ZŁOta miłość - Anna Klimczewska

Kup ebooka

39.90 zł
33.53 zł (33,08 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

PROLOG

Zazwy­czaj nie wiemy, kiedy umrzemy. Cza­sem ktoś sły­szy od leka­rza, że jest źle i że pożyje jesz­cze dwa, góra trzy mie­siące. Ale trzy­dzie­sto­sze­ścio­let­nia Ewa wie­działa, że została jej naj­wy­żej godzina. Tyle potrze­bo­wała na napi­sa­nie poże­gnal­nego listu do swo­jej matki. Rozej­rzała się z roz­rzew­nie­niem po dużej kuchni. Kie­dyś stał tu żeliwny piec na tro­ciny, ale znik­nął po gene­ral­nym remon­cie w latach dzie­więć­dzie­sią­tych. Zastą­piła go kuchenka gazowa. Jedy­nym meblem, który pamię­tał jesz­cze dzie­ciń­stwo Ewy, był dębowy, ponie­miecki stół. Od zawsze stał na środku kuchni i małej Ewie wyda­wał się cen­trum wszech­świata. Pamię­tała, jak sia­dała przy nim pomię­dzy bab­cią a dziad­kiem. Dzia­dek stru­gał swoje Jezu­ski z gałęzi, a bab­cia szy­deł­ko­wała koron­kowe obrusy lub pie­kła jakieś pyszne cia­sto. Po kuchni roz­cho­dził się wtedy zapach wani­lii i cze­ko­lady. Mała Ewu­nia patrzyła jak zacza­ro­wana na pomarsz­czone ręce dziad­ków, spod któ­rych zawsze wycho­dziły jakieś cuda. Bar­dzo kochała ten dom.

Kochana Mamo,

wielu rze­czy w życiu żałuję, ale naj­bar­dziej tego, że muszę Cię tak bar­dzo skrzyw­dzić. Wiem, że czy­tasz ten list z pęk­nię­tym ser­cem. Uwierz, że gdyby ist­niał dla mnie jaki­kol­wiek ratu­nek, sko­rzy­sta­ła­bym z niego. Ale z pie­kła, w któ­rym się zna­la­złam, nie ma ucieczki.

Duża łza skap­nęła na papier i roz­myła dwie ostat­nie litery. Ręka­wem błę­kit­nej sukienki, tej w któ­rej tak lubiła ją mama, Ewa wytarła kartkę i wil­gotne policzki.

Pamię­tasz tego faceta w gra­na­to­wym gar­ni­tu­rze, z któ­rym widzia­łaś mnie jakieś pół roku temu w kawiarni Ame­ri­cano? To było wtedy, gdy odwie­dziła Cię cio­cia Lusia. Zabra­łaś ją na deser lodowy i spo­tka­ły­śmy się przy­pad­kiem, pamię­tasz? Nie zapro­si­łam Was do naszego sto­lika, bo Mar­cel tego nie chciał. Pod­py­ty­wa­ły­ście mnie potem, co to był za przy­stoj­niak i co mnie z nim łączy. Powie­dzia­łam, że to nikt ważny, kolega z mojego oddziału banku. Tak kazał mi powie­dzieć Mar­cel. Ale to był ktoś bar­dzo dla mnie ważny i chyba... ktoś bar­dzo zły. Pozna­łam go dzięki apli­ka­cji rand­ko­wej i zako­cha­łam się bez pamięci. Pisał, że jest pol­skim biz­nes­me­nem miesz­ka­ją­cym w Nor­we­gii. Gdy do mnie przy­la­ty­wał, zabie­rał mnie do naj­droż­szych hoteli. On był, Mamo, moim księ­ciem, na któ­rego cze­ka­łam całe życie. Byłam pewna, że spo­tka­łam ide­al­nego męż­czy­znę. Rzu­cił mi do stóp niebo, spra­wił, że przez cztery mie­siące czu­łam się naj­pięk­niej­szą i naj­wspa­nial­szą kobietą na ziemi.

Pamię­tasz moją samotną podróż na Bali? Nie była samotna, on mnie tam zabrał. Tylko na zdję­ciach, które Ci wysy­ła­łam, zawsze byłam sama. Mar­cel nie pozwa­lał ich sobie robić. Myśla­łam, że po pro­stu nie lubi pozo­wać... Nie wycho­wa­łaś mnie na mate­ria­listkę, ale muszę się przy­znać, że to, jak się ubie­rał, do jakich zabie­rał mnie restau­ra­cji i jakimi eks­klu­zyw­nymi jeź­dził samo­cho­dami, robiło na mnie wra­że­nie. Stra­ci­łam dla niego głowę. I zupeł­nie stra­ci­łam czuj­ność. Ufa­łam mu bez­gra­nicz­nie, bar­dziej niż sobie, bar­dziej niż Tobie...

Kie­dyś powie­dział, że tra­fiła mu się wyjąt­kowa oka­zja prze­ję­cia pew­nej firmy po bar­dzo oka­zyj­nej cenie. Potrze­bo­wał dzie­wię­ciu milio­nów. Sied­mioma dys­po­no­wał, ale dwóch mu bra­ko­wało. Miał przy sobie całą teczkę doku­men­tów i wycią­gów ban­ko­wych, żeby mi poka­zać, jak wszystko jest porząd­nie i bez­piecz­nie przy­go­to­wane. Nawet nie chcia­łam tego oglą­dać. Wie­rzy­łam mu na słowo. Obie­cał, że w ciągu mie­siąca odda mi dwa razy tyle. To i dla mnie miała być życiowa oka­zja. Nie zasta­na­wia­łam się ani chwili, zasta­wi­łam dom. Ale bra­ko­wało mi jesz­cze ośmiu­set tysięcy. I wtedy zro­bi­łam coś strasz­nego. Mamo, ja ukra­dłam te pie­nią­dze z mojego banku. Wie­dzia­łam, co zro­bić, jak sfał­szo­wać doku­menty, żeby je wycią­gnąć. Trak­to­wa­łam to jako pożyczkę i chcia­łam ją po mie­siącu oddać, tak by nikt nie zauwa­żył tego, co zro­bi­łam. Ale po mie­siącu nie mogłam napra­wić swo­jego błędu, bo Mar­cel nie oddał mi ani zło­tówki. On znik­nął, Mamo.

Ewa nie umiała powstrzy­mać potoku łez. Wstała od stołu, otwo­rzyła okno i pozwo­liła, by ostre gru­dniowe powie­trze osu­szyło jej zapła­kaną twarz i zmro­ziło falę bole­snych emo­cji. Po chwili zamknęła okno i - już nieco spo­koj­niej­sza - wró­ciła do pisa­nia listu.

Nie mam z nim kon­taktu od trzech mie­sięcy. Jego numer tele­fonu już nie ist­nieje. Nazwi­sko, które mi podał i pod któ­rym mel­do­wał się w hote­lach, oka­zało się fik­cyjne, a doku­menty, któ­rymi się posłu­gi­wał, fał­szywe. Nikt taki nie jest też zamel­do­wany w Nor­we­gii. Za chwilę wie­rzy­ciele zabiorą dom. Dom po dziad­kach. W mojej pracy roz­po­czął się audyt i lada moment wszy­scy się dowie­dzą, że ukra­dłam osiem­set tysięcy. Na dłu­gie lata tra­fię do wię­zie­nia, z doży­wot­nim pięt­nem zło­dziejki. W dodatku jestem w czwar­tym mie­siącu ciąży. Moje życie się skoń­czyło. Może jestem tchó­rzem, ale naprawdę nie potra­fię dźwi­gnąć tego wszyst­kiego, jestem za słaba. Wiem, że nie mogę Cię bła­gać o wyba­cze­nie, bo krzywda, jaką Ci wyrzą­dzam, jest nie­wy­obra­żalna. Pozo­staje mi wie­rzyć, że kie­dyś odnaj­dziemy się w innym świe­cie. W tym, w który Ty tak mocno wie­rzysz. Oby Twój miło­sierny Bóg nie ska­zał mnie na wieczne potę­pie­nie. Módl się za mnie, Mamo, bo bar­dzo się boję.

Wystrzał fajer­wer­ków ode­rwał Ewę od pisa­nia. Pew­nie jacyś nie­cier­pliwi impre­zo­wi­cze testo­wali syl­we­strowe zakupy. Kobieta się­gnęła po prze­wie­szoną przez opar­cie krze­sła torebkę i zaczęła z niej coś wycią­gać.

Bar­dzo bym chciała, żeby ten oszust zapła­cił kie­dyś za to, co mi... co nam, Mamo, zro­bił. Oba­wiam się jed­nak, że nie mam dla poli­cji zbyt dużo tro­pów. Zna­łam go jako Mar­cela Tomic­kiego. W moim tele­fo­nie, do któ­rego znasz hasło, znaj­dziesz starą kore­spon­den­cję z nim. Jest tam też jedno jego zdję­cie. Kie­dyś, gdy na ulicy roz­ma­wiał z kimś przez tele­fon, zro­biłam mu je z ukry­cia. Chcia­łam móc patrzeć na niego, gdy nie było go obok mnie. Nie­stety, aku­rat się odwró­cił i foto­gra­fia jest poru­szona. Mar­cel stoi na niej bokiem i jest tro­chę nie­wy­raźny. Ale może z jaki­miś innymi zdję­ciami, któ­rymi dys­po­nuje poli­cja, dałoby się je porów­nać. Zosta­wiam ci też naszyj­nik, który od niego dosta­łam. Był w czar­nym aksa­mit­nym pudełku, ale tego pudełka już nie mam. Został tylko naszyj­nik z wisior­kiem. Byłam pewna, że wydał na to cacko mają­tek, i nawet go za to zbesz­ta­łam. Myśla­łam, że to złoto wyso­kiej próby z dużym dia­men­tem. Kilka dni temu poszłam z tym naszyj­nikiem do jubi­lera i oka­zało się, że to jedy­nie bez­war­to­ściowy fal­sy­fi­kat. Tak jak bez­war­to­ściowa oka­zała się nasza miłość...

Nie udała mi się koń­cówka mojego życia, ale dzięki Tobie, Mamo, przez ponad trzy­dzie­ści lat byłam naprawdę szczę­śliwa. Dzię­kuję z całego serca za tro­skę, miłość i dobro, któ­rych doświad­cza­łam od Cie­bie każ­dego dnia. Bar­dzo Cię kocham i wie­rzę, że gdy kie­dyś spo­tkamy się w tym Twoim lep­szym świe­cie, wszystko Ci wyna­gro­dzę.

Twoja kocha­jąca Ewa

Kobieta poca­ło­wała kartkę papieru i wło­żyła ją do koperty. Poło­żyła na niej tele­fon komór­kowy i naszyj­nik w zło­tym kolo­rze. A potem pode­szła do sta­rej kuchenki gazo­wej i odkrę­ciła wszyst­kie kurki.

JAK MOGŁAM SIĘ TAK POMYLIĆ?

Wstrzą­sana spa­zmami roz­ko­szy Olga angle­zo­wała coraz szyb­ciej na Mar­ci­nie. Po chwili osu­nęła się w jego silne ramiona, które natych­miast cia­sno ją oplo­tły. Są razem już ponad rok, ale mogłaby poli­czyć na pal­cach jed­nej ręki dni, w któ­rych się nie kochali. Jej męż­czy­zna z tru­dem otwo­rzył zamglone ero­tycz­nym speł­nie­niem oczy.

- Co ty ze mną robisz, dzi­ku­sko? Żeby face­towi w moim wieku tak dziel­nie słu­żył jego żoł­nierz? Nie­by­wałe... - zamru­czał, bawiąc się leni­wie jej wło­sami.

- Dziel­nie i wier­nie, dzień po dniu, mój gene­rale! - Oldze udało się nieco uwol­nić z jego objęć. - A czter­dzie­ści dwa lata to nie jest jesz­cze wiek, w któ­rym twój mały... prze­pra­szam, kocha­nie, cał­kiem duży żoł­nierz mógłby ci zacząć odma­wiać posłu­szeń­stwa.

- I tu się mylisz, skar­bie. Nawet nie wiesz, ilu moich pacjen­tów wła­śnie w tym wieku miewa pro­blemy ser­cowe. Naj­czę­ściej po przedaw­ko­wa­niu nie­bie­skich pigu­łek na poten­cję.

Olga lubiła myśleć, że jej ser­cowe kło­poty skoń­czyły się raz na zawsze. W końcu zwią­zała się ze świet­nym kar­dio­chi­rur­giem. Poca­ło­wała Mar­cina z czu­ło­ścią w poli­czek.

- Może i ty bie­rzesz ukrad­kiem takie pigułki? To by wyja­śniało twoje nad­ludz­kie zdol­no­ści w naszej sypialni.

- Ty jesteś moją tabletką, kocha­nie. Pod­nie­casz mnie, gdy cho­dzisz, leżysz, jesz, śpisz, a nawet gdy chra­piesz.

- Prze­cież ja nie chra­pię!

- O prze­pra­szam, zapo­mnia­łem. Nie chra­piesz, nie bekasz i nie pusz­czasz gazów. Mój ty bycie aniel­ski! - Mar­cin zaśmiał się gło­śno, a Olga usia­dła natych­miast i zaczęła okła­dać go podusz­kami.

Mar­cin przez moment pozwa­lał się jej okła­dać, po czym ruszył do kontr­ataku. Po chwili razem bom­bar­do­wali się nie­mi­ło­sier­nie podusz­kami, zaśmie­wa­jąc się coraz gło­śniej. Pew­nie zaraz w któ­rejś z podu­szek puści­łyby szwy, gdyby nie zadzwo­nił tele­fon.

- Kto dzwoni o tej porze? - zdzi­wił się Mar­cin, patrząc na ścienny zegar. - Za kwa­drans pół­noc. Nie odbie­raj.

Olga się­gnęła po swo­jego iPhone'a i zasko­czona spoj­rzała na Mar­cina.

- Monia? Prze­cież dopiero jutro miała wró­cić z Bar­ce­lony. Coś się stało, nie dzwo­ni­łaby bez waż­nego powodu. - Jej naj­lep­sza przy­ja­ciółka była wpraw­dzie nieco sza­lona i nie­prze­wi­dy­walna, ale nie wydzwa­niała dotąd po nocy. Po chwili waha­nia Olga naci­snęła zie­loną słu­chawkę. - Halo? Monia?

- Zabiję skur...wyyy...syy­y­naaa! - Olga odsu­nęła nieco tele­fon od ucha, bo trudno jej było zro­zu­mieć wrzesz­czącą i jed­no­cze­śnie szlo­cha­jącą przy­ja­ciółkę.

- Uspo­kój się, Monia, i powiedz, co się stało? Gdzie jesteś?!

- Ja...a...dę do cie­eeebie. Bła...agam, powiedz, że moooogę - szlo­chała.

- Jasne, ale koniecz­nie się uspo­kój, bo jesz­cze coś sobie zro­bisz. Naj­le­piej zatrzy­maj... - W tym momen­cie Olga usły­szała odgłos stłuczki i siar­czy­ste "kurwa!" Moniki.

*

- Co pani wypra­wia, do cho­lery! - Szpa­ko­waty, wysoki facet po czter­dzie­stce otwo­rzył drzwi samo­chodu Moniki i wpa­try­wał się w nią błę­kit­nymi, ale rzu­ca­ją­cymi wście­kłe bły­ski oczami.

- Szkoda, że się nie zabiiii­ła­aam! - Monika unio­sła zapła­kane oczy na intruza. - Nie zauwa­ży­łam pana, bo...bo ten kutas mnie zdra­dził! - Prze­stała w końcu chli­pać i zło­żyła dło­nie w bła­gal­nym geście. - Prze­pra­szam, zapłacę za szkody, ale pro­szę nie wzy­wać dro­gówki, bo nie mam dziś na to siły.

- No... dobrze. Ale w tym sta­nie nie pozwolę pani dalej pro­wa­dzić. Pro­szę wysiąść i dać mi klu­czyki. Zapar­kuję pani auto pod tam­tym blo­kiem i zaraz zawiozę panią tam, dokąd pani zechce. Tylko pro­szę wytrzeć łzy, bo głu­pieję, gdy widzę je na tak uro­czej twa­rzy.

Monika bez słowa wysia­dła z samo­chodu i pozwo­liła, żeby nie­zna­jomy prze­sta­wił jej auto. Potem grzecz­nie usa­do­wiła się w jego volks­wa­ge­nie po stro­nie pasa­żera.

- Dokąd jedziemy? - zapy­tał męż­czy­zna.

- Do mojej przy­ja­ciółki Olgi. To zna­czy na Odyńca. - Olga wycią­gnęła z torebki notes, z któ­rego wyrwała kartkę i zaczęła coś na niej pisać. Po chwili poło­żyła kartkę na desce roz­dziel­czej. - Ma pan tu moje przy­zna­nie się do winy i dane z polisy. Dzię­kuję, że nie wezwał pan poli­cji.

- Nie ma co im zawra­cać głowy pier­do­łami. To tylko mała stłuczka i drobne wgnie­ce­nie. Ale następ­nym razem pro­szę patrzeć na świa­tła. Dobrze, że jest tak późno i nie ma ruchu, bo mogła pani gorzej naroz­ra­biać. No i w takim sta­nie w ogóle nie powinna pani sia­dać za kie­row­nicą.

- Ma pan rację. Wszystko przez tego zła­masa!

- Hmm... - Męż­czy­zna był naj­wy­raź­niej zakło­po­tany bez­po­śred­nio­ścią Moniki. - Tak, cóż... Mówiła coś pani, że... ten zła­mas... panią zdra­dził?

- I to w moim wła­snym domu! Ze swoją byłą żoną, o któ­rej zawsze mówił, że to bla­dziara i wywłoka!

- Aha...

- Aha! Przed chwilą zasta­łam zła­masa z tą bla­dziarą w moim łóżku!

- Rze­czy­wi­ście trudno się nie zgo­dzić, że to zła­mas.

- Już ni­gdy nie obej­rzę żad­nego por­nola, bo oni będą mi sta­wać przed oczami. Gdy otwo­rzy­łam drzwi do swo­jej sypialni, to zoba­czy­łam jej wypiętą dupę, bo aku­rat obra­biała ster­czą­cego fiuta...

- ...tego zła­masa - dokoń­czył.

- Wła­śnie.

- Może to panią odro­binę pocie­szy. Uwa­żam, że facet, który zdra­dził tak piękną kobietę jak pani, jest skoń­czo­nym idiotą.

- Niech mnie pan tu teraz nie pod­rywa, do cho­lery! - rzu­ciła wście­kle Monia.

- Prze­pra­szam, ja tylko chcia­łem...

- Co pan chciał?! Wyko­rzy­stać oka­zję pan chciał! Żało­sne, wszy­scy jeste­ście tacy sami! Szu­ka­cie tylko oka­zji, żeby podup­czyć!

- Nie zasłu­ży­łem sobie na... - Męż­czy­zna chciał jesz­cze coś powie­dzieć, ale osta­tecz­nie zre­zy­gno­wał.

Wspólną podróż spę­dzili w cał­ko­wi­tej i coraz bar­dziej krę­pu­ją­cej ciszy. W końcu auto sta­nęło pod apar­ta­men­tow­cem, w któ­rym miesz­kała Olga. Monika wysia­dła, ale zamiast zamknąć za sobą drzwi, wsa­dziła głowę do samo­chodu męż­czy­zny.

- Chyba powin­nam pana prze­pro­sić... - zaczęła.

- Miała pani ciężki wie­czór. Rozu­miem, dobra­noc. - W gło­sie męż­czy­zny dało się wyczuć urazę. Zatrza­snął drzwi od strony pasa­żera i ruszył.

- Dobra­noc - powie­działa Monia do odjeż­dża­ją­cego auta.

*

- Na litość boską, jesteś! Umie­ra­łam ze stra­chu! - Olga wcią­gnęła do miesz­ka­nia sto­jącą na progu przy­ja­ciółkę. - Nic ci się nie stało?

- Jestem cała. Wje­cha­łam w tyłek face­towi, bo nie zauwa­ży­łam, że świa­tło zmie­niło się na czer­wone. - Monika weszła do salonu przy­ja­ciół i wtu­liła się w sze­roko roz­po­starte ramiona Mar­cina. - Cześć, przy­stoj­niaku. Prze­pra­szam, że zakłó­ci­łam wam wie­czór, wła­ści­wie już noc. Macie jakieś wino?

- Białe się znaj­dzie. Zaraz otwo­rzę i wam przy­niosę. - Mar­cin zatrzy­mał się na moment w dro­dze do kuchni. - Temu face­towi, w któ­rego wje­cha­łaś, też nic się nie stało?

- Wyszedł z tego bez szwanku. Ucier­piała naj­wy­żej jego duma.

- Bo?

- Wyzwa­łam go od łaj­da­ków. Czy dziw­ka­rzy? Jakoś tak.

- Zro­bił ci coś? - wystra­szyła się Olga. - Napa­sto­wał Cię?

- Nie, powie­dział, że jestem piękna.

- No to fak­tycz­nie cham i pro­stak, zasłu­żył sobie na stek obelg! - roze­śmiał się Mar­cin. - Idę po to wino, bo bez pro­cen­tów niczego nie zro­zu­miem.

Mar­cin wyszedł z salonu, a Olga usia­dła na kana­pie obok Moniki i przy­tu­liła ją ser­decz­nie. Przy­ja­ciółki przez chwilę patrzyły sobie w oczy i obie miały wra­że­nie, że mają déja vu. Jedna z nich ma zła­mane serce przez jakie­goś dra­nia, a druga musi sta­nąć na wyso­ko­ści zada­nia i prze­ko­nać ją, że kolejne roz­cza­ro­wa­nie nie ozna­cza końca świata.

- Emil?

- Fiut ze szmaty, a nie Emil!

Olga nie zno­siła, kiedy Monika sta­wała się wul­garna i klęła jak szewc, a działo się tak zawsze, gdy się dener­wo­wała. Teraz jed­nak nie był naj­wła­ściw­szy moment na to, by uczyć ją popraw­nej pol­sz­czy­zny i kul­tury słowa.

- Opo­wiedz, co się stało. Po kolei.

- Banał jak w tele­no­weli bra­zy­lij­skiej. Kupi­łam pełno hisz­pań­skich tapas, mar­kową cavę i wró­ci­łam dzień wcze­śniej z Bar­ce­lony. To miała być noc-nie­spo­dzianka, ale oka­zało się, że ten łaj­dak jest lep­szy w robie­niu nie­spo­dzia­nek. A jego była żona jest chyba dobra w robie­niu loda, bo palant rzę­ził jak zarzy­nany wieprz! W moim łóżku i w mojej ulu­bio­nej pościeli!

- Musisz ją wyrzu­cić ze swo­jego domu. I pościel, i byłą żonę Emila.

- No raczej! A zwłasz­cza tego zła­masa, któ­rego wpu­ści­łam pod swój dach. Zresztą wydar­łam ryja, że jak wrócę rano do domu, to ma nie być po nich śladu.

- I bar­dzo dobrze.

- W zasięgu mojej ręki leżał jego tele­fon. Wzię­łam zamach i wal­nę­łam go nim w głowę tak mocno, że omal nie zemdlał!

- Jezus Maria, Monia! - Mar­cin wła­śnie wszedł do salonu, trzy­ma­jąc w dło­niach dwa kie­liszki z bia­łym winem. - Ten biedny kie­rowca powie­dział ci tylko miły kom­ple­ment!

- Co? - Olga zdzi­wiła się, ale po chwili zaczęła się śmiać. - Och nie, kocha­nie, to nie kie­rowcę ude­rzyła Monika, a Emila.

- Uff... jak dobrze. Bo już ni­gdy nie powie­dział­bym ci, Monia, żad­nego kom­ple­mentu - ode­tchnął Mar­cin. - A ten twój ślicz­niutki Emil... Cóż, od razu czu­łem, że to dupek. Czym sobie zasłu­żył na nokaut?

- Zaba­wiał się ze swoją byłą w moim łóżku.

- No to mogę do cie­bie poje­chać i jesz­cze po tobie popra­wić.

- Dzięki, praw­dziwy z cie­bie przy­ja­ciel.

- Ale nie będziesz chyba po nim jakoś spe­cjal­nie roz­pa­czać? Wasz romans to prze­cież świeża sprawa i chyba nie zdą­ży­łaś się w nim na dobre zabu­jać? - dopy­ty­wał Mar­cin.

- Nie, nie zdą­ży­łam. Znam go dopiero od mie­siąca. Idiotka ze mnie, że po trzech dniach zna­jo­mo­ści pozwo­li­łam mu się do sie­bie wpro­wa­dzić. Sama pro­si­łam się o wpier­dol!

- Może już tak nie klnij, bo... - nie wytrzy­mała Olga.

- Daj spo­kój, skar­bie, nie teraz. - Mar­cin mru­gnął poro­zu­mie­waw­czo do uko­cha­nej i zwró­cił się do Moniki. - Nie żałuj sobie, Monia. Jak ma ci ulżyć, to klnij, ile wle­zie. Ja uwa­żam, że nikt nie klnie z takim wdzię­kiem jak ty.

- Jak mogłam się tak pomy­lić? - Monia pyta­jąco patrzyła na przy­ja­ciół, ale ci się nie rwali do odpo­wie­dzi. - Myśla­łam, że to porządny gość. Zapo­mnia­łam, że mój radar na face­tów jest zupeł­nie spie­przony!

- Mój też do nie­dawna był do bani. - Olga spoj­rzała z czu­ło­ścią na Mar­cina. - Na szczę­ście teraz działa bez zarzutu.

Mar­cin poca­ło­wał ją w poli­czek i wrę­czył dziew­czy­nom kie­liszki z winem. Wyjął z barku whi­sky i nalał sobie odro­binę trunku do szklanki.

- Tobie też należy się tro­chę szczę­ścia w miło­ści i bar­dzo ci tego życzę. Obie z Olgą prze­szły­ście przez tego zwy­rod­nialca Pio­tra istne pie­kło. Dobrze, że ten śmieć sie­dzi w pier­dlu.

Jesz­cze dwa lata temu Piotr był narze­czo­nym Olgi. Wyda­wał się bar­dzo porząd­nym męż­czy­zną. Był świet­nie pro­spe­ru­ją­cym biz­nes­me­nem, pie­kiel­nie inte­li­gent­nym gościem, potra­fią­cym w pamięci mno­żyć dłu­gie ciągi liczb. W parze z inte­li­gen­cją szła ujmu­jąca oso­bo­wość. Gdzie tylko się poja­wił, natych­miast sta­wał się duszą towa­rzy­stwa. Nic więc dziw­nego, że jego uro­kowi ule­gła nie tylko Olga, ale też wszy­scy jej bli­scy i przy­ja­ciele. Nie­stety Piotr miał też drugą, mroczną naturę. Lubił dragi, prze­moc i brudny, by­naj­mniej nie mono­ga­miczny seks. Prze­ko­nała się o tym Monia, która ostro wtedy impre­zo­wała. Spo­tkała go kie­dyś na orgietce dla swin­ger­sów. Zagro­ziła, że o wszyst­kim powie jego narze­czo­nej, a swo­jej naj­lep­szej przy­ja­ciółce. Piotr podał jej drinka z brzydką sub­stan­cją, a następ­nie razem z dwoma innymi kole­gami zaba­wił się nią. Wszystko nagrał i potem szan­ta­żo­wał ją, że upu­bliczni nagra­nie. Prze­ra­żona Monika ucie­kła do Bar­ce­lony. Przez kilka mie­sięcy pra­co­wała w tam­tej­szej cen­trali swo­jej firmy, lizała rany i cho­dziła na tera­pię. Do swo­ich przy­ja­ció­łek, czyli musz­kie­te­rek - jak lubiły się nazy­wać, wła­ści­wie się nie odzy­wała. W końcu gdy wyszła z traumy, zna­la­zła w sobie dość odwagi, by wyznać Oldze, kim naprawdę jest jej uko­chany Piotr. Może wybrała do tego nie naj­lep­szy moment, bo zro­biła to na wie­czo­rze panień­skim przy­ja­ciółki. Poka­zała jej w swoim tele­fo­nie nagrany przez przy­pa­dek fil­mik, na któ­rym zare­je­stro­wał się gwałt i groźby Pio­tra.

- On sie­dzi w wię­zie­niu dzięki tobie, Monia. Ni­gdy nie zapo­mnę tego, co dla mnie zro­bi­łaś. Dzięki tobie nie wyszłam za mąż za tego potwora.

- Tak, ale też omal przeze mnie nie zgi­nę­łaś.

Zanim kto­kol­wiek zdo­łał wtedy Olgę zatrzy­mać, wsia­dła do swo­jego auta i jechała jak sza­lona przed sie­bie, aż utknęła na prze­jeź­dzie kole­jo­wym. Zroz­pa­czona i odrę­twiała nie zna­la­zła w sobie dość siły, by wysko­czyć z samo­chodu. W ostat­niej chwili wycią­gnął ją z tej pułapki nie­zna­jomy męż­czy­zna. Ryzy­ko­wał wła­snym życiem, żeby oca­lić obcą kobietę. Kobietę, która teraz wtu­lała się w niego i patrzyła z odda­niem w jego oczy.

- Ja też jestem ci dozgon­nie wdzięczny, Monia. - Powie­dział Mar­cin. - Dzięki tobie mam teraz obok sie­bie naj­wspa­nial­szą kobietę pod słoń­cem. Cho­ler­nie dużo wycier­pia­łaś, ale zobacz, ile dobra to twoje cier­pie­nie przy­nio­sło.

- Mar­cin ma rację. I zasłu­gu­jesz, kochana, na kogoś wyjąt­ko­wego - dodała Olga.

- Tyle że po raz kolejny wybra­łam łachu­drę. Ze mną jest chyba coś nie tak. Albo ktoś rzu­cił na mnie klą­twę, by każdy kolejny facet był gor­szy od poprzed­niego.

- Bo cią­gle popeł­niasz ten sam błąd. Za szybko obda­rzasz obcego faceta zaufa­niem. Nie zdą­żysz go dobrze poznać, a już wpusz­czasz go do swo­jego domu i życia. Za szybko, kochana. Nie do wiary, że po tylu dozna­nych krzyw­dach wciąż to robisz. Ja po takich przej­ściach jak twoje pew­nie ni­gdy nie spoj­rza­ła­bym na żad­nego faceta. A ty cią­gle lgniesz do łaj­da­ków. Chyba powin­naś poważ­nie pomy­śleć o tera­pii... - zatro­skała się Olga.

- Szkoda na to czasu i kasy. Oba­wiam się, że jestem nie­re­for­mo­walna. Mam chyba jakąś dys­funk­cję, serio. Myślę, że nawet po wielu tera­piach spo­śród setek porząd­nych gości zawsze wyło­wię skoń­czoną łajzę.

- Jestem pewien, że się mylisz, rudzielcu. Jakiś wyjąt­kowy i stwo­rzony dla cie­bie gość na pewno jest już gdzieś bli­sko.

- Oby - wes­tchnęła Monia. - Napij­cie się za to ze mną.

- Za porząd­nego faceta dla Moniki! - zapro­po­no­wał Mar­cin.

- Niech będzie mądry i dobry. A jeśli cho­dzi o wady, to może być przy­stojny i bogaty! - dodała Olga.

- I to jest piękny toast nocy czerw­co­wej! - W wyraź­nie już lep­szym nastroju Monika unio­sła kie­li­szek do ust.

INTRYGUJĄCE KSZTAŁTY

Jej mama drżała, gdy trzy tygo­dnie temu prze­pro­wa­dziła się od niej do nie­wiel­kiej kawa­lerki. Ale musiała się z tym pogo­dzić, bo psy­chia­tra Leny powie­dział jej: "Pani Olgo, już czas. Pani doro­sła, choć pora­niona córka jest już gotowa, by na nowo roz­po­cząć samo­dzielne życie. Niech jej pani da taką szansę".

Stan Leny daleki był jesz­cze od dobrego, ale potra­fiła już zwlec się z łóżka, zadbać o higienę, przy­go­to­wać sobie jedze­nie i pójść do pracy. Nowej pracy, do któ­rej przy­jęła ją po zna­jo­mo­ści Monika, przy­ja­ciółka mamy. Zresztą to także jej przy­ja­ciółka. Mimo spo­rej róż­nicy wieku trzy­mają się razem: mama, Monia, ich dwie kum­pele - Klara i Zuza - oraz ona, ponad dwa­dzie­ścia lat od nich młod­sza. Lena oczy­wi­ście dołą­czyła do tej ekipy sto­sun­kowo nie­dawno, bo jakieś cztery lata temu. Musiała doro­snąć do wspól­nego picia wina i zwie­rza­nia się sobie z łóż­kowo-miło­snych przy­gód. Wcze­śniej była mało­latą i dziew­czyny trak­to­wały ją jak maskotkę. Była po pro­stu córką Olgi. Żadna z nich nie miała dzieci, więc uwiel­biały roz­piesz­czać dziecko swo­jej przy­ja­ciółki, i tyle. Z cza­sem zauwa­żyły, że prze­isto­czyła się w doro­sła kobietę i zaczęły trak­to­wać jak równą sobie.

Lena zawsze dzi­wiła się, że tak różne oso­bo­wo­ści mogła połą­czyć głę­boka przy­jaźń. Jej mama przez wiele lat była przy­kładną żoną i straż­niczką domo­wego ogni­ska, robiącą jed­no­cze­śnie karierę w tele­wi­zji. Wyda­wała się roz­ważna i poukła­dana do czasu, aż nie­spo­dzie­wa­nie zde­cy­do­wała się na roz­wód z poczci­wym, ale nieco nud­nym mężem. No, wtedy to jej odbiło! Lena miesz­kała już wpraw­dzie w Lon­dy­nie, ale była na bie­żąco ze wszyst­kimi roman­sami swo­jej matki. A ta zako­chi­wała się w róż­nych nie­cie­ka­wych typach. Potra­fiła też brać face­tów jedy­nie do łóżka. Kto wie, jakby skoń­czyło się to sza­leń­stwo, gdyby wresz­cie nie zna­la­zła szczę­ścia w ramio­nach kar­dio­chi­rurga Mar­cina, który przez przy­pa­dek oka­zał się przy­ja­cie­lem jej wujka Bruna. Wtedy Lena poczuła, że wró­ciła jej mama - dobra, cie­pła i dająca naj­bliż­szym poczu­cie bez­pie­czeń­stwa. Ale też bar­dzo spon­ta­niczna i rado­sna. Z innej gliny ule­piona była Klara. Poważna pry­mu­ska prawa, po stu­diach szybko stała się wziętą praw­niczką. Jako uro­dzona spo­łecz­nica, dzia­łała w kilku fun­da­cjach wspie­ra­ją­cych kobiety, naj­bied­niej­szym udzie­lała dar­mo­wych porad praw­nych. Jakby tego było mało, w wol­nych chwi­lach pra­co­wała w schro­ni­sku dla zwie­rząt jako wolon­ta­riuszka. Zawsze trzy­mała się swo­ich zasad i miała wysoko zawie­szoną poprzeczkę wyma­gań etycz­nych zarówno wobec sie­bie, jak i wszyst­kich wokół. W cza­sach, gdy Olga po roz­wo­dzie inten­syw­nie roman­so­wała, Klara surowo oce­niała jej wybryki. Czę­sto sprze­czała się też z wol­no­my­śli­cielką Zuzą, byłą tan­cerką towa­rzy­ską i jed­no­cze­śnie tre­nerką roz­woju oso­bi­stego. Zuza akcep­to­wała w ludziach więk­szość ich sła­bo­ści i czę­sto była przez Klarę posą­dzana o rela­ty­wizm moralny. We trzy zaprzy­jaź­niły się na stu­diach, udzie­la­jąc się w ama­tor­skim ruchu teatral­nym. Po stu­diach poszły w różne zawo­dowe strony, ale pry­wat­nie wspie­rały się przez całe swoje doro­słe życie. Trzy­na­ście lat temu pole­ciały do Włoch na obóz taneczny i tam poznały Monikę. Oko­licz­no­ści tego spo­tka­nia były nie­szcze­gólne. Zgar­nęły ją nocą z plaży, na któ­rej spała pijana, z wysta­wio­nymi do księ­życa gołymi poślad­kami. Następ­nego dnia zupeł­nie nie pamię­tała, co się wyda­rzyło. Dziew­czyny zabrały ją do swo­jego pokoju, prze­no­co­wały, rano dopro­wa­dziły do stanu uży­wal­no­ści i zaprzy­jaź­niły się z nią. Z całej tej czwórki Monika była naj­bar­dziej sza­lona i naj­bar­dziej nie­od­po­wie­dzialna. Korzy­stała na całego ze swo­ich wspa­nia­łych warun­ków fizycz­nych. Jako rudo­włosa sek­sowna pięk­ność ni­gdy nie narze­kała na powo­dze­nie u face­tów. Tyle że wszyst­kie jej związki były krót­ko­trwałe i warte co naj­wy­żej funta kła­ków. A jakie miały być, skoro naj­czę­ściej wikłała się w nie pod wpły­wem alko­holu lub nar­ko­ty­ków? Olga zwy­kła mówić, że Monia jest nie­prze­ma­kalna i nie­re­for­mo­walna, bo nie uczy się na swo­ich błę­dach i w kółko popeł­niała nowe. Ale przy tym wszyst­kim zna cztery języki obce i zarzą­dza dużą czę­ścią mię­dzy­na­ro­do­wego kon­cernu meblo­wego. Pod burzą mie­dzia­nych loków kryje się genialny mózg. To połą­cze­nie wybit­nych kom­pe­ten­cji zawo­do­wych i inte­lek­tu­al­nych z łatwo­wier­no­ścią i nader fry­wol­nym podej­ściem do życia wie­lo­krot­nie wywo­ły­wało zdu­mie­nie oto­cze­nia. Lena nie miała poję­cia, jak te cztery kobiety doga­dy­wały się ze sobą, a jed­nak jakimś cudem od kil­ku­na­stu lat trzy­mały się razem jak palce jed­nej ręki. Pią­tym pal­cem tej ręki stała się Lena. Dawno temu nazwały się musz­kie­ter­kami, że niby jedna za wszyst­kie i tak dalej. I rze­czy­wi­ście, gdy Lenie zawa­lił się świat, prze­pro­wa­dziły ją z Lon­dynu do War­szawy, wycią­gnęły za uszy z bagna i zała­twiły naj­lep­szą tera­pię w pry­wat­nej kli­nice psy­chia­trycz­nej. Kiedy z niej wyszła, zrzu­ciły się na wyna­ję­cie dla niej ład­nej kawa­lerki. I teraz jesz­cze ta robota. Jest moc w soli­dar­no­ści jaj­ni­ków.

Gdyby nie Monia, to dwu­dzie­stocz­te­ro­let­nia Lena o takiej pracy mogłaby tylko poma­rzyć. Wpraw­dzie skoń­czyła wzor­nic­two prze­my­słowe na wyspach i pra­co­wała przez ponad rok w poczyt­nym bry­tyj­skim cza­so­pi­śmie wnę­trzar­skim, ale na sta­no­wi­sko głów­nej pro­jek­tantki mebli w mię­dzy­na­ro­do­wej kor­po­ra­cji potrzebne jest zwy­kle dużo więk­sze doświad­cze­nie. Na szczę­ście Monia jest w niej dyrek­torką kre­atywną i to ona decy­duje, kogo zatrud­nia w swoim dziale. Inna rzecz, że wzięła na sie­bie spore ryzyko. Na wpro­wa­dze­nie do sze­ro­kiej pro­duk­cji pro­jek­tów Leny firma wyda grube miliony. Monice te pro­jekty wstęp­nie się spodo­bały i zatwier­dziła przy­go­to­wa­nie pro­to­ty­pów. Dziś jest ważny dzień, sesja zdję­ciowa do kata­logu na nowy sezon, z wyko­rzy­sta­niem tych pro­to­ty­po­wych mebli. Dopiero po obej­rze­niu robo­czej wer­sji kata­logu zarząd zdecy­duje, czy takie modele można wrzu­cić na linię pro­duk­cyjną. Jeśli kata­log się nie spodoba, zarząd może uznać, że Monika posta­wiła na złą osobę i że nara­ziła firmę na nie­po­trzebne straty. W dodatku będzie już wtedy zde­cy­do­wa­nie za mało czasu na przy­go­to­wa­nie nowej kolek­cji mebli. A wej­ście w kolejny sezon bez nowo­ści to porażka mar­ke­tin­gowa i sprze­da­żowa oraz odda­nie pola kon­ku­ren­cji. Ją wywalą wtedy z hukiem, a Monia na pewno będzie miała duże nie­przy­jem­no­ści. Oby nie! Lena zrobi wszystko, by Monice nie odbiło się czkawką to, że jej pomo­gła.

Kory­tarz pro­wa­dzący do hali prze­ro­bio­nej na wiel­kie stu­dio foto­gra­ficzne wyda­wał się nie mieć końca. Lena szła na mięk­kich nogach. Po dwóch mie­sią­cach zamknię­tego lecze­nia psy­chia­trycz­nego i kolej­nych dwóch w domu teraz cze­kała ją kon­fron­ta­cja z dużym zespo­łem. "Żeby tylko nikt nie przy­cze­pił się do moich pro­jek­tów" - pomy­ślała. Kie­dyś była mistrzy­nią cię­tej ripo­sty, ale teraz bała się, że psy­cho­tropy stę­piły jej ostry język i że może nie potra­fić się wybro­nić.

- Co za kre­tyn zapro­jek­to­wał to idio­tyczne krze­sło?! - Na oko trzy­dzie­sto­let­nia dziew­czyna z burzą dre­dów na gło­wie i w dzi­wacz­nej, kolo­ro­wej kiecce była co naj­mniej nie­za­do­wo­lona. Odło­żyła apa­rat foto­gra­ficzny na sto­lik i obró­ciła się w stronę otwie­ra­ją­cych się wła­śnie drzwi. - A ty kim jesteś?

- Kre­tynką.

- Co?

- Kre­tynką, która zapro­jek­to­wała to krze­sło - dopre­cy­zo­wała Lena, odważ­nie wytrzy­mu­jąc gniewne spoj­rze­nie pstro­ka­tego czu­pi­ra­dła.

- Aha. - Foto­grafka mie­rzyła Lenę wzro­kiem z góry na dół. Sta­nęła zale­d­wie pół metra od niej i wyda­wało się, że idzie na zwar­cie. - Nie wyszedł ci chyba za bar­dzo ten pro­jekt. Masywne opar­cie tego krze­sła jest nie­pro­por­cjo­nal­nie wiel­kie w sto­sunku do jego cie­niut­kich nóżek.

- Zupeł­nie jak twoja nie­pro­por­cjo­nal­nie wielka głowa z mopem zamiast wło­sów w sto­sunku do paty­ko­wa­tych nóg! - wypa­liła Lena.

Wyda­wało się, że foto­grafka rzuci się na Lenę i odgry­zie jej nos albo ucho. Tym­cza­sem kąciki jej ust lekko poszły w górę i za chwilę dziew­czyna ryk­nęła grom­kim śmie­chem.

- Zaje­bi­ste porów­na­nie, laska, w punkt! Wła­śnie o to mi cho­dziło! - Dziew­czyna aż kle­pała się ze śmie­chu po udach. - Ale cze­kaj, skoro ja jestem mimo wszystko piękna, to może i to krze­sło nie jest takie bez­na­dziejne?

- Wła­śnie. Może po pro­stu nie masz pomy­słu na zdję­cie, które wyeks­po­nuje jego nie­tu­zin­kowe piękno, odwagę i nowo­cze­sność?

- Może być i tak. Już cię lubię, jesteś tak samo pyskata jak ja! I tak samo jak ja bro­nisz swo­jej roboty.

- Obyś ty w swo­jej robo­cie była rów­nie zdolna jak ja w swo­jej. - Lena uśmiech­nęła się łobu­zer­sko.

- Jeśli obie jeste­śmy w niej tak mocne jak w pyskówce, to czeka nas wielka kariera. Diana Szmal. - Foto­grafka wycią­gnęła w stronę Leny rękę, którą ta natych­miast ser­decz­nie uści­snęła.

- Lena Warecka. Nie wkrę­casz mnie? Nazy­wasz się Szmal?

- Serio. Gdy tylko jakiś zabójca do wyna­ję­cia dostaje kolejne zle­ce­nie i mówi: "Spoko, mogę odstrze­lić fra­jera choćby jutro, ale pokaż mi szmal", każdy sza­nu­jący się mafioso wyciąga moje zdję­cie.

- I wszystko jasne, bar­dzo to sprytne. - Lena się uśmiech­nęła.

- Prawda? Tu wszy­scy mówią na mnie Hajs. A ty masz jakąś ksywkę?

- Ewi­dent­nie Elo­kwentna Eru­dytka. Ale tylko bystrzaki ją zapa­mię­tują, nie męcz się.

- Wiesz co? Naj­chęt­niej zabra­ła­bym cię na swój tre­ning bok­ser­ski. Przy­da­łaby mi się taka ostra spa­ring­part­nerka.

- Żar­tu­jesz? - wyraź­nie pod­eks­cy­to­wała się Lena.

- Nie, naprawdę bok­suję.

- Ale jaja! W Lon­dy­nie tre­no­wa­łam cztery lata! Pół roku temu, gdy wró­ci­łam do Pol­ski, prze­sta­łam. Ale ostat­nio myśla­łam o tym, żeby poszu­kać tu jakie­goś klubu.

- No to już zna­la­złaś. Przyjdź jutro o dzie­więt­na­stej do Sier­po­wego na Ursy­no­wie. Zoba­czymy, co potra­fisz.

- Z przy­jem­no­ścią rzucę cię na liny.

Dziew­czyny przy­biły sobie piątkę. Naj­wy­raź­niej przy­pa­dły sobie do gustu, bo sze­ro­kie uśmie­chy nie scho­dziły im z twa­rzy.

- Czy ktoś tu dzi­siaj zamie­rza pra­co­wać? - roz­legł się niski, nieco zachryp­nięty, choć zło­śliwi mówią, że prze­pity głos.

- O rany, to sztyw­niak Grze­gorz, redak­tor kata­logu. Nie­groźny, ale lubi czuć się ważny. - Diana mru­gnęła poro­zu­mie­waw­czo do Leny. - Idziemy! - odkrzyk­nęła.

Dziew­czyny pode­szły do męż­czy­zny i Diana doko­nała pre­zen­ta­cji.

- To jest nasza pro­jek­tantka Lena, a to szef dzi­siej­szego zamie­sza­nia Grze­gorz. Sorry, Grze­siu, za małą prze­rwę w robo­cie. Musia­łam obej­rzeć z bli­ska nową pro­jek­tantkę i jej intry­gu­jące kształty.

- O nie, uwa­żaj na nią Lena! - prze­strzegł Grze­gorz. - Chyba wpa­dłaś jej w oko.

- Cho­dziło mi o kształty jej mebli.

- Ta... Zapewne... - stwier­dził redak­tor - Dobra, bie­rzemy się do roboty!

Z DZIEWCZYNAMI

W wyjąt­kowo cie­pły czerw­cowy wie­czór ogró­dek restau­ra­cyjny Wene­cjanki, który tonął w kwia­tach, ide­al­nie nada­wał się na spo­tka­nie musz­kie­te­rek. Bra­ko­wało już tylko Leny. Na szczę­ście uprze­dziła, że się spóźni.

- Podobno jakaś wredna sze­fowa zawa­liła ją robotą. - Olga mru­gnęła do dziew­czyn poro­zu­mie­waw­czo i spoj­rzała na Monię. - Dzię­kuję ci za wszystko, co robisz dla Leny. Bar­dzo to doce­niam.

- No, ja myślę! - Uśmiech­nęła się Monia. - Mała naprawdę daje radę i zespół coraz bar­dziej się do niej prze­ko­nuje. Począt­kowo patrzono na nią podejrz­li­wie i z nie­chę­cią. Ludzie nie są idio­tami i domy­ślili się, że osoba z tak małym doświad­cze­niem musi być moją pro­te­go­waną. A to ni­gdy nie przy­spa­rza sym­pa­tii. Ale Lena obro­niła się swoją pracą. Masz zdolną córkę, kochana.

- Ale to nie zna­czy, że musisz ją od razu tak wyko­rzy­sty­wać! Do czego to podobne, żeby kazać dziew­czy­nie pra­co­wać o dwu­dzie­stej! - Klara zawsze mówi, co myśli. Jako eks­pertka od praw pra­cow­ni­czych i dzia­łaczka spo­łeczna wszę­dzie węszy wyzysk uci­śnio­nych. - Nie spo­dzie­wa­łam się tego po tobie!

- Ugaś swoje święte obu­rze­nie, Klar­cia. Nie dojeż­dżam Leny. To jest wyjąt­kowa sytu­acja. Ludzie z zarządu obej­rzeli kata­log ze zdję­ciami jej mebli. Gene­ral­nie są zado­wo­leni i Lena prze­szła wła­śnie pomyśl­nie okres próbny. Musi tylko nanieść kilka drob­nych popra­wek. Wła­ści­wie przy­cze­pili się głów­nie o jedno krze­sło z za dużym opar­ciem. Tyle, że poprawki muszą być nanie­sione natych­miast, bo za tydzień odpa­lamy linię pro­duk­cyjną - wyja­śniła Monia.

- Dobrze, niech ci będzie. Ale kon­tro­luj to, Monia, pro­szę. Lenie nie jest potrzebny udział w wyścigu szczu­rów i katorż­ni­cza praca od świtu do nocy. Zwłasz­cza po jej przej­ściach. - Klara nie do końca potra­fiła odpu­ścić.

- I tu się mylisz, droga przy­ja­ciółko. Wła­śnie po takich przej­ściach Lenie przy­da­dzą się wyzwa­nia. - Zuza naj­wy­raź­niej weszła w rolę men­tora roz­woju oso­bi­stego. - Oczy­wi­ście nie cho­dzi tu o żadne eks­tre­mum, ale pamię­taj­cie, że praca jest świetną odtrutką na tapla­nie się w smut­kach.

- Mówisz jak moja świę­tej pamięci bab­cia - prze­rwała jej Klara. - Gdy jej sąsiadka roz­pa­czała po śmierci łóżecz­ko­wej swo­jego synka, kazała jej prze­stać beczeć i wziąć się do obie­ra­nia ziem­nia­ków.

- Okrutne i nieco prze­ry­so­wane, ale wcale nie takie głu­pie. W obli­czu pro­ble­mów, zwłasz­cza tych naj­bo­le­śniej­szych, mamy ten­den­cję do uża­la­nia się nad sobą, do pły­wa­nia w oce­anie łez. Fizyczny czy umy­słowy wysi­łek i prze­kie­ro­wa­nie uwagi na coś innego to bar­dzo dobre metody. Sku­tecz­nie poma­gają wyjść na pro­stą - wyja­śniała nie­stru­dze­nie Zuza. - To oczy­wi­ście powinno być poparte pracą z tera­peutą. Cho­dzi o to, żeby zro­zu­mieć, co się stało, wej­rzeć w sie­bie, poszu­kać przy­czyn, które zazwy­czaj tkwią w nas samych. A naj­czę­ściej w naszym trau­ma­tycz­nym dzie­ciń­stwie.

- Pier­do­le­nie o Szo­pe­nie! - Monia nie byłaby sobą, gdyby ostrego sprze­ciwu nie okra­siła nie­cen­zu­ral­nym sło­wem. - Mia­łam zacne dzie­ciń­stwo i zaje­faj­nych rodzi­ców, a każdy mój kolejny zwią­zek to kata­strofa. Z całym sza­cun­kiem, Zuza, do tego, za co zgar­niasz kasę, nie mogę słu­chać tych psy­cho­lo­gicz­nych bredni!

- Może w tym pro­blem. Nie pra­cu­jesz nad sobą, zamia­tasz przy­kre tematy pod dywan i cią­gle powie­lasz te same błędy! - odcięła się Zuza.

- Jakie błędy? Słu­cham!

- Pro­szę bar­dzo! Za szybko ufasz face­tom, naj­czę­ściej nic nie war­tym, wymu­ska­nym i nar­cy­stycz­nym typom. Zde­cy­do­wa­nie za szybko wska­ku­jesz im do łóżka i za szybko zaczy­nasz się bawić w dom.

- Piczka porząd­niczka będzie mnie teraz pouczać!

- Ciiii­szaaa! - krzyk­nęła Olga, na tyle gło­śno, że spoj­rzała się na nią para sie­dząca przy sąsied­nim sto­liku. - Nikt tak jak moje przy­ja­ciółki nie potrafi roz­pę­tać gów­no­bu­rzy. Nie spo­tka­ły­śmy się po to, żeby się kłó­cić. Zwłasz­cza że zaraz dołą­czy do nas Lena, która, jak słusz­nie zauwa­ży­ły­ście, jest po przej­ściach. Spędźmy, pro­szę, miły wie­czór. Mogę na was liczyć?

- Na mnie jak naj­bar­dziej - natych­miast przy­tak­nęła Zuza.

- Lizi­dupa - bąk­nęła pod nosem Monia.

- Monika, na litość boską! - włą­czyła się Klara.

- Niech wam będzie. - Monia unio­sła do góry ręce. - Pod­daję się. Dobra, wiem... tro­chę prze­sa­dzi­łam. Prze­pra­szam was za swój nie­wy­pa­rzony jęzor. Ciężko mi po pro­stu... po tym, co zoba­czy­łam w swoim łóżku dwa tygo­dnie temu. Nie doszłam chyba jesz­cze do sie­bie po zdra­dzie tej łajzy i nie­po­trzeb­nie na was odre­ago­wuję złe emo­cje. Sorry, Zuza.

- Nie ma sprawy. Też prze­pra­szam, jeśli prze­gię­łam. Ale wiesz, że ten facet nie jest wart tego, by go opła­ki­wać? Ni­gdy nie był wart zaufa­nia, któ­rym go tak hoj­nie obda­rzy­łaś.

- Wiem, ale rozum sobie, a moje głu­pie serce sobie. Dobrze mi było z tą łajzą i nie mogę prze­bo­leć, że tak mnie potrak­to­wał.

- Ale prze­cież nie była to żadna wielka miłość, a dopiero począ­tek namięt­nego romansu. Myślę, że bar­dziej boli cię ura­żona duma, pani dyrek­tor - pod­su­mo­wała Olga, a dziew­czyny pota­ku­jąco poki­wały gło­wami.

- No to może rze­czy­wi­ście jestem pustą, powierz­chowną lalką i dostaję to, na co zasłu­guję? - Monia wje­chała na żało­sną nutę.

- Jesteś bar­dzo mądrą babką, kobietą suk­cesu, piękną i sek­sowną kocicą, w dodatku dobrym i wraż­li­wym czło­wie­kiem. - Olga zła­pała przy­ja­ciółkę za rękę. - Tylko zanim następ­nym razem zwią­żesz się z jakimś face­tem, przyj­rzyj mu się tro­chę lepiej.

- Teraz to ja jed­nak posłu­cham cie­bie, Zuza, i przyj­rzę się naj­pierw sobie. Rze­czy­wi­ście nie bar­dzo wiem, kogo tak naprawdę szu­kam, i powin­nam się nad tym zasta­no­wić. Zresztą potrze­buję detoksu od roman­sów i ran­dek. Obie­cuję wam, że przy­naj­mniej przez pół roku będę sin­gielką!

- Aku­rat! - Lena wła­śnie pode­szła do sto­lika musz­kie­te­rek i usły­szała koń­cówkę wywodu Moniki. - Założę się, sze­fowo, że za mie­siąc będziesz już miała nowego faceta!

- Dać takiej pracę! - roze­śmiała się Monia. - Poprawki zro­bione?

- Tak jest!

- Sia­daj tu koło mnie. - Monika prze­su­nęła się tro­chę i dosta­wiła wolne krze­sło z sąsied­niego sto­lika. - A zakład przyj­muję. O ciastko bez­owe z mali­no­wym kre­mem?

- Niech będzie. Za mie­siąc będziesz roz­ko­szo­wać się sma­kiem kolej­nego romansu, a ja sło­dy­czą pysz­nego ciastka.

- Raczej czeka cię gorycz porażki, młoda. Mini­mum przez pół roku będę zado­wo­loną z życia sin­gielką. A przez mie­siąc to już na bank! W każ­dym razie gra­tu­luję ci suk­cesu w pracy. Zarząd cię łyk­nął. Witamy na pokła­dzie!

- Faj­nie, ale z tym krze­słem rze­czy­wi­ście dałam ciała, Hajs miała rację.

- Diana?

- No tak, Diana. Diana to Hajs, prze­cież tak na nią mówi­cie? Gdy tylko mnie poznała, powie­działa, że to moje krze­sło jest do dupy. A ja go bro­ni­łam jak nie­pod­le­gło­ści. Ale dały­śmy sobie potem po ryju i już jest dobrze.

- Jezus Maria, dla­czego ja nic o tym nie wiem? Mor­do­bi­cie w mojej fir­mie?!

- Nie w two­jej fir­mie, a na ringu bok­ser­skim. Oka­zało się, że obie od lat tre­nu­jemy boks i cza­sem uma­wiamy się na sali tre­nin­go­wej.

- A nie pod­rywa cię?

- Kur­czę, już ten redak­tor Grze­siek coś takiego suge­ro­wał. Hajs woli laski?

- Tak, ni­gdy się z tym nie kryła i chyba rok temu zakoń­czyła wie­lo­letni zwią­zek. Jesteś piękną dziew­czyną i nie zdzi­wię się, jeśli Diana zacznie do cie­bie pod­bi­jać.

- To nic jej z tego pod­bi­ja­nia nie wyj­dzie, bo prze­cież Lena od zawsze woli chłop­ców. Prawda, córuś?

- Nie­stety. Choć z dziew­czyną byłoby jakoś łatwiej się doga­dać niż z face­tem. W każ­dym razie Hajs do mnie nie star­tuje, a jak zacznie, to poczę­stuję ją lewym sier­po­wym - zaśmiała się Lena, przy­wo­łu­jąc gestem ręki kel­nera.

- Dzień dobry. Co dla pani? - Kel­ner cho­dził chyba jesz­cze do szkoły, bo na jego mło­dziut­kiej twa­rzy trą­dzik był w peł­nym roz­kwi­cie.

- Popro­szę to, co ma na tale­rzu ta pani. - Lena wska­zała na kawałki gril­lo­wa­nej ośmior­nicy na pół­mi­sku Zuzy. - I do tego niech będzie jakieś przy­zwo­ite, ale nie naj­droż­sze białe wino. Zdaję się na pana.

- Wino ja zamó­wię - weszła jej w słowo Monika. - Popro­szę od razu całą butelkę tego pinot gri­gio, które piję.

- Oczy­wi­ście, zaraz przy­niosę.

Gdy kel­ner się odda­lił, Monika wyjęła z torebki małe zawi­niątko i wrę­czyła je Lenie.

- To w nagrodę za dobrą robotę. Faj­nie mieć cię na pokła­dzie - mówiąc to, ser­decz­nie przy­tu­liła Lenę. - Otwórz.

- Ojej, zawsty­dzasz mnie. Nie dość, że dałaś mi pracę, to jesz­cze wrę­czasz pre­zent. - Lena otwo­rzyła aksa­mitne pude­łeczko, w któ­rym leżał bez­ba­te­ryjny rysik do tabletu gra­ficz­nego. - O rany, to mer­ce­des w swo­jej kla­sie! Nie­moż­liwa jesteś, bar­dzo dzię­kuję. Obie­cuję, że będę nim ryso­wać coraz lep­sze pro­jekty mebli dla cie­bie.

- Taki był mój ukryty cel.

Monia z Leną ponow­nie się wyści­skały, a do nich dołą­czyły pozo­stałe dziew­czyny. Przez chwilę musz­kie­terki wyglą­dały jak sple­cione we wspól­nym uści­sku rug­bystki.

- Nawet nie wiesz, jak dobrze widzieć cię taką rado­sną! Mie­sią­cami cze­ka­ły­śmy na ten piękny uśmiech. - Klara nie mogła prze­stać gła­dzić Leny po dłoni. - Chyba jest już znacz­nie lepiej, co?

- Znacz­nie to może lekka prze­sada, ale tak, jest już lepiej. Mój psy­chia­tra zmniej­szył mi nawet dawkę moza­rinu. Ta praca naprawdę dużo mi dała. I powrót do tre­nin­gów bok­ser­skich też dobrze mi robi. Ostatni atak paniki dopadł mnie trzy tygo­dnie temu i mam nadzieję, że wkrótce zupeł­nie się ich pozbędę. Ale stany lękowe jesz­cze się poja­wiają.

- Nic dziw­nego. W końcu ten potwór trzy­mał cię w jakiejś strasz­nej ciem­nicy przez wiele tygo­dni. Tra­fili wresz­cie na jego trop?

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki