło­su­ją­cych na nich wy­bor­ców wie­rzy­ło, że prze­kształ­ce­nie tych obiet­nic w rze­czy­wi­stość le­gi­sla­cyj­ną nie po­trwa dłu­go. Za­sia­da­ją­cy jed­nak na Ła­wie Rzą­do­wej do­świad­cze­ni po­li­ty­cy wie­dzie­li, że za­nim choć­by jed­na po­zy­cja z rzą­do­we­go pro­gra­mu re­form sta­nie się pra­wem, musi ona przejść przez Izbę Lor­dów. A w 1906 roku Izba Lor­dów, w któ­rej za­sia­da­ło pię­ciu­set pa­rów unio­ni­stycz­nych i za­le­d­wie osiem­dzie­się­ciu ośmiu li­be­ral­nych, była na­sta­wio­na twar­do i do głę­bi du­szy prze­ciw­ko wszel­kiej re­for­mie.

Diu­ko­wie, mar­ki­zo­wie, hra­bio­wie, wi­ceh­ra­bio­wie i ba­ro­no­wie, któ­rzy skła­da­li się na lor­dów świec­kich Izby Lor­dów (lor­da­mi du­chow­ny­mi byli Ar­cy­bi­sku­pi Can­ter­bu­ry i Yor­ku oraz dwu­dzie­stu czte­rech in­nych bi­sku­pów) byli do rzą­dze­nia An­glią przy­zwy­cza­je­ni. To oni sta­no­wi­li szlach­tę ziem­ską, oni po­sia­da­li na wła­sność więk­szość zie­mi, a ma­jąc w ten spo­sób naj­więk­sze udzia­ły w kra­ju, uwa­ża­li za nor­mal­ne, że bę­dzie się od nich ocze­ki­wać, aby tego kra­ju do­glą­da­li. Resz­ta lud­no­ści - ro­bot­ni­cy, miesz­kań­cy miast, han­dlow­cy i kla­sy śred­nie - mie­li być, oczy­wi­ście, po­praw­nie trak­to­wa­ni, sto­sow­nie do zaj­mo­wa­nej po­zy­cji. W okre­śla­niu wła­ści­wej mie­szan­ki zde­cy­do­wa­nia, uprzej­mo­ści i pro­tek­cjo­nal­no­ści, ja­kie na­le­ża­ło im wy­dzie­lać, ary­sto­kra­cja ko­rzy­sta­ła z do­świad­cze­nia wie­lu po­ko­leń w trak­to­wa­niu swo­ich ko­niu­szych, ogrod­ni­ków, łow­czych oraz po­ko­jow­ców. Wzrost zna­cze­nia Izby Gmin w cza­sach Tu­do­rów, na­wet przej­ścio­we zwy­cię­stwo stron­ni­ków par­la­men­tu i Oli­ve­ra Crom­wel­la, nie wpro­wa­dzi­ły za­sad­ni­czych zmian we wzor­cu wła­dzy oli­gar­chii. Na­wet ogrom­ne po­sze­rze­nie elek­to­ra­tu, zre­ali­zo­wa­ne po­przez wiel­kie dzie­więt­na­sto­wiecz­ne Usta­wy o re­for­mie, wpro­wa­dzi­ło nie­wiel­kie zmia­ny w za­kre­sie cha­rak­te­ru i spo­so­bu wy­cho­wa­nia lu­dzi na szczy­cie. Gło­so­wa­ła te­raz więk­sza część lud­no­ści, ale nadal gło­so­wa­ła tyl­ko po to, aby wy­brać któ­rzy z wiel­kiej szlach­ty, whi­go­wie czy to­ry­si, słu­żyć będą jako mi­ni­stro­wie Ko­ro­ny i straż­ni­cy na­ro­do­we­go prze­zna­cze­nia.

In­sty­tu­cjo­nal­nym ucie­le­śnie­niem i ostat­nim po­li­tycz­nym ba­stio­nem ary­sto­kra­cji ziem­skiej była wła­śnie Izba Lor­dów. Miał tu­taj pra­wo za­sia­dać każ­dy z dzie­dzicz­nych pa­rów, nie­za­leż­nie od tego, czy miał, czy też nie miał na to ocho­ty. Salę po­sie­dzeń izby, dłu­gą na osiem­dzie­siąt a sze­ro­ką na czter­dzie­ści pięć stóp45, oświe­tla­ły wy­so­kie okna, w któ­rych wi­tra­że przed­sta­wia­ły por­tre­ty an­giel­skich mo­nar­chów. Pa­ro­wie za­sia­da­li w czte­rech rzę­dach ła­wek po­kry­tych czer­wo­ną skó­rą ła­wek, wzno­szą­cych się po każ­dej stro­nie środ­ko­we­go przej­ścia. Nad izbą gó­ro­wa­ły dwa zło­ci­ste tro­ny kró­lew­skie, pra­wie za­wsze pu­ste, oraz Wo­rek Weł­ny - duża czer­wo­na po­dusz­ka wy­pcha­na weł­ną46, z któ­re­go to sie­dze­nia prze­wod­ni­czył ob­ra­dom, a w ra­zie po­trze­by przy­wo­ły­wał do po­rząd­ku lord Kanc­lerz.

Rzad­ko sły­sza­ło się w izbie upo­mnie­nia ze stro­ny Wor­ka Weł­ny... ich lor­dow­skie mo­ście byli zbyt do­brze wy­cho­wa­ni, aby war­czeć czy sy­czeć na sie­bie pod­czas ob­rad, a za­gad­nie­nia po­li­tycz­ne, o któ­re w są­sia­du­ją­cej o kil­ka jar­dów Izbie Gmin to­czo­no za­cię­te boje, zda­wa­ły się tra­cić na za­ja­dło­ści, gdy tra­fia­ły do Izby Lor­dów. Za­zwy­czaj na­wet pod­czas se­sji sala po­sie­dzeń była pu­sta. "Je­śli ktoś chce się wy­le­czyć z wia­ry w Izbę Lor­dów, po­wi­nien pójść i po­pa­trzeć na nią" - wy­ra­ził się dzien­ni­karz Wal­ter Ba­ge­hot - Przy nor­mal­nym bie­gu spraw, w Izbie bywa może z dzie­się­ciu lor­dów, może na­wet tyl­ko sze­ściu; kwo­rum nie­zbęd­ne dla pro­wa­dze­nia spraw wy­no­si­ło trzech. Mo­gło się zresz­tą zda­rzyć, że przy­la­zło za­bić tro­chę cza­su jesz­cze kil­ku, albo i nie". Wie­lu pa­rów nig­dy w ży­ciu nie we­szło do Izby Lor­dów, wo­ląc pro­wa­dzić "sa­mot­ną eg­zy­sten­cję o wąt­pli­wej uży­tecz­no­ści w swo­ich do­brach ziem­skich roz­sia­nych wzdłuż i wszerz po ca­łej An­glii, [gdzie] lo­kal­nie byli zna­ni jako pa­no­wie, sę­dzio­wie lub lor­do­wie Na­miest­ni­cy". W Lon­dy­nie zja­wia­li się tyl­ko po to, aby po­ka­zać świa­tu swo­je cór­ki, lub za­jąć na­leż­ne im miej­sca pod­czas ko­ro­na­cji mo­nar­chy. Je­śli już po­szli do Izby Lor­dów, to chy­ba tyl­ko po to, aby zo­ba­czyć, czy nie spo­tka­ją tam przy­pad­kiem przy­ja­cie­la, któ­re­go z nie­wy­tłu­ma­czal­nych przy­czyn nie za­uwa­ży­li w swo­im klu­bie. Da­vid Lloyd Geo­r­ge, ra­dy­kal­ny Wa­lij­czyk, któ­ry był kanc­le­rzem Izby Roz­ra­chun­ko­wej w ga­bi­ne­cie Asqu­itha, na­zwał owych wiej­skich szlach­ci­ców Le­śny­mi Ludź­mi.

W roku 1906 Izba Lor­dów cią­gle za­cho­wa­ła waż­ną funk­cję kon­sty­tu­cyj­ną: gdy ja­kiś po­śpiesz­nie skle­co­ny, błęd­nie po­my­śla­ny ka­wa­łek prze­szedł jako usta­wa w Izbie Gmin i zo­stał prze­ka­za­ny wy­żej - do Izby Lor­dów - ta mia­ła pra­wo go za­we­to­wać. W teo­rii było to po­my­śla­ne jako roz­sąd­ne ogra­ni­cze­nie wła­dzy izby niż­szej. Od­rzu­ce­nie usta­wy przez lor­dów mo­gło do­pro­wa­dzić do po­now­ne­go jej roz­pa­trze­nia, już w nie­co chłod­niej­szej at­mos­fe­rze, przez Izbę Gmin. Mo­gło też, do­pro­wa­dza­jąc do upad­ku rzą­du, spo­wo­do­wać ogło­sze­nie no­wych wy­bo­rów po­wszech­nych, kie­dy to pu­bli­ka mia­ła szan­sę wy­ra­zić swo­je po­glą­dy przy urnach. Od tej wła­dzy od­rzu­ca­nia ustaw ist­niał je­den po­waż­ny i cie­szą­cy się dłu­gą tra­dy­cją wy­ją­tek: przy­ję­ło się, że Izba Lor­dów nie mo­gła wpro­wa­dzać po­pra­wek, ani też od­rzu­cić żad­nej usta­wy ma­ją­cej co­kol­wiek wspól­ne­go z pie­niędz­mi. Ta­kie­mu ro­zu­mie­niu spraw, choć nie­pi­sa­ne­mu, jak i resz­ta kon­sty­tu­cji bry­tyj­skiej, nikt nie rzu­cił wy­zwa­nia od 281 lat. W isto­cie, ogrom­na nie­rów­no­wa­ga skła­du par­tyj­ne­go izby wyż­szej czy­ni­ła far­są za­kła­da­ną rolę Izby Lor­dów jako bez­stron­ne­go or­ga­nu re­wi­zyj­ne­go. Trwa­ła więk­szość Unio­ni­stów od­rzu­ca­ła wszel­kie śla­dy bez­stron­no­ści. Gdy rząd był kon­ser­wa­tyw­ny, nad­cho­dzą­ce z Izby Gmin usta­wy prze­cho­dzi­ły przez Izbę Lor­dów bez po­pra­wek, a czę­sto na­wet bez dys­ku­sji. Gdy jed­nak do wła­dzy do­cho­dził rząd li­be­ral­ny, Izba Lor­dów na­gle się bu­dzi­ła i za­bie­ra­ła do swo­ich obo­wiąz­ków, to zna­czy sta­ran­ne­go prze­glą­da­nia ustaw, ich po­pra­wia­nia i od­rzu­ca­nia. Taki los spo­tkał usta­wy Glad­sto­ne'a w spra­wie Home Rule w la­tach 1884 i 1893. W cią­gu de­ka­dy rzą­dów lor­da Sa­lis­bu­ry i Ar­thu­ra Bal­fo­ura, 1895-1905, lor­do­wie po­now­nie za­pa­dli na śpiącz­kę, a ich funk­cja psów łań­cu­cho­wych usta­wo­daw­stwa po­zo­sta­wa­ła nie­po­żą­da­na i nie­wy­ko­ny­wa­na. A po­tem przy­szły wy­ni­ki wy­bo­rów ze stycz­nia 1906. "Po­lo­wa­li­śmy wła­śnie wszy­scy w War­wick­shi­re, gdy na­de­szły koń­co­we wy­ni­ki wy­bo­rów" - pi­sał pe­wien szlach­cic. Wiel­ce za­alar­mo­wa­ni pa­ro­wie zwró­ci­li się do Izby Lor­dów z py­ta­nia­mi, co mogą uczy­nić, aby do­po­móc w zwal­cza­niu ta­kie­go przy­pły­wu so­cja­li­zmu. Po­ra­dzo­no im, żeby się nie mar­twi­li, kraj i im­pe­rium są bo­wiem bez­piecz­ne. Li­be­ral­na więk­szość, wy­ja­śnio­no im, choć tak po­tęż­na w Izbie Gmin, nic nie mo­gła zro­bić wo­bec pra­wa weta Izby Lor­dów. Ry­chło prze­cież - tłu­ma­czo­no da­lej - naj­wy­żej za kil­ka lat - w kra­ju znów za­pa­nu­je zdro­wy roz­są­dek i w na­stęp­nych wy­bo­rach po­wszech­nych elek­to­rat po­now­nie kon­tro­lę nad Izbą Gmin po­wie­rzy Par­tii Unio­ni­stów. W mię­dzy­cza­sie zaś, pan Bal­fo­ur i lord Lans­dow­ne, przy­wód­cy tej par­tii w Izbie Gmin i Izbie Lor­dów, wy­ko­rzy­sta­ją wła­dzę izby wyż­szej, aby kraj bez­piecz­nie prze­trwał trud­ne cza­sy.

To wła­śnie ta po­tęż­na dwój­ka, były pre­mier i jego współ­pra­cow­nik, były mi­ni­ster spraw za­gra­nicz­nych i twór­ca an­glo-fran­cu­skiej en­ten­ty, za­blo­ko­wa­ła li­be­ra­łom dro­gę do re­form spo­łecz­nych. Obaj przy­wód­cy kon­ser­wa­ty­stów by­najm­niej nie dzia­ła­li w se­kre­cie. Nie po­trze­bo­wa­li. To, co pla­no­wa­li i czy­ni­li było kon­sty­tu­cyj­ne i le­gal­ne, a w myśl ich wła­snych prze­ko­nań - tak­że pa­trio­tycz­ne i słusz­ne. Nowa więk­szość li­be­ral­na li­czy­ła w swo­ich sze­re­gach lu­dzi rze­czy­wi­ście wy­ko­nu­ją­cych roz­ma­ite za­wo­dy, wy­wo­dzą­cych się z kla­sy śred­niej, dys­po­nu­ją­cych skrom­ny­mi środ­ka­mi; nie­któ­rzy po­sło­wie la­bo­urzy­stow­scy pa­ra­li się nie­gdyś na­wet pra­cą rąk. We­dług Lans­dow­ne'a, któ­ry uwa­żał tzw. "czło­wie­ka z uli­cy za naj­bar­dziej szko­dli­wy pro­dukt na­szej epo­ki", Izba Gmin zło­żo­na z bie­da­ków i lu­dzi pra­cy nie mo­gła sku­tecz­nie rzą­dzić kra­jem. Bal­fo­ur się z tym zga­dzał, więc 15 stycz­nia 1906 roku, któ­ry to dzień przy­niósł im klę­skę wy­bor­czą, w Not­tin­gham na­sta­wał na ogło­sze­nie, iż jest obo­wiąz­kiem każ­de­go za­dbać, aby "wiel­ka Par­tia Unio­ni­stów nadal, nie­za­leż­nie od tego czy jest w rzą­dzie, czy w opo­zy­cji, czu­wa­ła nad lo­sa­mi tego wiel­kie­go Im­pe­rium". Od sa­mej in­au­gu­ra­cji no­we­go par­la­men­tu Bal­fo­ur i Lans­dow­ne pra­co­wa­li wspól­nie. W li­stach, ja­kie wy­mie­ni­li mię­dzy sobą w kwiet­niu 1906 roku, uży­li me­ta­fo­ry mi­li­tar­nej: "Jest spra­wą za­sad­ni­czą, aby oba skrzy­dła ar­mii współ­pra­co­wa­ły ze sobą [...]", na­pi­sał Lans­dow­ne Bal­fo­uro­wi. Bal­fo­ur zga­dzał się: "Par­tia w obu izbach nie po­win­na dzia­łać jak dwie nie­za­leż­ne ar­mie, lecz współ­pra­co­wać we­dług usta­lo­ne­go pla­nu kam­pa­nii". Kam­pa­nia mia­ła być bez­względ­na, wła­dza Izby Lor­dów wy­ko­rzy­sta­na do gra­nic, uka­za­na w ca­łej na­go­ści i bez­wsty­dzie. Usta­wy li­be­ra­łów, któ­re sprze­ci­wia­ły się sta­tu­so­wi lub bo­gac­twu szlach­ty ziem­skiej, ich po­plecz­ni­ków lub miesz­kań­ców ich okrę­gów wy­bor­czych, mia­ły ule­gać bez­li­to­snej rze­zi.

Pierw­szą ofia­rą ta­kiej po­li­ty­ki pa­dła li­be­ral­na Usta­wa o edu­ka­cji, po­my­śla­na jako śro­dek na uspo­ko­je­nie Non­kon­for­mi­stów47, któ­rzy sta­no­wi­li znacz­ną część elek­to­ra­tu po­pie­ra­ją­ce­go spra­wę li­be­ra­łów. Usta­wa, ma­ją­ca zli­kwi­do­wać na­ukę re­li­gii an­gli­kań­skiej i rzym­sko­ka­to­lic­kiej w szko­łach wspie­ra­nych przez pań­stwo, wzbu­dzi­ła gniew w zwią­za­nych z High Church48 krę­gach to­ry­sów, tak w Izbie Gmin, jak i w Izbie Lor­dów. Jej pro­jekt przed­sta­wio­no w Izbie Gmin w kwiet­niu 1906, skąd wy­szła i zo­sta­ła prze­ka­za­na do Izby Lor­dów je­sie­nią tego roku. Lord Lans­dow­ne, z dźwię­czą­cy­mi mu jesz­cze w uszach ra­da­mi Bal­fo­ura, wie­dział już jak się z nią roz­pra­wić. Po­zwo­lo­no, aby usta­wa prze­szła pierw­sze czy­ta­nie, a po­tem ode­sła­no ją do ko­mi­sji, gdzie zo­sta­ła tak po­kie­re­szo­wa­na po­praw­ka­mi, że wy­szła stam­tąd uchwa­la­jąc wła­ści­wie coś prze­ciw­ne­go niż pier­wot­nie za­mie­rza­no. Taki to mu­tant wró­cił do Izby Gmin, gdzie prze­ra­żo­ny rząd od­mó­wił na­wet roz­pa­trze­nia po­pra­wek lor­dów i po pro­stu po­zwo­lił ca­łej spra­wie zgi­nąć śmier­cią na­tu­ral­ną. Jesz­cze szyb­szy, a tak­że mniej skom­pli­ko­wa­ny oka­zał się los usta­wy o wie­lo­krot­nym gło­so­wa­niu, w za­mie­rze­niu któ­rej le­ża­ło zli­kwi­do­wa­nie daw­ne­go pra­wa, da­ją­ce­go pew­nym wła­ści­cie­lom ziem­skim, któ­rych do­bra le­ża­ły w róż­nych okrę­gach wy­bor­czych, gło­so­wać w każ­dym z tych okrę­gów. (Pe­wien wy­so­ko po­sta­wio­ny szlach­cic miał na jej mocy pra­wo gło­so­wa­nia dwa­na­ście razy). Lor­do­wie roz­po­czę­li de­ba­tę nad usta­wą, ry­chło wy­czer­pa­li za­pas ar­gu­men­tów, więc od­rzu­ci­li ją po upły­wie za­le­d­wie pół­to­rej go­dzi­ny. Je­dy­nym więk­szym ak­tem le­gi­sla­cyj­nym, ja­kie­mu po­zwo­lo­no w 1906 roku przejść przez cały par­la­ment, było Pra­wo o spo­rach związ­ko­wych, w któ­rym zwal­nia­no związ­ki za­wo­do­we z od­po­wie­dzial­no­ści są­do­wej za skut­ki ich ak­cji. Ro­sną­cy cią­gle ruch związ­ko­wy zy­ski­wał na sile po­li­tycz­nej i eko­no­micz­nej, za­tem lor­do­wie, wy­czu­wa­jąc nie­bez­pie­czeń­stwo w tak bez­po­śred­niej pró­bie jego stłu­mie­nia, ostroż­nie ustą­pi­li.

Li­be­ra­ło­wie byli wście­kli z po­wo­du ta­kiej ma­sa­kry swo­ich ustaw. We­dług wy­ra­że­nia Lloyd Geo­r­ge'a, Izba Lor­dów sta­ła się "nie psem łań­cu­cho­wym kon­sty­tu­cji, lecz pu­dlem pana Bal­fo­ura". Camp­bell-Ban­ner­mann, wy­ra­ża­jąc pod ko­niec se­sji par­la­men­tu gorz­kie roz­cza­ro­wa­nie, po­nu­ro za­po­wie­dział, "Moż­li­wo­ści Izby Gmin jesz­cze się nie wy­czer­pa­ły i z prze­ko­na­niem mó­wię, że trze­ba zna­leźć spo­sób, i znaj­dzie się taki spo­sób, dzię­ki któ­re­mu sza­lę prze­wa­ży wola ludu, wy­ra­żo­na przez jego wy­bra­nych przed­sta­wi­cie­li". W czerw­cu 1907 roku Izba Gmin za­de­cy­do­wa­ła, 432 gło­sa­mi prze­ciw­ko 147, o ogra­ni­cze­niu pra­wa weta Izby Lor­dów. Mimo to w se­sji par­la­men­tar­nej tego roku Izba Lor­dów uni­ce­stwia­ła lub ka­stro­wa­ła nie­mal każ­dą usta­wę uchwa­lo­ną przez li­be­ra­łów. Je­dy­ną ich istot­ną ini­cja­ty­wą le­gi­sla­cyj­ną, któ­rej lor­do­wie po­zwo­li­li przejść bez zmian, była Usta­wa o re­for­mie ar­mii wnie­sio­na przez Hal­da­ne'a, któ­rej trud­no było się prze­ciw­sta­wić, po­nie­waż zwięk­sza­ła spraw­ność Ar­mii Re­gu­lar­nej, two­rzy­ła Ar­mię Te­ry­to­rial­ną i Sztab Ge­ne­ral­ny, a wszyst­ko to z rów­no­cze­snym ob­cię­ciem co­rocz­nych wy­dat­ków na ar­mię, i to o całe 2 mi­lio­ny fun­tów szter­lin­gów.

W stycz­niu 1908 roku, kie­dy to rząd li­be­ral­ny roz­po­czy­nał trze­ci rok swo­je­go urzę­do­wa­nia, par­tia - za­rów­no w Izbie Gmin, jak i w ca­łym kra­ju - za­czy­na­ła już po­wo­li tra­cić cier­pli­wość. Wła­ści­wie to żad­na z ustaw przy­obie­ca­nych wy­bor­com pod­czas kam­pa­nii wy­bor­czej nie zo­sta­ła wpro­wa­dzo­na w ży­cie. Wszy­scy ro­zu­mie­li też, że żad­na nie zo­sta­nie wpro­wa­dzo­na, do­pó­ki nie zro­bi się cze­goś w spra­wie Izby Lor­dów. Cóż jed­nak moż­na było zro­bić? Każ­da usta­wa zmie­rza­ją­ca do ogra­ni­cze­nia wła­dzy Izby Lor­dów mu­sia­ła przejść wła­śnie przez Izbę Lor­dów. Rów­no­cze­śnie roz­cho­ro­wał się pre­mier (Camp­bell-Ban­ner­man miał zre­zy­gno­wać 3 kwiet­nia i umrzeć 22 kwiet­nia), rząd zda­wał się być nie­sku­tecz­ny, a opi­nia pu­blicz­na - zde­gu­sto­wa­na całą sy­tu­acją. Elek­to­rat - tak jak to prze­wi­dy­wał Bal­fo­ur - za­czy­nał po­wo­li skła­niać się po­now­nie ku pra­wi­cy. Se­ria strat po­nie­sio­nych przez li­be­ra­łów w wy­bo­rach uzu­peł­nia­ją­cych (sie­dem miejsc w cią­gu roku) nie wy­star­cza­ła, aby za­gro­zić wiel­kiej ich prze­wa­dze w Izbie Gmin, lecz była ostrze­że­niem przed tym, co może się zda­rzyć pod­czas na­stęp­nych wy­bo­rów po­wszech­nych.

Aby od­wró­cić tę ten­den­cję, w roku 1908 ga­bi­net zde­cy­do­wał się przed­ło­żyć pro­jek­ty dwóch waż­nych ustaw: Usta­wy o eme­ry­tu­rach star­czych oraz Usta­wy o wy­szyn­ku. Po­mysł wpro­wa­dze­nia eme­ry­tur dla lu­dzi w star­szym wie­ku miał po­wszech­ne po­par­cie ze stro­ny bry­tyj­skiej kla­sy pra­cu­ją­cej, zaś usta­no­wie­nie od­po­wied­nie­go pra­wa było przy­rze­czo­ne przez li­be­ral­nych po­słów do par­la­men­tu. Pro­po­no­wa­ny plan był zresz­tą skrom­ny: każ­da oso­ba w wie­ku sie­dem­dzie­się­ciu i wię­cej lat, nie po­sia­da­ją­ca do­cho­du więk­sze­go od dzie­się­ciu szy­lin­gów ty­go­dnio­wo, mia­ła otrzy­my­wać eme­ry­tu­rę w wy­so­ko­ści pię­ciu szy­lin­gów na ty­dzień (sie­dem i pół szy­lin­ga dla mał­żeństw). Oso­by ko­rzy­sta­ją­ce z tej usta­wy mu­sia­ły przejść spraw­dzian cha­rak­te­ru, wszy­scy, któ­rzy "na­gmin­nie nie pra­co­wa­li zgod­nie ze swo­imi uzdol­nie­nia­mi, moż­li­wo­ścia­mi i po­trze­ba­mi, na utrzy­ma­nie sie­bie i osób praw­nie im pod­le­ga­ją­cych", zo­sta­li uzna­ni za nie­upraw­nio­nych do sko­rzy­sta­nia z usta­wy. Dla za­bez­pie­cze­nia przed wtrą­ca­niem się Izby Lor­dów, rząd przy­wo­łał ar­gu­ment, że jest to usta­wa fi­nan­so­wa, do któ­rej po­praw­ki w izbie wyż­szej są nie­do­pusz­czal­ne. Ich lor­dow­skie mo­ście ob­ru­sza­li się, lecz po­zwo­li­li usta­wie przejść.

W swo­im po­stę­po­wa­niu w spra­wie usta­wy o wy­szyn­ku Izba Lor­dów nie oka­za­ła już po­dob­nej wstrze­mięź­li­wo­ści. Sta­ran­nie sfor­mu­ło­wa­na, po­pie­ra­na przez znacz­nie więk­szą część opi­nii pu­blicz­nej ani­że­li wy­łącz­nie przez li­be­ral­nych non­kon­for­mi­stów, na­mięt­nych zwo­len­ni­ków trzeź­wo­ści, usta­wa mia­ła na celu zmniej­sze­nie licz­by ba­rów pu­blicz­nych w dziel­ni­cach, gdzie było ich zbyt wie­le. Usta­lo­na zo­sta­ła sta­ła licz­ba pu­bów, pro­por­cjo­nal­na do licz­by miesz­kań­ców oraz wy­zna­czo­ny bar­dzo dłu­gi, bo aż czter­na­sto­let­ni okres przej­ścio­wy, w któ­rym mia­ło się do­ko­nać do­sto­so­wa­nie li­czeb­no­ści pu­bów do wła­ści­wej. Kon­ser­wa­ty­ści z fu­rią rzu­ci­li się na usta­wę. Zo­sta­ła ona okre­ślo­na jako mści­we wtrą­ca­nie się rzą­du w tra­dy­cyj­ną i za­szczyt­ną for­mę pry­wat­nej przed­się­bior­czo­ści. Pe­wien par, ar­gu­men­tu­jąc, że licz­ba pu­bów nie ma nic wspól­ne­go z pi­jań­stwem, stwier­dził, iż prze­cież nie czu­je się bar­dziej śpią­cy w swo­jej wiej­skiej po­sia­dło­ści, gdzie jest pięć­dzie­siąt sy­pial­ni, niż w swo­jej nad­mor­skiej wil­li, gdzie jest ich tyl­ko tu­zin. Bro­war­ni­cy za­gro­zi­li wstrzy­ma­niem hoj­nych do­ta­cji dla Par­tii Unio­ni­stów, gdy­by usta­wa sta­ła się obo­wią­zu­ją­cym pra­wem. Król, sta­ra­jąc się chro­nić lor­dów przed nimi sa­my­mi, we­zwał lor­da Lans­dow­ne i na­ma­wiał go, aby izba wyż­sza nie była po­strze­ga­na jako sto­ją­ca po stro­nie nie­trzeź­wo­ści. Lans­dow­ne przed­sta­wił tę proś­bę swo­im ko­le­gom - pa­rom unio­ni­stycz­nym - na nie­for­mal­nym spo­tka­niu w sa­lo­nie Lans­dow­ne Ho­use przy Ber­ke­ley Squ­are. (W gma­chu par­la­men­tu nie było sali do­sta­tecz­nie du­żej, aby po­mie­ścić taką ich licz­bę, oprócz sa­mej Izby Lor­dów, któ­ra nie mo­gła być wy­ko­rzy­sta­na poza ofi­cjal­ną de­ba­tą o re­je­stro­wa­nym prze­bie­gu). Spo­śród dwu­stu obec­nych pa­rów, wszy­scy oprócz dwu­na­stu opo­wie­dzie­li się za od­rzu­ce­niem usta­wy. Gdy 24 li­sto­pa­da zo­sta­ła ona for­mal­nie wnie­sio­na pod ob­ra­dy Izby Lor­dów, od­rzu­co­na zo­sta­ła 272 gło­sa­mi prze­ciw­ko 96. Izba, po­wie­dział lord Ed­mond Fit­zmau­ri­ce, brat lor­da Lans­dow­ne, spra­wi­ła jej "po­grzeb pierw­szej kla­sy. Zja­wi­ło się wie­lu szla­chet­nych lor­dów, któ­rzy nie­zbyt czę­sto za­szczy­ca­li nas do­tąd swo­ją obec­no­ścią". Ogła­sza­jąc wy­nik gło­so­wa­nia, li­be­ral­ny lord Kanc­lerz, lord Lo­re­burn, oznaj­mił, że usta­wa nie umar­ła w Izbie w dniu dzi­siej­szym, lecz zo­sta­ła wcze­śniej "za­szty­le­to­wa­na przy Ber­ke­ley Squ­are".

Pod ko­niec 1908 roku Par­tia Li­be­ral­na aż wrza­ła od fru­stra­cji wy­wo­ła­nej nie­mo­cą rzą­du i jego wi­docz­ną nie­chę­cią do pod­ję­cia rę­ka­wi­cy, jaką sta­no­wi­ły pro­wo­ka­cje izby wyż­szej. No­wi­ny z wy­bo­rów uzu­peł­nia­ją­cych nadal były po­nu­re, pa­no­wa­ło ogól­ne prze­czu­cie, że gdy­by do­szło do wy­bo­rów po­wszech­nych, unio­ni­ści wy­gra­li­by je z prze­wa­gą stu miejsc. Pro­blem, co było rze­czą ja­sną dla wszyst­kich, po­le­gał na tym, że Izba Lor­dów wy­ko­rzy­sty­wa­ła li­te­rę kon­sty­tu­cji, igno­ru­jąc jej du­cha. Bal­fo­ur, ma­jąc je­dy­nie 147 po­słów unio­ni­stycz­nych w Izbie Gmin, lecz wspie­ra­ny przez pię­ciu­set pa­rów, ogra­ni­czał spra­wo­wa­nie wła­dzy do jed­nej tyl­ko par­tii.

Jed­no z moż­li­wych roz­wią­zań - spro­wo­ko­wa­nie na­tych­mia­sto­wych wy­bo­rów po­wszech­nych - wy­da­wa­ło się rzą­do­wi peł­ne za­gro­żeń. Żad­na z ustaw od­rzu­co­nych przez lor­dów nie była sama w so­bie do­sta­tecz­nie prze­ko­ny­wu­ją­ca, aby skło­nić kraj do wpro­wa­dze­nia za­sad­ni­czej zmia­ny kon­sty­tu­cji od­no­szą­cej się do izby wyż­szej. Sama przez się na­rzu­ca­ła się za­tem inna dro­ga - lor­do­wie nie mo­gli wno­sić po­pra­wek do ustaw fi­nan­so­wych. Pod­czas gło­so­wa­nia nad Usta­wą o eme­ry­tu­rach więk­szość pa­rów na­wet nie pró­bo­wa­ła ukryć swo­jej wro­go­ści wo­bec usta­wy, gdy jed­nak Izba Gmin twar­do oznaj­mi­ła, że ja­ka­kol­wiek po­praw­ka izby wyż­szej do tej usta­wy fi­nan­so­wej jest kon­sty­tu­cyj­nie nie do przy­ję­cia, lor­do­wie się cof­nę­li. A za­tem usta­wy fi­nan­so­we, przede wszyst­kim Usta­wa bu­dże­to­wa, wy­da­wa­ły się stwa­rzać rzą­do­wi li­be­ra­łów dro­gę wpro­wa­dza­nia po­stę­pu spo­łecz­ne­go. Gdy­by Izba Lor­dów spró­bo­wa­ła za­blo­ko­wać taki akt le­gi­sla­cyj­ny, to li­be­ra­ło­wie wi­dzie­li już, jak przed­sta­wi­li­by kra­jo­wi kwe­stię kon­sty­tu­cyj­ną. Kto rzą­dzi An­glią? Pa­ro­wie czy Na­ród? Oto coś, co opi­nia pu­blicz­na mo­gła­by zro­zu­mieć.

Było to pod­czas pierw­szych ty­go­dni roku 1909, z ga­bi­ne­tem uwi­kła­nym w spór o czte­ry lub sześć dred­no­tów w pro­jek­cie bu­dże­tu ma­ry­nar­ki, kie­dy Da­vid Lloyd Geo­r­ge, kanc­lerz Izby Roz­ra­chun­ko­wej, ze­sta­wiał bu­dżet na rok 1909. Do swo­je­go za­da­nia pod­cho­dził z praw­dzi­wą przy­jem­no­ścią i ani­mu­szem. Z po­nad ośmio­ma (8,7) mi­lio­na­mi fun­tów szter­lin­gów po­trzeb­ny­mi na sfi­nan­so­wa­nie usta­wy o eme­ry­tu­rach i pra­wie czte­re­ma (3,7 mln) na za­pła­ce­nie w pierw­szym roku za nowe dred­no­ty49, Lloyd Geo­r­ge sta­nął na­tych­miast wo­bec per­spek­ty­wy de­fi­cy­tu wy­no­szą­ce­go 16 mi­lio­nów fun­tów szter­lin­gów. Aby zgro­ma­dzić ta­kie pie­nią­dze, kanc­lerz zmu­szo­ny był zwięk­szyć do­cho­dy przez wpro­wa­dze­nie no­wych po­dat­ków. Per­spek­ty­wa taka wiel­ce go roz­ba­wi­ła. "Będę mu­siał ob­ra­bo­wać czyjś kur­nik - po­wie­dział - i mu­szę się za­sta­no­wić, gdzie mogę zna­leźć naj­wię­cej jaj, gdzie do­bio­rę się do nich naj­ła­twiej i gdzie naj­mniej mi się za to obe­rwie". Do kwiet­nia kanc­lerz zlo­ka­li­zo­wał już pew­ną licz­bę od­po­wied­nich kur­ni­ków. Pła­ce­nie za do­dat­ko­we dred­no­ty, cze­mu tak bar­dzo się sprze­ci­wiał, stwa­rza­ło oka­zję do spo­rej i mści­wej ra­do­ści; to Unio­ni­ści, któ­rzy naj­gło­śniej gar­dło­wa­li za do­dat­ko­wy­mi pan­cer­ni­ka­mi, mie­li te­raz zo­stać opo­dat­ko­wa­ni, aby za nie za­pła­cić. Moż­na było li­czyć na to, że inne po­zy­cje na jego li­ście po­dat­ków tak­że po­ru­szą naj­wyż­sze sfe­ry kra­ju. A prze­cież spra­wy mia­ły się jesz­cze le­piej; kanc­lerz miał już skal­ku­lo­wa­ny spo­sób na prze­ła­ma­nie sprze­ci­wów opo­nen­tów: wszyst­kie te środ­ki, ze zdro­wym do­dat­kiem re­form so­cjal­nych, mo­gły zo­stać opa­ko­wa­ne w usta­wę fi­nan­so­wą, do­rocz­ny bu­dżet, z któ­rym Izba Lor­dów mo­gła igrać tyl­ko na wła­sną zgu­bę.

Lloyd Geo­r­ge przed­sta­wił swój hi­sto­rycz­ny bu­dżet w Izbie Gmin 29 kwiet­nia 1909 roku, mie­siąc po za­mknię­ciu de­ba­ty nad wo­tum nie­uf­no­ści w kwe­stii bu­dże­tu ma­ry­nar­ki. Na­zwał go "bu­dże­tem lu­do­wym" i po­wie­dział, że jest on za­pro­jek­to­wa­ny z za­mia­rem "ze­bra­nia pie­nię­dzy na wy­da­nie nie­ubła­ga­nej woj­ny ubó­stwu i nę­dzy". Usta­wa do­bie­ra­ła się do bo­gac­twa i wła­sno­ści na sze­reg roz­ma­itych spo­so­bów. Je­dy­ny­mi no­wy­mi po­dat­ka­mi, ja­kie mia­ły ude­rzyć we wszyst­kie kla­sy spo­łe­czeń­stwa, były pod­wyż­szo­ne cła na al­ko­hol i ty­toń. Po­dat­ki od sa­mo­cho­dów i ben­zy­ny spa­da­ły na wyż­sze kla­sy oraz bo­ga­czy. Lloyd Geo­r­ge ude­rzył tak­że w bro­war­ni­ków, któ­rzy po­mo­gli przy utrą­ce­niu Usta­wy o wy­szyn­ku, po­przez pod­wyż­sze­nie kosz­tów wy­ku­pu li­cen­cji na wy­szynk w pu­bach. Pod­niósł też po­da­tek od do­cho­dów oso­bi­stych z dzie­wię­ciu pen­sów do jed­ne­go szy­lin­ga i dwóch pen­sów od fun­ta (od nie­znacz­nie mniej niż 4% do nie­co po­ni­żej 6%). Na­ło­żył też "su­per­po­da­tek" na wszyst­kie do­cho­dy po­wy­żej 3000 fun­tów rocz­nie oraz znacz­nie pod­wyż­szył po­da­tek spad­ko­wy. Tym, co naj­bar­dziej roz­wście­czy­ło kon­ser­wa­ty­stów, był fakt, iż kanc­lerz do usta­wy fi­nan­so­wej wpa­ko­wał też Usta­wę o wy­ce­nie grun­tów, któ­ra mia­ła na celu przy­go­to­wa­nie no­wych po­dat­ków grun­to­wych. Oto po raz pierw­szy mia­ła zo­stać osza­co­wa­na war­tość wszyst­kich pry­wat­nych grun­tów w An­glii. Było to po­strze­ga­ne tak, jak było za­mie­rzo­ne, tzn. jako za­mach na wiel­kich wła­ści­cie­li ziem­skich. Spra­wa wy­wo­ła­ła bu­rzę. Ob­raz ob­cych lu­dzi dep­cą­cych ich od­wiecz­ne zie­mie, żeby oce­nić ich war­tość w celu na­ło­że­nia po­dat­ków, przy­pra­wił wie­lu z an­giel­skiej szlach­ty o sza­leń­stwo. Je­śli tej usta­wy nie da się oba­lić w Izbie Gmin, to musi ona być i zo­sta­nie za­we­to­wa­na w Izbie Lor­dów.

Dłu­ga ba­ta­lia wo­kół Izby Lor­dów roz­wi­ja­ła się w dwóch fa­zach: wstęp­na bi­twa o bu­dżet na rok 1909, a po­tem, prze­kra­cza­jąc i usu­wa­jąc w cień bu­dżet, o fun­da­men­tal­ną kwe­stię kon­sty­tu­cyj­ną - czy Izba Lor­dów po­win­na za­cho­wać swo­je pra­wo do zmia­ny de­cy­zji pod­ję­tych w Izbie Gmin. Jak dłu­go spra­wa po­zo­sta­wa­ła przede wszyst­kim kwe­stią fi­nan­sów, stro­ną rzą­do­wą kie­ro­wał w wal­ce Lloyd Geo­r­ge. Gdy bi­twa prze­nio­sła się na grunt kon­sty­tu­cyj­ny, na czo­ło wy­su­nął się sam pre­mier Asqu­ith, aby po­pro­wa­dzić swo­ją par­tię do wal­ki.

Kanc­lerz był chęt­nym, ak­tyw­nym, cza­sem za­pal­czy­wym mów­cą. W par­la­men­cie i po ca­łym kra­ju wy­gła­szał prze­mó­wie­nia bę­dą­ce "cza­sa­mi czymś po­śred­nim po­mię­dzy nie­zrów­na­nym dra­ma­tem a wy­so­kiej kla­sy ka­wał­kiem z wo­de­wi­lu", pod któ­rych wpły­wem jego słu­cha­cze "wyli na prze­mian z wście­kło­ści i ze śmie­chu". Naj­słyn­niej­sza taka mowa zo­sta­ła wy­gło­szo­na pew­ne­go let­nie­go wie­czo­ra w dziel­ni­cy Li­me­ho­use na lon­dyń­skim East End, gdzie przed wi­dow­nią zło­żo­ną z czte­rech ty­się­cy Cock­ney­ów50, Lloyd Geo­r­ge opi­sał wal­kę rzą­du o wpro­wa­dze­nie Usta­wy o eme­ry­tu­rach i opór sta­wia­ny wo­bec niej przez wiel­kich pa­nów oraz wła­ści­cie­li ziem­skich. Jej szczy­tem był opis wi­zy­ty, jaką zło­żył w ko­pal­ni wę­gla:

"Za­pa­dli­śmy się w cze­luść głę­bo­ką na pół mili. Po­tem szli­śmy pod górą. [...] Wo­kół nas i nad nami zie­mia zda­wa­ła się prę­żyć i ugi­nać, jak­by chcia­ła nas zmiaż­dżyć. Moż­na było zo­ba­czyć stem­ple zgię­te, po­skrę­ca­ne i spę­ka­ne tak, że mo­głeś zo­ba­czyć ich włók­na roz­sz­cze­pia­ją­ce się od wy­sił­ku, jaki sta­wia­ły na­ci­sko­wi. Cza­sem one ustę­pu­ją, a wte­dy tyl­ko rany i śmierć. Czę­sto iskra coś za­pa­li, cały szyb za­le­wa ogień i żar­łocz­ne pło­mie­nie wy­sy­sa­ją tchnie­nie ży­cia z set­ki pier­si. W ko­pal­ni za­raz są­sied­niej do tej, do któ­rej zje­cha­łem, kil­ka lat temu trzy­stu lu­dzi stra­ci­ło ży­cie w ten spo­sób. A mimo to, gdy pre­mier i ja za­pu­ka­li­śmy do drzwi tych wiel­kich pa­nów i po­wie­dzie­li­śmy do nich: "Spójrz­cie, zna­cie tych bie­da­ków, któ­rzy całe ży­cie ko­pa­li na wa­sze zy­ski, ry­zy­ku­jąc wła­snym ży­ciem. Nie­któ­rzy są już bar­dzo sta­rzy [...] są po­ła­ma­ni, nie mogą już wię­cej za­ra­biać. Czy nie da­li­by­ście im cze­goś, aby mo­gli już nie przy­cho­dzić do pra­cy?" - po­pa­trzy­li na nas spode łba, a my na to - "Tyl­ko pół pen­sa, choć­by mie­dzia­ka". Po­wie­dzie­li: "Wy, zło­dzie­je!". I spu­ści­li na nas swo­je psy".

Lloyd Geo­r­ge obej­mo­wał wszyst­kich pa­rów, ma­gna­tów i wła­ści­cie­li ziem­skich, wiel­kich i ma­łych, jed­nym, zbior­czym, szcze­gól­nym, a w jego ustach uwła­cza­ją­cym ter­mi­nem - "diu­ko­wie". Opi­su­jąc szlach­tę ziem­ską swo­im słu­cha­czom, prze­waż­nie ro­bot­ni­kom i miesz­czu­chom, od­ma­lo­wy­wał przed nimi sce­ny, w któ­rych nie­okrze­sa­ni bar­ba­rzyń­cy sie­dzą wo­kół cio­sa­nych sto­łów przed ogrom­ny­mi ko­min­ka­mi w swo­ich zam­kach. No­szą oni ko­ro­ny, jak pa­ro­wie w "Jo­lan­cie"51, od cza­su do cza­su roz­ka­zu­jąc sio­dłać ko­nie, aby mo­gli po­je­chać do Lon­dy­nu i ze zło­śli­wą ra­do­ścią gło­so­wać prze­ciw usta­wom li­be­ra­łów. W New­ca­stle 9 paź­dzier­ni­ka kanc­lerz był w do­brej for­mie. Miał do­bre wia­do­mo­ści, któ­ry­mi mógł się za­jąć. Kon­ser­wa­ty­ści prze­wi­dy­wa­li, że re­ali­za­cja jego bu­dże­tu spo­wo­du­je de­pre­sję w go­spo­dar­ce, któ­ra w isto­cie mia­ła się do­brze i wy­ka­zy­wa­ła wzrost. "Tyl­ko jed­ne ak­cje pa­skud­nie spa­dły - oznaj­mił kanc­lerz - Na­stą­pił wiel­ki spa­dek po­py­tu na diu­ków". I nie dzi­wo­ta: "Utrzy­ma­nie w peł­ni wy­po­sa­żo­ne­go diu­ka kosz­tu­je tyle, co dwóch dred­no­tów, a bu­dzą taki sam po­strach, w do­dat­ku żyją dłu­żej". Po­tem na­wią­zał do spra­wy weta Izby Lor­dów: "Po­sta­wio­ne bę­dzie py­ta­nie: "Czy 500 lu­dzi, zwy­kłych lu­dzi, wy­bra­nych przy­pad­ko­wo spo­śród bez­ro­bot­nych, po­win­no zmie­niać de­cy­zje - prze­my­śla­ne de­cy­zje - mi­lio­nów lu­dzi, któ­rzy pil­nie zaj­mu­ją się wszel­ką dzia­łal­no­ścią two­rzą­cą bo­gac­two tego kra­ju?"".

Pro­wo­ka­cyj­ne mowy kanc­le­rza zro­bi­ły swo­je; gdy Lloyd Geo­r­ge cią­gle ostrzył swój kij i kłuł nie­mi­ło­sier­nie, po ca­łej An­glii dały się sły­szeć wrza­ski. Z wiej­skich hrabstw i gór­skich kry­jó­wek - ze­wsząd po­ja­wia­ła się szlach­ta. Diuk Por­t­land ze szcze­rym prze­ko­na­niem wy­ja­śniał, jak to bu­dżet bę­dzie sze­rzył w kra­ju bez­ro­bo­cie, gdy w wiel­kich do­brach ziem­skich zwal­niać się bę­dzie ogrod­ni­ków i łow­czych. Diuk So­mer­set oznaj­mił, że bę­dzie zmu­szo­ny zmniej­szyć swo­je dat­ki na cele cha­ry­ta­tyw­ne. Diuk Be­au­fort po­nu­rym to­nem wy­ra­żał pra­gnie­nie uj­rze­nia pana Lloyd Geo­r­ge'a w środ­ku sfo­ry swo­ich char­tów. Do­świad­cze­ni po­li­ty­cy byli tak­że pro­wo­ko­wa­ni mo­wa­mi kanc­le­rza. Lord Lans­dow­ne po­rów­nał Lloyd Geo­r­ge'a do "rzu­ca­ją­cej się na łup mewy ra­bu­sia, szcze­gól­nie żar­łocz­nej i po­zba­wio­nej skru­pu­łów, któ­ra krad­nie ryby in­nym me­wom". Lord Ro­se­be­ry, któ­ry od cza­su sfor­mo­wa­nia rzą­du li­be­ra­łów w 1906 roku trzy­mał się na ubo­czu, opi­su­jąc wła­sne wy­stą­pie­nia jako "kra­ka­nie eme­ry­to­wa­ne­go kru­ka na uschnię­tej ga­łę­zi", na­gle wy­buch­nął pło­mie­niem, wy­stę­pu­jąc z prze­mó­wie­niem w Glas­gow. Ata­ku­jąc bu­dżet, po­wie­dział gorz­kim to­nem: "My­ślę, że moi przy­ja­cie­le idą ścież­ką, któ­ra pro­wa­dzi do so­cja­li­zmu. Nie po­wiem, jak da­le­ko już się nią po­su­nę­li. Lecz tą ścież­ką pod żad­nym po­zo­rem nie pój­dę za nimi choć­by o je­den cal. So­cja­lizm ozna­cza ko­niec wszyst­kie­go, jest za­prze­cze­niem Wia­ry, Ro­dzi­ny, Wła­sno­ści, Mo­nar­chii, Im­pe­rium". Sło­wa Ro­se­be­ry'ego wy­wo­ła­ły ra­dość w wiej­skich po­sia­dło­ściach An­glii. Je­śli ów wiel­ki li­be­ral­ny ora­tor i były pre­mier był ko­niec koń­ców "po stro­nie anio­łów", to jesz­cze nie wszyst­ko było stra­co­ne.

W tym sta­dium Asqu­ith po­zo­sta­wił więk­szość kłót­ni swe­mu ogni­ste­mu wa­lij­skie­mu ko­le­dze, udzie­la­jąc jed­nak kanc­le­rzo­wi po­par­cia, któ­re Lloyd Geo­r­ge sam okre­ślił jako "twar­de jak ska­ła". W je­dy­nej więk­szej mo­wie tej je­sie­ni, jaką pre­mier wy­gło­sił do trzy­na­stu ty­się­cy lu­dzi w Bir­ming­ham 17 wrze­śnia, trak­to­wał uchwa­le­nie bu­dże­tu jako pew­ne: "Po­praw­ki ze stro­ny Izby Lor­dów są wy­klu­czo­ne - oznaj­mił - Od­rzu­ce­nie przez Izbę Lor­dów tak­że nie wcho­dzi w ra­chu­bę. [...] W ten spo­sób do­ko­na się re­wo­lu­cja". Mimo wszyst­ko do­szło do tego, co zda­wa­ło się nie­wy­obra­żal­ne. 4 li­sto­pa­da Izba Gmin uchwa­li­ła bu­dżet Lloyd Geo­r­ge'a. De­ba­ta prze­nio­sła się do Izby Lor­dów. Lord Lans­dow­ne przy­po­mniał Izbie, że sam Oli­ver Crom­well, naj­więk­szy an­giel­ski re­pu­bli­ka­nin, po­wie­dział, że Izba Lor­dów jest nie­zbęd­na, aby uchro­nić lud przed "wszech­moc­ną Izbą Gmin - naj­po­twor­niej­szą sa­mo­wo­lą, jaką kie­dy­kol­wiek wi­dział świat". Lord Cur­zon52 oznaj­mił, że nig­dy jesz­cze w hi­sto­rii ludz­ko­ści nie wy­le­czo­no bie­dy przez na­kła­da­nie po­dat­ków i że pro­po­no­wa­ne obec­nie po­dat­ki bez wąt­pie­nia będą wzra­stać - od spo­ra­dycz­nej kon­fi­ska­ty do­pro­wa­dzą do cał­ko­wi­tej i po­wszech­nej kon­fi­ska­ty. 30 li­sto­pa­da lor­do­wie od­rzu­ci­li bu­dżet sto­sun­kiem gło­sów 350 do 75. Po raz pierw­szy od 250 lat izba wyż­sza od­rzu­ci­ła usta­wę do­ty­czą­cą fi­nan­sów. Asqu­ith szyb­ko przed­ło­żył Izbie Gmin re­zo­lu­cję, opi­su­ją­cą dzia­ła­nie Izby Lor­dów, jako "zła­ma­nie Kon­sty­tu­cji i uzur­po­wa­nie so­bie praw Izby Gmin". Pry­wat­nie li­be­ra­ło­wie, któ­rzy pra­gnę­li roz­pra­wy z lor­da­mi, byli za­chwy­ce­ni. "Je­śli pa­no­wie od­rzu­ci­cie ten bu­dżet, spra­wi­cie nam ra­dość, jak nig­dy w ży­ciu" - po­wie­dział pe­wien mi­ni­ster swo­je­mu przy­ja­cie­lo­wi - kon­ser­wa­ty­ście. "Na­resz­cie ich mamy" - ra­do­wał się Lloyd Geo­r­ge.

Otwar­ta zo­sta­ła dro­ga do wy­bo­rów po­wszech­nych. 10 grud­nia 1909 roku w Al­bert Hall Asqu­ith ogło­sił, że rząd li­be­ra­łów nie pod­da się po­now­nym po­ła­jan­kom i upo­ko­rze­niom, ja­kie spo­ty­ka­ły go ze stro­ny Izby Lor­dów przez ostat­nie czte­ry lata. "Nie obej­mie­my urzę­du i nie bę­dzie­my się trzy­mać urzę­du, je­śli nie po­tra­fi­my stwo­rzyć za­bez­pie­czeń [...] nie­zbęd­nych dla spraw­no­ści le­gi­sla­cyj­nej i ho­no­ru par­tii" - po­wie­dział pre­mier. Ku za­sko­cze­niu wszyst­kich, wy­bo­ry, któ­re od­by­ły się w stycz­niu 1910, były nud­ne. Kam­pa­nie obu par­tii ob­ra­ca­ły się wo­kół spra­wy bu­dże­tu, lecz praw­dzi­wą kwe­stią było pra­wo weta Izby Lor­dów. Fre­kwen­cja była umiar­ko­wa­na, cze­go wy­ni­kiem były stra­ty po obu stro­nach. Z 275 miej­sca­mi li­be­ra­ło­wie utrzy­ma­li więk­szość, któ­ra jed­nak skur­czy­ła się dra­stycz­nie w sto­sun­ku do 377 miejsc, ja­kie zdo­by­li czte­ry lata wcze­śniej. Unio­ni­ści zy­ska­li 105 miejsc i wró­ci­li do West­min­ste­ru z łącz­ną ich licz­bą wy­no­szą­cą 273, lecz po­zo­sta­li w mniej­szo­ści. Osiem­dzie­się­ciu dwóch na­cjo­na­li­stów ir­landz­kich oraz czter­dzie­stu po­słów La­bo­ur Par­ty z pew­no­ścią mia­ło gło­so­wać za rzą­dem. Po­raż­ka Unio­ni­stów za­pew­nia­ła uchwa­le­nie bu­dże­tu; lord Lans­dow­ne obie­cał, że je­śli li­be­ra­ło­wie wy­gra­ją wy­bo­ry, Izba Lor­dów tak­że go prze­pu­ści. Jed­nak w celu prze­for­so­wa­nia usta­wy w Izbie Gmin, przy rzą­do­wej więk­szo­ści za­le­d­wie dwóch gło­sów, ga­bi­net po­trze­bo­wał gło­sów na­cjo­na­li­stów ir­landz­kich - a te były do­stęp­ne je­dy­nie za okre­ślo­ną cenę. Ceną Ir­land­czy­ków była Home Rule, zaś je­dy­nym spo­so­bem wpro­wa­dze­nia Home Rule było anu­lo­wa­nie pra­wa weta Izby Lor­dów. Ceną prze­pro­wa­dze­nia "Bu­dże­tu Lu­do­we­go" przez Izbę Gmin sta­ła się za­tem obiet­ni­ca Asqu­itha, że doj­dzie do po­tęż­ne­go ata­ku na Izbę Lor­dów. Przez na­stęp­ne pół­to­ra roku pre­mier miał pró­bo­wać zre­ali­zo­wać tę obiet­ni­cę.

Gdy w lu­tym 1910 ze­brał się nowy par­la­ment, Asqu­ith na­tych­miast ogło­sił, ze rząd za­mie­rza po­zba­wić Izbę Lor­dów jej pra­wa weta. 14 kwiet­nia, przed­sta­wił Izbie Gmin Usta­wę o par­la­men­cie, oznaj­mia­jąc przy tej oka­zji, że "je­śli Izba Lor­dów nie za­ak­cep­tu­je na­szej po­li­ty­ki, lub od­mó­wi jej roz­wa­że­nia [...] bę­dzie­my uwa­żać za swój obo­wią­zek na­tych­miast przed­sta­wić Ko­ro­nie wnio­ski na te­mat kro­ków, ja­kie po­win­ny zo­stać pod­ję­te. [...]". Krą­ży­ła wstręt­na uszom pa­rów unio­ni­stycz­nych po­gło­ska, że pre­mier uzy­skał od kró­la obiet­ni­cę wy­kre­owa­nia do­sta­tecz­nej licz­by no­wych pa­rów - na­wet aż pię­ciu­set - aby prze­pchnąć usta­wę przez Izbę Lor­dów. Z uwa­gą zwró­co­ną na ową po­gło­skę, Unio­ni­ści na­wet nie za­uwa­ży­li jak bu­dżet kanc­le­rza, z sza­cun­kiem war­to­ści grun­tów i całą resz­tą, prze­szedł 27 kwiet­nia przez Izbę Gmin, zaś w dniu na­stęp­nym przez Izbę Lor­dów. Te­goż wie­czo­ru, wy­czer­pa­ni tru­da­mi i po­trze­bu­jąc wy­tchnie­nia przed cią­giem dal­szym, po­sło­wie obu izb odło­ży­li ob­ra­dy na czas prze­rwy Wiel­ka­noc­nej.

Osta­tecz­nie za­de­cy­do­wać mu­siał król. Lans­dow­ne unik­nął na­tych­mia­sto­we­go kry­zy­su przez zło­że­nie obiet­ni­cy, że je­śli Li­be­ra­ło­wie zwy­cię­żą w wy­bo­rach po­wszech­nych, Izba Lor­dów po­zwo­li na uchwa­le­nie bu­dże­tu Lloyd Geo­r­ge'a. To jed­nak już nie wy­star­cza­ło. Rząd miał te­raz zo­bo­wią­za­nia wo­bec na­cjo­na­li­stów ir­landz­kich, że po­zba­wi Izbę Lor­dów pra­wa weta. Król Edward zga­dzał się, że pew­na re­for­ma izby wyż­szej jest ko­niecz­na. W li­sto­pa­dzie 1909 lord Knol­lys, oso­bi­sty se­kre­tarz kró­la (po­dzie­la­ją­cy i od­zwier­cie­dla­ją­cy po­glą­dy mo­nar­chy), pi­sał do przy­ja­cie­la: "Ja sam nie wi­dzę szans na to, żeby Izba Lor­dów prze­trwa­ła w swo­im obec­nym kształ­cie". Mimo że ko­smo­po­li­tycz­ny król mógł nie po­dzie­lać gu­stów wszyst­kich pa­rów, zwłasz­cza nie­któ­rych spo­śród Le­śnych Lu­dzi, to eks­klu­zyw­ność ary­sto­kra­cji oraz przy­wi­le­je Izby Lor­dów sta­no­wi­ły część tej An­glii, w któ­rej się uro­dził. Choć Asqu­ith po­wie­dział w par­la­men­cie w lu­tym 1910, że ani nie pro­sił, ani tym bar­dziej nie otrzy­mał od kró­la ja­kiejś obiet­ni­cy wy­kre­owa­nia pię­ciu­set pa­rów w celu oba­le­nia Izby Lor­dów, to sama myśl, że proś­ba taka może kie­dys się po­ja­wić, wy­wo­ły­wa­ła oba­wy mo­nar­chy.

Król Edward od­czu­wał kło­po­ty zdro­wot­ne. Przez czte­ry lata co­raz więk­szych pro­ble­mów przy­spa­rzał mu bron­chit oraz po­da­gra. Mimo ca­łych nocy spę­dza­nych na kasz­lu i nie­ustan­ne­go przy­bie­ra­nia na wa­dze, król od­ma­wiał po­słu­szeń­stwa swo­im dok­to­rom. "Och, na­praw­dę nie­do­brze - zwykł się uskar­żać - Znów ten atak, i to mimo tego, że tak o sie­bie dba­łem" - po czym za­sia­dał do obia­du zło­żo­ne­go z zupy żół­wio­wej, fi­le­tu z ło­so­sia, kur­cząt z roż­na, com­bra ba­ra­nie­go, be­ka­sa na­dzie­wa­ne­go gę­si­mi wą­trób­ka­mi, szpa­ra­gów, owo­ców, ca­łych ta­le­rzy lo­dów i przy­sta­wek, po któ­rym za­pa­lał ogrom­ne cy­ga­ro. W do­dat­ku do cier­pień fi­zycz­nych do­cho­dzi­ły jesz­cze wszyst­kie obo­wiąz­ki kon­sty­tu­cyj­ne­go mo­nar­chy: król mu­siał pu­blicz­nie za­wsze być uśmiech­nię­ty, cier­pli­wy i mą­dry.

Jed­nym z ob­cią­żeń, któ­re król uwa­żał za szcze­gól­nie cięż­kie, była ko­niecz­ność oka­zy­wa­nia wzglę­dów swo­je­mu sio­strzeń­co­wi, ce­sa­rzo­wi Wil­hel­mo­wi. Ta­kie na­sta­wie­nie po­wo­do­wa­ło, że obo­wią­zek, na któ­re­go speł­nie­nie na­sta­wa­ło obec­nie Mi­ni­ster­stwo Spraw za­gra­nicz­nych, wy­da­wał mu się szcze­gól­nie cięż­ki. Król Edward za­sia­dał na tro­nie już od ośmiu lat. Zdą­żył też zło­żyć ofi­cjal­ne wi­zy­ty pań­stwo­we we wszyst­kich więk­szych i spo­rej licz­bie mniej­szych sto­lic eu­ro­pej­skich, lecz nig­dy nie był z for­mal­ną wi­zy­tą w Ber­li­nie. (Jego licz­ne po­dró­że do Nie­miec, aby spo­tkać się z umie­ra­ją­cą sio­strą czy od­wie­dzić sio­strzeń­ca były pry­wat­ne i nie­for­mal­ne.) Ka­iser ostro to od­czu­wał, nie­miec­cy dy­plo­ma­ci czę­sto wy­po­mi­na­li, a Mi­ni­ster­stwo Spraw Za­gra­nicz­nych moc­no na­ci­ska­ło. Król, cho­ry i me­lan­cho­lij­ny, zgo­dził się nie­chęt­nie i w lu­tym 1909 roku ru­szył w po­dróż.

Wi­zy­tę od sa­me­go po­cząt­ku tra­pi­ły nie­for­tun­ne przy­pad­ki. Do pierw­sze­go do­szło, gdy po­ciąg kró­lew­ski do­tarł do Ra­the­now, na gra­ni­cy Bran­den­bur­gii, gdzie w szy­ku sta­nę­ła or­kie­stra woj­sko­wa i pułk hu­za­rów. Gdy po­ciąg wje­chał na sta­cję, król nie był jesz­cze go­to­wy. Po­ciąg po dro­dze prze­kro­czył stre­fę cza­so­wą i słu­żą­cy, za­po­mniaw­szy prze­sta­wić swój ze­ga­rek, nie wy­ło­żył na czas wła­ści­we­go mun­du­ru Jego Kró­lew­skiej Mo­ści. Gdy świ­ta kró­lew­ska w peł­nej gali za­czę­ła wy­cho­dzić na pe­ron, or­kie­stra, spo­dzie­wa­jąc się, że za chwi­lę po­ja­wi się mo­nar­cha, za­in­to­no­wa­ła "God Save the King". Przez całe dzie­sięć mi­nut, gdy król Edward wbi­jał się w mun­dur nie­miec­kie­go mar­szał­ka po­lne­go, or­kie­stra gra­ła "w kół­ko "God Save the King", aż pra­wie chcia­ło nam się wyć", jak wy­ra­ził się je­den z człon­ków świ­ty bry­tyj­skiej. W koń­cu po­ja­wił się król Edward i, ma­sze­ru­jąc tak szyb­ko, że aż się za­sa­pał, do­ko­nał prze­glą­du hu­za­rów.

W Ber­li­nie ka­iser ocze­ki­wał wuja w tym miej­scu pe­ro­nu, gdzie miał za­trzy­mać się wa­gon kró­la, król jed­nak prze­by­wał wła­śnie w wa­go­nie kró­lo­wej, od­le­głym o sto jar­dów. Ka­iser, ce­sa­rzo­wa i cała resz­ta gru­py po­wi­tal­nej mu­sia­ła biec po pe­ro­nie i usta­wiać się na nowo, żeby po­wi­tać go­ści. Ocze­ki­wa­ła na nich te­raz cała ka­wal­ka­da po­jaz­dów, któ­re mia­ły prze­wieźć wszyst­kich do pa­ła­cu, lecz za­czę­ły się kło­po­ty z koń­mi. Nie­któ­re z po­wo­zów były tak bli­sko są­sied­nich, że fo­ry­sie sie­dzą­cy z tyłu jed­ne­go mu­sie­li oglą­dać się za sie­bie, żeby nie dać się po­gryźć ko­niom na­stęp­ne­go. Gdy ka­wal­ka­da zbli­ży­ła się do pa­ła­cu, ko­nie po­wo­zu wio­zą­ce­go ce­sa­rzo­wą i kró­lo­wą Alek­san­drę za­trzy­ma­ły się na­gle i nie chcia­ły ru­szyć z miej­sca, więc obie pa­nie trze­ba było prze­sa­dzać do in­ne­go, po­śpiesz­nie opróż­nio­ne­go po­wo­zu. Dwa ko­nie z eskor­ty ka­wa­le­ryj­skiej prze­stra­szy­ły się cze­goś, zrzu­ci­ły swo­ich jeźdź­ców i dzi­ko ga­lo­po­wa­ły wzdłuż ca­łej pro­ce­sji. W re­zul­ta­cie ca­łe­go tego za­mie­sza­nia, gdy ka­iser z kró­lem przy­by­li do pa­ła­cu i obej­rze­li się za sie­bie, nie zo­ba­czy­li ni­ko­go ze świ­ty. Upo­ko­rzo­ny Wil­helm ob­ró­cił swój gniew na ba­ro­na von Re­ischa­cha, wiel­kie­go ko­niu­sze­go, oznaj­mia­jąc mu, że ze wszyst­kich lu­dów świa­ta wła­śnie An­gli­cy - sami do­świad­cze­ni jeźdź­cy i ama­zon­ki - są tymi, wo­bec któ­rych coś ta­kie­go nie po­win­no się zda­rzyć.

Wi­zy­ta ofi­cjal­na, któ­ra trwa­ła trzy dni, obej­mo­wa­ła wy­czer­pu­ją­cy pro­gram ro­dzin­nych śnia­dań i obia­dów, przy­jęć dla zna­mie­ni­tych oby­wa­te­li, wi­zyt w do­wódz­twach puł­ków, prze­jażdż­kę do Pocz­da­mu, przed­sta­wie­nie w Ope­rze Ber­liń­skiej oraz bal dwor­ski. Król Edward ja­koś prze­trwał to wszyst­ko, lecz był zmę­czo­ny, swo­je uwa­gi re­du­ko­wał do mi­ni­mum i był skłon­ny skró­cić każ­dy punkt pro­gra­mu. Kwe­stia, ja­kie an­giel­skie od­zna­cze­nia nadać po­szcze­gól­nym ofi­cje­lom nie­miec­kim - któ­ra nor­mal­nie za­ję­ła­by mu kil­ka go­dzin - te­raz pra­wie wca­le go nie ob­cho­dzi­ła. To­le­ro­wał ka­ise­ra, któ­ry pró­bo­wał spra­wić wu­jo­wi przy­jem­ność, lecz jego wy­mu­szo­ne dow­ci­py i nie­ustan­ne przy­ta­ki­wa­nie gra­ły kró­lo­wi Edwar­do­wi na ner­wach.

Pod­czas wie­czo­ru spę­dzo­ne­go w ope­rze, król po­tęż­nie się prze­stra­szył. Wy­sta­wia­no "Sar­da­na­pa­lu­sa"53, jed­no z ulu­bio­nych dzieł ka­ise­ra. W ostat­niej sce­nie bar­dzo re­ali­stycz­nie od­two­rzo­no stos po­grze­bo­wy Sar­da­na­pa­lu­sa. Król Edward, znu­żo­ny po mę­czą­cym dniu i przy­sy­pia­ją­cy pod­czas ope­ry, na­gle się prze­bu­dził. Za­alar­mo­wa­ny wi­do­kiem ognia, uwie­rzył, że jest praw­dzi­wy i za­żą­dał wy­ja­śnień, dla­cze­go ukry­ty w ku­li­sach stra­żak nie wkra­cza do ak­cji. Do­pie­ro sie­dzą­ca za nim ce­sa­rzo­wa prze­ko­na­ła go, że nie ma żad­ne­go nie­bez­pie­czeń­stwa.

Zda­rzył się też mo­ment praw­dzi­wie nie­bez­piecz­ny. Król miał cią­gle kło­po­ty z oskrze­la­mi, lecz od­ma­wiał ogra­ni­cze­nia swo­jej kon­sump­cji cy­gar. Po śnia­da­niu w Am­ba­sa­dzie Bry­tyj­skiej udał się do sa­lo­ni­ku z księż­ną Da­isy von Pless54, mło­dą An­giel­ką, za­męż­ną za jed­nym z pierw­szych ma­gna­tów Nie­miec. Wy­ko­na­ła przed nim dyg, a -uży­wa­jąc słów Bülo­wa - król, "gło­wa Im­pe­rium Bry­tyj­skie­go, do­ko­nał prze­glą­du z peł­ną sa­tys­fak­cją sta­re­go ko­ne­se­ra wdzię­ków ko­bie­cych". Sie­dzie­li ra­zem pra­wie go­dzi­nę. Król pa­lił po­tęż­ne cy­ga­ro i sku­bał koł­nierz swo­je­go ob­ci­słe­go pru­skie­go mun­du­ru. W pew­nej chwi­li król nie­spo­dzie­wa­nie do­stał ata­ku kasz­lu i osu­nął się na sofę. Cy­ga­ro wy­pa­dło mu z ręki, a oczy wy­szły na wierzch. "Mój Boże, on umie­ra!" - po­my­śla­ła księż­na Da­isy. Pró­bo­wa­ła roz­piąć koł­nie­rzyk, lecz bez skut­ku. Do sa­lo­ni­ku po­śpie­szy­ła kró­lo­wa Alek­san­dra i obie pa­nie pró­bo­wa­ły do­ko­nać tej sztu­ki ra­zem. Tak­że bez­sku­tecz­nie. Król jed­nak od­zy­skał przy­tom­ność i sam so­bie roz­piął koł­nierz. Sir Ja­mes Reid, dok­tor kró­lew­ski, po­śpiesz­nie zja­wił się na miej­scu i po­pro­sił wszyst­kich o opusz­cze­nie po­ko­ju. Za pięt­na­ście mi­nut go­ście zo­sta­li po­pro­sze­ni z po­wro­tem. Król utrzy­my­wał, że nic wiel­kie­go się nie sta­ło i nie po­zwo­lił księż­nej Da­isy opu­ścić swe­go boku.

Po po­wro­cie do An­glii zdro­wie kró­la Edwar­da nadal było kiep­skie. Zda­rza­ło mu się za­sy­piać przy śnia­da­niu czy obie­dzie i zdro­wo spać pod­czas przed­sta­wień te­atral­nych i ope­ro­wych. Bo­le­śnie sa­pał, gdy mu­siał wspiąć się po scho­dach. Wy­je­chał do Biar­ritz, a po­tem na Mo­rze Śród­ziem­ne, lecz nie mógł się po­zbyć ani swo­jej bla­do­ści, ani kasz­lu. Pod­czas zimy spę­dza­nej w San­drin­gham król wy­da­wał się w lep­szym na­stro­ju, gra­jąc w bry­dża do póź­nej nocy, a co rano bę­dąc na no­gach, aby udać się na po­lo­wa­nie. Wy­bo­ry po­wszech­ne w stycz­niu 1910 roku spo­wo­do­wa­ły, że bu­dżet miał na pew­no przejść w par­la­men­cie, lecz było tak­że pew­ne, że nie­dłu­go miał kró­la od­wie­dzić pre­mier, aby zwró­cić się o uży­cie (a przy­najm­niej za­gro­że­nie uży­ciem) kró­lew­skiej pre­ro­ga­ty­wy kre­owa­nia do­dat­ko­wych pa­rów. Król Edward sym­pa­ty­zo­wał z pra­gnie­niem pa­rów, chcą­cych za­cho­wać wła­sną god­ność, lecz ich za­cię­tą po­sta­wę uwa­żał za sa­mo­bój­czą. Jako mo­nar­cha kon­sty­tu­cyj­ny nie mógł od­rzu­cić su­ge­stii pre­mie­ra wspar­te­go więk­szo­ścią w Izbie Gmin. Co mógł jed­nak zro­bić, i rze­czy­wi­ście zro­bił, to po­wie­dzieć panu Asqu­itho­wi, że za­nim zgo­dzi się na kre­ację roju li­be­ral­nych pa­rów, ko­niecz­ną do oba­le­nia wła­dzy Izby Lor­dów, spra­wa musi zo­stać po­now­nie przed­sta­wio­na kra­jo­wi w ko­lej­nych wy­bo­rach po­wszech­nych.

Dok­to­rom kró­la Edwar­da było pil­no prze­nieść go z mgieł i wil­go­ci Lon­dy­nu do słoń­ca w Biar­ritz. Król wy­je­chał 8 mar­ca 1910, za­trzy­mu­jąc się w Pa­ry­żu, gdzie spo­tkał go atak ostrej nie­straw­no­ści po­łą­czo­nej z trud­no­ścia­mi w zła­pa­niu od­de­chu i bó­la­mi wo­kół ser­ca. Przez sześć ty­go­dni po­by­tu na wy­brze­żu ba­skij­skim mo­nar­cha wal­czył z ostrym bron­chi­tem. Obec­ność pani Kep­pel po­mo­gła od­wró­cić jego uwa­gę od tra­pią­cych go do­le­gli­wo­ści i 26 kwiet­nia król wró­cił do An­glii, wy­raź­nie wy­po­czę­ty. Tego sa­me­go wie­czo­ra czuł się na tyle do­brze, żeby pójść do ope­ry w Co­vent Gar­den. Na­stęp­ne­go ran­ka wzno­wił nor­mal­ne au­dien­cje, spo­ty­ka­jąc się z Asqu­ithem i Kit­che­ne­rem; ko­lej­ne­go dnia przy­jął Hal­da­ne'a, Mor­leya i am­ba­sa­do­ra ro­syj­skie­go, hra­bie­go Benc­ken­dorf­fa. W pią­tek wie­czo­rem znów był w ope­rze, po­świę­ca­jąc pięć go­dzin na "Zyg­fry­da". W so­bo­tę wy­je­chał do San­drin­gham i wy­da­wał się być w do­brej for­mie, opo­wia­da­jąc aneg­dot­ki przy obie­dzie, a po­tem z wy­raź­ną przy­jem­no­ścią gra­jąc w bry­dża. W nie­dzie­lę 1 maja nad hrab­stwem Nor­folk sza­lał zim­ny wiatr z prze­lot­ny­mi desz­cza­mi, lecz król ob­sta­wał przy swo­im re­gu­lar­nym, nie­dziel­nym, po­po­łu­dnio­wym spa­ce­rze, aby obej­rzeć swo­ją far­mę i ra­so­we zwie­rzę­ta. Prze­zię­bił się. W po­nie­dzia­łek w ulew­nym desz­czu wró­cił do Lon­dy­nu. Kie­dy do­tarł do pa­ła­cu Buc­kin­gham, miał już ostry atak oskrze­li i z trud­no­ścią od­dy­chał. Za­wia­do­mio­no o tym kró­lo­wą Alek­san­drę, prze­by­wa­ją­cą na dys­kret­nych wa­ka­cjach na Kor­fu, pod­czas gdy król ba­wił z pa­nią Kep­pel w Biar­ritz. Za­kła­da­jąc że cho­ro­ba kró­la to po pro­stu je­den z po­wta­rza­ją­cych się od pew­ne­go cza­su ata­ków, kró­lo­wa ru­szy­ła do domu bez po­śpie­chu; po do­tar­ciu do We­ne­cji mia­ła za­miar za­trzy­mać się w mie­ście przez dwa­dzie­ścia czte­ry go­dzi­ny.

We wto­rek 3 maja król spo­tkał się z am­ba­sa­do­rem ame­ry­kań­skim, Whi­te­la­wem Re­idem, aby prze­dys­ku­to­wać z nim spra­wy zwią­za­ne ze zbli­ża­ją­cą się wi­zy­tą by­łe­go pre­zy­den­ta The­odo­re'a Ro­ose­vel­ta, któ­re­go król Edward nie miał do­tąd oka­zji po­znać. "Na­sza roz­mo­wa - po­wie­dział Reid - prze­ry­wa­na była spa­zma­mi kasz­lu". Tego wie­czo­ru król da­ro­wał so­bie obiad, lecz wy­pa­lił wiel­kie cy­ga­ro i grał w bry­dża z pa­nią Kep­pel. Nie mógł spać. Przez cały czwar­tek król nadal przyj­mo­wał go­ści, mó­wiąc o swo­jej cho­ro­bie: "Mu­szę to po­ko­nać". Gdy go­ście bła­ga­li go, żeby od­po­czął, od­po­wia­dał: "Nie, nie pod­dam się. Kon­ty­nu­uję. Będę pra­co­wał aż do koń­ca". Pon­son­by, przy­no­sząc mu pa­pie­ry do pod­pi­su, za­stał go sie­dzą­ce­go z no­ga­mi owi­nię­ty­mi ple­dem. "Cerę miał sza­rą, wy­da­wał się nie być w sta­nie sie­dzieć pro­sto i oczy były za­pad­nię­te. Z po­cząt­ku miał trud­no­ści z od­dy­cha­niem [...] lecz stop­nio­wo mu się po­pra­wi­ło". Król pod­pi­sał część pa­pie­rów, po­tem spoj­rzał na Pon­son­by'ego i rzekł: "Czu­ję się strasz­nie cho­ry. Nie mogę spać. Nie mogę jeść. Mu­szą na­praw­dę coś dla mnie zro­bić". Te­goż po­po­łu­dnia kró­lo­wa Alek­san­dra do­tar­ła do Ca­la­is, a po paru go­dzi­nach do Lon­dy­nu. Po raz pierw­szy pod­czas ich mał­żeń­stwa zda­rzy­ło się, że jej mał­żo­nek, bę­dąc obec­ny w mie­ście, nie ocze­ki­wał na dwor­cu, żeby ją przy­wi­tać. Gdy do­tar­ła do pa­ła­cu, wi­dok kró­la wal­czą­ce­go o każ­dy od­dech, z twa­rzą bia­łą jak kre­da lub sza­rą, po­wie­dział jej całą praw­dę.

Na­stęp­ny dzień, pią­tek 6 maja, był ostat­nim dniem kró­la Edwar­da. Rano żą­dał, żeby słu­żą­cy ubrał go for­mal­nie we frak. Przy­jął swo­je­go przy­ja­cie­la, Sir Er­ne­sta Cas­se­la, i po­wie­dział mu: "Czu­ję się bar­dzo kiep­sko, lecz chcia­łem cię zo­ba­czyć"55. Po­tem za­słab­nął. Przez całe po­po­łu­dnie sie­dział zgar­bio­ny w swo­im fo­te­lu, pod­czas gdy se­ria ata­ków ser­ca wstrzą­sa­ła jego znę­ka­nym cia­łem. Pię­ciu dok­to­rów stwier­dzi­ło, że nie ma już żad­nej na­dziei. Za­sto­so­wa­no mor­fi­nę dla uśmie­rze­nia bólu. Miał jesz­cze mo­men­ty przy­tom­no­ści, pod­czas któ­rych do­pusz­cza­no do nie­go przy­ja­ciół. Jed­ną z tych osób była pani Kep­pel, po któ­rą, oka­zu­jąc wiel­ko­dusz­ność, ka­za­ła po­słać kró­lo­wa, aby i ona mo­gła się po­że­gnać. O pią­tej po po­łu­dniu ksią­żę Wa­lii po­wie­dział ojcu, że je­den z koni kró­la, dwu­la­tek o imie­niu Witch of the Air, wy­grał go­ni­twę w Kemp­ton Park. "Je­stem bar­dzo rad" - po­wie­dział król. Wcze­snym wie­czo­rem za­padł w śpiącz­kę. O je­de­na­stej trzy­dzie­ści zo­stał prze­nie­sio­ny do łóż­ka, a o je­de­na­stej czter­dzie­ści pięć, gdy ar­cy­bi­skup Can­ter­bu­ry wy­ma­wiał bło­go­sła­wień­stwo, król zmarł.

Kró­lo­wa Alek­san­dra, spo­glą­da­jąc na cia­ło męża, po­wie­dzia­ła Pon­son­by'emu, że król wy­glą­da bar­dzo spo­koj­nie i że to nie zim­ne wia­try w San­drin­gham go za­bi­ły, lecz "to okrop­ne Biar­ritz". Po­wie­dzia­ła, że czu­je się, jak­by za­mie­ni­ła się w ka­mień, nie­zdol­na do pła­czu, nie­zdol­na do po­ję­cia zna­cze­nia śmier­ci męża, nie­zdol­na do ni­cze­go. Wspo­mnia­ła, że ma ocho­tę pójść i za­szyć się gdzieś na wsi, lecz cze­kał ją po­grzeb pań­stwo­wy i wszyst­kie zwią­za­ne z nim przy­go­to­wa­nia. Syn kró­la Edwar­da, te­raz już nowy król Je­rzy V, za­pi­sał tej nocy w swo­im dzien­ni­ku: "Stra­ci­łem mo­je­go naj­lep­sze­go przy­ja­cie­la i naj­lep­sze­go z oj­ców. Nig­dy w ży­ciu nie do­szło mię­dzy nami do sprzecz­ki. Mam zła­ma­ne ser­ce i je­stem przy­tło­czo­ny smut­kiem". Jac­ky Fi­sher, świe­żo na eme­ry­tu­rze, usiadł na pół go­dzi­ny z kró­lo­wą Alek­san­drą, zaś pod­czas wy­sta­wie­nia cia­ła kró­la na ka­ta­fal­ku miał uczu­cie, że gdy­by do­tknął cia­ła, król by się prze­bu­dził. "Świat nie jest już tym sa­mym świa­tem - na­pi­sał - Stra­ci­łem naj­więk­sze­go przy­ja­cie­la, ja­kie­go kie­dy­kol­wiek mia­łem. [...] Od­czu­wam dziw­ne wra­że­nie izo­la­cji - któ­re­go nie mogę prze­zwy­cię­żyć - i w ogó­le nie dbam już o nic ani za grosz. [...]".

Bern­hard von Bülow od­no­to­wał, że "śmierć Edwar­da VII [...] była wy­da­rze­niem wiel­ce sprzy­ja­ją­cym na­szej po­li­ty­ce za­gra­nicz­nej. Nie my­ślę, żeby chciał on na­praw­dę z nami wal­czyć. [...] Jed­nak­że in­spi­ro­wa­ny wro­go­ścią do swe­go sio­strzeń­ca, oba­wą o na­szą ry­wa­li­za­cję go­spo­dar­czą i przy­śpie­szo­ny rytm na­szych spraw mor­skich, Edward VII stwa­rzał nam trud­no­ści i kie­dy tyl­ko mógł, wty­kał nam kij w szpry­chy".

Ka­iser pry­wat­nie ucie­szył się "śmier­cią "Okrą­ża­cza" Nie­miec" i na­tych­miast po­śpie­szył do Lon­dy­nu, by uczest­ni­czyć tam w pu­blicz­nym wi­do­wi­sku zwa­nym po­grze­bem pań­stwo­wym.

H. H. Asqu­ith sko­rzy­stał z prze­rwy wiel­ka­noc­nej na uciecz­kę od po­li­ty­ki na po­kła­dzie jach­tu Ad­mi­ra­li­cji "En­chan­tress", na któ­rym ra­zem z pierw­szym lor­dem Ad­mi­ra­li­cji, Re­gi­nal­dem McKen­ną, uda­wa­li się w po­dróż in­spek­cyj­ną do Gi­bral­ta­ru. Po­in­for­mo­wa­ny przez ra­dio, że stan kró­la uległ po­gor­sze­niu, Asqu­ith zde­cy­do­wał na­tych­miast za­wró­cić jacht. O trze­ciej rano 7 maja wrę­czo­no mu wia­do­mość od no­we­go kró­la, prze­ka­za­ną te­le­gra­fem bez dru­tu: "Po­zo­sta­jąc w głę­bo­kim smut­ku, in­for­mu­ję pana, że mój uko­cha­ny oj­ciec, król, od­szedł w spo­ko­ju za pięt­na­ście dwu­na­sta w nocy (szó­ste­go). Geo­r­ge". Asqu­ith wy­szedł na po­kład, gdzie spo­wi­ło go bla­de świa­tło przed­świ­tu, w któ­rym do­mi­no­wał blask ko­me­ty Hal­leya. "Po­czu­łem się za­gu­bio­ny, a na­wet spa­ra­li­żo­wa­ny. W chwi­li tak peł­nej obaw o losy pań­stwa stra­ci­li­śmy oto, bez żad­ne­go ostrze­że­nia czy przy­go­to­wa­nia, Su­we­re­na, któ­re­go doj­rza­łe do­świad­cze­nie, wy­ro­bio­na roz­trop­ność i da­le­ko­wzrocz­ność, zrów­no­wa­żo­ny osąd i nie­zmien­na roz­wa­ga, tak bar­dzo się li­czy­ły. [...] Jego na­stęp­ca, ze wszyst­ki­mi swo­imi wspa­nia­ły­mi za­le­ta­mi, po­zba­wio­ny był do­świad­cze­nia po­li­tycz­ne­go. Zbli­ża­li­śmy się do kra­wę­dzi kry­zy­su nie­mal bez­przy­kład­ne­go w na­szej hi­sto­rii. Co te­raz na­le­ża­ło uczy­nić?".

Ka­ise­ro­wi po­grzeb wuja spra­wił wie­le przy­jem­no­ści. Roz­ko­szo­wał się czo­ło­wym miej­scem przy­zna­nym mu wśród krew­nych. Pysz­nił się tym, że "cała ro­dzi­na kró­lew­ska wi­ta­ła mnie na dwor­cu ko­le­jo­wym, da­jąc wy­raz wdzięcz­no­ści za po­czu­cie wię­zów ro­dzin­nych, ja­kie oka­za­łem przy­by­wa­jąc na po­grzeb". W West­min­ster Hall po­dzi­wiał "pysz­nie ude­ko­ro­wa­ną trum­nę" oraz "cu­dow­ną grę" ko­lo­rów, po­wsta­ją­cą, gdy pro­mie­nie świa­tła sło­necz­ne­go, są­czą­ce się przez wą­skie okna, do­ty­ka­ły klej­no­tów na wień­czą­cej trum­nę Ko­ro­nie An­glii. Po­do­ba­ła mu się jaz­da kon­na po Lon­dy­nie, kie­dy to jego koń tań­czył tuż za ko­niem ku­zy­na, no­we­go kró­la Je­rze­go V, obok "ogrom­nych tłu­mów [...] odzia­nych na czar­no", na cze­le "wspa­nia­łe­go szy­ku prze­pysz­nie" umun­du­ro­wa­nych gwar­dzi­stów an­giel­skich: "Gre­na­die­rów, Gwar­dii Szkoc­kiej, Puł­ku Cold­stre­ams i Gwar­dii Ir­landz­kiej - w ich do­sko­na­le do­pa­so­wa­nych płasz­czach, z bia­ły­mi skó­rza­ny­mi wy­ło­ga­mi i ogrom­ny­mi ber­my­ca­mi; wszyst­ko do­bo­ro­we od­dzia­ły o cud­nej pre­zen­cji i po­dzi­wu god­nej woj­sko­wej po­sta­wie, ra­dość dla każ­de­go męż­czy­zny z żoł­nier­skim ser­cem". Cał­kiem in­ne­go ro­dza­ju za­do­wo­le­nie znaj­do­wał ce­sarz w te­le­gra­fo­wa­niu do swo­je­go no­we­go kanc­le­rza, The­obal­da von Be­th­mann-Hol­l­we­ga, i do­no­sze­niu mu, że li­be­ral­ny rząd An­glii ma kło­po­ty. Jego wra­że­nia, opar­te na "wie­lu roz­mo­wach z [...] krew­ny­mi, pa­na­mi z Dwo­ru, pew­ny­mi sta­ry­mi zna­jo­my­mi i wie­lo­ma wy­bit­ny­mi oso­ba­mi", były "mniej wię­cej na­stę­pu­ją­ce: Umy­sły lu­dzi za­ję­te są cał­ko­wi­cie sy­tu­acja we­wnętrz­ną. [...] Per­spek­ty­wy są ogól­nie czar­ne. Rząd jest do­głęb­nie znie­na­wi­dzo­ny. [...] Po­wia­da się z sa­tys­fak­cją, że w dniach po śmier­ci kró­la i pod­czas wy­sta­wie­nia zwłok na ka­ta­fal­ku pre­mier i jego ko­le­dzy byli pu­blicz­nie wy­gwiz­dy­wa­ni na uli­cach, a dało się też sły­szeć zwro­ty w ro­dza­ju "To wy za­bi­li­ście kró­la! ". Ocze­ku­je się de­mon­stra­cji prze­ciw rzą­do­wi [...] a bie­rze się też pod uwa­gę moż­li­wość zde­cy­do­wa­nej re­ak­cji w sen­sie kon­ser­wa­tyw­nym". Ta­len­ty ka­ise­ra jako ko­men­ta­to­ra po­li­tycz­ne­go naj­le­piej moż­na oce­nić, bio­rąc pod uwa­gę fakt, że "kró­lo­bój­czy" rząd za­pew­nił so­bie sied­mio­let­nią ka­den­cję w wy­bo­rach po­wszech­nych za­le­d­wie pięć mie­się­cy wcze­śniej, a osiem mie­się­cy póź­niej miał po­twier­dzić swój au­to­ry­tet w ko­lej­nych ta­kich wy­bo­rach.

Mimo to po­zo­sta­wa­ło fak­tem, że śmierć kró­la Edwar­da po­sta­wi­ła rząd w nie­zręcz­nym po­ło­że­niu. Asqu­ith nie mógł już te­raz uni­kać ata­ków na pra­wo weta Izby Lor­dów, na­wet gdy­by chciał; sta­no­wi­ło to część jego zo­bo­wią­zań wo­bec po­słów ir­landz­kich, któ­rzy za­pew­nia­li mu więk­szość w Izbie Gmin. Tak więc je­dy­ną siłą mo­gą­cą po­skro­mić lor­dów było sko­rzy­sta­nie z pre­ro­ga­ty­wy kró­lew­skiej. Wszyst­ko za­le­ża­ło od kró­la, naj­pierw kró­la Edwar­da, te­raz - kró­la Je­rze­go. Tyl­ko mo­nar­cha mógł mia­no­wać masę no­wych pa­rów, ko­niecz­ną do prze­gło­so­wa­nia w Izbie Lor­dów jej wła­snej im­po­ten­cji po­li­tycz­nej. A nowy król, tak jak go opi­sy­wał pre­mier, "po­zba­wio­ny był do­świad­cze­nia po­li­tycz­ne­go". Wy­wie­rać na nie­go na­ci­ski bez­po­śred­nio po wstą­pie­niu na tron by­ło­by co naj­mniej nie­smacz­ne. W naj­gor­szym przy­pad­ku -  mo­gło za­szko­dzić rzą­do­wi. Al­ter­na­ty­wą, za­pro­po­no­wa­ną 6 czerw­ca, było za­wie­sze­nie bro­ni i kon­fe­ren­cja, w któ­rej po czte­rech li­de­rów z obu par­tii, w tym Asqu­ith, Lloyd Geo­r­ge, Bal­fo­ur i Lans­dow­ne, mia­ło się spo­tkać po ci­chu i szu­kać roz­wią­za­nia dzie­lą­cych ich roz­bież­no­ści. A choć co bar­dziej krew­kie mniej­szo­ści w obu par­tiach - eks­tre­mi­ści wśród ra­dy­ka­łów z jed­nej stro­ny, a wśród to­ry­sów z dru­giej - zgła­sza­li sprze­ciw wo­bec re­zy­gna­cji z pryn­cy­piów za za­mknię­ty­mi drzwia­mi, zaś ści­śli kon­sty­tu­cjo­na­li­ści oba­wia­li się o moż­li­wość do­ko­na­nia w se­kre­cie zmian w pod­sta­wach struk­tu­ry po­li­tycz­nej kra­ju - 17 czerw­ca do­szło do pierw­sze­go spo­tka­nia na Do­wning Stre­et 10. La­tem i je­sie­nią 1910 roku od­by­ło się dwa­dzie­ścia je­den ta­kich spo­tkań - bez suk­ce­su. Przez cały ten czas Lloyd Geo­r­ge sta­wał się co­raz bar­dzie znie­cier­pli­wio­ny, pro­po­no­wał rząd ko­ali­cyj­ny i przy­zna­wał, że jego pra­gnie­nie kre­owa­nia se­tek no­wych pa­rów spo­śród li­be­ra­łów wca­le nie jest więk­sze niż Bal­fo­ura. "Spo­glą­da­jąc w przy­szłość - po­wie­dział przy­wód­cy Unio­ni­stów, "je­stem pe­wien, że nasi opro­mie­nie­ni chwa­łą kup­czy­ko­wie będą bar­dziej wro­go na­sta­wie­ni do re­form spo­łecz­nych niż wasi Le­śni Lu­dzie". Bal­fo­ur nie chciał ko­ali­cji. Po­dob­ne­go zda­nia był Asqu­ith, za­tem 10 li­sto­pa­da ogło­szo­no, że kon­fe­ren­cja kon­sty­tu­cyj­na nie przy­nio­sła re­zul­ta­tów.

Asqu­ith dzia­łał szyb­ko. 10 li­sto­pa­da po po­łu­dniu ga­bi­net uzgod­nił, że par­la­ment na­le­ży roz­wią­zać i spra­wę pra­wa weta Izby Lor­dów przed­sta­wić kra­jo­wi. Na­stęp­ne­go dnia pre­mier zło­żył w San­drin­gham wi­zy­tę kró­lo­wi Je­rze­mu, z proś­bą, żeby w przy­pad­ku ko­lej­ne­go zwy­cię­stwa li­be­ra­łów w wy­bo­rach po­wszech­nych, król przy­rzekł kre­ować do­sta­tecz­nie wie­lu no­wych pa­rów, aby za­pew­nić przej­ście Usta­wy o par­la­men­cie w Izbie Lor­dów. 16 li­sto­pa­da Asqu­ith udał się do pa­ła­cu Buc­kin­gham po kró­lew­ską od­po­wiedź. Wiel­ce za­kło­po­ta­ny król za­py­tał, czy pre­mier po­pro­sił­by o to samo jego ojca. "Tak jest - po­wie­dział Asqu­ith - a oj­ciec pań­ski wy­ra­ził­by zgo­dę". Król, choć nie­chęt­nie, zgo­dził się. Z tą obiet­ni­cą w za­na­drzu - na ra­zie utrzy­my­wa­ną w ta­jem­ni­cy - Asqu­ith po­pro­wa­dził swo­ją par­tię do gru­dnio­wych wy­bo­rów, dru­gich wy­bo­rów po­wszech­nych jed­ne­go roku. Mimo pod­nie­ce­nia w West­min­ste­rze, kraj zda­wał się być jesz­cze bar­dziej znu­dzo­ny niż w stycz­niu. Do urn po­szło pięć­set ty­się­cy mniej uczest­ni­ków niż po­przed­nio, a wy­ni­ki były nie­mal ta­kie same: Li­be­ra­ło­wie stra­ci­li dwa miej­sca i wró­ci­li do Izby z 272 po­sła­mi. Kon­ser­wa­ty­ści zy­ska­li dwa miej­sca i po­wró­ci­li do West­mi­sn­te­ru rów­nież z 272 gło­sa­mi. Jak po­przed­nio, o rów­no­wa­dze de­cy­do­wa­li na­cjo­na­li­ści ir­landz­cy (84 miej­sca) i la­bo­urzy­ści (42 miej­sca), któ­rzy mie­li gło­so­wać wraz z rzą­dem.

Nic już nie mo­gło oca­lić Izby Lor­dów. Asqu­ith miał szcze­gól­ny man­dat udzie­lo­ny mu przez kraj, więk­szość w Izbie Gmin oraz taj­ną obiet­ni­cę kró­la kre­owa­nia no­wych pa­rów. W lu­tym 1911 Usta­wa o par­la­men­cie zo­sta­ła przed­ło­żo­na Izbie Gmin. W maju usta­wa zo­sta­ła uchwa­lo­na i prze­ka­za­na do Izby Lor­dów. Cią­gle nie wie­dząc, że król obie­cał w ta­jem­ni­cy, iż je­śli bę­dzie trze­ba, po­grą­ży ich w ich wła­snej izbie, pa­ro­wie po­trak­to­wa­li usta­wę z tra­dy­cyj­nym lek­ce­wa­że­niem, od­sy­ła­jąc ją do ko­mi­sji, gdzie zo­sta­ła do­sta­tecz­nie znie­kształ­co­na przez po­praw­ki, aby móc trak­to­wać ją jako nie­szko­dli­wą. 18 lip­ca Lloyd Geo­r­ge zło­żył wi­zy­tę Bal­fo­uro­wi i ujaw­nił obiet­ni­cę uzy­ska­ną od kró­la w grud­niu ubie­głe­go roku. Bal­fo­ur i Lans­dow­ne na­tych­miast zro­zu­mie­li, że zo­sta­li po­ko­na­ni; naj­lep­sze co mo­gli jesz­cze uzy­skać, to moż­li­wość ka­pi­tu­la­cji z wdzię­kiem. W celu prze­ko­na­nia swo­ich stron­ni­ków, Lans­dow­ne po­pro­sił pre­mie­ra, aby ten wy­ra­ził swo­je in­ten­cje na pi­śmie. 20 lip­ca pan Asqu­ith speł­nił tę proś­bę, wy­sy­ła­jąc dwa jed­no­brz­mią­ce li­sty do przy­wód­ców Unio­ni­stów w obu izbach:

Dro­gi lor­dzie Lans­dow­ne (pa­nie Bal­fo­ur),

Uwa­żam za rzecz słusz­ną oraz czy­nią­cą za­dość wy­mo­gom grzecz­no­ści, za­wia­do­mić pana, za­nim ja­kie­kol­wiek de­cy­zje zo­sta­ną ogło­szo­ne pu­blicz­nie, [...] że je­śli za­ist­nie­je taka ko­niecz­ność, rząd za­le­ci kró­lo­wi, aby sko­rzy­stał ze swo­ich pre­ro­ga­tyw w celu za­bez­pie­cze­nia przej­ścia Usta­wy o par­la­men­cie w za­sad­ni­czo ta­kim sa­mym kształ­cie, w ja­kim opu­ści­ła ona Izbę Gmin;

Jego Kró­lew­ska Mość miał przy­jem­ność pod­kre­ślić, że bę­dzie uwa­żał za swój obo­wią­zek zgo­dzić się i dzia­łać zgod­nie z tym za­le­ce­niem.

Szcze­rze pań­ski,

H. H. ASQU­ITH

Na­stęp­ne­go ran­ka, 21 lip­ca, lord Lans­dow­ne przy­niósł list pre­mie­ra na spo­tka­nie dwu­stu pa­rów unio­ni­stycz­nych w Gro­sve­nor Ho­use, lon­dyń­skim dwo­rze diu­ka West­min­ster. Lans­dow­ne od­czy­tał list Asqu­itha i po­wie­dział, iż uwa­ża, że rząd nie ble­fu­je56. Za­le­cał, dla unik­nię­cia roz­cień­cze­nia sze­re­gów pa­rów i po­mniej­sze­nia ran­gi pa­ro­stwa, aby Izba Lor­dów przy­ję­ła usta­wę w ta­kiej po­sta­ci, w ja­kiej zo­sta­ła prze­sła­na z Izby Gmin. Wska­zał, że tak czy tak, Izba Lor­dów utra­ci swo­je pra­wo weta.

Ar­gu­men­ta­cja lor­da Lans­dow­ne nie prze­ko­na­ła pew­nej licz­by jego uty­tu­ło­wa­nych słu­cha­czy, któ­rzy za­de­kla­ro­wa­li się jako nie­prze­jed­na­ni prze­ciw­ni­cy uchwa­le­nia usta­wy bez wzglę­du na kon­se­kwen­cje. Lord Cur­zon, były wi­ce­król In­dii, sa­me­mu bę­dąc pa­rem świe­że­go wy­lę­gu, za­tem skłon­nym prze­ciw­sta­wić się de­wa­lu­acji ostat­nio do­stą­pio­ne­go za­szczy­tu, zbun­to­wał się prze­ciw rzą­do­wi, mo­nar­sze i lor­do­wi Lans­dow­ne okrzy­kiem: "Niech so­bie ro­bią swo­ich pa­rów. Umrze­my w ostat­nim oko­pie za­nim się pod­da­my!", tym sa­mym na­da­jąc śmier­tel­nym prze­ciw­ni­kom usta­wy prze­zwi­sko "Oko­pow­cy". Opór "Oko­pow­ców" kon­cen­tro­wał się wo­kół krę­pej, ob­da­rzo­nej ru­mia­ną twa­rzą po­sta­ci lor­da Hals­bu­ry, osiem­dzie­się­cio­ośmio­let­nie­go (do­żył dzie­więć­dzie­się­ciu ośmiu lat) by­łe­go lor­da Kanc­le­rza, któ­ry pra­cą w cha­rak­te­rze praw­ni­ka wy­bił się aż do Wor­ka Weł­ny i hra­bio­stwa a któ­ry, jak po­wia­dał je­den z jego zwo­len­ni­ków, "nie­odmien­nie i dla za­sa­dy sprze­ci­wiał się wszel­kim zmia­nom". Lord Hals­bu­ry zdą­żył już ogło­sić, że bę­dzie gło­so­wał prze­ciw­ko usta­wie "ze świę­te­go obo­wiąz­ku wo­bec Boga i kra­ju". W Gro­sve­nor Ho­use krzy­czał, że zło­ży taki głos "na­wet gdy­by był je­dy­ny, ale się nie pod­da". Przy­najm­niej sześć­dzie­się­ciu "Oko­pow­ców" sta­ło za owym gla­dia­to­rem wagi ko­gu­ciej i uwa­ża­no, że ich licz­ba wzra­sta.

Ci, któ­rzy po­par­li lor­da Lans­dow­ne zna­ni byli jako "Ase­ku­ran­ci"57. A nikt nie ase­ku­ro­wał się sta­ran­niej niż Ar­thur Bal­fo­ur. Być może dla­te­go, że wy­czu­wał, iż co­kol­wiek po­wie, i tak nie od­stra­szy lor­da Hals­bu­ry58. Może dla­te­go, że po trzy­dzie­stu la­tach spra­wo­wa­nia przy­wódz­twa par­tii był już zmę­czo­ny i pra­gnął wy­co­fać się ele­ganc­ko i za­jąć in­ny­mi spra­wa­mi, może wresz­cie dla­te­go, że dla Ar­thu­ra Bal­fo­ura po­li­ty­ka nig­dy nie była czymś wię­cej niż grą. Za­pew­ne dla wszyst­kich tych po­wo­dów na­raz Bal­fo­ur bar­dzo nie­chęt­nie da­wał się wcią­gnąć w roz­gryw­kę. Nie chcąc po­ka­zy­wać się ro­ze­źlo­nym pa­rom, miał zgo­dzić się tyl­ko na na­pi­sa­nie li­stu do "Ti­me­sa": "Zga­dzam się z lor­dem Lans­dow­ne i jego przy­ja­ciół­mi - oznaj­miał - Za­wsze sta­łem przy boku lor­da Lans­dow­ne i je­stem go­tów, je­śli bę­dzie trze­ba, ra­zem z nim upaść". Było to stwier­dze­nie czło­wie­ka, któ­ry wie­dział, że nie­dłu­go zo­sta­nie po­bi­ty i ak­cep­to­wał to. W ul­tra­to­ry­sow­skich klu­bach Lon­dy­nu i na week­en­do­wych przy­ję­ciach w wiej­skich pa­ła­cy­kach co­raz gło­śniej da­wał się sły­szeć okrzyk "B.M.O. - Bal­fo­ur musi odejść!".

Re­zy­gna­cja Bal­fo­ura z przy­wódz­twa ob­ja­wi­ła się naj­wy­raź­niej pod­czas sce­ny, kie­dy to Asqu­ith stał się ofia­rą naj­gło­śniej­sze­go pu­blicz­ne­go upo­ko­rze­nia, ja­kie­go kie­dy­kol­wiek w hi­sto­rii par­la­men­tu do­znał bry­tyj­ski pre­mier. 24 lip­ca Asqu­ith wstał z miej­sca w Izbie Gmin, aby oznaj­mić o kró­lew­skim przy­rze­cze­niu i wy­ja­śnić, jaki bę­dzie ono mia­ło wpływ na uchwa­le­nie Usta­wy o par­la­men­cie. Opo­zy­cja, bę­dąc prze­ko­na­na, że rząd wy­mu­sił owe przy­rze­cze­nie na kró­lu i za­wziął się znisz­czyć nie tyl­ko Izbę Lor­dów, ale tak­że sys­tem kla­so­wy, pry­wat­ną wła­sność, Ko­ściół An­gli­kań­ski - wszyst­ko to, co od stu­le­ci czy­ni­ło An­glię "przy­jem­nym, zie­lo­nym kra­jem" - nie chcia­ła do­pu­ścić go do gło­su. Z sie­dzeń za ple­ca­mi Bal­fo­ura Unio­ni­ści krzy­cze­li: "Zdraj­ca!". Był to za­le­d­wie po­czą­tek ist­nej ka­no­na­dy ka­lum­ni. Gdy tyl­ko wście­kłość zda­wa­ła się nie­co ustę­po­wać i Asqu­ith roz­po­czął zda­nie, na­tych­miast to­nę­ło ono w po­hu­ki­wa­niach i szy­der­stwach: "Zdraj­ca!", "Dyk­ta­tor!", "Kto za­bił kró­la?". Lord Hugh Ce­cil, syn lor­da Sa­lis­bu­ry, w kół­ko wsta­wał i darł się: "Zhań­bi­łeś swój urząd!". Pe­wien po­seł, la­bo­urzy­sta, ga­pił się dłuż­szy czas na lor­da Hu­gha, wresz­cie pod­niósł się i od­krzyk­nął: "Wie­lu zo­sta­ło uzna­nych za wa­ria­tów za mniej niż po­ło­wę tego, co szla­chet­ny lord wy­czy­nia dzi­siej­sze­go po­po­łu­dnia!". Przez czter­dzie­ści pięć mi­nut Asqu­ith stał obok skrzyn­ki na de­pe­sze, ocze­ku­jąc, aby dane mu było prze­mó­wić. Mar­got Asqu­ith, bę­dą­ca na ga­le­rii i pło­ną­ca z fu­rii, skrob­nę­ła no­tat­kę i prze­sła­ła ją na dół, do Sir Edwar­da Greya, któ­ry sie­dział za Asqu­ithem na ła­wie rzą­do­wej: "Na mi­łość bo­ską, broń­że go przed tymi cha­ma­mi!". Grey nie był w sta­nie nic zro­bić i, smęt­ny, po­darł kart­kę. Osta­tecz­nie pre­mier się pod­dał. "Nie mam za­mia­ru tak się po­ni­żać" - po­wie­dział i usiadł. Har­mi­der trwał nadal, z obu stron po­szły w ruch pię­ści, aż w koń­cu spi­ker Izby prze­rwał po­sie­dze­nie.

Przez całe owo po­po­łu­dnie Ar­thur Bal­fo­ur sie­dział roz­wa­lo­ny na fron­to­wej ła­wie opo­zy­cji, nie bio­rąc udzia­łu w bur­dzie, lecz nie czy­niąc tak­że nic, aby ją prze­rwać. Nie­któ­rzy z ob­ser­wa­to­rów twier­dzi­li, że wi­dzie­li na jego twa­rzy tro­skę, inni znów, że wy­glą­dał na obu­rzo­ne­go. Mimo to, czy to z po­wo­du znu­że­nia, czy po­czu­cia, że ist­nie­ją przy­jem­no­ści - na przy­kład w fi­lo­zo­fii - prze­wyż­sza­ją­ce udział w ta­kiej sce­nie albo wresz­cie z czy­stej obo­jęt­no­ści, Ar­thur Bal­fo­ur nie ru­szył pal­cem.

W koń­cu, aby oca­lić Izbę Lor­dów przed śmiesz­no­ścią, Lans­dow­ne prze­ko­nał więk­szość pa­rów unio­ni­stycz­nych, by po­wstrzy­ma­li się od gło­so­wa­nia nad usta­wą. Gło­so­wa­nie mia­ło się więc spro­wa­dzić do roz­gryw­ki li­be­ra­ło­wie kon­tra "Oko­pow­cy". Na­wet wte­dy wy­da­wa­ło się, że usta­wa musi paść, lor­do­wi Hals­bu­ry bo­wiem uda­ło się po­więk­szyć licz­bę swo­ich ad­he­ren­tów. W dniu gło­so­wa­nia, 10 sierp­nia, przy tem­pe­ra­tu­rze stu stop­ni59 - naj­więk­szym upa­le za­re­je­stro­wa­nym w An­glii od sie­dem­dzie­się­ciu lat, wie­lu "Oko­pow­ców" nadal wie­rzy­ło, że groź­ba rzą­du od­no­śnie do po­wo­ła­nia no­wych pa­rów jest "czy­stym ble­fem". Lord Mor­ley, li­be­rał, któ­ry po­sta­wił wnio­sek o gło­so­wa­nie nad usta­wą, pró­bo­wał ich wy­pro­wa­dzić z błę­du: "Mu­szę tu po­wie­dzieć, że każ­dy głos od­da­ny dzi­siej­sze­go wie­czo­ra prze­ciw­ko mo­je­mu wnio­sko­wi jest gło­sem za szyb­kim po­wo­ła­niem znacz­nej licz­by pa­rów". Oka­za­ło się w koń­cu, że to lord Cur­zon, nie­na­wi­dząc tego co miał uczy­nić, oca­lił Izbę Lor­dów od na­jaz­du li­be­ral­nych "kup­czy­ków". Gdy do­szło do chwi­li pod­ję­cia osta­tecz­nej de­cy­zji, z po­nu­rą miną po­pro­wa­dził trzy­dzie­stu sied­miu unio­ni­stycz­nych pa­rów do lob­by za usta­wą w wer­sji rzą­do­wej. Do­łą­czy­ło do nich osiem­dzie­się­ciu je­den li­be­ra­łów i trzy­na­stu bi­sku­pów; prze­ciw­nych było 114 "Oko­pow­ców"; osta­tecz­ny wy­nik brzmiał 131 do 114. Usta­wa o par­la­men­cie sta­ła się pra­wem i Izba Lor­dów stra­ci­ła pra­wo zgła­sza­nia weta. "Oko­pow­cy" aż "go­to­wa­li się z wście­kło­ści". Lady Hals­bu­ry gwiz­da­ła z ga­le­rii, gdy ogła­sza­no wy­ni­ki gło­so­wa­nia, a na­stęp­nie od­mó­wi­ła po­da­nia ręki lor­do­wi Lans­dow­ne. Tego wie­czo­ru w Carl­ton Club pa­ro­wie gło­su­ją­cy z lor­dem Cur­zo­nem za rzą­dem mu­sie­li wy­trzy­mać rzu­ca­ne im w twa­rze okrzy­ki "Zdraj­ca!" i"Ju­dasz!".

To, co ro­ze­gra­ło się w Izbie Gmin 23 lip­ca, było po­nad wy­trzy­ma­łość Ar­thu­ra Bal­fo­ura. 9 sierp­nia, na dwa dni przed szczy­to­wym gło­so­wa­niem w Izbie Lor­dów, przy­wód­ca opo­zy­cji opu­ścił An­glię, aby spę­dzić wa­ka­cje w Al­pach Au­striac­kich. Tam wśród "wo­do­spa­dów, so­sen i prze­pa­ści" Bad­ga­ste­in od­dał się re­flek­sjom nad wła­snym ży­ciem, któ­re­go prze­ży­wał rok sześć­dzie­sią­ty czwar­ty. Po­li­ty­ka wy­da­wa­ła mu się "nad­zwy­czaj wstręt­na"; oto był czas, by po­świę­cić się fi­lo­zo­fii; miał już na my­śli nie­du­ży ar­ty­kuł. Tej je­sie­ni po po­wro­cie do An­glii ele­ganc­ki ksią­żę Izby Gmin zre­zy­gno­wał z przy­wódz­twa Par­tii Unio­ni­stów. Jego na­stęp­cą zo­stał uro­dzo­ny w Ka­na­dzie pro­du­cent sta­li z Glas­gow na­zwi­skiem An­drew Bo­nar Law.

36Skandal Eulenburga

Gdy w li­sto­pa­dzie 1908 roku Asqu­ith od­cią­gnął na bok Bal­fo­ura, aby mu po­wie­dzieć, iż za­cho­wa­nia się Nie­miec nie moż­na wy­tłu­ma­czyć ni­czym in­nym niż tym, że "we­wnętrz­na sy­tu­acja Nie­miec jest tak nie­za­do­wa­la­ją­ca, iż może to ich pchnąć do naj­dzik­szych przed­się­wzięć", to mó­wił o burz­li­wych na­stęp­stwach afe­ry Eu­len­bur­ga oraz wy­wia­du, jaki ka­iser udzie­lił dzien­ni­ko­wi "Da­ily Te­le­graph". Na­głó­wek w lon­dyń­skim "Ti­me­sie" krzy­czał: "SKAN­DA­LE NA DWO­RZE PRU­SKIM", zaś re­por­te­rzy z ca­łej kuli ziem­skiej prze­sia­dy­wa­li w ber­liń­skiej sali są­do­wej, pi­sząc hi­sto­rie, któ­re oto­czy­ły krę­gi przy­wód­cze Ce­sar­stwa Nie­miec­kie­go au­re­olą sen­sa­cji. Za­nim wy­da­rze­nia te do­bie­gły koń­ca, ich skut­ki prze­to­czy­ły się przez spo­łe­czeń­stwo nie­miec­kie ni­czym fala ude­rze­nio­wa po wy­bu­chu, ka­iser dwu­krot­nie za­ła­mał się ner­wo­wo, zaś kanc­lerz Rze­szy oznaj­mił w Re­ich­sta­gu: "Jest rze­czą fał­szy­wą i głu­pią przy­pusz­czać, że z po­wo­du tego, iż nie­któ­rzy człon­ko­wie so­cje­ty mają pew­ne sła­bo­ści, to cała szlach­ta jest prze­gni­ła a ar­mia znisz­czo­na".

Po­li­ty­ka dy­plo­ma­tycz­na tan­de­mu Bülow - Hol­ste­in, po­le­ga­ją­ca na gro­że­niu Fran­cji woj­ną z po­wo­du Ma­ro­ka, pró­bie roz­bi­cia en­ten­ty an­glo-fran­cu­skiej, za­nim ta za­pu­ści­ła ko­rze­nie, za­koń­czy­ła się spek­ta­ku­lar­nym fia­skiem. Ka­iser, któ­ry z ra­do­ści po upad­ku Del­cas­ségo uczy­nił Bülo­wa księ­ciem, był sfru­stro­wa­ny i zły. Ktoś mu­siał za to wszyst­ko za­pła­cić. Bülow, któ­ry przy­jął stra­te­gię Hol­ste­ina, kie­ro­wał nią i zbie­rał jej owo­ce tak dłu­go, jak dłu­go oka­zy­wa­ła się sku­tecz­na, te­raz zde­cy­do­wał, że to nie on bę­dzie ko­złem ofiar­nym.

Wio­sną 1906 roku, pod­czas upo­ko­rze­nia w Al­ge­ci­ras, oso­bi­sta po­zy­cja Hol­ste­ina w Ber­li­nie ule­gła po­gor­sze­niu. W stycz­niu zmarł mi­ni­ster von Rich­tho­fen, któ­re­go Hol­ste­in przy­wykł igno­ro­wać, i zo­stał za­stą­pio­ny przez He­in­ri­cha von Tschir­sch­ky'ego, przy­ja­cie­la ka­ise­ra, któ­re­go Hol­ste­in nie lu­bił. Tschir­sch­ky od­wza­jem­niał te uczu­cia. Po Al­ge­ci­ras Bülo­wo­wi i Tschir­sch­ky'emu rów­no­cze­śnie przy­szło na myśl, że oto nada­rza się oka­zja, by cał­ko­wi­cie po­zbyć się Hol­ste­ina. Pierw­szy rad­ca, świa­do­my wstrzą­sów pod swo­im stoł­kiem, uciekł się do ty­po­wej dla nie­go tak­ty­ki: 2 kwiet­nia wrę­czył Bülo­wo­wi swo­ją re­zy­gna­cję. 4 kwiet­nia Bülow po­wie­dział Hol­ste­ino­wi, że nie uczy­ni ni­cze­go, za­nim nie prze­dys­ku­tu­je spra­wy z ka­ise­rem. 5 kwiet­nia, za­nim jesz­cze mógł się spo­tkać z Wil­hel­mem, Bülow za­słab­nął w sali Re­ich­sta­gu, zo­stał od­wie­zio­ny do domu i po­ło­żo­ny do łóż­ka. To wła­śnie z łóż­ka kanc­lerz po­in­stru­ował Tschir­sch­ky'ego, żeby ten prze­słał re­zy­gna­cję Hol­ste­ina do ce­sa­rza z re­ko­men­da­cją, aby ją przy­jąć. Gdy Wil­helm otrzy­mał do­ku­ment, na­tych­miast go pod­pi­sał.

Hol­ste­in, oszo­ło­mio­ny na­głym upad­kiem, szyb­ko ob­ró­cił swo­je sze­ro­kie moż­li­wo­ści, aby wy­niu­chać, kto też mógł to wszyst­ko na nie­go spro­wa­dzić. Bülo­wa od­rzu­cał. Kanc­lerz był nie­gdyś jego pro­te­go­wa­nym, a po­tem so­jusz­ni­kiem przez trzy­dzie­ści lat. Bülow za­wsze też oka­zy­wał wy­szu­ka­ny sza­cu­nek wo­bec szcze­gól­nej roli, jaką Pierw­szy Rad­ca od­gry­wał na Wil­helm­stras­se; poza tym Bülow był prze­cież w domu, w łóż­ku. Tschir­sch­ky, o czym Hol­ste­in do­brze wie­dział, nie był zdol­ny na­mó­wić ka­ise­ra do ta­kich wy­czy­nów. Po­tem Hol­ste­in do­wie­dział się, że 17 kwiet­nia, w dniu zło­że­nia przez Wil­hel­ma kontr­asy­gna­ty na re­zy­gna­cji, na lun­chu w pa­ła­cu był obec­ny ksią­żę Phi­lip von Eu­len­burg. Da­lej już Hol­ste­in nie szu­kał. Ów przy­ja­ciel ka­ise­ra, któ­ry w la­tach dzie­więć­dzie­sią­tych po­ma­gał oba­lać kanc­le­rzy i se­kre­ta­rzy sta­nu, raz jesz­cze sko­rzy­stał ze swo­jej oso­bi­stej wła­dzy nad ce­sa­rzem. Hol­ste­in był prze­ko­na­ny, że jego wro­giem jest ksią­żę Phi­lip von Eu­len­burg.

Jak sam ma­wiał, naj­więk­szy wpływ na Phi­li­pa von Eu­len­bur­ga w ca­łym jego ży­ciu wy­war­ła mat­ka. Alek­san­dry­na von Ro­th­kirch - Eu­len­burg była ko­bie­tą ob­da­rzo­ną ar­ty­stycz­nym tem­pe­ra­men­tem, któ­ra za­chwy­ca­ła się mu­zy­ką i wy­ka­zy­wa­ła znacz­ne umie­jęt­no­ści jako ma­lar­ka-ama­tor­ka. To po mat­ce odzie­dzi­czył Phi­lip swój en­tu­zjazm wo­bec na­tu­ry, sztu­ki, mu­zy­ki i po­ezji oraz pra­gnie­nie bli­skich przy­jaź­ni. Hra­bi­na von Eu­len­burg do­ży­ła chwi­li, gdy jej syn miał pięć­dzie­siąt pięć lat i spę­dza­ła przy nim tyle cza­su, ile tyl­ko było moż­li­we. Gdy się roz­sta­wa­li, pi­sy­wa­li do sie­bie co­dzien­nie.

Oj­ciec Eu­len­bur­ga był sta­ro­świec­kim, cięż­ko do­świad­czo­nym Pru­sa­kiem, by­łym żoł­nie­rzem, któ­ry nie­wie­le do­bre­go wi­dział w ar­ty­stycz­nych upodo­ba­niach swo­jej żony i dzie­ci. Wo­bec ojca Phi­lip był za­mknię­ty w rów­nym stop­niu, w ja­kim był otwar­ty wo­bec mat­ki. "Nig­dy nie po­tra­fi­łem ująć w sło­wa - na­pi­sał póź­niej - ile zna­czył dla mnie w dzie­ciń­stwie świat fan­ta­zji. [...] Wą­ski świa­tek, w ja­kim żyli wten­czas moi ro­dzi­ce, wiecz­ne uty­ski­wa­nia mo­je­go ojca w spra­wie ogra­ni­cze­nia wy­dat­ków na­pa­wa­ły mnie wstrę­tem".

Jako dzie­dzic jun­kra, mło­dy hra­bicz von Eu­len­burg miał tak­że zo­stać żoł­nie­rzem, więc Phi­lip wstą­pił jako ka­det do Gar­de du Corps (Puł­ku Kró­lew­skiej Stra­ży Przy­bocz­nej) w Pocz­da­mie. Nie po­tra­fił się tam od­na­leźć i nie­na­wi­dził "udrę­ki do­zna­wa­nej od nie po­stę­pu­ją­cych fair, ogra­ni­czo­nych i gru­bo­skór­nych zwierzch­ni­ków". Gdy wy­bu­chła woj­na fran­cu­sko­pru­ska i pułk udał się na front, jego do­wód­ca zo­sta­wił go na ty­łach. Osta­tecz­nie Eu­len­burg zo­stał prze­nie­sio­ny na sta­no­wi­sko szta­bo­we, gdzie zdo­łał ocza­ro­wać swo­je­go do­wód­cę do tego stop­nia, że ofi­cer ów za­ła­twił dla nie­go Krzyż Że­la­zny za dziel­ność, choć Phi­lip ani razu nie brał udzia­łu w wal­kach. Gdy woj­na się skoń­czy­ła, mat­ka uzy­ska­ła dla nie­go od ojca po­zwo­le­nie, aby opu­ścił ar­mię. Po­szedł na uni­wer­sy­te­ty w Lip­sku i Stras­bur­gu, uzy­skał dok­to­rat z pra­wa i choć bez en­tu­zja­zmu, za­czął pra­co­wać w są­dach. Ma­jąc dwa­dzie­ścia osiem lat oże­nił się ze szwedz­ką hra­bian­ką, któ­ra w cią­gu je­de­na­stu lat uro­dzi­ła mu ośmio­ro dzie­ci. Mał­żeń­stwo było dla Eu­len­bur­ga cięż­ką pró­bą i karą bo­ską. Jego żona, jak ma­wiał je­den z przy­ja­ciół, była "okrop­nie nud­na". "Jej roz­mo­wa była do ni­cze­go - po­wia­dał inny - Była cał­kiem przy­ćmio­na przez wspa­nia­łe­go Phi­li, na któ­re­go spo­glą­da­ła z ubó­stwie­niem, mi­ło­ścią i za­chwy­tem". "Nie bar­dzo lu­bię ży­cia ro­dzin­ne­go - po­wia­dał Eu­len­burg - Rad cha­dzam swo­imi dro­ga­mi".

Eu­len­burg prze­rzu­cił się na ka­rie­rę dy­plo­ma­tycz­ną, uwa­ża­jąc, że pro­fe­sja ta da mu wię­cej cza­su na roz­wój ar­ty­stycz­ny. "Moja ofi­cjal­na ka­rie­ra jako dy­plo­ma­ty była dla mnie udrę­ką - po­wie­dział póź­niej - Bę­dąc ar­ty­stą w każ­dym calu, po­nad­to pew­nym suk­ce­su, jak do­pro­wa­dzo­ne do osta­tecz­no­ści zwie­rzę wal­czy­łem z oj­cem, któ­ry na sta­rą pru­ską mo­dłę nie do­ce­niał ni­cze­go poza ofi­cjal­nie uzna­wa­ną dro­gą ka­rie­ry, zaś wszel­ką dzia­łal­ność ar­ty­stycz­ną uwa­żał za coś, co dla hra­bie­go Eu­len­bur­ga może sta­no­wić tyl­ko roz­ryw­kę lub za­baw­kę". W Mi­ni­ster­stwie Spraw Za­gra­nicz­nych po­ja­wił się w wie­ku trzy­dzie­stu lat dzię­ki przy­jaź­ni z Her­ber­tem Bi­smarc­kiem. (Sio­stra Eu­len­bur­ga, Adda, była bli­ską przy­ja­ciół­ką cór­ki kanc­le­rza, Ma­rii). Pod­czas nie­szczę­sne­go ro­man­su Her­ber­ta z księż­ną Eli­za­beth Ca­ro­lath, Eu­len­burg od­gry­wał po­dwój­ną rolę: dla cho­re­go z mi­ło­ści syna był bli­skim przy­ja­cie­lem, któ­re­mu wszyst­ko moż­na było wy­znać; dla peł­nych obaw ro­dzi­ców - roz­sąd­nym mło­dzień­cem, któ­ry mógł spro­wa­dzić ich syna z po­wro­tem na dro­gę roz­sąd­ku. Po­tem to wła­śnie wdzięcz­ny Her­bert za­su­ge­ro­wał, żeby "dro­gi Phi­li" do­łą­czył do nie­go w służ­bie dy­plo­ma­tycz­nej.

Ka­rie­ra Eu­len­bur­ga roz­wi­ja­ła się po­wo­li. Skoń­czył trzy­dzie­ści czte­ry lata, za­nim otrzy­mał pierw­szy przy­dział za­gra­nicz­ny w 1881 roku, w cha­rak­te­rze trze­cie­go se­kre­ta­rza Am­ba­sa­dy Nie­miec­kiej w Pa­ry­żu. Jego sze­ścio­mie­sięcz­na tura od­zna­czy­ła się głów­nie po­cząt­ka­mi przy­jaź­ni z dru­gim se­kre­ta­rzem am­ba­sa­dy, Bern­har­dem von Bülo­wem. Dru­gą pla­ców­ką Eu­len­bur­ga było Mo­na­chium, gdzie słu­żył jako pierw­szy se­kre­tarz Po­sel­stwa Pru­skie­go60. Jego obo­wiąz­ki były lek­kie, co po­zwo­li­ło mu za­nu­rzyć się w ży­ciu kul­tu­ral­nym i ar­ty­stycz­nym ba­war­skiej sto­li­cy. Eu­len­burg ob­da­rzo­ny był znacz­ny­mi, jak na ama­to­ra, ta­len­ta­mi, a we wszyst­kich dzie­dzi­nach był sa­mo­ukiem. Pi­sy­wał opo­wia­da­nia dla dzie­ci, któ­re zy­ska­ły en­tu­zja­stycz­ne po­chwa­ły ze stro­ny dość nie­ocze­ki­wa­nej, bo od Frie­dri­cha von Hol­ste­ina. Sztu­ki Eu­len­bur­ga były wy­sta­wia­ne na za­wo­do­wych sce­nach Ber­li­na i Mo­na­chium. Bez for­mal­ne­go wy­kształ­ce­nia w za­kre­sie ar­chi­tek­tu­ry za­pro­jek­to­wał sale i pa­wi­lo­ny w sty­lu wło­skim na te­re­nie ro­dzin­nych dóbr w Lie­ben­ber­gu. Naj­bar­dziej dum­ny był ze swo­jej mu­zy­ki. Jego "Ro­sen­lie­der" ("Pie­śni Róż") mia­ły trzy­sta wy­dań w cią­gu dwu­dzie­stu pię­ciu lat i zo­sta­ły sprze­da­ne w łącz­nym na­kła­dzie 500 000 eg­zem­pla­rzy. Two­rzył też bal­la­dy, "Skal­den­ge­sän­ge"61, opar­te na sa­gach nor­dyc­kich; owe pie­śni i bal­la­dy czę­sto sam śpie­wał swo­im przy­jem­nym gło­sem. Miał na­dzie­ję, że kie­dyś na­pi­sze też ope­rę. Bę­dąc jesz­cze w Pa­ry­żu, od­śpie­wał jed­ną ze swych kom­po­zy­cji sław­ne­mu za­wo­do­we­mu śpie­wa­ko­wi, któ­ry usil­nie ra­dził mu, aby stu­dio­wał kon­tra­punkt. Ura­żo­ny Eu­len­burg po­wie­dział Bülo­wo­wi, gdy wy­cho­dzi­li od śpie­wa­ka: "Już ja za­dbam o to, aby nig­dy nie stu­dio­wać kon­tra­punk­tu. Pod­cię­ło­by to tyl­ko moje skrzy­dła ge­niu­sza".

Wszyst­kie te jego ta­len­ty, w po­łą­cze­niu ze wspa­nia­łym da­rem kon­wer­sa­cji i ga­wę­dziar­stwa, spodo­ba­ły się księ­ciu Wil­hel­mo­wi Ho­hen­zol­ler­no­wi, gdy trzy­dzie­sto­dzie­wię­cio­let­ni Eu­len­burg spo­tkał dwu­dzie­sto­sied­mio­let­nie­go przy­szłe­go ka­ise­ra na po­lo­wa­niu w maju 1886. Wy­so­ki, z sze­ro­kim czo­łem, sta­ran­nie przy­cię­tą bród­ką, ob­da­rzo­ny wiel­ki­mi, wy­ra­zi­sty­mi ocza­mi, Eu­len­burg na­tych­miast pod­bił młod­sze­go męż­czy­znę. Gdy Phi­lip sie­dział przy for­te­pia­nie, gra­jąc i śpie­wa­jąc, Wil­helm od­wra­cał stro­ni­ce nut. Po­cząw­szy od tam­te­go lata, Wil­helm i Au­gu­sta czę­sto za­pra­sza­li go do Re­ichen­hall, gdzie, jak to póź­niej ujął Wil­helm, Eu­len­burg "zwykł oży­wiać na­sze wie­czo­ry grą na for­te­pia­nie i śpie­wa­niem bal­lad. Jed­na z jego naj­lep­szych kom­po­zy­cji, "Za­to­pie­nie Atlan­ty­dy", sta­ła się moim ulu­bio­nym utwo­rem mu­zycz­nym. Był on, po­dob­nie jak ja, wiel­kim mi­ło­śni­kiem na­tu­ry. Wraz z moją żoną od­by­wa­li­śmy z nim dłu­gie, in­spi­ru­ją­ce roz­mo­wy o sztu­ce, mu­zy­ce i li­te­ra­tu­rze pod­czas wspól­nych spa­ce­rów. Szcze­gól­nie znał się na wło­skim re­ne­san­sie, a w Mo­na­chium miał wie­lu przy­ja­ciół i zna­jo­mych wśród zna­nych ar­ty­stów". Wil­helm za­uwa­żył, że jego nowy przy­ja­ciel po­sia­da znacz­ne uzdol­nie­nia do opo­wia­da­nia róż­nych hi­sto­rii: "Był jed­nym z tych szczę­śliw­ców, któ­rym, zwłasz­cza w po­dró­ży, za­wsze musi przy­da­rzyć się coś ko­micz­ne­go. Phi­li po­tra­fił opo­wia­dać ta­kie hi­sto­rie ku ogól­nej we­so­ło­ści". Już wkrót­ce Wil­helm przed­sta­wiał Eu­len­bur­ga swo­je­mu daw­ne­mu na­uczy­cie­lo­wi, Hinz­pe­te­ro­wi, jako "mo­je­go przy­ja­cie­la od ser­ca, je­dy­ne­go, ja­kie­go po­sia­dam". "Kie­dy tyl­ko przy­by­wał do na­sze­go domu w Pocz­da­mie" - wspo­mi­nał póź­niej Wil­helm - było to ni­czym po­tok świa­tła sło­necz­ne­go wy­la­ny na ru­ty­nę co­dzien­ne­go ży­cia".

Eu­len­burg z en­tu­zja­zmem re­ago­wał na przy­jaźń Wil­hel­ma. Jego li­sty do księ­cia są kwie­ci­ste w sty­lu. Przy­jaźń księ­cia, mó­wił "sta­ła się bla­skiem mego ży­cia"; list od księ­cia Wil­hel­ma "zło­żę wśród mo­ich naj­cen­niej­szych skar­bów"; wi­zy­ta w domu Eu­len­bur­ga wy­wo­ła­ła po­dob­ną, za­cho­wa­ną wy­po­wiedź jego dzie­ci, że "ksią­żę Wil­helm wy­glą­dał "tak przy­stoj­nie" w mun­du­rze". Gdy Wil­helm był przy­gnę­bio­ny, Eu­len­burg oka­zy­wał mu współ­czu­cie, gdy Wil­helm był pod­eks­cy­to­wa­ny, Eu­len­burg do­sy­py­wał po­chwał. Wil­helm otrzy­mał nie­przy­jem­ny te­le­gram: "Był bar­dzo bla­dy - pi­sał o tym Eu­len­burg do swe­go przy­ja­cie­la Bülo­wa - i spo­glą­dał na mnie, na wpół prze­stra­szo­ny, na wpół zde­pry­mo­wa­ny, jak­by za­da­jąc mi py­ta­nie swo­imi pięk­ny­mi nie­bie­skim ocza­mi". Gdy jako ka­iser Wil­helm wy­gło­sił mowę, to za­raz po­tem, jak za­pi­sał Bülow, "Phil był tak pod­nie­co­ny, że pod­biegł [...] i uca­ło­wał obie dło­nie Jego Ce­sar­skiej Mo­ści ze sło­wa­mi, "Je­stem pod wra­że­niem! Je­stem wstrzą­śnię­ty!"".

Obaj Bi­smarc­ko­wie apro­bo­wa­li tę przy­jaźń. "Bar­dzo uży­tecz­ne, żeś udał się do księ­cia Wil­hel­ma - pi­sał Her­bert do Eu­len­bur­ga w sierp­niu 1886 - Ma on o to­bie wiel­kie mnie­ma­nie i pie­je z za­chwy­tu na twój te­mat na wszel­kie moż­li­we spo­so­by. Po­wi­nie­neś to wy­ko­rzy­stać i [...] roz­ma­wiać z nim, aby zdo­być na nie­go wpływ. A to dla­te­go, żeby owo burz­li­we na­pię­cie, ja­kie jest wi­docz­ne w więk­szo­ści jego opi­nii, to­no­wać co­raz bar­dziej, tak aby spoj­rze­nie pocz­dam­skie­go po­rucz­ni­ka stop­nio­wo ustą­pi­ło re­flek­sjom męża sta­nu. Z wy­jąt­kiem tej spra­wy, ksią­żę jest ist­ną per­łą". Pod ko­niec lata, dwaj przy­ja­cie­le, Wil­helm i Phi­lip, wy­pra­wi­li się wspól­nie do Bay­reuth, aby wy­słu­chać "Tri­sta­na i Izol­dę" oraz "Par­si­fa­la", a tak­że spo­tkać się z ro­dzi­ną Wa­gne­ra, któ­rą Eu­len­burg znał już wcze­śniej. Po­now­nie Her­bert Bi­smarck pi­sał do nie­go z apro­ba­tą: "Za­mie­rzasz więc być w Bay­reuth z Wil­hel­mem. [...] Mam na­dzie­ję, że od­wró­cisz jego uwa­gę, aby wa­gne­row­skie pu­zo­ny nie znisz­czy­ły mu i tak kiep­skie­go ucha swo­imi peł­ny­mi nie­zgo­dy to­na­mi. Sześć go­dzin Mu­zy­ki Przy­szło­ści spo­wo­do­wa­ło­by za­pa­le­nie na­wet mo­ich bę­ben­ków. Za­wsze się oba­wiam, że ksią­żę z czymś prze­sa­dzi, tak prze­cież ener­gicz­ny jest we wszyst­kim, co robi. Trze­ba temu za­po­bie­gać, po­nie­waż jego zdro­wie ma nie­oce­nio­ne zna­cze­nie dla na­ro­du nie­miec­kie­go".

W tym cza­sie, gdy oj­ciec księ­cia Wil­hel­ma, kron­prinz Fry­de­ryk był w naj­wy­raź­niej do­brym zdro­wiu, wy­da­wa­ło się rze­czą nie­praw­do­po­dob­ną, aby zdro­wie księ­cia Wil­hel­ma mia­ło wie­le zna­czyć dla na­ro­du nie­miec­kie­go przez ład­nych parę lat. W isto­cie za­le­d­wie dwa­dzie­ścia czte­ry mie­sią­ce póź­niej, mło­dzie­niec miał zo­stać nie­miec­kim ce­sa­rzem. Na­wet wte­dy, Bi­smarc­ko­wie nadal apro­bo­wa­li tę przy­jaźń. Gdy Wil­helm, już jako ka­iser, two­rzył gru­pę któ­ra mia­ła mu to­wa­rzy­szyć w jego pierw­szym rej­sie do fior­dów Nor­we­gii, Her­bert za­su­ge­ro­wał, aby Eu­len­burg po­je­chał. "Twój wpływ na Jego Ce­sar­ską Mość jest do­sko­na­ły" - po­wie­dział mu. Uni­kal­ne re­la­cje Eu­len­bur­ga, jako przy­ja­cie­la od ser­ca ka­ise­ra, a rów­no­cze­śnie za­ufa­ne­go po­wier­ni­ka obu Bi­smarc­ków, skoń­czy­ły się w mar­cu 1890 roku wraz z dy­mi­sją kanc­le­rza. W wiel­kiej schi­zmie, jaka po­dzie­li­ła spo­łe­czeń­stwo i biu­ro­kra­cję w la­tach dzie­więć­dzie­sią­tych, Eu­len­burg wy­brał Wil­hel­ma. Gdy uczest­ni­czył w po­grze­bie Ot­to­na von Bi­smarc­ka w 1897 roku, pod­szedł do Her­ber­ta, aby zło­żyć mu wy­ra­zy współ­czu­cia. Her­bert z osten­ta­cyj­nym chło­dem od­wró­cił się do nie­go ple­ca­mi.

Gdy Wil­helm wstą­pił na tron, Eu­len­burg oba­wiał się, że ko­niec z przy­jaź­nią, lecz nowy mo­nar­cha go uspo­ko­ił. "Nig­dy nie ma­rzył­bym na­wet o tym, że wła­śnie mój ka­iser bę­dzie je­dy­ną oso­bą, któ­ra po­tra­fi zro­zu­mieć [...] moją wraż­li­wość" - pi­sał Eu­len­burg do Wil­hel­ma. Bli­skie sto­sun­ki z mło­dym, apo­dyk­tycz­nym ce­sa­rzem, szyb­ko za­pew­ni­ły Eu­len­bur­go­wi klu­czo­wą rolę w rzą­dzie ce­sar­stwa. Gdy Ca­pri­vi za­stą­pił Bi­smarc­ka, zaś Mar­schall zo­stał se­kre­ta­rzem sta­nu, Hol­ste­ino­wi przy­pa­dła do­mi­nu­ją­ca rola w Mi­ni­ster­stwie Spraw Za­gra­nicz­nych. Wil­helm i Pierw­szy Rad­ca-sa­mot­nik nie zna­li się, więc za­da­nie po­śred­ni­cze­nia mię­dzy nimi spa­dło na Eu­len­bur­ga, któ­re­go nie­ofi­cjal­nym ty­tu­łem sta­ło się okre­śle­nie "am­ba­sa­dor Rzą­du Nie­miec­kie­go przy Ka­ise­rze". W 1890 roku Mar­schall, no­mi­nal­nie zwierzch­nik Eu­len­bur­ga - Eu­len­burg słu­żył wten­czas jako pru­ski mi­ni­ster przy nie­miec­kim pań­stew­ku Ol­den­burg - tak oto wy­ra­żał uzna­nie dla jego wpły­wów: "Je­śli do pew­ne­go stop­nia czu­ję, że war­to się brać do pra­cy, za­wdzię­czam to uczu­cie w znacz­nej mie­rze uprzej­mym i ser­decz­nym sło­wom, ja­kie jest pan ła­skaw do mnie kie­ro­wać. Na za­ufa­nie i przy­ja­zne uczu­cia, ja­kie mi pan oka­zu­je, od­po­wia­dam z głę­bi ser­ca pły­ną­cą proś­bą, by w ra­zie za­ist­nie­nia ta­kiej ko­niecz­no­ści nadal mi pan po­ma­gał sło­wem i uczyn­kiem jak rów­nież swo­bod­nie oka­zy­wa­nym kry­ty­cy­zmem".

Hol­ste­in pi­sy­wał do Eu­len­bur­ga nie­mal co­dzien­nie, żą­da­jąc po­mo­cy w ste­ro­wa­niu ka­ise­rem: "Może Jego Ce­sar­ska Mość mógł­by po­wie­dzieć [...]"; "Uży­tecz­nym te­ma­tem roz­mo­wy by­ło­by [...]"; "Mógł­by pan za­su­ge­ro­wać Jego Ce­sar­skiej Mo­ści, aby [...]"; "Musi pan wy­gło­sić ostrze­że­nie przed [...]". Hol­ste­in mo­ty­wo­wał Eu­len­bur­ga mie­szan­ką wdzięcz­no­ści i oba­wy o po­zy­cję ka­ise­ra: "Pań­ski dzi­siej­szy list [...] stwa­rza mi na­dzie­ję, że z pań­ską po­mo­cą cią­gle mo­że­my po­ha­mo­wać ce­sa­rza - bez niej - nie bę­dzie­my w sta­nie..."; "Przy­czy­ną, dla któ­rej uwa­żam za swój obo­wią­zek po­in­for­mo­wać pana we wła­ści­wym cza­sie, jest to, że spra­wa do­ty­czy oso­bi­ste­go pre­sti­żu pań­skie­go ce­sar­skie­go przy­ja­cie­la. Pre­stiż ten w żad­nym wy­pad­ku nie wzra­sta - ra­czej prze­ciw­nie. Kraj nie trak­tu­je go po­waż­nie".

Eu­len­burg pro­wa­dził swo­ją "am­ba­sa­dę przy Ce­sa­rzu" głów­nie za po­mo­cą li­stów; gdy spra­wa była pil­na, ru­szał w po­dróż do Ber­li­na. Eu­len­burg spo­ty­kał tak­że ka­ise­ra re­gu­lar­nie pod­czas do­rocz­ne­go Ka­iser­jagd (Po­lo­wa­nia Ce­sar­skie­go) w Ro­min­ter­nie; na po­lo­wa­niach w jego wła­snych do­brach Lie­ben­berg w po­bli­żu Ber­li­na; że­glu­jąc na po­kła­dzie "Me­te­ora" pod­czas Ty­go­dnia Ki­loń­skie­go (je­dy­nym zdję­ciem na biu­recz­ku Wil­hel­ma w jego cia­snej ka­bi­nie było zdję­cie Eu­len­bur­ga), a tak­że pod­czas co­rocz­nych, czy­sto mę­skich rej­sów na wody Nor­we­gii w lip­cu. Pod­czas tych wil­hel­miń­skich wa­ka­cji Eu­len­burg cie­szył się szcze­gól­ny­mi przy­wi­le­ja­mi. Jego ka­bi­na na "Ho­hen­zol­ler­nie" za­wsze była po­ło­żo­na obok ce­sar­skiej. Gdy Wil­helm wzy­wał swo­ich pod­sta­rza­łych ge­ne­ra­łów na po­kład na po­ran­ną gim­na­sty­kę, kie­dy to ka­zał im ku­cać, aby móc zajść któ­re­goś znie­nac­ka od tyłu i po­pchnąć, by ten roz­cią­gnął się jak dłu­gi, Eu­len­burg był nie­obec­ny. "Ce­sarz nig­dy mnie na­wet nie do­tknął - po­wie­dział - Wie, że bym tego nie zniósł". Pod­czas po­lo­wań, kie­dy wszy­scy byli zmu­sze­ni ubrać zie­lo­ne dwor­skie stro­je my­śliw­skie, z dła­wią­cy­mi no­szą­cych wy­so­ki­mi, sztyw­ny­mi koł­nie­rza­mi oraz wy­so­ki­mi brą­zo­wy­mi bu­ta­mi, je­den Eu­len­burg od­wa­żał się roz­piąć swój koł­nierz, aby móc od­dy­chać.

Wiel­ki wpływ, jaki Eu­len­burg wy­wie­rał na ka­ise­ra w po­ło­wie lat dzie­więć­dzie­sią­tych, do­pro­wa­dził do spe­ku­la­cji, że może on być mia­no­wa­ny se­kre­ta­rzem sta­nu lub na­wet kanc­le­rzem. Eu­len­burg za­prze­czał tym po­gło­skom, wy­ja­śnia­jąc, że ja­kie­kol­wiek ofi­cjal­ne sto­sun­ki z ce­sa­rzem "znisz­czy­ły­by moje wpły­wy". W roku 1894, gdy Ca­pri­vi sta­wał się co­raz słab­szy i na­zwi­sko Eu­len­bur­ga za­czę­ło się po­ja­wiać w cha­rak­te­rze na­stęp­cy, ten bła­gał ka­ise­ra, aby nig­dy na­wet nie pro­sił go o przy­ję­cie urzę­du. Wil­helm się ro­ze­śmiał. "Zga­dzam się z tobą, że przy­najm­niej pod jed­nym wzglę­dem cał­ko­wi­cie się nie na­da­jesz na sta­no­wi­sko kanc­le­rza Ce­sar­stwa - masz zbyt do­brą na­tu­rę".

Eu­len­burg czuł się swo­bod­nie, od­ma­wia­jąc tak­że ob­ję­cia wy­ma­ga­ją­cej roli se­kre­ta­rza sta­nu, zwłasz­cza że zna­lazł so­bie bli­skie­go przy­ja­cie­la - swo­je al­ter ego - któ­ry mógł ją ob­jąć za­miast nie­go. Bern­hard von Bülow, pa­ry­ski ko­le­ga Eu­len­bur­ga, był am­bit­ny i miał tę żą­dzę wła­dzy, któ­rej bra­ko­wa­ło Eu­len­bur­go­wi. Od sa­me­go po­cząt­ku Bülow wi­dział w Eu­len­bur­gu uży­tecz­ne­go przy­ja­cie­la. "Szyb­ko zna­la­złem się pod uro­kiem "Phi­lie­go" Eu­len­bur­ga" - pi­sał Bülow o wcze­snych la­tach ich zna­jo­mo­ści. Nie­co póź­niej, po­wie­dział Bülow, Eu­len­burg stał się "naj­bliż­szym memu ser­cu przy­ja­cie­lem". Szyb­ko też Eu­len­burg po­sta­wił swo­je ta­len­ty na usłu­gi Bülo­wa. Gdy ten ostat­ni czy­nił ma­new­ry, żeby oże­nić się z roz­wie­dzio­ną hra­bi­ną Ma­rią Dön­hoff, Eu­len­burg sta­rał się za­ła­go­dzić spra­wy na Wil­helm­stras­se. Gdy w 1888 roku Bülow zo­stał po­sła­ny do Bu­ka­resz­tu, gdzie tkwił za­po­mnia­ny przez pięć lat, to wła­śnie w Eu­len­bur­gu upa­try­wał oca­le­nia. Bülow ro­zu­miał wy­lew­ną na­tu­rę Eu­len­bur­ga i od­pi­sy­wał mu po­dob­nym ję­zy­kiem: "Wiel­ce się stę­sk­ni­łem za two­im wi­do­kiem, naj­droż­szy Phi­li­pie"; "Nic, nig­dy nie po­tra­fi nas roz­dzie­lić"; "w głę­bi na­szych dusz my­śli­my i od­czu­wa­my po­dob­nie [...] od cza­su gdy cię po­zna­łem [...] po­ko­cha­łem cię z głę­bi ser­ca". W 1893 roku, gdy krą­ży­ły gad­ki, że Eu­len­burg za­stą­pi Mar­schal­la na sta­no­wi­sku se­kre­ta­rza sta­nu, Phi­lip dzie­lił się swo­imi za­strze­że­nia­mi z Bern­har­dem: "Taka zmo­kła kura jak ja, rap­tem za­mie­nio­na w orła. Już sły­szę sam sie­bie, jak gda­czę, za­miast rwać pa­zu­ra­mi, i wi­dzę, jak zno­szę jaj­ko, za­miast z pło­ną­cy­mi ocza­mi sie­dzieć na szczy­cie da­chu na Wil­helm­stras­se 76. Spra­wa jest poza dys­ku­sją". Bülow z obu­rze­niem od­rzu­cał taką sa­mo­oce­nę: "Uwa­żam cię - a pi­szę to nie jako przy­ja­ciel, a cał­kiem bez­stron­nie - za ide­al­ne­go se­kre­ta­rza sta­nu. Nie bie­gał­byś w kół­ko po po­dwór­ku jak ja­kaś kura, lecz ra­czej jak wier­ny, mą­dry i szla­chet­ny pies, strze­gą­cy drzwi ce­sa­rza. Po­sia­dasz [...] in­tu­icyj­ny ge­niusz [...] cał­ko­wi­te za­ufa­nie ze stro­ny Jego Ce­sar­skiej Mo­ści [...] wiel­kie na­zwi­sko, urok to­wa­rzy­ski - mó­wiąc krót­ko, po­sia­dasz wszyst­ko".

Bülow ro­zu­miał tak­że ko­niecz­ność od­zwier­cie­dla­nia go­rą­ce­go po­dzi­wu, ja­kim Eu­len­burg da­rzył Wil­hel­ma II. "Nie po­tra­fi­my oka­zać na­szej wdzięcz­no­ści za to, że mamy mo­nar­chę, któ­ry za­wsze przy­po­mi­na mi bo­ha­ter­skich [...] ce­sa­rzy na­sze­go śre­dnio­wie­cza - pi­sał do Eu­len­bur­ga w sierp­niu 1890 - Oso­bo­wość ce­sa­rza bez wąt­pie­nia sta­je się z każ­dym dniem co­raz bar­dziej fra­pu­ją­ca". Na­tu­ral­nie, Eu­len­burg był za­chwy­co­ny, mo­gąc do­po­móc w ka­rie­rze ko­muś, kto wy­da­wał się tak ser­decz­ny i mą­dry. Awans Bülo­wa, zwią­za­ny z prze­nie­sie­niem go w 1893 roku z Bu­ka­resz­tu do Rzy­mu, był głów­nie re­zul­ta­tem dzia­łań Eu­len­bur­ga. W roku 1895, gdy Bülow spę­dził w Pa­laz­zo Caf­fa­rel­li za­le­d­wie dwa lata, Eu­len­burg, któ­ry wi­dział ka­rie­rę przy­ja­cie­la jako jesz­cze am­bit­niej­szą, na­pi­sał do ka­ise­ra: "Bern­hard jest naj­bar­dziej war­to­ścio­wym ze wszyst­kich ofi­cje­li, ja­kich Wa­sza Ce­sar­ska Mość po­sia­da - wręcz prze­zna­czo­nym na przy­szłe­go kanc­le­rza Ce­sar­stwa". Wil­hel­mo­wi spodo­bał się ten po­mysł. "Bülow bę­dzie moim Bi­smarc­kiem" - po­wie­dział Eu­len­bur­go­wi.

Obaj przy­ja­cie­le - Eu­len­burg był wten­czas am­ba­sa­do­rem w Au­strii, Bülow zaś we Wło­szech - w 1896 roku spo­tka­li się po­ta­jem­nie w Ty­ro­lu. Spo­tka­nie, jak pi­sał póź­niej Eu­len­burg do Bülo­wa, opie­ra­ło się "na na­szej bez­gra­nicz­nej mi­ło­ści dla na­sze­go kró­la [Prus, tzn. Wil­hel­ma]. Jak na tym skom­pli­ko­wa­nym świe­cie mógł­by [...] ktoś zro­zu­mieć tę oso­bi­stą, ludz­ką mi­łość, jaką ży­wi­my do naj­lep­sze­go z kró­lów albo też na­szą na­tu­ral­ną, z ser­ca pły­ną­cą, wza­jem­ną przy­jaźń?". W tym cza­sie Eu­len­burg pra­co­wał wy­trwa­le nad usu­nię­ciem Mar­schal­la ze sta­no­wi­ska se­kre­ta­rza sta­nu. "Wa­sza Ce­sar­ska Mość po­zwo­li so­bie przy­po­mnieć, że już w ze­szłym roku po­czy­ni­łem wszel­kie przy­go­to­wa­nia do zdy­mi­sjo­no­wa­nia Mar­schal­la - pi­sał Eu­len­burg do Wil­hel­ma - Wa­sza Ce­sar­ska Mość zde­cy­do­wał się po­zo­sta­wić go na urzę­dzie z po­wo­dów opor­tu­ni­stycz­nych". Wresz­cie w czerw­cu 1897 roku Eu­len­burg do­piął swe­go: Mar­schall zo­stał zdy­mi­sjo­no­wa­ny, zaś Bülow we­zwa­ny z Rzy­mu i zro­bio­ny se­kre­ta­rzem sta­nu. Bülow od­pła­cił Eu­len­bur­go­wi za swój awans li­stem, o któ­rym wie­dział, że mu się spodo­ba: "Jako oso­bo­wość, Jego Ce­sar­ska Mość jest cza­ru­ją­cy, wzru­sza­ją­cy, god­ny po­dzi­wu, nie moż­na mu się oprzeć. [...] Z każ­dym dniem Ce­sarz co­raz bar­dziej zdo­by­wa so­bie moje ser­ce. Jest tak nad­zwy­czaj­ny! [...] bez po­rów­na­nia, naj­więk­szy ze wszyst­kich Ho­hen­zol­ler­nów. Łą­czy on w so­bie w spo­sób, ja­kie­go nig­dy do­tąd nie spo­tka­łem, naj­głęb­szą i naj­bar­dziej ory­gi­nal­ną in­te­li­gen­cję z naj­traf­niej­szym zdro­wym roz­sąd­kiem. Po­sia­da wy­obraź­nię, któ­ra po­tra­fi szy­bo­wać jak­by na or­lich skrzy­dłach [...] a na do­da­tek jesz­cze jaka ener­gia! Jaka pa­mięć! Jaka szyb­kość i pew­ność poj­mo­wa­nia!"

Ura­do­wa­ny Eu­len­burg od­po­wia­dał: "Je­steś ostat­nią kar­tą na­sze­go dro­gie­go, do­bre­go su­we­re­na. Nikt inny nie po­tra­fił­by - a jesz­cze mniej chciał­by - tyle dla nie­go uczy­nić, co ty. [...] Ktoś inny mógł­by mieć ge­niusz lub eru­dy­cję, lecz za­wsze bra­ko­wać mu bę­dzie mi­ło­ści i lo­jal­no­ści, tej mi­ło­ści wier­ne­go słu­gi, któ­ra u cie­bie przy­bra­ła for­mę mi­ło­ści ojca do trud­ne­go dziec­ka. Jak strasz­li­wie sa­mot­nym po­zo­sta­je ce­sarz". Gdy Bülow zo­stał mia­no­wa­ny kanc­le­rzem ce­sar­stwa, Eu­len­burg po­now­nie mu gra­tu­lo­wał: "Jed­ną z naj­lep­szych rze­czy, ja­kie Bóg spra­wił, że mi się przy­tra­fi­ły, była moja in­ter­wen­cja w two­ją ka­rie­rę - in­ter­wen­cja, któ­rą za­wsze uwa­ża­łem za swo­ją mi­sję. Ogar­nia mnie prze­czu­cie, że po strasz­li­wych sztor­mach, na­resz­cie do­pro­wa­dzi­łem sta­tek, na­zwij­my go "Pa­no­wa­nie Ce­sa­rza", do przy­najm­niej względ­nie spo­koj­ne­go ko­twi­co­wi­ska".

Z Bülo­wem za ste­rem zma­la­ły bez­po­śred­nie wpły­wy po­li­tycz­ne Eu­len­bur­ga, co zresz­tą, jak po­wia­dał, było jego ży­cze­niem. Pod­trzy­my­wał oso­bi­stą przy­jaźń z ka­ise­rem po­przez udział w co­rocz­nych rej­sach do Nor­we­gii oraz po­lo­wa­niach w Ro­min­ter­nie i Lie­ben­ber­gu. Jego przy­jaźń z Wil­hel­mem sta­ła się, je­śli już, jesz­cze bar­dziej za­bor­cza. Eu­len­burg opo­wia­dał Bülo­wo­wi, że w Ro­min­ter­nie prze­ra­ził się, wi­dząc "po­marsz­czo­ną, przed­wcze­śnie po­sta­rza­łą twarz i siwe wło­sy" ce­sa­rzo­wej. Po­dob­nie re­ago­wał na fakt, że "przez ca­lut­ką noc, ce­sa­rzo­wa ro­bi­ła sce­ny swo­im szlo­cha­niem i wrza­ska­mi". Eu­len­burg był wiel­ce wzbu­rzo­ny. "Po­wie­dział mi z go­rącz­ko­wym pod­nie­ce­niem - wspo­mi­nał Bülow - że ce­sa­rzo­wa jest w ta­kim sta­nie ner­wów, iż by­ło­by wiel­ce ko­rzyst­ne, gdy­by co ry­chlej zo­sta­ła od­se­pa­ro­wa­na od ce­sa­rza". Dona jed­nak po­zo­sta­ła, a Eu­len­burg nadal od­czu­wał wstręt. Trzy lata póź­niej skar­żył się, "że mi­łość ce­sa­rzo­wej do Jego Ce­sar­skiej Mo­ści jest jak na­mięt­ność ku­char­ki do lu­be­go, któ­re­go uczu­cia za­czy­na­ją sty­gnąć. Spo­sób, w jaki na­rzu­ca się ona ce­sa­rzo­wi, z pew­no­ścią nie jest me­to­dą utrzy­ma­nia afek­tu uko­cha­ne­go".

W mię­dzy­cza­sie Eu­len­burg za­czął od­czu­wać zmę­cze­nie ofi­cjal­nym ży­ciem. "Te dzie­sięć lat ha­rów­ki dla na­sze­go dro­gie­go Pana kom­plet­nie mnie wy­czer­pa­ło" - pi­sał do Bülo­wa w 1898 roku. W roku na­stęp­nym ze­rwał z Hol­ste­inem. Cho­ciaż w 1900 roku Wil­helm wy­niósł swe­go sta­re­go przy­ja­cie­la do god­no­ści księ­cia, to for­tu­na zda­wa­ła się od­wra­cać od Eu­len­bur­ga. Jego "słod­kie, afek­to­wa­ne uczu­cia sy­now­skie [...] od­py­cha­ły" dy­plo­ma­tycz­ne­go ko­le­gę. Sam Eu­len­burg mó­wił tak: "W pew­nym wie­ku męż­czyź­ni prze­cho­dzą przez okres zmian cie­le­snych, tak samo jak ko­bie­ty". W szcze­gól­no­ści do­ty­czy to, po­wia­dał, "męż­czyzn, któ­rzy w swo­jej wraż­li­wo­ści [...] mają pe­wien ele­ment ko­bie­cej roz­wa­gi". Mat­ka Eu­len­bur­ga zmar­ła w 1902 roku. On sam, tra­pio­ny swy­mi lę­ka­mi, cho­ro­bą ser­ca oraz po­da­grą, opu­ścił Wie­deń po ośmiu la­tach peł­nie­nia funk­cji am­ba­sa­do­ra i wy­co­fał się do Lie­ben­ber­gu. Nadal by­wał za­pra­sza­ny na je­sien­ne po­lo­wa­nia oraz rej­sy do Nor­we­gii, lecz od­ma­wiał ze wzglę­dów zdro­wot­nych. Ka­iser jed­nak przy­by­wał za­wsze do Lie­ben­ber­gu na uro­dzi­ny Eu­len­bur­ga. "Po­nie­waż Phi­li już te­raz nie przy­jeż­dża do mnie - po­wie­dział Wil­helm - mu­szę po­je­chać do nie­go". Cał­kiem wy­jąt­ko­wo, jak na ów­cze­sną sa­mot­ność w Lie­ben­ber­gu, Eu­len­burg wy­brał się w rejs do Nor­we­gii w roku 1903. Przez całą po­dróż cho­ro­wał i po­czuł, że wzrósł jego wstręt do tego ro­dza­ju wa­ka­cji; opi­sał wten­czas "Ho­hen­zol­ler­na" jako "ten pły­wa­ją­cy te­atr", gdzie "spra­wy przyj­mu­ją ob­rót ni­czym w naj­bar­dziej swa­wol­nej me­sie ofi­cer­skiej". W roku 1905 Eu­len­burg wy­da­wał się być w lep­szej for­mie. Tej je­sie­ni ro­syj­ski hra­bia Ser­giusz Wit­te, wra­ca­ją­cy do domu z ne­go­cja­cji nad ro­syj­sko-ja­poń­skim trak­ta­tem po­ko­jo­wym w Por­ts­mouth w sta­nie New Hamp­shi­re, od­wie­dził ka­ise­ra w Ro­min­ter­nie. Spo­tkał tam Eu­len­bur­ga, sie­dzą­ce­go w wiel­kim fo­te­lu w po­zie mo­nar­chy, pod­czas gdy Wil­helm sie­dział na jed­nym z bocz­nych oparć tego sa­me­go fo­te­la i z pod­nie­ce­niem mó­wił i ge­sty­ku­lo­wał jak pod­wład­ny. Wy­glą­da­ło na to, że Phi­lip Eu­len­burg, naj­droż­szy przy­ja­ciel ka­ise­ra, po­now­nie po­dej­mu­je rolę tego, któ­ry oba­la i pro­mu­je lu­dzi w ce­sar­skich Niem­czech.

Gdy już Hol­ste­in uznał, że to wła­śnie Eu­len­burg do­pro­wa­dził do jego upad­ku, na­tych­miast za­pło­nął żą­dzą ze­msty. Przez wszyst­kie lata swo­jej pra­cy, tka­jąc pa­ję­czą sieć źró­deł in­for­ma­cji, uzy­skał do­stęp do te­czek po­li­cyj­nych na te­mat czo­ło­wych po­sta­ci rzą­do­wych. Był świa­do­my tego, że w la­tach osiem­dzie­sią­tych na­zwi­sko Eu­len­bur­ga zna­la­zło się na taj­nej li­ście osób po­dej­rza­nych o za­cho­wa­nia ho­mo­sek­su­al­ne. 1 maja 1906 roku Eu­len­burg otrzy­mał list od Hol­ste­ina. Roz­po­czy­nał się on od oskar­że­nia: "Mój dro­gi Phi­li - nie mu­sisz uzna­wać tego po­cząt­ku za kom­ple­ment, po­nie­waż w dzi­siej­szych cza­sach na­zwać ko­goś "Phi­li" zna­czy, no cóż, nic szcze­gól­nie po­chleb­ne­go. Uda­ło ci się te­raz osią­gnąć cel, w któ­rym in­try­go­wa­łeś od lat - moje odej­ście na eme­ry­tu­rę. A i te wszyst­kie ata­ki w pra­sie to tak­że coś, cze­go pra­gniesz". Hol­ste­in rzu­cił tak­że w li­ście obe­lgę: "Mam te­raz moż­li­wość po­trak­to­wa­nia cię tak, jak trak­tu­je się god­ne po­gar­dy oso­by z two­imi oso­bli­wy­mi ce­cha­mi".

Eu­len­burg zro­zu­miał, że Hol­ste­in jest zde­cy­do­wa­ny zruj­no­wać go. Uwa­ża­jąc to "za spra­wę ży­cia i śmier­ci", zde­cy­do­wał, że tyl­ko po­je­dy­nek może oczy­ścić jego imię. Wy­zwał Hol­ste­ina na "wy­mia­nę strza­łów pi­sto­le­to­wych aż do uniesz­ko­dli­wie­nia lub śmier­ci prze­ciw­ni­ka". Gdy po­in­for­mo­wał o tym Tschir­sch­ky'ego, se­kre­tarz sta­nu - wy­obra­ża­jąc so­bie skan­dal, jaki by wy­buch­nął na wia­do­mość o tym, że dwóch wy­bit­nych, star­szych lu­dzi, zaj­mu­ją­cych nie­gdyś naj­wyż­sze sta­no­wi­ska w Ce­sar­stwie Nie­miec­kim, pró­bu­je się na­wza­jem oka­le­czyć lub po­za­bi­jać - "do­słow­nie ru­nął na swój fo­tel". Tschir­sch­ky bła­gał Eu­len­bur­ga, aby ten cof­nął wy­zwa­nie "przez wzgląd na Boga i Ce­sa­rza". Eu­len­burg zgo­dził się to zro­bić, je­śli Hol­ste­in go prze­pro­si. 3 maja Hol­ste­in na­pi­sał: "Po za­pew­nie­niu mnie przez księ­cia Eu­len­bur­ga pod sło­wem ho­no­ru, że nie przy­ło­żył ręki, nie dzia­łał na rzecz, ani w ża­den inny spo­sób nie przy­czy­nił się do mo­jej dy­mi­sji, ni­niej­szym wy­co­fu­ję ob­raź­li­we uwa­gi, ja­kie wy­ra­zi­łem wo­bec nie­go w moim li­ście". Mimo tego od­wo­ła­nia, Eu­len­burg - któ­ry nie­gdyś po­rów­nał Hol­ste­ina do krwio­żer­czej ła­si­cy - nie czuł się bez­piecz­ny. "Nie mogę po­wie­dzieć, abym uwa­żał, że ata­ki Hol­ste­ina się skoń­czy­ły - na­pi­sał - Z pew­no­ścią ze­mści się w ty­po­wy dla sie­bie spo­sób".

Hol­ste­in już nad tym pra­co­wał. W tym celu za­pew­nił so­bie po­moc czło­wie­ka, któ­rym od lat po­gar­dzał, naj­słyn­niej­sze­go dzien­ni­ka­rza Nie­miec, Mak­sy­mi­lia­na Har­de­na, za­ło­ży­cie­la i wy­daw­cy ber­liń­skie­go ty­go­dni­ka so­cja­li­stycz­ne­go "Die Zu­kunft" ("Przy­szłość"). Tego lata i je­sie­ni, gdy w "Die Zu­kunft" za­czę­ła uka­zy­wać się se­ria kry­tycz­nie na­sta­wio­nych ar­ty­ku­łów, Eu­len­burg zro­zu­miał, że po­wstał ów nowy so­jusz. Winą za po­raż­kę Nie­miec w Al­ge­ci­ras ar­ty­ku­ły ob­cią­ża­ły szko­dli­we i pa­cy­fi­stycz­ne wpły­wy tego, co Har­den okre­ślał mia­nem "Okrą­głe­go Sto­łu z Lie­ben­ber­gu" - grup­kę przy­ja­ciół, jacy spo­ty­ka­li się co roku z ce­sa­rzem w tam­tej­szych do­brach księ­cia von Eu­len­bur­ga. Gru­pa ta, szy­der­czo pi­sał Har­den, skła­da­ła się "z sa­mych do­brych lu­dzi. Od­da­nych mu­zy­ce, po­ezji, udu­cho­wio­nych, tak po­boż­nych, że za lep­sze le­kar­stwo uwa­ża­ją mo­dli­twę niż to, co po­ra­dzą im naj­mą­drzej­si dok­to­rzy. [...] W swo­ich sto­sun­kach, pi­sem­nych i ust­nych, oka­zu­ją się uprze­dza­ją­co przy­jaź­ni. Wszyst­ko to by­ło­by, oczy­wi­ście, ich cał­kiem oso­bi­stą spra­wą, gdy­by nie na­le­że­li do krę­gu naj­bliż­sze­go ka­ise­ro­wi i [...] ze swo­ich wi­docz­nych i nie­wi­docz­nych po­zy­cji nie snu­li nici, któ­re du­szą Ce­sar­stwo Nie­miec­kie". Har­den opi­sy­wał Eu­len­bur­ga, przy­wód­cę tego krę­gu, jako "nie­zdro­we­go póź­ne­go ro­man­ty­ka i ja­sno­wi­dza", któ­ry "z nie­ga­sną­cym za­pa­łem szep­tał i nadal szep­cze w ucho Wil­hel­mo­wi Dru­gie­mu, że zo­stał on wy­bra­ny, aby rzą­dzić sa­me­mu". "Już od lat - oskar­żał Har­den - żad­ne waż­ne sta­no­wi­sko nie zo­sta­ło ob­sa­dzo­ne bez [...] po­mo­cy [Eu­len­bur­ga]", a w tym cza­sie "zdą­żył on już za­dbać o wszyst­kich swo­ich przy­ja­ciół".

Har­den miał trzy po­wo­dy, aby ata­ko­wać Eu­len­bur­ga. Dzien­ni­karz sprze­ci­wiał się skłon­no­ści ka­ise­ra do wła­dzy oso­bi­stej, do cze­go - jak słusz­nie przy­pusz­czał - za­chę­cał ce­sa­rza Eu­len­burg. Zga­dzał się też z po­li­ty­ką Hol­ste­ina, na­sta­wio­ną na upo­ko­rze­nie Fran­cji i roz­bi­cie en­ten­ty an­glo-fran­cu­skiej. Gdy po­li­ty­ka ta zo­sta­ła zni­we­czo­na w Al­ge­ci­ras, Har­den ob­cią­żył winą Eu­len­bur­ga za na­mó­wie­nie ka­ise­ra do przy­ję­cia po­sta­wy po­jed­naw­czej. Co wię­cej, Har­den su­ge­ro­wał, że z po­wo­du bli­skiej przy­jaź­ni łą­czą­cej Eu­len­bur­ga z Ray­mon­dem Le­Comp­te, pierw­szym se­kre­ta­rzem Am­ba­sa­dy Fran­cu­skiej w Ber­li­nie, Eu­len­burg prze­ka­zy­wał Le­Comp­te'owi za­pew­nie­nia, iż Niem­cy nie były przy­go­to­wa­ne do po­par­cia swo­jej dy­plo­ma­cji groź­bą woj­ny. Trze­ci po­wód po­stę­po­wa­nia Har­de­na był bar­dziej oso­bi­sty, a rów­no­cze­śnie bar­dziej zja­dli­wy. Le­Comp­te, je­den ze spe­cja­li­stów do spraw Nie­miec we fran­cu­skim Mi­ni­ster­stwie Spraw Za­gra­nicz­nych, znał Eu­len­bur­ga jesz­cze z daw­nych lat w Mo­na­chium, a gdy zo­stał przy­dzie­lo­ny do Ber­li­na, zo­stał tak­że za­li­czo­ny do gru­py za­pra­sza­nych na do­rocz­ny Ka­iser­jagd w Lie­ben­ber­gu. Har­den miał do­wo­dy, że Le­Comp­te jest ho­mo­sek­su­ali­stą. Do­daw­szy to do po­gło­sek, ja­kie sły­szał o Eu­len­bur­gu - po­gło­sek po­par­tych te­raz in­for­ma­cja­mi z te­czek Hol­ste­ina - Har­den two­rzył, z po­cząt­ku przez in­sy­nu­acje, a po­tem przez co­raz bar­dziej bez­po­śred­nie oskar­że­nia, ob­raz krę­gu wo­kół Eu­len­bur­ga jako co naj­mniej ho­mo­ero­tycz­ne­go, je­śli nie otwar­cie ho­mo­sek­su­al­ne­go.

Har­den po­ru­szał się po nie­bez­piecz­nym grun­cie. Ho­mo­sek­su­alizm był w Niem­czech za­bro­nio­ny, jak zresz­tą i w ca­łej Eu­ro­pie. W Rze­szy sta­no­wił on prze­stęp­stwo kry­mi­nal­ne, ka­ra­ne wię­zie­niem, choć pra­wo to było rzad­ko sto­so­wa­ne i eg­ze­kwo­wa­ne. Już jed­nak samo oskar­że­nie wy­star­cza­ło, aby wy­wo­łać mo­ral­ne obu­rze­nie i do­pro­wa­dzić ko­goś do ru­iny to­wa­rzy­skiej. Zwłasz­cza do­ty­czy­ło to naj­wyż­szych warstw so­cje­ty. W Au­strii ar­cy­ksią­żę Lu­dwik Wik­tor (zna­ny jako "Luzi-Wuzi"), brat ce­sa­rza Fran­cisz­ka Jó­ze­fa, miał ro­mans z ma­sa­ży­stą i zo­stał ze­sła­ny na wy­gna­nie. W Niem­czech Fritz Krupp, szef gi­gan­tycz­nej fir­my zbro­je­nio­wej i przy­ja­ciel ka­ise­ra, zo­stał oskar­żo­ny o pe­do­fi­lię na Ca­pri i w at­mos­fe­rze skan­da­lu po­peł­nił sa­mo­bój­stwo. W 1898 roku cień padł już bli­sko Eu­len­bur­ga, gdy jego je­dy­ny brat, Frie­drich von Eu­len­burg, ofi­cer ka­wa­le­rii, zo­stał ska­za­ny za ho­mo­sek­su­alizm i zmu­szo­ny do po­da­nia się do dy­mi­sji z ar­mii. Obu­rzo­ny ka­iser za­żą­dał, aby Eu­len­burg nig­dy wię­cej nie spo­ty­kał się ani nie roz­ma­wiał z bra­tem. Roz­go­ry­czo­ny Eu­len­burg po­wie­dział Bülo­wo­wi, że nie speł­ni tego żą­da­nia. Przez oskar­ża­nie Eu­len­bur­ga i jego krę­gu z Lie­ben­ber­gu Har­den nie­bez­piecz­nie zbli­żył się do za­ata­ko­wa­nia sa­me­go ce­sa­rza. Phi­lip Eu­len­burg był prze­cież naj­bliż­szym przy­ja­cie­lem Wil­hel­ma, przez po­nad dwa­dzie­ścia lat. Cóż to mo­gło ozna­czać, je­śli oskar­że­nia były praw­dzi­we, a ka­iser nic o tym nie wie­dział? A jesz­cze go­rzej, gdy­by się oka­za­ło, że ce­sarz wie­dział o wszyst­kim?

Eu­len­burg za­py­tał Bülo­wa, jak po­wi­nien za­re­ago­wać na ata­ki Har­de­na. Kanc­lerz, świa­do­my, że wen­de­ta Hol­ste­ina na Eu­len­bur­gu wy­ro­sła z prze­ko­na­nia by­łe­go Pierw­sze­go Rad­cy, że to Eu­len­burg był od­po­wie­dzial­ny za przy­ję­cie jego re­zy­gna­cji przez ka­ise­ra, ra­dził przy­ja­cie­lo­wi wy­je­chać na ja­kiś czas z Nie­miec i od­cze­kać, aż spra­wy się uspo­ko­ją. Po­nie­waż jego dru­gi przy­ja­ciel, ka­iser, któ­ry nie czy­ty­wał "Die Zu­kunft", trak­to­wał go rów­nie cie­pło jak daw­niej, Eu­len­burg nie sko­rzy­stał z tej rady. W paź­dzier­ni­ku ce­sarz jak zwy­kle do­łą­czył do swo­ich przy­ja­ciół w Lie­ben­ber­gu; w stycz­niu 1907 we­zwał Eu­len­bur­ga do Ber­li­na, gdzie nadał swo­je­mu "dro­gie­mu Phi­li" naj­wyż­sze pru­skie od­zna­cze­nie - Or­der Czar­ne­go Orła.

Har­den od­cze­kał ze wzno­wie­niem ata­ków do kwiet­nia 1907. Wte­dy wła­śnie opu­bli­ko­wał ar­ty­kuł wy­mie­nia­ją­cy po na­zwi­sku trzech woj­sko­wych, ad­iu­tan­tów ka­ise­ra, wszyst­kich na­le­żą­cych do gru­py z Lie­ben­ber­gu i pięt­nu­ją­cy ich jako ho­mo­sek­su­ali­stów. Hi­sto­ria ta za­szo­ko­wa­ła Ber­lin, ka­iser jed­nak cią­gle nie był ni­cze­go świa­do­my. Wresz­cie, ko­rzy­sta­jąc z oka­zji, gdy byli sami w ogro­dach pa­ła­co­wych, kron­prinz Wil­helm po­ka­zał ka­ise­ro­wi ar­ty­kuł z "Zu­kunft" i inne wy­cin­ki z pra­sy. "Nig­dy nie za­po­mnę peł­nej bólu i prze­ra­że­nia twa­rzy mego ojca, gdy spo­glą­dał na mnie z kon­ster­na­cją - opi­sy­wał to wy­da­rze­nie kron­prinz - Taka była mo­ral­na czy­stość ka­ise­ra, że z trud­no­ścią po­tra­fił po­jąć, iż moż­li­we są ta­kie zbo­cze­nia".

Wil­helm za­re­ago­wał szyb­ko. Za­żą­dał na­tych­mia­sto­wej re­zy­gna­cji owych trzech ad­iu­tan­tów oraz hra­bie­go Ku­no­na von Molt­ke­go62, do­wód­cy woj­sko­we­go Ber­li­na, któ­re­go Har­den tak­że uwi­kłał w afe­rę. Je­śli Molt­ke był nie­win­ny, żą­dał ka­iser, niech na­tych­miast oskar­ży Har­de­na o znie­sła­wie­nie. Co się ty­czy­ło Eu­len­bur­ga, tak­że ob­ję­te­go ata­ka­mi Har­de­na, ce­sarz na­pi­sał do Bülo­wa: "Żą­dam, aby Phi­lip Eu­len­burg na­tych­miast po­pro­sił o zwol­nie­nie [ze służ­by dy­plo­ma­tycz­nej]. Je­śli te oskar­że­nia prze­ciw­ko nie­mu o nie­na­tu­ral­ne wy­stęp­ki są bez­pod­staw­ne, niech zło­ży mi wy­raź­ną de­kla­ra­cję w tym du­chu i po­dej­mie nie­zwłocz­nie kro­ki prze­ciw Har­de­no­wi. Je­śli nie, to ocze­ku­ję od nie­go na­tych­mia­sto­we­go zwro­tu Or­de­ru Czar­ne­go Orła i unik­nię­cia skan­da­lu przez na­tych­mia­sto­we opusz­cze­nie kra­ju i za­miesz­ka­nie za gra­ni­cą".

Eu­len­burg na­tych­miast zło­żył re­zy­gna­cję i ode­słał Czar­ne­go Orła. Do Bülo­wa, któ­re­go nadal uwa­żał za przy­ja­cie­la, Eu­len­burg na­pi­sał: "Utra­ta sta­rej przy­jaź­ni ce­sa­rza nie była dla mnie okrut­nym za­wo­dem, jak mógł­byś ocze­ki­wać, gdyż znam, i to aż za do­brze, cha­rak­ter tego pi­lo­ta, któ­ry krzy­czy "Opusz­czać okręt!" na dłu­go przed­tem, za­nim na­praw­dę jest to ko­niecz­ne". Co do oskar­żeń Har­de­na, po­wie­dział: "Wiem, że je­stem cał­kiem nie­win­ny". W swo­ich "Pa­mięt­ni­kach" Bülow twier­dzi, że na tym eta­pie wie­rzył Eu­len­bur­go­wi: "By­łem prze­ko­na­ny, że wy­su­wa­ne wo­bec nie­go oskar­że­nia o nie­na­tu­ral­ne prak­ty­ki były nie­uza­sad­nio­ne. Jego sto­sun­ki uczu­cio­we z żoną i dzieć­mi, głę­bo­ka i na­mięt­na mi­łość, jaką nadal zwią­za­na z nim była jego żona, czy­ni­ły ta­kie nik­czem­ne twier­dze­nia jesz­cze bar­dziej po­twor­ny­mi".

Po­słusz­ni roz­ka­zom ce­sar­skim, Molt­ke i Eu­len­burg wy­stą­pi­li wo­bec Har­de­na z oskar­że­niem o znie­sła­wie­nie. Po­nie­waż obaj byli nie­gdyś ofi­cje­la­mi rzą­do­wy­mi, po­pro­si­li pru­skie­go pro­ku­ra­to­ra ko­ron­ne­go, aby wy­stą­pił w ich imie­niu; ten zaś od­mó­wił, twier­dząc że jest to spra­wa oso­bi­sta. Wte­dy Eu­len­burg się wy­co­fał, Molt­ke jed­nak wy­trwał. Pro­ces Har­de­na roz­po­czął się w ber­liń­skim Są­dzie Grodz­kim 23 paź­dzier­ni­ka 1907. Wy­daw­cę re­pre­zen­to­wał Maks Bern­ste­in, pro­ku­ra­tor ko­ron­ny Ba­wa­rii, dzia­ła­jąc jako oso­ba pry­wat­na. Bern­ste­in na­tych­miast prze­szedł do ofen­sy­wy, pró­bu­jąc uwi­kłać tak Molt­ke­go, jak i Eu­len­bur­ga w nie kwe­stio­no­wa­ne przez ni­ko­go dzia­ła­nia trój­ki ad­iu­tan­tów. Opi­sy­wa­ne były "nie­smacz­ne or­gie" z udzia­łem żoł­nie­rzy eli­tar­ne­go Puł­ku Gwar­dii Przy­bocz­nej w domu jed­ne­go z oskar­żo­nych ad­iu­tan­tów. Jed­ne­mu świad­ko­wi "wy­da­wa­ło się, że roz­po­zna­je hra­bie­go Molt­ke jako jed­ne­go z tam obec­nych". Inny świa­dek ze­znał, że zo­stał dzie­sięć lat temu wcią­gnię­ty do roz­pu­sty przez męż­czy­znę, któ­ry mógł być hra­bią Eu­len­bur­giem. Była żona Molt­ke­go oznaj­mi­ła, że Eu­len­burg czoł­gał się przed nią na ko­la­nach, bła­ga­jąc, aby od­da­ła mu męża. Har­den, któ­ry, za­nim zo­stał wy­daw­cą, był ak­to­rem, bar­dzo spryt­nie od­gry­wał te­raz swo­ją rolę. W pew­nym mo­men­cie sę­dzia usil­nie na­ma­wiał go do ugo­dy "w in­te­re­sie ca­łe­go na­sze­go kra­ju". Har­den me­lo­dra­ma­tycz­nie skie­ro­wał swój pa­lec na sto­ją­ce­go w prze­ciw­nym koń­cu sali są­do­wej Molt­ke­go i krzyk­nął: "Po­mię­dzy tym czło­wie­kiem a mną nie ma na tej zie­mi moż­li­wo­ści kom­pro­mi­su". Bern­ste­in zdo­był naj­wię­cej punk­tów, gdy pod­kre­ślił, że ce­sarz za­żą­dał re­zy­gna­cji Molt­ke­go i Eu­len­bur­ga, a ci na­tych­miast speł­ni­li to żą­da­nie. Har­den zo­stał unie­win­nio­ny i wy­szedł z sali są­do­wej na uli­cę wy­peł­nio­ną wi­wa­tu­ją­cy­mi ludź­mi.

Pod­czas pro­ce­su Bülow nadal oso­bi­ście po­zo­wał na współ­czu­ją­ce­go przy­ja­cie­la i po­wier­ni­ka ob­le­ga­ne­go Eu­len­bur­ga. W rze­czy­wi­sto­ści kanc­lerz i rząd z roz­my­słem dy­stan­so­wa­li się od nie­go. "W tych bo­le­snych oko­licz­no­ściach - pi­sał Bülow do ka­ise­ra - mu­si­my przy­pil­no­wać, aby Ko­ro­na po­zo­sta­wa­ła [...] cał­ko­wi­cie od­se­pa­ro­wa­na od ca­łej tej afe­ry". Eu­len­burg przez cały czas za­kła­dał, że przy­ja­ciel, któ­re­go za­wsze z ca­łym za­an­ga­żo­wa­niem po­pie­rał, nadal po­zo­sta­je jego przy­ja­cie­lem. Pod­czas pro­ce­su Har­den-Molt­ke, Eu­len­burg wie­lo­krot­nie pi­sał do kanc­le­rza, "bła­ga­jąc mnie - mó­wił Bülow - że­bym przy­pil­no­wał, by jego na­zwi­sko nie wy­pły­nę­ło w związ­ku ze spra­wą; że­bym użył wszel­kich po­sia­da­nych wpły­wów dla utrzy­ma­nia go od niej z da­le­ka. "Pro­szę cię o ochro­nę i przy­jaźń" - cy­to­wał Bülow Eu­len­bur­ga - "Nie bła­gam dla sie­bie, lecz dla mo­jej żony i dzie­ci. [...] Stań przy mnie, choć­by tyl­ko przez wzgląd na nich. [...]Wiem, że je­stem cał­ko­wi­cie nie­win­ny"". Bülow przyj­mo­wał te ape­le chłod­no, pi­sząc w swo­ich "Pa­mięt­ni­kach": "Jako naj­wyż­szy urzęd­nik Ce­sar­stwa, nie mo­głem in­ge­ro­wać w dzia­ła­nia nie­za­wi­słe­go są­dow­nic­twa"63.

Triumf Har­de­na był krót­ko­trwa­ły. 19 grud­nia rząd oba­lił wer­dykt Sądu Miej­skie­go z po­wo­dów for­mal­nych i na­ka­zał nowy pro­ces. Tym ra­zem Eu­len­burg zo­stał we­zwa­ny i pod przy­się­gą ze­znał, że nig­dy nie na­ru­szył pa­ra­gra­fu 175 (za­ka­zu­ją­ce­go sto­sun­ków anal­nych) Ko­dek­su Kar­ne­go. Na­ci­ska­ny przez Bern­ste­ina, czy nie an­ga­żo­wał się w inne akty ho­mo­sek­su­al­ne, Eu­len­burg oświad­czył: "Nig­dy nie zro­bi­łem nic nie­czy­ste­go"; "Nig­dy nie prak­ty­ko­wa­łem żad­nych obrzy­dli­wo­ści". Zo­sta­ło do­wie­dzio­ne, że była żona Molt­ke­go kła­ma­ła, a ze­zna­nia in­nych świad­ków w pierw­szym pro­ce­sie zo­sta­ły zdys­kre­dy­to­wa­ne. Dru­gi pro­ces za­koń­czył się 3 stycz­nia 1908 roku, a Har­den, uzna­ny za win­ne­go znie­sła­wie­nia, zo­stał ska­za­ny na wię­zie­nie. Molt­ke, oczysz­czo­ny przez do­mnie­ma­nie, lecz to­wa­rzy­sko zruj­no­wa­ny, wy­co­fał się do swo­jej wiej­skiej po­sia­dło­ści.

Har­den, uwol­nio­ny po ape­la­cji, lecz po­ko­na­ny przez Molt­ke­go, po­no­wił swo­je ata­ki na Eu­len­bur­ga. Ksią­żę ze­znał pod przy­się­gą, że nie jest ho­mo­sek­su­ali­stą; gdy­by Har­den po­tra­fił do­wieść, że jed­nak był, Eu­len­burg mógł­by zo­stać ska­za­ny za krzy­wo­przy­się­stwo. W kwiet­niu 1908 roku Har­den za­ło­żył nową spra­wę w Mo­na­chium, obie­cu­jąc do­star­czyć do­wo­dów na jaw­nie ho­mo­sek­su­al­ne za­cho­wa­nia Eu­len­bur­ga w okre­sie spę­dzo­nym przez nie­go w ba­war­skiej sto­li­cy dwa­dzie­ścia pięć lat temu. 8 maja za­in­ter­we­nio­wał Bülow. Roz­ka­zał aresz­to­wać swo­je­go daw­ne­go przy­ja­cie­la i oskar­żyć go o krzy­wo­przy­się­stwo. Spra­wa zo­sta­ła prze­nie­sio­na do Ber­li­na. Eu­len­burg, któ­ry cier­piał na kło­po­ty z ser­cem i ostry reu­ma­tycz­ny ar­tre­tyzm, był cho­ry i jego dok­to­rzy wnio­sko­wa­li, by nie umiesz­czać go w wię­zie­niu. Osią­gnię­to w tej kwe­stii kom­pro­mis i ksią­żę zo­stał na pięć mie­się­cy za­mknię­ty w ber­liń­skim Szpi­ta­lu Mi­ło­sier­dzia. Gdy 29 czerw­ca roz­po­czął się pro­ces, oskar­żo­ny był co­dzien­nie prze­no­szo­ny do sali są­do­wej na no­szach.

Pod­czas przy­go­to­wań do pro­ce­su Har­den i Bern­ste­in ze­bra­li 145 świad­ków prze­ciw księ­ciu Eu­len­bur­go­wi. Je­den po dru­gim - zło­dzie­je, szan­ta­ży­ści, oso­by cho­re umy­sło­wo i ho­mo­sek­su­ali­ści - byli do­pro­wa­dza­ni do szpi­tal­ne­go po­ko­ju Eu­len­bur­ga, aby móc się przyj­rzeć księ­ciu w celu iden­ty­fi­ka­cji. Więk­szość tych świad­ków zo­sta­ła od­rzu­co­na za­nim jesz­cze roz­po­czął się pro­ces; po­zo­sta­ło tyl­ko dwu­na­stu. Pod­czas pierw­sze­go ty­go­dnia po­stę­po­wa­nia są­do­we­go dwu­nast­ka ta stop­nia­ła do je­dy­nie dwóch osób. Jed­ną z nich był męż­czy­zna ma­ją­cy za sobą trzy­dzie­ści dwa wcze­śniej­sze wy­ro­ki, od ła­pow­nic­twa po nie­przy­zwo­ite ob­na­ża­nie się. Zo­stał on zdys­kwa­li­fi­ko­wa­ny, gdy się do­wie­dzia­no, że pró­bo­wał szan­ta­żo­wać księ­cia Eu­len­bur­ga na­wet już po roz­po­czę­ciu pro­ce­su. Te­raz po­zo­stał tyl­ko Ja­cob Ernst.

Po­wią­za­nia Ern­sta z Eu­len­bur­giem się­ga­ły dwu­dzie­stu pię­ciu lat wstecz, do po­cząt­ku lat osiem­dzie­sią­tych. Pod­czas swo­jej służ­by na pla­ców­ce w Mo­na­chium Eu­len­burg wy­na­jął wil­lę nad je­zio­rem Starn­berg, po­ło­żo­nym po­mię­dzy mia­stem a Al­pa­mi. Lu­bił kom­po­no­wać mu­zy­kę i po­ezję pod­czas ło­wie­nia ryb w je­zio­rze. Jego wio­śla­rzem pod­czas tych wy­cie­czek był sie­dem­na­sto­let­ni wów­czas chło­pak - Ja­cob Ernst. Eu­len­burg za­trud­nił Ern­sta, któ­ry zda­wał mu się nie­win­nym pro­stacz­kiem, jako słu­żą­ce­go w wil­li i za­bie­rał go ze sobą na wy­ciecz­ki. Gdy Ernst się oże­nił, zo­stał mia­no­wa­ny oso­bą od­po­wie­dzial­ną za nad­zór nad całą wil­lą. Dwa­dzie­ścia pięć lat póź­niej, pod­czas pro­ce­su, Ernst był oj­cem ośmior­ga dzie­ci, czę­ścio­wo głu­chym na­ło­go­wym al­ko­ho­li­kiem. Za­nim jesz­cze wsz­czę­to ja­kie­kol­wiek kro­ki praw­ne, gdy szep­ta­ną dro­gą roz­cho­dzi­ły się pierw­sze po­gło­ski o ho­mo­sek­su­aliź­mie, Ernst - nie­świa­dom swo­je­go przy­szłe­go udzia­łu w afe­rze - na­pi­sał do Eu­len­bur­ga:

"Czy po­tra­fił­byś uwie­rzyć, mój pa­nie ksią­żę, że ja­cyś lu­dzie na tym świe­cie mo­gli­by się tak za­cho­wy­wać wo­bec tak do­bre­go czło­wie­ka jak pan? Ja nie po­tra­fię. [...] Znam pana przez dłu­gi czas, mój pa­nie ksią­żę. Za­wsze oka­zy­wał pan mnie i mo­jej ro­dzi­nie wy­łącz­nie grzecz­ność i nig­dy nie spra­wił naj­mniej­sze­go kło­po­tu ni­ko­mu z nas. Niech się pan nie oba­wia - wszyst­ko bę­dzie do­brze. Po­pro­si­łem ko­goś, aby mi wy­ja­śnił te pa­ra­gra­fy - to po pro­stu szo­ku­ją­ce mó­wić ta­kie rze­czy o panu. Taki prze­cież z pana nor­mal­ny i zdro­wy męż­czy­zna. Te­raz będę koń­czyć, ma­jąc na­dzie­ję, że wy­brnie pan po­myśl­nie z tego skan­da­lu".

Pod­czas pro­ce­su w Mo­na­chium Ernst przy­siągł, że nig­dy nie miał nie­przy­zwo­itych sto­sun­ków z Eu­len­bur­giem. W Ber­li­nie, w ogniu krzy­żo­wych py­tań Bern­ste­ina, gdy za­gro­żo­no mu kon­fron­ta­cją ze świad­kiem, ska­za­niem za krzy­wo­przy­się­stwo i na­tych­mia­sto­wym od­sta­wie­niem do wię­zie­nia, Ernst zmie­nił swo­ją hi­sto­rię. Przy jed­nej oka­zji w 1883 roku, po­wie­dział, Eu­len­burg za­le­cał się do nie­go na łód­ce, a on się zgo­dził. Bern­ste­in przed­sta­wił tak­że list Eu­len­bur­ga do Ern­sta, na­pi­sa­ny po tym, jak Ernst po raz pierw­szy zja­wił się przed są­dem w Mo­na­chium. "Poza tym - pi­sał w nim Eu­len­burg - je­śli na­wet coś ta­kie­go mia­ło kie­dyś miej­sce, to jest to tak sta­ra hi­sto­ria, że nie ist­nie­je już kwe­stia kary". Bern­ste­in uznał to za przy­zna­nie się do winy; Eu­len­burg wy­ja­śniał, że była to je­dy­nie pró­ba uspo­ko­je­nia i roz­pro­sze­nia wąt­pli­wo­ści prze­ra­żo­ne­go by­łe­go słu­żą­ce­go.

Sta­no­wi­sko Bern­ste­ina opie­ra­ło się cał­ko­wi­cie na ze­zna­niach Ern­sta. "Har­den prze­słał do sądu 145 pi­sem­nych oskar­żeń prze­ciw­ko mnie - pi­sał Eu­len­burg do Bülo­wa - Z nich wszyst­kich - zde­ma­sko­wa­nych jako kłam­stwa, któ­ry­mi były w rze­czy­wi­sto­ści - jed­no wy­star­czy­ło aby mnie zruj­no­wać". Pro­ces nig­dy nie do­cze­kał się koń­ca. Za­nim swo­je ze­zna­nia mo­gła przed­sta­wić księż­na von Eu­len­burg - "w okre­sie dłu­gich 34 lat, skła­da­ją­cych się na na­sze ży­cie mał­żeń­skie, nig­dy nie za­uwa­ży­łam naj­mniej­szych oznak ni­cze­go in­ne­go jak cał­ko­wi­cie nor­mal­ny roz­wój emo­cjo­nal­ny oraz tryb ży­cia" - Phi­lip Eu­len­burg za­słabł w są­dzie. Jego noga spu­chła pa­skud­nie; le­ka­rze po­sta­wi­li dia­gno­zę za­krze­pów krwi i od­mó­wi­li wy­da­nia zgo­dy na dal­szy udział Eu­len­bur­ga w pro­ce­sie. Sąd prze­niósł się więc do Szpi­ta­la Mi­ło­sier­dzia. Zdro­wie Eu­len­bur­ga jed­nak nadal się po­gar­sza­ło i pro­ces zo­stał prze­rwa­ny. We wrze­śniu oskar­żo­ny nie czuł się wca­le le­piej i pro­ces zo­stał za­wie­szo­ny. La­tem 1909 roku spra­wa zo­sta­ła wzno­wio­na, lecz Eu­len­burg po­now­nie za­ła­mał się fi­zycz­nie i spra­wa zo­sta­ła odło­żo­na bez­ter­mi­no­wo.

W sierp­niu 1909 roku Bülow nie po­zo­sta­wał już u wła­dzy. Pi­sząc do nie­go, Eu­len­burg, cią­gle nie­świa­dom roli by­łe­go kanc­le­rza w upad­ku Hol­ste­ina, po­zwo­lił so­bie je­dy­nie na ła­god­ne wy­rzu­ty na te­mat po­stę­po­wa­nia Bülo­wa: "Jed­na tyl­ko rzecz wy­da­je się trud­na do wy­ja­śnie­nia: otóż fakt, że ani ofi­cjal­na, ani pół­ofi­cjal­na pra­sa nie sta­ra­ła się kru­szyć ko­pii po stro­nie jed­ne­go z naj­wyż­szych funk­cjo­na­riu­szy pań­stwa nie­miec­kie­go i wal­czyć z że­ru­ją­cy­mi na skan­da­lach lub pod­że­ga­ją­cy­mi do nich ga­ze­ta­mi". Z Rzy­mu, gdzie miesz­kał na eme­ry­tu­rze, Bülow są­czył wy­ra­zy współ­czu­cia: "Mój dro­gi Phi­li: Przez wie­le lat po­zo­sta­wa­li­śmy przy­ja­ciół­mi na naj­bliż­szej sto­pie. Jak za­tem mógł­bym po­zo­sta­wać obo­jęt­nym wo­bec twe­go nie­szczę­ścia? Uczy­ni­łem wszyst­ko, co mo­głem, w ra­mach ogra­ni­czeń na­rzu­ca­nych mi przez moje obo­wiąz­ki kanc­ler­skie, aby za­po­biec tym głę­bo­ko tra­gicz­nym wy­da­rze­niom, któ­re jako czło­wie­ka zra­ni­ły mnie do sa­me­go ser­ca. Zro­bi­łem wszyst­ko, co w mo­jej mocy, aby uczy­nić two­je po­ło­że­nie nie­co bar­dziej zno­śnym". Pod­czas pi­sa­nia swo­ich "Pa­mięt­ni­ków" Bülow zdą­żył już usta­lić swo­je po­glą­dy na Eu­len­bur­ga. Jego przy­ja­ciel, stwier­dzał, był czło­wie­kiem o "nie­nor­mal­nych in­stynk­tach", "groź­nych skłon­no­ściach" i bra­ku uczci­wo­ści ero­tycz­nej". Los "bied­ne­go Phi­li", po­wia­dał, na­su­wał "oczy­wi­ste sko­ja­rze­nia tak z lo­sem, jak i nie­nor­mal­ny­mi skłon­no­ścia­mi [...] Osca­ra Wil­de'a".

Eu­len­burg miesz­kał w sa­mot­no­ści w Lie­ben­ber­gu aż do swo­jej śmier­ci w 1921 roku. Przez te dwa­na­ście lat od cza­su do cza­su wpa­da­li do nie­go nie­spo­dzie­wa­nie mia­no­wa­ni przez sąd dok­to­rzy, aby zo­ba­czyć, czy nie jest dość sil­ny, by wró­cić do sądu. Ich wer­dykt za­wsze brzmiał: "Ksią­żę Eu­len­burg nie jest w sta­nie wy­trzy­mać pro­ce­su".

Skan­dal prze­ra­ził ka­ise­ra, lecz Wil­hel­mo­wi bra­ko­wa­ło przy­ja­ciół. W paź­dzier­ni­ku 1907, gdy roz­po­czy­nał się pierw­szy pro­ces Molt­ke-Har­den, Wil­helm prze­żył za­ła­ma­nie ner­wo­we i spę­dził dwa dni w łóż­ku. Na Boże Na­ro­dze­nie tego sa­me­go roku, pi­sał do Ho­usto­na Ste­war­ta Cham­ber­la­ina: "To był bar­dzo trud­ny rok, któ­ry przy­spo­rzył mi nie­skoń­czo­ną masę kło­po­tów. Za­ufa­na grup­ka przy­ja­ciół zo­sta­ła nie­spo­dzie­wa­nie ro­ze­rwa­na przez [...] bez­czel­ność, po­twa­rze i kłam­stwa. Okrop­nie jest wi­dzieć, jak imio­na czy­ichś przy­ja­ciół cią­ga­ne są po wszyst­kich rynsz­to­kach Eu­ro­py, nie mo­gąc, ani na­wet nie ma­jąc pra­wa im po­móc". Wil­helm nig­dy już nie spo­tkał się z Phi­li­pem Eu-len­bur­giem, choć od cza­su do cza­su sły­sza­no, jak wzdy­chał: "Bied­ny Phi­li". W 1927 roku, dzie­więć lat po swo­jej ab­dy­ka­cji i uciecz­ce do Ho­lan­dii, eks-ka­iser Wil­helm II na­pi­sał do syna Eu­len­bur­ga, że jest prze­ko­na­ny, iż Phi­lip Eu­len­burg był "cał­ko­wi­cie nie­win­ny".

37Wywiad dla "Daily Telegraph"

Pod ko­niec paź­dzier­ni­ka 1907, gdy w Ber­li­nie wła­śnie za­czy­nał się pierw­szy pro­ces Molt­ke-Har­den, ka­iser - za­zwy­czaj tak spra­gnio­ny po­dró­ży, zwłasz­cza do An­glii - sta­nął przed ko­niecz­no­ścią wy­jaz­du wła­śnie tam - wy­jaz­du, któ­re­go się oba­wiał. Wil­helm był wstrzą­śnię­ty i roz­sier­dzo­ny rze­ko­my­mi po­stęp­ka­mi swo­ich bli­skich przy­ja­ciół, a za­ra­zem śmier­tel­nie prze­ra­żo­ny fak­tem, że oskar­że­nia wo­bec nich zo­sta­ły opu­bli­ko­wa­ne w pra­sie świa­to­wej. Co my­śle­li o tym An­gli­cy? Co też jego an­giel­scy krew­ni wy­ga­dy­wa­li o nim za jego ple­ca­mi? Te py­ta­nia sta­ły się na­gle pil­ne, po­nie­waż ra­zem z ce­sa­rzo­wą Au­gu­stą miał ka­iser nie­ba­wem wy­ru­szyć z ofi­cjal­ną wi­zy­tą pań­stwo­wą do Wiel­kiej Bry­ta­nii. Po­dróż ta, któ­rej po­czą­tek wy­zna­czo­no na 11 li­sto­pa­da, była już pla­no­wa­na od kil­ku mie­się­cy. Jesz­cze w czerw­cu Wil­helm na­pi­sał do swe­go wuja, kró­la Edwar­da VII, że nie­cier­pli­wie ocze­ku­je, kie­dy znów zo­ba­czy za­mek Wind­sor i za­zna "roz­ryw­ki na świe­żym po­wie­trzu w ko­cha­nym, sta­rym par­ku, któ­ry tak do­brze znam". Jed­nak­że 31 paź­dzier­ni­ka Wil­helm za­te­le­fo­no­wał do kanc­le­rza von Bülo­wa, żeby mu po­wie­dzieć, iż uległ wy­pad­ko­wi. Otóż atak za­wro­tów gło­wy zmu­sił go do wy­cią­gnię­cia się na ka­na­pie, na któ­rej za­słabł i sto­czył się na pod­ło­gę. "Gło­wą tak moc­no ude­rzy­łem o zie­mię, że ha­łas za­alar­mo­wał moją żonę, któ­ra prze­ra­żo­na przy­bie­gła do mnie" - po­wie­dział Bülo­wo­wi. Z tego też po­wo­du, cią­gnął ce­sarz, chy­ba nie może te­raz na­wet my­śleć o po­dró­ży do An­glii; prze­ka­zał już tę wia­do­mość te­le­gra­ficz­nie kró­lo­wi Edwar­do­wi. W isto­cie te­le­gram do kró­la opi­sy­wał cho­ro­bę nie­co od­mien­nie: "bron­chit i ostry ka­szel [...] zło­śli­wy atak gry­py. [...] Nie czu­ję się w sta­nie spro­stać wy­sił­ko­wi zwią­za­ne­mu z re­ali­za­cją tak uprzej­mie przy­go­to­wa­ne­go dla mnie pro­gra­mu". Król był wście­kły: "Nie po­tra­fię na­wet po­wie­dzieć, jak bar­dzo je­stem wzbu­rzo­ny" - rzekł do Knol­ly­sa. Sir Edward Grey na­tych­miast za­te­le­gra­fo­wał do Sir Fran­ka La­scel­le­sa, am­ba­sa­do­ra bry­tyj­skie­go w Ber­li­nie, że "mało kto ma wąt­pli­wo­ści, iż de­cy­zja ta zo­sta­nie po­wią­za­na z ostat­ni­mi skan­da­la­mi w Ber­li­nie i nic, cze­go by­śmy nie po­wie­dzie­li, nie zmie­ni tego wra­że­nia". La­scel­les prze­ka­zał tę wia­do­mość kanc­le­rzo­wi i do­dał: "Naj­gor­sze zaś, to fakt, że za­le­d­wie go­dzi­nę temu by­łem w Tier­gar­ten i spo­tka­łem ce­sa­rza, któ­ry po­dob­no jest tak cięż­ko cho­ry, ga­lo­pu­ją­ce­go so­bie [...] z gru­pą ad­iu­tan­tów, wszy­scy w świet­nych hu­mo­rach".

W swo­ich "Pa­mięt­ni­kach" Bülow bez ce­re­gie­li stwier­dza, że Wil­helm czuł się zbyt za­kło­po­ta­ny, aby się wy­brać do An­glii. Po spo­tka­niu z La­scel­le­sem kanc­lerz wy­słał utrzy­ma­ną w ostrym to­nie no­tat­kę do ka­ise­ra. Wil­helm na­tych­miast zmie­nił zda­nie. Za­pro­sił kanc­le­rza, aby przy­łą­czył się do nie­go wie­czo­rem w te­atrze, a tam po­in­for­mo­wał Bülo­wa, że jego nie­dy­spo­zy­cja na­gle zni­kła, po czym po­zwo­lił so­bie na zdro­wy ga­lop, zjadł so­lid­ny po­si­łek i te­raz go­tów jest już udać się, do­kąd­kol­wiek kanc­lerz so­bie za­ży­czy. Bülow mógł więc po­in­for­mo­wać La­scel­le­sa, że ka­iser przy­bę­dzie do An­glii zgod­nie z pla­nem.

11 li­sto­pa­da nad Ka­na­łem i po­łu­dnio­wą An­glią za­le­ga­ła wy­jąt­ko­wo gę­sta mgła. Jak po­da­wał "Ti­mes", gdy "Ho­hen­zol­lern" zbli­żał się do Por­ts­mouth, "eska­dra nie­miec­ka i Ad­mi­ra­li­cja prak­tycz­nie ba­wi­ły się w kot­ka i mysz­kę". Tego sa­me­go dnia, nie­co póź­niej, gdy nie­miec­kie to­wa­rzy­stwo do­tar­ło do zam­ku Wind­sor, mgła nadal była tak gę­sta, że z okien Sali św. Je­rze­go nie moż­na było do­strzec prze­ciw­le­głe­go krań­ca Dzie­dziń­ca Czwo­ro­kąt­ne­go, gdzie wła­śnie po­jaz­dy pań­stwo­we wjeż­dża­ły przez Kró­lew­ski Wjazd. Wil­helm, ubra­ny w swój mun­dur bry­tyj­skie­go ad­mi­ra­ła, mimo wszyst­ko aż ki­piał uczu­cia­mi. "Przy­by­wać do Wind­so­ru to jak­by zja­wiać się w domu - po­wie­dział bur­mi­strzo­wi mia­stecz­ka - Za­wsze przy­jeż­dżam tu­taj z ra­do­ścią". Na­stęp­ne­go wie­czo­ra na ofi­cjal­nym ban­kie­cie z udzia­łem stu osiem­dzie­się­ciu go­ści król Edward po­zwo­lił so­bie na fi­glar­ną wstaw­kę do ofi­cjal­ne­go po­wi­ta­nia: "Od dłu­gie­go już cza­su ocze­ki­wa­li­śmy na tę wi­zy­tę, lecz ostat­nio oba­wia­li­śmy się już, że do niej nie doj­dzie, w związ­ku z nie­dy­spo­zy­cją. Na szczę­ście Ich Ce­sar­skie Mo­ście wy­glą­da­ją dzi­siaj obo­je tak zdro­wo, iż mam tyl­ko sła­bą na­dzie­ję, że po­byt w An­glii mógł­by co­kol­wiek w ich zdro­wiu po­pra­wić".

Pu­blicz­nym wy­da­rze­niem nu­mer je­den tej wi­zy­ty było przy­ję­cie w Lon­dy­nie. "Słoń­ce i lek­ka bry­za oraz błę­kit­ne, lek­ko upstrzo­ne chmur­ka­mi nie­bo, bar­dziej przy­po­mi­na­ją­ce kwie­cień niż li­sto­pad", wi­ta­ły ka­ise­ra, gdy prze­jeż­dżał wśród bi­ją­cych bra­wo tłu­mów i po­wie­wa­ją­cych trans­pa­ren­tów z dwor­ca Pad­ding­ton do Gu­il­dhall. Ka­ise­ra ujął zwłasz­cza je­den, duży trans­pa­rent, gło­szą­cy "BLUT IST DIC­KER ALS WAS­SER" ("Krew jest gęst­sza od wody"), któ­re to wy­ra­że­nie za­sto­so­wał póź­niej w swo­im prze­mó­wie­niu. W mo­wie tej, z któ­rą zwra­cał się do lor­da May­ora, wspo­mi­nał swo­ją pierw­szą wi­zy­tę w Lon­dy­nie jako ce­sa­rza, w roku 1891, kie­dy to przy­zna­no mu Ho­no­ro­we Oby­wa­tel­stwo Mia­sta: "Szes­na­ście lat temu po­wie­dzia­łem, że moim ce­lem jest nade wszyst­ko utrzy­ma­nie po­ko­ju. Hi­sto­ria, od­wa­żam się mieć na­dzie­ję, odda mi tę spra­wie­dli­wość, że od tam­tej chwi­li nie­za­chwia­nie dą­ży­łem do tego celu. Głów­nym opar­ciem i pod­sta­wą po­ko­ju świa­to­we­go jest utrzy­ma­nie do­brych sto­sun­ków po­mię­dzy dwo­ma na­szy­mi kra­ja­mi i nadal też będę je umac­niał, na ile tyl­ko leży to w mo­jej mocy. Krew jest gęst­sza od wody. Pra­gnie­nia na­ro­du nie­miec­kie­go są zgod­ne z mo­imi".

Hal­da­ne, któ­ry płyn­nie wła­dał ję­zy­kiem nie­miec­kim, zo­stał po­wo­ła­ny do speł­nia­nia do­dat­ko­wych obo­wiąz­ków, po­nie­waż nie­któ­rzy spo­śród nie­miec­kich go­ści nie mó­wi­li po an­giel­sku. Jed­ne­go dnia, to­wa­rzy­szył on ge­ne­ra­ło­wi Kar­lo­wi von Eine­mo­wi, pru­skie­mu mi­ni­stro­wi woj­ny i in­nym człon­kom z asy­stu­ją­cej ka­ise­ro­wi gru­py w po­dró­ży do Lon­dy­nu, gdzie opro­wa­dził ich po Mi­ni­ster­stwie Woj­ny i za­pro­sił na lunch w swo­im domu w Bra­mie Kró­lo­wej Anny. (Po­tem, jak za­uwa­żył, go­ście chcie­li jesz­cze zwie­dzać - jed­nak nie To­wer czy Opac­two West­min­ster - lecz Har­rod­sa64). Einem miał szcze­gól­ny po­wód, aby być Hal­da­ne'owi wdzięcz­ny. Po ban­kie­cie na zam­ku Wind­sor, gdy pa­no­wie za­sie­dli w pa­lar­ni w to­wa­rzy­stwie kró­la i ka­ise­ra, Hal­da­ne, sie­dzą­cy "obok ge­ne­ra­ła von Eine­ma [...] za­uwa­żył, że coś mu do­le­ga. [...] Uda­ło mi się usta­lić, że źró­dłem jego cier­pie­nia były sto­py; jego pan­to­fle były zbyt cia­sne w pod­bi­ciu. Le­d­wie obaj su­we­re­no­wie opu­ści­li to­wa­rzy­stwo, zwró­ci­łem się do Mi­ni­stra Woj­ny i po­wie­dzia­łem, że jest zwy­cza­jem w zam­ku Wind­sor, aby gdy tyl­ko kró­lew­skie oso­by so­bie pój­dą, zdej­mo­wać buty, co na­tych­miast po­par­łem wła­snym przy­kła­dem. Mi­ni­ster spoj­rzał na mnie z wdzięcz­no­ścią".

Jesz­cze przed wi­zy­tą uzgod­nio­no, że w Wind­so­rze nie będą po­ru­sza­ne żad­ne kwe­stie po­li­tycz­ne. Ka­iser jed­nak nie był w sta­nie ogra­ni­czyć swo­ich roz­mów i pod­czas dys­ku­sji z Hal­da­nem po­ru­szył spra­wę ko­lei Ber­lin - Bag­dad. Niem­cy uzy­ska­ły od suł­ta­na kon­ce­sję na bu­do­wę tu­rec­kie­go od­cin­ka no­wej li­nii; pro­jekt jed­nak był opóź­nia­ny bry­tyj­ski­mi obiek­cja­mi, że ko­lej ta może stwo­rzyć po­ten­cjal­nie otwar­te dla wro­gów po­dej­ście do In­dii po­przez Za­to­kę Per­ską. Cze­góż chce An­glia? - za­py­tał Wil­helm. "Po­wie­dzia­łem mu, że jest mi wia­do­mo, iż chce­my "bra­my", aby móc uchro­nić In­die przed od­dzia­ła­mi, ja­kie mo­gły­by przy­być nową tra­są"65. "Dam wam tę "bra­mę"" - od­parł Wil­helm. Tego wie­czo­ra pod­czas przed­sta­wie­nia te­atral­ne­go, ja­kie na­stą­pi­ło po obie­dzie, Hal­da­ne sie­dział bez­po­śred­nio za ka­ise­rem. Po­chy­liw­szy się do przo­du, za­py­tał Wil­hel­ma, czy na se­rio mó­wił o "da­niu nam "bra­my". [...] Na­stęp­ne­go dnia rano pru­ski gwar­dzi­sta w heł­mie, je­den z tych, któ­rych ce­sarz spro­wa­dził ze sobą, gło­śno za­pu­kał do mo­ich drzwi i wrę­czył mi wia­do­mość od ce­sa­rza, że miał na my­śli do­kład­nie to, co po­wie­dział". Tego z ko­lei wie­czo­ra Wil­helm za­pro­sił po przed­sta­wie­niu Hal­da­ne'a do swo­ich apar­ta­men­tów. Hal­da­ne udał się tam o pierw­szej w nocy i spo­tkał Wil­hel­ma roz­ma­wia­ją­ce­go i pa­lą­ce­go w to­wa­rzy­stwie ba­ro­na Wil­hel­ma von Scho­ena (mi­ni­stra spraw za­gra­nicz­nych), Eine­ma i Met­ter­ni­cha. Hal­da­ne ukło­nił się i za­czął się wy­co­fy­wać, mó­wiąc: "Czu­ję się in­tru­zem, po­nie­waż wy­glą­da mi to jak po­sie­dze­nie ga­bi­ne­tu Wa­szej Ce­sar­skiej Mo­ści". "Bądź pan za­tem człon­kiem mo­je­go ga­bi­ne­tu. Mia­nu­ję pana" - od­po­wie­dział Wil­helm. O trze­ciej nad ra­nem Hal­da­ne opu­ścił apar­ta­men­ty ka­ise­ra i po omac­ku prze­do­stał się ciem­ny­mi alej­ka­mi par­ku do swo­je­go po­ko­ju w in­nej czę­ści zam­ku.

WY­WIAD DLA "DA­ILY TE­LE­GRAPH"

Po­li­ty­cy w obu kra­jach byli za­do­wo­le­ni z wi­zy­ty. "Chciał­bym wy­ra­zić swo­je za­do­wo­le­nie z po­wo­du po­wi­ta­nia, ja­kie za­rów­no król, jak i lud zgo­to­wa­li pa­rze ce­sar­skiej - po­wie­dział w Re­ich­sta­gu Bülow - Wie­rzę, że gdy doj­dzie do spi­sa­nia hi­sto­rii ostat­nich dzie­się­ciu lat [...] oka­że się, iż na­pię­cia po­mię­dzy An­glią a Niem­ca­mi, któ­re tak dłu­go wi­sia­ły nad świa­tem, mia­ły w osta­tecz­nym roz­ra­chun­ku za przy­czy­nę ja­kieś wiel­kie nie­po­ro­zu­mie­nie. Każ­da ze stron przy­pi­sy­wa­ła dru­giej za­mia­ry, ja­kich tam­ta wca­le nie ży­wi­ła. [...] Je­stem pe­wien, że prze­ma­wiam w imie­niu tej Izby, jak rów­nież na­ro­du nie­miec­kie­go, gdy mó­wię, że po­dzie­la­my ta­kie wła­śnie po­ko­jo­we i przy­ja­zne uczu­cia". Sir Edward Grey zga­dzał się: "Ta wi­zy­ta musi przy­nieść do­bre skut­ki". Mor­ley miał na­dzie­ję, że "wi­zy­ta Ce­sa­rza Nie­miec­kie­go [...] znacz­nie po­lep­szy szan­se na małą, uczci­wą i spo­koj­ną sta­bi­li­za­cję w Eu­ro­pie". Je­dy­nie Esher, pi­sząc w swo­im dzien­ni­ku, wpro­wa­dził nutę nie­zgo­dy: "Nasz król pre­zen­tu­je się le­piej niż Wil­helm. Ma wię­cej wdzię­ku i god­no­ści. Wil­helm jest po­zba­wio­ny wdzię­ku, ner­wo­wy i pła­ski. [...] Grey od­był z nim dwie dłu­gie roz­mo­wy. Pod­czas pierw­szej ce­sarz wy­gło­sił dłu­gą fi­li­pi­kę prze­ciw­ko Ży­dom. "W moim kra­ju jest ich sta­now­czo zbyt wie­lu. Chcą się wy­róż­niać. Gdy­bym nie po­wstrzy­mał mo­je­go ludu, do­szło­by do szczu­cia prze­ciw Ży­dom"".

Wi­zy­ta ofi­cjal­na trwa­ła ty­dzień. Po jej za­koń­cze­niu ce­sa­rzo­wa Au­gu­sta wró­ci­ła do Nie­miec. Wil­helm, za­chwy­co­ny en­tu­zja­stycz­nym przy­ję­ciem, tak od­mien­nym od smęt­nej at­mos­fe­ry Ber­li­na, zde­cy­do­wał się prze­dłu­żyć swój po­byt w An­glii, już w cha­rak­te­rze wi­zy­ty pry­wat­nej. Wy­na­jął za­mek Hi­ghc­lif­fe w po­bli­żu Bo­ur­ne­mo­uth w hrab­stwie Hamp­shi­re i za­pro­sił jego wła­ści­cie­la, puł­kow­ni­ka Edwar­da Mon­ta­gue Stu­ar­ta-Wor­tleya, ofi­ce­ra Ar­mii Re­gu­lar­nej, aby w tym cza­sie nadal za­miesz­ki­wał w zam­ku, jako gość ce­sar­ski. Wil­helm za­chwy­cał się pięk­nem oto­cze­nia: "Ci wspa­nia­li Bry­tyj­czy­cy [...] przyj­mo­wa­li mnie z otwar­ty­mi ra­mio­na­mi, oka­zu­jąc wie­le cie­pła. Pod­czas mego po­by­tu do­świad­cza­łem, na co od daw­na mia­łem ocho­tę, wszel­kich za­let an­giel­skie­go ży­cia do­mo­we­go i wiej­skie­go. Wy­go­da i ob­fi­tość, lu­dzie zna­ko­mi­ci w każ­dej dzie­dzi­nie ży­cia, wszyst­kie kla­sy swo­ją ele­gan­cją i schlud­no­ścią dają wy­raź­nie wi­docz­ne świa­dec­two kul­tu­ry. Przy­jem­ne sto­sun­ki pa­nu­ją­ce po­mię­dzy dżen­tel­me­na­mi, na rów­nej sto­pie, bez ca­łe­go ce­re­mo­nia­łu zwy­kle to­wa­rzy­szą­ce­go kró­lew­skim oso­bom. Wszyst­ko to dzia­ła­ło na mnie wiel­ce od­świe­ża­ją­co i uspo­ka­ja­ją­co".

Pod­czas tego szczę­śli­we­go po­by­tu na bry­tyj­skim wy­brze­żu Wil­helm wie­le i swo­bod­nie roz­ma­wiał z puł­kow­ni­kiem Stu­ar­tem-Wor­tley­em o swo­im pra­gnie­niu po­zy­ska­nia przy­jaź­ni An­glii i swo­jej fru­stra­cji, spo­wo­do­wa­nej cią­głym nie­zro­zu­mie­niem i od­rzu­ca­niem przez An­glię jego do­brych in­ten­cji. Stu­art-Wor­ley pro­wa­dził sta­ran­ne no­tat­ki z tych roz­mów.

Pod­czas tego ty­go­dnia w paź­dzier­ni­ku 1908 roku, w któ­rym Au­stria wy­wo­ła­ła kry­zys w sto­sun­kach mię­dzy­na­ro­do­wych swo­ją anek­sją Bo­śni i Her­ce­go­wi­ny, Bern­hard von Bülow prze­by­wał w swo­jej nad­mor­skiej wil­li na Nor­der­ney, jed­nej z Wysp Fry­zyj­skich, cią­gną­cych się wzdłuż wy­brze­ży Mo­rza Pół­noc­ne­go. "Za­wa­lo­ny pra­cą, od rana do nocy po­chło­nię­ty tymi trud­ny­mi pro­ble­ma­mi", Bülow "otrzy­mał od ka­ise­ra, któ­ry prze­by­wał w Ro­min­ter­nie, ob­szer­ny, pra­wie nie­czy­tel­ny ma­nu­skrypt, na­pi­sa­ny na kiep­skim pa­pie­rze ma­szy­no­wym, z li­stem prze­wod­nim za­wie­ra­ją­cym py­ta­nie, czy wi­dzę ja­kieś za­strze­że­nia wo­bec pu­bli­ka­cji tego ma­te­ria­łu". Ma­nu­skrypt, na­pi­sa­ny po an­giel­sku, był szki­cem ob­szer­ne­go wy­wia­du z ka­ise­rem Wil­hel­mem II na te­mat sto­sun­ków an­glo-nie­miec­kich. Puł­kow­nik Stu­art-Wor­ley, zro­biw­szy uży­tek z uwag, ja­kie Wil­helm po­czy­nił pod­czas swe­go trzy­ty­go­dnio­we­go po­by­tu w Hi­ghc­lif­fe ubie­głej je­sie­ni, pro­sił te­raz o po­zwo­le­nie na opu­bli­ko­wa­nie wy­wia­du w lon­dyń­skim "Da­ily Te­le­graph". Stu­art-Wor­ley skła­niał się do po­glą­du, że gdy­by an­giel­ska opi­nia pu­blicz­na wie­dzia­ła o wiel­kiej an­glo­fi­lii ka­ise­ra, re­la­cje mię­dzy obu kra­ja­mi znacz­nie by się po­lep­szy­ły. Tak­że ka­iser chciał, aby ma­te­riał opu­bli­ko­wać, lecz zgod­nie z nie­miec­ką kon­sty­tu­cją zwra­cał się do kanc­le­rza o po­ra­dę i apro­ba­tę. Wil­helm żą­dał tyl­ko, żeby Bülow "pod żad­nym po­zo­rem nie prze­ka­zy­wał go do mi­ni­ster­stwa spraw za­gra­nicz­nych w Ber­li­nie".

Bülow zi­gno­ro­wał ka­ise­ra: "Bez naj­mniej­szych po­dej­rzeń co do zło­wiesz­czej za­war­to­ści ma­nu­skryp­tu, na któ­re­go prze­czy­ta­nie nie zna­la­złem cza­su, wy­sła­łem go na Wil­helm­stras­se z na­stę­pu­ją­cą ad­no­ta­cją: "Pro­szę sta­ran­nie prze­czy­tać za­łą­czo­ny ma­nu­skrypt, prze­two­rzyć go na przej­rzy­sty, ofi­cjal­ny tekst [...] po­wie­lić i wpro­wa­dzić na mar­gi­ne­sie ta­kie po­praw­ki, uzu­peł­nie­nia lub cię­cia, ja­kie uzna­cie za sto­sow­ne"".

Mi­ni­ster spraw za­gra­nicz­nych Scho­en był nie­obec­ny na Wil­helm­stras­se 76, gdy przy­był tam ma­nu­skrypt; tra­fił on za­tem do pod­se­kre­ta­rza sta­nu Stem­ri­cha. Ten prze­czy­tał na­szki­co­wa­ny tekst i w sta­nie nie­tknię­tym prze­ka­zał go Re­in­hol­do­wi Kleh­me­to­wi, przez ostat­nie dwa­na­ście lat pia­stu­ją­ce­mu sta­no­wi­sko rad­cy w Wy­dzia­le Po­li­tycz­nym. Kleh­met zin­ter­pre­to­wał in­struk­cje Bülo­wa do­słow­nie: miał po­pra­wić ja­kie­kol­wiek za­uwa­żo­ne błę­dy fak­tycz­ne i nie wy­ra­żać opi­nii co do sto­sow­no­ści pu­bli­ko­wa­nia ma­te­ria­łu. Uczy­nił dwie nie­wiel­kie po­praw­ki i zwró­cił ma­nu­skrypt - te­raz już prze­pi­sa­ny na czy­sto na do­brym pa­pie­rze - kanc­le­rzo­wi. Bülow twier­dził, że i wte­dy nie prze­czy­tał wy­wia­du. Ode­słał go z po­wro­tem do ka­ise­ra, stwier­dza­jąc, że nie wi­dzi po­wo­dów, aby go nie opu­bli­ko­wać. Wil­helm ode­słał wy­wiad puł­kow­ni­ko­wi Stu­ar­to­wi - Wor­tley­owi, któ­ry wrę­czył go re­dak­cji "Da­ily Te­le­graph".

Ran­kiem 20 paź­dzier­ni­ka Bülow zna­lazł na biur­ku ob­szer­ną in­for­ma­cję z lon­dyń­skie­go biu­ra Agen­cji Te­le­gra­ficz­nej Wol­fa, stresz­cza­ją­cą wy­wiad z Ce­sa­rzem Nie­miec, opu­bli­ko­wa­ny po­przed­nie­go dnia w "Da­ily Te­le­graph". W wy­wia­dzie tym, udzie­lo­nym ano­ni­mo­wej oso­bie "o nie­ska­zi­tel­nym au­to­ry­te­cie", ka­iser utrzy­my­wał, że za­wsze był przy­ja­cie­lem An­glii, lecz jego przy­jaźń po­zo­sta­wa­ła nie­do­ce­nia­na. "Wy An­gli­cy je­ste­ście sza­le­ni, sza­le­ni jak koty w mar­cu" - po­wie­dział - Cóż ta­kie­go was na­pa­dło, aby ży­wić wo­bec nas ta­kie po­dej­rze­nia, po­dej­rze­nia aż nie­god­ne tak wiel­kie­go na­ro­du". Wil­helm wziął tak­że "za oso­bi­stą ob­ra­zę - jak wy­ja­śniał w dal­szym cią­gu wy­wia­du - znie­kształ­ce­nia i błęd­ne in­ter­pre­ta­cje", ja­kich do­pusz­cza­ła się bry­tyj­ska pra­sa, opi­su­jąc jego "wie­lo­krot­nie po­wta­rza­ne ofer­ty przy­jaź­ni" z An­glią. Taka wro­gość utrud­nia­ła mu tyl­ko już i tak trud­ne wy­sił­ki na rzecz przy­jaź­ni, więk­szość bo­wiem Niem­ców nie lubi An­gli­ków. A po­tem przy­szło to, co w swo­ich "Pa­mięt­ni­kach" Bülow miał kie­dyś na­zwać "trze­ma po­twor­no­ścia­mi". Gdy woj­na bur­ska trwa­ła w naj­lep­sze, Ro­sja i Fran­cja na­ci­ska­ły na ce­sa­rza, żeby oca­lił re­pu­bli­ki Bu­rów po­przez przy­stą­pie­nie do ko­ali­cji kon­ty­nen­tal­nej, któ­ra "po­ni­ży­ła­by An­glię i unu­rza­ła ją w pro­chu i pyle". Ka­iser oznaj­miał te­raz, że wte­dy od­mó­wił, a na­wet po­in­for­mo­wał Ro­sjan i Fran­cu­zów, iż "Niem­cy uży­ją swo­jej siły zbroj­nej, aby za­po­biec ta­kiej zor­ga­ni­zo­wa­nej ak­cji". Wy­słał po­tem ten list swo­jej bab­ci, kró­lo­wej Wik­to­rii, i zo­stał on umiesz­czo­ny "w ar­chi­wach zam­ku Wind­sor".

"A to jesz­cze nie wszyst­ko - cią­gnął ka­iser - W sa­mym środ­ku Czar­ne­go Ty­go­dnia [na po­cząt­ku woj­ny bur­skiej], gdy klę­ski na­stę­po­wa­ły jed­na po dru­giej [...] opra­co­wa­łem do­ku­ment, któ­ry uzna­łem za naj­lep­szy plan kam­pa­nii [...] przed­sta­wi­łem go mo­je­mu Szta­bo­wi Ge­ne­ral­ne­mu [...] po­tem [...] wy­pra­wi­łem go do An­glii. Ten do­ku­ment tak­że znaj­du­je się wśród pa­pie­rów pań­stwo­wych w Wind­so­rze, gdzie ocze­ku­je bez­stron­ne­go osą­du hi­sto­rii. Po­zwo­lę so­bie do­dać, trak­tu­jąc to jako dziw­ny zbieg oko­licz­no­ści, że sfor­mu­ło­wa­ny prze­ze mnie plan nie­zwy­kle wier­nie przy­po­mi­na to, co osta­tecz­nie zo­sta­ło przy­ję­te przez lor­da Ro­bert­sa. [...]".

"Lecz moż­na też za­py­tać, co z Nie­miec­ką Ma­ry­nar­ką Wo­jen­ną? [...] Prze­ciw­ko komu poza An­glią jest ona tak upar­cie roz­bu­do­wy­wa­na?". Jej prze­zna­cze­niem, wy­ja­śniał Wil­helm, jest ochro­na cią­gle ro­sną­ce­go han­dlu za­gra­nicz­ne­go Nie­miec. "Niem­cy pa­trzą przed sie­bie. Ich ho­ry­zon­ty się­ga­ją da­le­ko. Mu­szą być przy­go­to­wa­ne na każ­dą ewen­tu­al­ność na da­le­kim Wscho­dzie. [...] Spójrz­my na to, co już osią­gnę­ła Ja­po­nia. [...] Może dojść na­wet do tego, że sama An­glia bę­dzie za­do­wo­lo­na z tego, iż Niem­cy mają flo­tę. [...]".

Re­ak­cją Bülo­wa było kom­plet­ne prze­ra­że­nie. Wy­wiad ujaw­niał "w więk­szym stop­niu niż po­przed­nie tego ro­dza­ju re­we­la­cje in­te­lek­tu­al­ną eks­tra­wa­gan­cję Ce­sa­rza, jego nie­spój­ne poj­mo­wa­nie fak­tów oraz kom­plet­ny brak po­li­tycz­ne­go umiar­ko­wa­nia i po­czu­cia rów­no­wa­gi, a wszyst­ko to po­łą­czo­ne z nad­mier­nym pra­gnie­niem [...] po­ka­za­nia się". "Gdy prze­czy­ta­łem owe ża­ło­sne wy­po­ci­ny, któ­rym pra­wie nie spo­sób było do­rów­nać w nie­tak­tow­nej wręcz głu­po­cie, po­sła­łem po Kleh­me­ta i za­py­ta­łem go, jak w ogó­le mógł prze­pu­ścić ta­kie nie­wia­ry­god­ne opi­nie. Od­parł na to, że od­niósł zde­cy­do­wa­ne wra­że­nie, iż Jego Ce­sar­ska Mość oso­bi­ście bar­dzo pra­gnął opu­bli­ko­wa­nia ar­ty­ku­łu w ca­ło­ści". Bülow wy­buch­nął: "Nie zro­zu­mia­łeś jesz­cze, że oso­bi­ste ży­cze­nia Jego Ce­sar­skiej Mo­ści są czę­sto cał­kiem non­sen­sow­ne?".

Bülow ob­rał wła­sną li­nię obro­ny: oto za­ję­ty kry­zy­sem kanc­lerz za­ufał Mi­ni­ster­stwu Spraw Za­gra­nicz­nych; mi­ni­ster­stwo, któ­re­go - o czym Bülow do­brze wie­dział - ce­sarz do­głęb­nie nie cier­piał, zdra­dzi­ło to za­ufa­nie, a co za tym idzie, tak­że ka­ise­ra i sa­me­go Bülo­wa. Mi­ni­ster­stwo Spraw Za­gra­nicz­nych, znaj­du­ją­ce się wte­dy w rę­kach sła­be­go ba­ro­na von Scho­ena, nie było go­to­we do od­par­cia tych oskar­żeń. Speł­ni­ło wszak­że szcze­gó­ło­we po­le­ce­nia, aby wpro­wa­dzić "ta­kie po­praw­ki, uzu­peł­nie­nia lub cię­cia, ja­kie uzna za sto­sow­ne". Poza tym, zgod­nie z wy­wo­dzą­cą się jesz­cze od Bi­smarc­ka tra­dy­cją, po­zo­sta­wi­ło osta­tecz­ną de­cy­zję co do sto­sow­no­ści opu­bli­ko­wa­nia tek­stu w rę­kach kanc­le­rza.

Naj­istot­niej­szym punk­tem ca­łej spra­wy, o któ­rym praw­dę znał tyl­ko sam Bülow, było to, czy rze­czy­wi­ście nie czy­tał on pu­bli­ka­cji przed wy­ra­że­niem swo­jej zgo­dy na druk. Sam twier­dził, że nie czy­tał i trzy­mał się tego stwier­dze­nia pod­czas par­la­men­tar­nej bu­rzy, jaka się wkrót­ce roz­pę­ta­ła i pod­trzy­mał to na­wet w swo­ich "Pa­mięt­ni­kach". A prze­cież nikt nie miał więk­sze­go do­świad­cze­nia z za­pal­czy­wy­mi i prze­sad­ny­mi wy­po­wie­dzia­mi ka­ise­ra i jego re­to­rycz­ny­mi prze­chwał­ka­mi niż Bülow. Jako kanc­lerz żył w cią­głej oba­wie przed nie­dy­skre­cja­mi Wil­hel­ma; nie­ustan­nie po­pra­wiał, wy­ci­szał i prze­pi­sy­wał prze­mó­wie­nia ka­ise­ra. Co wię­cej, ce­sarz nie­miec­ki nie co dzień pu­bli­ku­je dłu­gie wy­wia­dy w an­giel­skiej ga­ze­cie. Je­śli już nie z obo­wiąz­ku, to choć­by z czy­stej cie­ka­wo­ści, kanc­lerz po­wi­nien chcieć za­po­znać się z tym, co Wil­helm miał do po­wie­dze­nia w wy­wia­dzie. Scho­en, Stem­rich i inni na Wil­helm­stras­se byli prze­ko­na­ni, że Bülow kła­mie. Nie­któ­rzy na­wet su­ge­ro­wa­li, że prze­czy­tał on wy­wiad, prze­wi­dział jego skut­ki i zgo­dził się na jego pu­bli­ka­cję w na­dziei na wy­ko­rzy­sta­nie wy­wo­ła­ne­go nim kry­zy­su kon­sty­tu­cyj­ne­go, jako spo­so­bu na wzmoc­nie­nie swo­jej wła­snej po­zy­cji wo­bec Ko­ro­ny.

Wy­wiad wstrzą­snął świa­tem. Ja­po­nia dzi­wi­ła się, ja­kież to "ewen­tu­al­no­ści" mo­gły­by po­sta­wić flo­tę nie­miec­ką na­prze­ciw jej wła­snej ma­ry­nar­ki. Fran­cja i Ro­sja za­prze­czy­ły, ja­ko­by pro­po­no­wa­ły ko­ali­cję prze­ciw­ko An­glii pod­czas woj­ny bur­skiej. W isto­cie car Mi­ko­łaj II po­wie­dział na­wet Sir Ar­thu­ro­wi Ni­col­so­no­wi, że to wła­śnie ka­iser su­ge­ro­wał in­ter­wen­cję ze stro­ny państw kon­ty­nen­tal­nych. Re­ak­cja w An­glii wa­ha­ła się od roz­ba­wie­nia po po­gar­dę. Lord Ro­berts za­gro­ził, że zwró­ci swój Or­der Czar­ne­go Orła. "Ti­mes" za­uwa­żył, iż je­śli Niem­cy pla­nu­ją woj­nę mor­ską na Pa­cy­fi­ku, to zgro­ma­dze­nie po­tęż­nej, lecz ma­ją­cej nie­wiel­ki za­sięg flo­ty li­nio­wej na Mo­rzu Pół­noc­nym wy­da­je się dość dziw­ne. Grey na­pi­sał do przy­ja­cie­la: "Ce­sarz nie­miec­ki po­wo­du­je, że się szyb­ciej sta­rze­ję; jest on jak pan­cer­nik pod peł­ną parą i z ob­ra­ca­ją­cy­mi się śru­ba­mi, lecz po­zba­wio­ny ste­ru, aż w koń­cu, pew­ne­go dnia na coś się na­dzie­je i spo­wo­du­je ka­ta­stro­fę". W Izbie Gmin py­ta­no Hal­da­ne'a, czy by­ło­by moż­li­we po­da­nie do pu­blicz­nej wia­do­mo­ści pla­nu, z po­mo­cą któ­re­go wy­gra­no woj­nę bur­ską. Mi­ni­ster woj­ny od­po­wie­dział, że Mi­ni­ster­stwo Woj­ny nie po­tra­fi zlo­ka­li­zo­wać tego do­ku­men­tu w swo­ich ar­chi­wach. W kon­se­kwen­cji po­wie­dział: "Nie je­stem w sta­nie speł­nić ży­czeń tych, któ­rzy chcie­li­by, żeby do­ku­ment opu­bli­ko­wa­no".

W Niem­czech, wła­śnie wy­nu­rza­ją­cych się z szo­ku wy­wo­ła­ne­go pierw­szym pro­ce­sem Eu­len­bur­ga, wy­wiad roz­pa­lił praw­dzi­wy po­żar, pod­sy­ca­ny szo­kiem, za­kło­po­ta­niem i obu­rze­niem. Wład­ca, któ­ry tak nie­wła­ści­wie wy­bie­rał so­bie przy­ja­ciół, ob­wie­ścił te­raz oto Niem­com i ca­łej Eu­ro­pie, że ce­sar­stwo rzą­dzo­ne jest przez czło­wie­ka nie­od­po­wie­dzial­ne­go kon­sty­tu­cyj­nie, za to praw­do­po­dob­nie nie­zrów­no­wa­żo­ne­go umy­sło­wo. Sir Edward Go­schen, nowy am­ba­sa­dor bry­tyj­ski, był zdu­mio­ny. "Dla no­wi­cju­sza, ta­kie­go jak ja, prze­siąk­nię­te­go prze­ko­na­niem, że Jego Ce­sar­ska Mość znaj­du­je się mniej lub wię­cej poza za­się­giem pu­blicz­nej kry­ty­ki, ten atak na nie­go sta­no­wi szo­ku­ją­ce za­sko­cze­nie" - ra­por­to­wał Sir Edwar­do­wi Grey­owi. Am­ba­sa­dor au­striac­ki wy­słał po­dob­nie brzmią­cy ra­port do Wied­nia: "Nig­dy do­tąd w ca­łej hi­sto­rii Prus wszyst­kie krę­gi nie ży­wi­ły tak głę­bo­kie­go re­sen­ty­men­tu wo­bec swo­je­go su­we­re­na". Niem­cy, więk­szość któ­rych po­pie­ra­ła Bu­rów, byli wście­kli, że ka­iser twier­dził, iż to on sam stwo­rzył plan kam­pa­nii, za po­mo­cą któ­re­go Bry­tyj­czy­cy pod­bi­li po­łu­dnio­wo­afry­kań­skie re­pu­bli­ki. A dla­cze­go zra­żać do sie­bie Ja­poń­czy­ków? Dla­cze­go an­ta­go­ni­zo­wać Fran­cu­zów i Ro­sjan? Dla­cze­go pro­wo­ko­wać Bry­tyj­czy­ków, mó­wiąc im, że więk­szość Niem­ców ich nie­na­wi­dzi?

Za szcze­gó­ło­wą kry­ty­ką nie­ostroż­nych uwag ka­ise­ra kry­ła się po­wszech­na pre­ten­sja o to, że Wil­helm znów pró­bu­je wpro­wa­dzić swo­je oso­bi­ste rzą­dy - do cze­go kon­sty­tu­cja ce­sar­stwa go nie upraw­nia­ła. Le­wi­ca za­re­ago­wa­ła do­ma­ga­niem się więk­sze­go ogra­ni­cze­nia mo­nar­chii i na­ło­że­nia ści­słych re­stryk­cji na pra­wo ce­sa­rza do wtrą­ca­nia się do po­li­ty­ki we­wnętrz­nej i za­gra­nicz­nej. Kon­ser­wa­ty­ści chcie­li za­cho­wać mo­nar­chię nie­na­ru­szo­ną, lecz pra­gnę­li na­rzu­cić wię­zy eks­cen­trycz­ne­mu i szko­dli­we­mu za­cho­wa­niu tego kon­kret­ne­go mo­nar­chy. Gdy więk­szość Re­ich­sta­gu, w tym wie­lu kon­ser­wa­ty­stów, za­czę­ła się do­ma­gać ofi­cjal­nej de­ba­ty kry­tycz­nej w tej spra­wie, Bülow wy­słał mi­ni­stra spraw we­wnętrz­nych ce­sar­stwa, The­obal­da von Be­th­mann-Hol­we­ga, aby ten oce­nił pa­nu­ją­ce w Izbie na­stro­je. Be­th­mann-Hol­weg zło­żył kanc­le­rzo­wi ra­port, z któ­re­go wy­ni­ka­ło, że "nie­moż­li­we bę­dzie ogra­ni­cze­nie obec­ne­go wzbu­rze­nia do spra­wy "Da­ily Te­le­graph", czy też do for­mal­nych błę­dów w po­trak­to­wa­niu do­ku­men­tu" przez Mi­ni­ster­stwo Spraw Za­gra­nicz­nych. "To, co te­raz wy­bu­cha z siłą ży­wio­łu, to na­gro­ma­dzo­na w cią­gu ostat­nich dwu­dzie­stu lat nie­chęć wo­bec oso­bi­ste­go re­żi­mu i nie­za­do­wo­le­nie z oka­zy­wa­nej przez ce­sa­rza w ca­łym tym okre­sie po­sta­wy, któ­rej tyl­ko je­den z ob­ja­wów sta­no­wią opu­bli­ko­wa­ne przez "Da­ily Te­le­graph" kon­wer­sa­cje".

Za­nim Bülow mógł za­jąć się Re­ich­sta­giem, mu­siał się upew­nić, co do sta­no­wi­ska ka­ise­ra. Zgod­nie z nie­miec­ką kon­sty­tu­cją, kanc­lerz wy­bie­ra­ny był przez ce­sa­rza i mógł po­zo­sta­wać na urzę­dzie tak dłu­go, jak dłu­go ży­czył so­bie tego ce­sarz, nie­za­leż­nie od po­glą­dów po­słów do Re­ich­sta­gu. Wil­helm II, któ­ry zgo­dził się na opu­bli­ko­wa­nie wy­wia­du, aby przy­słu­żyć się, jak mnie­mał, spra­wie przy­ja­znych sto­sun­ków z An­glią, był oszo­ło­mio­ny oso­bi­stą, wy­ce­lo­wa­ną w nie­go kry­ty­ką, jaka do­cie­ra­ła ze wszyst­kich stron. Za­cho­wał się prze­cież w spo­sób ści­śle zgod­ny z kon­sty­tu­cją, wy­sy­ła­jąc szkic wy­wia­du kanc­le­rzo­wi ce­sar­stwa z proś­ba o wy­ra­że­nie zgo­dy. Kanc­lerz zgo­dy udzie­lił, wy­wiad się uka­zał, a oto te­raz on sam, Ce­sarz nie­miec­ki, uwa­ża­ny był wszę­dzie za za­gro­że­nie lub za głup­ca.

Naj­sku­tecz­niej­szą bro­nią Bülo­wa była, jak do­tąd, re­zy­gna­cja - to­też zde­cy­do­wał się jej użyć tak­że i te­raz. Na­pi­sał do ka­ise­ra, któ­ry nadal prze­by­wał w Ro­min­ter­nie, oznaj­mia­jąc że choć nie prze­czy­tał wy­wia­du, to skie­ro­wał go do Mi­ni­ster­stwa Spraw Za­gra­nicz­nych. "Je­śli Wa­sza Ce­sar­ska Mość jest nie­za­do­wo­lo­ny z tego, że pod na­ci­skiem spraw bie­żą­cych nie zdo­ła­łem oso­bi­ście prze­czy­tać an­giel­skie­go ma­nu­skryp­tu i wini mnie za nie­dbal­stwo oka­za­ne przez Mi­ni­ster­stwo Spraw Za­gra­nicz­nych, to po­kor­nie upra­szam o zwol­nie­nie mnie z kanc­ler­stwa. Je­śli jed­nak, nie utra­ci­łem jesz­cze za­ufa­nia Wa­szej Ce­sar­skiej Mo­ści, to czu­ję, że nie po­tra­fię po­zo­stać na swo­im sta­no­wi­sku, o ile nie otrzy­mam cał­ko­wi­cie wol­nej ręki w otwar­tej i ener­gicz­nej obro­nie Wa­szej Ce­sar­skiej Mo­ści prze­ciw nie­spra­wie­dli­wym ata­kom na mego Ce­sar­skie­go Pana". Gdy tyl­ko po po­wro­cie Wil­hel­ma z Ro­min­ter­nu Bülow spo­tkał się z ka­ise­rem, kanc­lerz zdał so­bie spra­wę, że nie ma po­trze­by się mar­twić. "Ce­sarz był - orzekł Bülow - jak zwy­kle w mo­men­tach kry­zy­su, bar­dzo bla­dy i bu­dzą­cy li­tość". Wil­helm nie czy­nił kanc­le­rzo­wi wy­rzu­tów; tym ra­zem Bülow nie mu­siał na­wet zwa­lać winy na Mi­ni­ster­stwo Spraw Za­gra­nicz­nych. Po­in­for­mo­wał ka­ise­ra, że de­ba­ta w Re­ich­sta­gu ma się roz­po­cząć 10 li­sto­pa­da. "Ru­szaj więc - po­wie­dział Wil­helm - Mów, co chcesz. Ale ja­kim­kol­wiek spo­so­bem ze­chcesz to uczy­nić, wy­do­stań nas z tego". "Jego ufne, nie­mal dzie­cin­ne na­sta­wie­nie do­tknę­ło mnie bar­dziej niż po­tra­fię to wy­ra­zić" - za­uwa­żył Bülow.

Przy ule­gło­ści ka­ise­ra Bülow nie miał naj­mniej­sze­go pro­ble­mu, aby w "Nord­deut­sche Al­l­ge­me­ine Ze­itung", ofi­cjal­nej ga­ze­cie rzą­do­wej, opu­bli­ko­wać ko­mu­ni­kat, w któ­rym cał­ko­wi­cie zi­gno­ro­wał treść wy­wia­du, a skon­cen­tro­wał się wy­łącz­nie na od­po­wie­dzial­no­ści za jego opu­bli­ko­wa­nie. Stro­ną win­na było we­dług nie­go Mi­ni­ster­stwo Spraw Za­gra­nicz­nych; kanc­lerz wziął winę na sie­bie; ce­sarz od­mó­wił przy­ję­cia re­zy­gna­cji kanc­le­rza.

W Re­ich­sta­gu, któ­ry ob­ra­do­wał za­rów­no nad samą tre­ścią wy­wia­du jak i od­po­wie­dzial­no­ścią za jego opu­bli­ko­wa­nie, ce­la­mi ata­ku sta­ło się Mi­ni­ster­stwo Spraw Za­gra­nicz­nych i ka­iser. Mów­cy ze wszyst­kich stron po­li­tycz­ne­go spek­trum po­tę­pia­li nie­dba­łość i nie­kom­pe­ten­cję mi­ni­ster­stwa; po­sło­wie le­wi­cy do­ma­ga­li się zmian kon­sty­tu­cyj­nych, któ­re ogra­ni­cza­ły­by wła­dzę ce­sa­rza; kon­ser­wa­ty­ści wy­ra­ża­li "pra­gnie­nie, aby w przy­szło­ści Ce­sarz za­cho­wy­wał więk­szą re­zer­wę w swo­ich roz­mo­wach". Bülow umie­jęt­nie unik­nął bu­rzy, ste­ru­jąc w kie­run­ku uwi­kła­nia ka­ise­ra, oczysz­cze­nia sa­me­go sie­bie i przed­sta­wie­nia ob­ra­zu dziel­ne­go i ry­cer­skie­go kanc­le­rza, pra­gną­ce­go przy­jąć na sie­bie wszyst­kie cio­sy, słusz­ne i nie­słusz­ne, i wy­trwać na sta­no­wi­sku dla do­bra Ko­ro­ny i kra­ju. Wy­wiad, oświad­czył kanc­lerz, gdy pod­niósł się, aby prze­mó­wić, za­wie­rał pew­ne nie­praw­dzi­we fak­ty: Nie ist­niał, ani nie zo­stał wy­sła­ny do Wind­so­ru ża­den plan kam­pa­nii, już ra­czej Bu­ro­wie zo­sta­li ostrze­że­ni, że przyj­dzie im wal­czyć w osa­mot­nie­niu; nig­dy nie było żad­nych pro­po­zy­cji so­ju­szu kon­ty­nen­tal­ne­go prze­ciw­ko An­glii; więk­szość Niem­ców nie była An­glii wro­ga; Niem­cy nie mia­ły am­bi­cji za­gro­że­nia Ja­po­nii na Da­le­kim Wscho­dzie. "Po­no­szę cał­ko­wi­tą od­po­wie­dzial­ność za błę­dy, ja­kie po­peł­nio­no w po­stę­po­wa­niu z ma­nu­skryp­tem - cią­gnął Bülow - W moim oso­bi­stym od­czu­ciu jest zaś wstręt­ne wska­zy­wa­nie ko­złów ofiar­nych wśród urzęd­ni­ków, któ­rzy całe swo­je ży­cie od­da­li służ­bie pań­stwu"66. Bülow scha­rak­te­ry­zo­wał ka­ise­ra, jako peł­ne do­brej woli, nie­zdar­ne dziec­ko, któ­re - po­zo­sta­wio­ne bez opie­ki - brzyd­ko zbłą­dzi­ło. "Pa­no­wie wie­dzą o tym, że opu­bli­ko­wa­nie jego roz­mów nie wy­wo­ła­ło w An­glii ta­kich efek­tów, ja­kich Ce­sarz się spo­dzie­wał, w na­szym zaś kra­ju wznie­ci­ło głę­bo­kie po­ru­sze­nie i ubo­le­wa­nie, co bę­dzie w przy­szło­ści - jest to moje sta­now­cze prze­ko­na­nie, któ­re­go na­by­łem w tych peł­nych na­pię­cia dniach - sta­no­wi­ło dla Jego Ce­sar­skiej Mo­ści wska­zów­kę, aby za­cho­wy­wać ostroż­ność, tak ko­niecz­ną w in­te­re­sie spój­nej po­li­ty­ki, zwłasz­cza u tych, któ­rzy są od­po­wie­dzial­ni za spra­wy Ko­ro­ny. Gdy­by tak nie mia­ło się stać, ani ja, ani ża­den z mo­ich na­stęp­ców, nie pod­ję­li­by­śmy się po­no­sze­nia od­po­wie­dzial­no­ści".

Bülow wy­szedł ze spra­wy jako trium­fa­tor. "Gdy wśród grzmią­cych okla­sków usia­dłem na miej­sce, czu­łem że spra­wa jest wy­gra­na" - po­wie­dział. Hol­ste­in, ob­ser­wu­ją­cy wszyst­ko z ubo­cza, po­pie­rał tak­ty­kę kanc­le­rza: "Ma­jąc na wzglę­dzie nie­dy­skre­cje, ja­kich do­pu­ścił się ka­iser, nie ist­nia­ła moż­li­wość obro­ny" - za­pi­sał w swo­im dzien­ni­ku. "Ber­li­ner Ta­ge­blatt" otwar­cie ata­ko­wał ka­ise­ra Wil­hel­ma: "Mamy po­nad sześć­dzie­siąt mi­lio­nów lud­no­ści, na­ród wy­so­ce in­te­li­gent­ny, a mimo to los kanc­le­rza jak rów­nież wy­bór jego na­stęp­cy leży w rę­kach jed­ne­go czło­wie­ka! Taka sy­tu­acja nie może być to­le­ro­wa­na przez na­ród ma­ją­cy sza­cu­nek dla sa­me­go sie­bie. Wy­da­rze­nia kil­ku ostat­nich dni uwi­docz­ni­ły, że Niem­cy nie po­win­ni dłu­żej po­zwa­lać na to, by ich ży­wot­ne in­te­re­sy za­le­ża­ły od na­stro­jów jed­ne­go in­dy­wi­du­um, któ­re­go im­pul­syw­no­ści raz jesz­cze mo­gli­śmy być świad­ka­mi".

Pod­czas de­ba­ty w Re­ich­sta­gu ka­ise­ra nie było w Ber­li­nie. Jego pro­gram, usta­lo­ny gru­bo wcze­śniej, na­ka­zy­wał mu zło­żyć wi­zy­tę ar­cy­księ­ciu Fran­cisz­ko­wi Fer­dy­nan­do­wi, au­striac­kie­mu na­stęp­cy tro­nu, a na­stęp­nie wziąć udział w po­lo­wa­niu w Do­nau­eschin­gen, po­ło­żo­nych w Czar­nym Le­sie do­brach jego przy­ja­cie­la, mul­ti­mi­lio­ne­ra i nie­miec­ko-au­striac­kie­go księ­cia Mak­sa von Für­sten­ber­ga. De­cy­zja Wil­hel­ma, aby udać się w po­dróż w cza­sie, gdy kra­jem tar­ga­ły kon­wul­sje zwią­za­ne z nie­dy­skre­cja­mi mo­nar­chy, wy­wo­ła­ła w Re­ich­sta­gu gorz­kie ko­men­ta­rze. W isto­cie przed od­jaz­dem Wil­helm py­tał Bülo­wa, czy nie po­wi­nien po­zo­stać w Ber­li­nie na czas de­ba­ty. Bülow po­wie­dział, aby ru­szał w dro­gę: "Tak już tę­sk­nił za Do­nau­eschin­gen, gdzie ocze­ki­wa­ło go po­lo­wa­nie na lisy, roz­ryw­ki ka­ba­re­to­we i przy­jem­no­ści wszel­kie­go moż­li­we­go ro­dza­ju - wy­ja­śniał kanc­lerz - Ustą­pi­łem przed jego pra­gnie­nia­mi". Gdy już ka­iser wy­je­chał - a tym­cza­sem w Re­ich­sta­gu na okrą­gło po­tę­pia­no Wil­hel­ma za jego nie­obec­ność - Bülow nie uczy­nił nic, żeby go spro­wa­dzić z po­wro­tem. Gdy Hol­ste­in za­py­tał Bülo­wa: "Czy, jak lu­dzie po­wia­da­ją, od­wio­dłeś pan ka­ise­ra od po­wro­tu do Ber­li­na?", Bülow od­parł: "Nie, nic nie po­wie­dzia­łem, ani za, ani prze­ciw". Na­praw­dę zaś, pod­czas swe­go po­by­tu w Do­nau­eschin­gen Wil­helm otrzy­mał od kanc­le­rza dłu­gi, za­ko­do­wa­ny te­le­gram, w któ­rym za­war­te było stwier­dze­nie, że jego po­wrót do Ber­li­na pod­czas de­ba­ty nie jest ko­niecz­ny.

Gdy ka­iser przy­był do Do­nau­eschin­gen, ude­rzył go­spo­da­rza jego wy­gląd. "Gdy­byś spo­tkał ka­ise­ra Wil­hel­ma, nie po­znał­byś go" - stwier­dził ksią­żę Maks. Z po­cząt­ku wi­zy­ta od­cią­gnę­ła ka­ise­ra od kło­po­tów. "Dwa spę­dzo­ne tu­taj dni mi­nę­ły bar­dzo har­mo­nij­nie i we­so­ło - na­pi­sał do Bülo­wa - Po­lo­wa­nie uda­ło się wręcz wspa­nia­le. Po­wa­li­łem sześć­dzie­siąt pięć je­lon­ków. Za­cho­wu­ję cię w pa­mię­ci w mo­jej po­ran­nej i wie­czor­nej mo­dli­twie. [...] Nie ma tego złe­go, co by na do­bre nie wy­szło. Bóg z Tobą! Twój sta­ry przy­ja­ciel, Wil­helm I.R."67. Póź­niej, pew­ne­go wie­czo­ru po obie­dzie, Wil­hel­ma do­się­gnął cios bar­dzo oso­bi­sty. Pa­nie "w peł­nym szy­ku wie­czo­ro­wym, w klej­no­tach, pa­no­wie w zie­lo­nych lub czar­nych ja­skół­kach [...] zgro­ma­dzi­li się w wiel­kim hal­lu zam­ku, przy or­kie­strze gra­ją­cej na klat­ce scho­do­wej. Na­gle po­ja­wił się hra­bia Hül­sen-Ha­ese­ler, przy­odzia­ny w spód­nicz­ki ba­let­ni­cy i wie­niec z róż, i za­czął tań­czyć w takt mu­zy­ki. Ge­ne­rał hra­bia Hül­sen-Ha­ese­ler, przy­ja­ciel ce­sa­rza jesz­cze z cza­sów chło­pię­cych, a obec­nie szef jego Ga­bi­ne­tu Woj­sko­we­go, wy­stę­po­wał już wcze­śniej w tym cha­rak­te­rze. "To nie­zwy­kłe prze­ży­cie - po­wie­dział je­den z no­wych człon­ków ce­sar­skiej świ­ty - oglą­dać sze­fa Ga­bi­ne­tu Woj­sko­we­go plą­sa­ją­ce­go w stro­ju ba­let­ni­cy". Wy­czer­pa­ny swo­imi pi­ru­eta­mi hra­bia w pew­nym mo­men­cie za­trzy­mał się, ukło­nił - a na­stęp­nie ru­nął na zie­mię. W zam­ku wy­bu­chło ist­ne pan­de­mo­nium: ja­kiś dok­tor zaj­mo­wał się po­wa­lo­nym tan­ce­rzem; księż­na von Für­sten­berg sie­dzia­ła na krze­śle i szlo­cha­ła; ka­iser ner­wo­wo cho­dził tam i z po­wro­tem. Po upły­wie pół­to­rej go­dzi­ny stwier­dzo­no śmierć hra­bie­go spo­wo­do­wa­ną za­wa­łem ser­ca. Do­szło już do stę­że­nia po­śmiert­ne­go i je­dy­nie z wiel­ki­mi trud­no­ścia­mi uda­ło się w koń­cu zdjąć z cia­ła ge­ne­ra­ła owo tutu68 i przy­odziać go w od­po­wied­ni mun­dur woj­sko­wy.

Wil­helm, już moc­no po­ru­szo­ny afe­rą z "Da­ily Te­le­graph", zde­ner­wo­wał się jesz­cze bar­dziej. W mię­dzy­cza­sie suk­ces Bülo­wa przed Re­ich­sta­giem zdą­żył już się gdzieś roz­pły­nąć. Aby za­bez­pie­czyć swo­ją po­zy­cję jako kanc­le­rza, po­trze­bo­wał on pu­blicz­ne­go po­par­cia Wil­hel­ma dla sta­no­wi­ska, ja­kie za­jął pod­czas de­ba­ty. 17 li­sto­pa­da Bülow po­je­chał spo­tkać się z ka­ise­rem, któ­ry zdą­żył już wró­cić do Pocz­da­mu. Wil­helm i Au­gu­sta ocze­ki­wa­li go na fron­to­wym ta­ra­sie No­we­go Pa­ła­cu. Gdy pod­cho­dził do nich, ce­sa­rzo­wa wy­stą­pi­ła o kil­ka kro­ków i szep­nę­ła mu do ucha: "Pro­szę być na­praw­dę mi­łym i ła­god­nym wo­bec ce­sa­rza. Jest cał­kiem za­ła­ma­ny". Wil­helm po­pro­wa­dził Bülo­wa do swo­je­go ga­bi­ne­tu. Ka­iser, bla­dy i stra­pio­ny, był "w na­stro­ju ta­kie­go przy­gnę­bie­nia i pe­sy­mi­zmu, że ra­czej mu­sia­łem go po­cie­szać, niź­li kry­ty­ko­wać jego mi­nio­ne po­stę­po­wa­nie" - stwier­dził Bülow. Nie miał też kanc­lerz żad­nych trud­no­ści z po­grą­żo­nym w tak głę­bo­kiej me­lan­cho­lii mo­nar­chą. Od razu wy­cią­gnął z kie­sze­ni przy­go­to­wa­ny ko­mu­ni­kat:

"Nie­zra­żo­ny prze­sad­ną pu­blicz­ną kry­ty­ką, któ­ra wy­da­je mu się nie­uza­sad­nio­na, Jego Wy­so­kość Ce­sarz uwa­ża za swo­je na­czel­ne za­da­nie za­pew­nić cią­głość po­li­ty­ki ce­sar­stwa, a rów­no­cze­śnie za­cho­wać swo­ją od­po­wie­dzial­ność kon­sty­tu­cyj­ną. Zgod­nie z tym, Jego Kró­lew­ska i Ce­sar­ska Mość za­apro­bo­wał wszyst­kie de­kla­ra­cje zło­żo­ne przed Re­ich­sta­giem przez kanc­le­rza ce­sar­stwa, rów­no­cze­śnie za­pew­nia­jąc księ­cia von Bülo­wa, że nadal da­rzy go za­ufa­niem".

Wil­helm chęt­nie po­twier­dził do­ku­ment swym pod­pi­sem i, mó­wił Bülow, "kon­wul­syj­nie chwy­cił mnie za rękę. "Po­móż mi! Ocal mnie!". Ob­jął mnie i ser­decz­nie uca­ło­wał w oba po­licz­ki". Gdy Bülow ukło­nił się i zbie­rał do wyj­ścia, ka­iser po­now­nie po­wie­dział, "Dzię­ku­ję! Dzię­ku­ję z ca­łe­go ser­ca!". Wró­ciw­szy do domu, Bülow po­wie­dział żo­nie: "Oto raz jesz­cze uda­ło mi się wy­do­być Ko­ro­nę i Ce­sa­rza z ta­ra­pa­tów".

Gdy Bülow wy­je­chał, Wil­helm za­czął szlo­chać i po­szedł do łóż­ka. Na­stęp­ne­go dnia Bülow otrzy­mał te­le­fo­nicz­ną wia­do­mość, że ce­sarz za­mie­rza ab­dy­ko­wać. Kanc­lerz po­śpiesz­nie wró­cił do Pocz­da­mu. Ce­sa­rzo­wa, z ocza­mi czer­wo­ny­mi od pła­czu, przy­ję­ła go na par­te­rze. "Czy Ce­sarz musi ab­dy­ko­wać? - za­py­ta­ła - Czy pan chce, żeby ab­dy­ko­wał?". Bülow pró­bo­wał ją uspo­ko­ić, za­pew­nia­jąc, że dzię­ki jego prze­mó­wie­niu w Re­ich­sta­gu "bu­rza za­czę­ła już tra­cić na sile".

Bülow, nie wi­dziaw­szy się z ka­ise­rem, wy­je­chał z Pocz­da­mu, do­kąd przy­był kron­prinz. "Po­śpie­szy­łem na górę - za­pi­sał w swo­ich "Pa­mięt­ni­kach" - Wy­da­wa­ło się, że oj­ciec po­sta­rzał się o całe lata; utra­cił wszel­ką na­dzie­ję i zda­wa­ło mu się, że wszy­scy go opu­ści­li. Był za­ła­ma­ny [...] jego pew­ność sie­bie i uf­ność zdru­zgo­ta­ne. Mó­wił bar­dzo gwał­tow­nie [...] zgorzk­nie­nie spo­wo­do­wa­ne nie­spra­wie­dli­wo­ścią [...] cią­gle usi­łu­je od­zy­skać pew­ność sie­bie. Po­zo­sta­łem z nim przez go­dzi­nę, sie­dząc na jego łóż­ku, co, na ile się­gam wstecz pa­mię­cią, nig­dy się do­tąd nie zda­rzy­ło".

Wil­helm nig­dy już nie wspo­mniał o ab­dy­ka­cji, lecz jego de­pre­sja była wi­docz­na. "Ce­sarz nie pró­bo­wał na­wet ukry­wać głę­bo­kie­go przy­gnę­bie­nia, ja­kie tra­pi­ło jego du­szę" - orze­kła an­giel­ska gu­wer­nant­ka księż­nicz­ki Wik­to­rii Lu­izy - Krę­cił się po ką­tach - on, czło­wiek tak zwy­kle ga­da­tli­wy, tak za­do­wo­lo­ny z sie­bie i z ca­łe­go świa­ta - po­grą­żo­ny w ża­łob­nym mil­cze­niu, od­zy­wa­jąc się z rzad­ka, a i wte­dy je­dy­nie pół­gło­sem. [...] Tak­że wszy­scy wo­kół nie­go wy­da­wa­li się mó­wić tyl­ko szep­tem". Gdy po­ka­zy­wał się pu­blicz­nie, co czy­nił te­raz rzad­ko, Wil­helm po­pa­dał w prze­ciw­ną skraj­ność, oka­zu­jąc wy­mu­szo­ną we­so­łość, rzu­ca­jąc dow­ci­pa­mi i śmie­jąc się gło­śniej niż kto­kol­wiek. Ka­iser uni­kał Bülo­wa. Usta­ły po­ran­ne wi­zy­ty na Wil­helm­stras­se i spa­ce­ry po ogro­dach Kan­ce­la­rii; ka­iser i kanc­lerz spo­ty­ka­li się tyl­ko wte­dy, gdy wy­ma­gał tego bieg spraw. Do­pie­ro po upły­wie nie­mal sze­ściu ty­go­dni Wil­helm za­czął przy­cho­dzić do sie­bie. W dniu No­we­go Roku, gdy prze­je­chał uli­ca­mi Ber­li­na i za­uwa­żył jak tłum wy­bu­cha okla­ska­mi, za­czę­ły stop­nio­wo wra­cać pew­ność i sza­cu­nek dla sa­me­go sie­bie. Za­czę­ła też wzra­stać sym­pa­tia dla ce­sa­rza wśród opi­nii pu­blicz­nej; jego mil­cze­nie i usu­nię­cie się przy­pi­sy­wa­no nie za­ła­ma­niu, lecz chę­ci oka­za­nia praw­dzi­wie kró­lew­skiej god­no­ści. Po­tę­pie­nie za­czę­to kie­ro­wać pod ad­re­sem kanc­le­rza; w koń­cu ce­sarz zro­bił co na­ka­zy­wa­ła mu kon­sty­tu­cja i po­ka­zał szkic wy­wia­du księ­ciu von Bülo­wo­wi. To kanc­lerz zdra­dził swo­je­go wład­cę, i to dwu­krot­nie: po raz pierw­szy, gdy nie prze­czy­tał do­ku­men­tu przed jego opu­bli­ko­wa­niem; a po raz dru­gi przez nie­wy­star­cza­ją­cą obro­nę mo­nar­chy w Re­ich­sta­gu. Po­gląd ten naj­pierw pry­wat­nie a po­tem stop­nio­wo w co­raz szer­szym krę­gu, za­czął po­wta­rzać tak­że i Wil­helm. Oto zo­stał "po­zo­sta­wio­ny sa­me­mu so­bie" - po­wia­dał; "sta­łem się ko­złem ofiar­nym, a mój kanc­lerz w ge­ście nie­win­no­ści umył ręce". Do ar­cy­księ­cia Fran­cisz­ka Fer­dy­nan­da, au­striac­kie­go na­stęp­cy tro­nu, na­pi­sał: "Ty po­tra­fisz zro­zu­mieć, jaką męką jest dla mnie za­cho­wy­wać się, jak­by nic się nie sta­ło i mu­sieć nadal współ­pra­co­wać z ludź­mi, któ­rych tchó­rzo­stwo i nie­od­po­wie­dzial­ność po­zba­wi­ły [sic] mnie ochro­ny, jaką każ­dy inny czło­wiek przy­znał­by gło­wie pań­stwa, jako rzecz oczy­wi­stą. Na­ród nie­miec­ki za­czy­na spo­glą­dać w swo­ją du­szę i uprzy­tam­niać so­bie czy­ny, któ­re do tego do­pro­wa­dzi­ły". Bülow, wy­czu­wa­jąc, że opi­nia pu­blicz­na za­czy­na brać stro­nę ce­sa­rza, za­trwo­żył się. 13 lu­te­go WY­WIAD DLA "DA­ILY TE­LE­GRAPH" na­pi­sał do Wil­hel­ma, że wszyst­ko, co po­wie­dział i uczy­nił w li­sto­pa­dzie, mo­ty­wo­wa­ne było "tyl­ko i wy­łącz­nie lo­jal­no­ścią wo­bec dy­na­stii Wa­szej Ce­sar­skiej Mo­ści oraz kra­ju, a tak­że głę­bo­ką mi­ło­ścią ku [...] oso­bie Wa­szej Ce­sar­skiej Mo­ści". Na mar­gi­ne­sie tego li­stu Wil­helm na­pi­sał "Fa­ry­ze­usz!".

Kie­dy kry­zys wo­kół Bo­śni znaj­do­wał się w sta­dium kry­tycz­nym, 11 mar­ca 1909 roku Wil­helm przy­jął Bülo­wa w ga­le­rii ob­ra­zów na zam­ku ber­liń­skim. "Prze­cha­dza­łem się z nim tam i z po­wro­tem - mó­wił ka­iser - mię­dzy por­tre­ta­mi mo­ich przod­ków i ma­lo­wi­dła­mi przed­sta­wia­ją­cy­mi bi­twy woj­ny sied­mio­let­niej [...] i by­łem zdzi­wio­ny, gdy kanc­lerz znów wró­cił do wy­da­rzeń je­sie­ni 1908 i za­czął wy­ja­śniać swo­ją ów­cze­sną po­sta­wę". Bülow za­sto­so­wał tu tech­ni­kę, któ­rą z po­wo­dze­niem sto­so­wał już w prze­szło­ści, mó­wiąc Wil­hel­mo­wi, że "nie mogę nadal dźwi­gać wiel­kie­go cię­ża­ru swo­je­go urzę­du, je­śli nie czu­ję, iż cie­szę się peł­nym za­ufa­niem mego su­we­re­na". Ka­iser skon­tro­wał go bez osło­nek, po­wia­da­jąc że je­sie­nią kanc­lerz nie "wy­ka­zał do­sta­tecz­nej ener­gii w sprze­ci­wia­niu się na­pa­ściom" na Ko­ro­nę. "Fro­ben - rzekł ce­sarz - nie mó­wił­by tak, jak ty pod­czas de­ba­ty w Re­ich­sta­gu 10 li­sto­pa­da". Gdy to mó­wił, Wil­helm stał pod por­tre­tem Fro­be­na, kró­lew­skie­go ko­niu­sze­go, któ­ry pod­czas bi­twy pod Fehr­bel­lin w 1675 roku wsiadł na ła­cia­te­go ko­nia Wiel­kie­go Elek­to­ra, aby od­cią­gnąć uwa­gę nie­przy­ja­ciel­skich strzel­ców i kule z ich musz­kie­tów od swe­go pana. Jako kanc­lerz, rzekł Wil­helm, Fro­ben oznaj­mił­by, że to on po­ra­dził ce­sa­rzo­wi, by ten po­wie­dział to, co po­wie­dział w wy­wia­dzie dla "Da­ily Te­le­graph". Bülow od­parł, że nie mógł tak po­wie­dzieć, po­nie­waż, zna­jąc jego prze­ko­na­nia, opi­nia pu­blicz­na by mu nie uwie­rzy­ła. "Co po pro­stu ozna­cza - od­pa­ro­wał Wil­helm - że uwa­żasz mnie za osła, zdol­ne­go do po­peł­nia­nia tak ka­ry­god­nych błę­dów, ja­kich sam byś się nig­dy nie do­pu­ścił". Bülow prze­pra­szał, pod nie­bio­sa wy­chwa­lał wspa­nia­łe za­le­ty ce­sa­rza - i Wil­helm zmie­nił front. "Taka szcze­ra roz­mo­wa zli­kwi­do­wa­ła ist­nie­ją­ce mię­dzy nami na­pię­cia - oznaj­mił ka­iser - Czy nie mó­wi­łem ci za­wsze, że do­sko­na­le się wza­jem­nie uzu­peł­nia­my?" - za­py­tał Bülo­wa. Po­trzą­snął ręką kanc­le­rza i za­brał go na lunch. Ocze­ku­ją­cej na nie­go świ­cie ka­iser ogło­sił: "Roz­mó­wi­li­śmy się wła­śnie z kanc­le­rzem ce­sar­stwa i wszyst­ko mię­dzy nami zo­sta­ło wy­ja­śnio­ne. Je­śli ktoś po­wie coś prze­ciw­ko księ­ciu Bülo­wo­wi, roz­kwa­szę mu nos". Te­goż wie­czo­ra Wil­helm te­le­gra­fo­wał do swo­je­go bra­ta Hen­ry­ka: "Wła­śnie prze­ba­czy­łem Bülo­wo­wi, któ­ry w po­to­kach łez bła­gał mnie o ła­skę". Na­stęp­ne­go zaś wie­czo­ra, na proś­bę Bülo­wa, para ce­sar­ska przy­by­ła do nie­go na obiad. Wil­helm, wkro­czyw­szy we drzwi, przy­wi­tał się z księż­ną von Bülow: "Ja­kiż je­stem szczę­śli­wy, że znów tu­taj je­stem! Jaka okrop­na była ta zima! Ale te­raz wszyst­ko już bę­dzie się ukła­dać wspa­nia­le".

Mimo ta­kich bez­tro­skich po­gwa­rek od­no­wio­ne uczu­cie ka­ise­ra wo­bec swo­je­go kanc­le­rza było mało war­te. Jed­ne­mu z przy­ja­ciół ce­sarz wy­znał, że całe po­jed­na­nie było "ko­me­dią" i że gdy tyl­ko sy­tu­acja po­li­tycz­na po­zwo­li, za­mie­rza usu­nąć Bülo­wa z urzę­du. Taka moż­li­wość na­de­szła w czerw­cu; oka­zją była po­raż­ka kanc­le­rza w klu­czo­wym gło­so­wa­niu w Re­ich­sta­gu. Wio­sną 1909 roku bu­do­wa flo­ty spo­wo­do­wa­ła kry­zys fi­skal­ny w Niem­czech. Po­trze­ba było do­dat­ko­wych pię­ciu­set mi­lio­nów ma­rek. W ustęp­stwie wo­bec siły kon­ser­wa­ty­stów w Re­ich­sta­gu, czte­ry pią­te no­wych do­cho­dów - 400 mi­lio­nów ma­rek - mia­ło zo­stać ze­bra­ne z po­dat­ków od sprze­da­ży, co ude­rza­ło naj­bar­dziej w niż­sze i śred­nie kla­sy. Trze­ba jed­nak było uczy­nić ja­kieś ustęp­stwa tak­że wo­bec li­be­ra­łów; Bülow więc za­pro­po­no­wał, aby jed­na pią­ta po­trzeb­nej sumy - sto mi­lio­nów ma­rek - zo­sta­ła ze­bra­na z wła­ści­cie­li dóbr przez na­ło­że­nie po­dat­ku spad­ko­we­go. Kon­ser­wa­ty­ści sztyw­no sprze­ci­wia­li się ta­kie­mu po­dat­ko­wi, któ­ry nig­dy do­tąd nie obo­wią­zy­wał w Niem­czech. Ka­iser po­parł kanc­le­rza, lecz dał ja­sno do zro­zu­mie­nia, że je­śli Bülo­wo­wi nie uda się po­zy­skać od­po­wied­niej licz­by gło­sów za po­dat­kiem spad­ko­wym, bę­dzie mu­siał zre­zy­gno­wać. A 24 czerw­ca wnio­sek o uchwa­le­nie po­dat­ku spad­ko­we­go zo­stał od­da­lo­ny ośmio­ma gło­sa­mi, 195 do 187.

26 czerw­ca 1909 roku, co do dnia dwa­na­ście lat od chwi­li, kie­dy przy­jął Mi­ni­ster­stwo Spraw Za­gra­nicz­nych z rąk ka­ise­ra na po­kła­dzie "Ho­hen­zol­ler­na" w Ki­lo­nii, Bülow przy­był w to samo miej­sce, żeby zło­żyć swo­ją re­zy­gna­cję ze sta­no­wi­ska kanc­le­rza. Wil­helm ocze­ki­wał go na po­kła­dzie, znie­cier­pli­wio­ny i ner­wo­wy. "W rze­czy sa­mej, tro­chę mi się śpie­szy - rzekł ce­sarz - Za go­dzi­nę mu­szę być na lun­chu z księ­ciem Mo­na­ko". Po­wie­dział Bülo­wo­wi, że jego na­stęp­cą zo­sta­nie Be­th­mann-Hol­l­weg, mi­ni­ster spraw we­wnętrz­nych ce­sar­stwa. "Je­stem pe­wien, że zgo­dzisz się ze mną - po­wie­dział ka­iser - Szyb­ko przy­trze rogi Re­ich­sta­go­wi. A poza tym, prze­cież mo­je­go pierw­sze­go ko­zła ustrze­li­łem w jego do­brach w Ho­hen­fi­now". Od­po­wiedź Bülo­wa była nie­jed­no­znacz­na: "Je­śli cho­dzi o po­li­ty­kę we­wnętrz­ną, Be­th­mann-Hol­l­weg jest nie­wąt­pli­wie naj­lep­szy [...] ale nie poj­mu­je on nic z po­li­ty­ki za­gra­nicz­nej". "Po­li­ty­kę za­gra­nicz­ną zo­staw mnie - od­parł Wil­helm - W koń­cu sam wiesz, cze­goś mnie prze­cież na­uczy­łeś". Gdy Bülow za­czął za­le­cać, aby Ce­sarz uczy­nił wszyst­ko co moż­li­we dla osią­gnię­cia po­ro­zu­mie­nia z An­glią w spra­wach mor­skich, Wil­helm zmarsz­czył brwi. "Nie po­zwo­lę, aby John Bull roz­ka­zy­wał mi, ile okrę­tów mogę zbu­do­wać". Znacz­nie bar­dziej ra­do­śnie ka­iser wró­cił do per­spek­tyw stwa­rza­nych przez Be­th­man­na-Hol­l­we­ga: "Za­cze­kaj tyl­ko, jak ten drab pod­nie­sie się w Re­ich­sta­gu i spoj­rzy na tych wszyst­kich "czci­god­nych" po­słów. Ach, prze­stra­szy ich na śmierć. Będą zmy­kać i kryć się po swo­ich my­sich dziu­rach". Gdy był już czas od­jeż­dżać, ka­iser za­brał Bülo­wa ze sobą na lunch na jach­cie księ­cia Mo­na­ko. Przy sto­le, gdzie więk­szość po­zo­sta­łych go­ści sta­no­wi­li Fran­cu­zi, Wil­helm był w zna­ko­mi­tym na­stro­ju i śmiał się gło­śno. "Mia­łem dziw­ne uczu­cie, że zja­dłem ostat­ni po­si­łek ska­zań­ca w obec­no­ści cu­dzo­ziem­ców" - wspo­mi­nał Bülow.

Przez trzy ty­go­dnie kanc­lerz żył za­wie­szo­ny w próż­ni, ma­jąc na­dzie­ję, że Wil­helm może jesz­cze zmie­nić zda­nie. 14 lip­ca na­de­szło za­wia­do­mie­nie: ksią­żę von Bülow, któ­ry zre­zy­gno­wał ze sta­no­wi­ska kanc­le­rza ce­sar­stwa, miał otrzy­mać za swo­ją służ­bę Or­der Czar­ne­go Orła opra­wio­ny w dia­men­ty. Tego wie­czo­ra ka­iser sam się wpro­sił na obiad u Bülo­wów. Wil­helm po­da­ro­wał księż­nej von Bülow bu­kiet róż, któ­re, jak po­wie­dział, sam dla niej ze­rwał; ofia­ro­wał jej tak­że swój por­tret w ema­lii opraw­ny w dia­men­ty. W swo­ich uwa­gach pod­czas obia­du był jed­nak mniej szczo­dry. Gdy księż­na po­wie­dzia­ła, że jest jej przy­kro z po­wo­du tego, co się wy­da­rzy­ło, ka­iser od­parł: "Czu­ję się jesz­cze go­rzej niż pani. Wal­czy­łem zę­ba­mi i pa­zu­ra­mi, ale Bern­hard zde­cy­do­wa­ny był odejść". Księż­na von Bülow na­po­mknę­ła o gło­so­wa­niu w Re­ich­sta­gu nad po­dat­ka­mi, jako o przy­czy­nie re­zy­gna­cji męża. Wil­helm nie zgo­dził się z nią. "Nie po­win­na pani my­śleć, że [...] to Usta­wa o po­dat­ku spad­ko­wym spo­wo­do­wa­ła wy­co­fa­nie się Bern­har­da - rzekł - Praw­dzi­wą przy­czy­ną są wy­da­rze­nia z li­sto­pa­da ubie­głe­go roku. Wi­dzi pani, ci fa­ce­ci dali mi pry­wat­nie do zro­zu­mie­nia, że tak na­praw­dę nie cho­dzi­ło im o po­da­tek spad­ko­wy. Od­rzu­ci­li go, po­nie­waż wy­da­wa­ło im się, że nie oka­zał do­sta­tecz­nej gor­li­wo­ści w obro­nie swe­go Pana i Ce­sa­rza". Co ta­kie­go, za­py­ta­ła księż­na, po­wi­nien był wte­dy, we­dług ce­sa­rza, uczy­nić jej mąż? "Po­wi­nien oznaj­mić w Re­ich­sta­gu: "Nie będę wię­cej wy­słu­chi­wał ta­kiej zu­chwa­łej ga­da­ni­ny o ce­sa­rzu. Jak śmie­cie mó­wić w ten spo­sób? Bie­giem marsz! Wy­no­cha!"".

Wil­helm roz­wi­jał roz­ma­ite wer­sje swo­jej roli w odej­ściu Bülo­wa. W swo­ich "Pa­mięt­ni­kach" za­pi­sał: "Zde­cy­do­wa­łem się ustą­pić wo­bec ży­cze­nia księ­cia Bülo­wa i wy­ra­zić zgo­dę na jego wy­co­fa­nie się". Krót­ko po re­zy­gna­cji wy­ja­śniał swo­je­mu oto­cze­niu, że kanc­lerz za­czy­na cier­pieć na uwiąd star­czy i nie pa­mię­ta już, co mó­wił po­przed­nie­go dnia. Zaś przed kró­lem Wir­tem­ber­gii, sto­jąc pod tym sa­mym drze­wem w ogro­dach Sans So­uci, gdzie od­był swo­ją ostat­nią roz­mo­wę z oba­lo­nym kanc­le­rzem, Wil­helm prze­chwa­lał się: "To wła­śnie tu­taj da­łem mu kop­nia­ka!".

38Rozmowy w sprawach floty i Bethmann-Hollweg

Pod­czas gdy ka­iser Wil­helm ra­do­wał się "roz­ryw­ka­mi na świe­żym po­wie­trzu" w par­ku wind­sor­skim, pła­wił w okla­skach lon­dyń­skich tłu­mów, pro­kla­mo­wał przy­jaźń w Gu­il­dhall oraz "od­świe­żał się i uspo­ka­jał" w to­wa­rzy­stwie puł­kow­ni­ka Stu­ar­ta-Wor­tleya i jego przy­ja­ciół na zam­ku Hi­ghc­lif­fe, nie­miec­ka Ad­mi­ra­li­cja przy­go­to­wy­wa­ła ko­lej­ną Uzu­peł­nia­ją­cą usta­wę mor­ską. Uży­tecz­ny okres eks­plo­ata­cji okrę­tu li­nio­we­go, okre­ślo­ny w Usta­wie mor­skiej z 1898 roku na dwa­dzie­ścia pięć lat, miał zo­stać skró­co­ny do lat dwu­dzie­stu, po któ­rych na­le­ża­ło kłaść stęp­kę pod ko­lej­ny okręt. Aby wdro­żyć nowe pra­wo, pro­gram roku 1906, wy­no­szą­cy dwa dred­no­ty na rok, już zwięk­szo­ny do trzech w roku 1907, miał wzro­snąć do czte­rech dred­no­tów rocz­nie. Przez czte­ry lata - 1908, 1909, 1910 i 1911 - mia­no za­twier­dzać bu­do­wę trzech okrę­tów li­nio­wych i jed­ne­go krą­żow­ni­ka li­nio­we­go rocz­nie. W roku 1912, gdy te szes­na­ście okrę­tów by­ło­by już zbu­do­wa­nych lub w bu­do­wie, rocz­ny pro­gram miał po­now­nie spaść do dwóch jed­no­stek. W mar­cu 1908 roku, Uzu­peł­nia­ją­ca usta­wa mor­ska prze­szła w Re­ich­sta­gu.

Nowa nie­miec­ka usta­wa mor­ska za­alar­mo­wa­ła rząd bry­tyj­ski. Li­be­ra­ło­wie, w 1908 roku bę­dą­cy u wła­dzy od dwóch lat, pró­bo­wa­li już ob­ni­żyć kosz­ty zbro­jeń, aby po­świę­cić wię­cej pie­nię­dzy na pro­gra­my so­cjal­ne. Nie czy­nio­no do­tąd żad­nych wy­sił­ków w kie­run­ku osią­gnię­cia po­ro­zu­mie­nia z Niem­ca­mi w spra­wie bu­do­wy okrę­tów wo­jen­nych; za­miast tego Camp­bell-Ban­ner­man usi­ło­wał dać przy­kład. W la­tach 1906 i 1907 wcze­śniej­szy pro­gram Unio­ni­stów, prze­wi­du­ją­cy bu­do­wę czte­rech dred­no­tów rocz­nie, zo­stał ob­cię­ty do trzech. W 1908 roku bu­do­wa dred­no­tów zo­sta­ła przez Bry­tyj­czy­ków ob­cię­ta jesz­cze bar­dziej - do dwóch jed­no­stek rocz­nie. Niem­cy w tym sa­mym cza­sie po­stę­po­wa­li w do­kład­nie prze­ciw­nym kie­run­ku. Było to znie­chę­ca­ją­ce; prze­cież Niem­cy z pew­no­ścią ro­zu­mie­li, że ża­den rząd bry­tyj­ski - czy to Unio­ni­stów, czy li­be­ra­łów - nie po­zwo­li po­ten­cjal­ne­mu nie­przy­ja­cie­lo­wi zrów­nać się lub prze­ści­gnąć Bry­tyj­czy­ków pod wzglę­dem sił mor­skich. Nie­miec­kie kon­struk­cje mo­gły spo­wo­do­wać tyl­ko wzmo­że­nie wy­sił­ków bry­tyj­skich, a w kon­se­kwen­cji - dal­sze mar­no­wa­nie pie­nię­dzy przez oba kra­je. Ra­cjo­nal­na dys­ku­sja z pew­no­ścią mo­gła­by prze­ko­nać rząd w Ber­li­nie do na­ło­że­nia ja­kichś roz­sąd­nych ogra­ni­czeń na jego am­bi­cje mor­skie.

Jed­nym z mi­ni­strów ga­bi­ne­tu bry­tyj­skie­go, na któ­re­go dzia­ła­nia nowa nie­miec­ka usta­wa mor­ska mia­ła zna­czą­cy wpływ, był Da­vid Lloyd Geo­r­ge, kanc­lerz Izby Roz­ra­chun­ko­wej, któ­ry mu­siał­by zna­leźć pie­nią­dze na za­pła­ce­nie za dal­sze po­więk­sze­nie bry­tyj­skiej flo­ty. Sir Edward Grey zde­cy­do­wał się skon­tak­to­wać kanc­le­rza z hra­bią Met­ter­ni­chem, nie­miec­kim am­ba­sa­do­rem w An­glii; w ten spo­sób Lloyd Geo­r­ge mógł­by oso­bi­ście przed­sta­wić swój punkt wi­dze­nia przed­sta­wi­cie­lo­wi rzą­du nie­miec­kie­go. 14 lip­ca 1908 roku Grey za­pro­sił więc Lloyd Geo­r­ge'a i Met­ter­ni­cha na lunch w Mi­ni­ster­stwie Spraw Za­gra­nicz­nych.

Hra­bia Paul Wolff-Met­ter­nich był an­glo­fi­lem. Ary­sto­kra­ta z Nad­re­nii i rzym­ski ka­to­lik, po raz pierw­szy przy­był do Lon­dy­nu w roku 1900, aby po­móc am­ba­sa­do­ro­wi, hra­bie­mu Hatz­feld­to­wi, któ­ry stop­nio­wo pod­da­wał się tra­pią­cej go ro­ze­dmie. W li­sto­pa­dzie 1901, po śmier­ci Hatz­feld­ta, Met­ter­nich - zgod­nie z prze­wi­dy­wa­nia­mi - gład­ko prze­jął sta­no­wi­sko, któ­re miał pia­sto­wać przez dzie­sięć lat. Ka­iser, przed­sta­wia­jąc swo­je­go no­we­go re­pre­zen­tan­ta wu­jo­wi, w 1900 roku jesz­cze tyl­ko księ­ciu Wa­lii, na­zwał Met­ter­ni­cha "nie­zwy­kłym czło­wie­kiem. Jest on wier­nym przy­ja­cie­lem An­glii i z tego wła­śnie po­wo­du zo­stał prze­ze mnie wy­bra­ny. Rów­no­cze­śnie jed­nak jest on moim praw­dzi­wym i wier­nym przy­ja­cie­lem, cie­szą­cym się moim naj­wyż­szym za­ufa­niem". Met­ter­ni­cha, bę­dą­ce­go ka­wa­le­rem, mało wi­dy­wa­no w krę­gach lon­dyń­skiej so­cje­ty, a choć miesz­ka­ła z nim jego bra­ta­ni­ca, peł­nią­ca obo­wiąz­ki go­spo­dy­ni, to pod­czas jego ka­den­cji ogrom­na Am­ba­sa­da Nie­miec­ka przy Carl­ton Ho­use Ter­ra­ce 9 była za­mknię­ta dla mu­zy­ki, tań­ców i śmie­chu. Mimo to am­ba­sa­dor cie­szył się sza­cun­kiem obu rzą­dów. Miał on, po­wia­dał Bülow, "otwar­ty umysł i za­uwa­żał [...] ogrom­ną, ukry­tą po­tę­gę Im­pe­rium Bry­tyj­skie­go. Nie­do­ce­nia­nie tej po­tę­gi było błę­dem, jaki za­ko­rze­nił się szcze­gól­nie [...] w woj­sko­wych i ary­sto­kra­tycz­nych krę­gach pru­skich". Sir Edward Grey miał sza­cu­nek dla pro­fe­sjo­na­li­zmu Met­ter­ni­cha: "Z Met­ter­ni­chem za­wsze czu­ję - pi­sał Grey - że co­kol­wiek po­wiem zo­sta­nie przez nie­go wier­nie prze­ka­za­ne, że żad­ne przy­pad­ko­we i nie­za­mie­rzo­ne po­tknię­cie z mej stro­ny [...] nie bę­dzie znie­kształ­co­ne lub błęd­nie przed­sta­wio­ne".

W pro­wa­dzo­nej pod­czas lun­chu w Mi­ni­ster­stwie Spraw Za­gra­nicz­nych roz­mo­wie Grey i Lloyd Geo­r­ge pod­kre­śla­li, że sto­sun­ki an­glo-nie­miec­kie za­le­ża­ły w spo­sób za­sad­ni­czy od współ­za­wod­nic­twa mor­skie­go. Ruj­nu­ją­ce wy­dat­ki na okrę­ty li­nio­we nie po­lep­szą względ­nej po­zy­cji Nie­miec, pod­kre­śla­li oba mi­ni­stro­wie, po­nie­waż "każ­dy An­glik wyda swój ostat­ni grosz, aby za­cho­wać" bry­tyj­skie pa­no­wa­nie na mo­rzu. A rów­no­cze­śnie wy­ścig zbro­jeń mor­skich i wy­rzu­ca­nie w bło­to mi­lio­nów fun­tów i ma­rek po­gar­sza wza­jem­ne sto­sun­ki. Oba­wy Nie­miec przed ata­kiem ze stro­ny Bry­ta­nii i ar­gu­men­ty, że po­trze­ba flo­ty dla od­par­cia ta­kie­go ata­ku są bez­pod­staw­ne; Lloyd Geo­r­ge żar­tem przy­po­mniał na­wet Met­ter­ni­cho­wi dow­cip Bi­smarc­ka, że gdy­by ar­mia an­giel­ska wy­lą­do­wa­ła na zie­mi nie­miec­kiej, to "jej aresz­to­wa­nie po­zo­sta­wił­by po­li­cji". Lloyd Geo­r­ge su­ge­ro­wał, że naj­sku­tecz­niej­szym spo­so­bem uspo­ko­je­nia an­giel­skiej opi­nii pu­blicz­nej by­ło­by spo­wol­nie­nie tem­pa bu­do­wy nie­miec­kich pan­cer­ni­ków. Bry­ta­nia, po­wie­dział, bę­dzie " jak naj­bar­dziej go­to­wa wyjść Niem­com na­prze­ciw po­przez usta­no­wie­nie wspól­nej pod­sta­wy dla ob­ni­że­nia roz­bu­do­wy obu flot".

Ka­iser, któ­ry uwa­żał flo­tę za swo­ją pry­wat­ną dział­kę, trak­to­wał każ­dą su­ge­stię, że moż­na by ją zmniej­szyć, jako oso­bi­stą ob­ra­zę, a rów­no­cze­śnie atak na jego pre­ro­ga­ty­wy. Na mar­gi­ne­sach de­pe­szy Met­ter­ni­cha na­gry­zmo­lił: "Tak bez­czel­nej mowy ze stro­ny An­glii jesz­cze nie sły­sza­no!"; "Tu­pet - pierw­sza kla­sa!"; Nig­dy nie bę­dzie się nam dyk­to­wać, jaki po­wi­nien być skład na­szych sił zbroj­nych"; "Po­win­ni­śmy na to spoj­rzeć jak na wy­po­wie­dze­nie woj­ny"; "Nie, Nie bę­dzie żad­nych roz­mów na ten te­mat!". Na koń­cu li­stu Wil­helm dał dłuż­szy upust swo­im uczu­ciom:

Bra­wo, Met­ter­nich! Do­sko­na­leś wy­ko­nał swo­ją ro­bo­tę, poza tym jed­nym je­dy­nym, naj­waż­niej­szym punk­tem. Pan Am­ba­sa­dor cał­ko­wi­cie prze­oczył, że nie miał po­zwo­le­nia na choć­by naj­bar­dziej nie­zo­bo­wią­zu­ją­ce i wy­ra­ża­ne jako pry­wat­ne po­glą­dy [zga­dza­nie się] na bez­czel­ne żą­da­nia an­giel­skich mi­ni­strów, zmie­rza­ją­ce do za­pew­nie­nia so­bie spo­ko­ju przez zmniej­sze­nie na­szych sił mor­skich. W ten spo­sób wkro­czył na bar­dzo nie­bez­piecz­ną i stro­mą dro­gę. Współ­czu­ję mu z tego po­wo­du. Trze­ba mu bę­dzie wy­raź­nie pod­kre­ślić, że na­praw­dę nie ży­czę so­bie po­ro­zu­mie­nia z An­glią kosz­tem zmniej­sze­nia flo­ty nie­miec­kiej. Je­śli An­glia za­mie­rza je­dy­nie wdzięcz­nym ge­stem wy­cią­gać ku nam ręce, rów­no­cze­śnie po­wia­da­jąc nam, że po­win­ni­śmy zre­du­ko­wać na­szą flo­tę, to jest to nad­mier­ne zu­chwal­stwo, za­wie­ra­ją­ce w so­bie wiel­ką ob­ra­zę dla na­ro­du nie­miec­kie­go i jego ka­ise­ra, któ­re po­win­no zo­stać przez am­ba­sa­do­ra od­rzu­co­ne a li­mi­ne69! Ta­kim sa­mym pra­wem Fran­cja i Ro­sja mo­gły­by po­tem za­żą­dać od nas ogra­ni­cze­nia na­szych sił lą­do­wych. Gdy tyl­ko po­zwo­li się ja­kie­mu­kol­wiek ob­ce­mu mo­car­stwu wtrą­cać się we wła­sne zbro­je­nia, to moż­na się od razu wy­co­fać, jak Hisz­pa­nia czy Por­tu­ga­lia! Flo­ta nie­miec­ka nie jest bu­do­wa­na prze­ciw ko­mu­kol­wiek ani na­wet prze­ciw An­glii!

Ale za to zgod­nie z na­szy­mi po­trze­ba­mi! Zo­sta­ło to po­wie­dzia­ne cał­kiem ja­sno w Usta­wie mor­skiej i nie zmie­ni­ło się od je­de­na­stu lat! Usta­wa ta zo­sta­nie wy­ko­na­na co do joty; nie ob­cho­dzi nas, czy to się Bry­ta­nii po­do­ba, czy też nie. Je­śli chcą woj­ny, to oni mu­szą ją za­cząć, my się jej nie oba­wia­my!

(Pod­pi­sa­no) WIL­HELM R.I.

Dwa ty­go­dnie póź­niej Met­ter­nich za­pro­sił Greya i Lloyd Geo­r­ge'a do am­ba­sa­dy nie­miec­kiej. Obaj mi­ni­stro­wie an­giel­scy po­wró­ci­li do pier­wot­ne­go te­ma­tu: "Kwe­stia ma­ry­nar­ki wo­jen­nej jako cen­tral­ny punkt sto­sun­ków nie­miec­ko-an­giel­skich". "Pan Lloyd Geo­r­ge - ra­por­to­wał Met­ter­nich do Ber­li­na - na­wią­zał po­tem do swo­je­go ulu­bio­ne­go po­my­słu po­ha­mo­wa­nia tem­pa bu­do­wy no­wych okrę­tów i usil­nie na­ma­wiał mnie, aby wy­ko­rzy­stać czas, kie­dy to przy ste­rze jest mi­łu­ją­cy po­kój rząd li­be­ra­łów". Barw­ne ko­men­ta­rze ka­ise­ra na mar­gi­ne­sach nadal po­zo­sta­wa­ły gwał­tow­ne: "To jest ten ro­dzaj gad­ki, ja­kie­go do­tych­czas uży­wa­no tyl­ko w sto­sun­ku do ta­kich kre­atur jak Chiń­czy­cy lub Wło­si! To nie­sły­cha­ne!"; "Je­śli An­glia chce woj­ny, po­zwól­my jej ją roz­po­cząć, już my jej damy!". W dłu­gim przy­pi­sie koń­co­wym do tego dru­gie­go ra­por­tu Wil­helm dał upust swo­jej zło­ści na Met­ter­ni­cha:

"Roz­mo­wa tego ro­dza­ju, jaka się od­by­ła mię­dzy Lloyd Geo­r­gem i Met­ter­ni­chem jest kom­plet­nie nie­god­na Nie­miec i pro­wo­ka­cyj­na wzglę­dem nich! Mu­szę go pro­sić, aby na przy­szłość sta­rał się nie mieć nic wspól­ne­go z tego ro­dza­ju plwo­ci­na­mi. Oto tu­taj bar­dzo cier­pli­wie za­ak­cep­to­wał, jako słu­chacz, opi­nie i roz­ka­zy an­giel­skich po­li­ty­ków i zdo­był się tyl­ko na cał­ko­wi­cie nie­sku­tecz­ny pro­test. Po­wi­nien dać tym pa­nom [...] od­po­wiedź w ro­dza­ju "Idź­cie do dia­bła!", etc. To by im przy­wró­ci­ło przy­tom­ność. To, że ten Lloyd Geo­r­ge od­wa­żył się na­wet wyjść z roz­ka­zem okre­śle­nia tem­pa bu­do­wy NA­SZYCH okrę­tów, prze­kra­cza wszel­kie gra­ni­ce, ale jest oczy­wi­ście re­zul­ta­tem wkro­cze­nia przez Met­ter­ni­cha pod­czas pierw­szej roz­mo­wy na nie­bez­piecz­ną ścież­kę w ro­dza­ju "moż­li­wość nie jest wy­klu­czo­na". Mą­drzy Bry­tyj­czy­cy pró­bu­ją wziąć go na hak, a wcze­śniej czy póź­niej szarp­ną za lin­kę i wy­cią­gną go na brzeg; i to po­mi­mo tych "pry­wat­nych roz­mów", "nie­zo­bo­wią­zu­ją­ce­go cha­rak­te­ru wy­ra­ża­nia opi­nii", itp.! Po­wi­nien on ab ovo od­rzu­cać wszyst­ko ta­ki­mi uwa­ga­mi jak, "Ża­den kraj nie po­zwo­li so­bie dyk­to­wać lub być upo­mi­na­nym przez inny kraj od­no­śnie do wiel­ko­ści i ro­dza­ju swo­je­go uzbro­je­nia", "Od­ma­wiam dys­ku­sji nad tymi spra­wa­mi" [...].

Met­ter­nich po­wi­nien dać ta­kie­mu fa­na­ty­ko­wi kopa w dupę; jest zbyt mięk­ki!".

Mimo wście­kło­ści ka­ise­ra Met­ter­nich po­zo­stał na swo­jej pla­ców­ce. W dal­szym cią­gu prze­ka­zy­wał swo­je spo­strze­że­nia i opi­nie, sta­ra­jąc się wy­ja­śnić Ber­li­no­wi bry­tyj­ską per­spek­ty­wę: "An­gli­cy oba­wia­ją się na­szej flo­ty, po­nie­waż je­ste­śmy ich naj­bliż­szy­mi są­sia­da­mi i wy da­je­my się im bar­dziej sku­tecz­ni od in­nych na­ro­dów. [...]". Ka­iser wark­nął: An­gli­cy "będą się mu­sie­li po pro­stu przy­zwy­cza­ić do na­szej flo­ty. A od cza­su do cza­su mu­si­my ich za­pew­nić, że nie jest ona skie­ro­wa­na prze­ciw nim".

Ka­iser nie pra­gnął wal­czyć z Mry­nar­ką Kró­lew­ską i nig­dy nie ma­rzył o in­wa­zji na Wy­spy Bry­tyj­skie. Bu­do­wał flo­tę, aby gło­si­ła wiel­kość ce­sar­skich Nie­miec, aby świat z sza­cun­kiem słu­chał nie­miec­kie­go ce­sa­rza, a po­nad wszyst­ko, aby zdo­być apro­ba­tę An­glii i zmniej­szyć uza­leż­nie­nie Nie­miec na oce­anach świa­ta od ła­ski An­gli­ków. Po­nie­waż ma­ry­nar­ka bry­tyj­ska była znacz­nie sil­niej­sza, uwa­żał on skar­gi Bry­tyj­czy­ków od­no­śnie wiel­ko­ści jego wła­snej flo­ty za im­per­ty­nenc­kie i na­pa­stli­we. W sierp­niu 1908 roku Wil­helm z na­ci­skiem wy­ra­ził te opi­nie wo­bec Sir Char­le­sa Har­din­ge'a, pod­se­kre­ta­rza sta­nu w bry­tyj­skim Mi­ni­ster­stwie Spraw Za­gra­nicz­nych, któ­ry po­dró­żo­wał z kró­lem Edwar­dem VII do Nie­miec. Po lun­chu w Kron­ber­gu roz­mo­wa Har­din­ge'a z ka­ise­rem ze­szła na te­mat ogra­ni­cze­nia zbro­jeń mor­skich. Po­nie­waż aż do tej chwi­li ka­iser był tak przy­ja­zny, Har­din­ge za­po­mniał się i po­wie­dział: "Ale mu­si­cie bu­do­wać wol­niej". Wil­helm na­tych­miast uniósł się i oznaj­mił, że ni­ko­mu nie wol­no uży­wać sło­wa "musi" wo­bec Ce­sa­rza Nie­miec. Je­śli An­glia ob­sta­je przy ogra­ni­cze­niu nie­miec­kich zbro­jeń, "to zna­czy, że bę­dzie­my wal­czyć. Jest to kwe­stia ho­no­ru i god­no­ści na­ro­do­wej". Póź­niej Wil­helm tak opo­wia­dał o tej sce­nie Bülo­wo­wi: "Spoj­rza­łem mu pro­sto w oczy. Sir Char­les za­czer­wie­nił się, skło­nił, prze­pra­szał za swo­je sło­wa i pro­sił wręcz o prze­ba­cze­nie, za­po­mnie­nie i po­trak­to­wa­nie ich jako uwag uczy­nio­nych nie­chcą­cy w pry­wat­nej roz­mo­wie". Po obie­dzie, cią­gnął ka­iser, "gdy nada­łem mu Or­der Czer­wo­ne­go Orła Pierw­szej Kla­sy, go­tów był jeść mi z ręki. [...] Moje szcze­re sło­wa, gdy po­ka­za­łem mu zęby, od­nio­sły nie­za­wod­ny sku­tek. Za­wsze tak mu­sisz po­stę­po­wać z An­gli­ka­mi".

Bülow miał, jako kanc­lerz, kon­sty­tu­cyj­ne pra­wo do ostat­nie­go sło­wa w spra­wach po­li­ty­ki za­gra­nicz­nej ce­sar­stwa. Po­pie­rał on roz­bu­do­wę flo­ty; za­wdzię­czał swo­ją no­mi­na­cję na mi­ni­stra spraw za­gra­nicz­nych i kanc­le­rza swo­jej zgo­dzie na prze­ko­na­nie Wil­hel­ma, że przy­szłość Nie­miec leży na wo­dzie. Przy­jął na­wet "teo­rię ry­zy­ka" i "stre­fy nie­bez­pie­czeń­stwa" oraz twier­dze­nie, że gdy Niem­cy przej­dą "stre­fę nie­bez­pie­czeń­stwa", flo­ta nie­miec­ka sta­nie się na­rzę­dziem wy­wie­ra­nia pre­sji dy­plo­ma­tycz­nej na Wiel­ką Bry­ta­nię. Bülow był tak­że świa­dom po­li­tycz­nej nie­na­ru­szal­no­ści sto­sun­ków po­mię­dzy Tir­pit­zem a ka­ise­rem. Każ­de wy­zwa­nie rzu­co­ne mi­ni­stro­wi ma­ry­nar­ki było ry­zy­kow­ne; Bülow czuł, że je­dy­ną oso­bą w ca­łym rzą­dzie Rze­szy, któ­rą ce­sarz przed­ło­żył­by nad nie­go sa­me­go był wła­śnie Tir­pitz. Zgod­nie z tym prze­ko­na­niem, gdy la­tem 1908 roku Wil­helm uskar­żał się gorz­ko na Met­ter­ni­cha, Bülow po­now­nie po­twier­dził swo­ją wia­rę we flo­tę: "Bła­gam Wa­szą Ce­sar­ską Mość, aby nie wąt­pił w to, że po­pie­ram pla­ny Wa­szej Ce­sar­skiej Mo­ści do­ty­czą­ce ma­ry­nar­ki i to tak ser­cem, jak i gło­wą - pi­sał - Wiem, że stwo­rze­nie flo­ty jest za­da­niem, ja­kie hi­sto­ria zwią­że z Wa­szą Ce­sar­ską Mo­ścią".

Mimo wszyst­ko po­glą­dy Met­ter­ni­cha zro­bi­ły wra­że­nie na Bülo­wie. Brał on pod uwa­gę ostrze­że­nia am­ba­sa­do­ra, że przy­śpie­sza­nie bu­do­wy dred­no­tów w Niem­czech prze­ra­ża­ło rząd li­be­ra­łów i od­strę­cza­ło an­giel­ską opi­nię pu­blicz­ną. Kanc­lerz oba­wiał się, że ga­bi­net bry­tyj­ski, po­py­cha­ny przez Sir Joh­na Fi­she­ra, może ze­zwo­lić na atak pre­wen­cyj­ny na mło­dą flo­tę nie­miec­ką. W li­sto­pa­dzie 1908 umoc­nio­ny swo­im trium­fal­nym prze­mó­wie­niem w Re­ich­sta­gu w spra­wie wy­wia­du dla "Da­ily Te­le­graph", kanc­lerz wy­py­tał Tir­pit­za. Rząd i na­ród an­giel­ski są peł­ni obaw w związ­ku z flo­tą nie­miec­ka, po­wie­dział, a pra­sa an­giel­ska sze­ro­ko wspo­mi­na o moż­li­wo­ści woj­ny pre­wen­cyj­nej. Tak więc, "mu­szę Wa­szej Eks­ce­len­cji za­dać py­ta­nie, czy Niem­cy i na­ród nie­miec­ki mogą ocze­ki­wać an­giel­skie­go ata­ku ze spo­ko­jem i uf­no­ścią".

Tri­pitz od­cze­kał trzy ty­go­dnie, za­nim udzie­lił od­po­wie­dzi, w któ­rej przy­zna­wał, że wo­bec miaż­dżą­cej prze­wa­gi flo­ty bry­tyj­skiej Niem­cy prze­gra­ły­by woj­nę mor­ską. Był to jed­nak, zda­niem Tir­pit­za, ar­gu­ment prze­ma­wia­ją­cy za po­więk­sza­niem, nie zaś zmniej­sza­niem flo­ty nie­miec­kiej: "Na­szym obo­wiąz­kiem jest zbro­ić się ze wszyst­kich sił. [...] Każ­dy nowy okręt wcie­lo­ny do na­szej flo­ty li­nio­wej zwięk­sza ry­zy­ko An­glii, je­śli ta ze­chce nas za­ata­ko­wać". Poza tym, cią­gnął Tir­pitz, Met­ter­nich błęd­nie zro­zu­miał ko­rze­nie bry­tyj­skich obaw i an­ta­go­ni­zmu, któ­re nie tkwią w roz­bu­do­wie na­szej flo­ty lecz w nie­miec­kiej kon­ku­ren­cji go­spo­dar­czej. Ustęp­stwa w za­kre­sie ma­ry­nar­ki wca­le nie zli­kwi­du­ją tej ry­wa­li­za­cji i nie zmniej­szą re sen­ty­men­tów. Tir­pitz zlek­ce­wa­żył ga­da­nie o ata­ku bry­tyj­skim: "Moż­li­wość woj­ny pre­wen­cyj­nej to strach na wró­ble i fik­cja stwo­rzo­na przez na­szych dy­plo­ma­tów [t.j. Met­ter­ni­cha], aby zmięk­czyć lu­dzi któ­rzy im się prze­ciw­sta­wia­ją". Z Lon­dy­nu Met­ter­nich prze­ciw­sta­wiał się Tir­pit­zo­wi: "Kar­dy­nal­nym punk­tem w na­szych sto­sun­kach z An­glią jest wzrost na­szej flo­ty. Wy­słu­chi­wa­nie tego może nie spra­wiać nam przy­jem­no­ści, nie wi­dzę jed­nak, co moż­na by zy­skać na ukry­wa­niu praw­dy".

We­wnętrz­na de­ba­ta na naj­wyż­szym szcze­blu rzą­du nie­miec­kie­go cią­gnę­ła się przez całą zimę i wcze­sną wio­snę 1909 roku. W Bry­ta­nii nowa nie­miec­ka usta­wa mor­ska z jej czte­re­ma dred­no­ta­mi rocz­nie oraz oba­wa, że Niem­cy w ta­jem­ni­cy przy­śpie­sza­ją bu­do­wę okrę­tów do­pro­wa­dzi­ły do prze­sław­nej "pa­ni­ki mor­skiej". Re­zul­tat: prze­myśl­ny kom­pro­mis Asqu­itha o czte­rech okrę­tach te­raz, czte­rech póź­niej, je­śli oka­że się to ko­niecz­ne. W Ber­li­nie ka­iser stop­nio­wo przy­cho­dził do sie­bie po za­ła­ma­niu ner­wo­wym zwią­za­nym z opu­bli­ko­wa­niem jego wy­wia­du w "Da­ily Te­le­graph". Re­pu­ta­cja Bülo­wa, się­gnąw­szy szczy­tu za­raz po jego wy­stą­pie­niu w Re­ich­sta­gu 10 li­sto­pa­da, stop­nio­wo ma­la­ła. "Czu­jąc, że ry­chło może prze­stać być kanc­le­rzem", Bülow zwo­łał na 3 czerw­ca 1909 kon­fe­ren­cję w Pa­ła­cu Kanc­ler­skim. Jej przed­mio­tem była kwe­stia ma­ry­nar­ki i moż­li­wość osią­gnię­cia po­ro­zu­mie­nia z An­glią. Z Lon­dy­nu zo­stał we­zwa­ny Met­ter­nich; obec­ni byli tak­że, obok Tir­pit­za: Molt­ke - szef Szta­bu Ge­ne­ral­ne­go, Be­th­mann-Hol­l­weg - wi­ce­kanc­lerz i przy­szły kanc­lerz oraz Scho­en - mi­ni­ster spraw za­gra­nicz­nych. Bülow roz­po­czął od wzię­cia w obro­nę Met­ter­ni­cha: pierw­szym obo­wiąz­kiem przed­sta­wi­cie­la za­gra­nicz­ne­go jest, oznaj­mił, prze­ka­zy­wać stam­tąd praw­dę. Na­stęp­nie am­ba­sa­dor i mi­ni­ster ma­ry­nar­ki wy­mie­ni­li zna­ne ar­gu­men­ty, Met­ter­nich za­pew­niał, że roz­bu­do­wa flo­ty nie­miec­kiej jest je­dy­ną przy­czy­ną za­nie­po­ko­je­nia Bry­tyj­czy­ków, a Tir­pitz pro­te­sto­wał, że po­wo­dem jest ry­wa­li­za­cja han­dlo­wa. Bülow za­py­tał, czy ja­kiś okre­ślo­ny sto­su­nek tem­pa bu­do­wy okrę­tów po­mię­dzy Niem­ca­mi i An­glią był­by do przy­ję­cia przez Tir­pit­za. Tir­pitz za­pro­po­no­wał trzy nie­miec­kie dred­no­ty na czte­ry bry­tyj­skie. Met­ter­nich wtrą­cił, że to szyb­ko do­pro­wa­dzi­ło­by do woj­ny. Bülow za­py­tał Tir­pit­za, ja­kie by­ły­by szan­se Nie­miec w ra­zie woj­ny. Ad­mi­rał od­parł, że "na­sza ma­ry­nar­ka nie [jest] obec­nie w po­ło­że­niu umoż­li­wia­ją­cym jej wyj­ście w mo­rze i wal­kę z An­glią jako zwy­cięz­ca". Molt­ke oznaj­mił, że w ta­kim ra­zie wy­da­je się rze­czą roz­sąd­ną spró­bo­wać po­ro­zu­mie­nia opar­te­go na spo­wol­nie­niu tem­pa bu­do­wy okrę­tów. Be­th­mann-Hol­l­weg zgo­dził się z tym. Bülow pró­bo­wał uła­go­dzić Tir­pit­za po­przez za­wę­że­nie za­kre­su po­ten­cjal­ne­go po­ro­zu­mie­nia. Po­wie­dział, że nie ma na my­śli ja­kie­goś per­ma­nent­ne­go po­ro­zu­mie­nia, lecz tyl­ko ta­kie, któ­re trwa­ło­by do­sta­tecz­nie dłu­go, aby prze­pro­wa­dzić Niem­cy przez "stre­fę nie­bez­pie­czeń­stwa" bez woj­ny pre­wen­cyj­nej. Za­py­ta­ny, jak dłu­go mia­ła­by trwać "stre­fa nie­bez­pie­czeń­stwa", Tir­pitz od­parł: "Pięć do sze­ściu lat [...] po­wiedz­my, do 1915 roku, po po­sze­rze­niu Ka­na­łu Ki­loń­skie­go i ukoń­cze­niu for­ty­fi­ko­wa­nia Hel­go­lan­du".

Gdy Bülow zło­żył ka­ise­ro­wi spra­woz­da­nie z kon­fe­ren­cji, Wil­helm "wy­śmiał moje oba­wy" - po­wie­dział kanc­lerz. "An­gli­cy nig­dy nie za­ata­ku­ją nas sami - snuł roz­wa­ża­nia ka­iser - a w tej chwi­li nie znaj­dą so­bie so­jusz­ni­ków". Mimo to 23 czerw­ca Bülow wy­słał Met­ter­ni­cho­wi do Lon­dy­nu in­struk­cje, aby roz­po­czął dzia­ła­nia w kie­run­ku Ja­kiejś en­ten­ty w kwe­stii wo­jen­no­mor­skiej [...] pod wa­run­kiem, że zo­sta­nie to po­wią­za­ne z ge­ne­ral­ną re­orien­ta­cją po­li­ty­ki an­giel­skiej w stro­nę bar­dziej ko­rzyst­ną dla Nie­miec". Na­stęp­ne­go dnia Re­ich­stag od­rzu­cił Bülo­wo­wi Usta­wę o po­dat­ku spad­ko­wym. Dwa dni po­tem na po­kła­dzie "Ho­hen­zol­ler­na" kanc­lerz zło­żył swo­ją re­zy­gna­cję, a 14 lip­ca zo­sta­ła ona przy­ję­ta.