Złodzieje. Co okrada nas z uwagi - Johann Hari

-
Proszę czekać

Wprowadzenie

Wpro­wa­dze­nie

Prze­chadzka po Mem­phis

Mając dzie­więć lat, mój chrze­śniak naba­wił się krót­ko­trwa­łej, ale zara­zem nader inten­syw­nej obse­sji na punk­cie Elvisa Pre­sleya. Śpie­wał na cały głos Jail­ho­use Rock, nie zapo­mi­na­jąc przy tym o zawo­dze­niu niskim gło­sem i krę­ce­niu mied­nicą jak sam Król. Nie­świa­domy, że ten styl stał się obcia­chowy, pre­zen­to­wał go z ujmu­jącą auten­tycz­no­ścią przed­na­sto­latka prze­ko­na­nego, że jest super. Pod­czas krót­kich przerw pomię­dzy powtór­kami tego występu dowo­dził, że chce o Elvi­sie wie­dzieć wszystko ("Wszystko! Wszystko!"), nakre­śli­łem mu więc z grub­sza zarys tej inspi­ru­ją­cej, smut­nej i głu­piej histo­rii.

Elvis uro­dził się w jed­nym z naj­bied­niej­szych miast Mis­si­sipi, bar­dzo, bar­dzo daleko -?powie­dzia­łem mu. Na świat przy­szedł wraz z bra­tem bliź­nia­kiem, który kilka minut póź­niej zmarł. Gdy tro­chę dorósł, matka powie­działa mu, że jeśli co wie­czór będzie śpie­wał do księ­życa, brat usły­szy jego głos, toteż śpie­wał i śpie­wał. Początki jego publicz­nych wystę­pów przy­pa­dły na czas, gdy star­to­wała rów­nież tele­wi­zja - bły­ska­wicz­nie więc zdo­był więk­szą sławę niż kto­kol­wiek przed­tem. Wszę­dzie, gdzie przy­jeż­dżał Elvis, pod­no­sił się taki wrzask, że jego świat z cza­sem stał się jed­nym wiel­kim krzy­kiem. Chro­nił się wtedy w stwo­rzo­nym przez sie­bie koko­nie, w któ­rym żyjąc, szczy­cił się tym, co oku­pił utratą wol­no­ści. Matce spre­zen­to­wał pałac i nazwał go Gra­ce­land.

Pobież­nie potrak­to­wa­łem resztę życio­rysu -?wpa­da­nie w nałóg, męczące i wyczer­pu­jące oku­po­wa­nie estrad Vegas i zgon w wieku czter­dzie­stu dwóch lat. Ile­kroć chrze­śniak, któ­rego będę nazy­wał Ada­mem -?zmie­ni­łem bowiem kilka szcze­gó­łów, by zapo­biec jego ziden­ty­fi­ko­wa­niu -?zada­wał pyta­nia o zakoń­cze­nie tej histo­rii, zamiast odpo­wia­dać, wcią­ga­łem go we wspólne wyko­ny­wa­nie Blue Moon. You saw me stan­ding alone -?śpie­wał swoim gło­si­kiem -?without a dream in my heart. Without a love of my own.

Pew­nego dnia Adam popa­trzył na mnie bar­dzo poważ­nie i zapy­tał:

-?Johann, zabie­rzesz mnie kie­dyś do Gra­ce­land?

Bez więk­szego namy­słu zgo­dzi­łem się.

-?Obie­cu­jesz? Naprawdę?

Potwier­dzi­łem. I wię­cej już o tym nie myśla­łem, dopóki wszystko nie poszło na opak.

Dzie­sięć lat póź­niej Adam się pogu­bił. W wieku pięt­na­stu lat rzu­cił szkołę i nie­mal całe dnie spę­dzał w domu, prze­no­sząc obo­jętne spoj­rze­nie z ekranu na ekran -?z tele­fonu, gdzie w nie­skoń­czo­ność prze­wi­jał wia­do­mo­ści na What­sAp­pie i Face­bo­oku, na iPada, na któ­rym oglą­dał youtube'ową sieczkę oraz porno. Chwi­lami roz­po­zna­wa­łem w nim jesz­cze tam­tego rado­snego malca, który śpie­wał Viva Las Vegas, ale wyglą­dało to tak, jakby tamta osoba roz­pa­dała się na mniej­sze, nie­po­wią­zane ze sobą kawa­łeczki. Męczyło go pro­wa­dze­nie roz­mowy dłu­żej niż kilka minut bez ner­wo­wego powrotu do ekranu lub zmiany jej tematu. Wyda­wał się wibro­wać z pręd­ko­ścią Snap­chata gdzieś, gdzie nie mogło dotrzeć do niego nic sta­łego ani poważ­nego. Był inte­li­gentny, porządny i dobry, ale jego umy­słu nic się nie trzy­mało.

W deka­dzie, w któ­rej Adam wyra­stał na męż­czy­znę, takie samo roz­drob­nie­nie wyda­wało się powszechne wśród wielu z nas. W świa­do­mość życia w począt­kach dwu­dzie­stego pierw­szego wieku wpi­suje się poczu­cie, że nasza umie­jęt­ność utrzy­my­wa­nia uwagi -?sku­pie­nia -?pęka i pry­ska. Poczu­łem to na sobie, kiedy to po zaku­pie sto­sów ksią­żek zer­ka­łem na nie z poczu­ciem winy, by zabrać się za wysła­nie jesz­cze tylko jed­nego, jak zapew­nia­łem sie­bie, twe­eta. Na­dal dużo czy­tam, ale z każ­dym upły­wa­ją­cym rokiem coraz bar­dziej przy­po­mina to zbie­ga­nie po rucho­mych scho­dach. Dopiero co stuk­nęła mi czter­dziestka, a gdzie­kol­wiek spo­ty­kamy się w gro­nie rówie­śni­ków, opła­ku­jemy utra­coną zdol­ność kon­cen­tra­cji jak przy­ja­ciółkę, która pew­nego dnia wypły­nęła w morze i słuch o niej zagi­nął.

Któ­re­goś wie­czoru, gdy obaj z Ada­mem wyle­gi­wa­li­śmy się na ogrom­nej sofie, wpa­trzeni w swoje nie­ustan­nie wywrza­sku­jące coś ekrany, spoj­rza­łem na niego i ogar­nął mnie lekki strach. Tak się nie da żyć, powie­dzia­łem sobie.

-?Adam -?rzu­ci­łem cicho. -?Jedźmy do Gra­ce­land.

-?Co?

Przy­po­mnia­łem mu zło­żoną lata temu obiet­nicę. Wpraw­dzie już nie pamię­tał ani tam­tych cza­sów spod znaku Blue Moon, ani też mojego zobo­wią­za­nia wobec niego, ale zoba­czy­łem, że myśl o wyrwa­niu się z ogłu­pia­ją­cej rutyny coś w nim roz­pa­liła. Popa­trzył na mnie i spy­tał, czy mówię poważ­nie.

-?Ow­szem -?potwier­dzi­łem -?ale pod jed­nym warun­kiem. Opłacę te sześć tysięcy kilo­me­trów podróży. Odwie­dzimy Mem­phis i Nowy Orlean, zje­dziemy całe Połu­dnie, dotrzemy, gdzie tylko zechcesz. Nic z tego jed­nak nie wyj­dzie, nawet gdy już tam będziemy, jeżeli przez cały czas będziesz wga­piał się w tele­fon. Musisz obie­cać, że będzie wyłą­czony, może poza nocami. Czas na powrót do rze­czy­wi­sto­ści. Musimy odzy­skać łącz­ność z czymś, co się dla nas liczy.

Dał słowo, że tak będzie, a kilka tygo­dni póź­niej wyle­cie­li­śmy z lon­dyń­skiego Heath­row ku ojczyź­nie blu­esa Delty.

Sta­jąc u bram Gra­ce­land, nie uświad­czy się już osoby mogą­cej opro­wa­dzić przy­by­łego. Dosta­jesz iPada, w uszy wty­kasz sobie maleń­kie słu­chawki i to ten iPad mówi ci, co masz robić -?skręć w lewo, skręć w prawo, idź pro­sto. W każ­dym pomiesz­cze­niu to urzą­dze­nie infor­muje cię gło­sem jakie­goś zapo­mnia­nego aktora, gdzie obec­nie prze­by­wasz, a na ekra­nie poja­wia się odpo­wied­nie zdję­cie. Cho­dzi­li­śmy więc po Gra­ce­land samo­pas, wpa­trzeni w iPada. Ota­czali nas Kana­dyj­czycy, Kore­ań­czycy i prak­tycz­nie cały prze­krój naro­dowy ludzi o twa­rzach bez wyrazu, ze spusz­czo­nym wzro­kiem, nie­wi­dzą­cych tego, co wokół nich. Nikt nie poświę­cał uwagi niczemu poza ekra­nami. Zwie­dza­jąc, obser­wo­wa­łem ich w nara­sta­ją­cym napię­ciu. Spo­ra­dycz­nie ktoś odry­wał wzrok od iPada, a ja dostrze­ga­łem w tym iskierkę nadziei i usi­ło­wa­łem nawią­zać kon­takt wzro­kowy z tą osobą, wzru­szyć ramio­nami, zasy­gna­li­zo­wać: "Hej, tylko my się tu roz­glą­damy, jedyni, któ­rzy po prze­by­ciu tysięcy kilo­me­trów posta­no­wili fak­tycz­nie dostrzec to, co przed nimi". Ale ile­kroć miało to miej­sce, docie­rało do mnie, że ci ludzie odkle­jają się od iPa­dów tylko po to, żeby wyjąć tele­fon i strze­lić sel­fie.

Kiedy weszli­śmy do pokoju dżun­gli -?ulu­bio­nego miej­sca Elvisa w tej rezy­den­cji -?traj­ko­ta­nie iPada przy­ci­chło, bo idący obok mnie męż­czy­zna w śred­nim wieku odwró­cił się, żeby powie­dzieć coś żonie. Przed nami widzia­łem ogromne donice ze sztucz­nymi rośli­nami, które Elvis kupił, żeby zamie­nić to pomiesz­cze­nie w uda­wany tro­pi­kalny gąszcz. Te pseu­do­ro­śliny na­dal tu były, smęt­nie gnąc się pod wła­snym cię­ża­rem.

-?Kocha­nie -?powie­dział męż­czy­zna. -?To nie­sa­mo­wite. Popatrz. -?Mach­nął w stronę kobiety iPa­dem, po czym zaczął wodzić pal­cem po ekra­niku. - Jeśli prze­je­dziesz w lewo, zoba­czysz lewą stronę pokoju dżun­gli, a jeśli w prawo, to prawą. -?Żona popa­trzyła, uśmiech­nęła się i zaczęła wędro­wać pal­cem po swoim iPa­dzie.

Obser­wo­wa­łem ich. Wodzili pal­cami w tę i we w tę, oglą­da­jąc salę z róż­nych per­spek­tyw. Nachy­li­łem się do nich.

-?Pro­szę pana -?napo­mkną­łem. -?Można też sko­rzy­stać ze sta­ro­mod­nego spo­sobu zwie­dza­nia. Nazywa się go obra­ca­niem głowy. Jeste­śmy bowiem wła­śnie tu. To w pokoju dżun­gli się znaj­du­jemy. Nie musi­cie oglą­dać go na wyświe­tla­czu. Da się zoba­czyć bez­po­śred­nio. Tutaj. Pro­szę spoj­rzeć. - Omio­tłem pomiesz­cze­nie ręką, aż sztuczne zie­lone liście zasze­le­ściły.

Oboje nieco się ode mnie odsu­nęli.

-?Patrz­cie! -?doda­łem gło­śniej, niż zamie­rza­łem. -?Nie widać? Prze­by­wamy w nim. Dokład­nie w tym miej­scu. Nie ma potrzeby gapić się na wyświe­tla­cze. Pokój dżun­gli jest wokół nas. -?Pospiesz­nie wyszli, oglą­da­jąc się na mnie jak na wariata, a ja czu­łem, że serce wali mi jak mło­tem. Odwró­ci­łem się do Adama, gotów par­sk­nąć śmie­chem. Chcia­łem zwró­cić uwagę na ten absurd, wyła­do­wać wzbu­rze­nie, ale on, scho­wany w kącie, pod połą kurtki prze­glą­dał Snap­chata.

Daną mi obiet­nicę łamał na każ­dym eta­pie podróży. Dwa tygo­dnie wcze­śniej, gdy tylko samo­lot dotknął nowo­or­le­ań­skiej ziemi i zanim jesz­cze wsta­li­śmy z miejsc, już wyjął tele­fon.

-?Dałeś słowo, że nie będziesz z niego korzy­stał -?przy­po­mnia­łem mu.

-?Mia­łem na myśli, że nie będę dzwo­nił -?odpo­wie­dział. -?Nie da się zro­bić tak, żebym nie uży­wał Snap­chata i nie pisał. -?Powie­dział to z tak szcze­rym zdu­mie­niem, jak­bym zażą­dał od niego wstrzy­ma­nia odde­chu na dzie­sięć dni. W mil­cze­niu więc patrzy­łem, jak w pokoju dżun­gli prze­wija wia­do­mo­ści w tele­fo­nie. Koło niego prze­pły­wała rzeka ludzi tak samo wpa­trzo­nych w wyświe­tla­cze. Poczu­łem się tak samotny, jak­bym stał na pustym polu gdzieś w sta­nie Iowa, o kilo­me­try od innych istot ludz­kich. Czym prę­dzej pod­sze­dłem do Adama i wyrwa­łem mu tele­fon.

-?Tak się nie da żyć! -?zapro­te­sto­wa­łem. -?Nie wiesz, co to zna­czy być obec­nym! Umyka ci życie! Boisz się, że coś prze­ga­pisz, stąd to bez­u­stanne spraw­dza­nie ekra­nika! Ale robiąc to, sam sie­bie wyklu­czasz! Ucieka ci twoje jedyne i nie­po­wta­rzalne życie! Nie widzisz tego, co masz tuż przed nosem i o czym marzy­łeś jesz­cze jako dzie­ciak! Nikt tutaj tego nie dostrzega! Sam zobacz!

Mówi­łem gło­śno, ale więk­szość ota­cza­ją­cych nas osób w swoim iPhone'owym wyizo­lo­wa­niu nawet tego nie zauwa­żyła. Adam ode­brał mi swój tele­fon, oznaj­mił (nie bez racji), że zacho­wuję się jak świr, i wyszedł w głąb poran­nego Mem­phis, mija­jąc grób Elvisa.

Godzi­nami błą­ka­łem się ospale mię­dzy roz­ma­itymi rolls-royce'ami Pre­sleya, eks­po­no­wa­nymi w sąsied­nim muzeum. Adama zna­la­złem po zapad­nię­ciu zmroku, po prze­ciw­nej stro­nie ulicy, w Heart­break Hotel, w któ­rym się zatrzy­ma­li­śmy. Sie­dział koło basenu w kształ­cie olbrzy­miej gitary, gdzie na okrą­gło śpie­wał mu Elvis, i wyglą­dał na przy­gnę­bio­nego. Uświa­do­mi­łem sobie, że cały ten wybuch zło­ści, gniewu na niego - kipią­cego od początku tej wyprawy -?był w rze­czy­wi­sto­ści wyra­zem wzbu­rze­nia mną samym. Jego nie­umie­jęt­ność ogni­sko­wa­nia uwagi, cią­głe roz­pra­sza­nie się, nie­zdol­ność przy­by­łych do Gra­ce­land do oglą­da­nia miej­sca, które przy­je­chali zoba­czyć -?wszystko to nara­stało i we mnie. Roz­drab­nia­łem się tak samo jak oni. Ja rów­nież gubi­łem zdol­ność do bycia obec­nym. I bar­dzo mi się to nie podo­bało.

-?Wiem, że coś nie gra -?przy­znał cicho Adam, kur­czowo trzy­ma­jąc tele­fon. -?Ale nie mam poję­cia, jak temu zara­dzić. -?Potem wró­cił do pisa­nia wia­do­mo­ści.

Wywio­złem Adama tutaj, żeby­śmy ucie­kli od nie­moż­no­ści sku­pie­nia się, a zamiast tego odkry­łem, że uciec się nie da, bo ten pro­blem jest wszech­obecny. Zbie­ra­jąc mate­riały do tej książki, zje­cha­łem cały świat i pra­wie ni­gdzie nie dało się od niego ode­tchnąć. Nawet kiedy robi­łem sobie wolne, jadąc odwie­dzić naj­słyn­niej­sze oazy spo­koju i wyci­sze­nia, odkry­wa­łem, że i tam na mnie cze­kał.

Pew­nego popo­łu­dnia sie­dzia­łem w islandz­kiej Błę­kit­nej Lagu­nie, roz­le­głym i bez­gra­nicz­nie nie­wzru­szo­nym jezio­rze geo­ter­mal­nym, w wodzie osią­ga­ją­cej tem­pe­ra­turę gorą­cych kąpieli, cho­ciaż wszę­dzie koło mnie padał śnieg. Przy­glą­da­jąc się temu, jak jego płatki łagod­nie top­nieją w uno­szą­cej się nad wodą parze, uświa­do­mi­łem sobie, że ota­cza­jący mnie ludzie machają kij­kami do sel­fie. Swoje tele­fony powkła­dali do wodosz­czel­nych etui i teraz gorącz­kowo a to pozo­wali, a to wrzu­cali zro­bione zdję­cia do sieci. Kil­koro nada­wało na żywo na Insta­gra­mie. Zasta­no­wiło mnie, czy mot­tem naszej epoki nie powinno być: "Usi­ło­wa­łem żyć, lecz stale mnie coś roz­pra­szało". Roz­my­śla­nia prze­rwał mi wyglą­da­jący na influ­en­cera napruty Nie­miec, który ryczał do kamerki swo­jego tele­fonu:

-?Oto tu, w Błę­kit­nej Lagu­nie, prze­ży­wam naj­lep­sze chwile swego życia!

Gdy innym razem poje­cha­łem do Paryża zoba­czyć Monę Lisę, prze­ko­na­łem się jedy­nie, że teraz per­ma­nent­nie skrywa ją coś na kształt młyna rug­bi­stów, zło­żo­nego z ludzi z całego świata, prze­py­cha­ją­cych się do przodu tylko po to, by momen­tal­nie odwró­cić się ple­cami do niej, strze­lić sel­fie i prze­drzeć się z powro­tem. Będąc tam, obser­wo­wa­łem ten tłum z boku prze­szło godzinę. Nikt -?ani jedna osoba -?nie przy­glą­dał się Monie Lisie dłu­żej niż kilka sekund. Jej uśmiech prze­staje już chyba sta­no­wić zagadkę. Wydaje się, że dama spo­gląda na nas ze swego wyso­kiego krze­sła w szes­na­sto­wiecz­nych Wło­szech i pyta: "Dla­czego już nie patrzy­cie na mnie tak jak daw­niej?".

Wpa­so­wy­wało się to jakoś w moje dużo głęb­sze odczu­cie, nara­sta­jące we mnie od kilku lat, dalece wykra­cza­jące poza kwe­stię złych nawy­ków tury­stów. Zdaje się, że naszą cywi­li­za­cję zasy­pał swę­dzący pro­szek, przez który nasze umy­sły trwo­nią czas, wier­cąc się i krę­cąc, nie­zdolne do zwy­kłego poświę­ce­nia uwagi rze­czom istot­nym. Czyn­no­ści wyma­ga­jące dłuż­szego sku­pie­nia -?choćby czy­ta­nie ksią­żek -?od lat zali­czają rów­nię pochyłą. Po mojej wypra­wie z Ada­mem prze­czy­ta­łem pracę czo­ło­wego świa­to­wego eks­perta od nauko­wego zgłę­bia­nia siły woli, pro­fe­sora Roya Bau­me­istera, rezy­du­ją­cego na austra­lij­skim Uni­ver­sity of Queen­sland, a potem poje­cha­łem prze­pro­wa­dzić z nim wywiad. Teo­rią siły woli i samo­dy­scy­pliny nauko­wiec ten zaj­muje się od prze­szło trzy­dzie­stu lat, odpo­wiada też za sze­reg naj­sław­niej­szych eks­pe­ry­men­tów z dzie­dziny nauk spo­łecz­nych. Usiadł­szy naprze­ciw tego sześć­dzie­się­cio­latka, wyja­śni­łem, że cho­dzi mi po gło­wie napi­sa­nie książki o tym, dla­czego zatra­ci­li­śmy umie­jęt­ność sku­pie­nia się i jak temu zara­dzić. Spoj­rza­łem na niego z nadzieją.

Stwier­dził, że to cie­kawe, że z tym tema­tem zwra­cam się wła­śnie do niego.

-?Odno­szę wra­że­nie, że moja kon­trola nad uwagą słab­nie -?oznaj­mił. Przed­tem zwykł czy­tać i pisać godzi­nami, teraz "wycho­dzi na to, że umysł o wiele czę­ściej ska­cze gdzie popad­nie". Jak wyja­śnił, ostat­nio zła­pał się na czymś takim: -?Gdy coś mi nie leży, gram w gierkę na tele­fo­nie, żeby zro­biło się faj­nie. -?Wyobra­zi­łem go sobie, jak odwraca się od ogromu swo­ich doko­nań nauko­wych, żeby pograć w Candy Crush Saga.

Powie­dział:

-?Widzę, że chyba nie wycho­dzi mi utrzy­my­wa­nie kon­cen­tra­cji w takim stop­niu jak daw­niej. -?I dodał: -?Na swój spo­sób ule­gam i zaczy­nam źle się z tym czuć.

Roy Bau­me­ister nie tylko jest auto­rem książki Siła woli1, ale i zba­dał ten temat głę­biej niż kto­kol­wiek inny spo­śród żyją­cych. Pomy­śla­łem: "Jeżeli nawet on traci w jakiejś mie­rze zdol­ność sku­pia­nia się, to komu udaje się tego unik­nąć?".

Przez długi czas uspo­ka­ja­łem sie­bie wma­wia­niem, że ten kry­zys to tylko złu­dze­nie. Wcze­śniej­sze poko­le­nia rów­nież czuły, że ich uwaga i kon­cen­tra­cja ule­gają pogor­sze­niu -?nawet u śre­dnio­wiecz­nych mni­chów sprzed nie­mal tysiąca lat można prze­czy­tać, że uskar­żają się na pro­blemy z utrzy­my­wa­niem uwagi. Im czło­wiek star­szy, tym trud­niej mu się sku­pić, nabiera za to prze­ko­na­nia, że jest to pro­blem nie tyle jego słab­ną­cego umy­słu, co świata i następ­nego poko­le­nia.

Naj­lep­szym spo­so­bem byłoby pod­ję­cie przez naukow­ców, lata temu, cał­kiem pro­stych dzia­łań. Wystar­czy­łoby, żeby losowo wybra­nych człon­ków bada­nej spo­łecz­no­ści pod­dali testom uwagi i pona­wiali je w kolej­nych latach i deka­dach, tro­piąc zacho­dzące zmiany. Nikt jed­nak tego nie robił. Nie gro­ma­dzono dłu­go­ter­mi­no­wych infor­ma­cji. Ist­nieje wszakże, jak sądzę, inna droga dotar­cia do sen­sow­nych wnio­sków w tej mate­rii. Gro­ma­dząc mate­riały do tej książki, dowie­dzia­łem się o ist­nie­niu róż­no­ra­kich czyn­ni­ków, co do któ­rych naukowo dowie­dziono, że redu­kują ludzką umie­jęt­ność utrzy­my­wa­nia uwagi. Wiele moc­nych dowo­dów wska­zuje na to, że liczne spo­śród nich zaist­niały dopiero w ostat­nich deka­dach -?cza­sem na dra­ma­tyczną skalę. Dla odmiany udało mi się doszu­kać tylko jed­nego trendu mogą­cego nasze sku­pie­nie uspraw­nić. Oto dla­czego nabra­łem prze­ko­na­nia, że kry­zys ten jest rze­czy­wi­sty i jest to zara­zem coraz bar­dziej palący pro­blem.

Dowie­dzia­łem się też, że dowód na to, dokąd wiodą nas te trendy, jest do bólu jed­no­znaczny. Przy­kła­dowo, przed­mio­tem jed­nego z pomniej­szych badań było to, jak długo prze­ciętny ame­ry­kań­ski stu­dent poświęca cze­muś uwagę2. W tym celu zain­sta­lo­wano w kom­pu­te­rach bada­nych opro­gra­mo­wa­nie śle­dzące, moni­to­ru­jące to, co użyt­kow­nicy robią na co dzień. Bada­cze odkryli, że stu­dent na kolejne zagad­nie­nie prze­łą­cza się prze­cięt­nie co sześć­dzie­siąt pięć sekund. Średni czas, przez jaki sku­piał się na jed­nej kwe­stii, wyno­sił zatem zale­d­wie dzie­więt­na­ście sekund. Jeżeli jesteś osobą doj­rzałą i wynik ten łechta twoje poczu­cie wyż­szo­ści, zbyt­nio się nie ciesz. Inne bada­nie, autor­stwa Glo­rii Mark, pro­fe­sor infor­ma­tyki z Uni­ver­sity of Cali­for­nia w Irvine -?z którą prze­pro­wa­dzi­łem wywiad -?wyka­zało, ile czasu prze­cięt­nie poświęca jed­nej kwe­stii doro­sły pra­cow­nik biu­rowy3. Wyszło na to, że rap­tem trzy minuty.

Dla­tego wyru­szy­łem w liczącą czter­dzie­ści pięć tysięcy kilo­me­trów podróż w poszu­ki­wa­niu wie­dzy o tym, jak możemy odzy­skać zdol­ność sku­pie­nia i utrzy­my­wa­nia uwagi. W Danii roz­ma­wia­łem z pierw­szym naukow­cem, który wraz ze swoim zespo­łem wyka­zał, że nasza zbio­rowa umie­jęt­ność utrzy­my­wa­nia uwagi rze­czy­wi­ście rap­tow­nie maleje. Potem spo­ty­ka­łem się z bada­czami z całego świata, odkry­wa­ją­cymi przy­czyny tego stanu rze­czy. W sumie prze­pro­wa­dzi­łem wywiady z prze­szło dwu­stu pięć­dzie­się­cioma eks­per­tami -?od Miami po Moskwę, od Mont­re­alu po Mel­bo­urne. W poszu­ki­wa­niu odpo­wie­dzi dotar­łem do sza­le­nie róż­no­rod­nych miejsc, od faweli w Rio de Jane­iro, gdzie kon­cen­tra­cja nisz­czeje szcze­gól­nie kata­stro­fal­nie, po odle­głe nowo­ze­landz­kie biuro, w któ­rym zna­le­ziono spo­sób na rady­kalne przy­wró­ce­nie sku­pie­nia.

Dosze­dłem do prze­ko­na­nia, że cał­ko­wi­cie błęd­nie poj­mu­jemy to, co kon­kret­nie dzieje się z naszą uwagą. Przez lata, ile­kroć nie mogłem się sku­pić, ze zło­ścią obwi­nia­łem o to sie­bie. Mówi­łem: "Jesteś leniwy, nie­zdy­scy­pli­no­wany, musisz wziąć się w garść". Winą obar­cza­łem też swój tele­fon i wście­ka­łem się na niego, żału­jąc, że ktoś go kie­dyś wyna­lazł. Więk­szość zna­nych mi osób reago­wała tak samo. Prze­ko­na­łem się jed­nak, że cho­dzi tu o znacz­nie wię­cej niż o indy­wi­du­alną nie­do­sko­na­łość lub jakiś nowy wyna­la­zek.

Prze­bły­ski tego zaczęły do mnie docie­rać, kiedy uda­łem się do Por­t­land w Ore­go­nie na wywiad z pro­fe­so­rem Joelem Nig­giem, jed­nym z wio­dą­cych świa­to­wych eks­per­tów w dzie­dzi­nie dzie­cię­cych pro­ble­mów z utrzy­my­wa­niem uwagi. Stwier­dził on, że w uchwy­ce­niu tego, co się dzieje, pomo­głoby mi porów­na­nie naszych nara­sta­ją­cych pro­ble­mów z uwagą do przy­ro­stu wystę­po­wa­nia oty­ło­ści. Pięć­dzie­siąt lat temu mało kto był otyły, a dzi­siaj w zachod­nim świe­cie to coś powszech­nego. I wcale nie dla­tego, że nagle spo­tę­go­wały się w nas łak­nie­nie czy chęć doga­dza­nia sobie.

-?Oty­łość nie jest epi­de­mią medyczną, lecz epi­de­mią spo­łeczną - zauwa­żył. -?Na przy­kład źle się odży­wiamy i przez to tyjemy.

Nigg pod­kre­ślił, że nasz spo­sób życia uległ dra­ma­tycz­nej zmia­nie - zmie­nił się model zaopa­try­wa­nia w żyw­ność, budu­jemy mia­sta, w któ­rych trudno poru­szać się pie­szo bądź rowe­rem, a te zmiany w naszym śro­do­wi­sku dopro­wa­dziły do zmian naszych ciał. Coś podob­nego, jak stwier­dził, może doty­czyć umie­jęt­no­ści utrzy­my­wa­nia przez nas uwagi i sku­pie­nia.

Pro­fe­sor Nigg powie­dział mi, że po deka­dach bada­nia tego tematu jest prze­ko­nany, iż musimy zadać sobie pyta­nie, czy roz­wi­jamy teraz "kul­turę uważ­no­ściowo-pato­genną" -?śro­do­wi­sko, w któ­rym utrzy­ma­nie i pogłę­bie­nie sku­pie­nia wymaga od wszyst­kich nas eks­tre­mal­nego wysiłku i pły­nię­cia pod prąd. Pod­kre­ślił, że wiele czyn­ni­ków powo­du­ją­cych osła­bie­nie uwagi zna­la­zło naukowe potwier­dze­nie, a w przy­padku czę­ści ludzi przy­czyna leży w ich bio­lo­gii. Powie­dział jed­nak też, że być może należy się zasta­no­wić nad odpo­wie­dzią na pyta­nie: "Czy nasze spo­łe­czeń­stwo tak czę­sto dopro­wa­dza się do takiego stanu z tego powodu, że mamy epi­de­mię wywo­łaną przez okre­ślone rze­czy dla niego dys­funk­cyjne?".

Póź­niej zapy­ta­łem go:

-?Gdy­bym powie­rzył ci świat, a ty byś zapra­gnął pozba­wić ludzi zdol­no­ści zwra­ca­nia uwagi na cokol­wiek, co kazał­byś im robić?

Po chwili zasta­no­wie­nia odpo­wie­dział:

-?Zapewne mniej wię­cej to, co ludz­kość teraz i tak robi.

Zdo­by­łem mocne dowody na to, że zanik umie­jęt­no­ści zwra­ca­nia uwagi nie wynika głów­nie z czy­ichś oso­bi­stych uchy­bień -?ani moich, ani two­ich, ani też two­jego dziecka. Dotyka to nas wszyst­kich. Doko­nują tego bar­dzo potężne siły, do któ­rych zali­czają się giganci branży tech­no­lo­gicz­nej, ale na nich się by­naj­mniej nie koń­czy. To pro­blem sys­te­mowy. Prawda jest taka, że żyjemy w sys­te­mie, który dzień w dzień zra­sza tę naszą zdol­ność kwa­sem, a potem każe, byśmy obwi­niali o to sie­bie i maj­stro­wali przy swo­ich nawy­kach, cho­ciaż ten pożar jest na skalę świata. Zgłę­bia­jąc tę kwe­stię, uświa­do­mi­łem sobie, że we wszyst­kich książ­kach na temat dosko­na­le­nia sku­pie­nia, jakie czy­ta­łem, jest luka. I to olbrzy­mia. Prze­waż­nie bowiem nie mówi się w nich o rze­czy­wi­stych przy­czy­nach naszego kry­zysu uwagi, spro­wa­dza­ją­cych się głów­nie do wspo­mnia­nych potęż­nych sił. Na pod­sta­wie tej wie­dzy dosze­dłem do wnio­sku, że za osła­bie­nie naszej uwagi odpo­wiada dwa­na­ście uta­jo­nych sił. Jestem prze­ko­nany, że aby roz­wią­zać ten pro­blem w per­spek­ty­wie dłu­go­ter­mi­no­wej, musimy je zro­zu­mieć, a potem wspól­nie zro­bić wszystko, aby nam dalej nie szko­dziły.

Okre­ślone kroki w kie­runku ogra­ni­cze­nia tego pro­blemu może­cie pod­jąć sami, we wła­snym zakre­sie, a z tej książki dowie­cie się, jak tego doko­nać. Zde­cy­do­wa­nie jestem za tym, byście w ten spo­sób przy­jęli na sie­bie odpo­wie­dzial­ność. Muszę jed­nak być z wami szczery bar­dziej niż, jak się oba­wiam, miało to miej­sce we wcze­śniej­szych książ­kach poświę­co­nych temu zagad­nie­niu. Te zmiany poskut­kują tylko w pew­nym stop­niu. Roz­wiążą cząstkę pro­blemu. Są jed­nak war­to­ściowe. Sam też je wpro­wa­dzam. Tyle że jeśli nie dopi­sze wam szczę­ście, nie pozwolą unik­nąć kry­zysu uwagi. Pro­blemy sys­te­mowe wyma­gają roz­wią­zań sys­te­mo­wych. Oczy­wi­ście za upo­ra­nie się ze wspo­mnia­nymi uta­jo­nymi czyn­ni­kami pono­simy też odpo­wie­dzial­ność indy­wi­du­alną, ale jed­no­cze­śnie musimy wziąć na sie­bie i tę zbio­rową. Ist­nieje realne roz­wią­za­nie -?takie, które rze­czy­wi­ście umoż­liwi nam przy­stą­pie­nie do uzdra­wia­nia naszej uwagi. Wymaga to od nas rady­kal­nego prze­for­mu­ło­wa­nia pro­blemu, a potem pod­ję­cia dzia­ła­nia. Jak sądzę, dobrze wiem, od czego mogli­by­śmy zacząć.

Ist­nieją, jak myślę, trzy klu­czowe przy­czyny, dla któ­rych warto wyru­szyć ze mną w tę podróż. Pierw­sza jest taka, że życie prze­peł­nione roz­pra­sza­niem uwagi jest, w skali jed­nostki, zubo­żone. Nie mogąc poświę­cać nale­ży­tej uwagi, nie osią­gasz tego, czego pra­gniesz. Chcesz poczy­tać książkę, a tu odcią­gają cię róż­nej maści pobrzę­ki­wa­nia i para­noje mediów spo­łecz­no­ścio­wych. Pra­gniesz spę­dzić kilka niczym nie­za­kłó­co­nych godzin z dziec­kiem, a co rusz spraw­dzasz pocztę elek­tro­niczną w oba­wie, czy szef o czymś cię nie powia­da­mia. Zamie­rzasz zająć się jakimś biz­ne­sem, a zamiast tego życie roz­mywa ci się we mgle face­bo­oko­wych postów, budzą­cych jedy­nie zazdrość albo nie­po­kój. Nie ze swo­jej winy wyda­jesz się nie mieć chwili na oddech -?dość spo­koj­nej, swo­bod­nej prze­strzeni -?na to, by się zatrzy­mać i pomy­śleć. Bada­nie prze­pro­wa­dzone przez pro­fe­sora Micha­ela Posnera z Uni­ver­sity of Ore­gon wyka­zało, że jeśli coś prze­rywa nam kon­cen­tra­cję, powrót do tego samego jej poziomu wymaga śred­nio dwu­dzie­stu trzech minut4. Inne bada­nie, prze­pro­wa­dzone wśród pra­cow­ni­ków biu­ro­wych z USA, dowio­dło, że więk­szość z nich na co dzień nie pra­cuje nie­prze­rwa­nie nawet przez godzinę5. Jeżeli cią­gnie się to mie­sią­cami czy całymi latami, zabu­rza nam to zdol­ność okre­śle­nia, kim jeste­śmy i czego chcemy. Gubimy się we wła­snym życiu.

Poje­cha­łem do Moskwy, by prze­pro­wa­dzić wywiad z naj­waż­niej­szym dzi­siaj filo­zo­fem uwagi, dok­to­rem Jame­sem Wil­liam­sem, zaj­mu­ją­cym się filo­zo­fią i etyką tech­no­lo­gii na Oxford Uni­ver­sity. Nauko­wiec ten powie­dział mi:

-?Jeżeli chcemy doko­nać w jakiejś dzie­dzi­nie, w jakim­kol­wiek aspek­cie życia, cze­goś zna­czą­cego, musimy móc zauwa­żać to, co istotne... Jeśli nie możemy tego zro­bić, naprawdę trudno będzie cokol­wiek osią­gnąć.

Dodał, że w zro­zu­mie­niu sytu­acji, w jakiej się w takim momen­cie znaj­du­jemy, pomoże wizu­ali­za­cja. Wyobraź sobie, że jedziesz samo­cho­dem, a tu ktoś zalewa ci całą przed­nią szybę wia­drem błota. Mie­rzysz się przez to z masą pro­ble­mów -?nara­żasz się na utrą­ce­nie lusterka wstecz­nego, zabłą­dze­nie czy też opóź­nione dotar­cie do celu. Pierw­szą rze­czą jed­nak, którą musisz zro­bić -?zanim zaczniesz się przej­mo­wać wymie­nio­nymi tu pro­ble­mami -?jest oczysz­cze­nie szyby. Dopóki tego nie zro­bisz, być może nawet nie będziesz wie­dział, gdzie jesteś. Zanim spró­bu­jemy osią­gnąć inny z zało­żo­nych celów, musimy upo­rać się z zabu­rze­niami uwagi.

Dru­gim powo­dem, dla któ­rego powin­ni­śmy myśleć o tej kwe­stii, jest to, że takie roz­drab­nia­nie uwagi pro­wa­dzi nie tylko do naszych jed­nost­ko­wych pro­ble­mów -?bywa też przy­czyną kry­zy­sów w skali całego naszego spo­łe­czeń­stwa. Jako gatu­nek mie­rzymy się z mnó­stwem czy­ha­ją­cych na nas bez­pre­ce­den­so­wych puła­pek i potrza­sków -?takich jak kry­zys kli­ma­tyczny - i w odróż­nie­niu od wcze­śniej­szych poko­leń prze­waż­nie nie zdo­by­wamy się na sta­wia­nie czoła naszym naj­więk­szym wyzwa­niom. Dla­czego? Czę­ściowo dla­tego, jak sądzę, że gdy się roz­pra­szamy, roz­pra­sza się też nasza umie­jęt­ność roz­wią­zy­wa­nia pro­ble­mów. Do upo­ra­nia się z wiel­kimi wyzwa­niami konieczna jest nie­prze­rwana i wie­lo­let­nia kon­cen­tra­cja na tym wielu ludzi. Demo­kra­cja wymaga od całej popu­la­cji umie­jęt­no­ści sku­pia­nia uwagi na tyle długo, by można było ziden­ty­fi­ko­wać praw­dziwe pro­blemy, oddzie­lić je od uro­jo­nych, zna­leźć roz­wią­za­nia i roz­li­czyć z tego przy­wód­ców, jeżeli zawiodą. Jeśli bowiem prze­gramy, utra­cimy zdol­ność funk­cjo­no­wa­nia jako w pełni sprawne spo­łe­czeń­stwo. Nie jest dla mnie przy­pad­kiem, że ten kry­zys utrzy­my­wa­nia uwagi zbiega się w cza­sie z naj­więk­szym zała­ma­niem demo­kra­cji od lat trzy­dzie­stych. Ludzi nie­po­tra­fią­cych się sku­pić pocią­gać będą nazbyt uprosz­czone, auto­ry­tarne roz­wią­za­nia -?mało praw­do­po­dobne też, że zro­zu­mieją, dla­czego pono­szą klę­skę. Świat pełen osób ogra­bio­nych z umie­jęt­no­ści utrzy­my­wa­nia uwagi, oscy­lu­ją­cych mię­dzy Twit­te­rem a Snap­cha­tem, będzie świa­tem pię­trzą­cych się kry­zy­sów, z któ­rych żad­nemu nie zdo­łamy spro­stać.

Trzeci powód, dla któ­rego powin­ni­śmy się głę­boko zasta­no­wić nad kwe­stią sku­pie­nia, nie­sie według mnie naj­wię­cej nadziei. Zro­zu­miaw­szy, co się dzieje, możemy zacząć to zmie­niać. James Bal­dwin -?moim zda­niem naj­więk­szy pisarz dwu­dzie­stego wieku -?powie­dział: "Nie wszystko, z czym się mie­rzymy, da się zmie­nić, niczego jed­nak nie­po­dobna zmie­nić, póki się z tym nie zmie­rzymy"6. Ten kry­zys spo­wo­do­wał czło­wiek i to my możemy go zli­kwi­do­wać.

Chcę powie­dzieć już na początku, jak gro­ma­dzi­łem dowody, które przed­sta­wiam w tej książce, i dla­czego doko­na­łem takiego, a nie innego wyboru. W ramach zgłę­bia­nia tematu prze­czy­ta­łem całe mnó­stwo prac nauko­wych, a potem wzią­łem się do prze­pro­wa­dza­nia roz­mów z tymi naukow­cami, któ­rzy według mnie dostar­czyli naj­waż­niej­szych świa­dectw. Kwe­stię uwagi i sku­pie­nia zgłę­biało kilka róż­nych krę­gów bada­czy. Jedną z tych grup sta­no­wią neu­ro­nau­kowcy, a zatem dowiesz się, co mają do powie­dze­nia. Ludźmi, któ­rzy w zro­zu­mie­nie tego, dla­czego nastę­pują takie zmiany, wnie­śli naj­więk­szy wkład, są jed­nak socjo­lo­go­wie, ana­li­zu­jący wpływ owych zmian na nasz spo­sób życia zarówno jako jed­no­stek, jak i grup. Stu­dio­wa­łem nauki poli­tyczne i spo­łeczne na Cam­bridge Uni­ver­sity, gdzie grun­tow­nie przy­go­to­wano mnie do odczy­ty­wa­nia wyni­ków badań publi­ko­wa­nych przez takich naukow­ców, oce­nia­nia przed­sta­wia­nych przez nich dowo­dów i -?mam nadzieję -?son­do­wa­nia ich za pomocą pytań.

Bada­cze ci czę­sto spie­rają się o to, co i dla­czego się dzieje. Nie z uwagi na nie­do­sko­na­łość tych nauk, a dla­tego że ludzie są isto­tami nad wyraz skom­pli­ko­wa­nymi i nader trudno jest oce­nić coś tak zło­żo­nego jak to, co wpływa na naszą zdol­ność utrzy­my­wa­nia sku­pie­nia. To oczy­wi­ście i dla mnie było nie­małe wyzwa­nie przy pisa­niu tej książki. Ocze­ku­jąc ide­al­nego dowodu, cze­ka­li­by­śmy wiecz­nie. Musia­łem, na miarę swo­ich moż­li­wo­ści, bazo­wać na infor­ma­cjach naj­pew­niej­szych spo­śród posia­da­nych przez nas, stale uwzględ­nia­jąc to, że ta nauka jest ułomna i kru­cha i wymaga ostroż­nego podej­ścia.

Dla­tego na każ­dym eta­pie tej książki będę usi­ło­wał uświa­da­miać ci, jak kon­tro­wer­syjny dowód ofe­ruję. Pewne tematy badały setki naukow­ców, osią­ga­jąc powszechny con­sen­sus w kwe­stiach, które zamie­rzam tu wyło­żyć. To oczy­wi­ście ideał i ile­kroć było to moż­liwe, szu­ka­łem bada­czy repre­zen­tu­ją­cych zgodny pogląd w ich dzie­dzi­nie, a swoje kon­klu­zje opie­ra­łem na solid­nym fun­da­men­cie ich wie­dzy. Bywają też jed­nak obszary, gdzie zagad­nie­nia, które pra­gną­łem zro­zu­mieć, bada jedy­nie garstka naukow­ców, stąd wysnu­wane przeze mnie wnio­ski są wątlej­sze. Jest też kilka innych zagad­nień, co do któ­rych różni reno­mo­wani bada­cze pozo­stają w gorą­cym spo­rze. Zamie­rzam mówić o tym jed­no­znacz­nie i pró­bo­wać przed­sta­wić całe spek­trum poglą­dów na te kwe­stie. Na każ­dym eta­pie wysnu­wane przeze mnie wnio­ski sta­ra­łem się budo­wać na naj­moc­niej­szych dowo­dach, jakie udało mi się zna­leźć.

Do tego pro­cesu usi­ło­wa­łem zawsze pod­cho­dzić z pokorą. W żad­nej z poru­sza­nych kwe­stii nie jestem eks­per­tem. Jestem dzien­ni­ka­rzem zwra­ca­ją­cym się do eks­per­tów, testu­ją­cym ich wie­dzę i obja­śnia­ją­cym ją naj­le­piej, jak potra­fię. Jeżeli zapra­gniesz bar­dziej szcze­gó­łowo przyj­rzeć się tym deba­tom, to musisz wie­dzieć, że wni­kli­wiej zagłę­biam się w te dowody w prze­szło czte­ry­stu przy­pi­sach zamiesz­czo­nych na stro­nie inter­ne­to­wej tej książki i odno­szą­cych się do ponad dwóch tysięcy pię­ciu­set prac nauko­wych w niej przy­wo­ła­nych. Żeby lepiej wytłu­ma­czyć, czego się dowie­dzia­łem, nie­kiedy nawią­zuję także do swo­ich doświad­czeń. Moje wspo­minki nie mają cha­rak­teru dowo­dów nauko­wych. Prze­ka­zują coś znacz­nie prost­szego: dla­czego tak bar­dzo chcia­łem poznać odpo­wie­dzi na te pyta­nia.

Po powro­cie z wyprawy z Ada­mem do Mem­phis byłem sobą prze­ra­żony. Któ­re­goś dnia prze­czy­ta­nie kilku począt­ko­wych stron powie­ści zabrało mi trzy godziny, raz po raz bowiem zatra­ca­łem się w roz­pra­sza­ją­cych mnie myślach, nie­mal tak jak­bym był napruty, uzna­łem więc, że tak dalej być nie może. Czy­ta­nie bele­try­styki od zawsze nale­żało do moich naj­przy­jem­niej­szych roz­ry­wek i pozba­wie­nie sie­bie tego byłoby jak ampu­ta­cja koń­czyny. Dla­tego zapo­wie­dzia­łem moim przy­ja­cio­łom, że ucieknę się do dra­stycz­nych roz­wią­zań.

Myśla­łem, że coś takiego spo­tkało mnie z tego powodu, że byłem za mało zdy­scy­pli­no­wany, a na doda­tek zanadto pochła­niał mnie mój tele­fon. Sądzi­łem, że lekar­stwo na to jest oczy­wi­ste: trzeba narzu­cić sobie więk­szą dys­cy­plinę i zapo­mnieć o tele­fonie. Wsze­dłem do inter­netu i zare­zer­wo­wa­łem sobie pokoik tuż przy plaży, w Pro­vin­ce­town, na koniuszku Cape Cod. "Wyjeż­dżam tam na trzy mie­siące -?ogło­si­łem trium­fal­nie wszyst­kim -?bez smart­fona i kom­pu­tera umoż­li­wia­ją­cego połą­cze­nie z inter­ne­tem. Skoń­czy­łem z tym, rzu­ci­łem to. Po raz pierw­szy od dwu­dzie­stu lat będę offline". Wyja­śni­łem przy­ja­cio­łom podwójne zna­cze­nie słowa wired. Poję­cie to opi­suje zarówno czło­wieka pod­mi­no­wa­nego, mak­sy­mal­nie pobu­dzo­nego psy­chicz­nie, jak i kogoś pod­łą­czo­nego do inter­netu. W moim odczu­ciu te dwie defi­ni­cje jakoś się łączą. Byłem zmę­czony tym sta­nem rze­czy i musia­łem się z tego wszyst­kiego otrzą­snąć. Zde­cy­do­wa­łem się więc na wyjazd. Jako auto­re­spon­der usta­wi­łem wia­do­mość, że przez naj­bliż­sze trzy mie­siące będę nie­osią­galny. I tak oto porzu­ci­łem wibra­cje, buzu­jące we mnie od dwu­dzie­stu lat.

W ten eks­tre­malny cyfrowy detoks sta­ra­łem się wejść bez żad­nych złu­dzeń. Wie­dzia­łem, że takie cał­ko­wite odcię­cie się od inter­netu nie może być dla mnie roz­wią­za­niem na dłuż­szą metę -?nie zamie­rza­łem dołą­czyć do ami­szów i na zawsze poże­gnać się z tech­niką. Mało tego, wie­dzia­łem, że u więk­szo­ści ludzi nie spraw­dzi­łoby się to nawet jako roz­wią­za­nie krót­ko­ter­mi­nowe. Wywo­dzę się z klasy pra­cu­ją­cej -?bab­cia, która mnie wycho­wała, sprzą­tała w toa­le­tach; ojciec był kie­rowcą auto­busu. Gdyby ktoś im powie­dział, że receptą na pro­blemy ze sku­pie­niem uwagi jest porzu­ce­nie pracy i zaszy­cie się w chatce nad morzem, ode­bra­liby to jako haniebną obe­lgę; po pro­stu nie mogliby tego zro­bić.

Ja tak postą­pi­łem, uzna­łem bowiem, że jeśli tego nie zro­bię, mogę utra­cić jakieś klu­czowe aspekty umie­jęt­no­ści głę­bo­kiego myśle­nia. Kie­ro­wała mną despe­ra­cja. Postą­pi­łem tak też dla­tego, że czu­łem, iż odzie­ra­jąc się na jakiś czas ze wszyst­kiego, mógł­bym zacząć dostrze­gać zmiany, które nam wszyst­kim uda­łoby się wpro­wa­dzać znacz­nie trwa­lej. Ten dra­styczny detoks nauczył mnie wielu waż­nych rze­czy -?jak się prze­ko­nasz, także i na temat ogra­ni­czeń cyfro­wych detok­sów.

Zaczął się w pewien majowy ranek, kiedy to wyje­cha­łem do Pro­vin­ce­town, nękany poświatą wyświe­tla­czy z Gra­ce­land. Sądząc, że pro­blem leży w skłon­no­ści mojej natury do roz­pra­sza­nia uwagi i w naszej tech­nice, zamie­rza­łem dać sobie spo­kój z takimi urzą­dze­niami -?w imię wol­no­ści, upra­gnio­nej wol­no­ści! -?na długi, długi czas.

1. Przyczyna pierwsza: Zwiększenie tempa, przełączanie się i filtrowanie

1

Przy­czyna pierw­sza: Zwięk­sze­nie tempa, prze­łą­cza­nie się i fil­tro­wa­nie

Nie rozu­miem, czego pan jesz­cze chce - powta­rzał sprze­dawca w bostoń­skim Tar­ge­cie. -?To naj­tań­sze tele­fony, jakie mamy. Inter­net mają mega­wolny. A o to prze­cież panu cho­dzi, tak?

-?Nie -?odpo­wie­dzia­łem. -?Potrze­buję tele­fonu cał­ko­wi­cie pozba­wio­nego dostępu do inter­netu.

Prze­stu­dio­wał tył opa­ko­wa­nia, wyraź­nie skon­ster­no­wany.

-?Te byłyby naprawdę wolne. Maila może by pan ode­brał, ale już nie...

-?Mail to na­dal inter­net -?ucią­łem. -?Wyje­chać na trzy mie­siące zamie­rzam prze­cież po to, żeby być total­nie offline.

Mój przy­ja­ciel Imtiaz dał mi już swo­jego sta­rego, zde­ze­lo­wa­nego lap­topa, który dawno temu poże­gnał się z szansą na jaką­kol­wiek łącz­ność z inter­ne­tem. Wyglą­dał jak pozo­sta­łość po sce­no­gra­fii pierw­szego Star Treka, skra­wek porzu­co­nej wizji przy­szło­ści. Zamie­rza­łem zro­bić z niego uży­tek. Posta­no­wi­łem wresz­cie napi­sać powieść, z którą nosi­łem się od lat. Teraz potrzebny był mi jesz­cze tele­fon, żeby w spra­wach nie­cier­pią­cych zwłoki mogło dzwo­nić sześć osób, któ­rym dam numer. Dostępu do inter­netu nie mógł mieć żad­nego, żebym obu­dziw­szy się o trze­ciej w nocy, zde­cy­do­wany na zła­ma­nie danej sobie obiet­nicy i próbę wej­ścia do sieci, nie mógł tego zro­bić mimo usil­nych sta­rań.

Tłu­ma­cząc innym, co pla­nuję zro­bić, spo­ty­ka­łem się z trzema typami reak­cji. Pierw­sza była taka jak u sprze­dawcy w Tar­ge­cie: nie docie­rał do nich sens moich słów. Sądzili, że zależy mi na ogra­ni­cze­niu dostępu do inter­netu. Myśl o cał­ko­wi­tym odcię­ciu się od sieci wyda­wała im się tak dzi­waczna, że musia­łem im to w kółko wyja­śniać.

-?A więc chce pan tele­fonu, z któ­rego w ogóle nie da się wejść do sieci? -?skon­sta­to­wał. -?Ale po co?

Dru­gim rodza­jem reak­cji, zapre­zen­to­wa­nym tuż potem przez tego czło­wieka, było umiar­ko­wane prze­ra­że­nie moim wybo­rem.

-?Co pan zrobi w razie nagłej koniecz­no­ści? -?spy­tał. -?Bo nie wydaje się to roz­sądne.

Ja zada­łem inne pyta­nia:

-?Jaka nagła koniecz­ność mia­łaby na mnie wymóc połą­cze­nie z inter­ne­tem? Co takiego musia­łoby się stać? Nie jestem prze­cież pre­zy­den­tem USA, nie musiał­bym wyda­wać roz­ka­zów w razie najazdu Rosji na Ukra­inę.

-?Ale zawsze coś się może zda­rzyć -?zauwa­żył.

Tłu­ma­czy­łem więc ludziom w moim wieku, a mia­łem wów­czas trzy­dzie­ści dzie­więć lat, że skoro pół życia spę­dzi­li­śmy bez tele­fo­nów komór­ko­wych, nie powinno spra­wiać nam trud­no­ści wyobra­że­nie sobie powrotu do tego, jak żyli­śmy przez tak długi czas. Nikogo jed­nak chyba to nie prze­ko­nało.

Trze­cim typem reak­cji była zazdrość. Ludzie zaczy­nali fan­ta­zjo­wać, co zro­bi­liby z całym tym cza­sem, jaki pochła­niały im tele­fony, gdyby nagle ich uwol­niono od tego brze­mie­nia. Poda­wali, korzy­sta­jąc z opcji Screen Time, ile godzin spę­dzają dzien­nie z tele­fo­nem. Prze­cięt­nemu Ame­ry­ka­ni­nowi zaj­muje to trzy godziny i pięt­na­ście minut7. W ciągu każ­dych dwu­dzie­stu czte­rech godzin doty­kamy naszych tele­fo­nów dwa tysiące sześć­set sie­dem­na­ście razy8. Cza­sem też tęsk­nie napo­my­kali o czymś, co uwiel­biali, a zarzu­cili -?jak choćby o grze na pia­ni­nie - wpa­tru­jąc się przy tym w dal.

Tar­get nic dla mnie nie miał. Jak na iro­nię, musia­łem wejść do inter­netu, żeby zamó­wić coś, co wyda­wało się ostat­nim w USA tele­fo­nem komór­ko­wym bez dostępu do sieci. Nazywa się toto jit­ter­bug i zostało zapro­jek­to­wane dla ludzi w mocno pode­szłym wieku, a działa przy tym jako medyczne urzą­dze­nie alar­mowe. Po roz­pa­ko­wa­niu apa­ratu uśmiech­ną­łem się na widok dużych kla­wi­szy i powie­dzia­łem sobie, że jest war­tość dodana: gdy się prze­wrócę, to coś auto­ma­tycz­nie połą­czy mnie z naj­bliż­szym szpi­ta­lem.

Wyło­ży­łem na hote­lowe łóżko to, co ze sobą zabra­łem. Prze­ko­pa­łem się przez wszystko, do czego ruty­nowo uży­wam iPhone'a, i kupi­łem rze­czy, które miały mi te udo­god­nie­nia zastą­pić. I tak, po raz pierw­szy od nasto­let­nich cza­sów naby­łem zega­rek na rękę. Spra­wi­łem też sobie budzik. Wygrze­ba­łem swo­jego sta­rego iPoda, nała­do­wa­łem go audio­bo­okami oraz pod­ca­stami. Gdy prze­je­cha­łem pal­cem po ekra­nie, pomy­śla­łem o tym, jak futu­ry­styczny wydał mi się ten gadżet, kiedy go kupo­wa­łem dwa­na­ście lat temu; teraz wyglą­dał jak coś, z czym Noe mógł zaokrę­to­wać się na arce. Mia­łem zde­ze­lo­wany lap­top Imtiaza -?wypo­sa­żony obec­nie, z powo­dze­niem, w edy­tor tek­stu w stylu lat dzie­więć­dzie­sią­tych -?a obok niego stos powie­ścio­wej kla­syki, któ­rej prze­czytanie pla­no­wa­łem od dekad, zwień­czony Wojną i poko­jem.

Zamó­wi­łem ubera, żeby móc zosta­wić iPhone'a i mac­bo­oka kole­żance miesz­ka­ją­cej w Bosto­nie. Przed odło­że­niem ich na stół u niej w domu prze­ży­łem chwilę waha­nia. Czym prę­dzej jed­nak wci­sną­łem na tele­fo­nie kla­wisz przy­wo­łu­jący samo­chód, który miał mnie zabrać na ter­mi­nal pro­mowy, wyłą­czy­łem to urzą­dze­nie i wysze­dłem tak szybko, jakby miało za mną pogo­nić. Poczu­łem ukłu­cie paniki. "Nie jestem na to gotów" - pomy­śla­łem. Potem z jakichś zaka­mar­ków pamięci przy­wo­ła­łem coś, co powie­dział hisz­pań­ski ese­ista José Ortega y Gas­set: "Nie da się żyć ad Kalen­das Gra­ecas... Życie zostało nam rzu­cone pro­sto w twarz"9. Upo­mnia­łem sie­bie: "Jeżeli nie postą­pisz tak teraz, nie zdo­bę­dziesz się na to już ni­gdy i na łożu śmierci będziesz spraw­dzał, ile polu­bień masz na Insta­gra­mie". Zapa­ko­wa­łem się do samo­chodu, nie pozwa­la­jąc sobie spoj­rzeć za sie­bie.

Lata wcze­śniej nauczy­łem się od przed­sta­wi­cieli nauk spo­łecz­nych, że w walce z jakim­kol­wiek zgub­nym nawy­kiem jed­nym z naj­sku­tecz­niej­szych narzę­dzi jest "samo­ogra­ni­cza­nie". Mowa o nim już w jed­nej z naj­star­szych zacho­wa­nych ludz­kich opo­wie­ści, Ody­sei Homera. Homer opo­wiada nam, że ist­niała nie­gdyś połać mórz, na któ­rej żegla­rze nie­zmien­nie ginęli, i to ze szcze­gól­nego powodu: otóż żyły w tam­tych wodach dwie syreny -?nader gorące hybrydy kobiety i ryby -?które śpie­wem prze­ko­ny­wały pły­ną­cych do dołą­cze­nia do nich w wod­nych odmę­tach. Ci, odda­jąc się tak ponęt­nym rybim igrasz­kom, tonęli. Wresz­cie jed­nak pew­nego dnia boha­ter tej opo­wie­ści -?Ody­se­usz -?wymy­ślił, jak oprzeć się owym kusi­ciel­kom. Zanim jego okręt wpły­nął na syreni obszar, naka­zał zało­dze, żeby solid­nie przy­wią­zała go do masztu, krę­pu­jąc mu ręce i nogi, by nie mógł się ruszyć. Dla­tego Ody­se­usz, choć sły­szał śpiew syren i usil­nie pra­gnął rzu­cić się do wody, nie mógł tego zro­bić.

Posłu­ży­łem się już tą metodą, kiedy sta­ra­łem się schud­nąć. Zwy­kłem kupo­wać góry węglo­wo­da­nów i wma­wiać sobie, że jestem na tyle silny, by spo­ży­wać je powoli i z umia­rem, a potem, o dru­giej w nocy, rzu­ca­łem się na nie. Dla­tego prze­sta­łem się w nie zaopa­try­wać. Nie pocią­gało mnie kur­so­wa­nie do noc­nego sklepu po jakieś prin­glesy. Twoje ja, funk­cjo­nu­jące w teraź­niej­szo­ści -?dokład­nie teraz -?pra­gnie podą­żać za szczyt­niej­szymi celami, byś sta­wał się lep­szym czło­wie­kiem. Zda­jesz sobie jed­nak sprawę, że jesteś ułomny i skory do ule­ga­nia poku­som. Dla­tego tę przy­szłą wer­sję sie­bie krę­pu­jesz, zawę­żasz pole wyboru, przy­wią­zu­jesz się do masztu wzo­rem Ody­se­usza.

Eks­pe­ry­men­tów nauko­wych spraw­dza­ją­cych, czy to naprawdę działa, cho­ciażby w krót­kiej per­spek­ty­wie, prze­pro­wa­dzono nie­wiele. Przy­kła­dowo, w 2013 roku Molly Croc­kett -?pro­fe­sor psy­cho­lo­gii, z którą prze­pro­wa­dzi­łem wywiad w Yale -?spro­wa­dziła do labo­ra­to­rium męż­czyzn i podzie­liła ich na dwie grupy. Człon­ko­wie obu grup mieli sta­nąć w obli­czu wyzwa­nia. Powie­dziano im, że jeśli tego chcą, to zaraz zoba­czą z lekka sek­sowny widok, ale jeśli pocze­kają, nic przez jakiś czas nie robiąc, ujrzą widok supersek­sowny. Pierw­sza grupa usły­szała, że ma się wyka­zać siłą woli i na ten czas wziąć się w karby. Oso­bom z dru­giej nato­miast, przed wej­ściem do labo­ra­to­rium, dano szansę na "samo­ogra­ni­cze­nie" -?na roz­strzy­gnię­cie na głos, czy zamie­rzają zatrzy­mać się na tro­chę i zacze­kać na tę sek­sow­niej­szą pro­po­zy­cję. Oto co bada­cze chcieli wie­dzieć -?czy męż­czyźni, któ­rzy doko­nali takiego samo­ogra­ni­cze­nia, wytrzy­mują czę­ściej i dłu­żej niż ci, któ­rzy tego nie zro­bili? Oka­zało się, że samo­ogra­ni­cza­nie było ude­rza­jąco sku­teczne -?jed­no­znaczne posta­no­wie­nie zro­bie­nia cze­goś i oświad­cze­nie, że będzie się tego trzy­mać, spra­wiało, że ci ludzie znacz­nie lepiej zno­sili ocze­ki­wa­nie10. W póź­niej­szych latach taki sam rezul­tat przy­nio­sło wiele róż­no­rod­nych eks­pe­ry­men­tów11.

Mój wyjazd do Pro­vin­ce­town sta­no­wił skrajną formę samo­ogra­ni­cze­nia i tak jak triumf Ody­se­usza swój począ­tek miał też na pokła­dzie statku. Kiedy prom do tej miej­sco­wo­ści odbił od brzegu, odwró­ci­łem się ku Zatoce Bostoń­skiej, w któ­rej wodach odbi­jało się majowe słońce. Sta­ną­łem twa­rzą do rufy, obok wil­got­nego powie­wa­ją­cego gwiaź­dzi­stego sztan­daru i patrzy­łem, jak roz­bry­zguje się za nami mor­ska piana. Mniej wię­cej po czter­dzie­stu minu­tach, gdy w polu widze­nia poja­wiła się wąska wie­życa pomnika Piel­grzyma, na hory­zon­cie z wolna zaczęło uka­zy­wać się Pro­vin­ce­town.

To mia­sto leży na dłu­gim pasie pia­sku i buj­nej zie­leni, tam, gdzie USA na dobre ustę­puje miej­sca Oce­anowi Atlan­tyc­kiemu. To ostatni ame­ry­kań­ski przy­sta­nek na tej tra­sie, koniec drogi. Sto­jąc tam, można, jak powie­dział pisarz Henry David Tho­reau, czuć, że ma się za sobą całe Stany Zjed­no­czone. Zakrę­ciło mi się w gło­wie z eufo­rii, a kiedy zoba­czy­łem wyła­nia­jącą się z mor­skiej piany plażę, zaczą­łem się śmiać, samemu nie wie­dząc dla­czego. Z wyczer­pa­nia czu­łem się nie­mal jak pijany. Mia­łem trzy­dzie­ści dzie­więć lat i odkąd ukoń­czy­łem ich dwa­dzie­ścia jeden, bez ustanku pra­co­wa­łem. Nie mia­łem pra­wie żad­nych urlo­pów. Całymi dniami obra­sta­łem w infor­ma­cje mające mnie uczy­nić jesz­cze bar­dziej pro­duk­tyw­nym pisa­rzem i zaczy­na­łem już myśleć, że mój spo­sób życia odro­binę przy­po­mina ten, w ramach któ­rego na far­mach prze­my­sło­wych tuczy się na siłę gęsi hodow­lane, żeby prze­ro­bić ich wątroby na pasz­tet foie gras. W ciągu minio­nych pię­ciu lat prze­by­łem ponad sto dwa­dzie­ścia tysięcy kilo­me­trów, zbie­ra­jąc mate­riały, pisząc i roz­ma­wia­jąc z myślą o dwóch książ­kach. Dzień w dzień przez cały czas sta­ra­łem się chło­nąć coraz wię­cej infor­ma­cji, inda­go­wać coraz to nowych roz­mów­ców, coraz wię­cej wie­dzieć i mówić. A teraz mania­kal­nie prze­ska­ki­wa­łem z jed­nego tematu na drugi niczym płyta winy­lowa zary­so­wana od nazbyt inten­syw­nego uży­wa­nia i łapa­łem się na tym, że trudno mi było cokol­wiek zacho­wać w pamięci. Odczu­wa­łem zmę­cze­nie od tak dawna, że wie­dzia­łem tylko, jak je prze­zwy­cię­żać.

Kiedy ludzie zaczęli wysia­dać, skądś z promu dole­ciał do mnie sygnał przy­cho­dzą­cego ese­mesa i natych­miast odru­chowo się­gną­łem do kie­szeni. Prze­ży­łem moment paniki -?gdzie mój tele­fon? -?a potem przy­po­mnia­łem sobie wszystko i się roze­śmia­łem.

W tam­tej chwili pomy­śla­łem o swoim pierw­szym zetknię­ciu z tele­fo­nem komór­ko­wym. Mia­łem około czter­na­stu lub pięt­na­stu lat -?zatem był to 1993 lub 1994 rok -?i znaj­do­wa­łem się na gór­nym pokła­dzie lon­dyń­skiego auto­busu, wra­ca­jąc do domu ze szkoły. Jakiś czło­wiek w gar­ni­tu­rze mówił coś gło­śno do przed­miotu, jak pod­po­wiada mi pamięć, roz­mia­rów małej krowy. Wszy­scy z gór­nego pokładu odwra­ca­li­śmy się, by na niego spoj­rzeć. On zaś, spra­wia­jąc wra­że­nie zado­wo­lo­nego, że jest w cen­trum uwagi, gadał jesz­cze gło­śniej. Trwało to, dopóki inny pasa­żer go nie zagad­nął:

-?Kolego?

-?Tak?

-?Jesteś debil.

I wszy­scy w tym auto­bu­sie zła­mali naczelną zasadę lon­dyń­skiej komu­ni­ka­cji publicz­nej. Popa­trzy­li­śmy po sobie i uśmiech­nę­li­śmy się. Takie drobne prze­jawy buntu, jak sobie przy­po­mi­nam, miały miej­sce u zara­nia tele­fo­nów komór­ko­wych w całym Lon­dy­nie. Postrze­ga­li­śmy te urzą­dze­nia jako absur­dalną inwa­zję.

Pierw­szy swój e-mail wysła­łem pięć lat póź­niej, po dosta­niu się na uni­wer­sy­tet. Mia­łem wtedy dzie­więt­na­ście lat. Napi­sa­łem kilka zdań, klik­ną­łem Wyślij i cze­ka­łem, czy coś w sobie poczuję. Żad­nego przy­pływu eks­cy­ta­cji jed­nak nie dozna­łem. Dzi­wiło mnie, skąd wokół tej nowinki, poczty elek­tro­nicz­nej, taki szum. Gdy­by­ście powie­dzieli mi wtedy, że w ciągu dwu­dzie­stu lat połą­cze­nie tych dwóch tech­no­lo­gii - począt­kowo odczu­wa­nych jako odpy­cha­jące bądź nudziar­skie -?zdo­mi­nuje moje życie do tego stop­nia, że zapa­kuję się na prom i od nich ucieknę, uznał­bym, że do reszty wam odbiło.

Zabra­łem się z tego promu ze swoją torbą i wydo­by­łem z niej mapkę, którą ścią­gną­łem sobie z inter­netu. Od lat nie oby­wa­łem się bez nawi­ga­cji Google Maps, ale Pro­vin­ce­town, na szczę­ście, skła­dało się z jed­nej dłu­giej ulicy, toteż do wyboru mia­łem wyłącz­nie dwa kie­runki -?mogłem iść w lewo albo w prawo. Ja musia­łem pójść w prawo, do biura agenta nie­ru­cho­mo­ści, od któ­rego wyna­ją­łem swój kącik przy plaży. Com­mer­cial Street bie­gnie przez sam śro­dek Pro­vin­ce­town, mija­łem więc schludne sklepy w stylu New England, ofe­ru­jące homary i gadżety ero­tyczne (oczy­wi­ście nie pod jed­nym adre­sem -?od takich nisz nawet Pro­vin­ce­town trzyma się z dala). Pamię­tam, że wybra­łem to mia­sto z kilku powo­dów. Rok wcze­śniej przy­je­cha­łem tu z Bostonu na jeden dzień, by odwie­dzić mojego kolegę, Andrew, spę­dza­ją­cego w tej mie­ści­nie każde lato. Pro­vin­ce­town to jakby skrzy­żo­wa­nie uro­czego mia­steczka z Cape Cod, urzą­dzo­nego w sta­rym stylu, typo­wym dla Nowej Anglii, z lochem do zabaw sek­su­al­nych. Przez długi czas była to wio­ska rybacka, zamiesz­kana przez imi­gran­tów z Por­tu­ga­lii i ich potom­stwo. Potem, gdy zaczęli zjeż­dżać tam arty­ści, stało się enklawą cyga­ne­rii. Jesz­cze póź­niej oka­zało się mekką gejów. Dzi­siaj jest to miej­sco­wość, w któ­rej żyjący w sta­rych rybac­kich cha­tach męż­czyźni potra­fią się utrzy­my­wać wyłącz­nie z tego, że ubrani niczym zło­wroga Urszula z Małej syrenki wyśpie­wują pio­senki o sek­sie oral­nym tury­stom, latem tłum­nie najeż­dża­ją­cym te oko­lice.

Wybra­łem Pro­vin­ce­town, bo uzna­łem je za miej­sce wdzięczne, a zara­zem nie­skom­pli­ko­wane -?wie­rząc (z lekka aro­gancko), że na roz­po­zna­nie rzą­dzą­cej nim dyna­miki wystar­czyła mi jedna spę­dzona tu doba. Byłem zde­cy­do­wany wyje­chać gdzieś, gdzie nic zbyt­nio nie wzbu­dzi mojej dzien­ni­kar­skiej docie­kli­wo­ści. Gdy­bym posta­wił (powiedzmy) na Bali, wiem, że rychło zaczął­bym docie­kać reguł, jakimi kie­ruje się tam­tej­sza spo­łecz­ność, wziął­bym się do robie­nia wywia­dów z Balij­czy­kami i w nie­dłu­gim cza­sie wró­cił­bym do mania­kal­nego chło­nię­cia infor­ma­cji. A ja pra­gną­łem uro­kli­wego czyśćca, który umoż­liwi mi dekom­pre­sję, i niczego wię­cej.

Agent nie­ru­cho­mo­ści, Pat, zawiózł mnie do mojego domu przy plaży. Znaj­do­wał się on nie­mal nad oce­anem, o czter­dzie­ści minut spa­ce­rem od cen­trum Pro­vin­ce­town -?pra­wie na tere­nie sąsied­niego mia­steczka, Truro. Był to zwy­kły drew­niany dom, podzie­lony na cztery odrębne miesz­ka­nia. Moje zna­la­złem na par­te­rze, po lewej. Popro­si­łem Pata o zabra­nie modemu -?na wypa­dek gdy­bym w przy­pły­wie obłędu poje­chał kupić jakieś urzą­dze­nie z dostę­pem do inter­netu -?i odłą­cze­nie wszyst­kich pakie­tów tele­wi­zji kablo­wej. Mia­łem dwa pokoje. Za domem była krótka żwi­rowa dróżka, a na jej końcu cze­kał na mnie ocean, bez­kre­sny i cie­pły. Pat życzył mi powo­dze­nia i zosta­łem sam.

Wypa­ko­wa­łem książki i zaczą­łem je kart­ko­wać. Żadna z tych, do któ­rych się wzią­łem, jakoś mnie nie pocią­gała. Odło­ży­łem to na póź­niej i prze­sze­dłem się nad ocean. Dla Pro­vin­ce­town były to dopiero początki sezonu tury­stycz­nego i w zasięgu kilku kilo­me­trów nali­czy­łem jedy­nie około sze­ściu innych osób. Ogar­nęła mnie nagła pew­ność -?jakiej doświad­cza się w życiu tylko kil­ku­krot­nie -?że postą­pi­łem abso­lut­nie wła­ści­wie. Za długo nie spusz­cza­łem z oczu spraw pło­chych i nader ulot­nych, takich jak prze­kazy z Twit­tera. Sku­pia­jąc wzrok na takim mignię­ciu, zaprzą­tasz nim myśli, nakrę­casz się, czu­jesz, że prze­pad­niesz, jeśli się nie ruszysz, nie zama­chasz, nie wydasz głosu. Teraz mia­łem poczu­cie, że wpa­truję się w coś pra­sta­rego i nie­wzru­szo­nego. "Ten ocean ist­niał tu na długo przed tobą -?pomy­śla­łem - i będzie ist­nieć długo po tym, jak twoje błahe zgry­zoty odejdą w nie­pa­mięć". Z powodu Twit­tera odno­sisz wra­że­nie, że cały świat jest owład­nięty obse­sją na punk­cie twoim i two­jego malut­kiego ego -?uwiel­bia cię, nie­na­wi­dzi, wła­śnie teraz o tobie gada. W obli­czu oce­anu czu­jesz, że świat wita cię wil­go­cią życz­li­wej obo­jęt­no­ści. Nie zacznie się z tobą spie­rać, choć­byś wrzesz­czał wnie­bo­głosy.

Sta­łem tam długi czas. Szo­kiem było dla mnie, że tkwię w takim bez­ru­chu -?niczego nie prze­wi­ja­jąc, a tylko będąc. Spró­bo­wa­łem przy­po­mnieć sobie, kiedy poprzed­nio tak się czu­łem. W pod­wi­nię­tych dżin­sach ruszy­łem oce­anem w stronę Pro­vin­ce­town. Woda była cie­pła, a stopy lekko grzę­zły mi w pia­sku. Koło moich nóg bia­łych jak mąka i mię­dzy nimi prze­pły­wały maleń­kie rybki. Obser­wo­wa­łem kraby zagrze­bu­jące się w pia­chu przede mną. Mniej wię­cej pięt­na­ście minut póź­niej zoba­czy­łem coś tak dziw­nego, że się na to zaga­pi­łem, a im dłu­żej się wpa­try­wa­łem, tym mniej to rozu­mia­łem. Oto na wodzie, na powierzchni oce­anu, stał czło­wiek. Nie miał pod sto­pami łódki ani żad­nego widocz­nego ustroj­stwa do pły­wa­nia. I choć był wysu­nięty daleko w głąb oce­anu, stał pro­sto i pew­nie. Zasta­na­wia­łem się, czy to z prze­mę­cze­nia zaczy­nają roić mi się takie zwidy. Zama­cha­łem do niego; odma­chał, a potem odwró­cił się i dalej stał wpa­trzony w wodę, z dłońmi unie­sio­nymi do góry. Przez długi czas pozo­sta­wał bez ruchu, a ja tak samo, obser­wu­jąc go. Potem zaczął iść ku mnie, jak się zda­wało, po oce­anie.

Doj­rzał moją zdu­mioną minę i wyja­śnił mi, że kiedy w Pro­vin­ce­town nastę­puje przy­pływ, zakrywa plażę i nie widać wów­czas tego, że pod wodą pia­sek jest nie­równy. Pod jej powierzch­nią są bowiem mie­li­zny i pia­skowe górki, a gdy się po nich idzie, ktoś patrzący z zewnątrz może odnieść szcze­gólne wra­że­nie, że stąpa się tu po wodzie. W ciągu następ­nych tygo­dni i mie­sięcy jesz­cze czę­sto widy­wa­łem tego czło­wieka sto­ją­cego pośród wód Atlan­tyku, z wycią­gnię­tymi przed sie­bie dłońmi, trwa­ją­cego tam godzi­nami bez ruchu. Myśla­łem sobie wtedy, że wła­śnie to jest prze­ci­wień­stwo Face­bo­oka -?stać abso­lut­nie nie­ru­chomo, wpa­tru­jąc się z roz­ło­żo­nymi rękoma w ocean.

W końcu dosze­dłem do domu mojego kolegi Andrew. Na powi­ta­nie wybiegł jeden z jego psów. Wybra­li­śmy się we dwóch na kola­cję. Andrew rok wcze­śniej zali­czył tu dłu­gie ciche odosob­nie­nie -?zero tele­fo­nów, zero roz­mów -?i radził mi, by roz­ko­szo­wać się tym bło­go­sta­nem, bo nie potrwa on długo.

-?Dopiero kiedy odsu­wasz na bok to, co cię roz­pra­sza, zaczy­nasz dostrze­gać, od czego sie­bie odcią­ga­łeś -?obja­śnił mi.

-?Oj, Andrew, dra­ma­ty­zu­jesz -?odpar­łem, po czym par­sk­nę­li­śmy śmie­chem.

Póź­niej sze­dłem Com­mer­cial Street, mija­jąc biblio­tekę, ratusz, pomnik ofiar AIDS, cukier­nię z babecz­kami i drag queen roz­da­jące reklamy swo­ich wie­czor­nych wystę­pów, aż wresz­cie usły­sza­łem śpiewy. To w pubie Crown and Anchor pod­śpie­wy­wali sobie ludzie sku­pieni wokół pia­nina. Wsze­dłem tam. Wspól­nie z tymi nie­zna­jo­mymi prze­ro­bi­łem więk­szość par­tii wokal­nych z Evity i Rent. Ude­rzyła mnie ogromna róż­nica mię­dzy prze­by­wa­niem w gru­pie nie­zna­nych mi ludzi i śpie­wa­niem z nimi a kon­tak­to­wa­niem się z gru­pami rów­nież obcych mi ludzi, z tym że za pośred­nic­twem ekra­nów. To pierw­sze roz­ta­pia poczu­cie ego, dru­gie w nie godzi i je drę­czy. Ostat­nią pio­senką, którą odśpie­wa­li­śmy, była A Whole New World.

Do domu przy plaży wra­ca­łem samot­nie o dru­giej w nocy. Roz­my­śla­łem o tym, czym różni się błę­kit­nawa poświata, w którą wpa­try­wa­łem się przez taki kawał życia, co stale wyma­gało czuj­no­ści, od natu­ral­nego oświe­tle­nia, które wszę­dzie wokół mnie przy­ga­sało, mówiąc nie­jako: "Dzień się już skoń­czył, pora spać". Dom przy plaży był pusty. Nie cze­kały na mnie żadne wia­do­mo­ści tek­stowe ani gło­sowe, żadne e-maile -?a jeśli nawet, to dowie­dzieć się o tym mia­łem za trzy mie­siące. Wpa­ko­wa­łem się do łóżka i zapa­dłem w naj­głęb­szy sen, jaki pamię­tam. Obu­dzi­łem się dopiero pięt­na­ście godzin póź­niej.

Tak oszo­ło­miony dekom­pre­sją, odu­rzony mie­szanką zmę­cze­nia i bez­ru­chu, prze­ży­łem nie­mal tydzień. Prze­sia­dy­wa­łem w kawiar­niach i gawę­dzi­łem z nie­zna­jo­mymi. Odwie­dzi­łem biblio­tekę w Pro­vin­ce­town i trzy tam­tej­sze księ­gar­nie, wybie­ra­jąc kolejne książki do prze­czy­ta­nia. Zja­dłem tyle homa­rów, że jeśli w tym gatunku zwie­rzę­cia wyewo­lu­uje kie­dyś świa­do­mość, zostanę zapa­mię­tany jako ich Sta­lin, eks­ter­mi­nu­jący je na skalę prze­my­słową. Uda­łem się pie­szo w miej­sce, w któ­rym Ojco­wie Piel­grzymi przed czte­ry­stu laty po raz pierw­szy zstą­pili na ame­ry­kań­ską zie­mię (by tro­chę się powłó­czyć, nie­wiele zna­leźć i poże­glo­wać dalej, żeby wresz­cie wylą­do­wać na Ply­mo­uth Rock).

Moja świa­do­mość zaczęła kipieć od dziw­nych tre­ści. Na okrą­gło sły­sza­łem w gło­wie pierw­sze frazy pio­se­nek z lat osiem­dzie­sią­tych i dzie­więć­dzie­sią­tych, czyli z cza­sów dzie­ciń­stwa, i od lat nie­sły­sza­nych -?Cat Among the Pige­ons zespołu Bros czy też The Day We Cau­ght the Train grupy Ocean Colour Scene. Bez Spo­tify nie mia­łem moż­li­wo­ści wysłu­chać tych utwo­rów, dla­tego pod­śpie­wy­wa­łem je sobie, cho­dząc po plaży. Co kilka godzin czu­łem, jak wzbiera we mnie obce mi uczu­cie, i zada­wa­łem sobie pyta­nie: "Co to takiego?". "No tak. Spo­kój. A wszystko tylko dla­tego, że zosta­wi­łem gdzieś dwa kawałki metalu? Skąd to poczu­cie zmiany?". Czu­łem się bowiem tak, jak­bym spę­dził lata na trzy­ma­niu dwóch roz­wrzesz­cza­nych boba­sów, któ­rych nękały kolki, a teraz te nie­mow­laki prze­szły w ręce niani, ich krzyki i wymioty zaś prze­stały mnie drę­czyć.

Wszystko tu działo się w wol­niej­szym tem­pie. Nor­mal­nie mniej wię­cej co godzinę śle­dzę ser­wisy infor­ma­cyjne, apli­ku­jąc sobie nie­usta­jące doła­do­wa­nie nie­po­ko­ją­cych fak­tów i sta­ra­jąc się zmik­so­wać je w coś sen­sow­nego. W Pro­vin­ce­town nie musia­łem już tego robić. Co rano kupo­wa­łem trzy gazety i sia­da­łem, żeby je prze­czy­tać, a potem aż do następ­nego dnia nie wie­dzia­łem, co się wyda­rza. Zamiast zma­gać się z bez­u­stan­nym dopły­wem infor­ma­cji przez całe swoje świa­dome życie, raz na dobę doko­ny­wa­łem dogłęb­nego prze­glądu tego, co się działo, a dzięki temu uwagę mogłem też kie­ro­wać na inne rze­czy. Któ­re­goś dnia, nie­długo po moim przy­jeź­dzie, do pew­nej redak­cji w Mary­land wtar­gnął uzbro­jony męż­czy­zna i zastrze­lił pię­cioro dzien­ni­ka­rzy. Jako ich kolega po fachu mocno się tym prze­ją­łem. W nor­mal­nym życiu zaraz po tym zda­rze­niu otrzy­mał­bym pierw­sze wia­do­mo­ści od zna­jo­mych, a potem godzi­nami śle­dził­bym media spo­łecz­no­ściowe, chło­nąc nie­ści­słe rela­cje, z któ­rych stop­niowo wykształ­całby się pełen obraz tego, co się stało. W Pro­vin­ce­town, dzień po tej masa­krze, w ciągu dzie­się­ciu minut pozna­łem czarno na bia­łym przej­rzy­ście podane i tra­giczne szcze­góły tego zda­rze­nia -?wszystko, o czym powi­nie­nem wie­dzieć. Papie­rowe gazety -?te same, które ten mor­derca wziął na cel -?wydały mi się nagle nad­zwy­czaj nowo­cze­snym wyna­laz­kiem, i to takim, jakiego potrze­bu­jemy wszy­scy. Mój nor­malny tryb przy­swa­ja­nia infor­ma­cji, jak sobie uświa­do­mi­łem, gene­ro­wał strach, nato­miast ten nowy styl pozwa­lał dostrzec per­spek­tywę.

Czu­łem się tak, jakby to, co wyda­rzyło się w tam­tym pierw­szym tygo­dniu, powoli otwie­rało moje recep­tory -?na bacz­niej­sze zwra­ca­nie uwagi, na odczu­wa­nie więk­szej więzi. A co to było? To, dla­czego pobyt w Pro­vin­ce­town tak wła­śnie odbie­ra­łem, zaczą­łem rozu­mieć póź­niej, kiedy poje­cha­łem do Kopen­hagi.

Syno­wie Sunego Leh­manna wsko­czyli mu do łóżka, a on już wie­dział -?czuł w trze­wiach -?że coś jest nie tak. Co rano obaj jego chłopcy rzu­cali się na niego i jego żonę, pokrzy­ku­jąc z pod­eks­cy­to­wa­niem, uszczę­śli­wieni tym, że zaczyna się dla nich nowy dzień. O tego rodzaju sce­nach czło­wiek marzy, wyobra­ża­jąc sobie, jakim będzie ojcem, a Sune uwiel­biał swo­ich synów. Miał świa­do­mość, że powi­nien dzie­lić ich radość z tego, że się obu­dzili, i to pełni zapału -?ale każ­dego ranka, jak tylko się poja­wiali, odru­chowo wycią­gał rękę nie do nich, a po coś chłod­niej­szego.

-?Się­ga­łem po tele­fon, żeby spraw­dzić pocztę -?powie­dział mi -?cho­ciaż te nie­sa­mo­wite, cudowne i słod­kie stwo­rze­nia buszo­wały po moim łóżku.

Ile­kroć o tym myślał, było mu wstyd. Sune z wykształ­ce­nia był fizy­kiem, po jakimś cza­sie jed­nak zde­cy­do­wał, że będzie badać -?na Tech­ni­cal Uni­ver­sity of Den­mark, gdzie jest pro­fe­so­rem na Wydziale Mate­ma­tyki Sto­so­wa­nej i Infor­ma­tyki -?co dzieje się nie tylko w fizyce, ale i w nim samym.

-?Dosta­wa­łem obse­sji na punk­cie tego, jak tracę zdol­ność sku­pia­nia się - przy­znał. -?Docie­rało do mnie, że jakoś nie potra­fię kon­tro­lo­wać tego, jak korzy­stam z inter­netu.

Łapał się na tym, że bez­myśl­nie godzi­nami śle­dził w mediach spo­łecz­no­ścio­wych naj­drob­niej­sze wzmianki o takich wyda­rze­niach jak wybory pre­zy­denc­kie w USA, nic tym nie osią­ga­jąc. Odbi­jało się to nie tylko na nim jako na rodzicu, ale też na jego pracy nauko­wej. Opo­wiada:

-?Zda­łem sobie sprawę z tego, że moja praca ponie­kąd polega na tym, że myślę ina­czej niż wszy­scy. Prze­by­wa­łem jed­nak w śro­do­wi­sku, w któ­rym otrzy­my­wa­łem te same infor­ma­cje co każdy i myśla­łem o tych samych rze­czach co inni.

Miał poczu­cie, że pogor­sze­nie kon­cen­tra­cji, któ­rego doświad­czał, dotyka też wiele osób w jego oto­cze­niu. Wie­dział jed­nak także, że na róż­nych eta­pach dzie­jów ludzie byli prze­ko­nani, że są świad­kami jakie­goś kata­stro­fal­nego schyłku na skalę całych spo­łe­czeństw. To zawsze kuszące mylić swój oso­bi­sty regres z regre­sem całego rodzaju ludz­kiego. Sune - będący wów­czas dobrze po trzy­dzie­stce -?pytał sie­bie: "Czy to ja robię się sta­rym zrzędą, czy rze­czy­wi­ście świat się zmie­nia?". To pchnęło go do zaini­cjo­wa­nia, wspól­nie z naukow­cami z całej Europy, naj­więk­szych badań mają­cych przy­nieść odpo­wiedź na klu­czowe pyta­nie: czy nasza zbio­rowa zdol­ność kon­cen­tra­cji naprawdę się zmniej­sza12?

W ramach pierw­szego kroku spo­rzą­dzili listę źró­deł infor­ma­cji, jakie mogliby prze­ana­li­zo­wać. Pierw­szym i naj­bar­dziej oczy­wi­stym był Twit­ter. Ser­wis ten wystar­to­wał w 2006 roku, a Sune swoje bada­nia roz­po­czął w 2014 roku -?do wyko­rzy­sta­nia były więc dane z ośmiu lat. Na Twit­terze można śle­dzić, na jakie tematy ludzie roz­ma­wiają i jak długo trwają te dys­ku­sje. Zespół wziął się więc za sze­roko zakro­joną ana­lizę tych danych. Jak długo oma­wia się na Twit­terze jakiś temat? Czy dłu­gość czasu, przez jaki odbiorcy sku­piają się razem na jed­nej rze­czy, ule­gła zmia­nie? Czy na roz­mowy o kwe­stiach, na któ­rych punk­cie mają obse­sję -?o mod­nych hasz­ta­gach -?ludzie poświę­cają mniej czy wię­cej czasu, jeśli porów­nać to z wcze­śniej­szym okre­sem? Bada­cze doszli do tego, że w 2013 roku temat pozo­sta­wał w gro­nie pięć­dzie­się­ciu naj­bar­dziej oma­wianych przez 17,5 godziny. Do 2016 roku czas ten skró­cił się do 11,9 godziny. Suge­ro­wało to, że łącz­nie w tym ser­wi­sie użyt­kow­nicy sku­piają się na jed­nej rze­czy coraz kró­cej.

"Okej -?pomy­śleli bada­cze -?to daje do myśle­nia, ale może jest to jakaś spe­cy­fika Twit­tera". Zaczęli więc przy­glą­dać się róż­nym innym zbio­rom danych. Spraw­dzili, czego ludzie szu­kają w Google i jak ma się do tego współ­czyn­nik odpływu użyt­kow­ni­ków. Prze­ana­li­zo­wali sprze­daż bile­tów kino­wych -?jak długo cho­dzi się na filmy od czasu okrzyk­nię­cia ich hitami? Prze­ba­dali ser­wis inter­ne­towy Red­dit, by spraw­dzić, ile czasu utrzy­mują się tam tematy. Wszyst­kie dane suge­ro­wały, że coraz mniej kon­cen­tru­jemy się na jakim­kol­wiek poje­dyn­czym zagad­nie­niu (wyją­tek, co intry­gu­jące, sta­no­wiła Wiki­pe­dia, gdzie uwaga poświę­cana tema­towi utrzy­my­wała się na sta­bil­nym pozio­mie). W nie­mal wszyst­kich zbio­rach danych, z jakimi mieli do czy­nie­nia, sche­mat był ten sam. Sune wyja­śnił:

-?Przyj­rze­li­śmy się wielu róż­nym sys­te­mom i w każ­dym z nich dostrze­gli­śmy, że ten trend przy­spie­sza. Nastę­puje szyb­sze osią­gnię­cie szczytu popu­lar­no­ści, a potem rów­nież szyb­szy spa­dek.

Naukowcy posta­no­wili spraw­dzić, od jak dawna tak się dzieje -?i oto doko­nali prze­ło­mo­wego odkry­cia. Zajęli się Google Books, zbio­rem zawie­ra­ją­cym skany milio­nów ksią­żek. Sune i jego zespół posta­no­wili prze­ana­li­zo­wać książki napi­sane od lat osiem­dzie­sią­tych dzie­więt­na­stego wieku po czasy współ­cze­sne. Wyko­rzy­stali do tego pewną metodę mate­ma­tyczną, znaną w nauce jako wykry­wa­nie n-gra­mów, pozwa­la­jącą okre­ślić zwięk­sze­nie i spa­dek wyko­rzy­sty­wa­nia nowych fraz i tema­tów w tek­ście. Kom­pu­tery wykry­wały poja­wia­jące się nowe okre­śle­nia -?choćby "rene­sans har­lem­ski" czy "bez­wa­run­kowy bre­xit" -?oni zaś mogli się prze­ko­nać, jak długo o nich dys­ku­to­wano i na ile szybko dez­ak­tu­ali­zo­wały się jako tematy takich debat. Był to też spo­sób na odkry­cie, jak długo w poprzed­nich latach oma­wiano nowe zagad­nie­nia. Ile tygo­dni bądź mie­sięcy musiało minąć, zanim użyt­kow­nicy się nimi znu­żyli i prze­szli do innych tema­tów? Ana­li­zu­jąc te dane, bada­cze zauwa­żyli, że powstały wykres zaska­ku­jąco przy­po­mina ten pocho­dzący z Twit­tera. Z każdą dekadą, od prze­szło stu trzy­dzie­stu lat, tematy coraz szyb­ciej zarówno się poja­wiały, jak i zni­kały.

Widząc te wyniki, Sune pomy­ślał: "Jasny gwint, to rze­czy­wi­ście prawda... Coś się zmie­nia. Już nie jest po sta­remu".

Był to pierw­szy na świe­cie dowód na to, że nasza zbio­rowa zdol­ność utrzy­my­wa­nia uwagi maleje. Co klu­czowe, dzieje się tak nie od powsta­nia sieci, a przez całe życie moje, moich rodzi­ców i dziad­ków. Inter­net, ow­szem, gwał­tow­nie przy­spie­szył tę ten­den­cję, ale -?co istotne - wspo­mniany zespół bada­czy odkrył, że nie to było przy­czyną.

Sune i jego współ­pra­cow­nicy, chcąc zro­zu­mieć, co napę­dza tę zmianę, opra­co­wali zło­żony model mate­ma­tyczny. Odro­binę przy­po­mina on układy kon­stru­owane przez mete­oro­lo­gów, żeby z powo­dze­niem prze­wi­dy­wać zmiany pogody (wszel­kie szcze­góły tech­niczne tego doko­na­nia, jeśli jeste­ście zain­te­re­so­wani, znaj­dzie­cie w publi­ka­cji wyni­ków ich badań). Model ten został zapro­jek­to­wany tak, żeby poka­zać, jak można spra­wić, by przy­ro­sty i spadki danych nabie­rały coraz szyb­szego tempa, przy­po­minającego odno­to­wy­wane przez nich osła­bie­nie zbio­ro­wej zdol­no­ści utrzy­my­wa­nia uwagi. Stwier­dzili, że powo­dem, iż dzieje się tak za każ­dym razem, może być tylko jeden mecha­nizm. Sys­tem musi być zale­wany coraz więk­szą ilo­ścią infor­ma­cji. Im wię­cej ich się w niego pom­puje, tym mniej czasu mają ludzie na sku­pie­nie się na poje­dyn­czej infor­ma­cji.

-?To fascy­nu­jące wyja­śnie­nie przy­czyny tego przy­spie­sze­nia -?powie­dział mi Sune. -?Dzi­siaj bowiem w sys­te­mie jest po pro­stu wię­cej infor­ma­cji. Jeżeli się­gnąć myślą sto lat wstecz, to oka­zuje się, że wędrówka infor­ma­cji dosłow­nie wyma­gała czasu. Jeżeli w któ­rymś z nor­we­skich fior­dów doszło do jakiejś kata­strofy znacz­nych roz­mia­rów, to żeby ktoś mógł ją opi­sać, trzeba było dotrzeć stam­tąd do Oslo.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1. R.F. Bau­me­ister, J. Tier­ney, Siła woli. Odkryjmy na nowo to, co w czło­wieku naj­po­tęż­niej­sze, tłum. P. Bud­kie­wicz, Poznań, Media Rodzina, 2013. [wróć]

2. J.M. Twenge, iGen: Why Today's Super-Con­nec­ted Kids Are Gro­wing Up Less Rebel­lious, More Tole­rant, Less Happy -?and Com­ple­tely Unpre­pa­red for Adul­thood -?and What That Means for the Rest of Us, New York, Atria Books, 2017, s. 64, za: L. Yey­ke­lis, J.J. Cum­mings, B. Reeves, Mul­ti­ta­sking on a Sin­gle Device: Aro­usal and the Fre­qu­ency, Anti­ci­pa­tion, and Pre­dic­tion of Swit­ching Between Media Con­tent on a Com­pu­ter, "Jour­nal of Com­mu­ni­ca­tions" 2014, vol. 64, issue 1, s. 167-192.\ Zob. też: A. Gaz­za­ley, H.D. Rosen, The Distrac­ted Mind: Ancient Bra­ins in a High-Tech World, Cam­bridge, MIT Press, 2017, s. 165-167. [wróć]

3. V.M. González, G. Mark, Con­stant, Con­stant, Multi-tasking Cra­zi­ness. Mana­ging Mul­ti­ple Wor­king Sphe­res, "CHI'04: Pro­ce­edings of the SIG­CHI Con­fe­rence on Human Fac­tors in Com­pu­ting Sys­tems" 2004 (kwie­cień), vol. 6, no. 1, Vienna, Austria, s. 113-120. Pro­fe­sor Mark opi­suje to sze­rzej w tym wywia­dzie, a dal­sze obja­śnie­nia są dostępne w wywia­dzie, który z nią prze­pro­wa­dzi­łem. Too Many Inter­rup­tions At Work?, "Busi­ness Jour­nal" 2006, 8 czerwca, https://news.gal­lup.com/busi­nessjo­ur­nal/23146/too-many­in­ter­rup­tions-work.aspx.\ Zob. też: C. Marci, A (bio­me­tric) day in the life: Enga­ging across media, refe­rat przed­sta­wiony na kon­fe­ren­cji "Re: Think 2012", New York, NY, 28 marca 2012.\ Bada­nie, w któ­rym uzy­skano podobne (choć nie iden­tyczne) rezul­taty, zob.: L.D. Rosen i in., Face­book and texting made me do it: Media-indu­ced task­swit­ching while stu­dy­ing, "Com­pu­ters in Human Beha­viour" 2013, vol., no. 3, s. 948-958. [wróć]

4. G. Mark, S. Iqbal, M. Czer­win­ski, P. Johns, Focu­sed, Aro­used, but so Distrac­ti­ble: A Tem­po­ral Per­spec­tive on Mul­ti­ta­sking and Com­mu­ni­ca­tions, "CSCW'15: Pro­ce­edings of the 18th ACM Con­fe­rence on Com­pu­ter Sup­por­ted Coope­ra­tive Work & Social Com­pu­ting" 2015 (sty­czeń), s. 903-916; J. Wil­liams, Stand Out Of Our Light: Fre­edom and Resi­stance in the Atten­tion Eco­nomy, Cam­bridge, Cam­bridge Uni­ver­sity Press, 2018, s. 51.\ Zob. też: L. Dab­bish, G. Mark, V. Gon­za­lez, Why do I keep inter­rup­ting myself? Envi­ron­ment, habit and self-inter­rup­tion, "CHI'11: Pro­ce­edings of the SIG­CHI Con­fe­rence on Human Fac­tors in Com­pu­ting Sys­tems" 2011 (maj), s. 3127-3130.\ Zob. też: K. Pat­ti­son, Wor­ker, Inter­rup­ted: The Cost of Task- Swit­ching, "Fast Com­pany" 2008, 28 lipca, https://www.fast­com­pany.com/944128/wor­ker-inter­rup­ted-cost-task-swit­ching. [wróć]

5. J. Mac­Kay, The Myth of Mul­ti­ta­sking: The ulti­mate guide to get­ting more done by doing less, Rescu­eTime (blog), 17 stycz­nia 2019, https://blog.rescu­etime.com/mul­ti­ta­sking/; J. Mac­Kay, Com­mu­ni­ca­tion over­load: our rese­arch shows most wor­kers can't go 6 minu­tes without chec­king email or IM, Rescu­eTime (blog), 11 lipca 2018, https://blog.rescu­etime.com/com­mu­ni­ca­tion-mul­ti­ta­sking-swit­ches/. [wróć]

6. D. Char­les Wil­liam, Fore­ver a Father, Always a Son, New York, Vic­tor Books, 1991, s. 112. [wróć]

7. J. Mac­Kay, Screen time stats 2019: Here's how much you use your phone during the work day, Rescu­eTime (blog), 21 marca 2019, https://blog.rescu­etime.com/screen-time-stats-2018/. [wróć]

8. J. Naf­tu­lin, Here's how many times we touch our pho­nes every day, "Insi­der" 2016, 13 lipca, https://www.busi­nessin­si­der.com/dscout-rese­arch-people-touch-cell-pho­nes-2617-times-a-day-2016-7?r=US&IR=T. [wróć]

9. W ory­gi­nale -?"La vida no puede espe­rar a que las cien­cias expli­quen científicamente el Uni­verso. No se puede vivir ad kalen­das gra­ecas. El atri­buto más esen­cial de la exi­sten­cia es su peren­to­rie­dad: la vida es siem­pre urgente. Se vive aquí y ahora sin posi­ble demora ni tra­spaso. La vida nos es dispa­rada a quemar­ropa. Ya la cul­tura, que no es sino su inter­pre­ta­ción, no puede tam­poco espe­rar", J. Ortega y Gas­set, Misja uni­wer­sy­tetu, tłum. H. Woź­nia­kow­ski, "Znak" 1978 (czer­wiec), s. 725. [wróć]

10. M.J. Croc­kett i in., Restric­ting Temp­ta­tions: Neu­ral Mecha­ni­sms of Pre­com­mit­ment, "Neu­ron" 2013, vol. 79, no. 2, s. 391.\ Arty­kuł z 2012 roku, będący dobrym pod­su­mo­wa­niem tej kwe­stii i aktu­al­nego stanu wie­dzy: Z. Kurth-Nel­son, A.D. Redish, Don't let me do that! -?models of pre­com­mit­ment, "Fron­tiers in Neu­ro­science" 2012, vol. 6, s. 138. [wróć]

11. T. Dubo­witz i in., Using a Gro­cery List Is Asso­cia­ted With a Heal­thier Diet and Lower BMI Among Very High-Risk Adults, "Jour­nal of Nutri­tion, Edu­ca­tion and Beha­vior" 2015, vol. 47, no. 3, s. 259-264; J. Schwartz i in., Heal­thier by Pre­com­mit­ment, "Psy­cho­lo­gi­cal Science" 2015, vol. 25, no. 2, s. 538-546; R. Lado­uceur, A. Blasz­czyn­ski, D.R. Lalande, Pre-com­mit­ment in gam­bling: a review of the empi­ri­cal evi­dence, "Inter­na­tio­nal Gam­bling Stu­dies" 2012, vol. 12, no. 2, s. 215-230. [wróć]

12. P. Lorenz-Spreen, B. M?rch M?nsted, P. Hövel, S. Leh­mann, Acce­le­ra­ting dyna­mics of col­lec­tive atten­tion, "Nature Com­mu­ni­ca­tions" 2019, vol. 10, no. 1. [wróć]