Złośliwa trzynastka - Janet Evanovich

-
Proszę czekać

 

Urodzona w South River amerykańska pisarka powieści kryminalno-sensacyjnych. Sławę przyniósł jej wielotomowy cykl o łowczyni nagród, Stephanie Plum - obecnie jedna z najpopularniejszych serii książkowych świata.

W latach dzieciństwa z pełnym przekonaniem wierzyła, że pisana jest jej kariera artysty. W sąsiedztwie rodzinnego domu Janet wciąż ze zgrozą wspomina się długie godziny poświęcone nauce śpiewu. Po ukończeniu South High River School spędziła cztery lata w Douglass College, próbując przełożyć rodzące się w głowie wizje na zagruntowane płótno. Wyniki w najlepszym przypadku były frustrujące. W dodatku odkryła, że jest uczulona na pigment.

Już jako matka i gospodyni domowa podjęła jeszcze jedną próbę rozwinięcia kariery artystycznej. Tym razem poprzez pisanie. Po zaliczeniu specjalnego kursu popełniła trzy tomiki prozy... i przez kolejne 10 lat bezskutecznie szukała wydawcy. Nie pamięta już, kto zasugerował jej napisanie romansu. Posłuchała. Do dziś wspomina zdumienie, z jakim wpatrywała się w czek na sumę 2 tysięcy dolarów, który zaoferował jej wydawca. Po dwunastym tomie stwierdziła, że nie ma już pomysłów na kolejne sceny erotyczne i wyczerpała zasób słów opisujących miłosne uniesienia.

Kiedy zobaczyła Roberta De Niro w filmie Zdążyć przed północą, wiedziała już, jakiego bohatera literackiego chce stworzyć. Dwa lata upłynęły Janet na przygotowaniach do pisania nowej książki. Obejmowały strzelanie, trening fizyczny, procedury policyjne, nawet picie piwa. Tak rodziła się Stephanie Plum.

Po pierwsze dla pieniędzy, tom otwierający serię, przez 75 tygodni okupował listę bestsellerów USA Today. Do dzisiaj Janet napisała już 24 książki z łowczynią nagród Stephanie Plum w roli głównej, a statusy bestsellerów New York Timesa czy Amazon stały się dla nich uświęconą tradycją.

Janet Evanovich mieszka z mężem w New Hampshire, niedaleko Dartmouth College. Jak podkreśla, to idealne miejsce na pisanie książek o dziewczynie z New Jersey.

Lubi robić zakupy, czytać komiksy, oglądać filmy. I chce być taka jak babcia Mazurowa.

COPYRIGHT ? BY Janet EvanovichCOPYRIGHT ? BY Fabryka Słów sp. z o.o., LUBLIN 2014COPYRIGHT ? FOR TRANSLATION BY Dominika Repeczko, 2014

WYDANIE I

ISBN 978-83-7574-967-0

Wszelkie prawa zastrzeżone All rights reserved

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

PROJEKT I ADIUSTACJA AUTORSKA WYDANIA Eryk Górski, Robert Łakuta

PROJEKT OKŁADKI Szymon Wójciak

REDAKCJA Dorota Pacyńska

KOREKTA Agnieszka Pawlikowska

SKŁAD Dariusz Nowakowski

SPRZEDAŻ INTERNETOWA

ZAMÓWIENIA HURTOWE

Firma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o. sp.j 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 tel./faks: 22 721 30 00 www.olesiejuk.pl, e-mail: hurt@olesiejuk.pl

WYDAWNICTWO

Fabryka Słów sp. z o.o. 20-834 Lublin, ul. Irysowa 25a tel.: 81 524 08 88, faks: 81 524 08 91 www.fabrykaslow.com.pl e-mail: biuro@fabrykaslow.com.pl

 

Raz

Przez ostatnie pięć minut siedziałam w swoim wrakochodzie przed firmą mojego kuzyna Vinniego, próbując podjąć decyzję, czy robić coś dalej, czy może jednak wrócić do domu i wpełznąć pod kołdrę. Nazywam się Stephanie Plum i Rozsądna Stephanie chciała wrócić do łóżka. Pomylona Stephanie uważała, że nie ma co, trzeba działać.

Szykowałam się do zrobienia czegoś, czego absolutnie robić nie powinnam, o czym świadczyły liczne znaki. Mdłości. Przeczucie nadciągającej katastrofy. Pewność, że to nielegalne. A jednak i tak miałam zamiar trzymać się planu. Nie żeby to było dla mnie zachowanie jakoś szczególnie nietypowe. Prawdę powiedziawszy, z nieuchronnym nieszczęściem mam do czynienia tak długo, jak sięgam pamięcią. Do licha, miałam sześć lat, gdy posypałam sobie głowę cukrem w przekonaniu, że to magiczny pył, zażyczyłam sobie być niewidzialną i wmaszerowałam do szkolnej łazienki dla chłopców. Bo niby skąd można wiedzieć, że się siedzi w bagnie po uszy, póki się w to bagno nie wskoczy, czyż nie?

Drzwi wejściowe do firmy uchyliły się nieco i wyjrzała zza nich Lula.

- Będziesz tak siedzieć cały dzień? - wrzasnęła.

Lula jest czarnoskórą kobietą o rubensowskich kształtach i garderobie rodem z Las Vegas o cztery rozmiary za małej. Kiedyś była prostytutką, teraz pracuje w agencji poręczycielskiej mojego kuzyna jako pomoc biurowa i mój kierowca... kiedy ma na to ochotę. Tego dnia założyła wielkie, puchate kozaki ze sztucznego futra, tyłek wcisnęła w jadowicie zielone spodnie ze stretchu, a różowa bluza miała cekinowy napis "bogini miłości", wyhaftowany akurat na piersiach.

Ja z zasady ubieram się o wiele zwyczajniej. Miałam na sobie koszulkę z długim rękawem, jeansy i saszki. Dodatkowo owinęłam się szczelnie wielką pikowaną kurtką. Moje brązowe włosy kręcą się z natury i wyglądają nie najgorzej, gdy sięgają ramion. Gdy są krótsze, najlepsze, co można powiedzieć o mojej fryzurze, to to, że jest pełna energii. Dzisiaj nałożyłam na rzęsy dodatkową warstwę tuszu w nadziei, że doda mi nieco brawury. Zostałam poproszona o przysługę i jak nic miałam pewność, że to mi się jeszcze czkawką odbije. Chwyciłam torbę, szarpnięciem otworzyłam drzwiczki i wygramoliłam się z wozu.

Luty powoli zbliżał się do końca, ale zima wręcz przeciwnie. Wszędzie było ciemno i ponuro. Dochodziła dziesiąta rano, jednak światła uliczne nadal się paliły, a widoczność w wirującym śniegu nie przekraczała piętnastu centymetrów. Obok przejechała ciężarówka, obryzgując mnie śniegową breją. Na przemoczone jeansy zareagowałam wiązanką przekleństw. Cudowny świat zimy w stylu Jersey.

Kiedy weszłam, Connie Rosolli podniosła wzrok znad ekranu komputera. Connie jest kierownikiem biura Vinniego i jego pierwszą linią obrony przed wkurzonymi klientami, bukmacherami, dziwkami, rozmaitymi wierzycielami i sprzedawcami pornografii, którzy mają nadzieję sforsować drzwi do wewnętrznego sanktuarium mojego kuzyna. Connie jest ode mnie parę lat starsza, parę kilogramów cięższa, parę centymetrów niższa i parę rozmiarów miseczki większa. No i włosy ma parę centymetrów wyżej natapirowane. Connie jest niewątpliwie ładna, tą urodą charakterystyczną dla twardej, pochodzącej ze środkowego Jersey Włoszki w trzecim pokoleniu.

- Mam trzech nowych NS-ów, jeden z nich to znów Simon Diggery - poinformowała mnie na powitanie.

NS-y to ludzie, którzy Nie Stawili się w sądzie po tym, jak Vinnie wykupił ich z aresztu. Vinnie traci pieniądze wyłożone na kaucję, jeśli delikwent nie pojawia się na rozprawie, i wtedy do akcji wkraczam ja. Pracuję dla Vinniego jako agentka do spraw poręczeń, czyli po prostu łowca nagród i moim zadaniem jest znaleźć NS-a i z powrotem wrzucić go w tryby systemu.

- Nawet nie proś, żebym ci pomogła z Diggerym - zastrzegła Lula. Usadowiła się na kanapie pokrytej pseudoskórą i wzięła do ręki najnowszy numer "Star". - Już tego miodu posmakowałam. Nie namówisz mnie na powtórkę z rozrywki.

- To prosta sprawa - zaprotestowałam. - Dokładnie wiemy, gdzie go znaleźć.

- Nie będzie żadnego "my". Jesteś tylko ty. Nie zamierzam sobie odmrozić Bóg jeden wie czego, siedząc w ten mróz między kościotrupami, czekając, aż się Diggery pojawi.

Diggery był, między innymi, hieną cmentarną, profesjonalnie uwalniał drogich niedawno zmarłych od ciężaru pierścionków, zegarków, a bywało, że i z garniturów od Braci Brooks, o ile rzeczony garnitur był w rozmiarze Diggery'ego. Kiedy Diggery poprzednio naruszył warunki zwolnienia za kaucją, przyłapałyśmy go z Lulą, gdy próbował odpiłować pierścionek Miriam Lukach. Ganiałyśmy go po całym cmentarzu, aż wreszcie udało mi się go powalić przed wejściem do krematorium.

Wzięłam od Connie trzy teczki z nowymi sprawami i wsunęłam do torby.

- Wychodzę.

- A gdzie idziesz? - zainteresowała się Lula. - Już prawie pora na lunch. Nie będziesz pewnie przejeżdżać obok miejsca, gdzie można by zakupić kanapkę z klopsikami? Kanapka z klopsikami dobrze by mi zrobiła w taki paskudny dzień jak dziś.

- Jadę do centrum - odpowiedziałam. - Muszę pogadać z Dickiem.

- Że co proszę?! - Lula poderwała się z kanapy. - Dobrze słyszałam?! Chodzi o tego Dickiego, który wezwał policję, gdy poprzednio pojawiłaś się w jego biurze? Tego, któremu kazałaś iść w pizdu?! Tego, którego żoną byłaś jakieś piętnaście minut w poprzednim życiu?!

- No. O tego Dickiego.

Lula jednym ruchem zgarnęła płaszcz i szal z wieszaka.

- Jadę z tobą. Muszę to zobaczyć. Do diabła, już nawet nie chcę kanapki.

- Dobra, ale nie będziemy robić scen - zastrzegłam. - Muszę pogadać z Dickiem na tematy prawne. To nie będzie żadna konfrontacja.

- Przecież wiem. Zero konfrontacji. Jak dwoje cywilizowanych ludzi.

- Czekajcie. Ja też jadę. - Connie wyciągnęła torebkę z najniższej szuflady biurka. - Nie chcę tego przegapić. Dla czegoś takiego to nawet biuro zamknę na godzinę czy dwie.

- Nie zamierzam robić scen - powtórzyłam.

- Jasne, wiem, ale wezmę broń, na wypadek gdyby zrobiło się nieprzyjemnie - odpowiedziała Connie.

- Ja też - dodała Lula. - To nie diamenty są najlepszymi przyjaciółmi dziewczyny, to glock dziewięć milimetrów.

Obie popatrzyły na mnie.

- A ty co masz? - spytała Connie.

- Nowiuśki lakier do włosów i ten błyszczyk, który mam na ustach.

- To całkiem wypaśny błyszczyk - oceniła Lula. - Ale nie zaszkodzi mieć też broń.

Connie już wbijała się w płaszcz.

- Nie wyobrażam sobie, jaki to prawny temat masz do obgadania z Dickiem.

- To w pewnym sensie osobiste - uciekłam się do jedynej umiejętności łowcy nagród, którą miałam opanowaną... do łgarstwa. - Dotyczy czasów, kiedy byliśmy małżeństwem. Jest związane z... podatkami.

Wyszłyśmy na zimno, chowając głowy w kołnierze, i wsiadłyśmy do firebirda Luli. Lula przekręciła kluczyk, z głośników huknął hip-hop i ruszyłyśmy.

- Dickie nadal siedzi w śródmieściu? - chciała wiedzieć Lula.

- Tak, ale w nowym biurze. Trzydzieści dwa czterdzieści Brian Place. Jego kancelaria nazywa się Petiak, Smullen, Gorvich i Orr.

Lula zjechała z Hamilton w North Broad. Wiatr ucichł i śnieg przestał padać, ale niebo wciąż było zasnute grubą warstwą chmur. Aura w najlepszym przypadku była ponura. W myślach powtarzałam mowę, którą zamierzałam wygłosić, o tym, jak to niby potrzebuję informacji do audytu. I w duchu obiecywałam sobie różne rzeczy w ramach nagrody za dobry występ. Widziałam już przed sobą makaron z serem. Maślane ciasteczka. Cebulowe krążki. Snikersy. No dobra, wiedziałam, że to najpewniej będzie jeden niezjadliwy pierdolnik, ale i tak gdzieś tam czekał na mnie wielgachny sernikowo-truskawkowy McFlurry z kawałkami oreo.

Lula zaparkowała samochód jakieś pół przecznicy od budynku, w którym znajdowała się kancelaria Dickiego.

- Zdzielę cię przez łeb, jak nie przestaniesz wyłamywać palców - zagroziła mi Lula. - Musisz wyluzować. Potrzebujesz jakichś informacji do podatków i on ci je da. - Rzuciła mi kose spojrzenie. - I to wszystko, tak?

- No niby tak.

- O-ho. Jest coś więcej?

Wysiadłyśmy z samochodu i stałyśmy, kuląc się z zimna.

- Właściwie to muszę podłożyć mu kilka pluskiew dla Komandosa - przyznałam Luli. I proszę, wyleciało mi z ust i uleciało z wiatrem... piekielna przysługa.

Carlosa Manoso wszyscy nazywają Komandosem. Jest moim przyjacielem, mentorem, jeśli chodzi o zawód łowcy nagród, a w tym przypadku... wspólnikiem zbrodni. To Amerykanin kubańskiego pochodzenia, o ciemnej skórze, ciemnych oczach i ciemnych włosach, które ostatnio ściął krótko. Jest o pół głowy wyższy ode mnie i dwa miesiące starszy. Widziałam go nago i kiedy mówię, że każda część jego ciała jest doskonała, to wiem, co mówię. Kiedyś służył w siłach specjalnych i choć już nie jest żołnierzem, to zachował formę, no i oczywiście umiejętności. Ma własną firmę ochroniarską KomandoMan, do tego czasem załatwia te najbardziej ryzykowne ze spraw Vinniego. Jest superseksowny, a między nim i mną szaleją naprawdę silne uczucia, ale staram się zachować dystans. Komandos gra według własnego zestawu zasad, niestety, nie udostępnił mi kopii.

- Wiedziałam! - wrzasnęła Lula. - Wiedziałam, że to będzie coś dobrego.

- Potrzebujesz lepszego pretekstu niż jakieś tam podatki - stwierdziła Connie. - Potrzebujesz jakiejś dywersji, skoro zamierzasz podkładać pluskwy.

- Taa - zgodziła się natychmiast Lula. - Potrzebujesz nas, żebyśmy trochę zamieszały!

- Co wy na to, żeby powiedzieć, że chcemy razem założyć jakiś business - zaproponowała Connie. - I potrzebujemy kogoś, kto nam doradzi, jak to załatwić od strony prawnej.

- A jaki to ma być business? - chciała wiedzieć Lula. - Muszę wiedzieć, w co się z wami pakuję.

- Przecież nie chodzi o prawdziwy interes. Tylko udajemy - przypomniała jej Connie.

- I tak muszę wiedzieć. Nie będę narażać swojego dobrego imienia dla jakiegoś gówna.

- Na litość boską. - Connie zaczęła przytupywać i zabijać ręce, żeby się rozgrzać. - To może być cokolwiek. Możemy zapewniać catering na imprezy.

- Taa, to wiarygodne - mruknęła Lula. - Bo takie z nas superkucharki. Ja włączam piekarnik tylko wtedy, gdy chcę ogrzać mieszkanie. A Steph pewnie nie ma nawet pojęcia, gdzie jest jej piekarnik.

- No dobra, to może pralnia chemiczna albo wynajem limuzyn, albo wyprowadzanie psów... albo możemy kupić kuter do połowu krewetek - wymieniała Connie.

- Podoba mi się ta koncepcja z limuzynami - uznała Lula. - Mogłybyśmy kupić lincolna i przebrać się w jakieś wyczesane mundurki. W coś błyszczącego.

- Mnie pasuje - zgodziła się Connie.

Podciągnęłam szalik tak, żeby zasłaniał mi nos.

- Mnie też. Wchodzimy do środka. Zamarzam tu.

- Zaraz - zatrzymała nas Lula. - Potrzebujemy nazwy. Nie można mieć firmy z limuzynami bez nazwy.

- Szczęśliwe Limuzynki - rzuciła Connie.

- A dupa tam - zaprotestowała natychmiast Lula. - Nie zamierzam dołączyć do firmy z taką lamerską nazwą.

- No to sama ją nazwij - zniecierpliwiła się Connie. - Mam gdzieś, jak się ta cała cholerna firma nazywa. Stóp nie czuję.

- To powinna być nazwa, która nas określa - pouczyła nas Lula. - Jak Limuzyny Niezłych Suk.

- To jest debilne, nikt nie wynajmie limuzyny z szoferem od firmy, która się tak nazywa - zaprotestowała Connie.

- No ja znam paru takich, co by wynajęli.

- Słodkie Limuzyny, Samotne Limuzyny, Frajerskie Limuzyny, Pomylone Limuzyny, Krągłe Limuzyny, Wyczesane Limuzyny, Limuzyny dla Kłamczuchów, Cieknące Limuzyny, Złomiaste Limuzyny, Długie Limuzyny, Wielkie Limuzyny, Leniwe Limuzyny, Całuśne Limuzyny - wyrzucałam.

Connie popatrzyła na mnie i skrzywiła się z niesmakiem.

- No to może powinna nazywać się Limuzyny Luli - zaproponowałam.

- O, to brzmi odpowiednio - stwierdziła Lula.

- No to ustalone. Limuzyny Luli.

- Stoi - zgodziła się Connie. - A teraz z drogi, żebym mogła wejść do środka i się rozmrozić.

Przepchnęłyśmy się przez drzwi i zatrzymałyśmy w foyer, zachłysnąwszy się nagłym uderzeniem ciepła.

Z foyer przechodziło się do recepcji i odetchnęłam z ulgą na widok obcej twarzy. Gdyby recepcjonistka mnie rozpoznała, to - po mojej ostatniej wizycie - teraz już wzywałaby ochronę.

- Ja będę mówić.

- Jasne. Będę jak myszka. Zamknę usta na klucz - obiecała Lula.

Podeszłam do recepcjonistki i spróbowałam wcielić się w poważną klientkę.

- Chciałybyśmy zobaczyć się z panem Orrem - powiedziałam jej.

- Byłyście panie umówione?

- Nie. Przepraszam, że tak bez uprzedzenia, ale chcemy założyć firmę i potrzebowałybyśmy porady prawnej. Oglądałyśmy nieruchomość przy końcu ulicy i pomyślałyśmy, że sprawdzimy, może pan Orr znajdzie dla nas chwilę.

- Oczywiście - odpowiedziała uprzejmie recepcjonistka. - Proszę pozwolić mi sprawdzić. Nazwa firmy?

- Limuzyny Kapitalne.

- Hmff - powiedziała Lula za moimi plecami.

Recepcjonistka zadzwoniła do Dickiego, przekazała mu informację, a potem ponownie uśmiechnęła się do mnie.

- Ma akurat kilka minut wolnych między zaplanowanymi spotkaniami. Proszę skorzystać z windy po lewej. Pierwsze piętro.

Wsiadłyśmy do windy i nacisnęłam guzik.

- Co to miało być? - chciała wiedzieć Lula. - Limuzyny Kapitalne?

- A tak mi wpadło do głowy, ale brzmi z klasą, nie sądzisz?

- Nie tak jak Limuzyny Luli - prychnęła. - Jakbym miała zamawiać limuzynę z szoferem, to za każdym razem wolałabym zadzwonić do Limuzyn Luli niż jakichś Limuzyn Kapitalnych. Limuzyny Kapitalne brzmi tak, jakby firma miała kij w dupie, ale z Limuzynami Luli zawsze możesz liczyć na dobrą zabawę.

Drzwi windy otworzyły się i wysypałyśmy się z kabiny do kolejnej recepcji, gdzie i tym razem przywitała nas nowa twarz.

- Pan Orr czeka na panie - powiedziała recepcjonistka. - Jego biuro jest na końcu korytarza.

Poprowadziłam niewielką paradę równym krokiem do biura Dickiego. Lekko zapukałam do drzwi, uchyliłam je, zajrzałam do środka i uśmiechnęłam się. Przyjacielsko. W sposób absolutnie niegroźny.

Dickie podniósł wzrok i głośno wciągnął powietrze.

Od czasu, gdy widziałam go po raz ostatni, przybrał na wadze kilka kilogramów. Brązowe włosy przerzedziły się mu na czubku głowy i zaczął nosić okulary. Miał na sobie białą koszulę, krawat w czerwone i granatowe prążki i granatowy garnitur. Kiedy za niego wychodziłam, uważałam, że jest przystojny, i nadal nieźle wyglądał, w taki korporacyjny sposób. Ale wydawał się jakiś miękki w porównaniu z Joem Morellim i Komandosem, dwoma mężczyznami mojego życia. Dickie nie miał w sobie tego żaru, tej surowej męskiej energii, która przepełniała Morellego i Komandosa. No i oczywiście teraz już wiedziałam, że Dickie był dupkiem.

- Nie panikuj - powiedziałam spokojnie. - Przyszłam jako klientka. Potrzebuję adwokata i pomyślałam o tobie.

- Ja to mam szczęście - powiedział Dickie.

Poczułam, jak moje oczy mimowolnie zmieniają się w wąskie szczeliny, i w duchu zrobiłam kilka głębokich wdechów.

- Razem z Lulą i z Connie myślimy o otwarciu firmy wynajmującej limuzyny.

- No i?

- No i nic nie wiemy o zakładaniu firmy - kontynuowałam. - Potrzebujemy jakiejś umowy partnerskiej? Licencji? Powinnyśmy założyć spółkę?

Dickie przesunął po blacie kartkę.

- Tu jest cennik za usługi firmy.

- Łał - wyrwało mi się, gdy spojrzałam na ceny. - To mnóstwo forsy. Nie wiem, czy mnie na ciebie stać.

- Ja to jednak mam szczęście.

Poczułam, jak mi rośnie ciśnienie. Wsparłam ręce na biodrach i ze złością popatrzyłam w dół na Dickiego.

- Czy mam rozumieć, że nie chcesz, żebyśmy zostały twoimi klientkami?

- Niech się nad tym zastanowię przez jakąś nanosekundę. Tak! Ostatnim razem próbowałaś mnie zabić!

- Przesadzasz. Okaleczyć, owszem. Zabić, raczej nie.

- Pozwól, że dam ci darmową radę. Trzymajcie się swojej pracy - powiedział Dickie. - Wspólny interes waszej trójki będzie absolutną katastrofą, a jeśli pozostaniecie partnerkami do menopauzy, to zmienicie się w kanibali.

- Czy on mnie właśnie obraził? - spytała Lula.

No dobra, to palant, stwierdziłam w duchu. Ale misja to misja. Nie można tracić celu z pola widzenia. Musisz być serdeczna i znaleźć jakiś sposób, żeby podłożyć pluskwy.

Trudne zadanie, skoro Dickie siedział za swoim biurkiem, a ja stałam po drugiej stronie.

- Zapewne masz rację - powiedziałam.

Rozejrzałam się i podeszłam do mahoniowych półek na ścianie. Pomiędzy książkami prawniczymi tu i ówdzie pojawiały się okruchy prywatnego życia Dickiego. Zdjęcia, nagrody, wyrzeźbione w drewnie figurki kaczek, jakieś szklane ozdoby.

- Piękne biuro - rzuciłam. Szłam od fotografii do fotografii. Zdjęcie Dickiego z bratem. Zdjęcie Dickiego z rodzicami. Zdjęcie Dickiego z dziadkami. Zdjęcie Dickiego z rozdania dyplomów. Zdjęcie Dickiego na stoku narciarskim. Żadnych zdjęć Dickiego z byłą żoną.

Krok po kroczku posuwałam się wzdłuż ściany, znalazłam się już niemal za plecami Dickiego, odwróciłam się, żeby skomplementować zestaw na biurku... I wtedy to zobaczyłam. Zdjęcie Dickiego i Joyce Barnhardt. Dickie obejmował Joyce ramieniem i oboje się śmiali. I wiedziałam, że tę fotografię zrobiono niedawno, bo czoło Dickiego było nienaturalnie wysokie.

Gwałtownie nabrałam powietrza, w duchu nakazałam sobie zachować spokój, ale w opuszkach palców czułam, jak rośnie mi ciśnienie, i istniało niebezpieczeństwo, że głowa mi stoi w ogniu.

- O-ho - mruknęła Lula, nie odrywając ode mnie wzroku.

- Czy to J-J-Joyce? - spytałam.

- Ta - odparł Dickie. - Odnowiliśmy znajomość. Coś tam między nami było kilka lat temu i chyba tak naprawdę nigdy mi nie przeszło.

- Wiem dokładnie, ile lat temu. Przyłapałam cię, jak rżnąłeś tę świnię na moim stole jakieś piętnaście minut przed tym, jak złożyłam pozew o rozwód, ty skurwiały kozojebco!

Joyce Barnhardt była fałszywą, tłustą dziewczynką z krzywymi zębami, która rozsiewała plotki, nigdy nie przepuściła okazji do ciosu poniżej pasa, pluła na mój lunch i zmieniła moje szkolne lata w jeden koszmar. Zanim skończyła dwadzieścia lat, tłuszcz przemieścił się we właściwe miejsca. Przefarbowała włosy na czerwono, powiększyła piersi i usta, a potem zaczęła realizować się jako rozbijaczka rodzin i łowczyni posagów. Patrząc w przeszłość, musiałam przyznać, że Joyce oddała mi przysługę, stając się katalizatorem mojego rozwodu z Dickiem. Co nie zmieniało jednak faktu, że Joyce Barnhardt nie była i nigdy nie będzie moją ulubioną osobą.

- Właśnie - powiedział Dickie. - Teraz sobie przypominam. Myślałem, że dam radę skończyć, zanim wrócisz do domu, ale przyjechałaś wcześniej.

I sekundę później leżał na podłodze, a ja zaciskałam mu ręce na gardle. Wrzeszczał naprawdę ze wszystkich sił, szczególnie jeśli wziąć pod uwagę, że go dusiłam, a Lula i Connie zagłuszały. Zanim zdołały mnie z niego ściągnąć, pomieszczenie zapełniło się członkami personelu.

Dickie pozbierał się, stanął i popatrzył na mnie dzikim wzrokiem.

- Wszyscy jesteście świadkami - wycharczał. - Próbowała mnie zabić. Jest obłąkana. Powinna zostać zamknięta w wariatkowie. Wezwijcie policję. Wezwijcie ludzi z towarzystwa opieki nad zwierzętami. Wezwijcie mi prawnika. Chcę zakaz zbliżania się.

- Zasługujesz na Joyce - stwierdziłam. - Ale nie zasługujesz na ten zegar. To był prezent ślubny od mojej cioci Tootsie. - Zabrałam zegar i obróciwszy się na pięcie, podniosłam podbródek i wyszłam z biura. Connie i Lula pospieszyły za mną.

Dick próbował wybiec za nami, ale miał problem z utrzymaniem równowagi.

- Oddawaj zegar! To MÓJ zegar!

Lula wyszarpnęła z torebki swojego glocka i wycelowała w głowę Dickiego.

- Rozumiesz, co się do ciebie mówi? Jej ciocia Tootsie dała jej ten zegar. A teraz zabieraj ten swój cherlawy tyłek do swojego biura, zanim zrobię ci wielką dziurę we łbie.

Zbiegłyśmy po schodach, obawiając się, że winda będzie zbyt powolna, wypadłyśmy na ulicę i szybkim marszem ruszyłyśmy do najbliższego zakrętu. W każdej chwili mogła pojawić się policja, żeby zawlec mój cherlawy tyłek na posterunek. Po drugiej stronie ulicy zobaczyłam czarnego SUV-a. Przyciemnione szyby. Silnik pracujący na luzie. Zatrzymałam się na chwilę i machnęłam ręką z uniesionym kciukiem. W odpowiedzi SUV mrugnął światłami. Komandos podsłuchiwał Dickiego dzięki pluskwom, które zostawiłam w kieszeniach mojego byłego męża.

Wcisnęłyśmy się do samochodu Luli, a ona, nie zwlekając, włączyła się do ruchu.

- Przysięgam, byłam pewna, że eksplodujesz, jak zobaczyłaś zdjęcie fiutogłowego z Joyce - powiedziała. - Normalnie zupełnie jak w filmach, jakbyś nagle dostała takich płonących oczu, jak demony. Myślałam, że głowa zacznie ci się kręcić na ramionach.

- Taa, ale potem ogarnął mnie spokój - wyjaśniłam. - I nagle dostrzegłam szansę, żeby podłożyć Dickiemu podsłuch do kieszeni.

- Ten spokój musiał cię ogarnąć wtedy, jak go dusiłaś i waliłaś jego głową o podłogę - stwierdziła Connie.

Westchnęłam.

- No to by się zgadzało.

Biurko Connie było zastawione jedzeniem. Kanapki z klopsikami, duży kubełek sałatki colesław, chipsy, pikle, a do tego napoje dietetyczne.

- To był świetny pomysł - pochwaliłam Lulę. - Umierałam z głodu.

- Wychodzi na to, że świrowanie wzmaga apetyt - wywnioskowała Lula. - Co teraz?

- Teraz podzwonię trochę w sprawie Simona Diggery'ego. Może jakiś trop pozwoli mi go złapać gdzie indziej niż na cmentarzu.

Diggery był niedużym, żylastym facecikiem po pięćdziesiątce. Brązowe włosy miał przetykane siwizną i zwykle związane w kucyk, a jego skóra wyglądała jak wyprawiona przez garbarza. Zwykle pracował sam, ale czasem można było go spotkać w towarzystwie brata, Melvina, jak szli przez miasto o drugiej nad ranem, niosąc na ramieniu łopaty niczym karabiny.

- Nic ci to dzwonienie nie da - stwierdziła Lula. - Jeden i drugi Diggery jest przebiegły jak wąż.

Wyciągnęłam wcześniejsze informacje o Diggerym, po czym skopiowałam numery telefonów i historię zatrudnienia. W przeszłości Diggery rozwoził pizzę, pakował zakupy w spożywczaku, obsługiwał pompę na stacji benzynowej i sprzątał klatki w schronisku.

- Od czegoś trzeba zacząć - powiedziałam. - Lepiej, niż pukać do ich drzwi.

Cała rodzina Diggerych mieszkała razem w rozpadającym się parterowym domu w Bordentown. Simon, Melvin, żona Melvina, sześcioro dzieci Melvina, pyton Melvina i wuj Bill Diggery. Ale jeśli zapukało się do drzwi domu, to za nimi czekał jedynie pyton. Cała ta rodzinka była niczym stado dzikich kotów. Pierzchali do lasu za domem, gdy tylko usłyszeli samochód na podjeździe.

Kiedy pogoda się pogarszała, ziemia zamarzała, a rabowanie grobów szło wyjątkowo słabo, Simon czasem szukał jakiejś dorywczej pracy. Miałam nadzieję złapać go przy takim zajęciu. Niestety, ponieważ najmował się do pracy losowo, jedynym sposobem, by dowiedzieć się, gdzie pracuje, było wyciągnięcie tego podstępem od któregoś z sąsiadów albo członków rodziny.

- Jakie są zarzuty tym razem? - zainteresowała się Lula.

Spojrzałam w dokumenty.

- Zakłócanie porządku po pijanemu, zniszczenie własności prywatnej, próba napaści.

Wszyscy wiedzieli, że Diggery był pierwszą hieną cmentarną Trenton, a jednak rzadko bywał aresztowany za zakłócanie spokoju zmarłym. Za to kiedy się upił, potrafił naprawdę wrednie wywijać łopatą.

Zebrałam tyle informacji, ile zdołałam, i wepchnęłam wszystkie notatki razem z dokumentami do torby. Zegar też.

- Przez resztę dnia popracuję w domu.

- Ja to bym popracowała w domu do lipca - stwierdziła Lula. - Dość mam tej pogody.

Ledwie wsiadłam do samochodu, gdy zadzwoniła moja matka.

- Gdzie jesteś? W biurze? - chciała wiedzieć.

- Właśnie wyszłam.

- A mogłabyś mi zrobić po drodze małe zakupy u Giovichinniego? Twój tata będzie cały dzień na taksówce, a mój samochód nie chce zapalić. Chyba potrzebuję nowego akumulatora. Chcę dwadzieścia pięć deko wątrobianki, dwadzieścia pięć deko szynki, mięsa z oliwkami i tyle samo pieczonego indyka. I trochę szwajcarskiego sera, i żytniego chleba. I jeszcze mięso na pieczeń. I ciasto. Babcia lubi malinowe.

- Jasne, już jadę - odpowiedziałam.

Biuro agencji znajduje się na granicy śródmieścia, zwrócone ku niewielkiej enklawie znanej powszechnie jako Grajdoł. Urodziłam się tu i wychowałam i choć już się stąd wyprowadziłam, to nie zerwałam więzi łączącej mnie z przeszłością, a przede wszystkim z rodziną. Delikatesy Giovichinniego to niewielki rodzinny interes, w którym zaopatruje się cały Grajdoł. Delikatesy są nie tylko ulubionym sklepem mieszkańców Grajdoła, są też centrum plotkarskim. I nie miałam wątpliwości, że opowieść o mojej napaści na Dickiego dotarła już z delikatesów do każdego zakątka Grajdoła.

Ostatnio jeździłam burgundową crown victorią, która kiedyś była wozem policyjnym. Potrzebowałam samochodu na już, a tylko na ten było mnie stać w Imperium Używanych Samochodów Szalonego Iggy'ego. Powiedziałam sobie w myślach, że victoria jest tylko tymczasowym rozwiązaniem, wrzuciłam bieg i ruszyłam do Giovichinniego.

W delikatesach niemal biegałam między regałami z opuszczoną głową, niby to pochłonięta zakupami, w nadziei, że nikt nie wspomni o Dickiem. Załatwiłam co trzeba przy stoisku z mięsem, przemknęłam obok pani Landau i pani Ruiz bez powitania i ustawiłam się w kolejce do kasy za panią Martinelli. Dzięki Bogu nie mówiła po angielsku. Zerknęłam nad jej ramieniem i wiedziałam już, że moje szczęście się skończyło. Przy kasie siedziała Lucy Giovichinni.

- Ponoć sponiewierałaś swojego eksa dziś rano - rzuciła, kasując moje zakupy. - To prawda, że groziłaś, że go zabijesz?

- Nie! Poszłam do niego do biura z Lulą i Connie. Potrzebowałam porady prawnej. Naprawdę nie mam pojęcia, skąd się biorą te wszystkie plotki.

A to był dopiero początek. I już widziałam, co z tego wyniknie. Katastrofa na miarę biblijnego potopu.

Zaniosłam zakupy do samochodu i załadowałam do bagażnika razem z zegarem cioci Tootsie. Gdy dojeżdżałam do domu rodziców, zaczął padać deszcz ze śniegiem. Zaparkowałam na podjeździe i obładowana torbami ruszyłam do drzwi frontowych, gdzie czekała już babcia Mazurowa.

Babcia zamieszkała z moimi rodzicami, gdy dziadek ominął procedury Agencji Żywności i Leków i przedłożył swoje zapotrzebowanie na zły cholesterol sile wyższej.

- Kupiłaś ciasto do kawy? - zapytała babcia.

- Tak. Kupiłam ciasto do kawy.

Przecisnęłam się obok niej i zaniosłam torby do kuchni. A tam moja matka prasowała.

- Jak długo prasuje? - spytałam.

- Jakieś dwadzieścia minut. Od chwili, gdy dostała telefon z informacją, że wysłałaś Dickiego do szpitala i uciekłaś policji.

Moja matka prasuje, gdy jest zestresowana. Zdarza jej się prasować tę samą koszulę godzinami.

- Wcale nie wysłałam Dickiego do szpitala. I nie było żadnej policji. - A przynajmniej ja się na policjantów nie natknęłam. - Lula, Connie i ja poszłyśmy do Dickiego po poradę w kwestii prawnej i jakoś zaczęły się te wszystkie ploty.

Matka przestała prasować i umieściła żelazko na końcu deski.

- Nigdy jakoś nie słyszę plotek o córce Miriam Zowicki, Esther Marchese albo Elaine Rosenbach. Dlaczego plotki krążą zawsze o mojej córce?

Ukroiłam sobie kawałek ciasta, pożarłam błyskawicznie i wepchnęłam ręce do kieszeni, żeby powstrzymać się od pożarcia reszty.

Babcia upychała jedzenie w lodówce.

- Stephanie i ja jesteśmy barwnymi osobowościami i o nas się mówi. Przypomnij sobie, ile zwariowanych plotek krąży na mój temat. Poważnie, ludzie to powtórzą każdą głupotę.

Wymieniłyśmy z matką wymowne spojrzenia, bo niemal wszystkie zwariowane plotki były świętą prawdą. Jeśli w domu pogrzebowym czuwanie odbywało się przy zamkniętej trumnie, babcia zawsze unosiła wieko, żeby zerknąć na nieboszczyka. Wymykała się z domu na występy Chippendalesów, jeśli tylko pojawiali się w mieście. Prowadziła jak wariatka, zanim wreszcie odebrano jej prawo jazdy. I walnęła w nos Bellę, babkę Morellego, gdy ta zagroziła, że rzuci na mnie klątwę.

- Chcesz kanapkę? - zapytała moja matka. - Zostaniesz na obiad?

- Nie. Będę lecieć. Muszę podzwonić.

Joe Morelli to mój były-niebyły chłopak. Cierpliwość nie jest jego najmocniejszą stroną, ale jakoś pogodził się z koniecznością przeczekania, aż oboje uporamy się ze swoimi lękami przed zaangażowaniem. To ponad metr osiemdziesiąt samych mięśni i włoskiego libido. Włosy ma nieco dłuższe, niżby wypadało, ale bardziej z lenistwa niż świadomego wyboru. Jest gliniarzem i toleruje moją pracę i kontakty z Komandosem, choć wolałby, żebym znalazła sobie jakieś bezpieczniejsze zajęcie... na przykład jako ludzka kula armatnia. Morelli ma własny dom, niedaleko moich rodziców, ale przy sprzyjającym układzie planet nocuje u mnie. Przez ostatnie dwa tygodnie planety jakoś nam nie sprzyjały, ale najwyraźniej coś się zmieniło w temacie, bo samochód Morellego stał na parkingu przed moim domem.

Zaparkowałam obok i wyciągnęłam kluczyk ze stacyjki. Spojrzałam w okna, w mieszkaniu paliło się światło. Mieszkam na pierwszym piętrze w dwupiętrowym ceglanym klocku, na granicy Trenton. Okna mojego mieszkania wyglądają na parking, ale nie uważam tego za wadę. Mogę zawsze rozerwać się trochę, obserwując, jak staruszkowie wjeżdżają w siebie nawzajem przy próbach parkowania.

Złapałam torbę, dokumenty i pobiegłam przez parking. Wjechałam na górę windą, pomknęłam korytarzem, otworzyłam drzwi i stanęłam, patrząc na Morellego. Buty zostawił w moim malutkim przedpokoju, a teraz stał przy kuchence, mieszając w garnku sos do spaghetti. Był absolutnie wspaniały, od stóp w ciepłych szarych skarpetkach aż po czubek nieostrzyżonej głowy. Miał na sobie koszulkę drużyny Blue Claws i jeansy, w jednej ręce trzymał dużą łychę, w drugiej kieliszek wina. Wielki, głupowaty, pomarańczowy pies Bob leżał u stóp swego pana. Na mój widok Morelli uśmiechnął się, odłożył łyżkę i odstawił kieliszek.

- Wcześnie wróciłaś. A myślałem, że zaskoczę cię obiadem. Mam wrażenie, że dzisiaj jest dobry wieczór na spaghetti.

Kto by pomyślał, że Joe Morelli, plaga Grajdoła, niegrzeczny chłopiec, którego pożądała każda dziewczyna, a obawiała się każda matka, dorośnie i stanie się taki udomowiony.

Podeszłam do niego i zerknęłam do garnka.

- Pachnie cudownie. Czy ja tam widzę ostre kiełbaski?

- Ta. Od Giovichinniego. I świeżą bazylię, i zieloną paprykę, i oregano. Ale czosnku tylko odrobina, bo mam na dzisiejszy wieczór wielkie plany.

Mój chomik Rex mieszka w akwarium ustawionym na kuchennym blacie. Rex lubi drzemać przez cały dzień, ale Morelli wrzucił do akwarium zielonej papryki i teraz Rex pochłonięty był wpychaniem zielonych kawałków pod policzki.

Zapukałam leciutko w szybę w ramach powitania i upiłam nieco wina z kieliszka Morellego.

- Pasuje ci ta łyżka - stwierdziłam.

- Jestem całkowicie odporny na zaczepki w temacie gender. I umiem gotować. Szczególnie męskie żarcie. Granicą, której mężczyzna nie przekracza, jest moim zdaniem składanie prania. - Objął mnie ramieniem i potarł kark nosem. - Jakaś taka zimna jesteś, a mnie gorąco. Chcesz, żebym się podzielił ciepłem i cię rozgrzał?

- A sos?

- Musi dochodzić na wolnym ogniu jeszcze godzinę czy dwie. Jak dla mnie żaden problem. Sam się gotuję już od kilku dni.