Złodziej tożsamości - Erica Spindler

-
Proszę czekać

 

7

Czwartek, 15 stycznia godzina 9.05

- Dzień dobry, partnerko. - Kitt postawiła na biurku M.C. kubek z kawą. - Dług spłacony.

M.C. z uśmiechem sięgnęła po kubek.

- Niesiesz mi zbawienie, wiesz?

Kitt przytaknęła i usadowiła się na brzegu biurka.

- Jak poszło wczoraj wieczorem?

- Tak, jak można było się spodziewać. Mama już planuje gigantyczne wesele i snuje wizje domu pełnego dzieci. Swoją drogą, jeśli ty i Joe nie macie żadnych planów na sobotę, mama wydaje przyjęcie zaręczynowe.

- Przyjdziemy - obiecała Kitt, grzebiąc w torebce, i po chwili otworzyła puszkę z sokiem.

- Sok warzywny? - M.C. skrzywiła się - Co z tobą?

- To się nazywa desperacja. Trzynaście dni dzieli mnie od chwili, kiedy będę musiała pokazać się publicznie w moim nowym kostiumie kąpielowym. Tym, za którym chodziłam po sklepach w sobotę.

M.C. zrobiła ironiczną minę. To koszmar każdej kobiety, niezależnie od sylwetki i rozmiaru. Ani zabieg na fotelu dentystycznym, ani wizyta u ginekologa nie są dla niej tak traumatycznym przeżyciem, jak zakup nowego kostiumu kąpielowego.

- Daruj sobie słowa otuchy i puste frazesy - dodała Kitt. - Wiem, że Joe kocha mnie taką, jaka jestem, i że mam całkiem niezłą figurę jak na pięćdziesiąt jeden lat. Ale trudno mi się nie porównywać z tymi wszystkimi cholernymi panienkami z ilustrowanych magazynów.

- Puste frazesy? - M.C. pociągnęła łyk kawy. - Miałam zamiar wyrazić swoje współczucie. Znam twój ból.

- Powiedz mi, dlaczego dałam się namówić Joemu na ten wyjazd do Meksyku? - westchnęła Kitt, pocierając nos. - Cóż w tym złego, żeby w styczniu wybrać się do Nowego Jorku albo do Bostonu?

- Dlaczego? Bo tutaj odmrażamy sobie tyłki. Bo wygrzewanie się na plaży u boku ukochanego mężczyzny, kiedy w głowie szumi od kolejnego drinka, to jak wizja nieba na ziemi.

- A potem wkracza rzeczywistość. - Zerknęła na puszkę soku warzywnego, po czym uniosła pochmurne spojrzenie na M.C. - Nie jestem już supermodelką.

Wypowiedziała te słowa z taką powagą, że M.C. parsknęła śmiechem.

- Daj spokój, partnerko. Żadna z nas nie jest. Lepiej porozmawiajmy o Martinie.

Kitt wyglądała na uszczęśliwioną tym, że może na chwilę zapomnieć o kostiumie kąpielowym, i z entuzjazmem zaprezentowała swoje odkrycia.

- W ubiegłym roku przestępstwa internetowe naraziły przedsiębiorców na straty rzędu pięćdziesięciu miliardów dolarów, konsumentów zaś kosztowały pięć miliardów. Wszystkie te liczby z biegiem czasu wzrastają. Jest to nie tylko łatwy zysk dla dzieciaków, które potrafią wykorzystać okazję, ale również trudny do ścigania proceder, który przypomina zbrodnię bez ofiar.

- Niezwykle przekonujące zestawienie.

- I jeszcze jedno - dodała Kitt. - To przestępstwo podlegające władzom federalnym. A wiesz, co to oznacza. Sprawą zajmie się FBI.

M.C. opadła na oparcie fotela i ciężko westchnęła.

- Liczyłam się z czymś takim, ale miałam nadzieję, że możliwie jak najdłużej będzie nas omijać. Kiedy zaczną się do tego mieszać ci goście, my odpadamy. Albo będziemy grać drugie skrzypce przy ludziach, którzy ze swym poziomem umysłowym nie powinni opuścić przedszkola.

- Osobiście najchętniej oddałabym tę sprawę. Jedna sprawa mniej do odbębnienia przed wyjazdem do Meksyku. - Kitt dopiła sok i wyrzuciła puszkę do kosza. - Taka jest szczera prawda.

- To niepodobne do tej Kitt Lundgren, którą znam i uwielbiam.

- Do której się przyzwyczaiłaś. Tej dawnej Kitt dotkniętej pracoholizmem i zaburzeniami nerwicowymi? Jej już nie ma. Ta nowa Kitt jest wyluzowana. Wybiera się na wakacje. Dzień upływa spokojnie, a ona nie ściga się z czasem. Nie szuka sobie wyzwań.

- Muszę to zobaczyć, aby uwierzyć. - M.C. się roześmiała - Chodźmy pogadać z Salem.

Sal poradził im, aby natychmiast skontaktowały się wydziałem FBI zajmującym się przestępczością komputerową. Jeżeli Martin parał się takim procederem, federalni prędzej czy później i tak przystąpiliby do działania, a można by przynajmniej wykorzystać ich umiejętność błyskawicznego zdobywania informacji.

Chociaż M.C. nie była zachwycona taką perspektywą, nie miała innego wyjścia.

Agent specjalny, który kierował wydziałem do spraw przestępczości komputerowej w Rockfordzie, nazywał się Jonathan Smith. Zaproponował im spotkanie, ale poprosił, aby zaczekały na niego kilka godzin. Zgodziły się, wiedząc, że pomoc spada im z nieba.

Smith pojawił się tuż po czternastej. Był wysokim mężczyzną o sympatycznej twarzy i ciemnych włosach lekko przyprószonych siwizną. Jego granatowy garnitur wymagał odprasowania, choć niekoniecznie aż tak dokładnego, do jakiego przywykła konserwatywna komisarz Riggio.

Wyciągnął na powitanie mocną dłoń o zdecydowanym uścisku, po czym przeszli do jednego z pokoi przesłuchań.

- Co już macie? - zapytał, kiedy usiadły.

- Jak dotąd niewiele. - M.C. położyła na stole akta sprawy. - Ofiara to Matt Martin, dwudziestojednoletni informatyk. Zamordowany w weekend. Według wstępnej oceny śmierć mogła nastąpić w nocy z soboty na niedzielę, między późnym wieczorem a wczesnym rankiem.

Kiedy mówiła, Smith otworzył teczkę i przeglądał jej zawartość.

- Co dalej? - zapytał, studiując zdjęcia z miejsca zbrodni.

- Jedyną rzeczą, jaka zaginęła, jest komputer. Jak na bezrobotnego studenta żył na bardzo wysokim poziomie.

- Jego rodzina?

- Żadnej pomocy finansowej od nich - odparła Kitt. - Byli przekonani, że utrzymywał się z naprawy komputerów. Jak na razie nie znaleźliśmy niczego, co by to potwierdzało.

- Przesłuchaliśmy jego nauczycieli - dodała M.C. - Jeden z nich zasugerował, że przestępczość komputerowa może tłumaczyć styl życia ofiary.

Jonathan Smith milczał przez chwilę, nadal uważnie przyglądając się zdjęciom, po czym uniósł wzrok.

- A co z ostatnimi dwudziestoma czterema godzinami jego życia? - zapytał, wodząc oczami od jednej do drugiej.

- Sąsiadka widziała, jak wyciągał listy ze skrzynki w piątek po południu, około szesnastej - relacjonowała M.C. - Miał przy sobie torbę z baru Wendy's. Zapamiętała to, bo zjadł w windzie kilka frytek, a ona sama była na diecie. Wyznała, że te frytki nie dawały jej spokoju przez cały weekend. W końcu odpuściła sobie dietę i zjadła tuczący obiad w niedzielę.

- Wykonał kilka rozmów telefonicznych ze swego mieszkania - ciągnęła Kitt. - W sobotę zamówił pizzę, płacąc kartą kredytową. W ogóle nie ruszał się z domu.

Agent Smith skinął głową, lekko marszcząc brwi.

- Niewątpliwie pasuje do profilu. Odpowiedni wiek. Żonaty z komputerem, nic nie wskazuje na to, by korzystał ze wsparcia finansowego. - Postukał palcem w jedną z fotografii. - Nawet te napoje i niezdrowe żarcie. Czy macie już wyniki badań toksykologicznych?

M.C. potrząsnęła przecząco głową.

- Chociaż nie znaleźliśmy śladów igły ani żadnych przyborów, które świadczyłyby o tym, że coś zażywał. Nic z tych rzeczy.

Smith podniósł się z krzesła.

- Zacznę węszyć. Zdobędę wyciągi bankowe Martina. Wszystko, co uda mi się znaleźć, przekażę wam. Przestępczość komputerowa to nasza działka, ale sprawa morderstwa należy do was. Rozumiem to i będę z wami w stałym kontakcie.

- Doceniamy to - odparła M.C., po czym wskazała palcem na teczkę. - Proszę ją zachować, to jest kopia.

- Dzięki.

Odprowadziły gościa do windy, a gdy drzwi zamknęły się za nim, Kitt spojrzała wymownie na partnerkę.

- Jak na agenta FBI wydaje mi się zbyt ugodowy.

- Zgadzam się z tobą - przytaknęła M.C. - Nic dziwnego, że utknął w biurze regionalnym w Rockfordzie.

 

8

Czwartek, 15 stycznia godzina 17.45

M.C. zajechała pod dom, gdzie czekał na nią jej dwudziestodwuletni kuzyn Tommy Mariano. Jego srebrna honda stała na podjeździe, a z rury wydechowej wydobywały się spiralnie kłęby spalin.

Kiedy zaparkowała obok niego, wyłączył silnik i wyskoczył z samochodu.

- Cześć, kuzyneczko - zawołał. - Ale jesteś punktualna!

- Nie powinieneś stać z silnikiem na chodzie - zganiła go. - To szkodliwe dla środowiska.

- Zaczynałem zamarzać.

- Trzeba było wcześniej zadzwonić. - M.C. wzięła kuzyna w objęcia. - Miło mi cię widzieć. Co cię do mnie sprowadza?

- Słyszałem, że świętujemy w ten weekend.

- Dobre wieści szybko się rozchodzą.

- Łącza poczty pantoflowej w całym mieście już się przegrzewają.

- Wejdź do środka - zaprosiła i roześmiała się.

- Nie mogę uwierzyć, że moja ulubiona kuzynka daje się zaobrączkować - rzekł Tommy, wchodząc za nią do domu.

- Bo słuchałeś ciągle gadania o "beznadziejnej starej pannie".

- Nie, to dlatego, że jesteś zbyt fajna.

- Prawidłowa odpowiedź. Chcesz piwa?

- Dobre piwo nie jest złe.

Wyjęła z lodówki dwie puszki i usadowili się na kanapie. Jej matka miała dwie siostry, Bellę i Catherine. Ciotka Catherine, która była jej matką chrzestną, miała dwóch synów, których dzieliło dziesięć miesięcy. Tommy był starszym z nich, Sam tym młodszym.

Przez moment w pokoju panowała cisza, którą przerwało jedynie ciche posykiwanie otwieranych puszek.

- Właśnie przyszło mi na myśl, że takie rzeczy smakowały znacznie lepiej, kiedy miałam dwadzieścia dwa lata - stwierdziła M.C.

- No tak, zdecydowanie się starzejesz. A mnie wciąż to całkiem nieźle kręci.

Taki komentarz wytrąciłby ją z równowagi kilka tygodni wcześniej, kiedy zbliżały się jej trzydzieste urodziny. Teraz jednak jej nie wzruszał, choć miała już trzydziestkę na karku.

- Co u ciebie nowego? - zapytała.

- Zaczyna się nowy semestr. Ostatni przed zakuwaniem do egzaminu na dyplomowanego księgowego. Mam niezłego pietra.

M.C. też się tym przejmowała. Kiedyś niańczyła Tommy'ego i jego brata.

- A co u Sama? - spytała.

Tommy zawahał się i lekko zrzedła mu mina.

- Znasz go. Wiesz, jakim czasami potrafi być kutasem.

Byli nie tylko braćmi, ale również najlepszymi kumplami, w czym nie przeszkadzały im skrajnie różne charaktery.

- Spróbowałbyś wytrzymać z pięcioma braćmi - odparowała M.C. - Z pięcioma fiutami. No może nie dosłownie.

Tommy nie odpowiadał, wpatrywał się w nią. W wyrazie jego twarzy było coś, co ją zaniepokoiło.

- Coś się dzieje? Kłócicie się z Samem?

Pochwycił jej spojrzenie i otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć, ale zamknął je po chwili. Potem potrząsnął głową i uśmiechnął się kwaśno.

- Nie, między nami wszystko w porządku. Nie chodzi o to, że zaśmieca mi pokój i opróżnia lodówkę.

M.C. nie była co do tego przekonana.

- Wiesz, że zawsze możesz do mnie przyjść, prawda? - powiedziała. - O wszystkim ze mną porozmawiać. Jak wtedy, gdy byliśmy dziećmi.

Tommy pokiwał głową i obrócił puszkę w dłoniach.

- Tylko czy to coś ułatwi? - zapytał z poważną miną. - Samo życie, ot co.

- Szkoda, że nie mogę ci pomóc. - Pociągnęła kolejny łyk piwa. - Niektóre dni są dobre. Niektóre wspaniałe. A większość z nich to kicha. Ale to wyklucza inne możliwości.

Tommy dopił piwo do końca, a jego zazwyczaj beztroska twarz spochmurniała.

- Tak, domyślam się - odparł.

- Domyślasz się? Ile możesz mieć problemów w wieku dwudziestu dwóch lat?

- Zdziwiłabyś się.

- Musisz dać z siebie wszystko - powiedziała M.C. i w tym momencie odezwał się dzwonek jej komórki. Na wyświetlaczu zobaczyła, że to Dan. - Zaczekaj chwilkę, Tommy. Cześć, skarbie.

- Cześć. Władnie zajeżdżam pod dom. Masz ochotę wybrać się na kolację? - usłyszała w słuchawce.

- Konam z głodu - odparła, uśmiechając się do kuzyna. - Przyszedł Tommy. Wstąp, żeby się przywitać.

- Spytaj go, czy nie zechciałby się do nas przyłączyć. Jestem za momencik.

M.C. zakończyła rozmowę i z powrotem skierowała swą uwagę na Tommy'go.

- Więc wyrzuć to z siebie. W czym jest problem?

- Wybacz, kuzyneczko. - Tommy się podniósł. - Nie ma żadnego problemu.

- Gdyby był, powiedziałbyś mi o nim. Prawda?

- Opiekowałaś się nami. Kto był zawsze największą gadułą? Kto nie potrafił dochować tajemnicy, nawet gdyby od tego zależało jego życie?

- Ty - roześmiała się. - Powiedziałeś Samowi, że Święty Mikołaj nie istnieje, i wydałeś mnie, gdy pewnego razu wymknęłam się na imprezę. Mały gnojek.

Tommy uśmiechnął się szeroko i ruszył do drzwi, w których właśnie pojawił się Dan.

- Tak naprawdę to Sam puścił farbę o Mikołaju, nie ja. A ty sobie zasłużyłaś. Miałaś nas niańczyć.

- W czymś przeszkodziłem? - zapytał Dan. - Rodzinne waśnie?

- Tylko przyjazne wspomnienia. - M.C. wstała, podeszła do narzeczonego i pocałowała go, po czym zwróciła się do Tommy'ego: - Chciałbyś zjeść z nami kolację?

- Dzięki, ale wszystkie te miłosne bzdety przyprawiają mnie o mdłości. A poza tym mam zadanie domowe do odrobienia - oświadczył i ruszył na parking.

- Gdybyś zmienił zdanie co do naszej rozmowy, daj mi znać - zawołała za nim.

Tommy obiecał, że tak zrobi, po czym wsiadł do samochodu i odjechał.

 

9

Sobota, 17 stycznia godzina 17.30

Telefon urywał się przez cały dzień. Krewni i przyjaciele dzwonili z gratulacjami. Wieści rozchodziły się szybko i liczba osób zaproszonych na przyjęcie zaręczynowe wciąż rosła.

W samym środku całego tego zamieszania M.C. poczuła ogarniające ją przerażenie.

Otrząsnęła się z niego, przymierzając czerwoną suknię, którą przed kilkoma godzinami kupiła w Cherryvale Mall, doszedłszy do wniosku, że w czarnej wyglądałaby jak w żałobie. Bądź co bądź miała to być radosna uroczystość. Chociaż robiła to bardzo rzadko, jednak zdołała się uporać z fryzurą oraz makijażem i z pewnym siebie uśmiechem otworzyła Danowi drzwi.

Ale udaję. Przecież wciąż mam duszę na ramieniu, przemknęło jej przez myśl.

- No to jesteśmy na miejscu. - Dan wjechał na parking i spojrzał na M.C., słysząc jej ciężkie westchnienie. - Wszystko w porządku?

- Tak... Nie... Nie wiem.

Nachylił się do niej.

- Porozmawiaj ze mną.

Otworzyła usta, przez chwilę nie mogąc wydobyć z siebie głosu.

- Mam wrażenie, że działamy zbyt szybko - odezwała się wreszcie.

- To tylko przyjęcie.

- Nie. - Potrząsnęła głową i zamrugała, próbując powstrzymać łzy. - To również pierścionek. Zdjęcie w gazecie. Obietnica złożona w obecności ludzi, na których mi zależy.

Przez dłuższą chwilę Dan milczał. Wiedziała, że jej słowa go zraniły, ale chciała być uczciwa. Zasługiwał na to. Ich związek na to zasługiwał.

- Chcesz się wycofać? - zapytał łagodnie.

Nie musiała zastanawiać się nad odpowiedzią.

- Nie.

- Dobrze. Zatem weź głęboki oddech i rusz ten seksowny tyłeczek.

Roześmiała się.

- I jak cię nie kochać, skoro ty zawsze wiesz, co powiedzieć?

- Wiesz, że jestem psychologiem - wyjaśnił, otwierając drzwi samochodu.

- Zaczekaj. - Chwyciła go za ramię. - A ty mnie kochasz?

- Szaleńczo.

- I nie przeszkadza ci, że jestem gliną? Śpię ze spluwą pod poduszką, Dan. Pracuję w wariackich godzinach. Często bywam w kostnicy. - Dan otworzył usta, by coś powiedzieć, ale powstrzymała go i mówiła: - Moja rodzina jest liczna i hałaśliwa, a matka to największy wrzód na tyłku. Nigdy nie zaznamy spokoju. Zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie wtykał nos w nasze sprawy. Święta będą obłąkane.

Uśmiechnął się, unosząc kącik ust.

- Skończyłaś?

- Nie - westchnęła. - Nie jestem tradycyjną kobietą i nigdy nie stanę się tradycyjną żoną. Nie mam tego w sobie, Dan.

- Zakochałem się w tobie - odparł. - Przeboje z rodziną to nic niezwykłego. Gdybym potrzebował typowego kobieciątka, znalazłbym sobie takie. Po prostu musisz zaufać.

- Jestem gliną. A gliny nie są zbytnio...

Dan zamknął jej usta pocałunkiem i od razu ogarnął ją spokój.

- Gotowa, by iść na przyjęcie?

Skinęła głową, po czym obydwoje wygramolili się z samochodu i przeszli przez zapchany parking.

Położona w starej części miasta restauracja Mama Riggio była pierwszym lokalem, jaki otworzyli jej bracia. M.C. lubiła ją najbardziej. Wkomponowana była w rząd modnych i stylowych sklepików i knajpek o odnowionych fasadach, które tak bardzo pasowały do klimatu Rockfordu. Przynajmniej tego Rockfordu, jaki zapamiętała z dzieciństwa, zanim we wschodniej część miasta nie zaczęły wyrastać ekskluzywne osiedla mieszkaniowe i nowe, lśniące centra handlowe z sieciami barów oferujących dania z różnych stron świata.

M.C. i Dan weszli do lokalu. W restauracji i barze panował tłok, a skoczna włoska muzyka zagłuszała gwar rozmów. Dostrzegła ich kelnerka; pomachała im na powitanie i podeszła, by pogratulować.

- Wszyscy już czekają w sali bankietowej - dodała.

Nagle Dan zauważył siedzącego przy barze Erika, który w tym samym momencie dostrzegł ich i skinął, by podeszli. Trzymając narzeczoną za rękę, Dan torował jej drogę poprzez tłum ludzi. M.C. od razu zauważyła, iż obaj mężczyźni tak bardzo różnią się od siebie, że trudno uwierzyć w łączącą ich przyjaźń. Dzieliły ich: różnica wieku - dziesięć lat - i dwa odmienne światy, jeśli chodzi o środowisko, w którym się wychowali. Nawet pod względem powierzchowności stanowili przeciwieństwa. Erik był przystojny niczym gwiazdor filmowy. Miał jasne włosy lekko przyprószone siwizną, a kilkudniowy zarost nadawał mu seksowny wygląd.

Dan był młodszy, ciemnowłosy i solidniej zbudowany. Miał łobuzerski wdzięk typowy dla chłopców z zachodnich dzielnic Rockfordu, obdarzonych ulicznym instynktem i chodzących z dumnie podniesioną głową. Ci notoryczni zawadiacy nigdy nie cofali się przed żadną bójką i na dowód tego obnosili liczne blizny. M.C. zdążyła się przekonać, że każdy z jej pięciu braci na swój sposób odpowiadał tej charakterystyce.

Ci dwaj mężczyźni mieli jednak ze sobą również wiele wspólnego. Obaj byli psychologami i pomagali młodym ludziom. Poznali się, kiedy Dan podjął pracę w młodzieżowym ośrodku interwencji kryzysowej założonym przez Erica, by zapewnić opiekę psychologiczną dzieciakom, których rodzice nie mogli sobie pozwolić na zapłacenie stu dolarów za godzinę terapii.

- O Boże, jesteś prześliczna. - Eric pocałował M.C. w policzek, po czym zwrócił się do Dana: - Cholerny z ciebie szczęściarz. Jak zwykle.

Jak na ironię komentarz ten pochodził od zdeklarowanego członka klubu w czepku urodzonych. Podobnie jak bardzo nikły odsetek światowej populacji, Erik uzyskał za jednym zamachem urodę, rozum i bogactwo.

- Moje gratulacje - odezwał się znowu do M.C. - Ustaliliście już datę?

- Nie. - Roześmiała się. - I jestem pewna, że do końca tygodnia usłyszę takie pytanie od piętnastu różnych ciotek.

- Moglibyście uciec.

- Niezły pomysł. - Dan otoczył narzeczoną ramieniem. - Co ty na to, skarbie?

- Moja matka by się zabiła. Albo zabiłaby ciebie.

- Dobre podejście. Nie ma to jak odrobina ekstrawagancji.

Erik zapłacił za swojego drinka i wszyscy udali się do sali bankietowej. Na ich widok zebrani obrócili się w ich stronę i zaczęli bić brawo. M.C. poczuła się dziwnie.

Czym zasłużyłam sobie na taki aplauz? Tym, że się zakochałam? Albo jestem kochana? Niczego wielkiego nie dokonałam. A zamiast tego sama otrzymałam cudowny dar.

Witali się ze wszystkimi po kolei. Kiedy przyszła kolej na Tommy'ego i Sama, każdy z nich wygłosił bełkotliwe gratulacje, zionąc piwem i zgniatając ją w niedźwiedzim uścisku.

- Mam nadzieję, że żaden z was dzisiaj nie prowadzi.

- Daj spokój, kuzyneczko. Jesteśmy wyluzowani.

Wyluzowani nie było określeniem, którego by użyła. Raczej odurzeni.

- Zauważyłam - odparła. - Czy powinnam uznać, że rozwiązaliście wasze problemy?

- Ja nigdy nie mam problemów z moim wielkim bratem - obruszył się Sam. - Jest moim idolem.

Oddalili się ze śmiechem, jak to czasem robią młodzi ludzie, kiedy zdarzy im się wypić o jedno piwo za dużo. M.C. postanowiła tego wieczoru poprzestać na wodzie mineralnej. Nie zależało jej, by na swoim przyjęciu pełnić rolę kierowcy, ale ktoś musiał podjąć się tego zadania.

Spojrzała w stronę Dana i zauważyła, że zdecydował się na colę. Widząc jej spojrzenie, posłał jej całusa. Kuzyni zanosili się od śmiechu.

- Pewnego dnia wy będziecie się żenić, a wtedy przypomnę wam, jacy byliście okropni - zawołała.

- Cieszymy się razem z tobą - oświadczył Tommy. - Jesteśmy szczęśliwi, że wychodzisz za mąż.

- O tak - wtrącił się Sam. - Uwielbiamy śluby. A właściwie przyjęcia ślubne. Wszystkie te damy, które popijają szampana i wprawiają się w romantyczny nastrój.

- Wiecie, jakie z was świnie?

Oczywiście wiedzieli. I byli dumni z tego faktu. Kiedy M.C. pozostawiła ich, podchmielonych i wesołych, podszedł do niej Dan.

- Coś się stało? - zapytał.

Kiedy wyjaśniła mu, o co chodzi, zaczęły się toasty. Polało się jeszcze więcej alkoholu i wszyscy stali się jeszcze bardziej towarzyscy i rozmowni. Przyjęcie toczyło się w najlepsze, dopóki nie pojawiła się znana ze swoich intryg Gina DeLuca, kuzynka M.C. poczuwająca się do roli jej życiowej wyroczni.

- Cześć, Mary Catherine - przywitała się, po czym zwróciła się do Dana ochrypłym szeptem: - Jak to miło cię widzieć, Dan.

- Wy się znacie? - zdziwiła się M.C. i zmarszczyła brwi, widząc, że jej narzeczonego wytrąciło z równowagi to spotkanie.

- Pracowaliśmy razem - wyjaśnił. - W ośrodku dla młodzieży.

- Jestem asystentką Erika. Przyszłam tu z nim dzisiaj.

Dan znów się zmieszał i M.C. postanowiła zapytać go o to później. Nie zauważyła, aby Gina towarzyszyła Erikowi, ale jej kuzynka była dość ruchliwa i wszędobylska.

- To było cudowne, Dan. Moje gratulacje - powiedziała Gina, po czym obróciła się i odeszła.

Obydwoje odprowadzili ją wzrokiem.

- Nie należy do moich ulubionych krewnych - oświadczyła M.C., spoglądając na Dana. - To długa historia.

- Zauważyłem. - Zawiesił głos. - Czy chciałabyś mi coś opowiedzieć?

- Nie dzisiaj. Czuję się zbyt szczęśliwa. - Ścisnęła jego dłoń. - Ale jestem zaskoczona, że Erik ją tu przyprowadził. Nie sądziłam, że jest w jego typie.

- Wszystkie kobiety są w jego typie. Chociaż też jestem zaskoczony.

Chwilę później M.C. obległy matka i ciotki, a Dan wymknął się, by uciąć sobie pogawędkę z przyjacielem.

- O nic nie musisz się martwić - oznajmiła matka, która wraz z ciotkami wygłaszała pochwały wielkiego wesela. - Ja za wszystko zapłacę.

- To szaleństwo, mamo - zaprotestowała M.C. - Ja i Dan mamy własne pieniądze.

- Twój ojciec, Panie, świeć nad jego duszą, i ja przygotowaliśmy się na to.

- Przygotowaliście się?

- Co miesiąc odkładaliśmy trochę pieniędzy.

Na ślub? Niektórzy rodzice odkładają na kształcenie dzieci, a jej oszczędzali na ślub.

- Nie wiem, co powiedzieć, mamo.

- To rodzice panny młodej wydają ją za mąż. Tak to już jest.

- A ponieważ musiała ciułać tak długo, będziecie mieli wielkie wesele - wtrąciła się ciotka Bella.

- Wystawne wesele - dodała ciotka Catherine.

- Dan i ja nie rozmawialiśmy o tym, jak wielkie... - M.C. zerknęła ponad ramieniem matki i zauważyła Dana, który rozmawiając z Giną, nachylał się do niej, ona zaś położyła dłoń na jego ramieniu.

- Jestem twoją matką chrzestną, więc mnie posłuchaj. - Ciotka Catherine z powrotem przyciągnęła jej uwagę. - Twoja matka czekała na tę chwilę przez trzydzieści lat, więc pozwólcie jej się tym nacieszyć.

M.C. spochmurniała. Uznała, że spieranie się, iż jest to jej ślub, mogłoby zostać poczytane za przejaw niewdzięczności. Był to jej pierwszy oficjalny krok ku przepoczwarzeniu się w pannę młodą z prawdziwego zdarzenia. Podczas gdy ciotka wymieniała wszelkie dobrodziejstwa wystawnego wesela, M.C. ponownie zerknęła tam, gdzie stali Dan i Gina, jednak obydwoje zniknęli.

Przyjrzała się uważnie rzednącemu tłumowi, ale nie dostrzegła żadnego z nich. Poczuła, jak jeżą się jej włosy na karku, i zganiła się za to w myślach. Samo to, że straciła ich z oczu, nie musiało wcale oznaczać, że zaszyli się gdzieś razem. Niechęć Dana do jej kuzynki była zbyt wyraźna. Poczuła niewielką ulgę, uświadomiwszy sobie, że nie widzi również Erika.

- Mary Catherine? Czy ty mnie słuchasz?

- Oczywiście. - Uśmiechnęła się do ciotki. - Twoje pomysły są doskonałe. Ale właśnie widzę, że paru moich gości zbiera się do wyjścia. Przepraszam na chwilę.

Nie było to kłamstwo, chociaż potrzebowała wymówki. Przy barze dostrzegła Dana w towarzystwie Kitt i Joego. Gina zniknęła. M.C. musiała przyznać, że ogarnęło ją coś więcej niż lekka paranoja.

- Cześć, skarbie. - Dan otoczył ją ramieniem i przyciągnął do siebie. - Znalazłaś mnie. Wybaczysz mi?

Znów poczuła gęsią skórkę i znów się otrząsnęła.

- Co miałabym ci wybaczać?

- Że zostawiłem cię samą z matką i siostrami. Czy to było straszne?

- Potworne. Będziesz to musiał odpokutować.

Kitt i Joe wykorzystali tę sposobność, by opuścić lokal. W ciągu trzydziestu minut większość przyjaciół i krewnych również opuściła restaurację. M.C. i Dan wyszli na parking, gdzie zastali ciotkę Catherine, która szarpała się z Samem i Tommym, chcąc odebrać temu drugiemu kluczyki do samochodu.

- Mogę jechać - wybełkotał Tommy i poklepał maskę swej hondy. - Nie zostawię tutaj mojej ślicznotki. Nie ma mowy.

- Jesteś pijany. - Matka zmierzyła go wzrokiem, po czym przyjrzała się Samowi. - Obaj jesteście pijani.

- On jest bardziej pijany ode mnie - rzekł Sam z dumą i posłał bratu głupkowate spojrzenie. - Z alkoholem radzę sobie lepiej niż ty.

- Wypchaj się, pacanie.

M.C. wkroczyła do akcji.

- Przykro mi, chłopcy, ale żaden z was nie będzie prowadził. I chyba nie muszę wyciągać odznaki. Poproszę kluczyki.

Kiedy wyciągnęła rękę, Tommy sprawiał wrażenie, jakby chciał się kłócić, zamiast tego jednak postanowił zwymiotować. Na szczęście zdołał oddalić się od samochodu, zanim spełnił swój zamiar.

- Jest naprawdę sponiewierany - zmartwiła się ciotka. - To do niego niepodobne. Do Sama tak, ale nie do Tommy'ego.

M.C. posłała przepraszające spojrzenie Danowi, który uśmiechnął się i włączył do rozmowy.

- Żeby było bezpiecznie, zabierz Tommy'ego ze sobą - zwrócił się do ciotki Catherine. - Ja odprowadzę jego samochód pod dom, a M.C. pojedzie za nami moim. I tak mamy po drodze.

M.C. przyglądała się, jak Sam i Dan pakują Tommy'ego do samochodu jego matki.

- Czy właśnie to miałaś na myśli, opowiadając mi wcześniej o swojej rodzinie? - zapytał Dan, wręczając jej kluczyki do swego samochodu.

- Witaj w moim świecie. Czyżbyś chciał się rozmyślić?

- Za żadne skarby.

Wspięła się na palce i pocałowała go w policzek.

- Do zobaczenia u Tommy'ego.

Odprowadziła go wzrokiem, gdy wyjeżdżał z parkingu, a później pobiegła do jego sedana. Po chwili siedziała za kierownicą i włączała się do ruchu.

Ulice były prawie puste, więc dotarła pod dom Tommy'go w niedługim czasie. Dan już tam był. Zaparkowała tuż obok hondy i czekała, ale on się nie pojawiał. Kiedy wysiadła z samochodu i podeszła bliżej, zdała sobie sprawę, że zasnął. Siedział z głową odchyloną na oparcie i zamkniętymi oczami.

M.C. zapukała w szybę.

- Dan?

Nie poruszył się. Z oddali dobiegało wycie syren policyjnych, któremu zawtórowało ciężkie łomotanie jej serca. Ogarnięta paniką gwałtownie otworzyła drzwi i szarpnęła go za ramię. Dan opadł bezwładnie do przodu, uderzając twarzą o kierownicę. W nozdrza uderzył ją zapach prochu. Cofnęła rękę i poczuła wilgoć na palcach. Uświadomiła sobie, że to krew. Stała, przyglądając się swojej dłoni, a w jej gardle wzbierał krzyk. Nadjechały trzy radiowozy, miotając wokół szaleńcze błyski niebieskiego światła. Jeden z funkcjonariuszy odepchnął ją na bok i zajął się Danem.

Jak w zwolnionym tempie M.C. osunęła się na kolana, jedną rękę przyciskając do brzucha, a drugą trzymając przy ustach. Przyglądała się ze zgrozą, jak policjanci próbują ratować jej narzeczonego, i słyszała, jak przeklinają swoją bezsilność.

- Przerywamy reanimację - jeden z nich zameldował przez radio. - Powiadomcie wydział zabójstw i biuro koronera. Zabezpieczamy miejsce zbrodni.

 

1

Rockford, Illinois Sobota, 11 stycznia 2009 godzina 3.05

Matt Martin, dwudziestojednoletni haker, gwałtownie otworzył oczy. Wyraz dezorientacji malujący się na jego zaspanej twarzy szybko ustąpił miejsca przerażeniu, kiedy zdał sobie sprawę, że w sypialni ktoś jest. Ten ktoś przystawiał mu pistolet do głowy, opierając lufę między oczami, tuż nad nasadą nosa.

- Cześć, synku. - Człowiek zwany Egzekutorem uśmiechnął się ponuro.

Chłopak zamarł z przerażenia. Poruszył ustami, ale nie wydobył się z nich żaden dźwięk.

- Ta spluwa, którą trzymam przy twojej głowie, to nic nadzwyczajnego. Zwykła, samopowtarzalna trzydziestka ósemka. Wystarczy, że działa - mówił niskim, łagodnym głosem. - Niezwykłe w tej sytuacji jest to, jak blisko siebie znajdują się broń i cel, czyli twój mózg. Kiedy nacisnę spust, nabój eksploduje w komorze i pocisk wystrzeli z lufy, wwiercając się w twoją czaszkę. W efekcie mózg rozpryśnie ci się z tyłu głowy. - Egzekutor mocniej zacisnął palce na rękojeści pistoletu. - Odgłos wystrzału będzie stłumiony, bo wylot lufy przyciskam mocno do twojego czoła, a cały bajzel wsiąknie w poduszkę, pościel i materac.

Chuderlawy młodzieniec zaczął dygotać, a powietrze wypełnił zapach moczu. Jego oczy zaszkliły się od łez.

- Zadam ci kilka pytań - ciągnął Egzekutor, nie zważając na przerażenie chłopaka. - Twoje życie zależy od tego, jakich udzielisz mi odpowiedzi. Wiem, kim jesteś i czym się zajmujesz. Chcę odzyskać to, co mi ukradłeś.

- Nie wiem, o co...

- Gdzie to jest?

- Ale co? Ja nie... Kim pan...

- Jestem gościem, którego nie powinieneś był wyruchać. Chcę odzyskać informacje. I moje pieniądze. - Mężczyzna tak mocno docisnął pistolet, że chłopiec zaskowyczał. - No i jak myślisz, synku? Załatwimy to elegancko? Czy będzie smród?

- Elegancko - wyszeptał chłopak.

- Zwinąłeś trochę informacji. I trochę forsy. Pięćset patyków.

W pełnych strachu oczach coś błysnęło. Nikt nie zapomina o takich pieniądzach. Zwłaszcza taki nędzny gnojek, który natknął się na nie przypadkiem.

- Widzę, że już zaczynamy odbierać na tej samej fali. Bardzo dobrze.

- Nie zabrałem pańskich pieniędzy.

- Więc kto to zrobił?

- Nie wiem. - Głos chłopaka przybierał na sile. - Nikt!

Jego rozbiegane oczy były wyraźnym sygnałem, że kłamie. Egzekutor niemalże mógł się wsłuchać w jego myśli. Umysł chłopaka miotał się w poszukiwaniu drogi ucieczki i rozważał wszystkie możliwości. Dać mu te informacje? Ile trzeba albo ile wystarczy, żebym uszedł z życiem? Czy ośmielę się skłamać? Walczyć czy błagać o litość? I jakie będą konsekwencje każdego z tych posunięć?

Egzekutor wiedział, że wszystkie zwierzęta reagują w taki sam sposób w obliczu zagrożenia. Walczą o przetrwanie, uciekając się do wszelkich dostępnych sztuczek. W ciągu lat zdążył poznać je wszystkie. Niektóre drapieżniki są jednak tak bystre i zręczne, że walka okazuje się równie wzniosła, jak daremna.

- Nie chcę cię skrzywdzić, Matt. Ale to zrobię. Policzę do trzech, a potem pociągnę za spust. Jeden - zaczął odliczać spokojnym głosem. - Dwa...

- No dobra. Znalazłem je, ale ich nie ruszyłem!

- Więc kto? Nazwisko.

- Nie znam. Wiem tylko, jaki ma adres mailowy i nick. To marioman. Na Yahoo. Proszę sobie sprawdzić. Na moim laptopie. Mam konto Gunner35, a hasło to 121288. Tam jest wszystko. Przysięgam... proszę sprawdzić. - Chłopak mówił coraz głośniej.

- Dobrze postąpiłeś, Matt. - Egzekutor zatkał mu usta dłonią w rękawiczce. - Naprawdę dobrze. Dziękuję ci.

Potem wykonał błyskawiczny ruch, skręcając młodzieńcowi kark, zanim ten zdążył się zorientować, co się dzieje. Matt Martin zmarł, wydając z siebie zaledwie ciche rzężenie.

 

2

Środa, 14 stycznia godzina 2.00

Skąpany w blasku księżyca pokój miał lodowato niebieską barwę. Komisarz Mary Catherine Riggio wyśliznęła się z łóżka, włożyła szlafrok i podeszła do okna. Pełnia księżyca zamienił zimową noc w swoistą strefę zmierzchu, surrealistyczny krajobraz zawieszony między światłem a mrokiem.

- Dobrze się czujesz?

Spojrzała przez ramię w stronę łóżka. Widok leżącego w nim mężczyzny wywołał jej uśmiech. Podobało się jej, jak na nią patrzy.

- W porządku. Nie mogłam zasnąć, i tyle. Przepraszam, że cię obudziłam.

- Nie obudziłaś.

- Kłamca. - Odwróciła się z powrotem do okna. - Ale tu pięknie.

- Ty jesteś piękna.

Nigdy nie myślała o sobie w ten sposób. Była typem chłopczycy, która miotała się, by dotrzymać kroku swym pięciu braciom. On jednak sprawił, że poczuła się piękna. Poczuła się kobieca.

Dan Gallo wkroczył w jej życie i dzięki niemu uwierzyła w rzeczy, w które nigdy dotąd nie wierzyła.

- Wyjdź za mnie.

Znów obejrzała się na niego.

- Bardzo śmieszne.

- Czy wyglądam, jakbym żartował?

M.C. badawczym wzrokiem zlustrowała jego poważną minę.

- Postradałeś rozum - ubrała w słowa pierwszą myśl, jaka przyszła jej do głowy.

- Dlaczego?

- Zaledwie się znamy.

- Od sześciu miesięcy.

- To niezbyt długo.

- Kiedy przychodzi ten czas, to się czuje. A ja czuję, że przyszedł.

Uporczywie wpatrywał się jej w oczy. W popłochu zacisnęła wargi. Ostatnich sześć miesięcy było najszczęśliwszym okresem w jej życiu. Kuzyn Sam przedstawił ją temu eleganckiemu psychologowi, a potem długo nagabywał, aby pozwoliła mu się zaprosić na kolację. Jeszcze teraz słyszała jego argumenty: "W czym widzisz problem? Jest przystojny i wolny. I jest Włochem. Czego więcej mogłabyś chcieć?".

Nie jest gliną. Odhaczone. Nie jest psychopatycznym mordercą. Odhaczone.

Niemal zbyt piękne, by mogło być prawdziwe. Wybrała się zatem na randkę. Ta pierwsza pociągnęła za sobą kolejne, a po kilku tygodniach spędzali ze sobą każdą wolną chwilę.

Perspektywa zaangażowania się wciąż wzbudzała jej przerażenie, ale jeszcze bardziej przerażała ją myśl, że mogłaby go stracić.

- Co z tobą, M.C.? - łagodnie spytał Dan. - A ty czujesz, że przyszedł ten czas?

Boże święty, poczułam to, pomyślała, zaciskając powieki.

Dan usiadł na łóżku, a kołdra ześliznęła się z niego, odsłaniając nagie ramiona i klatkę piersiową.

- Kupiłem pierścionek - oznajmił.

- Nie zrobiłeś tego.

- A owszem, zrobiłem. - Jego usta wykrzywiły się w uśmiechu, który uwielbiała. - Ale nie pokażę ci go, dopóki nie powiesz "tak".

Chciała mu to powiedzieć. Ale była policjantką. I kiedyś mocno się sparzyła, więc lekkomyślność nie leżała w jej naturze.

Otworzyła usta, by poprosić go o więcej czasu, ale zamiast tego wymknęło się jej krótkie "tak". To jedno słówko wydało się jej tak odpowiednie, że powtórzyła je ze śmiechem:

- Tak. Wyjdę za ciebie.

Dan wydał z siebie radosny okrzyk i wyskoczył z pościeli. Spotkali się w pół drogi, porwał ją w ramiona i zakręcił dookoła. Potem opadli na łóżko, śmiejąc się i całując na przemian, i szepcząc niczym dzieci, które dzielą się ze sobą najskrytszymi tajemnicami.

- Chcesz dostać pierścionek? - zapytał. - Żeby formalności stało się zadość?

- A pewnie. W przeciwnym razie wciąż będę wolna - odparła kokieteryjnym tonem.

Nieznośny dzieciuch.

Pocałował ją znowu i wstał z łóżka, a po chwili wrócił, niosąc małe skórzane pudełeczko.

Otworzyła je drżącymi palcami. Pierścionek był niewymyślny, skromny, z jednym szmaragdowym oczkiem. Wsunął go na jej palec. Pasował idealnie. Do oczu napłynęły jej łzy.

- Jeśli ci się nie podoba, jubiler powiedział, że można go wymienić...

Podniosła na niego wzrok.

- Jest cudowny.

- Jesteś pewna? Chciałbym, żebyś miała pierścionek, który...

- Kocham cię - wyszeptała, dosięgając ustami jego ust, a potem obydwoje opadli na materac i pokazała mu, jak bardzo ją uszczęśliwił.

 

3

Środa, 14 stycznia godzina 5.40

Zanim pierwsze promienie słońca zdążyły przebić się na horyzoncie, dzwonek telefonu wyrwał M.C. ze snu w ciepłych objęciach Dana.

Zabójstwo. W śródmieściu. Osiedle Rock River Towers.

Kiedy pół godziny później zajeżdżała na parking przed kompleksem apartamentowców, wciąż jeszcze czuła się opatulona kokonem miłości. Rock River Towers od dawna uchodziło za jedno z najbardziej ekskluzywnych osiedli w mieście. Czternaście pięter. Wygody. Widok na rzekę. Kiedy cała dzielnica straciła na świetności, jego blask również z czasem wyblakł, ale na pewno nie całkowicie.

Przygotowując się na podmuch mroźnego powietrza, M.C. zgasiła silnik i wysiadła z samochodu. Spodziewała się, że mieszkając całe życie w północnym Illinois, przywyknie do zimna, ale w takie poranki jak ten marzyła o przeprowadzce na Florydę.

Kuląc się otulona w płaszcz, potoczyła wzrokiem dookoła. Zauważyła cztery radiowozy, wśród których rozpoznała taurusa należącego do Kitt, jej partnerki. Pozostałymi przyjechali ludzie z Wydziału Dochodzeniowego. Podeszła do stojącego najbliżej funkcjonariusza.

- Jak leci, Grazzio? - przywitała się ze starszym policjantem o pękatej sylwetce.

- Zimno mi i jestem głodny - odpowiedział. - I już za stary na taką gównianą robotę.

- Opowiedz, co tam mamy?

- Jak wynika z prawa jazdy, niejaki Matt Martin. Mieszkał pod 510. Zgadza się z nazwiskiem na skrzynce pocztowej.

- Coś jeszcze?

- Studiował zaocznie w Rock Valley, informatykę. Tyle wiadomo od sąsiada.

Dwuletnie studium Rock Valley, nazywane pieszczotliwie przez miejscowych Grajdołkiem.

- Kto go znalazł?

- Sąsiad zadzwonił. Z powodu smrodu.

- Macie dane informatora?

- Jasne. Ofiara nie żyje już od jakiegoś czasu.

M.C. nie pytała nawet, od jakiego, gdyż to miał określić patolog i technicy.

Wychodząc z windy na czwartym piętrze, poczuła ostry fetor. Wyciągnęła z kieszeni słoiczek kremu mentolowego, rozsmarowała sobie odrobinę pod nosem i ruszyła w głąb korytarza.

Zapach byłby ledwo uchwytny, gdyby drzwi mieszkania nie były otwarte. Przypomniała sobie, jak kiedyś popsuła się zamrażarka stojąca w piwnicy jej domu rodzinnego. Nikt nie miał o tym pojęcia, dopóki jej brat Max nie otworzył drzwiczek. Smród unosił się w domu jeszcze przez kilka miesięcy.

Przez jakiś czas sąsiedzi Martina będą musieli swoje odcierpieć.

M.C. podeszła do drzwi z numerem 510 i przywitała się ze stojącym na warcie policjantem, który wręczył jej grafik. Podpisała go i podała mu z powrotem.

- Skontaktowaliście się z biurem koronera?

Policjant mruknął potakująco, a ona weszła do mieszkania, z którego bił duszący upał, i natychmiast poczuła mrowienie pod wełnianym swetrem. Jej partnerka, komisarz Kitt Lundgren, wystawiła głowę zza drzwi sypialni. Ta weteranka Wydziału Zabójstw, która niedawno przekroczyła pięćdziesiątkę, doświadczyła wiele z tego, co życie ma najgorszego do zaoferowania, ale tylko ją to wzmocniło. Kiedy przydzielono je razem do głośnej sprawy Mordercy Śpiących Aniołków, M.C. uznała Kitt za wypalony, beznadziejny przypadek i buntowała się przeciwko działaniu z nią w duecie.

Teraz nie wyobrażała sobie pracy bez niej.

- Ciało jest tutaj - powiedziała Kitt.

M.C. ruszyła do niej, omijając rozrzucone rzeczy.

- Na ile jest ustawiony termostat? - zapytała. - Na trzydzieści?

- To by pomogło ustalić czas zgonu. Może został zabity, zanim wzrosła temperatura na zewnątrz. Jak było w ostatni weekend?

- Niewiele ponad zero. Czy możliwe, że sprawca chciał przyspieszyć proces rozkładu?

- A ja przychodzę jak zwykle ostatni - zawołał komisarz z Wydziału Dochodzeniowego, Rich Miller, wchodząc do pokoju.

Funkcjonariusze Wydziału Dochodzeniowego spełniali na miejscu zbrodni rolę techników kryminalnych. To do nich należało zbieranie i badanie dowodów, zdejmowanie odcisków palców, robienie zdjęć, a nawet wyłapywanie insektów żerujących na zwłokach.

- Biedna Mary Catherine - odezwał się Bobby Jackson, nowicjusz w zespole dochodzeniowym, robiąc jej zdjęcie. - Wyrwali ją z miłego, cieplutkiego łóżeczka.

Nawet w połowie nie zdajesz sobie sprawy, z jak miłego.

Uśmiechnęła się na samą myśl, zastanawiając się, ile czasu upłynie, zanim Kitt zauważy jej pierścionek. Z jednej strony miała ochotę krzyczeć ze szczęścia, z drugiej jednak wolała zachować to dla siebie jeszcze przez chwilę.

- Chyba nie macie nic przeciw temu, żeby poświęcić panu Martinowi trochę uwagi - odezwała się i nie czekając na odpowiedź, podeszła do ofiary.

Denat spoczywał na plecach, przykryty kołdrą aż po pachy, a jego głowa była skręcona pod nienaturalnym kątem. Jedną rękę miał schowaną pod pościelą i złożoną na piersi, druga leżała na wierzchu, wyciągnięta wzdłuż jego boku. Nic nie wskazywało na to, by bronił się przed napastnikiem, choć mogło to być mylne wrażenie.

Miał długie, kościste ciało zwieńczone czupryną wyblakłych blond włosów. Zarówno w sypialni, jak i w salonie walały się opakowania po tanim, niezdrowym jedzeniu. Na obu szafkach nocnych stało pół tuzina pustych puszek po napojach energetyzujących. Wyglądało na to, że jego ulubionym był red bull.

Przyglądała się im. Tego rodzaju napoje stały się popularne wśród młodych ludzi. Zbyt popularne. A media rozpuszczały historie o ich używaniu i nadużywaniu.

Czy potrzebował tych nasyconych kofeiną płynów, aby nie zasnąć? - zastanawiała się. - Żeby się uczyć? Czy robił coś innego?

- Żadnych śladów krwi - stwierdziła Kitt.

M.C. obejrzała dokładnie rękę leżącą na kołdrze.

- Paznokcie wydają się czyste.

- Zobacz to. - Kitt pokazała jej zaogniony ślad na czole, między oczami nieboszczyka.

Był idealnie okrągły, jak kółko na środku tarczy strzelniczej.

- Od czego to, do cholery? - M.C. zmarszczyła brwi.

- Nasza ofiara znalazła się w nieciekawym położeniu, panie komisarze.

Odwrócili się. Zdanie to wypowiedział Francis Xavier Roselli, główny patolog z zakładu medycyny sądowej. Jako gorliwy katolik, przybywając na miejsce zbrodni, jak zwykle najpierw się przeżegnał, szeptem zmówił modlitwę za nieśmiertelną duszę i poprosił o wsparcie świętego Łukasza.

- Co proszę? - zapytała Kitt.

- Nasz denat miał przystawiony do głowy ten najmniej przyjazny element broni palnej zwany wylotem lufy. - Anatomopatolog wsunął palce w idealnie przylegające lateksowe rękawiczki. - Przyciśnięty dosyć mocno, sądząc po kolorze podbiegnięcia.

A więc to dlatego się nie bronił.

- Zarys jest bardzo wyraźny. Sprawca się nie wahał. Nawet ręka mu nie drgnęła - odezwała się M.C., po czym wskazała na żółtą, okrągłą plamę widoczną na jasnej pościeli. - Tak przycisnął biednego dzieciaka, że ten popuścił ze strachu.

A potem go zabił - mruknęła Kitt. - Jest bezwzględny.

Ale go nie zastrzelił - dodała M.C. - Interesujące.

- Wygląda na to, że zabójca skręcił mu kark - wtrącił się do rozmowy Francis. - Pełną wersję wydarzeń przedstawię po sekcji.

- Kiedy?

- Jutro koło południa - odparł i nie czekając na komentarze, wrócił do swoich czynności.

Podczas gdy on badał ofiarę, M.C. i Kitt poszły obejrzeć resztę mieszkania. Nie wyglądało ono na typową studencką kawalerkę. M.C. ogarnęła wzrokiem przestronne wnętrze. Było to przyjemne pomieszczenie, chociaż chłopak strasznie je zapuścił. Na wszystkich stołach poniewierały się opakowania po jedzeniu i puszki po napojach. Meble i podłoga zawalone były brudnymi ubraniami, a w przejściu leżała otwarta paczka chrupek kukurydzianych. Jeśli Matt Martin miał odkurzacz, nigdy go nie użył.

Pod względem stylu mieszkanie było bardzo niejednolite, chociaż wszystkie meble miały bardzo wysoką jakość. Skórzana kanapa i fotel. Wysoka, zdobiona szafa. Stół z marmurowym blatem.

- Tylko sobie wyobraź, jak wygląda łazienka - odezwała się Kitt.

- Wolałabym nie, dziękuję. - M.C. wzięła do reki miseczkę wypełnioną jakąś paskudną czarną mazią, powąchała ją i skrzywiła się ze wstrętem. - Cóż to, do cholery?

- Tytoń do żucia - wyjaśniła Kitt, zerkając przez ramię.

- Jak myślisz, ile wynosi tu czynsz? - spytała M.C., odstawiając naczynie na miejsce.

- Pojęcia nie mam. Siedem kawałków. Może więcej.

- Chyba więcej.

- Nieźle sobie żył, jak na dwudziestoletniego studenta.

Nie ma żartów.

M.C. otworzyła drzwi garderoby i zaczęła przeglądać wiszące w niej ubrania, wśród których znajdowała się skórzana kurtka lotnicza i płaszcz, sądząc po dotyku, z kaszmirowej wełny.

Udały się do kuchni. Lodówka i zamrażarka były dobrze zaopatrzone, a na stojaku spoczywało kilkanaście butelek czerwonego wina. Wybornego wina. Takiego, którego cena nie schodzi poniżej dwudziestu dolarów za butelkę. Lepszego niż to, na które M.C. mogła sobie pozwolić.

M.C. zerknęła przez ramię na swą partnerkę, która przeglądała stertę listów leżącą na kuchennym blacie.

- Czy ten dzieciak miał inne zajęcie niż bycie studentem?

- Możliwe, że jego rodzice mieli pieniądze.

- Możliwe. Albo on miał dobrze płatną pracę.

- Jako diler?

- Takie są moje przypuszczenia.

- Co tłumaczyłoby, dlaczego tak skończył.

- Dokładnie.

M.C. uniosła lewą rękę do czoła.

- Zaczniemy więc od jego rodziny...

- Co to do cholery jest? - przerwała jej Kitt.

- Co?

- To. - Kitt złapała jej dłoń. - To pierścionek. Mój Boże, kiedy to się stało?

- Zeszłej nocy - roześmiała się Mary Catherine, cofając rękę. - Myślałam, że może z tobą rozmawiał.

- Nie zamieniliśmy ani słowa. - Kitt oderwała wzrok od pierścionka. - I zgodziłaś się?

- Oczywiście. - M.C. zmarszczyła brwi. - Jesteś zaskoczona?

- Ledwie się znacie.

- Od sześciu miesięcy. - Poczuła się dziwnie, słysząc swoją wątpliwość i zbijając ją argumentem Dana. - Dostatecznie długo, by się przekonać, że jestem z nim szczęśliwa.

Kitt otworzyła usta, jak gdyby chciała coś dodać, ale tylko potrząsnęła głową.

- Gratuluję - powiedziała.

- Zamierzałaś powiedzieć coś jeszcze. Co?

- Chciałam tylko mieć pewność, że kierujesz się właściwymi pobudkami. Że to nie z powodu Lance'a i tego, jak...

- Nie.

- Ani nie dlatego, że masz trzydziestkę na karku i uznałaś, że powinnaś...

- Wyjść za mąż? Z powodu tego wszystkiego, co moja matka wbijała mi do głowy? - Spojrzała na Kitt z irytacją. - Nigdy nie postępowałam tak, jak moja matka uważała za stosowne. Czemu miałabym teraz zacząć?

- Będzie zachwycona. - Kitt się roześmiała.

- Zobaczymy. Zresztą Dan tylko w połowie jest Włochem.

W drzwiach sypialni stał Francis i ściągał lateksowe rękawiczki.

- Już skończyłem.

- Jakieś niespodzianki? - zapytała Kitt.

- Żadnych. Nie ma zewnętrznych oznak zażywania narkotyków, ale pełny obraz da nam analiza toksykologiczna.

- A kiedy twoim zdaniem nastąpił zgon?

- W mieszkaniu jest gorąco, co mogło przyspieszyć rozkład... Przypuszczam, że późną nocą w sobotę albo w niedzielę nad ranem.

M.C. zdążyła się przekonać, że przypuszczenia Francisa są zawsze niezwykle trafne. Pomimo swej skromności Francis Xavier Roselli zwykł określać siebie jako "kompetentnego". Zdaniem M.C. był po prostu wybitny.

- Widzę, że wypada pogratulować - odezwał się, jak zwykle spostrzegawczy i błyskotliwy.

- Tak, dziękuję.

- Kim jest ten szczęściarz?

Wymieniła jego imię, oblewając się rumieńcem. Chwilę później, w drodze na parking, Kitt nachyliła się do niej i powiedziała:

- Przez myśl mi nie przeszło, że zobaczę twardą komisarz Riggio, która rumieni się jak zakochana nastolatka.

M.C. stłumiła śmiech i spojrzała spode łba na partnerkę.

- Wypchaj się, Lundgren.

 

4

Środa, 14 stycznia godzina 10.30

Powiadamianie najbliższej rodziny ofiary było przykrym i niewdzięcznym zadaniem. M.C. wolałaby powierzyć je komuś innemu, ale nie mogła sobie na to pozwolić. Ogromna większość zabójstw była popełniana przez najbliższych ofiary, zatem przynosząc tę wiadomość jako pierwsza, mogła też jako pierwsza zaobserwować ich reakcję.

Wraz z Kitt wygramoliła się z jej taurusa. Sądząc po wyglądzie domu położonego w zachodniej części miasta, rodzina należała do zamożnej klasy średniej. Na podjeździe, pod mocno sfatygowaną obręczą do koszykówki, stał zaparkowany srebrny minivan.

- Ty czy ja? - zapytała Kitt, kiedy stanęły pod drzwiami frontowymi.

Wciąż wisiała na nich świąteczna dekoracja z wizerunkiem Świętego Mikołaja o smętnej minie, którego otaczały wytarte srebrne dzwoneczki.

- Ty - odparła M.C.

Kitt kiwnęła głową i obie weszły na werandę. Matki lepiej reagowały na Kitt. Jak przypuszczała, dlatego, że sama była matką i straciła dziecko.

Nacisnęła dzwonek i we wnętrzu domu rozległo się szczekanie psa. Minutę później do drzwi podeszła kobieta w różowym welurowym dresie i zaczęła im się podejrzliwie przyglądać przez wizjer.

M.C. uniosła odznakę. Kitt stojąc za jej plecami, uczyniła to samo.

- Policja.

Kobieta przyjrzała się badawczo ich legitymacjom, po czym odsunęła zasuwę, otworzyła szeroko drzwi i wlepiła w nie wzrok.

- Czy pani Martin? - zapytała Kitt.

- Tak, to ja.

- Komisarz Lundgren, a to komisarz Riggio z komendy policji w Rockford.

- Justin naprawdę jest chory, proszę pani. Wiem, że opuścił sporo lekcji, ale proszę mi wierzyć, też tym nie jestem zachwycona - zaczęła się tłumaczyć, sądząc, że ma do czynienia z policjantkami z obyczajówki.

- My nie w sprawie wagarów, pani Martin. Tu nie chodzi o Justyna.

- Więc w jakiej? O kogo...

Nie istniał żaden uniwersalny sposób przekazywania takich wieści. Najlepszy, jaki M.C. wypraktykowała przez lata, polegał na tym, aby po prostu to powiedzieć, tak łagodnie, choć stanowczo, jak to tylko możliwe.

- Czy ma pani syna o imieniu Matt? - zapytała Kitt.

- Matthew, tak. - W oczach kobiety pojawił się strach. - Co się stało?

- Obawiam się, że mamy dla pani złą wiadomość. Pani syn nie żyje, pani Martin. Bardzo mi przykro.

Kobieta patrzyła tępo przed siebie, jak gdyby nie potrafiła w pełni pojąć tego, co powiedziała Kitt.

- Jak to nie żyje? Nie rozumiem?

- Został zamordowany.

- Dopiero co z nim rozmawiałam. Czuł się dobrze.

- Kiedy to było?

- Wczoraj... Nie, w sobotę. Chyba trafiłyście nie do tych Martinów.

- Niestety, przykro mi - odparła uprzejmie Kitt.

- Mamo, czy wszystko w porządku? - Z wnętrza domu dobiegł chłopięcy głos.

Drugi syn, wspomniany wcześniej wagarowicz Justin, sądząc po wzroście, był wiekiem zbliżony do Matta. Podszedł do drzwi i objął matkę ramieniem. Nawet z zaczerwienionym nosem i szklistymi oczami wyglądał, jakby pełnił rolę pana domu.

- Mówią, że twój brat... Że Matt... - Kobieta zamilkła nie mogąc złapać tchu.

- Twój brat nie żyje - dokończyła za nią Kitt. - Bardzo mi przykro.

W odpowiedzi znów zobaczyła otępiałe spojrzenie, w który niedowierzanie stopniowo ustępowało miejsca zgrozie.

- Ja nie... - Chłopiec zamrugał powiekami. - Nie, to niemożliwe.

- Jest pani pewna? - zapytała kobieta błagalnym tonem. - Może zaszła jakaś pomyłka?

- Może powinniśmy usiąść?

Kobieta skinęła głową i poprowadziła je do małego i schludnego salonu. Nie odzywając się ani słowem, wszyscy usiedli.

- To się stało w jego mieszkaniu - zaczęła Kitt. - Chociaż nie ustalono jeszcze, jak zmarł, bez wątpienia padł ofiarą morderstwa. To, co robię teraz, jest dla mnie przykrym obowiązkiem, ale musimy rozpocząć śledztwo możliwie jak najszybciej. Muszę zadać wam kilka pytań. Jesteście w stanie odpowiadać?

- Ja jestem - odezwał się pierwszy Justin.

- Ile masz lat, Justinie?

- Osiemnaście.

- A Matt miał dwadzieścia jeden?

- Tak.

- Byliście sobie bliscy?

Chłopiec skinął głową, ciężko przełykając ślinę.

- Miałem zamiar z nim zamieszkać, kiedy... Kiedy skończę szkołę na wiosnę.

- Miał ładne mieszkanie - stwierdziła Kitt. - Od dawna je zajmował?

- Chyba od sześciu miesięcy - odpowiedział, po czym spojrzał niepewnie na matkę, która potwierdziła jego słowa kiwnięciem głowy.

- Uczył się gdzieś?

- W Rock Valley - przytaknął. - Studiował informatykę.

- Miał dziewczynę?

- Nie. Był totalnym kujonem.

- A przyjaciele? Dużo ich miał?

- Tak, miał przyjaciół. Ludzie przeważnie go lubili. Lubili komputery. Gry komputerowe, internet.

- Chcielibyśmy z nimi porozmawiać. Może byliby w stanie nam pomóc.

- Zapiszę ich nazwiska. - Justin podniósł się z kanapy. - W każdym razie tych, których znam.

Chłopak wyszedł z saloniku, a Kitt zwróciła się do kobiety.

- Czy Matt miał pracę?

- Naprawiał komputery. Dorywczo. Poza domem. - Sięgnęła po chusteczkę i natychmiast zaczęła ją skubać. - Byłam z niego taka dumna. Nigdy nie poprosił mnie nawet o centa.

M.C. zwróciła uwagę na te słowa. Było to interesujące, zważywszy na styl życia ofiary. Wynikało z tego, że naprawa komputerów musiałaby być niebywale lukratywnym zajęciem. Albo też Matt Martin miał inne źródło dochodów.

- Czy pani syn miał kiedykolwiek jakieś kłopoty? - ciągnęła Kitt.

- Nigdy. To był dobry chłopak. Spokojny.

- A problemy z narkotykami?

- Nie. Absolutnie żadnych.

Wrócił Justin i wręczył M.C. kartkę wyrwaną z notatnika. Zapisał na niej sześć nazwisk, a przy czterech umieścił również numery telefonu.

- Matt był czysty - dodał chłopiec. - Całkowicie. Nawet nie palił.

- W jego mieszkaniu znalazłyśmy sporo puszek po napojach energetyzujących.

- Używał ich, żeby nie zasnąć - wyjaśnił Justin. - Kiedy się uczył. Albo grał w sieci.

- Nie lubił spać - dorzuciła kobieta. - Nawet kiedy był mały.

- Czy domyślacie się z jakich powodów ktoś mógłby chcieć jego śmierci?

Reakcja Justyna wskazywała na to, że coś nim nagle wstrząsnęło. Jego oczy nabiegły łzami, zaczął nerwowo poruszać krtanią. Przecząco potrząsnął głową.

- Pani Martin?

- Nie - wyszeptała kobieta. - Nie mogę uwierzyć, że to się stało.

Kilka chwil później M.C. i Kitt wyszły na ulicę i stanęły przy samochodzie.

- Nie widziałam w mieszkaniu Martina żadnego komputera. - M.C. zmarszczyła brwi. - A ty?

- Dziwne jak na informatyka.

Gdy Kitt sięgnęła po telefon, by skontaktować się z Jacksonem i Millerem, M.C. podbiegła z powrotem do drzwi domu Martinów. Justin otworzył je, nim zdążyła zapukać.

- Mam jeszcze jedno pytanie - odezwała się. - Jaki komputer miał twój brat?

- Laptop Della.

- Czy zdarzało mu się komuś go pożyczać albo...

- Nigdy. Nawet mnie nie pozwalał z niego korzystać.

M.C. wróciła do Kitt, która właśnie kończyła rozmowę.

- To Jackson i Miller? - zapytała.

- Wciąż są na miejscu zbrodni - wyjaśniła Kitt. - Ani w mieszkaniu, ani w samochodzie nie ma komputera.

 

5

Środa, 14 stycznia godzina 11.45

- Dzień dobry - zawołała sekretarka pełnym werwy głosem na widok M.C. i Kitt wchodzących do biura odpraw. - Słyszałam, że zaczął się pracowicie.

M.C. uniosła brew. Sekretarka zawsze kipiała energią, ale tego dnia sprawiała wrażenie szczególnie ożywionej.

- Dobrze się czujesz, Nan?

- Dziękuję, wyśmienicie - odparła, po czym zwróciła się do Kitt: - Ma pani trzy wiadomości.

Wręczyła Kitt zapisane karteczki i skierowała rozpromienione uśmiechem spojrzenie na M.C.

- Dwie dla pani, komisarz Riggio. - Wyciągnęła do niej dłoń z dwoma świstkami papieru. - A jedna leży na pani biurku. Aha, a kiedy przeczyta pani wszystkie wiadomości, Sal czeka na sprawozdanie.

Kiedy policjantki wychodziły z biura, kobieta zawołała za nimi:

- Z wszystkich pani wiadomości, komisarz Riggio. A jedna czeka na pani biurku.

- Myślę, że ona chce, abyś dobrze przeszukała swój boks - odezwała się Kitt.

- A ja myślę, że dolewa sobie czegoś mocniejszego do tej wielkiej butelki z sokiem, który ciągle popija - stwierdziła M.C.

Chwilę później słowa zamarły na jej ustach, gdy zobaczyła na biurku wazon pełen róż. Białe i czerwone pąki rozwinęły się, roztaczając wokół przyjemny zapach.

To musiała być sprawka Dana.

Podeszła do bukietu, nachyliła się i wciągnęła jego aromat, po czym sięgnęła po załączony do kwiatów bilecik.

"Sprawiłaś, że jestem najszczęśliwszym mężczyzną na świecie. Kocham Cię, Dan" - przeczytała, a w oczach zakręciły się jej łzy.

- Trafił ci się naprawdę porządny facet, partnerko - mruknęła Kitt, zerkając jej przez ramię na bilecik. - Zdecydowanie bym się go trzymała. Obawiam się jednak, że twoja teoria zaprawionego soczku bierze w łeb. Nan przeczytała tę kartkę.

M.C. miała ochotę rzucić w odpowiedzi coś błahego i zabawnego, lecz zamiast tego sięgnęła po komórkę i wybrała jego numer.

- Dostałam kwiaty - odezwała się, gdy odebrał telefon. - Są przepiękne.

- Nie tak piękne, jak ty. Nie mogę przestać o tobie myśleć. Nie mogę przestać się uśmiechać.

Gdyby sama podsłuchała, jak ktoś inny prowadzi taką rozmowę, uznałaby ją za banalną. Być może nawet niesmaczną, w zależności od nastroju. Ale to nie rozmawiał ktoś inny, a ona czuła, jak własne słowa zapierają jej dech.

- Ja tak samo - potwierdziła.

- Powiedziałaś już rodzinie? - zapytał.

- Nie miałam czasu. A ty?

- Rozmawiałem z Erikiem.

Erik Sundstrand był jego najserdeczniejszym przyjacielem, a kiedyś również współpracownikiem.

- I co powiedział?

- Nic, co by nie było dla mnie oczywiste. Że jestem skurwysyńskim szczęściarzem. I że nie posądzał cię o taki brak wyczucia.

M.C. się roześmiała. Kitt postukała w zegarek i wskazała w stronę gabinetu szefa.

- Muszę pędzić - rzuciła do słuchawki. - Zostaje nam upojny wieczór, wtedy ci wszystko opowiem.

- To doskonale, że przewidziałaś, co zaplanowałem. Zadzwoń do mnie później.

Dan się rozłączył, a M.C. jeszcze przez chwilę trzymała aparat przy uchu. Zauważyła, że Kitt uśmiecha się do niej.

- Co?

- Obiecaj mi, że nie zamienisz się w nieznośną pannę młodą i ograniczysz do minimum wszystkie egzaltowane bzdury.

Śmiejąc się, M.C. złożyła obietnicę, po czym obie skierowały się do Sala. Drzwi gabinetu były uchylone. Kitt zastukała we framugę i pchnęła je do środka.

- Mam niewiele czasu - usłyszały od zwierzchnika na powitanie. - Wprowadźcie mnie w temat.

Salvador Minelli, szef wydziału, był typem człowieka, który przestrzega zasad logiki i procedur. Surowy, lecz sprawiedliwy dawał swoim podwładnym trochę swobody, aczkolwiek nie aż tak wiele, by mogli na tym ucierpieć oni albo wydział. Zwłaszcza wydział.

M.C. lubiła pracować pod jego kierunkiem, ponieważ zawsze wiedziała, na czym stoi.

- Ofiara nazywa się Matt Martin - zaczęła Kitt. - Dwadzieścia jeden lat, student informatyki. Zabity w czasie weekendu. Brak śladów walki czy rabunku.

- Ktoś skręcił mu kark - dodała M.C. - Brak ran wskazujących na to, by się bronił. Tylko okrągły siniak między oczami.

- Od czego?

- Od lufy pistoletu.

- A mimo to sprawca go nie zastrzelił. Interesujące.

- Matka i brat twierdzą, że chłopak był czysty, ale to nie wygląda na przypadkowe morderstwo - oświadczyła Kitt. - Musiał mieć związek z kimś albo czymś...

- Załóżmy, że z czymś - wtrącił Sal.

- ... co go zabiło.

- Narkotyki?

- Taki wniosek nasuwa się sam. Kilku funkcjonariuszy przepytało dokładnie jego sąsiadów. Nikt nie miał z nim żadnych zatargów. - M.C. przejrzała notatki z wywiadu. - Naprawdę spokojny. Rzadko przyjmował gości. Nie urządzał imprez. I nikt nie widział ani nie słyszał niczego podejrzanego w ciągu ostatnich kilku dni.

- Zawiadomiłam uczelnię i otrzymałam listę nauczycieli Martina - zabrała głos Kitt. - Pomyślałam, że dziś po południu moglibyśmy przesłuchać tyle osób, ile tylko się da, i zobaczyć, czy zdołamy odtworzyć ostatnie dwadzieścia cztery godziny jego życia.

- Chcecie, żebym powierzył te sprawę Bakerowi i Canataldiemu?

- Nie, do cholery - zdenerwowała się M.C. - Niby czemu miałybyśmy tego chcieć?

- Mów za siebie, partnerko - wtrąciła Kitt.

- Z tego, co wiem, ostatnio sporo dzieje się u was obu - ciągnął Sal. - Komisarz Lundgren wybiera się za kilka tygodni do Meksyku.

- Czternaście dni w raju. - Kitt uśmiechnęła się promiennie. - Tylko ja, Joe i plaża. I żadnych telefonów.

Kitt i jej były mąż ostrożnie próbowali zacząć wszystko od nowa. Ich małżeństwo rozpadło się po śmierci jedynego dziecka, a Kitt popadła w depresję i alkoholizm. W ciągu ostatnich sześciu miesięcy dzień po dniu zabiegali o pojednanie, obydwoje pełni obaw, czy znów nie narażą się na ból.

Postanowili, że kolejnym krokiem będą wspólne wakacje. Żadnej pracy, same przyjemności i tylko oni dwoje.

- A ty. - Sal zwrócił się do M.C. - Możesz być zbyt rozkojarzona najnowszymi wydarzeniami, by w pełni się skupić.

- Zaślepiona miłością - przytaknęła Kitt. - Przepoczwarza się w pannę młodą z prawdziwego zdarzenia.

M.C. zignorowała ich docinki.

- Jak na to wpadłeś? - zapytała.

- Te kwiaty. Nan przeczytała karteczkę. - Wyszczerzył zęby w uśmiechu. - Nie jest to drobiazg, który można by przeoczyć.

Pod koniec dnia M.C. i Kitt miały już za sobą rozmowy z nauczycielami ofiary. Zdążyły już przesłuchać wszystkich prócz jednego. Dowiedziały się, że Martin był tak skryty, że niemal aspołeczny, a jako student reprezentował poziom zaledwie przeciętny. Nie miał żadnych przyjaciół, a o ile rozmówcom było wiadomo, również żadnych wrogów.

- Ostatni z profesorów. - Kitt rzuciła okiem na listę. - Niejaki Doug Deadman, technologia informatyczna.

- Deadman? - M.C. uniosła brwi. - Żartujesz sobie, prawda?

Bynajmniej. Założę się o dużą kawę, że Deadman znaczy po łacinie "śmiertelny nudziarz"*.

- Zakład przyjęty.

Profesor właśnie zamykał swój gabinet, przypuszczalnie wychodząc już do domu. Jego wygląd okazał się zupełnie niezgodny z ich przypuszczeniami. Był młody, prawdopodobnie tuż po trzydziestce, przystojny i dobrze zbudowany. Jego strój miał znamiona nowoczesnego, młodzieżowego stylu, a lekka opalenizna świadczyła o aktywnym trybie życia.

Kitt była winna partnerce kawę.

- Profesor Deadman? - M.C. podeszła do niego i pokazała odznakę. - Komisarz Riggio, a to moja partnerka, komisarz Lundgren. Mamy nadzieję, że poświęci nam pan kilka minut.

Mężczyzna lekko zmarszczył brwi.

- Mogę zapytać, o co chodzi?

- O Matta Martina.

- Oczywiście. - Na jego twarzy pojawił się wyraz zrozumienia. - Przepraszam. Proszę wejść.

Przekręcił klucz w drzwiach i wpuścił je do gabinetu.

- Powinienem był od razu skojarzyć. Ale nie spodziewałem się, że ktoś będzie chciał ze mną rozmawiać.

- Staramy się dotrzeć do każdego, kto znał Matta i ostatnio spotykał się z nim - wyjaśniła M.C.

Deadman skinął głową.

- Postaram się pomóc, o ile będę w stanie.

- Martin był jednym z pańskich studentów?

- W ostatnim semestrze, tak. - Profesor potarł skroń i zrobił ponurą minę. - Mamy tu ostatnio spore zamieszanie. Uczelnia zorganizowała konsultacje dla każdego, kto ich potrzebował. Dziekan prosił nas, żebyśmy przez kilka tygodni ułatwiali życie naszym studentom.

Mężczyzna zajął miejsce za biurkiem i oczekując na kolejne pytania, przenosił wzrok z jednej policjantki na drugą. Spod jego rozpiętej marynarki widać było napis na podkoszulku: "Czy logika rozmyta jest śliska?".

- Co może mi pan powiedzieć o Martinie? - zapytała M.C.

- Miły chłopak. Naprawdę siedział w komputerach.

- Co pan rozumie przez to, że "naprawdę siedział w komputerach"?

- One trzęsły jego światem. Chociaż nie. Ująłbym to inaczej - one stanowiły jego świat.

- Jakaś dziewczyna?

- Nie było żadnej, o której bym wiedział.

- Był dobrym studentem?

- Na moich zajęciach się nie wyróżniał.

- Czy może pan zaryzykować przypuszczenie, dlaczego?

- Nawet coś więcej niż przypuszczenie. Rozmawiał o tym ze mną. Przyszedł do mnie, zanim opuścił kilka zajęć. Nudziło mu się.

- Co pan mu doradził?

- Żeby to przemyślał. Zaangażował się w naukę - ze szczerą miną odparł Deadman, pochylając się nad biurkiem. - Powiedziałem mu, że potrzebuje dyplomu, aby zdobyć jakąś pozycję na rynku pracy. Ale wiecie, jacy są ci młodzi maniacy komputerowi.

- Nie wiemy. Naprawdę. Proszę nam ich scharakteryzować.

- Spróbuję, ale proszę pamiętać, że to tylko uogólnienia.

- Na tym to właśnie polega. Uogólnienia oparte na faktach.

- Są błyskotliwi, ale niedostosowani społecznie. Wystrzegają się snu, pompując w siebie napoje energetyzujące, żeby być na chodzie przez całą noc. Ich styl życia trudno wpasować w ramy normalnego świata. Zazwyczaj udzielają się towarzysko w sieci, a unikają kontaktów w świecie rzeczywistym. Są cherlawi. Mówi się, że zapuścili korzenie w sieci.

- Zabawne.

- Znam takich bardzo wielu. To nie młodzież, to mutanty. Najbardziej obeznany, biegły technicznie student w grupie zwany jest "osobnikiem alfa". Słowo drukowane to dla nich "makulatura". Panią, komisarz Riggio, określiliby mianem "cztery zero cztery".

- Naprawdę? A cóż to takiego?

- Z technologicznego punktu widzenia ktoś, kto nie ma zielonego pojęcia.

Faktycznie, była "404".

- Jak pan na to wpadł? - zapytała.

- Sądząc po wyglądzie, spędza pani więcej czasu w terenie niż za biurkiem. Takiej opalenizny nie można złapać, tkwiąc przed monitorem - wyjaśnił. - A poza tym pani praca ma bardzo niewiele wspólnego ze ślęczeniem w sieci.

- Potraktuję to jako komplement.

- I słusznie.

Kitt odchrząknęła głośno i włączyła się do rozmowy:

- Czy Martin był osobnikiem alfa?

- Nie w naszej grupie.

- Kto zatem...?

- Ja. - Uśmiechnął się szeroko. - Dlatego zgarniam większą kasę.

- Tak naprawdę, profesorze, nie pasuje pan do tego profilu - ciągnęła Kitt.

- Słyszę to cały czas. Mama zawsze mi mówiła, że jestem odszczepieńcem.

- Czy Martin mógł rozprowadzać narkotyki?

- Matt? - Deadman zmarszczył brwi. - Nie podejrzewałbym go o to.

- A o co by pan podejrzewał, profesorze? - Kitt zaczęła drążyć.

- Nie twierdzę, że nie zajmował się niczym nielegalnym. Ale gdyby chłopak taki jak Matt Martin zdecydował się wkroczyć na drogę występku, zostałby krakerem.

- Kim?

- Hakerem wykorzystującym swoją wiedzę do popełniania przestępstw. - Profesor pochylił się do przodu. - Określenie haker odnosi się do nawiedzonego programisty, ale media błędnie utożsamiły je z wirtualnym włamywaczem.

Na ustach M.C. pojawił się uśmiech. Słowa Deadmana były nie tylko szczere, ale przemawiało przez nie również wzburzenie.

- Haker wykorzystujący swoją wiedzę do popełniania przestępstw - powtórzyła. - Czy ma pan na myśli takie rzeczy, jak fałszowanie tożsamości?

- Kradzież informacji. Żyjemy w skomputeryzowanym świecie. Wszystko, co mamy i do czego można dostać się dzięki sieci, bardzo łatwo ukraść. Wystarczy tylko chcieć i umieć.

- Dziękuję, profesorze - zakończyła rozmowę Kitt, po czym wszyscy wstali i ruszyli w stronę wyjścia. - Swoją drogą, gdzie pan spędzał ostatni weekend?

- Na nartach. Właśnie wróciłem dzisiaj rano.

To by tłumaczyło opaleniznę. I niezależnie od ustaleń dotyczących czasu zgonu zapewniało mu alibi.

- Czy to nie dzisiaj zaczęły się zajęcia?

- Miałem wrócić w sobotę. - Na twarzy Deadmana pojawił się lekki grymas. - Wszystkie połączenia na lotnisku w Denver zostały odwołane.

M.C. i Kitt podziękowały mu jeszcze raz i wręczyły swoje wizytówki, nalegając, by zadzwonił, jeśli przypomni sobie coś jeszcze.

- Przestępcze hakerstwo - odezwała się Kitt, idąc przez parking. - To brzmi sensownie i wyjaśniałoby zaginięcie komputera.

- Według mnie to się trzyma kupy. Postaram się o nakaz, żeby uzyskać wgląd w wyciągi bankowe Martina.

- A ja sprawdzę alibi profesora Deadmana. A kiedy wy będziecie świętować wspólny wieczór i dzielić się dobrymi nowinami, ja zobaczę, co uda mi się znaleźć na temat krakerów.

 

* Deadman po angielsku znaczy "umarlak" (przyp. tłum.).

 

6

Środa, 14 stycznia godzina 19.45

Dan zajechał przed stary dom w wiejskim stylu otoczony przez podmiejską zabudowę. Był to rodzinny dom M.C. Widząc zaparkowane na podjeździe samochody, wywnioskował, że jej bracia już przyjechali.

Myśl o swoich pięciu braciach zawsze wywoływała uśmiech u M.C. Uwielbiała ich i każdemu z nich nadała jakieś pieszczotliwe przezwisko. Michaela ochrzciła Pracusiem, ponieważ został ortopedą i spełnił oczekiwania matki, która marzyła, aby szczycić się, że jej dziecko jest lekarzem. Neila nazwała Smoczkiem, gdyż obdarzył matkę wnukiem, Tony, Max i Frank zostali Lizusami, a to z powodu restauracji, którą wspólnie otworzyli.

Samej M.C., która wszystkim dostarczała wielkich rozczarowań, pozostała etykietka Czarnej Owcy. Aż do tego wieczoru. Zdała sobie sprawę, że po raz pierwszy był to jej wieczór. Po raz pierwszy wchodziła do domu matki, wiedząc, że nie zobaczy jej rozczarowania.

Poczuła na sobie wzrok Dana i spojrzała na niego.

- Gotowa? - spytał.

- Tak. A jak z tobą? - zagadnęła zaczepnie. - Zdenerwowany? Teraz już nie ma odwrotu.

- Tak, jakbym tego chciał. - Uśmiechnął się kącikiem ust. - Chociaż twoja matka zawsze bywa trochę nieprzewidywalna.

- Trochę? - M.C. roześmiała się łagodnie i pocałowała go. - Nie ma powodu do zmartwień. Będziesz bohaterem dzisiejszego wieczoru. Zaufaj mi.

Wysiedli z samochodu i ruszyli w stronę domu. Stary budynek z szeroką werandą na froncie przykuwał uwagę swą nieregularną bryłą. Kiedyś jednak spełnił znakomicie swe zadanie, mieszcząc pod swym dachem pięciu urwisów i dziewczynkę, która ze wszystkich sił starała się im wszystkim dorównać.

Tego wieczoru weranda była pusta. Nawet Michael i Neil, którzy ze szczególnym upodobaniem na niej wysiadywali, schronili się we wnętrzu przed przejmującym chłodem. Zazwyczaj bez względu na pogodę ktoś wychodził na werandę, by się z nią przywitać, kiedy przyjeżdżała. Zaczynało się przekomarzanie i figlarne kuksańce, po czym razem wchodzili do domu.

Podeszli do drzwi frontowych i M.C. nacisnęła klamkę. Jej nozdrza zaatakowała dobrze znana woń. Tradycyjna kuchnia matki pachnąca pieczonym mięsem i warzywami, włoskimi ziołami i sosem pomidorowym.

Pierwszy zauważył ją Michael.

- Siostrzyczka! - huknął i przygarnął ją do siebie w niedźwiedzim uścisku. - Spóźniona jak zwykle.

- Daj jej odetchnąć - odezwała się jej bratowa Melody, odpychając męża, by uścisnąć ją na powitanie. - Ona dbała o bezpieczeństwo na drogach.

Potem obydwoje zaczęli witać się z Danem, a z salonu wyłonili się Max, Frank i Tony, spierając się jak zawsze o coś zawzięcie. Było dla niej niepojęte, jak mogą prowadzić dobrze prosperujący biznes i nie pozabijać się nawzajem.

M.C. wymieniła z nimi powitalne uściski. W kolejce za braćmi ustawił się Neil, ale zanim zdążył powiedzieć słowo, pojawił się jego pięcioletni syn.

- Ciasteczkowa ciocia! - zawołał, po czym puścił się pędem przez salon i wpadł w ramiona M.C.

- Stajesz się za duży, żeby tak robić, wiesz o tym? - napomniała go. - A gdybym cię upuściła?

Specjalnie rozluźniła uścisk, a chłopiec wydał z siebie przeraźliwy pisk zachwytu, jeszcze ciaśniej obejmując ją za szyję.

Nazywał ją ciasteczkową ciocią z powodu paczek krakersów albo innych smakołyków, którymi go obdarowywała. Jej braciom bardzo przypadło do gustu owo przezwisko i zachęcali chłopca, by go używał, dodając zawsze: "Nie, Ben, to ciocia jest ciasteczkiem".

Tym razem również tak zrobili, po czym zgodnie parsknęli śmiechem, a Dan przyłączył się do nich.

- Bardzo zabawne. - Spojrzała na niego filuternie. - Spodziewałam się, że przynajmniej ty będziesz brał mnie w obronę.

Matka wystawiła głowę z drzwi kucheni.

- Mary Catherine, dzięki Bogu już jesteś. Muszę z tobą pomówić - oświadczyła i zmierzyła Dana wzrokiem. - Sam na sam.

- Takie tu dzisiaj zamieszanie - odezwała się Melody łagodnym tonem. - Ale nie chciała rozmawiać o tym ze mną. Przepraszam, nie miałam czasu, by cię ostrzec.

M.C. uśmiechnęła się do szwagierki. Tego wieczoru czuła się tak spokojna, że nawet matka nie była w stanie zburzyć jej dobrego nastroju.

- Nie daj się, skarbie - szepnął jej Dan do ucha.

Chwilę później drzwi kuchni zatrzasnęły się za jej plecami.

- Cześć, mamo...

- Ostatniej nocy śniło mi się, że nie żyjesz. - Matka podeszła do niej i mocno ścisnęła jej dłonie. - A wiesz, że moje sny okazały się prorocze. Noc przed tym, jak twój ojciec zszedł na atak serca, śniło mi się, że go straciliśmy.

- Podczas meczu bejsbolowego. - przytaknęła Mary Catherine.

- To miało symboliczne znaczenie.

- A czy ja też umarłam podczas meczu.

- To nie jest śmieszne - zganiła ją matka. - Byłaś w domu i leżałaś w łóżku. Samotna i martwa.

I teraz boi się, żeby nie dopadł mnie jakiś zbir.

- Jesteś pewna? A może po prostu spałam? - spytała.

- Byłaś martwa. Matka wie takie rzeczy.

Wie również, jak wyprowadzić z równowagi swoje dorosłe dzieci, pomyślała M.C., jednak to spostrzeżenie zdecydowała pozostawić dla siebie.

- Mamo, chcę ci coś pokazać. - Uwolniła ręce z jej uścisku. - Spójrz.

Matka zamarła w bezruchu, zmierzyła ją wzrokiem i wydała z siebie okrzyk:

- Najświętsza Panienka wysłuchała moich modłów!

Po chwili otoczyła je cała rodzina, która zbiegła się na odgłos krzyku. Matka ogłosiła im nowinę, po czym nastąpiły uściski, poklepywanie po plecach i śmiechy. Benjamin też uczestniczył w całym tym zamieszaniu, chociaż nie miał pojęcia, o co chodzi.

Później, przy kolacji, kiedy podano półmiski i napełniono talerze, matka zabrała głos.

- Musimy natychmiast zacząć planować. Ustaliliście już datę?

- Jeszcze nawet o tym nie rozmawialiśmy - odparła M.C., spoglądając na Dana.

- Jeśli o mnie chodzi, to im wcześniej, tym lepiej. - Dan ujął jej rękę. - Ale pomyśleliśmy, że nie ma pośpiechu.

Matka przeżegnała się, bez wątpienia w podzięce za to, że jej jedyna córka nie jest w ciąży.

- Ceremonia musi się odbyć w kościele Świętej Bernadety. Jesteś katolikiem, jak przystało na porządnego włoskiego chłopca? - Spojrzała na Dana, mrużąc oczy, a gdy skinął potakująco głową, rozpromieniła się. - Oczywiście, że jesteś.

Matka była niebywale staroświecka w swych przekonaniach. Odchodziła od zmysłów, kiedy Neil zaręczył się z Melody, która była protestantką, ale wybaczyła swej synowej, gdy ta zdecydowała się na konwersję. M.C. postanowiła nie psuć nastroju chwili, informacją, że Dan od lat nie praktykuje religii i że tylko w połowie jest Włochem.

Tego wieczoru zamierzała pozwolić sobie na pławienie się w ciepłym blasku aprobaty.

- Oczywiście planujecie huczne wesele? - dopytywała się matka.

- Jeszcze o tym nie rozmawialiśmy.

- Jutro trzeba zarezerwować salę we włoskim klubie.

Kątem oka M.C. dostrzegła, że Michael dusi się, tłumiąc śmiech.

- Mamo, nie sądzę, aby... - zaczęła.

- Nie mogę się doczekać, aż poznam twoją rodzinę - matka zwróciła się do Dana.

- Moi rodzice w zeszłym roku przeprowadzili się na Florydę - wyjaśnił. - Ale oczywiście przyjadą na ślub.

- A twoi bracia i siostry?

- Jestem jedynakiem.

Przy stole zapanowała śmiertelna cisza. M.C. niemal słyszała myśli swej matki.

Jakaż to szanująca się katolicka rodzina ma tylko jedno dziecko? A tym bardziej włoska?

- Miałem siostrę - dodał Dan. - Zmarła jako niemowlę, a moi rodzice nie byli już w stanie mieć więcej dzieci.

- Niezbadane są wyroki boskie. - Zrozumienie i współczucie rozjaśniło oblicze matki. - Jestem pewna, że ty i moja córka zapełnicie ich dom wnuczętami.

M.C. zakrztusiła się łykiem wody. Michael nie był już w stanie powstrzymać śmiechu, Max, Frank i Tony zachichotali zgodnym tonem.

- Mamo, zbytnio wybiegasz naprzód. Nie rozmawialiśmy jeszcze o dzieciach.

- Ale jestem pewien, że zechcemy mieć co najmniej tuzin - dodał Dan, ściskając jej dłoń.

Kiedy ze stołu zniknęły ostatnie cannoli i posprzątano talerze, matka zaplanowała na najbliższy weekend przyjęcie zaręczynowe dla rodziny i przyjaciół. Zadecydowała, że odbędzie się ono w Mama Riggio - położonej na starym mieście restauracji jej synów.

Nieco później, leżąc senna i zadowolona w ramionach Dana, M.C. się uśmiechnęła.

- Dziękuję, że okazałeś tyle cierpliwości mojej matce.

- Twoja matka jest cudowna - odparł, wplatając palce w jej włosy.

- Dąży uparcie do celu jak walec drogowy.

- Ale zaakceptowała mnie - roześmiał się Dan. - A to dobry znak.

- Nie byłoby problemu, gdyby nie zaakceptowała. - M.C. obróciła twarz w jego stronę. - To ja cię wybrałam.

- Więc wygląda na to, że idzie nam jak z płatka.