Prolog
BETSY
Betsy przykłada telefon do ucha, próbując coś usłyszeć. Za oknami wyje wiatr, deszcz bębni o szyby.
- Utknęliśmy. Przez jakiś czas nie będziemy w stanie wrócić. - Trzaski zakłóceń zniekształcają głos Melanie. - Burza powaliła kilka drzew. Czekamy, aż straż pożarna usunie je z drogi, ale jeszcze nie przyjechali. Nie zdołamy...
- Jesteście odcięci od Grafton? - Betsy czuje panikę i narastający ucisk w klatce piersiowej. Z ekipy telewizyjnej nie ma już nikogo: ludzie szybko się spakowali i pojechali do miasta, żeby zdążyć przed burzą. W rezydencji zostali oprócz niej tylko Archie i uczestnicy. Myśl o tym przepełnia ją grozą. Drżącymi dłońmi poprawia na sobie cienki kaszmirowy sweter.
- Co? Cały czas przerywa. Ktoś musi wyjść i sprawdzić, czy namiot się trzyma. W środku jest tona sprzętu telewizyjnego. Wiem, że sprawy techniczne to nie twoja działka, ale mogłabyś sprawdzić, czy wejścia są zasznurowane? Mam nadzieję, że namiot w ogóle przetrzyma burzę. Mówią, że wieczorem ma być jeszcze gorzej. Przepraszam, że proszę o to ciebie, ale nie mam nikogo innego. Archie nie odbiera. Może mogłabyś...
- Zrobię to - przerywa jej Betsy. Nie ma mowy, żeby poprosiła o cokolwiek Archiego. Nie po tym, co zrobił. - Ale to jest naprawdę... nie do przyjęcia. - Rozłącza się, czując narastający gniew. Przez całe dziesięć lat prowadzenia Bake Week ani razu nie musiała wykonywać fizycznej pracy. Sprawdzanie stanu namiotu po ciemku w czasie gwałtownej burzy nie należy do jej obowiązków. Bierze głęboki oddech. Uświadamia sobie, że częściowo sama ponosi za to winę - to przecież ona kazała ekipie nocować w mieście. Nie mogła znieść myśli, że będą łazić po rezydencji w swoich obłoconych buciorach.
Okno rozświetla błyskawica, zaraz potem rozlega się potężny grzmot. Betsy wchodzi do garderoby i ściąga z wieszaka ciężki żółty płaszcz przeciwdeszczowy ojca. Wsuwając ręce w rękawy, ze smutkiem stwierdza, że materiał przestał pachnieć cygarami i teraz emanuje wyłącznie delikatną wonią stęchlizny wynikającą z wieloletniego nieużywania. Ten problem dotyczy zresztą całego Grafton Manor. Betsy czuje ukłucie wyrzutów sumienia. Richard Grafton byłby zdruzgotany, gdyby zobaczył swoją posiadłość w tak podupadłym stanie. Zawsze bardzo o nią dbał, niezależnie od kosztów. Betsy wzdycha i wspina się na palcach, żeby ściągnąć starą metalową latarkę z wysokiej półki.
Przechodzi korytarzem na główną klatkę schodową. Deszcz bębni jak szalony w dwa ciągnące się od podłogi do sufitu okna holu. Betsy schodzi pośpiesznie po schodach i zatrzymuje się przy drzwiach wejściowych. Już teraz czuje się niepewnie. Naciąga kaptur na głowę i z wysiłkiem otwiera ciężkie drewniane drzwi, walcząc z napierającym z przeciwnej strony wiatrem. Choć zaledwie trzy metry dzielą ją od namiotu, za ścianą deszczu ma on postać niewyraźnej białej plamy. Betsy zbiera się w sobie, po czym wychodzi na zewnątrz. Zacinające krople deszczu niemal ją oślepiają, kiedy pokonuje schody między dwoma kamiennymi rzeźbami lwów leżących z głowami opartymi na łapach, jakby zrezygnowały ze stawiania oporu burzy. Betsy przechodzi przez wysypany żwirem podjazd smagana uderzeniami deszczu. Kiedy tylko stawia nogę na trawie, obcas prawego buta zagłębia się w przesiąkniętą wodą murawę. Nie udaje jej się go wyciągnąć i niemal traci równowagę. Podskakując na jednej nodze, wyciąga but z błota i z powrotem go zakłada. Cała już ocieka wodą. Ze złością myśli o porządkach, które czekają ekipę przed wznowieniem zdjęć. Wszystko się opóźni. I będzie kosztowne - niesamowicie kosztowne. Ten sezon programu zamienia się w jeden wielki chaos.
"Brakuje między nimi chemii", skomentował "The Post", kiedy do internetu wyciekły nagrania z pierwszego dnia zdjęciowego. Gazeta opatrzyła artykuł tytułem: "Jaki los czeka "Bake Week"?". Zupełnie jakby ich zdaniem problem stanowiła Betsy. Jakoś nikt nie narzekał na jej chemię przed jego przybyciem. Z niczym nie było problemu, dopóki on się nie pojawił.
Ze złością odchyla połę namiotu i włącza latarkę. Deszcz uderza w namiot gwałtownymi seriami, bębniąc w grube płótno spiczastego sufitu. Betsy omiata snopem światła wnętrze. Wszystkie stoły są idealnie uporządkowane, jak zawsze po zakończeniu dnia zdjęciowego. Ekipa telewizyjna sprząta je wieczorem, żeby następnego dnia rano uczestnicy mogli z powrotem zapaskudzić je mąką i grudami ciasta ze swoich wypieków. Wszystkie miksery stoją obrócone w tę samą stronę, obok nich leżą poukładane równiutko przybory kuchenne. Całość tworzy kojący wystrój z pastelowymi kolorami i meblami z jasnego drewna. Wystrój idealnie pasujący do swojskiej, sympatycznej atmosfery programu. Sympatyczni są również uczestnicy, starannie wyselekcjonowani i gruntownie prześwietleni. Betsy dba, żeby do programu trafiali właśnie tacy ludzie. Owszem, zdarzają się nieco bardziej zrzędliwe osoby, ale można im to wybaczyć, bo przecież wszyscy tak bardzo się starają, za wszelką cenę chcą idealnie wypaść, wygrać. Betsy zdaje sobie sprawę, że nigdy nie musiała pracować tak ciężko jak niektórzy z nich. Nowa grupa niczym nie różni się od poprzednich. Jasne, niektórzy okazali się większym... wyzwaniem. Ten sezon z pewnością nie należy do najłatwiejszych.
Gdzieś niedaleko pojawia się kolejny błysk i huk następuje niemal równocześnie. Betsy wzdryga się i podchodzi do rzędu kamer stojących na prawo od wejścia. Wygląda na to, że są bezpieczne. Podłoga wokół nich jest sucha.
Chwilę potem po raz ostatni lustruje światłem wnętrze namiotu. Myśli już tylko o powrocie do domu i wypiciu rozgrzewającego kieliszeczka porto. Chce zapomnieć o wszystkim, co się dziś wydarzyło. Wtedy jednak zauważa jakiś nietypowy przedmiot na stole sędziowskim. Betsy kieruje na niego światło latarki i rusza powoli w tamtą stronę. To chyba ciasto. Najwyraźniej ktoś je tu zostawił po dzisiejszych zmaganiach uczestników. Wydaje się to jednak o tyle dziwne, że na zakończenie dnia zdjęciowego wszystko powinno zostać dokładnie wysprzątane. Betsy widzi, że ciasto jest już upieczone i że wycięto z niego kawałek. Wiśniowoczerwony płyn ścieka z patery i spływa na tylną część blatu, gdzie miesza się z kałużą wody. A więc deszcz znalazł jednak drogę do środka. Kobieta podchodzi bliżej. Co za koszmar. Trzeba będzie to jutro posprzątać, przez co nagrywanie programu rozpocznie się z opóźnieniem. Będzie to kosztowne i męczące.
Betsy podskakuje, kiedy kropla wody ląduje na jej twarzy. Unosi rękę i ją ociera. Płyn wydaje się gęsty i śliski. Podstawia palce przed latarkę i z przerażeniem stwierdza, że są pokryte jaką czerwoną cieczą. Czymś przypominającym...
Kieruje snop światła w górę. Przesuwa go po spiczastym sklepieniu, po chwili zatrzymuje. Zanim jej umysł ma szansę zrozumieć koszmarny widok, który ma przed oczami, Betsy zaczyna krzyczeć.