PROLOG
Zazwyczaj nie wiemy, kiedy umrzemy. Czasem ktoś słyszy od lekarza, że
jest źle i że pożyje jeszcze dwa, góra trzy miesiące. Ale
trzydziestosześcioletnia Ewa wiedziała, że została jej najwyżej godzina.
Tyle potrzebowała na napisanie pożegnalnego listu do swojej matki.
Rozejrzała się z rozrzewnieniem po dużej kuchni. Kiedyś stał tu żeliwny
piec na trociny, ale zniknął po generalnym remoncie w latach
dziewięćdziesiątych. Zastąpiła go kuchenka gazowa. Jedynym meblem, który
pamiętał jeszcze dzieciństwo Ewy, był dębowy, poniemiecki stół. Od
zawsze stał na środku kuchni i małej Ewie wydawał się centrum
wszechświata. Pamiętała, jak siadała przy nim pomiędzy babcią a dziadkiem. Dziadek strugał swoje Jezuski z gałęzi, a babcia szydełkowała
koronkowe obrusy lub piekła jakieś pyszne ciasto. Po kuchni rozchodził
się wtedy zapach wanilii i czekolady. Mała Ewunia patrzyła jak
zaczarowana na pomarszczone ręce dziadków, spod których zawsze
wychodziły jakieś cuda. Bardzo kochała ten dom.
Kochana Mamo,
wielu rzeczy w życiu żałuję, ale najbardziej tego, że muszę Cię tak
bardzo skrzywdzić. Wiem, że czytasz ten list z pękniętym sercem. Uwierz,
że gdyby istniał dla mnie jakikolwiek ratunek, skorzystałabym z niego.
Ale z piekła, w którym się znalazłam, nie ma ucieczki.
Duża łza skapnęła na papier i rozmyła dwie ostatnie litery. Rękawem
błękitnej sukienki, tej w której tak lubiła ją mama, Ewa wytarła kartkę
i wilgotne policzki.
Pamiętasz tego faceta w granatowym garniturze, z którym widziałaś mnie
jakieś pół roku temu w kawiarni Americano? To było wtedy, gdy odwiedziła
Cię ciocia Lusia. Zabrałaś ją na deser lodowy i spotkałyśmy się
przypadkiem, pamiętasz? Nie zaprosiłam Was do naszego stolika, bo Marcel
tego nie chciał. Podpytywałyście mnie potem, co to był za przystojniak i co mnie z nim łączy. Powiedziałam, że to nikt ważny, kolega z mojego
oddziału banku. Tak kazał mi powiedzieć Marcel. Ale to był ktoś bardzo
dla mnie ważny i chyba... ktoś bardzo zły. Poznałam go dzięki aplikacji
randkowej i zakochałam się bez pamięci. Pisał, że jest polskim
biznesmenem mieszkającym w Norwegii. Gdy do mnie przylatywał, zabierał
mnie do najdroższych hoteli. On był, Mamo, moim księciem, na którego
czekałam całe życie. Byłam pewna, że spotkałam idealnego mężczyznę.
Rzucił mi do stóp niebo, sprawił, że przez cztery miesiące czułam się
najpiękniejszą i najwspanialszą kobietą na ziemi.
Pamiętasz moją samotną podróż na Bali? Nie była samotna, on mnie tam
zabrał. Tylko na zdjęciach, które Ci wysyłałam, zawsze byłam sama.
Marcel nie pozwalał ich sobie robić. Myślałam, że po prostu nie lubi
pozować... Nie wychowałaś mnie na materialistkę, ale muszę się przyznać,
że to, jak się ubierał, do jakich zabierał mnie restauracji i jakimi
ekskluzywnymi jeździł samochodami, robiło na mnie wrażenie. Straciłam
dla niego głowę. I zupełnie straciłam czujność. Ufałam mu bezgranicznie,
bardziej niż sobie, bardziej niż Tobie...
Kiedyś powiedział, że trafiła mu się wyjątkowa okazja przejęcia pewnej
firmy po bardzo okazyjnej cenie. Potrzebował dziewięciu milionów.
Siedmioma dysponował, ale dwóch mu brakowało. Miał przy sobie całą
teczkę dokumentów i wyciągów bankowych, żeby mi pokazać, jak wszystko
jest porządnie i bezpiecznie przygotowane. Nawet nie chciałam tego
oglądać. Wierzyłam mu na słowo. Obiecał, że w ciągu miesiąca odda mi dwa
razy tyle. To i dla mnie miała być życiowa okazja. Nie zastanawiałam się
ani chwili, zastawiłam dom. Ale brakowało mi jeszcze ośmiuset tysięcy. I wtedy zrobiłam coś strasznego. Mamo, ja ukradłam te pieniądze z mojego
banku. Wiedziałam, co zrobić, jak sfałszować dokumenty, żeby je
wyciągnąć. Traktowałam to jako pożyczkę i chciałam ją po miesiącu oddać,
tak by nikt nie zauważył tego, co zrobiłam. Ale po miesiącu nie mogłam
naprawić swojego błędu, bo Marcel nie oddał mi ani złotówki. On zniknął,
Mamo.
Ewa nie umiała powstrzymać potoku łez. Wstała od stołu, otworzyła okno i pozwoliła, by ostre grudniowe powietrze osuszyło jej zapłakaną twarz i zmroziło falę bolesnych emocji. Po chwili zamknęła okno i - już nieco
spokojniejsza - wróciła do pisania listu.
Nie mam z nim kontaktu od trzech miesięcy. Jego numer telefonu już nie
istnieje. Nazwisko, które mi podał i pod którym meldował się w hotelach,
okazało się fikcyjne, a dokumenty, którymi się posługiwał, fałszywe.
Nikt taki nie jest też zameldowany w Norwegii. Za chwilę wierzyciele
zabiorą dom. Dom po dziadkach. W mojej pracy rozpoczął się audyt i lada
moment wszyscy się dowiedzą, że ukradłam osiemset tysięcy. Na długie
lata trafię do więzienia, z dożywotnim piętnem złodziejki. W dodatku
jestem w czwartym miesiącu ciąży. Moje życie się skończyło. Może jestem
tchórzem, ale naprawdę nie potrafię dźwignąć tego wszystkiego, jestem za
słaba. Wiem, że nie mogę Cię błagać o wybaczenie, bo krzywda, jaką Ci
wyrządzam, jest niewyobrażalna. Pozostaje mi wierzyć, że kiedyś
odnajdziemy się w innym świecie. W tym, w który Ty tak mocno wierzysz.
Oby Twój miłosierny Bóg nie skazał mnie na wieczne potępienie. Módl się
za mnie, Mamo, bo bardzo się boję.
Wystrzał fajerwerków oderwał Ewę od pisania. Pewnie jacyś niecierpliwi
imprezowicze testowali sylwestrowe zakupy. Kobieta sięgnęła po
przewieszoną przez oparcie krzesła torebkę i zaczęła z niej coś
wyciągać.
Bardzo bym chciała, żeby ten oszust zapłacił kiedyś za to, co mi... co
nam, Mamo, zrobił. Obawiam się jednak, że nie mam dla policji zbyt dużo
tropów. Znałam go jako Marcela Tomickiego. W moim telefonie, do którego
znasz hasło, znajdziesz starą korespondencję z nim. Jest tam też jedno
jego zdjęcie. Kiedyś, gdy na ulicy rozmawiał z kimś przez telefon,
zrobiłam mu je z ukrycia. Chciałam móc patrzeć na niego, gdy nie było go
obok mnie. Niestety, akurat się odwrócił i fotografia jest poruszona.
Marcel stoi na niej bokiem i jest trochę niewyraźny. Ale może z jakimiś
innymi zdjęciami, którymi dysponuje policja, dałoby się je porównać.
Zostawiam ci też naszyjnik, który od niego dostałam. Był w czarnym
aksamitnym pudełku, ale tego pudełka już nie mam. Został tylko naszyjnik
z wisiorkiem. Byłam pewna, że wydał na to cacko majątek, i nawet go za
to zbeształam. Myślałam, że to złoto wysokiej próby z dużym diamentem.
Kilka dni temu poszłam z tym naszyjnikiem do jubilera i okazało się, że
to jedynie bezwartościowy falsyfikat. Tak jak bezwartościowa okazała się
nasza miłość...
Nie udała mi się końcówka mojego życia, ale dzięki Tobie, Mamo, przez
ponad trzydzieści lat byłam naprawdę szczęśliwa. Dziękuję z całego serca
za troskę, miłość i dobro, których doświadczałam od Ciebie każdego dnia.
Bardzo Cię kocham i wierzę, że gdy kiedyś spotkamy się w tym Twoim
lepszym świecie, wszystko Ci wynagrodzę.
Twoja kochająca Ewa
Kobieta pocałowała kartkę papieru i włożyła ją do koperty. Położyła na
niej telefon komórkowy i naszyjnik w złotym kolorze. A potem podeszła do
starej kuchenki gazowej i odkręciła wszystkie kurki.
JAK MOGŁAM SIĘ TAK POMYLIĆ?
Wstrząsana spazmami rozkoszy Olga anglezowała coraz szybciej na
Marcinie. Po chwili osunęła się w jego silne ramiona, które natychmiast
ciasno ją oplotły. Są razem już ponad rok, ale mogłaby policzyć na
palcach jednej ręki dni, w których się nie kochali. Jej mężczyzna z trudem otworzył zamglone erotycznym spełnieniem oczy.
- Co ty ze mną robisz, dzikusko? Żeby facetowi w moim wieku tak dzielnie
służył jego żołnierz? Niebywałe... - zamruczał, bawiąc się leniwie jej
włosami.
- Dzielnie i wiernie, dzień po dniu, mój generale! - Oldze udało się
nieco uwolnić z jego objęć. - A czterdzieści dwa lata to nie jest
jeszcze wiek, w którym twój mały... przepraszam, kochanie, całkiem duży
żołnierz mógłby ci zacząć odmawiać posłuszeństwa.
- I tu się mylisz, skarbie. Nawet nie wiesz, ilu moich pacjentów właśnie
w tym wieku miewa problemy sercowe. Najczęściej po przedawkowaniu
niebieskich pigułek na potencję.
Olga lubiła myśleć, że jej sercowe kłopoty skończyły się raz na zawsze.
W końcu związała się ze świetnym kardiochirurgiem. Pocałowała Marcina z czułością w policzek.
- Może i ty bierzesz ukradkiem takie pigułki? To by wyjaśniało twoje
nadludzkie zdolności w naszej sypialni.
- Ty jesteś moją tabletką, kochanie. Podniecasz mnie, gdy chodzisz,
leżysz, jesz, śpisz, a nawet gdy chrapiesz.
- Przecież ja nie chrapię!
- O przepraszam, zapomniałem. Nie chrapiesz, nie bekasz i nie puszczasz
gazów. Mój ty bycie anielski! - Marcin zaśmiał się głośno, a Olga
usiadła natychmiast i zaczęła okładać go poduszkami.
Marcin przez moment pozwalał się jej okładać, po czym ruszył do
kontrataku. Po chwili razem bombardowali się niemiłosiernie poduszkami,
zaśmiewając się coraz głośniej. Pewnie zaraz w którejś z poduszek
puściłyby szwy, gdyby nie zadzwonił telefon.
- Kto dzwoni o tej porze? - zdziwił się Marcin, patrząc na ścienny
zegar. - Za kwadrans północ. Nie odbieraj.
Olga sięgnęła po swojego iPhone'a i zaskoczona spojrzała na Marcina.
- Monia? Przecież dopiero jutro miała wrócić z Barcelony. Coś się stało,
nie dzwoniłaby bez ważnego powodu. - Jej najlepsza przyjaciółka była
wprawdzie nieco szalona i nieprzewidywalna, ale nie wydzwaniała dotąd po
nocy. Po chwili wahania Olga nacisnęła zieloną słuchawkę. - Halo? Monia?
- Zabiję skur...wyyy...syyynaaa! - Olga odsunęła nieco telefon od ucha, bo
trudno jej było zrozumieć wrzeszczącą i jednocześnie szlochającą
przyjaciółkę.
- Uspokój się, Monia, i powiedz, co się stało? Gdzie jesteś?!
- Ja...a...dę do cieeeebie. Bła...agam, powiedz, że moooogę - szlochała.
- Jasne, ale koniecznie się uspokój, bo jeszcze coś sobie zrobisz.
Najlepiej zatrzymaj... - W tym momencie Olga usłyszała odgłos stłuczki i siarczyste "kurwa!" Moniki.
*
- Co pani wyprawia, do cholery! - Szpakowaty, wysoki facet po
czterdziestce otworzył drzwi samochodu Moniki i wpatrywał się w nią
błękitnymi, ale rzucającymi wściekłe błyski oczami.
- Szkoda, że się nie zabiiiiłaaam! - Monika uniosła zapłakane oczy na
intruza. - Nie zauważyłam pana, bo...bo ten kutas mnie zdradził! -
Przestała w końcu chlipać i złożyła dłonie w błagalnym geście. -
Przepraszam, zapłacę za szkody, ale proszę nie wzywać drogówki, bo nie
mam dziś na to siły.
- No... dobrze. Ale w tym stanie nie pozwolę pani dalej prowadzić. Proszę
wysiąść i dać mi kluczyki. Zaparkuję pani auto pod tamtym blokiem i zaraz zawiozę panią tam, dokąd pani zechce. Tylko proszę wytrzeć łzy, bo
głupieję, gdy widzę je na tak uroczej twarzy.
Monika bez słowa wysiadła z samochodu i pozwoliła, żeby nieznajomy
przestawił jej auto. Potem grzecznie usadowiła się w jego volkswagenie
po stronie pasażera.
- Dokąd jedziemy? - zapytał mężczyzna.
- Do mojej przyjaciółki Olgi. To znaczy na Odyńca. - Olga wyciągnęła z torebki notes, z którego wyrwała kartkę i zaczęła coś na niej pisać. Po
chwili położyła kartkę na desce rozdzielczej. - Ma pan tu moje
przyznanie się do winy i dane z polisy. Dziękuję, że nie wezwał pan
policji.
- Nie ma co im zawracać głowy pierdołami. To tylko mała stłuczka i drobne wgniecenie. Ale następnym razem proszę patrzeć na światła.
Dobrze, że jest tak późno i nie ma ruchu, bo mogła pani gorzej
narozrabiać. No i w takim stanie w ogóle nie powinna pani siadać za
kierownicą.
- Ma pan rację. Wszystko przez tego złamasa!
- Hmm... - Mężczyzna był najwyraźniej zakłopotany bezpośredniością Moniki.
- Tak, cóż... Mówiła coś pani, że... ten złamas... panią zdradził?
- I to w moim własnym domu! Ze swoją byłą żoną, o której zawsze mówił,
że to bladziara i wywłoka!
- Aha...
- Aha! Przed chwilą zastałam złamasa z tą bladziarą w moim łóżku!
- Rzeczywiście trudno się nie zgodzić, że to złamas.
- Już nigdy nie obejrzę żadnego pornola, bo oni będą mi stawać przed
oczami. Gdy otworzyłam drzwi do swojej sypialni, to zobaczyłam jej
wypiętą dupę, bo akurat obrabiała sterczącego fiuta...
- ...tego złamasa - dokończył.
- Właśnie.
- Może to panią odrobinę pocieszy. Uważam, że facet, który zdradził tak
piękną kobietę jak pani, jest skończonym idiotą.
- Niech mnie pan tu teraz nie podrywa, do cholery! - rzuciła wściekle
Monia.
- Przepraszam, ja tylko chciałem...
- Co pan chciał?! Wykorzystać okazję pan chciał! Żałosne, wszyscy
jesteście tacy sami! Szukacie tylko okazji, żeby podupczyć!
- Nie zasłużyłem sobie na... - Mężczyzna chciał jeszcze coś powiedzieć,
ale ostatecznie zrezygnował.
Wspólną podróż spędzili w całkowitej i coraz bardziej krępującej ciszy.
W końcu auto stanęło pod apartamentowcem, w którym mieszkała Olga.
Monika wysiadła, ale zamiast zamknąć za sobą drzwi, wsadziła głowę do
samochodu mężczyzny.
- Chyba powinnam pana przeprosić... - zaczęła.
- Miała pani ciężki wieczór. Rozumiem, dobranoc. - W głosie mężczyzny
dało się wyczuć urazę. Zatrzasnął drzwi od strony pasażera i ruszył.
- Dobranoc - powiedziała Monia do odjeżdżającego auta.
*
- Na litość boską, jesteś! Umierałam ze strachu! - Olga wciągnęła do
mieszkania stojącą na progu przyjaciółkę. - Nic ci się nie stało?
- Jestem cała. Wjechałam w tyłek facetowi, bo nie zauważyłam, że światło
zmieniło się na czerwone. - Monika weszła do salonu przyjaciół i wtuliła
się w szeroko rozpostarte ramiona Marcina. - Cześć, przystojniaku.
Przepraszam, że zakłóciłam wam wieczór, właściwie już noc. Macie jakieś
wino?
- Białe się znajdzie. Zaraz otworzę i wam przyniosę. - Marcin zatrzymał
się na moment w drodze do kuchni. - Temu facetowi, w którego wjechałaś,
też nic się nie stało?
- Wyszedł z tego bez szwanku. Ucierpiała najwyżej jego duma.
- Bo?
- Wyzwałam go od łajdaków. Czy dziwkarzy? Jakoś tak.
- Zrobił ci coś? - wystraszyła się Olga. - Napastował Cię?
- Nie, powiedział, że jestem piękna.
- No to faktycznie cham i prostak, zasłużył sobie na stek obelg! -
roześmiał się Marcin. - Idę po to wino, bo bez procentów niczego nie
zrozumiem.
Marcin wyszedł z salonu, a Olga usiadła na kanapie obok Moniki i przytuliła ją serdecznie. Przyjaciółki przez chwilę patrzyły sobie w oczy i obie miały wrażenie, że mają déja vu. Jedna z nich ma złamane
serce przez jakiegoś drania, a druga musi stanąć na wysokości zadania i przekonać ją, że kolejne rozczarowanie nie oznacza końca świata.
- Emil?
- Fiut ze szmaty, a nie Emil!
Olga nie znosiła, kiedy Monika stawała się wulgarna i klęła jak szewc, a działo się tak zawsze, gdy się denerwowała. Teraz jednak nie był
najwłaściwszy moment na to, by uczyć ją poprawnej polszczyzny i kultury
słowa.
- Opowiedz, co się stało. Po kolei.
- Banał jak w telenoweli brazylijskiej. Kupiłam pełno hiszpańskich
tapas, markową cavę i wróciłam dzień wcześniej z Barcelony. To miała być
noc-niespodzianka, ale okazało się, że ten łajdak jest lepszy w robieniu
niespodzianek. A jego była żona jest chyba dobra w robieniu loda, bo
palant rzęził jak zarzynany wieprz! W moim łóżku i w mojej ulubionej
pościeli!
- Musisz ją wyrzucić ze swojego domu. I pościel, i byłą żonę Emila.
- No raczej! A zwłaszcza tego złamasa, którego wpuściłam pod swój dach.
Zresztą wydarłam ryja, że jak wrócę rano do domu, to ma nie być po nich
śladu.
- I bardzo dobrze.
- W zasięgu mojej ręki leżał jego telefon. Wzięłam zamach i walnęłam go
nim w głowę tak mocno, że omal nie zemdlał!
- Jezus Maria, Monia! - Marcin właśnie wszedł do salonu, trzymając w dłoniach dwa kieliszki z białym winem. - Ten biedny kierowca powiedział
ci tylko miły komplement!
- Co? - Olga zdziwiła się, ale po chwili zaczęła się śmiać. - Och nie,
kochanie, to nie kierowcę uderzyła Monika, a Emila.
- Uff... jak dobrze. Bo już nigdy nie powiedziałbym ci, Monia, żadnego
komplementu - odetchnął Marcin. - A ten twój śliczniutki Emil... Cóż, od
razu czułem, że to dupek. Czym sobie zasłużył na nokaut?
- Zabawiał się ze swoją byłą w moim łóżku.
- No to mogę do ciebie pojechać i jeszcze po tobie poprawić.
- Dzięki, prawdziwy z ciebie przyjaciel.
- Ale nie będziesz chyba po nim jakoś specjalnie rozpaczać? Wasz romans
to przecież świeża sprawa i chyba nie zdążyłaś się w nim na dobre
zabujać? - dopytywał Marcin.
- Nie, nie zdążyłam. Znam go dopiero od miesiąca. Idiotka ze mnie, że po
trzech dniach znajomości pozwoliłam mu się do siebie wprowadzić. Sama
prosiłam się o wpierdol!
- Może już tak nie klnij, bo... - nie wytrzymała Olga.
- Daj spokój, skarbie, nie teraz. - Marcin mrugnął porozumiewawczo do
ukochanej i zwrócił się do Moniki. - Nie żałuj sobie, Monia. Jak ma ci
ulżyć, to klnij, ile wlezie. Ja uważam, że nikt nie klnie z takim
wdziękiem jak ty.
- Jak mogłam się tak pomylić? - Monia pytająco patrzyła na przyjaciół,
ale ci się nie rwali do odpowiedzi. - Myślałam, że to porządny gość.
Zapomniałam, że mój radar na facetów jest zupełnie spieprzony!
- Mój też do niedawna był do bani. - Olga spojrzała z czułością na
Marcina. - Na szczęście teraz działa bez zarzutu.
Marcin pocałował ją w policzek i wręczył dziewczynom kieliszki z winem.
Wyjął z barku whisky i nalał sobie odrobinę trunku do szklanki.
- Tobie też należy się trochę szczęścia w miłości i bardzo ci tego
życzę. Obie z Olgą przeszłyście przez tego zwyrodnialca Piotra istne
piekło. Dobrze, że ten śmieć siedzi w pierdlu.
Jeszcze dwa lata temu Piotr był narzeczonym Olgi. Wydawał się bardzo
porządnym mężczyzną. Był świetnie prosperującym biznesmenem, piekielnie
inteligentnym gościem, potrafiącym w pamięci mnożyć długie ciągi liczb.
W parze z inteligencją szła ujmująca osobowość. Gdzie tylko się pojawił,
natychmiast stawał się duszą towarzystwa. Nic więc dziwnego, że jego
urokowi uległa nie tylko Olga, ale też wszyscy jej bliscy i przyjaciele.
Niestety Piotr miał też drugą, mroczną naturę. Lubił dragi, przemoc i brudny, bynajmniej nie monogamiczny seks. Przekonała się o tym Monia,
która ostro wtedy imprezowała. Spotkała go kiedyś na orgietce dla
swingersów. Zagroziła, że o wszystkim powie jego narzeczonej, a swojej
najlepszej przyjaciółce. Piotr podał jej drinka z brzydką substancją, a następnie razem z dwoma innymi kolegami zabawił się nią. Wszystko nagrał
i potem szantażował ją, że upubliczni nagranie. Przerażona Monika
uciekła do Barcelony. Przez kilka miesięcy pracowała w tamtejszej
centrali swojej firmy, lizała rany i chodziła na terapię. Do swoich
przyjaciółek, czyli muszkieterek - jak lubiły się nazywać, właściwie się
nie odzywała. W końcu gdy wyszła z traumy, znalazła w sobie dość odwagi,
by wyznać Oldze, kim naprawdę jest jej ukochany Piotr. Może wybrała do
tego nie najlepszy moment, bo zrobiła to na wieczorze panieńskim
przyjaciółki. Pokazała jej w swoim telefonie nagrany przez przypadek
filmik, na którym zarejestrował się gwałt i groźby Piotra.
- On siedzi w więzieniu dzięki tobie, Monia. Nigdy nie zapomnę tego, co
dla mnie zrobiłaś. Dzięki tobie nie wyszłam za mąż za tego potwora.
- Tak, ale też omal przeze mnie nie zginęłaś.
Zanim ktokolwiek zdołał wtedy Olgę zatrzymać, wsiadła do swojego auta i jechała jak szalona przed siebie, aż utknęła na przejeździe kolejowym.
Zrozpaczona i odrętwiała nie znalazła w sobie dość siły, by wyskoczyć z samochodu. W ostatniej chwili wyciągnął ją z tej pułapki nieznajomy
mężczyzna. Ryzykował własnym życiem, żeby ocalić obcą kobietę. Kobietę,
która teraz wtulała się w niego i patrzyła z oddaniem w jego oczy.
- Ja też jestem ci dozgonnie wdzięczny, Monia. - Powiedział Marcin. -
Dzięki tobie mam teraz obok siebie najwspanialszą kobietę pod słońcem.
Cholernie dużo wycierpiałaś, ale zobacz, ile dobra to twoje cierpienie
przyniosło.
- Marcin ma rację. I zasługujesz, kochana, na kogoś wyjątkowego - dodała
Olga.
- Tyle że po raz kolejny wybrałam łachudrę. Ze mną jest chyba coś nie
tak. Albo ktoś rzucił na mnie klątwę, by każdy kolejny facet był gorszy
od poprzedniego.
- Bo ciągle popełniasz ten sam błąd. Za szybko obdarzasz obcego faceta
zaufaniem. Nie zdążysz go dobrze poznać, a już wpuszczasz go do swojego
domu i życia. Za szybko, kochana. Nie do wiary, że po tylu doznanych
krzywdach wciąż to robisz. Ja po takich przejściach jak twoje pewnie
nigdy nie spojrzałabym na żadnego faceta. A ty ciągle lgniesz do
łajdaków. Chyba powinnaś poważnie pomyśleć o terapii... - zatroskała się
Olga.
- Szkoda na to czasu i kasy. Obawiam się, że jestem niereformowalna. Mam
chyba jakąś dysfunkcję, serio. Myślę, że nawet po wielu terapiach
spośród setek porządnych gości zawsze wyłowię skończoną łajzę.
- Jestem pewien, że się mylisz, rudzielcu. Jakiś wyjątkowy i stworzony
dla ciebie gość na pewno jest już gdzieś blisko.
- Oby - westchnęła Monia. - Napijcie się za to ze mną.
- Za porządnego faceta dla Moniki! - zaproponował Marcin.
- Niech będzie mądry i dobry. A jeśli chodzi o wady, to może być
przystojny i bogaty! - dodała Olga.
- I to jest piękny toast nocy czerwcowej! - W wyraźnie już lepszym
nastroju Monika uniosła kieliszek do ust.
INTRYGUJĄCE KSZTAŁTY
Jej mama drżała, gdy trzy tygodnie temu przeprowadziła się od niej do
niewielkiej kawalerki. Ale musiała się z tym pogodzić, bo psychiatra
Leny powiedział jej: "Pani Olgo, już czas. Pani dorosła, choć poraniona
córka jest już gotowa, by na nowo rozpocząć samodzielne życie. Niech jej
pani da taką szansę".
Stan Leny daleki był jeszcze od dobrego, ale potrafiła już zwlec się z łóżka, zadbać o higienę, przygotować sobie jedzenie i pójść do pracy.
Nowej pracy, do której przyjęła ją po znajomości Monika, przyjaciółka
mamy. Zresztą to także jej przyjaciółka. Mimo sporej różnicy wieku
trzymają się razem: mama, Monia, ich dwie kumpele - Klara i Zuza - oraz
ona, ponad dwadzieścia lat od nich młodsza. Lena oczywiście dołączyła do
tej ekipy stosunkowo niedawno, bo jakieś cztery lata temu. Musiała
dorosnąć do wspólnego picia wina i zwierzania się sobie z łóżkowo-miłosnych przygód. Wcześniej była małolatą i dziewczyny
traktowały ją jak maskotkę. Była po prostu córką Olgi. Żadna z nich nie
miała dzieci, więc uwielbiały rozpieszczać dziecko swojej przyjaciółki,
i tyle. Z czasem zauważyły, że przeistoczyła się w dorosła kobietę i zaczęły traktować jak równą sobie.
Lena zawsze dziwiła się, że tak różne osobowości mogła połączyć głęboka
przyjaźń. Jej mama przez wiele lat była przykładną żoną i strażniczką
domowego ogniska, robiącą jednocześnie karierę w telewizji. Wydawała się
rozważna i poukładana do czasu, aż niespodziewanie zdecydowała się na
rozwód z poczciwym, ale nieco nudnym mężem. No, wtedy to jej odbiło!
Lena mieszkała już wprawdzie w Londynie, ale była na bieżąco ze
wszystkimi romansami swojej matki. A ta zakochiwała się w różnych
nieciekawych typach. Potrafiła też brać facetów jedynie do łóżka. Kto
wie, jakby skończyło się to szaleństwo, gdyby wreszcie nie znalazła
szczęścia w ramionach kardiochirurga Marcina, który przez przypadek
okazał się przyjacielem jej wujka Bruna. Wtedy Lena poczuła, że wróciła
jej mama - dobra, ciepła i dająca najbliższym poczucie bezpieczeństwa.
Ale też bardzo spontaniczna i radosna. Z innej gliny ulepiona była
Klara. Poważna prymuska prawa, po studiach szybko stała się wziętą
prawniczką. Jako urodzona społecznica, działała w kilku fundacjach
wspierających kobiety, najbiedniejszym udzielała darmowych porad
prawnych. Jakby tego było mało, w wolnych chwilach pracowała w schronisku dla zwierząt jako wolontariuszka. Zawsze trzymała się swoich
zasad i miała wysoko zawieszoną poprzeczkę wymagań etycznych zarówno
wobec siebie, jak i wszystkich wokół. W czasach, gdy Olga po rozwodzie
intensywnie romansowała, Klara surowo oceniała jej wybryki. Często
sprzeczała się też z wolnomyślicielką Zuzą, byłą tancerką towarzyską i jednocześnie trenerką rozwoju osobistego. Zuza akceptowała w ludziach
większość ich słabości i często była przez Klarę posądzana o relatywizm
moralny. We trzy zaprzyjaźniły się na studiach, udzielając się w amatorskim ruchu teatralnym. Po studiach poszły w różne zawodowe strony,
ale prywatnie wspierały się przez całe swoje dorosłe życie. Trzynaście
lat temu poleciały do Włoch na obóz taneczny i tam poznały Monikę.
Okoliczności tego spotkania były nieszczególne. Zgarnęły ją nocą z plaży, na której spała pijana, z wystawionymi do księżyca gołymi
pośladkami. Następnego dnia zupełnie nie pamiętała, co się wydarzyło.
Dziewczyny zabrały ją do swojego pokoju, przenocowały, rano doprowadziły
do stanu używalności i zaprzyjaźniły się z nią. Z całej tej czwórki
Monika była najbardziej szalona i najbardziej nieodpowiedzialna.
Korzystała na całego ze swoich wspaniałych warunków fizycznych. Jako
rudowłosa seksowna piękność nigdy nie narzekała na powodzenie u facetów.
Tyle że wszystkie jej związki były krótkotrwałe i warte co najwyżej
funta kłaków. A jakie miały być, skoro najczęściej wikłała się w nie pod
wpływem alkoholu lub narkotyków? Olga zwykła mówić, że Monia jest
nieprzemakalna i niereformowalna, bo nie uczy się na swoich błędach i w kółko popełniała nowe. Ale przy tym wszystkim zna cztery języki obce i zarządza dużą częścią międzynarodowego koncernu meblowego. Pod burzą
miedzianych loków kryje się genialny mózg. To połączenie wybitnych
kompetencji zawodowych i intelektualnych z łatwowiernością i nader
frywolnym podejściem do życia wielokrotnie wywoływało zdumienie
otoczenia. Lena nie miała pojęcia, jak te cztery kobiety dogadywały się
ze sobą, a jednak jakimś cudem od kilkunastu lat trzymały się razem jak
palce jednej ręki. Piątym palcem tej ręki stała się Lena. Dawno temu
nazwały się muszkieterkami, że niby jedna za wszystkie i tak dalej. I rzeczywiście, gdy Lenie zawalił się świat, przeprowadziły ją z Londynu
do Warszawy, wyciągnęły za uszy z bagna i załatwiły najlepszą terapię w prywatnej klinice psychiatrycznej. Kiedy z niej wyszła, zrzuciły się na
wynajęcie dla niej ładnej kawalerki. I teraz jeszcze ta robota. Jest moc
w solidarności jajników.
Gdyby nie Monia, to dwudziestoczteroletnia Lena o takiej pracy mogłaby
tylko pomarzyć. Wprawdzie skończyła wzornictwo przemysłowe na wyspach i pracowała przez ponad rok w poczytnym brytyjskim czasopiśmie
wnętrzarskim, ale na stanowisko głównej projektantki mebli w międzynarodowej korporacji potrzebne jest zwykle dużo większe
doświadczenie. Na szczęście Monia jest w niej dyrektorką kreatywną i to
ona decyduje, kogo zatrudnia w swoim dziale. Inna rzecz, że wzięła na
siebie spore ryzyko. Na wprowadzenie do szerokiej produkcji projektów
Leny firma wyda grube miliony. Monice te projekty wstępnie się spodobały
i zatwierdziła przygotowanie prototypów. Dziś jest ważny dzień, sesja
zdjęciowa do katalogu na nowy sezon, z wykorzystaniem tych prototypowych
mebli. Dopiero po obejrzeniu roboczej wersji katalogu zarząd zdecyduje,
czy takie modele można wrzucić na linię produkcyjną. Jeśli katalog się
nie spodoba, zarząd może uznać, że Monika postawiła na złą osobę i że
naraziła firmę na niepotrzebne straty. W dodatku będzie już wtedy
zdecydowanie za mało czasu na przygotowanie nowej kolekcji mebli. A wejście w kolejny sezon bez nowości to porażka marketingowa i sprzedażowa oraz oddanie pola konkurencji. Ją wywalą wtedy z hukiem, a Monia na pewno będzie miała duże nieprzyjemności. Oby nie! Lena zrobi
wszystko, by Monice nie odbiło się czkawką to, że jej pomogła.
Korytarz prowadzący do hali przerobionej na wielkie studio fotograficzne
wydawał się nie mieć końca. Lena szła na miękkich nogach. Po dwóch
miesiącach zamkniętego leczenia psychiatrycznego i kolejnych dwóch w domu teraz czekała ją konfrontacja z dużym zespołem. "Żeby tylko nikt
nie przyczepił się do moich projektów" - pomyślała. Kiedyś była
mistrzynią ciętej riposty, ale teraz bała się, że psychotropy stępiły
jej ostry język i że może nie potrafić się wybronić.
- Co za kretyn zaprojektował to idiotyczne krzesło?! - Na oko
trzydziestoletnia dziewczyna z burzą dredów na głowie i w dziwacznej,
kolorowej kiecce była co najmniej niezadowolona. Odłożyła aparat
fotograficzny na stolik i obróciła się w stronę otwierających się
właśnie drzwi. - A ty kim jesteś?
- Kretynką.
- Co?
- Kretynką, która zaprojektowała to krzesło - doprecyzowała Lena,
odważnie wytrzymując gniewne spojrzenie pstrokatego czupiradła.
- Aha. - Fotografka mierzyła Lenę wzrokiem z góry na dół. Stanęła
zaledwie pół metra od niej i wydawało się, że idzie na zwarcie. - Nie
wyszedł ci chyba za bardzo ten projekt. Masywne oparcie tego krzesła
jest nieproporcjonalnie wielkie w stosunku do jego cieniutkich nóżek.
- Zupełnie jak twoja nieproporcjonalnie wielka głowa z mopem zamiast
włosów w stosunku do patykowatych nóg! - wypaliła Lena.
Wydawało się, że fotografka rzuci się na Lenę i odgryzie jej nos albo
ucho. Tymczasem kąciki jej ust lekko poszły w górę i za chwilę
dziewczyna ryknęła gromkim śmiechem.
- Zajebiste porównanie, laska, w punkt! Właśnie o to mi chodziło! -
Dziewczyna aż klepała się ze śmiechu po udach. - Ale czekaj, skoro ja
jestem mimo wszystko piękna, to może i to krzesło nie jest takie
beznadziejne?
- Właśnie. Może po prostu nie masz pomysłu na zdjęcie, które wyeksponuje
jego nietuzinkowe piękno, odwagę i nowoczesność?
- Może być i tak. Już cię lubię, jesteś tak samo pyskata jak ja! I tak
samo jak ja bronisz swojej roboty.
- Obyś ty w swojej robocie była równie zdolna jak ja w swojej. - Lena
uśmiechnęła się łobuzersko.
- Jeśli obie jesteśmy w niej tak mocne jak w pyskówce, to czeka nas
wielka kariera. Diana Szmal. - Fotografka wyciągnęła w stronę Leny rękę,
którą ta natychmiast serdecznie uścisnęła.
- Lena Warecka. Nie wkręcasz mnie? Nazywasz się Szmal?
- Serio. Gdy tylko jakiś zabójca do wynajęcia dostaje kolejne zlecenie i mówi: "Spoko, mogę odstrzelić frajera choćby jutro, ale pokaż mi szmal",
każdy szanujący się mafioso wyciąga moje zdjęcie.
- I wszystko jasne, bardzo to sprytne. - Lena się uśmiechnęła.
- Prawda? Tu wszyscy mówią na mnie Hajs. A ty masz jakąś ksywkę?
- Ewidentnie Elokwentna Erudytka. Ale tylko bystrzaki ją zapamiętują,
nie męcz się.
- Wiesz co? Najchętniej zabrałabym cię na swój trening bokserski.
Przydałaby mi się taka ostra sparingpartnerka.
- Żartujesz? - wyraźnie podekscytowała się Lena.
- Nie, naprawdę boksuję.
- Ale jaja! W Londynie trenowałam cztery lata! Pół roku temu, gdy
wróciłam do Polski, przestałam. Ale ostatnio myślałam o tym, żeby
poszukać tu jakiegoś klubu.
- No to już znalazłaś. Przyjdź jutro o dziewiętnastej do Sierpowego na
Ursynowie. Zobaczymy, co potrafisz.
- Z przyjemnością rzucę cię na liny.
Dziewczyny przybiły sobie piątkę. Najwyraźniej przypadły sobie do gustu,
bo szerokie uśmiechy nie schodziły im z twarzy.
- Czy ktoś tu dzisiaj zamierza pracować? - rozległ się niski, nieco
zachrypnięty, choć złośliwi mówią, że przepity głos.
- O rany, to sztywniak Grzegorz, redaktor katalogu. Niegroźny, ale lubi
czuć się ważny. - Diana mrugnęła porozumiewawczo do Leny. - Idziemy! -
odkrzyknęła.
Dziewczyny podeszły do mężczyzny i Diana dokonała prezentacji.
- To jest nasza projektantka Lena, a to szef dzisiejszego zamieszania
Grzegorz. Sorry, Grzesiu, za małą przerwę w robocie. Musiałam obejrzeć z bliska nową projektantkę i jej intrygujące kształty.
- O nie, uważaj na nią Lena! - przestrzegł Grzegorz. - Chyba wpadłaś jej
w oko.
- Chodziło mi o kształty jej mebli.
- Ta... Zapewne... - stwierdził redaktor - Dobra, bierzemy się do roboty!
Z DZIEWCZYNAMI
W wyjątkowo ciepły czerwcowy wieczór ogródek restauracyjny Wenecjanki,
który tonął w kwiatach, idealnie nadawał się na spotkanie muszkieterek.
Brakowało już tylko Leny. Na szczęście uprzedziła, że się spóźni.
- Podobno jakaś wredna szefowa zawaliła ją robotą. - Olga mrugnęła do
dziewczyn porozumiewawczo i spojrzała na Monię. - Dziękuję ci za
wszystko, co robisz dla Leny. Bardzo to doceniam.
- No, ja myślę! - Uśmiechnęła się Monia. - Mała naprawdę daje radę i zespół coraz bardziej się do niej przekonuje. Początkowo patrzono na nią
podejrzliwie i z niechęcią. Ludzie nie są idiotami i domyślili się, że
osoba z tak małym doświadczeniem musi być moją protegowaną. A to nigdy
nie przysparza sympatii. Ale Lena obroniła się swoją pracą. Masz zdolną
córkę, kochana.
- Ale to nie znaczy, że musisz ją od razu tak wykorzystywać! Do czego to
podobne, żeby kazać dziewczynie pracować o dwudziestej! - Klara zawsze
mówi, co myśli. Jako ekspertka od praw pracowniczych i działaczka
społeczna wszędzie węszy wyzysk uciśnionych. - Nie spodziewałam się tego
po tobie!
- Ugaś swoje święte oburzenie, Klarcia. Nie dojeżdżam Leny. To jest
wyjątkowa sytuacja. Ludzie z zarządu obejrzeli katalog ze zdjęciami jej
mebli. Generalnie są zadowoleni i Lena przeszła właśnie pomyślnie okres
próbny. Musi tylko nanieść kilka drobnych poprawek. Właściwie
przyczepili się głównie o jedno krzesło z za dużym oparciem. Tyle, że
poprawki muszą być naniesione natychmiast, bo za tydzień odpalamy linię
produkcyjną - wyjaśniła Monia.
- Dobrze, niech ci będzie. Ale kontroluj to, Monia, proszę. Lenie nie
jest potrzebny udział w wyścigu szczurów i katorżnicza praca od świtu do
nocy. Zwłaszcza po jej przejściach. - Klara nie do końca potrafiła
odpuścić.
- I tu się mylisz, droga przyjaciółko. Właśnie po takich przejściach
Lenie przydadzą się wyzwania. - Zuza najwyraźniej weszła w rolę mentora
rozwoju osobistego. - Oczywiście nie chodzi tu o żadne ekstremum, ale
pamiętajcie, że praca jest świetną odtrutką na taplanie się w smutkach.
- Mówisz jak moja świętej pamięci babcia - przerwała jej Klara. - Gdy
jej sąsiadka rozpaczała po śmierci łóżeczkowej swojego synka, kazała jej
przestać beczeć i wziąć się do obierania ziemniaków.
- Okrutne i nieco przerysowane, ale wcale nie takie głupie. W obliczu
problemów, zwłaszcza tych najboleśniejszych, mamy tendencję do użalania
się nad sobą, do pływania w oceanie łez. Fizyczny czy umysłowy wysiłek i przekierowanie uwagi na coś innego to bardzo dobre metody. Skutecznie
pomagają wyjść na prostą - wyjaśniała niestrudzenie Zuza. - To
oczywiście powinno być poparte pracą z terapeutą. Chodzi o to, żeby
zrozumieć, co się stało, wejrzeć w siebie, poszukać przyczyn, które
zazwyczaj tkwią w nas samych. A najczęściej w naszym traumatycznym
dzieciństwie.
- Pierdolenie o Szopenie! - Monia nie byłaby sobą, gdyby ostrego
sprzeciwu nie okrasiła niecenzuralnym słowem. - Miałam zacne dzieciństwo
i zajefajnych rodziców, a każdy mój kolejny związek to katastrofa. Z całym szacunkiem, Zuza, do tego, za co zgarniasz kasę, nie mogę słuchać
tych psychologicznych bredni!
- Może w tym problem. Nie pracujesz nad sobą, zamiatasz przykre tematy
pod dywan i ciągle powielasz te same błędy! - odcięła się Zuza.
- Jakie błędy? Słucham!
- Proszę bardzo! Za szybko ufasz facetom, najczęściej nic nie wartym,
wymuskanym i narcystycznym typom. Zdecydowanie za szybko wskakujesz im
do łóżka i za szybko zaczynasz się bawić w dom.
- Piczka porządniczka będzie mnie teraz pouczać!
- Ciiiiszaaa! - krzyknęła Olga, na tyle głośno, że spojrzała się na nią
para siedząca przy sąsiednim stoliku. - Nikt tak jak moje przyjaciółki
nie potrafi rozpętać gównoburzy. Nie spotkałyśmy się po to, żeby się
kłócić. Zwłaszcza że zaraz dołączy do nas Lena, która, jak słusznie
zauważyłyście, jest po przejściach. Spędźmy, proszę, miły wieczór. Mogę
na was liczyć?
- Na mnie jak najbardziej - natychmiast przytaknęła Zuza.
- Lizidupa - bąknęła pod nosem Monia.
- Monika, na litość boską! - włączyła się Klara.
- Niech wam będzie. - Monia uniosła do góry ręce. - Poddaję się. Dobra,
wiem... trochę przesadziłam. Przepraszam was za swój niewyparzony jęzor.
Ciężko mi po prostu... po tym, co zobaczyłam w swoim łóżku dwa tygodnie
temu. Nie doszłam chyba jeszcze do siebie po zdradzie tej łajzy i niepotrzebnie na was odreagowuję złe emocje. Sorry, Zuza.
- Nie ma sprawy. Też przepraszam, jeśli przegięłam. Ale wiesz, że ten
facet nie jest wart tego, by go opłakiwać? Nigdy nie był wart zaufania,
którym go tak hojnie obdarzyłaś.
- Wiem, ale rozum sobie, a moje głupie serce sobie. Dobrze mi było z tą
łajzą i nie mogę przeboleć, że tak mnie potraktował.
- Ale przecież nie była to żadna wielka miłość, a dopiero początek
namiętnego romansu. Myślę, że bardziej boli cię urażona duma, pani
dyrektor - podsumowała Olga, a dziewczyny potakująco pokiwały głowami.
- No to może rzeczywiście jestem pustą, powierzchowną lalką i dostaję
to, na co zasługuję? - Monia wjechała na żałosną nutę.
- Jesteś bardzo mądrą babką, kobietą sukcesu, piękną i seksowną kocicą,
w dodatku dobrym i wrażliwym człowiekiem. - Olga złapała przyjaciółkę za
rękę. - Tylko zanim następnym razem zwiążesz się z jakimś facetem,
przyjrzyj mu się trochę lepiej.
- Teraz to ja jednak posłucham ciebie, Zuza, i przyjrzę się najpierw
sobie. Rzeczywiście nie bardzo wiem, kogo tak naprawdę szukam, i powinnam się nad tym zastanowić. Zresztą potrzebuję detoksu od romansów
i randek. Obiecuję wam, że przynajmniej przez pół roku będę singielką!
- Akurat! - Lena właśnie podeszła do stolika muszkieterek i usłyszała
końcówkę wywodu Moniki. - Założę się, szefowo, że za miesiąc będziesz
już miała nowego faceta!
- Dać takiej pracę! - roześmiała się Monia. - Poprawki zrobione?
- Tak jest!
- Siadaj tu koło mnie. - Monika przesunęła się trochę i dostawiła wolne
krzesło z sąsiedniego stolika. - A zakład przyjmuję. O ciastko bezowe z malinowym kremem?
- Niech będzie. Za miesiąc będziesz rozkoszować się smakiem kolejnego
romansu, a ja słodyczą pysznego ciastka.
- Raczej czeka cię gorycz porażki, młoda. Minimum przez pół roku będę
zadowoloną z życia singielką. A przez miesiąc to już na bank! W każdym
razie gratuluję ci sukcesu w pracy. Zarząd cię łyknął. Witamy na
pokładzie!
- Fajnie, ale z tym krzesłem rzeczywiście dałam ciała, Hajs miała rację.
- Diana?
- No tak, Diana. Diana to Hajs, przecież tak na nią mówicie? Gdy tylko
mnie poznała, powiedziała, że to moje krzesło jest do dupy. A ja go
broniłam jak niepodległości. Ale dałyśmy sobie potem po ryju i już jest
dobrze.
- Jezus Maria, dlaczego ja nic o tym nie wiem? Mordobicie w mojej
firmie?!
- Nie w twojej firmie, a na ringu bokserskim. Okazało się, że obie od
lat trenujemy boks i czasem umawiamy się na sali treningowej.
- A nie podrywa cię?
- Kurczę, już ten redaktor Grzesiek coś takiego sugerował. Hajs woli
laski?
- Tak, nigdy się z tym nie kryła i chyba rok temu zakończyła wieloletni
związek. Jesteś piękną dziewczyną i nie zdziwię się, jeśli Diana zacznie
do ciebie podbijać.
- To nic jej z tego podbijania nie wyjdzie, bo przecież Lena od zawsze
woli chłopców. Prawda, córuś?
- Niestety. Choć z dziewczyną byłoby jakoś łatwiej się dogadać niż z facetem. W każdym razie Hajs do mnie nie startuje, a jak zacznie, to
poczęstuję ją lewym sierpowym - zaśmiała się Lena, przywołując gestem
ręki kelnera.
- Dzień dobry. Co dla pani? - Kelner chodził chyba jeszcze do szkoły, bo
na jego młodziutkiej twarzy trądzik był w pełnym rozkwicie.
- Poproszę to, co ma na talerzu ta pani. - Lena wskazała na kawałki
grillowanej ośmiornicy na półmisku Zuzy. - I do tego niech będzie jakieś
przyzwoite, ale nie najdroższe białe wino. Zdaję się na pana.
- Wino ja zamówię - weszła jej w słowo Monika. - Poproszę od razu całą
butelkę tego pinot grigio, które piję.
- Oczywiście, zaraz przyniosę.
Gdy kelner się oddalił, Monika wyjęła z torebki małe zawiniątko i wręczyła je Lenie.
- To w nagrodę za dobrą robotę. Fajnie mieć cię na pokładzie - mówiąc
to, serdecznie przytuliła Lenę. - Otwórz.
- Ojej, zawstydzasz mnie. Nie dość, że dałaś mi pracę, to jeszcze
wręczasz prezent. - Lena otworzyła aksamitne pudełeczko, w którym leżał
bezbateryjny rysik do tabletu graficznego. - O rany, to mercedes w swojej klasie! Niemożliwa jesteś, bardzo dziękuję. Obiecuję, że będę nim
rysować coraz lepsze projekty mebli dla ciebie.
- Taki był mój ukryty cel.
Monia z Leną ponownie się wyściskały, a do nich dołączyły pozostałe
dziewczyny. Przez chwilę muszkieterki wyglądały jak splecione we
wspólnym uścisku rugbystki.
- Nawet nie wiesz, jak dobrze widzieć cię taką radosną! Miesiącami
czekałyśmy na ten piękny uśmiech. - Klara nie mogła przestać gładzić
Leny po dłoni. - Chyba jest już znacznie lepiej, co?
- Znacznie to może lekka przesada, ale tak, jest już lepiej. Mój
psychiatra zmniejszył mi nawet dawkę mozarinu. Ta praca naprawdę dużo mi
dała. I powrót do treningów bokserskich też dobrze mi robi. Ostatni atak
paniki dopadł mnie trzy tygodnie temu i mam nadzieję, że wkrótce
zupełnie się ich pozbędę. Ale stany lękowe jeszcze się pojawiają.
- Nic dziwnego. W końcu ten potwór trzymał cię w jakiejś strasznej
ciemnicy przez wiele tygodni. Trafili wreszcie na jego trop?
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki