W jatce pana Antoniego Nieczaja ruch zawsze wcześniej się
zaczynał niż w innych. Jeszcze w całej dzielnicy, na Ordynackiem,
na Solcu i Kopernika, sklepy nagłucho bywały zamknięte i nawet
gruby szron, osiadły nocą na żelaznych żaluzjach nie był nigdzie
naruszony, a u pana Antoniego na Tamce już wrzała robota. Trzy
jaskrawe lampy gazowe, zwieszające się od sufitu buzowały pełnym
płomieniem i w ich świetle stojący przed jatką furgon z rzeźni,
zaprzężony w parę ogromnych koni, zdawał się dymić na mrozie. Woźnica z czeladnikiem, sapiąc i prychając, wnosili
wielkie ćwierci mięsa, całe tusze wołowe, porosłe łojem, jeszcze
nie całkiem zesztywniałe, a już tu i owdzie iskrzące się zamrozem,
bladoróżowe, zadki cielęce i ciemnoczerwone, zgrabne, baranie.
Wszystko to szło na wielką wagę, przy której czuwał z notesem w
ręku sam pan Antoni, W rozpiętej na piersiach bekieszy i w wysokiej
karakułowej czapie na głowie, wydawał się jeszcze większy i jeszcze
bardziej tęgi niż był w rzeczywistości. Na jego sinoczerwonej
kwadratowej twarzy sterczały krótkie gęste wąsy, wilgotne od
topniejącej śniedzi. Spod krzaczastych brwi małe czarne oczy
spoglądały uważnie i spokojnie, to na wagę, to na notes, to wbok na
córkę Adelę, szybko zmywającą kaflowe ściany i marmurową ladę. Raz
poraz śmigała ku górze, osadzona na długim kiju szczotka, owinięta
płótnem, później wprawnym ruchem zanurzała się w parującym kuble i
znowu wślizgiwała aż pod sufit, zręcznie wymijając niklowane sztaby
i przymocowane do nich potężne haki, na których właśnie zaczęto
rozwieszać zważone sztuki. Zanim z tem się uporano już zaturkotał
drugi furgon, a później trzeci od pana Biesiadowskiego z
wieprzowiną, a ledwie wszystko zostało rozwieszone i uporządkowane,
zjawiła się Wikta z nowym kubłem gorącej wody i z drugim pełnym
świeżych, pachnących żywicą trocin. Posadzka też musiała być czysta
niczem lustro i równo a gęsto trocinami wysypana. Tymczasem pan Antoni naciągał biały kitel, który, opinając
go aż pod brodę ponad puszystym, oposowym kołnierzem bekieszy,
zdawał się jeszcze rozszerzać jego imponujące bary, opasywał się
szeroką płachtą fartucha i na tasiemce zapinał mosiężny łańcuch, na
którym zwisała przypominająca sztylet osełka do ostrzenia noży.
Podczas gdy czeladnik Kamionka wydobywał spod lady gwichty, noże,
toporki i ogromne siekiery, a Adela zabierała się do ćwiartowania
schabu i słoniny, pan Antoni stanął w progu i wyjrzał na ulicę. Codziennie od czterdziestu lat tak patrzał na stromy skręt
Tamki, na przymglone płomyki latarni, zbiegające ku Wiśle długim
szeregiem, na szarzejący świt i dwa wielkie prostokąty światła,
kładące się w poprzek jezdni z okien jego sklepu. Później odwracał
się i w milczeniu lustrował wnętrze swojej pięknej, obszernej
jatki. Gdy odziedziczył ją po ojcu była o połowę mniejsza, nie
miała kaflowanych ścian, a lada była kryta cynkową blachą.
Wprawdzie i wtedy była to jatka pierwszorzędna, z doskonałą renomą
i z dużą klijentelą, ale pan Antoni mógł być dumny, że nie tylko
ojcowizny nie zaprzepaścił, że nietylko dawną markę utrzymał, ale
ją jeszcze ugruntował, a jeżeli teraz do tej samej jatki schodziła
się klijentela nie tylko z najbliższych ulic, ale i Obożnej, i z
Nowego Światu, i z Wareckiej, czy Chmielnej, to on w tem miał swoją
zasługę. Niby mięso nie było tu ani droższe ani tańsze, ani lepsze
ani gorsze, niby klijentów po rogach ulic nie łapał, ani jak inni,
ludzie nowi i bez godności, nie napraszał się nikomu, a jednak
wszystkie co porządniejsze państwo, co lepsze gospodynie, co
dbalsze służące u Nieczaja brali i tylko u Nieczaja. Takie już
mieli upodobanie, choć przed kupującymi nie skakał, a nawet
przeciwnie czasami i zburczał. To też mógł być dumny i był dumny. Patrzył na córkę, układającą móżdżki, polędwice i nóżki
cielęce na wystawie, patrzył na jej okrągłą zdrową twarz, na
czerwone silne ręce i wciąż mu powracała myśl, że właśnie Adeli po
najdłuższym swoim żywocie jatkę zostawi. Kiedyś inaczej sobie
układał, inaczej planował. Warsztat powinien przechodzić z ojca na
syna, a miał przecie syna. Zawsze tak wspominał go, jakby go już w
życiu nie było. A przecież Józef żył i to pięknie, uczciwie żył i
nie tylko wstydu ojcu nie przynosił, przeciwnie, wszyscy znajomi i
krewni zazdrościli panu Antoniemu losu Józefa. Księdzem został,
uniwersytet skończył i seminarjum duchowne, stanowiska różne
poważne zajmuje, wikarjuszem przy farze łomżyńskiej jest i
prefektem szkół, a niedługo proboszczem zostanie. I owszem, ojca ni
rodziny nie zapomniał, listy pisze, w odwiedziny przyjeżdża i
serdeczny, jak dawniej bywało i życzliwy, ale... ale pan Antoni,
bez obrazy boskiej, nie mógł jednak synowi darować tego odstępstwa.
Juściż kapłaństwo, stan święty, aleć i rzemiosło wstydu nikomu nie
przynosi, a uczciwością i sumiennością, modlitwą i pracą też się
wobec Boga zasłużyć dostatecznie można. Pan Antoni nigdy tego głośno nie powiedział, bo wogóle
mówić zadużo nie lubił, a swoją goryczą tembardziej przed ludźmi
się popisywać, zwłaszcza, że i zrozumienie nie u każdego łatwo
znaleźć. Nie mówił tedy, ale w sobie sumował, a im bardziej
sumował, tem częściej o Adeli rozmyślał i o wybraniu dla niej
odpowiedniego męża, któremuby bez obawy mógł jatkę zostawić. Bo o trzeciem dziecku, o Magdzie, nie warto tu było nawet
wspominać. Buntowna była i niechętna, w głowie wszystko miała tylko
nie robotę i nie ojcowski sklep. Ot, teraz już siódma dochodzi, już
pierwsza klijentela zagląda, a Magda znowu się spóźnia. Aż pięści
zaciskały się panu Antoniemu, gdy zerkał na puste krzesło przy
kasie. Tak u niego wszystko musiało być jak w zegarku, a tu taka
smarkata cały porządek psuje. Już wczoraj nie chciała białego kitla nałożyć i siedzieć.
Musiał aż krzyknąć na nią. Tak się rozpuściła. - Tatko - powiedziała - powinien sobie inną kasjerkę
znaleźć. Ja w zimie nie mogę, ręce marzną i później są takie
czerwone, jak u praczki. Nic jej na to nie odpowiedział, bo go aż zatknęło, lecz
ułożył sobie, że po powrocie do domu rozprawi się z nią jak należy.
Nie doszło jednak do tego, gdyż Magdy nie było. - Gdzie mała? - zapytał Adeli siadając do kolacji. - Niby tatko nie wie. Na kursach. Te właśnie kursy przewracały Magdzie w głowie. Pan Antoni
był tego pewien. Oczywiście niejakie przygotowanie buchalteryjne
może się dziewczynie przydać. Zgodził się na kursy, gdy mu
wyliczyła, że niepotrzebnie wydaje się pieniądze na buchaltera,
który dwa razy w tygodniu przychodzi do jatki prowadzić księgi. Ale
z drugiej strony z tych kursów wszystkie fanaberje. Pan Antoni winił tylko siebie. Nie na to przecie po
śmierci nieboszczki żony zabrał Magdę z gimnazjum i posadził w
sklepie, żeby mu się spowrotem do nauki wymykała. Samej nauce nie
był bynajmniej przeciwny. Ale mając już doświadczenie z synem,
wiedział, że szkoły i wykształcenie odciągają od rodziny. Już
lepiej się skalkuluje płacić buchalterowi pensję, niż ryzykować, że
Magdzie do reszty w głowie się przewróci. Dlatego postanowił
jeszcze dziś, nie zwlekając, pójść do właściciela kursów, pana
Bratka i córkę wypisać. Właśnie doszedł do tej konkluzji, gdy przyszła Magda.
Zarumieniona od chłodu, zdyszana, z niespokojnie latającemi oczyma.
W długiem czarnem palcie ze skunksowym kołnierzem wydawała się
smukła, gibka i wysoka, nieomal wyższa od starszej siostry, chociaż
w rzeczywistości była drobniejsza. Czeladnik Kamionka błysnął ku niej białemi zębami: - Uszanowanie pannie Magdelanie. Przez godzinę darmo
sprzedawalim. Spowodu brak kasjerki. Wielkie święto dla klejenteli. Parsknął śmiechem, z fantazją podrzucił toporek i jednem
uderzeniem oddzielił ćwiartkę w samym stawie, aż kloc jęknął. Magda spojrzała z pogardą na jego roześmianą oliwkową
twarz, na pływające w niej duże jak śliwki oczy, nieznośnie
nachalne. Nic nie odpowiedziała. Nie przez zarozumiałość, ale nie
lubiła go. Wiedziała, że się do niej mizdrzy, wiedziała, że na
całem Powiślu słynie jako uwodziciel i że wystarczyłoby jej,
Magdzie, palcem kiwnąć, a Kamionka wyrzeknie się dla niej całego
swego powodzenia, przestanie wystrajać głupie miny do klijentek, a
już przedewszystkiem nieszczerze wzdychać do Adeli. Przyznawała w
duchu, że jest ładny, że nie brak mu zgrabności, że nawet było w
jego spojrzeniach coś niepokojącego i drażniącego, ale nigdy, ani
przez chwilę nie podobał się jej przez tę swoją pospolitość, przez
te trywjalne dowcipy, przez akcent z Powiśla i przez zapach mięsa,
który szedł odeń nawet w niedzielę, gdy był wymyty i w świątecznym
garniturze. Magda niecierpiała mięsa. Jeszcze jako malutka dziewczynka
była raz z ojcem w rzeźni. Widok mordowanych zwierząt, czarna
dymiąca krew, która z bulgotem wylewała się z szerokich ran na
podgardlu i rozpłatane cielska, prześwidrujące bielą kości spośród
ociekającej czerwieni - napełniły ją wstrętem i przerażeniem.
Wprawdzie z biegiem lat wspomnienie to zatarło się nieomal
doszczętnie, pozostał jednak wstręt. Przed bytnością w rzeźni
nieraz przesiadywała w jatce, lecz wówczas jej wyobraźnia nie
łączyła mięsa, które było towarem, z żywemi zwierzętami, które
widywała latem na letnisku, a jeszcze częściej z okien mieszkania
rodziców przy ulicy Dobrej, kędy przepędzano całe stada krów,
cieląt, owiec i trzody właśnie do rzeźni. Brzydziła się mięsa. Czasami, gdy przy większym natłoku w
jatce musiała pomóc przy obsłudze klijentów, umiała zmusić się do
krajania polędwicy czy szpondru, ale wątróbki, flaków, czy lekkich
nie wzięłaby do ręki za żadne skarby. Z podziwem przyglądała się
Adeli, a dawniej matce, gdy te ze spokojem i obojętnością zanurzały
palce w tem obrzydliwstwie. Mężczyźni to inna rzecz. Ojciec, kiedy
brał coś, zdawało się, że znikało to w jego ogromnych rękach. Pan
Edmund umiał to robić z jakąś lubością. I Magda była przekonana, że
z takimż uśmiechem potrafiłby wypatroszyć człowieka. Nawet, gdy nóż
brał do ręki, a spodełba spojrzał na nią, odczuwała na grzbiecie
lekki dreszcz. Zwykle siadywała w jatce tylko w rannych godzinach, w
godzinach największego ruchu. Do jedenastej, najdalej do południa.
Odkąd matka umarła i ojciec odebrał ją z gimnazjum, było tak dzień
w dzień, rok po roku. Musiała siedzieć w kasie i odbierać pieniądze
od kucharek i gospodyń. Ojciec, Adela, czy pan Edmund wykrzykiwali
należną sumę, a rzeczą Magdy było rozróżnić w tłoku, która z
kupujących ma tyle właśnie zapłacić. Należało przytem uważać, bo
nieraz zdarzały się i takie, co chciały oszukać albo wyjść z jatki
nie płacąc. Poniektórym zapisywało się wybrany towar w książce i
tych Magda najwięcej lubiła. Liczenie pieniędzy, zwłaszcza w zimie,
gdy monety namarzają niczem lód, nie należało do przyjemności. Ręce
grabiały, chociaż naciągała grube wełniane rękawiczki z obciętemi
końcami palców. Gdy chuchała na nie, lub rozcierała je w przerwach,
pan Kamionka rzucał zjadliwie: - Widzi panna Adela, a nie mówiłem, że ta manicura nie
grzeje. Adela zaś jak głupia wybuchała śmiechem. Nie dlatego, by
Magdzie sprawić przykrość, lecz by przypodobać się Edmundowi. Magda
rozumiała to doskonale, a jednak mściła się później na siostrze.
Nie było to nawet trudne. Wystarczało zakaszlać głośniej podczas
układania się do snu i powiedzieć, że to pewno suchoty, że to i
dobrze, bo wszystkiego jej na świecie żałują, że od śmierci matki
nikogo bliskiego nie ma, wystarczało znowu zakaszlać i zrobić
bolesną minę, a już Adela zrywała się z łóżka i stawała w swojej
sztywnej białej koszuli nad Magdą i bezradnie rozkładając grube
ręce powtarzała: - Magduś, serce moje, co też ty opowiadasz! Boga bój się! A potem zaparzała maliny, przynosiła konfitury, błagała
siostrę, by zmierzyła temperaturę. Magda postękiwała, ukrywając
uśmiech w poduszce i zasypiała otulona pieczołowicie ze wszystkich
stron. Nazajutrz zaś niechybnie otrzymywała od Adeli jakiś podarek:
koronkową chusteczkę, paciorki na szyję, albo i materjał na
sukienkę. Między siostrami było czternaście lat różnicy i Adela
wciąż potrosze traktowała Magdę jak dziecko. Że zaś własnych marzeń
nie miała, że wszystko co o sobie myślała i dla siebie układała,
dałoby się zamknąć w jej zwykłem powiedzeniu: - "Będzie, jak Bóg
da" - wszystkie swoje nadzieje i ambicje snuła dokoła przyszłości
siostry. I jeżeli niechętnem okiem patrzyła na umizgi pana Edmunda
do Magdy, to raczej z obawy o nią, niż o utratę jego względów.
Cóżby to był za los dla tej pięknej dziewczyny wychuchanej jak
kwiatek z inspektów, delikatnej i obytej, czytającej książki i
wykształconej wyjść za mąż za takiego Kamionkę?!... Dla siebie
Adela też w tem nie widziała wielkiego losu, ale chłopak był
pracowity, porządny, nie pił zbyt często, a przytem aż rwało się do
niego serce, taki był ładny. Jeden w tem wszystkiem tkwił feler, że
liczył sobie dopiero lat dwadzieścia pięć, czyli o równych siedem
lat od Adeli był młodszy. Zresztą nie należało dzielić skóry na żywym niedźwiedziu,
gdyż pan Edmund, wprawdzie owszem, przychodził, to i owo
podgadywał, ale o oświadczynach nie myślał, może i bojąc się, że mu
ojciec da do zrozumienia, że za wysokie progi na jego nogi. Miała
Adela już nieraz starających się, ale wszystko jakoś niczem się
kończyło, bo pan Nieczaj w ludziach przebierał i mówił: - Masz za byle kogo wyjść, to lepiej siedź w domu. Zwłaszcza zaś zwracał uwagę, żeby konkurent z tego samego
był fachu. - Rzemiosło to nie zwykły handelek - powiadał - że to
każdy może się doń wziąć. Tu trzeba znajomości z dziada na syna, z
syna na wnuka. Dlatego czasy ciężkie się stały i tenżesam kryzys,
że do wszystkiego ludzie bez pojęcia się biorą. Jak ma ostać się
rzemiosło, kiedy wciąż nowi przychodzą? Ojciec mądry był, i Adeli aniby w myśli nie postało wątpić
o słuszności jego poglądów. Tembardziej, że już dość długo żyła,
aby zdążyć sprawdzić trafność opinji ojca. Niejeden z tych, o
których pan Nieczaj nie miał dobrego zdania, z torbami poszedł,
albo i na złą drogę trafił. W jednem tylko nie zgadzała się z ojcem: co do Magdy. Za
surowy dla niej był, za wiele od niej wymagał. Jakby gwałtem chciał
ją przytrzymać w tej jatce i w tym domu, kiedy dla każdego, kto na
Magdę bodaj spojrzał, jasnem się stawało, ża taka dziewczyna do
innego życia stworzona. I Adela odczuwała to na każdym kroku. Czy
to w sklepie, czy w domu przy gościach, czy zwłaszcza na
wieczorkach w Resursie Rzemieślniczej, gdzie w karnawale bywali, a
już szczególniej poprostu na ulicy. Niczem panienka z najlepszej
rodziny. I szyk taki miała, i wzięcie. Doprawdy też nie żałowała
Adela tych zaoszczędzonych na gospodarstwie i na własnych
pończochach pieniędzy, które wydawała na stroje siostry. Na stroje,
na perfumy, na fryzjera i manicurzystkę. Nawet taki wybryk Magdusi,
jak wymalowanie sobie paznokci na nogach, nie wydawał się Adeli
zbyt karygodnym. Skoro się ma takie piękne, takie równe i
gładziutkie stopy, to pasują dla nich podobne wymysły. Adela długo
przyglądała się nogom siostry o jasno-różowych piętach, smukłych
palcach i ciemno-różowych błyszczących paznokciach. Przesunęła ręką
po stopach i nie mogła wyjść ze zdumienia. Nigdy nie przypuszczała,
że nogi mogą być takie ładne i nie wiedziała poco mają być takie. Wtedy to właśnie Magda zwierzyła się siostrze ze swojej
wielkiej tajemnicy. Adela musiała przysięgnąć na obrazek po
nieboszczce matce, że nikomu słóweczka nie piśnie i z przerażeniem
wysłuchała wyznania: Magda bynajmniej nie chodzi na Kursy
Buchalteryjne pana Bratka, lecz do takiej szkoły, gdzie uczą tańca
i rytmiki. I nie tańca salonowego, nie walca, tanga czy foxtrotta,
ale takiego tańca, jak w balecie, co to na scenach są popisy. Magda długo i obszernie opowiadała o tej szkole, o
dyrektorce, pani Iwonie Karnickiej, która kiedyś była primabaleriną
carskiej opery w Rosji, o koleżankach, między któremi są córki
adwokatów, inżynierów, pułkowników, a nawet jest jedna prawdziwa
hrabianka. Opowiadała, jak odbywają się lekcje gimnastyki i tańca,
tłumaczyła, że po skończeniu takiej szkoły nie każda musi zostać
tancerką czy tam "girlsą", chociaż zdolniejsze mogą zrobić wielką
karjerę, a dwanaście najzdolniejszych już występuje w teatrze
rewjowym, w samej "Złotej Masce", ale i tak każdej kobiecie nauka
taka przyda się o tyle, że robi się zgrabniejsza, zwinniejsza, ma
więcej gracji i wdzięku. Nawet w szkole jest specjalny kurs dla
starszych pań, mężatek, i same bogate damy należą do tego kursu. - No, a tobie poco? - nie mogła przyjść do siebie Adela. - Mnie? - zamyśliła się Magda i tak, jak siedziała na
łóżku w różowej kombinezce, podciągnęła kolana aż pod brodę,
zaplotła ręce dookoła nóg i westchnęła: - Może zostanę artystką,
ale nie takiem byle czem, tylko wielką artystką... - Ty?... szeroko otworzyła swe małe oczki Adela. - A dlaczegóżby nie?... Pani Iwona mówi, że mam talent.
Warunki zewnętrzne też nienajgorsze. - Niby jakie warunki? - zaniepokoiła się Adela, gdyż
przyszło jej na myśl, że rzecz dotyczy pieniędzy, że zatem ona
mogłaby w czemś pomóc, o ile owe warunki nie są zbyt wysokie. - Warunki zewnętrzne - wyjaśniła Magda - to w teatrze tak
się nazywa uroda, budowa, rozumiesz? Tej nocy Adela oka zmrużyć nie mogła, a gdy posłyszała o
czwartej nad ranem, że Wikta krząta się w kuchni, przygotowując
śniadanie dla ojca i dla niej, jeszcze zanim się zaczęła ubierać,
podeszła cichutko do łóżka siostry i długo wpatrywała się w jej
długie czarne jak smoła rzęsy, w rozrzucone na poduszki bronzowe,
prawie rude włosy, w delikatny owal twarzyczki i wypukłe, jakby
nożem wykrojone usta. - Dlaczegóżby nie? - szeptała do siebie - dlaczego?...
Alboż to dla niej takie życie?... Magdusia moja kochana, siostrunia
moja jedyna... I w niepokoju, w zdumieniu i w czułości Adela otarła łzy
rękawem nakrochmalonej koszuli. Nie łatwo jej było pogodzić się z
tą myślą, nie łatwo uznać rzecz za przesądzoną. Przypuszczała
nawet, że to grzech z jej strony, grzech, że starsza siostra nie
próbuje odwieść młodszej ze złej drogi. Adeli nieraz odbijało się o
uszy, jakie to zepsucie jest w teatrze i że takie artystki to
przeważnie lafiryndy, albo nawet na utrzymaniu u różnych bogaczy.
Jednakże wiedziała zgóry, że żadne namowy nie pomogą, a gdyby
przysięgi nie dotrzymała i wygadała się przed ojcem ze wszystkiem,
doszłoby do jakiegoś nieszczęścia. Zresztą gdzieś w głębi pragnęła,
gorąco pragnęła, by Magda dostała się do innego, piękniejszego
życia, by została wielką damą z tych, co jeżdżą swemi samochodami i
rozmawiają w cudzoziemskich językach. Modliła się też, by Bóg
ochraniał siostrę przed wszystkiem złem, a zwłaszcza przed teatrem.
Jednakże pragnęła dla niej bodaj wszystkiego, co byłoby w życiu ich
rodziny jakiemś zdarzeniem, czemś daleko odbiegającem od
codzienności. Pragnęła tak, jakby mogła pragnąć dla siebie samej,
gdyby nie najgłębsze przeświadczenie, że do niczego pozaową szarą
codziennością nadać się nie potrafi. Tak było w pierwszych dniach, w pierwszych tygodniach po
zwierzeniach siostry. Z biegiem czasu przyzwyczaiła się jednak do
tej myśli, zżyła się z nią. Codziennie po obiedzie Magda wychodziła
niby na kursy buchalteryjne, a wracała o ósmej, kiedy już ojciec
spał. Czasami zjawiała się nawet znacznie później, a siostrze, z
którą sypiały w jednym pokoju, tłumaczyła, że był jakiś popis, czy
egzamin. W każdym razie tajemnica Magdy spowszedniała, nie groziła
już awanturą, skandalem, burzą. Tak przynajmniej zdawało się Adeli do tego właśnie
południa. Około dwunastej, jak zwykle, prawie cały towar był już
rozprzedany i jatka opustoszała. O tej porze pan Nieczaj zwykle
zabierał się do rachunków, a Magda obliczała kasę i szła do domu.
Dziś jednak, skoro tylko Magda wyszła, ojciec zaczął zdejmować
kitel i swoim niskim chrapliwym głosem zapytał: - Adelku! Kursy tego Bratka to na Żórawiej? W ręku Adeli znieruchomiał nóż. Zdołała tylko wyjąkać: - A... a... bo... co? - Pytam: na Żórawiej? - powtórzył już gniewnie. Adela bezradnem spojrzeniem obrzuciła ściany, spotkała
przymrużone oko pana Edmunda, zauważyła, że mostek cielęcy,
przygotowany do domu, nie został zabrany przez Magdę i że ktoś
wywrócił kubeł od trocin, stojący w kącie. - Na Żórawiej - odpowiedziała cicho. Ojciec pochrząkując zdjął fartuch, kitel, starannie obtarł
papierem rece i już zabierał się do wyjścia, gdy Adela zrozumiała,
że trzeba za wszelką cenę nie dopuścić, by ojciec wyszedł. - Niech tatko nie idzie - wydobyła z siebie. - Co mówisz? - zdziwił się pan Nieczaj. - Niech tatko najsampierw pogada z Magdą. Stary zmarszczył brwi: - Nie wtrącaj się w nieswoje sprawy. Oporządź wszystko. Za
godzinę wpadnie tu Biesiadowski. O, tu masz dla niego pieniądze. I
tego... hm... A dlaczegóż to mam nie iść? - zastanowił się. Adela już była zdecydowana przyznać się do wszystkiego,
lecz obecność czeladnika uniemożliwiała wyznanie. Któż zabroni
takiemu panu Edmudowi roznosić później po całem mieście, że panna
Nieczajówna na jakieś tańce pokryjomu chodzi?... - Niech tatko nie idzie - powtórzyła tylko, a jej głos
zabrzmiał jakoś dziwnie, bo ojciec obejrzał się i zatrzymał się we
drzwiach. Spojrzał na Adelę i zrozumiał, że musiało w tem być coś
ważnego. Odkaszlnął i w jego oczach wyraziło się zdumienie: nie był
przyzwyczajony, by ktoś, a zwłaszcza rodzone dziecko stawało mu na
drodze w jego postanowieniach. - Edmund - odezwał się po chwili - skoczno do
Pichcińskiego po te weksle, co miał wczoraj przynieść. Pan Kamionka bez słowa odłożył toporek i wyszedł. - Co jest? - groźnie zapytał pan Nieczaj. - O, Jezu, czego się tatko tak patrzy - próbowała ratować
się odwleczeniem Adela. - Gadaj zaraz. - Co mam gadać, nic nie mam do gadania. Tylko to, że do
pana Bratka niema po co iść... Niema poco, bo Magda i tak na te
jego kursy już nie chodzi. Wyrzuciła to z siebie jednym tchem i przeraziła się.
Popierwsze złamała przysięgę, a podrugie niepotrzebnie wmieszała
siebie w tę straszną awanturę, która teraz wybuchnie. Ojciec rzadko
się gniewał, ale teraz, jak amen w pacierzu wybuchnie. Adela raz
tylko widziała ojca w gniewie, a chociaż było to coś przed
piętnastu laty, dotychczas drżała na samo wspomnienie. Wówczas
schowała się pod łóżko i aż jakichś konwulsyj dostała ze strachu.
Było to wtedy, gdy brat nieboszczki matki świeżo wyszedł z
więzienia i przychodził do nich na Dobrą ulicę z pretensjami.
Wówczas ojciec dowiedział się, że wujek za niego coś tam podpisał.
Wtedy niepotrzebnie wygadała się matka, a teraz ona. Ojciec wyjął ręce z kieszeni, zrobił się jeszcze bardziej
czerwony i zapytał nadspodziewanie spokojnie: - Jakto nie chodzi? - Nie chodzi, no, nie chodzi i już. Ja więcej nic nie
wiem. Jak Boga kocham, nic nie wiem - broniła się piskliwym głosem. - Mów, pókim dobry! Twarz ojca wykrzywiła się w jakimś skurczu, Adela zaś,
chociaż drżała ze strachu, obiecywała sobie na wszystkie świętości,
że więcej pary z gęby nie puści. - Ja nic nie wiem, nic nie wiem, nic nie wiem. - Przecież chodzi, codzień chodzi - nacierał ojciec. Adela spuściła oczy i milczała. - Jeżeli nie na kursy do Bratka, to gdzie?... Mów,
psiajucho! - wybuchnął nagle - bo cię na drobny mak rozsypię. - O, Jezu, Jezu! - zajęczała Adela. Widziała pochylającą się nad sobą zsiwiałą twarz ojca, na
ramionach uczuła bolesny zacisk jego rąk. - Dokąd, do kogo chodzi? Mów, bo cię rozerwę! Jak się on
nazywa? Pomimo dojmującego bólu i przerażenia Adela zrozumiała
nagle, o co ojciec Magdę podejrzewa. - Boże broń, niech tatko puści - niemal krzyknęła. - Co
też tatko sobie wyobraża, Magda, uchowaj Boże, nie taka. Pan Nieczaj potrząsnął córką z całej siły: - Nie łżesz?! - Co mam łżyć! Niech tatko puści. - Więc gdzie chodzi? - Do szkoły. - Do jakiej szkoły? - Tańców się uczy. Pan Nieczaj puścił ramiona Adeli, wyprostował się i sapał
przez chwilę. - Jak tatko mógł o rodzonej córce tak nawet myśleć -
ośmielała się Adela. - Więc gadaj. Tylko wszystko, jak jest! - spokojnie już
odezwał się ojciec. I Adela opowiedziała wszystko. O tej pani, co za carskich
czasów była baletnicą, o córkach doktorów i inżynierów, o "Złotej
Masce", gdzie zdolniejsze uczenice tańczą, o gimnastyce, którą
uprawiają nawet wielkie damy. Pan Nieczaj słuchał w milczeniu,
bębnił palcami po ladzie i patrzył przez okno. Adela skończyła i zaryzykowała dodać: - W tem nic takiego złego niema. - Milcz, gadzino! To poto ja ciebie wychowałem, żebyś ty
za mojemi plecami rodzoną siostrę na dziwkę kierowała? - Co ja? Dlaczego niby ja? - przeraziła się
odpowiedzialności Adela. - Ty, boś już nie wymawiając dość stara i powinna byłaś
pilnować młodszej! Tfu! Głupie baby! Tfu!... Splunął z rozmachem, wierzchem dłoni otarł wąsy i wyszedł.
Zawrócił w stronę domu i szedł swoim ciężkim, równym krokiem,
nikomu nie ustępując drogi, jak zwykle kiedy był zamyślony, niczem
tramwaj sunący po szynach. Długo jeszcze nie mógł zebrać myśli i
wciąż powtarzał: - Głupie baby, psiejuchy, głupie baby!.. Nigdy zbyt wysoko nie trzymał o kobiecym rozumie, lecz
ilekroć zdarzyło się coś, co potwierdzało jego krytyczną opinję,
dziwił się, jakby jakiejś niespodziance. Bo co go tu najbardziej
uderzyło, to głupota córek, zwłaszcza Adeli. Przy Magdzinych
osiemnastu latach, nie należało wymagać zbyt wiele rozsądku. Ale
żeby ta stara krowa!... W pierwszej chwili pan Nieczaj wyobraził sobie rzecz
najgorszą, to też gdy okazało się, że Magda chodzi tylko do szkoły
tańca, nieco odsapnął. Rzecz jest brudna, paskudna, ale do
odrobienia. Najbardziej go bolała ta zmowa córek. Tak się mu
wywdzięczały, że oszukiwały go najbezczelniej w świecie. Te
pieniądze, które dawał na kształcenie dziecka, szły za jego plecami
na to, by z tego dziecka zrobić lafiryndę. By jego czyste, uczciwe
nazwisko utytłać w rynsztoku, by go przed ludźmi upokorzyć. Jakżeby
śmiał wówczas spojrzeć w oczy choćby takiego Chróścińskiego, z
którym przestał się witać, odkąd jego córka zamieszkała "na wiarę"
z człowiekiem rozwiedzionym, niejakim Lempkiem. - Pan, panie Chróściński - powiedział mu wtedy przy
świadkach - Pan nie jesteś dla mnie kompanja. Nie nadawał się pan Nieczaj do kompromisu. Nie umiał na
złe sprawy patrzeć przez palce, ani nawet zmilczeć, gdy widział, że
ktokolwiek postępuje nie tak, jak należy, nie tak, jak sumienie,
prawo i obowiązek nakazują. Przeciwnie: głośno i przy każdej
sposobności walił prosto z mostu co o czem myśli krótko, zwięźle i
bezapelacyjnie. Nigdy o nikim nie wypowiadał ujemnego sądu, zanim w
rzeczy się nie upewnił; gdy już jednak wiedział, jak się należy,
nie znał ani współczucia, ani litości. Pierwszym i głównym
podziałem, jaki do ludzi stosował, był podział na uczciwych i
nieuczciwych, a rodziców, którzy nie umieli dzieci wychowywać w
moralności i obyczaju, potępiał, jako głównych winowajców, o ile
naturalnie jabłko nie padło zbyt już daleko od jabłoni, a rodzice
wyrodka się nie wyparli. Znano też w mieście i w branży pana
Nieczaja z tej strony i jeżeli mógł się szczycić szacunkiem
ludzkim, to właśnie dlatego. Kalkulował to wszystko sobie pan Nieczaj i rozważał, a
jeżeli czegoś w tej chwili żałował, to jedynie tego, że Magdy zaraz
wypędzić z domu nie mógł. Nie mógł zaś dlatego, że sama myśl o tem,
teraz, gdy już ochłonął, krajała mu serce aż do fizycznego bólu. I
nietylko z tej przyczyny, że chodziło tu o jego dziecko, lecz i z
tej, że była niem właśnie Magda. Bodaj po raz pierwszy w życiu
poczuł stary Nieczaj, że ją, właśnie ją najbardziej ze wszystkich
kocha, że choć nigdy jej tego nie okazał, ale nosił ją zawsze w
swej myśli, jak coś może najmniej użytecznego, może najbardziej
obcego, nieswojskiego, ale właśnie pięknego, upiększającego,
cennego. Sam myślał, że po powrocie do domu zbije smarkatą jak Bóg
przykazał na kwaśne jabłko, a przecież, gdy tylko wielkim kluczem
drzwi otworzył, a ona z drugiego pokoju wychyliła głowę, poczuł, że
nie potrafi. I to jeszcze bardziej rozsierdziło pana Antoniego,
jeszcze większą goryczą zalało mu wnętrze. Widział, że oto chwieje
się w nim coś, że o mały włos, a posprawiedliwości by nie postąpił. Pomału zdejmował bekieszę, szalik, czapkę, ciężko wycierał
buty o słomiankę. Nic nie odpowiedział na zdziwione zapytanie
córki, co się stało, że tatko tak wcześnie wrócił. Usiadł przy
stole, szeroką dłonią zgarnął kilka okruszyn z zielonej ceraty i
dobra chwila upłynęła, zanim zawołał: - Magda! Dziewczyna weszła i stanęła naprzeciw. W ręku trzymała
rurki do karbowania włosów. - Co tatko każe? - zapytała nie podnosząc oczu. Zresztą pan Antoni tego nie zauważył, gdyż sam też wbił
oczy w podłogę. - Słuchaj, Magda - zaczął tak spokojnie, aż się sam sobie
dziwił: - Jak się nazywa ta szkoła, do której chodzisz? Dziewczyna przestąpiła z nogi na nogę - Przecie tatko wie - wybąkała cicho. - Wiem! - wrzasnął nagle ojciec i uderzył pięścią w stół
aż meble zadrżały, lecz zaraz opanował się. - Ty mogłaś tak mnie
okłamywać?... - Mów!... Rogówką chciałaś zostać?... Rynsztoki
wycierać?... Jak się nazywa ta szkoła?... Magda przełknęła ślinę. - Pani Iwony Karnickiej, szkoła choreograficzna. - Jak? - Szkoła choreograficzna, pani Karnickiej. - Pani? Jakiej pani? - wybuchnął. - Rajfurki, dziwki! Co
te porządne dziewczęta w rozpustę wciąga! Już ja jej pokażę! Już ja
z nią pogadam, po swojemu! Do policji rajfurkę zaskarżę! - Ależ tatko, co tatko mówi! - przeraziła się Magda - ona
nikogo nie wciąga. Tam najporządniejsze panienki... - Milcz, głupia! - Tatko mi tylko wstydu narobi. Pan Nieczaj aż oniemiał. - Jakto? Ja ci wstydu narobię?... Ja?... Czyś całkiem
oszalała?... To ja ciebie od wstydu ratuję, ja dzięki Bogu w porę
swoje uczciwe nazwisko osłaniam od wstydu, któryś ty mi przyniosła,
a ona mi tu o wstydzie?!... Magda, cała drżąca z rozszerzonemi oczyma stała przed nim,
a on mówił: - I nie hańba to? I nie wstyd tak teraz ślipiami przedemną
świecić? Tfu! Tfu! Odszedł dwa kroki, zatrzymał się i zapytał: - Czy jesteś co winna tej rajfurce? - To nie żadna rajfurka, to artystka - roztrzęsionym
głosem zakrzyknęła Magda. - To już moja rzecz. Gadaj, ile jesteś tam dłużna? - Nic nie jestem dłużna. - Napewno? - Poco miałabym kłamać. - No, więc dobrze. Od jutra będziesz wstawała razem ze
mną, o piątej. Razem ze mną będziesz chodziła do sklepu, a po
robocie marsz natychmiast do domu i ani kroku za próg. Słyszałaś? Magda milczała. - Słyszałaś? - powtórzył groźnie. - Przecież słyszę, bo tatko tak krzyczy, że cała kamienica
słyszy. Mam być w więzieniu, to będę. - Jeżeli nie podoba ci się rodzicielski dom, to uważaj,
żebyś do prawdziwego więzienia nie trafiła. I pamiętaj, żeby twoja
noga u tej rajfurki nie pozostała! Pamiętaj! Podniósł wielką jak bochen pięść i chwiał nią przed twarzą
córki. Stała ze spuszczonemi rękami i cała jej postawa wyrażała
rezygnację i posłuszeństwo. Tylko w spojrzeniu Magdy tlił się bunt. Nie ruszyła się z miejsca, gdy ojciec wychodził.
Wiedziała, że wobec jego postanowień jest bezsilna, lecz nie
odczuwała strachu. Wcześniej, czy później musiało się tak skończyć,
musiało do tego dojść. Ostatecznie widywali ją przecie ludzie, gdy
chodziła na Piękną, a u Bratka na kursach uczył się młody
Kowalszczak. Zresztą nie obchodziło Magdy, jaką drogą i przez kogo
ojciec dowiedział się prawdy. Może i Adela wygadała się?... Nie o
to już chodziło. Teraz było najważniejsze, by ojciec nie narobił
awantury pani Karnickiej. Ośmieszyłby tem Magdę nietylko przed
dobrą panią, lecz i przed wszystkiemi koleżankami. A to skuteczniej
zamknęłoby przed Magdą drogę do powrotu, niż wszystkie zakazy
domowe. Ani przez chwilę, zarówno wtedy, gdy ojciec na nią
krzyczał, jak i teraz, kiedy spokojnie rozważała swoje położenie,
Magda nie myślała o wyrzeczeniu się dawnych zamiarów. Nie wiedziała
jeszcze, jak to zrobi, w jaki sposób uwolni się spod kontroli, skąd
weźmie pieniądze na opłacanie szkoły, nic nie wiedziała poza tem
jednem, że przecież nie da sobie odebrać tego wielkiego pięknego
świata, który ją tak pociągał. Przez głowę szybko przelatywały
cienie projektów: wezwania pomocy którejś z koleżanek, potajemnego
wymykania się wieczorami, gdy ojciec zaśnie, pożyczenia od kogoś
pieniędzy albo poprostu zabrania ich z kasy. Lecz wszystko to było
nierealne. Magda zaś miała duże poczucie rzeczywistości, zmysł
opierania się na prostych i pewnych podstawach. Lecz jeżeli w jej
rozmyślaniach coraz częściej powracało nazwisko pana
Biesiadowskiego, było w tem niemało racji. Popierwsze pan
Biesiadowski miał u ojca swoje znaczenie, a powtóre Magda
wiedziała, że się mu podoba. Była nawet pewna, że dlatego właśnie,
że właśnie dla niej pan Biesiadowski tak często przychodził do
jatki po inkaso, chociaż gdzieindziej posyłał swoich pomocników, a
sam zaledwie raz na miesiąc, czy dwa zaglądał dla ogólnych
rozrachunków. Magdzie się nie podobał. Był brzydki i mały, prawie,
że niższy od niej. Jednak dość go lubiła. W każdym razie był
bardziej okrzesany od tych mężczyzn, którzy przychodzili trzy, czy
cztery razy do roku na imieniny ojca, Adeli, czy jej własne, a
których pozatem widywała na tańcówkach w Resursie Rzemieślniczej. Tak czy owak, wszystkie plany trzeba było narazie odłożyć,
a tylko postarać się, by ojciec zaniechał owej zapowiadanej
awantury na Pięknej. Najprostszym zaś na to sposobem, co wyczuwała
instynktownie, będzie najściślejsze podporządkowanie się życzeniom
ojca. Tegoż wieczora Magda dowiedziała się od siostry, co i jak
odbyło się w sklepie. Ku zdumieniu i radości Adeli wcale nie robiła
jej wyrzutów. - Cóżby pomogły? Magda, nie umiała robić rzeczy
bezcelowych, umiała godzić się z faktami dokonanemi przynajmniej o
tyle, by nie walić głową o mur, skoro się wie, że mur jest
twardszy. Dlatego też, ku ponownemu zdumieniu siostry, pierwsza
ułożyła się do snu, a nazajutrz wstała jeszcze wcześniej niż
ojciec, pomagała w kuchni i sama podała śniadanie. Pan Nieczaj nic
nie powiedział, gdy na dzieńdobry pocałowała go w rękę, zupę
również jadł w milczeniu, dopiero gdy postawiła przed nim patelnię
z jajecznicą na słonince, odezwał się zwyczajnym tonem: - A przypomnij mi, Magda, żebym w południe do Urzędu
Skarbowego poszedł. - Dobrze, tatku. - Ciągają człowieka i ciągają - dodał jakby do siebie. W sklepie od rana było jak codzień z tą różnicą, że Magda
raz po raz zrywała się od kasy i pomagała przy ekspedjowaniu. Mróz tego dnia zelżał, szyby odtajały. Na posadzce w
środku i koło olbrzymiego kloca, na którym rąbano mięso, zrobiły
się dwie małe kałuże czarniawej wody. Pan Edward musiał kilka razy
dosypywać tam trocin. Klijentki, jak zwykle, wykłócały się o
mniejszą ilość kości, o lepsze kawałki mięsa. Ale to tylko z
Edmundem lub z Adelą. Gdy którą obsługiwał sam ojciec, żadna nie
ośmieliła się robić uwag. Nawet największa odbiorczyni, pani
Kolasińska, która prowadziła wielki pensjonat na Ordynackiej i
brała codzień po piętnaście, a nawet dwadzieścia kilo towaru,
przyjmowała bez szemrania wszystkie kawałki, jakie dawał pan
Nieczaj.
RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.