Rozdział 2
Czarna weszła do domu zdyszana. Czuła, jak koszulka lepi jej się od potu i chociaż był ciepły maj, to zdecydowanie nie słońce było powodem tego, jak się zgrzała. Zanim zdecydowała się wreszcie ruszyć na swoją ulicę, przemierzyła przynajmniej dwanaście innych, klucząc między budynkami, jakby starała się zgubić kogoś, kto mógł za nią iść. Wiedziała, że młoda sprzedawczyni nie mogła za nią pobiec, dlatego przecież wybrała tę godzinę i ten sklep, ale wolała zachować ostrożność. Czapeczkę z daszkiem wyrzuciła do pierwszego znalezionego kosza na śmieci. Zawsze tak robiła. Nie chciała wpaść przez idiotyczny szczegół.
Teraz, kiedy wreszcie była w domu i zsunęła ze stóp adidasy, wydawało jej się, że skarpetki zupełnie przykleiły jej się do skóry. Po kilku godzinach dorywczej pracy na świebodzińskim bazarze nigdy nie były tak spocone, jak po jej dodatkowym zajęciu na mieście. Spojrzała na wiszące w przedpokoju lustro. Stara rama była już tak odrapana, że nie mogła na nią patrzeć. W szklanej tafli zobaczyła pokryte drobnymi kropelkami czoło. Czerwone policzki wskazywały, że albo się zmęczyła, albo palił ją wstyd, że mało co nie została złapana. Ta czerwień przebijała się nawet przez grubą warstwę zupełnie nienaturalnego dla niej makijażu. Pod tą góry tapety zawsze zakładanej na taką "okazję" nikt by jej nie poznał. Nie było szans. Wydęła usta w głębokim "uff", a później cicho przemknęła obok sypialni matki. Zauważyła kołdrę nasuniętą głęboko na jej głowę i chwilę obserwowała spokojnie unoszące się w oddechu ciało. Na szczęście jej matka spała.
Czarna weszła do kuchni i na stole znalazła dwie kartki. Pierwsza: rachunek za gaz. Mama musiała jakimś cudem odebrać go od listonosza i otworzyć. Jak na nią to było coś wyjątkowego. Druga: kartka, którą osobiście położyła tutaj wczoraj. Recepta na leki. Zapomniała wziąć ją ze sobą przed pójściem do Hosso. Westchnęła i oba papiery zabrała do swojego pokoju. Dopiero tam w pośpiechu zdjęła z siebie ubrania i rzuciła je w kąt, zostając tylko w czarnej bieliźnie. Nie zamierzała zakłócać spokoju mamy nastawianiem prania, ani kąpielą.
Od dwóch lat zdecydowanie lepsze były dla niej chwile, w których mama spała. Nie awanturowała się wtedy, nie płakała i nie sprawiała, że Czarna czuła się źle. Kiedy mama spała, nie wymagała też pomocy.
Dwudziestolatka położyła rachunek i receptę w rogu biurka, otworzyła pokrywę laptopa i delikatnie odsunęła skrzypiące krzesło. Tak cicho, jak mogła, przestawiła je w kąt, wcale nie planując na nim siadać. Z torebki ostrożnie wyjęła ukradzione dziś stroje kąpielowe, zwracając uwagę na to, żeby nie zerwać metki.
Kiedy ekran laptopa rozjaśnił się, znalazła w sieci oryginalne zdjęcia i pobrała je na pulpit, a później weszła na OLX. Szybko przekopiowała opis każdego ze strojów, dorzuciła oryginalne zdjęcie i dodała status "używane". W pierwszym zdaniu ogłoszenia wspomniała, że stroje posiadają jeszcze metkę i ani razu nie były ubrane, bo dostała je w prezencie od babci, która źle wybrała rozmiar, a sprzedawca nie zgodził się przyjąć zwrotu, więc sprzedaje je za połowę ceny, żeby cokolwiek jej się zwróciło. Patenty na stosunkowo wiarygodne teksty miała już obcykane. Nietrafiony prezent, zły rozmiar, kolor jej się jednak nie podoba, kupiła na wakacjach i nie ma jak zwrócić, bo trzysta kilometrów itd. Nie szczędziła wyjaśnień, a to procentowało zakupami. Dla klientek zawsze była super miła, paczki przygotowywała starannie i wysyłała od razu po dokonaniu płatności. Głównie posiłkowała się OLX-em, ale inne serwisy też odwiedzała, żeby nie podpaść i nie zwracać na siebie uwagi.
Kiedy wreszcie wystawiła obie zdobycze, coś kliknęło w jej telefonie. Spojrzała na ekran. Powiadomienie o wpłynięciu pieniędzy za buchnięte kila dni temu legginsy Reeboka. Uśmiechnęła się zadowolona. Naprawdę dobrze jej szło. Kiedy człowiek wszystko sobie dokładnie przemyśli, musi iść dobrze, nie ma innej opcji. Ładnie spakowała towar, zaadresowała i odłożyła na łóżko. Cicho przemknęła do łazienki i odkręciła w kranie minimalny strumień zimnej wody. Delikatnie umyła pachy, czując przy tym niewypowiedzianą ulgę, a później, równie powoli przemyła ramiona, brzuch i twarz. Ciemne pasy brązowego fluidu pomieszane z czarnym tuszem do rzęs zaczęły spływać jej po skórze.
Utkwiła wzrok w lustrze, patrząc w nie o kilka minut za długo. Czuła się otępiała. Zmęczona. Potrząsnęła głową, zdając sobie sprawę z tego, że jeśli się nie odpręży, to któregoś dnia po prostu zwariuje. Jeszcze raz przemyła czoło i policzki, starła papierem grubą warstwę szminki i wreszcie zakręciła kran.
Mam tylko dwadzieścia lat, wyszeptała do swojego odbicia, nie wydając jednak z ust żadnego dźwięku.
Patrzyła na siebie bez makijażu, zaczynając wreszcie rozpoznawać własne ja. Nastrój poprawił jej się minimalnie. Dopiero po chwili sięgnęła po inne, mniej wyraziste kosmetyki i zrobiła sobie bardzo delikatny make up. Taki niby nic, jak lubiła najbardziej.
Wróciła do pokoju, wcisnęła się w nowe jeansy i założyła imprezową koszulkę. Później wsunęła czyste skarpetki, zabrała leżącą na łóżku paczkę, zahaczyła o przedpokój i chwilę później wymknęła się z mieszkania.
Jest piątek! Do diabła.
Zbiegła schodami w dół i ruszyła w stronę Orlenu. Dojście na miejsce zajęło jej niecałe piętnaście minut, ale teraz już wcale się nie spieszyła. W głowie miała tylko dwie rzeczy. Pierwsza: nadać zamówioną paczkę. Druga: złapać stopa i dojechać na imprezę. Świebodziński Orlen znajdujący się tuż przy rondzie z wylotówką na autostradę w kierunku Poznania był chyba najlepszym sprawdzonym przez nią miejscem łapania okazji. Może i jeżdżenie stopem w tych czasach było ryzykowne, ale Czarnej nigdy nie spotkało nic złego. Mili ludzie, którzy po prostu nie chcieli bujać się sami stąd aż do Poznania.
Weszła na stację, nadała przesyłkę i rozejrzała się po autach stojących na parkingu i przy dystrybutorach z paliwem. Podeszła do pierwszego z brzegu kierowcy i zapytała, dokąd jedzie. Niestety, mężczyzna ruszał na Berlin, więc podziękowała miło i poszła dalej. Transport udało jej się znaleźć dopiero przy czwartym podejściu. Młoda kobieta z nastoletnią córką chętnie zgodziła się ją zabrać i nawet nie chciała za to pieniędzy, na co zresztą Czarna cicho liczyła. Nie, żeby nie miała kasy, bo przecież kradła, to coś zawsze miała, ale odkąd wszystko w domu było na jej głowie, oszczędzała o wiele bardziej niż wcześniej. Podziękowała kobiecie i moszcząc się na tylnym siedzeniu jej granatowej Skody, przymknęła na chwilę oczy. Samochód jechał równo, a jej z miejsca zrobiło się ciepło i miło. Pod powiekami miała jeszcze przez chwilę obraz krzyczącej na nią sprzedawczyni, której wyglądu z tego całego stresu nie udało jej się zapamiętać, ale zrobiła się senna i majaki rozmyły się, zostawiając wyłącznie obraz kojącej czerni.
- Halo, halo. Dojeżdżamy do Poznania.
Ocknęła się gwałtownie, jakby spokojny głos prowadzącej pojazd kobiety był co najmniej krzykiem.
- O Jezu, zasnęłam? - wymamrotała.
- Spała pani jak dziecko - odpowiedziała jej córka kobiety.
- Zaraz będę zjeżdżać do centrum - wtrąciła kierująca, zwalniając przed krzyżówką. - Gdzie panią wysadzić?
Czarna spojrzała przez okno i zaczęła rozpoznawać okolicę.
- Będzie pani przejeżdżać koło dworca głównego? - zapytała.
- Tak, za kilka minut.
- Świetnie, to ja bym tam wysiadła, dobrze?
- Oczywiście. - odparła kobieta i skinęła głową. - Powrót do domu czy wypad na weekend? - zaciekawiła się.
- Znajome... urządzają piątkową imprezę.
Czarna chrząknęła, jakby nie chciała wnikać w szczegóły i prowadząca Skodę chyba to wyczuła, bo nie spytała o nic więcej. Przy muzyce cicho sączącej się z radia dojechały do dworca, a kiedy kobieta zatrzymała samochód, Czarna podziękowała jej bardzo za podwózkę i wysiadła z auta.
- Udanej imprezy - rzuciła jeszcze nastolatka siedząca przy swojej matce.
- Dzięki! - Uśmiechnęła się do niej w odpowiedzi, a potem zamknęła drzwi i ruszyła przed siebie.
Wciąż, nawet przy obcych ludziach Czarną krępowało przyznanie, na Jaką imprezę idzie. Kto na niej będzie, Komu jest dedykowana i Jaka tak naprawdę jest ona sama. A jaka była? Kim była? Zmarszczyła czoło i nie chcąc sama przed sobą przyznać, że wciąż jeszcze nikt o niej nie wie, skręciła w boczną ulicę i poszła dobrze sobie znaną drogą do nieco oddalonego od dworca klubu.
Czasem Czarna była na siebie zła. Tak po prostu. Na co dzień kombinowała jak mogła, kradła z premedytacją, uciekała aż się za nią kurzyło, sprzedawała zdobyte fanty bez mrugnięcia okiem i uważała się za bardzo twardą. O tak, tupetu i determinacji nigdy jej nie brakowało. Dlaczego więc ukrywała się przed mamą? Przed znajomymi? W końcu nic złego nie robiła.
Zamyśliła się, ale w kolejną ulicę skręciła odruchowo. Po niespełna piętnastu minutach stanęła przed klubem. Nad drzwiami wisiał kolorowy baner, a przed wejściem stał bramkarz, który wydawał się nawet sympatyczny.
- Dzisiaj impreza zamknięta - oznajmił.
- Wiem, przyszłam na nią. - odparła bez cienia wahania.
Mężczyzna przesunął się i wpuścił ją do środka.
Dobrze, że już hasła nie trzeba podawać.
Kiedy za Czarną zamknęły się drzwi, owiał ją przyjemny chłód i dźwięki energetycznej muzyki. L Vibes. Tak nazywały się twórczynie cyklicznych imprez dla lesbijek organizowanych w różnych miastach Polski. Prawie jak L Word, pomyślała Czarna.
Spojrzała na parkiet, na którym już szalały inne kobiety.
Vibes to dobre słowo, idealnie do nich pasuje.
Podeszła do baru, zamówiła drinka, a potem wypiła go, nie odkładając na bok. Wypuściła z płuc powietrze i pozwoliła sobie na rozluźnienie mięśni. Kiedy tylko L Vibes przyjeżdżały do Poznania, zawsze tutaj wpadała. To było jak magnes pozwalający jej poczuć się normalnie, nawet, jeśli Czarna nienawidziła tego słowa. DJ-ka zarzuciła szybsze rytmy, więc nie czekając na zaproszenie, brunetka ruszyła na parkiet. Lekki ruch nogą w prawo, nogą w lewo, biodrami na boki. Wciąż jeszcze czuła się spięta, ale wiedziała, że to zaraz puści. Kiedy wreszcie złapała rytm i zapomniała o tym, co czeka na nią w domu i jak musi zarabiać pieniądze, przymknęła oczy i falowała razem z tłumem. Plątanina kobiecych ciał, które dobrze się rozumiały, nawet jeśli żadne żadnego nie musnęło w tańcu. Ciche porozumienie. Głośny krzyk wolności. Rozpierające wrażenie, że wszystko jest okej.
Muzyka dudniła w uszach tak pięknie.
Czarna nie zeszła z parkietu dopóki DJ-ka nie zrobiła przerwy. Dwie sympatyczne dziewczyny - organizacyjny trzon L Vibes weszły na a'la scenę i zaczęły mówić o tatuażach, które można zrobić dzisiaj w okazyjnej cenie, a potem przeprowadziły jakiś konkurs dla uczestniczek.
Boże jak lekko.
Czarna wróciła do baru i poprosiła kolejnego drinka. Kobiety śmiały się z tekstów organizatorek i aktywnie angażowały w proponowaną zabawę, a ona sącząc podany alkohol, obserwowała, uśmiechając się pod nosem. Pomyślała:
Powinnam mieć to częściej. Mam tylko dwadzieścia lat.
Śmiech przelał się po sali, a kilka uczestniczek imprezy ruszyło w stronę stanowiska tatuażystki.
- Postawić ci drinka?
Czarna odwróciła się i zobaczyła, że to do niej. Na oko kilka lat starsza blondynka z wyraźnym, perfekcyjnie wykonanym makijażem uśmiechała się do niej sympatycznie.
- Mi? - Upewniła się.
Kobieta skinęła, a Czarna zarejestrowała jej głęboki dekolt, na końcu którego rysowały się pełne piersi. Rowek między nimi wyglądał idealnie. Jak z obrazka. Spojrzała jej w oczy i dostrzegła w nich błysk, który odebrała dość jednoznacznie.
- Nie, dziękuję - odparła. - Ja dziś tylko tańczę, nic więcej nie wchodzi w grę.
- A mogłoby... - Głos kobiety był cichy i bardzo spokojny, ale było w nim coś przyciągającego. - Drink, śniadanie?
W normalnych warunkach pewnie Czarna by się skusiła, ale dzisiaj...
- Nie, naprawdę dziękuję, ale dziś chcę tylko wywalić z siebie całe zło. - przyznała.
- Na parkiecie?
- Tak. Wyłącznie.
Blondynka uśmiechnęła się ciepło.
- Rozumiem. W takim razie i tak postawię ci drinka. - Odwróciła się i skinęła głową na barmankę. - Jeszcze raz to samo dla pani. - powiedziała.
- To miłe. - rzuciła Czarna.
- Szczerość to rzadka cecha, warto za nią wypić. - Kobieta uniosła kąciki ust. - Poza tym uważam, że taniec to znacznie lepsza forma odreagowania niż... - Urwała.
- Niż?
- Seks na smutno. - parsknęła.
- To prawda.
Barmanka podała Czarnej drinka, a ona uniosła go w stronę kieliszka trzymanego przez blondynkę.
- No to zdrowie - rzuciła, stukając lekko szkłem o jej szkło.
- Zdrowie.