Złodzieje - Karol Kłos
20.19 zł
16.76 zł
(17,16 zł najniższa cena z 30 dni)

Reflow text when sidebars are open.
Pan Bolesław Piotrowski zaczął odczuwać bolesny dyskomfort podczas chodzenia. Kłucie w biodrze pojawiło się nagle, bez widocznej przyczyny. Całkiem swobodnie sobie maszerował ulicą, aż tu nagle zaczęło go boleć tak bardzo jakby go ktoś ogniem przypalał, jakby mu rozżarzony kolec wbijał w biodro i jeszcze na dokładkę kręcił nim dla lepszego efektu. Efekt był, zaiste, piorunujący. Pan Bolesław zgiął się niemal w pół niczym ranny żołnierz na polu bitwy. Wcześniej był silny i zdrowy jak dąb w parku, aż tu nagle upodobnił się do złamanego drzewa po przejściu trąby powietrznej.
Cały świat pana Bolesława zawalił się jak przysłowiowy domek z kart. Nie mogło być już mowy o spacerach do parku na spotkanie dawnych kolegów z wojska. Nawet jazda samochodem do pracy stała się dla niego prawdziwym wyzwaniem. Poszedł do lekarza, licząc na zwolnienie chorobowe, ale pan doktor zalecił tylko wizytę u ortopedy, a o zwolnieniu z pracy nawet nie wspomniał.
- Panie doktorze, a może pomogłoby zwolnienie z pracy? - zasugerował pan Boleś.
- Drogi panie. - odparł lekarz. - Pan nie jest wcale chory, więc nie ma żadnych podstaw do wystawienia zwolnienia.
- Ale to boli. - oburzył się pacjent.
- Owszem, boli, jednak nie jest to wynikiem żadnej choroby, tylko naturalnego zużywania się stawów i kręgosłupa. Jest to naturalny proces i wynika z pańskiego podeszłego wieku. Być może w młodości lekceważył pan sobie przestrogi starszych, zwłaszcza rodziców, którzy z całą pewnością prosili o umiar i ostrożność w forsowaniu kręgosłupa i stawów. Młodym ludziom wydaje się, że mają wieczność przed sobą, więc zaniedbują profilaktykę, zaniedbują zdrową żywność i zdrowy tryb życia, zaniedbują gimnastykę, bo im się po prostu nie chce, a potem przychodzi starość i trzeba płacić za błędy młodości.
- Przecież ja wcale nie jestem jeszcze stary. - zaprotestował pan Bolesław.
- Z punktu widzenia medycyny nie ma znaczenia ile ma pan lat. To pański organizm określa zaawansowanie pańskiego ciała na drodze życia, która nieodmiennie prowadzi nas wszystkich, bez wyjątku, ku wieczności. Wszyscy kiedyś umrzemy. Można nawet powiedzieć, że wszyscy cały czas umieramy. Z biologicznego punku widzenia tak to właśnie wygląda.
- Czyli jak? - nie rozumiał pan Bolesław.
- Jedne pokolenia są zastępowane przez następne pokolenia. - wyjaśnił doktor.
- Czy to znaczy, że jestem już spisany na straty?
- Ależ nic z tych rzeczy. Może pan mieć przed sobą jeszcze wiele lat szczęśliwego życia.
- Czyli co mam zrobić?
- W pierwszej kolejności zarejestrować się do ortopedy. To jest specjalista od stawów. Tylko on może panu pomóc, a zapewniam, że będzie wiedział jak można panu pomóc.
- No dobrze. W takim razie do widzenia. - powiedział pan Bolesław wychodząc z gabinetu doktora.
- Życzę panu powrotu do zdrowia i cieszenia się życiem. - powiedział lekarz.
U lekarza ortopedy udało się znaleźć wolny termin dopiero dwa tygodnie później, więc pan Bolesław musiał męczyć się z dokuczliwym bólem oczekując na wizytę u specjalisty.
Pani Angelina była zbulwersowana takim potraktowaniem cierpiącego pacjenta przez system opieki zdrowotnej.
- Przecież to jest skandal. - powiedziała do męża.
- Masz rację, kochanie. - odparł pan Bolesław.
- Odnoszę wrażenie, że mamy tu do czynienia raczej z systemem opieki nad medykami, niż z systemem opieki zdrowotnej mającym zadbać o stan społeczeństwa.
- Masz całkowitą rację, kochanie.
- No właśnie. Jak można zmuszać cierpiącego człowieka do czekania całymi tygodniami.
- No wiesz, tylko dwa tygodnie. - zauważył cicho pan Bolesław.
- Przecież właśnie o tym mówię.
- Oczywiście, kochanie.
- Czekać mogą sobie ci wszyscy z migrenami, wzdęciami, czy nadmiernym wzrostem tkanki tłuszczowej.
- Tacy pacjenci nie rezerwują sobie wizyty u ortopedy. - stwierdził pan Bolesław.
- Nie wtrącaj się, skoro nie masz nic mądrego do powiedzenia. - oburzyła się pani Angela.
Widać było, że nie znosi jak niweczy się jej argumentację, zwłaszcza w tak emocjonalnych sprawach jak dolegliwości chorobowe związane z bólem.
- Przepraszam, kochanie.
- No myślę.
- Aż miło posłuchać osoby zainteresowanej ważnym interesem społecznym. - powiedział pan Bolesław z uśmiechem.
- Żebyś wiedział, że tak.
- Naturalnie, kochanie.
Pan Bolesław chodził utykając, kołysząc się na jedną stronę i stękając z bólu, a pani Angelina idąc obok niego kręciła głową z dezaprobatą. Gdy wreszcie przyszła pora na wizytę u lekarza ortopedy, pani Angela postanowiła dopilnować wszystkiego i też udała się razem z małżonkiem do przychodni w szpitalu.
Takiej kolejki przed gabinetem lekarskim w życiu nie widziała. Wprost nie sposób było uwierzyć, że ci wszyscy ludzie mają rzeczywiście problemy z poruszaniem kończynami.
- Czy oni wszyscy mieli jakiś wypadek? Brali udział w rozruchach, czy co? - zapytała męża, ale wcale nie oczekiwała od niego odpowiedzi.
W poczekalni znajdowało się kilkadziesiąt osób w różnym wieku, różnej płci, a nawet różnych kolorów skóry. Nie można było odgadnąć żadnej prawidłowości, która by doprowadziła tych wszystkich ludzi w to samo miejsce.
Pielęgniarka w rejestracji wydała im karteczkę z numerkiem. Każdy pacjent był tu kolejnym numerkiem. Gdy jedna osoba wychodziła z gabinetu lekarskiego, to nad drzwiami wyświetlał się numer kolejnej osoby, która mogła wejść do środka. Usiedli więc w takim miejscu by widzieć elektroniczny panel nad drzwiami do gabinetu.
Jak zwykle wtedy gdy się czeka, czas płynie bardzo wolno. Ta prawidłowość psychologiczna, albo może fizyczna, nie wiadomo, potwierdziła się również tego dnia. Prawdopodobnie było to zupełnie normalne, bo czas przecież nie zwykł słuchać naszych pragnień ani tym bardziej poleceń.
Do gabinetu weszła pani z ręką na temblaku i z szarą kopertą w drugiej ręce. Pewnie w kopercie znajdowała się klisza ze zdjęciem jej uszkodzonego ramienia. Jeżeli lekarz będzie jej ten bandaż odwijał, badał ramię, oglądał zdjęcie, stawiał diagnozę, być może wypisywał receptę, a potem jeszcze zawijał bandaż znowu, to zapowiadało się na długie czekanie.
Marylka Zdunek miała za zadanie dbać o klientów serwisu. Do jej obowiązków należało parzenie kawy lub herbaty, zgodnie z życzeniem klienta. Zadaniem Marylki było dbanie o wizerunek firmy. Każdy zadowolony kierowca serwisujący swój pojazd, to pozytywna ocena usług oferowanych przez wiodącego sprzedawcę samochodów. Obsługa każdego klienta, a zwłaszcza uprzejmość i profesjonalizm tej obsługi, były drobiazgowo oceniane.
Dyrektorzy uważali, że wymagana jest tylko i wyłącznie pozytywna, maksymalna ocena pracy i usług salonu, bowiem każde zaniżenie oceny wymagało wyjaśnienia sprawy w celu uniknięcia podobnych przypadków w przyszłości.
Antoni Burcholtz siedział przy biurku odgrodzony od klienta plastikową szybą. Witał wchodzących i zapraszał na krzesło przy biurku. Wypisywał zlecenie naprawy, bądź przeglądu, odbierał dowód rejestracyjny i kluczyki. Potem szedł do przyjmowanego na serwis samochodu by wykonać dokumentację fotograficzną stanu technicznego pojazdu, zwłaszcza karoserii i widocznych elementów wyposażenia. W celu uniknięcia zabrudzenia wnętrza pojazdu przez mechaników zakładał folię ochronną na siedzenie kierowcy, a także owijał folią kierownicę. Potem przekazywał zlecenie usługi wraz z kluczykami pojazdu mechanikowi.
Wtedy do działania przystępowała Marylka.
- Życzy pan sobie kawę, czy herbatę? - pytała klienta.
Zazwyczaj prosili o kawę. Herbatę to oni przecież mogli sobie w domu zaparzyć, a propozycji kawy nie należy odmawiać, bo picie jej w miejscach publicznych buduje więzi społeczne.
- Życzy pan sobie białą, czy czarną? - pytała Marylka.
- Poproszę białą.
- Życzy pan sobie cukru do kawy? - pytała nadal.
- Bez cukru. Dziękuję.
- Bardzo proszę. Zaraz panu podam.
Kiedyś w salonie stał automat z kawą. Klient dostawał żeton, przy pomocy którego mógł pobrać z automatu wybraną przez siebie kawę. Klienci bywali jednak często nazbyt pazerni i prosili o kolejne żetony dla odebrania następnej kawy. Rekordziści potrafili pić kawę co pół godziny. W przypadku kilkugodzinnej naprawy samochody na warsztacie koszt tych kaw stawał się zbyt dużym kosztem, wobec czego z automatu zrezygnowano.
- Najchętniej wypili by nam całą kawę. - mawiał zawsze oburzony kierownik warsztatu Eugeniusz Bliski. - Najchętniej by nam wszystko zabrali i jeszcze mieli pretensje, że tak mało można zabrać. Złodzieje!
Teraz Marylka każdemu klientowi proponuje kawę tylko jeden raz.
Zanim podano kawę klient stał przy oknie wychodzącym na wjazd do warsztatu i czekał by zobaczyć jak wstawiają jego samochód do środka. Po otrzymaniu kawy siadał w głębokim fotelu przy stoliku kawowym i zajmował się smakowaniem kawy. Na stoliku leżały też gazetki reklamujące nowe modele samochodów. Dzięki manewrowi z kawą klient nie zauważał po jakim czasie od przyjęcia zlecenia mechanik wstawiał pojazd do warsztatu.
Mechanik Krzysztof Śliwiński wprowadzał samochód do warsztatu. Wsiadając sprawdził czy siedzenie zostało zabezpieczone folią, aby nie wybrudził siedzenia smarami, które wcześniej zabrudziły jego ubranie robocze. Wolał skrupulatnie wszystko posprawdzać, żeby potem do niego nikt pretensji nie miał.
Kazał Jarkowi Dubisowi, drugiemu mechanikowi, pootwierać wszystkie drzwi i klapy w samochodzie, żeby łatwy dostęp był do wszystkich elementów pojazdu. Zerknął do bagażnika i zobaczył, że w bagażniku właściciel zostawił całe mnóstwo rzeczy. Były tam parasole, dezodoranty, perfumy, latarka, rękawiczki damskie, śliczne złote buty na obcasach, awaryjny system pompowania kół, apteczka, gaśnica, prostownik do ładowania akumulatora, linka holownicza i jeszcze kilka innych rzeczy.
- Żeby mi tu nic nie zginęło z bagażnika. - powiedział do Jarka.
- Ma się rozumieć, majster. Złodzieje to nie u nas. - zapewnił Jarosław Dubis.
- A jak klientowi zginęły pieniądze z portfela pozostawionego w schowku, to co? W studni się utopiły przez przypadek?
- Majster się nie denerwuje. To była wyjątkowa sytuacja, a wyjątki, jak wiadomo, potwierdzają regułę.
- A jak klientowi z samochodu MP3 zginęła, to też był wyjątek?
- Naturalnie, panie majster. Kto zostawia takie rzeczy bez opieki.
- Oj Jarek, Jarek.
- Mówię panu, panie majster, że ja porządny facet jestem. Porządny facet innego porządnego faceta nie okradnie. No chyba, że cwel jakiś się trafi.
- Jarek, ty mi tu nie bluźnij.
- W żadnym razie. - powiedział Jarek i się przeżegnał. - Ślubowałem dziewczynie, że przeklinać przestanę, żebyśmy się mogli w dobrym towarzystwie pokazywać.
- No, i bardzo dobrze. Pamiętasz ten samochód co stał na parkingu?
- Pewnie, ubaw był jak złoto.
- Facet szukał kół przez miesiąc, zanim się zdecydował nowe kupić.
- Jego wina.
- Jak to?
- Normalnie. Przecież zostawił wóz na terenie nie nadzorowanym.
- No tak, ale strażnicy gdyby w nocy nie spali, to by może do kradzieży nie doszło.
- To tylko zwyczajna ludzka słabość, a głupoty się nie wybacza.
- A jakiej to głupoty?
- Mógł gość wjechać wozem przez bramkę na parking strzeżony, ale wolał pozostawić samochód na ogólnodostępnym parkingu. To tak jakby na ulicy zostawił.
- Potem jednak zepsuł nam opinię, bo mówił, że do naszej firmy stracił zaufanie. - powiedział mechanik Krzysztof.
- Wręcz przeciwnie. Inni kierowcy nabrali zaufania do solidności naszej ochrony. Tamten już po miesiącu zrozumiał swój błąd i kupił u nas nowe koła wraz z oponami.
- No a co mu pozostało? Nie miał wyboru. Wolał zakończyć sprawę na stracie kół niż całego samochodu.
- Jaka tam strata. - powiedział Jarek. - Te koła poszły za cztery stówki. To żaden majątek.
- Ty skąd wiesz po ile one poszły, co?
- Słyszałem od znajomego.
- Ten znajomy to kto?
- Nikt ważny. Widział ofertę na Allegro.
- I tobie o niej powiedział.
- I mi o niej powiedział.
- Dobra Jarek. Bierzemy się do roboty.
- Tak jest, panie majster.
- I żebym ja potem nie widział żadnych ofert, bo też czasami wchodzę do Internetu.
- Jasna sprawa. Jak panu majstrowi coś zginie, to proszę przyjść z tym do mnie jak w dym.
- Zamierzasz mnie okraść?
- Nie, ale gdyby ktoś inny się nie powstrzymał, to ja wiem jak go znaleźć, rozpoznać towar, przywalić cwaniakowi po łapach i odzyskać skradzione rzeczy. Na moim terenie nic nie ma prawa ginąć bez mojej wiedzy.
- Nie mów mi, że jesteś członkiem jakiegoś gangu.
- Oczywiście, że nie.
- To niby jak to wszystko zrobisz?
- Że niby co?
- To co przed chwila mi mówiłeś.
- Ja przecież nic nie mówiłem.
- Nie rób ze mnie wariata.
- Ja po prostu mam wielu kolegów.
- Powiedzmy.
- Poważnie.
- Wierzę.
Dwadzieścia lat ten samochód miał w chwili kupna, a potem, w miarę upływu czasu jego wiek zwiększał się proporcjonalnie do zwiększania się wieku pana Waldemara. Z tej prostej konstatacji można wysnuć oczywisty wniosek, iż samochody są jak ludzie, a przynajmniej tak samo się starzeją. Upływ czasu dotyka wszystkich jednakowo niezależnie od tego, czy mierzy się go elektronicznym zegarem, klepsydrą, czy tylko mijaniem kolejnych pór roku. Niezależnie też od tego, czy się o tym upływie wie, czy się ten proces rozumie, czy też się go tylko automatycznie zlicza, mechanicznie dodaje jeden do drugiego, lub też analizuje przy pomocy zer i jedynek albo plusów i minusów.
Pan Waldek również zaczął się interesować datami, a miało to związek z nadchodzącym rokiem dwa tysiące. Wtedy wszędzie straszono tak zwaną pluskwą milenijną. To znaczy w Internecie straszono. Próbujący dopiero swych sił w sieci pan Waldek bardzo się wystraszył mającej nastąpić zmiany daty. Jego nowy komputer jeszcze niezupełnie zdążył zadomowić go w tej globalnej wiosce.
- Jak go włączysz po północy w Nowy Rok, to się okaże, że jest rok tysiąc dziewięćsetny, a wtedy wszystkie programy przestaną działać. - powiedział pan Norbert ze sklepu metalowego.
- Może się okazać, że po północy komputer zacznie obliczać aktualną datę i się podczas tych obliczeń spali. - powiedział sąsiad Wacek.
- Chyba ze wstydu. - odparł pan Waldek. - Wiesz co, Wacek. Idź już lepiej do chałupy, bo mi się wydaje, że ta twoja stara cię już szuka.
- Tylko nie stara. - oburzył się sąsiad.
- A co, może młoda, co? Młoda jak szczypiorek na wiosnę. Doprawdy. Prawie, że niewinna dziecina. To ty chyba pedofilem jesteś.
- Sam jesteś pedofilem! - oburzył się sąsiad i poszedł sobie.
Pan Waldek w spokoju dokończył zakupy i też udał się do swojego domu.
Człowiek liczy upływające lata, a łabędzie liczą nadchodzące wiosny i jesienie, bo potem spędzają zimę lub lato w wybranym przez siebie, a raczej przez pokolenia łabędzi, rejonie świata, rozmyślał o upływającym czasie pan Waldek. Koty i psy intensywnie wykorzystują okresy aktywności seksualnej, bo po ich minięciu muszą czekać cały rok na powrót zainteresowania planowaniem rodziny. Nawet drzewa liczą każdy kolejny okres wzmożonego wiosennego i letniego rozwoju, rozkwitu i następujące po nich okresy zimowego obumierania, a zapisują te dane w słojach swojego pnia.
Niektórzy uważają, że każdy mechanizm jest tak naprawdę żywym organizmem, a konstruktor mechanizmu jest dla niego bogiem stwórcą. Wystarczy poczytać biblijne teksty aby się o tym przekonać. Czasami wystarczy też posłuchać co konstruktor mówi o swoim, bądź co bądź stworzonym przez siebie, urządzeniu, aby nabrać podobnych przekonań. Niektórzy mówią do swoich urządzeń dokładnie tak samo jak starotestamentowy Bóg przemawiał do swoich proroków.
Wymiana zużytych części na nowe, niczym transplantacja serca, nie gwarantuje wiecznego życia, a wręcz przeciwnie, tego typu zabiegi w zaawansowanym wieku przynoszą coraz więcej zagrożeń przy coraz mniejszych korzyściach. Dlatego istnieją tak zwane nieoperowalne choroby, które są takimi właśnie w poważnym wieku, natomiast doskonale się je operuje u pacjentów w młodym wieku.
Naturalnie istnieje możliwość wymiany wszystkich zużytych części, wszystkich starych mechanizmów, przerdzewiałych blach, zepsutych elementów, ale wtedy ten nowy mechanizm już nie będzie takim samym, już nie będzie tym samym. Nowy nabytek to jednak nie jest to samo co stary przyjaciel.
W końcu zarówno ludzie jak i samochody stają twarzą w twarz, albo reflektorami na wprost swego stwórcy, który podejmuje ostateczną, nieodwołalną, oraz obarczoną klauzulą natychmiastowej wykonalności, decyzję. Pan Waldemar rozumiał to wszystko, ale starał się wszystkimi siłami utrzymywać swój samochód w dobrym stanie, wciąż go remontując, naprawiając i lakierując.
- Ile razy jeszcze zamierzasz go lakierować? - pytał pan Norbert.
- Ile razy się da. - odpowiadał. - On jest jak kobieta.
- Oszalałeś.
- Wcale nie. Jak kobieta sobie na wylakieruje paznokci, to czuje się jakby goła była. Z moim samochodem jest dokładnie tak samo. Lubię jak się świeci.
- To może namaluj mu na masce gołą panienkę.
- Żeby ludzie mnie wyśmiewali?
- Żeby ludzie ci zazdrościli.
- Akurat.
- Poważnie mówię. Tylko mężczyźni z fantazją wyglądają na bogaczy, bo tacy nie przejmują się opinią innych ludzi.
- Ale by mówili, że mi odbiło.
- Mówili by, że się odmieniłeś, że inaczej wyglądasz i inaczej się zachowujesz. Mówili by, że cos musiało być powodem tych wszystkich zmian. Mieli by jeszcze wiele więcej do mówienia na twój temat.
- No właśnie. A po co?
- Jak to po co. Im więcej i częściej będą o tobie mówić tym bardziej ci będą zazdrościć.
- Niby czego?
- Jak nie wiedzą czego, to najbardziej zazdroszczą.
- I co ja z tego będę miał?
- Satysfakcję.
- Że o mnie plotkują?
- Że jesteś ponad to. Ponad te wszystkie plotki, ponad to całe gadanie. Król nie zawraca sobie głowy opinią o sobie swoich poddanych.
- Chyba, że go zwalą z tronu
- Zły przykład. Pszczoły nie zawracają sobie głowy tłumaczeniem muchom, że miód jest lepszy od gówna.
- To jest znacznie lepszy argument.
Tak więc przez wiele lat cieszył się z posiadania ukochanego autka. Służyło mu długo, wiernie, z oddaniem. Pan Waldemar oddał mu swoje najpiękniejsze lata. Żyli nieomal w symbiozie. Gdy coś dolegało panu Waldkowi, udawał się do lekarza rodzinnego mieszkającego w pobliżu. Zaraz potem musiał zaholować samochód do pobliskiego mechanika, który w miasteczku zajmował się naprawą różnorodnych maszyn i urządzeń. Potem obaj cieszyli się dobrym samopoczuciem przez kilka miesięcy. W ten sposób w niezłej kondycji dotrwali do początku nowego wieku i nowego tysiąclecia.
Potem nastąpiły nieodwracalne zmiany. Po zamachach terrorystycznych na słynne nowojorskie dwie wieże, po rozpętaniu ogólnoświatowej, albo raczej cywilizacyjnej wojny z terroryzmem, świat zmienił swoje oblicze. Trzeba było iść z duchem czasu, aczkolwiek sentymentalna natura i wielkie przywiązanie do swoich nawyków, oraz niechęć do podejmowania radykalnych decyzji powodowały odkładanie niezbędnych kroków na później.
Pomimo bólów w krzyżu pan Waldek wciąż siadał na zapadające się coraz niżej siedzenie za kierownicą swojego samochodu. Podkładał sobie poduszkę, naklejał plaster antyreumatyczny na plecy, łykał tabletki przeciwbólowe, ale z ukochanym wozem nie chciał się rozstawać.
Podobne zabiegi musiał serwować, czy też raczej ordynować, Fiatowi. A to szlifowanie lakieru, a to szpachlowanie, małe spawanie podwozia, wymiana kawałków (dosłownie) zawieszenia. Sobie kupił laskę, a jemu amortyzatory. Gdy sobie nabywał nowe buty, to samochodowi opony.
Gdy sobie kupił ciepłą czapkę, to jemu uszczelnił szyberdach. Miał z tym sporo zachodu, ponieważ części oryginalnych dawno już nie produkowano, więc trzeba ich było szukać na bazarach, giełdzie, bądź auto złomach.
No ale co tu dużo mówić, jego własne części też się starzały, ulegały zmęczeniu, wymagały coraz dłuższego wypoczynku. Powoli przestawał dawać sobie radę z dbaniem o należyty stan zdrowia ich obu.
- Oj, mój drogi, nie wyglądasz zdrowo. - powiedział mu pan Norbert.
- Nic mi nie jest. - odparł pan Waldek.
- Jesteś jakiś blady, jakby cię ktoś mąka obsypał.
- Czuje się bardzo dobrze.
- Może powinieneś więcej korzystać ze słońca, zamiast całymi dniami przesiadywać w garażu. - zauważył sąsiad.
- A ty, sąsiad, zbyt wiele czasu poświęcasz na wyglądaniu przez okno i szpiegowaniu sąsiadów.
- Też miałbym kogo szpiegować. - oburzył się jak zwykle sąsiad.
- To skąd wiesz ile czasu spędzam w garażu?
- Wiem, bo zawsze wtedy widać światło zapalone w środku.
- Czasami mam fantazję i wtedy zostawiam światło zapalone.
- To jest czyste marnotrawstwo. - stwierdził sąsiad.
- Jak mam ochotę na marnotrawstwo, to marnotrawię. A tobie co do tego.
- Niepotrzebne palenie żarówek wpływa negatywnie na ochronę środowiska. - powiedział sąsiad.
- Sam jesteś pod ochroną, ale chyba psychiatry.
- To jest zwyczajne chamstwo. - oburzył się sąsiad i poszedł sobie.
W końcu musiała przyjść ta chwila. Początkowo wcale nie wyglądało to groźnie. Ot, taka mała, zwyczajna usterka. Trzeba jednak było podstawić lewarek i unieść przyjaciela nieco do góry. To zdumiewające, że narzędzia najczęściej wykonuje się z lepszych i mocniejszych, bardziej trwałych materiałów niż to czemu naprawie mają służyć. Otóż pan Waldek podłożył lewarek niczym poduszkę pod głowę chorego przyjaciela, a następnie podniósł go do góry, żeby się nie zakrztusił podczas podawania lekarstwa.
- Niczym się nie przejmuj. Zaraz cię naprawię. - szeptał do samochodu w przekonaniu, iż ten wszystko słyszy i rozumie.
Samochód tylko cicho jęknął lub zgrzytnął metalem o metal.
- Bez nerwów, mój drogi. Ze wszystkim sobie poradzimy.
Znowu coś zaskrzypiało.
- Spokojnie. Mam dla ciebie nowy olej.
Lewe przednie koło lekko się zakołysało.
- No widzisz, wszystko będzie dobrze. Znamy się już tak długo, że wiemy o sobie wszystko. Znamy nawet wszystkie swoje tajemnice, które tajemnicami są dla obcych.
Po kilku ruchach lewarka koło znowu się zakołysało.
- Będziesz jak nowo narodzony.
Dało się słyszeć jakiś pisk, ocieranie metalu o metal.
- Pojedziemy razem na małą wycieczkę. - mówił uspokajająco pan Waldemar.
Wiedział, że takie rozmowy z przyjacielem są korzystne dla ich obu, bo obaj się uspokajali. Dzięki temu pan Waldek nabierał większej precyzji w swoich ruchach. Gdy był spokojny to nawet widział lepiej. Widocznie ciśnienie krwi miało wpływ na ostrość widzenia. Cały organizm to jednak bardzo skomplikowane urządzenie. Bardziej skomplikowane nawet od mechanizmu samochodu.
A największy wpływ na wszystkie części ciała mają nerwy. To jest wiadome od zawsze. Pan Waldemar przekonał się o tym osobiście wielokrotnie. Gdy się czymś denerwował to zaraz bolała go głowa, zaczynały mu drżeć ręce, zaczynał gorzej widzieć, a nawet czasami gorzej słyszał, bo powtarzało się zadziwiająco głośne szumienie w uszach.
- Zatankujemy świeżutkiego paliwa i będziemy mogli pojechać na wycieczkę krajoznawczą. Wiem, że lubisz wycieczki krajoznawcze, poznawać nowe trasy, zaprzyjaźniać się z nowymi drogami. Będzie miło i przyjemnie. I bardzo fajnie. - mówił kręcąc lewarkiem.
Wszystko wyglądało tak jak zwykle. Drzwi do garażu były szeroko otwarte, więc wpadało do środka sporo światła. Nad domami jak zawsze krążyły wrony w poszukiwaniu łatwego łupu. Na ulicznej latarni siedziała biała mewa.
No i wtedy jego przyjaciel złamał się w pół. Poważnie. Pękł mu kręgosłup. W jego oczach zgasło światło. Nagle wszystko się skończyło. Właśnie wtedy, w tamtej chwili, na jego rękach skonał.
W pierwszej chwili pan Waldemar nie rozumiał co się dzieje. Lewarek się przewrócił, a samochód opadł na podłogę garażu. Zamierzał ponownie podłożyć lewarek, ale wtedy zobaczył, że on nie tak całkiem wypadł spod podwozia jego samochodu, tylko przechylił się na podłogę pozostając cały czas zakleszczony pod blachami. Gdy w końcu zrozumiał co zaszło, to oczy mu się zaszkliły od łez.
- Tego się nie spodziewałem. - powiedział smutnym głosem.
Samochód już mu jednak nie odpowiedział żadnym dźwiękiem, żadnym drgnieniem nawet.
- Bardzo mi przykro, mój przyjacielu. - powiedział pan Waldemar. - Widocznie takie było twoje przeznaczenie.
Był zmuszony kupić sobie nowy samochód. Był mu niezbędny do prawidłowego funkcjonowania w nowoczesnym świecie. Trzeba było przecież jeździć do supermarketów w poszukiwaniu wspaniałych okazji, rewelacyjnych promocji i nadzwyczajnych obniżek cen towarów codziennego użytku, środków czystości, ubrań, wyrobów papierniczych, urządzeń radiowo-telewizyjnych, artykułów gospodarstwa domowego, a nawet produktów spożywczych. Dopiero po sprawdzeniu cen w różnych sklepach, oraz ich porównaniu, można było dokonać naprawdę korzystnego zakupu.
Trzeba więc było zdecydować się na kupno samochodu. Po dotychczasowych doświadczeniach z eksploatacją pojazdu używanego pan Waldemar postanowił nabyć sobie rozkosznie nowy samochodzik, prościutko z pięknego saloniku. Mają tam tyle możliwości do wyboru, że aż głowa od tego myślenia może rozboleć.