ROZDZIAŁ 2
Buenos Aires.
Czternaście lat przed milongą.
Pierwsza operacja w świecie rzeczywistym niemal kosztowała Minerwę życie.
Kilka miesięcy po przeprowadzce z Rawson do Buenos Aires, gdzie podjęła studia, poznała Qwerty'ego. To właśnie on wprowadził ją w mroczny świat, w którym królowały luki w zabezpieczeniach, hasła i poufne dane.
Do tej pory jej krótka kariera przestępcza ograniczała się do kradzieży informacji przez Internet i sprzedaży zdobytych materiałów. Wszystko zmieniło się, gdy Qwerty, jedyny członek "Hackers_Portenios", którego znała osobiście, otrzymał propozycję prawdziwej roboty.
Początkowo nie był nią zainteresowany. Propozycję złożył mu Mario Pezzano, doświadczony złodziej, którego Minerwa spotkała rok wcześniej. W jej oczach mężczyzna był profesjonalistą i legendą. Ta opinia oraz młodzieńcza chęć zawojowania świata skłoniły ją do nacisków na Qwerty'ego, aby przyjął ofertę.
Tego wieczoru Minerwa zapukała do drzwi salonu bilardowego na Avenida de Mayo. Przyszła tu z plecakiem przewieszonym przez ramię. Qwerty niósł identyczny.
Drzwi otworzył im mężczyzna o cerze bladej jak kość słoniowa. Wpuścił ich do ogromnej sali, w której stało co najmniej czterdzieści stołów do bilardu, poola i snookera. Dochodziła czwarta nad ranem, a jak twierdził Qwerty, miejsce miało być zamknięte od trzeciej. Nie było tam nikogo, z wyjątkiem czterech mężczyzn grających przy centralnym stole. Opustoszały lokal oraz dym papierosowy unoszący się w powietrzu wzbudziły w Minerwie złe przeczucia.
Mężczyzna, który otworzył im drzwi, skrył się za kontuarem i zaczął wycierać szklanki. Kobieta podążyła za Qwertym i oboje ruszyli pomiędzy stołami w kierunku graczy. Jednym z nich był Mario Pezzano. Pozostałych trzech nigdy wcześniej nie widziała.
W pewnym momencie najmłodszy sięgnął za siebie i wyjął pistolet. Nie celował w nich, ale serce Minerwy zamarło. Ani ona, ani Qwerty nie mieli przy sobie broni. Skąd niby mieliby ją wziąć?
- Przepraszam za brak zaufania, Federico - powiedział Pezzano, patrząc na nich swoimi podkrążonymi jak zawsze oczami. Jego głęboki głos odbił się echem w pustym salonie. Wykonał gest ręką i Federico schował broń. Minerwa nieśmiało wyjąkała, że nie ma żadnego problemu.
To było jej ósme lub dziewiąte spotkanie z Pezzanem. Dzięki Qwerty'emu dostała zaproszenie na kilka imprez w jego niezwykłym domu: żaglowcu o zielonym kadłubie, zacumowanym w skromnej dzielnicy Tigre. Podczas pierwszej z tych imprez zostali sam na sam na pokładzie, z kieliszkami wina i ze stopami wspartymi o reling, zapatrzeni w czarną toń rzeki Luján. Samo wspomnienie tamtej chwili wciąż wywoływało u niej rumieniec wstydu. Zdenerwowanie tak mocno ścisnęło jej gardło, że jąkała się przy każdym słowie. Większość osób zamierała bez ruchu na widok sławy. Ona zaś straciła mowę, stojąc twarzą w twarz z człowiekiem, który okradł najwięcej banków w historii Argentyny.
- Gdyby istniał Uniwersytet Napadów, on byłby jego rektorem - tak Qwerty przedstawił jej Pezzana.
Pezzano dał towarzyszom znak, że później dokończą partię. Podszedł do Qwerty'ego i uściskał go serdecznie niczym ulubionego siostrzeńca. Potem spojrzał na nią, uśmiechnął się i pocałował ją w policzek.
- Jak się masz, Minerwo?
- Dobrze, dziękuję.
- Masz to, o co prosiłem? - zapytał, spoglądając wymownie na plecaki, które ona i Qwerty mieli ze sobą.
- Tak, wszystko zgodnie z umową - odpowiedziała, zdejmując swój.
Postawiła go na sąsiednim stole bilardowym. Rozsunęła zamek, wyjęła pakunek wielkości cegły i ostrożnie położyła na zielonym suknie. W środku znajdowało się dwieście pięćdziesiąt kart kredytowych.
Pezzano poczuł nieodpartą chęć zganienia tej dziewczyny. W jego czasach nikt przy zdrowych zmysłach nie odważyłby się tak potraktować jednego z najlepszych stołów bilardowych w Buenos Aires. Ale czy mógł ją winić? Wyglądała na zaledwie dwadzieścia, może dwadzieścia pięć lat. To pewnie strach i chęć udowodnienia swojej wartości popchnęły ją do tej brawury, którą przecież on sam popisywał się w jej wieku.
Ostrożnie podniósł zawiniątko i przejrzał karty. Na każdej, pod logo Banco del Plata, znajdowały się różne personalia i numery. Westchnął cicho, gdy z nostalgią uświadomił sobie, jak bardzo zmieniły się czasy. W głowie mimowolnie zabrzmiała mu melodia tanga.
Dawniej po skoku dzielili między siebie pliki banknotów lub garście klejnotów. Ale ta robota była inna - swego rodzaju eksperyment, dywersyfikacja. Tak to nazywali w tych wszystkich książkach o inwestowaniu, które ostatnio pochłaniał.
Do niedawna Pezzano znał tylko dwa sposoby na obrabowanie banku. Pierwszy z nich polegał na wejściu przez drzwi w godzinach pracy placówki, kiedy sejf był otwarty. Problem stanowili pracownicy obecni na miejscu - wystarczyło dziesięć minut od naciśnięcia ukrytego przycisku pod biurkiem, by przed bankiem zjawiła się policja. Drugie rozwiązanie zakładało napad, gdy nikogo nie było w oddziale - najlepiej w piątek po południu, ale wtedy trzeba było znaleźć sposób na przebicie się przez dwadzieścia centymetrów stali i betonu broniących dostępu do sejfu.
Kilka miesięcy wcześniej Federico zaproponował trzecią opcję. Łączyła atuty dwóch poprzednich: włamanie o świcie i zgarnięcie łupu bez konieczności włamywania się do opancerzonego sejfu. Czujniki ruchu w biurach banku z pewnością się uruchomią, ale dziesięć minut powinno wystarczyć. Plan zakładał obrabowanie banku bez dotykania choćby jednego banknotu.
Cała operacja była możliwa dzięki pedantycznemu menedżerowi oddziału, który kazał podwładnym zapisywać dane każdej wystawionej karty w arkuszu kalkulacyjnym. W rezultacie informacje, które powinny istnieć jedynie w centrach danych Visa, znalazły się na pokrytym kurzem serwerze prowincjonalnego banku.
Nie potrzebowali palnika ani ładunków wybuchowych. Wystarczył zwykły śrubokręt, by podmienić dysk serwera na pusty. Następnie porysowali opancerzone drzwi sejfu i zdemolowali serwerownię, by całość sprawiała wrażenie chaotycznego napadu, podczas którego sfrustrowani złodzieje, niezdolni dostać się do pieniędzy, dali upust swej złości.
Ku zaskoczeniu Pezzana, ten etap planu się powiódł. Kolejnym krokiem była zamiana zdobytych danych na gotówkę. Wtedy okazało się, że syn innego bankowego rabusia - tego, który zakończył karierę z trzema kulami w piersi - był doświadczonym hakerem. Nazywali go Qwerty.
- Mamy osiem tysięcy dwadzieścia dwie karty - oznajmiła Minerwa, jego współpracowniczka. - W zaokrągleniu po pięć dolarów za kartę. To daje łącznie czterdzieści tysięcy.
Pezzano wiedział, że większość kart miała limit kredytowy pięciuset dolarów. Pięćset razy osiem tysięcy dawało cztery miliony. Jednak od teorii do praktyki daleka droga - niemożliwe byłoby wykorzystanie całego limitu każdej karty, zanim bank zorientowałby się, co się dzieje.
Na szczęście nie musiał zaprzątać sobie tym głowy. Jego rola dobiegała końca. Wystarczyło sprzedać karty kontaktowi w San Telmo po dwadzieścia dolarów za sztukę. Zysk netto - sto dwadzieścia tysięcy za kilka dni pracy. Podzielony na cztery osoby dawał niezły wynik. Nawet jeśli pośrednik zbiłby fortunę, jak to bywało z biżuterią i obrazami, nikt by nie narzekał.
"Niech ktoś inny będzie tym, kto zarobi ostatniego dolara" - przypomniał sobie kolejną mądrość zasłyszaną od jednego z inwestycyjnych guru.
Wyciągnął rękę za siebie i wyczuł szelest papierowej torby, którą podał mu Federico. Wręczył ją dziewczynie.
- Dziękuję - powiedziała. - Jeśli nie masz nic przeciwko, chciałabym przeliczyć pieniądze.
Mimo pozornej pewności siebie, w jej głosie pobrzmiewało zdenerwowanie. Przyjrzał się jej przez moment. Wydawała mu się piękna. Nie w sensie seksualnym - był jednym z nielicznych czterdziestodziewięciolatków, którzy wolą rówieśniczki od młodszych kobiet. Widział w niej piękno, jakie ojciec dostrzega w córce. W końcu mogła być jego dzieckiem.
- Oczywiście - odparł. - Ale pozwól, że dam ci jedną radę. Nigdy więcej nie kładź niczego oprócz kul na stole bilardowym.
Minerwa zerknęła na swój podniszczony plecak, który spoczywał na zielonym suknie, zastanawiając się, czy go zabrać. Ale zanim zdążyła po niego sięgnąć, w ścianach sali zabrzmiał głuchy huk.
- Policja! Wszyscy ręce w górę! - rozległ się krzyk od drzwi, które właśnie sforsował oddział.
Minerwa poczuła, jak jej nogi uginają się, gdy zobaczyła pięciu federalnych agentów celujących w nią z broni.
Ostrożnie położyła papierową torbę z czterdziestoma tysiącami dolarów na stole bilardowym i powoli uniosła ręce. Kątem oka dostrzegła, że Qwerty robi to samo.
Ciszę rozdarł pierwszy wystrzał. Minerwa odwróciła głowę i zobaczyła Federica z pistoletem w dłoni. Błyszcząca łuska potoczyła się miedzy bilami po zielonym suknie.
Czas niemal stanął w miejscu. Rozległ się kolejny strzał z przeciwnej strony, a z piersi Federico trysnęła fontanna krwi. Minerwa rzuciła się na podłogę, gdy wokół rozpętało się prawdziwe piekło. Powietrze wypełnił świst kul i huk wystrzałów.
Upadła na ziemię jednocześnie z Qwertym. On jednak nie zdołał zamortyzować upadku. Jego głowa z głuchym łoskotem uderzyła o kafelki. Patrzył na wspólniczkę nieobecnym wzrokiem, a z dziury po kuli w czole sączyła się krew.
Rozpacz ścisnęła jej klatkę piersiową tak mocno, że ledwo mogła oddychać. Jak to możliwe, że prosta kradzież haseł w kafejce internetowej doprowadziła ją w sam środek tej masakry?
- Łap to! - zawołał leżący tuż obok Pezzano.
Położył na podłodze pistolet, identyczny do tego, który trzymał w drugiej ręce. To musiała być broń Federica. Popchnął ją w jej stronę, a pistolet potoczył się pomiędzy niedopałkami papierosów, aż dotknął kolana Minerwy. Wzdrygnęła się gwałtownie, odsuwając się od niego jak od jadowitego węża.
Pokręciła głową, patrząc na Pezzana. Hakowanie wielkiej korporacji to jedno, ale strzelanie do policji to zupełnie co innego. Zdecydowanym ruchem odepchnęła broń i zaczęła czołgać się pod stołami bilardowymi. Dostrzegła, że Pezzano cofa się razem z nią, jednocześnie ostrzeliwując salon, podczas gdy strzelanina przeniosła się w jego głąb.
Gdy dotarli do tylnej ściany, przy której stały stojaki z kijami do bilardu, Minerwa gorączkowo rozejrzała się wokoło. "I co teraz?" - przemknęło jej przez myśl, gdy tuż nad nią w drzazgi rozpadł się bilardowy kij.
- Chodź! - krzyknął Pezzano.
Ruszył do drzwi z napisem "Prywatne", za którymi przed chwilą zniknęli jego dwaj kompani. Skinął na Minerwę, by pobiegła za nim.
Ona jednak znieruchomiała przy drugim końcu ściany. Wiedziała, że gdyby teraz wstała i ruszyła, podziurawiliby ją jak sito.
Pozostało jej tylko jedno.
- Poddaję się! - krzyknęła, unosząc ręce.
- Nie, nie! - dobiegł ją rozpaczliwy krzyk Pezzana.
Zignorowała go i wyjrzała zza stołu do snookera. W tym momencie ujrzała wycelowaną w siebie lufę rewolweru i usłyszała huk wystrzału.
Piętnaście gramów ołowiu przemknęło obok jej lewego ucha z ponaddźwiękową prędkością. Sekundę później poczuła ciepło w kroku - zsikała się ze strachu. Dlaczego strzelali, skoro już się poddała?
Zrozumiała to, zanim Pezzano wrzasnął z pomieszczenia.
- To nie są policjanci!
Jego zmęczona twarz pojawiła się w drzwiach, ledwie widoczna zza masywnego stołu do snookera.
Pokazał jej kciuk skierowany w górę, a potem wyprostował palec wskazujący. Wtedy Minerwa zrozumiała, że rabuś odlicza. Problem w tym, że nie wiedziała, co powinna zrobić, kiedy...
Mężczyzna uniósł trzeci palec i gwałtownie wyskoczył zza osłaniającego go stołu, opróżniając magazynek w stronę sali.
- Teraz! Biegnij! - krzyknął Pezzano pomiędzy seriami strzałów.
Minerwa rzuciła się na czworakach w kierunku drzwi. Kule świstały tuż nad nią i strącały tynk ze ściany. Te dziesięć metrów wydawało się najdłuższym dystansem, jaki kiedykolwiek pokonała.
W końcu wpadła do magazynu wypełnionego połamanymi korkami, pudłami ze zużytymi bilami i skrzynkami z pustymi butelkami po piwie.
Pezzano przekręcił klucz i dwa stalowe skoble wsunęły się w futrynę. "Po co antywłamaniowe drzwi w tej zakurzonej komórce?" - przemknęło jej przez głowę.
- Szybko, nie mamy czasu - rzucił Pezzano, odciągając ją od drzwi drżących od pierwszych uderzeń kul.
- Gdzie reszta? - zapytała.
Pezzano bez słów wskazał sufit i pociągnął ją za ramię w kierunku drabiny ukrytej za regałem. Wspinając się, zrozumiała sens wzmocnionych drzwi.
Znaleźli się na antresoli o wysokości zaledwie dwóch metrów, gdzie stało biurko, sofa i sejf. Nie było tam żadnych drzwi ani okien, a jedynie drabina prowadząca do otworu w suficie.
Wspięli się po niej do ciasnego pomieszczenia z uchylonymi drzwiami, przez które wpadało rześkie, poranne powietrze.
Wybiegli na taras otoczony ze wszystkich stron ścianami przyległych budynków. Trzy z nich były zupełnie ślepe, a czwarta wznosiła się zaledwie na trzy metry.
- Gliny noszą pistolety, nie rewolwery - mruknął Pezzano, zwinnie wspinając się po ocynkowanej rynnie, stawiając stopy na obejmach mocujących ją do muru.
- Co ty nie powiesz...
Minerwa ruszyła jego śladem, ale gdy tylko oderwała stopy od podłoża, by wspiąć się na rynnę, osunęła się na płyty tarasu. Spojrzała w górę - Pezzano zniknął za krawędzią. Wiedziała, że jeśli zaraz się tam nie dostanie, zginie.
Spróbowała ponownie, ale tylko wbiła sobie w łydkę zardzewiałą śrubę. Za plecami usłyszała kroki. Ktoś zbliżał się do drzwi.
W ostatniej chwili zza krawędzi dachu wynurzył się Pezzano i wyciągnął do niej dłoń. Minerwa chwyciła ją rozpaczliwie, odbiła się od ściany i podciągnęła na murek.
Pędzili teraz jak szaleni, między odrapanymi murami sąsiednich domów, po płaskim jak stół dachu. U jego kresu odkryli, że stoją na szczycie dwupoziomowego parkingu przy ulicy Hipólito Yrigoyen. Na dole zobaczyli ludzi Pezzana biegnących w stronę skrzyżowania z ulicą Piedras.
- Musimy zejść na dół - oznajmił stanowczo.
- Przecież do ziemi jest jakieś osiem metrów!
- Musimy zejść na dół - powtórzył i bez wahania zaczął zsuwać się po okratowanym oknie parkingu.
Minerwa ruszyła za nim. W kilka sekund znaleźli się na gzymsie nad główną bramą wjazdową.
- Przy lądowaniu zegnij kolana - rzucił przez ramię i skoczył.
Kobieta wstrzymała oddech, patrząc jak Pezzano zwinnie ląduje na chodniku, robi przewrót i natychmiast zrywa się na równe nogi.
- Skacz - zawołał z dołu.
Nogi odmówiły jej posłuszeństwa.
- Skacz, proszę.
Usłyszała krzyki nad swoją głową.
Zamknęła oczy, policzyła do trzech i skoczyła. Zapomniała tylko ugiąć nogi i przy zetknięciu z ziemią usłyszała trzask w prawej kostce.
- Chyba coś złamałam - jęknęła.
- Nie ma czasu - syknął Pezzano. Pomógł jej wstać i pociągnął za sobą, zmuszając do biegu.
Każdy krok powodował ból nie do zniesienia.
Trzymając się za ręce, dobiegli w końcu na plac 9 de Julio. Po dwóch kompanach Pezzana nie było ani śladu. Musieli złapać taksówkę.
- Dlaczego mi pomagasz? - zapytała, gdy wreszcie opadła na tylne siedzenie.
- Bo mnie też ktoś kiedyś pomógł.
- Mieliśmy ogromne szczęście.
- Każdy ma szczęście przynajmniej dwa razy w życiu - odparł, delikatnie poklepując ją po dłoni. - Nie martw się, został ci jeszcze jeden raz.
Gdy taksówka mknęła najszerszą na świecie aleją, Minerwa przymknęła oczy. Wciąż widziała Qwerty'ego leżącego na podłodze z dziurą w głowie. Gwałtownie uniosła powieki. Decyzja zapadła. Gdy tylko wysiądzie z tego samochodu, raz na zawsze skończy z hakowaniem. Pójdzie na studia i znajdzie normalną pracę.
Tego poranka, trzymając za rękę złodzieja, który właśnie uratował jej życie, przysięgła sobie, że zerwie ze światem przestępczym.
I słowa dotrzymała. Na czternaście długich lat.