Złota godzina - Sara Donati

Reflow text when sidebars are open.
DOM QUINLANÓW, WAVERLY PLACE
Ciotka Quinlan - emerytowana malarka, wdowa po Simonie Ballentynie i Harrisonie Quinlanie
Anna Savard - lekarka, chirurg
Sophie Savard - lekarka urodzona w Nowym Orleanie
Margaret Quinlan Cooper - dorosła pasierbica ciotki Quinlan
Henry i Jane Lee - ogrodnik i gospodyni Quinlanów
DOMY VERHOEVENÓW I BELMONTÓW PRZY PARK PLACE I MADISON AVENUE
Peter "Kap" Verhoeven - adwokat
Conrad Belmont - adwokat, wuj Kapa
Bram i Baltus Decker - bliźniacy, kuzyni Kapa
Eleanor Harrison - gospodyni
RODZINA RUSSO
Carmine Russo - Włoch, owdowiały pracownik fabryki
Rosa, Tonino, Lia i Vittorio Russo - dzieci Carmine
RODZINA MEZZANOTTE
Ercole Mezzanotte i Rachel Bassani Mezzanotte - para przybyłych z włoskiego Livorno ogrodników i pszczelarzy
Massimo i Filomena Mezzanotte - syn i synowa Ercole i Rachel, kwiaciarze
Giancarlo "Jack" Mezzanotte - syn Ercole i Rachel, sierżant w wydziale dochodzeniowym nowojorskiej policji, mieszka z siostrami, Bambiną i Celestyną Mezzanotte
INNI
Oscar Maroney - sierżant w wydziale dochodzeniowym nowojorskiej policji
Archer Campbell - inspektor pocztowy, z żoną, Janine Lavoie Campbell, i dziećmi
*Anthony Comstock - inspektor pocztowy, sekretarz Nowojorskiego Towarzystwa na Rzecz Walki z Występkiem
Sam Reason - drukarz, z żoną Delilą
Sam Reason - dorosły wnuk Sama i Delili, również drukarz
Giustiniano Nediani, zwany też Baldym lub Nedem - były gazeciarz
Ojciec John McKinnawae - duchowny i pracownik społeczny
Siostra Francis Xavier - zarządzająca Ochronką dla Sierot imienia Świętego Patryka
Siostra Mary Augustin (Elise Mercier) - pielęgniarka w Ochronce dla Sierot imienia Świętego Patryka
*Siostra Mary Irene - matka przełożona, Ochronka dla Podrzutków
Lorenzo Hawthorn - koroner
Michael Larkin i Hank Sainsbury - sierżanci w wydziale dochodzeniowym nowojorskiej policji
Doktor Klara Garrison - Szkoła Medyczna dla Kobiet
*Doktor Abraham Jacobi - lekarz w Szpitalu Dziecięcym
*Doktor Mary Putnam Jacobi - wykładowczyni ze Szkoły Medycznej dla Kobiet
Doktor Donald Manderston - lekarz w Szpitalu dla Kobiet
Doktor Maude Clarke - wykładowczyni ze Szkoły Medycznej dla Kobiet
Doktor Nicholas Lambert - lekarz medycyny sądowej
Neil Graham - lekarz stażysta
Amelia Savard - położna, córka Bena i Hanny Savardów
* gwiazdką oznaczono postacie historyczne
1883
Pewnego marcowego poranka, gdy w powietrzu było już czuć nadchodzącą wiosnę, Anna Savard, wróciwszy z ogrodu, zastała w domu młodą kobietę. Przybyła ona z wiadomością, która miała zakłócić Annie spokój ducha oraz wysłać ją w nieoczekiwaną podróż. Zwiastunka zmian stała na środku kuchni ubrana w habit zakonu Sióstr Miłosierdzia.
Anna oddała w ręce pani Lee cztery jeszcze ciepłe jajka, które ze sobą przyniosła, i zwróciła się do gościa ze słowami powitania. Młoda kobieta stała z rękami złożonymi na wysokości talii, chowając dłonie w przepastnych rękawach habitu. Cała była w bieli, od prostego czepka ciasno zawiązanego pod brodą aż po krawędzie zakonnej szaty spływającej na podłogę niczym płótno namiotu. Gospodyni pomyślała, że stojąca przed nią kobieta ma nie więcej niż dwadzieścia trzy lata i ledwie metr pięćdziesiąt wzrostu. Jej postać zdawała się opierać na ostrych liniach: miała spiczasto zakończone policzki i brodę, a jej zgięte łokcie wskazywały różne kierunki świata. Skojarzyła się Annie z nerwowym, niedożywionym kurczęciem owiniętym serwetką.
- Siostro...
- Mary Augustin - dokończyła mniszka. Miała dźwięczny głos o uprzejmym tonie zdradzającym dobre maniery, choć dalekim od nieśmiałości.
- Dzień dobry. W czym mogę siostrze pomóc?
- Przysłano mnie po drugą doktor Savard, ale zdaje się, że jej nie zastałam. Zostawiła mi wiadomość, żebym na panią poczekała.
Ludzie, którzy pojawiali się w ich domu o tak wczesnej porze, prawie zawsze przychodzili do kuzynki Sophie, która opiekowała się ubogimi kobietami i dziećmi z miasta.
Przez ułamek sekundy Anna pomyślała, że mogłaby skłamać, ale nigdy nie opanowała tej sztuki. W dodatku złożyła Sophie obietnicę...
- Druga doktor Savard asystuje przy porodzie - odrzekła. - Powiedziała mi, że siostra może przyjść, a ja zgodziłam się ją zastąpić.
Blade czoło zmarszczyło się, a po chwili niechętnie rozpogodziło. Widać było, że siostra Mary Augustin ma własne zdanie, ale została nauczona zachowywać je dla siebie.
- Czy zatem możemy iść? - odpowiedziała tylko.
- Oczywiście - zgodziła się Anna. - Muszę jedynie zostawić wiadomość.
- Może w tym czasie - wtrąciła się pani Lee - ja poczęstuję czymś siostrę Mary Augustin? Jeśli tego nie zrobię, będę musiała tłumaczyć się ojcu Gravesowi na spowiedzi. - Zauważyła wahanie przybyłej, ale wskazała krzesło. - Wiem, że siostrzyczka nie chciałaby mnie doprowadzić do takiej zguby. Proszę usiąść.
Piętnaście minut później były wreszcie gotowe do drogi. Pani Lee wzięła od Anny liścik z wiadomością dla personelu szpitala, jednocześnie przekazując jej wiadomość:
- Kuzynka Margaret chciała pomówić o pani kostiumie na ten bal. - Słowa "ten bal" zabrzmiały w jej ustach jak "ognie piekielne".
- Jeśli Margaret się tym martwi, to powinna porozmawiać z ciotką Quinlan. To ona zajęła się przygotowaniami.
Mała okrągła twarz pani Lee była w stanie zapełnić się niewiarygodną ilością różnorakich zmarszczek, kiedy jej właścicielka była poirytowana - tak jak w tej chwili.
- A czego miałaby na takim balu szukać porządna, dodajmy - trzydziestoletnia, panna...
- Nie mam jeszcze dwudziestu ośmiu lat i pani dobrze o tym wie.
- ...z wykształceniem, z dobrego domu, niezamężna, a w dodatku chirurg. Pytam, czego miałaby taka młoda kobieta szukać na balu wielkanocnym, w Poniedziałek Wielkanocny!, urządzonym przez tę chciwą, butną Vanderbiltową? Po co...
- Droga pani Lee - przerwała jej Anna, siląc się na jak najsroższy ton, który jednak złagodziła uśmiechem - obiecałam Kapowi, że przyjdę. Chyba nie chciałaby pani, żeby czuł się zawiedziony?
Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki cała irytacja nagle wyparowała z twarzy gosposi. Uwielbiała Kapa, jak wszyscy zresztą. Zamruczała tylko coś pod nosem, udając się w stronę pieca.
- Pani i pani cioteczka, jak coś wymyślicie... - dobiegło jeszcze do uszu Anny. - Bóg jeden wie, co z tego będzie. I to w Poniedziałek Wielkanocny.
***
Anna ruszyła żwawo wzdłuż parku przy Placu Waszyngtona, ale zatrzymała się, kiedy zdała sobie sprawę, że siostra Mary Augustin musi prawie truchtać, żeby dotrzymać jej kroku.
- Proszę nie zwalniać, bo inaczej nie zdążymy na prom - powiedziała. - Mogę biec i cały dzień.
- Nawet w tym tempie dotrzemy tam pięć minut przed czasem.
Cień wątpliwości przemknął po ostrych rysach siostry Mary Augustin. W słońcu jej cera była mlecznobiała, tu i ówdzie naznaczona piegami, a brwi nabrały głębokiej, kasztanowej barwy. Anna próbowała sobie przypomnieć, czy kiedykolwiek wcześniej widziała zakonnice w czepkach, ale szybko porzuciła te rozważania.
- Czy mogę zapytać, jak potrafi to pani ocenić? - pragnęła się upewnić zakonnica.
- Dorastałam tu i prawie wszędzie chodzę na piechotę. No i mam w głowie zegar.
- Zegar?
- Talent do trafnej oceny czasu - wyjaśniła Anna. - Umiejętność szacowania, która jest godzina. Widzi siostra, to sztuka, którą chirurg musi opanować...
- Chirurg? - Mary Augustin wyglądała na zaskoczoną, tak jakby kobieta właśnie oznajmiła, że jest biskupem. - Myślałam, że... to pani kuzynka...
- Druga doktor Savard specjalizuje się w położnictwie i pediatrii. Moją specjalizacją jest chirurgia.
- Ale któż by... - Siostra zamilkła, a na jej policzkach pojawiła się czerwień. Anna stwierdziła, że dziewczyna pięknieje, kiedy zapomina o powadze. Zastanawiała się, ile jeszcze może jej powiedzieć bez ryzyka, że siostrzyczka zemdleje.
- Kobiety, które są bardzo chore bądź w połogu, z reguły wolą, żeby zajmowała się nimi inna kobieta. Jeśli mają taki wybór - powiedziała.
- Ach - odrzekła siostra Mary Augustin - więc operuje pani tylko kobiety! To ma już większy sens.
- Kwalifikacje pozwalają mi operować wszystkich, ale jestem zatrudniona w Szpitalu Miłosierdzia Nowego Amsterdamu. Tak jak druga doktor Savard, którą miała siostra nadzieję zastać, jest zatrudniona w Szpitalu dla Dzieci i Noworodków i w Szpitalu dla Kolorowych. I tak, technicznie rzecz ujmując, nie wolno mi operować mężczyzn. A w każdym razie tak mówi prawo.
- Moje kwalifikacje wypadają przy tym bardzo skromnie. Nigdy nawet nie widziałam sali operacyjnej.
- No cóż - powiedziała Anna - musi więc siostra kiedyś do nas wpaść i poobserwować. A my zawsze poszukujemy wykwalifikowanych pielęgniarek, gdyby siostra kiedyś zechciała przemyśleć swoje... - zawahała się - powołanie.
Siostrze Mary Augustin odebrało na chwilę mowę. Co za zaskakująca sugestia! Siostra Ignatia byłaby oburzona, tak samo jak oburzona powinna być sama siostra Mary Augustin, ale zamiast tego zaczęła zmagać się z nagłym wybuchem ciekawości. Już od roku mieszkała w tym przerażającym, ale i ekscytującym mieście, i w ciągu całego tego czasu pytania w jej głowie tylko się mnożyły, a ona nie miała nikogo, by porozmawiać o nurtujących ją kwestiach...
Aż tu nagle pojawił się ktoś, kto nie zbeształby jej, gdyby jedną z nich ubrała w słowa. Ktoś, kto zapewne by jej pomógł. Mogłaby spytać tę doktor Savard o położnictwo, o to, jak kobieta może zostać nie tylko lekarzem, ale i chirurgiem. Tym myślom deptała jednak po piętach świadomość, że siostra Ignatia miała rację: błędem jest popuszczać wodze fantazji. To prowadzi nas do miejsc, które lepiej omijać z daleka.
A jednak nie mogła powstrzymać się od zerkania kątem oka na tę lekarkę - to znaczy chirurga. Na początku wydawało się jej, że doktor Savard nosi makijaż, ale potem zdała sobie sprawę, że to po prostu żywe kolory pojawiające się na jej policzkach i znikające za sprawą wiatru. Jej pełne usta miały kolor mocnego różu, były trochę popękane. Pod praktycznym kapeluszem jej ciemne włosy były gładko ułożone w jeden skręt, a nie podzielone na pukle, jakie wówczas nosiła większość młodych kobiet. Tak czesałaby się siostra Mary Augustin - albo raczej Elise Mercier, jak ciągle o sobie myślała - gdyby mogła sobie pozwolić na podobną próżność. Powstrzymała chęć dotknięcia prawie niewidocznych blizn po ospie, które nosiła na czole.
Zapewne niewiele osób uznałoby twarz doktor Savard za ładną, ale z pewnością jej urodę można było określić jako interesującą, a z jej oczu biła inteligencja. Dobrze jej się powodziło: mieszkała w dobrej dzielnicy, w czteropiętrowym domu z jasnego kamienia z ciężkimi dębowymi drzwiami wejściowymi zdobionymi rzeźbionymi liliami i cherubinkami, w oknach powiewały koronkowe firany. A jednak obie panny Savard dla medycyny zrezygnowały z wygodnego życia.
Siostra Ignatia kazałaby jej skierować uwagę w inną stronę. Na przykład ku różańcowi, który przy każdym kroku kołysał się u jej pasa. Gdyby zdobyła się na odwagę, pierwsze pytanie, jakie zadałaby lekarce, dotyczyłoby jej stroju.
Doktor Savard miała na sobie świetnie skrojone ubrania z najlepszych materiałów, ale brakowało im ozdób i cechowała je surowość charakterystyczna dla męskiego stroju. Jej ciemnoniebieski kapelusz w szare paseczki pasował do szerokiego płaszcza, którego fałdy spływały od wysokiego zapięcia tuż pod łopatkami aż po kostki zamknięte w solidnych butach. Nosiła też rękawiczki w kolorze głębokiej, lśniącej czerni, zdobione małymi mosiężnymi guzikami na nadgarstku. Jak wszyscy lekarze miała przy sobie pojemną skórzaną torbę.
Kiedy szła, na ułamki sekund spod płaszcza wyłaniała się fantazyjnie pod nim wirująca spódnica. To, że doktor Savard nie nosiła turniury, nie było taką znowu niespodzianką - niewiele kobiet opiekujących się chorymi zawracało sobie głowę modą. Ale sposób, w jaki układała się jej spódnica, stanowił zagadkę dla siostry Mary Augustin. Jej habit falował zamaszyście przy każdym kroku, odsłaniając czubki butów. Doktor Savard szła tym samym tempem, ale jej spódnica zdawała się zajmować przy tym znacznie mniej przestrzeni. Zakonnica nagle z przestrachem zdała sobie sprawę, że spódnica lekarki była podzielona na dwie części, tak jak męskie spodnie czy swego rodzaju rękawy na nogi. Nogawki były szerokie i nie ograniczały ruchów, ale niewątpliwie należały do pary spodni.
Podczas Wielkiego Postu ojciec Corcoran wygłosił piorunujące kazanie na temat Towarzystwa Racjonalnego Stroju, które stanowiło dla niego dowód na coraz większy upadek słabszej płci. Przepowiadał w nim choroby, bezpłodność i potępienie. Ku swojemu zdumieniu siostra Mary Augustin z niepokojem odkryła, że takie spódnice nie były wcale nieskromne, bez względu na to, co mógłby o nich powiedzieć ojciec Corcoran czy nawet Jego Świątobliwość Papież Leon. Wyglądały na skromne i wygodne - mogła to przyznać. I znowu coś szokującego i interesującego - a ona musi zachować wszystkie te rozważania dla siebie.
Po drodze doktor Savard prawie wszystkich witała po imieniu: zamiatacza ulic, chłopca od piekarza, dziewczynkę pilnującą dziecka zawiniętego w kołderkę i zapakowanego do skrzynki, dwie praczki sprzeczające się po gaelicku. Zawołała do jakiegoś gazeciarza obdartusa, pytając o zdrowie jego matki, a on uśmiechnął się, co momentalnie rozjaśniło jego twarz.
Drzewa na Placu Waszyngtona przygotowywały się do wiosny, a grube pąki na ich gałęziach wypuszczały pierwsze bladozielone listki, które połyskiwały w słońcu. Całe miasto było pełne podobnych kontrastów: piękne domy przy szerokich alejach obsadzonych lipami, wiązami i platanami sąsiadowały z kamieniczkami tak brudnymi i przeludnionymi, że wydobywający się z nich fetor przyprawiał o nudności. Mali chłopcy ubrani w aksamity dreptali tam i z powrotem pod czujnym okiem piastunek w śnieżnobiałych fartuchach, a obok półnagie dziecko przykucnęło nad martwym kotem, w którego otwartym brzuchu roiło się od robactwa.
Siostra Mary Augustin każdego dnia pytała samą siebie, co sobie wyobrażała, kiedy przysłano ją do tego wielkiego, hałaśliwego miasta. Teoretycznie rozumiała, co znaczy opieka nad tymi najbiedniejszymi i najbardziej potrzebującymi; wiedziała, że wiele niemowląt jest skazanych na śmierć z powodu chorób i tylko nieliczne dożyją swoich pierwszych urodzin. I mimo że prawdziwą biedę poznała jeszcze zanim znalazła się w tym miejscu, każdego dnia czuła się przytłoczona i przerażona, choć jednocześnie zjadała ją ciekawość i chęć zrozumienia rzeczy, których do tej pory nie zdołała pojąć.
Spojrzała na doktor Savard i zaczęła się zastanawiać, czy rozmowa z nią byłaby straszliwym grzechem i jaką pokutę dostałaby za taki akt nieposłuszeństwa.
Wybacz mi, Ojcze, bo zgrzeszyłam. Zadawałam niestosowne pytania dobrze wychowanej i wykształconej damie w spodniach. I słuchałam odpowiedzi na nie.
Na rogu Piątej Alei nagle musiały się zatrzymać, żeby przepuścić dwa wielkie wozy ciągnięte przez woły przejeżdżające przez skrzyżowanie. Czerwony napis na boku pierwszego z nich głosił, że zgromadzony na nim gąszcz drzewek w doniczkach - z których przynajmniej kilka było dwukrotnie wyższych od siostry Mary Augustin - pochodził z oranżerii LeMoulta. Na drugim wozie znajdował się lżejszy ładunek: wiadra kwiatów w przepięknych, głębokich kolorach i jasnych wiosennych barwach. Na boku tego wozu widniał napis: Bracia Mezzanotte, Greenwood, N.J.
Siostra Mary Augustin nie mogła oderwać oczu od tego widoku. Zresztą nie ona jedna.
- Ciekawa jestem, o co tu chodzi - zapytała cichym głosem, który łatwo można było puścić mimo uszu. Doktor Savard spojrzała na nią i uniosła ramię.
- Vanderbiltowie - powiedziała. - I ich bal kostiumowy.
Siostra w końcu zadała pytanie i otrzymała odpowiedź, ale to tylko spowodowało w jej głowie lawinę kolejnych dylematów. Jeśli ten stan potrwa dłużej, powiedziała do siebie, jej umysł zostanie podziurawiony znakami zapytania, setkami małych haczyków wpiętych tak głęboko, że nigdy się ich nie pozbędzie.
***
Na Christopher Street mieściło się niewielkie targowisko, ale większość straganów była o tej porze zamknięta. Prom czekał na przyjęcie pasażerów. Tłum ludzi chciał przedostać się na drugą stronę rzeki Hudson, do Hoboken: robotnicy najróżniejszych profesji, wieśniaczki obwieszone pustymi koszami i zmęczonymi niemowlętami, holujące na plecionych sznurkach dzieci o bladych twarzach, które jeszcze nie do końca odżyły po srogiej zimie. Woźnice nachylali się nad piramidami skrzynek albo stali w grupkach, nad którymi unosiły się chmury tytoniowego dymu.
Pośrodku tego zbiorowiska czekała na nie siostra Ignatia - ta sama, która w myślach pouczała siostrę Mary Augustin. Była jej całkowitym przeciwieństwem, począwszy od kompletnie czarnego habitu, a skończywszy na okrągłych policzkach i krzepkiej budowie ciała. Anna zastanawiała się, co oznacza ta różnica ubioru - młodość czy starość? Dobro czy zło? Musiała przygryźć wargę, żeby powstrzymać uśmiech.
Syrena na promie zawyła głośno, co oszczędziło im kolejnych minut niezręcznych powitań. Na pokładzie rozmowy pasażerów zagłuszały odgłosy wody, wiatru i silników. Niemiecki, włoski, jidysz, gaelicki, francuski, polski, chiński i inne języki, których Anna nie była w stanie rozpoznać, przekrzykiwały się nawzajem. W kajucie byłoby jeszcze gorzej, więc zaczęła rozglądać się za miejscem na pokładzie wolnym od dymu i pyłu, ale siostra Ignatia miała inne plany. Rzuciła w stronę Anny surowe spojrzenie, więc ta, tłumiąc westchnienie, podążyła za zakonnicą. W jakiś tajemniczy sposób siostra Ignatia sprawiała, że Anna czuła się jak studentka pierwszego roku medycyny, wiecznie gotowa, żeby usłyszeć, co zrobiła źle.
Powietrze w kajucie było przesiąknięte zapachem węgla, szybko tracących świeżość ryb, kwaśniejącego mleka, kiszonej kapusty i mokrych pieluch, a nade wszystko potu. Zapach ciężkiej pracy - mimo że ciężki, to szlachetny.
- A więc - zwróciła się do Anny siostra Ignatia, pochylając się w jej stronę, by móc mówić prosto do jej ucha. - Na ile zna się pani na tych rzeczach?...
To, że ta zakonnica uznała, że ma prawo przepytywać wykwalifikowanego chirurga, nie było żadną niespodzianką. Anna mogłaby powiedzieć: "Wielokrotnie widziałam i leczyłam ospę", albo: "W ciągu tych czterech lat, które upłynęły, odkąd uzyskałam dyplom, złożyłam podpis na jakichś pięciuset aktach zgonu, a ponad siedemdziesiąt procent z nich dotyczyło dzieci przed piątym rokiem życia".
Mogłoby się wydawać, że miasteczka przemysłowe w pobliżu Hoboken zawsze stały na skraju jakiejś epidemii: ospy, odry, świnki, żółtej febry, hiszpanki, kokluszu, a czasem nawet kilku tych chorób jednocześnie. Istniały środki, które mogłyby temu zapobiec, ale właściciele fabryk nie widzieli sensu w inwestowaniu w zdrowie swoich pracowników. Nigdy nie brakowało imigrantów chętnych do pracy w zakładach włókienniczych. Jedynie interwencja Departamentu Zdrowia mogła spowodować jakiekolwiek zmiany.
Teraz właściciele fabryk mieli zapewnić pracownikom mydło i gorącą wodę - higiena była pierwszą linią obrony we wszystkich kwestiach związanych ze zdrowiem publicznym - oraz dopilnować, żeby nowo przybyli mieli dostęp do czystej wody i zostali zaszczepieni przed podjęciem pracy. Kilku fabrykantów nawet stosowało się do tych zaleceń, przynajmniej przez jakiś czas. Ale epidemie wciąż się zdarzały, regularnie jak w zegarku. I dlatego Anna siedziała teraz na promie z zakonnicami.
- Szczepienia nie są trudne. Jeśli znajdą się tłumacze, którzy pomogą wyjaśnić, o co chodzi, nie widzę żadnych trudności. Zakładam, że tam, dokąd się udajemy, będzie wystarczająco dużo igieł - odpowiedziała siostrze Ignatii.
- Szczepienia? - Siostra Ignatia posłała ostre spojrzenie siostrze Mary Augustin, a kiedy znowu przemówiła, jej niemiecki akcent brzmiał równie ostro. - Kto mówi o szczepieniach?
Anna zawahała się.
- Czy doktor Sophie nie miała pomóc siostrom w akcji szczepień pracowników fabrycznych?
Kiedyś ta twarz okolona podwijką musiała być bardzo piękna - i wciąż taka była - jak u wielu przybyszów z północy Europy. Okrągłe policzki, nieskazitelna cera, szaroniebieskie oczy. W tym przypadku dochodził jeszcze podbródek charakterystyczny dla osoby, która nie toleruje niedbalstwa. Widocznie poirytowana, odpowiedziała:
- Jesteśmy Siostrami Miłosierdzia. Naszą misją jest zapewnianie opieki osieroconym i porzuconym dzieciom.
Anna zdobyła się na lekki uśmiech.
- A więc - zaczęła z udawanym spokojem - do czego jestem siostrom potrzebna?
- Zabieramy dzieci, których rodzice zmarli podczas ostatniej epidemii ospy, ale według prawa nikt nie może przeprawić się do Nowego Jorku bez...
- ...zaświadczenia o dobrym stanie zdrowia - dokończyła za nią Anna. - Włoskie sieroty?
- Tak - odpowiedziała siostra Ignatia. - Ale nie ma powodów do obaw, siostra Mary Augustin uczyła się włoskiego, a oprócz tego naszym tłumaczem będzie ojciec Moreno. Chyba że pani włada tym językiem?
- Nie - przyznała Anna. - Byłam zbyt zajęta nauką anatomii, fizjologii i bakteriologii. Ale mówię po niemiecku. Studiowałam w Berlinie i w Wiedniu.
Czy tylko się jej wydawało, że siostra Ignatia ucieszyła się na tę wzmiankę o jej ojczystym języku i kraju, z którego pochodziła? Starsza kobieta nie powiedziała jednak ani słowa. Odezwała się za to siostra Mary Augustin siedząca po drugiej stronie Anny:
- Pani doktor, co to jest bakteriologia?
- To nauka o genezie i leczeniu pewnych typów chorób - odpowiedziała Anna z ulgą, że zmieniły temat.
- Bakteriologia - wtrąciła siostra Ignatia - nie ma z nami nic wspólnego, siostro. Wykonujemy pracę bożą między ubogimi dziećmi tego miasta i nie ośmielamy się aspirować do niczego więcej.
Przy innej okazji Anna mogłaby podjąć takie wyzwanie. Toczyła debaty i potyczki słowne przez cały okres swojej edukacji i później, częstokroć z ludźmi równie onieśmielającymi i niewzruszonymi w swojej pewności co siostra Ignatia. Każda kobieta praktykująca medycynę miała wiele okazji do doskonalenia umiejętności dyskusji... Ale w zasięgu ich wzroku już pojawiło się Holboken, a za kilka minut miała zająć się tuzinami dzieci, które, tak jak ona, straciły wszystko w bardzo młodym wieku. Najlepsze, na co mogły liczyć te sieroty, to kąt do spania, pożywienie, podstawowa edukacja oraz szansa na naukę fachu bądź możliwość wstąpienia do zakonu lub seminarium duchownego.
Na pokładzie rozległ się dzwonek, a ludzie wokół nich zaczęli zbierać swoje pakunki, kosze i skrzynki. Nastąpiło powszechne poruszenie. Anna podniosła swoją torbę lekarską i poszła za tłumem.
***
W Kościele Miłosiernej Maryi Panny brakowało pięknych posągów, złoconych aniołów i witraży charakterystycznych dla większych katolickich świątyń na Manhattanie, ale było w nim bardzo jasno i czysto. Nawet piwniczne pieczary pachniały octem i mydłem ługowym; nie wykryto by tam ani śladu zgnilizny czy pleśni.
W takim nietypowym otoczeniu znalazło się jakieś trzydzieścioro dzieci, a wszystkie stały cichutko, jakby niezwracanie na siebie uwagi było sprawą życia i śmierci. Anna oszacowała, że najstarsze z nich nie mogły mieć więcej niż jedenaście lat, natomiast najmłodsze wciąż jeszcze ubierano w śpioszki. Wszystkie miały zapadnięte policzki, były niedożywione, zagubione i wystraszone.
Z przodu stały trzy stoliki: "gabinet" Anny, gdzie miała badać małych pacjentów i wypisywać świadectwa zdrowia, stół ze stertami zużytych ubrań pilnowany przez wysoką zakonnicę o szorstkim głosie i ciasnej zawijce pod szarym welonem oraz ostatni, z zupą i chlebem, nad którymi czuwała siostra Ignatia.
Pierwszy chłopiec, który stanął przed Anną, ściskał w rękach zawiniątko, jakby myślał, że lekarka będzie chciała mu je zabrać. Do jego koszuli przyczepiono karteczkę, odpięła ją siostra Mary Augustin. Rozprostowała ją na rozłożonej księdze ewidencji spoczywającej na pulpicie.
- Santino Bacigalup - przeczytała. - Wiek: dwanaście lat. Rodzice i dwie siostry zmarli w zeszłym tygodniu. - Zmrużyła oczy i zabrała się za sporządzanie notatki.
Anna popatrzyła na zacięte usta chłopca i napotkała jego niewzruszone spojrzenie. Przyszło jej do głowy, że gdyby teraz wyciągnęła rękę, by go dotknąć, rzuciłby się na nią jak dzikie kociątko.
Siostra Mary Augustin powiedziała do niego kilka słów po włosku, a w odpowiedzi z jego ust wydobyła się lawina sylab. Zakonnica z wysiłkiem próbowała zrozumieć, co miał na myśli.
- O co chodzi? - zapytała Anna.
Tłumaczka rozłożyła ręce i wzruszyła ramionami:
- Żebym to ja wiedziała.
- Chce wracać do domu, na Sycylię - odezwał się głos za nimi. Anna badała brzuch chłopca, więc nie mogła spojrzeć w górę, ale musiał to być ojciec Moreno, który obiecał im swoją pomoc.
- Ma w Palermo dziadków i zamężną siostrę - ciągnął ksiądz. - Chce tam wracać. Tak kazał mu ojciec, zanim umarł.
Ksiądz zadał mu jakieś pytanie, a twarz chłopca rozpogodziła się i pojawiła się na niej ulga. Anna właśnie osłuchiwała stetoskopem jego płuca, więc poczekał na jej znak, że może odpowiedzieć, po czym wystrzelił kolejną serią włoskiego. Ona zbadała jego podbrzusze i węzły chłonne.
Był niedożywiony, ale bardzo silny, jak zwój skręconego drutu. Po rozmowie z chłopcem ksiądz potwierdził to, czego sama się domyśliła: Santino nie był zaszczepiony, ale jakoś udało mu się ujść z życiem i nie zachorował na ospę, która zabrała mu rodziców i siostry. Ksiądz kontynuował rozmowę z dzieckiem, a Anna przeszła przez salę do zaskoczonej siostry Ignatii.
- To dziecko nie zostało zaszczepione przeciwko ospie - oznajmiła.
Siostra Ignatia zmarszczyła brwi.
- A czy to jest w tej chwili istotne?
- Czy jest istotne?! - Dobór odpowiedniego, umiarkowanego tonu głosu zajął Annie chwilę. - Gdyby jego rodzice byli zaszczepieni, ciągle by żyli, a on nie stałby tutaj, drżąc z przerażenia.
Tracąc cierpliwość, siostra Ignatia wzruszyła ramionami.
- Nie można zmienić przeszłości, pani doktor.
- Ale możemy zrobić coś dla jego przyszłości. Gdyby tylko powiedziała mi siostra o tym rano, mogłabym... - przerwała. - Nieważne - dodała, zanim siostra Ignatia zdołała cokolwiek odpowiedzieć. - Jutro pojawię się u sióstr i zaszczepię tego chłopca oraz inne dzieci, a także każdego, kto powinien być zaszczepiony. Nawet jeśli ma mi to zająć cały dzień i całą noc.
***
Ksiądz i Santino Bacigalup wciąż byli pogrążeni w dyskusji, gdy Anna do nich wróciła. Tyle że mężczyzna, który wyprostował się, żeby z nią pomówić, nie wyglądał jak duchowny. Nie miał koloratki i nosił ubranie człowieka nawykłego do ciężkiej pracy. Był wysoki i dobrze zbudowany, na twarzy miał przynajmniej kilkudniowy gęsty zarost, a na skronie opadały mu potargane ciemne włosy.
- Chłopiec chce pracować, żeby zarobić na podróż powrotną do Włoch - powiedział niewzruszony. Albo nie chcąc zdradzać emocji, poprawiła się w myślach Anna.
- A pan to... - zaczęła.
- Giancarlo Mezzanotte - odrzekł, robiąc w jej stronę lekki ukłon głową, tak jakby jej niedokończone pytanie o nazwisko było nie na miejscu. Ale od razu starał się złagodzić wyraz twarzy. - Proszę mi mówić Jack. Tak mnie tutaj nazywają. Ojca Moreno wezwano do ostatniego namaszczenia i poprosił mnie, żebym pomógł przy sierotach.
Mówił płynnie po angielsku, a w jego głosie Anna nie słyszała włoskiego zaśpiewu. Co więcej, w jego sposobie wyrażania się było coś, co stało w sprzeczności z jego strojem i szorstkimi dłońmi.
Anna położyła rękę na głowie chłopca, a on podniósł wzrok i spojrzał jej w oczy.
- Czy jest możliwość, żeby znaleźć dla niego jakieś zajęcie tu, w New Jersey?
Pan Mezzanotte pochylił się, żeby znowu porozmawiać z chłopcem.
- Może coś się znajdzie. Porozmawiam z ojcem Moreno - powiedział, wyprostowawszy się ponownie.
Anna diagnozowała bóle brzucha, zapalenie uszu, wysypki, grzybicę, wszy i popękane zęby. U jednej z dziewczynek, ośmiolatki, wykryła ciche rzężenie w płucach, natomiast jej starszy brat miał płytką ranę kłutą na łydce, w którą wdała się infekcja. Kiedy Anna ją przemywała i bandażowała, chłopiec opowiedział jej, jak spadł z okropnie długich schodów, konsultując wybrane przez siebie wyrażenia z panem Mezzanotte, ponieważ pragnął być jak najbardziej precyzyjny. Jego sposób wyrażania się był tak wystudiowany i zarazem szczery, a ekspresja pełna przemyślanego dramatyzmu, że Anna mogłaby się głośno roześmiać. Nie zrobiła tego jednak, na co chłopiec wzruszył ramionami - niczym aktor, który zachowuje stoicki spokój, kiedy publiczność nie bije braw.
Niewiele z dzieci było tak skorych do rozmowy. Do tych cichych Anna podchodziła z największą łagodnością i szacunkiem, odpowiadając na ich pytania z taką dokładnością, jakiej sama oczekiwała, kiedy była dzieckiem. Podniosła głowę i zauważyła, że siostra Ignatia obserwuje ją, tym razem bez śladu zniecierpliwienia. Na jej twarzy malowały się zaskoczenie, ciekawość i szczególny rodzaj empatii, który sprawił, że lekarka poczuła się trochę nieswojo.
***
Ostatni mali pacjenci stanęli przed Anną we czwórkę. Ośmioletnia dziewczynka, najstarsza z grupy, na jednym ramieniu trzymała niemowlę, a drugim popychała przed siebie pozostałą dwójkę. Rosa, Tonino, Lia i Vittorio Russowie mieli gęste czupryny kędzierzawych, ciemnobrązowych włosów i niebieskie oczy, które jasno błyszczały na twarzach o barwie lekko spieczonego chleba. Według notatki matka dzieci zmarła podczas epidemii, a zrozpaczony ojciec oddał je do kościoła i zniknął. Nikt nie miał pojęcia, gdzie mógł przebywać.
Rosa Russo stanęła wyprostowana w otoczeniu stłoczonego przy niej młodszego rodzeństwa, trzymając wolną lewą dłoń na ramieniu brata.
- Jestem Amerykanką - oznajmiła, zanim o cokolwiek ją spytano. - Urodziłam się tu. Wszyscy się tu urodziliśmy. Mówię perfekcyjnie po angielsku - dodała z akcentem przeczącym jej słowom.
Drobne dziecko nosiło za dużą sukienkę. Ubrania całej czwórki miały postrzępione kołnierzyki i rąbki ubrań, ale buzie, szyje i ręce małych przybyszów były tak czyste, jak u samej Anny. W wyprostowanej postawie dziewczynki i sposobie, w jaki trzymała głowę, widać było godność. Była do granic przerażona, ale jeszcze bardziej zdeterminowana.
- Podejdźcie bliżej. - Anna przywołała ich gestem. - Obiecuję, że nic złego wam nie zrobię. Chodźcie.
- Musimy odszukać ojca - odpowiedziała ośmiolatka, a jej głosik po raz pierwszy zabrzmiał żałośnie piskliwie.
- Rozumiem - rzekła Anna - ale jeśli chcecie go szukać na Manhattanie, muszę wydać wam takie zaświadczenie - podniosła i pokazała im druczek. - Inaczej nie pozwolą wam przeprawić się na drugą stronę rzeki.
- Można przeprawić się w innym miejscu - spokojnie odpowiedziała dziewczynka.
- Tak, ale jak się tam dostaniecie? Macie pieniądze na prom?
Po chwili Rosa lekko popchnęła przed siebie dwójkę średniego rodzeństwa.
Starszy chłopiec był bardzo ponury, natomiast młodsza dziewczynka szczebiotała bezustannie, głównie po włosku i z lekką domieszką angielskiego. Kiedy Anna na chwilę odwróciła od niej uwagę, dwoje małych, chłodnych dłoni wylądowało na jej policzkach. Spojrzała w górę i znalazła się dosłownie twarzą w twarz z bardzo poważnie wyglądającą Lią Russo.
Mała zniżyła głos i powiedziała konspiracyjnym tonem:
- Hai occhi d'oro.
- Mówi, że ma pani złote oczy - przetłumaczyła siostra Mary Augustin.
Anna uśmiechnęła się.
- Moje oczy są brązowo-zielone i czasami, zależnie od światła, wyglądają na złote.
Tym razem to pan Mezzanotte przetłumaczył słowa lekarki.
Lia pokiwała głową, niezachwiana w swojej decyzji:
- D'oro.
- No cóż - kontynuowała Anna - pozwól, że użyję swoich złotych oczu, żeby upewnić się, że jesteś zdrowa. Czy mogłabyś wziąć głęboki oddech i przez chwilę nie wypuszczać powietrza?
Pan Mezzanotte pochylił się, żeby przetłumaczyć jej polecenie. W odpowiedzi Lia wciągnęła powietrze tak gwałtownie i z taką teatralną mocą, że aż zrobiła zeza. Była zdrowa, Anna poczuła ulgę. W głębi duszy jednak zastanawiała się, czy dziewczynka nie wiedziała, że jej matka nie żyje, czy po prostu nie rozumiała, co to znaczy?
W końcu przyszła kolej Rosy. Stanęła przed Anną ze swoim małym braciszkiem na ręku, próbując sprawić wrażenie opanowanej młodej osoby.
- Czy mogę potrzymać twojego braciszka, kiedy będę go badała? - poprosiła Anna.
- Mama mówi, że nie. Mama mówi... - przerwała. - Mówi, że nam go odbierzecie, a my musimy zostać razem.
Anna zastanowiła się przez moment, co odpowiedzieć, a następnie pochyliła się w stronę dziewczynki i zniżyła głos:
- Moja mama umarła w dniu, kiedy skończyłam trzy latka, a mój tata zmarł kilka tygodni później. Każdego dnia myślę o nich i zastanawiam się, czy byliby dziś ze mnie dumni.
Oczy dziewczynki wpatrywały się w twarz Anny, szukając w niej jakiegoś konkretu, jakiejś odpowiedzi.
- Czy miała pani rodzeństwo, które się panią zajęło?
- Dużo starszego brata gdzieś daleko, w szkole. Jednak zbyt młodego, żeby zająć się wychowywaniem małej dziewczynki. Więc przygarnęła mnie ciotka i przywiozła tutaj, żebym dorastała z jej dziećmi.
- Pani brat na to pozwolił? - Emocje Rosy oscylowały gdzieś pomiędzy szokiem a pogardą. - Dlaczego panią oddał?
- To były trudne czasy - odpowiedziała Anna łamiącym się głosem. - Tak trudne, jak ten, przez który teraz wy przechodzicie.
- To żadna wymówka - stwierdziła dziewczynka. - Nie powinien był pani oddawać. Gdzie teraz jest?
- Nie żyje - odpowiedziała Anna. - Zginął na wojnie.
- Nie powinien był pani zostawiać - dopowiedziała Rosa płomiennie. - Zawiódł panią, ale ja nie zawiodę mojej siostry i braci.
Siostra Mary Augustin odchrząknęła, gotowa stanąć w obronie brata lekarki od wielu lat leżącego w grobie, osoby, której nigdy nie poznała i której nie mogła sobie wyobrazić. Anna odpowiedziała:
- Mam nadzieję, że masz rację, Roso. Mam nadzieję, że będziesz mogła zrobić dla swojego rodzeństwa to, czego mój brat nie był w stanie zrobić dla mnie.
***
Po południu Anna ponownie płynęła promem w otoczeniu sióstr i zdrowszych sierot. Połowie dzieci obcięto włosy prawie do skóry, żeby zatrzymać wędrówkę wszy z głowy na głowę. Sieroty, które okazały się chore - jedno z podejrzeniem gruźlicy i jedno z podejrzeniem odry - zostały w New Jersey, gdzie miały otrzymać opiekę, chociaż nikt nie potrafił wyjaśnić zaniepokojonej Annie, co to dokładnie oznaczało. Santino Bacigalup również był nieobecny. Pan Mezzanotte znalazł dla niego pracę na jakiejś farmie poza miastem.
Po powrocie ojciec Moreno wyraził podobne zastrzeżenia względem tego rozwiązania, jakie Anna usłyszała wcześniej od siostry Ignatii. W tonie jego głosu było tylko trochę mniej poirytowania niż u zakonnicy. Przekonała go dopiero obietnica znacznego datku na biednych, choć rzucił Annie podejrzliwe spojrzenie.
- Czy próbuje pani kupić sobie przebaczenie za jakiś grzech? Kościół nie sprzedaje już odpustów, doktor Savard.
- Nie jestem katoliczką, ojcze Moreno. Wydaje mi się, że moje pojęcie grzechu znacznie różni się od waszego.
Osuszyła i podała mu czek, który wypisała przy jego biurku.
- A siostra Ignatia? Kto jej to wyjaśni?
- Prawdopodobnie przypadnie to w udziale mnie - odrzekła. - Mam nadzieję, że będzie mi to policzone jako dostateczna pokuta.
Usta księdza zadrżały na granicy uśmiechu, który jednak udało mu się powstrzymać.
- Chłopca trzeba zaszczepić - dodała Anna. - Zanim pojedzie do pracy. Mam nadzieję, że to możliwe?
- Zadbamy o to - odpowiedział ojciec Moreno.
Kiedy wychodziła, zatrzymał ją w drzwiach.
- Nie wątpię, że pani troska o dobro tych dzieci jest szczera i że ma pani dobre intencje - powiedział. - Ale jest pani bardziej podobna do siostry Ignatii, niż byłaby pani skłonna przyznać.
***
Na promie, w otoczeniu dzieci i innych pasażerów, siostra Igantia nie zawahała się poruszyć sprawy młodego Bacialupa.
- Ingeruje pani w sposób - zaczęła starsza zakonnica - który może przynieść straszne konsekwencje.
- Nierobienie niczego też przynosi straszne konsekwencje - odpowiedziała spokojnie Anna.
- Proszę nie być tak zadowoloną z siebie. To nie jest akt dobroczynny.
- Oczywiście, że nie - zgodziła się Anna.
Siostra Ignatia cofnęła się, lekko zaskoczona.
- Nikt nigdy nie robi niczego bezinteresownie - ciągnęła Anna. - Każdy wybór, jakiego dokonujemy, przynosi nam bezpośrednią bądź pośrednią korzyść. Nawet jeśli jakiś uczynek wygląda na ofiarę, alternatywa byłaby w jakiś sposób nie do zniesienia. Gdybym nie pomogła, nie mogłabym zasnąć, a potrzebuję snu.
Szare oczy zakonnicy przesuwały się po twarzy Anny w poszukiwaniu jakiejś wskazówki, która wyjaśniałaby tę osobliwą i niepokojącą filozofię.
- U młodej kobiety taki cynizm nie prezentuje się najlepiej.
- Być może. Ale u lekarza i chirurga jest nieodzowny. - Anna złagodziła ton uśmiechem.
Po chwili zakonnica stwierdziła:
- Proszenie panią o pomoc było błędem. Więcej tego nie zrobię.
- Tak byłoby prawdopodobnie najlepiej - zgodziła się Anna. - Ale i tak przyjadę i dopilnuję, żeby wszyscy zostali zaszczepieni.
Siedzący ławkę dalej Giacomo Mezzanotte i Rosa Russo żywo dyskutowali. Wciśnięci między nimi siedzieli Tonino i Lia, a Rosa wciąż trzymała na rękach niemowlę.
Ten człowiek wydawał się Annie jakoś znajomy, chociaż była pewna, że nigdy wcześniej go nie spotkała. Kiedy pochylił głowę w kierunku dziewczynki, zdała sobie sprawę, że wygląda jak lekarz wysłuchujący opowieści pacjenta i rozważający każdą informację - nie dlatego, że podejrzewał kłamstwo, ale ze względu na ton jej głosu i ekspresję mówiące mu więcej, niż mógłby się dowiedzieć z jej słów.
To była kuriozalna myśl. Wciąż miał na sobie robocze ubranie, mógł być cieślą, kamieniarzem albo nawet zwykłym robotnikiem fabrycznym, ale w przeciwieństwie do większości znanych jej mężczyzn miał talent do rozmawiania z dziećmi, co prawdopodobnie znaczyło, że sam jest ojcem albo że dorastał wśród licznego rodzeństwa. Albo jako sierota...
Spojrzał na nią zza ramienia, jakby wyciągnęła rękę i przyjaźnie klepnęła go w plecy. Uniósł jedną brew. W jakiś sposób zrozumiał jej niewypowiedziane pytania.
Anna lekko pokiwała głową. Kiedy odwrócił się z powrotem do dzieci, zadała siostrze Mary Augustin pytanie które od pewnego czasu cisnęło się jej na usta.
- Na jakiej farmie będzie pracował Santino Bacigalup?
Ale pan Mezzanotte ją usłyszał. Znowu się do niej odwrócił, przekładając łokieć przez oparcie ławki, żeby móc zwrócić się bezpośrednio do niej. Miał bardzo głęboki i dźwięczny głos, ale i tak musiał mówić głośniej, żeby dało się go usłyszeć.
- Wysłałem go do moich rodziców. Są ogrodnikami i pszczelarzami. Mają pasiekę, ule dla pszczół.
Anna zdławiła chęć poinformowania go, że wie, co to pasieka, i nie trzeba wykładać jej definicji tego terminu. Było to o tyle łatwiejsze, że w jej głowie aż roiło się od kolejnych pytań. Zastanawiała się, co sprowadzało tego człowieka na Manhattan, skoro pracował na farmie w New Jersey. I dlaczego jego sposób wysławiania się pasował do osoby wykształconej do pracy innej niż uprawa roli?
- Widzę, że nie przedstawiłam pana odpowiednio - wtrąciła sucho siostra Ignatia. - Doktor Savard, oto sierżant Mezzanotte. Z wydziału dochodzeniowego nowojorskiej policji - zaciskała szczękę, jakby musiała ugryźć każde słowo, zanim pozwoliła mu wybrzmieć.
To była dla Anny niespodzianka, ale teraz wszystko nabierało sensu. Mężczyzna miał w sobie naturalny autorytet i bił od niego skromny profesjonalizm. Brakowało mu poczucia wyższości, jakie spotykała u policjantów, z którymi miała okazję zetknąć się w pracy.
- Wydawało mi się, że większość policyjnych detektywów to Irlandczycy.
Posłał jej uśmiech, co całkowicie zmieniło kształt jego twarzy. Szeroki, szczery, ciepły uśmiech, który przypominał Annie dotyk.
- To prawda, policja składa się głównie z Irlandczyków.
- Tak jak izba lekarska składa się głównie z mężczyzn - dodała siostra Ignatia, co zamknęło dyskusję.
Anna wyraźnie czuła, że starsza zakonnica lubi sierżanta i ma o nim wysokie mniemanie. Mało tego - siostra Ignatia wydawała się uważać, że trzeba go przed lekarką chronić. Mogła uspokoić zakonnicę zapewnieniem, że nie interesuje się sierżantem i że nigdy nie nauczyła się flirtować bez zażenowania. Przez głowę przemknęła jej myśl, że teraz żałuje braku tej umiejętności, bo chętnie zobaczyłaby reakcję siostry Ignatii na jej flirt z policjantem.
Te rozmyślania przerwała uwaga siostry Mary Augustin.
- Cieszę się, że pan sierżant tutaj jest i może wszystko wyjaśnić tej małej. Przygotować ją. Z takimi rzeczami trudno sobie poradzić, kiedy spadają na nas z zaskoczenia.
Anna skierowała uwagę na rodzeństwo Russo. Mimo szczerych chęci Rosy dzieci zostaną rozdzielone. W sierocińcach panował podział na płeć, więc ona i jej siostra będą umieszczone w jednym miejscu, a ich bracia w innym. Kobieta dobrze wiedziała, że dorośli najprawdopodobniej okłamią dziewczynkę, żeby uniknąć większych problemów przy ich rozdzielaniu. Powiedzą jej, że niedługo zobaczy swoich braci.
Ludzie karmili dzieci kłamstwami, tak jak karmili je bajkami, całkowicie ufając, że nastąpi w nich zawieszenie niewiary. Jednak Rosy Russo nie da się tak łatwo wywieść w pole. Anna zastanawiała się, czy dziewczynka wpadnie w furię, zacznie błagać lub płakać, czy zachowa godność, żeby ochronić pozostałą trójkę, za którą czuła się odpowiedzialna. Jedno było pewne: Rosa nie podda się bez walki.
Urzędnicy Departamentu Zdrowia, mężczyźni w średnim wieku o bujnym zaroście, czekali już w doku. Grymas niezadowolenia na ich twarzach widać było z daleka. Anna ruszyła szybkim krokiem, z nikim się nie żegnając.
***
Po czterech latach nauki w nowojorskiej Szkole Medycznej dla Kobiet i kolejnych czterech spędzonych w różnych klinikach, szpitalach, przytułkach i sierocińcach na Manhattanie Sophie Elodie Savard uzyskała stopień doktora medycyny. A jednak kiedy otworzyły się przed nią drzwi drewnianego domu przy Charles Street, stojącemu w nich człowiekowi przedstawiła się, nie podając żadnego tytułu.
Archer Campbell z czupryną zmierzwionych rudych włosów i delikatną, niemal przezroczystą skórą był drobnym człowiekiem z gatunku tych, co nigdy nie przytyją, bez względu na to, ile by nie jedli. Jego dłonie, szerokie i szorstkie jak u gospodarza, były poplamione atramentem.
Mężczyźni zwykle są zdenerwowani, rozkojarzeni bądź mimo wszystko opanowani, kiedy ich żony rodzą, ale pan Campbell sprawiał wrażenie poirytowanego. Zmarszczył brwi na wieść o tym, że lekarz, któremu płacił, nie przyjdzie. Zamiast niego pojawiła się kobieta, w dodatku wolna kolorowa kobieta, jak nauczono Sophie o sobie myśleć, kiedy dorastała w Nowym Orleanie. Kobieta sprawiająca wrażenie profesjonalistki, elokwentna i patrząca ludziom prosto w oczy.
Pan Campbell na pewno zatrzasnąłby jej drzwi przed nosem, gdyby jego ciekawości nie wzbudziła karteczka, którą wyjęła Sophie. Notka widniejąca pod nagłówkiem nowojorskiego Szpitala dla Kobiet była tak krótka, że wydawała się niemal szorstka:
Drogi Panie,
Panna Savard przychodzi w moim zastępstwie, zatrzymały mnie sprawy, na które nie mam wpływu. Jest znakomitą, doświadczoną lekarką, a liczy sobie jedynie połowę mojego honorarium.
Doktor Frank F. Heath
Jęki dochodzące z domu, treść karteczki i obietnica niższego honorarium jak zwykle otworzyły przed nią drzwi. Sophie spojrzała na dorożkarza, który ją przywiózł. Zapłaciła mu, żeby zaczekał godzinę, na wypadek gdyby musiała posłać po pomoc - ale nie zdziwiłaby się, gdyby zniknął po chwili, a wtedy po pomoc musiałaby posłać samego pana Campbella. Wyobraziła sobie jego obrażoną minę i niemal niewidocznie się uśmiechnęła.
Dom był mały, ale pięknie utrzymany, sprzęty na swoim miejscu, wszystko wypucowane, w oknach świeżo wyprane zasłony. Kiedy Sophie zaczęła się krzątać, mąż jej pacjentki huczał na nią albo mamrotał coś pod nosem, spoglądając co rusz na zegar na kominku i przechadzając się tam i z powrotem z cygarem w ustach. Nie pozwolił jej zamknąć drzwi do pokoju, w którym rodziła jego żona, więc widziała go za każdym razem, gdy patrzył w ich kierunku. Lekarka zastanawiała się, co jest powodem jego rosnącego poirytowania: fakt, że jego żona rodziła, czy to, że nie miał gdzie spać.
- Z pierwszą trójką nie miała kłopotu. - Jego słowa zatrzymały Sophie w przejściu kilka godzin później. - Dlaczego teraz to tak długo trwa?
- Dziecko jest duże - odpowiedziała. - Ale pańska żona jest silna, a dziecko ma stabilne tętno. Poród zabierze po prostu więcej czasu, niż się pan spodziewał.
Odczuła ulgę, kiedy wreszcie poszedł do pracy.
- Nigdy nie chciałam doktora Heatha. Jest taki nieprzyjemny - powiedziała pani Campbell. Jej akcent przypominał Sophie Nową Anglię: samogłoski wypowiadała szybko i połykała literę "r". - Chciałam, żeby była tu położna, ale pan Campbell... - Rzuciła spojrzenie w kierunku drzwi, ale wciąż mówiła szeptem. - Pan Campbell uważa, że żona kogoś o jego pozycji musi mieć lekarza.
Ponieważ na takie dictum nie można było w żaden sposób odpowiedzieć, Sophie zapytała o powijaki, szmatki i miednicę.
- Dziwnie pani brzmi - powiedziała pani Campbell - nie po amerykańsku.
- Moim rodzimym językiem jest francuski.
- Moim też.
Sophie odwróciła się do niej zaskoczona.
- Urodziłam się i wychowałam w Benedikcie, w stanie Maine - wyjaśniła pani Campbell. - Mieszka tam wielu frankofonów, ale przeprowadziłam się do Bangor, kiedy miałam piętnaście lat, i zaczęłam mówić po angielsku.
- Ja przyjechałam tu z Nowego Orleanu jako dziecko. - Sophie miała nadzieję, że nasilające się skurcze odciągną uwagę jej pacjentki od tego tematu, ale kiedy tylko minęły, pani Campbell znowu go podjęła.
- Nigdy nie widziałam kogoś o podobnym kolorze skóry. A pani oczy mają taką osobliwą zieloną barwę...
- Jestem wolną kolorową kobietą - przerwała jej Sophie. - Moi dziadkowie byli Francuzami, pochodzili z plemienia Seminoli z Afryki, ale nigdy nie byłam niewolnicą - dodała w odpowiedzi na puste spojrzenie pani Campbell, która teraz zacisnęła usta.
- Nie biała - głośno zastanawiała się Campbell - ale pani włosy... Jest nazwa dla osób takich jak pani, ale jakoś nie mogę...
- Byłam wtedy bardzo mała - przerwała jej Sophie. - Z Nowego Orleanu nie pamiętam prawie nic.
Co nie było prawdą. Miała skończone dziesięć lat, kiedy wyprowadziła się z miasta, w którym przyszła na świat, i dobrze pamiętała zapach morskiej wody i bugenwilli, zimno posadzki pod stopami, kiedy bawiła się na dziedzińcu, oraz dziecięce wyliczanki wciąż przychodzące jej na myśl w chwilach zmęczenia. Pamiętała brzmienie głosu ojca i sposób, w jaki odchrząkiwał, zanim powiedział coś, co według niego rozbawi jego córkę. Pamiętała ton matki, kiedy była szczęśliwa i zmartwiona, i wtedy, gdy stwierdziła, że ma dość pracy i chce podróżować razem z Sophie. Pamiętała żonę piekarza przybyłą z wysp i jej opowieści o Iwie z Saint-Domingue, a także Hiacyntę, która miała tylko trzy zęby, ale królowała w kuchni i jednym spojrzeniem potrafiła sprawić, że służba trzęsła się ze strachu.
Pamiętała promień światła, który padał na jej łóżko, kiedy budziła się rano.
Pamiętała wojnę, pamiętała, jak trzęsła się ziemia, a powietrze zdawało się krzyczeć. Pamiętała dzień, kiedy minęło najgorsze i nie było już nikogo i niczego, kiedy pani Jamison przyjechała zabrać ją z domu. Weszły na pokład parowca Królowa Ester zacumowanego przy brzegach wielkiej, błotnistozielonej rzeki Mississippi, a Sophie patrzyła, jak miasto powoli chowa się i znika, kiedy parowiec odpływał.
Nie chciała dzielić się swoimi wspomnieniami z panią Campbell. Ludzie, zwłaszcza biali, urodzeni i wychowani na Północy, nie rozumieją, nie mogą zrozumieć, czym wtedy był Nowy Orlean. Sophie sama ledwie to rozumiała. Jej niechęć do odpowiadania na pytania wzbudziła podejrzliwość pacjentki. Między skurczami wypytywała, jak długo Sophie była położną i przy ilu porodach asystowała. Między jej brwiami pojawiła się bruzda świadcząca o nieufności.
- Mam nadzieję, że pani naprawdę ma kwalifikacje. Doktor Heath nie przysłałby nikogo niekompetentnego.
- Tak - odpowiedziała Sophie, niezdolna ukryć ostrego tonu. - Jestem w pełni wykwalifikowanym lekarzem.
Zapadła cisza. Pani Campbell była wyraźnie zaskoczona.
- Ależ moja droga - powiedziała po chwili drwiąco. - Pani sama w to nie wierzy.
Sophie mogła wyrecytować imiona i nazwiska siedmiu czarnoskórych kobiet, które przed nią ukończyły szkoły medyczne w Filadelfii i w Nowym Jorku, ale na nic by się to nie zdało, nie uwolniłaby pani Campbell od jej upartej ignorancji, tak jak nie mogła jej uwolnić od bólów porodowych. Zamiast tego powiedziała:
- Zrobię pani herbaty, żeby pomóc temu dziecku przyjść na świat.
***
Późnym rankiem Sophie ułożyła w ramionach matki dużego, płaczącego wniebogłosy chłopca o rudych loczkach. Wciąż ciężko dysząc, pani Campbell osunęła się na poduszki i zamknęła oczy.
- To silny, zdrowy chłopczyk - powiedziała Sophie. - Czujny i pełen wigoru.
- Ohydnie tłusty - odparła oschle jego matka. - Chciałam dziewczynkę.
Niemowlę ułożyło się wygodnie i odnalazło sutek. Jego matka wygięła się w łuk, jakby chciała pozbyć się szkodnika, i wydała odgłos obrzydzenia.
Kiedy Sophie zajęła się łożyskiem, pani Campbell leżała ze wzrokiem wbitym w sufit, nie zwracając uwagi na niemowlę przy jej piersi. Lekarka otworzyła okno, z zewnątrz dobiegały odgłosy ulicy charakterystyczne dla zapracowanego poniedziałkowego poranka. Wozy, wózki, omnibusy, ostrzyciele noży i handlarze rybami naganiający klientów, wiatr targający cherlawymi jabłonkami, które porastały prawie cały ogródek za domem. Nieopodal jakiś pies szczekał ostrzegawczo.
Sophie nuciła pod nosem, kiedy kąpała niemowlę, oczyszczała jego pępek i zawijała je w powijaki. Było ciężkie, gorące i pełne życia, ale jego matka widziała w nim jedynie brzemię. Kiedy kładła je z powrotem w ramiona pani Campbell, widziała, jak po jej policzkach na poduszkę spływają łzy.
Kobiety płaczą po porodzie z różnych przyczyn. Z radości, ulgi, podekscytowania, przerażenia. Łzy pani Campbell nie płynęły z żadnego z tych powodów. Była wyczerpana, sfrustrowana i stała na krawędzi tego ciemnego miejsca, do którego świeżo upieczone matki czasami udawały się na kilka dni czy tygodni. Niektóre nigdy z niego nie wracały.
- Nie lubię płakać - zakomunikowała w stronę sufitu. - Pomyśli pani, że jestem słaba...
- Nic podobnego - odpowiedziała Sophie. - Wyobrażam sobie, jak musi być pani zmęczona. Czy nie ma pani sióstr lub krewnych, którzy mogliby panią wesprzeć? Czworo małych dzieci i prowadzenie domu to za dużo jak na jedną osobę.
- Archer mówi, że jego matka wychowała sześciu chłopców i nigdy nie pomagała jej żadna inna kobieta. Powiedział mi tak, kiedy starał się o moją rękę, jeszcze w domu moich rodziców. Żałuję, że wtedy tego wszystkiego nie przemyślałam. Wciąż pracowałabym na poczcie w Bangor. Z gałązką forsycji przypiętą do kołnierzyka bluzki.
Jedyne, co Sophie mogła dla niej zrobić, to jej wysłuchać.
- A najgorsze jest to, że on sam chce mieć sześciu synów. Rywalizuje w tej dziedzinie ze swoimi braćmi i obawiam się, że nie ustąpi. Będzie zmuszał mnie do rodzenia, aż będzie mu dość. Albo aż umrę.
Sophie pracowała, a pani Campbell opowiadała jej rzeczy, które za kilka godzin wstydziłaby się powtórzyć. Jeśli zachowa milczenie, świeżo upieczona matka będzie mogła zapomnieć o wyszeptanych sekretach - i o tym, komu się zwierzała.
Pani Campbell powoli odpływała w zasłużony sen, kiedy nagle oprzytomniała.
- Czy słyszała pani o doktor Garrison?
Sophie cieszyła się, że w tym momencie stała do niej plecami - mogła ukryć swoje zaskoczenie.
- Tak - odparła. - Śledziłam tę historię w prasie.
Zapadła długa cisza. Kiedy się odwróciła, pani Campbell powiedziała:
- Jeśli jest pani lekarzem, czy mogłaby pani...
- Nie - przerwała jej Sophie. - Przykro mi.
Pani Campbell usłyszała w jej głosie jedynie żal, więc pociągnęła temat bardziej zdecydowanie.
- Następne dziecko mnie zabije, wiem to. Mam odłożone pieniądze...
Zanim Sophie odwróciła się do pacjentki, przybrała bezkompromisową minę.
- Prawo zabrania mi nawet rozmawiać z panią na temat antykoncepcji i podobnych rzeczy. Nie mogę podać pani ani nazwiska, ani adresu. Jeśli zna pani sprawę doktor Garrison, to wie pani, że poczta nie jest bezpieczna.
Pani Campbell zamknęła oczy i przytaknęła.
- Wiem o tym - powiedziała. - Oczywiście, że wiem. Pan Campbell mnie w tym upewnia.
Sophie przełknęła ciężko, przypominając sobie, o jaką stawkę toczyła się gra.
Kiedy już sprowadzono z promu wszystkie dzieci, Mary Augustin odetchnęła z ulgą na widok trzech czekających na nich omnibusów. Jeszcze bardziej cieszył ją fakt, że na wybrzeżu czekały również cztery siostry zakonne, by pomóc im przy prawie trzydzieściorgu przerażonych, nieszczęśliwych dzieci. Dziesięcioro sierot i dwie siostry na omnibus - to było wykonalne. Siostra Ignatia była pod wieloma względami trudną osobą, ale nie miała sobie równych, jeśli chodziło o planowanie i organizację.
Mary Augustin przykucnęła, żeby dodać otuchy drżącemu, zalanemu łzami sześciolatkowi o imieniu Georgio. Z promu wolniutkim krokiem schodził starszy mężczyzna, a gdy tylko znalazł się na stałym lądzie, usiadł tam, gdzie stał, i zaczął wachlować się kapeluszem. Na jego skroniach szkliły się kropelki potu, a twarz miał poszarzałą. To mogła być zwykła choroba morska - ale też coś znacznie poważniejszego. Mary Augustin starała się przyciągnąć uwagę siostry Ignatii, ale w tej samej chwili w tłumie ludzi czekających na wejście na kolejny prom wywiązała się jakaś sprzeczka.
Dwóch muskularnych robotników portowych stało ze sobą nos w nos, wykrzykując coś do siebie. Obaj byli ewidentnie pijani. Padły ciosy, a gapie zeszli im z drogi, niektórzy śmiejąc się, inni zdegustowani całą sytuacją. Tymczasem starszy mężczyzna wciąż siedział na swoim miejscu, wachlował się i próbował złapać oddech. Mary Augustin podzieliła uwagę między sieroty, które starała się odsunąć jak najdalej od całego zdarzenia, a staruszka, który właśnie mógł przechodzić atak serca, więc była w stanie obserwować rozwój wydarzeń tylko kątem oka.
Jeden z robotników pchnął drugiego z wielką siłą, ten zrobił kilka chwiejnych kroków do tyłu, a na jego twarzy odmalował się wyraz niemal komicznego zaskoczenia. Gapie odskakiwali, uciekając spoza zasięgu jego tnących powietrze ramion, ale wyglądało na to, że stracił impet, kiedy jego stopy zaplątały się w czyjś płócienny worek. W ostatniej desperackiej próbie odzyskania równowagi rozpostarł ramiona, z których jedno uderzyło Salvatore Ruggerio, dopiero co osieroconego jedenastolatka, który podszedł bliżej, by lepiej widzieć walkę.
Mężczyzna i chłopiec spadli tyłem z krawędzi doku. Na sekundę zapanowała całkowita cisza, a potem tłum oszalał. Siostra Ignatia krzyczała, brzmiąc pośród tłumu jak walkiria:
- Zabierzcie stąd dzieci! Zabierzcie je!
Mary Augustin zawahała się i odwróciła, by zobaczyć, jak trzech mężczyzn, z których jeden miał na sobie długi granatowy płaszcz patrolowego, wskakuje do wody. Dostrzegła też, jak starszy człowiek, o którego stan zdrowia się obawiała, podrywa się na równe nogi niczym młokos, żeby lepiej widzieć rozgrywający się dramat.
***
Jeden z omnibusów już odjechał, więc szybko usadziła swoich podopiecznych w drugim, zachowując przy tym możliwie największy spokój. Wahała się, czy nie wrócić do doku, gdzie mogła być potrzebna, kiedy zobaczyła siostrę Ignatię maszerującą w jej stronę. Starsza zakonnica chwyciła ją za łokieć i zawróciła.
Była zaczerwieniona na twarzy, ale miała równy oddech.
- Chłopiec uderzył się w głowę. Ten oficer - wskazała brodą na mężczyznę w granatowym płaszczu - chce, żeby on i ten zapijaczony idiota pojechali trzecim omnibusem do Świętego Vincenta - przerwała, jakby w głowie na chwilę zaświtała jej niechciana myśl, a potem jak zwykle energicznie krzyknęła:
- Panie władzo! Zabierzemy chłopca do Świętego Vincenta - i nigdzie indziej! Czy pan mnie rozumie?
Patrolowy, który mógłby być wnukiem siostry Ignatii, przełknął głośno ślinę i skinął głową, ale ona już zdążyła skierować uwagę z powrotem na Mary Augustin.
- Więc musi siostra wsadzić resztę dzieci do tego omnibusu. Siostra Konstancja też pojedzie z wami, jakoś się zmieścicie. A ja zobaczę, co z... - zawahała się.
- ...Salvatorem Ruggerio.
- Ruggerio - powtórzyła siostra Ignatia. - Dam znać, gdy pomówię z lekarzami. A teraz proszę zabrać stąd te sieroty. Wystarczająco dużo widziały w swoim życiu.
***
W omnibusie przed Mary Augustin stanęła Rosa Russo. Walczyły w niej gniew, smutek i rozczarowanie, ale to wzburzenie ostatecznie wzięło górę.
- Moi bracia - powiedziała. - Zabrali moich braci.
Rozłączenie rodzeństwa było nieuniknione, ale gdyby nie chaos w doku, sprawę załatwiono by delikatniej.
- U Świętego Patryka są dwa budynki - odpowiedziała Mary Augustin. - Jeden dla chłopców, a drugi dla dziewczynek. Budynek dla chłopców jest w zasięgu wzroku, będziesz widziała, gdzie są twoi bracia.
Odkąd znalazła się w ochronce dla sierot, bardzo często zdarzało jej się widzieć dzieci w podobnej sytuacji. Częściej, niż chciała pamiętać. Niektóre były zbyt apatyczne, żeby w ogóle reagować na rozłąkę, inne załamywały się lub poddawały. Ale Rosa nie dawała za wygraną. Nie pozwoliła spłynąć po policzkach szklącym sie w jej oczach łzom. Wydawało się, że walczy ze sobą, by coś powiedzieć albo raczej, żeby czegoś nie powiedzieć.
- Chodź, usiądź obok mnie - zaproponowała Mary Augustin. - Odpowiem na twoje pytania najlepiej, jak tylko potrafię.
Ale Rosa wróciła na swoje miejsce obok młodszej siostry, które dzieliły z innymi dziewczynkami. Zakonnica zdała sobie sprawę, że omnibus skręcił z Christopher Street w Waverly Place. Zastanawiała się, czy woźnica wie, dokąd ma ich zawieźć, kiedy jej oczom ukazał się park przy Placu Waszyngtona. Chwiejnym krokiem - pojazd podskakiwał na kostce brukowej - dotarła na kozioł.
Omnibusem powoził niemal chłopiec, ale wprawnie radził sobie z końmi i nie poczuł się urażony jej pytaniem.
- Te małe trzeba trochę uspokoić - powiedział, nie spuszczając oczu z drogi i ruchu ulicznego. - Pomyślałem, że wybiorę drogę przez park, żeby nieco odwrócić ich uwagę od tej sprawy przy promie.
Było to coś, czego Mary Augustin jeszcze nie rozumiała: jak to możliwe, że jedni mieszkańcy miasta są tak grubiańscy i prymitywni, a inni okazują bliźnim niezwykłą troskę i szczodrość? Podziękowała woźnicy i wróciła na miejsce, dając znać siostrze Konstancji, że wszystko jest w porządku.
I rzeczywiście: niepokój dzieci znacznie zmalał. Stłoczone wyglądały przez okna i wskazywały paluszkami na rzeczy, których nie umiały nazwać. Z pewnym wysiłkiem siostra zakonna starała się podawać im włoskie nazwy tego, o co pytały.
Wskazywały drzewa, alejki, dzieci w wózkach i domy stojące wzdłuż Waverly Place - wysokie budynki z czerwonej cegły. Dzieciom, które dorastały w ubogich kamienicach, musiały wydawać się pałacami.
Rosa Russo chciała wiedzieć, jacy ludzie mieszkają w takim miejscu, czy są to królowie i królowe.
- To zwykli ludzie - odpowiedziała jej Mary Augustin. - Rodziny.
Rosa zmrużyła oczy i zapytała:
- Czy zna siostra którąś z tych rodzin?
Mary stłumiła uśmiech, który cisnął jej się na usta.
- Nie, żadnej z tych domów... Ale tam dalej, wzdłuż ulicy - wskazała na Waverly Place. - Widzisz ten budynek z wieżyczkami?
- Kościół - odpowiedziała Rosa.
Mary Augustin była pewna, że to nie kościół, ale nie wiedziała też, czemu może służyć tak imponujący budynek. Woźnica uratował ją z opresji, rzucając przez ramię:
- To budynek Uniwersytetu Nowojorskiego - powiedział. - Podobny do kościoła, trzeba przyznać.
- Rosa - Mary Augustin zwróciła się do dziewczynki - znam kogoś, kto mieszka tuż obok, naprzeciwko. I ty też znasz tę osobę. To doktor Savard, która zbadała cię, zanim weszliśmy na prom. Mieszka z ciotką i kuzynką tuż za budynkiem Uniwersytetu, w domu z aniołami wyrzeźbionymi wokół drzwi i z dużym ogrodem, tak dużym, jak sam dom. I ma altankę. I kury.
Kiedy Rosa tłumaczyła słowa Mary Augustin na włoski, wszystkie dzieci słuchały jej w kompletnej ciszy. Kiedy skończyła, posypał się istny grad pytań. Zakonnica odpowiadała na nie, Rosa tłumaczyła, a konie wolno ciągnęły powóz w cieniu drzew uginających się pod ciężarem pąków gotowych na powitanie słońca.
***
Oficer dyżurny rezydujący pod numerem 333 przy ulicy Mulberry spojrzał na Jacka Mezzanotte spod gąszczu siwiejących brwi i powiódł spojrzeniem od jego kilkudniowego zarostu po wypolerowane na błysk buty i z powrotem. Następnie potrząsnął głową jak nauczyciel cierpiętnik.
- Lepiej niech pan się pospieszy, Mezzanotte. Zaraz zaczną bez pana.
- Musiałem się przebrać - rzucił przez ramię Jack. Biegł po schodach, pokonując dwa stopnie naraz. Naprawdę powinien był zajrzeć do fryzjera - przesunął dłonią po szczecinie na twarzy - ale lepiej nieogolony niż spóźniony.
Zatrzymał się i poświęcił chwilę, żeby poprawić kołnierzyk, a następnie wślizgnął się na tyły sali, gdzie siedziało trzydziestu detektywów nowojorskiej policji, jak zawsze ignorując ludzi z przodu sali.
Zajął miejsce w ostatnim rzędzie obok swojego partnera. Oscar Maroney hołdował pewnej zasadzie, od której Jackowi nigdy nie udało się go odwieść: na komisariacie lepiej się nie wychylać. Niewidzialność to cnota. Ale dziś Maroney złamał swoje zasady, ponieważ jego twarz była daleka od neutralnego wyrazu. Oscar nie był po prostu niezadowolony - był tak niezadowolony, że nie potrafił tego ukryć.
- Przygotuj się, Jack - kiedy zechciał, Maroney potrafił zdławić, złagodzić lub przywołać swój irlandzki akcent, który teraz bulgotał tuż pod powierzchnią. - Comstock szuka ofiar. Przepraszam, chciałem powiedzieć: ochotników - zmarszczył swój pokaźnych rozmiarów nos, jednocześnie podnosząc wargi, co sprawiło, że jego wąsy podskoczyły. Dysponował całym arsenałem obrażonych, gniewnych, oskarżycielskich i karcących min, a teraz sięgnął po kilka z nich.
Jack skupił uwagę na tym, co działo się z przodu sali: oparty o ścianę kapitan skrzyżował ramiona na piersi, trzymając nisko podbródek. Centralny punkt zajmował obiekt nienawiści Oscara - Anthony Comstock, ubrany tak jak zawsze, bez względu na porę roku, czyli w czarny wełniany "księżowski" garnitur.
Inspektor pocztowy był przysadzistym mężczyzną z bujnymi bokobrodami, które jeżyły się na jego twarzy jak szczecina na pysku dzika. Czubek jego głowy lśnił blado, małe usta rysowały się mocno jak kobiece. Krytyczne spojrzenie sprawiało, że przypominał agresywnego kogucika z rozbieganymi oczkami, w każdej chwili gotowego przelać krew dla ochrony swojego stadka kurek. Był despotą pierwszej wody, najgorszym, jakiego Jackowi dane było poznać na swojej ścieżce zawodowej, gdzie aż roiło się od podobnych osobowości.
Baker uderzył w ścianę, żeby zgromadzeni zaczęli słuchać go w skupieniu, a Comstock odrzucił do tyłu ramiona i podniósł ręce jak dyrygent w orkiestrze.
- Moje nazwisko i funkcja są panom dobrze znane - zaczął. - Jestem Anthony Comstock, starszy inspektor w Towarzystwie na Rzecz Walki z Występkiem i agent specjalny z ramienia urzędu pocztowego mianowany przez Generalnego Naczelnika Poczty Państwowej zasiadającego w gabinecie prezydenta. Przybyłem tu, żeby przemówić do panów - jako oficerów prawa - w sprawie najwyższej wagi.
Zrobił potężny wdech, który wydął mu policzki, a następnie, sycząc, wypuścił powietrze.
- Każdy bogobojny, myślący człowiek wie, że żądza jest serdecznym kompanem każdej zbrodni. W swej nieskończonej mądrości Kongres tego wspaniałego kraju nadał mi uprawnienia do walki z publikowaniem, propagowaniem, rozpowszechnianiem, kolportowaniem, sprzedażą, wypożyczaniem i posiadaniem sprośnych i obrazoburczych materiałów. Wszyscy panowie doskonale wiecie, o jakiego rodzaju materiałach mówię. Mówię o... - tu przerwał i uniósł brwi, jakby miał nadzieję, że ktoś zaprzeczy. W tym momencie Jack zauważył niewielką skrzynkę stojącą na biurku obok Comstocka, na którym ten położył pięść, jakby nie chciał, żeby wypełzło z niej jakieś robactwo.
- Jego osobista skrzynia skarbów - skomentował cicho Maroney, podążając za wzrokiem Jacka. - Bracia Larkin chcą za wszelką cenę położyć na niej łapę, zanim on wyjdzie z budynku.
W policji służyło pięciu braci Larkin, dwóch z nich w stopniu sierżanta w wydziale dochodzeniowym. Tego dnia siedzieli w pierwszym rzędzie. Byli dobrymi policjantami, ale też wziętymi żartownisiami, dla których nie było świętości. Te ciągoty kosztowałyby ich wiele przyjaźni, gdyby z taką samą lubością nie praktykowali żartów na sobie nawzajem. Niestety nie sposób było o nich powiedzieć, żeby trzymali się z dala od korupcji...
Rzecz jasna największych oszustw dopuszczał się Comstock. Co więcej, był złośliwy, mściwy i podły do szpiku kości. Jack nie mógł mieć za złe braciom Larkin, że planują przywłaszczyć sobie coś, co należało do Comstocka.
Tymczasem inspektor mówił dalej.
- Moim zadaniem jest również rekwirowanie wszelkich instrumentów i medykamentów, które mogłyby uniemożliwić poczęcie bądź posłużyć aborcji. Skonfiskowałem przedmioty od ulotek informacyjnych do gumowych rekwizytów stworzonych w niemoralnych celach. Kara dla dopuszczających się tego procederu jest surowa. Każdemu, kto bierze w nim udział, grozi wyrok od sześciu miesięcy do pięciu lat ciężkich robót i grzywna do dwóch tysięcy dolarów.
Przerwał i rozejrzał się po sali. Większość brygady patrzyła na niego, jakby była głucha i nie usłyszała ani słowa z tego, co mówił, a niektórzy - w tym Maroney - otwarcie okazywali mu pogardę.
- W ostatnich latach my, agenci Nowojorskiego Towarzystwa na Rzecz Walki z Występkiem, przejęliśmy i zniszczyliśmy ponad dwadzieścia pięć ton sprośnych traktatów i fotografii, książki o łącznej wadze sześciuset funtów, około dwudziestu tysięcy diaskopowych przeźroczy, prawie sto tysięcy gumowych rekwizytów, sześćset talii nieprzyzwoitych kart, czterdzieści tysięcy funtów afrodyzjaków oraz osiem ton materiałów przeznaczonych do gier hazardowych i loterii - ponownie rozejrzał się po sali, ale nie znalazł uznania, które w jego mniemaniu mu się należało. Nerwowo zakaszlał i kontynuował w bardziej ponurym tonie.
- Jestem tu dziś, aby rekrutować detektywów, którzy pomogą w zwalczaniu epidemii przetaczającej się przez ten kraj. Rozpowszechniają ją sami medycy, i to nie jedynie szarlatani czy ludzie niskiego stanu, o nie! Lekarze, pielęgniarki, aptekarze i położne dostarczają informacji i wskazówek dotyczących metod antykoncepcyjnych każdej kobiecie, która o nie poprosi. Co gorsza, bez skrupułów i poczucia wstydu sprzedają też strzykawki, gumowe kapturki i tym podobne.
No i są jeszcze ci, którzy przeprowadzają aborcje. Dotąd byłem w stanie doprowadzić przed oblicze sprawiedliwości jedynie niewielki odsetek tych zbrodniarzy. Walka z nimi to powolny proces. Niestety... Musimy poprawić nasze wyniki w tym zakresie, korzystając ze wszelkich dostępnych nam środków. - Uśmiechnął się złowieszczo, wyraźnie zadowolony z siebie. - Na pewno pamiętają panowie madame Dubois.
Wcześniej Jack odpłynął myślami, ale na wzmiankę o madame Dubois ponownie skupił uwagę na Comstocku, który teraz zaczepił kciuki o klapy swojego płaszcza i kołysał się lekko w przód i w tył z wyrazem samouwielbienia na twarzy.
- Zamiast oddać się w ręce sprawiedliwości - kontynuował - Dubois palnęła sobie w łeb, oszczędzając nam kosztów procesu. Nie była pierwszym takim grzesznikiem, który sam położył kres swojemu życiu, a gdyby to ode mnie zależało, nie byłaby też ostatnim.
Oscar poderwał się z miejsca:
- I ty śmiesz nazywać się chrześcijaninem, ty świętoszkowata, arogancka, odrzucona przez Boga kupo gówna!
Oscar był dużym mężczyzną o wyglądzie awanturnika, z gatunku tych, co to potrafią wymierzać ciosy, nie czując bólu w złamanych knykciach i poranionym ciele, dopóki burza nie ucichnie. Niższy i drobniejszy Comstock wciąż stał niewzruszony, co potwierdzało jego reputację zawadiaki innego sortu - nosił przy sobie pistolet i lubił go używać.
Baker przerwał scenę, próbując przywołać go do porządku:
- Maroney!
Postawa Oscara rozluźniła się, dzięki czemu Jack miał pewność, że jego kolega nad sobą panuje. Maroney odwrócił się na pięcie i torując sobie drogę między zebranymi oraz soczyście klnąc, wyszedł z sali. Trzasnął drzwiami tak mocno, że aż zadrżały szyby w oknach.
- Czy pan słyszał, co powiedział ten człowiek?! - Comstock warknął na Bakera. - Żądam, aby udzielono mu oficjalnej nagany za użycie wulgarnego języka!
- To jeden z funkcjonariuszy, którzy znaleźli pańską madame Dubois w wannie pełnej krwi - odrzekł Baker. - To był jego pierwszy dzień na służbie. Proszę się streszczać. Nie mamy całego dnia.
Comstock zrobił obrażoną minę, zadrżały mu wargi. Chrapliwym głosem powiedział:
- Tak zrobię, ale proszę nie myśleć, że sprawa jego bluźnierstw i pańskiej reakcji przejdzie bez echa. - Rzucił gniewne spojrzenie w stronę widowni, tak jakby właśnie dawał im ważną lekcję na przyszłość.
- Jak panowie dobrze wiecie - ciągnął - funkcjonariuszom policji nie zawsze udaje się przejrzeć medyków mających za nic prawa ludzkie i boże. Ale ja wierzę, że detektywi są w stanie sprostać temu zadaniu, i chciałbym, żeby wszyscy panowie zgłosili się na ochotnika do pracy w charakterze agentów Towarzystwa na Rzecz...
- Czas, panie inspektorze - przerwał mu Baker.
Comstock obrócił się i spiorunował wzrokiem mężczyznę - kapitana wydziału dochodzeniowego nowojorskiej policji - jakby ten był małym chłopcem przyłapanym na dłubaniu w nosie.
- Panie kapitanie! Zgodził się pan, żebym zwrócił się z apelem do detektywów. Dziś wieczorem odbędzie się zebranie Towarzystwa i nowi ochotnicy powinni się na nim zjawić.
- A ja jasno panu powiedziałem, że nie może pan ich dzisiaj w to angażować. Ponad połowa tych ludzi pracuje na dwie zmiany i żaden z nich aż do jutra nie zobaczy swojego łóżka. Mają zadanie specjalne.
- Zadanie specjalne? Specjalne? Według kogo? Pozwolę sobie przypomnieć panu, panie kapitanie, że Kongres Stanów Zjednoczonych nadał mi uprawnienia...
- Panie Comstock...
- Inspektorze Comstock! Inspektorze! - huknął, opluwając okolicę śliną. - Będzie mnie pan tytułował, jak należy!
- Inspektorze Comstock - ciągnął spokojnie Baker - proszę pozwolić, że odpowiem na pańskie pytania po kolei. Nie wierzę, że nie wie pan, co dzieje się dziś wieczorem na Piątej Alei. Za kilka godzin rozpoczyna się bal kostiumowy u Vanderbiltów. Jedna trzecia wszystkich mundurowych będzie pilnowała tam porządku, a ponad połowa obecnych tu detektywów będzie po cywilnemu patrolowała okolicę. Takie rozkazy przysłali nam burmistrz, gubernator i senatorowie stanowi.
Mięsiste usta Comstocka zadrgały i zmarszczyły się.
- Jakie są pańskie priorytety, kapitanie? Czy przedkłada pan błahe sprawy rozpustnych bogaczy nad dobro młodzieży tego miasta? Zapewniam pana, że ci ludzie nie są potrzebni na Piątej Alei. Gdzie pańskie poczucie moralności?
- Jest w tak samo bezpiecznym miejscu, jak i pańskie - sucho odpowiedział Baker. - A o moich priorytetach decydują zwierzchnicy. Proponuję omówić tę kwestię z nimi, bo ja nie mogę pomóc panu w sprawie pańskiego Towarzystwa.
***
W pokoju detektywów z nogami wyciągniętymi jak dwa ścięte drzewa siedział przygarbiony Maroney. Zza gęstych i lśniących niczym borsucze futro wąsów wystawało mu cygaro.
- Czasami żałuję, że kapitan potrafi zachować zimną krew - powiedział do niego Jack. - Myślę, że przy minimalnym wysiłku byłby w stanie na miejscu doprowadzić do eksplozji głowy Comstocka. Stracona okazja.
- Chciałbym to zobaczyć - cygaro drgało przy każdym słowie Maroneya.
Jack usiadł przy biurku i zaczął przyglądać się stercie papierów, którymi musiał się zająć.
- Jestem pewien, że sprzedalibyśmy wszystkie bilety na spektakl, w którym główną atrakcją byłby widok głowy tego bufona rozpryskującej się w powietrzu jak dynia - powiedział Maroney. - Rozdalibyśmy widowni parasole dla ochrony przed obryzganiem.
- Facet ma przyjaciół, gdzie trzeba... - przypomniał partnerowi Jack.
- Nieprawda - odparł Maroney. - On ma pachołków. Współwyznawców. Nawet wielbicieli. Ale gdyby w kieszeni kamizelki nie nosił tego pistoleciku, a w kieszeni spodni - naczelnika poczty, łatwo byłoby go zgnieść. A tak muszę wciąż z nadzieją wypatrywać dnia, w którym ktoś wpakuje mu kulkę w łeb.
- Zapominasz o YMCA i jego Towarzystwie na Rzecz Walki z Występkiem.
Maroney zamachał cygarem jak magiczną różdżką, sugerując, że byłby w stanie zdławić tak nijakich adwersarzy jednym ruchem.
Właśnie wstawał z krzesła, kiedy drzwi z hukiem otworzyły się na oścież, a do pokoju wpadł Michael Larkin, ściskając pod pachą skrzyneczkę ze sprośnymi fotografiami skonfiskowanymi przez Comstocka.
Nie mówiąc ani słowa, wskoczył na biurko, jedną ręką otworzył wysoko zawieszoną szafkę, a drugą wepchnął do niej skrzyneczkę.
Kiedy w drzwiach stanął funkcjonariusz żółtodziób, Larkin siedział już przy owym biurku, z głową pochyloną nad jakimiś papierami. Dzieciak wsadził głowę do środka.
- Baker chce, żeby przeszukać cały komisariat - powiedział przepraszająco. - Mogę wejść?
Szybko uwinął się ze swoją robotą, rzucając jedynie spojrzenie w kierunku Michaela Larkina, po czym ponownie przeprosił i wyszedł.
Zapadła długa cisza. W końcu Maroney zakaszlał.
- Michael, przyjacielu. Dzisiejszy wieczór nie na służbie?
- Nie - padła odpowiedź. Najstarszy z braci Larkinów uniósł głowę i puścił im perskie oko. - Całkiem nagle zebrało mi się mnóstwo dokumentów do przejrzenia.
- Tak zupełnie nagle? - powątpiewał Jack.
- Spadły mi na głowę, można rzec - kurtuazyjnie zgodził się Larkin. - Czy zechciałbyś na nie zerknąć?
Jack odchylił się do tyłu na krześle i położył nogi na biurku. To był długi dzień, zaczął się o świcie w przydomowej szklarni. Zaczął rozmyślać o promie, srogiej siostrze Ignatii, sierotach i wreszcie o lekarce. Zwracano się do niej per doktor Savard.
Pochylił się nad raportem, który przed nim leżał, ale przed oczami ciągle miał niezwykłe twarze Elizabeth, Mary, Idy, Edith lub Helen. Z szuflady wyciągnął książkę adresową. Przeglądał ją, aż znalazł dwa wpisy: Sophie E. Savard i Liliane M. Savard, obie zameldowane pod tym samym adresem. Kolejna zagadka. Zagadka, którą postara się rozwikłać jak tylko uwolni się od Oscara.
***
Kiedy Plac Waszyngtona znalazł się w zasięgu jej wzroku, Anna uświadomiła sobie, jak bardzo jest zmęczona. Chirurgia była ciężką pracą, wyczerpującą fizycznie i psychicznie, ale nawet najtrudniejszy przypadek medyczny nie był dla niej takim wyzwaniem jak siostra Ignatia i jej gromadka sierot.
Wróciwszy do domu, poczuła, jakby zdjęła płaszcz z kieszeniami pełnymi cegieł. Już gdy zobaczyła budynek majaczący w oddali, napięcie w ramionach i plecach zaczęło ustępować. Czasami utyskiwała na swoją wymagającą pracę, ale przynajmniej mogła odpoczywać w ukochanym domu z ogrodem przy Waverly Place. Podczas rocznego pobytu w Europie całymi dniami pracowała bez wytchnienia, żeby potem zasypiać w obcych domach i w jeszcze bardziej obcych miastach. Nauczyła się tam wiele o chirurgii, ale i o sobie samej - jej miejsce było właśnie tutaj i nigdzie indziej.
Na posesję weszła od tyłu, mijając małą wozownię, stajnię oraz chłodnię, i zatrzymała się w ogrodzie, żeby przywitać się z panem Lee, który równym, wprawnym rytmem przerzucał właśnie ziemię. Pan Lee był poważnym, skrupulatnym i bardzo uczuciowym człowiekiem. Nauczył ją, jak odróżniać chwasty od sadzonek, sznurować buty i jak podkradać kurom jajka, nie narażając się na dziobnięcie. Znał setki ballad, które chętnie recytował albo śpiewał. Z kamienną twarzą uczył ją i Sophie mnóstwa łamańców językowych, co wciąż je bawiło. Anna wiedziała, że jeśli wykaże się cierpliwością, spokojnie zacznie dzielić się z nią swoimi spostrzeżeniami.
Spojrzał w niebo i zawyrokował, że wbrew pozorom "zima jeszcze nie poszła spać" - tak jakby mówił o niedźwiedziu szykującym się do długiego snu. Ze wzrokiem utkwionym w ziemię stwierdził, że ich sąsiedzi, którzy już zaczęli usuwać ściółkę chroniącą rośliny przed mrozem, niedługo będą tego żałować. Przyjdzie jeszcze jeden siarczysty przymrozek i będzie to koniec dla krokusów i delikatnych tureckich tulipanów, które zaczęły wznosić swoje główki ku słońcu, tworząc istny dywan klejnotów pokrywający trawnik i okolice.
Pan Lee rzadko mylił się w kwestii pogody, ale akurat wtedy Anna nie miała do tego głowy. Stała pośrodku ogrodu pewna, że za miesiąc będzie wystarczająco ciepło, żeby usiąść w altance w rozkosznym cieniu kwitnących jabłoni i tulipanowców.
Ogród był jej ukochanym miejscem na świecie. Przed pojawieniem się Sophie, jako mała dziewczynka, miała go tylko dla siebie, dopóki i tego nie odebrała jej wojna. Kiedy ojciec Anny poległ w bitwie, w domu przez większość czasu przebywały wnuki wuja Quinlana i to od nich nauczyła się dzielić zabawkami, książkami i historyjkami, ale też czymś więcej. Wkrótce zaczęła nazywać ciotkę Quinlan babcią, ale latem, kiedy skończyła dziewięć lat, wnuk wuja Quinlana, Isaac Cooper, tylko o rok starszy od niej, postanowił wyprowadzić ją z błędu. Drżącym i wciąż piskliwym głosem wyraził się bardzo jasno: Anna nie ma dziadków, rodziców ani żadnej innej rodziny, a on nie pozwoli, żeby przywłaszczała sobie teraz jego babcię, która może być dla niej jedynie ciotką, nikim więcej.
Anna nie była płaczliwym dzieckiem, które wycofywało się z podwórkowego pola bitwy, kiedy zaczynało się robić nieprzyjemnie. Trzymała nerwy na wodzy, bo zobaczyła wyraz twarzy Isaaca, gdy niecierpliwym ruchem ręki starł cieknące po policzkach łzy. Tłumaczyła sobie, że wcale nie chciał być taki podły, ale za dużo przeszedł... W końcu wojna zabrała mu ojca, dziadka i dwóch wujów, a wiadomość o śmierci tego pierwszego przyszła niespełna trzy miesiące wcześniej.
Bez względu na te okoliczności Isaac miał rację i mylił się jednocześnie. Jego matka była córką wuja Quinlana i pasierbicą ciotki Quinlan, co znaczyło, że Isaaca i Leviego nie łączyły więzy krwi z ciotką, a Annę - jak najbardziej tak. Z drugiej strony, czy był sens udawać, że wciąż ma to, co straciła? Zjadliwe słowa Isaaca zachowała dla siebie.
Ale ciotka Quinlan i tak je usłyszała, ponieważ Isaac sam wszystko jej powtórzył. Z płaczem pobiegł do niej na skargę, przekonany o swoim prawie do złoszczenia się na dziewczynkę, która chciała mu ukraść babcię. Anna nigdy nie dowiedziała się, co odpowiedziała ciotka Quinlan i jak go uspokoiła, ale tego wieczora przyszła do jej małego pokoiku z filiżanką gorącej czekolady. Poczekała, aż skończy pić, a potem najzwyczajniej w świecie wzięła ją na kolana i tak trzymała, dopóki Anna się nie wypłakała.
- Chcę z powrotem wujka Quinlana - powiedziała w końcu mała.
- Ja też - odrzekła ciotka. - Wciąż słyszę jego kroki na schodach. I zawsze przychodzi ten okropny moment, w którym zdaję sobie sprawę, że to tylko moje pobożne życzenia. Wiesz, że gdyby tylko to było w jego mocy, to wróciłby do nas, do domu.
"Do nas. Do domu".
Anna skinęła tylko głową, bo była zbyt zmęczona płaczem, by mówić.
Ciotka przytuliła ją mocniej.
- Jesteś najsłodszą córeczką mojej ukochanej siostrzyczki - powiedziała. - I twoje miejsce jest przy mnie. Kiedy straciliśmy twoją mamusię, a potem twojego tatusia, każde z mojego rodzeństwa chciało cię przygarnąć. Ale to mnie się poszczęściło i zamieszkałaś w moim domu. I możesz mnie nazywać, jak zechcesz, również babcią. Moja mama, a twoja babcia, na pewno by sobie tego życzyła, a dla mnie to będzie zaszczyt.
Ale Anna nie potrafiła dłużej nazywać jej babcią. Nie przeszłoby jej to przez gardło, bez względu na obecność Isaaca. Od tamtej pory kobieta, która była dla niej jak matka i babcia, stała się dla niej ciotką Quinlan.
Gdyby nie Kap, ogród mógł stracić dla niej cały swój urok. To on nie pozwolił jej zamknąć się w sobie. Przyjaciel, kolega z klasy, jeszcze jedna sierota wojenna mieszkająca u ciotki. Każdą chwilę w ogrodzie spędzali razem, szukając przygód i wymyślając własne zabawy, czytając na głos, grając w krykieta, w warcaby i w Piotrusia, a także bezustannie podjadając wszelkiego rodzaju owoce, jakie dawał im ogród: truskawki, persymony, pigwy, morele o barwie zachodzącego słońca, jeżyny późnym latem przelewające się kaskadą przez płot, od których mieli poplamione palce, usta i ubranka. Kiedy padało, schronienie znajdywali w altance w zależności od pory roku pachnącej bzem, heliotropem bądź różami.
Któregoś dnia z Nowego Orleanu przybyła Sophie i cała trójka stworzyła paczkę, nad którą Isaac nie miał żadnej władzy. I tak zostało na długo po tym, jak skończyło się ich dzieciństwo. Aż do 1881 roku.
Chrząknięcie pana Lee wyrwało ją z tych snów na jawie.
- Czy panienka mnie słyszy? - uśmiechnął się do niej, przekrzywiając usta. - Proszę jeszcze nie chować zimowych ubrań. W tym roku wiośnie nie spieszno, więc i my nie powinniśmy się spieszyć.
A teraz trzeba było wejść do domu, napić się herbaty i zjeść późny obiad, a potem zamiast iść spać - przebrać się w kostium wybrany dla niej przez ciotkę i przygotować się do wieczornego wyjścia z Kapem na bal u Vanderbiltów. Kap był jej przyjacielem i jej potrzebował...
Salon ciotki Quinlan był przytulny i do bólu staroświecki. Nie stały w nim za to żadne otomany z końskiego włosia o twardych podgłówkach wyszywanych koralikami, żadne rzeźbione meble zbierające kurz i zabierające przestrzeń. Zamiast tego ściany zdobiły obrazy i ryciny, a gościom służyły głębokie, pokryte ciemnoniebieskim aksamitem przyjemnie miękkie fotele i sofy.
Anna cieszyła się z tej chwili odpoczynku z ciotką, Sophie i kuzynką Margaret. Podczas serwowania ciasta, bułeczek i herbaty wymieniały między sobą tylko prośby o podanie łyżeczki czy śmietanki, więc burczenie w brzuchu Anny usłyszała nawet siedząca najdalej od niej Margaret, której na ogół konwenanse zabraniały słyszeć takie rzeczy.
- Nie jadłaś nic dzisiaj, prawda? - zapytała. Ściśle rzecz ujmując, Margaret nie była jej kuzynką, ale pasierbicą ciotki Quinlan. Wychowała się w tym samym domu, mieszkając tu ze swoim ojcem, wujem Quinlanem, i jego pierwszą żoną, a swoją matką. Dwa lata wcześniej jej synowie dostali pieniądze, które zostawił im w spadku ich ojciec, i prawie od razu wyjechali do Europy. A ponieważ Margaret bardzo za nimi tęskniła, Anna i Sophie musiały cierpieć z powodu jej zawiedzionego instynktu macierzyńskiego.
- Teraz coś zje - powiedziała ciotka. - Pani Lee, czy mogłaby pani przynieść Annie talerz czegoś bardziej sycącego?
Wyciągnęła rękę w stronę Anny, przyzywając ją do siebie.
Ciotka miała osiemdziesiąt dziewięć lat i teraz symetria jej twarzy była bardziej widoczna niż kiedykolwiek wcześniej. Idealne kości policzkowe pokrywała siateczka cienkiej skóry przypominającej pieczołowicie złożone do wyschnięcia jedwabne nici. Była piękna - i to nigdy się nie zmieniło. Jej bystre błękitne oczy błyszczały na tle lśniących siwych włosów, te niesamowicie bystre błękitne oczy. Teraz przepełniała je radość, że na popołudniowej herbatce może cieszyć się towarzystwem Anny i Sophie jednocześnie.
Kiedy Anna pochyliła się, żeby ucałować ją w policzek, ciotka lekko poklepała ją po ramieniu. Tego dnia reumatyzm doskwierał jej dużo bardziej niż zwykle - Anna wiedziała to bez pytania, ponieważ herbata ciotki stała nietknięta na niskim stoliku przed nią.
- Dzisiejszy poród był trudny? - Anna zwróciła się do Sophie.
- Tylko długi. - Ton głosu Sophie sugerował, że ten temat powinien poczekać, aż będą same. Gdyby nie było tam Margaret, mogłyby podyskutować o sprawach medycznych, ponieważ ciotka zawsze okazywała im zainteresowanie i nic nie było w stanie jej zadziwić. Ale kuzynka, o dziwo, była na tym punkcie przewrażliwiona i zawsze powodowało to u niej mdłości, tak jakby sama nigdy nie rodziła.
- A co u ciebie? - zapytała Sophie. - Jakieś ciekawe operacje?
- Żadnych - odpowiedziała Anna. - Większość dnia spędziłam w towarzystwie sióstr od Świętego Patryka. Pomagałam im przewieźć sieroty z Hoboken.
Sophie otworzyła szeroko oczy ze zdziwienia.
- Pomagałaś siostrze Ignatii? Ale dlaczego, na Boga...
- Bo obiecałam ci, że jeżeli przyjdzie któraś z sióstr, to jej pomogę.
- O nie. - Sophie nadaremnie starała się ukryć uśmiech. - Spodziewałam się siostry Thomasiny od Świętego Vincenta de Paul - prychnęła leciutko.
- Cóż za intrygujący zwrot akcji - zawyrokowała ciotka. Badawczo przyjrzała się Annie. - Ty i osławiona siostra Ignatia razem, i to przez cały dzień. Dziwię się, że jeszcze dajesz radę stać o własnych siłach.
- Może siostra Ignatia nie daje rady - podsunęła Margaret. - Anna mogła przynieść jej zgubę.
Ton jej głosu nieco się zaostrzył, jak zawsze, gdy pojawiał się temat Kościoła katolickiego. Oparła ręce na talii - ściśniętej gorsetem na obwód dwudziestu cali, choć Margaret miała ich w pasie ponad czterdzieści - i czekała na kłótnię. Anna czasami miała ochotę posprzeczać się z pasierbicą ciotki, ale dziś miała co innego na głowie.
- Tak, to zabawne - odpowiedziała. - Z całą pewnością mogę powiedzieć, że się... ścięłyśmy. Czy teraz powinnam się martwić, co z siostrą Thomasiną? Była tu rano?
- Nie - odpowiedziała ciotka. - Najwidoczniej nasz dzienny limit zakonnic wyczerpały Siostry Miłosierdzia.
Margaret odchrząknęła.
- Dostałam dziś list od Isaaka i Leviego - oznajmiła. - Chciałybyście posłuchać, co piszą?
Nie poddawała się tak szybko. Anna rozumiała, że bardziej niż cokolwiek innego Margaret uwielbiała listy od swoich synów. Wszystkim podobały się te ich długie, zabawne epistoły. Tym razem pisał Levi - o wspinaczce w Dolomitach, trudach podróży do Innsbrucka oraz o zapachu pościeli i sposobach składania bielizny w różnych krajach, które bracia odwiedzili.
Przyjemnie było widzieć Margaret tak zadowoloną. A może - powiedziała sobie Anna w duchu - uda się jej wymknąć, zanim Margaret przypomni sobie o balu, a co gorsza - o kostiumie, w którym Anna miała wystąpić?
Dotarła już prawie do drzwi, kiedy Margaret zawołała do niej:
- Anno, kiedy Kap po ciebie przyjeżdża?
- To ja po niego wstąpię, to po drodze - odpowiedziała Anna, uciekając. - O wpół do jedenastej. Zabawa na pewno nie zacznie się wcześniej.
Kiedy były już na górze, Sophie powiedziała:
- Im dłużej każesz Margaret czekać i zastanawiać się, jak wygląda twój kostium, tym bardziej ją złościsz.
- Ale ona tak uwielbia, kiedy ktoś działa jej na nerwy - odparła Anna. - Jak mogłabym tak ją rozczarować i tego zaniechać?
Poszła za Sophie do jej sypialni i wyciągnęła się na łóżku przykrytym prostą, bladożółtą narzutą z wyhaftowanymi szarozielonymi liśćmi bluszczu. W szkolnych czasach podobne pogaduszki były ich codziennym rytuałem, zanim zabrały się do zabawy, odrabiania pracy domowej albo pomagania w domu.
Z obcą sobie niecierpliwością Sophie zdjęła buty i rzuciła się na łóżko. Annę dobiegł jej głos tłumiony w poduszce:
- Tak szczerze, jak bardzo okropna była siostra Ignatia?
Anna skrzyżowała ramiona i zaczęła zastanawiać się nad odpowiedzią.
- Przykro patrzeć na to, co dzieje się z tymi sierotami. Przypomina mi to, ile miałam szczęścia. Ile my obie miałyśmy szczęścia.
- To prawda, byłyśmy szczęściarami - zgodziła się Sophie. - Jesteśmy szczęściarami.
- Niby już wcześniej zdawałam sobie z tego sprawę. Ale te dzieci były przerażone, a siostra Ignatia... - Anna usiadła nagle. - Jutro zamierzam szczepić dzieci w sierocińcu. Nie mam pojęcia, ile ich będzie.
Opowiedziała o swojej scysji z zakonnicą, na chwilę zapadła cisza.
- Anno - zaczęła Sophie - wiesz, że w mieście jest przynajmniej dziesięć mniejszych czy większych katolickich sierocińców. Największy to Święty Patryk. Może pomieścić dwa tysiące dzieci albo i więcej.
Annie odebrało mowę.
- Pójdę z tobą - powiedziała w końcu Sophie. - Jeśli jest ich mniej niż setka, to damy radę.
- A jeśli więcej - odparła Anna - złożę wizytę Komisji Zdrowia Publicznego.
Sophie zaśmiała się cicho.
- Siostra Ignatia pożałuje, że cię nie doceniła.
- Wątpię, żeby żałowała w życiu wielu rzeczy...
Dłuższą chwilę milczenia w końcu przerwała Sophie:
- Czy kiedykolwiek widziałaś wyraz swojej twarzy, kiedy złościsz się na to, jak potraktowano jakiegoś pacjenta?
Anna z powrotem opadła na poduszkę i zachichotała.
- Chyba nie sugerujesz, że przestraszyłam siostrę Ignatię?
- Oczywiście, właśnie o to mi chodzi - odpowiedziała Sophie, ziewając. - Dlatego właśnie jesteś taka skuteczna.
- A więc pójdziemy tam jutro po południu - zadecydowała Anna. - Rano muszę być na sali operacyjnej.
- Jutro po południu Klara zeznaje w The Tombs. Zapomniałaś?
Anna na chwilę zamilkła, myśląc, jak znaleźć się w dwóch miejscach jednocześnie... Musiała być obecna na sprawie doktor Garrison, żeby okazać szacunek i wsparcie byłej wykładowczyni i koleżance po fachu. Nie było innego wyjścia.
- Napiszę do siostry Ignatii i przełożę naszą wizytę na środę po południu. Chyba że jest jeszcze coś, o czym powinnam pamiętać?
Sophie nie odpowiadała, więc Anna przekręciła się na bok, żeby na nią spojrzeć.
- Co się właściwie dzisiaj stało?
- Pani Campbell pytała o Klarę.
Anna poczuła, że napięcie powraca do jej ciała.
- I?
- Kiedy trzeba, potrafię dobrze udawać - odparła Sophie. - Powiedziałam jej, że czytałam o aresztowaniu doktor Garrison. A następnie wyjaśniłam, że nie mam żadnych środków antykoncepcyjnych...
- ...ani nie wiem...
- ...ani nie wiem, jak je zdobyć czy dowiedzieć się o nich czegokolwiek, i że bezwarunkowo stosuję się do przepisów prawa.
Anna i Sophie wiedziały, że to żadna ochrona. Tydzień wcześniej po raz trzeci aresztowano Klarę Garrison tylko dlatego, że otworzyła drzwi mężczyźnie martwiącemu się stanem zdrowia swojej żony i dała mu książeczkę informacyjną. Nie minęło pięć minut, a ponownie usłyszała pukanie do drzwi. Byli to agenci pocztowi w towarzystwie umundurowanych policjantów.
Klara została odwieziona do aresztu The Tombs, a inspektorzy przeszukali jej dom, niemal obracając go w ruinę. Na biurku w jej gabinecie znaleźli kopertę z sześcioma informatorami identycznymi z tym, który dała przebranemu agentowi Comstocka, a także dwie nowe strzykawki.
Kiedy Anna i Sophie były studentkami, Klara Garrison wykładała w Szkole Medycznej dla Kobiet. Była znakomitą lekarką i nauczycielką, a w kwestii opieki nad pacjentami nie uznawała żadnych kompromisów. Sophie podejrzewała, że ich wykładowczyni była kiedyś zakonnicą: miała dużo energii, pracowała ciężko, skutecznie i po cichu, co Sophie przypisywała siostrom zakonnym, pod których okiem uczyła się jako dziecko jeszcze w Nowym Orleanie. To właśnie od Klary obie nauczyły się, co znaczy opieka nad najbardziej potrzebującymi.
Szczęśliwie dla doktor Garrison przy obu poprzednich aresztowaniach sąd nie sformułował aktu oskarżenia. Tym razem nie miała tyle szczęścia - następnego dnia czekała ją rozprawa. Postawienie jej zarzutów kosztowało Anthony'ego Comstocka tyle zachodu...
- Chcę anonimowo przesłać pani Campbell broszurę - powiedziała Sophie. - Ona jest naprawdę zdesperowana.
- Tak - odparła Anna. Należało zrobić przynajmniej tyle dla pani Campbell. - A co zrobimy, kiedy przyjdzie po wkładkę, strzykawkę albo kapturek?
To zawsze był największy dylemat. Nie istniało dobre rozwiązanie tego problemu, istniały natomiast konsekwencje trudne do uniknięcia. Z jednej strony w wielodzietnej rodzinie mieszkającej w jednym pokoju bez okna czy toalety mogło pojawić się kolejne dziecko, z drugiej zaś lekarzy i położne skazywano na więzienie bądź nękano ich dotąd, aż musieli zrezygnować z dalszej kariery. Jeden nieuważny krok i Anna albo Sophie mogłyby stanąć przez sędzią Benedictem, wspólnikiem Anthony'ego Comstocka w jego niekończącej się krucjacie przeciwko pustym łonom. Obaj uśmiechaliby się złośliwie, marszczyli brwi i pilnowali, żeby oskarżone doznały jak największego upokorzenia oraz osobistej i zawodowej szkody.
Przez następne pół godziny nie rozmawiały z Sophie za dużo, powoli odpływając w płytki sen. W domu panował spokój, więc Anna bez trudu mogłaby obudzić się dopiero rano, gdyby jej spoczynku nie przerwało żałosne zawodzenie dobiegające ze schodów. Zerwały się z łóżka, wybiegły na korytarz i wychyliły przez poręcz.
***
Kuzynka Margaret stała w foyer w towarzystwie chłopca doręczającego paczki, który trzymał na rękach płaskie, kwadratowe pudło. Brązowy papier pakunkowy był rozerwany, odsłaniając złoconą ramę olejnego portretu znanego wszystkim domownikom.
- Ojej! - krzyknęła Sophie. - Czy to nie doręczyciel od pani Parker? Co on robi z jednym z obrazów ciotki?
- Zwraca go - odparła Anna. - Pani Parker używała go jako modelu dla...
- Twojej sukni balowej. - Sophie przygryzła usta, ale pozostał na nich uśmiech.
Kuzynka Margaret spojrzała w górę i je zauważyła.
- Tylko nie hrabina Turchaninow! - Margaret była przerażona, jak Anna przewidywała.
- Obawiam się, że jednak ona... - odrzekła.
- Ależ ty będziesz półnaga!
Doręczyciel zaszurał nogami.
- Twoja ciotka powiedziała, że odesłała hrabinę do czyszczenia - upierała się Margaret.
Anna wcale w to nie wątpiła. Ciotka Quinlan nie gardziła niewinnym, odwracającym uwagę oszustwem, jeśli miało jej ono pomóc w realizacji jakiegoś planu.
- Z tego, co wiem, obraz wyczyszczono, zanim trafił do szwaczki - wyjaśniła Anna. - Był u pani Parker przynajmniej dwa tygodnie.
Margaret uniosła ręce w geście zniesmaczenia i zniknęła w głębi korytarza wiodącego do kuchni.
- Chciałam się przebrać za wojowniczą królową Boadiceę - powiedziała Anna, wzdychając - ale ciotka Quinlan przekonała mnie do hrabiny Turchaninow. A w zasadzie do namiastki jej ubrania.
Chłopiec chrząknął.
- Paniusie wybaczą, ale muszę tu dostać podpis. Nieważne, która z paniuś się podpisze. I nieważne, że paniuś hrabina ma na sobie koszulę nocną. Jak nie dostanę podpisu, moja pani wytarga mnie za uszy, oj tak!
W tym momencie marszowym krokiem weszła pani Lee, wzięła od chłopca potwierdzenie doręczenia, z kieszeni fartucha wyciągnęła ołówek i złożyła nim zamaszysty podpis. Jedną ręką chłopiec pochwycił potwierdzenie i monetę, którą dała mu gosposia, drugą uchylił czapeczkę w geście pożegnania i pognał kuchennym korytarzem w stronę wyjścia dla służby znajdującego się na tyłach domu.
Pani Lee spojrzała w górę na Annę i pokiwała głową z dezaprobatą.
- Nie będę tam sama - przypomniała jej Anna. - Nie trzeba się o mnie martwić.
Pani Lee zrobiła zagniewaną minę.
- Jeśli panienka jest hrabiną Turchaninow, to kim w takim razie będzie Kap?
Anna wzruszyła ramionami.
- Nie mam pojęcia.
- Jednego możesz być pewna - powiedziała Sophie, uśmiechając się. - To nie na Kapa wszyscy będą patrzeć.
***
O dziesiątej Sophie poszła z Anną na inspekcję do ciotki. Zastały ją siedzącą na tapicerowanym krześle, z którego mogła przez okno obserwować ulicę. Lampka gazowa migotała na ścianie za jej plecami, a na jej kolanach spoczywała zamknięta książka. Sophie tak właśnie zawsze widziała ciotkę oczyma wyobraźni: siedzącą na krześle z wysokim oparciem, zwróconą w kierunku drzwi, by móc zobaczyć, kto przyszedł z wizytą.
- Anno, zdejmij szal - poprosiła ciotka. - Niech cię zobaczę.
- Obiecała Margaret, że nie zdejmie go przez cały wieczór - powiedziała Sophie, mimo że Anna już odpinała sprzączkę. Szal zsunął się z jej ramion, a ona przewiesiła go sobie przez rękę. Koraliki uderzały o siebie, powodując lekki szmer.
- I byłaby to wielka strata - skomentowała ciotka. Gestem nakazała Annie się obrócić, co młoda lekarka niezwłocznie uczyniła. Kątem oka dostrzegła obraz hrabiny, który wisiał już na swoim miejscu. Hrabina Turchaninow miała blond pukle związane wstążkami, jędrne usta w kształcie truskawki i mały podbródek z zaznaczonym dołeczkiem. Anna w ogóle jej nie przypominała, ale w sukni i tak było jej do twarzy.
- Pani Parker pracowała nad nią cały zeszły tydzień, i było warto! - powiedziała ciotka. - Pozwól, że dotknę tkaniny.
Następnie dodała bez podnoszenia wzroku:
- Przeglądałaś się w lustrze?
- Od czego mam cioteczkę? - odparła Anna, lekko się z nią drocząc.
- Sophie, kochanie. Proszę, obróć to duże lustro w naszą stronę.
Sophie zrobiła, o co poprosiła ją ciotka, i sama patrzyła na Annę, gdy ta przyglądała się swojemu odbiciu.
- A teraz, bez fałszywej skromności, powiedz mi, co widzisz.
- Widzę piękną suknię z szantungu w kolorze dojrzałej pszenicy falującej w słońcu - powiedziała Anna. - Suknię o wysokim stanie wyszywaną haftem i koralikami, z króciutkimi, luźnymi rękawkami jak skrzydła motyla z koronki wyszywanej złotą nitką i zdobionymi pięknym skręconym złotym sznurem. Kwiaty z tej samej koronki pojawiają się na staniku, co jest dobrym rozwiązaniem, bo bez nich moje piersi byłyby kompletnie odsłonięte. Jeśli natknę się na Anthony'ego Comstocka, wyląduję w The Tombs za niemoralne prowadzenie się i będziesz musiała wpłacić za mnie kaucję.
- Nie zmieniaj tematu - powiedziała ciotka. - I spójrz na siebie.
Anna westchnęła i poklepała się po piersiach.
- Jak dwa kawałki drożdżowego ciasta, z którego ma wyrosnąć chleb.
- Uparciuch - zaśmiała się ciotka.
- Ale szczery.
- Haft jest bardzo piękny, ale Margaret ma rację, ona jest półnaga.
- Nonsens - żachnęła się ciotka. - Nie to zobaczą inni. Zobaczą, jaka jest gibka i jaką ma piękną sylwetkę. Zobaczą linię szyi i kształt głowy. Dostrzegą jej oczy.
- To też prawda - zgodziła się Sophie. - Niewiele osób ich nie dostrzega, Anno.
Rodzeństwo Russo zajmowało jej myśli przez większą część dnia, a teraz przypomniało jej się, jak Lia położyła dłonie na jej twarzy.
Occhi d'oro. Ostatni raz widziała je na promie. Rosa stała wyprostowana, na jednym ręku trzymając niemowlę, a drugim obejmując Lię. Była skupiona i poważna jak żołnierz pełniący straż. O tej porze rodzeństwo już dawno rozdzielono, dziewczynki osobno i chłopcy osobno. Anna spędziła z nimi niewiele czasu, ale wiedziała, że Rosa nie pogodzi się z porażką. Nie tak szybko. Nie zanim jej do tego nie zmuszą.
- Gdzie tak nagle zawędrowałaś myślami? - zapytała ciotka.
- Do Hoboken - odparła Anna. - I włoskich sierot.
Zapadła krótka cisza, której ciotka nie zapełniła pustymi obietnicami i kłamstwami o losie sierot. W końcu zwróciła się do Sophie:
- Proszę, podaj mi szkatułkę stojącą na toaletce.
***
Nieczęsto dane im było oglądać niewielką, acz gustowną kolekcję biżuterii ciotki Quinlan. Sophie otworzyła szkatułkę, trzymając ją przed ciotką, która wskazała na pasujące do siebie naszyjnik, bransoletki i ozdobę do włosów. Sophie dotknęła pereł splecionych z owalnymi złotymi krążkami.
Pomagając Annie przy zapinaniu, Sophie zobaczyła dowód na to, o czym wiedziała w teorii: ciotka Quinlan nie miała sobie równych w doborze elementów stroju.
- Powóz czeka - zawołała ze schodów pani Lee.
- Koniecznie ucałuj ode mnie Kapa - powiedziała ciotka.
- I ode mnie - dodała cicho Sophie.
- Powiedz mu, żeby dobrze się wszystkiemu przyglądał - ciągnęła ciotka. - Chcę wiedzieć wszystko na temat kostiumów, no i nowego domu Vanderbiltów. Pewnie jest urządzony z ostentacyjnym przepychem i w bardzo złym guście, ale ta rodzina posiada przyzwoitą kolekcję obrazów.
- Ja też mogę ci opowiedzieć o kostiumach i obrazach - powiedziała Anna, lekko urażona, że to nie jej powierzono to zadanie.
- O nie - zaoponowała ciotka. - Ty wrócisz do domu i zaczniesz mi zdawać relację o tym, kto ma obrzęki, u kogo widać objawy kamicy żółciowej, która z pań "się powiększyła", a potem wygłosisz uwagi o chowie wsobnym u holenderskich nowojorczyków. Znam cię, Anno.
Kobieta znów się pochyliła, by ucałować delikatne policzki ciotki.
- Tak, to prawda. Nikt nie zna mnie lepiej od ciebie.
***
Po wyjściu Anny Sophie usiadła na niskim taborecie przy ciotce i położyła głowę na jej kolanach. Dłoń starszej kobiety spoczęła na jej głowie. Przez dłuższą chwilę ciszę przerywał jedynie stukot końskich kopyt dochodzący z ulicy i trzask ognia w kominku.
- Kap cię kocha i ci przebaczy - powiedziała w końcu ciotka. - Musisz dać mu czas na żałobę.
- W tym właśnie tkwi problem - odparła Sophie. - Nie zostało mu zbyt wiele czasu.
Przez chwilę się zawahała, a potem sięgnęła do kieszeni i wyjęła z niej plik papierów zapisanych drobnym maczkiem.
- Dostałam list, o którym chciałabym z tobą pomówić - powiedziała. - Dotyczy Kapa.
Minął już prawie rok, odkąd wyizolowano prątek Mycobacterium tuberculosis, który powodował suchoty, a Kap zupełnie odciął się od rodziny i przyjaciół. Od tamtego dnia Sophie wciąż pisywała do specjalistów chorób płucnych na całym świecie - nawet w Rosji - z zapytaniem o nowe obiecujące metody leczenia gruźlicy. List, który trzymała w dłoniach, był pierwszym dającym choć cień nadziei.
Ciotka Quinlan, która do tej pory wyglądała na bardzo senną, teraz się rozbudziła i wyprostowała.
- Od specjalisty?
Przez chwilę Sophie miała wyrzuty sumienia, że przerywa ciotce odpoczynek, ale wiedziała, że sama go nie zazna, dopóki z kimś o tym nie porozmawia.
- Tak. Kilka miesięcy temu napisałam do doktora Manna z Monachium. Przekazał mój list doktorowi Zängerle z Górnej Engadyny.
Przerwała w nadziei, że ciotka jakoś to skomentuje, ponieważ jako młoda kobieta mieszkała dziesięć lat w Europie i dużo tam podróżowała.
- To malownicze miejsce przy granicy z Włochami - powiedziała w końcu. - Spokojne i oddalone od cywilizacji. List napisał ten doktor Zängerle?
- Ma w domu malutką klinikę, tylko pięciu pacjentów. Pisze, że to na próbę. Jeśli im się powiedzie, razem z żoną chcą otworzyć sanatorium. Zapoznał się z historią choroby Kapa i zaproponował, że go przyjmie.
- On nie ma lekarstwa na gruźlicę. - Ciotka nie była skłonna poddawać się nierealnym oczekiwaniom czy zaprzeczać twardym dowodom, ale zawsze też ukrywała swoje odczucia z obawy przed przedwczesnym huraoptymizmem bądź zwątpieniem.
- Nie twierdzi, że ma. Ale po leczeniu stan jego pacjentów bardzo się poprawił.
Opisała ciotce reguły leczenia doktora Zängerle, posiłkując się listem, kiedy zawodziła ją pamięć.
- Wygląda to na zwykłe zdroworozsądkowe postępowanie - powiedziała w końcu ciotka. - Odpowiednie odżywianie, odpoczynek i przebywanie na świeżym powietrzu na dużych wysokościach. Myślisz, że to pomogłoby Kapowi?
- Możliwe. Nawet prawdopodobne, jeśli te liczby się zgadzają. Ale podstawowe pytanie brzmi, czy Kap da się przekonać, żeby tak daleko wyjechać.
Jej spokój zakłócił skurcz w kąciku ust, którego nie była w stanie powstrzymać - dowód na to, że medycy nie powinni leczyć członków rodziny. Wiedziała, że gdyby była tu Anna, nalegałaby, żeby oddać całą sprawę w ręce innego lekarza.
Sophie specjalnie wyłączyła Annę z tej rozmowy, a po wyrazie twarzy ciotki widziała, że nie umknął jej ten fakt.
- Nie możesz mu tego zaproponować.
Sophie powstrzymała grymas.
- Wiesz, że nie. Nie mogę mu nawet o tym napisać, nie czyta moich listów.
- Anna?
Sophie odwróciła twarz.
- Nie pochwalałaby tego. Nie chciałaby, żeby wyjeżdżał tak daleko.
Ciotka mogła podważyć te przypuszczenia, ale na tę chwilę pozwoliła Sophie tak myśleć. Zamiast tego powiedziała:
- To prawda, Kap nie może wybrać się w taką podróż sam. Ktoś musiałby mu towarzyszyć. Widzę, że już to przemyślałaś. Kogo proponujesz?
- Nie wiem - odparła Sophie z wkradającą się frustracją w głosie. - Nie potrafię spokojnie o tym myśleć.
- Ale sądzisz, że powinien jechać?
Sophie odetchnęła głęboko.
- Tak. Nie potrafię dokładnie wyjaśnić dlaczego, ale wydaje mi się, że warto wykorzystać tę szansę.
- Jesteś tak bardzo podobna do swojej babci - powiedziała po chwili ciotka. - Medycyna była dla niej czymś więcej niż tylko nauką.
- Co chcesz przez to powiedzieć? - żachnęła się Sophie z narastającą złością. Zdarzało się jej to tak rzadko, że ciotka spojrzała na nią z troską i przestrachem w oczach. Ale teraz musiała kontynuować. - Czy jestem gorszym lekarzem od Anny, a może ona ode mnie?
- To nie krytyka, tylko spostrzeżenie. Anna jest przede wszystkim naukowcem. Widzę, że wytrąciłam cię z równowagi - dodała.
- Anna jest znakomitym lekarzem - odparła Sophie załamującym się głosem.
- Jest świetnym chirurgiem.
Lekko drżącymi dłońmi złożyła list i schowała go z powrotem do kieszeni.
- Myślisz, że jestem niedobra albo nielojalna, albo jedno i drugie - powiedziała w końcu ciotka. - Ale tak nie jest. Nie szukam skazy w Annie, tylko staram się pokazać ci, że w przypadkach takich jak ten masz coś, czego ona nie ma. Dogłębnie je rozumiesz. Poznajesz tą częścią umysłu, którą odrzucasz, bo cię przeraża.
Podniosła rękę, żeby powstrzymać Sophie, która już otwierała usta, by zaprotestować.
- Kiedy mówisz, że Kap powinien pojechać do Szwajcarii, ale nie potrafisz wyjaśnić, dlaczego tak sądzisz, rozumiem, co masz na myśli. I wiem, że potrzebujesz pomocy. Mogę ci jej udzielić.
Sophie właśnie to chciała od niej usłyszeć, ale zaskoczyło ją takie jasne postawienie sprawy.
- Będzie się opierał.
Ciotka posłała Sophie jeden ze swoich najsłodszych, a zarazem niepokojących uśmiechów.
- Długo już żyję na świecie - powiedziała - i spotykałam o dużo wyższe mury niż ten, który wybudował wokół siebie Kap. Posłucha mnie. Na pewno.
***
Czasami Sophie śniło się, że puka do drzwi Kapa. W tych snach jej prosty gest sprawiał, że drzwi otwierały się przed nią na oścież, ukazując pokoje pozbawione każdej znajomej czy ukochanej rzeczy, pustą skorupkę, sterylną i zimną jak sala operacyjna. We śnie Sophie chodziła od pokoju do pokoju, desperacko szukając jakiegokolwiek znaku Kapa, a potem budziła się z poczuciem osamotnienia.
Kochała go, odkąd sięgała pamięcią, ale odrzucała każde jego oświadczyny z powodów, które raz po raz szczegółowo mu wyjaśniała. Czasami czuła, że się podda i je przyjmie, bo nie mogła ukrywać sama przed sobą, że nie pragnęła niczego więcej jak tylko zostać jego żoną. A potem przed zaśnięciem rozmyślała, jak zmieniłoby się całe jego życie. Twierdził, że wie, z czego musiałby zrezygnować, ale tak naprawdę nie zdawał sobie z tego sprawy. Po prostu nie mógł tego wiedzieć. Był synem Clarindy Belmont, pochodzącej z rodziny holenderskich osadników, którzy założyli Nowy Amsterdam, a ona była mulatką. Kundlem.
To było brzydkie słowo. Kap mógł odrzucać ten sposób myślenia, ale nie był w stanie zmusić do tego innych. Sophie nigdy nie mogłaby się uwolnić od tego stygmatu, nosiłyby go również ich dzieci, niczym nieusuwalne znamię na skórze. On nie umiał dostrzec tej prawdy.
Jego choroba nie sprawiła, że Sophie zmieniła zdanie - ale on zaczął myśleć inaczej. Pewnego zimnego, dżdżystego kwietniowego poranka na stole czekała na nią prawda. Przybyła w formie paczki owiniętej brązowym papierem i związanej sznurkiem, jak każda zwyczajna przesyłka. To nie była taka pierwsza czy nawet pięćdziesiąta paczka od Kapa. Przesyłał je średnio raz na tydzień, czasami zaadresowane do niej osobiście, a czasami do "Pań zamieszkałych pod numerem 18 przy Waverly Place".
Latami przysyłał im rzadkie owoce, książki o Mezopotamii, wiatrakach czy niemieckiej filozofii, pióra z kości słoniowej inkrustowane masą perłową, słodycze, pięknie malowane strusie jaja, maleńkie japońskie ryciny, akwarele bądź rzeźby autorstwa młodych artystów, którzy mu się spodobali, kanarka w kutej z żelaza klatce, sadzonki dzikiej róży, całe jardy brukselskiej koronki, zwoje ozdobnego indyjskiego adamaszku, nuty, bilety na koncerty i wykłady.
Kiedy wzbraniały się przed przyjęciem czegoś, on grzecznie ich wysłuchiwał, kiwał głową, a potem znowu przysyłał prezenty.
Tego dnia paczka była zaadresowana tylko do Sophie. W środku znajdowała się krótka biografia doktora René Théophila Hyacinthe Laenneca oraz notatki z wykładu datowane na marzec 1882 roku i opatrzone tytułem Die Ätiologie der Tuberculose. Był także list.
Biografia nie wymagała słowa wyjaśnienia. Doktor Laennec był uzdolnionym, szanowanym badaczem. W wieku czterdziestu pięciu lat zmarł na gruźlicę, zaraziwszy się od jednego ze swoich pacjentów. Z drugiej strony Sophie na początku nie wiedziała, co ma myśleć o notatkach. Był to stos kartek zapisanych drobnym maczkiem. Dopiero po kwadransie czytania zdała sobie sprawę, że Kap zapłacił komuś - najprawdopodobniej jakiemuś studentowi medycyny - za podróż do Niemiec i wysłuchanie wykładu doktora Roberta Kocha na temat prątka gruźlicy. Notatki - szczegółowe i wyczerpujące - musiały zostać wysłane specjalnym kurierem.
Kap nie pozostawiał niczego przypadkowi. Nie leżało to w jego naturze.
Sophie odłożyła zapiski, a kiedy już zebrała się na odwagę, otworzyła list. Był krótki i ciął ostro jak skalpel.
Ukochana Sophie,
wybacz mi. Po czterech latach niesłabnących starań o Twoją rękę, z największym żalem i smutkiem jestem zmuszony wycofać swoją propozycję małżeństwa. Publikacja i notatki, które załączam, dowodzą, że wyniki badań naukowców, których darzysz poważaniem, są jednoznaczne. Może będę żył jeszcze rok, może pięć lat, ale nie mogę przeżyć z Tobą nawet jednego dnia, nie narażając Twojego życia na niebezpieczeństwo. Tego nie mógłbym zrobić.
Wybacz mi.
Pisała do niego - bez skutku. Pozwalał zbliżać się do siebie jedynie Annie. Badała go raz na miesiąc, a i to pod warunkiem, że na twarz zakładała spryskaną fenolem maskę i zachowywała wszelkie środki higieny. Gospodyni i pokojówki, które były na służbie najpierw u jego babki, a potem u matki, nie zostały odesłane, ale komunikował się z nimi jedynie przez zamknięte drzwi pokoju, który rzadko opuszczał. Jego sekretarz mógł siedzieć w tym samym pomieszczeniu, co on, ale po przeciwnej stronie i plecami do niego. Kilku jego najbliższych przyjaciół było tak nieustępliwych, że ostatecznie pozwolił im na wizyty, ale tylko jeśli i oni trzymali się drugiego końca pokoju. Kap nigdy się do nich nie zbliżał, a podczas takich odwiedzin zakładał maskę.
Chciał, żeby Sophie myślała o nim jak o umarłym, ponieważ sam tak siebie traktował. Tymczasem ona każdego dnia budziła się i zasypiała z myślą o nim. Tęskniła za nim, była na niego wściekła, płakała nad utraconym czasem, który mogli spędzić razem.
Bal wielkanocny u Vanderbiltów miał być jego pierwszym publicznym pojawieniem się po zdiagnozowaniu choroby. Sophie zastanawiała się, czy jego przyjaciele zorientują się, że się z nimi żegna.
***
Każdego innego marcowego wieczora o godzinie jedenastej północny kraniec Piątej Alei można było uznać za rząd mauzoleów dla olbrzymów. Po jednej stronie ulicy wznosił się nowy gmach katedry otoczony szkołami, budynkami plebanii i ochronkami dla sierot, wyglądając niczym kwoka w towarzystwie śpiących kurcząt. Po drugiej stronie jedna obok drugiej wyłaniały się rezydencje, wszystkie bogato zdobione i tak samo sterylne, jak imponujące. Szeroka ulica, przy której nie rosło ani jedno drzewo i bez kawałka ogrodu - wszędzie tylko wysokie mury i setki zamkniętych okien jak oczy nieboszczyków.
Ale tej nocy jedna z niedawno wzniesionych rezydencji - czwarta czy piąta zbudowana przez Vanderbiltów w ciągu ostatnich dziesięciu lat, Jack dokładnie nie pamiętał która - nie spała. Zdawała się jaśnieć łuną, z każdego okna na okoliczne marmury i granity padało światło. Był to pierwszy budynek mieszkalny całkowicie oświetlony za pomocą elektryczności, czego koszty mogły przyprawić o zawrót głowy. Ze swoimi balkonami i wieżyczkami błyszczał jak nieporęczna i nieprzemyślana gwiazda pośród nudnawych sąsiadów z brązowej i czerwonej cegły.
Przy wejściu do Piątej Alei ustawiono podwójny baldachim, aby chronić gości przed kaprysami pogody i natrętnymi spojrzeniami gapiów. Lokaje w bladoniebieskich liberiach i upudrowanych perukach czekali, by pomóc przybyłym wysiąść z powozu na ciemnoczerwony dywan ciągnący się po schodach od olbrzymich podwójnych drzwi aż po sam krawężnik.
Jutro ta postać domu zniknie jak żółw w skorupie, witraże przestaną połyskiwać, a żaluzje i kotary przysłonią całe światło i odetną dopływ świeżego powietrza.
Siostry Jacka próbowały czasami policzyć, ile tysięcy łokci aksamitu, brokatu i satyny użyto do uszycia draperii w chociażby jednej rezydencji Vanderbiltów, ale liczba ta tak szybko rosła do astronomicznych rozmiarów, że po prostu dawały sobie z tym spokój i wracały do robótek ręcznych. Do swoich niekończących się, cennych, pięknych robótek ręcznych.
Co wieczór czekały na niego, siedząc naprzeciwko siebie z tamborkami do haftu w ręku. Kiedy wreszcie przychodził, podrywały się na równe nogi, zabierały jego płaszcz i pytały, czy nie jest głodny tak długo, aż wreszcie godził się zjeść to, co mu przyszykowały. Prosiły, żeby zajął najlepszy fotel przy kominku, przeczytał gazetę, posłuchał ich najnowszych rodzinnych plotek, utyskiwań na pogodę, spostrzeżeń o poczynaniach sąsiadów, ponurych przepowiedni co do nowego sprzedawcy u rzeźnika czy upomnień na temat przemoczonych butów i płaszcza. Siostry prowadziły dom i z takim samym mozolnym i wyczerpującym perfekcjonizmem chciały prowadzić również jego.
Kątem oka Jack zobaczył znajomą sylwetkę kobiety przynajmniej sześćdziesięcioletniej, zadbanej i starannie ubranej w sposób wskazujący na dystyngowane ubóstwo i wszelkie zagrożenia, jakie się z nim wiązały. Niewielu by zgadło, że w jej szeroką spódnicę wszyto całe multum ukrytych kieszeni gotowych na przyjęcie owoców pracy tego wieczoru. W ciągu ostatniego roku Jack aresztował ją przynajmniej trzy czy cztery razy. Mówiła o sobie Meggie, ale jej prawdziwe imię nie było nikomu znane, może nawet jej samej.
Miał właśnie zejść z krawężnika, żeby ją zatrzymać, kiedy na jej umiejętnie ułożonym ramieniu wylądowała ciężko czyjaś dłoń. Należała do Michaela Hone'a z dwudziestego trzeciego komisariatu. Służył w policji dopiero od dwóch lat, ale miał dobre oko. Kobieta westchnęła ciężko i pozwoliła się odprowadzić.
- Meggie musi czuć lata na karku - skomentował Oscar, podchodząc do Jacka. - Dwie dekady temu była zwinna jak gazela. Zanim zdążyłeś się zorientować, była już w połowie drogi do Brooklynu. Oho, spójrz tam. Czy ten tłusty cesarz rzymski to nie pewien dostojnik państwowy, którego nazwisko wstyd wymawiać?
Przez dłuższą chwilę zabawiali się, próbując nazwać postacie w kostiumach: kardynał Richelieu, hrabia Monte Christo, opat kapucynów, chińscy kupcy o pomalowanych oczach, czarnoksiężnicy, kowboje, królowa Elżbieta, bogini Diana z łukiem i strzałami, trio młodych dam z laskami pasterskimi i postaciami jagniąt przymocowanymi jakoś do szerokich spódnic.
- Niektórzy to umieją marnować pieniądze. - Młoda kobieta w znoszonym, acz starannie zacerowanym stroju pociągnęła nosem. - Na pewno wymyśliłabym lepszy kostium.
Trzy pasterki wyszły z powozu, a za nimi podążył młody mężczyzna przebrany za kawalera maltańskiego. Miał na sobie kolczugę i od stóp do głów był zamknięty w zbroi, która pobrzękiwała przy każdym jego kroku. Idąc, przechylał się z jednej strony na drugą jak okręt targany wiatrem podczas sztormu.
- Halo! - zawołał jakiś męski głos, przekrzykując tłum. - Czy ktoś poda temu biedaczynie kotwicę?
Wybuch śmiechu wśród tłumu nie zatrzymał młodego krzyżowca w pogoni za pastereczkami, ale każdy policjant, który go usłyszał, napinał się jak struna. Rozruchy przeciw poborowi miały miejsce dwadzieścia lat wcześniej, ale dopiero za kolejne dwadzieścia policjanci mogli poczuć się pewniej w obecności jakiegokolwiek tłumu... Jowialny nastrój mógł bez ostrzeżenia przerodzić się w agresję. Sklepikarze i robotnicy fabryczni, urzędnicy i sprzątaczki, mężczyźni z narzędziami u pasa i koszami śniadaniowymi w ręku chwilowo wspólnie zachwycali się peleryną wyszywaną perłami i rubinami, ale właśnie tacy ludzie niegdyś spalili Ochronkę dla Kolorowych Sierot i wieszali niewinnych mężczyzn na przydrożnych lampach, żeby dać upust swojemu gniewowi.
Istniał tylko jeden barometr mogący wiarygodnie wskazywać niebezpiecznie złe nastroje wśród ludzi. Jack skierował uwagę na kilkoro dzieci przemykających przez tłum zwinnie jak koty. Najmłodsze mogło mieć jakieś siedem lat, a gdyby miał zgadywać, uznałby je za należące do zgrai, która nocowała w zaułku za piekarnią pewnego Niemca przy Franklin Street. Tamtejszy ceglany mur był gorący od pieców, co sprawiało, że w zimie było to wymarzone miejsce na nocleg. Trudno było to miejsce zająć, a łatwo stracić. Gdyby zanosiło się na prawdziwe kłopoty, uliczne łobuzy rozpłynęłyby się w powietrzu.
- Uspokajają się - zawyrokował Maroney. Uwagę tłumu skupił teraz współczesny Szekspir, któremu kapelusz ciągle zsuwał się na oczy, przez co bezustannie potykał się o własne stopy. Małe łotry śmiały się, szeroko otwierając usta i pokazując braki w uzębieniu - na co dzień brakowało im rozrywki.
Wcześniej tego samego dnia Jack widział sieroty, które miały więcej szczęścia i dostały się pod opiekę surowej siostry Ignatii. Pamiętał je przytłoczone nadmiarem zdarzeń. Wiele z nich trzymało się na uboczu, rozdartych między obietnicą posiłku a odrętwiającym poczuciem zagrożenia. Bezpieczne dzieciństwo zostawiały za sobą w domach, gdzie umarli ich rodzice. Lekarka Anna zrobiła wiele, by je uspokoić. Jej podejście było rzeczowe, bez odrobiny protekcjonalności czy litości. Możliwe, że kilkoro z nich będzie próbowało uciec z sierocińca, ale żadne nie przetrwałoby długo na ulicy...
Towarzystwo Pomocy Dzieciom oszacowało, że na Manhattanie mieszkało nawet trzydzieści tysięcy opuszczonych bądź osieroconych dzieci, podczas gdy ochronki mogły przyjąć nie więcej niż dwanaście tysięcy. Dla reszty obdartych i bosych maluchów domem była ulica. Cierpiały na wszelkiego rodzaju infekcje, dręczyły je wszy i pasożyty. Jadły tylko to, co udało im się ukraść czy wyżebrać, i nie miały żadnego schronienia, które można by nazwać domem.
Większość nie chciała szukać noclegu w organizacjach dobroczynnych w obawie, że nie będą mogły potem odejść albo że znajdą się w pociągu na Zachód, zmierzając ku jeszcze bardziej niepewnej i ponurej przyszłości niż ta czekająca ich w mieście. A więc przytulone do siebie sypiały w bramach i na schodach przeciwpożarowych, a wiele z nich umierało podczas długiej zimy, opuszczone, pokonane przez głód i mróz.
Powozy zatrzymywały się jeden po drugim, a lokaje i stangreci ustawiali się przy drzwiach, żeby pomóc wysiąść damom, które nie widziały własnych stóp ukrytych pod warstwami halek i spódnic. Następnie szacowne panie szły chodnikiem, wzdłuż którego ustawiono posągi i drzewa w doniczkach, przechodziły przez markizę i wchodziły do domu, w którym miały tego wieczoru za dużo zjeść i jeszcze więcej wypić.
Wcześniejsze dobre nastroje trochę osłabły, a znudzony tłum zaczął szukać rozrywki. Jeden z powozów zatrzymał się nieco w głębi ulicy. Jego drzwi się otworzyły i ze środka wyskoczyło dwóch młodych mężczyzn, którzy migiem zaczęli pomagać wysiąść młodym damom zniecierpliwionym czekaniem w dusznym powozie. W odpowiedzi otwierały się drzwi innych powozów, na początku tylko jednego czy dwóch, a potem reszty. Damy w srebrze, maślanej żółci, jaskrawej czerwieni i głębokich fioletach pozwalały się prowadzić swoim mężom, ojcom i braciom, wysoko unosząc spódnice, by nie pobrudzić ich w kałużach, śmieciach i ściekach, nerwowo chichocząc i odwracając twarze od tłumu, tak jakby to wystarczyło, żeby uciec od powszechnej uwagi, którą ich kostiumy miały przecież przykuwać.
Jak tylko ostatni goście zniknęli we wnętrzu rezydencji, detektywi mogli rozejść się do domów. Umundurowane patrole miały tam krążyć przez całą noc. Zza rogu wyszedł kapitan, jakby przywołany przez Jacka myślami.
- Potrzebuję was w środku. - Baker pokazał kciukiem rezydencję Vanderbiltów, tak jakby były jakieś wątpliwości, o które miejsce mu chodzi. - Beaney wskaże wam drogę, stoi w podwórzu, przy wejściu do kuchni. Krążą pogłoski, że do środka zakradło się paru chłopców od Greenwaya.
- Zapewne w przebraniu księży - mruknął pod nosem Oscar. - Żartownisie.
Baker najpierw niechętnie parsknął, a potem zawył ze śmiechu, żeby zatrzeć swoją pierwszą niefortunną reakcję.
- Zostaniecie na stanowiskach - powiedział - dopóki nie dam wam znać. A potem odszedł ciężkim krokiem, przeklinając pod nosem.
Przeszli przez ulicę, mijając powóz mający lata świetności już dawno za sobą. W środku czekały dwie bardzo sędziwe damy w pudrowanych perukach i z tak grobowym wyrazem pomalowanych twarzy, że równie dobrze mogłyby iść na pogrzeb, nie na bal.
Ze znacznie elegantszego i modniejszego powozu wysiadła właśnie jakaś para. Dżentelmen był starszy od swojej towarzyszki, cechowała go wątła, krucha postura i podpierał się laską. Jego kostium stanowił definicję prostoty: na jedno ramię zarzucił czarną pelerynę o czerwonej, jedwabnej poszewce. Czerwień odcinała się od jego obcisłych czarnych bryczesów i czarnej marynarki, pod którą widniała biała koszula.
- Chyba przebrał się za jednego z tych hiszpańskich grandów - powiedział Oscar. A kiedy mężczyzna odwrócił się do światła, Oscar cicho stęknął. - To Kap Verhoeven - dodał. - Biedak.
Verhoeven miał jasnoniebieskie oczy o żywej barwie i zarumienione policzki. Ludzie często uznawali to za oznakę "białej śmierci". Suchoty uważano za formę łagodnego, nawet romantycznego umierania, ale Jack nie widział nic poetyckiego w tym, jak pozbawiały życia silnych, młodych ludzi.
- Cholernie dobry prawnik i, co dziwne u kogoś z jego kliki, nie ma uprzedzeń. Jego matka pochodziła z Belmontów.
Oscar posiadał encyklopedyczną wiedzę o starych holenderskich rodach, dla których jego matka pracowała przez całe życie.
Verhoeven odsunął się, odsłaniając ich oczom swoją towarzyszkę, która jedną rękę położyła na jego wyciągniętym ramieniu, a drugą starała się podtrzymać swój szal. Kiedy wyślizgnął się jej z ręki i odfrunął, wyrwał się jej cichy okrzyk zaskoczenia i poirytowania.
Spod warstwy cienkiego jedwabiu, który poruszał się na lekkim wietrze, widać było jej ramiona i długą szyję. W świetle latarni powozu jej cera mieniła się kolorami jak muszla: opalizowała złotem, różem, barwą kości słoniowej i zadymionym błękitem. Ciężkie ciemne włosy zwinięte w pierścień dookoła głowy podkreślały delikatność jej policzków.
Wszystkie te myśli przemknęły przez głowę Jacka w ciągu tych kilku sekund, których stangret potrzebował, by złapać jej szal i zarzucić go jej na ramiona. Kiedy odwróciła się do niego, by uśmiechnąć się i podziękować, Jack po raz pierwszy zobaczył jej twarz.
Oscar dostrzegł jego zaskoczenie.
- Co? Znasz go?
- Nie - odparł Jack. - Nie znam Verhoevena. Ale rozpoznaję tę kobietę.
- Hm. - Oscar umiał wlać więcej zwątpienia w jedną sylabę niż ktokolwiek inny. - Gdzie zapoznałeś się z kimś takim?
- Na promie z Holboken - odpowiedział Jack. - W otoczeniu zakonnic i sierot.
Brwi Oscara powędrowały wysoko do góry.
- To ta lekarka, o której mi opowiadałeś? Jak ona się nazywała...
- Savard. Doktor Savard.
Na krótko zapadła między nimi cisza.
- Chodźmy zobaczyć, jakim wykwintnym jedzeniem mogą poczęstować nas w kuchni - powiedział Maroney.
Ale Jack widział, że myśli miał zajęte czymś innym. Lekarka ubrana w jedwab była osobliwością, a ciekawość Oscara Maroneya, raz rozbudzona, musiała zostać zaspokojona. Po raz pierwszy Jack był tak samo zaintrygowany, jak jego partner.
***
Anna weszła do hallu domu Alvy Vanderbilt pod numerem 660 przy Piątej Alei wsparta na ramieniu Kapa. Przybyli z opóźnieniem, tak jak zaplanowała. Minęła ich przechadzka po rezydencji, uroczyste powitanie gości, podczas którego anonsowano setki przybyłych, a także - ku cichemu rozczarowaniu Anny - sześć oficjalnych kadryli.
Pani Lee zaczytywała się w gazetach o tańcu. Szczególnie podobał jej się kadryl hobby horse. Dokładnie poinformowała Annę, czego ma się spodziewać: dwuczęściowego kostiumu kucyka z papier mâché i aksamitu, którym miał być przepasany tancerz. Anna musiała przyznać, że rozbudziło to i jej ciekawość. Teraz była tak rozczarowana, jak zawiedziona będzie pani Lee.
Kiedy z chłodu nocy weszli wprost do wielkiego hallu, owionęło ich przegrzane powietrze nasycone zapachem róż, frezji i starego dębowego drewna z kominka na tyle dużego, że jak wydawało się Annie, mógłby pomieścić małą chatkę. Kryształowe żyrandole zwisały z łagodnych łuków podtrzymujących sufit. Dodatkowego światła dostarczały tuziny elektrycznych kinkietów. Oświetlenie elektryczne wewnątrz było nowinką i kolejnym przykładem na to, że Vanderbiltowie musieli mieć wszystko pierwsi. Światło odbijało się w wypolerowanym marmurze podłogi i niezliczonych klejnotach, które ludzie z tej klasy nosili jak żołnierze medale. Kamienie szlachetne były osadzone w guzikach i grzebieniach, wszyte w suknie i peleryny, prezentowane na szyjach i nadgarstkach, palcach i uszach.
Tyle światła, ciepła i hałasu, ale ściany z misternie rzeźbionego kamienia odzierały pomieszczenie z przytulności. U szczytu schodów wystarczająco szerokich, by zmieścić dziesięciu ludzi stojących ramię w ramię, znajdowała się galeria pełna skarbów z każdego zakątka świata: obrazy mistrzów, rzeźby i arrasy z Chin, Egiptu i Grecji, kamienie szlachetne, inkrustowane szafeczki i instrumenty muzyczne.
Jeśli później Kap będzie się dobrze czuł, to wejdą powoli na górę tymi długimi, imponującymi schodami. Teraz podążali za lokajem, który prowadził ich krętą drogą przez główny hall. Minęli kilka saloników i biało-złoty pokój muzyczny. Każdy przedmiot, który widzieli, wykonano z najrzadszego drewna lub najwspanialszego kamienia czy marmuru, każdy był pozłacany, rzeźbiony, inkrustowany kością słoniową, masą perłową bądź skrzydłami motyla albo drapowany aksamitem, adamaszkiem czy haftowanym jedwabiem. Luksus miał przytłaczać - i tak było.
Odnaleźli wygodne miejsce w rogu przygotowane dla nich przez jedną z kuzynek Kapa. Wysokie wazony pełne rozkwitłych ciemnoczerwonych róż i wiciokrzewu z obu stron otaczały tapicerowane jedwabiem fotele, sofę z całą masą haftowanych i zdobionych paciorkami poduszek oraz niski stół, na którym tłoczyły się kryształowe kieliszki i pucharki, a także złocone półmiski krojonych warzyw, tartinek i kawioru en croute. Obok, na mniejszym stoliku, stało więcej półmisków pełnych kruchych ciasteczek i tartaletek ozdobionych truskawkami, na które jeszcze nie było sezonu, śliwek w cukrze, orzeszków i francuskich ciasteczek, na których widniały złociste litery "V", na wypadek gdyby goście zapomnieli, że to dom Vanderbiltów.
W każdym rogu było pełno kwiatów: róż, tulipanów, konwalii, frezji, gałęzi derenia i magnolii zmuszonych do wcześniejszego kwitnięcia. Zapewne każda szklarnia i oranżeria w promieniu stu mil została ogołocona...
Siedzący w swoim zakątku Anna i Kap byli na tyle blisko parkietu, że mogli bez przeszkód oglądać tańczące pary, co przyprawiło lekarkę o atak śmiechu: Robin Hood wirował z trzmielem, któremu przy każdym ruchu drgały skrzydełka, partnerką rzymskiego cesarza była mleczarka, Fryderyk Wielki tańczył z feniksem, a rosyjski wieśniak z Marią Antoniną, której suknia, jak z pewną satysfakcją zauważyła Anna, odsłaniała jeszcze więcej niż jej własna.
Siedzieli i patrzyli, Anna z kieliszkiem szampana w dłoni. Kap poza domem nigdy niczego nie jadł ani nie pił i nie zdejmował rękawiczek. Do spoconej twarzy i szyi przykładał chusteczkę.
- Przy takim tłumie i pośród światła elektrycznego jest o wiele za ciepło. Musisz się czegoś napić.
- Tylko jeśli potem pozwolisz mi rozbić kieliszek - odparł, wyzywająco unosząc brew.
- Wątpię, żeby szkoda jej było jednego kieliszka - mruknęła Anna. - Bez względu na to, z jak wspaniałego jest kryształu.
- Ale wina mogłaby spaść na służącą - powiedział Kap. - A tego byś nie chciała.
Nie było żadnych dowodów na to, że można było zarazić się gruźlicą, dotykając tego samego przedmiotu, co chory, ale Kap miał żelazne zasady. Jak Anna mogłaby go za to winić?
Z zamyślenia wyrwało ją dwóch piratów, którzy padli na sofę, udając wyczerpanych. Bram i Baltus Deckerowie byli kuzynami Kapa, razem z nim studiowali prawo na Yale i pozostali jego wiernymi przyjaciółmi, mimo że nakazał im trzymać się od siebie z daleka. Teraz entuzjastycznie rzucili się na jedzenie i picie, przerywając spożycie komentarzami na temat szampana, kawioru, pâté de foie gras, wędzonego pstrąga na grzankach, orkiestry, kadryli, a także opowieściami o tym, co widzieli i słyszeli, odkąd ostatni raz widzieli się z Kapem.
Bram podniósł z oka swoją piracką opaskę i zamrugał jak sowa.
- Gdzie Belmont? Zresztą nieważne, głupie pytanie. Jest tu gdzieś pewnie i ugania się po parkiecie za spódniczkami. Spójrzcie na tę kobietę, za kogo może być przebrana? Ma zawinięte końce butów, więc to jakiś orientalny kostium.
- Całkiem logiczny wniosek, biorąc pod uwagę, że ma złoty welon, a na głowie fez - odpowiedział jego brat. Następnie obaj spojrzeli na Kapa, czekając na odpowiedź. Bo Kap miał genialną pamięć, a żeby podzielić się swoją wiedzą, potrzebował jedynie zachęty.
- Sądzę, że to perska Lalla Rukh - powiedział.
- Diabelnie śmieszne lale mają w tej Persji - odparł Baltus. - Nasze wyglądają zwyczajniej.
- Nie chodzi o zabawkę. To tytuł.
- Książki czy gry?
- Ani jednego, ani drugiego. Najpierw poematu, a potem opery.
- A niech mnie - wyraził swój podziw Baltus. - Kto ma taki łeb, żeby jedną ręką pisać wiersze, a drugą opery?
- Nikt - wtrąciła Anna, nie mogąc oprzeć się pokusie dołączenia do tej zabawnej wymiany zdań. - Najpierw Thomas Moore napisał poemat pod tytułem Lalla Rukh.
- Cholerni Irlandczycy. - Baltus przechylił kieliszek i wypił szampana do dna. - Bram, czy byliśmy na operze o perskiej dziewczynie, która nazywała się Rukh?
- Tak się składa - mówił jego brat, nie otwierając oczu - że byliśmy. Prorok w Welonie.
Baltus spojrzał w sufit, jakby wisiało na nim coś, co pomogłoby mu sobie przypomnieć przedstawienie.
- Trucizna i zasztyletowanie w wannie - podpowiedział Kap, a na twarzy Baltusa zajaśniał uśmiech.
- A tak, teraz pamiętam! - odparł, ale kiedy rozejrzał się po tańczących parach, jego uśmiech zniknął. - Akurat kiedy znalazłem sposób, żeby do niej zagaić - zasępił się - lala poszła tańczyć walca z papieżem z Awinionu.
Rzucił się plecami na poduszki i pochwycił kieliszek szampana z tacy kelnera, który zatrzymał się, by im go zaproponować.
- Przysięgam, że wyglądasz dziś bardzo zdrowo, Kap.
- Kłamca - odrzekł kuzyn, uśmiechając się lekko.
- Ja bym cię raczej nazwał ślepym prostakiem - powiedział do brata Bram. - To Anna wygląda dziś olśniewająco.
Obaj się co do tego zgodzili i wznieśli za nią toast, starając się nie zawieszać wzroku na jej biuście.
- A gdzie jest druga doktor Savard? - zapytał Bram.
Patrzył na Kapa, ale to Anna się odezwała.
- Sophie pracuje.
Nagle przestało jej odpowiadać mówienie półprawd.
- Sophie pracuje - powtórzyła - i nie czuje się dobrze w tym towarzystwie.
- Nie czuje się dobrze? - huknął Bram. - Z nami? Chyba nie z nami.
Anna spojrzała znacząco na dwóch przechodzących obok mężczyzn. Jeden z nich miał na sobie coś, co wyglądało na szatę kardynalską, a drugi był w przebraniu starożytnego Greka.
- Stary Twomey? - Bram wyszeptał, pochylając się. - Czego Sophie miałaby się obawiać ze strony tego dziadka? Za kogo on się w ogóle przebrał? Za Arystotelesa?
- Za Platona - poprawiła go Anna.
- Naprawdę? Po czym poznajesz?
- Profesor Twomey czci Platona - odparła.
Kap spojrzał jej w oczy i pokiwał głową. Gdyby bliźniacy Decker byli trzeźwi, mogłaby spróbować streścić im wykłady emerytowanego profesora o Platonie, Francisie Gaultonie i teorii dziedziczności inteligencji. Sprawy miały się jednak inaczej, a temat pociągnął Kap.
- Bram - powiedział - obudź się. Czy widzisz tu kogoś, kto nie jest śnieżnobiały?
Anna spojrzała na tańczących i spróbowała sobie wyobrazić wśród nich Sophie. Była piękna, elegancka, miała egzotyczną urodę, jej sposób mówienia i poruszania się były pełne gracji. Gdyby przyszła tu dziś w towarzystwie Kapa, nikt nie ośmieliłby się otwarcie jej znieważyć - przynajmniej nie w jego obecności - ale patrzono by na nią z wyższością, jeśli nie z pogardą. Anna mogłaby się założyć o wszystko, co miała na koncie, że Sophie potrafiłaby wygrać każdą wymianę argumentów, nie wyłączając przeciwników takich jak często zaglądający do kieliszka były prezydent, senatorzy, książęta, sędziowie Sądu Najwyższego, giganci przemysłu i z pół tuzina najbogatszych ludzi świata, o świętoszkowatych profesorach filozofii nie wspominając. A nawet gdyby przymknęli oko na jej pochodzenie, nie wybaczyliby jej niezależności i braku akceptacji dla ich wysokiego mniemania o sobie. Aby zostać przyjętą do towarzystwa, Sophie najpierw musiałaby przyznać, że nie jest go warta. Nawet gdyby postanowiła coś takiego zrobić, Kap by na to nie pozwolił. Ani Anna.
- Niech piekło pochłonie Philiusa Twomeya - mruknął Baltus, a potem bez słowa wyjaśnienia poderwał się z miejsca i pomknął na parkiet, z szablą obijającą mu się o nogę z taką siłą, że na pewno zostawiła po sobie siniaki. Zniknął w grupce młodych kobiet zebranych w rogu sali.
- Zobaczył Helenę Witherspoon - wyjaśnił Bram - która przyjechała w odwiedziny z Princeton. Musisz ją poznać, Kap. Założyłem się, że przed końcem roku Baltus się z nią ożeni. Tam stoi.
- Rude włosy. Przynajmniej jest konsekwentny - skomentował Kap.
- A oto Madison i Capshaw. - Baltus uśmiechnął się szeroko. - Teraz dopiero zacznie się prawdziwa zabawa.
Anna patrzyła na Kapa, jak zagłębił się z powrotem w fotelu, a łokcie oparł na poręczach z haftowanego aksamitu. Dłonie splótł przy brodzie, więc nie dało się nie zauważyć kontrastu między białymi rękawiczkami a kolorem jego zapadniętych policzków i skroni rozpalonych gorączką.
Spuściła wzrok na talerz, który trzymała na kolanach. Nie mogła długo na niego patrzeć. Nie zostało mu już wiele czasu, z dnia na dzień go ubywało, tak jakby jego ciało i umysł odpływały z prądem, którego nie można było zawrócić.
***
Panna Witherspoon była bardzo młoda. Anna zastanawiała się, czy ma matkę, bo nie wydawało się jej możliwe, żeby jakakolwiek dama o wysokim statusie społecznym pozwoliła swojej córce pokazać się publicznie w przebraniu... królowej wróżek? Cesarzowej? W każdym razie kogoś, kto ma więcej klejnotów niż zdrowego rozsądku. Jej suknia spadała kaskadą złota i aksamitu koloru wina, od góry do dołu była zapinana na klamerki z diamentów otaczających szmaragdy. Jej ręce od łokci aż po nadgarstki zdobiły złote bransoletki przyczepione do ciężkiego brokatu kolejnymi szmaragdowymi klamerkami. We włosy miała wplecione sznury czarnych pereł, a całości dopełniała korona. Miała nienaturalnie wąską talię, co było skutkiem ciągłego noszenia gorsetu, i to już od najmłodszych lat. Anna skrzywiła się na myśl o deformacjach, jakie spowodował.
Nawet jeśli nie była prawdziwą księżniczką, panna Witherspoon była nią dla swojego tatusia i dobrze rozumiała styl życia bogaczy. Podczas prezentacji obdarowała wszystkich głębokimi dygnięciami, przy których co rusz pobłyskiwały jej klejnoty. Kiedy przedstawiano jej Annę i Kapa, spoglądała to na jedno, to na drugie, starając się zrozumieć to, co było poza obszarem jej wiedzy o świecie.
Anna wiedziała, co dzieje się w umyśle tej młodej dziewczyny, jakie palące pytania, których nie mogła zadać wśród socjety, przychodziły jej do głowy. Annę przedstawiono jej jako pannę Savard. Prawda, maniery panny Savard były takie, jakich należało oczekiwać w takim towarzystwie, a jej suknia była całkiem ładna, ale miała na sobie niewiele biżuterii. Najwyraźniej nie miała też męża, co wprawiało młodą dziewczynę w zakłopotanie. Była zbyt młoda na wojenną wdowę, więc panna Witherspoon stwierdziła, że musi być starą panną. O wiele za starą, żeby "złapać" męża, a jednak była tu w towarzystwie Kapa Verhoevena uważanego za niesamowicie dobrą partię. Fakt, że Kap nie cieszył się dobrym zdrowiem, nie wydawał się interesować księżniczki Witherspoon. Kobiety nieustannie do niego lgnęły, mimo - a czasami z powodu - jego stanu zdrowia.
Bram nachylał się nad nią jak pełen nadziei adorator. Czy ma ochotę na szampana? Maderę? Poncz? Ach, jak pięknie pachną jej włosy, jaką cudną ma cerę!
- Panie Decker - zwróciła się do niego, odrywając wreszcie spojrzenie od Kapa.
- Tak, panno Witherspoon?
- Czy może mi pan wyjaśnić, dlaczego pański przyjaciel, pan Verhoeven, jest nazywany Kapem? Wydawało mi się, że ma na imię Peter - spuściła przy tym oczy i zatrzepotała rzęsami w stronę Kapa.
- Och, to świetna historia! - odparł Bram.
- Och, wcale nie - zaripostował Kap.
Mógł sobie darować protesty, ponieważ właśnie wtedy wszyscy jego przyjaciele wstali, ustawili się w półkole, wypięli pierś i rozstawili nogi szeroko jak marynarze na pełnym morzu. Andrew Capshaw dał znak i chórem odśpiewali pieśń:
O, kapitanie, mój kapitanie, wędrówki nadszedł kres!
Okręt pokonał każdą przeszkodę, nagroda nasza jest!
Przy całym braku powagi zaśpiewali całkiem przyzwoicie, po czym z zadowoleniem zaczęli poklepywać się po plecach.
- Skończyliście już? - zapytał Kap.
- To wiersz, prawda? - Tym razem panna Witherspoon zwróciła się prosto do niego. - Czy sam pan go napisał?
W kręgu na moment zapadła cisza, a po chwili Kap odpowiedział jej z właściwą sobie uprzejmością:
- Wydaje mi się, że jest pani zbyt młoda, by pamiętać zabójstwo prezydenta. Wiersz, który ci szaleńcy bezskutecznie próbowali odśpiewać, został napisany dla uczczenia pamięci prezydenta Lincolna kilka miesięcy po jego śmierci. Jego autorem jest pan Whitman.
- Kap wyrecytował ten wiersz podczas publicznego wykładu na Cooper Union - wyjaśniła Anna. - Tak się złożyło, że były to jego jedenaste urodziny. Dostał owacje na stojąco. Ile razy poproszono cię, żebyś powtórzył swój występ?
Kap zastanawiał się, przyłożywszy dłoń w rękawiczce do policzka.
- Przy trzydziestu straciłem rachubę.
- I właśnie dlatego zaczęliśmy nazywać go Kapitanem, a później w skrócie Kapem - dokończyła Anna. Trochę zachrypnęła, co nie było wcale tak bardzo słyszalne wśród hałasu orkiestry i tańczących par. Inni nie zwrócili na to uwagi, ale Kap usłyszał jej chrypkę - poznała to po wyrazie jego twarzy. Na chwilę znowu stał się małym chłopcem, który był dla niej jak brat.
Kuzyn Kapa, Anton Belmont, zdążał właśnie w ich stronę, u jednego boku mając swoją młodszą siostrę, a u drugiego jedną z debiutantek od Schermerhornów. Następny kwadrans upłynął im pod znakiem szukania szampana i dodatkowych krzeseł, a konwersacja była kontynuowana w tempie spokojnego galopu, w którym panowie starali się ze wszystkich sił rozbawić dziewczęta. Dołączyli do nich kolejni przyjaciele, a Anna stwierdziła, że może na chwilę niezauważenie opuścić towarzystwo.
Wstała, przerywając odwieczną dyskusję na temat partii pokera rozegranej lata wcześniej, i wyszła. Jeśli nie odetchnie choćby kwadrans na świeżym powietrzu, to przypieczętuje swoją reputację przeuczonej starej panny, która nie nadaje się do towarzystwa, bo zasypia w środku największego wydarzenia dekady.
Znalezienie właściwej drogi zabrało jej dłuższą chwilę. Przemierzywszy korytarz uczęszczany wyłącznie przez służbę, prowadzący na tyły budynku, odnalazła drzwi wychodzące na pusty dziedziniec otoczony wapiennym murem. Padało na niego jedynie blade światło z okien warsztatu czy spiżarni. Dochodziły ją odgłosy muzyki i rozmów przytłumione jak brzęczenie komara zamkniętego w sąsiednim pomieszczeniu - uparte, ale jednak możliwe do zignorowania. Och, ależ marudny miała nastrój... I to bez powodu.
Dziedziniec był w połowie zapełniony cegłami, drewnem, baryłkami gwoździ i stosami dachówki. Stała tu również jakaś drabina. Co dziwniejsze, znajdywało się na nim przynajmniej pół tuzina wiaderek z różami we wszystkich kolorach i kształtach. Anna nabrała w płuca świeżego powietrza, które pachniało naraz morelami, heliotropem, miodem, dębowym mchem, wanilią, piżmem i mirrą.
Zawsze lepiej czuła się w takich cichych miejscach, ale Kap uwielbiał wystawne przyjęcia - im kosztowniejsze, tym lepiej. Tygodniami się z nich później naśmiewał. Gdyby był zdrowy, tańczyłby teraz na parkiecie i biegał od pokoju do pokoju, oglądając obrazy i arrasy, albo opowiadałby jakąś anegdotę, dowcip czy zagadkę, z których słynął. Opróżniając jeden kieliszek szampana za drugim. Z równą łatwością zabawiając zarówno starsze panie, jak i ich wnuczki na wydaniu.
To Sophie powinna tu dziś z nim być. To ją kochał, a ona kochała jego, znała go na wylot. Kiedy Anna myślała o impasie, jaki zapanował w ich relacjach, wyobrażała sobie, że przywiąże oboje do krzeseł i zostawi w pokoju twarzą w twarz, dopóki nie przypomną sobie, jak ze sobą rozmawiać.
Chcieli się pobrać, ale koniec końców Sophie nie mogła znieść myśli, co takie małżeństwo oznaczałoby dla Kapa, więc wciąż go odrzucała. Anna pomyślała, że gdyby teraz poprosił Sophie o rękę, zgodziłaby się. Strasznie za nim tęskniła, a on za nią. Ale on nie poprosi...
Mimo chłodu w powietrzu unosił się intensywny zapach róż, a Anna pomyślała, jakie to smutne, że muszą tam stać takie niedocenione. Weźmie dla Kapa jeden piękny kwiat i pozwoli, żeby pomyślał sobie o tym, co zechce.
Nagle usłyszała, jak ktoś za jej plecami odpala zapałkę. W ciągu dnia byłby to zwyczajny odgłos, który nie zwróciłby jej uwagi. Teraz jednak zaciekawiona odwróciła głowę i w dali zobaczyła mężczyznę przechylającego się przez mur w rogu dziedzińca. Podniósł do ust cygaro i zaciągnął się dymem. Anna dojrzała okrągły, czerwony płomień. Miał ciemną cerę, był postawny i nie miał na sobie kostiumu, tylko tradycyjny garnitur. I obserwował ją. Spokojnie, badawczo się jej przyglądał, wiedząc, że ona go widzi i narasta w niej niepokój.
- Proszę się nie obawiać, proszę pani. Jestem sierżant Oscar Maroney z nowojorskiej policji - miał przyjemny ton głosu i lekką tytoniową chrypkę. - Rozważa pani malutkie przywłaszczenie mienia? Kradzież róży albo dwóch?
Anna tak łatwo się nie denerwowała, ale z natury była ostrożna i nie miała ochoty na jakieś gierki z obcym człowiekiem, czy był to policjant, czy ktokolwiek inny. Odwróciła się i skierowała w stronę drzwi, które otworzyły się w chwili, gdy sięgała do klamki.
Stanął w nich człowiek dorównujący wzrostem swojemu koledze, a jego szeroka klatka piersiowa i barki przypominały solidny mur. Co dziwne, w jednej ręce trzymał dojrzałą brzoskwinię rumieniącą się nawet w słabym świetle dziedzińca. Na progu wiosny dojrzała brzoskwinia w jego szerokiej dłoni dziwiła tak samo, jak gdyby trzymał w niej księżyc. Anna oderwała od niego wzrok, zrobiła krok w tył i ograniczyła się do trzech słów, które wypowiedziała ze spokojem, acz zdecydowanie, czego nikt inny nie mógł usłyszeć:
- Proszę się odsunąć.
- Doktor Savard - powiedział czyjś znajomy głos. - Nie spodziewałem się pani tak szybko zobaczyć.
Anna zatrzymała się w miejscu, niepewna, ale i zaciekawiona. Obawiała się podnieść oczy i spojrzeć na twarz mężczyzny.
- Jack, jednak nie zrobiłeś na pani wielkiego wrażenia - odezwał się Maroney. - Najwyraźniej cię nie poznaje!
Jack. Ta mała wskazówka sprawiła, że spojrzała na niego ponownie i ujrzała uśmiech. Sierżant Mezzanotte. Giancarlo. Jack.
- Czy tak? - Jednym szybkim ruchem posłał brzoskwinię w głąb małego dziedzińca, a jego kolega złapał ją wyciągniętą ręką. Potem pytającym wzrokiem spojrzał prosto na lekarkę.
- Teraz pana poznaję - powiedziała. - Wygląda pan zupełnie inaczej niż rano, panie sierżancie.
Jego strój był nieskazitelny. Miał na sobie modną, dobrze skrojoną, krótką marynarkę i kamizelkę do kompletu. W półświetle nie mogła dostrzec ich koloru, ale prawdopodobnie były czarne. Żadna ekstrawagancja, ale był to bardziej elegancki strój, niż oczekiwałaby tego po sierżancie policji, nawet w cywilu.
- Pan na służbie? - zapytała.
Znowu ten zniewalający uśmiech. Zastanawiała się, czy jej dziwnie skostniała twarz jest jeszcze w stanie się uśmiechać.
- Kiedy spotkaliśmy się w kościele, przyszedłem prosto z przydomowej szklarni - powiedział. - Spędziłem weekend w domu, a poniedziałkowego ranka przycinałem róże.
Spojrzał ponad jej głową na kwiaty na dziedzińcu, a ona podążyła za jego spojrzeniem. Teraz przypomniała sobie, jak mówił, że jego rodzice są ogrodnikami.
- To są pańskie róże? - nie starała się ukryć powątpiewania w głosie.
- Większość jest od Klundera, ale te jasne po prawej są od nas. Ścięte wczoraj, w Niedzielę Wielkanocną, po zmierzchu, i dostarczone dziś przed świtem.
Ponieważ jak nigdy brakowało jej słów, powiedziała pierwsze, co przyszło jej na myśl:
- Cóż za strata. Pani Vanderbilt chciała mieć wszystkie kwiaty, jakie tylko można było dostać, bez względu na to, czy mogły jej się przydać, czy nie...
- Ach, moja siostra mówi to samo - wtrącił się Maroney.
Anna odwróciła się do niego.
- Chciała udekorować kwiatami stół wielkanocny, ale w mieście nie było złamanej łodygi - o czym poinformowała mnie z oburzeniem, tak jakbym to ja na złość jej powykopywał z ziemi wszystkie kwiaty i ukrył je gdzieś daleko. Najlepsze, co udało się jej dostać, to róża za półtora dolara.
- Półtora dolara - powtórzyła wstrząśnięta Anna. - Nasze studentki pielęgniarstwa płacą dwa dolary tygodniowo za kwaterunek z wyżywieniem - zdała sobie sprawę, że mówi oskarżycielskim tonem, ale nie mogła inaczej. - Czy to prawda, półtora dolara za pojedynczą różę? - zwróciła się do sierżanta Mezzanotte.
- Nie - odparł. - Albo raczej: żaden uczciwy kwiaciarz nie zażądałby takiej ceny, ale niektórzy wykorzystują prawa rządzące podażą i popytem. Mogę pani powiedzieć, że w zeszłym tygodniu mój wuj musiał zapłacić pięćdziesiąt dolarów za sto róż General Jacqueminot.
- Pani Vanderbilt płaci takie wysokie ceny - zaczęła Anna - a przez jej pazerność siostra sierżanta Maroneya nie może postawić kwiatów na stole wielkanocnym. Ona doceniłaby to, co pani Vanderbilt trwoni.
Zabrzmiało to w jej własnych uszach pompatycznie, ale straciła kontrolę nad tym, co płynęło z jej ust. Zamiast odpowiedzieć, Jack przeszedł przez dziedziniec i na chwilę przykucnął nad różami. Kiedy się podniósł, Anna zobaczyła, że w jednej ręce trzyma scyzoryk, a w drugiej trzy małe różane pąki. Zbliżając się do niej, obcinał im kolce.
- Doktor Savard ma rację - rzucił do swojego partnera, nie odrywając jednak oczu od Anny. - Szkoda, że te róże się marnują. Proszę pozwolić, że zrobię dobry użytek chociaż z kilku.
Stanął przed nią tak blisko, że poczuła ciepło jego ciała. Jego usta zadrżały, jakby chciał poprosić ją o pozwolenie. Anna mogła zatrzymać go jednym słowem bądź gestem. Ale tego nie zrobiła. Podniosła głowę i spojrzała na niego, pokazując mu, że nie jest onieśmielona, przestraszona czy nawet zażenowana, a potem lekko przechyliła głowę, co wyglądało jak zaproszenie.
Skupił się na jej włosach, przesuwając palce tuż nad srebrną spinką, którą Sophie wpięła kilka godzin wcześniej. To był lekki dotyk, ale wyraźnie czuła wywołane nim mrowienie wędrujące wzdłuż kręgosłupa. Bardzo delikatnie umieścił łodyżkę w jej włosach, a po krótkiej chwili lekko ją poprawił. Potem cofnął się o krok i uśmiechnął się do niej.
- Ta róża nazywa się La Dame Dorée. Jej twórca chciał uzyskać idealnie białą różę burbońską, ale mu się nie udało. Kiedy pąki się otworzą, zobaczy pani, że brzegi płatków są bladoróżowe. Ich kolor nie jest idealny, ale zapach mają niesamowicie piękny. I zanim pani zapyta: sprzedajemy je hurtem, po dziesięć dolarów za sto sztuk. Wciąż nie znam pani imienia - dodał.
- Liliane. Ale wszyscy mówią do mnie Anna - odpowiedziała zachrypniętym głosem.
W jego tonie czy zachowaniu nie było nic niestosownego, czuła za to na sobie jego pełne podziwu spojrzenie. O poranku była dla niego kimś zupełnie innym, lekarką. To się zmieniło, a mówiąc dokładniej - zmieniła to hrabina Turchaninow. Ta świadomość jednocześnie irytowała Annę i dostarczała jej jakiejś przewrotnej przyjemności.
- Pana ręce całą noc będą pachnieć La Dame Dorée - powiedziała. Przerażona nagłą chęcią przyłożenia twarzy do jego dłoni, żeby sprawdzić, czy się nie myli, odsunęła się od niego. - Proszę wybaczyć, muszę wracać do przyjaciół.
Prześlizgnęła się przez drzwi i zniknęła w korytarzu. Kiedy tylko schowała się za róg, przystanęła i oparła się o ścianę, żeby złapać oddech. Lekko dotknęła różyczek we włosach, bo potrzebowała dowodu, że to dziwne spotkanie na dziedzińcu naprawdę miało miejsce.
***
O pierwszej trzydzieści pan Lee czekał na nich w powozie. Starannie wybrano tę właśnie porę, żeby Kap się nie przeforsował, a Anna wyspała się przed wizytami pacjentów zaplanowanymi następnego dnia. Pomagając Kapowi wsiąść do powozu, rozmyślała, co ją wkrótce czeka - operacje, a potem proces doktor Garrison - i od razu opuściły ją dobry humor i podekscytowanie.
Jeszcze zanim wyszli, Kap zaczął kasłać w chusteczkę. Teraz opadł na siedzenie, skulił się w kącie powozu i zaczął gwałtownie się trząść. Anna wiedziała, że gdyby odwrócił się do niej, zobaczyłaby, że pot spływa z jego twarzy i karku. Jego skóra pociemniała, przybierając purpurowy odcień, a żyły na czole, skroniach i szyi stały się widoczniejsze. No i krew...
Nie chciał pomocy i rozzłościłby się, gdyby mu ją zaproponowała, więc dała mu trochę potrzebnej prywatności. Zamknęła oczy i w duchu sięgnęła po pokłady spokoju, który z takim mozołem udało jej się wypracować. Słuchanie, jak Kap walczy o każdy oddech, łamało jej serce.
W końcu nieco się wyprostował, poza zasięgiem jej wzroku złożył chusteczkę i natychmiast wyciągnął z kieszeni następną - świeżą, białą flagę przecinającą ciemność w powozie. Otarł pot z twarzy.
- Dziękuję, że ze mną poszłaś - powiedział. Jego głos był cichy i ochrypły.
Minęła jedna minuta, a potem druga.
- Ona za tobą tęskni - powiedziała Anna. - Nie sądzę, żeby jej myśli kiedykolwiek oddaliły się od ciebie.
Doskonale słyszał jej słowa, ale nic nie odpowiedział. Lekko przechylił głowę w jej stronę, jakby prosił ją, żeby powiedziała mu to, co chciał usłyszeć. Ale Anna nie mogła dać mu tego, czego tak desperacko pragnął. Nie powiedziała więc nic.