Złodziejka magii - Lisa Maxwell

Reflow text when sidebars are open.
ZŁODZIEJKA
1902 rok - Nowy Jork
Złodziejka odwróciła się plecami do miasta - do wszystkiego, co ją ukształtowało, do wszystkich kłamstw, w które dawniej wierzyła. Bolesna strata zahartowała ją, ciężar wspomnień uczynił twardą i zimną jak diament. Stała na skraju wielkiego mostu uzbrojona w pamięć o tej stracie.
Ciemna droga przed nią rozciągała się ku miejscu, gdzie noc siniaczyła już horyzont, okrywała cieniem niskie budowle i gołe czubki drzew kraju, który do niedawna wydawał się niedostępny. Odległość liczona w krokach nie była wcale wielka, lecz od przeciwległego brzegu oddzielała Złodziejkę niszczycielska Krawędź.
U boku dziewczyny stał magik. Kiedyś wróg. Godny rywal. Teraz był sojusznikiem. Zaryzykowała wszystko, żeby po niego wrócić. Zadrżał, lecz trudno było stwierdzić, czy to od chłodnego wieczornego powietrza owiewającego mu odkryte ramiona, czy na myśl o zadaniu, przed którym stoją - o jego niewykonalności.
- Wczoraj chciałem zginąć. - Jego szept był ledwie słyszalny wśród wiatru. - Myślałem, że jestem gotowy, ale... - Spojrzał na nią i stalowoszare oczy powiedziały jej wszystko, czego nie mówiły usta.
- Uda się nam - odparła pocieszająco. Nie dlatego, że była o tym przekonana, lecz dlatego, że nie mieli wyjścia. Skoro nie mogła zmienić przeszłości, uratować niewinnych ludzi, naprawić swoich błędów, to musi zmienić przyszłość.
Szyny, na których stali, zadrżały pod ciężarem nadjeżdżającego za ich plecami tramwaju.
Nie mogli pozwolić, by ktoś ich tu zobaczył.
- Daj mi rękę - rozkazała Złodziejka.
Magik spojrzał na nią pytająco, lecz tylko wyciągnęła dłoń. Za jednym dotknięciem był w stanie odczytać wszystkie jej nadzieje i obawy. Mógł ją zawrócić z tej drogi. Wolała się od razu przekonać, czy może na niego liczyć.
Po chwili jego ręka przylgnęła do jej dłoni.
Prawie nie poczuła chłodu ciała magika, bo od razu rozgrzała ją buzująca energia. Znała już dobrze ciepło tego daru, ale tym razem to było coś innego. Fala nieznajomej energii lizała jej skórę, testowała jej granice, jakby szukała drogi do środka.
Księga.
Próbował jej to wyjaśnić - ostrzec ją, gdy wróciła z przyszłości, do której sam ją wysłał. Z przyszłości, która wydawała się bezpieczna. Powiedział: "Ta moc jest teraz we mnie".
Nie rozumiała. Aż do tej chwili.
Teraz znajome ciepło jego daru przyćmiła potężniejsza magia, moc zaklęta przedtem na kartach Ars Arcana - księgi, którą Złodziejka nosiła ukrytą w fałdach sukni. Księgi, dla której kłamali, walczyli i umierali bliscy jej ludzie. Teraz ta moc oplotła jej nadgarstek, mocna i ciężka jak srebrna bransoleta na ramieniu Esty.
Gdzieś na obrzeżach świadomości Złodziejka usłyszała, tak jej się zdawało, czyjeś szepty.
- Przestań! - rzuciła do niego przez zaciśnięte zęby.
- Staram się - wydusił z siebie.
Spojrzała na jego twarz: malował się na niej ból, ale oczy patrzyły bystro, tęczówki błyskały kolorami, których nie potrafiła nazwać. Wciągnął powietrze, rozdymając lekko nozdrza od wysiłku, a chwilę później kolory zgasły i jego oczy znów nabrały stalowoszarej barwy. Ciepło wędrujące w górę ramienia cofnęło się, a głosy, które zaczynały ją osaczać, ucichły.
Razem ruszyli przed siebie. Coraz dalej od miasta, ich jedynego domu. Coraz dalej od jej błędów i zmarnowanych szans.
Minęli pierwsze łuki z cegieł i stali. Każdy krok przybliżał ich do możliwego końca. W tak niewielkiej odległości od Krawędzi jej zimna energia przestrzegała każdego posiadacza starej magii, żeby trzymał się z daleka. Złodziejka czuła to, wyczuwała te lodowate macki wynaturzonej mocy próbujące dosięgnąć jej najgłębszej istoty.
Lecz to jej nie zatrzymało.
Zbyt wiele się wydarzyło. Zbyt wiele osób zginęło, a wszystko dlatego, że była naiwna, uwierzyła w krzepiące bujdy. To błąd, którego nie powtórzy. Poznała prawdę o sobie i ta prawda wypaliła wszystkie kłamstwa, długo przez nią akceptowane. Kłamstwa o jej świecie i o niej samej.
Ten płomień wypalił jej rany, uczynił z niej dziewczynę ognia. Dziewczynę popiołu i blizn. Smak, który nosiła w ustach, przypominał jej o zemście. Wzmacniał jej determinację i nie pozwalał się zatrzymać. Po tym wszystkim, co się stało, po wszystkim, czego się dowiedziała, nie miała już nic do stracenia.
Miała mnóstwo do stracenia.
Odpychając od siebie tę ponurą myśl, Złodziejka wzięła głęboki wdech dla uspokojenia i znalazła szczeliny między wiszącymi dookoła sekundami. Kiedyś umiejętność manipulowania czasem nie wydawała jej się niczym nadzwyczajnym. Teraz była mądrzejsza. Czas był kwintesencją istnienia, eterem, spoiwem tego świata. Teraz już wiedziała, jaki to dar czuć, jak dosłownie wszystko - powietrze, światło i sama materia - szarpie się w sieci czasu.
Jak mogła tego wcześniej nie dostrzegać? Teraz to wszystko wydawało się takie oczywiste.
Tramwaj znów ostrzegł ich dzwonkiem. Tym razem bez wahania użyła daru i chwyciła sekundy, spowalniając ich bieg. Świat zamarł, tramwaj przestał dudnić. Z gardła Złodziejki wydarł się stłumiony okrzyk.
- Esta? - spytał zatroskanym głosem magik. - Co się dzieje?
- Nie widzisz? - odparła z nieskrywanym zachwytem.
Naprzeciw niej Krawędź migotała w promieniach zachodzącego słońca; wstęgi energii falowały chaotycznie. Były widzialne. Jakby materialne. Mieniły się wszystkimi znanymi jej kolorami, a nawet takimi, których Złodziejka nie umiała nazwać. Podobnie jak te, które dojrzała w oczach maga, były piękne. I straszne.
- Chodź - odezwała się i poprowadziła go ku barierze. Wiedziała już, którędy przejdą, dojrzała między wijącymi się włóknami energii szpary, które pozwolą im się bezpiecznie przedostać na drugą stronę.
Dłoń magika, zimna i lepka ze strachu, jak imadło zaciskała się na jej dłoni. Byli już w połowie drogi, gdy Złodziejka spostrzegła ciemność. Z początku tylko na obrzeżach pola widzenia, jak mroczki przed oczami od błyskawicy. Z czasem jednak ciemność rozchodziła się coraz szerzej, niczym atrament w wodzie.
Przedtem z łatwością wyłapywała szczeliny między sekundami, a teraz się jej wyślizgiwały, materia czasu rozpuszczała się, jakby pożerana przez tę samą ciemność, która mąciła jej wzrok.
- Biegnij! - rzuciła, czując, że traci kontrolę nad czasem.
- Co? - Magik spojrzał zdziwiony, a w jego oczach także pojawił się wszędobylski mrok.
Złodziejka się potknęła, nogi miała jak z waty. Zimna moc Krawędzi przesuwała się po jej skórze niczym nóż. Wszystko wokół ciemniało, świat pogrążał się w nicości.
- Biegnij!
BIAŁA KOBIETA
1902 rok - Nowy Jork
Biała kobieta umierała i Cela Johnson w żaden sposób nie mogła temu zaradzić. Marszcząc nos, podeszła do cuchnącego tobołu w kącie. Odór potu, moczu i jakby rozkładu wisiał ciężko w powietrzu. To właśnie rozkład - jego słodka i dojrzała woń - podpowiadał, że kobieta nie dożyje następnego tygodnia, może nawet jutra. Miało się wrażenie, że śmierć już tu przybyła i czeka cierpliwie na swój czas.
Cela wolałaby, żeby się pospieszyła. Następnego dnia wieczorem miał wrócić jej brat Abel. Jeśli zastanie w domu tę kobietę, urządzi Celi piekło.
Była głupia, że zgodziła się przyjąć ją pod swój dach. Inna sprawa, że nie wiedziała, dlaczego spełniła prośbę Harte'a Darrigana. Musiało ją coś opętać. Lubiła tego magika - niewielu ludzi z teatru patrzyło jej w oczy, kiedy do niej mówili - i pewnie była mu coś winna za to, że bez jego wiedzy zrobiła tę suknię w gwiazdy dla Esty. Ale żeby zaraz opiekować się jego matką ćpunką?
Harte zawsze miał w sobie zbyt wiele czaru. Był jak te strasy, które przyczepiała do kostiumów. W oczach widzów jej dzieła skrzyły się, jakby pokryto je drogocennymi klejnotami, ale to jedynie pozory. Owszem, robiła porządne stroje, dobrze odszyte, ale ich bogactwo było zaledwie ułudą. Z bliska bez trudno dało się rozpoznać zwykłe wypolerowane szkło.
Harte też trochę taki był. Sęk w tym, że większość ludzi dawała się nabrać.
Może jednak nie powinna tak źle myśleć o zmarłym. Słyszała, co się stało kilka godzin temu na moście Brooklińskim. Harte wymyślił jakiś głupi numer, skoczył do wody i przypłacił to życiem. Co oznaczało, że nie dotrzyma danego jej słowa i nie wróci po matkę.
Tyle że... Choć Darrigan sprawiał wrażenie całego na pokaz, pod spodem kryło się coś mocnego i prawdziwego, jak te równe szwy w jej kostiumach. Cela domyślała się tego od początku ich znajomości, a przekonała się na dobre, gdy zjawił się u jej drzwi, tuląc tę cuchnącą kobietę jak najprawdziwszy skarb. Chyba zatem wypadało uszanować prośbę magika i potowarzyszyć jego matce w ostatnich chwilach życia.
Dwa dni temu kobiety w ogóle nie dało się dobudzić z opiumowego snu. Gdy jednak działanie narkotyku ustało, zaczęły się jęki. Wino z dodatkiem laudanum, które zostawił Harte, wystarczyło na pół dnia. Jej cierpienia trwały znacznie dłużej. Przynajmniej teraz wyglądało na to, że się nie męczy.
Cela westchnęła i uklękła przy niej, starając się nie ubrudzić spódnicy na piwnicznej podłodze. Okazało się, że staruszka jednak nie śpi. Szkliste oczy wpatrywały się w ciemny sufit, klatka piersiowa nierówno się unosiła i opadała. Mokry charkot w płytkim oddechu potwierdzał przypuszczenia Celi. Matka Harte'a umrze tej nocy.
Może Cela powinna mieć z tego powodu wyrzuty sumienia, lecz obiecała przecież Harte'owi jedynie opiekę nad staruszką, a nie ocalenie jej od śmierci. W końcu była krawcową, nie cudotwórczynią. Matce Harte'a - powiedział, że nazywa się Molly O'Doherty - nic już nie mogło pomóc. To było widać gołym okiem.
Co nie zmieniało faktu, że kobieta - niezależnie od tego, jak nisko upadła i jak bardzo cuchnęła - zasługiwała na odrobinę komfortu w ostatnich godzinach życia. Cela wzięła miskę czystej ciepłej wody, którą przyniosła ze sobą do piwnicy, i delikatnie obmyła czoło staruszki, a potem starła zaschniętą ślinę wokół jej ust. Kobieta nawet się nie poruszyła.
Gdy Cela kończyła ją myć, usłyszała kroki na szczycie drewnianych schodów.
- Cela?
Był to jej starszy brat Abel. Nie spodziewała się go tak wcześnie. Pracował jako steward kolejowy na linii New York Central i powinien być dopiero w drodze powrotnej z Chicago.
- To ty, Abe? - zawołała, podnosząc się z podłogi i odgarniając włosy z twarzy. To chyba wilgoć piwnicy sprawiała, że zaczynały jej się skręcać przy skroniach. - Myślałam, że przyjedziesz dopiero jutro.
- Zamieniłem się z kolegą.
Usłyszała, że schodzi na dół.
- Co ty tam robisz?
- Już wychodzę. - Chwyciła słoik brzoskwiń, żeby jakoś usprawiedliwić swoją obecność w piwnicy, i ruszyła prędko na górę, blokując przejście. - Zeszłam po owoce na kolację.
Abe wciąż był w kolejowym uniformie. Oczy miał podkrążone z niewyspania - żeby wrócić wcześniej do domu, musiał pewnie wziąć dwie zmiany jedna po drugiej - lecz uśmiechał się do Celi uśmiechem ich ojca.
Abel Johnson senior był wysokim, żylastym, mocno zbudowanym człowiekiem, jak przystało na kogoś, kto zarabia na życie pracą własnych rąk. Zginął latem 1900 roku w trakcie rozruchów po aresztowaniu Arthura Harrisa za pchnięcie nożem białego mężczyzny, który okazał się policjantem w cywilu. Ojciec Celi nie miał z tym nic wspólnego, ale padł ofiarą fali nienawiści i przemocy, która ogarnęła miasto w tamte gorące dni.
Cela nieraz miała wrażenie, że głos i śmiech ojca jakby zatarły się w jej pamięci. Na szczęście Abe codziennie nosił na twarzy jego uśmiech.
Podobieństwo między nim a ojcem niezmiennie ją uderzało. Słuszny wzrost, budowa ciała, wysokie czoło i wydatna szczęka. Przedwczesne zmarszczki od trosk i zmęczenia długimi godzinami pracy na kolei. Co nie znaczy, że Abel był wierną kopią swojego imiennika. Głębokie oczy w ciepłym kasztanowym odcieniu z domieszką złota, czerwonawa karnacja - te cechy odziedziczył po matce. Cela miała wyraźnie ciemniejszą cerę, brązową i lśniącą jak u ojca.
Abel rozjaśnił się na wzmiankę o jedzeniu.
- Szykujesz dla mnie coś dobrego?
Cela zmarszczyła brwi. Ponieważ była zajęta opieką nad staruszką, nie zdążyła zrobić zakupów i mogła mu zaproponować tylko owoce, które trzymała w dłoni.
- Przecież wiesz, że spodziewałam się ciebie dopiero jutro wieczorem. Będziesz musiał zadowolić się owsianką z brzoskwiniami, bo właśnie to zamierzałam zrobić dla siebie.
Mina mu zrzedła i przez moment wyglądał tak żałośnie, że chciało jej się śmiać. Podkasała spódnicę i pokonała jeszcze kilka stopni.
- Och, nie rób takiej mi... - Nie dokończyła jednak, gdyż przerwał jej cichy jęk dobiegający z mroku piwnicy.
Abe znieruchomiał.
- Słyszałaś to?
- Co? - spytała Cela, przeklinając w duchu i siebie, i staruszkę. - Ja nic nie słyszałam. - Zrobiła kolejny krok w jego stronę, lecz głupia starucha znów jęknęła.
Abel zmarszczył brwi. Cela znów udała, że nic nie słyszy.
- To stary dom, sam wiesz... Pewnie jakiś szczur...
Abel ruszył po schodach na dół.
- Szczury nie wydają takich odgłosów.
- Abe - zaczęła, lecz brat wyjął jej lampę z ręki i już się przeciskał obok. Zamknęła oczy i czekała na nieunikniony wybuch złości, a gdy wreszcie nastąpił, dała sobie - i Ablowi - chwilę, zanim wróciła na dół.
- Wytłumaczysz mi, co tu się dzieje, do cholery? - spytał Abel, kucając nad kobietą w kącie piwnicy. Granatowy uniform napinał mu się na plecach. Nos wetknął do koszuli. Trudno było się dziwić: staruszka cuchnęła.
- Nie musisz sobie tym zaprzątać głowy - rzekła Cela, krzyżując ramiona.
Może i głupio zrobiła, zgadzając się spełnić prośbę magika, lecz to była jej suwerenna decyzja. Abe sądził, że musi jej zastępować ojca, jakby wciąż była dzieckiem. Nie potrzebowała zgody starszego brata w każdej najdrobniejszej sprawie, tym bardziej że przez pięć dni w tygodniu przebywał poza domem.
- Nie muszę sobie zaprzątać głowy? - spytał Abe z niedowierzaniem w głosie. - W mojej piwnicy leży nieprzytomna biała kobieta i nie muszę sobie tym zaprzątać głowy?! W coś ty się znowu wpakowała?
- To nasza piwnica - powiedziała z naciskiem Cela. Odziedziczyli ją oboje po rodzicach. - I w nic się nie wpakowałam. To tylko przyjacielska przysługa - oświadczyła z wysoko uniesionym czołem.
- Ta kobieta jest twoją przyjaciółką? - Po twarzy Abla przemknął grymas niedowierzania.
- Nie, obiecałam znajomemu, że się nią zaopiekuję, dopóki nie... - Ale nie odważyła się wypowiedzieć imienia śmierci, gdy ta była z nimi w jednym pomieszczeniu. - Nie zostało jej wiele czasu.
- To nic nie zmienia. Wiesz, co może się z nami stać, gdy ktoś się dowie, że ona tu była? Jak zamierzasz wyjaśnić to, że w naszej piwnicy umarła biała kobieta? Możemy stracić dom. Możemy stracić wszystko.
- Nikt nie wie, że ona tu jest - odparła uspokajająco Cela, choć sama czuła nerwowy ucisk w dołku. Dlaczego w ogóle na to poszła? Najchętniej cofnęłaby się w czasie i wybiła sobie z głowy ten głupi pomysł. - Klucze do piwnicy mamy tylko my dwoje. Nikt z lokatorów nic o tym nie wie. I tak zostanie. Ona długo nie pożyje. Jutro rano będzie już martwa i nie będziesz musiał zaprzątać sobie nią głowy. W ogóle miało cię tu nie być - dodała, jakby to cokolwiek zmieniało.
- Czyli postanowiłaś działać za moimi plecami?
- To także mój dom - odparła Cela, prostując ramiona. - Poza tym nie jestem skończoną idiotką. Dostałam coś w zamian za fatygę.
- Dostałaś coś w zamian - powtórzył nonszalancko Abe.
Powiedziała mu o pierścieniu, który zaszyła w spódnicy. Pierścieniu z ogromnym kamieniem, już na oko wartym fortunę.
Abel kręcił głową.
- I co, może teraz pójdziesz do jakiegoś jubilera na East Side i tak po prostu go sprzedasz, hm?
Cela poczuła skurcz w żołądku. Abel miał rację. Jak mogła o tym nie pomyśleć? Nie da się sprzedać takiego pierścienia, nie wzbudzając podejrzeń. Tymczasem jednak postanowiła iść w zaparte.
- To zabezpieczenie, nic więcej.
- Naszym zabezpieczeniem jest ten budynek - odparł Abel, unosząc wzrok, jakby umiał wejrzeć przez sufit na parter, gdzie znajdowało się ich mieszkanie, na piętro wynajmowane przez rodzinę Brownów i na strych z szeregiem wąskich łóżek, gdzie w zimie urządzali tanią noclegownię. - Rodzice nas zabezpieczyli, zostawiając nam tę kamienicę.
Nie mogła odmówić mu słuszności. Ojciec kupił dom za ciężko zarobione pieniądze. Mieszkali na swoim i nie musieli się martwić, że ktoś wyrzuci ich na bruk albo podwyższy czynsz z powodu koloru ich skóry. Ten dom był świadectwem dobrego wyboru, jakiego dokonała matka, wychodząc za ojca, niezależnie od zapatrywań swojej rodziny.
Kobieta znów jęknęła i zarzęziła, jakby śmierć już wysysała powietrze z jej piersi. Było w tym dźwięku coś tak rozpaczliwego, że Cela mimo woli kucnęła przy niej.
- Cela, czy ty w ogóle słyszysz, co do ciebie mówię? - spytał Abel.
Choć wydawało się to niemożliwe, skóra staruszki pobladła jeszcze bardziej. Mętne oczy patrzyły martwo. Cela nieśmiało wyciągnęła rękę i ujęła kobietę za chłodną dłoń. Palce pod paznokciami już siniały.
- Ona umiera, Abe. Jej czas nadchodzi. Może popełniłam błąd, chowając ją tutaj, ale nie zostawię jej teraz samej. - Cela spojrzała na brata. - A ty?
Dał wyraz swojej frustracji, krzywiąc twarz, lecz po chwili zamknął oczy i wzruszył ramionami.
- Nie, króliku - odrzekł cicho, posługując się jej dziecięcym przezwiskiem. - Masz rację. - Otworzył oczy. - Jak myślisz, ile jej zostało?
Cela spojrzała na kruchą postać i zmarszczyła czoło. Nie wiedziała dokładnie. Pięć lat temu, kiedy matka umierała na gruźlicę, dziewczyna miała dopiero dwanaście lat. Ojciec do ostatnich chwil trzymał ją z dala od pokoju chorej. Zawsze starał się wszystkich chronić.
- Nie słyszysz rzężenia? Zostały jej godziny... może minuty. Nie wiem.
Ale na pewno niewiele. Bo to rzężenie było jedyną rzeczą zapamiętaną z dnia, w którym patrzyła, jak odchodzi jej matka. Ciche i płytkie rzężenie, które nie miało w sobie nic z pogody ducha mamy, z jej wesołego śmiechu.
- Umrze jeszcze tej nocy - dodała.
Razem czekali w milczeniu, aż pierś kobiety przestanie się unosić.
- Co zrobimy, jak już umrze? - spytał Abel po dłuższym czasie. - Raczej nikogo nie wezwiemy.
- Wyniesiemy ją po ciemku i zaniesiemy do Świętego Jana przy Christopher Street - odparła Cela. - Tam się nią zajmą.
Sama nie wiedziała, skąd się wziął ten impuls, ale wypowiadając te słowa, nie miała najmniejszych wątpliwości, że tak trzeba zrobić.
Abel pokręcił głową, lecz nie dyskutował. Widać było, że próbuje wymyślić coś lepszego, gdy nagle na górze rozległo się głośne walenie.
Ich oczy spotkały się w migotliwym blasku lampy. Było już grubo po dziesiątej, to nie pora odwiedzin.
- Ktoś tam jest - powiedział Abel, jakby to nie było dla niej oczywiste.
Podzielała jednak niepokój pobrzmiewający w jego głosie.
- Może tylko szuka noclegu - zasugerowała.
- W taką pogodę? Nie sądzę - rzekł prawie do siebie, patrząc w sufit.
Walenie rozległo się znowu, jeszcze bardziej niecierpliwe niż za pierwszym razem.
- Przeczekajmy - zaproponowała Cela. - W końcu sobie pójdzie.
Abel jednak pokręcił głową. Oczy miał zmrużone.
- Ty tu poczekaj, a ja zobaczę, kto to jest i czego chce.
- Abel...
Nigdy mnie nie słucha, pomyślała, kiedy zniknął w mroku schodów prowadzących do mieszkania. Przynajmniej zostawił jej lampę.
Czekała wsłuchana w odgłosy jego kroków nad stropem piwnicy. Walenie ustało i wyłowiła ściszone męskie głosy, które jednak szybko się podniosły.
Zrozumiawszy, że doszło do sprzeczki, Cela zerwała się na równe nogi. Nie zdążyła jednak zrobić nawet kroku, gdy wieczorną ciszę rozdarł huk wystrzału, a potem głuchy odgłos upadającego ciała, od którego dziewczynie zamarło serce.
Nie.
Na górze słychać było teraz więcej kroków. Ciężkie dudnienie ciężkich butów. W ich domu byli jacyś ludzie.
W jej domu.
Abel...
Ruszyła w stronę schodów, by jak najszybciej odnaleźć brata, lecz coś w niej zaskoczyło, jakiś pierwotny instynkt, którego nie rozumiała i któremu nie potrafiła się sprzeciwić. To było tak, jakby nagle wrosła w ziemię.
Musiała dostać się do brata i jednocześnie nie mogła się ruszyć z miejsca.
W gazetach pełno było doniesień o patrolach przeczesujących miasto, plądrujących domy i podkładających ogień. Pożary ograniczały się do dzielnicy imigranckiej w pobliżu Bowery. Kwartały na zachód od Greenwich Village, a więc i dom kupiony przez ich ojca, dotychczas były bezpieczne. Lecz Cela dobrze wiedziała, jak szybko wszystko może się zmienić - i że wczorajszy spokój dziś znaczy tyle co nic.
W jej domu byli jacyś ludzie.
Słyszała ich głosy, czuła drgania podłogi, gdy rozchodzili się po mieszkaniu. Przyszli nas okraść? Szukają czegoś?
Abel.
Nieważne, po co przyszli, ważne, czy jej brat jest cały. Chciała pójść sprawdzić, lecz jej wola jakby się od niej uniezależniła.
Nie wiedząc, dlaczego to robi ani co ją do tego popycha, odwróciła się od schodów prowadzących do domu, który jej rodzice kupili dziesięć lat wcześniej za ciężko zarobione pieniądze, i podeszła do białej kobiety, teraz już niewątpliwie martwej. Opuszkami palców zamknęła jej powieki i odmówiła krótką modlitwę za jej duszę - i za swoją - po czym wspięła się po pochylni do zsypu na węgiel.
Otworzyła drzwiczki i wydostała się na świeże wieczorne powietrze. Nogi same ją niosły, nie zdążyła się zatrzymać ani nawet pomyśleć o Ablu, o tym wszystkim, o czym powinna teraz myśleć. Nie zdołałaby się zatrzymać, nawet gdyby próbowała, toteż gdy płomienie zaczęły lizać okna jedynego domu, jaki kiedykolwiek miała, była już daleko.
BOWERY W OGNIU
1902 rok - Nowy Jork
Gdy Jianyu Lee wrócił z mostu Brooklińskiego do Bowery, jego umysł płonął żądzą mordu. Jak na ironię, chciał w ten sposób pomścić człowieka, który swego czasu wydostał go ze świata przemocy. Dolph Saunders byłby pewnie rozbawiony takim obrotem sprawy. Ale Dolph nie żył. Szef Stu Diabłów i jedyny s?i yan, który ani razu nie spojrzał na Jianyu z podejrzliwością, widzianą w tylu oczach - zabity strzałem w plecy przez jednego ze swoich, przez człowieka, któremu ufał. Któremu oni wszyscy ufali.
Przez Nibsy'ego Lorcana.
Jianyu nie dbał o to, czy Esta i Harte zdołali się przedrzeć przez Krawędź, tak jak to planowali. Jeśli szalony pomysł przedostania się przez niszczycielską barierę wypalił, raczej nigdy już tu nie wrócą. Bo i po co, skoro po drugiej stronie znaleźli wolność? Gdyby on miał jakieś szanse na ucieczkę z tego miasta więzienia, nie wahałby się ani chwili. Odpłynąłby pierwszym statkiem na Wschód, do swojego domu, którego nie powinien był w ogóle opuszczać.
Znów zobaczyłby kraj, który go zrodził.
Odetchnąłby czystym powietrzem rodzinnej wioski i zapomniał o swoich ambicjach.
Kiedyś był taki młody. Taki niewinny w swej upartej wierze. Po śmierci rodziców wychowywał go starszy o prawie dekadę brat Siu-Kao, którego piękna żona była chytra jak lis. Wyszła za mąż po części dla ziemi, a po części dla magii płynącej w żyłach ich rodziny. Gdy jednak ich pierwsze dziecko urodziło się bez daru, zaczęła dawać do zrozumienia, że Jianyu nie jest dłużej mile widziany w jej domu. Jako nastolatek był już tak sfrustrowany swoją pozycją w nowej rodzinie, tak spragniony niezależnego życia, że postanowił się wyprowadzić.
Teraz rozumiał, że młodość zaciemniła mu obraz rzeczywistości, a magia uczyniła go zbyt lekkomyślnym. Dał się wciągnąć do szajki wędrownych bandytów, jakich wiele w najuboższych wioskach Gwóng-d?ng. Przez pewien czas cieszył się wolnością - wyswobodził się spod kontroli starszego brata i kroczył przez życie własną drogą. Jednak zabawił zbyt długo w jednym miejscu - w malutkiej osadzie niedaleko brzegów Zy? G?ng - i zapomniał, że magia nie stanowi panaceum na głupotę. Miał zaledwie trzynaście lat, gdy przyłapano go na włamaniu do domu lokalnego kupca.
Potem już nie mógł wrócić i spojrzeć bratu w oczy.
Uznał, że pozostało mu tylko wyjechać z kraju i zacząć od zera.
Nie wiedział wtedy, że są miejsca na świecie, gdzie magia jest uwięziona. Teraz rozumiał to aż nazbyt dobrze. Jako chłopak nie zdawał sobie sprawy, że lojalność wobec rodziny ma swoje plusy, że daje bezpieczeństwo i margines wolności.
Później myślał, że gdy nadarzy się okazja, wróci skruszony i będzie żył według rodzinnych nakazów, przed którymi swego czasu uciekł. Nie popełni drugi raz tych samych błędów.
W jakim innym celu służyłby wiernie Dolphowi Saundersowi, jeśli nie po to, by doczekać upadku Krawędzi? Dlaczego wciąż nosił warkocz, którego tak wielu się pozbyło, jeśli nie w nadziei, że kiedyś znajdzie sposób na powrót do rodzinnego kraju? Pewnie, że łatwiej byłoby ściąć te długie włosy, które przyciągały tyle ciekawskich i podejrzliwych spojrzeń. Wielu jego krajanów tak właśnie postąpiło. Ale gdyby to zrobił, przyznałby się przed sobą, że nigdy tam nie wróci.
Inna sprawa, że powrót i tak nie miałby sensu w obliczu niebezpieczeństwa, o którym mówiła Esta. Jeśli Nibsy Lorcan wejdzie w posiadanie Ars Arcana, księgi będącej ni mniej, ni więcej, tylko źródłem magii, albo jeśli zdobędzie wszystkie pięć artefaktów Zakonu - prastarych kamieni, za pomocą których Ortus Aurea stworzył Krawędź i utrwalał swoje panowanie - wówczas chłopaka nie da się zatrzymać. Nikt w żadnym kraju - ani Magini, ani Osobni - nie będzie bezpieczny. Nibsy podporządkuje sobie Osobnych, wykorzystując do tego celu kontrolę nad Maginami.
Jianyu uważał za swój obowiązek zapobiec realizacji tego scenariusza. Skoro nie może wrócić do ojczystego kraju, przynajmniej uchroni go przed Nibsym Lorcanem i jemu podobnymi.
Darrigan pozostawił mu bardzo konkretne instrukcje: Jianyu miał chronić pierwszy z artefaktów Zakonu i kobietę będącą w jego posiadaniu. Czasu było jednak niewiele. Wkrótce przybędzie chłopak, przed którym ostrzegała ich Esta - chłopak z talentem do odnajdywania zagubionych przedmiotów i z wiedzą o przyszłości. Lojalny współpracownik Nibsy'ego. Nie można pozwolić, żeby ten chłopak dotarł do Nibsa, przynajmniej dopóki gdzieś w mieście znajduje się jeden z kamieni Zakonu.
Jianyu wolał zaryzykować śmierć na obcej ziemi i pogrzeb z dala od przodków, niż pogodzić się z wygraną Nibsy'ego. Znajdzie artefakt i powstrzyma tego Logana. A potem zabije Nibsa i pomści zamordowanego przyjaciela. Lub umrze, próbując.
Gdy tak szedł przez Bowery w kierunku South Village, w powietrzu unosił się ciężki zapach popiołu i sadzy. Od tygodnia - odkąd ekipa Dolpha Saundersa wykradła Zakonowi jego najpotężniejsze artefakty, a Khafre Hall doszczętnie spłonęło - dużą część Lower East Side spowijał dym. W odwecie za kradzież dokonywano podpaleń, w najuboższych kwartałach miasta jeden po drugim wybuchały pożary. Zakon wysyłał światu czytelny sygnał.
U zbiegu Hester Street z szerokim bulwarem Bowery Jianyu minął czarne zgliszcza kamienicy. Chodnik był zawalony spalonymi pozostałościami po lokatorach. Jeszcze niedawno mieszkali tutaj Magini, ludzie będący pod opieką Dolpha. Jianyu zastanawiał się, gdzie teraz są i kto będzie ich chronił po śmierci Saundersa.
W pewnej chwili spostrzegł gromadkę cieni przyczajonych za kręgiem światła latarni po drugiej stronie ulicy. Ludzie Paula Kelly'ego. Wszyscy byli Osobnymi, a więc nie musieli obawiać się Zakonu.
Dawniej członkowie gangu z Five Points nie odważyliby się przekroczyć Elizabeth Street ani zbliżyć do Bella Stregi, baru Dolpha, na odległość czterech przecznic. Teraz panoszyli się po jego rewirze, nie kryjąc, że chcą go przejąć.
Można się było tego spodziewać. Na wieść o śmierci Dolpha również pozostałe gangi zaczną wkrótce zagarniać fragmenty terytorium Stu Diabłów. Widok ludzi Kelly'ego wcale Jianyu nie dziwił, tak jak nie zdziwiłby go widok członków gangu Eastmana czy dowolnego innego. Tom Lee, przywódca najpotężniejszego tongu z Chinatown, też pewnie spróbuje coś uszczknąć.
Ale gang z Five Points to osobna historia. Ci ludzie byli groźniejsi. Bezwzględni.
Jako stosunkowo nowi w Bowery walczyli, jakby mieli coś do udowodnienia. Jednak w odróżnieniu od innych gangów chłopcy Kelly'ego zdołali sobie zapewnić protekcję miejskich włodarzy. Rok temu wybrano do rady miasta ich marionetkę i od tego czasu policja przymykała oko na ich przestępstwa.
Ta zmowa nigdy nie przynosiła niczego dobrego, ale w dniach poprzedzających śmierć Dolpha gangsterzy z Five Points wyjątkowo się rozzuchwalili. Był to nieomylny znak, że coś się święci. Wszyscy w Stredze wiedzieli, że w Bowery narasta niepokój, lecz odczytali ten sygnał zbyt późno.
Teraz Jianyu na wszelki wypadek użył swojego daru i otworzył wiązki światła rzucanego przez uliczne latarnie. Owinął się nimi jak płaszczem, żeby przejść niezauważony obok chłopców Kelly'ego. Niewidzialny dla ich drapieżnych spojrzeń, mógł się trochę odprężyć; własna magia była dla niego jedyną stałą w tych niespokojnych czasach. Zaraz jednak przyspieszył kroku.
Kilka przecznic dalej ukazała mu się znajoma złotooka wiedźma z szyldu Stregi. Przeciętnemu przechodniowi szukającemu schronienia przed chłodem wieczoru albo szklanki czegoś mocniejszego, co uśmierzy ból życia na marginesie, tutejsi bywalcy mogli się wydawać tacy sami jak klientela innych barów i piwiarni rozsianych po całym mieście. Legalne czy nie, były to miejsca, gdzie ubodzy mieszkańcy mogli uciec od trudów i rozczarowań codziennej egzystencji. Lecz Strega była inna.
Przynajmniej do niedawna.