Złodziej mojego serca - Meagan Brandy

Kup ebooka

39.90 zł
32.32 zł (31,79 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

PRO­LOG

Cztery lata wcze­śniej

NAJ­GŁĘB­SZY, NAJ­CIEM­NIEJ­SZY OD­CIEŃ CZER­WIENI PŁY­NIE STA­ŁYM stru­mie­niem, wy­peł­nia pęk­nię­cia w be­to­nie, nie za­trzy­muje się na­wet wów­czas, gdy na­po­tyka wy­pa­loną trawę, wsiąka w ko­rze­nie i roz­prze­strze­nia się ni­czym ogień, który wy­mknął się spod kon­troli.

Dla­czego więc, do kurwy nę­dzy, ja­kieś trzy me­try ode mnie męż­czy­zna w żół­tych spodniach stoi z sze­roko otwar­tymi oczami i z rę­kami unie­sio­nymi w po­wie­trzu? Jego usta się po­ru­szają, ale na­wet je­śli coś mówi, to gówno sły­szę.

Nie, to nie tak.

Sły­szę coś w głębi swo­jego umy­słu.

Krzyki.

Krzyki bólu.

Wo­ła­nia o po­moc.

Wo­ła­nia o li­tość.

Mój wzrok się roz­mywa. Jest tak, jakby czas się co­fał, a moja po­pie­przona głowa zmu­szała mnie do po­now­nego prze­ży­cia tego, co do­pro­wa­dziło mnie wła­śnie tu­taj, wła­śnie do tej chwili...

- Pro­szę, nie. Pro­szę, nie. Będę grzeczna. Będę ci­cho.

- Je­steś bez­war­to­ściowa.

Ude­rze­nie.

- Bez­u­ży­teczna.

Ude­rze­nie.

- Ho­łota.

Ło­mot.

Wrza­ski.

Krzyk, który wy­rywa mi się z gar­dła, brzmi obco. Pró­buję wy­szarp­nąć rękę z opa­ski za­ci­sko­wej, ale tylko roz­ci­nam przy tym wła­sną skórę. Ka­bel elek­tryczny, któ­rego użył do przy­wią­za­nia mnie do krze­sła, mocno krę­puje moje ciało, ale bru­talne dźwięki do­cho­dzące z dołu mó­wią mi, że nie ma czasu na zna­le­zie­nie cze­goś do prze­cię­cia mie­dzi wbi­ja­ją­cej się w moje że­bra. Pod­ry­wam się nie­zgrab­nie na nogi i ob­ra­cam w stronę łóżka.

Wcią­gam tyle po­wie­trza, ile zdo­łam w tej po­zy­cji, bie­gnę do tyłu z całą pręd­ko­ścią, na jaką mnie stać, i walę li­chym drew­nem w ścianę. Z mo­jego gar­dła wy­rywa się krzyk, gdy o ścianę ude­rza też ra­mię, ale ro­bię to po­now­nie.

- Kurwa - sy­czę. - No da­lej, da­lej, da­lej...

Drza­zgi wbi­jają się w moje na­gie plecy, two­rząc nowe rany i po­więk­sza­jąc te na wpół za­go­jone. Ro­bię to jesz­cze raz. Moje zęby za­raz pękną, tak mocno je za­ci­skam.

Sa­pię, trzę­sąc się z wście­kło­ści. Krzyki do­cho­dzące z pierw­szego pię­tra przy­bie­rają na sile.

Cie­pła ciecz spływa te­raz po ca­łej pra­wej stro­nie mo­jego ciała. Od­dy­cham ciężko i szybko, ale nie prze­staję. Wy­ko­rzy­stuję za­strzyk ad­re­na­liny, która za­lewa moje żyły, i już po chwili roz­lega się ostatni trzask. Opar­cie krze­sła pęka, od­rywa się od pod­stawy i le­wego ra­mie­nia na tyle, że mogę się po­ru­szyć i wy­czoł­gać z krę­pu­ją­cych mnie wię­zów.

- Chcesz pła­kać?! - krzy­czy on. - Uci­szę cię!

- Nie! - Do­biega mnie jej szloch.

Bie­gnę w stronę tych gło­sów, serce wali mi jak osza­lałe. Rany na sto­pach roz­dzie­rają się co­raz bar­dziej z każ­dym kro­kiem, ale nie ob­cho­dzi mnie to. Już pra­wie nie czuję bólu.

Pra­wie nic nie czuję. Nowa, mrocz­niej­sza forma wście­kło­ści krwawi w mo­ich ko­ściach, otę­pia­jąc mnie od środka.

- Wra­caj tu, ty mała dziwko! - żąda, a drzwi fron­towe trza­skają o fu­trynę.

- Kurwa! - Po­śpiesz­nie scho­dzę po scho­dach.

Moja sio­stra wy­bie­gła na ze­wnątrz.

Kiedy on jest w ta­kim sta­nie, ni­gdy tego nie ro­bimy - ani w trak­cie tego wszyst­kiego, ani póź­niej. Tylko że ni­gdy wcze­śniej nie trwało to tak długo.

Pa­trzę na sa­lon i czuję, jak serce staje mi w gar­dle. Roz­bite szkło za­śmie­ca­jące pod­łogę zdaje się ze mnie kpić. Plamy krwi na gów­nia­nym dy­wa­nie są jak nieme przy­po­mnie­nie (tak jakby było mi, kurwa, po­trzebne) o tym, co on jest w sta­nie zro­bić jej czy mnie.

Moja matka przy­tula się do pęk­nię­tej fra­mugi drzwi, ku­ląc się za nią. Gdy tylko sły­szy, że nad­cho­dzę, pró­buje po­wstrzy­mać mnie przed wej­ściem. Od­py­cham ją i wy­ry­wam się, gdy wy­ciąga rękę, chcąc zła­pać mnie za nad­gar­stek.

Ogar­nia mnie prze­ra­że­nie i za­trzy­muję się na ganku.

Twarz mo­jej sio­stry jest te­raz jesz­cze bar­dziej opuch­nięta, krew są­czy się z boku jej głowy, gdzie ude­rzył ją pi­sto­le­tem przed zwią­za­niem mnie, a kula prze­zna­czona dla niej wciąż tkwi w moim ciele. Z tru­dem otwiera oczy, pod­daje się, gdy oj­ciec cią­gnie ją za włosy w stronę domu.

Mu­szę się do niej do­stać.

Mu­szę ją uwol­nić.

Ura­tuję ją.

Za­uważa mnie i nie­ru­cho­mieje, oglą­da­jąc się przez ra­mię.

I wła­śnie wtedy matka rzuca się na mnie od tyłu, pra­wie zbija mnie z nóg. Jest roz­hi­ste­ry­zo­wana, boi się o męż­czy­znę, któ­rego ko­cha bar­dziej niż swoje dzieci. Po­tyka się. Lekko sztur­cham ją łok­ciem. Prze­wraca się na zie­mię, cofa się i chowa za do­niczką, gdy mój oj­ciec po­ciąga za spust pi­sto­letu trzy­ma­nego w le­wej ręce. Ostre "pap" za­grze­cho­tało wśród drzew, a kula roz­orała zie­mię nie­opo­dal jego stóp.

- Synu, na­tych­miast prze­stań! Je­steś cały za­krwa­wiony! Wra­caj do środka, nim ktoś zo­ba­czy! - krzy­czy ko­bieta, bła­ga­jąc po raz ko­lejny, aby­śmy my, ofiary, "byli do­brzy" i przy­jęli pie­przoną chło­stę, na którą "za­słu­gu­jemy".

Oczy­wi­ście, że krwa­wię. Wró­ci­łem do domu po­grą­żo­nego w cha­osie i zo­ba­czy­łem pi­sto­let wy­ce­lo­wany w głowę mo­jej sio­stry. W jej oczach do­strze­głem ak­cep­ta­cję. Osło­ni­łem ją tuż przed tym, jak oj­ciec po­cią­gnął za spust.

Spie­przy­łem sprawę, bo od­wró­ci­łem się, by spraw­dzić, czy z moją sio­strą jest wszystko w po­rządku. Chcia­łem obej­rzeć ranę z boku jej głowy, po­wstałą od jego cio­sów. Wy­ko­rzy­stał mój błąd no­wi­cju­sza, ude­rza­jąc mnie od tyłu, gdy nie pa­trzy­łem.

Te­raz nie będę już taki głupi.

Ale moja matka jest rów­nie durna, co ża­ło­sna. Mój tata wła­śnie wy­strze­lił z tego sa­mego pi­sto­letu na po­dwórku, a moja sio­stra krwawi i drży trzy­mana w jego uści­sku, jej ciało prak­tycz­nie, kurwa, wisi u jego stóp, jakby była wie­śniaczką, a on kró­lem.

Nie ma już "cho­wa­nia się w domu".

Ko­niec z "po­ły­ka­niem na­szych krzy­ków".

Ko­niec z "ukry­wa­niem si­nia­ków pod ubra­niem".

Bo wła­śnie tu­taj... to jest to.

Dzień, któ­rego się oba­wia­li­śmy, ale na który cze­ka­li­śmy.

Mo­ment, któ­rego się ba­li­śmy, ale któ­rego pra­gnę­li­śmy.

To jest ko­niec. Jego... albo nasz.

Oj­ciec szar­pie moją sio­strę za włosy, a ja gryzę wnę­trze po­liczka, pró­bu­jąc wy­my­ślić spo­sób, by to od­wró­cić. Za­jąć jej miej­sce.

Sza­mo­cze się w jego uści­sku, pła­cze, błaga, ale on cią­gnie ją w moją stronę.

Wy­cho­dzę na ze­wnątrz, zbli­żam się nieco po łuku, tak że nie je­stem już na dro­dze do drzwi, ale po ich pra­wej stro­nie, nie­mal na środku po­dwórka.

Mama błaga mnie, bym wszedł do środka. Chowa się tam i ma­cha w na­szą stronę, by­śmy zro­bili to samo, ale na­wet na nią nie zer­kam. Nie od­ry­wam wzroku od pary prze­krwio­nych oczu wpa­tru­ją­cych się we mnie.

- My­ślisz, że je­steś twardy, dzie­ciaku? - Po­ru­sza pi­sto­le­tem przy swoim boku. - Wejdź do tego cho­ler­nego domu. Na­tych­miast.

- Puść ją.

Wy­trzesz­cza oczy. Mo­głoby się wy­da­wać, że z mo­ich uszu wy­ro­sły węże. Taki jest zdzi­wiony.

- Nie! - błaga moja sio­stra, zdu­szone słowa kradną jej resztkę ener­gii. - Po pro­stu prze­stań. Już do­brze.

Drży, bo­jąc się tego, co mi zrobi, zu­peł­nie tak jak ja oba­wiam się tego, co on może zro­bić jej.

Zmie­niam po­zy­cję, upew­nia­jąc się, że je­stem rów­no­le­gle do fron­to­wych okien, za­miast zo­sta­wiać plecy od­sło­nięte przed mamą i każ­dym głu­pim po­my­słem, na który może wpaść, aby po­móc swo­jemu mę­żowi. Prze­staję się po­ru­szać, gdy ży­wo­płot są­siada do­tyka mo­ich nóg, a oboje ro­dzice są te­raz w za­sięgu mo­jego wzroku.

Tak jak się spo­dzie­wa­łem, tata po­dąża za mną, zwró­cony twa­rzą w moją stronę.

Jest zde­ner­wo­wany, kręci głową, a gdzieś w od­dali sły­chać sy­reny. Roz­sze­rza noz­drza, wie­dząc, że nie mo­żemy tu dłu­żej stać. W jego gło­wie po­ja­wia się myśl, że je­śli za­bie­rze nas z po­wro­tem do środka, bę­dzie mógł przy­naj­mniej spró­bo­wać nas ukryć, wy­my­ślić ja­kąś wy­mówkę - jak wtedy, gdy mia­łem "wy­pa­dek na ro­we­rze", w któ­rym po­ła­ma­łem ko­ści, pod­czas gdy tak na­prawdę wy­pchnął mnie przez okno na pię­trze, tak że wy­lą­do­wa­łem na ma­sce swo­jego el ca­mino za­par­ko­wa­nego na pod­jeź­dzie, po­nie­waż my­ślał, że by­łem na ze­wnątrz i ktoś zo­ba­czył mój si­niak pod okiem, które pod­bił mi dzień wcze­śniej. W tym przy­padku cho­dziło jed­nak o moją sio­strę. To ona wy­szła. Wie­dzia­łem, że jedno z nas spo­tka się z jego gnie­wem, więc upew­ni­łem się, że będę to ja.

Mu­siał po­lu­zo­wać uchwyt, po­nie­waż w na­stęp­nej se­kun­dzie po­wie­trze prze­szywa roz­dzie­ra­jący krzyk mo­jej sio­stry. Wy­do­staje się z jego bru­tal­nego uści­sku, wy­ry­wa­jąc so­bie przy tym część wło­sów, i czołga się do mnie.

Rzu­cam się do przodu, obej­muję jej tu­łów rę­kami tak de­li­kat­nie, jak tylko po­tra­fię, i przy­cią­gam ją do sie­bie. W se­kundę po tym, jak znaj­dzie się w mo­ich ra­mio­nach, wiot­czeje, a jej oczy mi­go­czą. Mam­ro­cze coś nie­spój­nie.

Upa­damy na zie­mię. Po­wie­trze prze­szywa jego krzyk. Szar­żuje na nas.

Otwie­ram sze­roko oczy i wi­dzę, że pod­nosi broń i ce­luje w moją sio­strę, a po­tem coś zim­nego wci­ska się w moją dłoń.

Spo­glą­dam w dół ni­czym w zwol­nio­nym tem­pie, ale nie może to być wię­cej niż uła­mek se­kundy. Marsz­cząc brwi, pa­trzę pro­sto na ma­towy, czarny pi­sto­let, prze­lot­nie zer­ka­jąc na po­ra­nione nad­garstki osoby, która po­daje mi go przez krzak.

Hayze Gar­rett, mój je­dyny przy­ja­ciel, po­nie­waż nie mu­szę się przed nim ukry­wać. On też żyje w pie­kle.

Ga­łąź trza­ska, a ja staję, pa­trząc przed sie­bie, uno­szę lewą rękę i się uśmie­cham.

Oczy taty otwie­rają się sze­roko, a ze mnie wy­do­bywa się zimny, mar­twy śmiech. Po­cią­gam za spust w tym sa­mym mo­men­cie, w któ­rym on to robi.

Moim cia­łem szarp­nęło, a jego się pod­dało.

Upada na zie­mię z gło­śnym trza­skiem, który wy­wo­łuje dreszcz sa­tys­fak­cji na moim krę­go­słu­pie.

Tętno wali mi mocno w uszach, krzyki matki są gło­śne, jęki sio­stry ogłu­sza­jące, a po­tem... nic.

Nie czuję kuli, którą po­słał mi wcze­śniej w ra­mię, ani ran, które jego pas zo­sta­wił na mo­ich ple­cach. Nie czuję ukłuć prze­su­szo­nej trawy na po­de­szwach stóp, które po­na­ci­nał no­żem my­śliw­skim, aby "unie­ru­cho­mić mnie na krze­śle", jak po­wie­dział. Nie czuję zmar­twie­nia, nie­po­koju ani stra­chu.

Nie czuję się bez­radny ani uwię­ziony.

Nie czuję się jak gówno.

Pod­cho­dzę do mar­twego ciała mo­jego ojca i spo­glą­dam na ża­ło­sną imi­ta­cję czło­wieka.

Mru­gam i od­zy­skuję ostrość wi­dze­nia. Wra­cam do te­raź­niej­szo­ści.

Na­dal wbi­jam wzrok w zie­mię, po­dą­żam spoj­rze­niem po ścieżce czer­wieni do tyłu, od trawy, przez pęk­nię­cia, po ce­men­tową płytę... aż do ucha i skroni, do mar­twego środka jego krza­cza­stych brwi, skąd try­ska krew.

Ide­alny, kurwa, strzał.

Moja głowa od­chyla się na bok, gdy pa­trzę w krysz­ta­łowe oczy, te same, które wi­dzę w lu­strze każ­dego ranka.

Czło­wiek, któ­remu we­dług po­wszech­nego mnie­ma­nia po­wi­nie­neś ufać i ko­chać naj­bar­dziej na świe­cie.

Czło­wiek, który po­ka­zał nam, że nie można ufać żad­nemu męż­czyź­nie. Ani ko­bie­cie, gwoli ści­sło­ści.

Mój oj­ciec.

Nad­uży­wa­jący al­ko­holu.

Mar­twy pi­jak.

Czuję, że moje wargi roz­cią­gają się w uśmie­chu.

Stłu­mione krzyki prze­bi­jają się do świa­do­mo­ści, echo w mo­ich uszach cich­nie i za­lewa mnie fala dźwię­ków.

Sy­reny, krzyki, żą­da­nia.

- Zo­sta­łeś po­strze­lony...

Mój strzał był lep­szy.

- Synu, to ko­niec...

Nie je­stem już ni­czyim sy­nem.

- Odłóż broń...

Odłożę, kiedy będę go­towy.

- Je­ste­śmy tu, żeby po­móc...

Nikt ni­gdy nam nie po­mógł.

Ce­luję pi­sto­le­tem w zimne, mar­twe serce mo­jego dro­giego ojca i po­cią­gam za pie­przony spust.

A po­tem wszystko od­pływa w nie­byt.

GDY MÓJ UMYSŁ DE­CY­DUJE SIĘ PO­WRÓ­CIĆ DO RZE­CZY­WI­STO­ŚCI, zdaję so­bie sprawę, że sie­dzę na błysz­czą­cych skó­rza­nych sie­dze­niach w ele­ganc­kim miej­skim sa­mo­cho­dzie, a nie skuty z tyłu brud­nego ra­dio­wozu lub przy­pięty pa­sami do łóżka w ka­retce w dro­dze do szpi­tala psy­chia­trycz­nego. Czuję się tak po­obi­jany, jakby ude­rzyła we mnie cię­ża­rówka, a po­tem przy­po­mi­nam so­bie, że to było zu­peł­nie coś in­nego.

To był nie­stan­dar­dowy, skra­dziony, sta­lowy glock mo­jego ojca. Mo­jego mar­twego ojca.

Moja sio­stra!

Się­gam do klamki. Sy­czę, gdy ból eks­plo­duje w każ­dym cen­ty­me­trze mo­jego ciała. Za­nim zdążę po­ru­szyć jesz­cze jed­nym mię­śniem, drzwi się otwie­rają, a do środka wśli­zguje się męż­czy­zna. To wielki skur­wiel, zbu­do­wany jak atleta i ubrany tak, jak­bym prze­rwał jego pie­przony ślub. Ma na so­bie gar­ni­tur. Praw­dziwy gar­ni­tur z kra­wa­tem, błysz­czą­cymi bu­tami i ze­gar­kiem, który ze­rwał­bym mu z nad­garstka bez jego wie­dzy, gdyby moje koń­czyny nie były tak ku­rew­sko cięż­kie.

- Kim, do cho­lery, je­steś i gdzie jest moja sio­stra? - war­czę, szu­ka­jąc broni na wy­pa­dek, gdy­bym ja­kimś cu­dem wpadł w ręce ko­lej­nego po­krę­co­nego skur­wiela.

- Nic jej nie bę­dzie - mówi spo­koj­nie, jakby nie wsiadł na tylne sie­dze­nie z mor­dercą. - Jest pod opieką le­ka­rza, jesz­cze nie usta­lił, czy bę­dzie po­trze­bo­wała ope­ra­cji, czy nie.

- Chcę ją zo­ba­czyć.

- Oba­wiam się, że nie mo­żesz. Jesz­cze nie te­raz. - Męż­czy­zna mi się przy­gląda. Nie może być dużo star­szy od mo­jego taty, może przed czter­dziestką. - Nie, do­póki nie po­dej­miesz de­cy­zji.

Nie wiem, o czym on, kurwa, mówi, więc igno­ruję te bzdury i cze­kam, a on po chwili kon­ty­nu­uje:

- Nie­da­leko stąd jest miej­sce dla ko­goś ta­kiego jak ty. Znaj­dują dzie­ciaki w po­dob­nym do two­jego po­ło­że­niu i ofe­rują im po­moc w od­na­le­zie­niu in­nej drogi.

Moje po­ło­że­nie. Ra­cja. Jakby ist­niał gang lu­dzi szu­ka­ją­cych po­bi­tych gnoj­ków, któ­rzy zo­stają ze­pchnięci na kra­wędź i za­bi­jają, żeby z niej nie spaść.

A może za­bi­ja­nie to upa­dek?

- Ach tak? - Prze­krzy­wiam głowę, igno­ru­jąc ostre ukłu­cie, ja­kie ten ruch po­wo­duje. - Brzmi jak gówno, które cwa­niaki opo­wia­dają mło­dym, za­ła­ma­nym dziew­czy­nom na kilka se­kund przed wbi­ciem im igły w ra­mię i po­rzu­ce­niem ich na opła­cone bzy­kanko w ja­kimś pod­upa­dłym mo­telu. - Na tę myśl w mo­jej piersi wzbiera pa­nika. - Gdzie jest moja sio­stra?

Przy­gląda mi się przez chwilę, po czym mówi:

- Jest bez­pieczna. Znaj­duje się w szpi­talu i ma opiekę, któ­rej po­trze­buje, ale im dłu­żej to po­trwa, tym mniej­sza szansa, że uda mi się po­wstrzy­mać opiekę spo­łeczną.

Moje brwi opa­dają, a męż­czy­zna unosi pod­bró­dek.

Tak, skur­wielu, przy­cią­gną­łeś moją uwagę.

Sie­dzi wy­god­nie, a wszystko w nim aż zdaje się krzy­czeć "pie­nią­dze i wła­dza", gdy tak po­pra­wia so­bie nieco prze­krzy­wione rę­kawy ma­ry­narki. Ni­gdy na­wet nie przy­mie­rza­łem gar­ni­turu, nie mó­wiąc już o no­sze­niu go.

- Masz pięć mi­nut, aby zde­cy­do­wać, czy chcesz wyjść z tego sa­mo­chodu i po­zwo­lić, żeby gli­nia­rze sto­jący na ze­wnątrz za­brali cię do cen­trum mia­sta, gdzie ja­kaś przy­pad­kowa osoba, otrzy­mu­jąca okre­ślone wy­na­gro­dze­nie, zde­cy­duje, czy je­steś mor­dercą, czy nie, po czym skoń­czysz za krat­kami lub w ro­dzi­nie za­stęp­czej. Mo­żesz też usiąść z po­wro­tem na tym sie­dze­niu, a ja za­biorę cię gdzie in­dziej, a wszystko to znik­nie.

- Gdzie? Jak? - py­tam, mru­żąc oczy.

- Prze­ko­nasz się, je­śli się zgo­dzisz, ale pój­ście ze mną ozna­cza, że bę­dziesz miał pracę, łóżko i je­dze­nie w miej­scu wol­nym od do­ro­słych, któ­rych świerzbi ręka.

Tak, w po­rządku.

Kiedy przez kilka se­kund ża­den z nas się nie od­zywa, ob­li­zuję wargi.

- Skąd mam wie­dzieć, że ze mną nie po­gry­wasz? - Zde­cy­do­wa­nie ze mną po­grywa.

- Tego się nie do­wiesz.

- Kim je­steś?

- Kimś, kogo mo­żesz już ni­gdy nie zo­ba­czyć, bez względu na to, co wy­bie­rzesz. Trzy mi­nuty.

Wpa­truję się w niego, pró­bu­jąc zro­zu­mieć jego słowa, ale jak, kurwa, mogę? Za­bi­łem swo­jego ojca, a po­tem jesz­cze strze­li­łem mu w serce, kurwa, na oczach nie wia­domo ilu lu­dzi, i z ja­kie­goś po­je­ba­nego po­wodu nie je­stem w celi wię­zien­nej, ale z tyłu pie­przo­nego, wy­pa­sio­nego sa­mo­chodu z kie­lisz­kami do szam­pana i świa­tłami LED w pod­ło­dze.

Ni­gdy w ży­ciu nie wi­dzia­łem ta­kiej fury, nie mó­wiąc już o sie­dze­niu w jej wnę­trzu.

To jest po­dróż. Dzika jak cho­lera. Praw­dziwe gówno ro­dem z in­nego świata.

Ty­siąc py­tań krąży mi po gło­wie, ale w tej chwili po­trze­buję od­po­wie­dzi tylko na dwa.

Pierw­sze.

- Dzięki temu nie tra­fię do wię­zie­nia?

- Tak.

Dru­gie.

- Moja sio­stra bę­dzie z dala od tego wszyst­kiego?

- Tak. - Kiwa głową, spo­glą­da­jąc na ze­ga­rek, a po­tem z po­wro­tem na mnie. - Więc, co po­wiesz, dzie­ciaku?

- Nie na­zy­waj mnie dzie­cia­kiem.

Drgają mu usta. Prze­chyla głowę na bok jak ja­kiś ku­tas.

- To jak mam cię na­zy­wać?

Za­sta­na­wiam się nad tym przez chwilę, po czym opa­dam z po­wro­tem na sie­dze­nie, po­rzu­ca­jąc część imie­nia, które mi nadano, i przy­bie­ra­jąc nowe.

- Na­zy­wam się Bi­shop. Bass Bi­shop.

Kiwa głową.

Ro­bię to samo.

A po­tem ru­szamy w pie­przoną drogę.

ROZ­DZIAŁ 1

Bass

SKUR­WY­SYN...

Wzdy­cha­jąc, ku­cam, zgi­nam ko­lana i kie­ruję swoją uwagę w stronę głowy ko­le­sia.

- Gdy­bym wie­dział, że bę­dziesz tak krwa­wić, ukradł­bym sa­mo­chód, żeby się z tobą roz­pra­wić.

Moje słowa tra­fiają w próż­nię. Nie sły­szy mnie, bo uszy wy­peł­nia mu ten spe­cy­ficzny szum, który może wy­wo­łać tylko ołó­wek w bło­nie bę­ben­ko­wej.

Tak wła­śnie się koń­czy pod­słu­chi­wa­nie cu­dzych roz­mów.

Z ust skur­wiela wy­do­bywa się głę­boki jęk. Prze­wraca się na plecy. Jego po­wieki drgają. Po chwili otwiera oczy i pa­trzy na mnie.

Uśmie­cham się po­woli, prze­chy­la­jąc głowę na bok.

- Je­steś przy­tomny czy wciąż tkwisz w za­wie­sze­niu?

Jego oczy znów się za­my­kają. Sły­szę śmiech mo­jego kum­pla Hayze'a, sto­ją­cego mi za ple­cami.

- Nie kon­tak­tuje... - stwier­dza, po czym do­daje ci­szej: - Mamy to­wa­rzy­stwo.

Wy­cie­ra­jąc krew z knykci o kra­wędź ko­szuli, zer­kam przez ra­mię. Wpa­truję się w ucie­le­śnie­nie ele­gan­cji i grze­chu. To jest jak istny pie­przony sen.

Krzy­wi­zny, za które każdy męż­czy­zna by umarł, a na­wet za­bił. Gwa­ran­to­wana jazda bez trzy­manki.

To aston mar­tin, lśniący nie­stan­dar­do­wym cu­kier­ko­wo­nie­bie­skim la­kie­rem, z wy­pa­sioną czarną ma­skow­nicą, która na­daje mu jesz­cze bar­dziej sek­sowny wy­gląd. Drzwi uno­szą się w górę.

Spo­dzie­wam się, że wy­sią­dzie z niego ele­gancki skur­wiel, typ szyty na miarę. Sztywny ku­tas, który pa­trzyłby w na­szą stronę z obrzy­dze­niem lub lek­ce­wa­że­niem. Jed­nakże ocze­ki­wa­nia są dla głup­ców, co po­twier­dza się se­kundę póź­niej.

Pierw­szą rze­czą, która rzuca się w oczy, jest ostry szpi­ku­lec ob­casa, pra­wie równy roz­mia­rowi noża w mo­jej kie­szeni, oraz czarny pa­sek mocno za­ci­śnięty wo­kół kre­mo­wej, wy­pu­kłej kostki. Na­stępna jest pli­so­wana spód­nica. Sięga tuż nad ko­lana. Lu­struję po­stać wzro­kiem, aż moje spoj­rze­nie za­trzy­muje się w naj­szer­szym punk­cie mocno za­ry­so­wa­nych bio­der i su­nie da­lej po ma­te­riale ob­ci­słej bia­łej bluzki z dłu­gimi rę­ka­wami. Duże złote bran­so­letki za­kry­wają nad­garstki dziew­czyny. Gdy sięga ręką w górę, złote pier­ścionki na jej pal­cach błysz­czą w słońcu. Od­rzuca kilka ko­smy­ków dłu­gich, gę­stych blond wło­sów do tyłu, chro­niąc je przed wpad­nię­ciem w go­rący róż jej ust, gdy po­dmuch wia­tru do­tyka jej skóry, jakby sama przy­wo­łała to gówno, ni­czym ja­kieś pie­przone bó­stwo wia­tru.

- Cho­lera - ję­czy Hayze.

Tak.

Istna bo­gini, która zstą­piła na zie­mię. Dziew­czyna zdaje się mieć pełną świa­do­mość swo­jego wy­glądu.

Jej kroki są po­wolne, sta­wiane bez wy­siłku, efekt lat ćwi­czeń.

Wy­gląda jak szkolna księż­niczka. Nie­mniej zdra­dza ją od­cień ust i spo­sób, w jaki jej ję­zyk prze­suwa się po gór­nej war­dze.

Ona nie jest księż­niczką. To pi­ra­nia.

Zgrabna, dra­pieżna... skłonna do gry­zie­nia.

To nie ja­kaś tam nie­li­cząca się li­ce­alistka.

Gdy kie­ruje się w stronę ma­łego bu­dynku znaj­du­ją­cego się za mo­imi ple­cami, nieco po pra­wej, jej wzrok po­dąża w na­szą stronę. Po pro­stu pa­trzy, nieco mru­żąc po­wieki na wi­dok ma­syw­nego dra­nia u mo­ich stóp. Nie jest w sta­nie do­strzec wię­cej niż ra­mię i zwi­sa­jący z niego ka­wa­łek ta­śmy kle­ją­cej, może odro­binę jego wło­sów, ale nic po­nad to.

Prze­su­wam się, po­woli pod­no­sząc do peł­nej wy­so­ko­ści, a jej uwaga sku­pia się na mnie, gdy od­wra­cam się, by sta­nąć z nią twa­rzą w twarz, go­towy wkro­czyć do ak­cji, je­śli zaj­dzie taka po­trzeba. To jest mo­ment, w któ­rym nor­mal­nie je­ste­śmy świad­kami za­mro­że­nia mię­śni, roz­sze­rze­nia oczu i szyb­kiego ataku pa­niki, która spra­wia, że ktoś ucieka przed wiel­kimi, złymi wil­kami.

Je­śli jej bra­wura ją za­wie­dzie i za­cznie ucie­kać, cóż. Je­stem tylko sześć kro­ków od niej. Będę ją go­nić i za­pę­dzę w kozi róg, gdzie Hayze bę­dzie już cze­kać w go­to­wo­ści. Tak się jed­nak nie dzieje.

Tak jak wspo­mnia­łem, ta dziew­czyna... Pierw­sze wra­że­nie na jej te­mat jest mylne, więc nie do końca na­dą­żam, gdy za­miast ucie­kać, po­ka­zuje ję­zyk, a jej ręka prze­suwa się po jej dłu­gich wło­sach, jakby chciała się upew­nić, że na­dal są ide­al­nie uło­żone.

- Chłopcy i ich za­bawki.

Drażni się. In­te­re­su­jące...

- Ten tu­taj się ze­psuł.

Jej usta drgają. Nu­cąc po no­sem, kie­ruje się w stronę ma­łego ce­gla­nego bu­dynku po mo­jej pra­wej stro­nie. Pa­trzę, jak znika w środku, a po­tem od­wra­cam się do Hayze'a.

- Idź po kilka ta­ble­tek prze­ciw­bó­lo­wych i we­pchnij mu je do gar­dła, za­nim sto­czysz go ze wzgó­rza. Ock­nie się na tyle, że bę­dzie mógł uciec, gdy ból tro­chę ustąpi.

Hayze bez słowa pę­dzi do ba­gaż­nika.

Po­chy­lam się po­now­nie, opróż­niam kie­sze­nie fa­ceta, znaj­duję port­fel, ko­mórkę i roz­bitą za­pal­niczkę. Hayze wraca w mo­men­cie, gdy się pro­stuję.

Jak za­wsze, kurwa, czyta mi w my­ślach. Po­daje mi te­le­fon. Ru­szam w stronę dys­try­bu­to­rów, pod­cho­dząc do war­tej dwie­ście ty­sięcy pięk­nej za­bawki tej la­ski, aby szybko zro­bić zdję­cie ta­blicy re­je­stra­cyj­nej, na wy­pa­dek, gdyby sprawy po­to­czyły się źle, a ona oka­zała się nie do końca od­porna na krew i tor­tury.

W chwili gdy wrzu­cam fanty do ko­sza na śmieci za­kli­no­wa­nego mię­dzy sta­no­wi­skiem do my­cia okien a pompą, drzwi do sklepu spo­żyw­czego otwie­rają się i wy­cho­dzi przez nie ta dziew­czyna. Tym ra­zem jej oczy są ukryte za srebr­nymi szkłami oku­la­rów prze­ciw­sło­necz­nych.

Na­wet wi­dząc mnie sto­ją­cego w od­le­gło­ści może sześć­dzie­się­ciu cen­ty­me­trów od jej po­jazdu, nie gubi kroku. Po pro­stu idzie da­lej, ze słomką w od­cie­niu głę­bo­kiej czer­wieni mię­dzy war­gami.

Przy­staje w od­le­gło­ści ra­mie­nia ode mnie i unosi per­fek­cyj­nie ukształ­to­wane brwi ukryte za ogrom­nymi opraw­kami, na­ci­ska­jąc przy­cisk na klu­czyku w dłoni. Drzwi się uno­szą. Dziew­czyna wy­ciąga prawą rękę, wy­rzuca sok z lo­dem do ko­sza. Nie­bie­ska ciecz się roz­bry­zguje, ale żadne z nas na­wet nie za­wraca so­bie głowy spraw­dze­niem, czy kro­ple pa­dły i na nas.

- Tak szybko, hmm?

- Chcia­łam tylko po­sma­ko­wać - żar­tuje, rzu­ca­jąc swoją małą to­rebkę na sie­dze­nie.

Cofa się krok za kro­kiem. Wy­gląda na to, że zmie­niła zda­nie i nie ma za­miaru wsiąść. Na­wet nie kło­po­cze się za­my­ka­niem drzwi, mimo że jej to­rebka znaj­duje się w środku, aż się pro­sząc, by ktoś ją zwi­nął.

Po­dą­żam za dziew­czyną, po­ru­sza­jąc się wol­niej, pa­trząc na jej dłu­gie, wy­rzeź­bione nogi, gdy prze­cho­dzi z pra­wej strony na lewą, a na­stęp­nie się ob­raca. Jej spód­nica wi­ruje wo­kół ud, a dłoń unosi się nad ma­ską mo­jego sa­mo­chodu. Za­czy­na­jąc od strony pa­sa­żera, ob­cho­dzi po­jazd na­około, le­ni­wie mu­ska­jąc ka­ro­se­rię pal­cem.

- Twój? - za­sta­na­wia się gło­śno, okrą­ża­jąc po­jazd w bez­piecz­nej od­le­gło­ści, aby unik­nąć kon­taktu z mo­krymi pla­mami po dupku, który padł na twarz w po­bliżu przed­niej pra­wej opony. Na­chyla się bar­dziej, jej oczy wo­dzą po ma­sce, a po­tem kie­rują się na mnie. Unosi brwi w ge­ście po­na­gle­nia. Od razu wi­dać, że nie jest dziew­czyną na­wy­kłą do cze­ka­nia.

- Mój - przy­znaję, za­cho­wu­jąc obo­jętny wy­raz twa­rzy. Ta la­ska wi­działa ciało le­żące na ziemi, po czym we­szła do sklepu i na­wet nie mru­gnęła. Te­raz prze­sko­czyła nad ka­łużą krwi, jakby to była woda, i udaje, że po­dzi­wia długą, rdza­wo­czer­woną ma­skę mo­jego sa­mo­chodu... do­kład­nie tam, gdzie kie­dyś był nu­mer VIN, za­nim wzią­łem brzy­twę i uży­łem jej na tym skur­wy­sy­nie. - To...

- Cu­tlass z 1972 roku - prze­rywa, na­chy­la­jąc się, a mój wzrok kie­ruje się na jej ty­łek, który mógł­bym po­dzi­wiać w pełni, gdyby spód­nica była mi­ni­mal­nie krót­sza. - Z ory­gi­nalną ma­skow­nicą.

Spo­gląda przez ra­mię, a ja prze­no­szę wzrok na nią.

Jej oczy lekko się zwę­żają, ale to tylko gra. Fał­szywa na maksa.

Do­sko­nale wie­działa, gdzie skie­ruje się moja uwaga, tak jak ja wie­dzia­łem, że po­wę­dro­wała do­kład­nie tam, gdzie ona chciała.

Pro­stuje się, cał­ko­wi­cie igno­ru­jąc obec­ność Hayze'a, gdy ten wraca ze zbo­cza wzgó­rza. Zwal­nia, a jego oczy prze­su­wają się w moją stronę w po­szu­ki­wa­niu sy­gnału - czy po­wi­nien ją za­kne­blo­wać, czy po­zwo­lić, aby wy­da­rze­nia roz­gry­wały się w swoim tem­pie. Trzy­mam ręce luźno u boku i prze­su­wam opusz­kami pal­ców po dżin­sach, bez­gło­śnie da­jąc mu znać, że wszystko jest w po­rządku.

Blondi idzie na­przód z rę­kami sple­cio­nymi za ple­cami, zu­peł­nie jak per­fek­cyjna pie­przona uczen­nica pry­wat­nej szkoły, którą w isto­cie jest. W mo­men­cie gdy ma mnie mi­nąć, przy­staje. Jej lewa pierś na­piera na rę­kaw mo­jej kurtki. Unosi rękę, za­kła­da­jąc oku­lary na głowę. Gdy ją opusz­cza, czubki jej bia­łych pa­znokci ocie­rają się o kra­wędź zamka bły­ska­wicz­nego.

Oczy o bar­wie mchu za­trzy­mują się na mo­ich, a ona mruga, ład­nie i po­woli.

- Twój sa­mo­chód ma po­ten­cjał. Nie­na­wi­dzę pa­trzeć, jak się mar­nuje.

- Cóż mogę po­wie­dzieć. - Moje spoj­rze­nie pada na jej ciało, ale za­raz wra­cam do jej oczu. - Lu­bię ostrą jazdę.

Ta dziew­czyna nie ma w so­bie nic ostrego. Wy­daje się, jakby była z sa­tyny i je­dwa­biu, z tą jej gładką skórą i zgrab­nymi krą­gło­ściami.

Nie bled­nie ani nie re­aguje, tylko po­woli i w ku­rew­sko wy­stu­dio­wany spo­sób uśmie­cha się, uno­sząc ką­cik ust w górę.

- Chcesz po­wie­dzieć, że nie mo­żesz so­bie po­zwo­lić na na­prawę. - Prze­krzy­wia głowę. - Szkoda - do­daje nie­win­nie, co w za­ło­że­niu ma mnie upo­ko­rzyć.

Tak. Pi­ra­nia.

Po­zwo­lił­bym jej za­to­pić we mnie zęby, a po­tem ugry­zł­bym ją w ten jej ze­psuty ty­łek.

Do­słow­nie. I mocno.

Pod­cho­dzi bli­żej, cze­ka­jąc na re­ak­cję z mo­jej strony, któ­rej się nie do­czeka. Szybko zdaje so­bie z tego sprawę. Jej usta roz­chy­lają się w szer­szym uśmie­chu. Mię­dzy per­ło­wo­bia­łymi zę­bami po­ja­wia się wy­su­nięty ję­zyk.

A po­tem dziew­czyna, mi­ja­jąc mnie, trąca mnie ra­mie­niem.

Nie pa­trzę, jak od­cho­dzi, bo wiem, że tego ode mnie ocze­kuje.

Nie­całą mi­nutę póź­niej od­jeż­dża, zo­sta­wia­jąc nas w chmu­rze spa­lo­nej gumy.

Od­wra­cam się, a Hayze staje obok mnie, na­sze spoj­rze­nia po­dą­żają za tyl­nymi świa­tłami w dół ciem­nej, rze­komo nie­uczęsz­cza­nej drogi. Za­sko­czony par­ska śmie­chem i kręci głową.

- My­śli, że jest nie wia­domo jaką la­ską, co?

Biorę głę­boki od­dech.

Jest tego ku­rew­sko pewna.

ROCKLIN

PO­DWÓJNE DRZWI OTWIE­RAJĄ SIĘ W MO­MEN­CIE, GDY MOJE OB­CASY ude­rzają o ostatni sto­pień. Gdy tylko prze­cho­dzę przez próg i za­my­kam wej­ście, ze­wnętrzne świa­tło zo­staje od­cięte. Do­piero gdy czuj­niki re­je­strują moją obec­ność, drzwi au­to­ma­tyczne zni­kają w ścia­nie.

Kiedy wcho­dzę do po­koju Dys­tynk­cji, po­miesz­cze­nia, w któ­rym kilka par oczu ob­ser­wuje cię z ukry­cia i de­cy­duje, które drzwi mają zo­stać dla cie­bie otwarte, na­tych­miast zo­staję za­mknięta w tym, co lu­bię na­zy­wać na­szą uro­czą małą skrzynką. Oczy­wi­ście, gdy tylko te z tyłu się za­my­kają, mój ze­spół ze­zwala mi na wej­ście.

W chwili gdy moje ob­casy stu­kają o biało-złote mar­mu­rowe pod­łogi, Da­miano wy­myka się z po­koju ochrony i staje obok mnie. Jest tak ci­chy, jak jego kroki. Moje spoj­rze­nie prze­suwa się w jego stronę. Idziemy da­lej ko­ry­ta­rzem, mi­ja­jąc i igno­ru­jąc każdą parę czar­nych po­dwój­nych drzwi po dro­dze. Za­trzy­mu­jemy się przed apar­ta­men­tem Grey­son, naj­więk­szym w tym miej­scu, zbu­do­wa­nym i za­pro­jek­to­wa­nym spe­cjal­nie dla mnie i mo­ich przy­ja­ció­łek, Bronx oraz Delty. Znaj­duje się na końcu ko­ry­ta­rza, gdzie prze­strzeń układa się w kształt li­tery T, ni­czym punkt prze­cię­cia stu­me­tro­wego wy­biegu, jak na­zywa to Delta.

Jest to rów­nież naj­oka­zal­sze z wejść, z rzeź­bio­nym łu­kiem wy­ko­na­nym z czy­stego bia­łego, ró­żo­wego i żół­tego złota. Trój­wy­mia­rowe węże wiją się wzdłuż cier­ni­stych pną­czy. Ich pasz­cze są sze­roko otwarte, a kły za­ta­piają się w kwit­ną­cych ró­żach, z któ­rych każda ma miękki, de­li­katny od­cień różu, po­dobny do tego na pan­to­felku ba­let­nicy. We wgłę­bie­niu w sa­mym środku znaj­duje się dia­ment. Za­miast li­ści ło­dygę oplata imi­ta­cja ko­ronki za­koń­czo­nej ostrymi punk­tami. Tak na­prawdę są to ka­mienne so­ple chro­niące łuk wej­ściowy. Ukryta broń, tak na wszelki wy­pa­dek.

Szczyt prze­bie­gło­ści. Tylko ja i dziew­czyny mo­żemy po­łą­czyć wszyst­kie ele­menty. Taki wła­śnie był za­mysł.

Staję przed drzwiami i wtedy roz­lega się stuk. Da­miano trwa ci­cho u mo­jego boku. Gdy mi­jam go bez słowa, za­ci­ska szczęki. Wiem, że pój­dzie za mną, jesz­cze za­nim do­biega mnie dźwięk ozna­cza­jący, że ra­zem zo­sta­li­śmy za­mknięci w środku.

Kie­ruję się pro­sto do baru w le­wym rogu. Rzu­cam to­rebkę na blat, a na­stęp­nie prze­cho­dzę do du­żego okna po pra­wej stro­nie. En­ter­prise tętni dziś ży­ciem, spo­dzie­wamy się peł­nej sali. Po­łowa to lu­dzie z na­szego świata - nie­któ­rzy nie mogą się do­cze­kać po­kazu, inni cze­kają na roz­mowy biz­ne­sowe, które po nim na­stą­pią. Druga po­łowa go­ści składa się z tych, któ­rych tu nie chcemy, ale któ­rych je­ste­śmy zmu­szeni za­pro­sić, aby "za­cho­wać po­kój". Po­ja­wiają się z czy­stej cie­ka­wo­ści, zszo­ko­wani, że mieli "wy­star­cza­jąco dużo szczę­ścia", aby zdo­być bi­lety na tak "pre­sti­żowe" wy­da­rze­nie.

Niech mnie ktoś do­bije.

Strefa kok­taj­lowa w ogro­dach po­ni­żej za­peł­nia się, męż­czyźni i ko­biety dwa razy starsi ode mnie piją całą noc, cze­ka­jąc, aż moja przy­ja­ciółka, Delta De­Leon, za­sią­dzie na swoim tro­nie - ławce wy­ko­na­nej ze skóry i za­mszu - przy zro­bio­nym na za­mó­wie­nie for­te­pia­nie Ste­in­way & Sons.

- Czy Delta jesz­cze się nie po­ja­wiła? - pyta Da­miano.

- Po­wie­dziano mi, że ona i chłopcy przy­byli pół go­dziny temu, ale będą... roz­ła­do­wy­wać na­pię­cie w apar­ta­men­cie De­Leon.

- Do­brze. - Jego cień przy­bliża się, pa­da­jąc na mnie od tyłu, a jego dło­nie się uno­szą i za­my­kają na mo­ich przed­ra­mio­nach. - Wszystko w po­rządku?

- Dla­czego mia­łoby nie być?

Od­wra­cam się do niego i do­piero wtedy zdaję so­bie sprawę, że zmie­nił swój szkolny mun­du­rek na czarny gar­ni­tur naj­lep­szego ga­tunku. Spinki do man­kie­tów na jego nad­garst­kach są za­pewne warte tyle, co cze­sne w Li­dze Blusz­czo­wej. Jego złota szpilka taj­nego Grey­son So­ciety lśni dum­nie wpięta w lewą klapę ma­ry­narki. Blond włosy błysz­czą w świe­tle ży­ran­dola i, jak za­wsze, są za­cze­sane do tyłu w wy­szu­ka­nym, no­wo­cze­snym stylu, dzięki czemu jego brą­zowe oczy, tego sa­mego ko­loru co roz­wod­nione espresso, na­prawdę się wy­róż­niają.

Da­miano, lub Dom, jak zwy­kli­śmy go na­zy­wać, jest atrak­cyjny. I to w po­nad­prze­ciętny spo­sób. Jest ty­pem męż­czy­zny, któ­rego wy­obra­żasz so­bie, two­rząc w gło­wie ideał fa­ceta: wy­soki, umię­śniony i ku­szący, z sze­ro­kimi ra­mio­nami i kwa­dra­tową szczęką.

Ma je­dyny w swoim ro­dzaju urok, który przy­ciąga ota­cza­ją­cych go lu­dzi ni­czym ma­gnes, przez co błysz­czy jesz­cze ja­śniej. Lu­dzie pa­trzą na Doma i wi­dzą opa­no­wa­nie i wła­dzę. Coś ta­kiego jest po­żą­dane w na­szym śro­do­wi­sku. Po­ten­cjal­nie można więc wy­ko­rzy­stać go do róż­nych opła­cal­nych trans­ak­cji i, jak wie­lo­krot­nie się prze­ko­na­li­śmy, bywa to przy­datne.

Jest też dziw­nie... pro­sty, jak przy­stało na ład­nych wpły­wo­wych chłop­ców.

Głos zbyt aser­tyw­nej star­szej ko­biety lu­bią­cej młod­szych męż­czyzn musi być po­zy­skany? Wy­ślij aro­ganc­kiego księ­cia z bajki, aby przy­cią­gnąć jej uwagę.

Trzeba utrzeć nosa męż­czyź­nie, który uważa się za więk­szego i groź­niej­szego, niż ma prawo twier­dzić, i tak się składa, że jego córka jest piękną księż­niczką? Wy­ślij ide­al­nego za­lot­nika, aby ob­szedł się z nią w nie­przy­zwo­ity spo­sób, a po­tem znik­nął.

Da­miano ska­nuje moją twarz, prze­bi­ja­jąc się przez moje my­śli.

- Mia­łaś ciężki dzień.

Ma ra­cję. Tak było, ale jego próba se­sji te­ra­peu­tycz­nej jest nie­po­trzebna, a kłót­nia z moim oj­cem, któ­rej był świad­kiem dziś rano, nie jest czymś, o czym chcę z nim roz­ma­wiać. I on o tym wie.

Prze­chy­lam głowę.

- Mów do mnie jak duży chło­piec, Dom. Co chcesz po­wie­dzieć?

Pa­trzy na mnie nie­śmiało, ale kiwa głową.

- Mia­łaś nie­ocze­ki­wane opóź­nie­nie tego wie­czoru. Twój oj­ciec spo­dzie­wał się cie­bie o szó­stej trzy­dzie­ści, a za­czął py­tać do­kład­nie o szó­stej trzy­dzie­ści je­den. Spę­dzi­łem ostat­nią go­dzinę, pró­bu­jąc od­wró­cić jego uwagę. Nie mogę cię kryć, je­śli nie po­wiesz mi, kiedy mu­szę to ro­bić i gdzie je­steś.

- Gdy będę po­trze­bo­wała, żeby ktoś mnie krył, bę­dziesz pierw­szym, który się o tym do­wie, a je­śli cho­dzi o to, gdzie by­łam, to wła­śnie one do tego służą. - Wska­zuję na złotą opa­skę za­piętą na jego nad­garstku pod ma­ry­narką.

- Uzgod­ni­li­śmy, że nie bę­dzie nie­po­trzeb­nego śle­dze­nia.

- No wła­śnie. Gdy­byś miał po­wód do nie­po­koju, spraw­dził­byś to. Znasz mnie. Po­trze­bo­wa­łam chwili.

Jego spoj­rze­nie ła­god­nieje. Nie­na­wi­dzę tego, więc kiedy wy­po­wiada moje imię, od­ci­nam się od niego.

- Prze­każ mo­jemu ojcu, że nie­długo zejdę. - Uśmie­cham się, mó­wię wszyst­kie wła­ściwe rze­czy i udaję, że nie po­peł­nia błędu, który może się na nim ze­mścić, a kiedy to się sta­nie, z ra­do­ścią po­wiem: a nie mó­wi­łam.

Nie ko­men­tuję tego jed­nak gło­śno.

Da­miano nie od­po­wiada, ale po chwili prze­rwy pod­nosi rękę i prze­suwa kciu­kiem po mo­jej ko­ści po­licz­ko­wej. Za­wsze był do­bry w ro­bie­niu tego, o co go pro­si­łam, i ni­gdy nie na­ci­skał zbyt mocno.

On wie le­piej.

Nie jest ta­jem­nicą, że chce, abym za­ak­cep­to­wała jego ofertę na wię­cej, i cho­ciaż mam pew­ność, że za­leży mu na mnie jako oso­bie, zdaję so­bie rów­nież sprawę z tego, że to nic in­nego, jak gra o wła­dzę.

Wiem, bo roz­ma­wia­li­śmy o tym wprost. Je­stem świa­doma jego pra­gnień, a on tego, że nie mogę ich speł­nić.

On chce mieć żonę w wieku dwu­dzie­stu dwóch lat, a ja za­mie­rzam spra­wić, by mój oj­ciec był ze mnie dumny. Jako naj­sil­niej­sza spad­ko­bier­czyni Re­ve­naw od­biorę to, co mi się na­leży - miej­sce, które mój oj­ciec zaj­muje w Unii Grey­so­nów, so­ju­szu mię­dzy czte­rema ro­dzi­nami stwo­rzo­nym po to, by utrzy­mać nas na szczy­cie - bez męż­czy­zny szep­czą­cego mi po­le­ce­nia do ucha. Dom twier­dzi, że by się nie od­wa­żył, i wiem, że mówi prawdę.

Ale dzi­siej­sza prawda czę­sto staje się ju­trzej­szym kłam­stwem, nie­mal za­wsze przez przy­pa­dek.

Nie mo­gła­bym go wi­nić za nie­do­trzy­ma­nie słowa i nie chcia­ła­bym, żeby przez to umarł.

Nie bez po­wodu kłam­stwo i śmierć sta­no­wią po­krewne po­ję­cia. Tak przy­naj­mniej twier­dzi mój oj­ciec.

Nie wiem, czemu Dom tak się spie­szy. Na­dal tkwimy w po­ciągu edu­ka­cyj­nym, do któ­rego nas wsa­dzono, mimo że na­sze IQ może prze­wyż­szać każ­dego pro­fe­sora na li­ście płac w Aka­de­mii Grey­son Elite. Obojgu nam jest pi­sane ode­grać swoją rolę w tym świe­cie, ale nikt jesz­cze nie wie, jaka do­kład­nie ona bę­dzie.

Trzeba na to za­pra­co­wać, jak na wszystko, co warto mieć.

Da­miano po­chyla głowę, de­li­kat­nie przy­ci­ska wargi do ką­cika mo­ich ust. Pusz­cza mnie, po czym wy­cho­dzi kilka se­kund póź­niej.

Po­dą­żam za nim do drzwi, kładę dłoń na du­żym kwa­dra­cie po le­wej stro­nie ściany, nie za­wra­ca­jąc so­bie głowy ob­ser­wo­wa­niem, jak sta­lowe szpi­kulce wy­su­wają się z obu stron, łą­cząc się i blo­ku­jąc przej­ście - na­wet moje przy­ja­ciółki nie mo­głyby te­raz wejść bez mo­jej zgody.

Mój wzrok pada na li­stwę wień­czącą su­fit. Kie­ruję się z po­wro­tem do baru w le­wym rogu. Za­ci­skam usta na wi­dok ka­rafki peł­nej Lo­uis Remy Mar­tin.

Wy­łącz­nie w moim świe­cie jest rze­czą nor­malną, że apar­ta­ment za­pro­jek­to­wany i od­dany trzem osiem­na­sto­let­nim dziew­czy­nom jest za­opa­trzony w trunki godne króla.

Lub kró­lo­wej w na­szym przy­padku.

Wład­czyni pod­ziem­nego świata prze­stęp­czego.

Na­le­wam tro­chę al­ko­holu do krysz­ta­ło­wego kie­liszka i przy­sta­wiam szkło do ust, by wziąć po­wolny łyk płynu o dę­bowo-ma­śla­nym po­smaku. Po omacku roz­pi­nam za­mek bły­ska­wiczny wzdłuż le­wego bio­dra. Ciężki, pli­so­wany mun­du­rek spada na pod­łogę.

Opie­ra­jąc łok­cie o blat baru, od­chy­lam głowę do tyłu, za­my­kam oczy i roz­ko­szuję się chwilą w sa­mot­no­ści, wy­pusz­cza­jąc dłu­gie, po­wolne wes­tchnie­nie, które wstrzy­my­wa­łam przez wiele dni. W rze­czy­wi­sto­ści mi­nęło za­le­d­wie kilka go­dzin, od­kąd mój oj­ciec prze­ka­zał mi bez­sen­sowne wie­ści. Cała aż skrę­cam się z gniewu wy­mie­sza­nego z ocze­ki­wa­niem.

Ale po­waż­nie, co on so­bie, kurwa, my­śli?

- Da­leko mi do miana eks­perta, ale je­stem cho­ler­nie pewny, że wła­śnie tak po­winno się no­sić te ob­casy. - Głę­boki, chro­po­waty głos do­biega gdzieś zza mo­ich ple­ców, prze­ci­na­jąc moje my­śli. Le­dwo się po­wstrzy­muję, żeby nie pod­sko­czyć.

Z wy­ćwi­czoną gra­cją kie­ruję swoją uwagę przez ra­mię na prawy przedni róg po­koju, gdzie stoi czarny ak­sa­mitny fo­tel, który nie bez po­wodu jest ciemny.

Złote ob­ra­mo­wa­nie wzdłuż za­ła­ma­nia ściany le­ciutko od­bija świa­tło ży­ran­doli, uwi­dacz­nia­jąc za­rys syl­wetki, ale nic po­nad to.

Ża­den męż­czy­zna, któ­rego znam, ani żadna ko­bieta nie od­wa­ży­liby się wejść do tego apar­ta­mentu bez po­zwo­le­nia.

Za­pada ci­sza. Nie­zna­jomy, który do tej pory tkwił w nie­na­tu­ral­nym wręcz bez­ru­chu, po­chyla się do przodu w fo­telu. Coś błysz­czy na jego twa­rzy.

Wpa­truję się w lśniące, srebrne kó­łeczko w jego peł­nej, kar­ma­zy­no­wej, roz­cią­gnię­tej w krzy­wym uśmie­chu dol­nej war­dze.

Ogar­nia mnie nie­do­wie­rza­nie. Mi­mo­wol­nie roz­sze­rzam oczy, roz­po­zna­jąc, kto sie­dzi przede mną. Za­uważa to.

W po­wie­trzu roz­lega się mroczny śmiech, dźwięk głę­boki i dud­niący jak od­le­gły grzmot. Po­tem jego spoj­rze­nie prze­suwa się po moim ciele. Po­ka­zuje zęby i przez chwilę bawi się kol­czy­kiem, po czym wpa­truje się w moje oczy.

- Znów się spo­ty­kamy, bo­gata dziew­czyno. - Prze­krzy­wia głowę, a na jego twa­rzy po­ja­wia się nie­ubła­gany, trium­falny uśmie­szek. - Po­sta­wisz mi drinka czy nie?

Co jest, kurwa.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki