madame depresja.
Przyszła jak zawsze, w najmniej spodziewanym momencie, nie była zaproszona i nikt jej nie oczekiwał. Chyba już należy do rodziny, skoro może składać nie zapowiedziane wizyty. Ciotka, przed której nieświeżym oddechem pierzchają dzieci.
Gdy zjawiła się po raz pierwszy kiedyś, dawno temu, wydawało mi się, że przyprowadziła ze sobą przyjaciółkę, Madame Śmierć. Sądziłam, że z tego, co ze sobą przynosi, nikt nie wyjdzie żywy. Teraz już wiem, że przychodzi sama. Włazi we mnie tak głęboko, że nie mogę jej sięgnąć, a pieprzone ego czerpie z niej jak ze studni bez dna.
Piękny mamy dziś dzień, szare niebo, ciemne gałęzie na jego tle. Na łysym drzewie czarna wrona niespokojnie kręci łbem. Ktoś przełączył obraz za oknem na czarno-biały. Żeby choć jeden promień światła. Czasem miewam takie światło w sobie, ale nie dziś. Gapię się na ten widoczek z ponurą satysfakcją, bo w końcu słońce i barwne kwiaty są tym samym, czarno-biała czy w kolorze, depresja ma taką samą siłę.
Ostatnio było wiele szarych dni. Tam gdzie przez cały rok świeci słońce i ludzie chodzą po ulicach w towarzystwie własnego cienia, mają pewność, że istnieją. Chociaż gdy mnie Madame złapała kiedyś w pełnym słońcu, cienisko wlokło się za mną z takim wysiłkiem, jak oporna, wyrywająca się dusza.
Nienawidzę listopada prawie tak samo jak kwietnia.
Listopad ze świętem nieboszczyków to miesiąc wypełniony ciągłą świadomością nieskończonej ilości ciał gnijących pod ziemią.
Ostrożniej chodzę, staram się lżej stawiać stopy, wiedząc, że depczę po umarłych.
Oto wspaniała, cudownie kompostująca wszystko natura, i Bóg, patrzący na to z obojętnością maszyny o laserowych oczach.
Nareszcie odkryłam, co mogą znaczyć słowa mojej matki Anieli Wegner: Bóg jest wszędzie, widzi wszystko.
Stworzony na podobieństwo telewizyjnego obrazu, Pan składa się z nieobjętej ilości punktów, w rozszerzającej się i oddalającej, jak horyzont za polem babki Schönmyth, przestrzeni wszechświata.
Dlatego może być wszędzie, w każdym momencie, bo jest wszystkim. Jest obserwującym, ale tkwi także w obserwowanym, widzi wszystko i wszystko wie, nie będąc widzianym.
Kosmos jest olbrzymim wirtualnym ekranem, na którym wyświetlają się nieskończone ilości światów.
W tej pinakotece przechowują się przeszłe i przyszłe historie. Przeszłość wyświetla się na telebimach, w boskich serialach historycznych i wielkich filmach katastroficznych. Wszechświatowe dokumenty z przebiegu ewolucji, kosmiczne i światowe megahity z wojen, i mikrohity z najnędzniejszego nawet, pojedynczego życia. Boskie seriale, mydlane opery, horrory, kawałki sensacyjne, dramat obyczajowy, czarny kryminał, komedia, kino pamięci, kino familijne; wymieszano wszelkie możliwe gatunki, panuje tu wściekły postmodernizm. Są także filmy o rodzinie Wegnerów i Schönmythów, wiecznie skłóconych, walczących ze sobą teraz już tylko na popioły.
Bóg jest wszędzie, widzi wszystko, a ja, złudzenie boskie, tkwiąc w jednym miejscu, oglądam wirtualny świat zachowany we własnej i w cudzej pamięci.
Siedzę w swojej dziupli, zdawałoby się w całkowitej izolacji; mimo że tego nie chcę, docierają do mnie okrutne wieści. Każda gazeta codzienna i świecący ekran telewizora pokazują mi, czym - niczym jestem. Wyrzec się czytania, oglądania - nie, nie mogę. To nałóg udręki. Widzieć, by wiedzieć. Dawka z roku na rok staje się większa. Narkotyk coraz silniejszy. Już nie marynia, nie hasz, nie amfa. Dziewicza heroina jest bohaterką tego romansu. Nie mogę się od niej uwolnić. Strach przed wizją mniejszy niż strach przed ciszą. Próby kończą się fiaskiem. Wielka przegrana w teleturnieju. Przegrana jest moją wygraną, znów uśmiecham się do reklam.
A mimo to kocham najbardziej parszywe i depresyjne dni. Kalekie uczucia i pokryty wrzodami mózg. Całkiem dobrze znoszę wyleniałe wraki ludzkie wlokące się ulicami, ciemne typy w bramach.
Wytrzymuję nawet we własnym towarzystwie.
Kocham swą nienawiść, która kogoś o słabym charakterze mogłaby pchnąć do morderstwa. Szczęściem nie ulegam impulsom, zabić mogłabym jedynie z premedytacją, czując smak zemsty na języku. Często zamieniam się w policjanta. Mój ideał to Brudny Harry. Czytam codziennie w gazetach o ludziach, którzy dręczą ofiary, torturują, obcinają języki, głowy, skaczą po twarzach, masakrują je. Czytam i pragnę, by przestali zatruwać swym oddechem świat. Hasło na łopoczącym sztandarze mojej jednoosobowej demonstracji brzmi: "Tylko zemsta".
Gdy byłam mała, zawsze zabijałam w myślach. Czasami zdarzał się cud i ktoś taki umierał. Cieszyłam się i dziękowałam Bogu za to, że pomógł mi w zbożnym dziele oczyszczania świata. Śpiewałam hymn ku czci Serca Jezusowego i szłam do kościoła złożyć podziękowanie. Przy bocznym ołtarzu, tam gdzie ludzie wieszają wota albo zapalają świece na intencję. Pamiętam, jak łudziłam się, że to za moją sprawą ojciec koleżanki z klasy zdechł naturalną śmiercią, mając pięć i pół promila alkoholu we krwi. Przedtem jednak zdążył przetrącić jej kręgosłup za nieposłuszeństwo. Odmówiła pójścia do sąsiadów po pożyczkę na wódkę. Dlaczego, Panie, nie powołałeś go do siebie wcześniej? - pytałam rozżalona. Dlaczego nie wtrąciłeś go do piekła, zanim podniósł nogę od krzesła na tę biedną małą? Byłam wdzięczna choć za to, że odszedł. Gdy odwiedziłam ją w szpitalu, zobaczyłam, że jest naprawdę szczęśliwa, leżąc w prawdziwej pościeli na łóżku i jedząc trzy razy dziennie. Zadowolona jak nigdy dotąd.
Oczekuję na powrót miłości niczym na zbawienie. Czekam na nienawiść niczym na zbawienie. Madame Depresja, moja chrzestna matka, dotknęła mnie już przy urodzeniu swą zatrutą różdżką ponurej czarodziejki. Teraz ma prawo zamieniać moje uczucia w kamień. Gdy kapłan wygłosił formułę, ja ciebie chrzczę w imię Ojca, i Syna, i Ducha, szepnęła: będziesz nosiła drugie imię po matce chrzestnej, która kocha cię i pozostanie ci wierna; potem pocałowała mnie rozpalonymi ustami w czoło.
Bogumiła Depresja Wegner.
Dlatego jako niemowlę w wiklinowym łóżeczku, wodząc oczami po białym niebie sufitu, pogrążona w smutku, tęskniłam za ciepłym oceanem w brzuchu matki, jedyną przestrzenią i jedynym czasem, kiedy tamtej nie było.
Ludzie obdarzeni łaską wiary modlą się, sądząc, że Bóg im pomoże. Co za pycha myśleć: jestem ważny dla Pana, będzie interweniował w mojej sprawie. Traktują Boga jak przekupnego urzędnika, a modlitwę jak koniak dla lekarza, żeby uważnie przeciął czyrak na tyłku.
Patrzeć i widzieć to moja zasada, od której nie ma ucieczki, nawet wtedy, gdy nie chcę zobaczyć, zasłaniam oczy dłonią, odwracam głowę, a i tak widzę dzieci maszerujące z zaciśniętymi pięściami i karabinami, ćwiczące defiladowy krok. Już po chwili mają zabandażowane głowy; jedno z nich trzyma w dłoni własną skrwawioną stopę. Widzę, choć nie chcę.
Wystarczy depresja, żeby pogrążyć się w ciemnościach i w skupieniu obracać myśl o bezsensie wszystkiego, czego się dotkniesz. Myślę o tym, że nie może być lepiej, może być już tylko gorzej, gdy zapuka starość. O tym, że trudno pracować, coraz trudniej porozumieć się z ludźmi, coraz częściej uciekam w chorobę i w sen. Można by się bez żalu z tym pożegnać.
Ale ja tego nie zrobię. Nawet teraz odrzucam morderstwo dokonane na sobie. Wyręczać kogoś? Nie ma sensu.
Wystarczą spustoszenia, jakie czyni czas, by widzieć, że nie warto się męczyć, bo wybawienie jest już blisko. Dość mam kłopotu z naprawianiem tego, co on zniszczy. Codziennie rano patrzę bez lęku w lustro na dwie bruzdy w kącikach ust. Jedna oznacza skłonność do uśmiechów, za drugą, tę głębszą, odpowiada ironia. Skłonność odziedziczona po ojcu. Nie umiem bez niej żyć. Nie oszczędzam też siebie. Nawet w depresji słyszę ten ironiczny głos. Nawet na cmentarzu, kiedy opłakuję kogoś, kogo kocham, słyszę skrzeczenie tej starej papugi. Gdybym to ja leżała w drewnianym piórniku, skrzekliwy śmiech wydobywałby się poprzez wieko. Twoja ironia cię przeżyje, powtarzam sobie, i wierzę, że tak będzie.
Depresja jak rak, im wcześniej atakuje, tym jest groźniejsza. Bardziej krwiożercza. Teraz nic nie jest straszne i ostateczne. Nawet Madame Depresja ma swój koniec.
Taki dziś dzień, że nawet wróble cicho świergolą. Jest im zimno, powietrze wilgotne, choć nie ma wielkich mrozów. Lodowata wilgoć przykleja się do ciała jak mokra szmata.
W moim pożałowania godnym stanie jestem dla Boga więdnącym liściem. To mnie wkurza, Bóg to zeszłoroczny śnieg.
Wspominam go z żalem. Gorąca wiara z dzieciństwa mogła roztopić najgrubszy lód. Nie ma jej, straciła moc, choć śni mi się jeszcze w noce pełni księżyca. Wychodzi z ukrycia w pełnym blasku i mami swą siłą.
Matka i ojciec przez lata całe pracowali na to, bym czuła się pępkiem wszechświata, a teraz przychodzi zasmarkana depresja i pokazuje gównoprawdę. Gdy nadchodzi, sama dla siebie staję się zbutwiałym liściem, pomiatam sobą i czuję się upokorzona.
Chcę się uzbroić w siłę, nie dać się bezsilności. To, co widzę, o czym wiem, co czytam, obrzydza mi Boga. Chyba że byłby On przyrodą, nagłym radosnym deszczem, który spada na wysuszoną ziemię, czerwoną tęczówką słońca, błyskającą pomiędzy lekkimi powiekami chmur. Żeby choć jeden promień - ale nigdy go nie ma, gdy jest potrzebny.
Obojętności boskiej przeczy Madame Memory. Wspomnienie, które - jak zgodnie twierdzą uczeni badający pamięć, i moja matka, Aniela Wegner - nie może być moim, a jednak pieszczę je w swej pamięci.
- Nie możesz tego pamiętać, Bogienko, to po prostu wy-klu-czo-ne.
Słyszę, jak dobitnie podkreśla każdą sylabę.
- Nikt nie pamięta tego, co działo się przed jego urodzeniem - dodaje.
- Co z tego, że nikt nie pamięta, skoro ja pamiętam - mówię do matki niezbyt grzecznie.
Ciekawe, że zwykle miała poczucie odrębności naszej rodziny od reszty świata w wąskim, najwęższym sensie tego słowa; ojciec, ona, moi bracia i ja, te osoby wymieniała, ale myślała z pewnością także o babce Schönmyth, gdy mówiła: wszyscy to wszyscy, a my to my. No więc nieraz jej tłumaczyłam, że wszyscy to wszyscy, my to my, a ja to ja.
Pamiętam, jak mną zakołysało, pamiętam wielki huk, wstrząs i wysoki kobiecy głos, krzyczący, że coś płonie. Poczułam ten wstrząs, ale bez lęku; nic się nie zmieniło, zakołysało mną tylko i znów wróciła cisza. Nawet nie zdążyłam się przestraszyć.
- Nie wmówisz mi, że słyszałaś, jak krzyczałam, że nasz dom płonie. Nie mogłaś rozumieć słów, byłaś wtedy wielkości myszy. Nie znałaś jeszcze żadnego języka. Spałaś w łonie - przekonywała mnie matka, gdy poruszałam ten temat.
Pamiętam najpiękniejszą, podarowaną chyba jednak przez Boga przestrzeń, pamiętam łagodne kołysanie, gdy nie czułam swego ciężaru, jedynie otulające mnie ze wszystkich stron wilgotne ciepło. Pływałam w nim, mała ryba, połknięta przez wielką. W wypełnionej ciemnym oceanem niszy nigdy nie spotkało mnie nic złego. Przypuszczam, że umiem być szczęśliwa właśnie przez pamięć tamtego nie odmierzanego czasu, który był nieskończony. W zawieszeniu, przed wyjściem na świat, wtedy i tylko wtedy, nie miałam świadomości śmierci, była w tym błogość.
Szukam ciągle tamtej zamkniętej przestrzeni, śpię z kołdrą nasuniętą na głowę, usiłuję rozpaczliwie odtworzyć mokre ciepło, leżąc w wannie, zanurzona po szyję w letniej wodzie. Gdybym się zsunęła niżej, pozwalając się przykryć wodzie, zwijając się na kształt rogala, może mogłabym osiągnąć tamto szczęście. Ciepło ogarnia mnie ze wszystkich stron. Osuwam się na dno. Tracę ciężar. Zaraz jednak wysuwam głowę, opieram się rękami o chłodny brzeg wanny.
Teatr dla samej siebie, przedstawienie jednego aktora, wewnętrzny monodram, odgrywany dla myśli i w myślach; to tylko udawanie, że chcę powrotu tam, skąd przyszłam, gdy nie mam pewności, iż jest to możliwe.
Wyłaniam się z wanny, jak Wenus z okrągłym brzuchem i zbyt ciężkim tyłkiem, wyskakuję na zimną szachownicę podłogi i ruchem skoczka, owinięta białym ręcznikiem, zbliżam się do lustra. Szach. Król jest nagi, bezbronny, można go atakować. Mat. Unoszę ręce w górę na znak poddania. Ręcznik spada na czarno-białą szachownicę. Patrzę uważnie na rozgrzane ciało. Biodra za szerokie, brzuch zbyt wypukły, ramiona okrągłe, szyja byle jaka, piersi za ciężkie; talia pozostała cienka, a więc pornografia, proszę pani, mówię, odwracając się tyłem i patrząc przez ramię na wielką pękniętą dynię. Wkładam czarną bieliznę; zmniejsza obłości. Pończochy, długie, trzymające się na udach tylko dzięki szerokiemu mankietowi z koronki, ukrywają nierówności skóry. Przybliżam twarz do lustra. Szach. Nie dopuścimy do mata. Zmarszczki przy ustach wyraźniej dziś widać. Pod oczami niebiesko, jak zawsze po nie przespanej, długiej nocy. Na czole dwie pionowe proste równoległe, do których od dawna się przyzwyczaiłam, są wieczne.
Powinna pani, musi pani, czy próbowała pani? To mówi kosmetyczka. Wyłącza dyszący wapozer. Nakłada na gorące policzki chłodną papkę. Brunatna glinka, potem algi.
Ceramidy, grasica myszy. Na szyję gorąca płynna parafina. Leżę schowana pod maską kompresu, jest mi ciepło. Zasypiam; śnię o ciepłym oceanie, unoszę się pośrodku nieskończoności, nie na falach, tylko pośrodku oceanu wód dookoła, i mam pewność, że cała ta nieskończona wodna przestrzeń należy do mnie. Jak cicho, jak cicho. Szmer czyni tylko światło promienia, rozcinające wodę.
Zostawiłam kobietę zamkniętą w sześcianie niepokoju na zewnątrz. Uleciała jak dusza z martwego ciała. Oddycham skrzelami, lekko, z ulgą. Wiszę. Nie boję się starości. Może być pieszczotą pozbawioną erotyzmu, czystą przyjemnością nie świadomego niemowlęctwa, powrotem do ciepłych źródeł, istnieniem bez konwulsyjnych dreszczy.
Na mnie już czas. Muszę wreszcie wyjść z tej półmartwoty ciała i ducha.
Gdy szłam do banku, nagle poczułam, że tracę równowagę. Na ulicy musiałam się oprzeć o chropawy mur. W uszach ciśnie, w głowie wiruje, czuję, że zanosi się na coś złego, jak na deszcz. Trwam parę sekund w zawieszeniu. Przeszło. Robię dwa niepewne kroki, niczym dziecko dopiero zaczynające chodzić, potem ruszam szybko, wprawnie, bez wahania.
Zamiast do lekarza poszłam do kosmetyczki. Leżę długo na łóżku i pozwalam jej obrabiać górną połowę mego ciała. Twarz, szyja, ramiona, dekolt. Kark. Napięte, sztywne mięśnie.
Zręczne, uważające palce, mocne jak dłonie zmyślnego kochanka. Płatna miłość. Uczciwie zarobione pieniądze. Niewinne pieszczoty.
Nie chcę iść do lekarza. Ginekolog-gwałciciel. Odwlekam wizytę.
Dziś jest lepiej, pocieszam się. Byłoby całkiem dobrze. Gdyby nie chwilowa utrata równowagi. Usiłuję zagłuszyć głos rozsądku, nakazujący pójście do tego wymoczka doktora.
Ulga i oddech pełną piersią; jeszcze raz się udało przezwyciężyć zapaść. Przeczuwam, że nadchodzący okres może być ciężki. Zapomniałam już, jakie to wspaniałe, chodzić bez zawrotów głowy, rozluźnić mięśnie stężałe jak stal, szczęki bolące od zaciskania. Iść spokojnie, patrząc na nogi, przez brzydkie, błotniste miasto. Patrzeć w okna. Spokojnie, leniwie, z paroma złotymi w kieszeni. Patrzeć na piękne przedmioty, brać je do ręki, oglądać pod światło i przypominać sobie ich historię.
Poszukiwać na niebie światła i myśleć inaczej, chociaż nic się wokół nie zmieniło. Żeby wreszcie Ten Ktoś nacisnął klawisz pilota i przestawił mój program na tamten poprzedni.
Depresja endogenna. Nikt nie może znaleźć jej przyczyny w realnych zdarzeniach. To tylko chemia, powtarzają znawcy przedmiotu, jakby to cokolwiek wyjaśniało. W taki sam sposób mówią o miłości. To chemia, zapachy. Wszystko wtedy staje się proste: ktoś kocha - chemia; ktoś zabija - chemia. Trzeba tylko dojść do istotnej przyczyny, do braku albo nadmiaru pierwiastka czy minerału. Połknę odpowiednią dawkę i będę uzdrowiona. Pod warunkiem, że w to uwierzę. Na razie naprawdę czuję się lepiej.
Bóle mięśniowe, mawia masażysta, charakterystyczne są dla kobiet wyzwolonych, na Zachodzie robi się tego typu badania. I pyta, czy czuję całymi dniami ciężar na plecach?
Moje plecy dźwigają niewidzialne ciężary w niewidzialnym plecaku.
Jeden kamień to strach.
Drugi - troska o utrzymanie rodziny; nie chodzi tylko o pieniądze, to byłoby proste, lecz o powściąganie gwałtownej reakcji, kiedy mój mąż gada jak nakręcony mechanizm, nie pozwalając sobie przerwać, nie słucha, co do niego mówię, gdy domaga się ode mnie posłuszeństwa, bardziej stanowczo niekiedy niż moja matka.
Trzeci kamień jest wielki. To ciężar samotności. A moja samotność złożona jest z tego, czego pragnę, i z tego, co odrzucam.
- Panie Sebastianie, czy przyjmie mnie pan dzisiaj? - pytam zmęczonym głosem.
- Dobrze, zostanę dłużej.
Święty Sebastian, piękny młodzieniec ze wzniesionymi w górę oczyma, męczennik ze strzałami utkwionymi w nagim, muskularnym ciele.
Czekam w miniaturowym holu. Na stole kilka starych kolorowych magazynów, wymiętych i zaplamionych niczym pisma porno znalezione w sypialni chłopięcego internatu. Słychać odgłosy klaskania. To dłonie pana Sebastiana biją brawo o czyjeś pośladki. Po kwadransie z białych drzwi wychodzi wymasowane młode ciało na długich nogach. Chwila przerwy. Sebastian myje się.
Odprężający masaż pomaga na bóle karku i pleców, zgiętych w jarzmie cholernej prozy.
Masaż jest całkowicie aseksualny, lubię sobie powtarzać może aż nazbyt często. Przecież myjąc się, nie mówię sobie, że mycie pozbawione jest erotyzmu - to niepotrzebne. Leżąc na łóżku kosmetycznym, czuję wyraźne dreszcze.
Fakt, że nigdy dotąd nie rozbierałam się do naga i nie leżałam wyciągnięta z ramionami pod głową przed mężczyzną, z którym nie łączyłby mnie stosunek erotyczny. A ten mężczyzna, z którym nic mnie nie łączy, ma prawo dotykać całego mojego ciała. Zakazane jest tylko jedno miejsce.
Ostatnim razem, na początku sierpnia, Sebastian spóźnił się z powodu korków w mieście. Czekałam na niego w pobliskiej kawiarence pod parasolem. Podjechał białym mercedesem beczką. Miał na sobie białe dżinsy i jasnoniebieski T-shirt. Wyglądał jak opaleni mężczyźni z komediowych seriali sensacyjnych. Żar tropików. Długie ciemne włosy opadały mu na ramiona. Na nadgarstku prawej ręki błyszczał złoty łańcuch, drugi, jeszcze grubszy, lśnił niczym obroża na potężnym karku bokserskiego czempiona. Na małym palcu Sebastian miał sygnet. Czułam się jak podglądaczka, która zobaczyła go całkiem nagiego.
Dzisiaj przyjął mnie w koszuli z krótkim rękawem. Rozpiął ją i, masując mi stopy, przyciskał je nie do materiału, lecz do swej owłosionej piersi. Szkoda, że od dawna już nie mam zielonej niewinności. Życie byłoby piękne i proste, myślę obłudnie.
Miał mnie masować godzinę, masuje półtorej. Ten człowiek ugniata tygodniowo około dwudziestu ciał. Widziałam kobiety, które do niego przychodzą. Młode, jędrne, stare, grube, chude, piękne, brzydactwa.
Dlaczego sapie właśnie nad moim brzuchem, zbyt wypukłym, dlaczego dotyka moimi stopami swoich piersi, pociera je o włosy? Moja matka znała odpowiedź na takie pytania. Musiałaś go sprowokować, mówiła, i nie można jej było niczego wytłumaczyć.
Nie chcę rezygnować z tej godziny urlopu od świata.
Może się mylę, chyba jestem przeczulona. Jego twarz zbyt blisko moich powiek. Czuję jej ciepło. Zapach mięty. Przyśpieszony oddech może być wynikiem zmęczenia, masuje tak długo.
- Panie Sebastianie, czy nie czas już kończyć?