Złota Seria. DREADNOUGHT Tom 2. Brytania, Niemcy i nadejście Wielkiej Wojny - Robert K. Massie
60.00 zł

60.00 zł

Reflow text when sidebars are open.
Henry Campbell (pod takim nazwiskiem urodził się w 1836 roku) wychował się w atmosferze przesiąkniętej solidnym, uporządkowanym podejściem do polityki, religii i pomyślności ekonomicznej. Jego ojciec, Sir James Campbell, był równocześnie odnoszącym sukcesy importerem zagranicznych towarów, jak i lordem Provostem1 miasta Glasgow. Synowie Campbella mieli także zajmować się prowadzeniem interesów, więc wcześnie weszli w kontakt z obcymi im miejscami i językami. Henry i jego starszy brat James często towarzyszyli ojcu podczas jego wizyt we Francji. Gdy Henry miał lat czternaście, przez dziesięć miesięcy objeżdżał razem z Jamesem Europę. Nadal mając tylko czternaście lat, za to dogłębnie znając język i literaturę francuską, zapisał się na Uniwersytet w Glasgow, gdzie spędził cztery lata, po czym przeniósł się do Trinity College w Cambridge, gdzie uzyskał niewyróżniający dyplom trzeciej klasy z literatury klasycznej. W 1858 roku wrócił do Glasgow, by pracować u boku ojca. Dwa lata później na weselu brata zakochał się w poznanej wtedy Charlotcie Bruce, córce generała majora dowodzącego garnizonem w Edynburgu. Dzień ich ślubu, kiedy miał dwadzieścia pięć, a ona - dwadzieścia osiem lat, był, jak sam mówił, najszczęśliwszym dniem jego życia. Nie mieli dzieci, lecz dzielili się każdą myślą i każdą wolną chwilą. Bawiły ich te same dowcipy, często rozmawiali ze sobą po francusku i wymyślali własne przezwiska dla znanych postaci polityki. Charlotte obdarzona była silną wolą i dość złośliwie oceniała ludzi. Do jej obowiązków, tak jak je pojmowała, należała ochrona męża przed tymi, którzy byliby skłonni wyzyskiwać to, co uważała za jego nadmiernie ufną naturę. Jego zaś zadaniem, jak sam to pojmował, było dbać o nią przez ciągłą obecność i trwałe przywiązanie podczas powtarzających się długich okresów choroby. Ufał bezwzględnie jej sądom i -zwłaszcza gdy przychodziło oceniać czyjś charakter - nigdy nie uczynił kroku bez zasięgnięcia jej porady. "Zwrócimy się z tym do Autorytetu - powiedział kiedyś przyjacielowi - i ona zadecyduje. Jej sądy są nieomylne".
W 1868 roku, po dziesięciu latach zajmowania się biznesem, Henry Campbell został wybrany do Izby Gmin z okręgu Stirling. Trzy lata później zmienił nazwisko. Bogaty wuj, Henry Bannerman, zmarł pozostawiwszy siostrzeńcowi wielki spadek pod warunkiem, że ten doda "Bannerman" do swego nazwiska. Campbell się zgodził, choć przyszło mu tego żałować. Do przyjaciela napisał: "Widzę, że jesteś już zmęczony, pisząc to moje okropnie długie nazwisko; mnie samego męczy to od dawna. Zawsze najbardziej lubię być nazywany po prostu Campbell, jak zresztą czyni większość moich przyjaciół. [...] Alternatywą jest C. BZ'. Jego żona, jeszcze mniej zadowolona ze zmiany nazwiska, przez wszystkie lata niezmiennie pisała się po prostu "Charlotte Campbell".
C. B. powoli piął się w górę politycznej hierarchii Partii Liberalnej. Zanim doszedł do rangi członka gabinetu, zostając w 1885 roku ministrem wojny, spędził siedemnaście lat jako prosty poseł w Izbie Gmin. Ku swemu przerażeniu stwierdził, że zaraz na pierwszym posiedzeniu rządu, w jakim brał udział, został posadzony obok siedemdziesięciosześcioletniego premiera - pana Gladstone'a. "Siedziałem cichutko - wspominał Campbell-Bannerman - "na samej krawędzi krzesła, niczym jakaś fausse marquise2, obawiając się przebywać w zasięgu skrzydeł Wielkiego Człowieka. C. B. pozostawał w Ministerstwie Wojny podczas przesilenia rządowego trzeciego rządu Gladstone'a, wrócił do gabinetu, gdy Wielki Starzec utworzył swój czwarty rząd i pozostał na stanowisku także podczas krótkiej kadencji błyskotliwego dziedzica Gladstone'a - hrabiego Rosebery.
Campbell-Bannerman stał się zresztą, choć w sposób niezamierzony, przyczyną upadku rządu Rosebery'ego. Liberalna większość w Izbie Gmin stopniowo malała, a wyborcy nie lubili rządów w stylu Gladstone'a bez Gladstone'a. Całymi tygodniami rząd kuśtykał jakoś z większością rzędu siedmiu, ośmiu głosów. 21 czerwca 1895 roku tematem obrad był projekt budżetu armii, co zwykle powodowało opustoszenie izby, na przeciwległych ławach pozostawało zazwyczaj po garstce posłów. Wniosek rządowy spoczywał w rękach C. B., jako ministra wojny. Niespodziewanie, w starannie obliczonym pociągnięciu, opozycja postawiła wniosek o stufuntowe zmniejszenie pensji ministra pod zarzutem niedostatecznych zapasów kordytu3. C. B. odparł, że w opinii ekspertów i doradców, istnieje jeszcze spora rezerwa. Odmówił jednak publicznego przytoczenia liczb, choć proponował, że pokaże je prywatnie przywódcom opozycji. Nie byli jednak tym zainteresowani. Na scenę wkroczyli Balfour i Chamberlain, żeby przyłączyć się do ataku. Liberalni whipowie rzucili się w pogoń za posłami swojej partii, żeby ich odszukać i zgromadzić w izbie, gdy jednak doszło do głosowania, rządowi zabrakło siedmiu głosów. Zamiast kontynuować taką nędzną egzystencję - od okazji do okazji - rząd wolał zrezygnować. Królowa posłała po Salisbury'ego. C. B. był oburzony zarzutami o rzekomych brakach kordytu: "Co do głosowania, to jestem z niego bardzo dumny. Przecież był to niemal szantaż. Już raczej mamy nadmiar aniżeli niedostatek amunicji".
Pierwsze lata długich rządów lorda Salisbury były trudne dla Partii Liberalnej. Brakowało pewnej ręki przywódcy. Gladstone, już dobrze po osiemdziesiątce, żył bezczynnie na emeryturze. Lord Rosebery, następca Gladstone'a na stanowisku premiera, pozostawał przywódcą opozycji, lecz nie trzymał partii mocno w garści. Był hrabią, młodym, przystojnym, szykownym, elokwentnym mówcą, ulubieńcem prasy. Jego mariaż z Rotszyldówną przyniósł mu wiano 100 000 funtów szterlingów, za które utrzymywał stajnię wyścigową i jacht. Podczas tych szesnastu miesięcy, jakie spędził na stanowisku premiera, dwa z jego koni wygrały Derby, i to rok po roku. Rosebery był z tego niezwykle dumny, niemal bardziej niż z jakiegoś sukcesu w polityce. Światek torów wyścigowych go uwielbiał, lecz szeregowi liberałowie, twardzi, nonkonformistyczni wyznawcy zasad pana Gladstone'a krzywo patrzyli na spektakl, w którym arystokratyczny wig odrywa się od swoich obowiązków premiera, aby zająć się oklaskiwaniem konia. Słabość Rosebery'ego do wyścigów nie była bynajmniej największą z eego słabości. Wielu obserwatorom wydawało się, że w ogóle należy on do niewłaściwej partii. W sprawach Południowej Afryki, Home Rule, polityki podatkowej i gospodarowania ziemią, jego poglądy pasowałyby bardziej do torysa niż do liberała. Gladstone, który mianował go ministrem spraw zagranicznych, streścił swoją o nim opinię, powiadając że "Rosebery był jednym z najzdolniejszych, a także najzacniejszych ludzi jakich znał, lecz zawsze wątpił, czy naprawdę posiada on odrobinę zdrowego rozsądku".
Pozbawiony urzędu, pozostając przywódcą partii, Rosebery zaczął się dąsać. Gladstone, choć szło mu już na osiemdziesiąty siódmy rok, nadal przemawiał publicznie, przyciągając ogromne tłumy. Rosebery uskarżał się, że podważa to jego pozycję, aby ostatecznie, stwierdziwszy, iż znalazł się "w sytuacji widocznej różnicy opinii ze znaczną większością mas Partii Liberalnej [...] a także w niejakim konflikcie ze zdaniem pana Gladstone'a", zrezygnować z przywództwa partii. Jego następcą został Sir William Harcourt, przywódca liberałów w Izbie Gmin, ale po roku także i on podał się do dymisji. Whipowie partyjni zaoferowali przywództwo Herbertowi Henry'emu Asquithowi, najzdolniejszemu mówcy w partii, lecz ten, mając czterdzieści sześć lat, musiał zarabiać na życie w palestrze, aby zdobyć środki na utrzymanie rodziny, więc zasugerował, żeby stanowisko objął Campbell-Bannerman, starszy od niego o lat szesnaście.
C.B. zgodził się, choć niechętnie. Był on solidną, budzącą zaufanie postacią, o skłonnościach do ugody, człowiekiem wiernym, z poczuciem humoru, przenikliwym, uprzejmym, dobrodusznym. Zawsze dotąd wiernie towarzyszył partii, choć nie wykazywał się szczególną aktywnością na frontowych ławach. Beatrice Webb opisała go jako "człowieka nadającego się doskonale na stanowisko biernego partnera w jakimś odziedziczonym biznesie". Jego zdrowie było dość niepewne, zaś zdrowie jego żony - całkiem kiepskie. Zdawało się rzeczą nieprawdopodobną, by zaprzągł siebie do tego ciężkiego wozu, jaki stanowiły trudne i nieustanne obowiązki przywódcy partii. C. B. jednak się zgodził, ponieważ nie było nikogo innego - uważał zatem, że jest to jego obowiązkiem. Z początku sytuacja taka dawała pewne korzyści: nie chciał tej roboty, więc nikt nie mógł go oskarżyć, że sprzątnął mu ją sprzed nosa. Nie miał wrogów, wszyscy okazywali mu wdzięczność. W 1898 roku zmarł Gladstone, co usunęło ze sceny jego wielką, od czterdziestu lat przyćmiewającą wszystkich polityków liberalnych postać. Niektórym z liberałów brakowało błyskotliwości i czaru lorda Rosebery, inni jednak byli zadowoleni z faktu, że nareszcie rozwiała się mgiełka wątpliwości otaczająca ostatnio intencje przywódcy partii. Wokół C. B. nie było niczego enigmatycznego. Twardo obstawał za ideami liberalnymi w ich najprostszej postaci i wyraźnie pracował nad doprowadzeniem partii Liberalnej z powrotem do władzy... powiadano, że "wielką przewagą Campbella-Bannermana było to, iż zawsze wyglądał na tkwiącego w zamęcie bitwy, podczas gdy lord Rosebery zawsze zdawał się być ponad tym". Przez siedem lat swojego przywództwa, jakie upłynęły zanim liberałowie zdobyli władzę w 1905 roku, C. B. zawsze skromnie powiadał, że kwestia, kto zostanie premierem w następnym rządzie liberałów, powinna zostać zdecydowana dopiero wtedy, gdy chwila ta nadejdzie. Przez jakiś czas C. B. mówił nawet przyjaciołom, że lord Rosebery, gdyby tylko zechciał, mógłby w każdej chwili objąć ponownie przywództwo. "Drzwi zawsze pozostają otwarte na powrót lorda Rosebery" - powiedział.
Sprawą, która uczyniła powrót lorda Rosebery niemożliwym i tak głęboko podzieliła Partię Liberalną, że ta nie mogła w żaden sposób dojść do władzy, była wojna burska. Campbell-Bannerman od samego początku zdawał sobie sprawę, że wojna rozbije jedność partii. Jej większość - zgodnie ze starą tradycją Gladstone'a - była tej wojnie przeciwna. Spośród liderów należeli do niej: C. B., Morley i Lloyd George. Przeciwstawiali się oni imperializmowi, tak jak niegdyś Gladstone, a w Imperium dostrzegali zarówno narzędzie zastraszania i wyzysku, jak i jego wpływ cywilizacyjny. W tym konkretnym przypadku przyczyn wojny upatrywali w nikczemnym postępowaniu niektórych członków rządu, przede wszystkim Chamberlaina. To minister kolonii, w sojuszu z Rhodesem, uknuł plugawą intrygę w interesie bandy uganiających się za zyskiem osobników, którzy chcieli wykorzystać potęgę wielkiego kraju, aby stłumić wolność i wykraść skarby małym i bezbronnym. Z takiej perspektywy Burowie byli "małym narodem walczącym o prawo do wolności", zaś ultimatum Krugera było desperackim wyzwaniem, w które prezydent Burów został wciągnięty na skutek przemyślnej prowokacji.
Rosebery odrzucał takie stanowisko i w sprawie wojny opowiadał się za rządem. Były premier jednak tak daleko już zdryfował od mas partyjnych, że jego poglądy nie powodowały większych skutków. Znacznie ważniejsze było stanowisko zajmowane przez trójkę bardzo aktywnych, młodszych wiekiem liderów liberałów, H. H. Asquitha, Sir Edwarda Greya i Richarda B. Haldane'a, którzy, choć mocno oddani partii, to jednak w sprawie Południowej Afryki popierali rząd. Za tym triumwiratem stało pięćdziesięciu szeregowych posłów liberalnych, a cała ta grupa nazywana była liberalnymi imperialistami. Dla Asquitha, byłego ministra spraw wewnętrznych i najwybitniejszego członka tej frakcji, kluczową sprawą było: kto rozpoczął tę wojnę? Dla niego decydującymi krokami były: burskie ultimatum i wtargnięcie Burów na przylegające terytoria brytyjskie. Asquith wyjaśniał to tak: "My [liberalni imperialiści] uważaliśmy, że ani rząd, ani naród brytyjski nie dążył do tej wojny, lecz została nam ona narzucona bez dostatecznego powodu i całkowicie wbrew naszej woli". Z całego serca zgadzał się z nim Grey: "W tej wojnie słuszność jest po naszej stronie. Jest to wojna sprawiedliwa. Jest to wojna, która została temu krajowi narzucona". Campbell-Bannerman nie spierał się, że w wąskim rozumieniu, burskie ultimatum uczyniło wojnę nieuniknioną. "Burowie dopuścili się aktu agresji, co spowodowało, że oczywistym obowiązkiem każdego z nas stało się jej przeciwstawić" - oznajmił. Uważał jednak, że cała sytuacja została zaogniona przez politykę rządu brytyjskiego. Jak to ujął sam C. B.: "zawsze byłem przeciw Joemu, lecz nigdy za Krugerem". I tak oto Campbell-Bannerman, który szanował Asquitha, jeśli nawet nie podzielał jego poglądów, znalazł się pośrodku, między liberalnymi imperialistami a liberalnymi pacyfistami. Dla pozostałych przywódców liberalnych imperialistów miał jedynie pogardę. Mając we zwyczaju używać terminu "Master"4 wobec ludzi których nie lubił, C. B. zwykł był mawiać "Master Haldane" i"Master Grey", lecz nigdy nie użył zwrotu "Master Asquith".
Polityczne skutki wojny burskiej dały o sobie znać we wrześniu 1900 roku, kiedy to Armia Brytyjska, ochłonąwszy po początkowych porażkach, zajęła Pretorię i Johannesburg. Chamberlain wytłumaczył Salisbury'emu, że nadszedł właściwy czas na zarządzenie wyborów powszechnych, aby zdyskontować euforię zwycięstwa i skorzystać na podziałach wśród liberałów. Podzielona partia C. B. nie miała żadnych szans. Chamberlain, mistrz propagandy politycznej, ciągle wykorzystywał motyw, że kandydaci liberałów są przyjaciółmi wrogów kraju i mogą podważać politykę brytyjską oraz zadać cios w plecy brytyjskim żołnierzom. Wybory stały się testem patriotyzmu. Unionistyczni oratorzy bez przerwy ogłaszali, że sprawa jest prosta - patriotyzm lub zdrada. "Głos na liberałów jest głosem oddanym na Burów" - krzyczały plakaty i mówcy w całym kraju. Atak ten pogłębiał jeszcze już i tak głęboki podział w Partii Liberalnej. Jej kandydaci często potępiali siebie nawzajem zamiast Unionistów, zaś nad wszystkim triumfalnie unosił się Chamberlain, głoszący, że nawet najmniejszy sukces liberałów osłabiałby rząd i wiązał mu ręce w zakończeniu wojny i postępowaniu z buntowniczymi Burami. Położenie Campbella-Bannermana było beznadziejne. Był on świadom, że wielu wyborcom bynajmniej nie podobała się retoryka Unionistów i wiedział, że ogłoszenie wyborów w takim właśnie momencie było politycznym trikiem. Rozumiał też, że wielu tych samych wyborców wierzyło, iż porażka rządu byłaby potraktowana przez Burów i obce mocarstwa jako odrzucenie dotychczasowej polityki brytyjskiej w Południowej Afryce, w którą kraj wlał już istne potoki krwi i pieniędzy.
Chamberlain, radując się z oczekiwanego zwycięstwa, pragnął nie tylko pokonać, ale wręcz zniszczyć swoją dawną partię. Wzywał do druzgocącego zwycięstwa, które zmiotłoby liberałów jak lawina. Gdy jednak nadeszły wyniki wyborów - 2 428 492 do 2 105 518 - to nie było to zwycięstwo dające nadzieję na unicestwienie przeciwnika; tak właściwie, to zgodnie z definicją Chamberlaina, ponad 2 miliony Brytyjczyków same ogłosiły się "zdrajcami". "Wybory barwy khaki", stoczone wokół jednej jedynej kwestii, zapewniły jednak Partii Unionistów dalsze sześć lat sprawowania władzy. Z praktycznego punktu widzenia Campbella-Bannermana, nie było to wcale tak źle; Partia Liberalna, nadal uwikłana w podziały wewnętrzne, nie była jeszcze gotowa do objęcia rządów.
Polityka była tylko częścią życia Campbella-Bannermana. Siedem miesięcy w roku przeznaczał na Londyn, Partię Liberalną, Izbę Gmin i biura rządowe. Podczas tych miesięcy poświęcał się całkowicie, z weekendami włącznie. Nie bywał zapraszany na przyjęcia i obiady czy ciągnące się do późnej nocy kolacje, nie chadzał też na party do wielkich domów, które tak pociągały Balfoura i Asquitha. W zamian za to C. B. zażądał rocznie pięciu miesięcy wolnego, aby móc je poświęcić żonie i samemu sobie. Trzy z tych miesięcy spędzali oni w swoim domu w hrabstwie Perthshire. Belmont było wiktoriańskim dworkiem zbudowanym bez jakiegoś konkretnego planu, wyposażonym w puszyste dywany, głębokie skórzane fotele i wielkie kominki. Wokół niego obszerne trawniki rozciągały się aż do kręgu gigantycznych jesionów, buków, świerków i sosen. Po przybyciu do Belmont pierwszym zajęciem C. B. było zawsze odwiedzenie swoich drzew, pokłonienie się im, a czasami nawet powiedzenie im "dzień dobry". Przed jednym, szczególnie wspaniałym okazem, zwykł był zawsze uchylać kapelusza i dworską manierą zapytywać: "Jak tam pani zdrowie?". W Belmont nie było dozwolone nic, do czego mieszkańcy nie byli przyzwyczajeni. Nie było tam samochodów, jedynie stare konie, stare powozy, stare psy - wiele psów - jego i jej - i starzy służący. C. B. był lojalny; ten kto dobrze mu służył nie był pozostawiany na łaskę losu. Miał on dużą kolekcję lasek i każdego dnia, gdy wybierał sobie jedną przed wyjściem na spacer, do pozostałych mruczał czułe słowa usprawiedliwienia i pocieszenia za to, że tym razem zostawiał je w domu. Szuflada jego biurka była pełna obrzynków ołówków - starych przyjaciół, jak wyjaśniał, "którzy zasługiwali na odrobinę troski, gdy ich dni dobiegły kresu".
Każdego roku Campbell-Bannerman z żoną spędzał dwa miesiące na kontynencie, podróżując po Francji, Szwajcarii, Włoszech lub Hiszpanii, zawsze punktualnie na początku sierpnia zjawiając się w Marienbadzie, gdzie Charlotta mogła wypocząć i odbyć kurację. C.B. kochał Francję i często można go było zobaczyć przesiadującego w paryskiej restauracji czy przeglądającego rzeczy w tamtejszych sklepach. Czasami wymykał się z Londynu do Dover, aby usiąść na molo i obserwować, jak przybijają i odcumowują kursujące przez Kanał parowce. Od czasu do czasu decydował się na udoskonaloną wersję takiego wypoczynku, wsiadając na poranny prom do Calais, gdzie pozwalał sobie na przyjemność spożycia doskonałego lunchu w restauracji tamtejszego Gare Maritime5, aby po południu powrócić do Anglii. Wśród papierów, jakie zwykł wozić ze sobą, zawsze znajdowała się jakaś powieść Balzaca, Flauberta, Anatole'a France'a czy Zoli, lecz jego najważniejszą przyjemnością było po prostu siedzenie i obserwowanie ludzi. Niewielu tylko spoglądało na niego i do końca swoich dni pobłażliwie traktował samą myśl, że ktoś mógłby uważać go za ważną personę.
Twierdzenia rządu Unionistów o zwycięstwie odniesionym w Południowej Afryce nie miały pokrycia w faktach. I choć nad Johannesburgiem i Pretorią powiewał Union Jack, a wzgórza nad Balmoral oświetlono reflektorami dla uczczenia triumfu, to burscy wojownicy bynajmniej nie oddali pola. Nie byli już, oczywiście, zorganizowani w pułki, lecz raczej działali skrycie jako oddziały partyzanckie, niewielkie grupy jeźdźców, którzy niespodziewanie uderzali w nieruchawe pododdziały brytyjskiej piechoty i kolumny zaopatrzeniowe, aby zaraz rozpłynąć się na bezkresnym veldcie. Ortodoksyjna taktyka wojskowa była tu bezużyteczna; zanim nadciągnęła brytyjska lub imperialna6 kawaleria, żeby ruszyć w pościg, partyzanci zawsze zdążyli przekształcić się w spokojnych burskich farmerów, orzących ziemię w tych samych workowatych ubraniach roboczych, w których kilka dni wcześniej brali udział w walkach. Broń ukrywali w domach, zaś ich szybkie konie, dzięki którym mogli odbywać swoje błyskawiczne rajdy, równie spokojnie pasły się na polach.
Kitchener, który w grudniu 1900 roku objął stanowisko naczelnego dowódcy po lordzie Robertsie, podszedł do tego problemu z brutalną logiką: jeśli w wojnie ruchowej nie potrafił przygwoździć dwudziestu tysięcy burskiej konnicy z pomocą 250 0007 oddziałów brytyjskich, to musiał zmniejszyć, a potem zlikwidować możliwości manewru oddziałów partyzanckich. Powstało więc osiem tysięcy blokhauzów8 zbudowanych z kamienia i blachy falistej, wznoszonych najpierw wzdłuż linii kolejowych, a potem po całym kraju. Ostatecznie cały veldt został pokryty, niczym koronką, siecią małych fortów, połączonych drutem kolczastym a położonych od siebie w zasięgu strzału. Gdy już kraj został w ten sposób podzielony, Kitchener przeczesał go w sposób przypominający polowanie na bażanty w hrabstwie Norfolk. Nawet język, jakiego używał Kitchener i eego oficerowie wywiadu, przypominał terminologię łowiecką: tyle a tyle "nagonek", tyle "zdobyczy", tyle "ubitych". Pędząc wszystko przed sobą, za sobą armia pozostawiała oczyszczony teren. Wszystkie zbiory, stanowiące potencjalne źródło żywności dla oddziałów partyzanckich, były palone. Podobnie czyniono też z każdą farmą, mogącą służyć im za schronienie lub punkt zborny. Wszyscy schwytani w sieć mieszkańcy wsi, w większości kobiety i dzieci, byli wysiedlani, zapędzani do wagonów i odstawiani do jednego z dwudziestu czterech obozów koncentracyjnych zbudowanych i zarządzanych przez armię. Obozy te, pośpiesznie wzniesione miasteczka namiotów, narażone były latem na słońce i deszcz, zaś zimą - na lodowate wiatry, miały niedostateczną liczbę latryn i cierpiały na niedostatek czystej wody. Ponieważ zamknięci w nich ludzie uważani byli za rodziny burskich partyzantów - wydawano im jedynie zmniejszone armijne racje żywnościowe. Nie było w nich mięsa, jarzyn, mleka dla dzieci, ani mydła; woda była zanieczyszczona. Pojawił się dur brzuszny. W ciągu czternastu miesięcy, podczas których populacja obozów rozrosła się do 117 000 osób, zmarło od 18 do 28 tysięcy spośród nich, w większości kobiet i dzieci.
Brytania dowiedziała się o tych przerażających sprawach z zeznań pewnej pełnej pasji kobiety w średnim wieku, Emily Hobhouse, która objechała owe obozy i wróciła do Anglii. Udała się na spotkanie z Sir Johnem Broderickiem, unionistycznym ministrem wojny, który grzecznie ją wysłuchał, lecz odmówił angażowania się w sprawę. Wtedy poszła spotkać się z Campbellem-Bannermanem. Lider Partii Liberalnej siedział w milczeniu, gdy kobieta wyrzucała z siebie całą tę historię: "masowe palenie farm [...] deportacje [...] pogorzelcy sprowadzani w setkach konwojów [...] pozbawieni odzieży [...] na wpół zagłodzeni w obozach [...] ogarnięte gorączką dzieci [...] leżące na gołej ziemi [...] przerażająca śmiertelność". C. B. zdecydował się przemówić. Tydzień później, 14 czerwca, na obiedzie wydanym przez liberałów w restauracji "Holborn" mówił o naturze wojny. "Często używanym [przez rząd] zwrotem jest "wojna jest wojną", lecz gdy zapytać się co to właściwie znaczy, słyszy się że właściwie nie ma żadnej wojny, że to nie jest wojna. Kiedy więc wojna nie jest wojną? Otóż wtedy, gdy prowadzona jest w Południowej Afryce metodami barbarzyńskimi".
Nad jego głową rozpętała się burza gniewu. Był wytykany w prasie popularnej, krytykowany w prywatnych klubach, wyrzucony poza nawias eleganckiego towarzystwa. Oto lider Partii Liberalnej, były minister wojny, paskudnie znieważył Armię Brytyjską. Proburyzm sięgnął zdrady. Oczywiście, taki człowiek nigdy nie mógłby zostać premierem. Campbell-Bannerman nie zachwiał się. Trzy dni później powtórzył swoje słowa w Izbie Gmin. Rozgrzeszał wykonujących rozkazy żołnierzy: "Nigdy nie powiedziałem ani słowa, które sugerowałoby okrucieństwo, czy choćby obojętność ze strony oficerów i żołnierzy Armii Brytyjskiej. Uważam, że to cały system jest, aby użyć słowa, jakie już zastosowałem, barbarzyński". Ta powtórka ponownie zaogniła sytuację, tak wśród Unionistów, jak i liberalnych imperialistów. Z miejsca podniósł się Haldane, aby wyrazić ubolewanie, że padło tutaj słowo "barbarzyński" oraz zdystansować się - wyrażając także opinię swoich kolegów - od stanowiska przywódcy partii. W głosowaniu, do jakiego potem doszło, pięćdziesięciu liberałów, między nimi Asquith, Grey i Haldane, wstrzymało się od głosu. Trzy dni później Asquith wypowiedział się na ten temat w mowie wygłoszonej w hotelu "Liverpool Station". "Nie zmieniliśmy naszych poglądów - powiedział - Nie żałujemy ich [...] i nie odwołamy ich". Nastąpiły kolejne publiczne obiady i kontrobiady; pewien obserwator określił to jako "wojnę na noże [...] i widelce". Zaplanowany został obiad na cześć Asquitha; C. B. zaapelował do niego, żeby go odłożyć i zastąpić obiadem na rzecz jedności partii, na którym przewodniczyłby on sam. Asquith odmówił. Na jakimś lunchu przemawiał Rosebery, atakując frazeologię C.B., jego "barbarzyńskie metody, lecz nie stając u boku Asquitha. "Muszę orać swój zagon samotnie - powiedział słuchaczom - Takie już moje przeznaczenie, z którym mogę się zgadzać lub nie zgadzać. Lecz zanim dojdę do końca tej bruzdy, możliwe że nie będę już sam". Wiosną 1902 roku Asquith i Rosebery nadal byli podzieleni, zgadzali się tylko w sprzeciwie wobec sposobu sprawowania przez Campbella-Bannermana przywództwa partii.
I oto w tym właśnie momencie, gdy przyszłość Partii Liberalnej rysowała się w najczarniejszych barwach, Joseph Chamberlain rozwalił rząd Unionistów swoją propozycją nałożenia cła na importowane zboże. Boje wokół "preferencji imperialnej" ciągnęły się przez trzy lata, stawiając premiera przeciw ministrowi kolonii, pociągając za sobą rezygnacje i dezercje z szeregów, a towarzyszyły temu ciągłe przegrane Unionistów w wyborach uzupełniających. Jesienią 1905 roku mało kto miał jeszcze wątpliwości, że gdyby doszło do wyborów powszechnych, zwycięstwo przypadłoby liberałom. Arthur Balfour, politycznie zużyty i cierpiący na zapalenie oskrzeli oraz żył, także wydawał się skłaniać do odejścia.
Król dał do zrozumienia, że gdyby Balfour zrezygnował, jego wybór padnie na Campbella-Bannermana. Król Edward nie zawsze żywił takie uczucia wobec C. B. Po jego mowie o "barbarzyńskich metodach" monarcha pytał lorda Salisbury, czy lidera liberałów nie dałoby się jakoś uciszyć. Premier odpowiedział, że jakakolwiek próba w tym kierunku nie byłaby mądrym pociągnięciem i byłaby postrzegana jako wtrącanie się Dworu w politykę partyjną. Król musiał zadowolić się tym, że gdy on i C. B. zmuszeni byli się spotkać, monarcha okazywał mu tylko niezbędne minimum uprzejmości. Z upływem czasu uczucia te łagodniały. Obaj panowie mieli podobne gusty, obaj kochali Francję i Paryż, obaj corocznie udawali się na kurację do Marienbadu. To właśnie w Czechach, kiedy król i przywódca liberałów mieli okazję pogadać nieformalnie, król odkrył, że C. B. jest "tak bezpośredni, tak życzliwie usposobiony, tak mądry i pełen humoru, że nie sposób go nie lubić". Solidne i bezpretensjonalne zalety Campbella-Bannermana były całkiem odmienne od ulotnych czarów Balfoura. Podczas tych konwersacji król odkrył, że Sir Henry jest "całkiem rozsądny w sprawach polityki zagranicznej". Król Edward był przecież przede wszystkim realistą. Przez siedem już lat był C. B. liderem Partii Liberalnej. Było też oczywiste, że liberałowie wracają do władzy. Król zatem miał już niedługo mieć do czynienia z Sir Henrym jako premierem, czemuż by więc nie spróbować zaprzyjaźnić się z nim? "Jadłem z królem lunch - pisał z Marienbadu C. B. do przyjaciela w sierpniu 1905 - Powiedział mi, że bardzo był kontent z możliwości wymiany poglądów ze mną, wkrótce bowiem obejmę urząd, i to bardzo wysoki urząd". Zażyłość między nimi kwitła: "Niemal połowę posiłków spożywam w towarzystwie JKM - ciągnął Campbell-Bannerman - Zdaje mi się, że moi rodacy [w Marienbadzie] są wielce zaskoczeni gdy widzą z jakim traktuje mnie zaufaniem, uznaniem i zażyłością".
W miarę jak zbliżały się wybory, jedynymi kwestiami były rozmiary zwycięstwa oraz czy liberałowie, tak długo odsunięci od władzy, są gotowi do objęcia rządów. Campbell-Bannerman wierzył, że są, a będąc gotów samemu objąć stanowisko premiera, równie gotów był ustąpić, gdyby okazało się, że ktoś inny spośród liberałów mógłby zapewnić bardziej harmonijne rządy. Przez pewien czas, wiosną i latem 1905 roku, wydawało się, że wybór może paść na lorda Spencera, przywódcę liberałów w Izbie Lordów. Przezywany "Czerwonym Hrabią", co zresztą należało przypisać raczej barwie jego brody aniżeli odcieniowi jego polityki, odsłużył on wiele lat za czasów Gladstone'a, a jego spokojne i niewymagające metody zdawały się urażać najmniejszą liczbę członków partii. Również Rosebery stanowił pewną możliwość, choć dość odległą, jego bowiem samotnicze maniery polityczne oddaliły go zarówno od przywódców partii, jak i od szeregowych jej członków. Jesienią rozłam między Campbellem-Bannermanem a Roseberym jeszcze się poszerzył, co spowodowały ich rozbieżne poglądy w kwestii Home Rule. Campbell-Bannerman opowiadał się za prawdziwą Home Rule ("skutecznym kierowaniem sprawami Irlandii poprzez oddanie ich w ręce reprezentatywnej Władzy Irlandzkiej"), jednakże wprowadzaną krok po kroku. Rosebery odrzucał pełny samorząd irlandzki w każdej formie i oznajmiał, jakby bił w dzwony: "Z naciskiem i wyraźnie raz na zawsze stwierdzam, że nie mogę służyć pod tym sztandarem".
Jesienią 1905 roku lord Spencer doznał wylewu krwi do mózgu, który zakończył jego karierę polityczną. Rosebery sam siebie wyeliminował z dalszych rozważań. Ogólnym faworytem był teraz Campbell-Bannerman, cieszący się powszechnym uznaniem w szeregach partyjnych, a także wyraźnie preferowany przez króla. Jeśli już więc nie można było zapobiec wstąpieniu C. B. na sam szczyt władzy, to pewna trójka członków jego partii postanowiła przynajmniej ograniczyć mu zakres tej władzy. Na początku września trzej czołowi liberalni imperialiści, Asquith, Grey i Haldane, spotkali się w domku w Relugas w północnowschodniej Szkocji, gdzie Grey zamieszkiwał podczas swoich wypraw na ryby, żeby przedyskutować perspektywy rządu liberalnego i ich własną rolę, gdyby przyszło do jego sformowania. Ich wątpliwości co do przywództwa C. B. szły znacznie dalej niż rozbieżność poglądów na temat Południowej Afryki. Haldane ubrał to w następujące słowa: "Campbell-Bannerman [...] był dobroduszny, popularny i szanowany za odwagę, z jaką przeciwstawiał się polityce rządu w Południowej Afryce. W powszechnej jednak opinii nie był identyfikowany z żadnymi świeżymi ideami, ponieważ rzeczywiście ich nie miał. Czego było trzeba, to nie wskrzeszenia dawnej Partii Liberalnej, lecz zespołu ludzi z iskrą i energią, obdarzonych nowym spojrzeniem na sprawy państwa. Nad takimi właśnie problemami, niektórzy z nas usilnie już pracowali [...]".
Były także obawy o stan zdrowia Campbella-Bannermana i wpływ tego stanu na jego zdolność do sprawowania przywództwa. Na podium, jako mówca, C. B. zawsze był nudziarzem; teraz, stary i znużony, mógłby zostać - a razem z nim i partia - rozsiekany na kawałki w debacie parlamentarnej, zważywszy na wspaniałe zdolności Arthura Balfoura w tej właśnie dziedzinie. Tak więc decyzja naszego trio, która znana była potem jako "pakt z Relugas", polegała na popieraniu instalacji C. B. jako premiera, z równoczesnym wysunięciem warunku, żeby opuścił on Izbę Gmin na rzecz Izby Lordów. Partię w Izbie Gmin poprowadziłby Asquith, uznawany powszechnie za mistrza w debacie. Taki układ miał już przecież precedens, Salisbury zasiadał w Izbie Lordów, gdy przywództwo w Izbie Gmin sprawował Balfour. Tak samo, gdyby premierem został lord Spencer, musiałby rządzić z izby wyższej. Trio stworzyło sobie także potężną maczugę, która miała im zapewnić realizację ich żądania: gdyby C. B. się nie zgodził, Asquith, Grey i Haldane mieli odmówić przyjęcia urzędów w jego rządzie. Założywszy jednak, że Campbell-Bannerman ustąpi przed ich żądaniem, cała trójka wybrała sobie urzędy, jakie pragnęliby sprawować: Asquith miałby zostać kanclerzem Izby Rozrachunkowej oraz przywódcą w Izbie Gmin; Grey poszedłby do Ministerstwa Spraw Zagranicznych; Haldane zostałby lordem kanclerzem oraz przewodniczył Izbie Lordów. Kontrola nad tymi urzędami pozwoliłaby naszemu trio zdominować rząd, zaś osłabiony premier odgrywałby głównie rolę figuranta. Przed wyjazdem z chatki rybackiej Asquith, Grey i Haldane obiecali sobie wzajemnie, że jeśli C. B. nie wycofa się do Izby Lordów, wszyscy powstrzymają się od objęcia stanowisk, a poza tym - do rządu wejdą albo wszyscy razem, albo żaden.
Pierwszym posunięciem tego trio było poinformowanie króla. Haldane odwiedził suwerena na zamku Balmoral, gdzie twierdził, że ich decyzja podyktowana była troską o zdrowie Campbella-Bannermana. Król, świadom tego, że C. B. nie jest zbyt odporny, zaakceptował koncepcję, żeby nowy premier przeszedł do Izby Lordów i zgodził się przekazać mu taką sugestię. Król Edward zgłosił jednak obiekcje wobec groźby trójki panów powstrzymania się od wejścia do rządu. Taki gabinet, zaznaczył król, byłby okaleczony od samego początku, zaś on sam, jako monarcha, znalazłby się w dziwacznym położeniu. 13 listopada Asquith przedstawił Campbellowi-Bannermanowi istotę "paktu z Relugas". C. B. słuchał go uważnie. Chciałby, powiedział, mieć Asquitha za kanclerza i przystawał na Greya jako ministra spraw zagranicznych, ale żachnął się gwałtownie na Haldane'a. Za sugestię, że miałby odejść do Izby Lordów, także obwiniał "ową dowcipną personę, Richarda Burtona Haldane'a". Do Izby Lordów, "dla którego to miejsca nie mam ani upodobania, ani wykształcenia, ani ambicji znalezienia się tam", przeszedłby, powiedział, tylko "pod ostrzem bagnetu".
W poniedziałkowe popołudnie 4 grudnia Balfour udał się do pałacu Buckingham złożyć rezygnację. Tegoż wieczora, wiedząc, że nazajutrz król wezwie Campbella-Bannermana, Grey złożył C. B. wizytę i powiedział mu bez ogródek, że nie przyjmie stanowiska w nowym rządzie, jeśli premier nie przejdzie do Izby Lordów, zaś Asquith, który - jak to powiedział Grey do C. B. - "był bardziej wytrzymałym i silniejszym przywódcą w polityce i w debacie", nie otrzyma przewodnictwa w Izbie Gmin. Campbell-Bannerman był zaskoczony, urażony i oburzony. Powiedział później, że Grey przyszedł do niego "zapięty na ostatni guzik i przez cały czas nawet jednego nie rozpiął". Grey swoją szorstkość tłumaczył uczciwością: "Chciałem, aby znał moje stanowisko i aby zrozumiał, że nie kryję w jego obecności opinii, jakie wypowiadam na jego temat gdzie indziej".
Następnego ranka, we wtorek 5 grudnia, król poprosił Campbella-Bannermana o utworzenie rządu. Podczas ich rozmowy monarcha zachęcał przyjaciela do wyrażenia zgody na propozycję liberalnego trio i przyjęcia parostwa. C. B. pozostawał nieprzekonany. Powiedział królowi Edwardowi, że musi porozmawiać z żoną, która nadal była w Szkocji. W środę wieczorem w domu Campbella-Bannermana przy Belgrave Square zjawili się lord Morley i lord Tweedmouth, którzy mieli wkrótce znaleźć się w jego rządzie. Nowy premier ciągle był niezdecydowany. Niedługo przybyć miała lady Campbell-Bannerman, więc Morley i Tweedmouth zostali poproszeni, żeby zjawili się ponownie po obiedzie. Gdy powrócili, zastali C. B. w radosnym nastroju. "Nie będzie kapitulacji!" - krzyknął. Lady Campbell-Bannerman mimo obaw o zdrowie męża i zazdrości, jaką okazywała o czas spędzany z dala od niej, tak nie cierpiała trio z Relugas, że odsunęła na bok swoje obawy i zachęcała męża, by pozostał w Izbie Gmin9.
Asquith, poinformowany o decyzji C. B., natychmiast porzucił swoich przyjaciół. Do Haldane'a napisał: "Pod jednym względem warunki obecne są zasadniczo odmienne od tych, jakie my, a przynajmniej na pewno ja, rozpatrywaliśmy podczas naszych rozmów jesienią. Wybory są przed nami, a nie za nami. [...] Znajduję się w szczególnym położeniu, jakie nie jest udziałem żadnego z was. [...]". Asquith czuł, że gdyby trio odmówiło wejścia do rządu, "utworzony zostałby słaby gabinet [...] a całą odpowiedzialnością obarczono by mnie". Zdecydowawszy się na wejście do rządu, Asquith chciał, aby jego przyjaciele przyłączyli się do niego i zaczął usilnie starać się, żeby negocjować w ich imieniu. Grey i Haldane, osłabieni wycofaniem się Asquitha, ponownie przyrzekli sobie, że żaden nie przyjmie urzędu, jeśli nie uczyni tego drugi. Grey zatrzymał się w mieszkaniu Haldane'a przy Whitehall Court, a kiedy Haldane przybył tam o szóstej wieczorem 7 grudnia, zastał Greya leżącego na sofie w jego bibliotece "z wyrazem twarzy kogoś, kto podjął już decyzję i rozstał się z problemami politycznymi". Żaden z nich nie jadł nic od rana, więc Haldane zaproponował, żeby poszli do Café Royale, gdzie mogli wynająć osobny pokój i tam zjeść obiad i pogadać. Podczas tego obiadu, złożonego z dań rybnych, dla Haldane'a stało się jasne, że Grey gwałtownie szuka sposobu, żeby się wycofać z ich porozumienia i jednak dołączyć do rządu. Z łatwością mógł to uczynić na własną rękę - było oczywiste, że C. B. chciał go mieć w rządzie - odrzucał jednak myśl, że mógłby prosić o stanowisko, o ile także Haldane nie otrzymałby propozycji. Haldane zrozumiał, że następny ruch należy do niego. Pozostawiwszy obiad na stole, wziął dorożkę i udał się na Belgrave Square. Premier jadł właśnie obiad w towarzystwie żony, wprowadzono więc Haldane'a do jego gabinetu. Po chwili wszedł tam C. B. i Haldane powiedział, że przybył zapytać się, czy Campbell-Bannerman ciągle chce mieć Greya jako ministra spraw zagranicznych. Premier powiedział, że chce, nawet bardzo. Haldane odparł, że zdaje mu się, iż Grey też by tego chciał. C. B. domyślił się niewypowiedzianej części oracji swojego gościa i zapytał, czy Haldane nie rozważyłby Ministerstwa Spraw Wewnętrznych lub stanowiska prokuratora generalnego.
"A co z Ministerstwem Wojny?" - spytał Haldane.
"Nikt tego nie chce ruszyć nawet długim kijem" - odparł Campbell-Bannerman.
"Zatem dajcie to mnie - rzekł Haldane - Zostanę ministrem wojny, jeśli Grey weźmie Ministerstwo Spraw Zagranicznych. Poproszę go, aby odwiedził pana jutro rano i powiadomił pana o swojej decyzji, która, jak mi się wydaje, będzie pozytywna".
Dobito więc targu. Haldane wrócił do Greya i zdał mu sprawę. Grey wyraził zgodę. Następnego ranka udał się do C. B. i przyjął stanowisko ministra spraw zagranicznych, które miał piastować przez jedenaście lat. Podczas dwóch lat premierostwa C. B. Grey bardzo blisko współpracował z Campbellem-Bannermanem, który całkowicie polegał na swoim ministrze w kierowaniu stosunkami kraju z innymi państwami. Przed ustąpieniem Campbella-Bannermana ze stanowiska Grey przeprosił go za swoje wcześniejsze zachowanie: "Myśli moje często biegną do owych dni formowania tego rządu. Od samego początku tej kadencji parlamentu czułem, że wszystkie moje prognozy sprzed wyborów były mylne i że pańska obecność w Izbie Gmin była nie tylko pożądana, ale wręcz niezbędna dla zarządzania partią i utrzymania jej jedności. Nadal jestem o tym przekonany".
Haldane był jedynym członkiem trio z Relugas, który nie zdobył urzędu, do jakiego aspirował. (Ostatecznie w roku 1911 Asquith jako premier mianował przyjaciela lordem kanclerzem). W pierwszych dniach istnienia nowego gabinetu Haldane i Campbell-Bannerman unikali się nawzajem. C. B. wyrażał się lekceważąco o swoim ministrze wojny. "Haldane zawsze wchodzi i wychodzi tylnymi schodami, lecz tak przy tym tupie, że wszyscy muszą go słyszeć" - powiadał premier. "Zobaczymy jak sobie "Schopenhauer" poradzi" - mruczał innym razem Campbell-Bannerman, stosując swój dar do znajdowania przezwisk wobec Haldane'a, który był wyedukowany w filozofii niemieckiej. Haldane ujmował to prościej: "Z początku mnie nie lubił. Przez kilka miesięcy nie odezwał się do mnie ani słowem i tylko trochę dodawał mi otuchy podczas posiedzeń gabinetu". Z upływem czasu i wobec narastających dowodów lojalności Haldane'a, jego ciężkiej pracy oraz sprawnych reform Armii Brytyjskiej, C. B. zmiękł.
Rząd liberalny, jaki zaprezentował się w Pałacu 11 grudnia, był wręcz nabity talentami. Poza trójką z Relugas obejmował on Morleya jako ministra d.s. Indii; Lloyd George'a jako przewodniczącego Rady d.s. Handlu; Herberta Gladstone'a, syna Wielkiego Starca, jako ministra spraw wewnętrznych; Tweedmoutha w Admiralicji; a Winstona Churchilla, tuż poniżej rangi gabinetowej, jako podsekretarza stanu w Ministerstwie Kolonii. John Burns, pierwszy człowiek pracy w historii Anglii, który doszedł do szczebla członka gabinetu, został przewodniczącym Rady d.s. Samorządu Lokalnego. "Gratuluję panu, Sir Henry - wykrztusił z siebie zachwycony nominat, gdy premier powiedział mu, że stanowisko należy do niego - Będzie to z pewnością najpopularniejsza nominacja ze wszystkich, jakich pan dokonał".
Kiedy nowi ministrowie przebywali w Pałacu, gdzie odbierali pieczęcie swoich urzędów, nad Londyn nadpełzła gęsta mgła. Gdy ceremonia się skończyła, Grey i Haldane ruszyli powozem wzdłuż Mall, aby dostać się do swoich ministerstw. Podczas drogi mgła stała się tak gęsta, że stangret zmuszony został do zatrzymania powozu. Haldane wysiadł, aby zobaczyć gdzie się właściwie znajdują, a potem nie mógł trafić z powrotem do powozu. Po chwili wysiadł także Grey, któremu po długim błądzeniu udało się ostatecznie dostać do Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Haldane, "macając końskie głowy", natknął się wreszcie na Ministerstwo Wojny, gdzie wręczył swoje pieczęcie stałemu podsekretarzowi stanu10 i poprosił pełniącego obowiązki odźwiernego, wysokiego eks-gwardzistę o szklankę wody. "Oczywiście, Sir - odparł stary żołnierz - irlandzka, czy szkocka?"
Nazajutrz rano generałowie z Rady Armii hurmem przybyli do ministerstwa, aby się czegoś dowiedzieć o nowym ministrze wojny. Haldane powiedział im, że czuje się "jak młoda, rumieniąca się dziewica, świeżo połączona z wojownikiem ze spiżu. [...] Opinia publiczna nie oczekuje, że jakieś skutki takiego związku objawią się wcześniej niż po upływie dziewięciu miesięcy". Zachwyceni generałowie przekazali te frazy królowi, który ryknął śmiechem.
Miesiąc po objęciu urzędu nowy rząd stanął wobec wyborów powszechnych. Kampania zaczęła się zaraz po Bożym Narodzeniu, a samo głosowanie zajęło trzy ostatnie tygodnie stycznia. Rezultatem było lawinowe zwycięstwo liberałów. Unioniści ponieśli klęskę nawet w tradycyjnie obsadzanych przez nich okręgach wyborczych. Pokonanych zostało ponad dwustu posłów Unionistów, nawet sam Arthur Balfour. Partia Liberalna weszła szturmem do Izby Gmin z 379 posłami, co dawało im wyraźną przewagę 88 głosów nad wszystkimi pozostałymi partiami w izbie. Z poparciem 83 nacjonalistów irlandzkich i 51 labourzystów, Campbell-Bannerman i jego ministrowie mogli spoglądać z góry na Unionistów z ich żałosnymi 157 głosami wobec połączonych 513.
Gdy nowy Parlament zebrał się 13 lutego, Campbell-Bannerman wydawał się przemieniony. Przemawiał z poczuciem autorytetu i godnością, czym zaskoczył opozycję i zachwycił posłów liberalnych, tłoczących się w swoich ławach lub przepychających się na miejscach stojących za Ławą Rządową. Miesiąc później, gdy do izby wrócił Balfour, który znalazł sobie jakieś miejsce w wyborach uzupełniających, przywódca Unionistów popełnił błąd, próbując zlekceważyć twardego Szkota. Przedstawiając swoje poglądy w sprawie rezolucji na temat wolnego handlu, Balfour wdał się w jedno ze swoich retorycznych przedstawień. Było ono tyleż wyartykułowane, co niejasne, pełne uników, a przede wszystkim protekcjonalnie traktujące zarówno wrogo do niego nastawioną większość, jak i jej przywódcę. Campbell-Bannerman replikował groźnym tonem:
"Wielce szanowny pan jest jak dawni Burboni - niczego się nie nauczył - odpalił premier swojemu poprzednikowi - Wraca pan oto do tej nowej Izby Gmin z tym samym ulotnym wdzięczeniem się, tą samą subtelną dialektyką, tymi samymi lekceważącymi i frywolnymi sposobami traktowania wielkich kwestii, lecz mało widać wie o nastawieniu tej nowej Izby Gmin jeśli myśli, że takie metody będą w nie przeważać. [...] Są one całkowicie bezużyteczne, nonsensowne i mylące. Zostały wynalezione przez wielce szanownego pana w celu zajmowania czasu w tej debacie. Powiadam więc, dość tych głupstw! [...] Niech pan przedstawi swoje poprawki i pozwoli nam zająć się sprawą".
Schizma pomiędzy tradycyjnym, gladstoniańskim idealizmem a twardszym spojrzeniem na realia sprawowania władzy w Imperium, jaka podzieliła partię podczas wojny burskiej, nie została jeszcze w pełni zlikwidowana. Campbell-Bannerman, Morley, Lloyd George i większość liberałów w izbie Gmin pragnęła trzymać się z dala od polityki mocarstw europejskich, zaś w sprawach Imperium - umiarkowanie i pojednanie stawiać przed ekspansjonizmem. Asquith, Grey i Haldane, liberalni imperialiści z "paktu z Relugas", odmiennie postrzegali rolę Brytanii: jako potęgę imperialną, której terytoria na całej kuli ziemskiej graniczyły z terytoriami innych państw, a której wyspy macierzyste sąsiadowały z kontynentem aż kipiącym od napięć. Różnice te ujawniły się już we wczesnym stadium istnienia nowego rządu. W swoim pierwszym przemówieniu w charakterze premiera, Campbell-Bannerman powiedział do nabitej do ostatniego miejsca sali w Albert Hall, że zamierza prowadzić łagodniejszą politykę zagraniczną niż Unioniści. Był frankofilem i życzliwie spoglądał na ententę z Francją, "tak mądrze zawartą przez lorda Lansdowne". "Co się tyczy Niemiec - ciągnął - to nie widzę jakichkolwiek powodów do niepokoju o interesy naszych narodów". Opowiadał się za rozbrojeniem i przyrzekł, że jego rząd będzie nad nim pracował podczas zbliżającej się drugiej konferencji haskiej. "Wzrost zbrojeń stanowi wielkie niebezpieczeństwo dla świata - rzekł - Utrzymuje on przy życiu, a nawet podsyca przekonanie, że siła jest najlepszą jeśli nie jedyną metodą rozwiązywania sporów międzynarodowych. Jest to polityka prowadząca do zaogniania starych ran i powstawania nowych".
W marcu 1907 roku, na krótko przed rozpoczęciem drugiej konferencji pokojowej w Hadze, premier opublikował w liberalnym tygodniku "Nation" artykuł, w którym opowiadał się za daniem szansy rozbrojeniu. Brytania, zapewniał, próbuje zmniejszyć wydatki na zbrojenia, a posunie się dalej na tej drodze, jeśli inne kraje podążą w jej ślady. W tej dziedzinie liberałowie trafili na związane z nią dylematy polityki wewnętrznej. Jak - po latach domagania się zmniejszenia wydatków na obronę, po przyrzekaniu wyborcom, że gdy już dojdą do władzy - zmniejszą budżety armii i marynarki wojennej - mogli się teraz domagać od nich, żeby płacili na pewne elementy polityki obronnej przyjęte jeszcze przez rząd Balfoura? Wezwano przecież Fishera żeby zreformował marynarkę, liczne okręty poszły na złom, zaś floty rozmieszczono w nowy sposób. Zaprojektowano "Dreadnoughta", położono stępkę, zwodowano go, a jeszcze przed pierwszą sesją liberalnego parlamentu miał być uroczyście wcielony do linii przez króla; wszystkich tych prac nie można było tak po prostu zatrzymać. Podjęto decyzję, aby obcinać wydatki tu i tam, oraz naciskać na zwiększenie efektywności. Z projektu budżetu marynarki na rok 1906 wyrzucono jednego drednota; Fisher oznajmił że można się jeszcze zgodzić na trzy zamiast proponowanych wcześniej czterech. Z takim samym zapałem do reformowania i zwiększenia efektywności zabrał się Haldane za armię. Gdy zostawał ministrem wojny, uczynił obietnicę obcięcia 3 milionów funtów z projektu budżetu armii, równocześnie tworząc z niej bardziej skuteczną broń. Ku zaskoczeniu Campbella-Bannermana, który spodziewał się, że "Master Haldane" padnie w Ministerstwie Wojny na pysk, Haldane zrealizował swoje obietnice. Zreorganizował on armię, podzieliwszy ją na dwa rodzaje sił: zawodowe Siły Ekspedycyjne Armii Regularnej w sile sześciu dywizji - 160 000 żołnierzy oraz Armię Terytorialną - złożoną z oddziałów drugiej linii, które miały być powoływane w poszczególnych hrabstwach, zorganizowaną w czternaście dywizji i utrzymywaną jako rezerwa mogąca wesprzeć Siły Ekspedycyjne. C. B. był zachwycony manierą, w jakiej Haldane bronił swojej polityki w Izbie Gmin przeciw Unionistom - najstaranniej zaś przeciw Balfourowi - który próbował wskazywać na słabe punkty i sprzeczności w planowanych reformach armii.
Największym triumfem krótkiego zamieszkiwania Campbella-Bannermana na Downing Street 10 było doprowadzenie przez niego do pojednania w Południowej Afryce. Od samego początku wojny burskiej, przez wszystkie lata nadużyć, niezmiennie głosił te same przekonania. Dla niego wojna zdawała się być raną, którą zaleczyć może tylko zrozumienie i wielkoduszność ze strony rządu brytyjskiego. Jako premier był gotów wprowadzić swoje przekonania w życie. Zaproponował nadanie samorządu republikom burskim, a następnie doprowadzenie do sfederowania samorządnych państw w Unię Południowej Afryki. Sugestia C. B., aby Brytania ponownie nadała Burom prawa do samodzielnych rządów, których ich tak niedawno pozbawiła w wojnie kosztującej ją trzydzieści tysięcy ofiar i 250 milionów funtów szterlingów, wywołała desperacką opozycję Unionistów. Wsparty jednak swoją ogromną przewagą w Izbie, premier nadał samorząd Transwalowi i Wolnemu Państwu Oranii. Uczynił to poprzez wydanie listu patentowego, wymagającego tylko zatwierdzenia przez Izbę Gmin, z pominięciem Izby Lordów. W 1909 roku, osiemnaście miesięcy po śmierci C. B., gdy Ustawa o Południowej Afryce, ustanawiająca Unię Południowej Afryki, przeszła przez obie izby parlamentu, Louis Botha, burski generał, który został pierwszym premierem nowej unii, wyraził wdzięczność Asquithowi, następcy Campbella-Bannermana, dodając: "Najbardziej żałuję, że brakuje tu dzisiaj jednej szlachetnej postaci - Sir Henry'ego Campbella-Bannermana. Za to co uczynił dla samej tylko Południowej Afryki, Imperium Brytyjskie winno na zawsze zachować go we wdzięcznej pamięci". Wobec dziennikarzy Botha wyjaśnił: "Dwa słowa doprowadziły do pokoju i zjednoczenia Afryki Południowej: "barbarzyńskie metody". [...] Botha mówił jeszcze o ogromnym wrażeniu [...] jakie wywarł na ludziach toczących przegraną walkę [...] fakt, że lider jednej z wielkich partii brytyjskich miał odwagę coś takiego powiedzieć i dzielnie stawić czoła potwarzom, jakie to na niego ściągnęło. Choć było to dalekie od zachęty do stawiania beznadziejnego oporu, to jednak poruszyło ich serca i sprowokowało do poważnych przemyśleń nad możliwością pojednania".
Wiosną 1906 roku wydawało się, że C. B. osiągnął szczyt swojej kariery. W istocie jego życie osobiste było przepełnione smutkiem i zmęczeniem. Jego żona, od czterdziestu sześciu lat będąca mu towarzyszką i doradczynią, była umierająca. Charlotta Campbell zawsze żywiła mieszane uczucia wobec politycznej kariery męża. Podzielała jego ambicje i broniła go gorąco, gdy stawał się celem ataków. "Henry jest dobrym człowiekiem - oznajmiła - nikt oprócz mnie nie wie, jak dobrym". Ambicje jednak mieszały się z żalami nad czasem, na jaki jego kariera rozdzielała ich oboje. Nie lubiła szczególików polityki, nigdy nie widziano jej na galerii Izby Gmin, gdy jej mąż przemawiał. Jej zaborczość jeszcze wzrosła, gdy uległa bolesnej chorobie nerwowej. W coraz większym stopniu Campbell-Bannerman zmuszony był wybierać pomiędzy swoimi obowiązkami publicznymi a troską o żonę. Rozdzielony z nią, odczuwał zakłopotanie wiedząc, że jest sama w domu, leżąc w łóżku albo na szezlongu z oczami utkwionymi w zegar, licząc minuty do jego powrotu. Coraz częściej, jako lider opozycji, a potem premier, nie powracał do Izby Gmin po obiedzie, przesyłając jedynie pisemną notatkę, że zdrowie żony zmusza go do pozostania z nią.
W 1902 roku lady Campbell-Bannerman, która ważyła przeszło 250 funtów11, przeszła atak apopleksji, po którym pozostawała na wpół sparaliżowana. Przenosiny na Downing Street 10 w styczniu 1906 roku były ciężką próbą, lecz udało się jej wydać wielkie przyjęcie dla męża w przeddzień otwarcia nowej kadencji parlamentu. Nie mogąc stać, przez dwie godziny siedziała podparta, wystawiając się na spotkanie z tłumem gości. Przez całą wiosnę i lato zdrowie jej coraz bardziej się pogarszało. Nie lubiła zawodowych pielęgniarek i przyjmowała jedzenie i lekarstwa tylko z rąk męża. Kiedykolwiek zawołała, wstawał i siadał obok niej, w razie potrzeby nawet nocą. Pewnej nocy owego lata, jego własne pogarszające się zdrowie zmusiło go do spędzenia całej nocy osobno. "Jakie to dziwne spędzić całą noc w łóżku - zapisał - Nie zdarzyło mi się to od sześciu miesięcy". Rankami zasypiał nad swoimi papierami rządowymi.
W sierpniu 1906 roku oboje zdecydowali się zaryzykować podróż do Marienbadu. Podróżowali powoli, krótkimi etapami, przybywając na miejsce trzynastego. Lady Campbell-Bannerman była wyczerpana, lecz szczęśliwa. 16 sierpnia zjawił się król w towarzystwie całego beau monde'u12 i roju dziennikarzy. Przez dwa tygodnie premier zobligowany był do towarzyszenia suwerenowi podczas lunchów, obiadów i herbatek, zawsze pośpiesznie wracając do siebie, aby podzielić się nowinami i ploteczkami ze swoją inwalidką. Gdy stan jej się pogorszył, premier zaczął spożywać posiłki w przylegającym do jej sypialni salonie. Drzwi były otwarte na oścież i zawsze podczas posiłku zdążyła zawołać go ze dwa lub trzy razy. Za każdym razem zrywał się z krzesła i śpieszył, aby być przy jej boku. Popołudnie 30 sierpnia było upalne, panowała cisza, zakłócana tylko stukotem kopyt końskich na ulicy i odgłosem mozolnego oddechu umierającej kobiety. Zmarła o piątej po południu.
Król, siedząc na balkonie apartamentu swojego hotelu, wziął pióro i napisał: "Wiem jak wielkie było wasze wzajemne oddanie i jaką pustkę zmarła pozostawiła w twoim domu. Mimo to jestem pewny, że teraz pragniesz już tylko, aby twoja ukochana żona odpoczywała w pokoju, wolna od wszelkich dalszych bólów i cierpień".
Campbell-Bannerman ciągnął sprawy dalej przez niecałe dwa lata. Publicznie starał się okazywać wesołość, lecz jeden z przyjaciół, widząc go rozmawiającego i żartującego z gośćmi, poszedł potem na górę, gdzie zastał premiera obejmującego głowę rękami, wstrząsanego szlochem. Jego własne ciało też było już zużyte. 13 listopada Campbell-Bannerman zasłabł w Bristolu. Jego doktorzy nakazali mu sześć tygodni bezwzględnego wypoczynku i premier zdecydował się wybrać do Biarritz. Po drodze w Paryżu dopadł go drugi atak serca, co zmusiło go do przerwania podróży, zaś jego doktora do pośpiesznego przybycia z Londynu. Przeprowadziwszy się do Biarritz, pozostał tam do połowy stycznia, kiedy to wrócił do Londynu. Tam inny przyjaciel stwierdził, że "wydawało się, iż całkowicie odzyskał swoją dawną pogodę ducha i energię". 12 lutego 1908 roku Campbell-Bannerman wygłosił swoją ostatnią mowę w Izbie Gmin. Tego wieczora doznał ponownego zawału i został przeniesiony do swojej sypialni pod numerem 10. Nie opuścił już tego pokoju aż do śmierci, która nastąpiła dziesięć tygodni później. Odwiedzali go król, królowa i książę Walii, a on siadał wtedy przy oknie wychodzącym na Downing Street. Wyjeżdżając na zgromadzenie monarchów w Kopenhadze, król prosił, aby go na bieżąco informować o stanie zdrowia premiera. "Nie telegrafujcie "Do Króla"", instruował monarcha. "Będzie tam tylu królów. Telegrafujcie "Do Króla Edwarda"".
Przez dwa miesiące gabinet odliczał czas, odkładając ważne decyzje i w coraz większym stopniu oglądając się na Asquitha, desygnowanego następcę. 27 marca premier posłał po kanclerza, aby powiedzieć mu, ze zamierza zrezygnować. "Jesteś cudownym kolegą - powiedział Asquithowi - tak lojalnym, tak bezinteresownym, tak zdolnym. Jesteś największym dżentelmenem, jakiego kiedykolwiek spotkałem". Jego słowa w chwili rozstania były optymistyczne: "Jeszcze nie koniec ze mną. Spotkamy się znów, Asquith". 1 kwietnia premier wysłał swoją rezygnację do przebywającego w Biarritz króla. 3 kwietnia król przyjął dymisję. Campbell-Bannerman zmarł nad ranem 22 kwietnia 1908 roku.
Herbert Henry Asquith zaczynał skromniej niż którykolwiek z jego poprzedników na urzędzie premiera. Urodził się w 1852 roku, jako syn kupca wełnianego, na wsi w hrabstwie Yorkshire. Gdy Herbert13 miał osiem lat, jego ojciec doznał skrętu kiszek podczas wiejskich rozgrywek w krykieta i zmarł parę godzin później. Od ukończenia lat dwunastu Asquith zamieszkiwał na stancjach u rodzin w Londynie, aby mógł uczęszczać do lepszych szkół. Jako uczeń doskonale dawał sobie radę. "[Szkoła] po prostu [...] postawiła przed nim drabinę, a on ruszył po niej do góry" - powiedział jej dyrektor. W wieku lat siedemnastu Asquith zdobył stypendium z zakresu literatury klasycznej w Balliol. Jego tam przybycie zbiegło się w czasie z pierwszą kadencją Benjamina Jowetta jako przełożonego colledge'u. Jowett14, który miał dobre oko do oceny możliwości studentów, trzymał Asquitha pod ścisłym nadzorem. Asquith poświęcił się działalności w ramach Oxford Union. Przemawiał niemal w każdej debacie politycznej, został jej przewodniczącym i zmienił przepisy towarzystwa, zezwalając na palenie oraz serwowanie popołudniowej herbaty. Pomimo tych zajęć ubocznych Asquith został w 1874 roku jedynym absolwentem Balliol, który otrzymał dyplom pierwszej klasy w zakresie literatury klasycznej - z wyróżnieniem.
Asquith mógł pozostać w Oxfordzie jako don15, lecz nie było to jego ambicją. Przeniósł się do Londynu, gdzie zaczął przygotowywać się do zawodu adwokata. Bez pieniędzy i bez koneksji, Asquith zawarł szalone małżeństwo w wieku dwudziestu pięciu lat i rychło został ojcem. Aby uzupełnić swoje mizerne dochody z prawa, regularnie pisywał do liberalnych tygodników "Spectator" i "Economist". Pisywał wstępniaki, najczęściej poświęcone polityce, lecz potrafił także, nie tracąc lekkości pióra, poruszać się po innych arenach - ekonomicznej, literackiej, społeczno-obyczajowej.
Pewnego wieczora w 1881 roku, podczas obiadu w Lincoln's Inn16, Asquith siedział obok innego młodego adwokata, podobnie jak on - umiarkowanego liberała z ambicjami politycznymi. Richard Burton Haldane, młodszy od Asquitha o cztery lata Szkot, który miał zostać jego najbliższym przyjacielem i najpotężniejszym sojusznikiem politycznym, studiował w Niemczech, skąd wyniósł płynną znajomość języka oraz mocne upodobanie do niemieckiej filozofii. Haldane miał pieniądze, których brakowało Asquithowi. Dwa lub trzy razy na tydzień spożywali wspólnie obiad w którejś z restauracji, po czym Asquith wracał do rodziny. Haldane często udawał się z Asquithem do domu, gdzie stał się ulubieńcem jego żony i dzieci. Haldane podziwiał mocne strony przyjaciela, lecz dostrzegał też jego słabe punkty. Asqu ith, powiadał Haldane, był posiadaczem "najwspanialszego aparatu intelektualnego oraz zdolności zrozumienia i oceny, z jakimi nigdy u nikogo innego się nie zetknąłem", lecz był znacznie lepszy w objaśnianiu niż tworzeniu. "Asquith sam wiele nie wymyślił - ciągnął Haldane - Nie był człowiekiem obdarzonym wyobraźnią, lecz kiedy cokolwiek wspólnie wymyśliliśmy - zawsze padało na niego, żeby przedstawił zagadnienie w naszym imieniu - miał to opanowane do perfekcji". Jedna sprawa dotycząca Asquitha była zawsze jasna. "Obydwaj awansowaliśmy wśród palestry, lecz dla Asquitha zostać wybitnym prawnikiem nigdy nie było żadną atrakcją - wspominał Haldane - Od samego początku postanowił, że zostanie premierem".
To właśnie Haldane pierwszy zasugerował Asquithowi, aby wystartował w wyborach do parlamentu. Sam Haldane został wybrany do Izby Gmin w 1885 roku i w roku następnym zaczął naciskać przyjaciela, żeby zgłosił swoją kandydaturę w szkockim okręgu East Fife. Asquith został wybrany niewielką większością, lecz miał odtąd reprezentować tych samych wyborców przez trzydzieści dwa lata. Gdy w marcu 1887 roku wygłosił swoją debiutancką mowę, posłowie z obu stron izby byli zaskoczeni jego pewnością siebie, elokwencją i autorytetem. "Jego dykcja już wtedy była nieskazitelna" - rzekł z podziwem Haldane. Zdecydowanie mniejsze wrażenie zrobił jednak na panu Gladstone'ie. Gdy lidera liberałów zapytano, czy sztuka oratorska może wynieść młodego Asquitha na szczyty kariery politycznej, ten potrząsnął głową. "Styl zanadto sądowy" - orzekł. Niemniej jednak, gdy pięć lat później Gladstone tworzył swój czwarty i ostatni gabinet, powołał czterdziestoletniego Asquitha na stanowisko ministra spraw wewnętrznych. 18 sierpnia 1892 nowi ministrowie udali się do Osborne House, aby tam otrzymać od królowej pieczęcie swoich urzędów. Przebywając Solent od strony Portsmouth, nowi ministrowie liberalni minęli drugą łódź, wiozącą z powrotem ustępujących ministrów unionistycznych - obie grupy w milczeniu uchyliły cylindrów. Przy tej okazji królowa Wiktoria nie rozmawiała z nowym ministrem spraw wewnętrznych, lecz odnotowała w swoim dzienniku, że wydawał się "inteligentnym, dobrze się prezentującym mężczyzną". Wkrótce potem Asquith został ponownie wezwany do Osborne na obiad i krótki pobyt, i tym razem Królowa odnotowała: "odbyłam z panem Asquithem rozmowę, którą uważam za przyjemną, bezpośrednią i rozsądną".
Lata, gdy Asquith wspinał się po szczeblach kariery aż do poziomu gabinetu, były latami spokoju w życiu domowym. Mając lat osiemnaście zakochał się podczas pobytu nad morzem w piętnastoletniej dziewczynie, Helen Melland, córce wziętego lekarza z Manchesteru. Pisywali odtąd do siebie regularnie, a cztery lata później, gdy on był jeszcze w Balliol, zaręczyli się w sekrecie. Pobrali się w 1877 roku, gdy on miał dwadzieścia pięć, ona zaś dwadzieścia dwa lata. Zarobki Asquitha jako adwokata oraz niewielkie pieniądze otrzymywane przez nią od ojca pozwoliły im na kupno białościennego domku stojącego w ogrodzie w Hampstead, który przez czternaście lat pozostawał ich domem rodzinnym. Helen Melland była wysoką, atrakcyjną brunetką. "Piękna i prosta dusza" - wspominał Haldane. "Nikt nie nazwałby jej mądrą, czy "intelektualistką" - powiedział o niej mąż - Tym, co decydowało o jej rzadkich zaletach, był jej charakter". Była ona "bezinteresowna i uduchowiona, [...] ciepła [...] i wielkoduszna". Kiedyś, jeszcze borykając się w palestrze, mąż wyraził jej swą miłość, wydając 300 funtów szterlingów, by kupić jej diamentowy naszyjnik.
Helen Asquith była szczęśliwa, mieszkając w Hampstead. W ciągu dziewięciu lat pojawiło się pięcioro dzieci, a gdy jej mąż pracował nad aktami prowadzonych spraw czy udawał się do izby Gmin, czasami jadając obiad z przyjaciółmi i późno wracając do domu, ona nadzorowała gospodarstwo i rodzinę. Mijały lata - on się zmieniał, a ona nie. Kariera Asquitha wyniosła go na szczyty towarzyskie. Nadchodziły zaproszenia, z czego on był zadowolony, zaś Helen - przerażona. Z początku Asquith nie umiał dostosować się do towarzystwa; odnotowano, że na przyjęciach - ruszając na obiad - podawał ramię własnej żonie. Skorygował jednak te drobne błędy, rozwijając w sobie upodobanie do dobrych win oraz talent do rozmówek z utytułowanymi paniami. Jego żona nie miała ani takich upodobań, ani talentu. Towarzystwo, zdziwione parą nowicjuszy, czyniło uwagi na temat jego ambicji i jej niechęci. Jednym słowem, Helen postrzegana była jako kula u nogi męża.
Wśród obserwatorów małżeństwa Asquitha znajdowała się Margot Tennant, obdarzona burzliwym charakterem, towarzyska na sposób ekstrawagancki członkini kręgu "Dusz" i namiętna wielbicielka Arthura Balfoura. "Gdy odkryłam, że [Asquith] jest żonaty - napisała potem Margot - Poprosiłam go, aby przyszedł na obiad z żoną, co uczynił, a zaraz gdy ją ujrzałam, powiedziałam jej: "Naprawdę, pani Asquith, liczę na to, że nie będzie miała pani nic przeciwko temu, aby pani mąż od czasu do czasu jadał tutaj obiad bez pani; zawsze sądziłam, że do Hampstead jest zbyt daleko, aby wracał do pani z Izby Gmin. Musi jednak pani mi zawsze dać znać i przychodzić razem z nim, kiedy tylko będzie pani miała ochotę"".
"[...] Tak bardzo różniła się ode mnie, że bardzo pragnęłam, aby się zgodziła. Była uprzejma, miła i pozbawiona ambicji, opowiadała mi o domu i dzieciach z taką miłością i zainteresowaniem, że wydawały się one wykluczać ją z życia wielkiej polityki, jakie od dawna pociągało moją wyobraźnię. [...]"
"Bardzo pragnęłam, aby [...] poznała moich przyjaciół, lecz po weekendzie spędzonym z lordem i lady Desborough [siostra i szwagier Margot Tennant], gdzie wszyscy ją polubili, powiedziała mi, że chociaż wizyta jej się podobała, to nie wydaje jej się, żeby kiedykolwiek miała dbać o ten rodzaj towarzystwa, jakie tak uwielbiałam i jest szczęśliwsza w kręgu swojego domu i rodziny. Gdy powiedziałam jej, że wyszła za mężczyznę, który z pewnością osiągnie najwyższe stanowiska w polityce, odparła, że nie tego dla niego pragnęła. Odjeżdżając z Hampstead, gdzie spędziłyśmy trochę czasu tylko we dwie, zastanawiałam się, czy moje pragnienie, aby jej mąż odniósł sukces [...] było czymś złym".
Przyjaźń Margot Tennant z Helen Asquith była krótka. We wrześniu 1891 roku, spędzając wakacje w Szkocji, Helen Asquith nabawiła się tyfusu. Zmarła po trzech tygodniach. Asquith powrócił do Hampstead z piątką pozbawionych matki dzieci. Najstarsze z nich, Raymond, miało dwanaście lat, najmłodsze - osiemnaście miesięcy.
Jeszcze przed śmiercią swojej pierwszej żony Asquith odczuwał pociąg do Margot Tennant. W swoich pamiętnikach tak wspomina ona ich pierwsze spotkanie: "Obiad, podczas którego zostałam przedstawiona mojemu mężowi, odbywał się w gmachu Izby Gmin. Siedziałam wtedy obok niego. Wielkie wrażenie zrobiła na mnie jego konwersacja oraz wyraźnie zarysowana, cromwellowska twarz. Różnił się od wszystkich pozostałych gości, a choć był okropnie ubrany, to stanowił taką osobowość, że natychmiast uprzytomniłam sobie, iż oto jest mężczyzna, który potrafiłby mi pomóc, zdolny wszystko zrozumieć. Ani przez chwilę przez mój umysł nie przeszło, że jest żonaty, zresztą jakie by to miało znaczenie [...].
Po obiedzie wszyscy wyszliśmy na taras budynku i schlebiało mi, że mój nowy przyjaciel znalazł się u mojego boku. [...] Wycofaliśmy się w najciemniejszy zakątek tarasu, gdzie, przechyliwszy się przez balustradę, gapiliśmy się na rzekę i rozmawialiśmy do późna w nocy.
Nasz gospodarz i jego kompania - myśląc, że poszłam już do domu, zaś pan Asquith wrócił do Izby, gdzie dzwonki wzywały do głosowania - dawno już znikli, gdy więc wreszcie skończyliśmy naszą konwersację, taras był pusty, a niebo jaśniało.
Kilka dni później spotkaliśmy się na obiedzie u Sir Algernona Westa [...] a potem widywaliśmy się już stale".
Margot już się zdecydowała. Po tamtej pierwszej nocy na tarasie Izby Gmin powiedziała swojej siostrze, lady Ribblesdale: "Asquith jest jedynym mężczyzną, jakiego kiedykolwiek mogłabym poślubić - wszyscy inni nadają się tylko na makulaturę. Zaledwie po miesiącu od śmierci Helen, Asquith i Margot zaczęli pisywać do siebie długie, intymne listy. "Powiadasz mi, żebym nie przestawał cię kochać, tak jakbym to uczynił lub miał taki zamiar czy w ogóle był do tego zdolny" - pisał Asquith.
Margot Tennant była córką Sir Charlesa Tennanta, bogatego baroneta z Nizin Szkockich, którego trzy córki szturmem podbiły socjetę Londynu. Margot, najbardziej z nich wszystkich wymowna i prowokująca, miała także ustaloną reputację jako miłośniczka jeździectwa. Nie była pięknością, najlepiej mówi o tym jej własny opis samej siebie: "Mała, gwałtowna, nerwowa, niespokojna, z blisko rozstawionymi oczami, sokolim nosem, krótką górną wargą i dużym, kościstym, wystającym podbródkiem [...] konwersacja bardzo obrazowa i przesadna [...] najwyższa żywość, wielka pewność siebie [...] dobrego serca, lubi ludzi, zwierzęta, książki, sport, muzykę, ćwiczenia fizyczne [...] intelektualny samouk, ambitna, niezależna i uparta [...] lubiąca podziw ze strony tak mężczyzn, jak i kobiet, lecz zdolna także sama go okazywać. [...] Kocha starych ludzi ponieważ nigdy nie wydaje się jej, że są starzy [...]".
Wiele swoich najszczęśliwszych chwil spędziła Margot na koniu. "Jeżdżę lepiej niż większość ludzi - stwierdziła - i spędziłam, czy też zmarnowałam na koniach więcej czasu niż powinna sobie pozwolić jakakolwiek obdarzona intelektem kobieta". Skakała przez płoty i miedze po wszystkich wiejskich hrabstwach Anglii, pomagając zabić do trzech lisów dziennie. Przyjemności te jednak kosztowały: "Złamałam oba obojczyki, wszystkie żebra i rzepkę kolanową, rozcięłam sobie nos i pięć razy doznałam wstrząsu mózgu" - powiedziała kiedyś. Pewnego razu, siedząc na koniu i czekając na ojca przed ich domem na Grosvenor Square, zniecierpliwiona Margot wjechała po schodach prowadzących do hallu, gdzie kopyta zwierzęcia pośliznęły się na marmurowej posadzce. Koń i amazonka upadli - tym razem szczęśliwie - żadne z nich nie poniosło szwanku.
Margot Tennant była równie impulsywna w towarzystwie. Siedząc na jakimś obiedzie obok lorda Randolpha Churchilla, powiedziała byłemu kanclerzowi, "Obawiam się, że podał się pan do dymisji raczej z temperamentu niż z przekonania, lordzie Randolphie". "Cóż za bezczelność! - powiedział zaskoczony Churchill - Cóż ty wiesz o moich przekonaniach?". Niemniej, sprowokowany, ciągnął dalej: "Nienawidzę Salisbury'ego. Rzucił się na moją rezygnację jak pies na kość". Zanim wieczór dobiegł końca, Margot zdążyła pozyskać sobie lorda Randolpha, który zaprosił ją na kolację na cześć księcia Walii. Pragnąc koniecznie wszystkich zaszokować, przybyła na nią w białej muślinowej sukni z przeźroczysta bluzką. "Spójrzcie tylko na pannę Tennant! - podśmiewały się pozostałe panie - Przyszła w nocnej koszuli!" Margot podsłuchała, co było o niej mówione i gdy przybył książę, natychmiast wszystko mu opowiedziała. Książę poprosił ją, aby siedziała przy nim podczas kolacji.
Inteligencja Margot Tennant była błyskotliwa, doskonale sprawdzająca się w grze słów i ciętych ripostach. W wieku osiemdziesięciu lat stary Gladstone napisał dla niej poemat i potrafił pozostawić jej ojca w salonie, aby udać się do jej sypialni na rozmowę. Mając wielkie zdolności do potyczek słownych, potrafiła być bezlitosna wobec modnych pań, które odważyły się rzucić jej wyzwanie. Razu pewnego lady Londonderry umyśliła sobie wysadzić Margot z siodła, mówiąc do niej w towarzystwie: "Obawiam się, że nie czytała pani tej książki". "Obawiam się, lady Londonderry, że pani nie przeczytała nawet przedmowy - odcięła się Margot - Ta książka jest mi zadedykowana".
Nie przyszło Margot łatwo zdecydować się, kogo ma poślubić. Gdy poznała Asquitha, miała dwadzieścia siedem lat; w Londynie minęło już dziesięć sezonów, a ona ciągle nie potrafiła się zdecydować. Jej idolem był Arthur Balfour i w pewnym okresie krążyły nawet plotki, że Balfour i Margot są zaręczeni. Balfour jednak szybko je rozwiał. Gdy jeden z jego przyjaciół odezwał się do niego: "Słyszałem, że zamierzasz się ożenić z Margot Tennant", Balfour odparł: "Nie, to nieprawda. Zamierzam raczej robić karierę na własną rękę". Najpoważniejszy ze starających się o rękę Margot odwoływał się raczej do zewnętrznej strony jej natury. Peter Flower, młodszy brat lorda Battersea, był przystojny i czarujący, był też sławnym bokserem amatorem oraz jednym z najlepszych jeźdźców w Anglii. Spotkali się, gdy on rzucił się jej na pomoc po kolejnym upadku z konia. Margot pisywała do Petera codziennie przez dziewięć lat, aż wreszcie wyraziła zgodę na zaręczyny. "Wyjdę za ciebie, Peterze, jeśli znajdziesz sobie jakieś poważne zajęcie - powiedziała - Lecz nie poślubię nieroba". Peter Flower był jednak niereformowalny. Tak długo oddawał się hazardowi i trwonił pieniądze, aż w końcu, aby ujść wierzycielom, sprzedał swoje konie i wyjechał do Indii.
Asquith był inny. Mimo to trzymała go w niepewności i dała mu czekać dwa lata, zanim podjęła decyzję. Niezrażony, kontynuował swoje starania. Klęczał obok niej i modlił się u grobu jej siostry Laury, która zmarła przy porodzie. Na notatkę, jaką przesłała mu do Izby Gmin, odpowiedział: "Tego popołudnia, gdy siedziałem na Ławie Skarbu, odpowiadając na pytania, otrzymałem twój telegram i przeczytałem go ukradkiem, po czym wetknąłem pośpiesznie do kieszeni spodni, aby dopiero po opuszczeniu izby, w moim pokoiku, czytać go wciąż od nowa".
Gdy wreszcie do tego doszło, wiadomość, że błyskotliwy liberalny minister spraw wewnętrznych zamierza poślubić żywą jak iskra Margot Tennant, równocześnie rozbawiła i zatrwożyła londyńską socjetę. Jego przyjaciele obawiali się, że ożenek z osobą tak frywolną jak Margot, zrujnuje mu karierę; troską zaś jej przyjaciół było, że wzięcie sobie za męża człowieka nie lubiącego polowania i rozrywek na świeżym powietrzu, za to obdarzonego piątką dzieci, stłamsi ducha Margot. Sama Margot wielokrotnie rozważała problem ze wszystkich stron. "Gdy uprzytomniłam sobie, że mężczyzna, którego przyjaźń ceniłam jak nic na świecie, chce mnie poślubić, przepełniły mnie głębokie wątpliwości. Od wielu lat, starając się znaleźć charakter i intelekt przewyższający mój własny, gdy nareszcie go znalazłam - czułam, że nie jestem w stanie poddać się konfrontacji. [...] Byłam też świadoma naturalnego uprzedzenia, jakie wszystkie dzieci od początków świata muszą okazywać swoim macochom. [...]". Jowett, będący przyjacielem tak Margot, jak i Asquitha, ostrzegał ją, że będzie musiała się zmienić. Postrzegał ją, jak napisał w jednym z listów, jako młodą kobietę, która "marnuje swój czas i talenty, włócząc się od jednego wiejskiego dworu do drugiego [...] zdobyła sobie pozycję wysoką, choć śliską i niebezpieczną". Szczególnie ostrzegał ją, że "jest niemożliwe być osobą dyktującą modę i zarazem wywiązywać się z obowiązków wobec pięciorga dzieci".
Margot zdecydowała, że Jowett się myli, a jej własne wątpliwości są nieuzasadnione. 10 maja 1894 roku poślubiła Asquitha w kościele św. Jerzego przy Hanover Square. Odłożono nawet pierwsze posiedzenie gabinetu Rosebery'ego, aby nie kolidowało z ceremonią. Haldane występował jako drużba, a na miejscu było aż czterech premierów, były, obecny oraz dwóch przyszłych: Gladstone, Rosebery, Balfour i sam Asquith. Rodzina wprowadziła się do wygodnego domu pod numerem 20 na Cavendish Square, który poza ośmioma latami spędzonymi przy Downing Street 10, zajmowała przez ćwierć wieku. Tak jak wykalkulowała to sobie Margot, zmianie uległo przede wszystkim życie Asquitha, jej zaś własne - znacznie mniej. Czternastu służących pracujących przy Cavendish Square było bez przerwy zajętych organizowaniem przyjęć czy to ze śniadaniem, czy obiadem. Państwo Asquithowie bywali też gośćmi na obiadach, balach letnich oraz weekendowych przyjęciach w cudzych domach. Asquith gładko dostosował się do tego wszystkiego i wyglądał na zadowolonego. Cofnął się tylko przed jeździectwem i polowaniem. Wkrótce po ślubie z Margot wybrał się, po raz pierwszy i jedyny w życiu na polowanie na jelenie. "Wystrzeliłem dwukrotnie i położyłem dwa kozły - zapisał - Zadowolony z takiego dowodu własnej waleczności, odłożyłem strzelbę w kąt i nigdy więcej już jej nie używałem. Zdaje mi się, że ciągle dzierżę rekord wśród polujących na jelenie myśliwych, jako ten, który każdym strzałem kładł ofiarę".
Gdy gabinet Rosebery'ego stracił władzę, co dało początek dziesięcioleciu rządów Unionistów pod wodzą Salisbury'ego i Balfoura, Asquith powrócił do palestry, dzieląc swój czas między prawo i Izbę Gmin. Mieszkanie przy Cavendish Square oraz tempo towarzyskie, jakie narzuciła Margot, wymagały pieniędzy, zaś Asquith przynosił do domu od 5000 do 10 000 funtów szterlingów rocznie.
Jako były minister, członek gabinetu oraz tajny radca, Asquith przewyższał rangą większość sędziów, przed którymi występował w sprawach i mógł sobie pozwolić na odrobinę braku szacunku.
"Przypuśćmy, że wskazuję panu obszar określony południkami długości geograficznej. Czy według pana stanowi to "miejsce", panie Asquith?" - zapytał go sędzia Wright. "To, wasza lordowska mość - odpalił Asquith - będzie jedynie kwestią stopnia długości".
Asquith nie aprobował rajdu Jamesona. Powiadał, że była to "awantura wykoncypowana bardziej dziecinnie i wykonana bardziej niechlujnie, niż można by to sobie wyobrazić". Gdy pochwyceni uczestnicy rajdu zostali sprowadzeni do Londynu na proces, potępiał sposób, w jaki ich przyjęto: "Uczyniwszy swoim głupim szaleństwem tak wielkie szkody interesom Imperium, jakie tylko możliwe jest wyrządzić [...] zostali po przybyciu do Anglii powitani brawami i fetowani przez część socjety londyńskiej, niczym godni następcy Drake'a i Raleigha". Dziwnym trafem dwojgiem członków tej części socjety londyńskiej byli także pan i pani Asquith. "Dr Jim ma w sobie jakiś osobisty magnetyzm i z osobami mojej płci może uczynić, co tylko zechce - wyznała Margot - Mój mąż i ja spotkaliśmy Doktora po raz pierwszy jakiś tydzień lub dziesięć dni przed jego procesem i wyrokiem w domu Georginy, lady Dudley, zaś wieczorem przed udaniem się do więzienia jadł obiad tylko z nami przy Cavendish Square". W pierwszych latach małżeństwa Margot dowiodła także, że Jowett się mylił, bowiem nawiązała dobre stosunki z pięciorgiem dzieci Asquitha, zwłaszcza z Raymondem. Sama w 1895 roku straciła własne dziecko, a potem jeszcze dwójkę. Przeżyło z ich związku dwoje dzieci, urodzona w 1897 roku Elżbieta oraz Antoni, urodzony w 1902.
Przez dziesięć lat pozostawania liberałów w opozycji reputacja polityczna Asquitha ciągle wzrastała. W 1898, gdy lord Rosebery zrezygnował z przywództwa partii, a Sir William Harcourt odmówił jego przyjęcia, jako kandydaci pozostawali tylko Campbell-Bannerman i Asquith. Za Asquithem przemawiały jego młodość i energia, był on także dalece bardziej skuteczny jako mówca, lecz sam się wykluczył z rozważań, ponieważ uważał, że jest zbyt biedny. Margot nie poddawała się tak łatwo. Napisała do Balfoura, aby ten spróbował przekonać jej bogatego ojca do uniezależnienia Asquitha od pracy adwokata. Balfour się zgodził, choć był przecież przywódcą Unionistów w Izbie Gmin. Napisał do Sir Charlesa Tennanta, że oto w zasięgu jego zięcia znajdują się najwyższe godności w Partii Liberalnej, lecz Asquith nie może się o nie ubiegać bez zagrożenia komfortu Margot. "Nikt nie może przewodniczyć, czy to Opozycji, czy to Izbie Gmin, jeśli jest związany pracą zawodową. Partia nie może dać wiele, za to bierze wszystko" - tłumaczył Balfour. Sir Charles odmówił. Był on oddanym liberałem i wierzył w starszeństwo i prawo pierwszeństwa. Campbell-Bannerman był szesnaście lat starszy od Asquitha, dłużej od niego pozostawał członkiem gabinetu, miał więc słuszny tytuł do objęcia przywództwa. On - Tennant - nie uczyni nic, aby zakłócić ową naturalną kolej rzeczy. Asquith akceptował przywództwo C.B., dopóki nie poróżnili się w sprawie wojny burskiej, nawet jednak wtedy, zachowywał się względem niego z grzecznością i szacunkiem. Podczas "wojny na noże i widelce", po mowie C. B. na temat "barbarzyńskich metod", Asquith stwierdził publicznie: "Nic na świecie nie jest mi bardziej wstrętne niż wdawanie się w jakikolwiek publiczny spór ze starym przyjacielem i kolegą, u boku którego staczałem w przeszłości liczne boje i mam nadzieję toczyć je ponownie w przyszłości". Nawet rola Asquitha w zawarciu "paktu z Relugas" została wytłumaczona (bez wątpienia przyszło to tak łatwo, ponieważ C. B. zatriumfował).
Jako kanclerz Izby Rozrachunkowej w gabinecie Campbella-Bannermana, Asquith przeprowadził dwa budżety i mocno wspierał swego szefa w wojnie parlamentarnej. (Asquith kiedyś opisał jedno z własnych wystąpień, jako takie "na które właściwie nie sposób było odpowiedzieć"). Najczęstszym rozkazem, jaki wydawał C.B., gdy tylko Balfour zaczynał rwać w strzępy argumenty liberałów w debacie, było: "Idźcie i przynieście młot kowalski". Oznaczało to, że należy wezwać Asquitha, żeby się zjawił w Izbie i wygłosił replikę.
W marcu 1908 roku, gdy król wybierał się do Biarritz, Sir Henry Campbell-Bannerman, ciągle jeszcze premier, leżał umierający na Downing Street 10. Przed samym wyjazdem król Edward powiedział Asquithowi, że jeśli C.B. coś się stanie, ma zamiar posłać po kanclerza. 1 kwietnia premier wysłał do króla list z prośbą o dymisję; 4 kwietnia suweren napisał do Asquitha, prosząc go o sformowanie rządu i zjawienie się w Biarritz na ucałowanie rąk. W dniu następnym wiadomość ta rozeszła się po Londynie i przed domem na Cavendish Square czaiło się sześćdziesięciu reporterów. Asquith ukrywał się aż do wieczora 6 kwietnia, kiedy to po obiedzie opuścił potajemnie dom, aby się udać na dworzec Charing Cross, gdzie złapał odchodzący o dziewiątej pociąg promowy do Paryża. Ponieważ podróżował sam, w grubym płaszczu, z nasuniętą na oczy czapką, udało mu się zmylić pogonie. W Biarritz wbił się we frak i złożył wizytę królowi, który zgodnie z zaleceniami swoich doktorów zajmował apartamenty na parterze Hôtel du Palais, aby uniknąć wysiłku związanego z wchodzeniem po schodach. W pokoju przyjęć króla Edwarda Asquith wyraził zgodę na objęcie urzędu premiera, ucałował dłoń monarchy17, po czym obaj udali się do sąsiedniego pokoju na lunch. Król Edward przyjemnie sobie z nim rozmawiał w przerwach między napadami kaszlu oskrzelowego. Tegoż wieczora, nowy premier zjawił się ponownie, mimo panującej ulewy, aby spożyć obiad w towarzystwie króla i jego wakacyjnych kompanów, Sir Ernesta Cassela oraz Alicji Keppel.
Jeszcze w Biarritz Asquith podał królowi nazwiska członków swojego gabinetu. Większość z nich stanowili nominaci Campbella-Bannermana, lecz na stanowisko kanclerza Izby Rozrachunkowej awansował Lloyd George'a. Powstałą przez to lukę w Izbie Handlowej miał wypełnić trzydziestoczteroletni Winston Churchill. Lord Tweedmouth, popełniający coraz więcej błędów w Admiralicji, miał być zastąpiony przez bardzo skutecznego Reginalda McKennę, syna londyńskiego urzędnika służby cywilnej. Najważniejszą ze wszystkich tych zmian był oczywiście awans Lloyd George'a na pozycję numer dwa w rządzie liberałów. Ponieważ Asquith zdążył już przygotować swój trzeci budżet, lecz nie przedłożył go jeszcze w Izbie Gmin, początkowo planował zatrzymać stanowisko kanclerza obok premierostwa, podobnie jak czynił to Gladstone. Zmienił jednak zdanie, aby uczynić swój gabinet bardziej zrównoważonym politycznie. Z Asquithem jako premierem, Greyem na stanowisku ministra spraw zagranicznych i Haldanem jako ministrem wojny gabinet tracił równowagę pomiędzy reprezentowanym przez nich skrzydłem liberalnych imperialistów a radykalnymi pacyfistami, która dotąd była zapewniona przez obecność C. B. na stanowisku premiera. Radykałowie obawiali się, że teraz skrzydło imperialistyczne będzie mogło postępować, jak mu się żywnie spodoba. Aby uciszyć te obawy, Asquith postawił u swego boku najzdolniejszego spośród radykałów - Lloyd George'a.
Przez całe osiem lat swojego premierowania, Asquith był zdecydowany utrzymać równowagę, celować w pozycje centrowe, nie zbaczając ni w prawo, ni w lewo. Zawsze gorąco popierał Greya i Haldane'a, którzy w gabinecie pozostawali jego najbliższymi przyjaciółmi, oddając Greyowi niemal absolutną władzę w zakresie brytyjskiej polityki zagranicznej. Jednakże czy to podczas posiedzeń gabinetu, czy w Izbie Gmin, czy na mównicy, starał się być przywódcą wszystkich. Powiadano o nim, że w jego rządzie nie ma partii. Nie znaczyło to, że Asquith nie miał własnego zdania. "Asquith był człowiekiem, który dobrze wiedział na czym stoi, czy to w życiu, czy w sprawach publicznych [...] wykształceniu, polityce, prawie, filozofii czy religii - napisał Churchill - gdy zachodziła taka potrzeba, jego umysł otwierał się i zamykał gładko i dokładnie, jak zamek karabinu [...] gdy raz usłyszał jakąś sprawę oddzieloną w końcu od wszelkich plew, wyciągał wnioski w mgnieniu oka i były to wnioski ostateczne, przynajmniej w tym stopniu, w jakim to od niego zależało". Asquith nie uchylał się też od bezwzględności wymaganej od sprawujących władzę. "Najważniejszą cechą każdego premiera jest być dobrym rzeźnikiem - powiedział do Churchilla, gdy oferował młodszemu koledze stanowisko rządowe w 1908 roku - Jest teraz kilku takich, których należałoby wbić na pal lub porąbać" - dorzucił. Ulubionym instrumentem rządu Asquitha był czas. "Wielce szanowny pan musi zaczekać i samemu zobaczyć" - było często stosowaną przez niego ripostą w parlamencie. W gabinecie, gdzie waga sprawy mogła doprowadzić do rezygnacji ważnych ministrów lub nawet do rozłamu w rządzie, Asquith sprawował władzę przez odkładanie spraw. "To co dzisiaj tu usłyszeliśmy, zostawia wiele rzeczy do przemyślenia - miał w zwyczaju powiadać na koniec posiedzenia - Przed następnym spotkaniem poświęćmy temu stosowną refleksję i zastanówmy się, jak moglibyśmy zgodzić się w tej materii". Prowadził posiedzenia gabinetu jak przewodniczący rady nadzorczej dużej firmy, zawsze dążąc do konsensusu i skuteczności. "W gabinecie wyraźnie siedział cicho - powiedział Churchill - Właściwie to nie powiedział ani słowa, [...] jeśli bez tego mógł przeprowadzić sprawy po swojej myśli. Siedział jak wielki Sędzia, którym zresztą był, z nabytą cierpliwością wysłuchując przedstawianych mu wszystkich stron zagadnienia, od czasu do czasu rzucając pytanie lub krótką uwagę [...] co nadawało sprawie zwrot w kierunku celu, jaki pragnął osiągnąć".
Rozrywką Asquitha jako młodzieńca w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych była przede wszystkim dyskusja polityczna. Haldane, który znał Asquitha z czasów Helen Melland i Hampstead, łagodnie potępiał zmiany, jakie nastąpiły po małżeństwie jego przyjaciela z Margot. "W dawnych latach Asquith był osobą bardzo poważną - zauważył Haldane - Stopniowo, zwłaszcza po zawarciu drugiego małżeństwa, coraz bardziej zanurzał się w życiu towarzyskim, które odwodziło go nieco od surowszego stylu życia, do którego on i ja byliśmy przyzwyczajeni". W czasie swojego premierostwa Asquith doprowadził do bezwzględnego rozdzielenia pracy i rozrywki. "Nie lubił "pogadać o sprawach urzędowych" poza godzinami urzędowania - mówił Churchill - Dla Asquitha albo rozprawa trwała, albo było zakończona. Jeśli zaś była zakończona, próżno było pukać do drzwi. [...] Gdy robota była wykonana, bawił się [...] uwielbiał towarzystwo pań, zawsze był gotów poznać jakąś nową i czarującą osobę. Kobiety w każdym wieku z chęcią dawały mu się zaprosić na obiad. Były zafascynowane jego wesołością i dowcipem oraz jawnym zainteresowaniem dla wszystkiego, co robiły".
W 1908 roku, gdy zostawał premierem, Asquith miał pięćdziesiąt sześć lat, Margot zaś czterdzieści cztery. Z latami zaczęli się od siebie oddalać. Miała ciężkie i niebezpieczne porody, które wymagały miesięcy dochodzenia do siebie. "Przez wiele lat po moim pierwszym połogu byłam bardzo delikatną kobietą - napisała. Cierpiała też na ostrą bezsenność. "Nikt kto nie doświadczył [...] prawdziwej bezsenności nie może sobie wyobrazić co to znaczy - mówiła - Bezsenność jest bliska szaleństwu". Ostatnie z jej dzieci, które przeżyły, Antoni, urodził się w 1907 roku. W 1908, "gdy mój mąż został premierem, poszłam do katedry św. Pawła i modliłam się, aby dane mi było raczej umrzeć, niż stanowić dla niego obciążenie jako niepełnosprawna". Tak zawsze żywa i nieujarzmiona Margot, ta wspaniała miłośniczka konwersacji w kręgu "Dusz", która kiedyś aż do rana trzymała młodego ministra spraw wewnętrznych na tarasie Izby Gmin, nie lubiła podporządkowanej roli przypadającej żonie polityka - nawet premiera. Gdy w jej obecności powtarzał stare dowcipy nowym słuchaczom, była w sposób widoczny znudzona. "Jestem strasznie niecierpliwa i tylko dzięki silnej samokontroli potrafię w ogóle tego słuchać" - przyznała w 1905 roku. Proszona, czy nie, każdego zasypywała radami. "Osobiście uważam Margot za dość kłopotliwego gościa - powiedziała Pamela McKenna - Nieustannie wszystkich krytykuje [...] i to zawsze w najbardziej niemiły sposób". Opuszczała miejsca spotkań, "pozostawiając za sobą licznych zranionych do głębi i szlochających ludzi". Ironia losu sprawiła, że gdy Asquith w coraz mniejszym stopniu uważał dyskusje polityczne za rozrywkę, Margot fascynowała się nimi coraz bardziej. Wracał teraz do domu zza swojego biurka lub z Izby Gmin, aby stanąć twarzą w twarz z istnym ostro tnącym, politycznym gzem. "Czasami chodziłem tam i z powrotem po pokoju, aż wreszcie zaczynałem myśleć, że zwariuję - opowiadał swojej córce Violet, opisując własne życie domowe - Potrzebuje się wypoczynku, a tu rzucają ci w twarz wstępniakiem z "Morning Post" - wszystkie za i przeciw - i to w sposób bardziej kontrowersyjny niż uczyniliby to twoi koledzy". Współczująca reakcja Violet na ojcowskie użalanie się doprowadziła do napięć w jej stosunkach z Margot. W 1909 roku Asquith pisał do Margot: "Jest dla mnie smutną sprawą, że dwie kobiety na których najbardziej mi zależy pozostają ze sobą w stanie ciągłych nieporozumień".
Asquith przyznawał się do "pewnej słabości, ciągnącej go ku towarzystwu mądrych i atrakcyjnych kobiet" i w ich gronie znajdował ulgę. Podczas przyjęć, obiadów, weekendów w wiejskich dworach, często można było spotkać premiera flirtującego, trzymającego za ręce czy grającego do późnej nocy w brydża z młodymi kobietami, oczarowanymi faktem, że zostały zauważone przez najbardziej wpływową figurę polityczną kraju. Margot nie zgłaszała obiekcji, a nawet twierdziła, że Henry potrzebował swojego "małego haremu", aby odciągał jego umysł od pracy.
W 1912 roku, mając już sześćdziesiąt lat, Asquith zakochał się, i to chyba nawet bardziej niż kiedykolwiek był zakochany w Helen Melland czy Margot Tennat, w dwudziestosześcioletniej Venetii Stanley. Venetia, najmłodsza córka lorda Sheffield, liberalnego szlachcica, i kuzynka w pierwszej linii Klementyny Churchill, była rówieśniczką i bliską przyjaciółką córki Asquitha, Violet. Bywała ona częstym gościem na Downing Street 10. Venetia była wysoka, miała ciemne oczy, wyrazisty nos i twarz; jej młodzi przyjaciele płci męskiej opisywali ją jako "wspaniałe, dziewicze, przyjazne stworzenie", obdarzone "męskim intelektem". Była bardzo oczytana i nieco ekscentryczna: jako ulubione zwierzątka trzymała niedźwiadka, pingwinka i liska. W latach 1910 i 1911 Asquith pisywał od czasu do czasu do Venetii, zrzucając w ten sposób z siebie troski codziennego życia. W lutym 1912 roku towarzyszyła ona jemu i Violet podczas ich wakacyjnej wyprawy na Sycylię. Później, wiosną, pewnego niedzielnego poranka on i Venetia siedzieli w jadalni jakiegoś wiejskiego dworu "rozmawiając i śmiejąc się jak zwykle [...] Nagle - napisał w notatkach do nigdy nie opublikowanej autobiografii - w jednej chwili, bez żadnego ostrzeżenia, jakie mógłbym odczuć, bez żadnej prowokacji z jej strony, łuski spadły mi z oczu; znajome rysy i gesty, uśmiechy i słowa objawiły się w całkiem nowej perspektywie; to co do tej pory było przede mną ukryte, w mgnieniu oka stało się na wpół jawne i niejasno poczułem, nawet nie wiedząc o tym, nie mówiąc już o zrozumieniu, iż oto stanąłem w punkcie zwrotnym mojego życia".
Przez trzy następne lata, premier napisał do Venetii Stanley 560 listów - ponad 300 000 słów18. Większość listów była na papierze z nagłówkiem "10 Downing Street", choć pisane były z przeróżnych miejsc. Do roku 1914 listy rozpoczynały się od słów "Kochanie", "Kochanie moje" czy "Moja najukochańsza". Wyznawał jej swoją miłość i pragnienie, i błagał, wręcz żebrał o jakikolwiek znak, że odwzajemnia jego namiętność: "Dałaś mi i nadal dajesz najwyższe szczęście mego życia". "Bez ciebie często musiałem ponieść klęskę i więcej niż raz upaść. Podtrzymywałaś mnie na duchu i ubogacałaś każdy dzień mego życia". Pisywał także do niej o literaturze i polityce, plotkach z towarzystwa, a nawet opisywał z wielkimi szczegółami posiedzenia gabinetu czy Rady Wojennej.
W lipcu 1914 roku miłość Asquitha do Venetii zdominowała jego myśli; jeden z listów podpisał: "Twój kochanek - na zawsze". Podczas klinczu wokół sprawy Irlandii oraz kryzysu poprzedzającego wybuch wojny pisywał do niej dwa lub trzy razy dziennie, czasami podczas posiedzeń gabinetu, niekiedy siedząc w ławie rządowej w Izbie Gmin. W piątki zabierał ją na przejażdżki swoim samochodem z szoferem. Od okazji do okazji odwiedzał ją w londyńskim domu jej rodziców. Wydaje się, że nie doszło do zbliżenia fizycznego. W 1915 roku Asquith opisał, co dla niego znaczyła Venetia:
"Kochanie, czy mam ci powiedzieć, czym byłaś i pozostajesz dla mnie? Najpierw kimś zewnętrznie i fizycznie niedostępnym i unikalnym. Potem pod względem temperamentu i charakteru - często zaskakującym i ulotnym, lecz zawsze bardziej interesującym i atrakcyjnym niż jakakolwiek kobieta, jaką znałem lub widziałem. Niezrównana, pierwsza pod względem silnego intelektu i zdolności do prawdziwego wejrzenia w istotę każdej sytuacji, wielkiej czy małej. A nade wszystko i w stopniu przekraczającym wszystko byłaś dla mnie przez dwa ostatnie lata bliskością doskonałego zaufania i zrozumienia, gwiazdą polarną, gwiazdą przewodnią mojego życia".
Obsesja Asquitha nie przeszła niezauważona. Lady Sheffield, matka Venetii, obawiała się uwikłania córki w związek z żonatym premierem i zaplanowała wysłać ją w sierpniu 1914 roku w dłuższą podróż po Morzu Śródziemnym, czemu przeszkodziła wojna. Margot wiedziała o Venetii. A chociaż po latach napisała: "Żadna kobieta nie ma prawa oczekiwać, że będzie jedyną kobietą w życiu swojego męża", to w swoim czasie poczuła się głęboko zraniona. Venetia, powiadała, jest "kobietą pozbawioną wyrafinowania czy jakiejkolwiek wyobraźni". A o swoim mężu: "Zbyt lubię H., aby mu okazać, jak bardzo czyni mnie to mizerną i chorą". "Och - płakała - niech tylko Venetia wyjdzie za mąż".
W połowie maja 1915 roku stosunki między Asquithem a Venetią uległy gwałtownemu zerwaniu, gdy ona mu powiedziała, że przyjęła oświadczyny Edwina Montagu, jednego z byłych osobistych sekretarzy premiera. Montagu oświadczył się jej jeszcze w 1912 roku, wtedy jednak został odrzucony. Na początku 1915 Venetia zmieniła zdanie. Mimo to kontynuowała wymianę listów z Asquithem jeszcze przez trzy miesiące, aż wreszcie, na żądanie Montagu, wyznała mu prawdę. Venetia wyrzekała się Asquitha niechętnie. "Dlaczego nie mogę wyjść za Ciebie i równocześnie nadal go uszczęśliwiać? - apelowała do Montagu - Ale żaden z was dwóch nie uważałby chyba tego za zabawne i przypuszczam, że sugerując ci to, a nawet o tym myśląc, prezentuję ci się jako osoba emocjonalnie bardzo szczególna". Gdy już podjęła decyzję, spojrzawszy na minione trzy lata, powiedziała: "Wiem bardzo dobrze, że gdybym to nie była ja, byłaby na moim miejscu jakaś inna, może nawet kilka innych".
Sir Edward Grey był człowiekiem wsi. Uważał on Ministerstwo Spraw Zagranicznych, na którego czele stał jedenaście lat, za rodzaj lochów, z których uciekał w weekendy do zalanych słońcem polan New Forest lub nad wody pstrągowych strumieni Hampshire. Przy swoim biurku pracował z oddaniem, lecz bez przyjemności; wolał rozmawiać o majestacie muzyki Haendla czy pięknie Wordswortha niż o równowadze sił i trójporozumieniu. Przez cały czas pełnienia swojego urzędu wyjechał z Brytanii tylko jeden raz, z obcych języków używał tylko kilku zwrotów w prymitywnym francuskim, a mimo to był największym brytyjskim ministrem spraw zagranicznych całego stulecia.
Grey był najmłodszym z trójki konspiratorów, którzy utworzyli "pakt z Relugas". Urodził się w 1862 roku, dziesięć lat po Asquithie, sześć lat po Haldane'ie. Korzenie jego tkwiły w Fallodon, rodzinnych dobrach w Northumberland, niedaleko od szkockiej granicy, skąd dostrzec można było Morze Północne. Jego dziad, Sir George Grey, był wiejskim baronetem, który spędził czterdzieści lat w Izbie Gmin i służył jako minister spraw wewnętrznych w liberalnych gabinetach lorda Johna Russella i wicehrabiego Palmerstona. Ojciec Greya był emerytowanym pułkownikiem, który walczył w wojnie krymskiej oraz podczas buntu w Indiach19, aby następnie przez lat piętnaście pozostawać jednym ze zmieniających się na zasadzie rotacji koniuszych księcia Walii. Podczas jednego z przypadających na niego okresów usługiwania księciu, pułkownik Grey zmarł nagle w Sandringham na zapalenie płuc. Pozostawił po sobie żonę z siedmiorgiem dzieci, z których najstarszy był właśnie dwunastoletni Edward. Sir George Grey szybko wycofał się z parlamentu i przejął ojcowskie obowiązki wobec swoich osieroconych wnuków.
Mając lat czternaście, Edward poszedł do szkoły w Winchester. Cechowały go zdolności do greki i łaciny oraz pragnienie samotności. Był wyjątkowym graczem w tenisa i krykieta, lecz wolał wałęsać się nad rzeką Itchen, która przepływała za szkolnymi boiskami. Tam odległe krzyki chłopców zagłuszał już szmer wody i Grey potrafił się zatracić, zarzucając muchę między trzcinami. Z Winchester Grey udał się do Balliol, gdzie prowadził życie "oddane czystej przyjemności [...] prowadziło to donikąd, lecz nie pozostawiało blizn, nie było niczego, czego przychodziłoby żałować lub wymazywać z pamięci". Gdy miał dwadzieścia lat, zmarł mu dziadek, uczyniwszy go baronetem i pozostawiwszy mu dobra Fallodon, dwa tysiące akrów20, a także odpowiedzialność za losy matki i młodszych braci i sióstr. Ciągle nic nie robił, aż w końcu w 1884 roku został wyrzucony z college'u przez Jowetta. "Sir Edward Grey - pisał przełożony Balliol - po wielokrotnym upominaniu za bezczynność, okazawszy się całkowitym ignorantem w zakresie pracy zleconej mu na czas wakacji, zostaje odesłany do domu". Grey wrócił do Fallodon, gdzie, zostawiony samemu sobie zaczął czytać książki, które tak ignorował w Oxfordzie. Pod koniec semestru wrócił do Balliol, podszedł do egzaminów i zdobył niewyróżniający się dyplom trzeciej klasy21.
Osiemnaście miesięcy po opuszczeniu uniwersytetu Grey ożenił się z córką drobnego szlachcica z Northumberland, Dorothy Widdrington, którą spotkał na jakimś przyjęciu połączonym z polowaniem. Była ona, podobnie jak Grey, dumną, zamkniętą w sobie osobą, nie znajdującą sobie miejsca w towarzystwie. Jej umysł był subtelny i pracował szybko, wszelkie kwestie oceniała według ich meritum "w czystym, chłodnym świetle rozumu". Nie cierpiała pustosłowia tak samo jak spraw trywialnych. "Jej sięgające sedna sprawy pytanie "Dlaczego?" bardzo często zaskakiwało i niemal przerażało nieostrożnego rozmówcę". Grey, którego szorstka powłoka skrywała wewnętrzną łagodność, polegał na zdaniu Dorothy. Kilka tygodni przed ślubem napisał do niej tak: "Wydaje mi się, że jakkolwiek zajęty, jakkolwiek aktywny, jakkolwiek wzburzony codzienną walką życia może być mężczyzna, to jednak zawsze będzie szukał sobie miejsca, gdzie mógłby bezpiecznie odkryć wnętrze swojego serca, swoją bardziej miękką i łagodniejszą naturę, ponieważ inaczej istnieje niebezpieczeństwo, że mógłby ją całkowicie utracić albo zranić ją w swojej ciężkiej walce. Takie miejsce znajduje w kobiecie, a gdy naprawdę kocha, chętnie powierza jej wszystko, dobrowolnie i bez zastrzeżeń". Nie mieli dzieci, lecz byli zadowoleni; każde pisało do drugiego codziennie, kiedy tylko się rozstawali.
W listopadzie 1886 roku, miesiąc po ślubie, dwudziestotrzyletni Grey zdobył miejsce w Izbie Gmin, pokonując niejakiego Percy'ego, wywodzącego się z klanu, z którego wywodzili się panowie Northumberlandu od czasów średniowiecza. Niedługo potem jak Grey pojawił się w parlamencie, Gladstone dokonał rozłamu w Partii Liberalnej z powodu Home Rule. Podczas następnych sześciu lat spędzonych w opozycji Grey zetknął się z Asquithem i Haldanem, z którymi połączyła go trwała przyjaźń i dozgonny sojusz polityczny.
W 1892 roku Gladstone po raz czwarty i ostatni powrócił na Downing street. Grey został wybrany przez ministra spraw zagranicznych, lorda Rosebery, na stanowisko parlamentarnego podsekretarza stanu d.s. polityki zagranicznej. Nie miał w tym kierunku żadnego wcześniejszego doświadczenia, wykształcenia czy zainteresowań, lecz w systemie parlamentarnym źródłem doświadczenia nie są przecież politycy, którzy zajmują i opuszczają najwyższe stanowiska rządowe, lecz stali podsekretarze stanu, członkowie służby cywilnej, funkcjonujący o szczebel niżej. Grey nie miał nic do powiedzenia w zakresie określania polityki, jego zadaniem - Rosebery należał przecież do Izby Lordów - było przedstawianie i wyjaśnianie polityki rządu w Izbie Gmin. Izba wkrótce zauważyła, że gdy Grey przemawiał, czynił to precyzyjnie i autorytatywnie. Najważniejsze z tych jego wystąpień miało miejsce 28 marca 1895 roku. Do Londynu dotarły wtedy pogłoski, że Francja szykuje jakąś ekspedycję w poprzek Afryki, do źródeł Nilu. Wielka Brytania uważała, że dominacja w tym rejonie należy do Egiptu, a zatem do niej samej. "Nie mogę uważać, aby pogłoski te zasługiwały na uwagę", powiedział Izbie Grey, "ponieważ marsz francuskiej wyprawy z drugiego końca Afryki i to w myśl tajnych instrukcji, na terytorium wobec którego nasze pretensje znane są od tak dawna, byłby nie tylko aktem nielogicznym i nieoczekiwanym, ale także, o czym rząd francuski musi doskonale wiedzieć, aktem nieprzyjaznym i jako taki byłby on postrzegany przez rząd brytyjski". Z ław opozycji natychmiast podniósł się Joseph Chamberlain, aby powiedzieć, że to, co oświadczył Grey, jest "najpełniejszym i najwyraźniejszym stwierdzeniem na temat polityki rządu ze wszystkiego, co mogliśmy dotąd usłyszeć od odpowiedzialnego ministra". W istocie, oświadczenie Greya, które miało stać się znane w historii dyplomacji jako "deklaracja Greya" - nie zostało zaaprobowane przez gabinet. Następnego ranka stało się przedmiotem ożywionej debaty na Downing Street 10. Lord Rosebery, ówczesny premier, uzyskał ostatecznie poparcie dla stanowiska Greya, wbrew opozycji ze strony ministrów, którzy uważali, że Wielka Brytania nie ma żadnych interesów nad Górnym Nilem, a nawet w Egipcie.
W 1895 roku rząd lorda Rosebery potknął się na kwestii dostaw kordytu i upadł, a Partia Liberalna na kolejne dziesięć lat ustąpiła władzy Unionistom. Grey nie był wcale nieszczęśliwy z powodu konieczności odejścia z urzędu. "Praca w Izbie Gmin nie sprawiała mi przyjemności - zapisał - Potrafiłem objaśnić innym to, co uprzednio uporządkowałem sobie we własnym umyśle, lecz większym problemem był brak naturalnego daru przemawiania". Grey pozostawał w parlamencie przez lata 1895-1906, lecz nie pełniąc urzędu mógł poświęcić więcej czasu życiu prywatnemu.
Pociąg do spokojnego życia, przede wszystkim życia spędzanego na łonie natury, pozostawał w konflikcie z politycznymi ambicjami tak Edwarda, jak i Dorothy Grey. W 1893 roku, gdy Grey był podsekretarzem stanu w Ministerstwie Spraw Zagranicznych, Dorothy przez trzy godziny rozważała to zagadnienie z Haldanem. W końcu Haldane poszedł sobie, rzucając na odchodnym, "Nareszcie rozumiem. Nie powinniście trzymać się polityki. Szkodzi ona waszemu życiu. To źle". Dorothy natychmiast napisała do Edwarda, przebywającego w Izbie Gmin: "Powiedziałam mu, że gdybyśmy nadal mieli tak niszczyć nasze naturalne sympatie, niemal na pewno skończyłoby się to zniszczeniem naszego małżeństwa, które zamarłoby - pozbawione swojej podstawy i atmosfery piękna. [...] Haldane powiedział, że sam odczuwa, jak bardzo to, iż czujesz się nieszczęśliwy na swoim stanowisku, utrudnia dogadanie się czy nawet zbliżenie do ciebie, oraz że od dawna już widział, iż w żadnym z nas nie ma już dawnej wiosny i serca. [...] Rozmawialiśmy przez dłuższy czas; on argumentował za odsunięciem się od polityki, ja zaś przeciwko temu, zdaje się że był górą. Bardzo mnie tym ujął; powinniśmy być mili dla naszego Haldane'a. Uważa teraz, że byłoby całkiem rozsądnie, abyś natychmiast złożył rezygnację, choć mówiłam mu, że nie nosimy się z takimi pomysłami". Haldane trzymał się swojego zdania tylko przez kilka miesięcy. Niedługo miał pisać do Dorothy: "Jedynym ciosem, jaki odczułbym jako ciężki, a nawet miażdżący, byłoby odsunięcie się Edwarda od polityki. Dla mnie oznaczałoby to odarcie jej w znacznym stopniu z nadziei i jakiegokolwiek znaczenia. Uważam jego obecność za [...] sprawę o [najwyższym] znaczeniu dla Partii Liberalnej. A sama wiesz, jak bardzo wierzę w tę Partię Liberalną i w pracę, jaka nam przypada do wykonania". Sprawa ta miała prześladować Greya przez całe życie: z jednej strony wierzył, że najlepsze życie polega na kontemplacji natury jako dzieła Boga; z drugiej, jego twarde, wyrastające z whigowskiego pochodzenia, poczucie obowiązku wobec partii i kraju, zakazywało mu pędzenia życia na łonie natury, za jakim tak bardzo tęsknił.
Rozwiązanie znaleźli w kompromisie... z chwilą przybycia do Londynu Edward i Dorothy Grey uznali, że życie w mieście jest "całkiem paskudne". Potrzebując schronienia, uznawszy, że Northumberland i Fallodon są położone zbyt daleko, żeby spędzać tam weekendy, Grey przypomniał sobie falujące, pełne pstrągów wody rzeki Itchin, przepływającej za boiskami szkoły w Winchester. On i Dorothy kupili pół akra łąki opadającej ku strumieniowi i zbudowali mały domek weekendowy z drewna i cegły. Otoczony, wręcz zakryty różami, stał się ich schronieniem i sanktuarium. Nic nie mogło im przeszkadzać; polityka była tu wyklęta, nie przyjmowali też zaproszeń na weekendy. "Ten domek stał się nam bliższy niż samo Fallodon - napisał Grey - Było to coś szczególnego i świętego, coś poza normalnym biegiem życia".
Nie było tam służących; w weekendy przychodziła przez pola wiejska kobieta, żeby posprzątać i gotować. Taki styl życia zgadzał się z uznawaną przez Grey a definicją luksusu: "mieć wszystko czego chcieliśmy i niczego, czego byśmy nie chcieli".
Wiosną i latem w Londynie, Grey z żoną niecierpliwie oczekiwali sobotniego ranka. W każdą sobotę wstawali na dźwięk budzika i o wpół do szóstej rano wychodzili ze swojego domu przy Grosvenor Road, przechodzili przez most Lambeth, aby o szóstej złapać pociąg odchodzący ze stacji Waterloo. Około ósmej rano cieszyli się już śniadaniem w swoim domku. W letnie soboty Grey łowił ryby od dziesiątej do drugiej, a potem znów od siódmej do dziewiątej wieczorem, gdy rzeka powoli rozpływała się w mroku. Opisywał potem te dni jako "raj na ziemi".
"Rybak zjawia się nad rzeką nie później niż o dziesiątej, potok jest bystry, lecz spokojny, tu i ówdzie tylko jego powierzchnię zaburza powtarzający się wir od kołyszącej się trzciny, nie zakłócają jej jednak jeszcze oznaki życia. [...] Żaden ptak nie zniża się nad powierzchnię wody, nie widać nawet muchy, ani śladu żywego stworzenia pod wodą. Lecz lekkie świeże powietrze jest jak pieszczota, ciepło świeci słońce, zakłócane tylko przez przypadkowo przepływające białe obłoki, nadrzeczne łąki aż lśnią od jaskrów, a otaczające je drzewa i żywopłoty są białe od kwitnących głogów lub rozjaśnione, niczym kandelabry, kwiatami kasztanów. Śpiewa ptactwo wszelkiego rodzaju, przede wszystkim kosy, a wędkarz ma taką rozrywkę przez godziny oczekiwania, że zdaje się ona przekraczać to, na co niedoskonały człowiek może zasługiwać lub ogarnąć. Teraz - może się to stać szybko albo dopiero po godzinie, a nawet później - na powierzchni wody zaczynają pojawiać się muchy, widać też, jak ku powierzchni podnoszą się pstrągi; w krótkim czasie wszystko jest w ruchu i pełne życia. Wszędzie podnoszą się pstrągi, niektóre głośno, niektóre bez najmniejszego odgłosu; na całej rzece wykluwają się muchy, siedząc na wodzie w miejscu lub przelatując krótkimi skokami z jednego na drugie lub wzbijając się w powietrze. Nad rzeką rozpościera się też ruchoma sieć ptaków, jerzyków, jaskółek i muchołówek; słychać gwar ptasiego życia i świst skrzydeł jerzyków przelatujących tam i z powrotem wzdłuż strumienia. Wędkarz nie pozostaje już w bezruchu, tkwi na kolanach w samym środku tego wszystkiego, w dogodnym oddaleniu od podchodzących pod powierzchnię pstrągów, z jednym ramieniem w ciągłym działaniu, z kijem i linką wydającymi w powietrzu cichy odgłos, gdy wyciąga i ponownie zarzuca swoją muchę. Teraz przez dwie godziny jego życie wypełniać będzie energia, oczekiwanie, niepokój, zaradność i wysiłek. [...]".
W niedziele Grey czytał, chodził na spacery, jeździł na rowerze albo po prostu zasiadał razem z Dorothy, żeby obserwować ptaki. Był zapalonym czytelnikiem i często z aprobatą przytaczał historyjkę o człowieku, który przebywał szczęśliwy w swoim wiejskim domu, kiedy nagle zaanonsowano przybycie nieoczekiwanych gości. Człowiek ów ich przywitał, oznajmił im, że jest zachwycony ich widokiem, po czym rzekł: "A czym też byście chcieli się zająć? Bo my czytamy". Oboje państwo fascynowały ptaki: ich zróżnicowane upierzenie, różnorodność ich pieśni, ich umiejętność latania. "Jeśli położysz się na plecach przy pięknej pogodzie, możesz dostrzec mewy żeglujące wysoko w powietrzu, bez widocznego wysiłku, ni ruchu skrzydłami, tak jakby w ogóle nigdy nie miały opaść" - zachwycał się Grey. Dorothy dzieliła z nim wszystkie te wrażenia. Czasami łowiła ryby obok męża, częściej jednak przynosiła ze sobą książkę i na przemian to czytała, to przyglądała mu się, jak wędkuje. Była bystrzejszym i bardziej doświadczonym obserwatorem ptaków niż on. Gdy Edward nie mógł wybrać się do domku, wyruszała w pojedynkę, spędzając cały weekend w samotności.
W marcu Grey wyruszał do Szkocji, aby łowić łososie. "Najwspanialszym sportem w wędkarstwie na muchę jest łowienie wiosennego łososia na dużej rzece" - powiadał. Począwszy od października lubił leżeć w łóżku, nie śpiąc i tylko w wyobraźni łowiąc i wybierając co lepsze głębinki, gdzie łososie zwykły odpoczywać podczas podróży w górę rzeki. Silne, nieomylne szarpnięcie wędziskiem przez łososia ważącego piętnaście, dwadzieścia, a nawet trzydzieści funtów22 było "jedną z chwil największej radości w życiu". Najbardziej pamiętne z owych wypraw na ryby nadeszły późnym latem 1905 roku, kiedy to Greyowie wynajęli Relugas House, z widokiem na dziki przełom rzeki Findhorn. Tutaj, pisała Dorothy do Haldane'a, podczas tych krótkich przerw, jakie spędzał w domu, siadał przy oknie wychodzącym na dobrą łososiową głębinkę i mruczał pod nosem, "Jakim pięknym słowem jest rzeka!"".
Było to ostatnie tak pełne błogości lato w życiu Edwarda Greya. Trzy miesiące po wyjeździe ze Szkocji był już ministrem spraw zagranicznych, co miało przypominać jedenastoletnią podróż. 1 lutego 1906, pięć miesięcy po opuszczeniu Pogórza, dwa miesiące po objęciu przez męża urzędu, Dorothy była już w Fallodon, oczekując tam na niego. Samotnie wyruszyła na przejażdżkę, koń się poślizgnął i została wyrzucona z małego powoziku, upadając na głowę. Nigdy nie odzyskała przytomności. Grey uczestniczył właśnie w posiedzeniu Imperialnego Komitetu Obrony, gdy otrzymał telegram. Złapał nocny pociąg z dworca King's Cross i zdążył usiąść przy jej łożu na czterdzieści godzin przed śmiercią.
Był teraz sam, lecz nie został opuszczony. Jego biograf pisze: "Wspomnienia, jakie zgromadził przez te dwadzieścia lat życia spędzonych z Dorothy wśród lasów i ptaków lub sam z wędziskiem nad wodą, stanowiły kapitał, z którego żył przez długie lata swojego wdowieństwa, swojej zaciętej walki o skierowanie brutalnych sił rozrywających Europę na ścieżkę pokoju, a wreszcie ślepoty, która wymusiła jego ostateczne odejście z urzędu". Nawet gdy Edward Grey utracił wzrok, wspomnienia te nie całkiem zagasły w jego pamięci. Oczyma duszy ciągle widział "bogactwo nadrzecznych łąk, ożywionych owadami i ptactwem, żyjącymi w rzece pstrągami, łąk łagodnych zielenią i uweselonych kwiatami wczesnej wiosny; szlachetność i ogrom wielkich rzek łososiowych, radość odczuwaną przy zaglądaniu w każdą, większą czy mniejszą, kryjącą łososie głębinkę; ciemno brązową barwę wód na Pogórzu. [...] Wędkarz znający te rzeczy będzie spoglądał wstecz na owe promienne od szczęścia dni, szczyty uniesienia, które nie są mniej żywe tylko dlatego, że w pamięci zapala je światło zachodzącego słońca".
Grey nieszczególnie lubił obce kraje. W przeciwieństwie do lorda Salisbury, Arthura Balfoura, Josepha Chamberlaina czy Sir Henry'ego Campbella-Bannermana, którzy wszyscy odprężali się czytając francuskie powieści, lub Richarda B. Haldane'a, którego rozrywką była filozofia i literatura niemiecka, Grey preferował Wordswortha i George'a Eliota. Grey nigdy nie odwiedził Marienbadu, Biarritz czy Riviery; nie mówił po niemiecku, a jego francuski był językiem sztubaka. W Londynie unikał towarzystwa zagranicznych dyplomatów, jak zresztą w ogóle towarzystwa. W pewnym momencie, wyczerpany po przeciągającym się okresie kryzysu, poszukał schronienia w Fallodon.
"Jestem tutaj sam od kilku dni - pisał do przyjaciela - Lubię być sam po raz pierwszy po tak pracowitym okresie. [...] Moje wiewiórki podchodzą do stolika, przy którym piszę i biorą orzeszki z mojej ręki, jakbym nigdy stąd nie wyjeżdżał. Jest coś uspakajającego w zwierzęcej nieświadomości - nieświadomości wszystkich tych rzeczy, do których przywiązujemy tak wielkie znaczenie a które dla nich nie znaczą absolutnie nic".
Przez dziesięć lat ten skryty i lubiący samotność człowiek kierował polityką zagraniczną Anglii. Z Campbellem-Bannermanem Grey różnił się, tak pod względem politycznym, jak i osobistym. Sprzeciwiał się liderowi liberałów podczas wojny burskiej i przyłączył się do dziwacznej i nieskutecznej próby zmuszenia C. B. do przeprowadzki z Izby Gmin do Izby Lordów. Przez dwadzieścia siedem miesięcy piastowania przez Campbella-Bannermana urzędu premiera obaj rzadko spotykali się poza posiedzeniami gabinetu. Mimo to C. B. i Grey zgadzali się co do zasadniczych kierunków brytyjskiej polityki zagranicznej: utrzymywania ententy z Francją, staranie się o osiągnięcie podobnego porozumienia z Rosją oraz ograniczanie ambicji niemieckich poprzez brytyjską supremację na morzach, z równoczesnym szukaniem możliwości wzajemnego obniżenia poziomu zbrojeń morskich. Jako premier Campbell-Bannerman pozostawiał Greyowi w tych sprawach wolną rękę. Gdy w 1908 roku schedę po C. B. objął Asquith, premier i minister spraw zagranicznych byli odtąd parą osobistych przyjaciół i zaufanych sojuszników politycznych. Asquith pozostawiał politykę zagraniczną Greyowi w jeszcze większym stopniu, niż czynił to C. B. W gabinecie i w Izbie Gmin Grey był rzecznikiem rządu; Asquith interweniował tylko wtedy, gdy zachodziła potrzeba potwierdzenia lub wcielenia czegoś w życie. Grey z rzadka radził się gabinetu, a jeszcze rzadziej przemawiał w Izbie; także premierowi oszczędzał większości szczegółów.
Grey opierał swoją politykę wyłącznie na tym, co rozumiał przez interesy Anglii. W 1895 roku, gdy był parlamentarnym podsekretarzem stanu, a zagrożenie dla tych interesów przyszło z Paryża, Grey zdecydowanie ostrzegł, że wyprawa kapitana Marchanda do źródeł Nilu będzie widziana w Anglii jako "akt nieprzyjazny". Dziewięć lat później Grey - pozostający poza urzędem - przeczytał porozumienie, jakie lord Lansdowne wynegocjował z Francją z "uczuciem wprost radości i ulgi [...] znikła groźba wojny z Francją". Podobnie nastawienie Greya wobec Niemiec zależało wyłącznie od tego, jaki wpływ miała ich polityka na Anglię. Bardzo wcześnie się zorientował, że postępowanie z Wilhelmstrasse może być trudne. Wkrótce potem jak został podsekretarzem stanu brytyjskie i niemieckie firmy konkurowały o koncesję na budowę kolei w tureckiej Anatolii. "Nagle - powiedział Grey - z Berlina nadeszło coś w rodzaju ultimatum, żądające żebyśmy wycofali się z konkurencji [...] i stwierdzające, że jeśli tego nie uczynimy, konsul niemiecki w Kairze wycofa swoje poparcie dla Brytyjskiego Zarządu Egiptu. [...] Zaraz potem nadszedł rozpaczliwy telegram od lorda Cromera [brytyjskiego przedstawiciela w Egipcie], wskazujący, że wobec opozycji Francji i Rosji, bez niemieckiego poparcia będzie niemożliwe wykonywanie pracy zleconej mu w Egipcie". W dyplomacji, przyznawał Grey, oczekuje się czegoś za coś. Lecz "to właśnie gwałtowność i szorstka apodyktyczność akcji niemieckiej sprawiła mi nieprzyjemną niespodziankę. [...] W tym wypadku przyjęta przez Niemców metoda nie należała do przyjacielskich. Nie mieliśmy innej możliwości, jak ustąpić [...] lecz pozostawiło to po sobie poczucie dyskomfortu i niesmaku". Odtąd Grey uważał zaangażowanie się Brytanii nad Nilem "za pętlę na naszej szyi [...] W tym przypadku pętla została silnie szarpnięta przez Niemców".
Grey był zdziwiony i zaniepokojony potrząsaniem przez Holsteina i Bülowa maczugą w usiłowaniu roztrzaskania nowej ententy anglofrancuskiej, do czego doszło po lądowaniu kaisera w Tangerze. W ciągu następnych miesięcy, latem i jesienią 1905 roku, sympatyzował z Lansdownem i gabinetem Unionistów. "Francuzi zostali upokorzeni z powodu podpisanego z nami porozumienia - napisał później - Porozumienie to zobowiązywało nas tylko do udzielenia im wsparcia dyplomatycznego, lecz [...] jeśli Niemcy użyłyby siły i Francja znalazłaby się w poważnych kłopotach, jakie byłoby wtedy nasze położenie?" Zanim doczekał się odpowiedzi na to pytanie, rząd Balfoura zrezygnował, zastąpiony przez liberałów, a członkowie nowego gabinetu, łącznie z premierem, Campbellem-Bannermanem, opuścili Londyn, udając się w teren, na kampanię przed zbliżającymi się styczniowymi wyborami powszechnymi. Jedynym członkiem rządu, który przez trzy dni w tygodniu kontynuował prace w Londynie, był nowy minister spraw zagranicznych, Sir Edward Grey.
Grey szybko uświadomił sobie, że Francja oczekiwała na brytyjskie zobowiązania militarne na wypadek wojny z Niemcami. Major Victor Huguet, francuski attaché wojskowy w Londynie, spotkał się z generałem majorem J. M. Griersonem, dyrektorem operacji wojskowych w Ministerstwie Wojny i rozmawiał przez pięć godzin z pułkownikiem Charlesem Repingtonem, wpływowym korespondentem wojskowym "Timesa". 29 grudnia Repington napisał do Greya, że Huguet nie kwestionował sympatii rządu brytyjskiego dla Francji, lecz pytał, "co rząd brytyjski gotów jest zrobić". 9 stycznia Grey napisał do przebywającego w Szkocji Campbella-Bannermana: "Ciągle przeciekają informacje, że Niemcy szykują się do wojny na wiosnę. Francja jest pełna obaw. Nie myślę, żeby miało dojść do wojny. [...] Jednakże Ministerstwo Wojny powinno, tak mi się zdaje, być gotowe do udzielenia odpowiedzi na pytanie, co możemy uczynić, jeśli przyjdzie nam stanąć przeciw Niemcom". Następnego dnia Paul Cambon, ambasador francuski, przybył spotkać się z Greyem23. "Zapytał mnie bezpośrednio i formalnie - pisał minister spraw zagranicznych do premiera - [...] czy w razie ataku niemieckiego, wynikającego ze sprawy Maroka, Francja może polegać na zbrojnym wsparciu przez Anglię. Powiedziałem mu, że nie mogę odpowiedzieć na to pytanie. Nie mogę nawet skonsultować się z premierem lub z gabinetem podczas wyborów. [...] Pan Cambon powiedział, że spyta ponownie, gdy będzie już po wyborach".
Haldane uważał, że Huguet i Cambon zasługują na szybszą odpowiedź... zgodnie z tą opinią, 16 stycznia rozpoczęły się tajne rozmowy pomiędzy brytyjskimi i francuskimi oficerami sztabowymi, bez aprobaty premiera bądź gabinetu. Koncentrowały się one na planach wysłania na kontynent 100 000 żołnierzy brytyjskich w ciągu dwóch tygodni od wybuchu działań wojennych. Gdy 26 stycznia do Londynu wrócił Campbell-Bannerman i został o wszystkim poinformowany, dał na podjęte kroki swój placet. Trzydziestego pierwszego Grey udzielił Cambonowi oficjalnej odpowiedzi: rozmowy wojskowe będą kontynuowane, z tym że nie wiążą one Anglii z góry na wypadek wojny. "W przypadku zaatakowania Francji przez Niemcy, będącego następstwem naszego porozumienia w kwestii Maroka" - powiedział Grey, nie ma wątpliwości, że "odczucia opinii publicznej w Anglii byłyby tak silne, iż żaden rząd brytyjski nie mógłby pozostać neutralny". Parlament jednak nie mógł się angażować przed takim wydarzeniem, a nie do pomyślenia było, żeby jakikolwiek gabinet podpisał sojusz obronny z którymkolwiek mocarstwem bez wiedzy i zgody parlamentu.
W tym samym dniu, 31 stycznia 1906, zanim spotkał się po południu z Cambonem, Grey uczestniczył w porannym posiedzeniu nowego gabinetu, podczas którego poinformował ministrów, że obiecał Francji nieograniczone poparcie dyplomatyczne w kryzysie marokańskim. Jednak ani on sam, ani Campbell-Bannerman, ani też Haldane nie wspomnieli o rozmowach wojskowych. Następnego dnia, 1 lutego, Dorothy Grey spadła z powozu w Northumberland. Po jej śmierci, która nastąpiła czwartego lutego, pozostający w szoku Grey zaproponował, że zrezygnuje lub obejmie jakieś lżejsze stanowisko. C.B., Asquith, Haldane i cały gabinet prosili go, żeby wytrwał. Stopniowo odzyskał równowagę i ponownie trzymał wszystko w garści. W styczniu rozpoczęła się konferencja w Algeciras, ciągnąca się przez luty i marzec, aby zakończyć się w kwietniu, kiedy wreszcie Niemcy ustąpiły. Groźba wojny znikła i ministrowie w Londynie zajęli się innymi sprawami. Sztaby wojskowe jednak kontynuowały swoje rozmowy.
I tak przez sześć lat gabinet nic o nich nie wiedział.
Przed i po wojnie Grey krytykowany był za utrzymywanie większości ministrów rządu brytyjskiego w nieświadomości co do szczegółowych rozmów wojskowych, prowadzonych z obcym mocarstwem. Taktyka Greya polegała na pomniejszaniu znaczenia tych rozmów: od Griersona i Hugueta zażądano pisemnych oświadczeń, że ich rozmowy, choć oficjalnie usankcjonowane, nie zobowiązywały żadnego z rządów do wejścia do wojny. Na tej podstawie Grey niezmiennie twierdził, że ani gabinet, ani parlament nie straciły swobody działania. Harold Nicolson wyjaśniał poglądy Greya na tę sprawę następująco: "Grey nie przywiązywał żadnego znaczenia, poza czysto technicznym, zresztą warunkowym, do jakichkolwiek rozmów odbywanych między żołnierzami czy marynarzami. W jego pojęciu rozmowy te były sprawą rutynową, a zapadłe podczas nich decyzje mogły być zmienione jednym pociągnięciem pióra. Nie miały one dla niego znaczenia większego niż, dajmy na to, rozmowy między Strażą Pożarną Londynu a Wodociągami Westminsterskimi".
Ostatecznie odpowiedzialność za niepoinformowanie gabinetu spoczywała na Campbellu-Bannermanie. Był to jego, nie Greya, gabinet, a cokolwiek zalecał minister spraw zagranicznych, premier władny był zmienić. Można sobie wyobrazić elementy dyskusji między tą dwójką: oto w ciągu kilku miesięcy udane porozumienie kolonialne z Francją przeobraża się w groźbę wojny z Niemcami. Nowy rząd, stojąc wobec nadchodzących wyborów powszechnych, ryzykował odwróceniem uwagi, a nawet rozłamem, gdyby miało dojść do debaty na temat wejścia w alians wojskowy z mocarstwem kontynentalnym. Nowemu gabinetowi, nie wdrożonemu jeszcze do pracy zespołowej, ciągle brakowało spójności, więc ujawnione w nim sprawy mogły łatwo znaleźć drogę do parlamentu i prasy. Lepiej zatem było kontynuować rozmowy w sekrecie, ciągle przypominając wszystkim zainteresowanym - wtajemniczonym oficerom, ambasadorowi francuskiemu i jego rządowi w Paryżu - że nic nie jest zagwarantowane, że ostatecznie zadecydować będzie musiała Izba Gmin.
Zakres, w jakim rozmowy wojskowe wiązały Anglię z Francją, pozostawał niejasny dla Asquitha, gdy w 1908 roku obejmował spuściznę po C. B. W 1911 Grey pisał do Asquitha:
"Na początku roku 1906 Francuzi powiedzieli nam: "Czy pomożecie nam, gdyby doszło do wojny z Niemcami?"
Odparliśmy: "Niczego nie możemy obiecywać, musimy mieć wolne ręce".
Francuzi więc zaproponowali, żeby pozwolić władzom wojskowym, w trybie pilnym, wymienić poglądy. Nasze władze miały powiedzieć, co mogłyby zrobić, Francuzi zaś, jak chcieliby, aby to zostało zrobione, gdybyśmy zdecydowali się stanąć po stronie Francji. W przeciwnym razie, twierdzili Francuzi, nawet gdybyśmy się zdecydowali poprzeć Francję, nie bylibyśmy w stanie w przeddzień wybuchu wojny uczynić tego skutecznie. Zgodziliśmy się z tym poglądem. Do tego momentu tylko C.B., [...] Haldane i ja wiedzieliśmy o tym, co się dzieje - reszta z was była rozproszona po kraju w związku z wyborami.
Następnie doszło do rozmów ekspertów wojskowych. Nigdy się nie dowiedziałem, co właściwie ustalili - moje stanowisko było takie, że rząd zastrzegał sobie całkowitą swobodę, lecz wojskowi wiedzieli już co robić, gdybyśmy jednak dali nasze słowo".
Po paru miesiącach Asquith, ciągle jeszcze nerwowy, pisał do Greya: "Takie rozmowy jak między generałem Joffre a pułkownikiem Fairholmem zdają mi się dość niebezpieczne; zwłaszcza w części odnoszącej się do pomocy brytyjskiej. Nie powinno się zachęcać Francuzów, żeby w obecnych okolicznościach tworzyli plany oparte na takim założeniu". Odpowiedź Greya była pełna irytacji; prowadził przecież delikatną grę, balansując pomiędzy swoimi zobowiązaniami względem parlamentu a osobistym oddaniem dla Francji.
"Mój drogi Asquith - pisał Grey - Gdybyśmy zabronili naszym ekspertom wojskowym rozmawiać z Francuzami, wywołałoby to konsternację. Bez wątpienia te rozmowy, a także nasze wystąpienia, wywołały u nich oczekiwanie na wsparcie. Nie widzę jednak sposobu, jakim można było temu zapobiec".
W ten sposób podczas pierwszych tygodni sprawowania swojego urzędu, Grey wytyczył sobie kurs na następne osiem i pół roku. Ograniczenia, jakie narzucał mu system rządów parlamentarnych powodowały, że czasami mógł sprawiać wrażenie wykrętnego, a nawet nieszczerego. Zawsze twierdził, że aż do chwili ostatecznej decyzji, parlament zachował swobodę działania. Z drugiej strony - było dla Greya osobiście rzeczą całkiem jasną - z którym to przekonaniem nie krył się zresztą przed nikim - że w przypadku wojny między Francją a Niemcami narodowe interesy brytyjskie narzucały poparcie Francji.
Choć Grey uświadamiał sobie tę sprzeczność, to rozwiązał ją mówiąc, że choć Anglia nie była prawnie związana z Francją, to jego własne przekonania nakazywały mu opuścić każdy rząd, który by odmówił stanięcia u boku swojego partnera w entencie. Grey wiedział, że w razie jego rezygnacji, Asquith postąpiłby podobnie, co oznaczało upadek całego rządu liberalnego. Rząd Unionistów, przywracając do władzy Balfoura i Lansdowne'a, stanąłby przy Francji.
Za polityką Greya krył się imperatyw brytyjskiej supremacji na morzach. Był on liberałem i opowiadał się za wydawaniem pieniędzy rządowych na reformy społeczne, gdy jednak Niemcy rzucili wyzwanie, zaakceptował fakt, że nie jest ważne ile okrętów budują Niemcy, Brytania musi zbudować ich więcej. Było to wykonywalne tak długo, jak długo jedynym przeciwnikiem pozostawały Niemcy. Istniała jednak bardziej ponura możliwość: gdyby Niemcy osiągnęły hegemonię na kontynencie, Anglia byłaby zapędzona do narożnika, stając przeciwko połączonym siłom morskim zjednoczonej Europy. W 1911 roku Grey powiedział przedstawicielom dominiów: "Tym, co naprawdę determinuje politykę zagraniczną tego kraju, jest kwestia panowania na morzach. Nie istnieje [...] znaczące niebezpieczeństwo, żebyśmy zostali wciągnięci w jakieś poważniejsze kłopoty w Europie, o ile nie ujawni się jakieś mocarstwo bądź grupa mocarstw [...] z ambicjami osiągnięcia czegoś, co nazywam polityką Napoleona24. Polityka taka ze strony najsilniejszego mocarstwa w Europie polegałaby [...] na [...] podzieleniu pozostałych mocarstw [...] skłóceniu ich ze sobą, łapaniu ich na szczegółach, jeśli trzeba - zmiażdżeniu, wreszcie zmuszeniu do wejścia w orbitę polityki najsilniejszego mocarstwa. Rezultatem tego wszystkiego byłoby powstanie w Europie jednej wielkiej kombinacji, a pozostając poza nią - bylibyśmy pozbawieni przyjaciół. Gdyby do takiego rezultatu miało dojść, wtedy [...] gdybyśmy chcieli utrzymać panowanie na morzu, musielibyśmy uwzględniać, że prawdopodobne jest połączenie się przeciwko nam flot nie dwóch mocarstw, lecz pięciu".
Przez całe stulecie brytyjskie panowanie na morzach czyniło zbyteczną potrzebę posiadania sojuszników. Teraz, według Greya, sojusznicy stawali się niezbędni, aby móc utrzymać brytyjskie panowanie na morzach.
Trójprzymierze dominowało w Europie przez całe pokolenie. Niemiecka potęga wojskowa zmiażdżyła już Danię, Austrię i Francję, a w miarę upływu czasu nieustannie rosła. Dodanie Austrii i Włoch do obdarzonej tak potężnym potencjałem maszyny wojennej po prostu przesunęło tylko równowagę jeszcze bardziej na korzyść Niemiec. Gdy Francja i Rosja utworzyły sojusz, Wilhelmstrasse nie czuła się poważnie zagrożona. Gdyby doszła do skutku pierwsza brytyjska próba porzucenia izolacji i wejścia do systemu sojuszy kontynentalnych po stronie Niemiec, dałaby Rzeszy absolutną supremację w Europie. Wstępne manewry Chamberlaina zostały jednak odrzucone i Brytania zwróciła się ku Francji. Anglo-francuska ententa była odpowiedzią na niemieckie wyzwanie rzucone w Maroku. Obserwatorzy konferencji w Algeciras zauważyli, że głównym sprawcą klęski Niemiec był brytyjski dyplomata, Sir Arthur Nicolson. Tym, którzy szukali źródeł takich wpływów Sir Arthura, wystarczyło podnieść wzrok znad stołu negocjacyjnego w Algeciras i spojrzeć na drugą stronę zatoki, w stronę Gibraltaru, gdzie pod srożącym się masywem wielkiej Skały kotwiczyły okręty floty brytyjskiej. Przedstawiciel Rosji na konferencję, hrabia Cassini, obecny w Algeciras, opowiadał o stanowczości i umiejętnościach, z jakimi Anglik używał brytyjskiej dyplomacji i siły na rzecz Francji. W St Petersburgu zauważono, że dla Rosji, potrzebującej lat pokoju, aby odzyskać siły po wojnie z Japonią i rewolucji 1905 roku, Wielka Brytania mogłaby być użytecznym aliantem.
Szanse na porozumienie między Brytanią a Rosją wydawały się dość odległe. Antagonizmy sięgały głęboko; niemieccy mężowie stanu zakładali, że taki stan jest trwały. Królowa Wiktoria opisywała prywatnie cara Aleksandra III jako "barbarzyńcę, Azjatę i tyrana". Konserwatyści obawiali się Rosji prącej ku Dardanelom, rozpychającej się na Dalekim Wschodzie, postępującej ku granicom Indii oraz przez Persję ku Zatoce. Liberałowie odrzucali rosyjski autokratyzm jako antydemokratyczny. Pierwszym brytyjskim krokiem sprzeciwiającym się "Wspaniałej Izolacji" było zawarcie sojuszu z Japonią, który to traktat wymierzony był przeciwko cesarskiej Rosji i miał na celu ograniczenie jej dążeń.
W Rosji niechęć do Brytanii zakorzeniona była równie głęboko. Arystokracja i biurokracja rządowa nie cierpiały brytyjskiego konstytucjonalizmu i były podejrzliwe wobec brytyjskiej dyplomacji. Uważali oni, że Japonia nigdy by się nie odważyła rzucić Rosji wyzwania bez wsparcia ze strony angielskiego sojusznika. Tamtejsi liberałowie z radością powitaliby bliższe związki z angielską demokracją parlamentarną, ale konserwatyści obawiali się dalszego uchylania drzwi z obawy przed zarażeniem angielskimi koncepcjami politycznymi. Nie cierpieli już przecież zasad, jakimi kierował się ich obecny sojusznik, Francja, gdzie rządzili republikanie, katolicy i ateiści. Krajem, jaki podziwiali konserwatywni Rosjanie, były Niemcy. W Berlinie przynajmniej panowały: siła, porządek, religia i skuteczność. Sir Arthur Nicolson miał napisać z St Petersburga: "Moim zdaniem, gdyby Cesarz i rząd rosyjski byli wolni od innych zobowiązań politycznych, to z chęcią zawarliby bliski sojusz z Niemcami. Niemieckie wpływy dominują dziś tutaj w kręgach dworskich i rządowych". Przyczyny, jak odnotował Nicolson, tkwiły nie tylko w tradycyjnie konserwatywnych tradycjach rosyjskich, lecz także w tym, że traktowanie Rosji przez Niemcy było zaskakująco cywilizowane i przemyślane. "Nie stosuje się tutaj tradycyjnego systemu naprzemiennego zastraszania i pochlebstw, co jest wyróżniającą cechą niemieckiej dyplomacji w innych krajach - pisał Nicolson do Greya - W tutejszej stolicy cechami charakterystycznymi dyplomacji niemieckiej są: uprzejme i pojednawcze nastawienie oraz łagodne zatroskanie".
Mimo wszystkich tych przeszkód zbliżenie anglo-rosyjskie ciągle zyskiwało na atrakcyjności. Król Edward, odwiedzając swojego teścia, króla Christiana, w Kopenhadze, spotkał się z Aleksandrem Izwolskim, rosyjskim ministrem przy dworze duńskim. Izwolski wywodził się ze szkoły księcia Gorczakowa i służył już jako minister przy Watykanie, gdzie zaprzyjaźnił się z Bülowem, ówczesnym ministrem niemieckim we Włoszech. Z Rzymu Izwolski przeszedł do Tokio, a następnie do Kopenhagi. Gdy na wiosnę 1904 roku spotkał się tam z królem, miał pięćdziesiąt lat, był dość pulchny i ubierał się w garnitury z Savile Row25, z białą kamizelką, białymi getrami i perłową spinką do krawata. Wyniośle stąpając na spotkaniach dyplomatycznych "na małych, obutych w lakierki stopach", oglądał świat przez lorgnon, a przechodząc, ciągnął za sobą zapach fiołkowej wody kolońskiej. Izwolski pochodził z gminu i musiał się dobrze ożenić. Zalecał się do młodej wdowy po wybitnym generale, lecz ta go odrzuciła. Zapytano ją później, gdy Izwolski został już ministrem spraw zagranicznych, czy nie żałuje straty takiej dobrej partii. "Każdego dnia - odparła - żałuję, lecz każdej nocy gratuluję sobie podjętej decyzji". Izwolski ożenił się w końcu z siostrą Piotra Stołypina, który został premierem carskiej Rosji.
Izwolski mówił płynnie po angielsku i był obeznany z angielską literaturą i historią. Jego słowa, starannie dobierane, zawsze pełne szacunku, spodobały się królowi Edwardowi. Król powiedział Izwolskiemu, że ma nadzieję, iż Anglia i Rosja mogą załagodzić istniejące między nimi rozbieżności, podobnie jak to uczyniła Anglia z Francją, na co minister odparł, że pozostaje to także jego najgorętszym pragnieniem. Po tej rozmowie król napisał do cara, wspominając "wielką przyjemność", jaką sprawiła mu rozmowa z panem Izwolskim. "Masz w nim - ciągnął król - człowieka o wybitnej inteligencji, który, jestem tego pewien, należy do twych najzdolniejszych i najbardziej oddanych ludzi w służbie publicznej". Takie zaświadczenie z pewnością nie zaszkodziło Izwolskiemu w karierze, więc gdy w maju 1906 roku rosyjski minister spraw zagranicznych, hrabia Władymir Lamsdorff, wyczerpany wojną i rewolucją, poprosił o zezwolenie odejścia na emeryturę, Mikołaj wybrał właśnie Izwolskiego, aby go zastąpił26.
W międzyczasie wydarzenia na Dalekim Wschodzie oraz ich europejskie reperkusje zniweczyły perspektywy zbliżenia anglo-rosyjskiego. Niespodziewany atak Japończyków, sojuszników Anglii, na flotę rosyjską w Port Arthurze, rozzłościł Rosjan. Zatopienie brytyjskich trawlerów rybackich na ławicy Dogger przez flotę admirała Rożestwieńskiego obraziło Brytyjczyków. Ambasador rosyjski w Londynie, hrabia Aleksander Benckendorff, równie chętny jak Izwolski do polepszenia stosunków z Brytanią, zaproponował, by sprawa stanęła przed Międzynarodową Komisją Śledczą w Hadze. Wielka Brytania wyraziła zgodę i rząd rosyjski zapłacił 65 000 funtów szterlingów odszkodowania.
Rosyjskie kłopoty zaczynały się mnożyć. Flota admirała Rożestwieńskiego została 27 maja 1905 roku zniszczona w Cieśninie Cuszimskiej i zawarto traktat pokojowy w Portsmouth, w stanie New Hampshire, pod okiem prezydenta Theodore'a Roosevelta. Przez cały kraj przewaliła się fala protestów przeciwko błędom w pokierowaniu wojną. Wojsko ostrzelało tłum maszerujący do Pałacu Zimowego z petycją do cara; w połowie października kraj był sparaliżowany przez strajk powszechny. 30 października, Mikołaj II wydał Manifest Cesarski, przekształcający Rosję z absolutnego samowładztwa w pół-konstytucyjną monarchię. Zasadniczym ucieleśnieniem wprowadzonych zmian miał być wybieralny parlament, nazwany Dumą.
Do tych wydarzeń doszło w Rosji w ciągu ostatnich tygodni urzędowania unionistycznego rządu Balfoura. Choć Benckendorff rozmawiał już z lordem Lansdowne na temat możliwości porozumienia anglo-rosyjskiego, to 5 grudnia Lansdowne nie pełnił już swojego urzędu. 13 grudnia, dwa dni potem jak został ministrem spraw zagranicznych, Sir Edward Grey przyjął hrabiego Benckendorffa, aby zapewnić go, że polityka zagraniczna rządu liberałów będzie kontynuacją linii nakreślonych przez jego unionistycznego poprzednika. Tak jak lord Lansdowne doprowadził do ułożenia stosunków z Francją, tak nowy rząd ma nadzieję na rozwiązanie trudności pomiędzy Anglią a Rosją. Kilka dni później w swoim pierwszym przemówieniu w charakterze premiera Sir Henry Campbell-Bannerman powiedział do wypełnionej widowni w Albert Hall, że nowy rząd żywi "jedynie ciepłe uczucia wobec narodu Rosji".
Gdy doszło już do zakończenia konferencji w Algeciras, 2 kwietnia 1906, oba kraje zaczęły działać szybko. Nowym ambasadorem brytyjskim w Rosji - mianowanym jeszcze przed swoim triumfem w Algeciras - był Sir Arthur Nicolson. Meldując się w Londynie po instrukcje, udał się na obiad do domu Greya w Queen Anne's Gate, na którym obecni byli także Asquith, Haldane i minister d.s. Indii, Morley. Towarzystwo przez cztery godziny dyskutowało nad stosunkami anglo-rosyjskimi. Ustalone zostały dwa cele. Bardziej dalekosiężnym było ustanowienie lepszych ogólnych stosunków z Rosją, państwem chwilowo osłabionym, lecz potencjalnie potężnym. Drugim, bliższym celem, było zabezpieczenie granicy Indii przed groźbą najazdu rosyjskiego. Od ponad trzydziestu lat brytyjscy mężowie stanu obawiali się, że Rosja może wkroczyć do Afganistanu i zająć Przełęcz Chyberską, stanowiącą wrota do Indii. Metodą zabezpieczenia się przed tym miało być wzmocnienie państw buforowych, Tybetu i Afganistanu, i zastopowanie rosyjskiej penetracji w kierunku Zatoki Perskiej przez wsparcie rozpadającej się politycznej struktury monarchii perskiej.
12 maja 1906 roku Izwolski zastąpił Lamsdorffa na stanowisku rosyjskiego ministra spraw zagranicznych. 6 czerwca zasiadł do negocjacji z Nicolsonem. Tłem dla ich rozmów było przyjęcie Pierwszej Dumy Imperialnej przez cara w Pałacu Zimowym w dniu 9 maja, po którym to spotkaniu Duma udała się do Pałacu Taurydzkiego na pierwszą sesję parlamentarną w historii Rosji. Pierwszym aktem Dumy było uchwalenie potępiającego w czambuł i agresywnego "Adresu do Tronu", domagającego się powszechnego prawa do głosowania, powszechnego wykształcenia podstawowego, absolutnej wolności słowa i zgromadzeń, wywłaszczenia i podziału wielkiej własności ziemskiej, uwolnienia wszystkich więźniów politycznych oraz zdymisjonowania wszystkich ministrów mianowanych przez cara, których mieli zastąpić ministrowie będący do przyjęcia dla Dumy. Rząd cesarski odmówił spełnienia tych żądań. Ministrowie próbujący zwracać się do Dumy byli zakrzykiwani, dopóki nie zamilkli. Mikołaj II, przerażony zachowaniem Dumy, mianował premierem Piotra Stołypina, który 22 lipca zamknął drzwi Pałacu Taurydzkiego i wywiesił dekret cesarski zawieszający Dumę.
Reakcja Londynu na te wydarzenia uczyniła zadanie dyplomatów jeszcze trudniejszym. Duma wysłała delegację, która miała uczestniczyć w spotkaniu międzyparlamentarnym, mającym się zebrać w lipcu w Londynie. Rozmowy te zamierzał otworzyć sam premier adresem do delegatów. Tego samego ranka, kiedy Campbell-Bannerman miał przemawiać, do Londynu dotarły wiadomości, że car zawiesił Dumę. Próbując pocieszyć zszokowanych i przygnębionych członków delegacji rosyjskiej, premier powiedział: "Nowe instytucje często mają trudną, jeśli nawet nie burzliwą młodość. W takiej czy innej postaci Duma odżyje. Możemy tu całkiem szczerze powiedzieć "La Duma est morte. Vive la Duma!"". Ten zwrot, przekazany do St Petersburga, przysporzył kłopotów ambasadorowi brytyjskiemu. Im bardziej szorstki stawał się ton prasy brytyjskiej, tym częściej "wcześniejszy zapał Izwolskiego zastępowało milczenie i obojętność" - odnotował w swoim dzienniku Nicolson - Gdy wspomniałem [...] że chciałbym usłyszeć jakiś zarys jego poglądów na sprawę Persji, spojrzał na mnie nieprzytomnie i powiedział, że nie ma w ogóle żadnych poglądów".
Wolne tempo Izwolskiego brało się także z jego obaw co do możliwej reakcji niemieckiej na prowadzone negocjacje. W równym stopniu jak pragnął porozumienia z Brytanią, chciał też uniknąć obrażenia księcia von Bülowa. Nicolson wyjaśniał to Greyowi: "Myślę, że obawia się, iż tkamy tutaj sieci i tworzymy jakieś kręgi wokół Niemiec, a nie chciałby dać się wciągnąć w jakiekolwiek kombinacje lub położyć swój podpis pod jakimkolwiek dokumentem, który jego zdaniem byłby wymierzony, choćby pośrednio, w Niemcy. [...] Zawsze widzi przed sobą, jako ostrzeżenie, los pana Delcasségo". W październiku, Izwolski udał się do Berlina, żeby wyjaśnić swoje zamiary Bülowowi i poprosić o niemiecką aprobatę. Kanclerz niemiecki odpowiedział, że Berlin będzie dobrze przyjmował porozumienie anglo-rosyjskie tak długo, jak długo nie będzie ono naruszać niemieckich interesów. Izwolski napotkał także opozycję w łonie rosyjskiej Rady Ministrów oraz rosyjskiego Sztabu Generalnego, który niechętnie rezygnował z możliwości zagrożenia wielkiemu brytyjskiemu imperium w Indiach.
Potrzebna była cierpliwość, więc Grey nie naciskał. "Nie chcę, żeby negocjacje zamarły - pisał do Nicolsona - Jednak z drugiej strony, musimy uniknąć wzbudzenia w umyśle pana Izwolskiego podejrzeń, że chcemy forsować tempo rozmów w celu skorzystania z obecnego położenia Rosji". W listopadzie, za zezwoleniem Greya, Nicolson dał do zrozumienia, że gdy porozumienie zostanie osiągnięte, Brytania byłaby skłonna przedyskutować propozycje dotyczące polepszenia pozycji Rosji w sprawie Dardaneli. Owa sugestia spowodowała, że izwolski aż "promieniał radością" i przywróciła rozmach rozmowom. Technika dyplomacji Nicolsona, jak ją opisał jego syn i biograf, Harold Nicolson, polegała na przyjęciu "metod ludzkiego i bardzo zdolnego dentysty, zajmującego się trzema bolącymi zębami. Pracował ździebko nad Afganistanem, postępując delikatnie, choć zdecydowanie; przy pierwszych oznakach bólu zamykał dziurę środkami łagodzącymi, watą i gutaperką, aby przy następnym spotkaniu przejść do kwestii Tybetu. Takimi metodami potrafił zdobyć sobie całkowite zaufanie pana Izwolskiego i stopniowo doprowadzić wszystkie trzy swoje cele do podobnego stanu gotowości do decyzji, w ani jednej chwili nie urażając nerwu". Na początku lutego 1907 roku rosyjska Rada Ministrów wyraziła swoją aprobatę. W marcu eskadra floty rosyjskiej złożyła wizytę w Portsmouth, a jej oficerowie i marynarze oklaskiwani byli na ulicach Londynu. 31 sierpnia 1907 roku Nicolson i Izwolski podpisali konwencję w siedzibie rosyjskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych.
Ententa anglo-rosyjska z 1907 roku była podobna do ententy anglo-francuskiej z 1904. Nie był to traktat sojuszniczy; nie było tam żadnych klauzul wojskowych; nie pojawiały się w nim w ogóle takie słowa, jak "wojna", "agresja" czy "obrona". Cel jego określony był jako wyeliminowanie tarć między obu państwami w trzech punktach na Środkowym Wschodzie oraz w Centralnej Azji, gdzie ich terytoria nieprzyjemnie się ocierały o siebie. Tybet i Afganistan pozostawiono jako państwa buforowe, a ich integralność terytorialna została zagwarantowana. Uznana została nominalna suwerenność Chin nad Tybetem. Rosja zgodziła się, że Afganistan pozostaje "poza rosyjską strefą wpływów" i że rosyjscy urzędnicy oraz przedstawiciele mogą "wchodzić w stosunki polityczne z tym krajem tylko za pośrednictwem rządu Jego Królewskiej Mości". Brytania zgodziła się podzielić handlem afgańskim z rosyjskimi kompaniami i przedsiębiorcami. Ugoda względem Persji była znacznie bardziej skomplikowana. Królestwo szacha zostało podzielone na trzy strefy czy sfery interesów: rosyjską na północy, brytyjską na południu oraz strefę neutralną w centrum. W strefie północnej wyłączność na koncesje polityczne i handlowe miała należeć do Rosji. Brytyjczycy mieli cieszyć się podobną wyłącznością na południu, zaś w centrum oba imperia mogły wyrywać co tylko potrafiły. Ten de facto rozbiór został zamaskowany deklaracją, że oba rządy "zgodziły się wzajemnie respektować integralność i niepodległość Persji". W istocie negocjacje w Sankt Petersburgu były prowadzone bez wiedzy rządu perskiego. Gdy szach skarżył się, że przyszłość jego kraju została ustalona bez jego wiedzy i zgody, brytyjskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych sztywno odpowiedziało, iż konwencja wyraźnie była pomyślana jako "zabezpieczająca integralność i niezależność Persji".
Grey, przedstawiając konwencję w Izbie Gmin, argumentował, że usunęła ona starą zmorę rosyjskiej inwazji na Indie i uwolniła rząd od ciężaru związanego ze znacznymi sumami wydawanymi na obronę subkontynentu. Jeszcze większą korzyścią, oznajmił minister, było przekształcenie dotychczasowego antagonisty jeśli już nie w sojusznika, to przynajmniej w przyjaciela. Większość konserwatystów (w tym Balfour) dobrze przyjęła porozumienie. Posłowie labourzystowscy oraz radykalni odrzucali podpisywanie jakichkolwiek porozumień z moralnie odrażającą autokracją i oznajmiali, że Persja została poświęcona na ołtarzu "tego odrażającego idola zwanego Równowagą Sił".
Oficjalna reakcja niemiecka była wyciszona. Bülow, gruntownie poinformowany przez Izwolskiego, reagował tak, jak niegdyś reagował początkowo na konwencję anglo-francuską: przyjął porozumienie jako rozwiązanie szczegółowych rozbieżności kolonialnych, które nie wpływało na interesy niemieckie. "Obserwujemy zakończenie negocjacji bez obaw - powiedział kanclerz pod koniec kwietnia 1907 - Można by powiedzieć, że biorę zbliżenie anglo-rosyjskie zbyt spokojnie. Ale biorę je po prostu za to, czym jest - za próbę usunięcia trudności [...] taki antagonizm między wielorybem a słoniem nie jest przecież niezmienny. Nikt bardziej ode mnie nie jest świadomy faktu, że otaczają nas trudności i niebezpieczeństwa. Wynikają one z naszej eksponowanej pozycji. Nie potrzebujemy się trwożyć różnymi ententami w sprawach, które bezpośrednio nas nie dotyczą. Nie możemy żerować na wrogości pomiędzy innymi krajami. Dajmy innym tę swobodę ruchów, jaką rezerwujemy dla nas samych".
Kanclerz Niemiec oraz Wilhelmstrasse nie potrafili uprzytomnić sobie głębszego znaczenia tej konwencji. Przecież kardynalnym punktem dyplomacji niemieckiej pozostawało dotąd stwierdzenie, że Anglia i Rosja muszą zawsze pozostawać sobie wrogie. Najpierw Bismarck, a potem Holstein, wylewali potoki szyderstw wobec idei znalezienia przez Anglię i Rosję wspólnego gruntu. Ententa anglo-rosyjska z 1907 roku usunęła z arsenału niemieckiej dyplomacji broń, jaką skutecznie stosowała przez prawie pół wieku, polegająca na rozgrywaniu rozbieżności pomiędzy obu krajami. Niemiecki ambasador w St Petersburgu raportował: "Nikt nie będzie czynił Anglii wyrzutów z powodu takiej polityki; można tylko podziwiać, jak umiejętnie przeprowadziła ona swoje plany. Planów tych nie trzeba koniecznie przypisywać jakiejś tendencji antyniemieckiej, mimo to właśnie Niemcy są krajem najbardziej dotkniętym przez to porozumienie". Kaiser zgodził się z tą opinią. "Tak jest, gdy się weźmie wszystko pod uwagę, jest to wycelowane w nas" - napisał na marginesie owej depeszy.
Nicolson próbował bronić konwencji. "Nie było kwestii "okrążania" Niemiec - powiedział później - Układając się z Francją i Rosją uczciwie, nie mieliśmy na uwadze żadnych innych celów, jak tylko postawienie naszych wzajemnych stosunków na bezpieczniejszej podstawie, w ogólnym interesie pokoju". W następnym jednak zdaniu Nicolson przyznawał: "[...] istnieją wciąż podświadome uczucia, że w ten sposób zabezpieczaliśmy sobie jakieś defensywne gwarancje przeciwko nadmiernej dominacji jednego Mocarstwa. [...]". Wielka Brytania zdecydowała się nie tolerować niemieckiej hegemonii na kontynencie. Z tego niejasnego, lecz potężnego instynktu rozkwitła ententa z Francją, rozbudowa Marynarki Królewskiej oraz ententa z Rosją. Rezultatem było odtworzenie równowagi sił w Europie. Theobald von Bethmann-Hollweg, przyszły kanclerz Niemiec, dobrze to rozumiał i powiedział: "Możecie to sobie nazywać "okrążaniem", "równowagą sił" czy jak tam chcecie, lecz jest faktem, że cel, jaki sobie postawiono i w końcu zrealizowano, nie polegał na niczym innym, jak na zespoleniu zwartej i przeważającej kombinacji państw w celu przeszkodzenia Niemcom, przynajmniej środkami dyplomatycznymi, w pełnym rozwoju ich rosnącej potęgi".
Król, który odegrał swoją rolę w doprowadzeniu ententy anglo-rosyjskiej do zaowocowania, przypieczętował transakcję, udając się w czerwcu 1908 roku w podróż do Rewla (obecnie Tallin), aby spotkać się z carem Mikołajem II. Ogłoszenie zamiaru złożenia tej wizyty wzburzyło radykalnych posłów labourzystowskich. "obraza dla naszego kraju" - głosił tytuł artykułu opublikowanego przez Jamesa Ramsaya MacDonalda, który opisał Mikołaja II jako "zwykłego mordercę" i żądał, aby król nie jechał "zadawać się z taką splamioną krwią kreaturą jak car". Król mimo wszystko wyruszył, zabierając ze sobą na pokładzie "Victoria and Albert" królową, Sir Arthura Nicolsona i Sir Johna Fishera. Podróż przez Morze Północne była nieprzyjemna, wszyscy zapadli na chorobę morską. Królowa leżała na pokładzie jak trup" - napisał Fisher do żony27. Na spokojnych wodach Kanału Kilońskiego król posłał po Fishera, aby pogadać przy śniadaniu i razem popatrzeć na eskortę niemieckiej kawalerii, kłusującą wzdłuż brzegów kanału. W Kilonii pozdrowił gości książę Henryk Pruski i wydzielił cztery niemieckie niszczyciele, żeby eskortowały brytyjski jacht w głąb Bałtyku.
O wiosennym poranku jacht "Victoria and Albert" rzucił kotwicę na redzie Rewla, w pobliżu dwóch rosyjskich jachtów cesarskich: "Sztandar" (używany przez cara) oraz "Gwiazda Polarna" (używany przez cesarzową wdowę Marię, siostrę królowej Aleksandry). Podczas całej, trwającej dwa dni wizyty, nikt z brytyjskiego towarzystwa nie postawił stopy na brzegu; lunche, herbatki, bankiety i bale odbywały się w salonach, jadalniach i na pokładach jachtów. Taka organizacja została wymuszona przez to, co taktownie określano jako "niestabilne warunki" panujące w Imperium Rosyjskim. Mikołajowi II towarzyszyła żona, matka, siostra - wielka księżna Olga, premier Piotr Stołypin oraz Izwolski. Jednego wieczora, gdy car i obie caryce obecne były na pokładzie "Victoria and Albert", jakiś rosyjski parowiec z towarzystwem śpiewaczym na pokładzie zbliżył się i zakotwiczył przy burcie jachtu tak blisko, że śpiewacy mogli dać koncert dla królewskich gości. Niektórzy ze świty króla Edwarda zaczęli denerwować się bliskością parowca; silne ramię z pewnością wystarczyłoby, żeby cisnąć bombę ponad wąskim pasem wody. Szef rosyjskiej policji zapewnił ich, że wszyscy śpiewacy, tak kobiety, jak i mężczyźni, zostali poddani rewizji osobistej.
Dobra pogoda i uczucia rodzinne poprawiły humory królowi i Fisherowi. Król z własnej inicjatywy nagle oznajmił, że mianuje Mikołaja II admirałem floty w Marynarce Brytyjskiej. Car, jak wyjaśnił król, potrzebował brytyjskiego munduru marynarskiego, jako uzupełnienia posiadanego już uniformu pułkownika królewskiego pułku Scots Greys28, ponieważ "miał teraz większe szanse, widywać w przyszłości brytyjskie okręty wojenne niż brytyjskie oddziały lądowe". Car, raportował Fisher, "ucieszył się po prostu jak dziecko" i natychmiast uczynił króla admirałem w Marynarce Rosyjskiej. Po ich powrocie do Anglii członkowie gabinetu, zwłaszcza pierwszy lord Admiralicji Reginald McKenna, obruszali się nieco, że konstytucyjnie rzecz biorąc, powinno się z nimi skonsultować tę sprawę. Fisher wyśmiewał takie techniczne szczegóły: "Bardzo dobrze jest mieć króla, który wie jak postępować, a ministrowie zawsze wydawali mi się stadem wystraszonych królików". Po oficjalnym bankiecie na brytyjskim jachcie królewskim Fisher tańczył walca z "Wesołej wdówki" z wielką księżną Olgą wewnątrz kręgu utworzonego przez całe towarzystwo. Potem Fisher udał się na pokład i na żądanie króla odtańczył solo hornpipe'a29 "Jak wspaniale spędziliśmy czas w Rewlu - pisała potem wielka księżna Olga do swojego partnera od walca - Nie uśmiałam się tak od wieków!".
Ententa z Anglią była tylko pierwszym z dyplomatycznych triumfów, jakimi Izwolski zamierzał przyozdobić swoją karierę na stanowisku rosyjskiego ministra spraw zagranicznych. Podczas negocjacji w St Petersburgu Grey i Nicolson pomachali przynętą brytyjskiego poparcia w sprawie dla Rosjan fundamentalnej: otwarcia przejścia przez Dardanele dla rosyjskich okrętów wojennych. Od czasu jak główne mocarstwa podpisały w roku 1871 traktat londyński, cieśniny były zamknięte dla wszystkich obcych okrętów wojennych. Miało to dla Rosji i dobre strony, chroniło bowiem czarnomorskie wybrzeża imperium przed okrętami wojennymi mocarstw europejskich. Równocześnie jednak uniemożliwiało rosyjskim okrętom wojennym wychodzenie przez Dardanele na Morze Śródziemne. Dlatego też rosyjska Flota Czarnomorska nie odegrała żadnej roli w wojnie z Japonią. Nacjonaliści rosyjscy postrzegali zamknięcie cieśnin jako poniżające dla prestiżu wielkiego mocarstwa. Sugestia Nicolsona, że Anglia mogłaby pomóc Rosji w przełamaniu tej bariery, sprawiła Izwolskiemu sporą przyjemność, lecz dziwnie się złożyło, że nie skorzystał on z pośrednictwa Anglii, gdy w końcu zdecydował się na próbę osiągnięcia celu. Zamiast tego Izwolski zdecydował się zadziałać przez Austrię.
Jego partnerem był hrabia Alois Lexa von Aehrenthal, austriacki minister spraw zagranicznych. Izwolski dobrze znał Aehrenthala: Austriak, wysoki, szeroki w barach mężczyzna o opadających powiekach i zmęczonym, leniwym wyglądzie - "przyjazny i rozmowny, lecz nie błyskotliwy" - jak brzmiał opis Nicolsona, był niegdyś habsburskim ambasadorem w St Petersburgu. Aehrenthal dobrze wiedział o ambicjach Izwolskiego wobec kwestii Dardaneli. Gdy zmiana rządów w Turcji postawiła Austrię przed szansą, Aehrenthal uświadomił sobie, że on i Izwolski mogą współpracować nad osiągnięciem własnych celów narodowych, a przy okazji zagrać na nosie reszcie Europy.
Traktat wynegocjowany na kongresie berlińskim przez Bismarcka, Disraeliego i Gorczakowa był kamieniem węgielnym dyplomacji europejskiej na Bałkanach. Gdyby ktokolwiek przyznał, że Imperium Otomańskie się rozpada, wywołałby natychmiast taki wyścig po łupy, jaki mógłby rzucić Europę w wir wojny. W takiej sytuacji starano się zachowywać pozory: od trzydziestu lat chrześcijańskie prowincje Bośnia i Hercegowina były okupowane i administrowane przez Austrię, przez ten sam okres Bułgaria rządziła się sama jako "samorządne księstwo". W obu jednak przypadkach zachowana została fasada tureckiej suwerenności nad tymi terytoriami. Latem 1908 roku sułtan Abdulhamid II został obalony przez grupę rewolucjonistów nazywających się młodoturkami. Aehrenthal obawiał się, że nowy rząd turecki może spróbować odzyskać pełną kontrolę nad Bośnią i Hercegowiną; aby go w tym ubiec, postanowił, że Austria powinna formalnie zaanektować obie prowincje. Normalnie carska Rosja sprzeciwiałaby się temu zawzięcie, być może nawet siłą. Milion mieszkańców Bośni i Hercegowiny stanowili Słowianie, którzy przez długie lata austriackiej okupacji marzyli o dniu, kiedy będą mogli się połączyć w czysto słowiańskim państwie, skupionym wokół niepodległego królestwa Serbii. Aspiracjom tym - podzielanym i popieranym przez Serbów - Rosja udzieliła swojego błogosławieństwa. Teraz, w pogoni za celem, jakim było otwarcie Dardaneli, Izwolski gotów był poświęcić te obietnice.
19 września 1908 roku, przerwawszy kurację w Karlsbadzie, rosyjski minister spraw zagranicznych odwiedził potajemnie Buchlau, czeski zamek hrabiego Leopolda von Berchtolda, następcy Aehranthala na stanowisku ambasadora austriackiego w St Petersburgu. Czekał tam na niego Aehrenthal. Obaj ministrowie spraw zagranicznych ustalili wspólny tryb postępowania. Austria miała poprzeć rosyjskie żądanie otwarcia przez Turcję Dardaneli dla przechodzenia pojedynczych rosyjskich okrętów wojennych, w zamian za to Izwolski miał odwrócić się plecami, gdy Austria anektowałaby Bośnię i Hercegowinę. Ponieważ obie połówki planu stanowiły pogwałcenie traktatów podpisanych przez wszystkie wielkie mocarstwa, obaj ministrowie zgodzili się odpowiednio zsynchronizować swoje pociągnięcia: ogłoszenie aneksji oraz zgłoszenie żądań odnośnie Dardaneli miało nastąpić równocześnie. Nie ustalono jednak żadnej daty dla tych bliźniaczych faits accomplis30; Izwolski wyjaśniał potem, że porozumiano się, iż nie będą podejmowane żadne kroki, dopóki nie będzie miał możliwości przygotowania gruntu u swoich partnerów z ententy; Aehrenthal przyznawał, iż zgodził się zaczekać do chwili otrzymania od Izwolskiego pisemnego podsumowania ich rozmów i w żadnym przypadku nie działać bez uprzedniego ostrzeżenia partnera.
Izwolski znalazł się w niebezpiecznym położeniu. Oto szykował się zdradzić Słowian bałkańskich, wobec których Rosja miała głębokie zobowiązania historyczne i psychologiczne. Szykował się do okazania lekceważenia wielkim mocarstwom, w tym także swoim partnerom z ententy. Pragnąc zaś, aby cała zasługa przypadła wyłącznie jemu samemu, nie poinformował o niczym ani cara, ani premiera Stołypina. Niefortunnie dla Izwolskiego, zanim zdążył zdradzić Słowian bałkańskich, sam został zdradzony przez Aehrenthala. Myśląc, że ma mnóstwo czasu, Izwolski opuścił Czechy, przekroczył Alpy, zatrzymał się w Rzymie, żeby 3 października przybyć do Paryża. Tutaj wręczono mu list od Aehrenthala, informujący go, że okoliczności zmuszają Austriaka do natychmiastowego działania. Dwa dni później, Bułgaria proklamowała niepodległość. 6 października cesarz Franciszek Józef formalnie proklamował aneksję Bośni i Hercegowiny. Mikołaj II był wściekły. "Bezwstydne zuchwalstwo - napisał w liście do matki - Głównym winowajcą jest oczywiście Aehrenthal. Jest z niego zwyczajny drań. Wystrychnął Izwolskiego na dudka".
Izwolski poświęcił honor Rosji, niczego nie uzyskując. Pozostało mu tylko pośpiesznie objechać Europę, starając się znaleźć poparcie dla działań rosyjskich, których skuteczność miała przecież zależeć od równoczesnego wystąpienia Austrii. We Francji, u swojego sojusznika, wiele nie zyskał. Stephen Pichon, francuski minister spraw zagranicznych, robił uniki. Swojemu rosyjskiemu koledze poradził, żeby pojechał do Londynu i zobaczył jakie poparcie uda mu się uzyskać.
Izwolski przybył do Londynu 9 października. Spotkał tam Sir Edwarda Greya urażonego postępowaniem Austriaków. "Mąż stanu o whigowskim rodowodzie, obserwator i strażnik prawa publicznego w Europie, angielski dżentelmen, chłopiec ze szkoły prywatnej: wszystkie te składowe charakteru Greya zostały jednakowo obrażone" - napisał Winston Churchill. Dla Greya "liczyło się nie to, że Austria miała zaanektować, zamiast jedynie okupować Bośnię i Hercegowinę. Ale [...] czuliśmy, że arbitralna zmiana postanowień europejskiego traktatu przez jedno mocarstwo bez zgody pozostałych, będących także jego stronami, uderzała w same korzenie wszelkiego ładu międzynarodowego". Grey wysłał 5 października telegramy do wszystkich ważniejszych stolic, w których podkreślał z naciskiem, iż "podstawową zasadą prawa narodów jest to, że żadne mocarstwo nie może uwolnić się od zobowiązań traktatowych ani też ich modyfikować w inny sposób niż przez wspólną zgodę układających się stron". Brytania, oznajmiał Grey, odmówi uznania aneksji, przynajmniej do chwili zapoznania się z opiniami pozostałych mocarstw. Gdy Sir Charles Dilke skarżył się w Izbie Gmin, że minister spraw zagranicznych za bardzo się z tym wszystkim cacka, Grey odparował, że stawką jest tu świętość porozumień międzynarodowych.
Grey był wręcz lodowaty, gdy Izwolski apelował o poparcie Brytanii dla otwarcia Dardaneli. Potępiwszy złamanie jednego traktatu, Grey nie miał zamiaru współdziałać w złamaniu drugiego. Rozważanie w tym momencie sprawy cieśnin, oznajmił, jest "niefortunne". Widząc, jak jego reputacja i kariera popadają w ruinę, Izwolski mieszał prośby z groźbami. "Izwolski posunął się do stwierdzenia, że chwila obecna jest wielce krytyczna" - raportował Grey Nicolsonowi - Może ona skonsolidować i uzmocnić dobre stosunki między Anglią a Rosją lub też zburzyć je całkowicie. Stawką jest jego własna pozycja, bo przecież związał się całkowicie z polityką porozumienia z Anglią, za którą zawsze się opowiadał mimo wszelkiej opozycji".
Ani prośby, ani groźby nie uczyniły na Greyu żadnego wrażenia; Brytania nie miała poprzeć Rosji w jakichkolwiek żądaniach wobec nowego rządu tureckiego. Gdy zdesperowany Izwolski, pragnąc ocalić choćby szczątki, zaproponował odbycie konferencji mającej przedyskutować sprawę aneksji oraz Dardaneli, Grey wyraził zgodę. Jeśli inne mocarstwa zechciałyby usankcjonować to, co Aehrenthal już zrobił, zaś Izwolski proponował zrobić, to Brytania, powiedział Grey, także mogłaby skłonić się do tego.
22 października Aehrenthal zadeklarował, że mógłby uczestniczyć w takiej konferencji tylko w tym przypadku, gdyby z góry zostało ustalone, iż aneksja Bośni i Hercegowiny zostanie zaakceptowana i temat ten nie będzie przedmiotem dyskusji. Izwolski, którego atakowała teraz zdradzona i obrażona Serbia, odmówił, po czym Aehrenthal odrzucił zaproszenie. Krytyczną sprawą stało się stanowisko Niemiec. Ani kaiser, ani kanclerz Bülow nie byli uprzedzeni o planowanej aneksji. Pierwszą reakcją Wilhelma było stwierdzenie, że postępowanie Aehrenthala jest "aktem bandytyzmu", który "postawił nas wobec dylematu związanego z niemożliwością poparcia naszych przyjaciół Turków" ponieważ "to nasz sojusznik im szkodził. W ten sposób moja polityka wobec Turcji, tak starannie budowana od lat dwudziestu, może zostać wyrzucona na śmietnik. Wielki triumf Edwarda VII nad nami". Bülow obstawał, że dowiedział się o aneksji "dopiero wtedy, gdy wiadomość ta została przekazana do Londynu i St Petersburga". Mimo wszystko Niemcy nie miały wyboru i musiały poprzeć Austrię. Dwa lata wcześniej, w roku 1906, Bülow napisał przecież: "Nasze stosunki z Austrią stają się obecnie ważniejsze niż kiedykolwiek, ponieważ Austria jest naszym jedynym pewnym sojusznikiem. Naszą względną izolację polityczną powinniśmy jednak ujawniać przed Austriakami w możliwie najmniejszym stopniu. Taka już jest ludzka natura, że gdy powiem człowiekowi, iż potrzebuję jego konia, zaraz wyznaczy na niego niezwykle wysoką cenę". Aehrenthal jednak zdążył już zrozumieć tę prawdę, jeszcze bowiem przed aneksją zauważył, że Niemcy muszą udzielić Austrii poparcia, ponieważ Rzesza nie ma innego poważnego sojusznika. Bülow znalazł pokrewne przyczyny: "Austro-Węgry zachowywały się wobec nas całkowicie lojalnie w Algeciras [...] za podobne odpłaca się podobnym". Zgodnie z tym poglądem, Berlin poparł odrzucenie przez Austrię zaproszenia Izwolskiego. "Konferencja nie dojdzie do skutku - powiedział Bülow - Nie chcemy mieć z nią nic wspólnego".
Izwolski znalazł się w pułapce. Całymi tygodniami uskarżał się przed każdym skłonnym go wysłuchać, że Aehrenthal jest "dwulicowy" i "nie jest dżentelmenem". Aehrenthal uciszył go wreszcie, grożąc opublikowaniem korespondencji między obu panami z okresu przed spotkaniem w Buchlau i sugerując, że zawiera ona stwierdzenia rosyjskiego ministra spraw zagranicznych, które mogłyby jeszcze bardziej go skompromitować.
Wojna zdawała się wisieć na włosku. Serbia się mobilizowała; oddziały rosyjskie i austriackie zajmowały pozycje wzdłuż granicy. 6 listopada Balfour, lider opozycji, pisał do lorda Lansdowne, który przewodził Partii Unionistów w Izbie Lordów:
"Asquith poprosił mnie, żebym porozmawiał z nim wczoraj wieczorem po rozejściu się Izby. Był najwyraźniej skrajnie wzburzony rozwojem sytuacji w Europie, która, według niego, jest najpoważniejszą od wszystkiego, co zaszło od roku 1870.
Powiedział, choć wydaje się to nie do wiary, że rząd nie potrafi sformułować żadnej teorii na temat polityki niemieckiej, która pasowałaby do wszystkich znanych faktów, poza tym że Niemcy chcą wojny. [...] Objęłaby ona z pewnością Rosję, Austrię i Bliski Wschód - nie mówiąc już o nas. Zauważyłem, [...] że trudno jest dostrzec, co takiego mogłyby Niemcy zyskać na wybuchu wojny [...] Jedyną odpowiedzią Asquitha było, [...] że to wewnętrzne warunki w Niemczech są tak niekorzystne, iż mogą oni posunąć się do najdzikszych przedsięwzięć w celu skierowania narodowych sentymentów w nowy kanał".
Aehrenthal rozumiał, że jego pozycja jest silna. Nie obawiał się wojny. W istocie przyrzekł już generałowi hrabiemu Franzowi Conradowi von Hötzendorfowi, szefowi austriackiego Sztabu Generalnego, że jeśli Serbia nie ustąpi i nie uzna aneksji obu słowiańskich prowincji, wyrazi zgodę na austriacki atak na Serbię. Lekceważył gadanie na temat świętości traktatów. "Wasz Sir Edward Grey chce pokoju" - powiedział lekceważąco do grupy angielskich gości w Wiedniu. Poza tym, zadrwił, "Cóż nam może zrobić Anglia?".
W marcu Bülow doprowadził kryzys do przesilenia. Dwudziestego pierwszego poinstruował on hrabiego Friedricha von Pourtal?sa, niemieckiego ambasadora w St Petersburgu, żeby powiedział Izwolskiemu, iż "jeśli Rosja nie zgodzi się uznać aneksji Bośni-Hercegowiny, Niemcy pozostawią Austro-Węgrom wolną rękę". Przesłanie było jasne: Austria przyciśnie Serbię; jeśli Rosja spróbuje pomóc swojemu serbskiemu klientowi, Cesarstwo Niemieckie stanie po stronie Austrii. "Oczekujemy precyzyjnej odpowiedzi: tak lub nie" - instruował Bülow Pourtal?sa - Jakakolwiek niejasna, zawiła lub dwuznaczna odpowiedź zostanie potraktowana jako odmowa". W konfrontacji z niczym niezawoalowaną groźbą wojny, Rosja się cofnęła. 22 marca rosyjska Rada Ministrów obradowała przez trzy godziny, żeby wreszcie doradzić carowi, by wyraził zgodę na aneksję. Mikołaj zatelegrafował do Wilhelma, że się zgadza, dodając: "z Bożą pomocą uniknie się w ten sposób wojny". Bülow złożył carowi w Reichstagu ironiczny hołd: "Ostatnie pociągnięcia Rosji zdobyły jej uznanie ze strony wszystkich miłośników pokoju". Większość zasług kanclerz przypisał sobie. "To ja rozwiązałem kryzys bośniacki" - ogłosił w swoich wspomnieniach, a na poparcie swego twierdzenia przytoczył słowa cesarza Franciszka Józefa. Bülow "wspaniale pokierował sprawą - cytował kanclerz cesarza - Z jednej strony, doprowadził nasze żądania aneksji Bośni i Hercegowiny do pomyślnego zakończenia. [...] Z drugiej strony - nie dopuścił, żeby rozwój spraw doprowadził do wojny. Muszę oddać mu wszelkie należne pochwały, ponieważ taki stary człowiek jak ja wcale nie pragnie, by znów wybuchła wojna". Razem z tą pochwałą Franciszek Józef posłał Bülowowi swoją podpisaną własnoręcznie fotografię w złotej ramce, swój portret - pełna postać naturalnej wielkości oraz Order św. Stefana - najwyższe odznaczenie w Cesarstwie Habsburgów - wysadzany diamentami. Rok później, podczas wizyty w Wiedniu, kaiser, który początkowo określił aneksję jako "akt bandytyzmu", także zapragnął uznania poniesionych zasług, uznania za "stanięcie w najbardziej krytycznym momencie, w lśniącej zbroi u boku Najjaśniejszego Suwerena Austrii - Franciszka Józefa".
Szybkość, z jaką Rosja skapitulowała, zaskoczyła Europę. "Rosja trzymała się twardo przez jakiś czas, a potem nagle rzuciła ręcznik i załamała się - zauważył Grey - Takie napięcie musiało wywrzeć wielki wpływ na temperament Izwolskiego, pod koniec wydawało się, ze zareagował nagłym przypływem desperacji i niesmaku". W Rosji tak spektakularne załamanie postrzegane było jako poniżające. "Byłem zapewniany przez ludzi będących świadkami wielu wydarzeń w najnowszej historii Rosji, że nigdy dotąd nie zdarzyło się, aby kraj ten został tak poniżony - pisał do Greya Nicolson - Choć Rosja miała swoje kłopoty i przechodziła ciężkie próby, tak zewnętrzne jak i wewnętrzne, a nawet ponosiła porażki w polu, to nigdy nie musiała bez wyraźnego powodu ulec dyktatowi innego mocarstwa". Car Mikołaj tak wyjaśniał kryzys swojej matce: "Niemcy powiedzieli nam, że możemy dopomóc w rozwiązaniu zaistniałych trudności przez wyrażenie zgody na aneksję, zaś gdybyśmy odmówili, konsekwencje mogłyby być bardzo poważne i nie do przewidzenia. Gdy już sprawa została postawiona tak definitywnie i jednoznacznie, nie pozostawało nam nic innego, jak tylko przełknąć własną dumę i wyrazić zgodę. Ale - dodawał car - postępowanie Niemców wobec nas było po prostu brutalne i tego im nie zapomnimy".
Za triumf, z którego tak cieszyli się Aehrenthal, Bülow i kaiser, przyszło zapłacić wysoką cenę. Rosja postanowiła, że nigdy więcej nie ulegnie w taki sposób. Jeśli nadejdzie kolejne wyzwanie, Rosja je podejmie. Począwszy od 1909 roku, dowódca Kijowskiego Okręgu Wojskowego miał wydane rozkazy zobowiązujące go do utrzymywania stanu czterdziestoośmiogodzinnej gotowości do odparcia inwazji z zachodu. Kryzys wokół Bośni pozostawił Izwolskiego zgorzkniałym i nieskłonnym do przebaczenia... choć pozostawał ministrem spraw zgranicznych jeszcze przez trzy lata, jego skuteczność znacznie zmalała. W 1911 roku zrezygnował i został mianowany ambasadorem rosyjskim we Francji. W Paryżu mściwie pracował w dzień i w nocy na rzecz umocnienia sojuszu francusko-rosyjskiego. Gdy nadeszła wojna, Aleksander Izwolski chełpił się: "To moja wojna! Moja wojna!".
W poniedziałek rano 8 grudnia 1908 roku na posiedzeniu gabinetu brytyjskiego, Reginald McKenna, który zastąpił lorda Tweedmouth na stanowisku pierwszego lorda Admiralicji, wywołał u swoich kolegów paskudny szok. Marynarka Wojenna, oznajmił McKenna, będzie wnioskowała w projekcie swojego budżetu, jaki on, McKenna, przedstawi w parlamencie w marcu, o zbudowanie sześciu nowych drednotów; tymczasem jego koledzy ministrowie oczekiwali, że będzie wnioskował tylko o cztery. Ponadto w 1910 roku będzie potrzebna następna szóstka, zaś w 1911 - jeszcze sześć. McKenna opierał swoje żądanie na alarmujących informacjach, jakie otrzymał na temat przyśpieszonego programu rozbudowy floty niemieckiej. Dwóch znaczących ministrów, David Lloyd George, kanclerz Izby Rozrachunkowej, i Winston Churchill, przewodniczący Rady d.s. Handlu, twardo sprzeciwiali się przekroczeniu liczby czterech drednotów. McKenna i lordowie Morscy, z Fisherem na czele, twierdzili, że nie pozostaną na swoich stanowiskach, o ile nie zostanie zatwierdzona budowa sześciu okrętów. Tak rozpoczęła się słynna "panika morska", która objęła parlament, prasę, a wreszcie cały kraj zimą i wiosną 1909 roku.
W samym centrum sporu tkwiły przyrzeczenia wyborcze Partii Liberalnej, dotyczące wydawania mniejszej ilości pieniędzy na zbrojenia, a większej - na reformy społeczne. Liberalni posłowie postrzegali drednoty jako przerażającą formę rozrzutności; okręty liniowe oznaczały wprawiające w osłupienie sumy pieniędzy wyrzucane na pływające góry stali. W 1907 roku 136 posłów złożyło na ręce Campbella-Bannermana petycję domagającą się zmniejszenia wydatków na zbrojenia; w roku 1908 - podobną petycję podpisało 144 posłów. Rząd i Admiralicja ustąpiły przez poświęcanie okrętów. Przed swoim odejściem z urzędu lord Cawdor, unionistyczny pierwszy lord Admiralicji, wydał w grudniu 1905 roku memorandum mające stanowić wytyczną budowy drednotów przez Brytanię: "Wymogi strategiczne nakazują budowę czterech pancerników rocznie. [...] Okres budowy wynosi dwa lata, zatem w każdym momencie w budowie powinno znajdować się osiem okrętów". W ciągu kilku tygodni od objęcia władzy liberałowie spuścili topór: jeden drednot typu "Bellerophon" został zdjęty z projektu budżetu marynarki na rok 1906. W roku 1907 cięcia się powtórzyły i jeden drednot spadł z listy okrętów typu "Collingwood". W roku 1908 program przewidujący, jak zwykle, cztery okręty został obcięty do dwóch. W lipcu 1908 roku Wielka Brytania miała zamiast szesnastu tylko dwanaście drednotów, zbudowanych, w budowie lub zatwierdzonych przez parlament31.
Asquith, który zastąpił Campbella-Bannermana w kwietniu 1908 roku, był zadowolony z takiego spowolnienia tempa budowy drednotów. Zastanawiał się nawet, czy zostało ono zmniejszone w wystarczającym stopniu. "Jak wiesz - pisał do McKenny w lipcu - od dłuższego czasu staję się coraz bardzie sceptyczny [...] odnośnie do całej polityki budowy drednotów. Nie chcę cię naciskać, ale teraz, gdy już zapoznałeś się z całością sytuacji od wewnątrz, byłbym wielce rad się dowiedzieć, czy doszedłeś do jakichś własnych wniosków co do kierunków, w jakich powinna rozwijać się budowa nowych okrętów w ciągu kilku najbliższych lat. Tyle to kosztuje pieniędzy - i nie tylko pieniędzy". Premier musiał być wielce skonsternowany, gdy pięć miesięcy później jego pierwszy lord Admiralicji zaproponował, by marynarka otrzymała nie dwa nowe drednoty, jak w 1908, nie cztery, jak zalecało memorandum Cawdora, lecz sześć.
Argumentacja McKenny oparta była na niemieckim programie budowy floty. Stępkę pierwszego niemieckiego drednota, "Nassau", położono w lipcu 1906. Latem 1907 roku w odstępach zaledwie kilku tygodni położone zostały stępki pod trzy kolejne niemieckie drednoty, "Westfalen", "Posen" i "Rheinland", o charakterystykach zbliżonych do pierwszych ośmiu drednotów brytyjskich. Niemiecki program na rok 1907 obejmował także pierwszy niemiecki krążownik liniowy "Von der Tann", który ze swoimi ośmioma działami jedenastocalowymi stanowił odpowiednik brytyjskiego typu "Invincible". W 1908 roku Reichstag uchwalił budowę następnych czterech niemieckich drednotów, pancerników "Thüringen", "Helgoland" i "Ostfriesland" oraz krążownika liniowego "Moltke". W roku 1909 niemiecka ustawa morska nakazywała położenie stępek pod jeszcze trzy okręty liniowe i jeden krążownik liniowy.
W ciągu dwóch lat, poczynając od lata 1907 roku, Niemcy położyły stępki lub zamówiły dziewięć drednotów. Zaczynając od 1905 roku, Wielka Brytania zamówiła dwanaście drednotów w ciągu czterech lat. Jeśli programy obu krajów na rok 1909 obejmowałyby po cztery drednoty wtenczas w 1912 Niemcy posiadałyby trzynaście drednotów, a Brytania szesnaście. To dla McKenny i lordów morskich nie wyglądało na margines bezpieczeństwa wystarczający dla oparcia na nim brytyjskiego panowania na morzu. W dodatku czyniło to nielogicznym stwierdzenie Asquitha, że "standard dwóch mocarstw", któremu, jak powiedział, Brytania nadal hołdowała, wymagał "przewagi dziesięciu procent nad połączonymi siłami flot dwóch następnych mocarstw".
Jeszcze bardziej złowieszcze od poglądów McKenny były podejrzenia Admiralicji, że Niemcy w tajemnicy przyśpieszali budowę nowych okrętów, gromadząc najważniejsze materiały, zamawiając działa, wieże i opancerzenie ze sporym wyprzedzeniem w stosunku do rzeczywistej budowy kadłubów. Do Londynu docierały raporty, że stępki drednotów kładziono w Niemczech całe miesiące wcześniej, niż określała to niemiecka Ustawa morska, a nawet przed odpowiednimi głosowaniami w Reichstagu. Przez kilka lat stawało się rzeczą oczywistą, że niemieckie możliwości w dziedzinie budowy okrętów znacząco rosły. W 1908 roku w Rzeszy było w stanie budować dred noty siedem stoczni32. od położenia stępki do wodowania potrzeba im było przeciętnie jednego roku. Natychmiast po zwodowaniu kadłuba i odholowaniu go do basenu wyposażeniowego dla zainstalowania wież artyleryjskich, dział i maszyn napędowych można było na pochylni położyć nową stępkę. Teoretycznie, marynarka niemiecka mogła co roku rozpocząć budowę siedmiu nowych drednotów. W istocie istniał hamulec nałożony na takie tempo. Czynnikiem decydującym o szybkości budowy drednotów nie był czas potrzebny na zbudowanie kadłuba, lecz czas niezbędny na wyprodukowanie dział, ich podstaw oraz opancerzenia, które dopiero zmieniały pływający kadłub w zdolny do walki okręt. Data położenia stępki mogła więc zostać opóźniona bez groźby niedotrzymania terminu ukończenia jednostki, pod warunkiem wszakże, że trwały prace nad owymi bardziej złożonymi komponentami.
Produkcja i składowanie tych komponentów były znacznie łatwiejsze do ukrycia niż położenie stępki i budowa kadłuba. Działa morskie, podstawy dział oraz pancerz dla Niemieckiej Marynarki Wojennej były produkowane w zakładach Kruppa w Essen. Krupp, już teraz będący największym przedsiębiorstwem przemysłowym w Europie, przechodził okres gwałtownej ekspansji, od 45 000 pracowników w 1902 roku do 100 000 w 1909. Chodziły plotki, że Krupp w tajemnicy nabywał znaczne ilości niklu, metalu o zasadniczym znaczeniu dla utwardzania stali, zatem nieodzownego w produkcji dział i opancerzenia. Powiadano też, że całe rzędy wielkich luf dział morskich leżą w składach w Essen, oczekując na wysyłkę do stoczni.
Przypuszczano, że kontrakty na trzy niemieckie drednoty z programu roku 1909 rzeczywiście zostały złożone w stoczniach jeszcze przed datami określonymi Ustawą morską i zanim Reichstag przyznał pieniądze, żeby za nie zapłacić. Gdyby te raporty okazały się prawdziwe, Admiralicja Brytyjska byłaby pozbawiona wszelkich wskazówek, jakimi miałaby się kierować przewidując wielkość floty niemieckiej. Dotychczas Admiralicja zakładała, że średni okres budowy niemieckiego drednota wynosi trzy lata. Teraz wyglądało na to, że stępki kładziono przed wyznaczonymi terminami, a okręty budowano szybciej, ponieważ działa, ich podstawy oraz opancerzenie były wykonane wcześniej. Trzy lata zatem mogły się skurczyć do dwóch i pół, być może nawet do dwóch, co oznaczało takie samo samo tempo, jak w Wielkiej Brytanii. (Anglia jako czołowa potęga przemysłowa świata zawsze potrafiła budować okręty szybciej niż jakikolwiek inny kraj. Nawet gdy inne mocarstwo rozpoczęło budowę jednostki o nowatorskiej konstrukcji, Brytania zawsze dotąd mogła zdążyć przystosować się i prześcignąć konkurenta). W myśl terminarzy opublikowanych w ramach niemieckiej Ustawy morskiej, stosunek liczby drednotów w 1913 roku miał wynosić 16:13 na korzyść Brytanii. Jeśli jednak Niemcy kładli stępki wcześniej i przyśpieszali budowy, Admiralicja ogłosiła jako "praktycznie pewne", że w 1912 roku Niemcy będą mieli siedemnaście drednotów. Gdyby zaś wykorzystano w pełni zdolności produkcyjne niemieckich stoczni, ich Flota Pełnomorska mogłaby mieć w 1912 roku dwadzieścia jeden drednotów, aby wystawić je przeciw brytyjskim szesnastu.
McKenna przedstawił te obawy Greyowi 30 grudnia 1908:
Mój drogi Greyu,
[...] Argumentację [...] można podsumować następująco: budowa okrętów wojennych w Niemczech przekracza zabezpieczenie finansowe ujawnione w ich Ustawie morskiej oraz projekcie budżetu. [...] Warunki zatem określone tą ustawą nie mogą służyć jako wskazówki co do dat ukończenia poszczególnych okrętów. Zmuszeni więc jesteśmy przyjrzeć się niemieckim możliwościom budowy, zaś najlepiej możemy ocenić, co potrafią zrobić, jeśli przyjrzymy się temu, co robią teraz. [...] Jeśli jakimś zrywem Niemcy raz nas dościgną, to nie mamy już więcej takich możliwości w zakresie budowy okrętów, które zapewniłyby nam panowanie na morzu. [...]
Cztery dni później, 3 stycznia 1909, pierwszy lord Admiralicji pisał do Asquitha:
Mój drogi Premierze:
[...] Wydaje mi się, że przestudiowanie niemieckiego projektu budżetu marynarki mogłoby okazać się pomocne w ujawnieniu, jak daleko posunęli się Niemcy w tajnych działaniach, wyraźnie sprzecznych z ich Ustawą. [...] Nie chcę tutaj używać alarmistycznego języka, lecz nie potrafię się oprzeć, aby nie przedstawić ci następujących wniosków, co zresztą uważam za swój obowiązek:
1) Niemcy przekraczają program budowy okrętów wojennych określony w ustawie z roku 1907.
2) Czynią to z zachowaniem tajemnicy.
3) Wiosną 1911 roku z pewnością będą mieli w linii 13 wielkich okrętów.
4) Wiosną 1912 roku prawdopodobnie będą mieli w linii 21 wielkich okrętów.
5) Niemieckie moce produkcyjne w zakresie budowy okrętów są w tej chwili równe naszym.
Ostatni wniosek jest najbardziej alarmujący, a jeśli jest zasadny i przedostanie się do wiadomości opinii publicznej, to zostanie ona wyrwana ze snu w bardzo nieprzyjemny sposób.
Ta wystrzałowa uwaga na końcu listu McKenny została tam umieszczona bardzo chytrze. Pierwszy lord Admiralicji wiedział, że Asquith - zwierzę w najwyższym stopniu polityczne - może zostać poruszony, gdy tylko wyczuje polityczne ryzyko. Kraj niepokoił się już, wiedząc, że Niemcy położyli w 1908 roku stępki pod cztery okręty wobec brytyjskich dwóch. Gdyby tylko obawy McKenny przedostały się do wiadomości posłów unionistycznych i ich prasy, podniósłby się krzyk trwogi. Zalecenia więc pierwszego lorda Admiralicji nie mogły być zignorowane, choćby Asquith nie wiem jak tego chciał.
Po stronie liberałów w Izbie Gmin, a także w prasie liberalnej, można było przewidywać silny sprzeciw wobec jakiegokolwiek przekroczenia planowanej liczby czterech drednotów. "Nie będę tutaj rozwodził się nad emfatycznymi przyrzeczeniami dawanymi przez nas wszystkich przed i podczas ostatnich wyborów powszechnych odnośnie do zmniejszenia gigantycznych wydatków na zbrojenia, jakie powstały na skutek beztroski naszych poprzedników - pisał do Asquitha Lloyd George - Wielu twoich najbardziej lojalnych popleczników w Izbie Gmin wzięło te obietnice na serio i nawet tylko trzymilionowy wzrost tych wydatków ostudzi ich zapał dla rządu [...] zaś wzrost od pięciu do sześciu milionów funtów szterlingów będzie dla nich jak uderzenie obuchem w łeb". Także Churchill nie akceptował podejścia McKenny: "Stwierdziłem, że liczby podawane przez Admiralicję są przesadzone - pisał - Nie wierzę, żeby Niemcy budowali drednoty w tajemnicy, przekraczając opublikowane ustawy". Niemcy mają konstytucję; drednotów nie można budować bez głosowania w Reichstagu nad przyznaniem na to pieniędzy. Jeśli Marynarka Niemiecka ulegała rozbudowie w tajemnicy przed Anglią, musiałoby się to odbywać także w tajemnicy przed Reichstagiem, a to Churchill uważał za nieprawdopodobne. Zakończył więc: "Uważam, że cztery okręty wystarczą".
W styczniu 1909 roku Admiralicja zamiast opuścić z sześciu do czterech, nieoczekiwanie poprosiła o dwa dodatkowe drednoty, podnosząc łączną liczbę żądanych do ośmiu. 3 stycznia Lloyd George ostrzegł Churchilla: "Admiralicja naprawdę chce dostać te swoje sześć drednotów [...] Admiralicja otrzymała bardzo poważne wiadomości od swojego attaché morskiego w Niemczech, już po ostatnim posiedzeniu gabinetu i [...] McKenna jest teraz przekonany, że możemy być zmuszeni do rozpoczęcia w nadchodzącym roku budowy ośmiu drednotów". Obawia się "cały czas, że może do tego dojść" - powiedział kanclerz. Walka trwała cały styczeń i luty. Lloyd George i Churchill, wspierani przez Morleya, Burnsa i innych, chcieli czterech. Grey i Haldane chcieli sześciu. McKenna chciał co najmniej sześciu, może nawet ośmiu. Liberalna prasa ostrzegała przed "panikarzami"; gazety konserwatywne atakowały "pacyfistów", "zwolenników Małej Anglii"33 i "ekonomaniaków". Do gry włączyło się wiele osobistości. "Jakie mogą być powody, dla których Winston postępuje tak, jak w tej właśnie sprawie? - pytał Knollys, osobisty sekretarz króla - Oczywiście nie mogą to być ani przekonania, ani zasady. Sama myśl o tym, że mógłby on mieć jedne albo drugie, przyprawia człowieka o śmiech". W powietrzu dawało się wyczuć liczne rezygnacje ze stanowisk. "Zwolennicy oszczędności są w stanie szalonej trwogi, a Winston i Lloyd George swoimi wspólnymi machinacjami zgromadzili większość prasy liberalnej w jednym obozie - pisał Asquith do Margot 20 lutego - Noszą się [...] z zamiarem rezygnacji, o czym puszczają cynki tu i tam (co jest blefem) [...] lecz przyznam, że są chwile, gdy jestem całkiem skłonny pozbyć się ich obu".
W gabinecie doszło do klinczu i premier stanął wobec możliwości utraty albo swojego ministra spraw zagranicznych i pierwszego lorda Admiralicji, albo kanclerza Izby Rozrachunkowej i przewodniczącego Rady d.s. Handlu. 24 lutego zwołano specjalne posiedzenie rządu w pokoju Greya w Ministerstwie Spraw Zagranicznych. Obecni byli także lordowie morscy. Lloyd George podniósł się z krzesła i zaczął przechadzać się po pokoju. Gdy dyskusja doszła do zwiększonych możliwości produkcyjnych zakładów Kruppa, kanclerz wybuchnął: "Uważam, że sytuacja wskazuje na nadzwyczajne zaniedbania ze strony Admiralicji, która powinna wykryć to wszystko wcześniej. Nie mam o was zbyt wysokiego mniemania, panowie admirałowie". McKenna, który teraz wręcz potwornie nie znosił Lloyd George'a, pohamował się i spokojnie odpowiedział: "Wie pan doskonale, że fakty te były komunikowane gabinetowi zaraz, jak się o nich dowiedzieliśmy, a [wtedy] jedyną pańską uwagą było: "To wszystko plotki podwykonawców"".
Wyglądało na to, że nie ma drogi wyjścia z zaistniałego impasu, gdy nagle Asquith przedstawił propozycję, która zadowoliła wszystkich: rząd miał wystąpić o cztery drednoty w projekcie budżetu marynarki na rok 1909, pod które dwie stępki miały być położone w lipcu i dwie w listopadzie. Dodatkowo rząd miał wnioskować, by go upoważniono do zbudowania jeszcze czterech drednotów, pod które stępki miano położyć nie później niż 1 kwietnia 1910, jeśli okaże się, że staranne śledzenie niemieckiego programu budowy drednotów potwierdza taką konieczność. Te cztery dodatkowe zostałyby ukończone razem z pierwszą czwórką w roku 1912 - postrzeganym przez Admiralicję jako brytyjski "niebezpieczny rok". Ponadto, gdyby nawet cztery dodatkowe drednoty zostały zbudowane, nie miało to mieć wpływu na regularny program roku 1910, który przewidywał, że zostaną zamówione cztery następne jednostki.
Choć na posiedzeniu gabinetu wszyscy zgodzili się na kompromis: "cztery teraz, cztery - być może - później", to nie spodobał się on ekstremistom po obu stronach. Lloyd George i Churchill, uprzytomniwszy sobie, że zostali wymanewrowani, nagle wyrazili chęć głosowania za sześcioma. Było jednak za późno. Równocześnie McKenna, Fisher i lordowie Morscy obawiali się, że to oni zostali oszukani i że sześć drednotów, jakich żądali czy też osiem, jakich się spodziewali - wszystkie rozpłyną się gdzieś w parlamencie. "Wyłącznie w panu pokładamy całą naszą ufność, że tych dwóch sztukmistrzów [Lloyd George i Churchill] nas nie przechytrzy" - napisał Fisher do McKenny. "Była jakaś słodka pewność w liczbie "sześć", [...] której teraz brakuje w ustawie, zastąpionej zwrotami umożliwiającymi uniki, a nawet obrócenie ich przeciwko nam, lecz nie wątpię, że pan już odpowiednio tego dopilnuje". McKenna poszedł za radą admirała dopilnować sprawy do Asquitha, mówiąc mu, że jeśli ustawa w duchu cztery-plus-cztery "nie przejdzie, czy to w Izbie Gmin, czy Lordów, to - jeśli dobrze wczoraj cię zrozumiałem - natychmiast podasz się do dymisji". Asquith odparł: "Nie widzę, co więcej mógłbym powiedzieć ponad to, że uważam, iż zaręczyłem publicznie własnym honorem. [...] Moim głównym pragnieniem jest abyśmy osiągnęli to, czego obaj chcemy. Nigdy dotąd do nikogo, jak dziś do ciebie, nie apelowałem tak wyraźnie i bezpośrednio o wiarę i zaufanie do mnie".
Fisher, ciągle walczący o osiem drednotów, przesłał McKennie (który przekazał to także premierowi) raport argentyńskiej misji morskiej, która właśnie odwiedziła zakłady Kruppa, a także kilka stoczni niemieckich. Mając nadzieję przyciągnąć zamówienia, Niemcy pokazali gościom wszystko. Według Fishera, goście byli oszołomieni wielkością i zdolnościami produkcyjnymi niemieckich zakładów i stoczni. Podawali, że widzieli dwanaście okrętów pierwszej klasy na pochylniach, a w zakładach Kruppa w Essen doliczyli się setki jedenasto i dwunastocalowych luf armatnich bliskich ukończenia. Płynąca stąd lekcja, mówił pierwszy lord morski, głosiła, że "mniej niż osiem okrętów nie wystarczy".
Asquith obstawał przy kompromisie cztery-plus-cztery. McKenna przedstawił go w Izbie Gmin 16 marca. Gdy pierwszy lord Admiralicji podniósł się z miejsca, posłowie słuchali uważnie, niemal w ciszy. Nadeszła pora na popołudniową herbatę, lecz nikt nie ruszył się z miejsca. Na galerii parów zasiadał książę Walii, z wysuniętą do przodu głową, aby nie uronić ani jednego słowa. Obecny był także Fisher, siedzący tuż za fotelem spikera Izby. Przemówienie McKenny było brutalnie jasne: "Bezpieczeństwo kraju musi być zapewnione, nieważne jakim kosztem. Nie wiemy, choć wydawało się nam, że wiemy, w jakim naprawdę tempie Niemcy budują swoją flotę". Wyliczył po kolei wszystkie możliwości, od najczarniejszej do najmniej ponurej. Izba słuchała go w milczeniu. Po nim występował Balfour, następnie Asquith. Obydwaj poparli McKennę. Gdy Asquith usiadł, spiker spoglądał na Izbę, zaś Izba spoglądała na spikera i tak przez parę minut nikt się nie wychylił. Nic już więcej nie usłyszano o wniosku na temat zmniejszenia projektu budżetu marynarki, zgłoszonego przez stu czterdziestu posłów, członków grupy zwanej "Mała Marynarka".
Kraj, który podobnie jak Izba niewiele słyszał o bojach toczonych wewnątrz gabinetu, został ogłuszony przemówieniem McKenny. Prasa liberalna, rozpaczając nad szkodami, jakie zwiększona budowa drednotów miała spowodować w programach socjalnych, zajęła stanowisko, że jeśli już miało się zbudować cztery dodatkowe drednoty, powinny one zostać wpisane do budżetu marynarki na rok 1910; było nie do przyjęcia, aby Wielka Brytania mogła sobie pozwolić na zapłacenie za osiem drednotów w ciągu jednego roku. Asquith jednak potrafił poradzić sobie z liberałami. Prawdziwy atak na projekt budżetu marynarki przyszedł ze strony Unionistów. Jeszcze do 16 marca konserwatyści zgadzali się, że wystarczy sześć nowych okrętów. Teraz, stojąc wobec ujawnionej przez pierwszego lorda Admiralicji groźby przyśpieszonej rozbudowy floty niemieckiej, konserwatyści w Izbie Gmin, Izbie Lordów, w prasie i w całym kraju żądali, aby natychmiast kłaść stępki pod osiem okrętów. "Ośmiu żądamy i nie czekamy!" - slogan ukuty przez posła George'a Wyndhama, stał się okrzykiem bojowym Partii Unionistów. Przeciw rządowi, Admiralicji i samemu Fisherowi kierowano oskarżenia o niekompetencję i dobrowolną rezygnację z panowania na morzu. "Citoyens, la patrie est en danger!"34 - oznajmiał "Daily Telegraph" - Jeszcze nie jesteśmy gotowi, aby odwrócić wszystkie portrety Nelsona twarzą do ściany". "National Review" opisywał Fishera jako "wcielenie marszałka Leboeufa", francuskiego ministra wojny, który w przededniu wojny francusko-pruskiej przechwalał się, że armia francuska jest gotowa aż do ostatniego guzika przy getrach! Gdy Asquith odmówił przyrzeczenia, że cztery dodatkowe okręty zostaną zbudowane natychmiast, "Daily Telegraph" oznajmił, że "od czasów muzycznych popisów Nerona nie widziano dziwniejszego i bardziej żałosnego spektaklu niż takie zagrożenie całego bezcennego dziedzictwa stuleci przez usiłowanie zrównoważenia budżetu w myśl poglądów jednej partii". 19 marca Balfour formalnie przedstawił wniosek o wotum nieufności dla rządu: "W opinii tej Izby, deklarowana polityka rządu Jego Królewskiej Mości względem natychmiastowego zabezpieczenia odpowiedniej liczby pancerników najnowszego typu nie zapewnia w dostatecznym stopniu bezpieczeństwa imperium".
Zatłoczona do ostatniego miejsca Izba słuchała 29 marca debaty nad złożonym przez Balfoura wnioskiem o wotum nieufności. Głównym mówcą ze strony rządu był tym razem Grey, a nie McKenna czy Asquith. Jego przemówienie dotyczyło wszystkiego: od miażdżących obciążeń związanych ze zbrojeniami, jakie odczuwają wszystkie kraje, po zasadniczą rolę odgrywaną przez Królewską Marynarkę w zapewnieniu bezpieczeństwa Brytanii. Mówił też o stanie stosunków anglo-niemieckich oraz o obawach Admiralicji, że zbrojeniami morskimi Niemiec może kierować raczej wzrost ich mocy produkcyjnych, aniżeli ich oficjalne umiarkowane intencje. "Wielkie państwa Europy gromadzą ogromne dochody z podatków, po czym prawie połowę z nich wydają na przygotowania swoich marynarek i armii [...] które w końcu są przygotowaniami do wzajemnego zabijania. Z pewnością [...] takie wydatki [...] stają się satyrą [...] na cywilizację. [...] Jeśli stan ten będzie trwał [...] wierzę, że wcześniej czy później pogrąży on cywilizację".
Brytania, argumentował Grey, nie może jednostronnie wystąpić z wyścigu zbrojeń: "Gdybyśmy sami jedni spośród wielkich mocarstw zrezygnowali ze współzawodnictwa i spadli na gorszą pozycję, czegóż dobrego moglibyśmy się spodziewać? Absolutnie niczego. [...] Przestalibyśmy się liczyć wśród narodów Europy, a mielibyśmy szczęście gdyby pozostawiono nam wolność i nie stalibyśmy się przymusowym dodatkiem dla jakiegoś silniejszego mocarstwa".
W tej dziedzinie siła własnej marynarki odgrywała krytyczną rolę w polityce brytyjskiej: "Nie ma porównania pomiędzy znaczeniem Marynarki Niemieckiej dla Niemiec, a znaczeniem naszej marynarki dla nas. Nasza marynarka jest dla nas tym samym, czym dla nich jest ich armia. Posiadać silną marynarkę oznacza dla nich podniesienie prestiżu, wpływów dyplomatycznych, zdolności do ochrony własnego handlu, lecz [...] nie jest to dla nich sprawą życia i śmierci [...] jak to ma miejsce w naszym przypadku. Największa nawet przewaga Marynarki Brytyjskiej nad niemiecką nie może wpłynąć na niepodległość lub integralność terytorialną Niemiec, ponieważ nie utrzymujemy armii na taką skalę, żeby móc dokonać czegokolwiek na terytorium niemieckim. Jeśli jednak Marynarka Niemiecka byłaby silniejsza od naszej, wtedy, utrzymując taką armię, jaką mają [...] uczyniliby oni stawką w rozgrywce naszą niepodległość, samą naszą egzystencję.
Grey uważał stosunki anglo-niemieckie za przyjazne i że taki stan może się utrzymać tak długo, jak długo oba mocarstwa szanowałyby nawzajem swoje żywotne interesy: "Widzę ogromną przestrzeń, w której oba nasze kraje mogą się poruszać w pokoju i przyjaźni. [...] Moim zdaniem, do konfliktu doprowadzić mogą dwie skrajnie odległe sprawy. Jedną z nich byłaby nasza próba izolacji Niemiec. Żadne państwo o ich pozycji nie wytrzyma polityki izolacji narzuconej przez sąsiadujące mocarstwa. [...] Drugą sprawą, jaka z pewnością doprowadziłaby do konfliktu, byłaby próba izolacji Brytanii, podjęta przez jakieś wielkie mocarstwo kontynentalne z zamiarem zdominowania i narzucania polityki całemu kontynentowi. Tak było zawsze w historii".
Gdzie upatrywał Grey drogi do pokoju?
"Gdyby mnie zapytano, abym wymienił jedną rzecz, która mogłaby w największym stopniu uspokoić [...] Europę [...] myślę, że byłoby to życzenie, żeby zmniejszeniu uległy wydatki na zbrojenia morskie w Niemczech i żebyśmy sami mogli pójść w ich ślady. [...] Na jakiej podstawie można by tutaj zaproponować jakiś układ? Nie na podstawie równości. Podstawę musi stanowić przewaga Marynarki Brytyjskiej. Na ile mi wiadomo, żaden Niemiec nie będzie się spierał, że jest to dla nas całkiem naturalny punkt widzenia".
W końcu Grey zajął się szczegółowym problemem niemieckiego przyśpieszenia rozbudowy floty oraz reakcją brytyjską na te fakty. Mówił o niemieckich zdolnościach produkcyjnych ("Wasz zamiar przyśpieszenia to jedna sprawa, zaś wasze możliwości przyśpieszenia - to odrębne zagadnienie"). Jedynym sposobem, aby wiedzie ć co się dzieje w stoczniach drugiego kraju, jest zapewnienie attaché morskim swobodnego do nich dostępu.
W głosowaniu ściśle według podziałów partyjnych wniosek o wotum nieufności, złożony przez Balfoura, został oddalony stosunkiem głosów 353 do 135. Ostatecznie miano zbudować cztery okręty; cztery następne zostały zatwierdzone, lecz miały czekać za kulisami. Sam Churchill opisał potem dość ponuro, co się właściwie wydarzyło: "W końcu uzgodniono dziwne i charakterystyczne rozwiązanie. Admiralicja żądała sześciu okrętów; ekonomiści proponowali cztery, a wreszcie wszyscy zgodziliśmy się na osiem".
Od samego początku "paniki morskiej" rząd brytyjski usiłował poznać fakty nie tylko z doniesień swojego attaché morskiego w Berlinie czy z pozostających w cieniu innych źródeł, ale wprost od rządu niemieckiego. Jesienią 1908 roku McKenna, słysząc z raportów o materiałach gromadzonych w niemieckich stoczniach i o kontraktach przyznawanych stoczniom zanim w Reichstagu przegłosowano odpowiednie fundusze, zadał to pytanie komandorowi Widemannowi, niemieckiemu attaché morskiemu w Londynie. Widemann zaprzeczył wszystkiemu. Powiedział nawet, że jest zaszokowany tym, iż pierwszy lord Admiralicji przypisuje sekretarzowi stanu Tirpitzowi tak jawnie niekonstytucyjne postępowanie. McKenna, wierząc własnym informacjom bardziej niż temu, co usłyszał od Widemanna, nie konsultował się powtórnie z niemieckim attaché morskim.
Grey wkroczył do akcji w styczniu 1909 po przeczytaniu owego przekonywującego memorandum McKenny na temat niemieckiego budownictwa okrętowego. Grey rozumiał znaczenie brytyjskiej supremacji morskiej; 20 listopada 1908 w Scarborough powiedział: "W kwestii marynarki nie ma połowicznych rozwiązań [...] pomiędzy całkowitym bezpieczeństwem a kompletną ruiną". Jednakże jako minister spraw zagranicznych troszczył się o jeszcze inne sprawy: jeśli rząd niemiecki z rozmysłem kłamał, aby ukryć przyśpieszenie tempa realizacji planu rozbudowy floty, wtedy pod znakiem zapytania stawała cała polityka niemiecka, nie zaś tylko liczba i daty przekazania do służby budowanych okrętów. Od początku stycznia aż do opublikowania 12 marca brytyjskiego projektu budżetu marynarki Grey usiłował wydobyć od Paula Wolff-Metternicha, niemieckiego ambasadora w Londynie, jasne i wyraźne stwierdzenie odnośnie stanu niemieckiego budownictwa okrętów wojennych. W postępowaniu z Metternichem minister spraw zagranicznych natknął się na dwie poważne przeszkody: po pierwsze, ambasador niemiecki utrzymywany był w nieświadomości przez admirała Tirpitza; po drugie, nawet jeśli Metternich był akurat dokładnie poinformowany, to często też go instruowano, by nie przekazywał tych informacji Brytyjczykom. Rozmowy Grey - Metternich były zatem dla obu ćwiczeniem się w znoszeniu uczucia frustracji.
Pierwsze spotkanie Greya z Metternichem odbyło się 4 stycznia 1909, natychmiast po przeczytaniu przez ministra spraw zagranicznych memorandum pierwszego lorda Admiralicji. Grey nawiązał do raportów, jakie otrzymywała Admiralicja i do pogłosek, jakie do niej docierały; Metternich powiedział, że nie polegają one na prawdzie. Grey podkreślił, że Brytyjczycy zaniepokojeni byli z powodu wielkich zdolności produkcyjnych Niemiec w zakresie budowy drednotów; Metternich odparł, że cały program niemiecki został wyłożony w Ustawach morskich i że ustawy te wręcz zabraniały dokonywania jakiegokolwiek gwałtownego przestawiania niemieckich stoczni na budowę drednotów. Grey zasugerował, że najlepszym sposobem poznania faktów byłoby pozwolenie attaché morskim odwiedzić stocznie w obu krajach, żeby zobaczyli pod ile okrętów zostały położone stępki i jak dalece zaawansowana jest ich budowa. Metternich powiedział, że kaiser nigdy nie udzieli na coś takiego swojej zgody.
Do czasu drugiego spotkania, do którego doszło 4 lutego, Metternich wiedział już, że dowody zgromadzone w rękach Brytyjczyków odnośnie do gromadzenia z wyprzedzeniem materiałów w stoczniach niemieckich są niepodważalne, więc się do tego przyznał. Przyczyną, jak wyjaśniał, była zwykła zapobiegliwość ze strony wykonawców, którzy czynili tak na własne ryzyko. Obstawał przy twierdzeniu, że nie zamierzano doprowadzać do żadnego przyśpieszenia i że tempo rozbudowy floty było ustalone prawem. Prawdą jest, przyznawał, że tempo budowy mogło ulec zwiększeniu, lecz tylko po publicznym głosowaniu w Reichstagu. Grey znalazł się w trudnym położeniu. Szanował Metternicha, lecz podejrzewał, iż ambasador zataja jakieś informacje. Metternich przecież dopiero z opóźnieniem przyznał się do wyprzedzającego gromadzenia materiałów; ciągle nie potwierdzał, że dwa z czterech okrętów programu na rok 1909 zostały rozpoczęte w październiku 1908. Grey nie mógł oskarżyć ambasadora o przekazywanie fałszywych informacji, nie dowierzał jednak temu, czego się od niego dowiadywał. Ponownie więc wysunął propozycję wymiany wizyt attaché morskich w stoczniach. Metternich odparł, że cesarz bezwzględnie odmówił. Greyowi niewiele zostawało do zrobienia poza ostrzeżeniem, że Brytania będzie musiała uwzględnić niemieckie moce produkcyjne, a także niemieckie Ustawy morskie przy formułowaniu swoich własnych planów rozbudowy floty. Bezpośrednio przed opublikowaniem brytyjskiego projektu budżetu marynarki Metternich oficjalnie 10 marca poinformował Greya, że niemieckie budowy nie będą przyśpieszane i że niemiecka Flota Pełnomorska nie będzie dysponować trzynastoma drednotami przed końcem 1912 roku.
Tegoż wieczora Metternich ostrzegł Berlin, że Admiralicja Brytyjska zażąda większej liczby okrętów.
12 marca, w dniu publikacji brytyjskiego projektu budżetu marynarki, a na cztery dni przed ich przedstawieniem w Izbie Gmin, Asquith wezwał Metternicha, aby zwiększyć wagę złożonego przez Greya ostrzeżenia. Oto jak, według raportu przekazanego przez Metternicha do Berlina, premier wyjaśniał program brytyjski: "Zgodnie z informacjami uzyskanymi przez Admiralicję Brytyjską trzy z czterech [niemieckich] drednotów [...] z lat 1909-1910 są już od kilku miesięcy w budowie. I nie tylko zebrano już materiały do ich budowy, lecz stępka pod jeden z drednotów programu 1909-1910 została rzeczywiście położona w stoczni schichaua. Jeśli czyni się przygotowania do budowy, a nawet rozpoczyna ją kilka miesięcy przedtem, zanim zostanie uchwalona [przez Reichstag], to staje się jasne, że ukończenie tych okrętów także może zostać antydatowane o odpowiednią liczbę miesięcy. Pan Asquith nie pragnie się skarżyć [Metternich parafrazował i streszczał słowa premiera] i nie ma uzasadnienia dla takich skarg odnośnie opisanego sposobu naszego postępowania. Wyłącznie Niemcy mają prawo określać tempo budowy swoich okrętów i nikt odpowiedzialny w Wielkiej Brytanii nie będzie miał prawa zgłaszać tu obiekcji. Rząd brytyjski jednak [...] (szacując swój własny program) nie może nie brać pod uwagę postępów programu niemieckiego".
Premier obiecał, że Brytania powstrzyma się od rozpoczęcia budowy czterech nadliczbowych drednotów, dopóki tempo budowy niemieckich okrętów nie uczyni tego kategorycznie koniecznym.
Metternich wysłał ten raport do Berlina; odpowiedzią było milczenie. Cztery dni później, na dwa dni przed rozpoczęciem debaty w sprawach marynarki w izbie Gmin, Metternich pilnie telegrafował do Berlina, prosząc o zezwolenie na wyjaśnienie niemieckiego programu z bliższymi szczegółami. Tirpitz jednak był przeciwny, a cesarz zgadzał się z Tirpitzem. "Myślę, że byłoby lepiej, gdyby Metternich pohamował swój język. Jest niepoprawny" - napisał Wilhelm na marginesie telegramu od ambasadora.
Twardy charakter przemówienia McKenny przy okazji przedstawiania projektu budżetu marynarki i pasja towarzysząca debacie w Izbie Gmin wymusiły wreszcie reakcję niemiecką. Dzień po debacie, 17 marca, Metternich poskarżył się Greyowi, że rząd brytyjski zignorował jego zapewnienie z 10 marca, iż Niemcy nie będą przyśpieszać realizacji swojego programu. Odpowiedzią Greya było powtórzenie po raz trzeci, że najlepszą metodą wyjaśnienia nieporozumień i uzyskania dokładnej informacji o stanie faktycznym jest wizytacja stoczni obu krajów przez attaché morskich strony przeciwnej.
Tego samego dnia w Berlinie Tirpitz publicznie poparł stanowisko, jakiego cały czas wymagano od oblężonego Metternicha. Otwierając debatę w Reichstagu nad niemieckim projektem budżetu marynarki, sekretarz stanu oznajmił, że brytyjskie obawy są bezpodstawne. Niemcy, stwierdził, będą posiadały w roku 1912 tylko trzynaście, a nie siedemnaście drednotów. Prywatnie jednak Tirpitz zdecydował się przyznać Metternichowi do faktu, którego ten dotąd nie znał, a nawet, działając w myśl otrzymanych instrukcji, energicznie mu zaprzeczał; mianowicie, że kontrakty na dwa z czterech niemieckich drednotów programu 1909-1910 rzeczywiście zostały przyznane prywatnym stoczniom już jesienią 1908 roku, sześć miesięcy wcześniej niż Reichstag mógł uchwalić odpowiednie fundusze. Teraz, ponieważ Admiralicja i rząd brytyjski byli już tego świadomi, Tirpitz zdecydował, że Metternich powinien potwierdzić w Londynie tę informację i wyjaśnić, że kontrakty ulokowano tak wcześnie nie dlatego, żeby ukryć kroki przeciw Anglii, lecz wyłącznie po to, aby uzyskać od budowniczych niższe, konkurencyjne ceny, a równocześnie nie zmuszać stoczni do zwalniania robotników z pracy35.
Upokorzony przez własny rząd Metternich nie miał wyboru i musiał słuchać instrukcji. 18 marca przyznał, że kontrakty na dwa z czterech okrętów zostały zawarte już w październiku 1908 roku. Jego pożałowania godna sytuacja nie zdobyła mu sympatii Fishera, który teraz był już przekonany, że zarówno Tirpitz, jak i Metternich coś ukrywają. "Musimy uwzględnić margines na kłamstwa" - oznajmił.
Spotkawszy przypadkowo Metternicha 24 marca, popatrzał na Niemca, po czym wyrzucił z siebie: "Cała ta panika by wygasła, panie ambasadorze, gdybyście tak pozwolili naszemu attaché morskiemu tam się udać i policzyć je [okręty w budowie]". "Niemożliwe - odparł Metternich - Inne rządy także by tego chciały. Poza tym, można by zobaczyć coś, co chcielibyśmy utrzymać w sekrecie". Fisher założył, że albo niemieckie okręty, albo też ich działa są jeszcze większe, niż by to sugerowały opublikowane liczby.
Metternich ciągle próbował wytłumaczyć własnemu rządowi brytyjski punkt widzenia i czynił to aż do swojego odejścia z Londynu. Na początku kwietnia napisał list, w podziwu godny sposób podsumowujący przyczyny wybuchu "paniki morskiej" w Londynie:
"Aż do zeszłego listopada (1908) rząd brytyjski wierzył, że ma, pod postacią naszych Ustaw morskich dość rzetelny wzorzec, za pomocą którego może regulować swoje własne coroczne potrzeby w zakresie budowy okrętów. [...] Do zeszłego listopada zakładano tutaj, że realizacja naszego programu zależy od corocznego głosowania w Reichstagu nad związanymi z nią finansami. Pewność taka już teraz nie istnieje. Obecny rząd rzeczywiście posiada nasze zapewnienie, że nie pragniemy przyśpieszać naszego tempa i że w roku 1912 nie będziemy mieli więcej niż trzynastu drednotów. Rząd utrzymuje jednakże, iż choć takie mogą być nasze obecne zamiary, to mamy wszelkie prawo zmienić je w każdej chwili, w jakiej sobie tego zażyczymy. Rząd czuje, że w tej ważnej kwestii stąpa po omacku i że nie powinna ona zależeć od zamiarów obcego rządu - zamiarów mogących ulec zmianie".
Gdy depesza Metternicha dotarła na biurko kaisera, Wilhelm pokrył ja całą uwagami na marginesach: "Nonsens!", "To absolutnie nie tak!", "Nie!".
Po wystąpieniu Greya i odrzuceniu wniosku o wotum nieufności, zgłoszonego przez Balfoura, debata parlamentarna była zakończona, lecz emocje w gabinecie i w kraju bynajmniej nie wygasły. Lloyd George i Churchill wytrwale próbowali zapobiec budowie czterech dodatkowych drednotów, a jeśli już miałyby zostać zbudowane, zapewnić, żeby stały się częścią programu na rok 1910 (Fisher napisał kpiąco do Churchilla, że gdyby Churchill zgodził się na cztery dodatkowe okręty, to on zadbałby już o to, aby je nazwać: "Winston", "Churchill", "Lloyd" i "George". Jakież byłyby to waleczne okręty!!!"). McKenna "bardzo krzywo patrzył na kolegów za sposób, w jaki został potraktowany" i ponawiał groźby złożenia rezygnacji, jeśli dodatkowe cztery okręty nie zostaną zamówione. Grey popierał McKennę. Konserwatywna prasa ciągle waliła w rząd. "Jeśli rząd nie składa się z pedantów o kamiennych sercach, to [zamówienia] [...] na okręty powinny zostać złożone już teraz - oznajmiała "Daily Mail" - Osiemdziesiąt procent kosztów okrętu liniowego idzie na płace brytyjskiego robotnika. Zarówno nasza marynarka jak i nasi bezrobotni mogą zostać zamorzeni głodem, i rychło zostaną, jeśli nie usunie się tego rządu".
Ironia losu zrządziła, że decyzja zbudowania dodatkowej czwórki, została w końcu przyśpieszona nie przez Niemcy, lecz przez Austrię i Włochy. W lipcu 1909 roku Londyn dowiedział się, że Austria zamierza zbudować trzy, a może i cztery drednoty. Włosi zareagowali szybko; choć Austria i Włochy były nominalnie sojusznikami w ramach trójprzymierza, każde państwo uważało drugie za potencjalnego wroga. Włochy ogłosiły więc natychmiast, że zbudują cztery drednoty. Tak więc, patrząc w przyszłość po rok 1912, Brytania musiałaby stawić czoło minimum trzynastu niemieckim drednotom na Morzu Północnym, plus drednotom włoskim oraz austriackim na Morzu Śródziemnym. Żądania Admiralicji stały się teraz nie do odparcia. 26 lipca McKenna ogłosił, że budowa czterech dodatkowych okrętów zostanie rozpoczęta "bez przesądzania" o programie roku 1910. Asquith, spełniając swoją obietnicę - a także boleśnie odczuwając wyniki ostatnich wyborów uzupełniających w Croydon, gdzie kandydat liberałów został pokonany wręcz przytłaczająco - poparł pierwszego lorda Admiralicji. Liberałowie obruszali się, że ciągle przecież nie ma wyraźnych oznak niemieckiego przyśpieszenia, zaś austriackie i włoskie drednoty wzajemnie się neutralizują. Konserwatyści bili brawo; "panika morska" się skończyła.
Jej rozwiązanie było bolesne dla rządu liberałów, który obejmował urząd przyrzekając zredukować obciążenia zbrojeniowe. Przez trzy lata rząd dotrzymywał tych przyrzeczeń. Teraz zaś, w ciągu dwunastu miesięcy zamówił osiem kosztownych okrętów36. W rzeczywistości otrzymał ich nawet jeszcze więcej. Dwa spośród dominiów, Nowa Zelandia i Australia, świadome swojego uzależnienia od Marynarki Królewskiej, poczuły się zaalarmowane ujawnionym przez McKennę obrazem malejącego marginesu brytyjskiej supremacji na morzach. 22 marca, zaledwie sześć dni po przedstawieniu przez pierwszego lorda Admiralicji projektu budżetu marynarki w Izbie Gmin, rząd Nowej Zelandii przekablował do Londynu ofertę zapłacenia za budowę jednego drednota. W czerwcu w jego ślady poszedł rząd Australii i wystąpił z podobną propozycją. Obie oferty zostały przyjęte i w 1910 roku położono stępki pod dwa dodatkowe krążowniki liniowe, "New Zealand" i "Australia". Ostatecznie więc, bezpośrednio i pośrednio, "panika morska" 1909 roku przyniosła owoce w postaci dziesięciu nowych drednotów dla Marynarki Królewskiej w ciągu jednego tylko roku.
Patrząc z retrospektywy, podstawy wybuchu paniki okazały się fałszywe. Niemcy rzeczywiście gromadzili na zapas materiały i podstawy dział, a stocznie wcześniej rozpoczynały budowy, lecz nie było przyśpieszenia w datach przekazywania niemieckich drednotów do linii. Cztery okręty z programu 1908 i cztery z programu 1909 roku były w rzeczywistości nawet opóźnione o osiem miesięcy, aby umożliwić dokonanie zmian projektowych, wymuszonych przez zwiększenie kalibru dział na sześciu brytyjskich okrętach z 12 na 13,5 calowe37. Pod koniec 1912 roku w linii było tylko trzynaście niemieckich drednotów - tak jak obiecywali Metternich i Tirpitz. Naprzeciw nich stały dwadzieścia dwa drednoty brytyjskie. Później Churchill tak oceniał rezultaty i znaczenie "paniki morskiej":
"W świetle tego, co naprawdę się wydarzyło, nie może być jakichkolwiek wątpliwości, że przynajmniej co się tyczy faktów i liczb mieliśmy [Lloyd George i ja] całkowitą rację. Ponure przewidywania Admiralicji na rok 1912 nie spełniły się pod żadnym względem. Nie było żadnych tajnych niemieckich drednotów ani też admirał Tirpitz nie wypowiedział nieprawdziwych stwierdzeń. [...] Choć jednak kanclerz Izby Rozrachunkowej i ja mieliśmy słuszność w wąskim sensie, to absolutnie nie mieliśmy racji w stosunku do tego, co kryła w zanadrzu historia. Największą zasługę należy przypisać w tym względzie pierwszemu lordowi Admiralicji, panu McKennie, za jego zdecydowaną i odważną postawę, z jaką walczył w swojej sprawie i oparł się przy okazji własnej partii. Gdy trwała ta debata, naprawdę niewiele myślałem o tym, że gdy dojdzie do następnego kryzysu gabinetowego wokół marynarki, nasze role będą odwrócone, podobnie jak i on nie myślał, że okręty, o które tak zażarcie walczył, gdy ostatecznie zostaną dostarczone, będą przyjęte przeze mnie z otwartymi ramionami"38.
Były też i inne efekty "paniki morskiej" 1909 roku w Wielkiej Brytanii. Byli tacy - wśród nich Sir Edward Goschen, ambasador brytyjski w Berlinie - którzy uważali, że budowa czterech dodatkowych drednotów miała korzystny wpływ na stosunki anglo-niemieckie. Argumentowali oni, że spowolnienie budowy drednotów w pierwszych latach rządów liberałów wywołało w Berlinie teorie, iż Brytyjczycy zaczynają robić się miękcy i bezpłodni, wkrótce więc - w naturalnym darwinowskim porządku - zostaną zastąpieni jako władcy świata przez jurnych Teutonów. Decyzja rządu brytyjskiego o podwojeniu rocznego programu budowy okrętów, twierdził Goschen, spowodowała zastąpienie narastającej pogardy szacunkiem i zwiększonym pragnieniem zachowania przyjaźni. Inny efekt był także oczywisty. Oto przestał obowiązywać "standard dwóch mocarstw", historyczna zasada, według której Wielka Brytania oceniała, czy jej siły morskie są wystarczające. A jeszcze tak niedawno, bo w listopadzie 1908 roku, tuż przed wybuchem "paniki morskiej", Asquith potwierdzał, że Brytania potrzebowała "przewagi dziesięciu procent w głównych klasach okrętów nad połączonymi siłami morskimi dwóch najsilniejszych po niej mocarstw, niezależnie od tego, jakie to mogą być mocarstwa". W istocie trzecia największa marynarka świata, plasująca się tuż za marynarką Niemiec, należała do Stanów Zjednoczonych, a żaden brytyjski polityk ni admirał nie wyobrażał sobie wojny z Amerykanami. W ten sposób "panika morska" 1909 roku oznaczała dla Brytanii początek obowiązywania wobec Marynarki Królewskiej standardu jednego mocarstwa. Brytania miała odtąd budować okręty wyłącznie przeciwko Niemcom. Churchill, już jako pierwszy lord Admiralicji, stwierdził ów fakt oficjalnie 28 marca 1912 roku, kiedy to powiedział w Izbie Gmin, że odtąd standardem Brytanii jest 60-procentowa przewaga nad Niemcami.
Były jeszcze dwa inne skutki "paniki morskiej" z 1909 roku i decyzji o zbudowaniu ośmiu drednotów w ciągu jednego roku. Alarm w parlamencie i histeria w prasie odnośnie do kondycji obrony morskiej Wielkiej Brytanii wywołały krytykę starzejącego się pierwszego lorda morskiego, który rządził Admiralicją i doradzał rządowi. Dlaczego, pytano, jeśli okazuje się, że Brytania nagle potrzebuje ośmiu okrętów w jednym roku, wybudowała tylko dwa w roku poprzednim? Uzasadniona czy nie, narastająca krytyka i uskarżanie się nadwątliły wiarygodność Jacky'ego Fishera. Gdy tylko projekt budżetu marynarki na rok 1909 został zatwierdzony w głosowaniu, sprawami tymi zajęła się rządowa komisja śledcza. "Panika morska" wywarła także głęboki wpływ na Kanclerza Izby Rozrachunkowej, Davida Lloyd George'a. Decyzja o budowie ośmiu drednotów w okresie jednego roku zburzyła jego obliczenia budżetowe. Aby zebrać dodatkowe miliony funtów szterlingów, kanclerz postanowił poszukać nowych źródeł dochodu, a zaproponowane przez niego podatki stały się jeszcze bardziej kontrowersyjne politycznie, niż decyzja o budowie dodatkowych okrętów. W 1910 i w 1911 roku miały one doprowadzić do historycznej a burzliwej konfrontacji pomiędzy Izbą Gmin a Izbą Lordów.
Rola marynarki w wojnach prowadzonych przez Brytanię była zawsze defensywna; bronią ofensywną była armia. Stąd też wzięła się metafora: marynarka - tarcza, armia - włócznia czy też, w postaci zmodernizowanej przez Fishera: "armia jest pociskiem, który marynarka musi wystrzelić". Najważniejszą misją marynarki była obrona Wysp Brytyjskich oraz szlaków handlowych Imperium. Jednakże, bez względu na to jak byłaby potężna, jej potęga nie sięgała dalej niż do nieprzyjacielskiego wybrzeża. Sama jedna nie mogła pokonać przeciwników na kontynencie; dziesięciolecia wojen z Królem Słońce i z Napoleonem dowiodły tego dobitnie. Oficerowie marynarki przyznawali, że Brytania potrzebuje armii. W myśl ich preferencji miały to być małe, wysoce profesjonalne siły ekspedycyjne, które, mając ruchliwość zapewnioną przez dominującą potęgę morską, zdolne byłyby do nagłego uderzenia w dowolnym punkcie wrogiego wybrzeża i to ze skutkiem znacznie większym niż wynikałoby to z ich liczebności. Obmyślając rolę dla armii brytyjskiej, admirałowie i komandorowie nigdy jednak nie wyobrażali sobie nawet, że miałaby ona być odpowiedzialna za obronę Wysp Macierzystych. Od czasów Wielkiej Ar mady właśnie do Marynarki Królewskiej należał obowiązek zatopienia wszystkich okrętów wojennych, transportowców wojska czy innych barek najeźdźcy, zanim choćby jeden żołnierz nieprzyjacielski postawił stopę na angielskiej plaży.
Gdy dziewiętnasty wiek dobiegał końca, niektórzy w Wielkiej Brytanii zaczęli wątpić, czy marynarka jest w stanie spełniać choćby swoją defensywną rolę. Wiele spośród tych wątpliwości zgłaszanych było i pobudzanych przez oficerów armii. Czy było to rozsądne, pytali, aby Brytania stawiała wszystko na jedną kartę? "Wiem tylko, że nic nie jest bardziej podatne na zniszczenie od wszelkich rzeczy pływających po wodzie - oznajmił w roku 1896 naczelny dowódca armii brytyjskiej, lord Wolseley - Często słyszymy, że w okresie pokoju i przy najspokojniejszym morzu nasze najlepsze pancerniki zderzają się ze sobą... stwierdzamy też, że wielkie sztormy potrafią rozproszyć i niemal zniszczyć najwspanialsze floty, jakie kiedykolwiek pływały po morzach. Jest zatem zasadniczo konieczne, żeby ten kraj zawsze miał potężną armię, w sile wystarczającej przynajmniej do obrony naszych własnych brzegów". Gdyby nawet brytyjskim pancernikom udało się nie potopić nawzajem ani nie dać się zmieść sztormom, zawsze istniała szansa, że mogą zostać podstępem odciągnięte od Kanału na czas dostatecznie długi, by armia inwazyjna zdążyła się przez niego prześliznąć. Dla tych właśnie powodów, sugerowała armia, powinno się ją powiększyć.
Początkowe porażki armii podczas wojny burskiej wzmocniły tylko taką argumentację. Trzeba było wysłać z Anglii potężne posiłki dla walczących tam oddziałów, ogałacając ojczyznę z żołnierzy. Prasa na kontynencie, zażarcie proburska, wściekała się na brytyjskie "rozbójnicze przedsięwzięcie w Południowej Afryce" i zachęcała koalicję europejską do skorzystania ze słabości Anglii na jej własnym terenie. Taka wrażliwość na ciosy była bardziej psychologicznej aniżeli rzeczywistej natury - flota brytyjska nadal przecież stacjonowała na wodach europejskich - ale była ostro odczuwalna. Sławny dziennikarz, W. T. Stead, ujął to bardzo obrazowo: "Imperium, odarte ze swej zbroi, ze związanymi na plecach rękami i gardłem wystawionym pod ostre noże swoich najzagorzalszych wrogów". Ponieważ w Anglii nie było prawie żadnych oddziałów, Francuzi mogli odciągnąć flotę na okres wystarczająco długi dla przerzucenia przez kanał pięćdziesięciu lub stu tysięcy żołnierzy, którzy by pomaszerowali na Londyn, praktycznie nie napotykając oporu. Nawet lord Salisbury, który zazwyczaj ignorował wszelkie gadki o zagrożeniu Brytanii, zwrócił na to uwagę. W maju 1900 roku, gdy jego rodacy czuli się najbardziej narażeni, zaproponował on tworzenie w całym kraju prywatnych klubów strzeleckich; najeźdźcy mieli być odstraszeni perspektywą napotkania strzelców amatorów wyskakujących zza żywopłotów.
Mimo sugestii premiera rząd zachował wiarę w marynarkę i jej zdolność do odparcia inwazji. W rzeczy samej podczas wojny burskiej marynarka odgrywała swoją tradycyjną rolę. Absolutne panowanie na morzu umożliwiło niezakłócony transport 250 000 żołnierzy, ich amunicji i zaopatrzenia na trasie przeszło sześciu tysięcy mil morskich. Równocześnie, pomimo tego co plotła prasa w Paryżu i Berlinie, żaden żołnierz z kontynentu nie postawił stopy na ziemi Anglii. Pierwszy lord morski owego okresu, Sir Walter Kerr, z profesjonalnym spokojem wyjaśniał: "O ile nasza marynarka nie zniknie całkowicie z wód macierzystych, ryzyko dla sił inwazyjnych będzie ogromne i podejrzewam, że jest to całkowicie zrozumiałe po drugiej stronie Kanału". Sprawy potoczyły się tak, że żaden rząd europejski nie miał zamiaru rzucać wyzwania Brytanii, choćby jej żołnierze byli nie wiadomo jak daleko. A żadna flota europejska nie była w stanie rzucić wyzwania Marynarce Królewskiej. Flota francuska, jedyna siła mogąca stworzyć jakieś wyobrażalne zagrożenie, przez cały okres trwania wojny burskiej była całkowicie nieprzygotowana do akcji. Do grudnia 1900 roku poczucie zagrożenia w Anglii opadło. Czasopismo "Naval and Military Record" zdążyło odzyskać właściwą Brytyjczykom postawę rezerwy przy rozważaniu zagrożeń zewnętrznych: "Jedyną trudnością, jaką widzimy na drodze do inwazji Anglii - być może wyrastającą z naszych wyspiarskich uprzedzeń - jest to, że oddziały francuskie musiałyby najpierw zostać przetransportowane przez wodę".
Po konflikcie w Południowej Afryce Armia Brytyjska chciała naturalnie skorygować wszelkie błędy organizacyjne i materiałowe, jakie sprowadziły na nią takie kłopoty z rąk burskich komandosów. Wielu oficerów chciało też ogólnego powiększenia armii, aby dać Brytanii coś, co odpowiadałoby statusowi Wielkiego Mocarstwa. W 1901 roku St John Broderick, unionistyczny minister wojny w ostatnim gabinecie Salisbury'ego, przedstawił plan armii liczącej 600 000 żołnierzy sformowanych w sześć korpusów armijnych. Stu dwudziestu tysiącom owych żołnierzy przypadłaby tradycyjna rola sił ekspedycyjnych, zaś 480 000 zostałoby przydzielonych do nowej roli - obrony kraju. Przyczyną było to, że, jak tłumaczył Broderick, coś mogło się przydarzyć marynarce. "Inwazja może mieć znikome szanse - oznajmił - lecz Imperium tej wielkości nie rządzi się licząc na znikomość szans". Plan ministra wojny spotkał się z powszechną dezaprobatą. "Wielka armia defensywna nigdy nie będzie miała nic godnego do roboty w tym kraju" - oznajmiał "Times". "Nawet i trzydzieści korpusów armii nie utrzymałoby równowagi, gdyby flota została wymieciona z mórz" - stwierdził lord Rosebery w Izbie Lordów. Winston Churchill wyłożył swoją argumentację bardzo zwięźle: "Co się tyczy silniejszej Armii Regularnej, to albo panujemy na morzach, albo nie. Jeśli panujemy, potrzeba nam mniej żołnierzy, jeśli zaś nie - chcemy więcej okrętów".
Armia upierała się przy swoim. Jej rzecznikiem został marszałek polny lord Roberts, słynny "Bobs", największy żyjący bohater wojskowy Brytanii, zdobywca Krzyża Wiktorii, weteran walk w Indiach, zwycięzca z Południowej Afryki, a w latach 1901-1904 - naczelny dowódca Armii Brytyjskiej. Roberts obawiał się, że gdyby flota została zniszczona lub błędnie rozmieszczona, Armia Brytyjska nie stanowiłaby żadnej przeszkody dla sił inwazyjnych jakiegokolwiek mocarstwa kontynentalnego. Jego propozycją było utworzenie wielkiej Armii Brytyjskiej, opartej na obowiązkowej służbie wojskowej. Gdy unionistyczny rząd Arthura Balfoura odrzucił jego propozycję, Roberts zrezygnował z zajmowanego w armii stanowiska i cały poświęcił się tej sprawie. W 1905 roku został przewodniczącym Krajowej Ligi Służby Wojskowej, grupy bojowników - zwolenników poboru. Uwolniony od ograniczeń, jakie narzucało mu dotychczasowe stanowisko, lord Roberts, już po siedemdziesiątce, stał się znaną postacią, często przemawiającą za poborem w Izbie Lordów i na zgromadzeniach publicznych. Gdy w ostatnich miesiącach swojego premierowania Balfour zapewniał, że inwazja "nie jest ewentualnością, jaką musielibyśmy poważnie brać pod uwagę", Roberts odparował w Izbie Lordów: "Nie waham się stwierdzić, że nasze siły zbrojne jako całość, są absolutnie równie niezdolne i nieprzygotowane do wojny, jak były w latach 1899-1900".
Wrogość Robertsa wobec Balfoura była umiarkowana w porównaniu z uczuciami, jakie żywił względem nowego liberalnego rządu, który doszedł do władzy w grudniu 1905. Patrząc, gdzie znaleźć pieniądze na programy socjalne, Campbell-Bannerman i Asquith dokonywali cięć w budżetach zarówno armii, jak i marynarki. Wkrótce lord Roberts pisywał już regularnie do Balfoura, który był w Izbie Gmin uznanym autorytetem w sprawach obrony, a także przywódcą opozycji. Roberts wyliczył, że gdyby z takiej czy innej przyczyny flota brytyjska nie interweniowała, wrogowi z kontynentu wystarczyłyby dziewięćdziesiąt cztery godziny do przerzucenia siedemdziesięciu tysięcy żołnierzy przez Kanał lub Morze Północne. Gdyby już dostali się do Anglii, przyłączyłoby się do nich osiemdziesiąt tysięcy cudzoziemców, samych wyszkolonych żołnierzy, zamieszkujących Wielką Brytanię. Wielu z tych ostatnich, twierdził Roberts, pracowało w dużych hotelach na głównych stacjach kolejowych kraju, skąd z łatwością mogliby zablokować brytyjski system transportowy.
Ostrzeżenia Robertsa zrobiły na Balfourze wrażenie dostatecznie silne, by zasugerował Komitetowi Obrony Imperium ponowne rozważenie zagrożenia Anglii inwazją. Przed i w okresie sprawowania przez niego urzędu premiera potencjalnymi najeźdźcami byli Francuzi, teraz stali się nimi Niemcy. Zebrał się podkomitet i rozpoczął przesłuchania. W kwietniu 1908 roku, gdy premierem został Asquith, sprawa została potraktowana bardziej serio. Z powodu swojego doświadczenia, Balfour został poproszony o stawienie się przed podkomitetem i ocenę zgromadzonego materiału. W obecności Asquitha, Greya, Haldane'a, Lloyd George'a i lorda Robertsa, Balfour przemawiał przez godzinę. Było to, jak mówił świadek, "oświecające" wystąpienie, "absolutnie doskonałe pod względem formy i języka", które wprawiło komitet "w takie osłupienie", że żaden z jego członków, nawet lord Roberts, nie mógł zdobyć się na zadanie choćby jednego pytania. "W powszechnej opinii nigdy nie przedstawiono lepiej całej tej kwestii". Zdaniem Balfoura, a taki też był końcowy wniosek komitetu, pierwszą linią obrony powinna być marynarka, a jak długo będzie zapewniona jej supremacja, Anglia nie może ulec inwazji.
Fisher, który nie żywił dla armii szczególnego szacunku, zawsze okazywał pogardę wszelkim sugestiom, że marynarka mogłaby nie odeprzeć inwazji. "Marynarka - powiedział obejmując stanowisko pierwszego lorda morskiego w 1904 roku, jest pierwszą, drugą, trzecią, czwartą, piątą [...] i tak ad infinitum39 [...] linią obrony! Jeśli marynarka nie panuje nad morzami, to na nic zda się armia, choćby nie wiem jak wielka. To nie inwazji musimy się obawiać, gdy marynarka zostanie pokonana, LECZ GŁODU!" Co zaś się tyczyło nieprzyjacielskich żołnierzy nagle ruszających przez Morze Północne i lądujących na angielskich plażach, to Fisher parsknął tylko: "Jestem zbyt zajęty, aby tracić czas na takie bajdurzenie". Wymagałoby to miesięcy przygotowań, zgromadzenia transportowców i załadowania na nich żołnierzy; wszystko to nie mogło wszak przejść nie zauważone. Odnośnie do siedemdziesięciu tysięcy żołnierzy, to Fisher wskazywał, że przez cały październik 1899, na początku wojny burskiej, największa potęga morska świata, posiadająca największą na świecie flotę handlową i korzystająca z pięciu wielkich portów morskich, potrafiła wyprawić w morze tylko trzydzieści tysięcy wojska i mniej niż cztery tysiące koni. Fisher zjeżył się, że Komitet Obrony Imperium zadał sobie trud i zebrał się, aby wysłuchać lorda Robertsa. Na bankiecie w Guildhall w 1907 roku, w jednym z dwóch wystąpień publicznych jakie w swoim życiu wygłosił, pierwszy lord morski wyśmiał pomysł, że armia niemiecka mogłaby zjawić się w Anglii jak grom z jasnego nieba. "Równie dobrze moglibyście opowiadać o tym, jak katedrę św. Pawła da się załadować na stateczek-zabawkę - oznajmił - Nie, panowie, możecie wracać do domów i spać spokojnie w swoich łóżkach".
Choć wnioski podkomitetu oraz ich potwierdzenie przez rząd były wiążące, przynajmniej w zakresie wytyczonej polityki, to oba fakty były tajne i nie miały wpływu na szalejącą publiczną debatę na temat inwazji. Mimo zapewnień pierwszego lorda morskiego, mimo dołączających do floty nowych drednotów, mimo sprawnej reorganizacji armii przez Haldane'a, Anglicy i Angielki ciągle byli pełni obaw. Henry James, prawie Anglik40, mieszkający w Rye na wybrzeżu Kanału, obawiał się, że któregoś dnia mógłby wyjrzeć na morze i zauważyć jasnoszare okręty floty niemieckiej kierujące swoje działa na jego dom. "Gdy cesarz niemiecki ściągnie następną wojnę na ten kraj - powiedział pisarz - moje kominy, widoczne z pewnej odległości z morza, stać się mogą jego pierwszym celem". Dziennik "Daily Mail" takiej oto porady udzielał jadającym obiady w restauracjach: "Odmawiajcie obsługi przez niemieckich lub austriackich kelnerów.
Gdy kelner powiada, że jest Szwajcarem, żądajcie, by pokazał wam swój paszport".
Obawy takie były rozdmuchiwane przez rosnący strumień szczególnej literatury - książek, broszur, sztuk teatralnych i historyjek gazetowych - osnutych na motywie mającej wkrótce nastąpić obcej inwazji. Wraz ze spadkiem analfabetyzmu i rozwojem gazet o masowych nakładach rozpoczął się boom na pisarstwo sensacyjne. Doszło do istnej erupcji literatury "inwazyjnej" w postaci powieści szpiegowskich, powieści o wyimaginowanej wojnie oraz inwazji. Przez dwadzieścia lat, od wczesnych lat osiemdziesiątych XIX wieku aż do roku 1903, kiedy to porozumienie kolonialne z Francją było bliskie zawarcia, fikcyjni najeźdźcy byli zawsze Francuzami. Ważnym czynnikiem był tu spór z Francją o Egipt, który osiągnął szczyt w postaci niemal paniki wojennej podczas incydentu o Faszodę w 1898, lecz korzenie antagonizmu sięgały kilku stuleci wstecz. W późnej epoce wiktoriańskiej Anglicy tłumaczyli wszystko po prostu jako kwestię francuskiej zazdrości: "zazdrości o wielkie Imperium Anglii, zazdrości o jej wolność, stabilność jej rządów, jej trwałej monarchii, jej ukochanej Królowej".
W 1882 roku Anglię podniecił szczególny przypływ strachu przed inwazją. Przedłożony tego roku w parlamencie plan przewidywał przekopanie dwudziestomilowego tunelu kolejowego z Dover do Calais. We wrzasku, jaki zaraz potem nastąpił, wszelka racjonalna dyskusja na temat korzyści handlowych z otwarcia nowego szlaku została zaniechana. Na zewnątrz jedyną kwestią było, czy tunel pod Kanałem stałby się wyrwą w obronnej fosie Brytanii. Podskórnie dały się odczuć inne obawy. Tunel oznaczałby koniec "Wspaniałej Izolacji". Zmusiłby on Brytyjczyków do odrzucenia wyobrażeń o nich samych jako o mieszkańcach "tej władczej wyspy [...] w srebrnym oprawionej morzu", jako obrońców "tej fortecy zbudowanej przez samą Naturę"41. Nikt obcy nie potrafiłby tego zrozumieć. O pokolenie wcześniej, gdy książę Albert, zawsze entuzjasta rozwoju techniki, zaproponował zbudowanie tunelu lordowi Palmerstonowi, premier, który w swoich poglądach nie odbiegał od przeciętnego Anglika, odparł "nie tracąc ani na chwilę zwyczajnego mu, perfekcyjnie dworskiego tonu "Myślałby pan całkiem odmiennie, Sir, gdyby urodził się na tej wyspie"". Większość Anglików nadal podzielała takie poglądy. W 1882 roku rozwścieczeni obywatele rzucili się na londyńskie biura channel Tunnel Company i powybijali w nich szyby. Masowa petycja antytunelowa, podpisana przez Browninga, Tennysona, Huxleya, kardynała Newmana, arcybiskupa Canterbury, pięciu diuków, dziesięciu hrabiów, pięćdziesięciu dziewięciu generałów, siedemnastu admirałów i dwudziestu sześciu posłów do parlamentu, uroczyście stwierdzała, że przekopanie tunelu "pociągnęłoby za sobą takie niebezpieczeństwa militarne i obciążenia dla tego kraju, od jakich, pozostając wyspą, szczęśliwie byliśmy wolni". Szum wokół sprawy rozpalił wyobraźnię pisarzy. Z pras drukarskich spływał istny potok broszur, rozpraw i groszowych powieści o takich tytułach, jak "Tunel pod Kanałem, czyli Anglia w niebezpieczeństwie", "Zdobycie tunelu pod Kanałem", "Bitwa o tunel pod Kanałem", "Z zaskoczenia przez tunel pod Kanałem" oraz "Jak John Bull stracił Londyn". Ta nowa szkoła beletrystyki posługiwała się seryjnie typową postacią francuskiego kelnera, pracującego w Anglii, z karabinem ukrytym w swoim bagażu. On i jego przeszkoleni wojskowo rodacy wymykają się ze swoich miejsc zamieszkania i w ciemnościach nocy zajmują angielski wylot tunelu pod Kanałem. Następnego ranka pociągiem przybywa do Anglii armia francuska, żeby dokończyć podboju. Sam tunel spowodowałby, że wielki napływ cudzoziemców do Anglii nie wzbudzałby podejrzeń. "Wielki wzrost dobrobytu, jaki tunel przyniósł w Dover - wyjaśniał pewien powieściopisarz - spowodował, że w mieście osiedliła się wielka ilość francuskich restauratorów, kelnerów, szewców, modystek i pasztetników".
Cały ten zamęt powiększyło jeszcze dwóch najwyższych rangą oficerów w Armii Wielkiej Brytanii. Marszałek polny, Jego Królewska Wysokość Diuk Cambridge, naczelny dowódca Armii Brytyjskiej (i kuzyn królowej) napisał, że gdyby angielski wylot tunelu został wzięty z zaskoczenia, Brytania nie mogłaby mieć żadnej nadziei na stawienie skutecznego oporu jakiemukolwiek mocarstwu kontynentalnemu. "Moglibyśmy mimo wszelkiej ostrożności stwierdzić któregoś ranka, że oba końce tunelu są zajęte przez wroga, mogącego wtedy bez napotykania oporu przerzucić przez niego swoją armię". Lord Wolseley, generał-adiutant, uważał za rzecz możliwą, by wróg dokonał inwazji nawet bez pomocy kelnerów i pasztetników. "Parę tysięcy uzbrojonych ludzi z łatwością mogłoby przebyć tunel nocnym pociągiem, nie wzbudzając żadnych podejrzeń, gdyby przebrali się za zwyczajnych pasażerów, albo też - jadąc z największą prędkością z opuszczonymi zasłonami okien - nawet w mundurach i pod bronią". W miarę upływu lat, ponieważ tunelu ciągle nie było, ani nie zanosiło się na jego budowę, historie o inwazji przez tunel pod Kanałem zaczęły zanikać. Jedna z ostatnich, napisana w 1901 roku, dotyczyła tunelu wierconego w tajemnicy z Calais. Tajny wylot miał mieścić się na farmie w hrabstwie Kent, należącej do francuskiego szpiega, który przyjął nazwisko i maniery Anglika. Spisek został odkryty, lecz angielscy czytelnicy byli ostrzegani, że "stalowa rura ciągle spoczywa na dnie morza. [...]".
W miarę jak stosunki z Francją stawały się coraz cieplejsze, a stosunki z Niemcami ulegały ochłodzeniu, zmieniało się miejsce skąd miała wyruszyć fikcyjna inwazja; teraz już łupieżcy Anglii nie mieli przybywać przez Kanał lecz przez Morze Północne. W najlepszym utworze nurtu inwazyjnego, "Zagadce piasków" Erskine'a Childersa, opublikowanym w 1903 roku, najeźdźcami są Teutoni. Opowieść Childersa dotyczy przygód na morzu: dwóch młodych Anglików podczas wakacji żegluje i poluje na kaczki na pokładzie małego jachtu wśród skomplikowanej sieci piaskowych ławic, estuariów i terenów pływowych, ciągnących się wzdłuż niemieckich wybrzeży Morza Północnego aż po ujście Łaby. Tutaj, w ruchomym labiryncie piasku i wody, natykają się na jakieś dziwne przedsięwzięcie, unikają próby zamordowania ich, jedzą obiad w towarzystwie angielskiego zdrajcy o manierach dżentelmena, podsłuchują szokujące plany, aż wreszcie pewnej ciemnej nocy jeden z młodych żeglarzy, ukryty na pokładzie niemieckiego holownika, widzi przez moment Jego Cesarską Mość. Kaiser jest tam obecny, aby zweryfikować realność całego przedsięwzięcia; nasz pasażer na gapę uprzytamnia sobie, na czym ono ma polegać, gdy zauważa, w jakim kierunku płynie holownik:
"Kurs [...] był niemal zachodni, z latarnią Norderney kilka rumbów po lewej burcie. Kurs na Memmert? Być może, lecz nie obchodziło mnie to, gdyż tej nocy nie Memmert było mi w głowie. Był to także kurs prowadzący do Anglii. Tak, nareszcie zrozumiałem. Oto asystowałem przy eksperymentalnej próbie wielkiej sceny, do odegrania być może w najbliższej przyszłości - sceny, w której mnóstwo morskich lichtug, załadowanych żołnierzami, nie węglem, miało wyruszyć równocześnie, w siedmiu flotyllach, z siedmiu płytkich ujść, by pod eskortą marynarki cesarskiej przebyć Morze Północne i wyrzucić się na brzegi Anglii".
"Zagadka piasków" jest czymś więcej niż tylko opowieścią szpiegowską, jest to także książka marynarska. Sam Childers był jachtsmenem; pisze o "wietrze szumiącym w grotżaglu", "perswazyjnej pieśni, jaką śpiewa spieniona fala pod dziobem" oraz "podniosłym wyglądzie obszaru smaganego wiatrem błękitu, w połowie otoczonego widocznymi w dali wzgórzami". Z dwóch swoich bohaterów, większą sympatią darzy Daviesa, właściciela jachtu, zdolnego żeglarza, którego odwaga i umiejętności za sterem doprowadzają stateczek do punktu, gdzie piaski odkrywają im swoje tajemnice. Davies studiował w Oksfordzie, został odrzucony przez marynarkę, a teraz mieszka na swoim trzydziestostopowym slupie, którego takielunek i pokład zdążyły się poszarzeć, a okucia pokryć śniedzią. Towarzyszem Daviesa jest Carruthers, przyjaciel z Oksfordu, obecnie w Ministerstwie Spraw Zagranicznych, którego świat to pisanie raportów oraz jedzenie i tańczenie podczas niezliczonych weekendów w wiejskich dworach. Gdy Carruthers przybywa na jacht ubrany w eleganckie flanele i blezer, wystarcza jedno spojrzenie Daviesa, żeby się przebrał w stare ubranie. To Davies, a nie Carruthers, specjalista z Ministerstwa Spraw Zagranicznych, odgaduje, co się właściwie dzieje. Jednego dnia, siedząc pod pokładem, gdy jacht stoi w porcie spowity śliską, nieruchomą mgłą, Davies pyka swoją fajkę i rozwija mapy na stole w kabinie. Przepełniony jest szacunkiem, nawet podziwem wobec Niemiec:
"Oto masz tutaj ogromne cesarstwo, rozciągające się na połowie Środkowej Europy - cesarstwo rosnące tak szybko, jak pożar lasu pod względem ludności, bogactwa, wszystkiego. Pobili Francuzów i Austriaków i są teraz największą potęgą wojskową Europy. [...] Co mnie niepokoi, to ich siły morskie. To dla nich nowa rzecz, ale stają się coraz silniejsze, a ten ich cesarz popycha ich w tym kierunku ile się da. Wspaniały z niego gość, każdy widzi, że ma rację. Nie mają żadnych kolonii godnych wzmianki, a przecież muszą je mieć, tak jak my. Nie mogą ich zdobyć i utrzymać, a także ochronić swojego potężnego handlu bez sił morskich. Przecież dzisiaj liczy się tylko handel morski. Mówię ci, to nie są moje koncepcje. [...] To wszystko jest z Mahana i tych innych facetów. No cóż, w tej chwili Niemcy mają małą flotę, ale jest cholernie dobra, a ciągle zażarcie ją rozbudowują".
Swoją drogą Anglia ignoruje źródło własnej wielkości i lekceważy gorliwych, "spalonych od słońca i słonej wody" marynarzy, którzy rozumieją się na tych rzeczach i wiedzą jak ją ocalić:
""Jesteśmy krajem morskim - powiada Davies do Carruthersa - Z morza wyrośliśmy, morzem żyjemy; jeśli utracimy nad nim panowanie, umrzemy z głodu. Jesteśmy w tym jedyni, podobnie jak jedyne w swoim rodzaju jest nasze wielkie imperium, połączone wyłącznie morzami. A mimo to, mój Boże! [...] spójrz, jakie góry obojętności i zarozumiałości musiały zostać poruszone. I to wcale nie jest wina ludzi. Tak długo byliśmy bezpieczni, staliśmy się tak bogaci, że zapomnieliśmy, czemu to zawdzięczamy. Nie ma jednak wytłumaczenia dla kapuścianych głów tych mężów stanu, czy jak tam oni sami siebie nazywają, którym płaci się za to, aby widzieli rzeczy takimi jakie są naprawdę. [...] Na Jowisza, chcemy takiego człowieka jak kaiser, który nie czeka, aż ktoś da mu kopniaka, lecz pracuje jak Murzyn dla swojego kraju i spogląda w przyszłość. [...] A na domiar wszystkiego, byliśmy takimi osłami, żeby oddać Niemcom Helgoland, który panuje nad całym ich wybrzeżem Morza Północnego. [...] My nie możemy mówić o podboju i grabieży. Zdążyliśmy już nałożyć naszą obrożę niezłej części świata, więc mają prawo być zazdrośni. Pozwólmy więc, aby nas nienawidzili i przyznajmy to; da to nam nauczkę, abyśmy się pozbierali i tylko to naprawdę się liczy""42.
Rosnące zaniepokojenie opinii publicznej niebezpieczeństwem inwazji niemieckiej można zmierzyć, porównując niewinną, pełną szumu wiatru opowieść Childersa z sensacyjną, melodramatyczną książką, jaka ukazała się trzy lata później. W marcu 1906 roku, gdy liberalny rząd Campbella-Bannermana sprawował władzę zaledwie od trzech miesięcy, londyńska "Daily Mail" rozpoczęła drukować w odcinkach "Inwazję roku 1910" autorstwa Williama Le Queux. Za książką tą stał lord Roberts ze swoim ostrzeżeniem, że mimo całej tej marynarki, Brytania stoi otworem dla obcej inwazji. Le Queux także wierzył w obowiązkową służbę wojskową i potrzebę zbudowania większej armii; celem jego książki było wstrząsnąć krajem, aby uwierzył w to samo.
W "Inwazji roku 1910" armia najeźdźców zbiera się dokładnie w miejscu rozpoznanym przez dwóch jachtsmenów Childersa - wśród pływowych piasków wybrzeża fryzyjskiego. Rzucając się w niespodziewanej szarży przez Morze Północne, armia ta zwala się na nieprzygotowaną Anglię. Choć niewyszkoleni - bo wezwanie lorda Robertsa do wprowadzenia poboru przeszło bez echa - żołnierze i cywile angielscy walczą z desperacką odwagą, ale nie mogą równać się ze sprawnym, zawodowym wojskiem wroga. Wojna prowadzona jest przez obie strony z niezwykłym okrucieństwem. Niemcy są potworami, którzy bagnetami dobijają kobiety i dzieci, zmuszają przerażonych mieszkańców do kopania własnych grobów, a w odwecie za zasadzkę na niemiecką kolumnę zaopatrzeniową, wyrzynają całą ludność angielskiego miasta. Kaiser nie jest "wspaniałym gościem", ale spragnionym krwi barbarzyńcą, żądającym zbombardowania i złupienia Londynu. "Duma tych Anglików musi zostać złamana" - oznajmia Najwyższy. Anglicy są prawie tak samo brutalni, każdy Niemiec wpadający w ich ręce zostaje rozstrzelany, zarżnięty, powieszony lub uduszony.
W fabule Le Queuxa Londyn poddany jest bombardowaniu prowadzącemu do ciężkich strat w ludziach, potem dochodzi w nim do walk ulicznych. Zlani posoką Niemcy zdobywają miasto, lecz nie są w stanie go utrzymać. Rozwścieczona Anglia powstaje, zmusza armię najeźdźczą do kapitulacji i wybucha zemstą. Jeńcy niemieccy są linczowani, rozdzierani na sztuki, lub umierają w sposób "zbyt okrutny, aby go tutaj przedstawiać ze szczegółami". Wojna kończy się niełatwym kompromisem. Niemcy, zaanektowawszy Holandię i Danię, czekają na szansę kolejnej inwazji. Gospodarka, finanse i handel Anglii są zniszczone. Ci, którzy są dość bogaci, aby wyjechać - uciekają, pozostali w kraju - głodują.
Morał tej opowiastki jest wbijany krajowi do głowy przez Le Queuxa, gdy jedna z postaci wypowiada słowa: "Gdybyśmy przyjęli jego [Robertsa] plan o obowiązku powszechnej służby wojskowej, nigdy by nie doszło do tak okropnej katastrofy". To samo zostało podkreślone w przedmowie, napisanej przez samego Robertsa, w której twierdzi, że "katastrofa, do jakiej może dojść, jeśli nadal pozostawać będziemy w obecnym stanie nieprzygotowania, jest żywo i przekonywująco opisana w nowej książce pana Le Queuxa, którą polecam do uważnego przeczytania każdemu, komu leży na sercu dobrobyt Imperium Brytyjskiego".
Idea tej powieści zrodziła się w niespokojnym umyśle Alfreda Harmswortha, lorda Northcliffe, który nieustannie dążył do zwiększenia nakładu swojego londyńskiego dziennika "Daily Mail". Nieustanne ostrzeżenia Robertsa, że słaba i zadowolona z siebie Anglia jest otwarta dla najazdu, dostarczyły mu tematu, zaśLe Queux został wynajęty, aby to napisał. Przez cztery miesiące, finansowany przez "Daily Mail", powieściopisarz krążył po wschodnich wybrzeżach Anglii, rozpoznając plaże inwazyjne i miejsca swoich fikcyjnych bitew. Zabrał potem wyniki swoich studiów do lorda Robertsa, gdzie wspólnie, wynajęty pisarz i były naczelny dowódca armii, zasiedli nad nakreśleniem planów niemieckiej kampanii. Ich praca została przekazana lordowi Northcliffe, który początkowo zgłosił swoje weto, a to na takiej podstawie, że choć z militarnego punktu widzenia plan jest w porządku, to jednak przeoczono w nim podstawowe prawa rządzące sprzedażą gazet. Dla celów Northcliffe'a armia niemiecka powinna wywalczyć sobie drogę przez wielkie miasta, nie zaś "trzymać się oddalonych, samotnych wiosek, gdzie nie było szans na zwiększenie sprzedaży "Daily Mail"".
Lord Northcliffe poprzedził wydawanie "Inwazji roku 1910" wysłaniem na ulice Londynu ludzi - reklam, ubranych w niebieskie mundury armii pruskiej i pikielhauby. Paradowali oni po Oxford Street, a na zwieszających się z ich piersi i pleców tablicach znajdowały się obwieszczenia o nadciągającej nieuchronnie inwazji. Odtąd każdego dnia zmieniała się jedynie treść obwieszczeń, które zapowiadały, jakie miasta zostaną najechane następnego dnia w porannym wydaniu "Daily Mail". Sukces był przytłaczający, gazeta sprzedawała się jak szalona; powieść opublikowano w postaci książkowej i przetłumaczono na dwadzieścia siedem języków, w tym japoński, chiński i arabski; na całym świecie sprzedano ponad milion egzemplarzy. Wydanie niemieckie zmartwiło Le Queuxa. Na jego okładce przedstawiono triumfującą armię niemiecką maszerującą wśród dymiących ruin zdruzgotanego Londynu, zaś machinacje tłumacza i redakcji pozwoliły armii najeźdźczej utrzymać się w brytyjskiej stolicy. Kaiser, który przeczytał oba wydania, rozkazał, aby sztaby generalne armii i admiralicji niemieckiej przeanalizowały książkę w poszukiwaniu użytecznych informacji.
Ponownie podejrzani stali się zamieszkujący Brytanię cudzoziemcy. "Większość tych ludzi - powiadał swoim czytelnikom Le Queux - to Niemcy, którzy odsłużywszy swoje w armii, przybyli tutaj i znaleźli zatrudnienie jako kelnerzy, biuraliści, piekarze, fryzjerzy i służący, a pozostając związani przysięgą wierności wobec ojczyzny, służyli jej jako szpiedzy. Każdy z nich, kiedy posłuszny rozkazowi cesarza śpieszył przyłączyć się do armii niemieckiej, wpinał sobie w klapę płaszcza dostarczony mu uprzednio guzik szczególnego kształtu, który teraz natychmiast identyfikował go jako lojalnego poddanego kaisera". Po całej Anglii, przerażeni obywatele spoglądali znad "Daily Mail" lub książek Le Queuxa i szukali potencjalnych "agentów wroga". Ministerstwo Wojny zostało zalane raportami o niemieckich spiskach, mających na celu zajęcie stoczni i baz Marynarki Wojennej, co miało wytrącić z akcji flotę, jako preludium do inwazji. Krążyły pogłoski o tajemniczych statkach powietrznych, unoszących się nocą nad brytyjskimi miastami. Liczba potencjalnych wojowników wroga już obecnych w Anglii rosła od względnie nieszkodliwych "6500 szpiegów" Le Queuxa, przez "80 000 wyszkolonych żołnierzy" lorda Robertsa, aż do rewelacji niejakiego pułkownika Driscolla, że Brytanię zamieszkuje już "350 000 przeszkolonych żołnierzy niemieckich". Konserwatywny poseł do parlamentu, Sir John Barlow, poprosił Haldane'a, ministra wojny, aby powiedział Izbie Gmin, co mu jest wiadomo 0 66 000 rezerwistów armii niemieckiej, zamieszkujących okolice Londynu. Gdy ten przemawiał, Barlow zasugerował, że minister wojny mógłby się także zająć zbadaniem tajnych skrytek na tysiące niemieckich karabinów przechowywanych w piwnicach banku przy Charing Cross. Inny torysowski poseł, pułkownik Lockwood, zażądał, aby coś wreszcie zrobić z "wojskowymi obcego kraju", którzy od dwóch lat zajęci byli w okolicach Epping "szkicowaniem i fotografowaniem całego rejonu".
Rząd próbował jakoś reagować na te obawy. "Tajemnicze statki powietrzne" okazały się małymi balonami wykorzystywanymi do reklamowania nowych samochodów. Trop niemieckich karabinów na Charing Cross doprowadził do zakupów jakichś starych rupieci przez Towarzystwo Klubów Miniaturowej Broni Palnej, tymczasowo zmagazynowanych przez bankierów towarzystwa. Haldane, mający już dość Le Queuxa, Robertsa i całej szpiegowsko-inwazyjnej manii, sarkastycznie zasugerował, aby agenci niemieccy wokół Epping nie tracili czasu, ponieważ wszelkie potrzebne im informacje mogą z łatwością znaleźć na publicznie dostępnych mapach geodezyjnych. "Powtarzające się stwierdzenia lorda Robertsa, że jesteśmy zagrożeni inwazją, na którą nie jesteśmy przygotowani [...] wprowadzają wielki zamęt - powiedział minister Izbie - Jeszcze gorsze skutki w umysłach opinii czyni sugestia, że Niemcy są wrogami, co powoduje, że wszelkie próby polepszenia stosunków z tym krajem stają się coraz trudniejsze. Król bardzo się tym niepokoi i powiedziałem mu, że sam bym poparł propozycję lorda Robertsa o wprowadzeniu obowiązkowej służby wojskowej, aby tylko doprowadzić do odzyskania zaufania i usunięcia niemieckiego straszaka, gdybym nie był przekonany, iż propozycja ta jest niepraktyczna i niebezpieczna".
Po części niechęć rządu liberalnego wobec "Inwazji roku 1910" 1 podobnych książek wyrastała z protorysowskiego nastawienia większości ich autorów. Sam Le Queux określił swoje poglądy, przypisując początkowe sukcesy swojej niemieckiej inwazji temu, że "silny, arystokratyczny rząd został zastąpiony przez słabą administrację, chwiejącą się pod byle westchnięciem opinii publicznej. Chłopstwo, które zawsze stanowiło kręgosłup tego kraju, znikło i zostało zastąpione słabą i łatwo rozpalająca się ludnością miejską". Poirytowani takimi obelgami, liberalni posłowie wstawali w parlamencie i pytali, co można zrobić, aby zmniejszyć szkody spowodowane wulgarnymi, kłamliwymi książkami, które wzbudzały namiętności i rozniecały nienawiść. Premier Campbell-Bannerman doradzał, żeby zostawić je w spokoju, "do oceny zdrowemu rozsądkowi i dobrym gustom ludu brytyjskiego". Rząd mógł oczywiście zdecydować w czysto politycznej sprawie, jaką był obowiązkowy pobór do wojska. Decyzja wypadła na niekorzyść lorda Robertsa. W Wielkiej Brytanii nigdy nie doszło do poboru żołnierzy w czasie pokoju.
Mimo to Roberts nadal występował i przemawiał, zaś opowieści o fikcyjnych inwazjach ciągle się ukazywały. W styczniu 1909 roku, w samym szczycie "paniki morskiej", gdy gabinet uwikłany był w gorącą debatę, czy zatwierdzić budowę czterech czy sześciu drednotów, w londyńskim Teatrze Wyndhama na scenę weszła nowa sztuka, "Dom Anglika". Dramaturgiem był Guy du Maurier, oficer Armii Regularnej, który nigdy dotąd nie napisał sztuki czy czegoś podobnego, zaś w danej chwili znajdował się w Południowej Afryce, gdzie służył jako zastępca dowódcy 3 batalionu Pułku Fizylierów Królewskich (Royal Fusiliers). Przed wyjazdem z Anglii major du Maurier, pozostając pod wpływem ostrzeżeń lorda Robertsa, napisał sztukę i wręczył ją swojemu bratu, Geraldowi du Maurier, aktorowi i dyrektorowi teatru43. Gerald du Maurier przeczytał dzieło brata i, nie troszcząc się zawiadamianiem przebywającego na drugim końcu świata majora, wprowadził ją na scenę.
W sztuce tej Anglia zostaje najechana przez obce mocarstwo. Urząd lorda szambelana, który zatwierdzał i wydawał licencje na dzieła sceniczne, obawiał się, że jakieś konkretne mocarstwo może poczuć się obrażone, więc narodowość najeźdźców nie miała być wymieniana. Zgodnie z tym, żołnierze nieprzyjacielscy składali przysięgę "Cesarzowi Północy", zaś ich kraj określono jako "Bliskolandię". Akcja rozgrywa się w salonie państwa Brown, angielskiej rodziny z klasy średniej, których dom zostaje nagle otoczony przez oddział żołnierzy bliskolandzkich. Imiona najeźdźców - książę Yoland, Thol, Garth i Hobart - troszkę ukrywały ich narodowość, lecz noszone przez nich pikielhauby sugerowały wszystko w sposób jednoznaczny. Początkowo, pan Brown jest apatyczny i oznajmia że wojny powinni staczać zawodowi żołnierze. Nieprzyjacielski dowódca, książę Yoland, traktuje Anglika i jego rodzinę ze sztywną uprzejmością i arogancką pogardą. Jeśli coś w gospodarstwie domowym zostaje zniszczone lub zarekwirowane, starannie płaci za stratę lub zniszczenia. W miarę rozwoju akcji Brown staje się stopniowo coraz bardziej oburzony obecnością intruzów w swoim "domowym zamku"44, czemu daje wyraz słownymi tyradami. Ostatecznie, chwyta za karabin i skierowuje go na swoich wrogów. Książę Yoland zimno przypomina mu, że przecież poprzednio sam mówił, iż cywile nie mają nic do roboty w prowadzeniu wojny. Brown odpowiada, "Ba! I co z tego? Jestem Anglikiem!". Przy tych słowach, każdego wieczora teatr rozbrzmiewał niemilknącymi brawami. W końcu, dzielny Mr. Brown zabija dwóch żołnierzy Bliskolandii i sam zostaje rozstrzelany, bohater i ofiara angielskiego braku gotowości do wojny. W ostatniej odsłonie, patriotyzm zostaje pomszczony, gdy przybywają żołnierze regularnej armii brytyjskiej i wypierają najeźdźców.
Sztuka szła przy nabitej sali przez osiemnaście miesięcy. Widok, choćby i na scenie, obcych żołnierzy w pikielhaubach, depcących angielski trawnik i włamujących się przez przeszklone drzwi ogrodowe do saloniku angielskiego domu, stanowił zbyt wiele dla co poniektórych miłośników teatru. W korytarzu teatru armia zainstalowała specjalny punkt rekrutacyjny, aby rozpaleni młodzieńcy, wyskakujący z lóż zaraz po zapadnięciu kurtyny, mogli na miejscu zgłaszać się na ochotnika do nowo utworzonej przez Haldane'a Armii Terytorialnej.
W styczniu 1906 roku, po dziesięciu latach spędzonych przez Partię Liberalną na politycznych bezdrożach, Sir Henry Campbell-Bannerman doprowadził ją z powrotem do władzy. Wybory powszechne, jakie odbyły się w tym miesiącu, dały lawinowe zwycięstwo liberałom. Sir Henry i jego gabinet nie mieli wątpliwości co do oczekiwań swojego elektoratu: zostali wybrani na podstawie klasycznej platformy programowej Liberałów, na którą składały się Pokój, Wyjście z Okopów (tzn. cięcia w wydatkach wojskowych i idące za tym obniżenie podatków) oraz Reforma. Nowa ententa zawarta z Francją i podobny układ z Rosją miałyby pomóc w utrzymaniu Pokoju, zaś Niemców trzymałby w szachu Sir John Fisher i jego drednoty. Sprawa Okopów została załatwiona, gdy Haldane w Ministerstwie Wojny oraz Fisher w Admiralicji osiągnęli większą sprawność bojową za mniejsze pieniądze. Jednak obszarem największych oczekiwań była Reforma. Partia obiecała wprowadzenie istotnych zmian w życiu Brytyjczyków. Wyeliminowanie nauki religii ze szkół państwowych, poszerzenie przepisów o abstynencji, ustanowienie rent starczych, ograniczenie godzin pracy, polepszenie warunków mieszkaniowych i reforma rolna, wszystko to wchodziło w skład programu liberałów. Wielu nowych posłów i głosujących na nich wyborców wierzyło, że przekształcenie tych obietnic w rzeczywistość legislacyjną nie potrwa długo. Zasiadający jednak na Ławie Rządowej doświadczeni politycy wiedzieli, że zanim choćby jedna pozycja z rządowego programu reform stanie się prawem, musi ona przejść przez Izbę Lordów. A w 1906 roku Izba Lordów, w której zasiadało pięciuset parów unionistycznych i zaledwie osiemdziesięciu ośmiu liberalnych, była nastawiona twardo i do głębi duszy przeciwko wszelkiej reformie.
Diukowie, markizowie, hrabiowie, wicehrabiowie i baronowie, którzy składali się na lordów świeckich Izby Lordów (lordami duchownymi byli Arcybiskupi Canterbury i Yorku oraz dwudziestu czterech innych biskupów) byli do rządzenia Anglią przyzwyczajeni. To oni stanowili szlachtę ziemską, oni posiadali na własność większość ziemi, a mając w ten sposób największe udziały w kraju, uważali za normalne, że będzie się od nich oczekiwać, aby tego kraju doglądali. Reszta ludności - robotnicy, mieszkańcy miast, handlowcy i klasy średnie - mieli być, oczywiście, poprawnie traktowani, stosownie do zajmowanej pozycji. W określaniu właściwej mieszanki zdecydowania, uprzejmości i protekcjonalności, jakie należało im wydzielać, arystokracja korzystała z doświadczenia wielu pokoleń w traktowaniu swoich koniuszych, ogrodników, łowczych oraz pokojowców. Wzrost znaczenia Izby Gmin w czasach Tudorów, nawet przejściowe zwycięstwo stronników parlamentu i Olivera Cromwella, nie wprowadziły zasadniczych zmian we wzorcu władzy oligarchii. Nawet ogromne poszerzenie elektoratu, zrealizowane poprzez wielkie dziewiętnastowieczne Ustawy o reformie, wprowadziło niewielkie zmiany w zakresie charakteru i sposobu wychowania ludzi na szczycie. Głosowała teraz większa część ludności, ale nadal głosowała tylko po to, aby wybrać którzy z wielkiej szlachty, whigowie czy torysi, służyć będą jako ministrowie Korony i strażnicy narodowego przeznaczenia.
Instytucjonalnym ucieleśnieniem i ostatnim politycznym bastionem arystokracji ziemskiej była właśnie Izba Lordów. Miał tutaj prawo zasiadać każdy z dziedzicznych parów, niezależnie od tego, czy miał, czy też nie miał na to ochoty. Salę posiedzeń izby, długą na osiemdziesiąt a szeroką na czterdzieści pięć stóp45, oświetlały wysokie okna, w których witraże przedstawiały portrety angielskich monarchów. Parowie zasiadali w czterech rzędach ławek pokrytych czerwoną skórą ławek, wznoszących się po każdej stronie środkowego przejścia. Nad izbą górowały dwa złociste trony królewskie, prawie zawsze puste, oraz Worek Wełny - duża czerwona poduszka wypchana wełną46, z którego to siedzenia przewodniczył obradom, a w razie potrzeby przywoływał do porządku lord Kanclerz.
Rzadko słyszało się w izbie upomnienia ze strony Worka Wełny... ich lordowskie moście byli zbyt dobrze wychowani, aby warczeć czy syczeć na siebie podczas obrad, a zagadnienia polityczne, o które w sąsiadującej o kilka jardów Izbie Gmin toczono zacięte boje, zdawały się tracić na zajadłości, gdy trafiały do Izby Lordów. Zazwyczaj nawet podczas sesji sala posiedzeń była pusta. "Jeśli ktoś chce się wyleczyć z wiary w Izbę Lordów, powinien pójść i popatrzeć na nią" - wyraził się dziennikarz Walter Bagehot - Przy normalnym biegu spraw, w Izbie bywa może z dziesięciu lordów, może nawet tylko sześciu; kworum niezbędne dla prowadzenia spraw wynosiło trzech. Mogło się zresztą zdarzyć, że przylazło zabić trochę czasu jeszcze kilku, albo i nie". Wielu parów nigdy w życiu nie weszło do Izby Lordów, woląc prowadzić "samotną egzystencję o wątpliwej użyteczności w swoich dobrach ziemskich rozsianych wzdłuż i wszerz po całej Anglii, [gdzie] lokalnie byli znani jako panowie, sędziowie lub lordowie Namiestnicy". W Londynie zjawiali się tylko po to, aby pokazać światu swoje córki, lub zająć należne im miejsca podczas koronacji monarchy. Jeśli już poszli do Izby Lordów, to chyba tylko po to, aby zobaczyć, czy nie spotkają tam przypadkiem przyjaciela, którego z niewytłumaczalnych przyczyn nie zauważyli w swoim klubie. David Lloyd George, radykalny Walijczyk, który był kanclerzem Izby Rozrachunkowej w gabinecie Asquitha, nazwał owych wiejskich szlachciców Leśnymi Ludźmi.
W roku 1906 Izba Lordów ciągle zachowała ważną funkcję konstytucyjną: gdy jakiś pośpiesznie sklecony, błędnie pomyślany kawałek przeszedł jako ustawa w Izbie Gmin i został przekazany wyżej - do Izby Lordów - ta miała prawo go zawetować. W teorii było to pomyślane jako rozsądne ograniczenie władzy izby niższej. Odrzucenie ustawy przez lordów mogło doprowadzić do ponownego jej rozpatrzenia, już w nieco chłodniejszej atmosferze, przez Izbę Gmin. Mogło też, doprowadzając do upadku rządu, spowodować ogłoszenie nowych wyborów powszechnych, kiedy to publika miała szansę wyrazić swoje poglądy przy urnach. Od tej władzy odrzucania ustaw istniał jeden poważny i cieszący się długą tradycją wyjątek: przyjęło się, że Izba Lordów nie mogła wprowadzać poprawek, ani też odrzucić żadnej ustawy mającej cokolwiek wspólnego z pieniędzmi. Takiemu rozumieniu spraw, choć niepisanemu, jak i reszta konstytucji brytyjskiej, nikt nie rzucił wyzwania od 281 lat. W istocie, ogromna nierównowaga składu partyjnego izby wyższej czyniła farsą zakładaną rolę Izby Lordów jako bezstronnego organu rewizyjnego. Trwała większość Unionistów odrzucała wszelkie ślady bezstronności. Gdy rząd był konserwatywny, nadchodzące z Izby Gmin ustawy przechodziły przez Izbę Lordów bez poprawek, a często nawet bez dyskusji. Gdy jednak do władzy dochodził rząd liberalny, Izba Lordów nagle się budziła i zabierała do swoich obowiązków, to znaczy starannego przeglądania ustaw, ich poprawiania i odrzucania. Taki los spotkał ustawy Gladstone'a w sprawie Home Rule w latach 1884 i 1893. W ciągu dekady rządów lorda Salisbury i Arthura Balfoura, 1895-1905, lordowie ponownie zapadli na śpiączkę, a ich funkcja psów łańcuchowych ustawodawstwa pozostawała niepożądana i niewykonywana. A potem przyszły wyniki wyborów ze stycznia 1906. "Polowaliśmy właśnie wszyscy w Warwickshire, gdy nadeszły końcowe wyniki wyborów" - pisał pewien szlachcic. Wielce zaalarmowani parowie zwrócili się do Izby Lordów z pytaniami, co mogą uczynić, aby dopomóc w zwalczaniu takiego przypływu socjalizmu. Poradzono im, żeby się nie martwili, kraj i imperium są bowiem bezpieczne. Liberalna większość, wyjaśniono im, choć tak potężna w Izbie Gmin, nic nie mogła zrobić wobec prawa weta Izby Lordów. Rychło przecież - tłumaczono dalej - najwyżej za kilka lat - w kraju znów zapanuje zdrowy rozsądek i w następnych wyborach powszechnych elektorat ponownie kontrolę nad Izbą Gmin powierzy Partii Unionistów. W międzyczasie zaś, pan Balfour i lord Lansdowne, przywódcy tej partii w Izbie Gmin i Izbie Lordów, wykorzystają władzę izby wyższej, aby kraj bezpiecznie przetrwał trudne czasy.
To właśnie ta potężna dwójka, były premier i jego współpracownik, były minister spraw zagranicznych i twórca anglo-francuskiej ententy, zablokowała liberałom drogę do reform społecznych. Obaj przywódcy konserwatystów bynajmniej nie działali w sekrecie. Nie potrzebowali. To, co planowali i czynili było konstytucyjne i legalne, a w myśl ich własnych przekonań - także patriotyczne i słuszne. Nowa większość liberalna liczyła w swoich szeregach ludzi rzeczywiście wykonujących rozmaite zawody, wywodzących się z klasy średniej, dysponujących skromnymi środkami; niektórzy posłowie labourzystowscy parali się niegdyś nawet pracą rąk. Według Lansdowne'a, który uważał tzw. "człowieka z ulicy za najbardziej szkodliwy produkt naszej epoki", Izba Gmin złożona z biedaków i ludzi pracy nie mogła skutecznie rządzić krajem. Balfour się z tym zgadzał, więc 15 stycznia 1906 roku, który to dzień przyniósł im klęskę wyborczą, w Nottingham nastawał na ogłoszenie, iż jest obowiązkiem każdego zadbać, aby "wielka Partia Unionistów nadal, niezależnie od tego czy jest w rządzie, czy w opozycji, czuwała nad losami tego wielkiego Imperium". Od samej inauguracji nowego parlamentu Balfour i Lansdowne pracowali wspólnie. W listach, jakie wymienili między sobą w kwietniu 1906 roku, użyli metafory militarnej: "Jest sprawą zasadniczą, aby oba skrzydła armii współpracowały ze sobą [...]", napisał Lansdowne Balfourowi. Balfour zgadzał się: "Partia w obu izbach nie powinna działać jak dwie niezależne armie, lecz współpracować według ustalonego planu kampanii". Kampania miała być bezwzględna, władza Izby Lordów wykorzystana do granic, ukazana w całej nagości i bezwstydzie. Ustawy liberałów, które sprzeciwiały się statusowi lub bogactwu szlachty ziemskiej, ich popleczników lub mieszkańców ich okręgów wyborczych, miały ulegać bezlitosnej rzezi.
Pierwszą ofiarą takiej polityki padła liberalna Ustawa o edukacji, pomyślana jako środek na uspokojenie Nonkonformistów47, którzy stanowili znaczną część elektoratu popierającego sprawę liberałów. Ustawa, mająca zlikwidować naukę religii anglikańskiej i rzymskokatolickiej w szkołach wspieranych przez państwo, wzbudziła gniew w związanych z High Church48 kręgach torysów, tak w Izbie Gmin, jak i w Izbie Lordów. Jej projekt przedstawiono w Izbie Gmin w kwietniu 1906, skąd wyszła i została przekazana do Izby Lordów jesienią tego roku. Lord Lansdowne, z dźwięczącymi mu jeszcze w uszach radami Balfoura, wiedział już jak się z nią rozprawić. Pozwolono, aby ustawa przeszła pierwsze czytanie, a potem odesłano ją do komisji, gdzie została tak pokiereszowana poprawkami, że wyszła stamtąd uchwalając właściwie coś przeciwnego niż pierwotnie zamierzano. Taki to mutant wrócił do Izby Gmin, gdzie przerażony rząd odmówił nawet rozpatrzenia poprawek lordów i po prostu pozwolił całej sprawie zginąć śmiercią naturalną. Jeszcze szybszy, a także mniej skomplikowany okazał się los ustawy o wielokrotnym głosowaniu, w zamierzeniu której leżało zlikwidowanie dawnego prawa, dającego pewnym właścicielom ziemskim, których dobra leżały w różnych okręgach wyborczych, głosować w każdym z tych okręgów. (Pewien wysoko postawiony szlachcic miał na jej mocy prawo głosowania dwanaście razy). Lordowie rozpoczęli debatę nad ustawą, rychło wyczerpali zapas argumentów, więc odrzucili ją po upływie zaledwie półtorej godziny. Jedynym większym aktem legislacyjnym, jakiemu pozwolono w 1906 roku przejść przez cały parlament, było Prawo o sporach związkowych, w którym zwalniano związki zawodowe z odpowiedzialności sądowej za skutki ich akcji. Rosnący ciągle ruch związkowy zyskiwał na sile politycznej i ekonomicznej, zatem lordowie, wyczuwając niebezpieczeństwo w tak bezpośredniej próbie jego stłumienia, ostrożnie ustąpili.
Liberałowie byli wściekli z powodu takiej masakry swoich ustaw. Według wyrażenia Lloyd George'a, Izba Lordów stała się "nie psem łańcuchowym konstytucji, lecz pudlem pana Balfoura". Campbell-Bannermann, wyrażając pod koniec sesji parlamentu gorzkie rozczarowanie, ponuro zapowiedział, "Możliwości Izby Gmin jeszcze się nie wyczerpały i z przekonaniem mówię, że trzeba znaleźć sposób, i znajdzie się taki sposób, dzięki któremu szalę przeważy wola ludu, wyrażona przez jego wybranych przedstawicieli". W czerwcu 1907 roku Izba Gmin zadecydowała, 432 głosami przeciwko 147, o ograniczeniu prawa weta Izby Lordów. Mimo to w sesji parlamentarnej tego roku Izba Lordów unicestwiała lub kastrowała niemal każdą ustawę uchwaloną przez liberałów. Jedyną ich istotną inicjatywą legislacyjną, której lordowie pozwolili przejść bez zmian, była Ustawa o reformie armii wniesiona przez Haldane'a, której trudno było się przeciwstawić, ponieważ zwiększała sprawność Armii Regularnej, tworzyła Armię Terytorialną i Sztab Generalny, a wszystko to z równoczesnym obcięciem corocznych wydatków na armię, i to o całe 2 miliony funtów szterlingów.
W styczniu 1908 roku, kiedy to rząd liberalny rozpoczynał trzeci rok swojego urzędowania, partia - zarówno w Izbie Gmin, jak i w całym kraju - zaczynała już powoli tracić cierpliwość. Właściwie to żadna z ustaw przyobiecanych wyborcom podczas kampanii wyborczej nie została wprowadzona w życie. Wszyscy rozumieli też, że żadna nie zostanie wprowadzona, dopóki nie zrobi się czegoś w sprawie Izby Lordów. Cóż jednak można było zrobić? Każda ustawa zmierzająca do ograniczenia władzy Izby Lordów musiała przejść właśnie przez Izbę Lordów. Równocześnie rozchorował się premier (Campbell-Bannerman miał zrezygnować 3 kwietnia i umrzeć 22 kwietnia), rząd zdawał się być nieskuteczny, a opinia publiczna - zdegustowana całą sytuacją. Elektorat - tak jak to przewidywał Balfour - zaczynał powoli skłaniać się ponownie ku prawicy. Seria strat poniesionych przez liberałów w wyborach uzupełniających (siedem miejsc w ciągu roku) nie wystarczała, aby zagrozić wielkiej ich przewadze w Izbie Gmin, lecz była ostrzeżeniem przed tym, co może się zdarzyć podczas następnych wyborów powszechnych.
Aby odwrócić tę tendencję, w roku 1908 gabinet zdecydował się przedłożyć projekty dwóch ważnych ustaw: Ustawy o emeryturach starczych oraz Ustawy o wyszynku. Pomysł wprowadzenia emerytur dla ludzi w starszym wieku miał powszechne poparcie ze strony brytyjskiej klasy pracującej, zaś ustanowienie odpowiedniego prawa było przyrzeczone przez liberalnych posłów do parlamentu. Proponowany plan był zresztą skromny: każda osoba w wieku siedemdziesięciu i więcej lat, nie posiadająca dochodu większego od dziesięciu szylingów tygodniowo, miała otrzymywać emeryturę w wysokości pięciu szylingów na tydzień (siedem i pół szylinga dla małżeństw). Osoby korzystające z tej ustawy musiały przejść sprawdzian charakteru, wszyscy, którzy "nagminnie nie pracowali zgodnie ze swoimi uzdolnieniami, możliwościami i potrzebami, na utrzymanie siebie i osób prawnie im podlegających", zostali uznani za nieuprawnionych do skorzystania z ustawy. Dla zabezpieczenia przed wtrącaniem się Izby Lordów, rząd przywołał argument, że jest to ustawa finansowa, do której poprawki w izbie wyższej są niedopuszczalne. Ich lordowskie moście obruszali się, lecz pozwolili ustawie przejść.
W swoim postępowaniu w sprawie ustawy o wyszynku Izba Lordów nie okazała już podobnej wstrzemięźliwości. Starannie sformułowana, popierana przez znacznie większą część opinii publicznej aniżeli wyłącznie przez liberalnych nonkonformistów, namiętnych zwolenników trzeźwości, ustawa miała na celu zmniejszenie liczby barów publicznych w dzielnicach, gdzie było ich zbyt wiele. Ustalona została stała liczba pubów, proporcjonalna do liczby mieszkańców oraz wyznaczony bardzo długi, bo aż czternastoletni okres przejściowy, w którym miało się dokonać dostosowanie liczebności pubów do właściwej. Konserwatyści z furią rzucili się na ustawę. Została ona określona jako mściwe wtrącanie się rządu w tradycyjną i zaszczytną formę prywatnej przedsiębiorczości. Pewien par, argumentując, że liczba pubów nie ma nic wspólnego z pijaństwem, stwierdził, iż przecież nie czuje się bardziej śpiący w swojej wiejskiej posiadłości, gdzie jest pięćdziesiąt sypialni, niż w swojej nadmorskiej willi, gdzie jest ich tylko tuzin. Browarnicy zagrozili wstrzymaniem hojnych dotacji dla Partii Unionistów, gdyby ustawa stała się obowiązującym prawem. Król, starając się chronić lordów przed nimi samymi, wezwał lorda Lansdowne i namawiał go, aby izba wyższa nie była postrzegana jako stojąca po stronie nietrzeźwości. Lansdowne przedstawił tę prośbę swoim kolegom - parom unionistycznym - na nieformalnym spotkaniu w salonie Lansdowne House przy Berkeley Square. (W gmachu parlamentu nie było sali dostatecznie dużej, aby pomieścić taką ich liczbę, oprócz samej Izby Lordów, która nie mogła być wykorzystana poza oficjalną debatą o rejestrowanym przebiegu). Spośród dwustu obecnych parów, wszyscy oprócz dwunastu opowiedzieli się za odrzuceniem ustawy. Gdy 24 listopada została ona formalnie wniesiona pod obrady Izby Lordów, odrzucona została 272 głosami przeciwko 96. Izba, powiedział lord Edmond Fitzmaurice, brat lorda Lansdowne, sprawiła jej "pogrzeb pierwszej klasy. Zjawiło się wielu szlachetnych lordów, którzy niezbyt często zaszczycali nas dotąd swoją obecnością". Ogłaszając wynik głosowania, liberalny lord Kanclerz, lord Loreburn, oznajmił, że ustawa nie umarła w Izbie w dniu dzisiejszym, lecz została wcześniej "zasztyletowana przy Berkeley Square".
Pod koniec 1908 roku Partia Liberalna aż wrzała od frustracji wywołanej niemocą rządu i jego widoczną niechęcią do podjęcia rękawicy, jaką stanowiły prowokacje izby wyższej. Nowiny z wyborów uzupełniających nadal były ponure, panowało ogólne przeczucie, że gdyby doszło do wyborów powszechnych, unioniści wygraliby je z przewagą stu miejsc. Problem, co było rzeczą jasną dla wszystkich, polegał na tym, że Izba Lordów wykorzystywała literę konstytucji, ignorując jej ducha. Balfour, mając jedynie 147 posłów unionistycznych w Izbie Gmin, lecz wspierany przez pięciuset parów, ograniczał sprawowanie władzy do jednej tylko partii.
Jedno z możliwych rozwiązań - sprowokowanie natychmiastowych wyborów powszechnych - wydawało się rządowi pełne zagrożeń. Żadna z ustaw odrzuconych przez lordów nie była sama w sobie dostatecznie przekonywująca, aby skłonić kraj do wprowadzenia zasadniczej zmiany konstytucji odnoszącej się do izby wyższej. Sama przez się narzucała się zatem inna droga - lordowie nie mogli wnosić poprawek do ustaw finansowych. Podczas głosowania nad Ustawą o emeryturach większość parów nawet nie próbowała ukryć swojej wrogości wobec ustawy, gdy jednak Izba Gmin twardo oznajmiła, że jakakolwiek poprawka izby wyższej do tej ustawy finansowej jest konstytucyjnie nie do przyjęcia, lordowie się cofnęli. A zatem ustawy finansowe, przede wszystkim Ustawa budżetowa, wydawały się stwarzać rządowi liberałów drogę wprowadzania postępu społecznego. Gdyby Izba Lordów spróbowała zablokować taki akt legislacyjny, to liberałowie widzieli już, jak przedstawiliby krajowi kwestię konstytucyjną. Kto rządzi Anglią? Parowie czy Naród? Oto coś, co opinia publiczna mogłaby zrozumieć.
Było to podczas pierwszych tygodni roku 1909, z gabinetem uwikłanym w spór o cztery lub sześć drednotów w projekcie budżetu marynarki, kiedy David Lloyd George, kanclerz Izby Rozrachunkowej, zestawiał budżet na rok 1909. Do swojego zadania podchodził z prawdziwą przyjemnością i animuszem. Z ponad ośmioma (8,7) milionami funtów szterlingów potrzebnymi na sfinansowanie ustawy o emeryturach i prawie czterema (3,7 mln) na zapłacenie w pierwszym roku za nowe drednoty49, Lloyd George stanął natychmiast wobec perspektywy deficytu wynoszącego 16 milionów funtów szterlingów. Aby zgromadzić takie pieniądze, kanclerz zmuszony był zwiększyć dochody przez wprowadzenie nowych podatków. Perspektywa taka wielce go rozbawiła. "Będę musiał obrabować czyjś kurnik - powiedział - i muszę się zastanowić, gdzie mogę znaleźć najwięcej jaj, gdzie dobiorę się do nich najłatwiej i gdzie najmniej mi się za to oberwie". Do kwietnia kanclerz zlokalizował już pewną liczbę odpowiednich kurników. Płacenie za dodatkowe drednoty, czemu tak bardzo się sprzeciwiał, stwarzało okazję do sporej i mściwej radości; to Unioniści, którzy najgłośniej gardłowali za dodatkowymi pancernikami, mieli teraz zostać opodatkowani, aby za nie zapłacić. Można było liczyć na to, że inne pozycje na jego liście podatków także poruszą najwyższe sfery kraju. A przecież sprawy miały się jeszcze lepiej; kanclerz miał już skalkulowany sposób na przełamanie sprzeciwów oponentów: wszystkie te środki, ze zdrowym dodatkiem reform socjalnych, mogły zostać opakowane w ustawę finansową, doroczny budżet, z którym Izba Lordów mogła igrać tylko na własną zgubę.
Lloyd George przedstawił swój historyczny budżet w Izbie Gmin 29 kwietnia 1909 roku, miesiąc po zamknięciu debaty nad wotum nieufności w kwestii budżetu marynarki. Nazwał go "budżetem ludowym" i powiedział, że jest on zaprojektowany z zamiarem "zebrania pieniędzy na wydanie nieubłaganej wojny ubóstwu i nędzy". Ustawa dobierała się do bogactwa i własności na szereg rozmaitych sposobów. Jedynymi nowymi podatkami, jakie miały uderzyć we wszystkie klasy społeczeństwa, były podwyższone cła na alkohol i tytoń. Podatki od samochodów i benzyny spadały na wyższe klasy oraz bogaczy. Lloyd George uderzył także w browarników, którzy pomogli przy utrąceniu Ustawy o wyszynku, poprzez podwyższenie kosztów wykupu licencji na wyszynk w pubach. Podniósł też podatek od dochodów osobistych z dziewięciu pensów do jednego szylinga i dwóch pensów od funta (od nieznacznie mniej niż 4% do nieco poniżej 6%). Nałożył też "superpodatek" na wszystkie dochody powyżej 3000 funtów rocznie oraz znacznie podwyższył podatek spadkowy. Tym, co najbardziej rozwścieczyło konserwatystów, był fakt, iż kanclerz do ustawy finansowej wpakował też Ustawę o wycenie gruntów, która miała na celu przygotowanie nowych podatków gruntowych. Oto po raz pierwszy miała zostać oszacowana wartość wszystkich prywatnych gruntów w Anglii. Było to postrzegane tak, jak było zamierzone, tzn. jako zamach na wielkich właścicieli ziemskich. Sprawa wywołała burzę. Obraz obcych ludzi depcących ich odwieczne ziemie, żeby ocenić ich wartość w celu nałożenia podatków, przyprawił wielu z angielskiej szlachty o szaleństwo. Jeśli tej ustawy nie da się obalić w Izbie Gmin, to musi ona być i zostanie zawetowana w Izbie Lordów.
Długa batalia wokół Izby Lordów rozwijała się w dwóch fazach: wstępna bitwa o budżet na rok 1909, a potem, przekraczając i usuwając w cień budżet, o fundamentalną kwestię konstytucyjną - czy Izba Lordów powinna zachować swoje prawo do zmiany decyzji podjętych w Izbie Gmin. Jak długo sprawa pozostawała przede wszystkim kwestią finansów, stroną rządową kierował w walce Lloyd George. Gdy bitwa przeniosła się na grunt konstytucyjny, na czoło wysunął się sam premier Asquith, aby poprowadzić swoją partię do walki.
Kanclerz był chętnym, aktywnym, czasem zapalczywym mówcą. W parlamencie i po całym kraju wygłaszał przemówienia będące "czasami czymś pośrednim pomiędzy niezrównanym dramatem a wysokiej klasy kawałkiem z wodewilu", pod których wpływem jego słuchacze "wyli na przemian z wściekłości i ze śmiechu". Najsłynniejsza taka mowa została wygłoszona pewnego letniego wieczora w dzielnicy Limehouse na londyńskim East End, gdzie przed widownią złożoną z czterech tysięcy Cockneyów50, Lloyd George opisał walkę rządu o wprowadzenie Ustawy o emeryturach i opór stawiany wobec niej przez wielkich panów oraz właścicieli ziemskich. Jej szczytem był opis wizyty, jaką złożył w kopalni węgla:
"Zapadliśmy się w czeluść głęboką na pół mili. Potem szliśmy pod górą. [...] Wokół nas i nad nami ziemia zdawała się prężyć i uginać, jakby chciała nas zmiażdżyć. Można było zobaczyć stemple zgięte, poskręcane i spękane tak, że mogłeś zobaczyć ich włókna rozszczepiające się od wysiłku, jaki stawiały naciskowi. Czasem one ustępują, a wtedy tylko rany i śmierć. Często iskra coś zapali, cały szyb zalewa ogień i żarłoczne płomienie wysysają tchnienie życia z setki piersi. W kopalni zaraz sąsiedniej do tej, do której zjechałem, kilka lat temu trzystu ludzi straciło życie w ten sposób. A mimo to, gdy premier i ja zapukaliśmy do drzwi tych wielkich panów i powiedzieliśmy do nich: "Spójrzcie, znacie tych biedaków, którzy całe życie kopali na wasze zyski, ryzykując własnym życiem. Niektórzy są już bardzo starzy [...] są połamani, nie mogą już więcej zarabiać. Czy nie dalibyście im czegoś, aby mogli już nie przychodzić do pracy?" - popatrzyli na nas spode łba, a my na to - "Tylko pół pensa, choćby miedziaka". Powiedzieli: "Wy, złodzieje!". I spuścili na nas swoje psy".
Lloyd George obejmował wszystkich parów, magnatów i właścicieli ziemskich, wielkich i małych, jednym, zbiorczym, szczególnym, a w jego ustach uwłaczającym terminem - "diukowie". Opisując szlachtę ziemską swoim słuchaczom, przeważnie robotnikom i mieszczuchom, odmalowywał przed nimi sceny, w których nieokrzesani barbarzyńcy siedzą wokół ciosanych stołów przed ogromnymi kominkami w swoich zamkach. Noszą oni korony, jak parowie w "Jolancie"51, od czasu do czasu rozkazując siodłać konie, aby mogli pojechać do Londynu i ze złośliwą radością głosować przeciw ustawom liberałów. W Newcastle 9 października kanclerz był w dobrej formie. Miał dobre wiadomości, którymi mógł się zająć. Konserwatyści przewidywali, że realizacja jego budżetu spowoduje depresję w gospodarce, która w istocie miała się dobrze i wykazywała wzrost. "Tylko jedne akcje paskudnie spadły - oznajmił kanclerz - Nastąpił wielki spadek popytu na diuków". I nie dziwota: "Utrzymanie w pełni wyposażonego diuka kosztuje tyle, co dwóch drednotów, a budzą taki sam postrach, w dodatku żyją dłużej". Potem nawiązał do sprawy weta Izby Lordów: "Postawione będzie pytanie: "Czy 500 ludzi, zwykłych ludzi, wybranych przypadkowo spośród bezrobotnych, powinno zmieniać decyzje - przemyślane decyzje - milionów ludzi, którzy pilnie zajmują się wszelką działalnością tworzącą bogactwo tego kraju?"".
Prowokacyjne mowy kanclerza zrobiły swoje; gdy Lloyd George ciągle ostrzył swój kij i kłuł niemiłosiernie, po całej Anglii dały się słyszeć wrzaski. Z wiejskich hrabstw i górskich kryjówek - zewsząd pojawiała się szlachta. Diuk Portland ze szczerym przekonaniem wyjaśniał, jak to budżet będzie szerzył w kraju bezrobocie, gdy w wielkich dobrach ziemskich zwalniać się będzie ogrodników i łowczych. Diuk Somerset oznajmił, że będzie zmuszony zmniejszyć swoje datki na cele charytatywne. Diuk Beaufort ponurym tonem wyrażał pragnienie ujrzenia pana Lloyd George'a w środku sfory swoich chartów. Doświadczeni politycy byli także prowokowani mowami kanclerza. Lord Lansdowne porównał Lloyd George'a do "rzucającej się na łup mewy rabusia, szczególnie żarłocznej i pozbawionej skrupułów, która kradnie ryby innym mewom". Lord Rosebery, który od czasu sformowania rządu liberałów w 1906 roku trzymał się na uboczu, opisując własne wystąpienia jako "krakanie emerytowanego kruka na uschniętej gałęzi", nagle wybuchnął płomieniem, występując z przemówieniem w Glasgow. Atakując budżet, powiedział gorzkim tonem: "Myślę, że moi przyjaciele idą ścieżką, która prowadzi do socjalizmu. Nie powiem, jak daleko już się nią posunęli. Lecz tą ścieżką pod żadnym pozorem nie pójdę za nimi choćby o jeden cal. Socjalizm oznacza koniec wszystkiego, jest zaprzeczeniem Wiary, Rodziny, Własności, Monarchii, Imperium". Słowa Rosebery'ego wywołały radość w wiejskich posiadłościach Anglii. Jeśli ów wielki liberalny orator i były premier był koniec końców "po stronie aniołów", to jeszcze nie wszystko było stracone.
W tym stadium Asquith pozostawił większość kłótni swemu ognistemu walijskiemu koledze, udzielając jednak kanclerzowi poparcia, które Lloyd George sam określił jako "twarde jak skała". W jedynej większej mowie tej jesieni, jaką premier wygłosił do trzynastu tysięcy ludzi w Birmingham 17 września, traktował uchwalenie budżetu jako pewne: "Poprawki ze strony Izby Lordów są wykluczone - oznajmił - Odrzucenie przez Izbę Lordów także nie wchodzi w rachubę. [...] W ten sposób dokona się rewolucja". Mimo wszystko doszło do tego, co zdawało się niewyobrażalne. 4 listopada Izba Gmin uchwaliła budżet Lloyd George'a. Debata przeniosła się do Izby Lordów. Lord Lansdowne przypomniał Izbie, że sam Oliver Cromwell, największy angielski republikanin, powiedział, że Izba Lordów jest niezbędna, aby uchronić lud przed "wszechmocną Izbą Gmin - najpotworniejszą samowolą, jaką kiedykolwiek widział świat". Lord Curzon52 oznajmił, że nigdy jeszcze w historii ludzkości nie wyleczono biedy przez nakładanie podatków i że proponowane obecnie podatki bez wątpienia będą wzrastać - od sporadycznej konfiskaty doprowadzą do całkowitej i powszechnej konfiskaty. 30 listopada lordowie odrzucili budżet stosunkiem głosów 350 do 75. Po raz pierwszy od 250 lat izba wyższa odrzuciła ustawę dotyczącą finansów. Asquith szybko przedłożył Izbie Gmin rezolucję, opisującą działanie Izby Lordów, jako "złamanie Konstytucji i uzurpowanie sobie praw Izby Gmin". Prywatnie liberałowie, którzy pragnęli rozprawy z lordami, byli zachwyceni. "Jeśli panowie odrzucicie ten budżet, sprawicie nam radość, jak nigdy w życiu" - powiedział pewien minister swojemu przyjacielowi - konserwatyście. "Nareszcie ich mamy" - radował się Lloyd George.
Otwarta została droga do wyborów powszechnych. 10 grudnia 1909 roku w Albert Hall Asquith ogłosił, że rząd liberałów nie podda się ponownym połajankom i upokorzeniom, jakie spotykały go ze strony Izby Lordów przez ostatnie cztery lata. "Nie obejmiemy urzędu i nie będziemy się trzymać urzędu, jeśli nie potrafimy stworzyć zabezpieczeń [...] niezbędnych dla sprawności legislacyjnej i honoru partii" - powiedział premier. Ku zaskoczeniu wszystkich, wybory, które odbyły się w styczniu 1910, były nudne. Kampanie obu partii obracały się wokół sprawy budżetu, lecz prawdziwą kwestią było prawo weta Izby Lordów. Frekwencja była umiarkowana, czego wynikiem były straty po obu stronach. Z 275 miejscami liberałowie utrzymali większość, która jednak skurczyła się drastycznie w stosunku do 377 miejsc, jakie zdobyli cztery lata wcześniej. Unioniści zyskali 105 miejsc i wrócili do Westminsteru z łączną ich liczbą wynoszącą 273, lecz pozostali w mniejszości. Osiemdziesięciu dwóch nacjonalistów irlandzkich oraz czterdziestu posłów Labour Party z pewnością miało głosować za rządem. Porażka Unionistów zapewniała uchwalenie budżetu; lord Lansdowne obiecał, że jeśli liberałowie wygrają wybory, Izba Lordów także go przepuści. Jednak w celu przeforsowania ustawy w Izbie Gmin, przy rządowej większości zaledwie dwóch głosów, gabinet potrzebował głosów nacjonalistów irlandzkich - a te były dostępne jedynie za określoną cenę. Ceną Irlandczyków była Home Rule, zaś jedynym sposobem wprowadzenia Home Rule było anulowanie prawa weta Izby Lordów. Ceną przeprowadzenia "Budżetu Ludowego" przez Izbę Gmin stała się zatem obietnica Asquitha, że dojdzie do potężnego ataku na Izbę Lordów. Przez następne półtora roku premier miał próbować zrealizować tę obietnicę.
Gdy w lutym 1910 zebrał się nowy parlament, Asquith natychmiast ogłosił, ze rząd zamierza pozbawić Izbę Lordów jej prawa weta. 14 kwietnia, przedstawił Izbie Gmin Ustawę o parlamencie, oznajmiając przy tej okazji, że "jeśli Izba Lordów nie zaakceptuje naszej polityki, lub odmówi jej rozważenia [...] będziemy uważać za swój obowiązek natychmiast przedstawić Koronie wnioski na temat kroków, jakie powinny zostać podjęte. [...]". Krążyła wstrętna uszom parów unionistycznych pogłoska, że premier uzyskał od króla obietnicę wykreowania dostatecznej liczby nowych parów - nawet aż pięciuset - aby przepchnąć ustawę przez Izbę Lordów. Z uwagą zwróconą na ową pogłoskę, Unioniści nawet nie zauważyli jak budżet kanclerza, z szacunkiem wartości gruntów i całą resztą, przeszedł 27 kwietnia przez Izbę Gmin, zaś w dniu następnym przez Izbę Lordów. Tegoż wieczoru, wyczerpani trudami i potrzebując wytchnienia przed ciągiem dalszym, posłowie obu izb odłożyli obrady na czas przerwy Wielkanocnej.
Ostatecznie zadecydować musiał król. Lansdowne uniknął natychmiastowego kryzysu przez złożenie obietnicy, że jeśli Liberałowie zwyciężą w wyborach powszechnych, Izba Lordów pozwoli na uchwalenie budżetu Lloyd George'a. To jednak już nie wystarczało. Rząd miał teraz zobowiązania wobec nacjonalistów irlandzkich, że pozbawi Izbę Lordów prawa weta. Król Edward zgadzał się, że pewna reforma izby wyższej jest konieczna. W listopadzie 1909 lord Knollys, osobisty sekretarz króla (podzielający i odzwierciedlający poglądy monarchy), pisał do przyjaciela: "Ja sam nie widzę szans na to, żeby Izba Lordów przetrwała w swoim obecnym kształcie". Mimo że kosmopolityczny król mógł nie podzielać gustów wszystkich parów, zwłaszcza niektórych spośród Leśnych Ludzi, to ekskluzywność arystokracji oraz przywileje Izby Lordów stanowiły część tej Anglii, w której się urodził. Choć Asquith powiedział w parlamencie w lutym 1910, że ani nie prosił, ani tym bardziej nie otrzymał od króla jakiejś obietnicy wykreowania pięciuset parów w celu obalenia Izby Lordów, to sama myśl, że prośba taka może kiedys się pojawić, wywoływała obawy monarchy.
Król Edward odczuwał kłopoty zdrowotne. Przez cztery lata coraz większych problemów przysparzał mu bronchit oraz podagra. Mimo całych nocy spędzanych na kaszlu i nieustannego przybierania na wadze, król odmawiał posłuszeństwa swoim doktorom. "Och, naprawdę niedobrze - zwykł się uskarżać - Znów ten atak, i to mimo tego, że tak o siebie dbałem" - po czym zasiadał do obiadu złożonego z zupy żółwiowej, filetu z łososia, kurcząt z rożna, combra baraniego, bekasa nadziewanego gęsimi wątróbkami, szparagów, owoców, całych talerzy lodów i przystawek, po którym zapalał ogromne cygaro. W dodatku do cierpień fizycznych dochodziły jeszcze wszystkie obowiązki konstytucyjnego monarchy: król musiał publicznie zawsze być uśmiechnięty, cierpliwy i mądry.
Jednym z obciążeń, które król uważał za szczególnie ciężkie, była konieczność okazywania względów swojemu siostrzeńcowi, cesarzowi Wilhelmowi. Takie nastawienie powodowało, że obowiązek, na którego spełnienie nastawało obecnie Ministerstwo Spraw zagranicznych, wydawał mu się szczególnie ciężki. Król Edward zasiadał na tronie już od ośmiu lat. Zdążył też złożyć oficjalne wizyty państwowe we wszystkich większych i sporej liczbie mniejszych stolic europejskich, lecz nigdy nie był z formalną wizytą w Berlinie. (Jego liczne podróże do Niemiec, aby spotkać się z umierającą siostrą czy odwiedzić siostrzeńca były prywatne i nieformalne.) Kaiser ostro to odczuwał, niemieccy dyplomaci często wypominali, a Ministerstwo Spraw Zagranicznych mocno naciskało. Król, chory i melancholijny, zgodził się niechętnie i w lutym 1909 roku ruszył w podróż.
Wizytę od samego początku trapiły niefortunne przypadki. Do pierwszego doszło, gdy pociąg królewski dotarł do Rathenow, na granicy Brandenburgii, gdzie w szyku stanęła orkiestra wojskowa i pułk huzarów. Gdy pociąg wjechał na stację, król nie był jeszcze gotowy. Pociąg po drodze przekroczył strefę czasową i służący, zapomniawszy przestawić swój zegarek, nie wyłożył na czas właściwego munduru Jego Królewskiej Mości. Gdy świta królewska w pełnej gali zaczęła wychodzić na peron, orkiestra, spodziewając się, że za chwilę pojawi się monarcha, zaintonowała "God Save the King". Przez całe dziesięć minut, gdy król Edward wbijał się w mundur niemieckiego marszałka polnego, orkiestra grała "w kółko "God Save the King", aż prawie chciało nam się wyć", jak wyraził się jeden z członków świty brytyjskiej. W końcu pojawił się król Edward i, maszerując tak szybko, że aż się zasapał, dokonał przeglądu huzarów.
W Berlinie kaiser oczekiwał wuja w tym miejscu peronu, gdzie miał zatrzymać się wagon króla, król jednak przebywał właśnie w wagonie królowej, odległym o sto jardów. Kaiser, cesarzowa i cała reszta grupy powitalnej musiała biec po peronie i ustawiać się na nowo, żeby powitać gości. Oczekiwała na nich teraz cała kawalkada pojazdów, które miały przewieźć wszystkich do pałacu, lecz zaczęły się kłopoty z końmi. Niektóre z powozów były tak blisko sąsiednich, że forysie siedzący z tyłu jednego musieli oglądać się za siebie, żeby nie dać się pogryźć koniom następnego. Gdy kawalkada zbliżyła się do pałacu, konie powozu wiozącego cesarzową i królową Aleksandrę zatrzymały się nagle i nie chciały ruszyć z miejsca, więc obie panie trzeba było przesadzać do innego, pośpiesznie opróżnionego powozu. Dwa konie z eskorty kawaleryjskiej przestraszyły się czegoś, zrzuciły swoich jeźdźców i dziko galopowały wzdłuż całej procesji. W rezultacie całego tego zamieszania, gdy kaiser z królem przybyli do pałacu i obejrzeli się za siebie, nie zobaczyli nikogo ze świty. Upokorzony Wilhelm obrócił swój gniew na barona von Reischacha, wielkiego koniuszego, oznajmiając mu, że ze wszystkich ludów świata właśnie Anglicy - sami doświadczeni jeźdźcy i amazonki - są tymi, wobec których coś takiego nie powinno się zdarzyć.
Wizyta oficjalna, która trwała trzy dni, obejmowała wyczerpujący program rodzinnych śniadań i obiadów, przyjęć dla znamienitych obywateli, wizyt w dowództwach pułków, przejażdżkę do Poczdamu, przedstawienie w Operze Berlińskiej oraz bal dworski. Król Edward jakoś przetrwał to wszystko, lecz był zmęczony, swoje uwagi redukował do minimum i był skłonny skrócić każdy punkt programu. Kwestia, jakie angielskie odznaczenia nadać poszczególnym oficjelom niemieckim - która normalnie zajęłaby mu kilka godzin - teraz prawie wcale go nie obchodziła. Tolerował kaisera, który próbował sprawić wujowi przyjemność, lecz jego wymuszone dowcipy i nieustanne przytakiwanie grały królowi Edwardowi na nerwach.
Podczas wieczoru spędzonego w operze, król potężnie się przestraszył. Wystawiano "Sardanapalusa"53, jedno z ulubionych dzieł kaisera. W ostatniej scenie bardzo realistycznie odtworzono stos pogrzebowy Sardanapalusa. Król Edward, znużony po męczącym dniu i przysypiający podczas opery, nagle się przebudził. Zaalarmowany widokiem ognia, uwierzył, że jest prawdziwy i zażądał wyjaśnień, dlaczego ukryty w kulisach strażak nie wkracza do akcji. Dopiero siedząca za nim cesarzowa przekonała go, że nie ma żadnego niebezpieczeństwa.
Zdarzył się też moment prawdziwie niebezpieczny. Król miał ciągle kłopoty z oskrzelami, lecz odmawiał ograniczenia swojej konsumpcji cygar. Po śniadaniu w Ambasadzie Brytyjskiej udał się do saloniku z księżną Daisy von Pless54, młodą Angielką, zamężną za jednym z pierwszych magnatów Niemiec. Wykonała przed nim dyg, a -używając słów Bülowa - król, "głowa Imperium Brytyjskiego, dokonał przeglądu z pełną satysfakcją starego konesera wdzięków kobiecych". Siedzieli razem prawie godzinę. Król palił potężne cygaro i skubał kołnierz swojego obcisłego pruskiego munduru. W pewnej chwili król niespodziewanie dostał ataku kaszlu i osunął się na sofę. Cygaro wypadło mu z ręki, a oczy wyszły na wierzch. "Mój Boże, on umiera!" - pomyślała księżna Daisy. Próbowała rozpiąć kołnierzyk, lecz bez skutku. Do saloniku pośpieszyła królowa Aleksandra i obie panie próbowały dokonać tej sztuki razem. Także bezskutecznie. Król jednak odzyskał przytomność i sam sobie rozpiął kołnierz. Sir James Reid, doktor królewski, pośpiesznie zjawił się na miejscu i poprosił wszystkich o opuszczenie pokoju. Za piętnaście minut goście zostali poproszeni z powrotem. Król utrzymywał, że nic wielkiego się nie stało i nie pozwolił księżnej Daisy opuścić swego boku.
Po powrocie do Anglii zdrowie króla Edwarda nadal było kiepskie. Zdarzało mu się zasypiać przy śniadaniu czy obiedzie i zdrowo spać podczas przedstawień teatralnych i operowych. Boleśnie sapał, gdy musiał wspiąć się po schodach. Wyjechał do Biarritz, a potem na Morze Śródziemne, lecz nie mógł się pozbyć ani swojej bladości, ani kaszlu. Podczas zimy spędzanej w Sandringham król wydawał się w lepszym nastroju, grając w brydża do późnej nocy, a co rano będąc na nogach, aby udać się na polowanie. Wybory powszechne w styczniu 1910 roku spowodowały, że budżet miał na pewno przejść w parlamencie, lecz było także pewne, że niedługo miał króla odwiedzić premier, aby zwrócić się o użycie (a przynajmniej zagrożenie użyciem) królewskiej prerogatywy kreowania dodatkowych parów. Król Edward sympatyzował z pragnieniem parów, chcących zachować własną godność, lecz ich zaciętą postawę uważał za samobójczą. Jako monarcha konstytucyjny nie mógł odrzucić sugestii premiera wspartego większością w Izbie Gmin. Co mógł jednak zrobić, i rzeczywiście zrobił, to powiedzieć panu Asquithowi, że zanim zgodzi się na kreację roju liberalnych parów, konieczną do obalenia władzy Izby Lordów, sprawa musi zostać ponownie przedstawiona krajowi w kolejnych wyborach powszechnych.
Doktorom króla Edwarda było pilno przenieść go z mgieł i wilgoci Londynu do słońca w Biarritz. Król wyjechał 8 marca 1910, zatrzymując się w Paryżu, gdzie spotkał go atak ostrej niestrawności połączonej z trudnościami w złapaniu oddechu i bólami wokół serca. Przez sześć tygodni pobytu na wybrzeżu baskijskim monarcha walczył z ostrym bronchitem. Obecność pani Keppel pomogła odwrócić jego uwagę od trapiących go dolegliwości i 26 kwietnia król wrócił do Anglii, wyraźnie wypoczęty. Tego samego wieczora czuł się na tyle dobrze, żeby pójść do opery w Covent Garden. Następnego ranka wznowił normalne audiencje, spotykając się z Asquithem i Kitchenerem; kolejnego dnia przyjął Haldane'a, Morleya i ambasadora rosyjskiego, hrabiego Benckendorffa. W piątek wieczorem znów był w operze, poświęcając pięć godzin na "Zygfryda". W sobotę wyjechał do Sandringham i wydawał się być w dobrej formie, opowiadając anegdotki przy obiedzie, a potem z wyraźną przyjemnością grając w brydża. W niedzielę 1 maja nad hrabstwem Norfolk szalał zimny wiatr z przelotnymi deszczami, lecz król obstawał przy swoim regularnym, niedzielnym, popołudniowym spacerze, aby obejrzeć swoją farmę i rasowe zwierzęta. Przeziębił się. W poniedziałek w ulewnym deszczu wrócił do Londynu. Kiedy dotarł do pałacu Buckingham, miał już ostry atak oskrzeli i z trudnością oddychał. Zawiadomiono o tym królową Aleksandrę, przebywającą na dyskretnych wakacjach na Korfu, podczas gdy król bawił z panią Keppel w Biarritz. Zakładając że choroba króla to po prostu jeden z powtarzających się od pewnego czasu ataków, królowa ruszyła do domu bez pośpiechu; po dotarciu do Wenecji miała zamiar zatrzymać się w mieście przez dwadzieścia cztery godziny.
We wtorek 3 maja król spotkał się z ambasadorem amerykańskim, Whitelawem Reidem, aby przedyskutować z nim sprawy związane ze zbliżającą się wizytą byłego prezydenta Theodore'a Roosevelta, którego król Edward nie miał dotąd okazji poznać. "Nasza rozmowa - powiedział Reid - przerywana była spazmami kaszlu". Tego wieczoru król darował sobie obiad, lecz wypalił wielkie cygaro i grał w brydża z panią Keppel. Nie mógł spać. Przez cały czwartek król nadal przyjmował gości, mówiąc o swojej chorobie: "Muszę to pokonać". Gdy goście błagali go, żeby odpoczął, odpowiadał: "Nie, nie poddam się. Kontynuuję. Będę pracował aż do końca". Ponsonby, przynosząc mu papiery do podpisu, zastał go siedzącego z nogami owiniętymi pledem. "Cerę miał szarą, wydawał się nie być w stanie siedzieć prosto i oczy były zapadnięte. Z początku miał trudności z oddychaniem [...] lecz stopniowo mu się poprawiło". Król podpisał część papierów, potem spojrzał na Ponsonby'ego i rzekł: "Czuję się strasznie chory. Nie mogę spać. Nie mogę jeść. Muszą naprawdę coś dla mnie zrobić". Tegoż popołudnia królowa Aleksandra dotarła do Calais, a po paru godzinach do Londynu. Po raz pierwszy podczas ich małżeństwa zdarzyło się, że jej małżonek, będąc obecny w mieście, nie oczekiwał na dworcu, żeby ją przywitać. Gdy dotarła do pałacu, widok króla walczącego o każdy oddech, z twarzą białą jak kreda lub szarą, powiedział jej całą prawdę.
Następny dzień, piątek 6 maja, był ostatnim dniem króla Edwarda. Rano żądał, żeby służący ubrał go formalnie we frak. Przyjął swojego przyjaciela, Sir Ernesta Cassela, i powiedział mu: "Czuję się bardzo kiepsko, lecz chciałem cię zobaczyć"55. Potem zasłabnął. Przez całe popołudnie siedział zgarbiony w swoim fotelu, podczas gdy seria ataków serca wstrząsała jego znękanym ciałem. Pięciu doktorów stwierdziło, że nie ma już żadnej nadziei. Zastosowano morfinę dla uśmierzenia bólu. Miał jeszcze momenty przytomności, podczas których dopuszczano do niego przyjaciół. Jedną z tych osób była pani Keppel, po którą, okazując wielkoduszność, kazała posłać królowa, aby i ona mogła się pożegnać. O piątej po południu książę Walii powiedział ojcu, że jeden z koni króla, dwulatek o imieniu Witch of the Air, wygrał gonitwę w Kempton Park. "Jestem bardzo rad" - powiedział król. Wczesnym wieczorem zapadł w śpiączkę. O jedenastej trzydzieści został przeniesiony do łóżka, a o jedenastej czterdzieści pięć, gdy arcybiskup Canterbury wymawiał błogosławieństwo, król zmarł.
Królowa Aleksandra, spoglądając na ciało męża, powiedziała Ponsonby'emu, że król wygląda bardzo spokojnie i że to nie zimne wiatry w Sandringham go zabiły, lecz "to okropne Biarritz". Powiedziała, że czuje się, jakby zamieniła się w kamień, niezdolna do płaczu, niezdolna do pojęcia znaczenia śmierci męża, niezdolna do niczego. Wspomniała, że ma ochotę pójść i zaszyć się gdzieś na wsi, lecz czekał ją pogrzeb państwowy i wszystkie związane z nim przygotowania. Syn króla Edwarda, teraz już nowy król Jerzy V, zapisał tej nocy w swoim dzienniku: "Straciłem mojego najlepszego przyjaciela i najlepszego z ojców. Nigdy w życiu nie doszło między nami do sprzeczki. Mam złamane serce i jestem przytłoczony smutkiem". Jacky Fisher, świeżo na emeryturze, usiadł na pół godziny z królową Aleksandrą, zaś podczas wystawienia ciała króla na katafalku miał uczucie, że gdyby dotknął ciała, król by się przebudził. "Świat nie jest już tym samym światem - napisał - Straciłem największego przyjaciela, jakiego kiedykolwiek miałem. [...] Odczuwam dziwne wrażenie izolacji - którego nie mogę przezwyciężyć - i w ogóle nie dbam już o nic ani za grosz. [...]".
Bernhard von Bülow odnotował, że "śmierć Edwarda VII [...] była wydarzeniem wielce sprzyjającym naszej polityce zagranicznej. Nie myślę, żeby chciał on naprawdę z nami walczyć. [...] Jednakże inspirowany wrogością do swego siostrzeńca, obawą o naszą rywalizację gospodarczą i przyśpieszony rytm naszych spraw morskich, Edward VII stwarzał nam trudności i kiedy tylko mógł, wtykał nam kij w szprychy".
Kaiser prywatnie ucieszył się "śmiercią "Okrążacza" Niemiec" i natychmiast pośpieszył do Londynu, by uczestniczyć tam w publicznym widowisku zwanym pogrzebem państwowym.
H. H. Asquith skorzystał z przerwy wielkanocnej na ucieczkę od polityki na pokładzie jachtu Admiralicji "Enchantress", na którym razem z pierwszym lordem Admiralicji, Reginaldem McKenną, udawali się w podróż inspekcyjną do Gibraltaru. Poinformowany przez radio, że stan króla uległ pogorszeniu, Asquith zdecydował natychmiast zawrócić jacht. O trzeciej rano 7 maja wręczono mu wiadomość od nowego króla, przekazaną telegrafem bez drutu: "Pozostając w głębokim smutku, informuję pana, że mój ukochany ojciec, król, odszedł w spokoju za piętnaście dwunasta w nocy (szóstego). George". Asquith wyszedł na pokład, gdzie spowiło go blade światło przedświtu, w którym dominował blask komety Halleya. "Poczułem się zagubiony, a nawet sparaliżowany. W chwili tak pełnej obaw o losy państwa straciliśmy oto, bez żadnego ostrzeżenia czy przygotowania, Suwerena, którego dojrzałe doświadczenie, wyrobiona roztropność i dalekowzroczność, zrównoważony osąd i niezmienna rozwaga, tak bardzo się liczyły. [...] Jego następca, ze wszystkimi swoimi wspaniałymi zaletami, pozbawiony był doświadczenia politycznego. Zbliżaliśmy się do krawędzi kryzysu niemal bezprzykładnego w naszej historii. Co teraz należało uczynić?".
Kaiserowi pogrzeb wuja sprawił wiele przyjemności. Rozkoszował się czołowym miejscem przyznanym mu wśród krewnych. Pysznił się tym, że "cała rodzina królewska witała mnie na dworcu kolejowym, dając wyraz wdzięczności za poczucie więzów rodzinnych, jakie okazałem przybywając na pogrzeb". W Westminster Hall podziwiał "pysznie udekorowaną trumnę" oraz "cudowną grę" kolorów, powstającą, gdy promienie światła słonecznego, sączące się przez wąskie okna, dotykały klejnotów na wieńczącej trumnę Koronie Anglii. Podobała mu się jazda konna po Londynie, kiedy to jego koń tańczył tuż za koniem kuzyna, nowego króla Jerzego V, obok "ogromnych tłumów [...] odzianych na czarno", na czele "wspaniałego szyku przepysznie" umundurowanych gwardzistów angielskich: "Grenadierów, Gwardii Szkockiej, Pułku Coldstreams i Gwardii Irlandzkiej - w ich doskonale dopasowanych płaszczach, z białymi skórzanymi wyłogami i ogromnymi bermycami; wszystko doborowe oddziały o cudnej prezencji i podziwu godnej wojskowej postawie, radość dla każdego mężczyzny z żołnierskim sercem". Całkiem innego rodzaju zadowolenie znajdował cesarz w telegrafowaniu do swojego nowego kanclerza, Theobalda von Bethmann-Hollwega, i donoszeniu mu, że liberalny rząd Anglii ma kłopoty. Jego wrażenia, oparte na "wielu rozmowach z [...] krewnymi, panami z Dworu, pewnymi starymi znajomymi i wieloma wybitnymi osobami", były "mniej więcej następujące: Umysły ludzi zajęte są całkowicie sytuacja wewnętrzną. [...] Perspektywy są ogólnie czarne. Rząd jest dogłębnie znienawidzony. [...] Powiada się z satysfakcją, że w dniach po śmierci króla i podczas wystawienia zwłok na katafalku premier i jego koledzy byli publicznie wygwizdywani na ulicach, a dało się też słyszeć zwroty w rodzaju "To wy zabiliście króla! ". Oczekuje się demonstracji przeciw rządowi [...] a bierze się też pod uwagę możliwość zdecydowanej reakcji w sensie konserwatywnym". Talenty kaisera jako komentatora politycznego najlepiej można ocenić, biorąc pod uwagę fakt, że "królobójczy" rząd zapewnił sobie siedmioletnią kadencję w wyborach powszechnych zaledwie pięć miesięcy wcześniej, a osiem miesięcy później miał potwierdzić swój autorytet w kolejnych takich wyborach.
Mimo to pozostawało faktem, że śmierć króla Edwarda postawiła rząd w niezręcznym położeniu. Asquith nie mógł już teraz unikać ataków na prawo weta Izby Lordów, nawet gdyby chciał; stanowiło to część jego zobowiązań wobec posłów irlandzkich, którzy zapewniali mu większość w Izbie Gmin. Tak więc jedyną siłą mogącą poskromić lordów było skorzystanie z prerogatywy królewskiej. Wszystko zależało od króla, najpierw króla Edwarda, teraz - króla Jerzego. Tylko monarcha mógł mianować masę nowych parów, konieczną do przegłosowania w Izbie Lordów jej własnej impotencji politycznej. A nowy król, tak jak go opisywał premier, "pozbawiony był doświadczenia politycznego". Wywierać na niego naciski bezpośrednio po wstąpieniu na tron byłoby co najmniej niesmaczne. W najgorszym przypadku - mogło zaszkodzić rządowi. Alternatywą, zaproponowaną 6 czerwca, było zawieszenie broni i konferencja, w której po czterech liderów z obu partii, w tym Asquith, Lloyd George, Balfour i Lansdowne, miało się spotkać po cichu i szukać rozwiązania dzielących ich rozbieżności. A choć co bardziej krewkie mniejszości w obu partiach - ekstremiści wśród radykałów z jednej strony, a wśród torysów z drugiej - zgłaszali sprzeciw wobec rezygnacji z pryncypiów za zamkniętymi drzwiami, zaś ściśli konstytucjonaliści obawiali się o możliwość dokonania w sekrecie zmian w podstawach struktury politycznej kraju - 17 czerwca doszło do pierwszego spotkania na Downing Street 10. Latem i jesienią 1910 roku odbyło się dwadzieścia jeden takich spotkań - bez sukcesu. Przez cały ten czas Lloyd George stawał się coraz bardzie zniecierpliwiony, proponował rząd koalicyjny i przyznawał, że jego pragnienie kreowania setek nowych parów spośród liberałów wcale nie jest większe niż Balfoura. "Spoglądając w przyszłość - powiedział przywódcy Unionistów, "jestem pewien, że nasi opromienieni chwałą kupczykowie będą bardziej wrogo nastawieni do reform społecznych niż wasi Leśni Ludzie". Balfour nie chciał koalicji. Podobnego zdania był Asquith, zatem 10 listopada ogłoszono, że konferencja konstytucyjna nie przyniosła rezultatów.
Asquith działał szybko. 10 listopada po południu gabinet uzgodnił, że parlament należy rozwiązać i sprawę prawa weta Izby Lordów przedstawić krajowi. Następnego dnia premier złożył w Sandringham wizytę królowi Jerzemu, z prośbą, żeby w przypadku kolejnego zwycięstwa liberałów w wyborach powszechnych, król przyrzekł kreować dostatecznie wielu nowych parów, aby zapewnić przejście Ustawy o parlamencie w Izbie Lordów. 16 listopada Asquith udał się do pałacu Buckingham po królewską odpowiedź. Wielce zakłopotany król zapytał, czy premier poprosiłby o to samo jego ojca. "Tak jest - powiedział Asquith - a ojciec pański wyraziłby zgodę". Król, choć niechętnie, zgodził się. Z tą obietnicą w zanadrzu - na razie utrzymywaną w tajemnicy - Asquith poprowadził swoją partię do grudniowych wyborów, drugich wyborów powszechnych jednego roku. Mimo podniecenia w Westminsterze, kraj zdawał się być jeszcze bardziej znudzony niż w styczniu. Do urn poszło pięćset tysięcy mniej uczestników niż poprzednio, a wyniki były niemal takie same: Liberałowie stracili dwa miejsca i wrócili do Izby z 272 posłami. Konserwatyści zyskali dwa miejsca i powrócili do Westmisnteru również z 272 głosami. Jak poprzednio, o równowadze decydowali nacjonaliści irlandzcy (84 miejsca) i labourzyści (42 miejsca), którzy mieli głosować wraz z rządem.
Nic już nie mogło ocalić Izby Lordów. Asquith miał szczególny mandat udzielony mu przez kraj, większość w Izbie Gmin oraz tajną obietnicę króla kreowania nowych parów. W lutym 1911 Ustawa o parlamencie została przedłożona Izbie Gmin. W maju ustawa została uchwalona i przekazana do Izby Lordów. Ciągle nie wiedząc, że król obiecał w tajemnicy, iż jeśli będzie trzeba, pogrąży ich w ich własnej izbie, parowie potraktowali ustawę z tradycyjnym lekceważeniem, odsyłając ją do komisji, gdzie została dostatecznie zniekształcona przez poprawki, aby móc traktować ją jako nieszkodliwą. 18 lipca Lloyd George złożył wizytę Balfourowi i ujawnił obietnicę uzyskaną od króla w grudniu ubiegłego roku. Balfour i Lansdowne natychmiast zrozumieli, że zostali pokonani; najlepsze co mogli jeszcze uzyskać, to możliwość kapitulacji z wdziękiem. W celu przekonania swoich stronników, Lansdowne poprosił premiera, aby ten wyraził swoje intencje na piśmie. 20 lipca pan Asquith spełnił tę prośbę, wysyłając dwa jednobrzmiące listy do przywódców Unionistów w obu izbach:
Drogi lordzie Lansdowne (panie Balfour),
Uważam za rzecz słuszną oraz czyniącą zadość wymogom grzeczności, zawiadomić pana, zanim jakiekolwiek decyzje zostaną ogłoszone publicznie, [...] że jeśli zaistnieje taka konieczność, rząd zaleci królowi, aby skorzystał ze swoich prerogatyw w celu zabezpieczenia przejścia Ustawy o parlamencie w zasadniczo takim samym kształcie, w jakim opuściła ona Izbę Gmin;
Jego Królewska Mość miał przyjemność podkreślić, że będzie uważał za swój obowiązek zgodzić się i działać zgodnie z tym zaleceniem.
Szczerze pański,
H. H. ASQUITH
Następnego ranka, 21 lipca, lord Lansdowne przyniósł list premiera na spotkanie dwustu parów unionistycznych w Grosvenor House, londyńskim dworze diuka Westminster. Lansdowne odczytał list Asquitha i powiedział, iż uważa, że rząd nie blefuje56. Zalecał, dla uniknięcia rozcieńczenia szeregów parów i pomniejszenia rangi parostwa, aby Izba Lordów przyjęła ustawę w takiej postaci, w jakiej została przesłana z Izby Gmin. Wskazał, że tak czy tak, Izba Lordów utraci swoje prawo weta.
Argumentacja lorda Lansdowne nie przekonała pewnej liczby jego utytułowanych słuchaczy, którzy zadeklarowali się jako nieprzejednani przeciwnicy uchwalenia ustawy bez względu na konsekwencje. Lord Curzon, były wicekról Indii, samemu będąc parem świeżego wylęgu, zatem skłonnym przeciwstawić się dewaluacji ostatnio dostąpionego zaszczytu, zbuntował się przeciw rządowi, monarsze i lordowi Lansdowne okrzykiem: "Niech sobie robią swoich parów. Umrzemy w ostatnim okopie zanim się poddamy!", tym samym nadając śmiertelnym przeciwnikom ustawy przezwisko "Okopowcy". Opór "Okopowców" koncentrował się wokół krępej, obdarzonej rumianą twarzą postaci lorda Halsbury, osiemdziesięcioośmioletniego (dożył dziewięćdziesięciu ośmiu lat) byłego lorda Kanclerza, który pracą w charakterze prawnika wybił się aż do Worka Wełny i hrabiostwa a który, jak powiadał jeden z jego zwolenników, "nieodmiennie i dla zasady sprzeciwiał się wszelkim zmianom". Lord Halsbury zdążył już ogłosić, że będzie głosował przeciwko ustawie "ze świętego obowiązku wobec Boga i kraju". W Grosvenor House krzyczał, że złoży taki głos "nawet gdyby był jedyny, ale się nie podda". Przynajmniej sześćdziesięciu "Okopowców" stało za owym gladiatorem wagi koguciej i uważano, że ich liczba wzrasta.
Ci, którzy poparli lorda Lansdowne znani byli jako "Asekuranci"57. A nikt nie asekurował się staranniej niż Arthur Balfour. Być może dlatego, że wyczuwał, iż cokolwiek powie, i tak nie odstraszy lorda Halsbury58. Może dlatego, że po trzydziestu latach sprawowania przywództwa partii był już zmęczony i pragnął wycofać się elegancko i zająć innymi sprawami, może wreszcie dlatego, że dla Arthura Balfoura polityka nigdy nie była czymś więcej niż grą. Zapewne dla wszystkich tych powodów naraz Balfour bardzo niechętnie dawał się wciągnąć w rozgrywkę. Nie chcąc pokazywać się rozeźlonym parom, miał zgodzić się tylko na napisanie listu do "Timesa": "Zgadzam się z lordem Lansdowne i jego przyjaciółmi - oznajmiał - Zawsze stałem przy boku lorda Lansdowne i jestem gotów, jeśli będzie trzeba, razem z nim upaść". Było to stwierdzenie człowieka, który wiedział, że niedługo zostanie pobity i akceptował to. W ultratorysowskich klubach Londynu i na weekendowych przyjęciach w wiejskich pałacykach coraz głośniej dawał się słyszeć okrzyk "B.M.O. - Balfour musi odejść!".
Rezygnacja Balfoura z przywództwa objawiła się najwyraźniej podczas sceny, kiedy to Asquith stał się ofiarą najgłośniejszego publicznego upokorzenia, jakiego kiedykolwiek w historii parlamentu doznał brytyjski premier. 24 lipca Asquith wstał z miejsca w Izbie Gmin, aby oznajmić o królewskim przyrzeczeniu i wyjaśnić, jaki będzie ono miało wpływ na uchwalenie Ustawy o parlamencie. Opozycja, będąc przekonana, że rząd wymusił owe przyrzeczenie na królu i zawziął się zniszczyć nie tylko Izbę Lordów, ale także system klasowy, prywatną własność, Kościół Anglikański - wszystko to, co od stuleci czyniło Anglię "przyjemnym, zielonym krajem" - nie chciała dopuścić go do głosu. Z siedzeń za plecami Balfoura Unioniści krzyczeli: "Zdrajca!". Był to zaledwie początek istnej kanonady kalumni. Gdy tylko wściekłość zdawała się nieco ustępować i Asquith rozpoczął zdanie, natychmiast tonęło ono w pohukiwaniach i szyderstwach: "Zdrajca!", "Dyktator!", "Kto zabił króla?". Lord Hugh Cecil, syn lorda Salisbury, w kółko wstawał i darł się: "Zhańbiłeś swój urząd!". Pewien poseł, labourzysta, gapił się dłuższy czas na lorda Hugha, wreszcie podniósł się i odkrzyknął: "Wielu zostało uznanych za wariatów za mniej niż połowę tego, co szlachetny lord wyczynia dzisiejszego popołudnia!". Przez czterdzieści pięć minut Asquith stał obok skrzynki na depesze, oczekując, aby dane mu było przemówić. Margot Asquith, będąca na galerii i płonąca z furii, skrobnęła notatkę i przesłała ją na dół, do Sir Edwarda Greya, który siedział za Asquithem na ławie rządowej: "Na miłość boską, brońże go przed tymi chamami!". Grey nie był w stanie nic zrobić i, smętny, podarł kartkę. Ostatecznie premier się poddał. "Nie mam zamiaru tak się poniżać" - powiedział i usiadł. Harmider trwał nadal, z obu stron poszły w ruch pięści, aż w końcu spiker Izby przerwał posiedzenie.
Przez całe owo popołudnie Arthur Balfour siedział rozwalony na frontowej ławie opozycji, nie biorąc udziału w burdzie, lecz nie czyniąc także nic, aby ją przerwać. Niektórzy z obserwatorów twierdzili, że widzieli na jego twarzy troskę, inni znów, że wyglądał na oburzonego. Mimo to, czy to z powodu znużenia, czy poczucia, że istnieją przyjemności - na przykład w filozofii - przewyższające udział w takiej scenie albo wreszcie z czystej obojętności, Arthur Balfour nie ruszył palcem.
W końcu, aby ocalić Izbę Lordów przed śmiesznością, Lansdowne przekonał większość parów unionistycznych, by powstrzymali się od głosowania nad ustawą. Głosowanie miało się więc sprowadzić do rozgrywki liberałowie kontra "Okopowcy". Nawet wtedy wydawało się, że ustawa musi paść, lordowi Halsbury bowiem udało się powiększyć liczbę swoich adherentów. W dniu głosowania, 10 sierpnia, przy temperaturze stu stopni59 - największym upale zarejestrowanym w Anglii od siedemdziesięciu lat, wielu "Okopowców" nadal wierzyło, że groźba rządu odnośnie do powołania nowych parów jest "czystym blefem". Lord Morley, liberał, który postawił wniosek o głosowanie nad ustawą, próbował ich wyprowadzić z błędu: "Muszę tu powiedzieć, że każdy głos oddany dzisiejszego wieczora przeciwko mojemu wnioskowi jest głosem za szybkim powołaniem znacznej liczby parów". Okazało się w końcu, że to lord Curzon, nienawidząc tego co miał uczynić, ocalił Izbę Lordów od najazdu liberalnych "kupczyków". Gdy doszło do chwili podjęcia ostatecznej decyzji, z ponurą miną poprowadził trzydziestu siedmiu unionistycznych parów do lobby za ustawą w wersji rządowej. Dołączyło do nich osiemdziesięciu jeden liberałów i trzynastu biskupów; przeciwnych było 114 "Okopowców"; ostateczny wynik brzmiał 131 do 114. Ustawa o parlamencie stała się prawem i Izba Lordów straciła prawo zgłaszania weta. "Okopowcy" aż "gotowali się z wściekłości". Lady Halsbury gwizdała z galerii, gdy ogłaszano wyniki głosowania, a następnie odmówiła podania ręki lordowi Lansdowne. Tego wieczoru w Carlton Club parowie głosujący z lordem Curzonem za rządem musieli wytrzymać rzucane im w twarze okrzyki "Zdrajca!" i"Judasz!".
To, co rozegrało się w Izbie Gmin 23 lipca, było ponad wytrzymałość Arthura Balfoura. 9 sierpnia, na dwa dni przed szczytowym głosowaniem w Izbie Lordów, przywódca opozycji opuścił Anglię, aby spędzić wakacje w Alpach Austriackich. Tam wśród "wodospadów, sosen i przepaści" Badgastein oddał się refleksjom nad własnym życiem, którego przeżywał rok sześćdziesiąty czwarty. Polityka wydawała mu się "nadzwyczaj wstrętna"; oto był czas, by poświęcić się filozofii; miał już na myśli nieduży artykuł. Tej jesieni po powrocie do Anglii elegancki książę Izby Gmin zrezygnował z przywództwa Partii Unionistów. Jego następcą został urodzony w Kanadzie producent stali z Glasgow nazwiskiem Andrew Bonar Law.
Gdy w listopadzie 1908 roku Asquith odciągnął na bok Balfoura, aby mu powiedzieć, iż zachowania się Niemiec nie można wytłumaczyć niczym innym niż tym, że "wewnętrzna sytuacja Niemiec jest tak niezadowalająca, iż może to ich pchnąć do najdzikszych przedsięwzięć", to mówił o burzliwych następstwach afery Eulenburga oraz wywiadu, jaki kaiser udzielił dziennikowi "Daily Telegraph". Nagłówek w londyńskim "Timesie" krzyczał: "SKANDALE NA DWORZE PRUSKIM", zaś reporterzy z całej kuli ziemskiej przesiadywali w berlińskiej sali sądowej, pisząc historie, które otoczyły kręgi przywódcze Cesarstwa Niemieckiego aureolą sensacji. Zanim wydarzenia te dobiegły końca, ich skutki przetoczyły się przez społeczeństwo niemieckie niczym fala uderzeniowa po wybuchu, kaiser dwukrotnie załamał się nerwowo, zaś kanclerz Rzeszy oznajmił w Reichstagu: "Jest rzeczą fałszywą i głupią przypuszczać, że z powodu tego, iż niektórzy członkowie socjety mają pewne słabości, to cała szlachta jest przegniła a armia zniszczona".
Polityka dyplomatyczna tandemu Bülow - Holstein, polegająca na grożeniu Francji wojną z powodu Maroka, próbie rozbicia ententy anglo-francuskiej, zanim ta zapuściła korzenie, zakończyła się spektakularnym fiaskiem. Kaiser, który z radości po upadku Delcasségo uczynił Bülowa księciem, był sfrustrowany i zły. Ktoś musiał za to wszystko zapłacić. Bülow, który przyjął strategię Holsteina, kierował nią i zbierał jej owoce tak długo, jak długo okazywała się skuteczna, teraz zdecydował, że to nie on będzie kozłem ofiarnym.
Wiosną 1906 roku, podczas upokorzenia w Algeciras, osobista pozycja Holsteina w Berlinie uległa pogorszeniu. W styczniu zmarł minister von Richthofen, którego Holstein przywykł ignorować, i został zastąpiony przez Heinricha von Tschirschky'ego, przyjaciela kaisera, którego Holstein nie lubił. Tschirschky odwzajemniał te uczucia. Po Algeciras Bülowowi i Tschirschky'emu równocześnie przyszło na myśl, że oto nadarza się okazja, by całkowicie pozbyć się Holsteina. Pierwszy radca, świadomy wstrząsów pod swoim stołkiem, uciekł się do typowej dla niego taktyki: 2 kwietnia wręczył Bülowowi swoją rezygnację. 4 kwietnia Bülow powiedział Holsteinowi, że nie uczyni niczego, zanim nie przedyskutuje sprawy z kaiserem. 5 kwietnia, zanim jeszcze mógł się spotkać z Wilhelmem, Bülow zasłabnął w sali Reichstagu, został odwieziony do domu i położony do łóżka. To właśnie z łóżka kanclerz poinstruował Tschirschky'ego, żeby ten przesłał rezygnację Holsteina do cesarza z rekomendacją, aby ją przyjąć. Gdy Wilhelm otrzymał dokument, natychmiast go podpisał.
Holstein, oszołomiony nagłym upadkiem, szybko obrócił swoje szerokie możliwości, aby wyniuchać, kto też mógł to wszystko na niego sprowadzić. Bülowa odrzucał. Kanclerz był niegdyś jego protegowanym, a potem sojusznikiem przez trzydzieści lat. Bülow zawsze też okazywał wyszukany szacunek wobec szczególnej roli, jaką Pierwszy Radca odgrywał na Wilhelmstrasse; poza tym Bülow był przecież w domu, w łóżku. Tschirschky, o czym Holstein dobrze wiedział, nie był zdolny namówić kaisera do takich wyczynów. Potem Holstein dowiedział się, że 17 kwietnia, w dniu złożenia przez Wilhelma kontrasygnaty na rezygnacji, na lunchu w pałacu był obecny książę Philip von Eulenburg. Dalej już Holstein nie szukał. Ów przyjaciel kaisera, który w latach dziewięćdziesiątych pomagał obalać kanclerzy i sekretarzy stanu, raz jeszcze skorzystał ze swojej osobistej władzy nad cesarzem. Holstein był przekonany, że jego wrogiem jest książę Philip von Eulenburg.
Jak sam mawiał, największy wpływ na Philipa von Eulenburga w całym jego życiu wywarła matka. Aleksandryna von Rothkirch - Eulenburg była kobietą obdarzoną artystycznym temperamentem, która zachwycała się muzyką i wykazywała znaczne umiejętności jako malarka-amatorka. To po matce odziedziczył Philip swój entuzjazm wobec natury, sztuki, muzyki i poezji oraz pragnienie bliskich przyjaźni. Hrabina von Eulenburg dożyła chwili, gdy jej syn miał pięćdziesiąt pięć lat i spędzała przy nim tyle czasu, ile tylko było możliwe. Gdy się rozstawali, pisywali do siebie codziennie.
Ojciec Eulenburga był staroświeckim, ciężko doświadczonym Prusakiem, byłym żołnierzem, który niewiele dobrego widział w artystycznych upodobaniach swojej żony i dzieci. Wobec ojca Philip był zamknięty w równym stopniu, w jakim był otwarty wobec matki. "Nigdy nie potrafiłem ująć w słowa - napisał później - ile znaczył dla mnie w dzieciństwie świat fantazji. [...] Wąski światek, w jakim żyli wtenczas moi rodzice, wieczne utyskiwania mojego ojca w sprawie ograniczenia wydatków napawały mnie wstrętem".
Jako dziedzic junkra, młody hrabicz von Eulenburg miał także zostać żołnierzem, więc Philip wstąpił jako kadet do Garde du Corps (Pułku Królewskiej Straży Przybocznej) w Poczdamie. Nie potrafił się tam odnaleźć i nienawidził "udręki doznawanej od nie postępujących fair, ograniczonych i gruboskórnych zwierzchników". Gdy wybuchła wojna francuskopruska i pułk udał się na front, jego dowódca zostawił go na tyłach. Ostatecznie Eulenburg został przeniesiony na stanowisko sztabowe, gdzie zdołał oczarować swojego dowódcę do tego stopnia, że oficer ów załatwił dla niego Krzyż Żelazny za dzielność, choć Philip ani razu nie brał udziału w walkach. Gdy wojna się skończyła, matka uzyskała dla niego od ojca pozwolenie, aby opuścił armię. Poszedł na uniwersytety w Lipsku i Strasburgu, uzyskał doktorat z prawa i choć bez entuzjazmu, zaczął pracować w sądach. Mając dwadzieścia osiem lat ożenił się ze szwedzką hrabianką, która w ciągu jedenastu lat urodziła mu ośmioro dzieci. Małżeństwo było dla Eulenburga ciężką próbą i karą boską. Jego żona, jak mawiał jeden z przyjaciół, była "okropnie nudna". "Jej rozmowa była do niczego - powiadał inny - Była całkiem przyćmiona przez wspaniałego Phili, na którego spoglądała z ubóstwieniem, miłością i zachwytem". "Nie bardzo lubię życia rodzinnego - powiadał Eulenburg - Rad chadzam swoimi drogami".
Eulenburg przerzucił się na karierę dyplomatyczną, uważając, że profesja ta da mu więcej czasu na rozwój artystyczny. "Moja oficjalna kariera jako dyplomaty była dla mnie udręką - powiedział później - Będąc artystą w każdym calu, ponadto pewnym sukcesu, jak doprowadzone do ostateczności zwierzę walczyłem z ojcem, który na starą pruską modłę nie doceniał niczego poza oficjalnie uznawaną drogą kariery, zaś wszelką działalność artystyczną uważał za coś, co dla hrabiego Eulenburga może stanowić tylko rozrywkę lub zabawkę". W Ministerstwie Spraw Zagranicznych pojawił się w wieku trzydziestu lat dzięki przyjaźni z Herbertem Bismarckiem. (Siostra Eulenburga, Adda, była bliską przyjaciółką córki kanclerza, Marii). Podczas nieszczęsnego romansu Herberta z księżną Elizabeth Carolath, Eulenburg odgrywał podwójną rolę: dla chorego z miłości syna był bliskim przyjacielem, któremu wszystko można było wyznać; dla pełnych obaw rodziców - rozsądnym młodzieńcem, który mógł sprowadzić ich syna z powrotem na drogę rozsądku. Potem to właśnie wdzięczny Herbert zasugerował, żeby "drogi Phili" dołączył do niego w służbie dyplomatycznej.
Kariera Eulenburga rozwijała się powoli. Skończył trzydzieści cztery lata, zanim otrzymał pierwszy przydział zagraniczny w 1881 roku, w charakterze trzeciego sekretarza Ambasady Niemieckiej w Paryżu. Jego sześciomiesięczna tura odznaczyła się głównie początkami przyjaźni z drugim sekretarzem ambasady, Bernhardem von Bülowem. Drugą placówką Eulenburga było Monachium, gdzie służył jako pierwszy sekretarz Poselstwa Pruskiego60. Jego obowiązki były lekkie, co pozwoliło mu zanurzyć się w życiu kulturalnym i artystycznym bawarskiej stolicy. Eulenburg obdarzony był znacznymi, jak na amatora, talentami, a we wszystkich dziedzinach był samoukiem. Pisywał opowiadania dla dzieci, które zyskały entuzjastyczne pochwały ze strony dość nieoczekiwanej, bo od Friedricha von Holsteina. Sztuki Eulenburga były wystawiane na zawodowych scenach Berlina i Monachium. Bez formalnego wykształcenia w zakresie architektury zaprojektował sale i pawilony w stylu włoskim na terenie rodzinnych dóbr w Liebenbergu. Najbardziej dumny był ze swojej muzyki. Jego "Rosenlieder" ("Pieśni Róż") miały trzysta wydań w ciągu dwudziestu pięciu lat i zostały sprzedane w łącznym nakładzie 500 000 egzemplarzy. Tworzył też ballady, "Skaldengesänge"61, oparte na sagach nordyckich; owe pieśni i ballady często sam śpiewał swoim przyjemnym głosem. Miał nadzieję, że kiedyś napisze też operę. Będąc jeszcze w Paryżu, odśpiewał jedną ze swych kompozycji sławnemu zawodowemu śpiewakowi, który usilnie radził mu, aby studiował kontrapunkt. Urażony Eulenburg powiedział Bülowowi, gdy wychodzili od śpiewaka: "Już ja zadbam o to, aby nigdy nie studiować kontrapunktu. Podcięłoby to tylko moje skrzydła geniusza".
Wszystkie te jego talenty, w połączeniu ze wspaniałym darem konwersacji i gawędziarstwa, spodobały się księciu Wilhelmowi Hohenzollernowi, gdy trzydziestodziewięcioletni Eulenburg spotkał dwudziestosiedmioletniego przyszłego kaisera na polowaniu w maju 1886. Wysoki, z szerokim czołem, starannie przyciętą bródką, obdarzony wielkimi, wyrazistymi oczami, Eulenburg natychmiast podbił młodszego mężczyznę. Gdy Philip siedział przy fortepianie, grając i śpiewając, Wilhelm odwracał stronice nut. Począwszy od tamtego lata, Wilhelm i Augusta często zapraszali go do Reichenhall, gdzie, jak to później ujął Wilhelm, Eulenburg "zwykł ożywiać nasze wieczory grą na fortepianie i śpiewaniem ballad. Jedna z jego najlepszych kompozycji, "Zatopienie Atlantydy", stała się moim ulubionym utworem muzycznym. Był on, podobnie jak ja, wielkim miłośnikiem natury. Wraz z moją żoną odbywaliśmy z nim długie, inspirujące rozmowy o sztuce, muzyce i literaturze podczas wspólnych spacerów. Szczególnie znał się na włoskim renesansie, a w Monachium miał wielu przyjaciół i znajomych wśród znanych artystów". Wilhelm zauważył, że jego nowy przyjaciel posiada znaczne uzdolnienia do opowiadania różnych historii: "Był jednym z tych szczęśliwców, którym, zwłaszcza w podróży, zawsze musi przydarzyć się coś komicznego. Phili potrafił opowiadać takie historie ku ogólnej wesołości". Już wkrótce Wilhelm przedstawiał Eulenburga swojemu dawnemu nauczycielowi, Hinzpeterowi, jako "mojego przyjaciela od serca, jedynego, jakiego posiadam". "Kiedy tylko przybywał do naszego domu w Poczdamie" - wspominał później Wilhelm - było to niczym potok światła słonecznego wylany na rutynę codziennego życia".
Eulenburg z entuzjazmem reagował na przyjaźń Wilhelma. Jego listy do księcia są kwieciste w stylu. Przyjaźń księcia, mówił "stała się blaskiem mego życia"; list od księcia Wilhelma "złożę wśród moich najcenniejszych skarbów"; wizyta w domu Eulenburga wywołała podobną, zachowaną wypowiedź jego dzieci, że "książę Wilhelm wyglądał "tak przystojnie" w mundurze". Gdy Wilhelm był przygnębiony, Eulenburg okazywał mu współczucie, gdy Wilhelm był podekscytowany, Eulenburg dosypywał pochwał. Wilhelm otrzymał nieprzyjemny telegram: "Był bardzo blady - pisał o tym Eulenburg do swego przyjaciela Bülowa - i spoglądał na mnie, na wpół przestraszony, na wpół zdeprymowany, jakby zadając mi pytanie swoimi pięknymi niebieskim oczami". Gdy jako kaiser Wilhelm wygłosił mowę, to zaraz potem, jak zapisał Bülow, "Phil był tak podniecony, że podbiegł [...] i ucałował obie dłonie Jego Cesarskiej Mości ze słowami, "Jestem pod wrażeniem! Jestem wstrząśnięty!"".
Obaj Bismarckowie aprobowali tę przyjaźń. "Bardzo użyteczne, żeś udał się do księcia Wilhelma - pisał Herbert do Eulenburga w sierpniu 1886 - Ma on o tobie wielkie mniemanie i pieje z zachwytu na twój temat na wszelkie możliwe sposoby. Powinieneś to wykorzystać i [...] rozmawiać z nim, aby zdobyć na niego wpływ. A to dlatego, żeby owo burzliwe napięcie, jakie jest widoczne w większości jego opinii, tonować coraz bardziej, tak aby spojrzenie poczdamskiego porucznika stopniowo ustąpiło refleksjom męża stanu. Z wyjątkiem tej sprawy, książę jest istną perłą". Pod koniec lata, dwaj przyjaciele, Wilhelm i Philip, wyprawili się wspólnie do Bayreuth, aby wysłuchać "Tristana i Izoldę" oraz "Parsifala", a także spotkać się z rodziną Wagnera, którą Eulenburg znał już wcześniej. Ponownie Herbert Bismarck pisał do niego z aprobatą: "Zamierzasz więc być w Bayreuth z Wilhelmem. [...] Mam nadzieję, że odwrócisz jego uwagę, aby wagnerowskie puzony nie zniszczyły mu i tak kiepskiego ucha swoimi pełnymi niezgody tonami. Sześć godzin Muzyki Przyszłości spowodowałoby zapalenie nawet moich bębenków. Zawsze się obawiam, że książę z czymś przesadzi, tak przecież energiczny jest we wszystkim, co robi. Trzeba temu zapobiegać, ponieważ jego zdrowie ma nieocenione znaczenie dla narodu niemieckiego".
W tym czasie, gdy ojciec księcia Wilhelma, kronprinz Fryderyk był w najwyraźniej dobrym zdrowiu, wydawało się rzeczą nieprawdopodobną, aby zdrowie księcia Wilhelma miało wiele znaczyć dla narodu niemieckiego przez ładnych parę lat. W istocie zaledwie dwadzieścia cztery miesiące później, młodzieniec miał zostać niemieckim cesarzem. Nawet wtedy, Bismarckowie nadal aprobowali tę przyjaźń. Gdy Wilhelm, już jako kaiser, tworzył grupę która miała mu towarzyszyć w jego pierwszym rejsie do fiordów Norwegii, Herbert zasugerował, aby Eulenburg pojechał. "Twój wpływ na Jego Cesarską Mość jest doskonały" - powiedział mu. Unikalne relacje Eulenburga, jako przyjaciela od serca kaisera, a równocześnie zaufanego powiernika obu Bismarcków, skończyły się w marcu 1890 roku wraz z dymisją kanclerza. W wielkiej schizmie, jaka podzieliła społeczeństwo i biurokrację w latach dziewięćdziesiątych, Eulenburg wybrał Wilhelma. Gdy uczestniczył w pogrzebie Ottona von Bismarcka w 1897 roku, podszedł do Herberta, aby złożyć mu wyrazy współczucia. Herbert z ostentacyjnym chłodem odwrócił się do niego plecami.
Gdy Wilhelm wstąpił na tron, Eulenburg obawiał się, że koniec z przyjaźnią, lecz nowy monarcha go uspokoił. "Nigdy nie marzyłbym nawet o tym, że właśnie mój kaiser będzie jedyną osobą, która potrafi zrozumieć [...] moją wrażliwość" - pisał Eulenburg do Wilhelma. Bliskie stosunki z młodym, apodyktycznym cesarzem, szybko zapewniły Eulenburgowi kluczową rolę w rządzie cesarstwa. Gdy Caprivi zastąpił Bismarcka, zaś Marschall został sekretarzem stanu, Holsteinowi przypadła dominująca rola w Ministerstwie Spraw Zagranicznych. Wilhelm i Pierwszy Radca-samotnik nie znali się, więc zadanie pośredniczenia między nimi spadło na Eulenburga, którego nieoficjalnym tytułem stało się określenie "ambasador Rządu Niemieckiego przy Kaiserze". W 1890 roku Marschall, nominalnie zwierzchnik Eulenburga - Eulenburg służył wtenczas jako pruski minister przy niemieckim państewku Oldenburg - tak oto wyrażał uznanie dla jego wpływów: "Jeśli do pewnego stopnia czuję, że warto się brać do pracy, zawdzięczam to uczucie w znacznej mierze uprzejmym i serdecznym słowom, jakie jest pan łaskaw do mnie kierować. Na zaufanie i przyjazne uczucia, jakie mi pan okazuje, odpowiadam z głębi serca płynącą prośbą, by w razie zaistnienia takiej konieczności nadal mi pan pomagał słowem i uczynkiem jak również swobodnie okazywanym krytycyzmem".
Holstein pisywał do Eulenburga niemal codziennie, żądając pomocy w sterowaniu kaiserem: "Może Jego Cesarska Mość mógłby powiedzieć [...]"; "Użytecznym tematem rozmowy byłoby [...]"; "Mógłby pan zasugerować Jego Cesarskiej Mości, aby [...]"; "Musi pan wygłosić ostrzeżenie przed [...]". Holstein motywował Eulenburga mieszanką wdzięczności i obawy o pozycję kaisera: "Pański dzisiejszy list [...] stwarza mi nadzieję, że z pańską pomocą ciągle możemy pohamować cesarza - bez niej - nie będziemy w stanie..."; "Przyczyną, dla której uważam za swój obowiązek poinformować pana we właściwym czasie, jest to, że sprawa dotyczy osobistego prestiżu pańskiego cesarskiego przyjaciela. Prestiż ten w żadnym wypadku nie wzrasta - raczej przeciwnie. Kraj nie traktuje go poważnie".
Eulenburg prowadził swoją "ambasadę przy Cesarzu" głównie za pomocą listów; gdy sprawa była pilna, ruszał w podróż do Berlina. Eulenburg spotykał także kaisera regularnie podczas dorocznego Kaiserjagd (Polowania Cesarskiego) w Rominternie; na polowaniach w jego własnych dobrach Liebenberg w pobliżu Berlina; żeglując na pokładzie "Meteora" podczas Tygodnia Kilońskiego (jedynym zdjęciem na biureczku Wilhelma w jego ciasnej kabinie było zdjęcie Eulenburga), a także podczas corocznych, czysto męskich rejsów na wody Norwegii w lipcu. Podczas tych wilhelmińskich wakacji Eulenburg cieszył się szczególnymi przywilejami. Jego kabina na "Hohenzollernie" zawsze była położona obok cesarskiej. Gdy Wilhelm wzywał swoich podstarzałych generałów na pokład na poranną gimnastykę, kiedy to kazał im kucać, aby móc zajść któregoś znienacka od tyłu i popchnąć, by ten rozciągnął się jak długi, Eulenburg był nieobecny. "Cesarz nigdy mnie nawet nie dotknął - powiedział - Wie, że bym tego nie zniósł". Podczas polowań, kiedy wszyscy byli zmuszeni ubrać zielone dworskie stroje myśliwskie, z dławiącymi noszących wysokimi, sztywnymi kołnierzami oraz wysokimi brązowymi butami, jeden Eulenburg odważał się rozpiąć swój kołnierz, aby móc oddychać.
Wielki wpływ, jaki Eulenburg wywierał na kaisera w połowie lat dziewięćdziesiątych, doprowadził do spekulacji, że może on być mianowany sekretarzem stanu lub nawet kanclerzem. Eulenburg zaprzeczał tym pogłoskom, wyjaśniając, że jakiekolwiek oficjalne stosunki z cesarzem "zniszczyłyby moje wpływy". W roku 1894, gdy Caprivi stawał się coraz słabszy i nazwisko Eulenburga zaczęło się pojawiać w charakterze następcy, ten błagał kaisera, aby nigdy nawet nie prosił go o przyjęcie urzędu. Wilhelm się roześmiał. "Zgadzam się z tobą, że przynajmniej pod jednym względem całkowicie się nie nadajesz na stanowisko kanclerza Cesarstwa - masz zbyt dobrą naturę".
Eulenburg czuł się swobodnie, odmawiając także objęcia wymagającej roli sekretarza stanu, zwłaszcza że znalazł sobie bliskiego przyjaciela - swoje alter ego - który mógł ją objąć zamiast niego. Bernhard von Bülow, paryski kolega Eulenburga, był ambitny i miał tę żądzę władzy, której brakowało Eulenburgowi. Od samego początku Bülow widział w Eulenburgu użytecznego przyjaciela. "Szybko znalazłem się pod urokiem "Philiego" Eulenburga" - pisał Bülow o wczesnych latach ich znajomości. Nieco później, powiedział Bülow, Eulenburg stał się "najbliższym memu sercu przyjacielem". Szybko też Eulenburg postawił swoje talenty na usługi Bülowa. Gdy ten ostatni czynił manewry, żeby ożenić się z rozwiedzioną hrabiną Marią Dönhoff, Eulenburg starał się załagodzić sprawy na Wilhelmstrasse. Gdy w 1888 roku Bülow został posłany do Bukaresztu, gdzie tkwił zapomniany przez pięć lat, to właśnie w Eulenburgu upatrywał ocalenia. Bülow rozumiał wylewną naturę Eulenburga i odpisywał mu podobnym językiem: "Wielce się stęskniłem za twoim widokiem, najdroższy Philipie"; "Nic, nigdy nie potrafi nas rozdzielić"; "w głębi naszych dusz myślimy i odczuwamy podobnie [...] od czasu gdy cię poznałem [...] pokochałem cię z głębi serca". W 1893 roku, gdy krążyły gadki, że Eulenburg zastąpi Marschalla na stanowisku sekretarza stanu, Philip dzielił się swoimi zastrzeżeniami z Bernhardem: "Taka zmokła kura jak ja, raptem zamieniona w orła. Już słyszę sam siebie, jak gdaczę, zamiast rwać pazurami, i widzę, jak znoszę jajko, zamiast z płonącymi oczami siedzieć na szczycie dachu na Wilhelmstrasse 76. Sprawa jest poza dyskusją". Bülow z oburzeniem odrzucał taką samoocenę: "Uważam cię - a piszę to nie jako przyjaciel, a całkiem bezstronnie - za idealnego sekretarza stanu. Nie biegałbyś w kółko po podwórku jak jakaś kura, lecz raczej jak wierny, mądry i szlachetny pies, strzegący drzwi cesarza. Posiadasz [...] intuicyjny geniusz [...] całkowite zaufanie ze strony Jego Cesarskiej Mości [...] wielkie nazwisko, urok towarzyski - mówiąc krótko, posiadasz wszystko".
Bülow rozumiał także konieczność odzwierciedlania gorącego podziwu, jakim Eulenburg darzył Wilhelma II. "Nie potrafimy okazać naszej wdzięczności za to, że mamy monarchę, który zawsze przypomina mi bohaterskich [...] cesarzy naszego średniowiecza - pisał do Eulenburga w sierpniu 1890 - Osobowość cesarza bez wątpienia staje się z każdym dniem coraz bardziej frapująca". Naturalnie, Eulenburg był zachwycony, mogąc dopomóc w karierze komuś, kto wydawał się tak serdeczny i mądry. Awans Bülowa, związany z przeniesieniem go w 1893 roku z Bukaresztu do Rzymu, był głównie rezultatem działań Eulenburga. W roku 1895, gdy Bülow spędził w Palazzo Caffarelli zaledwie dwa lata, Eulenburg, który widział karierę przyjaciela jako jeszcze ambitniejszą, napisał do kaisera: "Bernhard jest najbardziej wartościowym ze wszystkich oficjeli, jakich Wasza Cesarska Mość posiada - wręcz przeznaczonym na przyszłego kanclerza Cesarstwa". Wilhelmowi spodobał się ten pomysł. "Bülow będzie moim Bismarckiem" - powiedział Eulenburgowi.
Obaj przyjaciele - Eulenburg był wtenczas ambasadorem w Austrii, Bülow zaś we Włoszech - w 1896 roku spotkali się potajemnie w Tyrolu. Spotkanie, jak pisał później Eulenburg do Bülowa, opierało się "na naszej bezgranicznej miłości dla naszego króla [Prus, tzn. Wilhelma]. Jak na tym skomplikowanym świecie mógłby [...] ktoś zrozumieć tę osobistą, ludzką miłość, jaką żywimy do najlepszego z królów albo też naszą naturalną, z serca płynącą, wzajemną przyjaźń?". W tym czasie Eulenburg pracował wytrwale nad usunięciem Marschalla ze stanowiska sekretarza stanu. "Wasza Cesarska Mość pozwoli sobie przypomnieć, że już w zeszłym roku poczyniłem wszelkie przygotowania do zdymisjonowania Marschalla - pisał Eulenburg do Wilhelma - Wasza Cesarska Mość zdecydował się pozostawić go na urzędzie z powodów oportunistycznych". Wreszcie w czerwcu 1897 roku Eulenburg dopiął swego: Marschall został zdymisjonowany, zaś Bülow wezwany z Rzymu i zrobiony sekretarzem stanu. Bülow odpłacił Eulenburgowi za swój awans listem, o którym wiedział, że mu się spodoba: "Jako osobowość, Jego Cesarska Mość jest czarujący, wzruszający, godny podziwu, nie można mu się oprzeć. [...] Z każdym dniem Cesarz coraz bardziej zdobywa sobie moje serce. Jest tak nadzwyczajny! [...] bez porównania, największy ze wszystkich Hohenzollernów. Łączy on w sobie w sposób, jakiego nigdy dotąd nie spotkałem, najgłębszą i najbardziej oryginalną inteligencję z najtrafniejszym zdrowym rozsądkiem. Posiada wyobraźnię, która potrafi szybować jakby na orlich skrzydłach [...] a na dodatek jeszcze jaka energia! Jaka pamięć! Jaka szybkość i pewność pojmowania!"
Uradowany Eulenburg odpowiadał: "Jesteś ostatnią kartą naszego drogiego, dobrego suwerena. Nikt inny nie potrafiłby - a jeszcze mniej chciałby - tyle dla niego uczynić, co ty. [...] Ktoś inny mógłby mieć geniusz lub erudycję, lecz zawsze brakować mu będzie miłości i lojalności, tej miłości wiernego sługi, która u ciebie przybrała formę miłości ojca do trudnego dziecka. Jak straszliwie samotnym pozostaje cesarz". Gdy Bülow został mianowany kanclerzem cesarstwa, Eulenburg ponownie mu gratulował: "Jedną z najlepszych rzeczy, jakie Bóg sprawił, że mi się przytrafiły, była moja interwencja w twoją karierę - interwencja, którą zawsze uważałem za swoją misję. Ogarnia mnie przeczucie, że po straszliwych sztormach, nareszcie doprowadziłem statek, nazwijmy go "Panowanie Cesarza", do przynajmniej względnie spokojnego kotwicowiska".
Z Bülowem za sterem zmalały bezpośrednie wpływy polityczne Eulenburga, co zresztą, jak powiadał, było jego życzeniem. Podtrzymywał osobistą przyjaźń z kaiserem poprzez udział w corocznych rejsach do Norwegii oraz polowaniach w Rominternie i Liebenbergu. Jego przyjaźń z Wilhelmem stała się, jeśli już, jeszcze bardziej zaborcza. Eulenburg opowiadał Bülowowi, że w Rominternie przeraził się, widząc "pomarszczoną, przedwcześnie postarzałą twarz i siwe włosy" cesarzowej. Podobnie reagował na fakt, że "przez calutką noc, cesarzowa robiła sceny swoim szlochaniem i wrzaskami". Eulenburg był wielce wzburzony. "Powiedział mi z gorączkowym podnieceniem - wspominał Bülow - że cesarzowa jest w takim stanie nerwów, iż byłoby wielce korzystne, gdyby co rychlej została odseparowana od cesarza". Dona jednak pozostała, a Eulenburg nadal odczuwał wstręt. Trzy lata później skarżył się, "że miłość cesarzowej do Jego Cesarskiej Mości jest jak namiętność kucharki do lubego, którego uczucia zaczynają stygnąć. Sposób, w jaki narzuca się ona cesarzowi, z pewnością nie jest metodą utrzymania afektu ukochanego".
W międzyczasie Eulenburg zaczął odczuwać zmęczenie oficjalnym życiem. "Te dziesięć lat harówki dla naszego drogiego Pana kompletnie mnie wyczerpało" - pisał do Bülowa w 1898 roku. W roku następnym zerwał z Holsteinem. Chociaż w 1900 roku Wilhelm wyniósł swego starego przyjaciela do godności księcia, to fortuna zdawała się odwracać od Eulenburga. Jego "słodkie, afektowane uczucia synowskie [...] odpychały" dyplomatycznego kolegę. Sam Eulenburg mówił tak: "W pewnym wieku mężczyźni przechodzą przez okres zmian cielesnych, tak samo jak kobiety". W szczególności dotyczy to, powiadał, "mężczyzn, którzy w swojej wrażliwości [...] mają pewien element kobiecej rozwagi". Matka Eulenburga zmarła w 1902 roku. On sam, trapiony swymi lękami, chorobą serca oraz podagrą, opuścił Wiedeń po ośmiu latach pełnienia funkcji ambasadora i wycofał się do Liebenbergu. Nadal bywał zapraszany na jesienne polowania oraz rejsy do Norwegii, lecz odmawiał ze względów zdrowotnych. Kaiser jednak przybywał zawsze do Liebenbergu na urodziny Eulenburga. "Ponieważ Phili już teraz nie przyjeżdża do mnie - powiedział Wilhelm - muszę pojechać do niego". Całkiem wyjątkowo, jak na ówczesną samotność w Liebenbergu, Eulenburg wybrał się w rejs do Norwegii w roku 1903. Przez całą podróż chorował i poczuł, że wzrósł jego wstręt do tego rodzaju wakacji; opisał wtenczas "Hohenzollerna" jako "ten pływający teatr", gdzie "sprawy przyjmują obrót niczym w najbardziej swawolnej mesie oficerskiej". W roku 1905 Eulenburg wydawał się być w lepszej formie. Tej jesieni rosyjski hrabia Sergiusz Witte, wracający do domu z negocjacji nad rosyjsko-japońskim traktatem pokojowym w Portsmouth w stanie New Hampshire, odwiedził kaisera w Rominternie. Spotkał tam Eulenburga, siedzącego w wielkim fotelu w pozie monarchy, podczas gdy Wilhelm siedział na jednym z bocznych oparć tego samego fotela i z podnieceniem mówił i gestykulował jak podwładny. Wyglądało na to, że Philip Eulenburg, najdroższy przyjaciel kaisera, ponownie podejmuje rolę tego, który obala i promuje ludzi w cesarskich Niemczech.
Gdy już Holstein uznał, że to właśnie Eulenburg doprowadził do jego upadku, natychmiast zapłonął żądzą zemsty. Przez wszystkie lata swojej pracy, tkając pajęczą sieć źródeł informacji, uzyskał dostęp do teczek policyjnych na temat czołowych postaci rządowych. Był świadomy tego, że w latach osiemdziesiątych nazwisko Eulenburga znalazło się na tajnej liście osób podejrzanych o zachowania homoseksualne. 1 maja 1906 roku Eulenburg otrzymał list od Holsteina. Rozpoczynał się on od oskarżenia: "Mój drogi Phili - nie musisz uznawać tego początku za komplement, ponieważ w dzisiejszych czasach nazwać kogoś "Phili" znaczy, no cóż, nic szczególnie pochlebnego. Udało ci się teraz osiągnąć cel, w którym intrygowałeś od lat - moje odejście na emeryturę. A i te wszystkie ataki w prasie to także coś, czego pragniesz". Holstein rzucił także w liście obelgę: "Mam teraz możliwość potraktowania cię tak, jak traktuje się godne pogardy osoby z twoimi osobliwymi cechami".
Eulenburg zrozumiał, że Holstein jest zdecydowany zrujnować go. Uważając to "za sprawę życia i śmierci", zdecydował, że tylko pojedynek może oczyścić jego imię. Wyzwał Holsteina na "wymianę strzałów pistoletowych aż do unieszkodliwienia lub śmierci przeciwnika". Gdy poinformował o tym Tschirschky'ego, sekretarz stanu - wyobrażając sobie skandal, jaki by wybuchnął na wiadomość o tym, że dwóch wybitnych, starszych ludzi, zajmujących niegdyś najwyższe stanowiska w Cesarstwie Niemieckim, próbuje się nawzajem okaleczyć lub pozabijać - "dosłownie runął na swój fotel". Tschirschky błagał Eulenburga, aby ten cofnął wyzwanie "przez wzgląd na Boga i Cesarza". Eulenburg zgodził się to zrobić, jeśli Holstein go przeprosi. 3 maja Holstein napisał: "Po zapewnieniu mnie przez księcia Eulenburga pod słowem honoru, że nie przyłożył ręki, nie działał na rzecz, ani w żaden inny sposób nie przyczynił się do mojej dymisji, niniejszym wycofuję obraźliwe uwagi, jakie wyraziłem wobec niego w moim liście". Mimo tego odwołania, Eulenburg - który niegdyś porównał Holsteina do krwiożerczej łasicy - nie czuł się bezpieczny. "Nie mogę powiedzieć, abym uważał, że ataki Holsteina się skończyły - napisał - Z pewnością zemści się w typowy dla siebie sposób".
Holstein już nad tym pracował. W tym celu zapewnił sobie pomoc człowieka, którym od lat pogardzał, najsłynniejszego dziennikarza Niemiec, Maksymiliana Hardena, założyciela i wydawcy berlińskiego tygodnika socjalistycznego "Die Zukunft" ("Przyszłość"). Tego lata i jesieni, gdy w "Die Zukunft" zaczęła ukazywać się seria krytycznie nastawionych artykułów, Eulenburg zrozumiał, że powstał ów nowy sojusz. Winą za porażkę Niemiec w Algeciras artykuły obciążały szkodliwe i pacyfistyczne wpływy tego, co Harden określał mianem "Okrągłego Stołu z Liebenbergu" - grupkę przyjaciół, jacy spotykali się co roku z cesarzem w tamtejszych dobrach księcia von Eulenburga. Grupa ta, szyderczo pisał Harden, składała się "z samych dobrych ludzi. Oddanych muzyce, poezji, uduchowionych, tak pobożnych, że za lepsze lekarstwo uważają modlitwę niż to, co poradzą im najmądrzejsi doktorzy. [...] W swoich stosunkach, pisemnych i ustnych, okazują się uprzedzająco przyjaźni. Wszystko to byłoby, oczywiście, ich całkiem osobistą sprawą, gdyby nie należeli do kręgu najbliższego kaiserowi i [...] ze swoich widocznych i niewidocznych pozycji nie snuli nici, które duszą Cesarstwo Niemieckie". Harden opisywał Eulenburga, przywódcę tego kręgu, jako "niezdrowego późnego romantyka i jasnowidza", który "z niegasnącym zapałem szeptał i nadal szepcze w ucho Wilhelmowi Drugiemu, że został on wybrany, aby rządzić samemu". "Już od lat - oskarżał Harden - żadne ważne stanowisko nie zostało obsadzone bez [...] pomocy [Eulenburga]", a w tym czasie "zdążył on już zadbać o wszystkich swoich przyjaciół".
Harden miał trzy powody, aby atakować Eulenburga. Dziennikarz sprzeciwiał się skłonności kaisera do władzy osobistej, do czego - jak słusznie przypuszczał - zachęcał cesarza Eulenburg. Zgadzał się też z polityką Holsteina, nastawioną na upokorzenie Francji i rozbicie ententy anglo-francuskiej. Gdy polityka ta została zniweczona w Algeciras, Harden obciążył winą Eulenburga za namówienie kaisera do przyjęcia postawy pojednawczej. Co więcej, Harden sugerował, że z powodu bliskiej przyjaźni łączącej Eulenburga z Raymondem LeCompte, pierwszym sekretarzem Ambasady Francuskiej w Berlinie, Eulenburg przekazywał LeCompte'owi zapewnienia, iż Niemcy nie były przygotowane do poparcia swojej dyplomacji groźbą wojny. Trzeci powód postępowania Hardena był bardziej osobisty, a równocześnie bardziej zjadliwy. LeCompte, jeden ze specjalistów do spraw Niemiec we francuskim Ministerstwie Spraw Zagranicznych, znał Eulenburga jeszcze z dawnych lat w Monachium, a gdy został przydzielony do Berlina, został także zaliczony do grupy zapraszanych na doroczny Kaiserjagd w Liebenbergu. Harden miał dowody, że LeCompte jest homoseksualistą. Dodawszy to do pogłosek, jakie słyszał o Eulenburgu - pogłosek popartych teraz informacjami z teczek Holsteina - Harden tworzył, z początku przez insynuacje, a potem przez coraz bardziej bezpośrednie oskarżenia, obraz kręgu wokół Eulenburga jako co najmniej homoerotycznego, jeśli nie otwarcie homoseksualnego.
Harden poruszał się po niebezpiecznym gruncie. Homoseksualizm był w Niemczech zabroniony, jak zresztą i w całej Europie. W Rzeszy stanowił on przestępstwo kryminalne, karane więzieniem, choć prawo to było rzadko stosowane i egzekwowane. Już jednak samo oskarżenie wystarczało, aby wywołać moralne oburzenie i doprowadzić kogoś do ruiny towarzyskiej. Zwłaszcza dotyczyło to najwyższych warstw socjety. W Austrii arcyksiążę Ludwik Wiktor (znany jako "Luzi-Wuzi"), brat cesarza Franciszka Józefa, miał romans z masażystą i został zesłany na wygnanie. W Niemczech Fritz Krupp, szef gigantycznej firmy zbrojeniowej i przyjaciel kaisera, został oskarżony o pedofilię na Capri i w atmosferze skandalu popełnił samobójstwo. W 1898 roku cień padł już blisko Eulenburga, gdy jego jedyny brat, Friedrich von Eulenburg, oficer kawalerii, został skazany za homoseksualizm i zmuszony do podania się do dymisji z armii. Oburzony kaiser zażądał, aby Eulenburg nigdy więcej nie spotykał się ani nie rozmawiał z bratem. Rozgoryczony Eulenburg powiedział Bülowowi, że nie spełni tego żądania. Przez oskarżanie Eulenburga i jego kręgu z Liebenbergu Harden niebezpiecznie zbliżył się do zaatakowania samego cesarza. Philip Eulenburg był przecież najbliższym przyjacielem Wilhelma, przez ponad dwadzieścia lat. Cóż to mogło oznaczać, jeśli oskarżenia były prawdziwe, a kaiser nic o tym nie wiedział? A jeszcze gorzej, gdyby się okazało, że cesarz wiedział o wszystkim?
Eulenburg zapytał Bülowa, jak powinien zareagować na ataki Hardena. Kanclerz, świadomy, że wendeta Holsteina na Eulenburgu wyrosła z przekonania byłego Pierwszego Radcy, że to Eulenburg był odpowiedzialny za przyjęcie jego rezygnacji przez kaisera, radził przyjacielowi wyjechać na jakiś czas z Niemiec i odczekać, aż sprawy się uspokoją. Ponieważ jego drugi przyjaciel, kaiser, który nie czytywał "Die Zukunft", traktował go równie ciepło jak dawniej, Eulenburg nie skorzystał z tej rady. W październiku cesarz jak zwykle dołączył do swoich przyjaciół w Liebenbergu; w styczniu 1907 wezwał Eulenburga do Berlina, gdzie nadał swojemu "drogiemu Phili" najwyższe pruskie odznaczenie - Order Czarnego Orła.
Harden odczekał ze wznowieniem ataków do kwietnia 1907. Wtedy właśnie opublikował artykuł wymieniający po nazwisku trzech wojskowych, adiutantów kaisera, wszystkich należących do grupy z Liebenbergu i piętnujący ich jako homoseksualistów. Historia ta zaszokowała Berlin, kaiser jednak ciągle nie był niczego świadomy. Wreszcie, korzystając z okazji, gdy byli sami w ogrodach pałacowych, kronprinz Wilhelm pokazał kaiserowi artykuł z "Zukunft" i inne wycinki z prasy. "Nigdy nie zapomnę pełnej bólu i przerażenia twarzy mego ojca, gdy spoglądał na mnie z konsternacją - opisywał to wydarzenie kronprinz - Taka była moralna czystość kaisera, że z trudnością potrafił pojąć, iż możliwe są takie zboczenia".
Wilhelm zareagował szybko. Zażądał natychmiastowej rezygnacji owych trzech adiutantów oraz hrabiego Kunona von Moltkego62, dowódcy wojskowego Berlina, którego Harden także uwikłał w aferę. Jeśli Moltke był niewinny, żądał kaiser, niech natychmiast oskarży Hardena o zniesławienie. Co się tyczyło Eulenburga, także objętego atakami Hardena, cesarz napisał do Bülowa: "Żądam, aby Philip Eulenburg natychmiast poprosił o zwolnienie [ze służby dyplomatycznej]. Jeśli te oskarżenia przeciwko niemu o nienaturalne występki są bezpodstawne, niech złoży mi wyraźną deklarację w tym duchu i podejmie niezwłocznie kroki przeciw Hardenowi. Jeśli nie, to oczekuję od niego natychmiastowego zwrotu Orderu Czarnego Orła i uniknięcia skandalu przez natychmiastowe opuszczenie kraju i zamieszkanie za granicą".
Eulenburg natychmiast złożył rezygnację i odesłał Czarnego Orła. Do Bülowa, którego nadal uważał za przyjaciela, Eulenburg napisał: "Utrata starej przyjaźni cesarza nie była dla mnie okrutnym zawodem, jak mógłbyś oczekiwać, gdyż znam, i to aż za dobrze, charakter tego pilota, który krzyczy "Opuszczać okręt!" na długo przedtem, zanim naprawdę jest to konieczne". Co do oskarżeń Hardena, powiedział: "Wiem, że jestem całkiem niewinny". W swoich "Pamiętnikach" Bülow twierdzi, że na tym etapie wierzył Eulenburgowi: "Byłem przekonany, że wysuwane wobec niego oskarżenia o nienaturalne praktyki były nieuzasadnione. Jego stosunki uczuciowe z żoną i dziećmi, głęboka i namiętna miłość, jaką nadal związana z nim była jego żona, czyniły takie nikczemne twierdzenia jeszcze bardziej potwornymi".
Posłuszni rozkazom cesarskim, Moltke i Eulenburg wystąpili wobec Hardena z oskarżeniem o zniesławienie. Ponieważ obaj byli niegdyś oficjelami rządowymi, poprosili pruskiego prokuratora koronnego, aby wystąpił w ich imieniu; ten zaś odmówił, twierdząc że jest to sprawa osobista. Wtedy Eulenburg się wycofał, Moltke jednak wytrwał. Proces Hardena rozpoczął się w berlińskim Sądzie Grodzkim 23 października 1907. Wydawcę reprezentował Maks Bernstein, prokurator koronny Bawarii, działając jako osoba prywatna. Bernstein natychmiast przeszedł do ofensywy, próbując uwikłać tak Moltkego, jak i Eulenburga w nie kwestionowane przez nikogo działania trójki adiutantów. Opisywane były "niesmaczne orgie" z udziałem żołnierzy elitarnego Pułku Gwardii Przybocznej w domu jednego z oskarżonych adiutantów. Jednemu świadkowi "wydawało się, że rozpoznaje hrabiego Moltke jako jednego z tam obecnych". Inny świadek zeznał, że został dziesięć lat temu wciągnięty do rozpusty przez mężczyznę, który mógł być hrabią Eulenburgiem. Była żona Moltkego oznajmiła, że Eulenburg czołgał się przed nią na kolanach, błagając, aby oddała mu męża. Harden, który, zanim został wydawcą, był aktorem, bardzo sprytnie odgrywał teraz swoją rolę. W pewnym momencie sędzia usilnie namawiał go do ugody "w interesie całego naszego kraju". Harden melodramatycznie skierował swój palec na stojącego w przeciwnym końcu sali sądowej Moltkego i krzyknął: "Pomiędzy tym człowiekiem a mną nie ma na tej ziemi możliwości kompromisu". Bernstein zdobył najwięcej punktów, gdy podkreślił, że cesarz zażądał rezygnacji Moltkego i Eulenburga, a ci natychmiast spełnili to żądanie. Harden został uniewinniony i wyszedł z sali sądowej na ulicę wypełnioną wiwatującymi ludźmi.
Podczas procesu Bülow nadal osobiście pozował na współczującego przyjaciela i powiernika obleganego Eulenburga. W rzeczywistości kanclerz i rząd z rozmysłem dystansowali się od niego. "W tych bolesnych okolicznościach - pisał Bülow do kaisera - musimy przypilnować, aby Korona pozostawała [...] całkowicie odseparowana od całej tej afery". Eulenburg przez cały czas zakładał, że przyjaciel, którego zawsze z całym zaangażowaniem popierał, nadal pozostaje jego przyjacielem. Podczas procesu Harden-Moltke, Eulenburg wielokrotnie pisał do kanclerza, "błagając mnie - mówił Bülow - żebym przypilnował, by jego nazwisko nie wypłynęło w związku ze sprawą; żebym użył wszelkich posiadanych wpływów dla utrzymania go od niej z daleka. "Proszę cię o ochronę i przyjaźń" - cytował Bülow Eulenburga - "Nie błagam dla siebie, lecz dla mojej żony i dzieci. [...] Stań przy mnie, choćby tylko przez wzgląd na nich. [...]Wiem, że jestem całkowicie niewinny"". Bülow przyjmował te apele chłodno, pisząc w swoich "Pamiętnikach": "Jako najwyższy urzędnik Cesarstwa, nie mogłem ingerować w działania niezawisłego sądownictwa"63.
Triumf Hardena był krótkotrwały. 19 grudnia rząd obalił werdykt Sądu Miejskiego z powodów formalnych i nakazał nowy proces. Tym razem Eulenburg został wezwany i pod przysięgą zeznał, że nigdy nie naruszył paragrafu 175 (zakazującego stosunków analnych) Kodeksu Karnego. Naciskany przez Bernsteina, czy nie angażował się w inne akty homoseksualne, Eulenburg oświadczył: "Nigdy nie zrobiłem nic nieczystego"; "Nigdy nie praktykowałem żadnych obrzydliwości". Zostało dowiedzione, że była żona Moltkego kłamała, a zeznania innych świadków w pierwszym procesie zostały zdyskredytowane. Drugi proces zakończył się 3 stycznia 1908 roku, a Harden, uznany za winnego zniesławienia, został skazany na więzienie. Moltke, oczyszczony przez domniemanie, lecz towarzysko zrujnowany, wycofał się do swojej wiejskiej posiadłości.
Harden, uwolniony po apelacji, lecz pokonany przez Moltkego, ponowił swoje ataki na Eulenburga. Książę zeznał pod przysięgą, że nie jest homoseksualistą; gdyby Harden potrafił dowieść, że jednak był, Eulenburg mógłby zostać skazany za krzywoprzysięstwo. W kwietniu 1908 roku Harden założył nową sprawę w Monachium, obiecując dostarczyć dowodów na jawnie homoseksualne zachowania Eulenburga w okresie spędzonym przez niego w bawarskiej stolicy dwadzieścia pięć lat temu. 8 maja zainterweniował Bülow. Rozkazał aresztować swojego dawnego przyjaciela i oskarżyć go o krzywoprzysięstwo. Sprawa została przeniesiona do Berlina. Eulenburg, który cierpiał na kłopoty z sercem i ostry reumatyczny artretyzm, był chory i jego doktorzy wnioskowali, by nie umieszczać go w więzieniu. Osiągnięto w tej kwestii kompromis i książę został na pięć miesięcy zamknięty w berlińskim Szpitalu Miłosierdzia. Gdy 29 czerwca rozpoczął się proces, oskarżony był codziennie przenoszony do sali sądowej na noszach.
Podczas przygotowań do procesu Harden i Bernstein zebrali 145 świadków przeciw księciu Eulenburgowi. Jeden po drugim - złodzieje, szantażyści, osoby chore umysłowo i homoseksualiści - byli doprowadzani do szpitalnego pokoju Eulenburga, aby móc się przyjrzeć księciu w celu identyfikacji. Większość tych świadków została odrzucona zanim jeszcze rozpoczął się proces; pozostało tylko dwunastu. Podczas pierwszego tygodnia postępowania sądowego dwunastka ta stopniała do jedynie dwóch osób. Jedną z nich był mężczyzna mający za sobą trzydzieści dwa wcześniejsze wyroki, od łapownictwa po nieprzyzwoite obnażanie się. Został on zdyskwalifikowany, gdy się dowiedziano, że próbował szantażować księcia Eulenburga nawet już po rozpoczęciu procesu. Teraz pozostał tylko Jacob Ernst.
Powiązania Ernsta z Eulenburgiem sięgały dwudziestu pięciu lat wstecz, do początku lat osiemdziesiątych. Podczas swojej służby na placówce w Monachium Eulenburg wynajął willę nad jeziorem Starnberg, położonym pomiędzy miastem a Alpami. Lubił komponować muzykę i poezję podczas łowienia ryb w jeziorze. Jego wioślarzem podczas tych wycieczek był siedemnastoletni wówczas chłopak - Jacob Ernst. Eulenburg zatrudnił Ernsta, który zdawał mu się niewinnym prostaczkiem, jako służącego w willi i zabierał go ze sobą na wycieczki. Gdy Ernst się ożenił, został mianowany osobą odpowiedzialną za nadzór nad całą willą. Dwadzieścia pięć lat później, podczas procesu, Ernst był ojcem ośmiorga dzieci, częściowo głuchym nałogowym alkoholikiem. Zanim jeszcze wszczęto jakiekolwiek kroki prawne, gdy szeptaną drogą rozchodziły się pierwsze pogłoski o homoseksualiźmie, Ernst - nieświadom swojego przyszłego udziału w aferze - napisał do Eulenburga:
"Czy potrafiłbyś uwierzyć, mój panie książę, że jacyś ludzie na tym świecie mogliby się tak zachowywać wobec tak dobrego człowieka jak pan? Ja nie potrafię. [...] Znam pana przez długi czas, mój panie książę. Zawsze okazywał pan mnie i mojej rodzinie wyłącznie grzeczność i nigdy nie sprawił najmniejszego kłopotu nikomu z nas. Niech się pan nie obawia - wszystko będzie dobrze. Poprosiłem kogoś, aby mi wyjaśnił te paragrafy - to po prostu szokujące mówić takie rzeczy o panu. Taki przecież z pana normalny i zdrowy mężczyzna. Teraz będę kończyć, mając nadzieję, że wybrnie pan pomyślnie z tego skandalu".
Podczas procesu w Monachium Ernst przysiągł, że nigdy nie miał nieprzyzwoitych stosunków z Eulenburgiem. W Berlinie, w ogniu krzyżowych pytań Bernsteina, gdy zagrożono mu konfrontacją ze świadkiem, skazaniem za krzywoprzysięstwo i natychmiastowym odstawieniem do więzienia, Ernst zmienił swoją historię. Przy jednej okazji w 1883 roku, powiedział, Eulenburg zalecał się do niego na łódce, a on się zgodził. Bernstein przedstawił także list Eulenburga do Ernsta, napisany po tym, jak Ernst po raz pierwszy zjawił się przed sądem w Monachium. "Poza tym - pisał w nim Eulenburg - jeśli nawet coś takiego miało kiedyś miejsce, to jest to tak stara historia, że nie istnieje już kwestia kary". Bernstein uznał to za przyznanie się do winy; Eulenburg wyjaśniał, że była to jedynie próba uspokojenia i rozproszenia wątpliwości przerażonego byłego służącego.
Stanowisko Bernsteina opierało się całkowicie na zeznaniach Ernsta. "Harden przesłał do sądu 145 pisemnych oskarżeń przeciwko mnie - pisał Eulenburg do Bülowa - Z nich wszystkich - zdemaskowanych jako kłamstwa, którymi były w rzeczywistości - jedno wystarczyło aby mnie zrujnować". Proces nigdy nie doczekał się końca. Zanim swoje zeznania mogła przedstawić księżna von Eulenburg - "w okresie długich 34 lat, składających się na nasze życie małżeńskie, nigdy nie zauważyłam najmniejszych oznak niczego innego jak całkowicie normalny rozwój emocjonalny oraz tryb życia" - Philip Eulenburg zasłabł w sądzie. Jego noga spuchła paskudnie; lekarze postawili diagnozę zakrzepów krwi i odmówili wydania zgody na dalszy udział Eulenburga w procesie. Sąd przeniósł się więc do Szpitala Miłosierdzia. Zdrowie Eulenburga jednak nadal się pogarszało i proces został przerwany. We wrześniu oskarżony nie czuł się wcale lepiej i proces został zawieszony. Latem 1909 roku sprawa została wznowiona, lecz Eulenburg ponownie załamał się fizycznie i sprawa została odłożona bezterminowo.
W sierpniu 1909 roku Bülow nie pozostawał już u władzy. Pisząc do niego, Eulenburg, ciągle nieświadom roli byłego kanclerza w upadku Holsteina, pozwolił sobie jedynie na łagodne wyrzuty na temat postępowania Bülowa: "Jedna tylko rzecz wydaje się trudna do wyjaśnienia: otóż fakt, że ani oficjalna, ani półoficjalna prasa nie starała się kruszyć kopii po stronie jednego z najwyższych funkcjonariuszy państwa niemieckiego i walczyć z żerującymi na skandalach lub podżegającymi do nich gazetami". Z Rzymu, gdzie mieszkał na emeryturze, Bülow sączył wyrazy współczucia: "Mój drogi Phili: Przez wiele lat pozostawaliśmy przyjaciółmi na najbliższej stopie. Jak zatem mógłbym pozostawać obojętnym wobec twego nieszczęścia? Uczyniłem wszystko, co mogłem, w ramach ograniczeń narzucanych mi przez moje obowiązki kanclerskie, aby zapobiec tym głęboko tragicznym wydarzeniom, które jako człowieka zraniły mnie do samego serca. Zrobiłem wszystko, co w mojej mocy, aby uczynić twoje położenie nieco bardziej znośnym". Podczas pisania swoich "Pamiętników" Bülow zdążył już ustalić swoje poglądy na Eulenburga. Jego przyjaciel, stwierdzał, był człowiekiem o "nienormalnych instynktach", "groźnych skłonnościach" i braku uczciwości erotycznej". Los "biednego Phili", powiadał, nasuwał "oczywiste skojarzenia tak z losem, jak i nienormalnymi skłonnościami [...] Oscara Wilde'a".
Eulenburg mieszkał w samotności w Liebenbergu aż do swojej śmierci w 1921 roku. Przez te dwanaście lat od czasu do czasu wpadali do niego niespodziewanie mianowani przez sąd doktorzy, aby zobaczyć, czy nie jest dość silny, by wrócić do sądu. Ich werdykt zawsze brzmiał: "Książę Eulenburg nie jest w stanie wytrzymać procesu".
Skandal przeraził kaisera, lecz Wilhelmowi brakowało przyjaciół. W październiku 1907, gdy rozpoczynał się pierwszy proces Moltke-Harden, Wilhelm przeżył załamanie nerwowe i spędził dwa dni w łóżku. Na Boże Narodzenie tego samego roku, pisał do Houstona Stewarta Chamberlaina: "To był bardzo trudny rok, który przysporzył mi nieskończoną masę kłopotów. Zaufana grupka przyjaciół została niespodziewanie rozerwana przez [...] bezczelność, potwarze i kłamstwa. Okropnie jest widzieć, jak imiona czyichś przyjaciół ciągane są po wszystkich rynsztokach Europy, nie mogąc, ani nawet nie mając prawa im pomóc". Wilhelm nigdy już nie spotkał się z Philipem Eu-lenburgiem, choć od czasu do czasu słyszano, jak wzdychał: "Biedny Phili". W 1927 roku, dziewięć lat po swojej abdykacji i ucieczce do Holandii, eks-kaiser Wilhelm II napisał do syna Eulenburga, że jest przekonany, iż Philip Eulenburg był "całkowicie niewinny".
Pod koniec października 1907, gdy w Berlinie właśnie zaczynał się pierwszy proces Moltke-Harden, kaiser - zazwyczaj tak spragniony podróży, zwłaszcza do Anglii - stanął przed koniecznością wyjazdu właśnie tam - wyjazdu, którego się obawiał. Wilhelm był wstrząśnięty i rozsierdzony rzekomymi postępkami swoich bliskich przyjaciół, a zarazem śmiertelnie przerażony faktem, że oskarżenia wobec nich zostały opublikowane w prasie światowej. Co myśleli o tym Anglicy? Co też jego angielscy krewni wygadywali o nim za jego plecami? Te pytania stały się nagle pilne, ponieważ razem z cesarzową Augustą miał kaiser niebawem wyruszyć z oficjalną wizytą państwową do Wielkiej Brytanii. Podróż ta, której początek wyznaczono na 11 listopada, była już planowana od kilku miesięcy. Jeszcze w czerwcu Wilhelm napisał do swego wuja, króla Edwarda VII, że niecierpliwie oczekuje, kiedy znów zobaczy zamek Windsor i zazna "rozrywki na świeżym powietrzu w kochanym, starym parku, który tak dobrze znam". Jednakże 31 października Wilhelm zatelefonował do kanclerza von Bülowa, żeby mu powiedzieć, iż uległ wypadkowi. Otóż atak zawrotów głowy zmusił go do wyciągnięcia się na kanapie, na której zasłabł i stoczył się na podłogę. "Głową tak mocno uderzyłem o ziemię, że hałas zaalarmował moją żonę, która przerażona przybiegła do mnie" - powiedział Bülowowi. Z tego też powodu, ciągnął cesarz, chyba nie może teraz nawet myśleć o podróży do Anglii; przekazał już tę wiadomość telegraficznie królowi Edwardowi. W istocie telegram do króla opisywał chorobę nieco odmiennie: "bronchit i ostry kaszel [...] złośliwy atak grypy. [...] Nie czuję się w stanie sprostać wysiłkowi związanemu z realizacją tak uprzejmie przygotowanego dla mnie programu". Król był wściekły: "Nie potrafię nawet powiedzieć, jak bardzo jestem wzburzony" - rzekł do Knollysa. Sir Edward Grey natychmiast zatelegrafował do Sir Franka Lascellesa, ambasadora brytyjskiego w Berlinie, że "mało kto ma wątpliwości, iż decyzja ta zostanie powiązana z ostatnimi skandalami w Berlinie i nic, czego byśmy nie powiedzieli, nie zmieni tego wrażenia". Lascelles przekazał tę wiadomość kanclerzowi i dodał: "Najgorsze zaś, to fakt, że zaledwie godzinę temu byłem w Tiergarten i spotkałem cesarza, który podobno jest tak ciężko chory, galopującego sobie [...] z grupą adiutantów, wszyscy w świetnych humorach".
W swoich "Pamiętnikach" Bülow bez ceregieli stwierdza, że Wilhelm czuł się zbyt zakłopotany, aby się wybrać do Anglii. Po spotkaniu z Lascellesem kanclerz wysłał utrzymaną w ostrym tonie notatkę do kaisera. Wilhelm natychmiast zmienił zdanie. Zaprosił kanclerza, aby przyłączył się do niego wieczorem w teatrze, a tam poinformował Bülowa, że jego niedyspozycja nagle znikła, po czym pozwolił sobie na zdrowy galop, zjadł solidny posiłek i teraz gotów jest już udać się, dokądkolwiek kanclerz sobie zażyczy. Bülow mógł więc poinformować Lascellesa, że kaiser przybędzie do Anglii zgodnie z planem.
11 listopada nad Kanałem i południową Anglią zalegała wyjątkowo gęsta mgła. Jak podawał "Times", gdy "Hohenzollern" zbliżał się do Portsmouth, "eskadra niemiecka i Admiralicja praktycznie bawiły się w kotka i myszkę". Tego samego dnia, nieco później, gdy niemieckie towarzystwo dotarło do zamku Windsor, mgła nadal była tak gęsta, że z okien Sali św. Jerzego nie można było dostrzec przeciwległego krańca Dziedzińca Czworokątnego, gdzie właśnie pojazdy państwowe wjeżdżały przez Królewski Wjazd. Wilhelm, ubrany w swój mundur brytyjskiego admirała, mimo wszystko aż kipiał uczuciami. "Przybywać do Windsoru to jakby zjawiać się w domu - powiedział burmistrzowi miasteczka - Zawsze przyjeżdżam tutaj z radością". Następnego wieczora na oficjalnym bankiecie z udziałem stu osiemdziesięciu gości król Edward pozwolił sobie na figlarną wstawkę do oficjalnego powitania: "Od długiego już czasu oczekiwaliśmy na tę wizytę, lecz ostatnio obawialiśmy się już, że do niej nie dojdzie, w związku z niedyspozycją. Na szczęście Ich Cesarskie Moście wyglądają dzisiaj oboje tak zdrowo, iż mam tylko słabą nadzieję, że pobyt w Anglii mógłby cokolwiek w ich zdrowiu poprawić".
Publicznym wydarzeniem numer jeden tej wizyty było przyjęcie w Londynie. "Słońce i lekka bryza oraz błękitne, lekko upstrzone chmurkami niebo, bardziej przypominające kwiecień niż listopad", witały kaisera, gdy przejeżdżał wśród bijących brawo tłumów i powiewających transparentów z dworca Paddington do Guildhall. Kaisera ujął zwłaszcza jeden, duży transparent, głoszący "BLUT IST DICKER ALS WASSER" ("Krew jest gęstsza od wody"), które to wyrażenie zastosował później w swoim przemówieniu. W mowie tej, z którą zwracał się do lorda Mayora, wspominał swoją pierwszą wizytę w Londynie jako cesarza, w roku 1891, kiedy to przyznano mu Honorowe Obywatelstwo Miasta: "Szesnaście lat temu powiedziałem, że moim celem jest nade wszystko utrzymanie pokoju. Historia, odważam się mieć nadzieję, odda mi tę sprawiedliwość, że od tamtej chwili niezachwianie dążyłem do tego celu. Głównym oparciem i podstawą pokoju światowego jest utrzymanie dobrych stosunków pomiędzy dwoma naszymi krajami i nadal też będę je umacniał, na ile tylko leży to w mojej mocy. Krew jest gęstsza od wody. Pragnienia narodu niemieckiego są zgodne z moimi".
Haldane, który płynnie władał językiem niemieckim, został powołany do spełniania dodatkowych obowiązków, ponieważ niektórzy spośród niemieckich gości nie mówili po angielsku. Jednego dnia, towarzyszył on generałowi Karlowi von Einemowi, pruskiemu ministrowi wojny i innym członkom z asystującej kaiserowi grupy w podróży do Londynu, gdzie oprowadził ich po Ministerstwie Wojny i zaprosił na lunch w swoim domu w Bramie Królowej Anny. (Potem, jak zauważył, goście chcieli jeszcze zwiedzać - jednak nie Tower czy Opactwo Westminster - lecz Harrodsa64). Einem miał szczególny powód, aby być Haldane'owi wdzięczny. Po bankiecie na zamku Windsor, gdy panowie zasiedli w palarni w towarzystwie króla i kaisera, Haldane, siedzący "obok generała von Einema [...] zauważył, że coś mu dolega. [...] Udało mi się ustalić, że źródłem jego cierpienia były stopy; jego pantofle były zbyt ciasne w podbiciu. Ledwie obaj suwerenowie opuścili towarzystwo, zwróciłem się do Ministra Wojny i powiedziałem, że jest zwyczajem w zamku Windsor, aby gdy tylko królewskie osoby sobie pójdą, zdejmować buty, co natychmiast poparłem własnym przykładem. Minister spojrzał na mnie z wdzięcznością".
Jeszcze przed wizytą uzgodniono, że w Windsorze nie będą poruszane żadne kwestie polityczne. Kaiser jednak nie był w stanie ograniczyć swoich rozmów i podczas dyskusji z Haldanem poruszył sprawę kolei Berlin - Bagdad. Niemcy uzyskały od sułtana koncesję na budowę tureckiego odcinka nowej linii; projekt jednak był opóźniany brytyjskimi obiekcjami, że kolej ta może stworzyć potencjalnie otwarte dla wrogów podejście do Indii poprzez Zatokę Perską. Czegóż chce Anglia? - zapytał Wilhelm. "Powiedziałem mu, że jest mi wiadomo, iż chcemy "bramy", aby móc uchronić Indie przed oddziałami, jakie mogłyby przybyć nową trasą"65. "Dam wam tę "bramę"" - odparł Wilhelm. Tego wieczora podczas przedstawienia teatralnego, jakie nastąpiło po obiedzie, Haldane siedział bezpośrednio za kaiserem. Pochyliwszy się do przodu, zapytał Wilhelma, czy na serio mówił o "daniu nam "bramy". [...] Następnego dnia rano pruski gwardzista w hełmie, jeden z tych, których cesarz sprowadził ze sobą, głośno zapukał do moich drzwi i wręczył mi wiadomość od cesarza, że miał na myśli dokładnie to, co powiedział". Tego z kolei wieczora Wilhelm zaprosił po przedstawieniu Haldane'a do swoich apartamentów. Haldane udał się tam o pierwszej w nocy i spotkał Wilhelma rozmawiającego i palącego w towarzystwie barona Wilhelma von Schoena (ministra spraw zagranicznych), Einema i Metternicha. Haldane ukłonił się i zaczął się wycofywać, mówiąc: "Czuję się intruzem, ponieważ wygląda mi to jak posiedzenie gabinetu Waszej Cesarskiej Mości". "Bądź pan zatem członkiem mojego gabinetu. Mianuję pana" - odpowiedział Wilhelm. O trzeciej nad ranem Haldane opuścił apartamenty kaisera i po omacku przedostał się ciemnymi alejkami parku do swojego pokoju w innej części zamku.
WYWIAD DLA "DAILY TELEGRAPH"
Politycy w obu krajach byli zadowoleni z wizyty. "Chciałbym wyrazić swoje zadowolenie z powodu powitania, jakie zarówno król, jak i lud zgotowali parze cesarskiej - powiedział w Reichstagu Bülow - Wierzę, że gdy dojdzie do spisania historii ostatnich dziesięciu lat [...] okaże się, iż napięcia pomiędzy Anglią a Niemcami, które tak długo wisiały nad światem, miały w ostatecznym rozrachunku za przyczynę jakieś wielkie nieporozumienie. Każda ze stron przypisywała drugiej zamiary, jakich tamta wcale nie żywiła. [...] Jestem pewien, że przemawiam w imieniu tej Izby, jak również narodu niemieckiego, gdy mówię, że podzielamy takie właśnie pokojowe i przyjazne uczucia". Sir Edward Grey zgadzał się: "Ta wizyta musi przynieść dobre skutki". Morley miał nadzieję, że "wizyta Cesarza Niemieckiego [...] znacznie polepszy szanse na małą, uczciwą i spokojną stabilizację w Europie". Jedynie Esher, pisząc w swoim dzienniku, wprowadził nutę niezgody: "Nasz król prezentuje się lepiej niż Wilhelm. Ma więcej wdzięku i godności. Wilhelm jest pozbawiony wdzięku, nerwowy i płaski. [...] Grey odbył z nim dwie długie rozmowy. Podczas pierwszej cesarz wygłosił długą filipikę przeciwko Żydom. "W moim kraju jest ich stanowczo zbyt wielu. Chcą się wyróżniać. Gdybym nie powstrzymał mojego ludu, doszłoby do szczucia przeciw Żydom"".
Wizyta oficjalna trwała tydzień. Po jej zakończeniu cesarzowa Augusta wróciła do Niemiec. Wilhelm, zachwycony entuzjastycznym przyjęciem, tak odmiennym od smętnej atmosfery Berlina, zdecydował się przedłużyć swój pobyt w Anglii, już w charakterze wizyty prywatnej. Wynajął zamek Highcliffe w pobliżu Bournemouth w hrabstwie Hampshire i zaprosił jego właściciela, pułkownika Edwarda Montague Stuarta-Wortleya, oficera Armii Regularnej, aby w tym czasie nadal zamieszkiwał w zamku, jako gość cesarski. Wilhelm zachwycał się pięknem otoczenia: "Ci wspaniali Brytyjczycy [...] przyjmowali mnie z otwartymi ramionami, okazując wiele ciepła. Podczas mego pobytu doświadczałem, na co od dawna miałem ochotę, wszelkich zalet angielskiego życia domowego i wiejskiego. Wygoda i obfitość, ludzie znakomici w każdej dziedzinie życia, wszystkie klasy swoją elegancją i schludnością dają wyraźnie widoczne świadectwo kultury. Przyjemne stosunki panujące pomiędzy dżentelmenami, na równej stopie, bez całego ceremoniału zwykle towarzyszącego królewskim osobom. Wszystko to działało na mnie wielce odświeżająco i uspokajająco".
Podczas tego szczęśliwego pobytu na brytyjskim wybrzeżu Wilhelm wiele i swobodnie rozmawiał z pułkownikiem Stuartem-Wortleyem o swoim pragnieniu pozyskania przyjaźni Anglii i swojej frustracji, spowodowanej ciągłym niezrozumieniem i odrzucaniem przez Anglię jego dobrych intencji. Stuart-Worley prowadził staranne notatki z tych rozmów.
Podczas tego tygodnia w październiku 1908 roku, w którym Austria wywołała kryzys w stosunkach międzynarodowych swoją aneksją Bośni i Hercegowiny, Bernhard von Bülow przebywał w swojej nadmorskiej willi na Norderney, jednej z Wysp Fryzyjskich, ciągnących się wzdłuż wybrzeży Morza Północnego. "Zawalony pracą, od rana do nocy pochłonięty tymi trudnymi problemami", Bülow "otrzymał od kaisera, który przebywał w Rominternie, obszerny, prawie nieczytelny manuskrypt, napisany na kiepskim papierze maszynowym, z listem przewodnim zawierającym pytanie, czy widzę jakieś zastrzeżenia wobec publikacji tego materiału". Manuskrypt, napisany po angielsku, był szkicem obszernego wywiadu z kaiserem Wilhelmem II na temat stosunków anglo-niemieckich. Pułkownik Stuart-Worley, zrobiwszy użytek z uwag, jakie Wilhelm poczynił podczas swego trzytygodniowego pobytu w Highcliffe ubiegłej jesieni, prosił teraz o pozwolenie na opublikowanie wywiadu w londyńskim "Daily Telegraph". Stuart-Worley skłaniał się do poglądu, że gdyby angielska opinia publiczna wiedziała o wielkiej anglofilii kaisera, relacje między obu krajami znacznie by się polepszyły. Także kaiser chciał, aby materiał opublikować, lecz zgodnie z niemiecką konstytucją zwracał się do kanclerza o poradę i aprobatę. Wilhelm żądał tylko, żeby Bülow "pod żadnym pozorem nie przekazywał go do ministerstwa spraw zagranicznych w Berlinie".
Bülow zignorował kaisera: "Bez najmniejszych podejrzeń co do złowieszczej zawartości manuskryptu, na którego przeczytanie nie znalazłem czasu, wysłałem go na Wilhelmstrasse z następującą adnotacją: "Proszę starannie przeczytać załączony manuskrypt, przetworzyć go na przejrzysty, oficjalny tekst [...] powielić i wprowadzić na marginesie takie poprawki, uzupełnienia lub cięcia, jakie uznacie za stosowne"".
Minister spraw zagranicznych Schoen był nieobecny na Wilhelmstrasse 76, gdy przybył tam manuskrypt; trafił on zatem do podsekretarza stanu Stemricha. Ten przeczytał naszkicowany tekst i w stanie nietkniętym przekazał go Reinholdowi Klehmetowi, przez ostatnie dwanaście lat piastującemu stanowisko radcy w Wydziale Politycznym. Klehmet zinterpretował instrukcje Bülowa dosłownie: miał poprawić jakiekolwiek zauważone błędy faktyczne i nie wyrażać opinii co do stosowności publikowania materiału. Uczynił dwie niewielkie poprawki i zwrócił manuskrypt - teraz już przepisany na czysto na dobrym papierze - kanclerzowi. Bülow twierdził, że i wtedy nie przeczytał wywiadu. Odesłał go z powrotem do kaisera, stwierdzając, że nie widzi powodów, aby go nie opublikować. Wilhelm odesłał wywiad pułkownikowi Stuartowi - Wortleyowi, który wręczył go redakcji "Daily Telegraph".
Rankiem 20 października Bülow znalazł na biurku obszerną informację z londyńskiego biura Agencji Telegraficznej Wolfa, streszczającą wywiad z Cesarzem Niemiec, opublikowany poprzedniego dnia w "Daily Telegraph". W wywiadzie tym, udzielonym anonimowej osobie "o nieskazitelnym autorytecie", kaiser utrzymywał, że zawsze był przyjacielem Anglii, lecz jego przyjaźń pozostawała niedoceniana. "Wy Anglicy jesteście szaleni, szaleni jak koty w marcu" - powiedział - Cóż takiego was napadło, aby żywić wobec nas takie podejrzenia, podejrzenia aż niegodne tak wielkiego narodu". Wilhelm wziął także "za osobistą obrazę - jak wyjaśniał w dalszym ciągu wywiadu - zniekształcenia i błędne interpretacje", jakich dopuszczała się brytyjska prasa, opisując jego "wielokrotnie powtarzane oferty przyjaźni" z Anglią. Taka wrogość utrudniała mu tylko już i tak trudne wysiłki na rzecz przyjaźni, większość bowiem Niemców nie lubi Anglików. A potem przyszło to, co w swoich "Pamiętnikach" Bülow miał kiedyś nazwać "trzema potwornościami". Gdy wojna burska trwała w najlepsze, Rosja i Francja naciskały na cesarza, żeby ocalił republiki Burów poprzez przystąpienie do koalicji kontynentalnej, która "poniżyłaby Anglię i unurzała ją w prochu i pyle". Kaiser oznajmiał teraz, że wtedy odmówił, a nawet poinformował Rosjan i Francuzów, iż "Niemcy użyją swojej siły zbrojnej, aby zapobiec takiej zorganizowanej akcji". Wysłał potem ten list swojej babci, królowej Wiktorii, i został on umieszczony "w archiwach zamku Windsor".
"A to jeszcze nie wszystko - ciągnął kaiser - W samym środku Czarnego Tygodnia [na początku wojny burskiej], gdy klęski następowały jedna po drugiej [...] opracowałem dokument, który uznałem za najlepszy plan kampanii [...] przedstawiłem go mojemu Sztabowi Generalnemu [...] potem [...] wyprawiłem go do Anglii. Ten dokument także znajduje się wśród papierów państwowych w Windsorze, gdzie oczekuje bezstronnego osądu historii. Pozwolę sobie dodać, traktując to jako dziwny zbieg okoliczności, że sformułowany przeze mnie plan niezwykle wiernie przypomina to, co ostatecznie zostało przyjęte przez lorda Robertsa. [...]".
"Lecz można też zapytać, co z Niemiecką Marynarką Wojenną? [...] Przeciwko komu poza Anglią jest ona tak uparcie rozbudowywana?". Jej przeznaczeniem, wyjaśniał Wilhelm, jest ochrona ciągle rosnącego handlu zagranicznego Niemiec. "Niemcy patrzą przed siebie. Ich horyzonty sięgają daleko. Muszą być przygotowane na każdą ewentualność na dalekim Wschodzie. [...] Spójrzmy na to, co już osiągnęła Japonia. [...] Może dojść nawet do tego, że sama Anglia będzie zadowolona z tego, iż Niemcy mają flotę. [...]".
Reakcją Bülowa było kompletne przerażenie. Wywiad ujawniał "w większym stopniu niż poprzednie tego rodzaju rewelacje intelektualną ekstrawagancję Cesarza, jego niespójne pojmowanie faktów oraz kompletny brak politycznego umiarkowania i poczucia równowagi, a wszystko to połączone z nadmiernym pragnieniem [...] pokazania się". "Gdy przeczytałem owe żałosne wypociny, którym prawie nie sposób było dorównać w nietaktownej wręcz głupocie, posłałem po Klehmeta i zapytałem go, jak w ogóle mógł przepuścić takie niewiarygodne opinie. Odparł na to, że odniósł zdecydowane wrażenie, iż Jego Cesarska Mość osobiście bardzo pragnął opublikowania artykułu w całości". Bülow wybuchnął: "Nie zrozumiałeś jeszcze, że osobiste życzenia Jego Cesarskiej Mości są często całkiem nonsensowne?".
Bülow obrał własną linię obrony: oto zajęty kryzysem kanclerz zaufał Ministerstwu Spraw Zagranicznych; ministerstwo, którego - o czym Bülow dobrze wiedział - cesarz dogłębnie nie cierpiał, zdradziło to zaufanie, a co za tym idzie, także kaisera i samego Bülowa. Ministerstwo Spraw Zagranicznych, znajdujące się wtedy w rękach słabego barona von Schoena, nie było gotowe do odparcia tych oskarżeń. Spełniło wszakże szczegółowe polecenia, aby wprowadzić "takie poprawki, uzupełnienia lub cięcia, jakie uzna za stosowne". Poza tym, zgodnie z wywodzącą się jeszcze od Bismarcka tradycją, pozostawiło ostateczną decyzję co do stosowności opublikowania tekstu w rękach kanclerza.
Najistotniejszym punktem całej sprawy, o którym prawdę znał tylko sam Bülow, było to, czy rzeczywiście nie czytał on publikacji przed wyrażeniem swojej zgody na druk. Sam twierdził, że nie czytał i trzymał się tego stwierdzenia podczas parlamentarnej burzy, jaka się wkrótce rozpętała i podtrzymał to nawet w swoich "Pamiętnikach". A przecież nikt nie miał większego doświadczenia z zapalczywymi i przesadnymi wypowiedziami kaisera i jego retorycznymi przechwałkami niż Bülow. Jako kanclerz żył w ciągłej obawie przed niedyskrecjami Wilhelma; nieustannie poprawiał, wyciszał i przepisywał przemówienia kaisera. Co więcej, cesarz niemiecki nie co dzień publikuje długie wywiady w angielskiej gazecie. Jeśli już nie z obowiązku, to choćby z czystej ciekawości, kanclerz powinien chcieć zapoznać się z tym, co Wilhelm miał do powiedzenia w wywiadzie. Schoen, Stemrich i inni na Wilhelmstrasse byli przekonani, że Bülow kłamie. Niektórzy nawet sugerowali, że przeczytał on wywiad, przewidział jego skutki i zgodził się na jego publikację w nadziei na wykorzystanie wywołanego nim kryzysu konstytucyjnego, jako sposobu na wzmocnienie swojej własnej pozycji wobec Korony.
Wywiad wstrząsnął światem. Japonia dziwiła się, jakież to "ewentualności" mogłyby postawić flotę niemiecką naprzeciw jej własnej marynarki. Francja i Rosja zaprzeczyły, jakoby proponowały koalicję przeciwko Anglii podczas wojny burskiej. W istocie car Mikołaj II powiedział nawet Sir Arthurowi Nicolsonowi, że to właśnie kaiser sugerował interwencję ze strony państw kontynentalnych. Reakcja w Anglii wahała się od rozbawienia po pogardę. Lord Roberts zagroził, że zwróci swój Order Czarnego Orła. "Times" zauważył, iż jeśli Niemcy planują wojnę morską na Pacyfiku, to zgromadzenie potężnej, lecz mającej niewielki zasięg floty liniowej na Morzu Północnym wydaje się dość dziwne. Grey napisał do przyjaciela: "Cesarz niemiecki powoduje, że się szybciej starzeję; jest on jak pancernik pod pełną parą i z obracającymi się śrubami, lecz pozbawiony steru, aż w końcu, pewnego dnia na coś się nadzieje i spowoduje katastrofę". W Izbie Gmin pytano Haldane'a, czy byłoby możliwe podanie do publicznej wiadomości planu, z pomocą którego wygrano wojnę burską. Minister wojny odpowiedział, że Ministerstwo Wojny nie potrafi zlokalizować tego dokumentu w swoich archiwach. W konsekwencji powiedział: "Nie jestem w stanie spełnić życzeń tych, którzy chcieliby, żeby dokument opublikowano".
W Niemczech, właśnie wynurzających się z szoku wywołanego pierwszym procesem Eulenburga, wywiad rozpalił prawdziwy pożar, podsycany szokiem, zakłopotaniem i oburzeniem. Władca, który tak niewłaściwie wybierał sobie przyjaciół, obwieścił teraz oto Niemcom i całej Europie, że cesarstwo rządzone jest przez człowieka nieodpowiedzialnego konstytucyjnie, za to prawdopodobnie niezrównoważonego umysłowo. Sir Edward Goschen, nowy ambasador brytyjski, był zdumiony. "Dla nowicjusza, takiego jak ja, przesiąkniętego przekonaniem, że Jego Cesarska Mość znajduje się mniej lub więcej poza zasięgiem publicznej krytyki, ten atak na niego stanowi szokujące zaskoczenie" - raportował Sir Edwardowi Greyowi. Ambasador austriacki wysłał podobnie brzmiący raport do Wiednia: "Nigdy dotąd w całej historii Prus wszystkie kręgi nie żywiły tak głębokiego resentymentu wobec swojego suwerena". Niemcy, większość których popierała Burów, byli wściekli, że kaiser twierdził, iż to on sam stworzył plan kampanii, za pomocą którego Brytyjczycy podbili południowoafrykańskie republiki. A dlaczego zrażać do siebie Japończyków? Dlaczego antagonizować Francuzów i Rosjan? Dlaczego prowokować Brytyjczyków, mówiąc im, że większość Niemców ich nienawidzi?
Za szczegółową krytyką nieostrożnych uwag kaisera kryła się powszechna pretensja o to, że Wilhelm znów próbuje wprowadzić swoje osobiste rządy - do czego konstytucja cesarstwa go nie uprawniała. Lewica zareagowała domaganiem się większego ograniczenia monarchii i nałożenia ścisłych restrykcji na prawo cesarza do wtrącania się do polityki wewnętrznej i zagranicznej. Konserwatyści chcieli zachować monarchię nienaruszoną, lecz pragnęli narzucić więzy ekscentrycznemu i szkodliwemu zachowaniu tego konkretnego monarchy. Gdy większość Reichstagu, w tym wielu konserwatystów, zaczęła się domagać oficjalnej debaty krytycznej w tej sprawie, Bülow wysłał ministra spraw wewnętrznych cesarstwa, Theobalda von Bethmann-Holwega, aby ten ocenił panujące w Izbie nastroje. Bethmann-Holweg złożył kanclerzowi raport, z którego wynikało, że "niemożliwe będzie ograniczenie obecnego wzburzenia do sprawy "Daily Telegraph", czy też do formalnych błędów w potraktowaniu dokumentu" przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych. "To, co teraz wybucha z siłą żywiołu, to nagromadzona w ciągu ostatnich dwudziestu lat niechęć wobec osobistego reżimu i niezadowolenie z okazywanej przez cesarza w całym tym okresie postawy, której tylko jeden z objawów stanowią opublikowane przez "Daily Telegraph" konwersacje".
Zanim Bülow mógł zająć się Reichstagiem, musiał się upewnić, co do stanowiska kaisera. Zgodnie z niemiecką konstytucją, kanclerz wybierany był przez cesarza i mógł pozostawać na urzędzie tak długo, jak długo życzył sobie tego cesarz, niezależnie od poglądów posłów do Reichstagu. Wilhelm II, który zgodził się na opublikowanie wywiadu, aby przysłużyć się, jak mniemał, sprawie przyjaznych stosunków z Anglią, był oszołomiony osobistą, wycelowaną w niego krytyką, jaka docierała ze wszystkich stron. Zachował się przecież w sposób ściśle zgodny z konstytucją, wysyłając szkic wywiadu kanclerzowi cesarstwa z prośba o wyrażenie zgody. Kanclerz zgody udzielił, wywiad się ukazał, a oto teraz on sam, Cesarz niemiecki, uważany był wszędzie za zagrożenie lub za głupca.
Najskuteczniejszą bronią Bülowa była, jak dotąd, rezygnacja - toteż zdecydował się jej użyć także i teraz. Napisał do kaisera, który nadal przebywał w Rominternie, oznajmiając że choć nie przeczytał wywiadu, to skierował go do Ministerstwa Spraw Zagranicznych. "Jeśli Wasza Cesarska Mość jest niezadowolony z tego, że pod naciskiem spraw bieżących nie zdołałem osobiście przeczytać angielskiego manuskryptu i wini mnie za niedbalstwo okazane przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych, to pokornie upraszam o zwolnienie mnie z kanclerstwa. Jeśli jednak, nie utraciłem jeszcze zaufania Waszej Cesarskiej Mości, to czuję, że nie potrafię pozostać na swoim stanowisku, o ile nie otrzymam całkowicie wolnej ręki w otwartej i energicznej obronie Waszej Cesarskiej Mości przeciw niesprawiedliwym atakom na mego Cesarskiego Pana". Gdy tylko po powrocie Wilhelma z Rominternu Bülow spotkał się z kaiserem, kanclerz zdał sobie sprawę, że nie ma potrzeby się martwić. "Cesarz był - orzekł Bülow - jak zwykle w momentach kryzysu, bardzo blady i budzący litość". Wilhelm nie czynił kanclerzowi wyrzutów; tym razem Bülow nie musiał nawet zwalać winy na Ministerstwo Spraw Zagranicznych. Poinformował kaisera, że debata w Reichstagu ma się rozpocząć 10 listopada. "Ruszaj więc - powiedział Wilhelm - Mów, co chcesz. Ale jakimkolwiek sposobem zechcesz to uczynić, wydostań nas z tego". "Jego ufne, niemal dziecinne nastawienie dotknęło mnie bardziej niż potrafię to wyrazić" - zauważył Bülow.
Przy uległości kaisera Bülow nie miał najmniejszego problemu, aby w "Norddeutsche Allgemeine Zeitung", oficjalnej gazecie rządowej, opublikować komunikat, w którym całkowicie zignorował treść wywiadu, a skoncentrował się wyłącznie na odpowiedzialności za jego opublikowanie. Stroną winna było według niego Ministerstwo Spraw Zagranicznych; kanclerz wziął winę na siebie; cesarz odmówił przyjęcia rezygnacji kanclerza.
W Reichstagu, który obradował zarówno nad samą treścią wywiadu jak i odpowiedzialnością za jego opublikowanie, celami ataku stało się Ministerstwo Spraw Zagranicznych i kaiser. Mówcy ze wszystkich stron politycznego spektrum potępiali niedbałość i niekompetencję ministerstwa; posłowie lewicy domagali się zmian konstytucyjnych, które ograniczałyby władzę cesarza; konserwatyści wyrażali "pragnienie, aby w przyszłości Cesarz zachowywał większą rezerwę w swoich rozmowach". Bülow umiejętnie uniknął burzy, sterując w kierunku uwikłania kaisera, oczyszczenia samego siebie i przedstawienia obrazu dzielnego i rycerskiego kanclerza, pragnącego przyjąć na siebie wszystkie ciosy, słuszne i niesłuszne, i wytrwać na stanowisku dla dobra Korony i kraju. Wywiad, oświadczył kanclerz, gdy podniósł się, aby przemówić, zawierał pewne nieprawdziwe fakty: Nie istniał, ani nie został wysłany do Windsoru żaden plan kampanii, już raczej Burowie zostali ostrzeżeni, że przyjdzie im walczyć w osamotnieniu; nigdy nie było żadnych propozycji sojuszu kontynentalnego przeciwko Anglii; większość Niemców nie była Anglii wroga; Niemcy nie miały ambicji zagrożenia Japonii na Dalekim Wschodzie. "Ponoszę całkowitą odpowiedzialność za błędy, jakie popełniono w postępowaniu z manuskryptem - ciągnął Bülow - W moim osobistym odczuciu jest zaś wstrętne wskazywanie kozłów ofiarnych wśród urzędników, którzy całe swoje życie oddali służbie państwu"66. Bülow scharakteryzował kaisera, jako pełne dobrej woli, niezdarne dziecko, które - pozostawione bez opieki - brzydko zbłądziło. "Panowie wiedzą o tym, że opublikowanie jego rozmów nie wywołało w Anglii takich efektów, jakich Cesarz się spodziewał, w naszym zaś kraju wznieciło głębokie poruszenie i ubolewanie, co będzie w przyszłości - jest to moje stanowcze przekonanie, którego nabyłem w tych pełnych napięcia dniach - stanowiło dla Jego Cesarskiej Mości wskazówkę, aby zachowywać ostrożność, tak konieczną w interesie spójnej polityki, zwłaszcza u tych, którzy są odpowiedzialni za sprawy Korony. Gdyby tak nie miało się stać, ani ja, ani żaden z moich następców, nie podjęlibyśmy się ponoszenia odpowiedzialności".
Bülow wyszedł ze sprawy jako triumfator. "Gdy wśród grzmiących oklasków usiadłem na miejsce, czułem że sprawa jest wygrana" - powiedział. Holstein, obserwujący wszystko z ubocza, popierał taktykę kanclerza: "Mając na względzie niedyskrecje, jakich dopuścił się kaiser, nie istniała możliwość obrony" - zapisał w swoim dzienniku. "Berliner Tageblatt" otwarcie atakował kaisera Wilhelma: "Mamy ponad sześćdziesiąt milionów ludności, naród wysoce inteligentny, a mimo to los kanclerza jak również wybór jego następcy leży w rękach jednego człowieka! Taka sytuacja nie może być tolerowana przez naród mający szacunek dla samego siebie. Wydarzenia kilku ostatnich dni uwidoczniły, że Niemcy nie powinni dłużej pozwalać na to, by ich żywotne interesy zależały od nastrojów jednego indywiduum, którego impulsywności raz jeszcze mogliśmy być świadkami".
Podczas debaty w Reichstagu kaisera nie było w Berlinie. Jego program, ustalony grubo wcześniej, nakazywał mu złożyć wizytę arcyksięciu Franciszkowi Ferdynandowi, austriackiemu następcy tronu, a następnie wziąć udział w polowaniu w Donaueschingen, położonych w Czarnym Lesie dobrach jego przyjaciela, multimilionera i niemiecko-austriackiego księcia Maksa von Fürstenberga. Decyzja Wilhelma, aby udać się w podróż w czasie, gdy krajem targały konwulsje związane z niedyskrecjami monarchy, wywołała w Reichstagu gorzkie komentarze. W istocie przed odjazdem Wilhelm pytał Bülowa, czy nie powinien pozostać w Berlinie na czas debaty. Bülow powiedział, aby ruszał w drogę: "Tak już tęsknił za Donaueschingen, gdzie oczekiwało go polowanie na lisy, rozrywki kabaretowe i przyjemności wszelkiego możliwego rodzaju - wyjaśniał kanclerz - Ustąpiłem przed jego pragnieniami". Gdy już kaiser wyjechał - a tymczasem w Reichstagu na okrągło potępiano Wilhelma za jego nieobecność - Bülow nie uczynił nic, żeby go sprowadzić z powrotem. Gdy Holstein zapytał Bülowa: "Czy, jak ludzie powiadają, odwiodłeś pan kaisera od powrotu do Berlina?", Bülow odparł: "Nie, nic nie powiedziałem, ani za, ani przeciw". Naprawdę zaś, podczas swego pobytu w Donaueschingen Wilhelm otrzymał od kanclerza długi, zakodowany telegram, w którym zawarte było stwierdzenie, że jego powrót do Berlina podczas debaty nie jest konieczny.
Gdy kaiser przybył do Donaueschingen, uderzył gospodarza jego wygląd. "Gdybyś spotkał kaisera Wilhelma, nie poznałbyś go" - stwierdził książę Maks. Z początku wizyta odciągnęła kaisera od kłopotów. "Dwa spędzone tutaj dni minęły bardzo harmonijnie i wesoło - napisał do Bülowa - Polowanie udało się wręcz wspaniale. Powaliłem sześćdziesiąt pięć jelonków. Zachowuję cię w pamięci w mojej porannej i wieczornej modlitwie. [...] Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Bóg z Tobą! Twój stary przyjaciel, Wilhelm I.R."67. Później, pewnego wieczoru po obiedzie, Wilhelma dosięgnął cios bardzo osobisty. Panie "w pełnym szyku wieczorowym, w klejnotach, panowie w zielonych lub czarnych jaskółkach [...] zgromadzili się w wielkim hallu zamku, przy orkiestrze grającej na klatce schodowej. Nagle pojawił się hrabia Hülsen-Haeseler, przyodziany w spódniczki baletnicy i wieniec z róż, i zaczął tańczyć w takt muzyki. Generał hrabia Hülsen-Haeseler, przyjaciel cesarza jeszcze z czasów chłopięcych, a obecnie szef jego Gabinetu Wojskowego, występował już wcześniej w tym charakterze. "To niezwykłe przeżycie - powiedział jeden z nowych członków cesarskiej świty - oglądać szefa Gabinetu Wojskowego pląsającego w stroju baletnicy". Wyczerpany swoimi piruetami hrabia w pewnym momencie zatrzymał się, ukłonił - a następnie runął na ziemię. W zamku wybuchło istne pandemonium: jakiś doktor zajmował się powalonym tancerzem; księżna von Fürstenberg siedziała na krześle i szlochała; kaiser nerwowo chodził tam i z powrotem. Po upływie półtorej godziny stwierdzono śmierć hrabiego spowodowaną zawałem serca. Doszło już do stężenia pośmiertnego i jedynie z wielkimi trudnościami udało się w końcu zdjąć z ciała generała owo tutu68 i przyodziać go w odpowiedni mundur wojskowy.
Wilhelm, już mocno poruszony aferą z "Daily Telegraph", zdenerwował się jeszcze bardziej. W międzyczasie sukces Bülowa przed Reichstagiem zdążył już się gdzieś rozpłynąć. Aby zabezpieczyć swoją pozycję jako kanclerza, potrzebował on publicznego poparcia Wilhelma dla stanowiska, jakie zajął podczas debaty. 17 listopada Bülow pojechał spotkać się z kaiserem, który zdążył już wrócić do Poczdamu. Wilhelm i Augusta oczekiwali go na frontowym tarasie Nowego Pałacu. Gdy podchodził do nich, cesarzowa wystąpiła o kilka kroków i szepnęła mu do ucha: "Proszę być naprawdę miłym i łagodnym wobec cesarza. Jest całkiem załamany". Wilhelm poprowadził Bülowa do swojego gabinetu. Kaiser, blady i strapiony, był "w nastroju takiego przygnębienia i pesymizmu, że raczej musiałem go pocieszać, niźli krytykować jego minione postępowanie" - stwierdził Bülow. Nie miał też kanclerz żadnych trudności z pogrążonym w tak głębokiej melancholii monarchą. Od razu wyciągnął z kieszeni przygotowany komunikat:
"Niezrażony przesadną publiczną krytyką, która wydaje mu się nieuzasadniona, Jego Wysokość Cesarz uważa za swoje naczelne zadanie zapewnić ciągłość polityki cesarstwa, a równocześnie zachować swoją odpowiedzialność konstytucyjną. Zgodnie z tym, Jego Królewska i Cesarska Mość zaaprobował wszystkie deklaracje złożone przed Reichstagiem przez kanclerza cesarstwa, równocześnie zapewniając księcia von Bülowa, że nadal darzy go zaufaniem".
Wilhelm chętnie potwierdził dokument swym podpisem i, mówił Bülow, "konwulsyjnie chwycił mnie za rękę. "Pomóż mi! Ocal mnie!". Objął mnie i serdecznie ucałował w oba policzki". Gdy Bülow ukłonił się i zbierał do wyjścia, kaiser ponownie powiedział, "Dziękuję! Dziękuję z całego serca!". Wróciwszy do domu, Bülow powiedział żonie: "Oto raz jeszcze udało mi się wydobyć Koronę i Cesarza z tarapatów".
Gdy Bülow wyjechał, Wilhelm zaczął szlochać i poszedł do łóżka. Następnego dnia Bülow otrzymał telefoniczną wiadomość, że cesarz zamierza abdykować. Kanclerz pośpiesznie wrócił do Poczdamu. Cesarzowa, z oczami czerwonymi od płaczu, przyjęła go na parterze. "Czy Cesarz musi abdykować? - zapytała - Czy pan chce, żeby abdykował?". Bülow próbował ją uspokoić, zapewniając, że dzięki jego przemówieniu w Reichstagu "burza zaczęła już tracić na sile".
Bülow, nie widziawszy się z kaiserem, wyjechał z Poczdamu, dokąd przybył kronprinz. "Pośpieszyłem na górę - zapisał w swoich "Pamiętnikach" - Wydawało się, że ojciec postarzał się o całe lata; utracił wszelką nadzieję i zdawało mu się, że wszyscy go opuścili. Był załamany [...] jego pewność siebie i ufność zdruzgotane. Mówił bardzo gwałtownie [...] zgorzknienie spowodowane niesprawiedliwością [...] ciągle usiłuje odzyskać pewność siebie. Pozostałem z nim przez godzinę, siedząc na jego łóżku, co, na ile sięgam wstecz pamięcią, nigdy się dotąd nie zdarzyło".
Wilhelm nigdy już nie wspomniał o abdykacji, lecz jego depresja była widoczna. "Cesarz nie próbował nawet ukrywać głębokiego przygnębienia, jakie trapiło jego duszę" - orzekła angielska guwernantka księżniczki Wiktorii Luizy - Kręcił się po kątach - on, człowiek tak zwykle gadatliwy, tak zadowolony z siebie i z całego świata - pogrążony w żałobnym milczeniu, odzywając się z rzadka, a i wtedy jedynie półgłosem. [...] Także wszyscy wokół niego wydawali się mówić tylko szeptem". Gdy pokazywał się publicznie, co czynił teraz rzadko, Wilhelm popadał w przeciwną skrajność, okazując wymuszoną wesołość, rzucając dowcipami i śmiejąc się głośniej niż ktokolwiek. Kaiser unikał Bülowa. Ustały poranne wizyty na Wilhelmstrasse i spacery po ogrodach Kancelarii; kaiser i kanclerz spotykali się tylko wtedy, gdy wymagał tego bieg spraw. Dopiero po upływie niemal sześciu tygodni Wilhelm zaczął przychodzić do siebie. W dniu Nowego Roku, gdy przejechał ulicami Berlina i zauważył jak tłum wybucha oklaskami, zaczęły stopniowo wracać pewność i szacunek dla samego siebie. Zaczęła też wzrastać sympatia dla cesarza wśród opinii publicznej; jego milczenie i usunięcie się przypisywano nie załamaniu, lecz chęci okazania prawdziwie królewskiej godności. Potępienie zaczęto kierować pod adresem kanclerza; w końcu cesarz zrobił co nakazywała mu konstytucja i pokazał szkic wywiadu księciu von Bülowowi. To kanclerz zdradził swojego władcę, i to dwukrotnie: po raz pierwszy, gdy nie przeczytał dokumentu przed jego opublikowaniem; a po raz drugi przez niewystarczającą obronę monarchy w Reichstagu. Pogląd ten najpierw prywatnie a potem stopniowo w coraz szerszym kręgu, zaczął powtarzać także i Wilhelm. Oto został "pozostawiony samemu sobie" - powiadał; "stałem się kozłem ofiarnym, a mój kanclerz w geście niewinności umył ręce". Do arcyksięcia Franciszka Ferdynanda, austriackiego następcy tronu, napisał: "Ty potrafisz zrozumieć, jaką męką jest dla mnie zachowywać się, jakby nic się nie stało i musieć nadal współpracować z ludźmi, których tchórzostwo i nieodpowiedzialność pozbawiły [sic] mnie ochrony, jaką każdy inny człowiek przyznałby głowie państwa, jako rzecz oczywistą. Naród niemiecki zaczyna spoglądać w swoją duszę i uprzytamniać sobie czyny, które do tego doprowadziły". Bülow, wyczuwając, że opinia publiczna zaczyna brać stronę cesarza, zatrwożył się. 13 lutego WYWIAD DLA "DAILY TELEGRAPH" napisał do Wilhelma, że wszystko, co powiedział i uczynił w listopadzie, motywowane było "tylko i wyłącznie lojalnością wobec dynastii Waszej Cesarskiej Mości oraz kraju, a także głęboką miłością ku [...] osobie Waszej Cesarskiej Mości". Na marginesie tego listu Wilhelm napisał "Faryzeusz!".
Kiedy kryzys wokół Bośni znajdował się w stadium krytycznym, 11 marca 1909 roku Wilhelm przyjął Bülowa w galerii obrazów na zamku berlińskim. "Przechadzałem się z nim tam i z powrotem - mówił kaiser - między portretami moich przodków i malowidłami przedstawiającymi bitwy wojny siedmioletniej [...] i byłem zdziwiony, gdy kanclerz znów wrócił do wydarzeń jesieni 1908 i zaczął wyjaśniać swoją ówczesną postawę". Bülow zastosował tu technikę, którą z powodzeniem stosował już w przeszłości, mówiąc Wilhelmowi, że "nie mogę nadal dźwigać wielkiego ciężaru swojego urzędu, jeśli nie czuję, iż cieszę się pełnym zaufaniem mego suwerena". Kaiser skontrował go bez osłonek, powiadając że jesienią kanclerz nie "wykazał dostatecznej energii w sprzeciwianiu się napaściom" na Koronę. "Froben - rzekł cesarz - nie mówiłby tak, jak ty podczas debaty w Reichstagu 10 listopada". Gdy to mówił, Wilhelm stał pod portretem Frobena, królewskiego koniuszego, który podczas bitwy pod Fehrbellin w 1675 roku wsiadł na łaciatego konia Wielkiego Elektora, aby odciągnąć uwagę nieprzyjacielskich strzelców i kule z ich muszkietów od swego pana. Jako kanclerz, rzekł Wilhelm, Froben oznajmiłby, że to on poradził cesarzowi, by ten powiedział to, co powiedział w wywiadzie dla "Daily Telegraph". Bülow odparł, że nie mógł tak powiedzieć, ponieważ, znając jego przekonania, opinia publiczna by mu nie uwierzyła. "Co po prostu oznacza - odparował Wilhelm - że uważasz mnie za osła, zdolnego do popełniania tak karygodnych błędów, jakich sam byś się nigdy nie dopuścił". Bülow przepraszał, pod niebiosa wychwalał wspaniałe zalety cesarza - i Wilhelm zmienił front. "Taka szczera rozmowa zlikwidowała istniejące między nami napięcia - oznajmił kaiser - Czy nie mówiłem ci zawsze, że doskonale się wzajemnie uzupełniamy?" - zapytał Bülowa. Potrząsnął ręką kanclerza i zabrał go na lunch. Oczekującej na niego świcie kaiser ogłosił: "Rozmówiliśmy się właśnie z kanclerzem cesarstwa i wszystko między nami zostało wyjaśnione. Jeśli ktoś powie coś przeciwko księciu Bülowowi, rozkwaszę mu nos". Tegoż wieczora Wilhelm telegrafował do swojego brata Henryka: "Właśnie przebaczyłem Bülowowi, który w potokach łez błagał mnie o łaskę". Następnego zaś wieczora, na prośbę Bülowa, para cesarska przybyła do niego na obiad. Wilhelm, wkroczywszy we drzwi, przywitał się z księżną von Bülow: "Jakiż jestem szczęśliwy, że znów tutaj jestem! Jaka okropna była ta zima! Ale teraz wszystko już będzie się układać wspaniale".
Mimo takich beztroskich pogwarek odnowione uczucie kaisera wobec swojego kanclerza było mało warte. Jednemu z przyjaciół cesarz wyznał, że całe pojednanie było "komedią" i że gdy tylko sytuacja polityczna pozwoli, zamierza usunąć Bülowa z urzędu. Taka możliwość nadeszła w czerwcu; okazją była porażka kanclerza w kluczowym głosowaniu w Reichstagu. Wiosną 1909 roku budowa floty spowodowała kryzys fiskalny w Niemczech. Potrzeba było dodatkowych pięciuset milionów marek. W ustępstwie wobec siły konserwatystów w Reichstagu, cztery piąte nowych dochodów - 400 milionów marek - miało zostać zebrane z podatków od sprzedaży, co uderzało najbardziej w niższe i średnie klasy. Trzeba jednak było uczynić jakieś ustępstwa także wobec liberałów; Bülow więc zaproponował, aby jedna piąta potrzebnej sumy - sto milionów marek - została zebrana z właścicieli dóbr przez nałożenie podatku spadkowego. Konserwatyści sztywno sprzeciwiali się takiemu podatkowi, który nigdy dotąd nie obowiązywał w Niemczech. Kaiser poparł kanclerza, lecz dał jasno do zrozumienia, że jeśli Bülowowi nie uda się pozyskać odpowiedniej liczby głosów za podatkiem spadkowym, będzie musiał zrezygnować. A 24 czerwca wniosek o uchwalenie podatku spadkowego został oddalony ośmioma głosami, 195 do 187.
26 czerwca 1909 roku, co do dnia dwanaście lat od chwili, kiedy przyjął Ministerstwo Spraw Zagranicznych z rąk kaisera na pokładzie "Hohenzollerna" w Kilonii, Bülow przybył w to samo miejsce, żeby złożyć swoją rezygnację ze stanowiska kanclerza. Wilhelm oczekiwał go na pokładzie, zniecierpliwiony i nerwowy. "W rzeczy samej, trochę mi się śpieszy - rzekł cesarz - Za godzinę muszę być na lunchu z księciem Monako". Powiedział Bülowowi, że jego następcą zostanie Bethmann-Hollweg, minister spraw wewnętrznych cesarstwa. "Jestem pewien, że zgodzisz się ze mną - powiedział kaiser - Szybko przytrze rogi Reichstagowi. A poza tym, przecież mojego pierwszego kozła ustrzeliłem w jego dobrach w Hohenfinow". Odpowiedź Bülowa była niejednoznaczna: "Jeśli chodzi o politykę wewnętrzną, Bethmann-Hollweg jest niewątpliwie najlepszy [...] ale nie pojmuje on nic z polityki zagranicznej". "Politykę zagraniczną zostaw mnie - odparł Wilhelm - W końcu sam wiesz, czegoś mnie przecież nauczyłeś". Gdy Bülow zaczął zalecać, aby Cesarz uczynił wszystko co możliwe dla osiągnięcia porozumienia z Anglią w sprawach morskich, Wilhelm zmarszczył brwi. "Nie pozwolę, aby John Bull rozkazywał mi, ile okrętów mogę zbudować". Znacznie bardziej radośnie kaiser wrócił do perspektyw stwarzanych przez Bethmanna-Hollwega: "Zaczekaj tylko, jak ten drab podniesie się w Reichstagu i spojrzy na tych wszystkich "czcigodnych" posłów. Ach, przestraszy ich na śmierć. Będą zmykać i kryć się po swoich mysich dziurach". Gdy był już czas odjeżdżać, kaiser zabrał Bülowa ze sobą na lunch na jachcie księcia Monako. Przy stole, gdzie większość pozostałych gości stanowili Francuzi, Wilhelm był w znakomitym nastroju i śmiał się głośno. "Miałem dziwne uczucie, że zjadłem ostatni posiłek skazańca w obecności cudzoziemców" - wspominał Bülow.
Przez trzy tygodnie kanclerz żył zawieszony w próżni, mając nadzieję, że Wilhelm może jeszcze zmienić zdanie. 14 lipca nadeszło zawiadomienie: książę von Bülow, który zrezygnował ze stanowiska kanclerza cesarstwa, miał otrzymać za swoją służbę Order Czarnego Orła oprawiony w diamenty. Tego wieczora kaiser sam się wprosił na obiad u Bülowów. Wilhelm podarował księżnej von Bülow bukiet róż, które, jak powiedział, sam dla niej zerwał; ofiarował jej także swój portret w emalii oprawny w diamenty. W swoich uwagach podczas obiadu był jednak mniej szczodry. Gdy księżna powiedziała, że jest jej przykro z powodu tego, co się wydarzyło, kaiser odparł: "Czuję się jeszcze gorzej niż pani. Walczyłem zębami i pazurami, ale Bernhard zdecydowany był odejść". Księżna von Bülow napomknęła o głosowaniu w Reichstagu nad podatkami, jako o przyczynie rezygnacji męża. Wilhelm nie zgodził się z nią. "Nie powinna pani myśleć, że [...] to Ustawa o podatku spadkowym spowodowała wycofanie się Bernharda - rzekł - Prawdziwą przyczyną są wydarzenia z listopada ubiegłego roku. Widzi pani, ci faceci dali mi prywatnie do zrozumienia, że tak naprawdę nie chodziło im o podatek spadkowy. Odrzucili go, ponieważ wydawało im się, że nie okazał dostatecznej gorliwości w obronie swego Pana i Cesarza". Co takiego, zapytała księżna, powinien był wtedy, według cesarza, uczynić jej mąż? "Powinien oznajmić w Reichstagu: "Nie będę więcej wysłuchiwał takiej zuchwałej gadaniny o cesarzu. Jak śmiecie mówić w ten sposób? Biegiem marsz! Wynocha!"".
Wilhelm rozwijał rozmaite wersje swojej roli w odejściu Bülowa. W swoich "Pamiętnikach" zapisał: "Zdecydowałem się ustąpić wobec życzenia księcia Bülowa i wyrazić zgodę na jego wycofanie się". Krótko po rezygnacji wyjaśniał swojemu otoczeniu, że kanclerz zaczyna cierpieć na uwiąd starczy i nie pamięta już, co mówił poprzedniego dnia. Zaś przed królem Wirtembergii, stojąc pod tym samym drzewem w ogrodach Sans Souci, gdzie odbył swoją ostatnią rozmowę z obalonym kanclerzem, Wilhelm przechwalał się: "To właśnie tutaj dałem mu kopniaka!".
Podczas gdy kaiser Wilhelm radował się "rozrywkami na świeżym powietrzu" w parku windsorskim, pławił w oklaskach londyńskich tłumów, proklamował przyjaźń w Guildhall oraz "odświeżał się i uspokajał" w towarzystwie pułkownika Stuarta-Wortleya i jego przyjaciół na zamku Highcliffe, niemiecka Admiralicja przygotowywała kolejną Uzupełniającą ustawę morską. Użyteczny okres eksploatacji okrętu liniowego, określony w Ustawie morskiej z 1898 roku na dwadzieścia pięć lat, miał zostać skrócony do lat dwudziestu, po których należało kłaść stępkę pod kolejny okręt. Aby wdrożyć nowe prawo, program roku 1906, wynoszący dwa drednoty na rok, już zwiększony do trzech w roku 1907, miał wzrosnąć do czterech drednotów rocznie. Przez cztery lata - 1908, 1909, 1910 i 1911 - miano zatwierdzać budowę trzech okrętów liniowych i jednego krążownika liniowego rocznie. W roku 1912, gdy te szesnaście okrętów byłoby już zbudowanych lub w budowie, roczny program miał ponownie spaść do dwóch jednostek. W marcu 1908 roku, Uzupełniająca ustawa morska przeszła w Reichstagu.
Nowa niemiecka ustawa morska zaalarmowała rząd brytyjski. Liberałowie, w 1908 roku będący u władzy od dwóch lat, próbowali już obniżyć koszty zbrojeń, aby poświęcić więcej pieniędzy na programy socjalne. Nie czyniono dotąd żadnych wysiłków w kierunku osiągnięcia porozumienia z Niemcami w sprawie budowy okrętów wojennych; zamiast tego Campbell-Bannerman usiłował dać przykład. W latach 1906 i 1907 wcześniejszy program Unionistów, przewidujący budowę czterech drednotów rocznie, został obcięty do trzech. W 1908 roku budowa drednotów została przez Brytyjczyków obcięta jeszcze bardziej - do dwóch jednostek rocznie. Niemcy w tym samym czasie postępowali w dokładnie przeciwnym kierunku. Było to zniechęcające; przecież Niemcy z pewnością rozumieli, że żaden rząd brytyjski - czy to Unionistów, czy liberałów - nie pozwoli potencjalnemu nieprzyjacielowi zrównać się lub prześcignąć Brytyjczyków pod względem sił morskich. Niemieckie konstrukcje mogły spowodować tylko wzmożenie wysiłków brytyjskich, a w konsekwencji - dalsze marnowanie pieniędzy przez oba kraje. Racjonalna dyskusja z pewnością mogłaby przekonać rząd w Berlinie do nałożenia jakichś rozsądnych ograniczeń na jego ambicje morskie.
Jednym z ministrów gabinetu brytyjskiego, na którego działania nowa niemiecka ustawa morska miała znaczący wpływ, był David Lloyd George, kanclerz Izby Rozrachunkowej, który musiałby znaleźć pieniądze na zapłacenie za dalsze powiększenie brytyjskiej floty. Sir Edward Grey zdecydował się skontaktować kanclerza z hrabią Metternichem, niemieckim ambasadorem w Anglii; w ten sposób Lloyd George mógłby osobiście przedstawić swój punkt widzenia przedstawicielowi rządu niemieckiego. 14 lipca 1908 roku Grey zaprosił więc Lloyd George'a i Metternicha na lunch w Ministerstwie Spraw Zagranicznych.
Hrabia Paul Wolff-Metternich był anglofilem. Arystokrata z Nadrenii i rzymski katolik, po raz pierwszy przybył do Londynu w roku 1900, aby pomóc ambasadorowi, hrabiemu Hatzfeldtowi, który stopniowo poddawał się trapiącej go rozedmie. W listopadzie 1901, po śmierci Hatzfeldta, Metternich - zgodnie z przewidywaniami - gładko przejął stanowisko, które miał piastować przez dziesięć lat. Kaiser, przedstawiając swojego nowego reprezentanta wujowi, w 1900 roku jeszcze tylko księciu Walii, nazwał Metternicha "niezwykłym człowiekiem. Jest on wiernym przyjacielem Anglii i z tego właśnie powodu został przeze mnie wybrany. Równocześnie jednak jest on moim prawdziwym i wiernym przyjacielem, cieszącym się moim najwyższym zaufaniem". Metternicha, będącego kawalerem, mało widywano w kręgach londyńskiej socjety, a choć mieszkała z nim jego bratanica, pełniąca obowiązki gospodyni, to podczas jego kadencji ogromna Ambasada Niemiecka przy Carlton House Terrace 9 była zamknięta dla muzyki, tańców i śmiechu. Mimo to ambasador cieszył się szacunkiem obu rządów. Miał on, powiadał Bülow, "otwarty umysł i zauważał [...] ogromną, ukrytą potęgę Imperium Brytyjskiego. Niedocenianie tej potęgi było błędem, jaki zakorzenił się szczególnie [...] w wojskowych i arystokratycznych kręgach pruskich". Sir Edward Grey miał szacunek dla profesjonalizmu Metternicha: "Z Metternichem zawsze czuję - pisał Grey - że cokolwiek powiem zostanie przez niego wiernie przekazane, że żadne przypadkowe i niezamierzone potknięcie z mej strony [...] nie będzie zniekształcone lub błędnie przedstawione".
W prowadzonej podczas lunchu w Ministerstwie Spraw Zagranicznych rozmowie Grey i Lloyd George podkreślali, że stosunki anglo-niemieckie zależały w sposób zasadniczy od współzawodnictwa morskiego. Rujnujące wydatki na okręty liniowe nie polepszą względnej pozycji Niemiec, podkreślali oba ministrowie, ponieważ "każdy Anglik wyda swój ostatni grosz, aby zachować" brytyjskie panowanie na morzu. A równocześnie wyścig zbrojeń morskich i wyrzucanie w błoto milionów funtów i marek pogarsza wzajemne stosunki. Obawy Niemiec przed atakiem ze strony Brytanii i argumenty, że potrzeba floty dla odparcia takiego ataku są bezpodstawne; Lloyd George żartem przypomniał nawet Metternichowi dowcip Bismarcka, że gdyby armia angielska wylądowała na ziemi niemieckiej, to "jej aresztowanie pozostawiłby policji". Lloyd George sugerował, że najskuteczniejszym sposobem uspokojenia angielskiej opinii publicznej byłoby spowolnienie tempa budowy niemieckich pancerników. Brytania, powiedział, będzie " jak najbardziej gotowa wyjść Niemcom naprzeciw poprzez ustanowienie wspólnej podstawy dla obniżenia rozbudowy obu flot".
Kaiser, który uważał flotę za swoją prywatną działkę, traktował każdą sugestię, że można by ją zmniejszyć, jako osobistą obrazę, a równocześnie atak na jego prerogatywy. Na marginesach depeszy Metternicha nagryzmolił: "Tak bezczelnej mowy ze strony Anglii jeszcze nie słyszano!"; "Tupet - pierwsza klasa!"; Nigdy nie będzie się nam dyktować, jaki powinien być skład naszych sił zbrojnych"; "Powinniśmy na to spojrzeć jak na wypowiedzenie wojny"; "Nie, Nie będzie żadnych rozmów na ten temat!". Na końcu listu Wilhelm dał dłuższy upust swoim uczuciom:
Brawo, Metternich! Doskonaleś wykonał swoją robotę, poza tym jednym jedynym, najważniejszym punktem. Pan Ambasador całkowicie przeoczył, że nie miał pozwolenia na choćby najbardziej niezobowiązujące i wyrażane jako prywatne poglądy [zgadzanie się] na bezczelne żądania angielskich ministrów, zmierzające do zapewnienia sobie spokoju przez zmniejszenie naszych sił morskich. W ten sposób wkroczył na bardzo niebezpieczną i stromą drogę. Współczuję mu z tego powodu. Trzeba mu będzie wyraźnie podkreślić, że naprawdę nie życzę sobie porozumienia z Anglią kosztem zmniejszenia floty niemieckiej. Jeśli Anglia zamierza jedynie wdzięcznym gestem wyciągać ku nam ręce, równocześnie powiadając nam, że powinniśmy zredukować naszą flotę, to jest to nadmierne zuchwalstwo, zawierające w sobie wielką obrazę dla narodu niemieckiego i jego kaisera, które powinno zostać przez ambasadora odrzucone a limine69! Takim samym prawem Francja i Rosja mogłyby potem zażądać od nas ograniczenia naszych sił lądowych. Gdy tylko pozwoli się jakiemukolwiek obcemu mocarstwu wtrącać się we własne zbrojenia, to można się od razu wycofać, jak Hiszpania czy Portugalia! Flota niemiecka nie jest budowana przeciw komukolwiek ani nawet przeciw Anglii!
Ale za to zgodnie z naszymi potrzebami! Zostało to powiedziane całkiem jasno w Ustawie morskiej i nie zmieniło się od jedenastu lat! Ustawa ta zostanie wykonana co do joty; nie obchodzi nas, czy to się Brytanii podoba, czy też nie. Jeśli chcą wojny, to oni muszą ją zacząć, my się jej nie obawiamy!
(Podpisano) WILHELM R.I.
Dwa tygodnie później Metternich zaprosił Greya i Lloyd George'a do ambasady niemieckiej. Obaj ministrowie angielscy powrócili do pierwotnego tematu: "Kwestia marynarki wojennej jako centralny punkt stosunków niemiecko-angielskich". "Pan Lloyd George - raportował Metternich do Berlina - nawiązał potem do swojego ulubionego pomysłu pohamowania tempa budowy nowych okrętów i usilnie namawiał mnie, aby wykorzystać czas, kiedy to przy sterze jest miłujący pokój rząd liberałów". Barwne komentarze kaisera na marginesach nadal pozostawały gwałtowne: "To jest ten rodzaj gadki, jakiego dotychczas używano tylko w stosunku do takich kreatur jak Chińczycy lub Włosi! To niesłychane!"; "Jeśli Anglia chce wojny, pozwólmy jej ją rozpocząć, już my jej damy!". W długim przypisie końcowym do tego drugiego raportu Wilhelm dał upust swojej złości na Metternicha:
"Rozmowa tego rodzaju, jaka się odbyła między Lloyd Georgem i Metternichem jest kompletnie niegodna Niemiec i prowokacyjna względem nich! Muszę go prosić, aby na przyszłość starał się nie mieć nic wspólnego z tego rodzaju plwocinami. Oto tutaj bardzo cierpliwie zaakceptował, jako słuchacz, opinie i rozkazy angielskich polityków i zdobył się tylko na całkowicie nieskuteczny protest. Powinien dać tym panom [...] odpowiedź w rodzaju "Idźcie do diabła!", etc. To by im przywróciło przytomność. To, że ten Lloyd George odważył się nawet wyjść z rozkazem określenia tempa budowy NASZYCH okrętów, przekracza wszelkie granice, ale jest oczywiście rezultatem wkroczenia przez Metternicha podczas pierwszej rozmowy na niebezpieczną ścieżkę w rodzaju "możliwość nie jest wykluczona". Mądrzy Brytyjczycy próbują wziąć go na hak, a wcześniej czy później szarpną za linkę i wyciągną go na brzeg; i to pomimo tych "prywatnych rozmów", "niezobowiązującego charakteru wyrażania opinii", itp.! Powinien on ab ovo odrzucać wszystko takimi uwagami jak, "Żaden kraj nie pozwoli sobie dyktować lub być upominanym przez inny kraj odnośnie do wielkości i rodzaju swojego uzbrojenia", "Odmawiam dyskusji nad tymi sprawami" [...].
Metternich powinien dać takiemu fanatykowi kopa w dupę; jest zbyt miękki!".
Mimo wściekłości kaisera Metternich pozostał na swojej placówce. W dalszym ciągu przekazywał swoje spostrzeżenia i opinie, starając się wyjaśnić Berlinowi brytyjską perspektywę: "Anglicy obawiają się naszej floty, ponieważ jesteśmy ich najbliższymi sąsiadami i wy dajemy się im bardziej skuteczni od innych narodów. [...]". Kaiser warknął: Anglicy "będą się musieli po prostu przyzwyczaić do naszej floty. A od czasu do czasu musimy ich zapewnić, że nie jest ona skierowana przeciw nim".
Kaiser nie pragnął walczyć z Mrynarką Królewską i nigdy nie marzył o inwazji na Wyspy Brytyjskie. Budował flotę, aby głosiła wielkość cesarskich Niemiec, aby świat z szacunkiem słuchał niemieckiego cesarza, a ponad wszystko, aby zdobyć aprobatę Anglii i zmniejszyć uzależnienie Niemiec na oceanach świata od łaski Anglików. Ponieważ marynarka brytyjska była znacznie silniejsza, uważał on skargi Brytyjczyków odnośnie wielkości jego własnej floty za impertynenckie i napastliwe. W sierpniu 1908 roku Wilhelm z naciskiem wyraził te opinie wobec Sir Charlesa Hardinge'a, podsekretarza stanu w brytyjskim Ministerstwie Spraw Zagranicznych, który podróżował z królem Edwardem VII do Niemiec. Po lunchu w Kronbergu rozmowa Hardinge'a z kaiserem zeszła na temat ograniczenia zbrojeń morskich. Ponieważ aż do tej chwili kaiser był tak przyjazny, Hardinge zapomniał się i powiedział: "Ale musicie budować wolniej". Wilhelm natychmiast uniósł się i oznajmił, że nikomu nie wolno używać słowa "musi" wobec Cesarza Niemiec. Jeśli Anglia obstaje przy ograniczeniu niemieckich zbrojeń, "to znaczy, że będziemy walczyć. Jest to kwestia honoru i godności narodowej". Później Wilhelm tak opowiadał o tej scenie Bülowowi: "Spojrzałem mu prosto w oczy. Sir Charles zaczerwienił się, skłonił, przepraszał za swoje słowa i prosił wręcz o przebaczenie, zapomnienie i potraktowanie ich jako uwag uczynionych niechcący w prywatnej rozmowie". Po obiedzie, ciągnął kaiser, "gdy nadałem mu Order Czerwonego Orła Pierwszej Klasy, gotów był jeść mi z ręki. [...] Moje szczere słowa, gdy pokazałem mu zęby, odniosły niezawodny skutek. Zawsze tak musisz postępować z Anglikami".
Bülow miał, jako kanclerz, konstytucyjne prawo do ostatniego słowa w sprawach polityki zagranicznej cesarstwa. Popierał on rozbudowę floty; zawdzięczał swoją nominację na ministra spraw zagranicznych i kanclerza swojej zgodzie na przekonanie Wilhelma, że przyszłość Niemiec leży na wodzie. Przyjął nawet "teorię ryzyka" i "strefy niebezpieczeństwa" oraz twierdzenie, że gdy Niemcy przejdą "strefę niebezpieczeństwa", flota niemiecka stanie się narzędziem wywierania presji dyplomatycznej na Wielką Brytanię. Bülow był także świadom politycznej nienaruszalności stosunków pomiędzy Tirpitzem a kaiserem. Każde wyzwanie rzucone ministrowi marynarki było ryzykowne; Bülow czuł, że jedyną osobą w całym rządzie Rzeszy, którą cesarz przedłożyłby nad niego samego był właśnie Tirpitz. Zgodnie z tym przekonaniem, gdy latem 1908 roku Wilhelm uskarżał się gorzko na Metternicha, Bülow ponownie potwierdził swoją wiarę we flotę: "Błagam Waszą Cesarską Mość, aby nie wątpił w to, że popieram plany Waszej Cesarskiej Mości dotyczące marynarki i to tak sercem, jak i głową - pisał - Wiem, że stworzenie floty jest zadaniem, jakie historia zwiąże z Waszą Cesarską Mością".
Mimo wszystko poglądy Metternicha zrobiły wrażenie na Bülowie. Brał on pod uwagę ostrzeżenia ambasadora, że przyśpieszanie budowy drednotów w Niemczech przerażało rząd liberałów i odstręczało angielską opinię publiczną. Kanclerz obawiał się, że gabinet brytyjski, popychany przez Sir Johna Fishera, może zezwolić na atak prewencyjny na młodą flotę niemiecką. W listopadzie 1908 umocniony swoim triumfalnym przemówieniem w Reichstagu w sprawie wywiadu dla "Daily Telegraph", kanclerz wypytał Tirpitza. Rząd i naród angielski są pełni obaw w związku z flotą niemiecka, powiedział, a prasa angielska szeroko wspomina o możliwości wojny prewencyjnej. Tak więc, "muszę Waszej Ekscelencji zadać pytanie, czy Niemcy i naród niemiecki mogą oczekiwać angielskiego ataku ze spokojem i ufnością".
Tripitz odczekał trzy tygodnie, zanim udzielił odpowiedzi, w której przyznawał, że wobec miażdżącej przewagi floty brytyjskiej Niemcy przegrałyby wojnę morską. Był to jednak, zdaniem Tirpitza, argument przemawiający za powiększaniem, nie zaś zmniejszaniem floty niemieckiej: "Naszym obowiązkiem jest zbroić się ze wszystkich sił. [...] Każdy nowy okręt wcielony do naszej floty liniowej zwiększa ryzyko Anglii, jeśli ta zechce nas zaatakować". Poza tym, ciągnął Tirpitz, Metternich błędnie zrozumiał korzenie brytyjskich obaw i antagonizmu, które nie tkwią w rozbudowie naszej floty lecz w niemieckiej konkurencji gospodarczej. Ustępstwa w zakresie marynarki wcale nie zlikwidują tej rywalizacji i nie zmniejszą re sentymentów. Tirpitz zlekceważył gadanie o ataku brytyjskim: "Możliwość wojny prewencyjnej to strach na wróble i fikcja stworzona przez naszych dyplomatów [t.j. Metternicha], aby zmiękczyć ludzi którzy im się przeciwstawiają". Z Londynu Metternich przeciwstawiał się Tirpitzowi: "Kardynalnym punktem w naszych stosunkach z Anglią jest wzrost naszej floty. Wysłuchiwanie tego może nie sprawiać nam przyjemności, nie widzę jednak, co można by zyskać na ukrywaniu prawdy".
Wewnętrzna debata na najwyższym szczeblu rządu niemieckiego ciągnęła się przez całą zimę i wczesną wiosnę 1909 roku. W Brytanii nowa niemiecka ustawa morska z jej czterema drednotami rocznie oraz obawa, że Niemcy w tajemnicy przyśpieszają budowę okrętów doprowadziły do przesławnej "paniki morskiej". Rezultat: przemyślny kompromis Asquitha o czterech okrętach teraz, czterech później, jeśli okaże się to konieczne. W Berlinie kaiser stopniowo przychodził do siebie po załamaniu nerwowym związanym z opublikowaniem jego wywiadu w "Daily Telegraph". Reputacja Bülowa, sięgnąwszy szczytu zaraz po jego wystąpieniu w Reichstagu 10 listopada, stopniowo malała. "Czując, że rychło może przestać być kanclerzem", Bülow zwołał na 3 czerwca 1909 konferencję w Pałacu Kanclerskim. Jej przedmiotem była kwestia marynarki i możliwość osiągnięcia porozumienia z Anglią. Z Londynu został wezwany Metternich; obecni byli także, obok Tirpitza: Moltke - szef Sztabu Generalnego, Bethmann-Hollweg - wicekanclerz i przyszły kanclerz oraz Schoen - minister spraw zagranicznych. Bülow rozpoczął od wzięcia w obronę Metternicha: pierwszym obowiązkiem przedstawiciela zagranicznego jest, oznajmił, przekazywać stamtąd prawdę. Następnie ambasador i minister marynarki wymienili znane argumenty, Metternich zapewniał, że rozbudowa floty niemieckiej jest jedyną przyczyną zaniepokojenia Brytyjczyków, a Tirpitz protestował, że powodem jest rywalizacja handlowa. Bülow zapytał, czy jakiś określony stosunek tempa budowy okrętów pomiędzy Niemcami i Anglią byłby do przyjęcia przez Tirpitza. Tirpitz zaproponował trzy niemieckie drednoty na cztery brytyjskie. Metternich wtrącił, że to szybko doprowadziłoby do wojny. Bülow zapytał Tirpitza, jakie byłyby szanse Niemiec w razie wojny. Admirał odparł, że "nasza marynarka nie [jest] obecnie w położeniu umożliwiającym jej wyjście w morze i walkę z Anglią jako zwycięzca". Moltke oznajmił, że w takim razie wydaje się rzeczą rozsądną spróbować porozumienia opartego na spowolnieniu tempa budowy okrętów. Bethmann-Hollweg zgodził się z tym. Bülow próbował ułagodzić Tirpitza poprzez zawężenie zakresu potencjalnego porozumienia. Powiedział, że nie ma na myśli jakiegoś permanentnego porozumienia, lecz tylko takie, które trwałoby dostatecznie długo, aby przeprowadzić Niemcy przez "strefę niebezpieczeństwa" bez wojny prewencyjnej. Zapytany, jak długo miałaby trwać "strefa niebezpieczeństwa", Tirpitz odparł: "Pięć do sześciu lat [...] powiedzmy, do 1915 roku, po poszerzeniu Kanału Kilońskiego i ukończeniu fortyfikowania Helgolandu".
Gdy Bülow złożył kaiserowi sprawozdanie z konferencji, Wilhelm "wyśmiał moje obawy" - powiedział kanclerz. "Anglicy nigdy nie zaatakują nas sami - snuł rozważania kaiser - a w tej chwili nie znajdą sobie sojuszników". Mimo to 23 czerwca Bülow wysłał Metternichowi do Londynu instrukcje, aby rozpoczął działania w kierunku Jakiejś ententy w kwestii wojennomorskiej [...] pod warunkiem, że zostanie to powiązane z generalną reorientacją polityki angielskiej w stronę bardziej korzystną dla Niemiec". Następnego dnia Reichstag odrzucił Bülowowi Ustawę o podatku spadkowym. Dwa dni potem na pokładzie "Hohenzollerna" kanclerz złożył swoją rezygnację, a 14 lipca została ona przyjęta.