Wprowadzenie
Złote Miasteczko, poza kilkoma nudnymi zabytkami oraz zabudową rynku na polu czworokąta, posiada pewnego rodzaju znak szczególny, merkmal, feature, caractéristique albo rasgo, jakby wyraził się niejeden turysta odwiedzający to miejsce. Za wab dla przybywających tu o każdej porze roku gości, zwykło się uważać pewne wzniesienie, od jakiego wzięła swoją nazwę leżąca u jego podnóża osada. W każdym przewodniku turystycznym, poświęconym temu skrawkowi Ziemi, wspomina się o tej jego osobliwości, pisząc o niej wprost jako o Złotej Górze, lub też w bardziej zawoalowany sposób, używając określeń typu "Góra obleczona złotem", lub też "Pagórek o obliczu wykutym w złocie". Czasami opisuje się ją jako "Złotonośny Szczyt", podczas gdy miłośnicy finezji nazywają to cudo "Wzgórzem Milczenia", wskazując na fakt, że wielu obserwatorom odbiera mowę na widok tego górotworu. Cała przewrotność rzeczy leży jednak w tym, na co żaden z tych przewodników nie poświęca ani słowa, że jest to ponoć jedynie powierzchowny efekt i że, pod wpływem niezbadanych dotąd fluidów Złotej Góry, dziać się ma z ludźmi coś wręcz odwrotnego, ponieważ ci zaczynają mówić. Nie chodzi tu jednak wcale o jakieś farmazony, kwieciste limeryki czy pospolity bełkot, ale o najszczerszą prawdę. Głęboko skrywane tajemnice wiążące serca, sekrety obciążające duszę, oraz wszelkie inne bolączki zatruwające krew i żółć powinny się, zgodnie z krążącymi po okolicy pogłoskami, w tak samo niewyjaśniony, co niepohamowany sposób odsłaniać, doprowadzając w ten sposób do kuriozalnych zdarzeń. Niejedne zaręczyny zostały już rzekomo zerwane i wiele przyjaźni wystawiono w ten sposób na gorzka próbę, po której stały się jedynie karykaturami samych siebie. Ci, którzy dotąd uchodzili w pracy za bojaźliwych, i nie odważyli choćby słówkiem przeciwstawić autokratycznemu szefowi, mieli podobnież znajdować w sobie odwagę do manifestacyjnego tupnięcia nogą i (lub) powiedzenia głośno własnego zdania. Prawdopodobnie także niejedna zaborcza matka wybałuszała ze zdziwienia oczy, kiedy jej od dawna pełnoletnia latorośl ośmielała się odrzucić wygody złotej klatki i opuścić przepełnione duchotą rodzicielskie gniazdko.
Kilka lokalnych, i nie tylko, tytułów prasowych zainteresowało się nimbem tajemniczości, jaki zaczął otaczać Złotą Górę. Dla przykładu, na łamach miejskiego "Kuriera" rozpisywano się dość szeroko, choć nie bardzo wnikliwie, o kilku więziennych uciekinierach, którzy przemierzając obce im złotogórskie okolice, mieli pod wpływem nagłego impulsu dobrowolnie oddać się w ręce sprawiedliwości. W jednej z gazet o zasięgu regionalnym, nagłośniono interesujący przypadek kryminalny o podwójnym dnie. Sprawa dotyczyła prania brudnych pieniędzy przez znanego i cenionego w stolicy właściciela kilku salonów fryzjerskich. Jak podkreślono, karkołomne śledztwo prowadzące wielokrotnie do ślepych uliczek, doczekało się w końcu szczęśliwego rozwiązania. Nigdzie indziej, a właśnie w fenomenie Złotej Góry dopatrywano się przyczyny nieoczekiwanego zwrotu w policyjnym dochodzeniu. Podobno feralny mistrz fryzjerstwa, który urlopował przez kilka dni w swojej letniej rezydencji w okolicy Złotego Miasteczka, miał wyśpiewać swoje grzechy podczas porannego duszu, co nie przeszło mimo uszu jego gospodyni. Z ust do ust opowiadano sobie jeszcze wiele innych, mniej lub bardziej porywających historii o fluidach Złotej Góry, mających wywoływać u ludzi prawdomówność. Co ciekawe, sami mieszkańcy leżącego u jej podnóża miasteczka i jego okolic, wydawali się być odporni na "uroki" górującego nad nimi wzniesienia. Dziwnym trafem, choć może ów traf wcale nie należy do przypadkowych, trudno było znaleźć pośród miejscowych choćby jeden przypadek podobny do tych, jakie opisano powyżej. Taki stan rzeczy panował w każdym razie do czasu śmierci Anny Berent.
Sprawa tego zgonu odmieniła mieszkańców Złotego Miasteczka, choć niewielu z nich było w stanie się do tego przyznać. Mimo, że tak zwana miejscowa opinia publiczna dopatrywała się w śmierci Berentowej sprawiedliwej kary za rzekome łajdactwo tej kobiety, czegoś w rodzaju dopustu bożego, wątpliwości i przypuszczenia gęsto orbitujące wokół tego przypadku, rabowały sen zarówno stróżom prawa, jak i zwykłym mieszkańcom miasteczka. Wokół śmierci wdowy po Leo Berencie zaczęły krążyć legendy, które niczym wrzeciono, gęsto osnuły sprawdzone i potwierdzone w toku śledztwa informacje związane z tą sprawą. Fakty zaczęły się ludziom mieszać z fantazją, a osoby postronne mogły łatwo odnieść wrażenie, że w złotogórskiej okolicy prześcigano się w dopowiadaniu do tej smutnej historii coraz to dziwaczniejszych i bardziej szokujących wątków. Nie przeszkadzał temu fakt, że miejsce zgonu tej kobiety rozczarowywało swoja nijakością, niektórzy mówili wprost o jego brzydocie. Mało atrakcyjnie przedstawiał się również sam akt znalezienia zwłok. Nawet pogoda panująca w dniu ich odkrycia zupełnie nie pasowała do rangi nazwiska Berent. To zdawało się bardzo drażnić miejscowych. Wielu spośród nich co prawda szczerze życzyło tej kobiecie marnego końca, jednak kiedy ten nadszedł, osoby te czuły się oszukane. Po tej czterdziestotrzyletniej, przedwcześnie owdowiałej kobiecie o urodzie i figurze modelki, posiadającej na dodatek górę pieniędzy, spodziewano się bardziej interesującej śmierci niż ta, jaka faktycznie nastąpiła. Nawet najzacieklejsi wrogowie Berentowej pragnęli skrycie, aby zginęła w taki sposób w jaki żyła, ekskluzywnie i z klasą. Z tego powodu mało rewelacyjna śmierć nad jeziorem wydawała im się nie tylko tandetna, ale nawet niewłaściwa. O wiele chętniej widziano by, gdyby ta najbardziej w okolicy oplotkowywana osoba niefortunnie spadła z konia podczas przejażdżki o brzasku, albo gdyby rozbiła się jachtem u wybrzeży Sycylii, czy zginęła w trakcie dziewiczego lotu prywatnym jetem. Mogłaby z powodzeniem umrzeć na skutek ryzykownego manewru podczas zjazdów narciarskich w Alpach, czy chociażby ześlizgnąć z deski surfingowej, wprost do paszczy rekina, polującego samotnie u wybrzeży Wschodniej Australii. Słowem, zdaniem wielu, stać ją było na dużo lepszą, nietuzinkową śmierć.
Tymczasem płomyk życia Anny Berent zgasł, jakby na przekór tym śmiesznym ludzkim pretensjom, całkiem po cichu, bez niczyjego aplauzu i w zupełnie nieteatralnej, pozbawionej większej fantazji scenerii. Sposób, w jaki ta kobieta wyzionęła ducha, można by co najwyżej określić mianem "romantyczny", jeśli to określenie w ogóle robi jeszcze na kimkolwiek większe wrażenie. Dla pocieszenia, gdyby ta złotogórska piękność takowego w ogóle w zaświatach potrzebowała, można by rzec, że w dniu jej śmierci niebo przybrało kolor stalowoszary, który był barwą tęczówek jej oczu.
Lucjan i pani Berent
Tego majowego ranka Lucek, będący dorastającym synem miejscowej zielarki, mimo przestróg matki po raz kolejny udał się do szkoły na skróty. Te, jak to zwykle bywa, wiodły niebezpieczną, bo w przeważającej części grząską ścieżką, biegnącą wzdłuż poszarpanej urwiskami linii jeziora. Właściwie było to zalane wodą gliniane wyrobisko, bardzo zwodnicze dla pływaków, i już przez sam ten fakt cieszące się wśród szkolnej młodzieży sławą miejsca kultowego. Mimo postawionych na nabrzeżu tablic z zakazem wchodzenia do wody, nie było ani jednego letniego sezonu, w którym miejscowym stróżom porządku publicznego nie udałoby się kogoś przyłapać na chłodzeniu w niebezpiecznych nurtach tego bajorka. Biorąc wspomniany skrót, Lucek nie tyle robił przez to na złość własnej matce, co mierzył z Bartkiem. Bartek był nadzwyczaj ponad swój wiek rozwiniętym fizycznie wyrostkiem, który co prawda nie potrafił sklecić ani jednego poprawnego gramatycznie zdania, za to imponował swoim kolegom niesłychaną jak na dwunastolatka silą. Nie łamał co prawda końskich podków, choć bez problemu udawało mu się miażdżyć masywne deski, które sypały się spod jego rąk niczym suche drzazgi. Drobno zbudowany Lucek nie miałby z nim najmniejszych szans w tej dziedzinie, dlatego też skupił się na budowaniu własnego męskiego wizerunku jako nieustraszony poszukiwacz przygód. Będąc gorącym miłośnikiem przygód Indiany Jonesa, Lucek marzył o dorastaniu w świecie naszpikowanym tajemniczymi zjawiskami i mrożącymi krew w żyłach zdarzeniami. Znajdowanie starych kości, ba nawet całych szkieletów, mogłoby zdaniem chłopaka doskonale urozmaicić jego dzień powszedni. O odkrywaniu świeżych i na dodatek nagich ludzkich ciał natomiast nie śniło mu się nawet w jego najbardziej tajemniczych snach. Kiedy więc Lucek mijał jedną z wysepek, jakie uformowały się w gliniance na skutek rozrostu tataraku, i kiedy jego spojrzenie bezwiednie powędrowało ku miejscu, gdzie spoczywała zupełnie obnażona, o skórze białej jak kamelia Anna Berent, chłopak stanął jak wryty. Serce zaczęło mu szaleńczo łomotać w piersi i pod wpływem strachu wstrzymał oddech. Po chwili zrobiło mu się zupełnie ciemno przed oczami. Zaczerpnął porządnej porcji powietrza do płuc i dopiero wówczas począł analizować sytuację, lub tak mu się przynajmniej zdawało. Pierwsza myśl bowiem, jaka mu przyszła do głowy, okazała się być w zasadzie instynktem nakazującym brać nogi za pas. Dopiero w ślad za nią pojawiła się pospolita ciekawość i to właśnie ona zwyciężyła trwogę, nakazując mu pozostać w miejscu, w którym się znajdował. Tym bardziej, że znajdując się w otoczeniu wybujałych krzewów dzikiej róży oraz jeżyn, czuł, iż posiadał idealna kryjówkę i będąc niewidocznym dla pani Anny, mógł ją bez przeszkód podglądać. Dla pewności, że pozostawał sam na sam z tą kobieta, rozglądnął się wokół siebie. Nie odkrył jednak żywej duszy. Nawet pojedynczym piskiem nie zdradził się ze swoją obecnością żaden ptaszek, najbardziej niepozorna muszka nie ośmieliła się przerwać ciszy trzepotem skrzydełek. Niema zdawała się być okolica jeziora tego ranka, tak jakby nikt i nic nie odważyło się zakłócać spokoju Anny Berentowej, która Luckowi wydała się być uosobieniem śpiącej królewny.
Gdyby chłopak był starszy, bajkowe skojarzenia zapewne w ogóle nie przyszłyby mu do głowy i w mgnieniu oka potrafiłby rozpoznać, że miał przed sobą wyjątkowy egzemplarz żeńskiego piękna o bujnym biuście, wąskiej talii i pełnych biodrach. Ramiona kobiety, szeroko rozwarte, zdawały się wychodzić niebiosom na spotkanie, podczas gdy wyglądające jak wyrzeźbione w alabastrze uda przywierały szczelnie do siebie, broniąc dostępu do najbardziej wstydliwej części ciała. Twarz leżącej, pomimo na wpół otwartych ust, wyrażała osobliwy, niemalże nierealny i tym samym trudny do zdefiniowania spokój. Byłby on trudny do opisania nawet dla pierwszorzędnych znawców mowy ciała, nie mówiąc już o ambitnych literatach, popisujących się gdzie popadnie słowną szermierką, a cóż dopiero dla małoletniego i nie odznaczającego się jakoś szczególnie wybujała fantazją chłopaka. Pierwsze, co przyszło Luckowi do głowy, gdy wpatrywał się w twarz Berentowej, były malunki świętych, zdobiące ściany miejscowego kościoła. Chłopak doskonale wiedział, że poświęcał im znacznie więcej czasu, niż powinien to czynić biorąc udział w niedzielnych nabożeństwach, jednak nie mógł na to wiele poradzić. Puszczając mimo uszu potoki słów księdza Klimuszki, duszpasterza o miłym głosie i jeszcze łagodniejszym sposobie wysławiania się, Lucek ratował się jak mógł od zaśnięcia. Kiedy znudziło mu się wycinanie scyzorykiem wzorków i liter na kościelnej ławce, zajmował się liczeniem oraz zgadywaniem tożsamości osób przedstawionych na pobożnych freskach. Na jednej ze zmarnotrawionych w ten sposób mszy odkrył, że choć co prawda święci różnili się od siebie strojami, kolorem włosów oraz sposobem uczesania, to jednak wszyscy zdawali się mieć tą samą twarz. Oblicze to, wyrażające nieziemski spokój, mogło w jednakowej mierze zachwycać, jak i odstraszać. Ta twarz zdawała się nie znać ani bólu ani radości, jakby ja zanurzono w próżni uczuć. Słowem było to zupełnie nieludzkie oblicze, które początkowo Lucek bardzo podziwiał, wręcz adorował, jednak z czasem zbrzydło mu ono i to w takim stopniu, że chłopak mimowolnie zamykał oczy, ilekroć przebywał w kościele.
Z kobietą w tatarakach było jednak inaczej. Od widoku jej twarzy nie przewracało się Luckowi w kiszkach, a wręcz przeciwnie, chłopak odczuł przyjemność, jaką dorośli nie wahaliby się nazwać rozkoszą. Było w tym olśniewająco białym obliczu, mimo wyrazu błogostanu i anielskiego rozluźnienia, dużo pełnokrwistego i naturalnie ziemskiego piękna, co sprawiło, że Lucek musiał się do siebie uśmiechnąć. Na myśl przyszła mu własna matka, co go zdziwiło. Borysowa, z jej grubymi, jakby w drewnie ciosanymi rysami, nie mogła w żadnym stopniu równać się urodą z leżącą na wodzie pięknością o gładkiej cerze, wysokim czole i wyraźnie zarysowanymi kośćmi policzkowymi. Nawet jej cienki i nieco przydługi nos jawił się chłopakowi sto razy ładniejszy od prostego i tym samym mało fantazyjnego nosa jego matki. A jednak te całkowicie różniące się od siebie wyglądem zewnętrznym kobiety, zdawała się łączyć cecha, która pozostawała dla niedoświadczonego Lucka zagadką, tak samo zresztą jak tajemnica piękna ciała Anny Berent.
Gdyby Lucek posiadał choćby podstawowe obeznanie w świecie sztuki malarskiej, z łatwością odkryłby źródło własnego zachwytu. Elegancja, jaka emanowała z każdego zagłębienia i z każdej, nawet najmniejszej fałdki na skórze nagiej kobiety leżącej w tatarakach, miała w sobie coś z uwodzącego zimna błękitnokrwistych infantek, ale to nie było wszystko. Jedno spojrzenie prawdziwego estety na owo dzieło natury wystarczyłoby, aby przenieść się myślami do atelier mistrza Tycjana, gdzie z jednej strony wdzięki rasowych modelek nadały ognia rysom Wenus z Urbino, z drugiej zaś użyczyły uświęconego pietyzmu dla postaci Marii Magdaleny. W istocie, naga i uwięziona w wodorostach postać Berentowej, wyglądała jak nieautoryzowane połączenie obydwu dzieł. Lucek nie miał pojęcia kim był Tycjan i jaką wartość przedstawiały sobą jego płótna, mimo tego, patrząc na swoje odkrycie instynktownie czuł, że miał przed oczami coś wyjątkowego. Strach zdawał się opuścić chłopca na dobre i Lucek jak zaczarowany wpił się wzrokiem w ciało kobiety, mierząc je wielokrotnie od stóp po czubek głowy. Nieznane dotąd ciepło rozlało się niczym słodki syrop po chudych i zziębniętych lędźwiach wyrostka. Im dłużej wpatrywał się w wieniec ogniście rudych, długich włosów, oplatających śpiącą głowę, tym mocniej pragnął położyć się obok niej i pozwolić się unosić łagodnemu falowaniu jeziora, przypominającemu regularny oddech żywej istoty. Wdech i wydech, wdech i wydech, wdech... Usta Lucka otwarły się mimowolnie, a po chwili zakrył je sobie dłonią. Zamknął nawet oczy, jednak na próżno. Coś znacznie potężniejszego niż wstyd kazało mu na powrót spojrzeć na nagą postać. Być może kryło się za tym szczeniackie podniecenie, albo też wiecznie niezaspokojona ciekawość okresu dorastania. Gdyby trafiło na zdolnego i dojrzałego artystę, nie zaś na młodocianego syna Borysowej, mogłoby powstać z tej naturalnie pięknej sceny nierodzajowej prawdziwe dzieło sztuki, łączącej naiwną łagodność z dionizyjską dzikością. Berentowa wyglądała bowiem tak, jakby w jej ciele zamieszkały dwa przeciwstawne sobie żywioły, które w jej pięknej twarzy odnalazły własne oblicza i wbrew wszelkiej logice zawarły ze sobą pokój.
Lucek nie posiadał o estetyce w sztuce bladego pojęcia, ba, nie wiedział nawet co dzieje się z nim samym. Nieokiełznany wstyd palił mu policzki, i choć chłopak znalazł w gęstwinie krzewów doskonalą kryjówkę, doznał wrażenia, że jego rumieniec był widoczny dla całej reszty świata. Na swoje szczęście lub nieszczęście znajdował się na wyspie zupełnie sam, lub dokładniej, sam na sam z piękną i całkowicie nagą kobietą. Lucek pomyślał mimowolnie o Alku. Pytał siebie w myślach, co zrobiłby jego starszy brat, gdyby znalazł się na jego miejscu. Alek miał doświadczenie w tych sprawach, to znaczy wiedział jak się postępuje z kobietami. Przynajmniej w ten sposób wyraził się kiedyś w obecności Lucka. Starszy syn Borysów miał okres niewinności za sobą, o czym świadczyło choćby to, że często włóczył się z rożnymi dziewczynami po okolicy Złotej Góry. Jedną z nich przyprowadził pewnego razu do domu. Było to co prawda pod nieobecność matki, ale za to Lucek nakrył parę kotłującą się na kanapie w sieni. Przez kilka następnych dni Alek chodził wściekły jak osa, i dopiero kiedy Lucek, dążąc do pojednania, przysiągł bratu, że nic nie powie Borysowej, Alek podał mu dłoń na zgodę, a nawet udzielił kilku rad dotyczących "bab". Według niego bowiem każda kobieta była babą, a cała sztuka obcowania z tą odmienną płcią, polegała na dobitnym pokazaniu jej własnego miejsca. Alek uważał, że owo miejsce znajdowało się przy garnkach w kuchni, przy dzieciach, oraz w łóżku męża, które kobieta powinna grzać dla jego przyjemności. Starszy brat Lucka miał jeszcze kilka innych teorii na ten temat, którymi obiecał podzielić się z nim w stosownym czasie. Powiedział, że robi to niejako w zastępstwie ich ojca, bo jego zdaniem, tylko facet mógł uświadomić innego mężczyznę.
- Ciesz się, że to na mnie trafiło, młody - oznajmił młodszemu bratu pewnego dnia. - Na matkę nie masz co liczyć.
Mimo tej i jeszcze kilku innych poważnych rozmów, jakie bracia mieli dotąd za sobą, Alek wciąż traktował Lucka jak szczeniaka, co dawał mu stale do zrozumienia. Własna niedojrzałość już nie raz była dla chłopca solą w oku i Lucek ze wszystkich pragnień, jakie nurtowały jego młode serce, najwięcej życzył sobie szybko wydorośleć. Także, a może nawet przede wszystkim po to, aby móc rozmawiać z matką jak równy z równym. Lucek obserwował w jaki sposób Alek rozmawiał z Borysową. Choć rozumiał sens słów, jakich używali, zdawało mu się nie raz, że między jego bratem i matką istnieje jakaś specjalna nić porozumienia i że tym dwojgu wystarczyło tylko na siebie spojrzeć, aby wiedzieć, co myśli druga strona. Lucek czuł o to zazdrość do brata i jednocześnie żal do matki. Z drugiej strony chłopak umiał w pełni korzystać z przywileju bycia dzieckiem w rodzinie, lubił gdy mu folgowano i patrzono przez palce na jego urwisowanie, głupie, choć mało szkodliwe wybryki. Jednak najbardziej cieszył się wówczas, kiedy Borysowa brała go w ramiona i przytulając do serca szeptała do ucha czułostki.
W chwili kiedy Lucek przyglądał się nagiej Berentowej, rozpostartej na połaci podmokłych zarośli, zdecydowanie nie chciał być małym chłopcem, synkiem mamusi, lecz dorosłym mężczyzną, lub choćby kimś takim jak Alek. Mimo, że starszy syn Borysowej miał ponad dwadzieścia lat, Luckowi nigdy nie przyszło do głowy, aby uważać go za dojrzałego osobnika. Być może dlatego, że Alek nie wdał się do żadnego z rodziców. Luckowi mniej przy tym chodziło o charakter, bo choć wyczuwał różnice w usposobieniu osób, z którymi miał do czynienia, nie potrafił jeszcze tych subtelności ludzkiej natury analizować, a raczej o urodę. Nikomu kto nie znał Borysów, a kto patrzył na pogodna twarz Alka, rozjaśnioną jeszcze przez złocisty kolor lekko pofalowanych włosów i jasnoniebieskie oczy, nie mogło przyjść łatwo do głowy, że był synem dużej kobiety o śniadej cerze i równie ciemnego Adama Borysa. Na tle własnej rodziny, Alek wydawał się być jasny i czysty, tak jakby poczęły go niebiosa zamiast zwykłych śmiertelników. O tym, że jego ojciec musiał zaliczać się do tych ostatnich, Lucek doświadczył jeszcze jako małe dziecko. Odkąd tylko było wiadomo, że Adam Borys zginął w lesie podczas pełnienia służby, policja mówiła o "nieszczęśliwym wypadku" i to z taką częstotliwością, jakby owemu określeniu udało się w pełni zintegrować z imieniem i nazwiskiem leśniczego. Z drugiej strony, podczas przesłuchania obydwu chłopców od Borysów, wypytywano ich o szczegóły pożycia domowego, i to z sumiennością graniczącą z perwersją, co Alek przypłacił załamaniem nerwowym, a Lucek nagłym, choć pojedynczym atakiem agresji. Owo publiczne pranie rodzinnych brudów nie przyniosło żadnych postępów w sprawie śmierci leśniczego Borysa, a jedynie pozostawiło jego obydwu synów w traumie, z którą, oprócz faktu, że ojciec nagle odszedł z ich życia, musieli sobie sami poradzić.
Regina Borys, ich matka, znajdowała się wówczas w szpitalu i nie była w stanie sprostać matczynym obowiązkom, nie mówiąc już o tym, aby mogła dać synom psychiczne wsparcie. Po śmierci męża, ta kobieta doznała pierwszego i jak dotąd jedynego w jej życiu ataku histerii, i gdyby nie jej własna matka, która pozostała w domu z chłopcami, kryzys mógłby się dla świeżo owdowiałej kobiety okazać zabójczy. Tak więc zarówno Borysowa, jak i jej synowie nie mieli wyjścia i musieli się zmierzyć z potwornym demonem śmierci Adama Borysa, choć każdy czynił to na swój sposób. Regina, po opuszczeniu szpitala, rzuciła się w wir pracy domowej i nie tylko. Jeszcze w życiu nie zdarzyło się jej poczynić tak obfitego zapasu ziół jak w owe lato po pogrzebie męża. Pacjentów również jej przybyło, co nie mogło dziwić po tym, jak zaczęła na miejskim targu prowadzić stoisko ze zrobionymi przez siebie lekarstwami.
Alek uczynił coś wręcz przeciwnego niż jego matka i wycofał się na długi czas z tego, co powszechnie nazywa się "życiem towarzyskim". Przestał uganiać się za spódniczkami, również kontakty z najbliższymi przyjaciółmi musiały ustąpić miejsca jego samotnym wędrówkom po okolicznych drogach, a przede wszystkim bezdrożach. Lucka nie chciał wziąć na żadną z tych wypraw, tak jakby instynktownie czuł, że dla pięcioletniego dziecka nie był to odpowiedni środek znieczulający po stracie rodzica. Nie pomylił się w tej kwestii. W niedługim czasie po pogrzebie, matka usunęła z domu zdjęcia i wszelkie pamiątki po mężu, Lucek zdążył jednak zagarnąć dla siebie jedyną rzecz, jaka mogła podtrzymać jego własne, dziecięce wspomnienia o ojcu, a którą była ilustrowana bajka o brunatnym niedźwiedziu. Adam Borys, ciężki i barczysty, z gęstą czarną brodą i krzaczastymi brwiami, odżywał w wyobraźni chłopca, ilekroć tylko ten przyglądał się zwierzowi, przedstawionemu na kartach powiastki jako król puszczy. Mimo masywnej i budzącej respekt postury, bajkowemu niedźwiedziowi patrzyło z jego ciemnobrązowych ślipiów tak samo dobrze, jak z oczu leśniczego. Lucek lubił się wpatrywać w twarz swojego ojca, która choć pokryta ciemnym i gęstym zarostem, nie budziła w chłopcu żadnych obaw. W oczy matki Lucek nie chciał często zaglądać. Jej mało ruchome, a zarazem bardzo przenikliwe źrenice, tyleż samo go fascynowały, co niepokoiły, podobnie jak tafla jeziora, do którego przychodził wbrew ostrzeżeniom Borysowej.
Patrząc na białe i zjawiskowo piękne ciało Anny Berent, Luckowi przypomniały się matczyne napomnienia i przestrogi. Przyszło mu do głowy, że matka musiała wiedzieć wcześniej o tej kobiecie, o tym, że Lucek spotka ją nagą na wyspie. Ta myśl nie wzięła się znikąd. Jakkolwiek Borysowa znana była w okolicy przede wszystkim jako znachorka, nie brakowało również takich, którzy twierdzili, że parała się jasnowidztwem. Lucek odważył się kiedyś zapytać matkę co oznaczało słowo "jasnowidz", ale po tym jak na niego spojrzała, nie zrobił tego już nigdy więcej. Czasami słyszał jak jego matka mówiła coś do siebie, ale wolał w tym widzieć modlitwę, sen na jawie czy cokolwiek innego niż owo tajemnicze jasnowidzenie, którego nie potrafił sobie w żaden sposób wytłumaczyć. Z Alkiem nie śmiał o tym rozmawiać, głównie z obawy, że brat go wyśmieje, zaś na kumpli z klasy chłopak nie miał w ogóle co liczyć. Nie raz był świadkiem jak koledzy uciekali przed jego matką niczym przed zarazą i mało który z nich miał odwagę przyjść do domu Lucka. Mówili, że Borysowa potrafi czytać w myślach za pomocą trzeciego oka i że gdyby tylko chciała, mogłaby dowiedzieć się o tym, czego woleli nie ujawniać nawet księdzu podczas spowiedzi. Niektórzy z kompanów młodszego syna Reginy posądzali ją o czary, czego jednak Luckowi nie ośmielili się powiedzieć w twarz. Klasowy dryblas Bartek od czasu do czasu rzucał słowem "czarownica" niczym kamieniem w twarz Luckowi, ale dla półgłówka jego pokroju, Lucek nie tracił w ogóle czasu. Dla Bartka "baletnica" i "jajecznica" oznaczały prawie to samo, dlatego Lucek odpuścił sobie wszelkiego rodzaju utarczki z tym głupkowatym osobnikiem. Jedynie kilku najbliższym przyjaciołom Lucek wyjaśnił na czym polega zielarstwo. Mimo że chciało mu się śmiać na samo wyobrażenie o tym, że matka może posiadać jeszcze jedno poza swoimi dwoma oczami, często czuł, że Borysowa wiedziała więcej niż mówiła, dużo więcej, niż podczas mszy świętej objawiało się miejscowemu prorokowi, księdzu Klimuszce, a nawet więcej niż się śniło wszystkim mieszkańcom złotogórskiej doliny, łącznie z duchami ich przodków.
Mówiono w okolicy wiele o Borysowej, ale najczęściej docierały do uszu Lucka słowa, które potwierdzały to, co chłopak od dawna wiedział, mianowicie, że jego matka była mądrą kobietą. Lucek podziwiał ją za to, a jednocześnie był zazdrosny o ową mądrość, którą sam planował osiągnąć. W swoich dziecięcych wyobrażeniach traktował tę cnotę jako trofeum, jako Złote Runo, po które należy się wyprawić, kiedy przyjdzie na to stosowna pora. Po wyboistych, najeżonych niebezpieczeństwami drogach podążały jego myśli, ilekroć naszła go ochota aby uszczknąć choć trochę z tej mitycznej iskry bożej, jaką przypisywano niektórym ludziom. Lucek był jeszcze dzieckiem, o czym matka nieustannie mu przypominała, tak jakby chciała w ten sposób oszczędzić młodszemu synowi przedwczesnych prób porywania się na coś, na co musiał jeszcze zaczekać. Swoją bezwarunkową miłość do własnych dzieci stawiała Borysowa ponad sławę znachorki, jaką cieszyła się u miejscowych, mimo to obydwaj, Alek oraz Lucek, widzieli siebie w cieniu wiedzy matki, zarówno tej wyuczonej jak i nadnaturalnej.
Owe domniemane nadprzyrodzone umiejętności Borysowej, jak dzwon zabrzmiały na moment w głowie podglądającego Annę Berent Lucka. Chłopak doszedł jednak szybko do wniosku, że jeśli jego matka przestrzegała go przed drogą nad jeziorem tylko z powodu tej kobiety, to sporo przesadziła. Nie uważał, aby mogło być coś złego w widoku nagiego kobiecego ciała, podobnego do tych, jakie sporadycznie widywał w zeszytach Alka, a także coraz częściej we własnej wyobraźni. Lucek zdążył szybko przywyknąć do tego, że często w nocy, a właściwie tuż nad ranem, śniły mu się rozmaite modelki z rozbieranych czasopism brata. Choć owe panie różniły się od siebie wiekiem i urodą, każda z nich zdawała się chcieć od Lucka czegoś, czego chłopak nie mógł pojąć. Wybudzał się wówczas z takiego snu zmęczony, zlany potem i zły na siebie, a właściwie na własną niedojrzałość. Leżąca na wyspie Berentowa, była zupełnie inna od wszystkich śniących mu się kobiet. Jej rozchylone usta nie krzyczały do niego słów, których nie rozumiał. Anna nie wpatrywała mu się głęboko w oczy, ani nie przywoływała do siebie niecierpliwymi gestami dłoni. Leżała tak spokojnie i w tak wdzięcznej pozie, ze wzrokiem skierowanym ku niebu, jakby zapomniała o całym świecie. Lucek, schowany w gęstym gąszczu traw i wpatrujący się jak zahipnotyzowany w obnażone i dorodne piersi Berentowej, cieszył się w duchu ze swojego farta. Ta kobieta nie żądała od niego niczego, czego nie mógł jej dać. Pozwalała jedynie na siebie patrzeć, dzięki czemu mógł przeżyć swoje sny na jawie. Zaczął przy tym doznawać obcego mu dotąd zadowolenia, co spowodowało, że zapomniał o Alku, a tym bardziej o matce. Czuł, że w świecie, w jaki właśnie wkraczał, Borysowa nie miała niczego do szukania.
Dotąd Lucek już nie raz pytał siebie, czy mógł myśleć o sobie jako o mężczyźnie, w taki sposób, w jaki Alek od dawna myślał o sobie. Chłopcu zaświtało w głowie, że musiało być mu już całkiem blisko do tego magicznego momentu przekroczenia progu dojrzewania. W końcu coś się w nim obudziło, kiedy wyobrażał sobie, że wszedł do wody i położył się obok tej kobiety, przytulając do jej boku. Zachciało mu się nagle objąć ustami jeden z jej sterczących, ciemnobrunatnych sutków. Machinalnie zamknął oczy i włożył sobie między wargi kciuka, którego począł ssać jak niemowlę. Przez jakiś czas zastygł w tej pozie przeżywając niewysłowioną, nieznana mu do tej pory rozkosz i dopiero rechot żaby wybudził go z tego swoistego transu. Znowu poczuł rumieniec wstydu na policzkach i w odruchu obrony przed tym pogardzanym przez niego uczuciem, posłał winowajczyni własnego zażenowania spojrzenie pełne oskarżenia. Było to zupełnie trzeźwe, a nawet bardzo ponure spojrzenie, tak jakby chciał się nim posłużyć w celu ukarania pani Berentowej za jej nieskazitelne piękno. Kiedy tak obrzucał ciało nagiej kobiety wzrokiem pełnym błyskawic, zrobiło mu się w końcu od tego zupełnie ciemno przed oczami. Potrząsnął energicznie głową, chcąc się pozbyć niemiłego wrażenia ciemności. Do tego wszystkiego wstrząsnął nim porządnie dreszcz, podobny do tych, jakie miewał przy wysokiej gorączce. Spojrzał na przemoczone buty i postanowił przerwać swoją poranną przygodę aby pójść do szkoły. Nie chciał strawić połowy dnia w wilgotnych krzakach z powodu Berentowej i przyrzekł sobie w myślach, że nawet gdyby nagle zmieniła pozycję i rozwarła nogi pokazując mu to, czego jeszcze u niej nie widział, nie zostałby ani chwili dłużej w swoim ukryciu. Już miał się do niej odwrócić plecami, kiedy uderzyła go znienacka myśl, od której pobladł. Pani Berent nie poruszyła się choćby o cal odkąd zaczął ją podglądać, nie zmrużyła nawet jednego z szeroko otwartych, szaroniebieskich oczu. Żaden nerw nie drgnął w jej pięknej twarzy, w przeciwieństwie do twarzy Lucka, która w ułamku sekundy napięła się, po czym skrzywiła jak do płaczu. Żaden płaczliwy dźwięk nie wydostał się jednak z jego krtani. Chłopak czuł, że spoczywająca na wysepce postać, która po raz pierwszy w jego życiu obudziła w nim męskie instynkty, była tak samo martwa, jak rozkładające się pod jej ciałem szczątki traw.
- Proszę pani? Czy coś się pani stało? - zapytał mimo niemiłego przeczucia, jakie go ogarnęło.
Z rozchylonych, i wyglądających jakby łaknęły rozmowy ust kobiety, nie wydostał się jednak żaden, choćby nawet najcichszy dźwięk. Za to wstrętna ropucha, która wynurzyła się nagle z wody tuż przy uchu Berentowej, zaskrzeczała dwukrotnie i to tak donośnym tonem, jakby miała zamiar wypluć własne skrzela. Kiedy umilkła i zniknęła znów pod woda, Lucek z wrażenia mimowolnie przylgnął do krzewu dziko rosnących róż. Ostre kolce przebiły w wielu miejscach jego ubranie, a nawet poraniły skórę, mimo to chłopak nie wydał z siebie ani jednego dźwięku. Choć wiedział już na pewno, że Anna Berent nie zareaguje nawet, gdyby krzyknął wniebogłosy, ucisnął mocno ręką usta, ufając, że zagłuszy w ten sposób szczęk i zgrzytanie własnych zębów. Mimo strachu, jaki odczuwał, pragnął zachować spokój i w żaden sposób nie zakłócać ciszy, która po występie ropuchy ponownie położyła się niewidzialną zasłoną na jeziorze. Wycofał się ze swojego ukrycia na palcach, co rusz potykając się o uschnięte gałęzie jeżyn i puste rurki tataraku. Nie ważył się obrócić do nagiego ciała plecami, powodowany strachem oraz swego rodzaju dyscypliną. Podczas pochówku ojca, jedynej jak dotąd uroczystości tego rodzaju w życiu Lucka, matka zabroniła mu nawet przez moment stanąć tyłem do trumny w której spoczywał Adam Borys. Chłopak nie rozmyślał o tym wiele, uznając, że tak właśnie należało się zachowywać podczas wszelkich pogrzebów. Tu, nad jeziorem, nie miała co prawda miejsca żadna uroczystość żałobna, ale również rozchodziło się o trupa, co dla Lucka oznaczało praktycznie to samo. Kiedy znalazł się oddalony o dobrych kilkanaście metrów od swojej uprzedniej kryjówki, przeżegnał się w pospiechu i pognał przed siebie, w kierunku skąd przyszedł nad jezioro. Nie zważał przy tym ani na ostre kolce jeżyn, ani na lodowaty chłód wody, które na przemian maltretowały mu stopy, kiedy niczym opętany biegł po błotnistym nabrzeżu w kierunku domu. Jedno pragnienie zaprzątało mu głowę, podczas gdy przedzierał się przez zupełnie cichą, całkiem jeszcze zaspaną okolicę jeziora. Chłopak chciał jak najprędzej znaleźć się w pobliżu swojej matki i zapomnieć o całym świecie, a przede wszystkim o tym, co przed chwilą odkrył w drodze do szkoły.
Adam i wąż
Kiedy Regina została sama w kuchni, próbowała pozbierać myśli, a właściwie ich dziwną mieszankę. Wdowę ogarniały na przemian wściekłość, strach oraz uczucie ulgi, jednak przede wszystkim odczuwała rozczarowanie własnym życiem. W najczarniejszych snach jej umysł nie śmiał utkać scenariusza zdarzeń, jaki na przestrzeni ostatnich lat rozegrał się w jej domostwie. Borysowej jawiła się niemalże jako absurdalna ta swoista gra losu, która ponownie połączyła ją z Berentową. Po raz pierwszy zobaczyła tę kobietę podczas mszy w kościele. Nie była to jakaś szczególna uroczystość, a tylko zwykłe nabożeństwo niedzielne. A jednak stało się niejako symboliczne, kiedy Regina dostrzegła w jaki sposób jej maż patrzył na wdowę po Leo Berencie. W tym spojrzeniu, jak sobie później uświadomiła, już czaił się wąż kusiciel, który koniec końców zabił Adama. Akurat on, ten wzór kochającego męża, jak w psim amoku uganiał się później za Berentową, co przypłacił najmarniejszym z możliwych końców. Wstyd za małżonka rozpanoszył się w sercu zielarki i palił ją wszystko trawiącym ogniem. Nawet tęsknotę i żal za Borysem wypalił do cna, skutkując tym, że nie przeżyła żałoby jak powinna, to znaczy tak, jak spodziewano się po powszechnie szanowanej kobiecie, za jaką uchodziła. Jej zachowanie w tej kwestii również było tematem wielu spekulacji i plotek w dolinie Złotej Góry. Gdyby Borysowa piła, zapewne mówiono by, że topiła żal w kieliszku. Ponieważ jednak nikt nigdy nie widział jej w stanie nietrzeźwości, zaczęto szeptać, że wrzuciła swoje smutki do jeziora, tym bardziej, że często widywano ją błądząca samotnie w okolicach glinianki. Reginie z biegiem czasu zobojętniało to złośliwe gadanie za jej plecami, tym bardziej, że miała wiele na głowie, kiedy to na jej barki spadło utrzymanie domu po śmierci męża. Tak wiec dbała o rodzinne finanse i prowadzenie rachunków, doglądała swojej małej farmy hodowlanej składającej się z kur, kaczek oraz paru kóz, zbierała zioła w trosce o swoich pacjentów, a przede wszystkim starała się mieć oko na obydwu synów.
Podczas gdy Lucek zdawał się szybko dojść do siebie i nie okazywał żadnych oznak bólu po stracie ojca, serca Alka Regina nie mogła tak łatwo zgłębić. Czasem wydawało się jej, że widzi w oczach starszego syna wyraz wyrzutu, jakby oskarżenia, jednak z jego ust nie padły nigdy jakiekolwiek słowa, które mogłyby to wrażenie potwierdzić. Choć wciąż mieszkał jeszcze pod ojcowskim dachem, wdowa czuła, że Alek oddalał się od niej z dnia na dzień. Tym więcej, odkąd wbrew jej woli podjął się pracy jako ogrodnik u Berentowej. Kiedy zaczęła podejrzewać, że tak samo jak jego ojciec, on również wpadł w sidła tej kobiety i z nią sypiał, zielarka cierpiała podwójnie, za syna i za siebie. Mimo, iż często wydawało się jej, że zadusi się w końcu w matni własnych niepokojów i przeczuć, nie podejmowała w tej kwestii żadnych kroków z obawy, aby nie stracić swojego dziecka, tak jak straciła wcześniej męża. Odkąd tylko nabrała pewności co do romansu Alka z Anną Berent, postanowiła nie unosić się ani złością, ani dumą, choć obydwa te uczucia grały jej mocno w piersi. Kosztowało ją wiele wysiłku, aby nie wybuchnąć przed starszym synem, ale za każdym razem, ilekroć widziała jego rozmarzone oczy, przypominała sobie uparcie, że gra toczyła się o zbyt wielką dla niej stawkę, aby mogła ulec emocjom. Intuicja nakazała jej spokój i bierność. Wiedziała, że kobieta pokroju Berentowej bawiła się mężczyznami jak dziecko zabawkami, i że porzucała kochanków bez skrupułów, kiedy była nimi znudzona. Nie należało bić się z nią otwarcie, a tylko przeczekać aż odczepi się od swojej ofiary, jak nasycona krwią pijawka od ludzkiego ciała. Swojego Adama, Borysowa chciała ratować na siłę i dlatego przegrała. W przypadku Alka, postanowiła być mądrzejsza.
Na jego pochówku Regina, podobnie jak Lucek, nie wylała ani jednej łzy, a czarne ubranie, które miała na sobie, nosiła przez następne trzy dni i trzy noce. Po tym czasie pożegnała się z żałobą, paląc swój pogrzebowy strój oraz wszystkie pamiątki po mężu na stosie z drewna i gorzkich ziół, jaki przygotowała w tym celu na podwórku za domem. Los osobistych rzeczy leśniczego miało podzielić także obite w drewniane ramy ślubne zdjęcie Borysów, jednak w ostatniej chwili, Regina cofnęła dłoń od ognia, śmiejąc się przy tym do rozpuku niepokojąco jasnym tonem, który przerodził się w końcu w rozpaczliwe zawodzenie.
Po tym wybuchu emocji już nigdy więcej nie płakała po mężu. Przynajmniej nie publicznie. Cierpiała wprawdzie jeszcze przez długi czas, ale w samotności, bez świadków. Nie tyle jednak przed obcymi, co przed własnymi dziećmi bała się przyznać, że umierała z tęsknoty za Adamem, jakby miała zostać za to srodze ukarana. Tęskniła zaś za mężem sromotnie, za jego twarzą i głosem, za dobrocią i prostotą serca, tęskniła też skrycie do ciepła jego rąk i słów, i to pomimo, że unikała z nim zbliżeń, odkąd zadał się z Berentową.
Regina szybko wyczuła pismo nosem. Wszystko, na co patrzyła i czego słuchała, chyba tylko poza ustami samego Adama, mówiło jej wówczas, że on i wdowa po Leo mieli ze sobą romans. Borysowa miała nawet pewność, że odkryła go jako pierwsza, co było dla niej pewnym pocieszeniem. Gdyby dowiedziała się o zdradzie od obcych, wstyd odebrałby jej zupełnie zdolność myślenia. A Regina musiała myśleć, intensywnie i logicznie, aby nie zwariować. Zaczęła usprawiedliwiać, a nawet uszlachetniać ten nieznośny dla niej stan rzeczy. Wmówiła sobie, że nie mogła to być zwyczajna, pospolita afera, polegająca na cielesnych doznaniach i łóżkowych ekscesach. Jej mąż nie należał według niej do zwykłych ludzi, nie był z rodzaju mężczyzn, śliniących się na widok ponętnych wdzięków. Borysowa doszła do przekonania, że za zdradą Adama nie stało zwyczajne zauroczenie czy ordynarne pożądanie, a raczej siła wyższa, nadnaturalna i nie mająca ziemskiego rodowodu. Adam musiał według tej teorii marnie skończyć, ponieważ miał w sobie za dużo jak na człowieka Dobra, przez co ściągnął na siebie uwagę Złego. Wąż w skórze rozpustnicy znienawidził jego czystość tak bardzo, i kusił go swoja urodą tak długo, dopóki go nie uwiódł. A gdy się to stało i leśniczy pogrążył się w grzechu, Borysowa nasłuchiwała i wypatrywała wszelkich znaków, jakie jej zdaniem powinny się były objawić tak na niebie, jak i na ziemi. Nie nastąpiło jednak nic nadzwyczajnego, w każdym razie nic, co mogłoby wskazywać na to, że Niebo płakało nad losem Adama. Cisza, niczym kokon zawisła nad domem Borysów, ale był to spokój bez duszy i przez to, co przeczuwała Regina, skazany na klęskę. Adam starał się zachowywać jak zawsze, wracał z pracy do domu na czas, bawił się z synami i i odrabiał z nimi lekcje, całował Reginę w policzek, kiedy tylko znajdowała się tuż obok niego, starał się zaspokoić ją w nocy i czynił to nawet staranniej niż dotychczas, jednak wyczuwała wyraźnie, że nie ją widział w swoich ramionach, a kogoś innego.
Wydawało się, że wszystko pozostało po staremu. Borys tryskał energią nawet silniej niż zazwyczaj, był pomocny tak dla rodziny jak i każdego, kto tylko potrzebował jego wsparcia, miał otwarte ucho dla kolegów z pracy. A jednak w jego duszy grała już inna muzyka, okazywał dziwne podniecenie, jakby czekał na coś, czego pilnie potrzebował. Czuł się niczym młody bóg, który miał cały świat u swych stóp, także swoją ukochaną boginię. Nie była nią jednak Regina. Podczas gdy ona gryzła się potajemnie i płakała po nocach w poduszkę, on zdawał się rozkwitać jak dzika róża w maju. W końcu nadeszła czarna godzina i ktoś ściął łepek temu kwiatkowi. Berentowa zabrała Reginie nie tylko męża, ale też pogrzebała cały szacunek, jaki Borysowa żywiła dla Adama. Wszyscy w okolicy wiedzieli, że ta kobieta łajdaczyła się z wieloma, przebierała w mężczyznach jak w ulęgałkach, ale tylko jeden Artur Borys zdechł dla niej jak pies. Regina nie mogła mu darować, że tak łatwo poszedł pod kosę. O to najwięcej miała do niego żal, nie zaś o samą zdradę. Nie nawykła do tego, aby dawać pożywkę jakimkolwiek złudzeniom, wiedziała aż za dobrze, że jak betka musiała przegrać wierność męża na rzecz pięknej wdowy po Berencie. Gdyby jeszcze tylko zachował przy tym choć odrobinę rozumu, odstąpił od niej i zapomniał, gdyby wrócił do życia, wszystko jakoś by się na powrót ułożyło między Borysami. Tego Regina była pewna. W końcu wybaczyła mu to jego zapomnienie w tej samej chwili, kiedy odkryła jego zdradę. Jak się jednak okazało, Borys stracił się cały, tak ciało jak i duszę.
Ogród i Anna
Tego dnia Alek Borys pojawił się w ogrodzie przed Szydłą, tuż po wschodzie słońca. Odpuścił sobie zwyczajowy obchód po tej części posiadłości, którą starszy ogrodnik przydzielił mu jako jego sektor, i zamiast tego zapuścił się w okolice tak zwanego gaju różanego. Było to miejsce obsadzone nie tylko samymi różami, ale także innymi krzewami o bujnym kwiecie, takimi jak magnolie, azalie i migdałowce. Na pergolach, oprócz róż, kwitły pomiędzy drewnianymi szczebelkami wisterie, które od końca kwietnia rozwieszały pracowicie swoje kiście w kolorach lawendowym, różowym oraz białym. Te światłolubne i szybko rozrastające się rośliny, zdobiły także murki i dekoracyjne płotki, od jakich roiło się w ogrodzie, jednak ich czar, przynajmniej zdaniem Alka, najbardziej uwidaczniał się w tym miejscu. Różnokolorowe berberysy, posadzone w taki sposób, żeby wypełniały luki pomiędzy wyższymi krzewami, dopełniały całości obrazu gaju, który wyglądał bajkowo jeszcze zanim rozpoczęło się kwitnienie róż. Młody Borys zakochał się w tym miejscu, czego stary ogrodnik nie mógł mu mieć za złe, ponieważ nawet jemu, mimo iż widział w swoim życiu niejeden cud natury, zapierało dech w piersiach, ilekroć zjawiał się w tej części ogrodu. Był początek jesieni, kiedy starszy syn zielarki przyjął się do pracy w majątku Berentowej jako pomocnik jej ogrodnika, i chociaż o tamtej porze roku gaj różany nie prezentował się wcale piękniej od reszty rozkwitłego ogrodu, mimo to właśnie ten skrawek przyrody urzekł Alka najbardziej. Młody mężczyzna pojawiał się tam tak często, jak tylko mógł, zawsze jednak czuł swoisty niedosyt, jakby owo różane królestwo domagało się od niego specjalnej adoracji.
Owego ranka, o którym mowa, Alek postanowił, choćby na krótki czas, mieć to magiczne miejsce jedynie dla siebie, bez Szydły. Mimo, że szybko przyzwyczaił się do towarzystwa starego dziwaka, a nawet prawdziwie go polubił, chciał być w ogrodzie sam. Szedł po znanych mu na pamięć ścieżkach ostrożnie, nie czyniąc przy tym najmniejszego hałasu, jakby obawiał się złamać swoja obecnością panującą wokół niego ciszę. Parokrotnie zatrzymywał się po drodze i notował w myślach te miejsca, które wymagały jego zdaniem najpilniejszych interwencji. Miał zamiar zwrócić na nie uwagę Szydły, z którym mógł zawsze rozmawiać bez ogródek, jak równy z równym, mimo że nie posiadał doświadczenia w ogrodnictwie, a także pomimo znacznej różnicy wieku, jaka dzieliła jego i starszego ogrodnika. Na Szydłę zwykło się co prawda w okolicy mawiać "stary", jednak wynikało to bardziej z jego sponiewieranego przez alkohol oraz los wyglądu, niż z faktycznego wieku tego człowieka. Co bardziej wtajemniczeni wiedzieli, że ten zatracony pijak i jednocześnie wirtuoz sztuki ogrodniczej, liczył sobie nieco ponad sześćdziesiąt lat, chociaż patrząc na jego twarz, można było łatwo odnieść wrażenie, że miało się przed sobą starca. Wielu miejscowych naśmiewało się z niego z tego powodu, często otwarcie. Szydzono z tego człowieka, mając go za ewidentny przykład stoczenia się jednostki na samo dno ludzkiej mierności.
Alek Borys wstrzymywał się od podobnych osądów. Nie miał odwagi pochopnie oceniać innych. Nie czynił tego ani w złotych czasach, kiedy przeżuwał życie niczym miętowy cukierek, ani wówczas, kiedy świat walił się mu na głowę, jak owego chłodnego poranka, kiedy podążał ścieżkami ku ukochanym różom. Był już bliski swego celu, gdy nagle stanął jak wryty. Jego wzrok spoczął na rozłożystej magnolii, która zrzuciła z siebie niemal całe kwiecie. Na trawniku pod krzewem utworzył się w ten naturalny sposób dywan o chaotycznym, choć na swój sposób urzekającym wzorze. Na widok bladoróżowych i wilgotnych od deszczu płatków, Alkowi zaparło dech w piersi. Znów musiał pomyśleć o Annie, o jej aksamitnej skórze i miękkich, soczystych ustach, i rozeźlił się na siebie, ponieważ kategorycznie zabronił sobie myśleć o tej kobiecie. Przyrzekł sobie zająć się tylko pracą, podobnie jak przysięgał to sobie przez szereg dni poprzednich, a jednak po raz kolejny zawiódł się na sobie. Jak głupiec uczepił się myśli, że klina wybije klinem, i że piękno ogrodu pokona wreszcie czar, jakim Anna spętała mu serce, jednak łudził się bezskutecznie. Z otwartymi czy zamkniętymi oczami, tak w dzień, jak i w nocy, w ogrodzie i poza nim, słowem zawsze i wszędzie stała mu przed oczami Anna. W ostatnim czasie zachowywał się jak żywy trup, za co mocno się wstydził. Z umysłem otępiałym od bólu złamanego serca, bez czucia dla tego, co działo się wokół niego i w nim samym, nie poznawał dawnego siebie. Alek, do jakiego od lat przywykli inni a także on sam, ten beztroski i używający życia słoneczny chłopak, zdawał się być pogrążony w duchowej agonii. Fizycznie nie czuł się źle, owszem, trochę schudł i spodnie zaczęły na nim wisieć jak na przysłowiowym wieszaku, mimo to wydawało mu się, że miał nawet więcej energii niż zwykle. Coś, co zdiagnozował jako urażoną dumę, rozpierało go od środka i kazało pracować za dwóch, a nawet za trzech. Jak w zapamiętaniu, parał się w ostatnim czasie wszelkich zajęć fizycznych, tak u Berentów jak i u matki. Borysowa tylko ukradkiem rzucała mu spojrzenia, kiedy porąbał w szopie drzewo przeznaczone na dwie zimy, ale nie powiedziała ani słowa. Nie musiała. Alek sam wiedział najlepiej co mu dolegało i próbował się sam leczyć.
W owym czasie był gotowy uczynić wszystko, byle tylko odwrócić uwagę od swojej uczuciowej klęski. Na swoje szczęście, lub może nieszczęście, kochał ogród Anny tak samo namiętnie jak ją samą. Pracy ogrodniczej oddał się podobnie jak Annie, całym sobą, choć w jego przeszłości nic nie zapowiadało, że zostanie ogrodnikiem. Będąc jeszcze dzieckiem, marzył o pracy leśnika, jednak z upływem lat doszedł do wniosku, że las nie był jego żywiołem, zaś po śmierci ojca zbrzydł mu zupełnie. Widok zacienionej gęstwiny drzew, zwłaszcza iglastych, napawał go jednocześnie lękiem i odrazą. Jednak miłość do natury drzemała gdzieś cicho w jego krwi, przez długi czas nie dając o sobie żadnego znaku, by w końcu przebudzić się ponownie. Zresztą wszyscy w rodzinie Borysów, jakkolwiek każdy na swój sposób, żyli w zgodzie, lub na użytek natury. Lucek, który najchętniej przebywałby przez cały rok poza domem i spał gdzie popadnie, byle tylko nie we własnym łóżku, miał na siebie kilka pomysłów. Najrozsądniejszy z nich, zdaniem jego matki, był taki, aby wyuczyć się na weterynarza. Sama Borysowa, głównie z racji parania się znachorstwem, obchodziła się co prawda z przyrodą z szacunkiem i wdzięcznością, jednak ten stosunek był zdaniem Alka pozbawiony głębszej pasji i przez to niepełny. Czyniąca z wiedzy o ziołach praktyczny użytek matka, jawiła mu się jako przekupka, nie lepsza wcale od innych kobiet, które zachwalały swój towar na miejskim targu. W przeciwieństwie do Reginy, jej mąż miał być oddany pracy całym sercem i zapamiętale. Alek najbardziej cenił u swojego ojca właśnie tę cechę i twierdził, że w taki właśnie sposób mężczyzna powinien kochać własną żonę. Adam Borys nie miał jednakże dla Reginy nawet połowy z tej dozy miłości, jaką darzył swój las, o czym wiedział nie tylko Alek ale także wszyscy naokoło. Regina co prawda nigdy nie powiedziała złego słowa o mężu i obydwoje żyli w szacunku dla siebie, co umożliwiało im zgodne przebywanie ze sobą pod jednym dachem, jednak stale wznosił się pomiędzy małżonkami jakiś perfidny, bo niewidoczny mur, przez który trudno im było do siebie dotrzeć.
Alek miał zupełnie inne wyobrażenie o miłości i stosunek, jaki łączył jego rodziców wydawał mu się niepełny, wręcz kiczowaty. Podobnie zresztą jak jego własny i jednostronnie zakończony związek z Matyldą. Sypiając z tą dziewczyną, która w gruncie rzeczy sama narzuciła mu się ze swoja miłością, czuł, że ją podle wykorzystywał, i że w gruncie rzeczy kierowało nim czyste wyrachowanie. Tym, co go do niej ciągnęło była w głównej mierze ordynarna próżność. Alek, jak niemal każdy facet, który przynajmniej raz rzucił oko na tę miejscową laleczkę, chociażby w knajpie, gdzie kelnerowała, marzył o tym, by się z nią zadać. Pomijając nieskomplikowaną naturę i jeszcze bardziej prosty umysł Matyldy, chłopakom podobały się przede wszystkim jej duże niebieskie oczy i zgrabny tyłek. Nawet zniedołężniali starcy ślinili się na jej widok. Pomimo naturalnych walorów i zalet tej dziewczyny, obcowanie z nią, w przeciwieństwie do obcowania z naturą, było w oczach Alka jałowe i nie zaspakajało jego utajonego i przez to jeszcze bardziej intensywnego pragnienia, aby zatracić się w miłości. Dopiero gdy otrzymał posadę w majątku Berentów, młody Borys poczuł, że zaznał w końcu emocji, o jakich marzył, przez co, przynajmniej przez pewien czas, uważał się za niebywałego szczęściarza.
Od pierwszej rozmowy z Anną Berent w jej biurze, z miejsca oszalał na punkcie tej kobiety, uznając ją za chodzący ideał. Matylda, mimo, że zdaniem Alka wydawała się nawet ładniejsza od Anny, była powszechnie znana ze swojej głupoty, co młody Borys powiedział jej w twarz podczas ich ostatniego spotkania. Co prawda jego przyjaciółka miała dopiero osiemnaście lat i w zasadzie jeszcze sporo czasu, by dojrzeć i nabrać cech, które decydowały o kobiecości, jednak Alek nie miał zamiaru na to czekać i kiedy tylko Anna dała mu przyzwolenie, a stało się to w miesiąc po tym, jak rozpoczął u niej pracę, wdał się z nią w romans. Spotykali się nieregularnie i zazwyczaj na krótko, głównie wtedy, kiedy ona miała na to ochotę, co Alek cierpliwie znosił mimo krwi burzącej się w nim na skutek pożądania, jakie odczuwał dla tej kobiety. Od śmierci męża, Berentowa, która prowadziła własną działalność gospodarczą, przejęła zarządzanie także jego firmą, i w tym celu urządziła na parterze domu, na jaki zwykło się w okolicy mawiać "pałac", własne biuro. Alkowi nietrudno przychodziło znalezienie pretekstu, aby stale pokazywać się pod jego oknami. Kiedy miał szczęście, Anna pozwalała mu się zobaczyć i stawała na chwilę przy oknie, uśmiechając się, lub machając ręką w jego kierunku. Niekiedy miał jeszcze więcej farta, bo pozwalała mu się kochać. Wówczas Anna wymykała się z domu do ogrodowej altany, do której Szydło wstawił również stół, kilka krzeseł oraz wysłużona kanapę, na wypadek, gdyby musiał kiedyś tu zanocować. Jednak to głownie Alek korzystał z tego lichego łóżka, sypiając w nim z kochanką, o jakiej dotąd nigdy nie marzył. Niczym alkoholem upajał się swym szczęściem, nie mogąc nadziwić się temu niespodziewanemu darowi od losu. Kobieta jego życia, jak ośmielał się w myślach nazywać Berentową, była nie tylko piękna, ale także zmysłowa. Poza tym wiedziała czego chce, co nie przeszkadzało jej pozostać subtelną i tajemniczą. Alek widział w niej ideał rasowej kobiety, wymagającej co prawda od swojego kochanka dużych umiejętności, jednak oferującej również wiele w zamian, przede wszystkim niezapomniane doznania. Leżąc przy niej i ocierając się o jej aksamitne piękno, które w otoczeniu skurzonych mebli altanki wydawało się jeszcze bardziej luksusowe, czuł się jak w przysłowiowym siódmym niebie. Niewiele ze sobą rozmawiali, koncentrując się głownie na cielesnych doznaniach, jednak zawsze wtedy, kiedy Berentowa o czymś mówiła, jej słowa jawiły się Alkowi niczym najczystsza poezja. Dla porównania, seks z Matylda, pozbawiony głębi i rutynowy, stanowił dla niego co najwyżej miłe urozmaicenie dnia powszedniego. Były to błahe i pozbawione fantazji igraszki, jakie mógł przeżyć z każdą inną dziewczyną, niekoniecznie ładną. Patrząc nieraz na wiecznie roześmianą i beztroską twarz Matyldy, Alek miał wielką ochotę zadać jej ból, nie cielesny, ale psychiczny, aby móc się przekonać, że ta mała jest prawdziwym człowiekiem a nie dmuchaną lalką o ładniej buzi. Jednak szybko zapominał o tym swoim pragnieniu i tak samo beztrosko jak ona, oddawał się rozkoszy, do jakiej ta prosta dziewczyna była jego zdaniem stworzona.
Alek nigdy nie uświadomił sobie, że gdyby Matylda choć trochę była pod względem wrażliwości podobna do Anny, wówczas zapewne oszalałby dla niej z miłości. Na dobrą sprawę nie wiedział co naprawdę do niej czuje i właśnie owa niepewność skłoniła go do zerwania tego związku. Berentową zaś kochał i nawet jej to oznajmił podczas schadzki, która okazała się być ich ostatnią. Miało to miejsce na początku kwietnia. Alek cieszył się jak wariat, kiedy zobaczył ją tego dnia w oknie gabinetu, gdzie stała wyprostowana i dumna niczym królowa. Patrzyła na niego przez chwilę z niezdecydowanym wyrazem twarzy, zanim w końcu dała znak, że spotka się z nim w ich kryjówce w ogrodzie. Gest jej dłoni, jakkolwiek oszczędny i jakby pozbawiony emocji, stanowił jak zwykle dla Alka obietnicę najwyższego uniesienia. W pół godziny później, posiadając Annę tylko dla siebie, delektował się jej smakiem, zapachem oraz tonem jej głosu, w którym co prawda pobrzmiewało zniecierpliwienie, ale które wziął za zwykłe droczenie się z jej strony. Wówczas odważył się wyznać jej miłość. Jej głowa znajdowała się w objęciach jego rąk i patrzył jej w oczy w sposób pełen uwielbienia, obnażając przed tą kobietą własną duszę. Nie odbyło się to dla Alka bezkarnie i w pierwszej chwili wydało mu się nawet, że urodził to wyznanie w niemalże fizyczny sposób, w bólach, jakie jego zdaniem przypominały cierpienia towarzyszące kobiecie podczas porodu. Prawdziwa kara za tą odwagę miała jednak dopiero nadejść i była straszliwsza, niż cokolwiek innego, co przeżył do tej pory w sferze uczuć. Nie oczekiwał co prawda od Anny podobnego wyznania, jednak kiedy przez dłuższy czas milczała, zaczął żałować własnej naiwności. Jej twarz wyglądała na zamyśloną, co zupełnie zbiło Alka z tropu. Gdyby zrobiła jakiś grymas, choćby nawet wyrażający rozbawienie, politowanie, czy niedowierzanie, zniósłby to, jak sądził, dużo lepiej. Naszła go chęć, choć może był to zwykły odruch obronny, aby cofnąć własne słowa, wymazać je zarówno z jego, jak i z jej pamięci, i począł całować zapamiętale jej twarz i szyję, życząc sobie w myślach, aby Anna wzięła jego wyznanie za szczenięcy wybryk. Ona bez słów poddała się jego pieszczotom i kochali się w dziki, przypominający zatracenie sposób. Alkowi zdawało się podczas szczytowania, że dotarł do miejsca, do którego nie wolno było dotrzeć zwykłemu śmiertelnikowi, że przekroczył zakazaną granicę pomiędzy tym, co ludzkie i w rezultacie nędzne oraz skazane na klęskę, a tym co boskie i wiecznie żywe. Zdawało mu się, że powrócił do raju i łudził się w myślach, że jego Ewa, którą mocno przyciskał do piersi, odczuwała to samo.
Zanim Anna opuściła tego popołudnia altanę, oznajmiła mu spokojnym głosem, że nie może się z nim więcej spotykać i wraz z tym jej wyznaniem, dla Alka zatrzymał się czas. Zdawało mu się, że jego serce przestało bić i czuł się jak pies wrzucony do lodowatej przerębli, który musi walczyć o własne życie. Przez dłuższy czas siedział na kanapie jak otępiały, nie rejestrując zmysłami żadnych bodźców z zewnątrz. Do końca dniówki zachowywał się jakby był pijany i Szydło, który normalnie nie miałby nic przeciw temu, aby jego pomocnik wychylił parę głębszych dla poprawy nastroju, zaczął się o niego martwić. Nawet mu to powiedział i zaproponował, że go zaprowadzi do domu, ale Alek kazał mu iść do diabła. Był to pierwszy i ostatni raz, kiedy nakrzyczał na starszego ogrodnika. Wbrew pokusie nie upił się jednak tego wieczoru i spędził całą noc poza domem. Leżąc nieruchomo w trawie i szczękając z zimna zębami, długo wpatrywał się w gwiaździste niebo, zanim w końcu zasnął. Owej nocy przyśniło mu się, że opuściła go własna dusza i ulotniła gdzieś w przestworzach, pozostawiając na ziemi zupełnie ogłupiałe z przerażenia i klęski ciało. Przez kilka następnych dni Alek chodził jak struty i unikał ludzi. Do pracy w ogrodzie stawiał się jednak punktualnie jak zawsze i nawet harował w nim za dwóch, mimo, że Szydło miał akurat trzeźwą fazę i do majątku Berentowej przychodził tak regularnie, jak nigdy dotąd.
W chwili, gdy niczym urzeczony patrzył na nagą magnolię oraz jej kwiecie rozwiane przez wiatr na trawie, Alek doznał olśnienia i postanowił rzucić pracę u Berentowej. Dotarło do niego z niemal porażającą siłą, że chorował na Annę beznadziejnie, i że musi się z niej wyleczyć. Najlepszym lekarstwem wydał mu się całkowity post od tej kobiety. Wówczas po raz pierwszy przyznał się przed sobą, że nie potrafił walczyć z uczuciem, które paliło go od środka. Niejednokrotnie w ostatnim czasie odczuwał ów ognień miłości niemalże fizycznie, wydawało mu się nawet, że spłonie od tego żaru, jak drzewo trafione na pustkowiu przez żądającą ofiary błyskawicę. Ulegając instynktowi samozachowawczemu, postanowił ratować swoje serce przed całkowitą zagładą i nigdy już nie widzieć się z Anną. Wydawało mu się, że uciekając z tego miejsca i od Berentowej, żar w końcu się w nim wypali, i mimo, iż nie będzie już tym samym człowiekiem, zazna pewnego dnia spokoju, jaki utracił. Ta nadzieja przyniosła mu nieoczekiwanie pewną ulgę. Zdał sobie naraz sprawę z tego, że nigdy w życiu nikogo nie oszukał i że nie potrafił dobrze kłamać, dlatego próba oszukania samego siebie wydała mu się wyjątkowo naiwna i skazana z góry na niepowodzenie. Zaczął nawet śmiać się w duchu z własnej głupoty, co od razu poprawiło mu nieco humor. Jego czoło zachmurzyło się co prawda jeszcze raz, jednak tylko na krótko, w momencie kiedy rozważał w jaki sposób powinien wymówić pracę. Przyszło mu początkowo na myśl, aby dostarczyć Berentowej swoje wymówienie na papierze, bez próby bezpośredniego kontaktowania się z nią. Jednak po chwili zastanowienia postanowił zadziałać po męsku i powiedzieć jej to osobiście, w taki sposób w jaki ona zerwała z nim w altance. Choć liczył się z tym, że Anna może nie pozwolić mu się widzieć i posłuży się swoją gospodynią, aby ta rozmawiała z nim w jej imieniu, zdecydował zaryzykować. Podświadomie czuł, że spotkanie z Anną stanie się ostateczną próbą dla jego serca i ufał w duchu, że wyjdzie z niej niepokonany.
Zamierzał odczekać z realizacją swojego planu do popołudnia, wiedząc, że o tej porze dnia Anna była zazwyczaj w dobrym nastroju, co dawało duże nadzieje na to, że jednak zechce go przyjąć i wysłuchać. Wałęsać się bezczynnie po ogrodzie do tego czasu nie bardzo mu się uśmiechało. Pozoranctwo i udawanie czegokolwiek nie leżało zupełnie w jego naturze, dlatego z miejsca zabrał się za sprzątanie trawnika pod magnoliami. Anna miała obsesję na punkcie soczystej, zielonej murawy, która w jej posiadłości była zawsze utrzymana wzorcowo. Często zdarzało się, że zmuszała Szydłę do poprawiania wysokości trawnika, którą bezceremonialnie mierzyła linijka. Ilekroć Alek przypominał sobie o tej małej fobii Berentowej, nie mógł powstrzymać uśmiechu, jednak nie tym razem.
"Znowu Anna! Przestań o niej myśleć, głupcze!" - zbeształ się w myślach, po czym ostro wziął się do pracy. Czuł, że energia rozsadzała go od środka. Podejrzewał, że w jego ciele szalała właśnie burza hormonów, że jako zdrowy mężczyzna, potrzebował pilnie ujścia potężnych sił, buzujących w jego trzewiach, że musiał dać im upust, aby nie oszaleć. Popatrzył na efekty swojej pracy i odczuł zadowolenie. Płatki magnolii leżały ugniecione w koszu na odpady i zatraciły zupełnie czar, jaki roztaczały na trawie. Alek odetchnął po czym otarł czoło rękawem koszuli. Nie był wcale spocony, mimo, że uwijał się na ścieżce niczym w przysłowiowym ukropie, i również mimo tego, że nadal męczył go palący od środka żar. O różanym gaju co prawda nie zapomniał, ale odeszła mu zupełnie ochota, aby pójść w tamto miejsce. Pomyślał, że róże, nawet te nierozkwitłe, miały zbyt wiele wspólnego z Anną, aby mógł się tam czuć dobrze. Doszedł do wniosku, że potrzebował pilnie, jeśli nawet nie brzydoty, której w ogrodzie Anny szukałby na próżno, to w każdym razie pracy przy czymś mało efektownym, po to, aby móc łatwiej pożegnać się z tym rajem na ziemi. Przyszło mu do głowy wrzosowisko, znajdujące się przy stawie, na drugim końcu ogrodu, jednak szybko się zreflektował. Gdyby podjął się pracy na tej dziewiczo bujnej łące, otwarcie sprzeciwiłby się woli Anny, która nie pozwoliła zajmować się dziko rosnącymi trawami, do czasu ich przekwitnięcia, czyli do późnej jesieni. Berentowa miała sentyment do fioletowego koloru, choć nigdy o tym otwarcie Alkowi nie powiedziała. Nie musiała, tak samo jak nie potrzebowała mu ani słowa wspomnieć o tym, że lubiła dalie oraz zapach lawendy. Mimo, że Alek o nic nie pytał, wiedza ta stawała przed jego sercem otworem, ilekroć podpatrywał swoją kochankę, wodził oczami za jej wzrokiem, obserwował, jak reagowała na zapachy i dźwięki. Niczym szalony medyk wsłuchiwał się w jej oddech i starał się z każdego słowa, jakie usłyszał z jej ust zgadywać, o czym myślała. Słowem, badał ją całym sobą, tak ciałem jak i duszą, jedynie jego umysł spał zupełnie w czasie tego burzliwego romansu. Alek czuł się wówczas jak jeździec bez głowy, maniak o zaburzonym rytmie dobowym. Właściwie nie istniało dla niego pojęcie czasu, a kula ziemska skurczyła się do rozmiarów ogrodu Berentów. Ukochał to miejsce tak samo namiętnie jak swoja kochankę.
Jeszcze przed paroma tygodniami Alek poruszał się po tym skrawku Ziemi niczym król po swoich włościach. Wiatr, deszcz, czy zimny oddech wiosny nie mogły zetrzeć z jego twarzy wyrazu dumy i samozadowolenia. Jedno słowo Berentowej zmyło całą iluzję, jaką stworzył z własnych marzeń o tej kobiecie. Odtąd, zamiast Anny, naga prawda szeptała mu do ucha wiele słów, wszystkie z nich zaś były gorzkie niczym piołun.
- Jesteś zwykłym robociarzem, chłopcem do koszenia trawy - powiedział Alek do siebie po cichu jedno z tych objawień, które w ostatnich dniach nieustannie tłukło mu się po głowie, po czym roześmiał się na głos. - Jeśli twoja pani lubi krótkie trawniki - mruknął pod nosem - musisz jej dać dokładnie to, czego chce. Taki mały prezent na pożegnanie od wiernego ogrodnika.
Ledwo tylko wypowiedział te słowa, zdało mu się, że jakiś nowy, a w każdym razie ożywczy duch wstąpił w niego i postanowił mu zaufać. Miał nadzieję, że nie zrobi z siebie kompletnego wariata ani przed Anną, ani tym bardziej przed Szydłą, który nigdy nie zaczynał tego typu prac przed południem. Ogrodnik twierdził, że rosa musi całkiem wyschnąć, choć Alek podejrzewał, że jego kompan najzwyczajniej nie chciał narazić się Stefanowej, która jako ochmistrzyni czuwała niemalże nad wszystkimi sprawami, jakie miały miejsce w majątku Berentów. Ta "przebiegła jaszczurka", jak Szydło zwykł się o niej wyrażać, zakazała niedawno wszelkich hałaśliwych prac w pobliżu pałacu aż do poobiedniej pory, aby, jak twierdziła, nie zakłócać spokoju pani domu. Alka mocno korciło, aby w ostatnim dniu jego pracy w ogrodzie odebrać byłej kochance tyle spokoju, ile tylko było możliwe. Jednak postanowił okazać równie zimną krew, tak jak wówczas w altance Anna, głównie po to, aby zamaskować jak bardzo mu wciąż na niej zależało. Pomyślał, że nie potrzebował wcale jej budzić, że wyrzuty sumienia, jakie pewnego dnia zrodzą się w jej sercu, zrobią tę pracę za niego. Dlatego wziął sobie na cel teren wokół alei kasztanowej. O tej porze roku był to najbardziej majestatyczny, jego zdaniem, element krajobrazu w małym królestwie Anny Berent, jednocześnie znacznie oddalony od jej wystawnego domu. Ktoś, kto planował wygląd tej posesji, wpadł na pomysł, aby posadzić kasztany tylko na początku ubitej drogi, wiodącej od głównej bramy wjazdowej do serca posiadłości. Na pewnym odcinku drzewa kończyły się, odsłaniając szeroka panoramę na cały płaskowyż, na jakim postawiono pałac. Alek ucieszył się ze swojego planu. Podświadomie czuł, że w tym ostatnim dniu, kiedy żegnał się z rajem, jaki wbrew sobie utracił, powinien nabrać do tego miejsca tak dużo dystansu, jak to tylko było możliwe. Ucieczka do peryferyjnie położonej alei z kasztanami mogła mu to umożliwić. Kiedy szedł do szopy po kosiarkę, czuł się tak lekko, jakby zrzucił właśnie od dawna noszony na karku balast. Zaczął nawet pogwizdywać arię z "Wesołej wdówki", mimo że wcale nie myślał przy tym o Berentowej. Jedyne, co czuł w sercu, to szczery podziw dla przyrody. Nie miał nawet zarysu planu odnośnie tego, czym mógłby się parać w przyszłości, gdzie szukać zajęcia, ale wiedział, że musi to być praca powiązana z naturą.
Stefanowa
Ubrana w czerń kobieca postać, która ni stąd, ni zowąd pojawiła się na tarasie pałacu, puściła się w dół schodów, gdy tylko dojrzała tam Katrin. Jej ruchy były tak żwawe, jakby w mgnieniu oka straciła co najmniej czterdzieści ze swoich siedemdziesięciu pięciu lat. Stefanowa, bo tak się do tej kobiety powszechnie zwracano, na co dzień ceniona za zaradność ochmistrzyni w posiadłości Anny Berent, stawała się na powrót nianią panienki za każdym razem, kiedy Katrin wracała z internatu do domu. Fakt, że w niedługim czasie dziewczyna miała osiągnąć pełnoletność, i że wcale nie była zadowolona, kiedy traktowano ją jak dziecko, zdawał się w ogóle nie przemawiać do tej statecznej strażniczki domostwa w pałacu Berentów. Adelina Stefan, która cieszyła się całkiem dobrym jak na swój wiek wzrokiem oraz jeszcze lepszym słuchem, zdawała się być całkowicie ślepa i głucha na wszelkie oznaki dorosłości Katrin, a oślepiała ją czysta i bezinteresowna miłość, jaką żywiła dla jedynego dziecka Leo Berenta.
- A ja szukam jej po całym pałacu i kręcę się w kółko jak bąk! - zawołała ochmistrzyni, jak tylko znalazła się przy Katrin. Mimo że dyszała z wysiłku, nie odmówiła sobie tej wielkiej przyjemności, jaką było dla niej mówienie. - Dobrze, że mnie w tym amoku pokojowe nie widziały, bo miałyby te gęsi przednią zabawę. Panienka nie ma dla mnie żadnego zmiłowania! Za grosz wdzięczności! A mnie się zawsze zdawało, że dobrze ją wychowałam - użalała się nad sobą Stefanowa, która była niedoścignioną mistrzynią w pozyskiwaniu dla siebie uwagi innych ludzi.
Jeśli chodziło o Katrin, gospodyni nie musiała się wcale uciekać do podobnych wybiegów, ponieważ dziewczyna kochała ją od dziecka i wielokrotnie okazywała jej swoje przywiązanie zarówno poprzez gesty, jak i słowa. Ochmistrzyni jednak uzależniła się od tych oznak miłości ze strony swojej wychowanki, niczym od silnego narkotyku, i wciąż szukała sposobności, aby zaczerpnąć ich od nowa.
- Zupełnie niepotrzebnie się złościsz, nianiu - powiedziała Katrin, nie tracąc typowego dla siebie opanowania. - Przecież w końcu mnie wypatrzyłaś, a jeśli koniecznie chcesz wiedzieć, czy twój trud wychowawczy się opłacił, powinnaś porozmawiać z przełożoną sióstr. Ona wydaje się być ze mnie całkiem zadowolona.
- Z przełożoną zakonną? Też mi coś! - oburzyła się Stefanowa. - Cóż mi po tych panienki siostrzyczkach? Jakże ja bym śmiała o obcych ludziach myśleć, choćby nawet i świętych, skoro nasza pociecha nareszcie zawitała do własnego domu?! Pół roku jej nie widziałam! Co ja mówię, pojutrze byłoby już siedem miesięcy! Ja każdy dzień w kalendarzu znaczyłam i modliłam się, aby czas szybciej płynął, abym ją mogła wreszcie zobaczyć. Dlaczego mnie panienka tak dręczy, kiedy mnie już bliżej końca jak dalej? - mówiąc to, Stefanowa sięgnęła do brustaszy i wyjęła z niej chustkę, którą zapobiegliwie przetarła wilgotne powieki. - I teraz co mam z tego czekania i z tych modlitw? Nic. Panienka jest w domu, owszem, a ja jej w ogóle nie widzę. Szukam i wołam po całym domu, a ona przepadła jak kamień w wodę! Proszę nie iść za szybko po schodach! Tylko mi tego brakowało, żeby mi upadła i sobie coś zrobiła! - ostrzegała swoją wychowankę gospodyni, zanim wzięła ją za rękę. - Oj! A co to, na Boga żywego? Rączki jak lody! Aż mi dreszcze po grzbiecie przeszły od tego zimna. Czy panienka nie wie, że w taki ziąb trzeba się cieplej ubierać?! Przecież można sobie nerki zaziębić, albo pęcherz. A nawet płuca. Nie dopuść Panie Boże!
- Dlaczego wzywasz Boga na daremno, nianiu!? Przecież nie jestem naga. Widzisz tę koszulę? Dotknij! Grzeje jakby była z wełny, a jest przy tym dużo milsza w dotyku - powiedziała Katrin wtulając szyję w kołnierzyk kraciastej koszuli Alka.
- Koszula może i ciepła, ale czy nie zbyt duża dla panienki? - rzekła z niezadowoleniem Stefanowa. - Wiatr dmucha panience po lędźwiach jak po północnych polach! I ta sukienczyna, jaka cieniutka! Jak to ma panienkę ogrzać? Takie byle co! Mnie nawet do głowy nie przyszło, że się panienka na taki ziąb do ogrodu wybierze. Cały ranek krzątam się po domu, a przecież już dawno mogłam wyjść do niej z ciepłym pledem.
- Już dobrze, Stefanciu. Nie musisz sobie niczego wyrzucać. Przecież dobrze wiem, że masz dużo na głowie - próbowała udobruchać gospodynię Katrin.
- Panienka jest i zawsze będzie dla mnie na pierwszym miejscu! - przyznała płaczliwym tonem Stefanowa, która ścisnęła mocniej rękę swojej podopiecznej. Wiodąc ją po schodach ku tarasowi, stara ochmistrzyni baczyła na to, aby nie iść za szybko. - Pewnie, że człowiekowi zajęć nie brakuje w tak wielkim domu jak nasz - dodała Stefanowa - tym bardziej teraz, kiedy jest jeszcze tyle do zrobienia przed urodzinami panienki, ale jakoś, z Bożą pomocą, praca idzie naprzód.
- A może pozwolisz, że ja ci w czymś pomogę? - zaproponowała bez ogródek Katrin. - Będziesz miała tej pracy trochę mniej, a ja będę się cieszyć, że mogłam cię w czymś wyręczyć.
- Nie ma wcale takiej potrzeby - odrzekła pospiesznie Stefanowa. - Już moja w tym głowa, to znaczy moja i pani Berentowej, aby przyjęcie na część panienki wypadło tak, jak powinno.
- To znaczy jak? - chciała wiedzieć dziewczyna. - Co wy właściwie obydwie z Anną knujecie?
- Nie ma w tym żadnej intrygi, panienko, tylko starania, wiele starań i jeszcze więcej serca - zapewniła ją gospodyni. - Teraz powiem jedynie, że zapowiada się wspaniała uroczystość. Reszty dowie się panienka w odpowiednim czasie.
- Jeśli mam być szczera, uważam, że ta cała pompa jest niepotrzebna - przyznała otwarcie Katrin. - Ja chcę spędzić moje urodziny z wami, z ludźmi, których uważam za rodzinę. Wasza obecność jest dla mnie najważniejsza, a nie wystawne przyjęcie.
- Wystawne? - zdziwiła się Stefanowa. - Nie, panienko, o żadnej wystawności nie było mowy. Przyjecie będzie przyzwoite, to znaczy takie, jakie się naszej dziedziczce należy - powiedziała enigmatycznie gospodyni. - A jak coś ma być dobre, to trzeba się koło tego nachodzić, pilnować. Oj, muszę się panience pożalić, że na ludzi w dzisiejszych czasach w ogóle nie można liczyć. Pan Bóg widzi wszystko, panienko, i wie, o czym mowie - mówiąc to gospodyni wzniosła nabożnie oczy ku górze, jednak tylko w przelotny sposób, ponieważ bała się, że kiedy na dłużej odwróci wzrok od Katrin, dziewczyna upadnie na schodach. - Człowiek musi sam każdej sprawy doglądnąć, ażeby wszystko było zrobione tak, jak trzeba - uświadamiała Stefanowa dziewczynę. - Szczerze panience wyznam, że tęsknię za spokojem. Chciałabym spać w nocy tak beztrosko, jak niemowlę przy piersi matki, i nie martwić się na zapas. Ale tak się nie da. Muszę być stale czujna i patrzeć ludziom na ręce, chociaż tego nie lubię. Cóż robić, taki już widać mój los. Jak tego psa ogrodnika - mówiła z żałością w głosie gospodyni. - Dzięki Panu naszemu w Niebie, nie tylko słuch, ale i wzrok mam jeszcze nie najgorszy, panienko. To dla mnie wielka pociecha, bo oko i ucho trzeba mi tu mieć na wszystko i wszystkich. Na pokojowe, ogrodników, Antoniego, na naszą stara Walentynę. Na nią też, a jakże! O pomocach ze wsi już nawet nie chce mi się wspominać...
Gospodyni na chwilę umilkła, jakby rzeczywiście nie miała ochoty dalej mówić, jednak Katrin znała swoją nianię na tyle dobrze, że nie dała się zwieść pozorom. Faktycznie, po zamierzonej pauzie, Stefanowa zgrabnie podjęła temat, oświadczając z przekąsem:
- Mogłabym o talentach tych dziewcząt, naszych domowych pomocy, całą litanię wyrecytować, ale to by chyba panienkę szybko znudziło. Wiec powiem krótko, one niby znają się na wszystkim, ale jak trzeba coś porządnie zrobić, to żadna z nich nie ma o rzeczy bladego pojęcia. Żeby te śpiące królewny choćby raz pomyślały, jak powinno się należycie zabrać do czyszczenia schodów, albo prania zasłon! Skądże, ale chichotać i szeptać między sobą po kątach, to potrafią! Skaranie z nimi! - Gospodyni przerwała swój monolog, aby złapać oddech, po czym mówiła dalej:
- Prędzej coś popsują niż wykonają rzecz po ludzku. Coś mi od razu mówiło, że któraś z nich musiała rozbić lustro naszej pani...
- Lustro Anny? To z kryształowa ramą? - podchwyciła Katrin w nadziei, że skieruje przez to myśli Stefanowej na inne tory.
- Ano tak! To samo, panienko. Rozbite! - oświadczyła ze swadą ochmistrzyni, po czym ciężko westchnęła. - Stało się i już się nie odstanie, choćby człowiek na głowie stanął. Lusterko wisiało najpierw w holu przy wejściu, nie wiem, czy pamięta go panienka. To było tak dawno... W każdym razie, to było przecudne świecidełko! Aż się w oczach człowiekowi mieniło, jak na niego patrzał. Skrzyło się to szkiełko, niczym płatki śniegu na mrozie - mówiła z podekscytowaniem Stefanowa. - Każdy, kto do nas przychodził, wpatrywał się w niego jak wół w malowane wrota. Nasi goście nie mogli się nachwalić, że taką rzecz mogły stworzyć ludzkie ręce.
- Pamiętam to zwierciadło - przyznała Katrin. - Czy nie przeniesiono go później do sypialni Anny?
- Owszem, pani zabrała go do siebie - potwierdziła gospodyni. - Powiedziała, że jest jej potrzebne dla porannej toalety. Poza tym był też inny powód - dodała Stefanowa ściszonym głosem, patrząc przy tym badawczo na Katrin. - Panienka była wtedy jeszcze za mała, aby coś z tego zrozumieć, ale powiem tylko, że o naszym skarbie zaczęły krążyć po mieście dziwne opowieści. Ludzie plotkowali, że z niego sam Belzebub wyziera.
- Belzebub? - Katrin nie kryła zdziwienia. - Masz na myśli Szatana, nianiu?
- Cyt, panienko, nie tak głośno - powiedziała z przejęciem gospodyni. - Lepiej jest nie wymieniać tego imienia na głos, aby się licho do nas nie przypałętało.
- Bajki ludzie plotą - odrzekła Katrin, która wydawała się być rozbawiona naiwnością swojej niani. - Przecież to zupełnie niedorzeczne.
- Cóż na to poradzić, panienko? Ot, z głupoty takie ludzkie gadanie, a może z zazdrości, nie wiem - odrzekła Stefanowa. - Ja nigdy żadnego Złego w naszym lustrze nie widziałam, wręcz przeciwnie, ten kryształ wydawał się tak czysty i nieskalany, jak łzy świętej Weroniki. Drugiego takiego zwierciadła w całym świecie się nie znajdzie! Nasz Antoni tak się nim zawsze zachwycał, a on się na antykach niby zna, choć osobiście głowy bym sobie za to jego znawstwo na meblach nie dała uciąć, panienko - To powiedziawszy, gospodyni znacząco odchrząknęła. - Ale mniejsza z tym. Już po lustereczku. Pękło na drobne kawałeczki. Nie było czego składać. Maryśka mówiła, że jak zbierała jego resztki z podłogi, to aż jej w piersi grało z żalu.
- Szkoda, choć z drugiej strony, to tylko martwa rzecz, nianiu. Myślę, że Anna jest tego samego zdania.
- Może i tak, panienko - odpowiedziała Stefanowa bez przekonania.