Znów powiał silny wiatr. Nagie gałązki bzu, sięgające nad balustradę balkonu, gwałtownie się zakołysały.
Antek oparł czoło o zimną szybę i patrzył na deszcz.
Widok rozpływał się w szarych strugach. Samochody pełzły jezdnią jak wielkie jaszczury, bezlistne drzewa sterczały z łysego trawnika po drugiej stronie ulicy. Na balustradzie przycupnął zmarznięty gołąb - nawet on był szary.
Trudno uwierzyć, że za pięć dni Gwiazdka!
Człowiek spodziewałby się śniegu, jak na tych wszystkich świątecznych filmach i pocztówkach: całych zwałów śniegu, który można by wrzucać za kołnierz dziewczynom albo z którego dałoby się zrobić porządne twarde pociski. Antkowi marzyły się wielkie zaspy, z których zjeżdżałby na sankach i które doskonale sprawdziłyby się jako barykady w wojnie z chłopakami z 3b.
Ale niestety - śniegu nie było. Ani odrobiny. Tylko plucha i wiatr, kałuże i brudne niebo, szare domy i szare chodniki.
Chłopiec odszedł od okna i rzucił się na łóżko, niezasłane od rana.
W domu panowała cisza, a pokój Antka tonął w półmroku, choć przecież do wieczora było jeszcze daleko. Nawet zabawki i książki wyglądały nieciekawie. Co za nuda!
Mama już tydzień temu pojechała do cioci Ani. Każdy by tak chciał! Trafić znów do tego rozświetlonego, kolorowego domu pełnego tajemniczych przedmiotów i zakamarków, z wielkim zarośniętym ogrodem i przygodą czekającą za każdym rogiem.
Ale na razie mama zabrała tylko Staśka.
Temu to dobrze!
Oczywiście Antek cieszył się, że ma brata. Długo na niego czekał. Ale z drugiej strony: teraz maluch zajmował wszystkim cały czas. Zwłaszcza mamie. Chciałoby się mieć jej trochę więcej dla siebie, skoro już była na urlopie i nie wychodziła co rano do pracy. Tymczasem - Antek miał jej chyba nawet mniej niż zwykle.
A teraz jeszcze wyjechała, wcześniej niż wszyscy, i to właśnie ze Staśkiem - nie z Marysią i nie z Antkiem.
Bo Marysia i Antek mieli oczywiście szkołę i klasowe wigilie. Dlatego rodzice uznali, że najlepiej będzie, jeśli starsze dzieci zostaną w mieście aż do piątku, kiedy to zaczną się świąteczne ferie i urlop taty.
Dziś właśnie był piątek, tata jeszcze nie wrócił z pracy, a Marysia zamknęła się w swoim pokoju i nic jej nie obchodził młodszy brat.
Antek westchnął ciężko i gniewnie kopnął skłębioną kołdrę. W gardle narastał mu płacz, i to go złościło.
Wstał i przez ciemny korytarz doszedł do drzwi pokoju siostry. W szparze pod nimi było widać ciepłożółty pasek światła.
Chłopiec nacisnął klamkę i zajrzał do środka.
Marysia - piętnastoletnia, jasnowłosa siostra z wesołym, nieco zadartym nosem, leżała na dywanie. Z boku świeciła stojąca lampa i nie wiadomo dlaczego było tu znacznie przytulniej niż u Antka. Wcale się nie widziało tej szarości i pluchy na zewnątrz.
Marysia miała na uszach wielkie słuchawki, podrygiwała nogą i pisała coś w grubym zeszycie, uśmiechając się do siebie.
Nawet go nie zauważyła!
Dopiero kiedy podszedł bliżej i odłączył jej kabel, zwróciła na niego uwagę.
- Ej, co robisz? - spytała zaskoczona, podrywając głowę.
- Kiedy wróci tata?
Spojrzała na zegarek.
- Nie wiem. Już powinien być. Dzisiaj miał wrócić wcześniej. Pewnie są korki, jak to przed świętami. Włącz mi słuchawki z powrotem.
Antek stał bez ruchu, z kablem w ręce.
- Pobawimy się w coś? - spytał bez nadziei. Był pewien, że siostra odmówi. Kiedyś zajęłaby się nim natychmiast, ale od jakiegoś czasu w ogóle nie miała do tego głowy. Stała się jakaś taka... dorosła. Nie chciała już budować z Lego, nie bawiły jej gry planszowe, ciągle tylko słuchała muzyki, czytała, uczyła się albo godzinami gadała przez telefon.
Żadnego pożytku z takiej siostry, pomyślał z goryczą.
Ale Marysia spojrzała na niego bystro i usiadła po turecku, odkładając słuchawki na bok.
- Co się dzieje? - spytała i pociągnęła go w dół, więc usiadł obok niej na miękkim dywanie.
- Nic - wzruszył ramionami.
- Tęsknisz za mamą? - domyśliła się, ale on znów tylko wzruszył ramionami i spuścił jasną głowę.
Przecież się nie przyzna. Nie był już dzidziusiem, który nie może wytrzymać paru dni bez mamy. Chociaż tak naprawdę nie było mu łatwo.
- Ja też tęsknię - wyznała Marysia i krótko go przytuliła, a następnie klepnęła w plecy. - Dzisiaj się z nią zobaczymy, uśmiechnij się.
Od samego brzmienia jej głosu Antkowi zrobiło się jakoś lepiej. Więc się uśmiechnął. Musiał przyznać, że pocieszać to ona umiała.
- Tata mógłby już wrócić - mruknął.
- Spakowałeś się? - spytała go siostra, a kiedy pokiwał głową, wstała. - Sprawdzę, czy na pewno wziąłeś wszystko co trzeba. Założę się, że zapomniałeś o szczoteczce do zębów.
Antek palnął się dłonią w czoło.
- Racja. Zapomniałem.
- Cha, cha! Widzisz, jak ja cię dobrze znam!
Chłopiec spojrzał z ukosa, po czym nagle z dzikim wrzaskiem skoczył na nogi i rzucił się łaskotać siostrę. Marysia z piskiem zaczęła uciekać, więc wybiegł za nią do przedpokoju. Tam wpadli na tatę, który akurat wszedł do mieszkania.
- Hej, hej, co tu się dzieje? - zawołał, zapalając światło. Był wysoki, miał kędzierzawe, brązoworude włosy i ciemne oczy.
Marysia skoczyła za niego, chowając się przed straszliwymi braterskimi torturami.
Antek nie dawał za wygraną.
- Spokój! - zarządził tata, też już się śmiejąc. - Kto chce jechać do mamy, niech się szykuje! Ruszamy za dziesięć minut. Niegotowi zostają w domu!
Na te słowa Marysia popędziła z powrotem do siebie i zatrzasnęła drzwi przed bratem, który ostatecznie zrezygnował z pościgu i pobiegł po swój plecak.
Może nie jest tak źle z tą siostrą, myślał, ślizgając się po parkiecie. Jeszcze nie jest chyba aż taka dorosła, skoro kwiczy głośniej niż dziewczyny z podwórka.
I w dodatku zapomniała o jego szczoteczce!
No to on też o niej zapomni. A co!
Droga do cioci Ani i wujka Eryka okropnie się Antkowi dłużyła.
Najpierw trzeba było czekać w niekończących się korkach, żeby wydostać się za miasto. A potem musieli jechać powoli, bo było mokro i ślisko i na dodatek pojawiła się rzadka mgła. Spoza niej przebijały tylko ciemne zarysy mijanych hal i magazynów, pól, lasów i miasteczek. Tu i tam rozświetlały je świąteczne dekoracje rozmywające się w kroplach deszczu, które przesuwały się poziomo na samochodowej szybie. Ale w końcu zrobiło się całkiem ciemno. Radio cicho mruczało.
Kiedy wreszcie dojadą do mamy?
Na szczęście w połowie podróży tata wpadł na świetny pomysł, żeby pobawić się w skojarzenia i chyba tylko dzięki temu wszyscy nie usnęli.
Po jakimś czasie skręcili w boczną drogę pełną kałuż i błota.
- Patrzcie! Pada śnieg! - zakrzyknął nagle Antek, odżywając w jednej chwili.
Rzeczywiście, drobniutkie płatki prószyły gęsto, wirując w snopach światła rzucanych przez reflektory samochodu.
- Hurrraa! - ucieszyła się Marysia.
Mimo że taka poważna, czasami jeszcze zachowywała się jak dziecko, Antek zauważył to nie raz.
Wtem tata krzyknął i zahamował gwałtownie, skręcając w bok i wpadając w lekki poślizg, bo jakaś nieduża postać niemal wbiegła im pod koła. W światłach mignęła jej śmieszna czerwona czapka - osóbka wyglądała jak Czerwony Kapturek albo jakiś zabawny krasnal. Przebiegła i zniknęła w ciemnościach.
- Uff! Mało brakowało! - odetchnął tata. - Co za głuptas! Nawet się nie rozejrzała, a tu jest tak ciemno, że nic nie widać! - dorzucił zdenerwowany. - Mogłem ją przejechać!
Powoli dotoczyli się przed białą furtkę z numerem 7. Samochód się zatrzymał. Jeszcze zanim tata i Marysia zdążyli odpiąć pasy, Antek już wyskoczył z auta, po czym, nie czekając, wbiegł do ogrodu.
Kiedy tylko minął szpaler wysokich, starych cisów, dom cioci Ani przywitał go radosnym blaskiem. Wszystkie okna były rozświetlone, a w tym obok wejścia wisiała wielka biała gwiazda adwentowa, jaśniejąca przytłumionym ciepłym światełkiem. Witrażyk z sową, zrobiony w zamierzchłych czasach przez dziadka, jarzył się zielonkawo nad drzwiami wejściowymi.
A drzwi te właśnie otwarto i ukazała się w nich mama! Jasnowłosa, jasnooka, rumiana i uśmiechnięta.
Antek w jednej sekundzie przywarł do niej, ściskając ją z całej siły w pasie. Była ciepła, miękka i pachniała najładniej na świecie. Cmoknęła go w sam czubek jasnozłotej łepetyny.
- Ale się za wami stęskniłam! - powiedziała, a chłopcu zrobiło się ciepło w sercu. Więc jednak niepotrzebnie się obawiał: mama nie zapominała o nich, kiedy zostawała sama ze Staśkiem.
Nie mógł wypuścić jej z objęć. Spod maminego łokcia spoglądał tylko ciekawie na ścianę naprzeciwko wejścia. Fascynowała go ona od zawsze.
Wujek Eryk porozwieszał tam rozmaite pamiątki przywiezione z dalekich podróży: ogromne meksykańskie sombrero, kropkowany bumerang z Australii, afrykańską maskę z ciemnego drewna, jakieś dziwne włócznie, strzały, piszczałki i inne instrumenty oraz narzędzia, a nawet prawdziwą indiańską fajkę pokoju.
- Cześć! - usłyszał Antek wesoły cienki głosik.
Spojrzał.
Obok stała Tereska - jego kuzynka, młodsza o niecałe dwa lata córka wujka Eryka i cioci Ani. Ciemnobrązowe włosy miała zamotane w śmieszny węzełek na czubku głowy, a ubrana była w powyciągany różowy dres i puszyste kapcie w kształcie króliczków.
- Cześć - odpowiedział pogodnie i odsunął się od mamy, która narzuciła na ramiona kurtkę i wyszła na schodki, żeby przywitać Marysię i tatę.
Tereska zabawnie zmarszczyła nos - sama wyglądała teraz jak królik - wesoło spojrzała piwnymi oczami i uśmiechnęła się od ucha do ucha, ukazując dużą szczerbę w dolnej szczęce.
- Wczoraj wypadł mi ząb! - oznajmiła z dumą.
- To fajnie - odparł Antek, na którym ta wiadomość nie zrobiła żadnego wrażenia. - Mnie wypadło już pięć.
Dziewczynka trochę przygasła, ale zaraz znów się rozpromieniła.
- Chodź, pokażę ci moje łańcuchy na choinkę! Wiesz, jakie długie? Tata zmierzył, mówi, że mają prawie po pięć metrów!
Chwyciła kuzyna za rękaw i pociągnęła za sobą przez przedpokój.
- Mamo, przyjechali! - zawołała.
- Cześć, ciociu! - Chłopiec zajrzał do obszernej, biało-niebieskiej kuchni, z której dochodził zapach bigosu i łoskot pokrywek. Pomachał ręką.
Ciocia Ania, smukła, szybka i energiczna, mieszała właśnie w wielkim garnku. Czarne włosy miała zwinięte w taki sam węzełek jak Tereska. Błysnęła na Antka ciemnymi oczami i uśmiechnęła się.
- Cześć! Fajnie, że już jesteście. Wasza mama usychała z tęsknoty.
Chłopiec się ucieszył. Jak dobrze było to słyszeć!
- Gdzie Stasiek? - spytał. Niespodziewanie poczuł, że stęsknił się też za braciszkiem.
- Śpi na górze. Co to za krzykacz! Całe popołudnie nie chciał zasnąć, w końcu padł. - Ciocia z trzaskiem przykryła garnek. - Wszyscy jesteśmy przez niego ledwo żywi. Ale jest słodki! - dodała, a Antek uśmiechnął się z dumą. Jego własny brat!
Owszem, Stasiek bywał nieznośny i czasami denerwujące było to, że wszyscy się nim zachwycali, nawet kiedy robił coś zupełnie zwyczajnego. Ale kiedy łapał za podany palec albo - zwłaszcza! - kiedy żuł własną stopę, był rzeczywiście dość milutki. Dobrze było pomyśleć, że kiedyś wyrośnie na normalnego chłopaka, z którym będzie można się ścigać, grać w piłkę, jeździć na rowerze i łazić po drzewach. Szkoda tylko, że trzeba na to tyle czekać.
- Pójdę go zobaczyć - powiedział Antek.
- Chodź, pokażę ci najpierw łańcuchy. - Kuzynka znów pociągnęła go za rękaw.
- Przecież ci nie uciekną! - roześmiała się ciocia. - Daj mu się przywitać z bratem. Tylko błagam, nie obudźcie go! - dodała, składając ręce.
- Nie obudzimy - obiecali.
Ruszyli z powrotem do przedpokoju, gdzie zrobiło się tłoczno, bo oprócz przyjezdnych zjawił się też wujek Eryk. Właśnie wracał z pracy, kiedy natknął się na gości przed furtką.
Wujek był chudy i wysoki, miał odstające uszy i zaraźliwy uśmiech. Antek go lubił i bardzo mu imponowało, że mąż cioci zwiedził już niemal wszystkie kontynenty.
- Uff...! - sapnął chudzielec, stawiając na podłodze walizkę Marysi. - Jakie to ciężkie! Coś ty tu przywiozła?
- Pewnie suszarkę do włosów i pięć kilo kosmetyków! Nigdzie się bez nich nie rusza! - roześmiał się Antek.
Marysia prychnęła.
- Chodź, Antek, no! - ponagliła go znów kuzynka, wspiął się więc za nią po schodach.
- Czekaj! - powiedział, zatrzymując się przed sypialnią, którą zwykle zajmowali rodzice. Zajrzał do środka.
Stasiek spał tam w swoim turystycznym łóżeczku: w świetle nocnej lampki widać było, jak równo oddycha. Posapywał cicho, na pulchnych policzkach miał rumieńce, a jego piąstki były zaciśnięte. Antek stanął blisko i spojrzał na brata, lekko onieśmielony, jak zawsze w jego obecności. Ciągle nie mógł się przyzwyczaić, że człowiek może być aż tak malutki. I jeszcze ciągle nie był pewien, jak się wobec niego zachować.
W końcu pochylił się nad nim i leciutko pogłaskał go palcem po miękkich włoskach, a braciszek zamlaskał śmiesznie i poruszył rączkami.
- No chodź, pokażę ci łańcuchy - nudziła Tereska, wisząc na klamce.
- Dobra, już idę - szepnął.
Chętnie zostałby tu dłużej, ale Tereska, choć dziewczyna, i to w dodatku młodsza, w gruncie rzeczy była fajna. Lubił ją i nie chciał jej sprawić przykrości.