Złodziej pocałunków - L.J. Shen

Kup ebooka

31.90 zł
26.91 zł (26,46 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Pro­log

Moja przy­szłość została zamknięta w sta­rej drew­nia­nej szka­tułce. I to było naj­gor­sze.

Odkąd mi o niej powie­dziano - a mia­łam wtedy sześć lat - wie­dzia­łam już, że to, co znaj­duje się w środku, albo mnie zabije, albo ura­tuje. Nic więc dziw­nego, że wczo­raj rano, gdy słońce dopiero cało­wało niebo, posta­no­wi­łam ubiec los i ją otwo­rzyć.

Nie powin­nam była wie­dzieć, gdzie moja matka chowa klucz.

Ani gdzie tata trzyma tę szka­tułkę.

Nie­stety, tak to już jest, kiedy sie­dzisz w domu całymi dniami i wycho­dzisz z sie­bie, żeby spro­stać wzię­tym z kosmosu stan­dar­dom rodzi­ców. Ma się po pro­stu czas na wszystko.

- Nie ruszaj się, Fran­ce­sco, bo cię dziabnę - jęk­nęła klę­cząca na pod­ło­dze Vero­nica.

Po raz setny prze­mknę­łam wzro­kiem po żół­tej kar­teczce, gdy sty­listka matki poma­gała mi wło­żyć sukienkę, jak­bym była nie­peł­no­sprawna. Słowa wyryły się już w mojej pamięci; zamknę­łam je w szu­fla­dzie w mózgu, do któ­rej nikt poza mną nie ma dostępu.

Eks­cy­ta­cja pły­nęła moimi żyłami jak jaz­zowa nuta, w lustrze naprze­ciwko widzia­łam deter­mi­na­cję w swo­ich oczach. Drżą­cymi pal­cami zło­ży­łam kawa­łek papieru i wci­snę­łam go w sta­nik nie­za­wią­za­nego gor­setu.

Znowu zaczę­łam krą­żyć po pokoju, bo nie mogłam ustać w miej­scu. Fry­zjerka i sty­listka mamy war­czały, komicz­nie gania­jąc mnie po całym pomiesz­cze­niu.

Jestem jak Gro­ucho Marx w Kaczej zupie. Złap­cie mnie, jeśli potra­fi­cie.

Vero­nica pocią­gnęła za sznu­rek gor­setu jak za smycz i siłą zmu­siła mnie do powrotu przed lustro.

- Ej, to boli! - Skrzy­wi­łam się.

- Mówi­łam, że masz się nie ruszać!

Nic nowego, że pra­cow­nicy moich rodzi­ców trak­tują mnie jak wyszko­lo­nego hodow­la­nego pudla. Nie żeby miało to jakieś zna­cze­nie. Dzi­siaj poca­łuję Angela Ban­di­niego. A dokład­niej - pozwolę, żeby to on poca­ło­wał mnie.

Prawdę powie­dziaw­szy, myśla­łam o tym każ­dej nocy, odkąd rok temu wró­ci­łam ze szwaj­car­skiej szkoły z inter­na­tem, do któ­rej wysłali mnie rodzice. Gdy skoń­czy­łam dzie­więt­na­ście lat, Arthur i Sofia Rossi posta­no­wili przed­sta­wić mnie chi­ca­gow­skiej śmie­tance i pozwo­lić mi wybrać przy­szłego męża z setek powią­za­nych z mafią i pożą­da­nych Ame­ry­ka­nów wło­skiego pocho­dze­nia. Był pierw­szy dzień sezonu wyda­rzeń i spo­tkań towa­rzy­skich, które mnie cze­kały, ale ja już wie­dzia­łam, kogo chcę poślu­bić.

Mama i tata poin­for­mo­wali mnie, że stu­dia nie są czę­ścią mojej przy­szło­ści. Musia­łam zna­leźć sobie ide­al­nego męża, bo byłam jedy­naczką, dzie­dziczką impe­rium Ros­sich. Marzy­łam o tym, żeby zostać pierw­szą w mojej rodzi­nie kobietą z tytu­łem, ale nie byłam aż tak głu­pia, żeby sprze­ci­wiać się rodzi­com. Nasza poko­jówka Clara czę­sto mawiała: "Twoim zada­niem, Fran­kie, nie jest zna­le­zie­nie męża odpo­wied­niego dla sie­bie, tylko takiego, który spro­sta ocze­ki­wa­niom two­ich rodzi­ców".

Nie myliła się. Żyłam trzy­mana pod klo­szem. Mia­łam dużo prze­strzeni, ale to i tak była nie­wola. Próba ucieczki skoń­czy­łaby się śmier­cią. Nie podo­bało mi się bycie więź­niem, ale na pewno lep­sze to niż skoń­cze­nie sześć stóp pod zie­mią. Dla­tego też ni­gdy nie pró­bo­wa­łam wyglą­dać poza kraty swo­jej celi, żeby zoba­czyć, co znaj­duje się po dru­giej stro­nie.

Mój ojciec Arthur Rossi był sze­fem chi­ca­gow­skiej mafii.

Groźny tytuł jak dla czło­wieka, który zapla­tał mi war­ko­cze, uczył mnie grać na pia­ni­nie, a nawet uro­nił łzę, gdy wystę­po­wa­łam przed tysią­cami w Lon­dy­nie.

W oczach moich rodzi­ców Angelo był mężem ide­al­nym: atrak­cyjny, z dobrej rodziny i bogaty. Jego rodzina posia­dała co drugi budy­nek na tere­nie Lit­tle Italy, dziel­nicy Chi­cago, a więk­szość nie­ru­cho­mo­ści wyko­rzy­sty­wał mój ojciec do swo­ich nie­le­gal­nych pro­jek­tów.

Zna­łam Angela od uro­dze­nia. Dora­sta­li­śmy razem, roz­wi­ja­li­śmy się niczym kwiaty, powoli, ale nie­ustan­nie. Obser­wo­wa­li­śmy sie­bie w trak­cie luk­su­so­wych waka­cji pod suro­wym okiem naszych krew­nych - peł­no­praw­nych człon­ków mafii - i ochro­nia­rzy.

Angelo miał czworo rodzeń­stwa, dwa psy i uśmiech, który potra­fił roz­to­pić wło­skie lody. Jego ojciec pro­wa­dził firmę księ­gową, która współ­pra­co­wała z moją rodziną. I oboje jeź­dzi­li­śmy co roku na waka­cje na Sycy­lię, do Syra­kuz.

Widzia­łam, jak na prze­strzeni lat mięk­kie blond loczki Angela ciem­nieją i zostają ujarz­mione. Jego oczy w kolo­rze oce­anu prze­stały błysz­czeć łobu­zer­sko, zro­biły się bar­dziej ponure, groź­niej­sze, bez wąt­pie­nia z powodu tego, co ojciec mu poka­zał i czego go nauczył. Jego głos się pogłę­bił, wło­ski akcent wyostrzył, szczu­pła chło­pięca syl­wetka nabrała mię­śni, wzro­stu i pew­no­ści sie­bie. Stał się bar­dziej tajem­ni­czy, mniej impul­sywny i roz­mowny, ale kiedy już się odzy­wał, jego słowa roz­ta­piały moje wnę­trze.

Zako­cha­nie się to istna tra­ge­dia. Nic dziw­nego, że ludzie są póź­niej tacy smutni.

Nie­stety, nie tylko ja się roz­pły­wa­łam, gdy Angelo rzu­cał swoje słynne roz­bra­ja­jące spoj­rze­nie.

Mdliło mnie na myśl, że kiedy ja wyje­cha­łam do kato­lic­kiej żeń­skiej szkoły, on miesz­kał w Chi­cago i mógł spo­ty­kać się z innymi dziew­czy­nami, roz­ma­wiać z nimi i je cało­wać. Mimo to zawsze trak­to­wał mnie tak, jak­bym była tą jedyną. Wkła­dał mi kwiaty we włosy, pozwa­lał pić wino, gdy nikt nie patrzył, śmiał się ze wszyst­kiego, co mówi­łam. Kiedy jego młodsi bra­cia się ze mnie nabi­jali, on pstry­kał ich po uszach i ostrze­gał. W każde waka­cje uda­wało mu się porwać mnie na chwilę i pocało­wać w czu­bek nosa, gdy nikt nie patrzył.

- Fran­ce­sco Rossi, jesteś nawet ład­niej­sza niż rok temu.

- Cią­gle to powta­rzasz.

- Ale zawsze mówię prawdę. Wiesz, że nie lubię mar­no­wać słów.

- W takim razie powiedz mi coś zna­czą­cego.

- Pew­nego dnia zosta­niesz moją żoną, bogini.

Pie­lę­gno­wa­łam każde wspo­mnie­nie z każ­dego lata jak święty ogród - ota­cza­łam je tro­ską, pod­le­wa­łam, aż zaczy­nało przy­po­mi­nać ogród z bajki.

Naj­bar­dziej wryło mi się w pamięć to, jak każ­dego lata wstrzy­my­wa­łam oddech i cze­ka­łam, aż on zakrad­nie się do mojego pokoju, pojawi się w skle­pie, który odwie­dza­łam, albo podej­dzie do drzewa, pod któ­rym czy­ta­łam książkę. Pamię­ta­łam rów­nież to, że gdy doro­śli­śmy, zaczął prze­dłu­żać nasze wspól­nie spę­dzane chwile. Zawsze z roz­ba­wie­niem obser­wo­wał mnie, kiedy pró­bo­wa­łam zacho­wy­wać się jak chło­pak - i nie uda­wało mi się, bo nie­stety byłam tylko dziew­czyną.

Wci­snę­łam liścik głę­biej w sta­nik, gdy Vero­nica wbiła swoje pulchne palce w moją jasną skórę, zebrała gor­set za moimi ple­cami i ścią­gnęła go mocno w talii.

- Ach, chcia­ła­bym mieć znowu osiem­na­ście lat i być taka ładna! - jęk­nęła dra­ma­tycz­nie. Jedwa­bi­ste kre­mowe sznurki napięły się i wydu­siły ze mnie oddech. Tylko naj­waż­niejsi człon­ko­wie mafii korzy­stali z usług sty­li­stów i poko­jó­wek, gdy szy­ko­wali się na jakieś wyda­rze­nie. A moi rodzice uwa­żali się za rodzinę kró­lew­ską. - Pamię­tasz tamte dni, Almo?

Fry­zjerka prych­nęła, spi­na­jąc mi grzywkę z boku, żeby stwo­rzyć ele­gancki kok.

- Skar­bie, nie prze­sa­dzaj. Ty w wieku dzie­więt­na­stu lat byłaś ładna jak tani obraz. Fran­ce­sca, dla porów­na­nia, jest jak obraz Michała Anioła. To zupeł­nie inna liga. A nawet inny mecz.

Czu­łam, że moja skóra robi się czer­wona ze wstydu. Odno­si­łam wra­że­nie, że ludziom podoba się to, co we mnie widzą, ale myśl o pięk­nie mnie zawsty­dzała. Uroda dawała wła­dzę, ale była bar­dzo pod­stępna. Czu­łam, że to pięk­nie opa­ko­wany pre­zent, który pew­nego dnia stracę. Nie chcia­łam go otwie­rać ani się w nim pła­wić. Roz­sta­nie się z nim byłoby wtedy bole­śniej­sze.

Dzi­siaj zale­żało mi tylko na tym, żeby pod­czas balu masko­wego w muzeum sztuk pięk­nych w Chi­cago moje piękno odno­to­wał wyłącz­nie Angelo. Tema­tem prze­wod­nim gali byli bogo­wie z grec­kich i rzym­skich mito­lo­gii. Wie­dzia­łam, że więk­szość kobiet prze­bie­rze się za Afro­dytę i Wenus. W przy­pły­wie ory­gi­nal­no­ści może rów­nież za Herę lub Reę. Ale nie ja. Posta­no­wi­łam zostać Neme­zis, bogi­nią zemsty. Angelo zawsze nazy­wał mnie bogi­nią, więc chcia­łam dzi­siaj spro­stać temu piesz­czo­tli­wemu okre­śle­niu i poka­zać się jako naj­po­tęż­niej­sza ze wszyst­kich bogiń.

Więk­szość ludzi uzna­łaby w dwu­dzie­stym pierw­szym wieku aran­żo­wane mał­żeń­stwo nasto­latki za żart, ale w mafii wszy­scy sza­no­wa­li­śmy tra­dy­cję. Nasza zaczęła się w dwa wieki wcze­śniej.

- Co jest w tym liściku? - Vero­nica przy­pięła do moich ple­ców czarne skrzy­dła. Mia­łam na sobie suk­nię bez ramią­czek, w kolo­rze czy­stego let­niego nieba, wykoń­czoną pięk­nymi fal­ba­nami z organzy. Tiu­lowy tren cią­gnął się za mną jak fale. - Tym, który scho­wa­łaś w gor­se­cie - dodała drwiąco, wkła­da­jąc mi w uszy złote kol­czyki w kształ­cie piór.

- To - uśmiech­nę­łam się zna­cząco, napo­ty­ka­jąc jej spoj­rze­nie w lustrze przed nami, i przy­ci­snę­łam drżącą dłoń do klatki pier­sio­wej w miej­scu, gdzie znaj­do­wała się kar­teczka - jest począ­tek mojego życia.

Roz­dział pierw­szy

Fran­ce­sca

- Nie wie­dzia­łem, że Wenus miała skrzy­dła.

Angelo poca­ło­wał wierzch mojej dłoni przy drzwiach muzeum sztuki. Poczu­łam bole­sny ucisk w klatce pier­sio­wej, ale szybko odpu­ści­łam. On tylko się ze mną dro­czył. Poza tym wyglą­dał osza­ła­mia­jąco w smo­kingu, więc mogłam wyba­czyć mu ten błąd i go nie zabi­jać.

Męż­czyźni, w prze­ci­wień­stwie do wszyst­kich obec­nych na gali kobiet, mieli na sobie smo­kingi i maski. Angelo dopeł­nił swój gar­ni­tur wenecką maską ze zło­tymi zdo­bie­niami, która zakry­wała nie­mal całą twarz. Nasi rodzice wymie­nili uprzej­mo­ści, gdy my sta­li­śmy naprze­ciwko sie­bie, przy­glą­da­jąc się każ­demu pie­gowi i cen­ty­me­trowi naszych ciał. Nie czu­łam potrzeby, żeby wyja­śniać, kim była Neme­zis; będziemy mieć całe życie na oma­wia­nie mito­lo­gii. Musia­łam tylko zadbać, żeby­śmy dzi­siaj zostali sam na sam, jak w trak­cie waka­cji. Tylko że tym razem, gdy on poca­łuje mnie w nos, ja uniosę głowę i nasze usta się spo­tkają. Nasz los zosta­nie przy­pie­czę­to­wany.

Jestem Kupi­dy­nem strze­la­ją­cym z łuku miło­ści pro­sto w serce Angela.

- Wyglą­dasz jesz­cze pięk­niej, niż kiedy widzia­łem cię po raz ostatni. - Angelo zła­pał się za serce.

Wszy­scy wokół uci­chli, a ja zauwa­ży­łam, że nasi ojco­wie wymie­nili kon­spi­ra­cyjne spoj­rze­nia.

Dwie potężne, bogate wło­skie rodziny połą­czone silną wię­zią.

Don Vito Cor­le­one byłby dumny.

- Prze­cież widzie­li­śmy się tydzień temu na weselu Gianny. - Wal­czy­łam ze sobą, żeby nie obli­zać warg, gdy Angelo patrzył mi pro­sto w oczy.

- Wesela ci służą. Ale bar­dziej podo­basz mi się, gdy mogę mieć cię tylko dla sie­bie - odpo­wie­dział zwy­czaj­nie, a moje serce zabiło jak sza­lone. Potem odwró­cił się do mojego ojca. - Panie Rossi, czy mogę zapro­wa­dzić pań­ską córkę do stołu?

Ojciec pokle­pał mnie po ramie­niu. Spo­wi­jała mnie tak gęsta mgła eufo­rii, że nie­mal zupeł­nie zapo­mnia­łam o jego obec­no­ści.

- Tylko ręce na widoku.

- Oczy­wi­ście.

Angelo wziął mnie pod ramię, a kel­ner wska­zał nam miej­sca przy stole nakry­tym zło­tym obru­sem i zasta­wio­nym czar­nymi tale­rzami. Mój part­ner nachy­lił się i wyszep­tał mi do ucha:

- Albo przy­naj­mniej do chwili, gdy nie sta­niesz się ofi­cjal­nie moja.

Nasze rodziny dzie­liło kilka krze­seł - nie zdzi­wiło mnie to, ale poczu­łam roz­cza­ro­wa­nie. Mój ojciec zawsze był ser­cem każ­dego przy­ję­cia i sowi­cie pła­cił za to, żeby zaj­mo­wać naj­lep­sze miej­sca. Naprze­ciwko mnie sie­dział guber­na­tor Illi­nois Pre­ston Bishop, a jego żona obok sku­piała się na kar­cie win. Obok nich znaj­do­wał się męż­czy­zna, któ­rego nie roz­po­zna­wa­łam. Miał na sobie zwy­kłą czarną maskę i smo­king, który zapewne kosz­to­wał for­tunę, sądząc po dro­gim mate­riale i nie­na­gan­nym kroju. Towa­rzy­szyła mu jakaś gło­śna blon­dynka w bia­łej tiu­lo­wej sukni, kolejna Venus.

Męż­czy­zna wyglą­dał na śmier­tel­nie znu­dzo­nego. Obra­cał alko­hol w szklance i igno­ro­wał piękną kobietę przy swoim boku. Kiedy spró­bo­wała się nachy­lić i coś do niego powie­dzieć, on obró­cił się w prze­ciw­nym kie­runku i spraw­dził tele­fon, a potem zupeł­nie stra­cił zain­te­re­so­wa­nie czym­kol­wiek i wbił wzrok w ścianę za mną.

Poczu­łam w sercu bole­sny skurcz. Ta kobieta zasłu­gi­wała na kogoś lep­szego, a nie na takiego ozię­błego, nie­po­ko­ją­cego towa­rzy­sza, od widoku któ­rego aż ciarki cho­dziły po ple­cach. Mimo że nawet nie zaszczy­cał cię spoj­rze­niem.

Idę o zakład, że przy nim lody długo by się nie roz­pu­ściły.

- Ty i Angelo jeste­ście tacy w sie­bie zapa­trzeni - zauwa­żył mój tata, a potem zer­k­nął na moje łok­cie oparte o blat. Szybko je zdję­łam i uśmiech­nę­łam się uprzej­mie.

- Jest miły. - Powie­dzia­ła­bym mega­miły, ale tata gar­dził współ­cze­snym slan­giem.

- Pasuje do cie­bie - mruk­nął. - Pytał, czy może cię zabrać na randkę w następ­nym tygo­dniu, a ja się zgo­dzi­łem. Oczy­wi­ście w towa­rzy­stwie Maria.

No jasne. Mario był jed­nym z mię­śnia­ków taty. Kształ­tem przy­po­mi­nał cegłę i miał IQ jak ona. Coś czu­łam, że dzi­siaj tata nie pozwoli mi ni­gdzie się wymknąć, wła­śnie dla­tego, że ja i Angelo zdą­ży­li­śmy się poznać nieco zbyt dobrze. Ogól­nie tata zawsze nas popie­rał, ale chciał, by wszystko szło po jego myśli. Więk­szość ludzi w moim wieku w takiej sytu­acji od razu by się wyco­fała, a może nawet uznała to za bar­ba­rzyń­skie metody. Ale nie byłam głu­pia. Wie­dzia­łam, że sama się krzyw­dzę, bo nie wal­czę o prawo do edu­ka­cji i nie­za­leżną pracę. Wie­dzia­łam, że to ja powin­nam zde­cy­do­wać, kogo chcę poślu­bić.

Jed­nak wie­dzia­łam rów­nież, że albo postą­pię według woli ojca, albo skażę się na potę­pie­nie. Jeśli wybiorę wol­ność, będę musiała zosta­wić swoją rodzinę - a moja rodzina była dla mnie całym świa­tem.

Nie licząc zami­ło­wa­nia do tra­dy­cji, chi­ca­gow­ska mafia wcale nie przy­po­mi­nała tej przed­sta­wia­nej w fil­mach. Żad­nych ciem­nych uli­czek, wychu­dzo­nych nar­ko­ma­nów czy krwa­wych zatar­gów z pra­wem. Aktu­al­nie cho­dziło głów­nie o pra­nie pie­nię­dzy, przej­mo­wa­nie firm i recy­kling. Mój ojciec otwar­cie wspie­rał poli­cję, utrzy­my­wał rela­cje z waż­nymi poli­ty­kami, a nawet poma­gał FBI łapać głów­nych podej­rza­nych.

I wła­śnie dla­tego tutaj dzi­siaj byli­śmy. Tata zgo­dził się prze­zna­czyć znaczną sumę pie­nię­dzy na fun­da­cję cha­ry­ta­tywną, któ­rej celem była pomoc dzie­ciom z trud­nych rodzin w uzy­ska­niu edu­ka­cji.

O iro­nio.

Upi­łam łyk szam­pana i popa­trzy­łam na sie­dzą­cego kawa­łek dalej Angela, który roz­ma­wiał z Emily - jej ojciec był wła­ści­cie­lem naj­więk­szego w Illi­nois boiska do base­ballu. Angelo powie­dział jej, że wkrótce zamie­rza zacząć magi­sterkę w Nor­th­we­stern i jed­no­cze­śnie pra­co­wać w fir­mie księ­go­wej ojca. Prawda była jed­nak taka, że miał prać pie­nią­dze dla mojego ojca i słu­żyć chi­ca­gow­skiej mafii do końca swo­ich dni.

Nagle prze­sta­łam sku­piać się na ich roz­mo­wie, bo guber­na­tor Bishop prze­niósł na mnie swoją uwagę.

- A co z tobą, mała Rossi? Zamie­rzasz iść na stu­dia?

Wszy­scy wokół nas roz­ma­wiali i śmiali się, poza męż­czy­zną sie­dzą­cym naprze­ciwko mnie. On wciąż igno­ro­wał swoją part­nerkę, opróż­niał szklankę z drin­kiem i patrzył z rezy­gna­cją na ekran tele­fonu, na któ­rym wyświe­tlały się setki wia­do­mo­ści na minutę. Zer­k­nął na mnie jakby nie­wi­dzą­cym wzro­kiem. Zaczę­łam się zasta­na­wiać, ile on ma lat. Wyda­wał się star­szy ode mnie, ale na pewno nie był w wieku taty.

- Ja? - Uśmiech­nę­łam się uprzej­mie, pro­stu­jąc krę­go­słup. Wygła­dzi­łam ser­wetkę leżącą na moich kola­nach. Mia­łam nie­na­ganne maniery i zawsze świet­nie szło mi pro­wa­dze­nie nie­zo­bo­wią­zu­ją­cych kon­wer­sa­cji. Uczy­łam się w szkole łaciny, ety­kiety i wie­dzy ogól­nej. Potra­fi­łam zaga­dać tak do pre­zy­den­tów, jak i kawałka prze­żu­tej gumy. - Och, rok temu skoń­czy­łam szkołę, a teraz sku­piam się na nawią­zy­wa­niu zna­jo­mo­ści w Chi­cago.

- Innymi słowy ani nie pra­cu­jesz, ani się nie uczysz - sko­men­to­wał bez­na­mięt­nym tonem męż­czy­zna sie­dzący przede mną. Wypił drinka i posłał mojemu ojcu drwiący uśmiech.

Czu­łam, że koń­cówki moich uszu robią się czer­wone. Zer­k­nę­łam na tatę, szu­ka­jąc pomocy. Chyba jed­nak nie usły­szał, bo nie sko­men­to­wał przy­tyku.

- Jezu Chry­ste - ode­zwała się blon­dynka sie­dząca obok nie­uprzej­mego faceta. Zro­biła się czer­wona jak burak, ale on ją zlek­ce­wa­żył.

- Jeste­śmy wśród przy­ja­ciół. Nikt nie upu­bliczni tej infor­ma­cji.

Upu­bliczni? Kim on, u dia­bła, jest?

Wypro­sto­wa­łam się, bio­rąc łyk drinka.

- Oczy­wi­ście są jesz­cze inne rze­czy, któ­rymi się zaj­muję.

- Zamie­niam się w słuch - prych­nął, uda­jąc zain­te­re­so­wa­nie.

Wszy­scy po naszej stro­nie stołu uci­chli. Zro­biło się jakoś dziw­nie, jakby zaraz miało dojść do kata­strofy.

- Uwiel­biam akcje cha­ryta...

- To nie jest żadna praca. Czym się zaj­mu­jesz?

Wymyśl jakieś cza­sow­niki, Fran­ce­sco. Cza­sow­niki.

- Jeż­dżę konno i lubię pra­co­wać w ogro­dzie. Gram na for­te­pia­nie. I... Ach, cho­dzę na zakupy. - Wie­dzia­łam, że się pogrą­żam, ale on uparł się na ten temat. I chyba nikt nie chciał mnie ura­to­wać.

- To zwy­kłe hobby i przy­wi­leje. Jaki jest twój wkład w spo­łe­czeń­stwo, panno Rossi, poza wspie­ra­niem ame­ry­kań­skiej eko­no­mii poprzez kupo­wa­nie tylu ubrań, że można by ubrać wszyst­kich miesz­kań­ców Ame­ryki Pół­noc­nej?

Sztućce brzdęk­nęły o drogą por­ce­lanę. Sie­dząca obok niego kobieta zapo­wie­trzyła się. Roz­mowy zamil­kły natych­miast.

- Wystar­czy - syk­nął mój ojciec lodo­wa­tym tonem, gro­miąc męż­czy­znę mor­der­czym spoj­rze­niem. Skrzy­wi­łam się, ale facet był nie­wzru­szony. Sie­dział pro­sto, a nawet wyda­wał się roz­ba­wiony tema­tem kon­wer­sa­cji.

- Muszę się z tobą zgo­dzić, Arthu­rze. Dowie­dzia­łem się o two­jej córce wszyst­kiego co trzeba. I to w nie­całą minutę.

- Chyba zapo­mnia­łeś o swo­ich poli­tycz­nych i publicz­nych obo­wiąz­kach, a dobre maniery zosta­wi­łeś w domu, nie­praw­daż? - zapy­tał mój ojciec, jak zwy­kle dobrze wycho­wany.

Męż­czy­zna uśmiech­nął się zło­śli­wie.

- Wręcz prze­ciw­nie, Rossi. Wydaje mi się, że jed­nak o nich pamię­tam. I chyba nie będziesz z tego zado­wo­lony.

Pre­ston Bishop i jego żona pogrą­żali mnie jesz­cze bar­dziej, wypy­tu­jąc o mój pobyt w Euro­pie, o kon­certy i o to, co chcia­ła­bym stu­dio­wać (bota­nikę, cho­ciaż nie byłam na tyle głu­pia, by uwa­żać, że tra­fię na uczel­nię). Rodzice z uśmie­chem obser­wo­wali moje dosko­nałe umie­jęt­no­ści pro­wa­dze­nia roz­mowy; nawet kobieta sie­dząca obok bez­czel­nego męż­czy­zny włą­czyła się do poga­wędki i zaczęła roz­ma­wiać o wycieczce po Euro­pie w trak­cie swo­jego gap year. Oka­zało się, że jest dzien­ni­karką i podró­żuje po całym świe­cie.

Mimo że wszy­scy byli dla mnie bar­dzo mili, nie potra­fi­łam otrzą­snąć się z upo­ko­rze­nia, które odczu­łam przez zło­śliwe komen­ta­rze jej part­nera. Teraz męż­czy­zna ponow­nie sku­piał się na dnie kolej­nej szkla­neczki z drin­kiem. Jego mina wyra­żała znu­dze­nie.

Chcia­łam mu powie­dzieć, że kolejny drink nie zała­twi niczego, ale pro­fe­sjo­nalna pomoc psy­cho­lo­giczna może zdzia­łać cuda.

Po kola­cji przy­szedł czas na tańce. Każda kobieta obecna na sali miała przy sobie pla­kietkę z nazwi­skami osób, które wyli­cy­to­wały taniec wła­śnie z nią. Zebrane w ten spo­sób pie­nią­dze miały zostać prze­ka­zane na cele cha­ry­ta­tywne.

Spraw­dzi­łam swoją pla­kietkę i moje serce zabiło szyb­ciej, kiedy zauwa­ży­łam nazwi­sko Angela. A potem oble­ciał mnie strach, bo dotarło do mnie, że oprócz niego na liście jest cała masa wło­skich nazwisk. Odno­si­łam wra­że­nie, że kolejka do mnie jest dłuż­sza niż do innych kobiet i że na koniec wie­czoru stopy odpadną mi od tych wszyst­kich tur na par­kie­cie.

Poca­ło­wa­nie Angela może oka­zać się trudne.

Pierw­szy taniec ze mną zakle­pał sobie sędzia fede­ralny. Potem nawa­lony play­boy wło­skiego pocho­dze­nia, który miesz­kał w Nowym Jorku; zdra­dził mi, że przy­je­chał tutaj tylko po to, żeby spraw­dzić, czy plotki o moim wyglą­dzie są praw­dziwe. Poca­ło­wał rąbek mojej spód­nicy jak jakiś śre­dnio­wieczny dżen­tel­men, a potem jego przy­ja­ciele zacią­gnęli go do stołu. Bła­gam, oby nie popro­sił mojego ojca o zgodę na randkę ze mną!, jęk­nę­łam w duchu. Robił wra­że­nie boga­tego głupka, przez któ­rego moje życie zaczę­łoby przy­po­mi­nać Ojca Chrzest­nego. Trzeci taniec zare­zer­wo­wał guber­na­tor Bishop, a czwarty Angelo.

Z poli­ty­kiem odbęb­ni­łam krót­kiego walca, bo nie chcia­łam popsuć sobie humoru na cały wie­czór.

- Tutaj jesteś. - Twarz Angela poja­śniała, kiedy pod­szedł do mnie i guber­na­tora.

Nad naszymi gło­wami wisiały żyran­dole. Ludzie stu­kali obca­sami o mar­mu­rową pod­łogę. Angelo ski­nął głową, ujął moją dłoń, a drugą poło­żył na mojej talii.

- Wyglą­dasz pięk­nie. Jesz­cze bar­dziej osza­ła­mia­jąco niż dwie godziny temu - wes­tchnął. Jego cie­pły oddech owiał moją twarz. Poczu­łam, jak serce trze­po­cze mi w piersi.

- Dobrze wie­dzieć, bo w tej sukni nie mogę oddy­chać - skwi­to­wa­łam ze śmie­chem, patrząc mu w oczy.

Wie­dzia­łam, że mnie teraz nie poca­łuje i nagle ogar­nęła mnie panika. A co, jeśli w ogóle nie będziemy mieli oka­zji tego zro­bić? Wtedy liścik okaże się bez sensu.

Ta drew­niana szka­tułka albo mnie ura­tuje, albo zabije.

- Chęt­nie zro­bił­bym ci usta-usta, gdy­byś prze­stała oddy­chać. - Obrzu­cił spoj­rze­niem moją twarz i prze­łknął ślinę. - Ale lepiej zacznijmy od zwy­kłej randki za tydzień. O ile jesteś zain­te­re­so­wana.

- Jestem - odpo­wie­dzia­łam, nieco zbyt pośpiesz­nie.

Roze­śmiał się, opie­ra­jąc swoje czoło o moje.

- A nie chcesz wie­dzieć, kiedy...?

- Kiedy wyj­dziemy? - zapy­ta­łam głu­pio.

- To też. W pią­tek. Ale chcia­łem powie­dzieć: czy chcesz wie­dzieć, kiedy zro­zu­mia­łem, że będziesz moją żoną? - zapy­tał nie­wzru­szony.

Z tru­dem poki­wa­łam głową. Chciało mi się pła­kać. Poczu­łam, że jego ręka zaci­ska się wokół mojej talii. I dobrze, bo nie­wiele bra­ko­wało, żebym się prze­wró­ciła.

- To było w te waka­cje, kiedy ty skoń­czy­łaś szes­na­ście, a ja dwa­dzie­ścia lat. Byłaś wtedy jesz­cze za młoda. - Roze­śmiał się. - Dość późno przy­je­cha­łem z rodziną do naszej sycy­lij­skiej posia­dło­ści. Sze­dłem ścieżką z walizką, kiedy zauwa­ży­łem, jak w por­cie zwią­zu­jesz kwiaty w bukiet. Uśmie­cha­łaś się. Byłaś tak piękna i nie­uchwytna, a ja nie chcia­łem się odzy­wać, żeby nie zepsuć chwili. A potem zerwał się wiatr i kwiaty roz­sy­pały się wszę­dzie. Nawet się nie zawa­ha­łaś. Wsko­czy­łaś na główkę do rzeki i wycią­gnę­łaś każdy z nich, cho­ciaż wie­dzia­łaś, że nic z nich już nie będzie. Dla­czego to zro­bi­łaś?

- Moja mama miała w tym dniu uro­dziny - przy­zna­łam. - Dla­tego nie mogłam pozwo­lić sobie na porażkę. A bukiet jed­nak wyszedł mi ład­nie.

Spu­ści­łam wzrok, gapiąc się na nasze sty­ka­jące się klatki pier­siowe.

- Nie mogłaś pozwo­lić sobie na porażkę - powtó­rzył Angelo zamy­ślony.

- Tam­tego dnia w łazience w restau­ra­cji poca­ło­wa­łeś mnie w nos - zauwa­ży­łam.

- Pamię­tam to.

- A dzi­siaj zamie­rzasz skraść mi poca­łu­nek? - zapy­ta­łam.

- Ni­gdy niczego bym ci nie ukradł, Fran­kie. Zapłacę za poca­łu­nek z tobą każdą cenę - wyszep­tał łagod­nie i puścił do mnie oko. - Ale oba­wiam się, że wziąw­szy pod uwagę, ilu panów usta­wiło się do cie­bie w kolejce, a także to, że ja muszę poroz­ma­wiać z każ­dym mafio­sem, który zja­wił się na tym przy­ję­ciu, będziemy musieli ten poca­łu­nek prze­ło­żyć. Ale nie martw się. Już zapła­ci­łem hoj­nie Mariowi, żeby w pią­tek wie­czo­rem nie śpie­szył się z odbie­ra­niem samo­chodu po naszej randce.

Przy­pływ paniki prze­szedł w naj­praw­dziw­sze prze­ra­że­nie. Jeśli on mnie dzi­siaj nie poca­łuje, prze­po­wied­nia z liściku się nie spraw­dzi.

- Pro­szę... - Spró­bo­wa­łam lekko się uśmiech­nąć, żeby zama­sko­wać trwogę eks­cy­ta­cją. - Moje nogi muszą tro­chę odpo­cząć.

Przy­gryzł pięść i uśmiech­nął się.

- Nie kuś, Fran­ce­sco.

Nie wie­dzia­łam, czy mam pła­kać z roz­pa­czy, czy krzy­czeć z fru­stra­cji. Pew­nie i jedno, i dru­gie.

Pio­senka jesz­cze się nie skoń­czyła, więc wciąż koły­sa­li­śmy się w swo­ich ramio­nach, jak spo­wici mrocz­nym zaklę­ciem. Nagle na nagich ple­cach poczu­łam czy­jąś silną rękę.

- Teraz moja kolej - zadud­nił za mną niski głos.

Odwró­ci­łam się z nie­za­do­wo­loną miną i zoba­czy­łam bez­czel­nego męż­czy­znę w czar­nej masce.

Był wysoki, na pewno metr dzie­więć­dzie­siąt lub nieco wię­cej. Czarne jak atra­ment włosy zostały ide­al­nie przy­gła­dzone, syl­wetka smu­kła, ale umię­śniona. Szare, lekko sko­śne oczy ciskały gromy, a kwa­dra­towa szczęka oraz ide­al­nie zary­so­wane wargi doda­wały mu szorst­ko­ści. Na jego ustach tań­czył wynio­sły, pogar­dliwy uśmiech, który mia­łam ochotę zetrzeć. Widać było, że wciąż bawi go to, co powie­dzia­łam przy stole. Zauwa­ży­łam, że ludzie gapią się na nas otwar­cie. Kobiety poże­rały go wzro­kiem jak pira­nie, a męż­czyźni przy­glą­dali się sytu­acji z roz­ba­wie­niem.

- Ręce przy sobie - wark­nął Angelo, gdy zmie­niła się pio­senka i nie mógł mnie przy sobie dłu­żej zatrzy­mać.

- A ty nie wtrą­caj nosa w nie swoje sprawy - odparł z kamienną twa­rzą męż­czy­zna.

- Czy na pewno jest pan na mojej liście? - Rzu­ci­łam mu uprzejmy, choć chłodny uśmiech.

Wciąż nie potra­fi­łam pozbie­rać się po roz­mo­wie z Ange­lem. Mimo to męż­czy­zna nie­zwłocz­nie przy­ci­snął mnie do twar­dego ciała i zabor­czo przy­ło­żył dłoń do moich lędźwi, tuż nad tył­kiem.

- Cze­kam na odpo­wiedź - syk­nę­łam.

- Ja zapła­ci­łem za ten taniec naj­wię­cej - odpo­wie­dział oschle.

- Oferty są ano­ni­mowe. Nikt nie wie, kto ile płaci - odpar­łam, sta­ra­jąc się nie krzy­czeć.

- I wiem już, że ta suma nie była ade­kwatna do przy­jem­no­ści.

Nie­wia­ry­godne.

Zaczę­li­śmy walc z boku sali; kobiety łypały na nas zazdro­śnie. Te bez­wstydne spoj­rze­nia świad­czyły o tym, że blon­dynka, która mu towa­rzy­szy, nie jest jego żoną. A ja mogłam się wpie­niać, jed­nak nie potra­fi­łam zaprze­czyć temu, że wszyst­kie go pożą­dały.

Tań­czy­łam z nim sztywno, cała spięta, ale on chyba nawet nie zwró­cił na to uwagi. A może po pro­stu miał to gdzieś? W prze­ci­wień­stwie do więk­szo­ści face­tów potra­fił tań­czyć walca, ale robił to bar­dzo mecha­nicz­nie. Bra­ko­wało mu cie­pła i swo­body Angela.

- Neme­zis - zauwa­żył. Zasko­czyło mnie to. Poczu­łam się naga pod jego dra­pież­nym spoj­rze­niem. - Zsyła na ludzi nie­po­wo­dze­nie i wymie­rza im spra­wie­dli­wość. Nie pasuje do ule­głej dziew­czyny, która zaba­wiała przy stole Bishopa i jego paskudną żonę.

Zadła­wi­łam się wła­sną śliną. Czy on wła­śnie nazwał żonę guber­na­tora paskudną? A mnie ule­głą? Odwró­ci­łam wzrok i sta­ra­łam się nie zwra­cać uwagi na upa­ja­jący zapach jego wody koloń­skiej oraz dotyk mar­mu­ro­wego ciała.

- Neme­zis to moja duchowa patronka. To ona zwa­biła Nar­cyza do zwier­cia­dła wody, w któ­rym ujrzał swoje odbi­cie i umarł z zachwytu nad sobą. Próż­ność to okropna cho­roba. - Uśmiech­nę­łam się do niego kusi­ciel­sko.

- Nie­któ­rzy z nas mogliby na nią umrzeć. - Obna­żył równe, białe zęby.

- Aro­gan­cja to zaraza. Współ­czu­cie jest lekar­stwem. Więk­szość bogów nie prze­pa­dała za Neme­zis, bo miała zasady.

- A ty masz? - Uniósł ciemną brew.

- Czy ja co...? - Zamru­ga­łam, mój zalotny uśmiech zaczął zni­kać.

Na osob­no­ści facet był jesz­cze bar­dziej bez­czelny.

- Czy masz zasady? - pod­su­nął.

Pytał mnie o to tak wyzy­wa­jąco i uwo­dzi­ciel­sko, że poczu­łam się, jakby tchnął w moją duszę ogień. Zapra­gnę­łam odsu­nąć się od jego dotyku i wsko­czyć do basenu peł­nego lodu.

- Oczy­wi­ście, że tak - odpo­wie­dzia­łam, pro­stu­jąc się. - Gdzie pań­skie maniery? Wilki pana wycho­wały?

- Chcę usły­szeć jakiś przy­kład - odpo­wie­dział wymi­ja­jąco.

Spró­bo­wa­łam się od niego odsu­nąć, ale szarp­nął mnie i przy­cią­gnął do sie­bie. Pięk­nie roz­świe­tlona sala balowa roz­pły­nęła się w tle. Zaczę­łam zauwa­żać, że męż­czy­zna za maską jest nie­na­tu­ral­nie piękny, jed­nak jego paskudne zacho­wa­nie to przy­ćmie­wało.

Jestem wojow­niczką i damą... Jestem zdrową na umy­śle osobą, która potrafi sobie pora­dzić z tym okrop­nym czło­wie­kiem.

- Naprawdę lubię Angela Ban­di­niego - ode­zwa­łam się cicho, patrząc w jego oczy, a potem w stronę stołu, przy któ­rej sie­działa rodzina Angela. Mój ojciec znaj­do­wał się parę miejsc dalej. Patrzył na nas chłodno, oto­czony przez mafio­sów, któ­rzy gawę­dzili w tle. - I widzi pan, w mojej rodzi­nie mamy tra­dy­cję, która cią­gnie się od poko­leń. Przed wese­lem panna młoda z rodziny Ros­sich musi otwo­rzyć drew­nianą szka­tułkę, ręczne wyrzeź­bioną przez wiedźmę zamiesz­ku­jącą wło­ską wieś moich przod­ków, i prze­czy­tać trzy liściki napi­sane przez dziew­czynę z rodziny, która jako ostat­nia wyszła za mąż przed nią. Ma to przy­nieść szczę­ście i powo­dze­nie. To coś w rodzaju prze­po­wiedni i tali­zmanu. Dzi­siaj wykra­dłam tę skrzy­nię i otwo­rzy­łam jeden z liści­ków, żeby ubiec los. Na kar­teczce napi­sano, że dzi­siaj poca­łuję miłość swo­jego życia i... Cóż... - Przy­gry­złam dolną wargę, zer­k­nąw­szy spod rzęs na puste miej­sce Angela. Męż­czy­zna patrzył na mnie spo­koj­nie, jak­bym była fil­mem w obcym języku, któ­rego nie rozu­miał. - Dzi­siaj go poca­łuję.

- I to pani zasady?

- Chcę przez to powie­dzieć, że jestem ambitna. Gdy cze­goś pra­gnę, dążę do tego.

Zauwa­ży­łam, że jego twarz pod maską ścią­gnęła się w drwią­cym gry­ma­sie, jakby chciał powie­dzieć, że jestem skoń­czoną idiotką. Popa­trzy­łam mu pro­sto w oczy. Mój ojciec nauczył mnie, że z męż­czy­znami trzeba postę­po­wać sta­now­czo, a nie ucie­kać. Bo ten facet na pewno by mnie gonił.

Tak, wie­rzę w tra­dy­cję.

Nie, nie obcho­dzi mnie, co sobie pomy­ślisz.

Wtedy dotarło do mnie, że on usły­szał już całą histo­rię mojego życia, a ja nawet nie zapy­ta­łam go o imię. Nie chcia­łam go poznać, ale ety­kieta wyma­gała, żebym choć uda­wała.

- Zapo­mnia­łam pana spy­tać o nazwi­sko.

- Pew­nie dla­tego, że to pani nie obcho­dzi - wark­nął. Przy­glą­dał mi się w mil­cze­niu, znu­dzony. Nic nie odpo­wie­dzia­łam, bo była to prawda. - Sena­tor Wolfe Keaton - odparł ostro.

- Nie jesteś za młody na sena­tora? - Posta­no­wi­łam przejść na ty i tro­chę się popo­dli­zy­wać, żeby spraw­dzić, czy jestem w sta­nie roz­pu­ścić lodową powłokę, którą się oto­czył. Nie­któ­rych ludzi po pro­stu trzeba mocno przy­tu­lić. Naj­le­piej za szyję.

Chwila, w tym momen­cie mia­łam ochotę go udu­sić. A to nie to samo.

- Mam trzy­dzie­ści lat. Skoń­czy­łem we wrze­śniu, zosta­łem wybrany w listo­pa­dzie.

- Gra­tu­la­cje. - A co mnie to obcho­dzi? - Pew­nie jesteś zachwy­cony.

- Ska­czę z rado­ści. - Przy­cią­gnął mnie jesz­cze bli­żej sie­bie. Doci­snął moje ciało do swo­jego.

Odchrząk­nę­łam.

- Czy mogę zadać ci oso­bi­ste pyta­nie?

- Jeśli ja też będę mógł - odpa­ro­wał.

Zasta­no­wi­łam się.

- Zgoda.

Udzie­lił mi pozwo­le­nia ski­nie­niem głowy.

- Dla­czego popro­si­łeś o taniec ze mną, nie wspo­mi­na­jąc, że słono zapła­ci­łeś za tę wąt­pliwą przy­jem­ność, skoro ewi­dent­nie masz mnie za płytką i odpy­cha­jącą?

Po raz pierw­szy tego wie­czoru na jego twa­rzy poja­wił się gry­mas przy­po­mi­na­jący szczery uśmiech, u niego nie­na­tu­ralny, zakra­wa­jący na ilu­zję. Stwier­dzi­łam, że na pewno nie śmieje się czę­sto. Moż­liwe, że wcale.

- Chcia­łem spraw­dzić oso­bi­ście, czy plotki o two­jej uro­dzie są praw­dziwe.

No i znowu się zaczyna!

Chcia­łam go kop­nąć, ale się powstrzy­ma­łam. Męż­czyźni to takie pro­ste istoty! Cho­ciaż Angelo uwa­żał, że już wcze­śniej byłam ładna... Nawet gdy mia­łam apa­rat na zębach, piegi pokry­wały mój nos i policzki, a nie­sfor­nych wło­sów w nija­kim brą­zo­wym kolo­rze nie potra­fi­łam jesz­cze ukła­dać.

- Teraz moja kolej - odpo­wie­dział, nie komen­tu­jąc mojego wyglądu. - Czy już wybra­łaś imiona dla swo­ich dzieci z Ban­gi­nim?

Dziwne pyta­nie, które bez wąt­pie­nia miało mnie roz­draż­nić. Ileż bym dała, żeby w tym momen­cie obró­cić się na pię­cie i zosta­wić go na środku sali. Ale muzyka już cichła i byłoby głu­pio prze­rwać taniec, który i tak się koń­czył. Poza tym naj­wy­raź­niej nie podo­bała mu się żadna moja odpo­wiedź. Dla­czego mia­ła­bym psuć świetną passę?

- On nazywa się Ban­dini. I tak, wła­ści­wie to już wybra­łam. Chri­stian, Joshua i Emma­line.

Zgoda, wybra­łam rów­nież płeć dzieci. Tak to już bywa, kiedy ma się zbyt dużo wol­nego czasu.

Sena­tor w masce uśmie­chał się teraz sze­roko. Gdyby gniew nie spra­wiał, że czu­łam się tak, jakby moimi żyłami pły­nął czy­sty jad, doce­ni­ła­bym jego zęby jak z reklamy pasty. Zamiast jed­nak pochy­lić głowę i poca­ło­wać wierzch mojej dłoni, zgod­nie z zasa­dami balu masko­wego, zro­bił krok w tył i zasa­lu­to­wał drwiąco.

- Dzię­kuję, Fran­ce­sco Rossi.

- Za taniec?

- Za to, że otwo­rzy­łaś mi oczy.

Po prze­klę­tym tańcu z Keato­nem wie­czór tylko się pogor­szył. Angelo sie­dział przy stole z grupką męż­czyzn, pogrą­żony w oży­wio­nej roz­mo­wie, a ja tań­czy­łam po kolei z każ­dym, roz­ma­wia­łam, uśmie­cha­łam się, coraz bar­dziej tra­cąc nadzieję i odcho­dząc od zmy­słów z każdą kolejną pio­senką. Cóż za absurd: ukra­dłam szka­tułkę matki, jedyną rzecz, jaką wzię­łam bez pozwo­le­nia w całym swoim życiu, i prze­czy­ta­łam liścik, żeby zebrać się na odwagę i poka­zać Ange­lowi, co do niego czuję. Czy jeśli on mnie nie poca­łuje - albo w ogóle nikt tego nie zrobi - moje życie miło­sne zosta­nie prze­kre­ślone na zawsze?

Trzy godziny póź­niej udało mi się wymknąć na zewnątrz. Sta­nę­łam na beto­no­wych scho­dach przy wej­ściu i wcią­gnę­łam do płuc rześ­kie nocne powie­trze. Mój ostatni part­ner w tańcu musiał natych­miast wyjść, bo jego żona zaczęła wcze­śniej rodzić. Całe szczę­ście.

Oto­czy­łam się ramio­nami, żeby ochro­nić się przed chi­ca­gow­skim wia­trem. Roze­śmia­łam się sama do sie­bie. Żółta tak­sówka minęła wyso­kie budynki, jakaś tuląca się do sie­bie para prze­szła zyg­za­kiem po chod­niku.

Klik.

Czu­łam się tak, jakby ktoś wyłą­czył świat - lampy przy ulicy nagle zga­sły i nic już nie widzia­łam.

Zro­biło się upior­nie i kli­ma­tycz­nie; tylko księ­życ nad moją głową rzu­cał jakieś świa­tło. Poczu­łam, że ktoś za moimi ple­cami ota­cza mnie ramie­niem w talii. Dotyk był sta­now­czy, jakby męż­czy­zna, do któ­rego nale­żał, chciał poznać moje ciało.

Odwró­ci­łam się. Gdy zoba­czy­łam czarno-złotą maskę Angela, powie­trze uszło z moich płuc, a ciało zmie­niło się w gala­retę.

- Jed­nak przy­sze­dłeś. - Ode­tchnę­łam z ulgą.

Musnął kciu­kami moje policzki i deli­kat­nie ski­nął głową, nic nie mówiąc.

Tak.

Nachy­lił się i przy­ci­snął swoje usta do moich.

Serce biło mi jak sza­lone.

O ja pier­ni­czę! To się dzieje naprawdę.

Zła­pa­łam go za poły mary­narki i przy­cią­gnę­łam. Wcze­śniej wie­lo­krot­nie wyobra­żam sobie nasz poca­łu­nek, ale nie sądzi­łam, że będzie sma­ko­wać aż tak - jak dom, tlen, wiecz­ność. Jego pełne usta prze­su­nęły się po moich, gorący oddech owiał mój język. Odkry­wał, sku­bał i dro­czył się ze mną. Przy­gry­złam jego dolną wargę i prze­krzy­wi­łam głowę, ocho­czo pogłę­bia­jąc poca­łu­nek. Roz­warł usta i wysu­nął język, który owi­nął się wokół mojego. Odwdzię­czy­łam się. Przy­ci­snął mnie do swo­jego ciała; pie­ścił mnie powoli, namięt­nie, jęcząc w moje usta, jakby spi­jał wodę cudem zna­le­zioną na pustyni. Ja liza­łam każdy zaką­tek jego ust, cho­ciaż nie mia­łam żad­nego doświad­cze­nia. Czu­łam się zawsty­dzona, pod­nie­cona, ale co naj­waż­niej­sze - wolna.

Wolna. W jego ramio­nach. Czy ist­nieje uczu­cie bar­dziej wyzwa­la­jące od miło­ści?

Koły­sa­łam się w jego bez­piecz­nych obję­ciach, cału­jąc go jesz­cze przez dobre trzy minuty, aż w końcu zaczę­łam odzy­ski­wać zdrowy roz­są­dek.

Sma­ko­wał whi­skey, a nie winem, które Angelo pił całą noc. I wyda­wał się znacz­nie wyż­szy ode mnie - wyż­szy od Angela. Następ­nie wyczu­łam zapach jego wody po gole­niu i przy­po­mnia­łam sobie szare lodo­wate oczy, dzi­kość i mroczną zmy­sło­wość, która roz­pa­lała we mnie ogień.

Zaczerp­nę­łam powie­trza. I się wście­kłam.

Nie.

Odsu­nę­łam się od niego tak gwał­tow­nie, że stra­ci­łam rów­no­wagę. Pró­bo­wa­łam przy­trzy­mać się barierki, ale on zła­pał mnie za nad­gar­stek i przy­cią­gnął do sie­bie, żebym nie upa­dła. Nie pró­bo­wał powró­cić do naszego poca­łunku.

- To ty! - krzyk­nę­łam roz­trzę­siona. Świa­tło na ulicy roz­bły­sło - cóż za wspa­niałe wyczu­cie czasu! - więc mogłam zoba­czyć ostre rysy twa­rzy.

Twarz Angela była łagodna, choć z mocno zary­so­waną szczęką. Nato­miast ten męż­czy­zna wyda­wał się jak wykuty z kamie­nia. I nie patrzył na mnie tak, jak mój uko­chany.

Jak on to zro­bił? Dla­czego to zro­bił? Oczy zaszły mi łzami, ale nie chcia­łam się roz­pła­kać. Nie zamie­rza­łam roz­kleić się na oczach tego czło­wieka i dać mu satys­fak­cji.

Zro­bił krok do tyłu i zdjął maskę Angela - Bóg jeden wie, jak wszedł w jej posia­da­nie - a potem rzu­cił ją na schody, jak ska­żoną. Teraz jego twarz wyglą­dała jak naj­lep­sze dzieło sztuki. Była bru­talna, zawsty­dza­jąca, ale nie mogłam ode­rwać od niej wzroku. Odsu­nę­łam się, żeby zwięk­szyć dystans mię­dzy nami.

- Jak? To było banalne. - Do wszyst­kiego miał lek­ce­wa­żące podej­ście; nawet flir­to­wał z nie­skry­waną nie­chę­cią. - Bystra dziew­czyna zapy­ta­łaby dla­czego.

- W takim razie dla­czego? - prych­nę­łam, nie chcąc przy­znać się do tego, co działo się przez ostat­nie pięć minut. Poca­ło­wał mnie jakiś obcy. Angelo, zgod­nie z moją rodzinną tra­dy­cją, nie zosta­nie miło­ścią mojego życia. Ale ten dupek...

Tym razem to on się odsu­nął. Do tej pory jego sze­ro­kie barki blo­ko­wały mi widok na wej­ście do muzeum, więc nie widzia­łam, kto tam stał. Ze sku­lo­nymi ramio­nami, otwar­tymi ustami, bez maski.

Angelo zer­k­nął na moje opuch­nięte usta, a potem obró­cił się i znik­nął w budynku. Emily pobie­gła za nim.

Wolfe, już nie w prze­bra­niu owcy, odwró­cił się do mnie ple­cami i ruszył po scho­dach na górę. Kiedy dotarł do drzwi, dołą­czyła do niego jego part­nerka. Oto­czył ją ramie­niem, a potem odda­lili się razem. Mnie nawet nie zaszczy­cił spoj­rze­niem.

Sta­łam, przy­trzy­mu­jąc się barierki. Sły­sza­łam, że jego part­nerka coś mam­ro­tała, a on odpo­wia­dał jej oschle. Jej śmiech roz­brzmie­wał w powie­trzu jak dzwonki.

Kiedy drzwi ich limu­zyny się zamknęły, usta zapie­kły mnie tak bar­dzo, że musia­łam ich dotknąć, żeby spraw­dzić, czy przy­pad­kiem nie płoną. Pokaz siły nie był przy­pad­kowy. On zro­bił to spe­cjal­nie.

Ode­brał mi wła­dzę.

Wyszarp­nę­łam kar­teczkę z gor­setu i rzu­ci­łam ją na stop­nie scho­dów, a potem zdep­ta­łam jak roz­wście­czony dzie­ciak.

Wolfe Keaton to zło­dziej poca­łun­ków!

Roz­dział drugi

Fran­ce­sca

Tar­gana gnie­wem przy­glą­da­łam się w nocy każ­dej rysie i każ­dej nie­do­sko­na­ło­ści na sufi­cie w sypialni, paląc papie­rosa.

To była zwy­kła głu­pota, zabawa. Nie żaden naukowy fakt. Oczy­wi­ście nie wszyst­kie prze­po­wied­nie zapi­sane na tych notat­kach oka­zały się prawdą. Moż­liwe, że ni­gdy wię­cej nie zoba­czę Wolfe'a Keatona.

Nie­długo mia­łam się spo­tkać z Ange­lem. Nawet jeśli odwoła naszą randkę w pią­tek, w tym mie­siącu ma się odbyć tyle wesel, świąt i innych wyda­rzeń, że na pewno na sie­bie wpad­niemy.

Twa­rzą w twarz wszystko mu wyja­śnię. Żaden głupi poca­łu­nek nie wymaże wielu lat pod­tek­stów. Już nawet wyobra­zi­łam sobie jego żal, gdy dowie się, że poca­ło­wa­łam sena­tora tylko przez to, że wzię­łam go za niego.

Zga­si­łam papie­rosa i zapa­li­łam kolej­nego. Nie tknę­łam tele­fonu, nie chcia­łam wysłać Ange­lowi wia­do­mo­ści w roz­hi­ste­ry­zo­wa­nym tonie. Musia­łam poroz­ma­wiać o tym ze swoją kuzynką Andreą. Miesz­kała po dru­giej stro­nie mia­sta, ale jako że miała już ponad dwa­dzie­ścia lat, była dla mnie jedy­nym źró­dłem wie­dzy o płci prze­ciw­nej - cho­ciaż nie poma­gała mi zbyt chęt­nie.

Nad­szedł pora­nek, niebo przy­brało odcie­nie różu i żółci. Ptaki za oknami ćwier­kały, sie­dząc na para­pe­tach.

Zasło­ni­łam oczy ręką i skrzy­wi­łam się, czu­jąc w ustach posmak popiołu i roz­cza­ro­wa­nia. Dziś była sobota i musia­łam wyjść z domu, zanim moja matka wpa­dłaby na jakiś pomysł - na przy­kład zabrała mnie do sklepu, żeby kupić dro­gie sukienki, a przy oka­zji wypy­tała o Angela. Pomimo tych wszyst­kich tan­det­nych ubrań i butów w mojej sza­fie byłam jak na stan­dardy wło­skiej mafii cał­kiem pro­stą dziew­czyną. Odgry­wa­łam swoją rolę, ponie­waż musia­łam, ale nie zno­si­łam być trak­to­wana jak nie­sa­mo­dzielna, pusta księż­niczka. Nie malo­wa­łam się, a włosy wola­łam nosić nie­ujarz­mione. Bar­dziej lubi­łam jeź­dzić konno i grze­bać w ziemi w ogro­dzie, niż cho­dzić na zakupy i robić paznok­cie. Moim ulu­bio­nym zaję­ciem była gra na for­te­pia­nie. A spę­dza­nie wielu godzin w prze­bie­ralni w towa­rzy­stwie matki i jej przy­ja­ció­łek to moja defi­ni­cja pie­kła.

Obmy­łam twarz, wło­ży­łam czarne bry­czesy, buty do jazdy kon­nej i białą kurtkę. Zeszłam do kuchni i wycią­gnę­łam paczkę papie­ro­sów. Zapa­li­łam jed­nego do cap­puc­cino, któ­rym popi­łam dwie tabletki prze­ciw­bó­lowe. Ode­tchnę­łam sza­rym dymem, gry­ząc pazno­kieć przy jadal­nym stole. W duchu ponow­nie prze­klę­łam sena­tora Keatona. Wczo­raj miał czel­ność zało­żyć, że wybra­łam sobie takie życie, i jesz­cze mi się ono podoba. Nie wziął pod uwagę, że może po pro­stu się z nim pogo­dzi­łam zamiast wal­czyć i zwy­cię­żyć. Nie chcia­łam nikogo poko­ny­wać.

Wie­dzia­łam, że nie wolno mi zro­bić w życiu kariery. Pogo­dzi­łam się z tą bole­sną świa­do­mo­ścią, tylko w takim razie dla­czego nie mogłam otrzy­mać tego, czego chcia­łam? Życia z Ange­lem, jedy­nym face­tem w całym mafij­nym świe­cie, któ­rego naprawdę lubi­łam?

Już sły­sza­łam stu­kot szpi­lek mamy na górze i skrzy­pie­nie drzwi do gabi­netu taty. Potem tata zaczął war­czeć na kogoś po wło­sku, a moja mama wybuch­nęła pła­czem. Moja mama nie była histe­ryczką, a tata rzadko pod­no­sił głos, dla­tego wzbu­dziło to moją czuj­ność.

Rozej­rza­łam się po kuchni na par­te­rze, która łączyła się z wiel­kim salo­nem i tara­sem. Zauwa­ży­łam Maria i Ste­fana, któ­rzy szep­tali mię­dzy sobą po wło­sku. Kiedy dostrze­gli, że się im przy­glą­dam, natych­miast prze­stali.

Zer­k­nę­łam na zegar wiszący na ścia­nie. Nawet nie było jede­na­stej.

Zna­cie to uczu­cie zbli­ża­ją­cej się kata­strofy? Ten pierw­szy wstrząs pod sto­pami, pierw­sze drże­nie fili­żanki z kawą przed bru­tal­nym sztor­mem? Wła­śnie tak czu­łam się w tej chwili.

- Fran­kie! - zawo­łała mama wyso­kim gło­sem. - Będziemy mieć gości. Ni­gdzie nie wychodź.

Prze­cież i tak nie mogłam zerwać się i tak po pro­stu znik­nąć. To było ostrze­że­nie. Skóra mi ścier­pła.

- A kto przy­cho­dzi? - odkrzyk­nę­łam.

Nie­całe dwie sekundy póź­niej dosta­łam odpo­wiedź, bo roz­legł się dźwięk dzwonka przy drzwiach. Nawet nie zdą­ży­łam wejść po scho­dach na górę, żeby zapy­tać rodzi­ców, co się dzieje.

Otwo­rzy­łam drzwi z roz­ma­chem, a po dru­giej stro­nie zasta­łam mojego nowego arcyw­roga Wolfe'a Keatona. Jego twarz, jak zwy­kle, wykrzy­wiał wredny uśmiech. Roz­po­zna­łam go bez maski, mimo że wczo­raj miał ją na twa­rzy przez więk­szość czasu. Nie zno­si­łam tego męż­czy­zny, ale trzeba mu przy­znać, że takiej twa­rzy nie da się zapo­mnieć.

Z ponurą miną i sta­now­czym kro­kiem, odsta­wiony w drogi gar­ni­tur wpa­ro­wał do mojego domu. Otrzą­snął moka­syny z poran­nej rosy. Jego ochro­nia­rze wkro­czyli za nim.

- Neme­zis. - Wypluł to słowo, jak­bym to ja zro­biła mu krzywdę. - Jak pora­nek?

Fatal­nie, i to dzięki tobie.

Oczy­wi­ście nie musiał wie­dzieć, jaki miał wpływ na mój nastrój. Wystar­czy, że pozba­wił mnie pierw­szego poca­łunku z Ange­lem.

Zamknę­łam za nim drzwi, nie zaszczy­ca­jąc go spoj­rze­niem. Powi­ta­łam go z rów­nym entu­zja­zmem, co Ponu­rego Żni­wia­rza.

- Fan­ta­stycz­nie, sena­to­rze. Wła­ści­wie to chcia­łam ci podzię­ko­wać za wczo­raj - odpar­łam, ser­wu­jąc mu fał­szy­wie uprzejmy uśmie­szek.

- Naprawdę? - Scep­tycz­nie uniósł brew.

Zdjął płaszcz i podał go jed­nemu ze swo­ich ochro­nia­rzy, skoro ja nie chcia­łam go wziąć.

- Tak. Poka­za­łeś mi, jak praw­dziwy męż­czy­zna nie powi­nien się zacho­wy­wać i udo­wod­ni­łeś, że Angelo Ban­dini jest tym wła­ści­wym. - Ochro­niarz Wolfe'a odwie­sił jego płaszcz na wie­szak, igno­ru­jąc mnie kom­plet­nie. Obstawa Keatona nie przy­po­mi­nała pra­cow­ni­ków ojca; ci nosili praw­dziwe uni­formy i zapewne kie­dyś słu­żyli w armii.

- Jesteś kiep­skim dżen­tel­me­nem, za to oszu­stem wybor­nym. Piątka z plu­sem. Impo­nu­jące. - Poka­za­łam unie­sione kciuki.

- Ależ z cie­bie kome­diantka. - Zaci­snął usta.

- A ty jesteś... - zaczę­łam, ale wtrą­cił się szorstko.

- Praw­ni­kiem. Dla­tego nie lubię bez­sen­sow­nych poga­da­nek. Chęt­nie został­bym tutaj z tobą i poroz­ma­wiał o naszym zbli­że­niu, Fran­ce­sco, ale obo­wiązki wzy­wają. Pole­cam ci jed­nak tutaj zacze­kać, bo ta poga­wędka to dopiero zwia­stun.

- I już czuję, że raczej kiep­ska. Nie zdzi­wi­ła­bym się, gdyby film oka­zał się słaby.

Pochy­lił się, naru­sza­jąc moją prze­strzeń oso­bi­stą. Zła­pał mój pod­bró­dek w dłoń. Jego srebrne oczy bły­snęły jak bożo­na­ro­dze­niowe świa­tełka.

- Sar­kazm nie przy­stoi dobrze wycho­wa­nym damom, panno Rossi.

- A ja bym powie­działa, że dżen­tel­men nie powi­nien cało­wać bez pozwo­le­nia.

- Cało­wa­łaś mnie bar­dzo chęt­nie, Neme­zis.

- Bo nie wie­dzia­łam, kim jesteś, zło­czyńco.

- Cze­kają cię kolejne poca­łunki. I nawet nie będę musiał się o nie pro­sić, bo zro­bisz to dobro­wol­nie. Więc na twoim miej­scu nie skła­dał­bym obiet­nic, które i tak zostaną zła­mane.

Otwo­rzy­łam usta, chcąc mu powie­dzieć, że powi­nien iść się leczyć, ale wtedy ruszył w stronę scho­dów i zosta­wił mnie osłu­piałą na par­te­rze. Skąd w ogóle wie­dział, dokąd ma się udać?

Odpo­wiedź była jasna.

Musiał być tutaj już wcze­śniej.

Znał mojego ojca.

I wcale za nim nie prze­pa­dał.

Przez następne dwie godziny pali­łam jak smok w kuchni, krą­żąc w tę i z powro­tem. Robi­łam sobie cap­puc­cino, piłam łyk, a potem wyle­wa­łam do zlewu. I od nowa. Pale­nie było jedy­nym złym nawy­kiem, na który mi pozwa­lano. Matka mówiła, że pomaga mi ogra­ni­czyć ape­tyt, a tata był z poko­le­nia, które wciąż uwa­żało, że to modne i świa­towe. Dzięki papie­ro­som czu­łam się jak doro­sła. Bez nich odno­si­ła­bym wra­że­nie, że jestem trak­to­wana jak dziecko trzy­mane pod klo­szem.

Dwa­dzie­ścia minut po znik­nię­ciu Wolfe'a na górę udało się dwóch praw­ni­ków mojego ojca. A także dwóch kolej­nych, któ­rych nie zna­łam.

Poza tym mama dziw­nie się zacho­wy­wała.

Do tej pory ni­gdy nie wcho­dziła do gabi­netu taty w trak­cie biz­ne­so­wych spo­tkań, a teraz zro­biła to dwu­krot­nie. Raz, żeby zanieść napoje, choć zazwy­czaj nale­żało to do naszej gosposi Clary. Gdy weszła tam po raz drugi i wyszła, mam­ro­tała coś do sie­bie histe­rycz­nie i przez przy­pa­dek zbiła wazę.

Odno­si­łam wra­że­nie, że minęło przy­naj­mniej kilka dni, zanim drzwi otwo­rzyły się ponow­nie i tym razem po scho­dach zszedł Keaton.

Sta­łam nie­ru­chomo, cze­ka­jąc na wyrok śmierci. Po jego ostat­nim komen­ta­rzu mia­łam złe prze­czu­cia. Uwa­żał, że znowu go poca­łuję. Lecz jeżeli popro­sił mojego ojca o zgodę na randkę, to srogo się zawie­dzie. Nie był Wło­chem, nie pocho­dził z mafij­nej rodziny, a ja go nie zno­si­łam. To trzy rze­czy, które mój ojciec musiał wziąć pod uwagę.

Wolfe zatrzy­mał się na ostat­nich stop­niach i zszedł z nich wol­niej, jakby chciał pod­kre­ślić swoją wła­dzę i wzrost. A przy oka­zji poka­zać mi, że ja jestem mała i nie­ważna.

- Jesteś gotowa na wer­dykt, Nem? - Kąciki jego ust unio­sły się w lubież­nym uśmie­chu.

Wło­ski na moich rękach sta­nęły dęba. Czu­łam się tak, jak­bym zna­la­zła się na kolejce gór­skiej, na samym szczy­cie, tuż przed zjaz­dem. Ode­tchnę­łam z tru­dem. Fale stra­chu zale­wały mi płuca.

- Wprost nie mogę się docze­kać. - Wywró­ci­łam oczami.

- Chodź za mną - naka­zał.

- Nie, podzię­kuję.

- To nie jest prośba - wark­nął.

- To dobrze, bo nie mam zamiaru cię posłu­chać - wyce­dzi­łam.

Ni­gdy nie byłam wobec nikogo tak opry­skliwa. Ale Wolfe Keaton zasłu­żył sobie na moją furię.

- Pakuj się, Fran­ce­sco.

- Słu­cham?

- Pakuj się - powtó­rzył powoli, jak­bym nie rozu­miała, a nie po pro­stu nie mogła uwie­rzyć w zna­cze­nie tych słów. - Pięt­na­ście minut temu zosta­łaś ofi­cjal­nie moją narze­czoną. Ślub odbę­dzie się z koń­cem mie­siąca, co ozna­cza, że twoja głu­pia tra­dy­cja ze szka­tułką... A przy oka­zji, dzięki za tę histo­rię, przy­dała dra­ma­ty­zmu mojej pro­po­zy­cji, tra­dy­cja zosta­nie pod­trzy­mana - oznaj­mił chłodno.

Zie­mia pod moimi sto­pami drżała, a ja coraz bar­dziej pogrą­ża­łam się w gnie­wie i szoku.

- Mój ojciec ni­gdy nie zro­biłby mi cze­goś takiego. - Stopy mia­łam przy­kle­jone do pod­łogi, więc nie mogłam ruszyć na górę, żeby to spraw­dzić. - Tata na pewno nie sprze­dałby mnie komuś, kto dał naj­wię­cej.

Na jego usta powoli wypły­nął zło­wiesz­czy uśmiech. Mój gniew tylko pod­sy­cał jego ape­tyt.

- A kto powie­dział, że dałem za cie­bie naj­wię­cej?

Rzu­ci­łam się na niego.

Ni­gdy wcze­śniej nikogo nie zaata­ko­wa­łam - nauczono mnie, że kobieta, która robi sceny, nie ma sza­cunku do samej sie­bie. Dla­tego też nie ude­rzy­łam go w twarz z całych sił. To było nie­mal klep­nię­cie, przy­ja­ciel­skie, które led­wie musnęło jego kwa­dra­tową szczękę.

Nawet jej nie dotknął. W jego bez­den­nych srebr­nych oczach mie­niły się wyłącz­nie brak zain­te­re­so­wa­nia i kpina.

- Daję ci dwie godziny na pozbie­ra­nie swo­ich rze­czy. Tego, co tutaj zosta­wisz, już nie odzy­skasz. I nie pró­buj spraw­dzać, czy jestem punk­tu­alny. - Pod­szedł do mnie i siłą wło­żył mi na prze­gub złoty zega­rek.

- Jak mogłeś mi to zro­bić? - W mgnie­niu oka prze­sta­łam się sta­wiać i zaczę­łam szlo­chać, popy­cha­jąc go. Nie myśla­łam. Chyba nawet nie oddy­cha­łam. - Jak prze­ko­na­łeś moich rodzi­ców?

Byłam jedy­naczką. Moja matka miała skłon­ność do poro­nień. Nazy­wała mnie swoją cudowną księż­niczką - a mimo to sta­łam tutaj, nazna­czona przez obcego faceta zegar­kiem od Guc­ciego jak obrożą. Ewi­dent­nie boga­tego. Moi rodzice zawsze bacz­nie obser­wo­wali każ­dego ado­ra­tora, który pod­cho­dził do mnie w trak­cie jakie­goś publicz­nego wyda­rze­nia. Nawet moich przy­ja­ciół trak­to­wali z pewną dozą nie­uf­no­ści. Wła­ści­wie chro­nili mnie przed nimi do tego stop­nia, że nie mia­łam żad­nych przy­ja­ciół. Byłam bli­sko wyłącz­nie z kobie­tami z rodziny.

Za każ­dym razem, gdy pozna­wa­łam jakieś dziew­czyny w moim wieku, rodzice uwa­żali je za zbyt tan­detne. Lub twier­dzili, że nie pocho­dzą z wystar­cza­jąco dobrej rodziny.

Co za absurd!

Z jakie­goś powodu nie mia­łam wąt­pli­wo­ści co do tego, że Wolfe mówi prawdę.

Chyba po raz pierw­szy w życiu zaczę­łam wie­rzyć, że mój ojciec wcale nie jest bogiem. Że także on ma słabe punkty. A Wolfe Keaton naj­wy­raź­niej je odna­lazł i wyko­rzy­stał.

Wło­żył płaszcz i ruszył do drzwi. Jego ochro­nia­rze podrep­tali za nim jak lojalne labra­dory.

Pobie­głam na pię­tro, czu­jąc, że moje nogi płoną od adre­na­liny.

- Jak mogłaś! - Naj­pierw skie­ro­wa­łam gniew na mamę, która obie­cała, że w kwe­stii mał­żeń­stwa zawsze będzie mnie wspie­rać. Rzu­ci­łam się na nią, ale tata zdą­żył mnie powstrzy­mać. Za drugą rękę zła­pał mnie Mario.

To był pierw­szy raz, gdy jakiś męż­czy­zna użył prze­ciwko mnie siły. I jesz­cze mój wła­sny ojciec.

Kopa­łam i krzy­cza­łam, gdy wycią­gali mnie z gabi­netu. Mama stała nie­ru­chomo, ze łzami w oczach. Praw­nicy sie­dzieli sku­leni w kącie, gapili się w doku­menty i uda­wali, że nic się nie dzieje, jak zwy­kle. Chciało mi się krzy­czeć, aż ten dom legnie w gru­zach, zasy­pu­jąc nas. Chcia­łam naro­bić im wstydu, wal­czyć z nimi.

Mia­łam dzie­więt­na­ście lat. Mogła­bym uciec.

Pyta­nie tylko dokąd? Nie mia­łam nikogo oprócz rodzi­ców. Nawet pie­nię­dzy nie mia­łam.

- Fran­ce­sco - ode­zwał się mój tata z deter­mi­na­cją w gło­sie. - Nie żeby to miało jakieś zna­cze­nie, ale to nie jest wina two­jej matki. To ja wybra­łem dla cie­bie Wolfe'a Keatona, bo uwa­żam, że to naj­lep­szy wybór. Angelo jest miłym chłop­cem, ale to prze­cięt­niak. Jego ojciec jest zwy­kłym rzeź­ni­kiem. Nato­miast Keaton to naj­bar­dziej pożą­dany kawa­ler w całym Chi­cago. Moż­liwe, że zosta­nie kie­dyś pre­zy­den­tem Sta­nów Zjed­no­czo­nych. Jest rów­nież znacz­nie bogat­szy, star­szy i na dłuż­szą metę bar­dziej przyda się mafii.

- Ale ja nie jestem mafią! - Czu­łam swoje struny gło­sowe drżące od wrza­sku. - Jestem czło­wie­kiem.

- Jesteś i jed­nym, i dru­gim - odparł. - Jako córka czło­wieka, który odbu­do­wał chi­ca­gow­ską mafię od zera, musisz się poświę­cić. Czy tego chcesz, czy nie.

Nie­śli mnie do mojego pokoju na końcu kory­ta­rza. Mama wlo­kła się za nimi, mam­ro­tała pod nosem prze­pro­siny, ale ja byłam zbyt prze­ra­żona, żeby jej słu­chać. Naprawdę, wciąż nie chcia­łam uwie­rzyć, że mój ojciec wybrał Keatona bez kon­sul­ta­cji ze mną. Ponadto wie­dzia­łam, że jest zbyt dumny, by o tym dys­ku­to­wać.

Nie wie­dzieć dla­czego Keaton miał nad nim prze­wagę.

- Ale ja wcale nie chcę naj­bar­dziej pożą­da­nego kawa­lera w Chi­cago, pre­zy­denta Sta­nów Zjed­no­czo­nych czy nawet samego papieża! Chcę Angela! - war­cza­łam, ale nikt mnie nie słu­chał.

Jestem jak powie­trze. Nie­wi­dzialne, nic nie­zna­czące, choć jed­no­cze­śnie tak potrzebne.

Zatrzy­mali się przed moim poko­jem, moc­niej zaci­ska­jąc ręce na moich nad­garst­kach. Zwiot­cza­łam, kiedy dotarło do mnie, że dalej już nie idziemy, i zaj­rza­łam do środka.

Clara upy­chała moje ubra­nia i buty w otwar­tych waliz­kach leżą­cych na łóżku, co jakiś czas ocie­ra­jąc łzy. Mama zła­pała mnie za ramiona i obró­ciła do sie­bie.

- W liściku było napi­sane, że kto poca­łuje cię jako pierw­szy, zosta­nie miło­ścią two­jego życia, prawda? - Patrzyła na mnie roz­bie­ga­nymi, zaczer­wie­nio­nymi oczami. Sta­rała się za wszelką cenę pod­nieść mnie na duchu. - To on cię poca­ło­wał, Fran­kie!

- Zro­bił to pod­stę­pem!

- Prze­cież tak naprawdę nie znasz tego Angela, vita mia...

- Sena­tora Keatona znam jesz­cze mniej.

A to, co o nim wiem, napawa mnie nie­na­wi­ścią.

- Jest bogaty, przy­stojny i czeka go świe­tlana przy­szłość - zauwa­żyła mama. - Jesz­cze się nie zna­cie, ale zdą­ży­cie to nad­ro­bić. Ja też nie zna­łam two­jego ojca, dopóki za niego nie wyszłam. Vita mia, czym jest miłość bez odro­biny ryzyka?

Bez­pie­czeń­stwem, pomy­śla­łam.

Nie mia­łam wąt­pli­wo­ści, że Wolfe Keaton uprzy­krzy mi życie.

***

Dwie godziny póź­niej minę­łam w czar­nym cadil­lacu DTS wyko­nane z kutego żelaza bramy posia­dło­ści Keatona.

Przez całą drogę bła­ga­łam mło­dego prysz­cza­tego kie­rowcę w tanim gar­ni­tu­rze, żeby zabrał mnie na naj­bliż­szy poste­ru­nek poli­cji, ale on uda­wał, że mnie nie sły­szy. Grze­ba­łam w torebce, żeby zna­leźć tele­fon, ale go tam nie zna­la­złam.

- Kurde! - wes­tchnę­łam.

Męż­czy­zna sie­dzący na miej­scu dla pasa­żera prych­nął.

Dopiero teraz odno­to­wa­łam jego obec­ność. To był ochro­niarz.

Moi rodzice miesz­kali w Lit­tle Italy, gdzie wszę­dzie można było się natknąć na kato­lic­kie kościoły, restau­ra­cje ser­wu­jące tra­dy­cyjne dania i parki, po któ­rych spa­ce­ro­wały rodziny z dziećmi. Wolfe Keaton miesz­kał jed­nak przy pre­sti­żo­wej i ste­ryl­nej Bur­ling Street, w przy­tła­cza­ją­cej bia­łej posia­dło­ści, która przy innych domach w oko­licy wyglą­dała na komicz­nie wielką. Sądząc po roz­mia­rze, żeby zbu­do­wać coś takiego, trzeba było zbu­rzyć pobli­skie lokale, podej­rze­wa­łam.

Wolfe Keaton spra­wiał wra­że­nie kogoś, kto dąży po tru­pach do celu.

Powi­tały mnie zadbane traw­niki i okna w śre­dnio­wiecz­nym stylu. Bluszcz i papro­cie owi­jały się wokół ele­wa­cji jak palce zabor­czej kobiety na ciele męż­czy­zny.

Wolfe Keaton był sena­to­rem, ale na pewno nie zaro­bił tylu pie­nię­dzy dzięki poli­tyce.

Gdy samo­chód się zatrzy­mał, dwóch słu­żą­cych otwo­rzyło bagaż­nik i wycią­gnęło moje liczne walizki. W drzwiach poja­wiła się star­sza i wychu­dzona wer­sja Clary. Miała surową minę, czarną sukienkę i srebrne włosy spięte na czubku głowy.

Wynio­śle unio­sła głowę i obrzu­ciła mnie nie­za­do­wo­lo­nym spoj­rze­niem.

- Panna Rossi?

Wysia­dłam z samo­chodu, tuląc torebkę do piersi. Ten dupek nawet się nie sta­wił, żeby mnie powi­tać!

Kobieta pode­szła do mnie, wypro­sto­wana jakby połknęła kij, z rękami złą­czo­nymi na ple­cach.

- Nazy­wam się Ster­ling.

Popa­trzy­łam na jej wycią­gniętą dłoń, ale jej nie uści­snę­łam. Ona poma­gała Wolfe'owi w porwa­niu mnie i mał­żeń­stwu wbrew mojej woli. Wła­ści­wie to, że nie przy­ło­ży­łam jej torebką od Loubo­utina, mogłam uznać za prze­jaw mojego cywi­li­zo­wa­nego zacho­wa­nia.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki