1
Posłuchajcie, jak skoczyła moja Matka. No więc było tak: kiedy udało się już zdobyć kawę tuż przed imieninami i okazało się, że jest ona w ziarnach, Ojciec siedzący przed telewizorem, w którym z pulsujących kręgów zamieci szarych pikseli wyłaniały się raz po raz fantastyczne kształty czarno-białej panoramy blokowisk Ursynowa, powiedział do mnie: Idź do Stefana zmielić, bo oni mieli młynek. Oczywiście nie poszedł tam sam, mimo że trzeba by było w tym celu przejść przez przerażający stromy strych, ani nie zapukaliśmy do sąsiadów z jednego czy drugiego boku, bo ci z prawej nie mieli młynka, a z tymi z lewej nie utrzymywaliśmy specjalnych relacji, nie do końca wiadomo dlaczego. Może dlatego, że ona nigdy nie odpowiadała na dzień dobry, czasem tylko pogardliwie wykrzywiała wargi, jemu nawet zdarzało się odpowiadać, ale takim głosem, jakby wydobywał się on wprost z kiszek, nie z ust: to w nadmiarze nawet wystarczało, aby popadli w niełaskę i Ojciec skreślił ich towarzysko, rzekomo z tego powodu, że wynosili się ponad nas, albo dlatego, że byliśmy klasowo niedopasowani (chamstwo, jak mówił), ale może naprawdę było tak, jak w tym dowcipie z patelnią, który już pewnie opowiadałem. On, Ogiński, był jakimś tam inżynierem kierownikiem z dyplomem w zakładach udrażniania i melioracji, i spędzał czas w biurze projektowym lub na polu, godzinami meliorując i udrażniając, co do niej zaś - zajmowała się jakimiś szalenie istotnymi papierkami w instytucji mieszczącej się w dużym gmaszysku, w dziale wdrażania, gdzie, aby wejść, należało najpierw napisać podanie i postarać się o odpowiedni zestaw pieczątek. A ponieważ pieczątki te spoczywały w jej szufladzie, o nadmiar petentów nie musiała się martwić. Nie było dokładnie wiadomo, co robiła, siedząc przed swoim biurkiem i stosikiem papierów obok koleżanek z podobnymi zadaniami i podobnym gustem - zapewne sama też nie do końca wiedziała, czym się zajmuje w swoim zakładzie pracy. Właściwie znaliśmy tylko jej głos przewiercający się czasem przez ścianę naszego mieszkania jak diamentowe wiertło kruszące żelbetonową płytę. Wydawała się nam więc z tej perspektywy groźną niemową, otwierającą usta tylko po to, by wydobyły się z nich grom i jazgot, trzęsące naszym wielkim blokiem - konstrukcją ze stalowych zbrojeń i żelbetonowych płyt, które zaczynały niebezpiecznie się poruszać. Jak jej głos mógł wpływać na ich dzieci - nie wiem, skoro przez ścianę nie przebijały się żadne czulsze tony. Może w gruncie rzeczy stanowili miłą i kochającą się rodzinę? Nie wiedzieliśmy nawet
tego. Co działo się za betonowym murem, pozostawało za betonowym murem. Ich syn był kłębkiem nerwowych tików zniekształcających mu co i rusz twarz: wybuchał ni stąd, ni zowąd jakimś nieartykułowanym krzykiem, charkotem, którego nie mógł opanować. Działo się tak w trakcie rozmowy, na przystanku, w sklepie, w windzie, czasem przerywał sobie w ten sposób w pół zdania. Elektryczny paroksyzm wstrząsał ciałem, jakaś dziwna energia chciała się za wszelką cenę wydobyć z jego wnętrza i znajdowała odbicie w przełamanym i spotworniałym na sekundę wyrazie twarzy. Nagły i niekontrolowany skurcz wszystkich mięśni powodował, że chłopak rzucał się gwałtownie, a jego twarz wykrzywiała się w okropny grymas, jakby chciał znienacka przestraszyć rozmówcę, atakując go niczym rozjuszony pawian, wywracający oczami i plujący wściekłą pianą. Wydawany bez kontroli głośny krzyk był na tyle nieludzki, że osoby nieprzyzwyczajone mogły się mocno przestraszyć i potem bały się każdego kolejnego napadu, który nadchodził po jakichś pięciu minutach, a gdy się chłopak mocno zdenerwował, już za chwilę, coraz częściej, aż zamieniał go na jakiś czas w wyjące i rzucające się dziko w dziwnym tańcu zwierzę, jakby wstąpił w niego demon albo na moment przejął jego postać jeden z bogów i swoją boską choreografią objawiał światu wielką tajemnicę, na którą nikt nie był oczywiście przygotowany. Czy dopadł was kiedyś bóg? Wykręcił ręce i język zaplątał w supeł, wdarł się siłą do środka za pomocą jednego z otworów i dokonał swego na tej ziemi, korzystając z waszego ciała, wykonawszy najpierw jakiś nieludzki taniec, konwulsyjne szaleństwo? Czytałem o tym, napisane było: przybrawszy postać ludzką, przyszedł pomiędzy nich, pytając o wodę. Był ubogim pielgrzymem, starą kobietą, pięknym młodzieńcem, rzucającym głazy herosem. Widziałem to wielokrotnie: był milicjantem bijącym sam jeden za pomocą teleskopowej pałki sześcioro studentów rozwijających transparent i był sprzedawczynią w sklepie wyrzucającą w pojedynkę z lokalu czterech pijaczków. Czy posiadł was kiedykolwiek bóg? Czy nawiedził was kiedyś w waszej ludzkiej postaci, czy wszedł w was, zgwałcił was swoją boskością bez uprzedzenia i bez litości? Taniec trwał jakiś czas, był gwałtowny i energochłonny. Zdawało się, że zaraz po nim krople potu błyszczały na czole chłopaka i w jego piorunujących w niemej wściekłości oczach widać było chęć zemsty za doznane od sił wyższych upokorzenie. Bogowie chwycili na moment jego ciało, zabierając mu władzę nad nim i posługując się nim jak marionetką, figurką, aby odtańczyć tym niedoskonałym aparatem z kości i mięśni swoje pięć minut pośród śmiertelnych, objawić swoją przerażającą i nieludzką naturę, z której przecież my niczego nie mogliśmy pojąć, przelęknieni jedynie tym wcieleniem się bóstwa w tak kulawą powłokę. Patrzyliśmy z przerażeniem, ale i politowaniem: to na szczęście nie nas dosięgała łaska boskiego objawienia. Do sąsiada opętanie przychodziło także w nocy: przez cienką ścianę mojego pokoju słyszałem nieraz te stłumione szczeknięcia dochodzące z mieszkania obok, tę opętańczą czkawkę opanowującą go nagle w samym środku snu i wynoszącą go z głębiny gdzieś na oświetlony boskim światłem ring, scenę ofiarną, ołtarz, na którym podrygiwał nagi, chwycony w żelazne, bezlitosne, boskie ręce. Niestety wielki Artysta, który poruszał nim jak kukiełką, był dla nas, obserwujących te cierpienia, efekciarzem zupełnie niedbającym o widza i jego zrozumienie przedstawianej mu sztuki, ergo kompletnym grafomanem. Ale taki jest przecież boski przywilej. Należy bowiem zauważyć, że tego rodzaju ruchy i dźwięki są znakiem wielkich tajemnic. To właśnie tego rodzaju szaleńcy, jak piszą w socjalistycznej encyklopedii, są czczeni na Wschodzie jako mufti i prorocy. Ponieważ zanim otworzą usta, żeby przemówić, potrząsają i kiwają głowami. Ruch ten spowodowany jest zawsze nawiedzeniem i tchnieniem fatydycznego ducha, który nagle wchodząc w małą i wątłą substancję, wstrząsa nią w ten sposób. Tak właśnie zachowywała się, jak zdołałem ustalić za pomocą pewnej grubej książki z beżową okładką, którą uzyskałem na drodze wymiany od Ossolińskiego, gdzie czytałem, że wieszczka Pytia, zanim wypowiedziała wróżbę, wstrząsnęła przedtem drzewem lauru. "Tak powiada Lampridius, iż cesarz Heliogabal w czasie niektórych świąt swojego bożka [...] potrząsał publicznie głową, pragnąc w ten sposób uchodzić za wróżbitę. Tak podaje Plaut w swojej Asinaria, iż Sauriasz, idąc, potrząsał głową, jakoby wściekły i oszalały z wściekłości, budząc strach w tych, którzy go spotkali. Także w innym miejscu tenże Plaut, tłumacząc, dlaczego Charmides potrząsał głową, powiada, że był w ekstazie". Katullus zaś w Berecyntii i Atysie pisze "o miejscu, w którym Menady, niewiasty bachiczne, szalone prorokinie, niosąc gałęzie bluszczu, potrząsały głowami". [...] Pisze też Tytus Liwiusz, że "w czasie bachanalii w Rzymie mężczyźni i kobiety zdawali się opętani duchem wieszczym z przyczyny udanego trzęsienia i miotania ciałem. Głos bowiem powszechny filozofów oraz mniemanie ludu było, jak powiadała owa książka, iż daru wieszczenia nigdy niebiosa nie zsyłają inaczej, jeno wśród szału i miotania ciałem, wśród trzęsienia i drżenia, a to nie tylko kiedy spływało na wróżbitę natchnienie, lecz także kiedy je objawiał i wygłaszał". A sąsiad przecież zawsze wygłaszał swe objawienie, wychodziło z ust jego pod postacią czknięcia, tak mowa bogów niezrozumiała jest dla śmiertelników. Sąsiad posiadał wówczas dar mówienia językami - my niestety nie otrzymaliśmy nigdy daru rozumienia języków, dlatego słowa powiedziane pod wpływem natchnienia tak często pozostają niezrozumiane przez śmiertelnych. Czy boskie czknięcie, czy niedzielna homilia w pobliskim kościele jezuitów, czy artykuł w "Trybunie Ludu" - jednakowe zdawało się ich szyfrowanie boską świętą mową. Było nam go żal: im bardziej przeczuwał, że bóg skrada się w ciszy i jest tuż-tuż, że wdziera się w jego ciało za pomocą którejś ze szczelin - że nadchodzi atak - i im bardziej chciał go siłą woli i mięśni powstrzymać, tym dziksze i bardziej nieprawdopodobne stawały się chwilę później jego miny i odruchy, krzyk układał się w gulgotanie, szczekanie czy rozpaczliwe kogucie pianie. Oczywiście bardzo próbował tę swoją chwilową publiczną słabość nadrobić na innych polach i starał się być łobuzem i zawadiackim draniem na podwórku, siejąc terror i trwogę pośród rówieśników i młodszych od siebie dzieciaków, tak aby tę krótkotrwałą fizyczną uległość sile od siebie większej możliwie skutecznie rozmyć w pasmie bezustannych, wciąż od nowa wymyślanych, odgrywanych i wymuszanych na swej naturze gwałtowności i aby pokazać ową rzekomo codzienną naturę - wszelako na próżno: gdy tylko odchodził, wszyscy zaczynali się śmiać, rozładowując nieco atmosferę grozy obejrzanego przed chwilą spektaklu jego zwierzęcej metamorfozy. Nikt bowiem nie wierzył, że był boskiej natury - widzieliśmy to z oddali. Potrafił być w zwykłych odruchach zadziwiająco delikatny w stosunku do swojej młodszej dużo siostry, z którą widywałem go na schodach czy przed windą. Jego rodzice unikali nas - być może z tego właśnie powodu: my unikaliśmy ich z powodów klasowych. Nie wiedzieliśmy nawet, czy Ogińscy mają w domu młynek do kawy. Ojciec zabronił mi o to pytać.