ROZDZIAŁ 1
Bass
SKURWYSYN...
Wzdychając, kucam, zginam kolana i kieruję swoją uwagę w stronę głowy kolesia.
- Gdybym wiedział, że będziesz tak krwawić, ukradłbym samochód, żeby się z tobą rozprawić.
Moje słowa trafiają w próżnię. Nie słyszy mnie, bo uszy wypełnia mu ten specyficzny szum, który może wywołać tylko ołówek w błonie bębenkowej.
Tak właśnie się kończy podsłuchiwanie cudzych rozmów.
Z ust skurwiela wydobywa się głęboki jęk. Przewraca się na plecy. Jego powieki drgają. Po chwili otwiera oczy i patrzy na mnie.
Uśmiecham się powoli, przechylając głowę na bok.
- Jesteś przytomny czy wciąż tkwisz w zawieszeniu?
Jego oczy znów się zamykają. Słyszę śmiech mojego kumpla Hayze'a, stojącego mi za plecami.
- Nie kontaktuje... - stwierdza, po czym dodaje ciszej: - Mamy towarzystwo.
Wycierając krew z knykci o krawędź koszuli, zerkam przez ramię. Wpatruję się w ucieleśnienie elegancji i grzechu. To jest jak istny pieprzony sen.
Krzywizny, za które każdy mężczyzna by umarł, a nawet zabił. Gwarantowana jazda bez trzymanki.
To aston martin, lśniący niestandardowym cukierkowoniebieskim lakierem, z wypasioną czarną maskownicą, która nadaje mu jeszcze bardziej seksowny wygląd. Drzwi unoszą się w górę.
Spodziewam się, że wysiądzie z niego elegancki skurwiel, typ szyty na miarę. Sztywny kutas, który patrzyłby w naszą stronę z obrzydzeniem lub lekceważeniem. Jednakże oczekiwania są dla głupców, co potwierdza się sekundę później.
Pierwszą rzeczą, która rzuca się w oczy, jest ostry szpikulec obcasa, prawie równy rozmiarowi noża w mojej kieszeni, oraz czarny pasek mocno zaciśnięty wokół kremowej, wypukłej kostki. Następna jest plisowana spódnica. Sięga tuż nad kolana. Lustruję postać wzrokiem, aż moje spojrzenie zatrzymuje się w najszerszym punkcie mocno zarysowanych bioder i sunie dalej po materiale obcisłej białej bluzki z długimi rękawami. Duże złote bransoletki zakrywają nadgarstki dziewczyny. Gdy sięga ręką w górę, złote pierścionki na jej palcach błyszczą w słońcu. Odrzuca kilka kosmyków długich, gęstych blond włosów do tyłu, chroniąc je przed wpadnięciem w gorący róż jej ust, gdy podmuch wiatru dotyka jej skóry, jakby sama przywołała to gówno, niczym jakieś pieprzone bóstwo wiatru.
- Cholera - jęczy Hayze.
Tak.
Istna bogini, która zstąpiła na ziemię. Dziewczyna zdaje się mieć pełną świadomość swojego wyglądu.
Jej kroki są powolne, stawiane bez wysiłku, efekt lat ćwiczeń.
Wygląda jak szkolna księżniczka. Niemniej zdradza ją odcień ust i sposób, w jaki jej język przesuwa się po górnej wardze.
Ona nie jest księżniczką. To pirania.
Zgrabna, drapieżna... skłonna do gryzienia.
To nie jakaś tam nielicząca się licealistka.
Gdy kieruje się w stronę małego budynku znajdującego się za moimi plecami, nieco po prawej, jej wzrok podąża w naszą stronę. Po prostu patrzy, nieco mrużąc powieki na widok masywnego drania u moich stóp. Nie jest w stanie dostrzec więcej niż ramię i zwisający z niego kawałek taśmy klejącej, może odrobinę jego włosów, ale nic ponad to.
Przesuwam się, powoli podnosząc do pełnej wysokości, a jej uwaga skupia się na mnie, gdy odwracam się, by stanąć z nią twarzą w twarz, gotowy wkroczyć do akcji, jeśli zajdzie taka potrzeba. To jest moment, w którym normalnie jesteśmy świadkami zamrożenia mięśni, rozszerzenia oczu i szybkiego ataku paniki, która sprawia, że ktoś ucieka przed wielkimi, złymi wilkami.
Jeśli jej brawura ją zawiedzie i zacznie uciekać, cóż. Jestem tylko sześć kroków od niej. Będę ją gonić i zapędzę w kozi róg, gdzie Hayze będzie już czekać w gotowości. Tak się jednak nie dzieje.
Tak jak wspomniałem, ta dziewczyna... Pierwsze wrażenie na jej temat jest mylne, więc nie do końca nadążam, gdy zamiast uciekać, pokazuje język, a jej ręka przesuwa się po jej długich włosach, jakby chciała się upewnić, że nadal są idealnie ułożone.
- Chłopcy i ich zabawki.
Drażni się. Interesujące...
- Ten tutaj się zepsuł.
Jej usta drgają. Nucąc po nosem, kieruje się w stronę małego ceglanego budynku po mojej prawej stronie. Patrzę, jak znika w środku, a potem odwracam się do Hayze'a.
- Idź po kilka tabletek przeciwbólowych i wepchnij mu je do gardła, zanim stoczysz go ze wzgórza. Ocknie się na tyle, że będzie mógł uciec, gdy ból trochę ustąpi.
Hayze bez słowa pędzi do bagażnika.
Pochylam się ponownie, opróżniam kieszenie faceta, znajduję portfel, komórkę i rozbitą zapalniczkę. Hayze wraca w momencie, gdy się prostuję.
Jak zawsze, kurwa, czyta mi w myślach. Podaje mi telefon. Ruszam w stronę dystrybutorów, podchodząc do wartej dwieście tysięcy pięknej zabawki tej laski, aby szybko zrobić zdjęcie tablicy rejestracyjnej, na wypadek, gdyby sprawy potoczyły się źle, a ona okazała się nie do końca odporna na krew i tortury.
W chwili gdy wrzucam fanty do kosza na śmieci zaklinowanego między stanowiskiem do mycia okien a pompą, drzwi do sklepu spożywczego otwierają się i wychodzi przez nie ta dziewczyna. Tym razem jej oczy są ukryte za srebrnymi szkłami okularów przeciwsłonecznych.
Nawet widząc mnie stojącego w odległości może sześćdziesięciu centymetrów od jej pojazdu, nie gubi kroku. Po prostu idzie dalej, ze słomką w odcieniu głębokiej czerwieni między wargami.
Przystaje w odległości ramienia ode mnie i unosi perfekcyjnie ukształtowane brwi ukryte za ogromnymi oprawkami, naciskając przycisk na kluczyku w dłoni. Drzwi się unoszą. Dziewczyna wyciąga prawą rękę, wyrzuca sok z lodem do kosza. Niebieska ciecz się rozbryzguje, ale żadne z nas nawet nie zawraca sobie głowy sprawdzeniem, czy krople padły i na nas.
- Tak szybko, hmm?
- Chciałam tylko posmakować - żartuje, rzucając swoją małą torebkę na siedzenie.
Cofa się krok za krokiem. Wygląda na to, że zmieniła zdanie i nie ma zamiaru wsiąść. Nawet nie kłopocze się zamykaniem drzwi, mimo że jej torebka znajduje się w środku, aż się prosząc, by ktoś ją zwinął.
Podążam za dziewczyną, poruszając się wolniej, patrząc na jej długie, wyrzeźbione nogi, gdy przechodzi z prawej strony na lewą, a następnie się obraca. Jej spódnica wiruje wokół ud, a dłoń unosi się nad maską mojego samochodu. Zaczynając od strony pasażera, obchodzi pojazd naokoło, leniwie muskając karoserię palcem.
- Twój? - zastanawia się głośno, okrążając pojazd w bezpiecznej odległości, aby uniknąć kontaktu z mokrymi plamami po dupku, który padł na twarz w pobliżu przedniej prawej opony. Nachyla się bardziej, jej oczy wodzą po masce, a potem kierują się na mnie. Unosi brwi w geście ponaglenia. Od razu widać, że nie jest dziewczyną nawykłą do czekania.
- Mój - przyznaję, zachowując obojętny wyraz twarzy. Ta laska widziała ciało leżące na ziemi, po czym weszła do sklepu i nawet nie mrugnęła. Teraz przeskoczyła nad kałużą krwi, jakby to była woda, i udaje, że podziwia długą, rdzawoczerwoną maskę mojego samochodu... dokładnie tam, gdzie kiedyś był numer VIN, zanim wziąłem brzytwę i użyłem jej na tym skurwysynie. - To...
- Cutlass z 1972 roku - przerywa, nachylając się, a mój wzrok kieruje się na jej tyłek, który mógłbym podziwiać w pełni, gdyby spódnica była minimalnie krótsza. - Z oryginalną maskownicą.
Spogląda przez ramię, a ja przenoszę wzrok na nią.
Jej oczy lekko się zwężają, ale to tylko gra. Fałszywa na maksa.
Doskonale wiedziała, gdzie skieruje się moja uwaga, tak jak ja wiedziałem, że powędrowała dokładnie tam, gdzie ona chciała.
Prostuje się, całkowicie ignorując obecność Hayze'a, gdy ten wraca ze zbocza wzgórza. Zwalnia, a jego oczy przesuwają się w moją stronę w poszukiwaniu sygnału - czy powinien ją zakneblować, czy pozwolić, aby wydarzenia rozgrywały się w swoim tempie. Trzymam ręce luźno u boku i przesuwam opuszkami palców po dżinsach, bezgłośnie dając mu znać, że wszystko jest w porządku.
Blondi idzie naprzód z rękami splecionymi za plecami, zupełnie jak perfekcyjna pieprzona uczennica prywatnej szkoły, którą w istocie jest. W momencie gdy ma mnie minąć, przystaje. Jej lewa pierś napiera na rękaw mojej kurtki. Unosi rękę, zakładając okulary na głowę. Gdy ją opuszcza, czubki jej białych paznokci ocierają się o krawędź zamka błyskawicznego.
Oczy o barwie mchu zatrzymują się na moich, a ona mruga, ładnie i powoli.
- Twój samochód ma potencjał. Nienawidzę patrzeć, jak się marnuje.
- Cóż mogę powiedzieć. - Moje spojrzenie pada na jej ciało, ale zaraz wracam do jej oczu. - Lubię ostrą jazdę.
Ta dziewczyna nie ma w sobie nic ostrego. Wydaje się, jakby była z satyny i jedwabiu, z tą jej gładką skórą i zgrabnymi krągłościami.
Nie blednie ani nie reaguje, tylko powoli i w kurewsko wystudiowany sposób uśmiecha się, unosząc kącik ust w górę.
- Chcesz powiedzieć, że nie możesz sobie pozwolić na naprawę. - Przekrzywia głowę. - Szkoda - dodaje niewinnie, co w założeniu ma mnie upokorzyć.
Tak. Pirania.
Pozwoliłbym jej zatopić we mnie zęby, a potem ugryzłbym ją w ten jej zepsuty tyłek.
Dosłownie. I mocno.
Podchodzi bliżej, czekając na reakcję z mojej strony, której się nie doczeka. Szybko zdaje sobie z tego sprawę. Jej usta rozchylają się w szerszym uśmiechu. Między perłowobiałymi zębami pojawia się wysunięty język.
A potem dziewczyna, mijając mnie, trąca mnie ramieniem.
Nie patrzę, jak odchodzi, bo wiem, że tego ode mnie oczekuje.
Niecałą minutę później odjeżdża, zostawiając nas w chmurze spalonej gumy.
Odwracam się, a Hayze staje obok mnie, nasze spojrzenia podążają za tylnymi światłami w dół ciemnej, rzekomo nieuczęszczanej drogi. Zaskoczony parska śmiechem i kręci głową.
- Myśli, że jest nie wiadomo jaką laską, co?
Biorę głęboki oddech.
Jest tego kurewsko pewna.
ROCKLIN
PODWÓJNE DRZWI OTWIERAJĄ SIĘ W MOMENCIE, GDY MOJE OBCASY uderzają o ostatni stopień. Gdy tylko przechodzę przez próg i zamykam wejście, zewnętrzne światło zostaje odcięte. Dopiero gdy czujniki rejestrują moją obecność, drzwi automatyczne znikają w ścianie.
Kiedy wchodzę do pokoju Dystynkcji, pomieszczenia, w którym kilka par oczu obserwuje cię z ukrycia i decyduje, które drzwi mają zostać dla ciebie otwarte, natychmiast zostaję zamknięta w tym, co lubię nazywać naszą uroczą małą skrzynką. Oczywiście, gdy tylko te z tyłu się zamykają, mój zespół zezwala mi na wejście.
W chwili gdy moje obcasy stukają o biało-złote marmurowe podłogi, Damiano wymyka się z pokoju ochrony i staje obok mnie. Jest tak cichy, jak jego kroki. Moje spojrzenie przesuwa się w jego stronę. Idziemy dalej korytarzem, mijając i ignorując każdą parę czarnych podwójnych drzwi po drodze. Zatrzymujemy się przed apartamentem Greyson, największym w tym miejscu, zbudowanym i zaprojektowanym specjalnie dla mnie i moich przyjaciółek, Bronx oraz Delty. Znajduje się na końcu korytarza, gdzie przestrzeń układa się w kształt litery T, niczym punkt przecięcia stumetrowego wybiegu, jak nazywa to Delta.
Jest to również najokazalsze z wejść, z rzeźbionym łukiem wykonanym z czystego białego, różowego i żółtego złota. Trójwymiarowe węże wiją się wzdłuż ciernistych pnączy. Ich paszcze są szeroko otwarte, a kły zatapiają się w kwitnących różach, z których każda ma miękki, delikatny odcień różu, podobny do tego na pantofelku baletnicy. We wgłębieniu w samym środku znajduje się diament. Zamiast liści łodygę oplata imitacja koronki zakończonej ostrymi punktami. Tak naprawdę są to kamienne sople chroniące łuk wejściowy. Ukryta broń, tak na wszelki wypadek.
Szczyt przebiegłości. Tylko ja i dziewczyny możemy połączyć wszystkie elementy. Taki właśnie był zamysł.
Staję przed drzwiami i wtedy rozlega się stuk. Damiano trwa cicho u mojego boku. Gdy mijam go bez słowa, zaciska szczęki. Wiem, że pójdzie za mną, jeszcze zanim dobiega mnie dźwięk oznaczający, że razem zostaliśmy zamknięci w środku.
Kieruję się prosto do baru w lewym rogu. Rzucam torebkę na blat, a następnie przechodzę do dużego okna po prawej stronie. Enterprise tętni dziś życiem, spodziewamy się pełnej sali. Połowa to ludzie z naszego świata - niektórzy nie mogą się doczekać pokazu, inni czekają na rozmowy biznesowe, które po nim nastąpią. Druga połowa gości składa się z tych, których tu nie chcemy, ale których jesteśmy zmuszeni zaprosić, aby "zachować pokój". Pojawiają się z czystej ciekawości, zszokowani, że mieli "wystarczająco dużo szczęścia", aby zdobyć bilety na tak "prestiżowe" wydarzenie.
Niech mnie ktoś dobije.
Strefa koktajlowa w ogrodach poniżej zapełnia się, mężczyźni i kobiety dwa razy starsi ode mnie piją całą noc, czekając, aż moja przyjaciółka, Delta DeLeon, zasiądzie na swoim tronie - ławce wykonanej ze skóry i zamszu - przy zrobionym na zamówienie fortepianie Steinway & Sons.
- Czy Delta jeszcze się nie pojawiła? - pyta Damiano.
- Powiedziano mi, że ona i chłopcy przybyli pół godziny temu, ale będą... rozładowywać napięcie w apartamencie DeLeon.
- Dobrze. - Jego cień przybliża się, padając na mnie od tyłu, a jego dłonie się unoszą i zamykają na moich przedramionach. - Wszystko w porządku?
- Dlaczego miałoby nie być?
Odwracam się do niego i dopiero wtedy zdaję sobie sprawę, że zmienił swój szkolny mundurek na czarny garnitur najlepszego gatunku. Spinki do mankietów na jego nadgarstkach są zapewne warte tyle, co czesne w Lidze Bluszczowej. Jego złota szpilka tajnego Greyson Society lśni dumnie wpięta w lewą klapę marynarki. Blond włosy błyszczą w świetle żyrandola i, jak zawsze, są zaczesane do tyłu w wyszukanym, nowoczesnym stylu, dzięki czemu jego brązowe oczy, tego samego koloru co rozwodnione espresso, naprawdę się wyróżniają.
Damiano, lub Dom, jak zwykliśmy go nazywać, jest atrakcyjny. I to w ponadprzeciętny sposób. Jest typem mężczyzny, którego wyobrażasz sobie, tworząc w głowie ideał faceta: wysoki, umięśniony i kuszący, z szerokimi ramionami i kwadratową szczęką.
Ma jedyny w swoim rodzaju urok, który przyciąga otaczających go ludzi niczym magnes, przez co błyszczy jeszcze jaśniej. Ludzie patrzą na Doma i widzą opanowanie i władzę. Coś takiego jest pożądane w naszym środowisku. Potencjalnie można więc wykorzystać go do różnych opłacalnych transakcji i, jak wielokrotnie się przekonaliśmy, bywa to przydatne.
Jest też dziwnie... prosty, jak przystało na ładnych wpływowych chłopców.
Głos zbyt asertywnej starszej kobiety lubiącej młodszych mężczyzn musi być pozyskany? Wyślij aroganckiego księcia z bajki, aby przyciągnąć jej uwagę.
Trzeba utrzeć nosa mężczyźnie, który uważa się za większego i groźniejszego, niż ma prawo twierdzić, i tak się składa, że jego córka jest piękną księżniczką? Wyślij idealnego zalotnika, aby obszedł się z nią w nieprzyzwoity sposób, a potem zniknął.
Damiano skanuje moją twarz, przebijając się przez moje myśli.
- Miałaś ciężki dzień.
Ma rację. Tak było, ale jego próba sesji terapeutycznej jest niepotrzebna, a kłótnia z moim ojcem, której był świadkiem dziś rano, nie jest czymś, o czym chcę z nim rozmawiać. I on o tym wie.
Przechylam głowę.
- Mów do mnie jak duży chłopiec, Dom. Co chcesz powiedzieć?
Patrzy na mnie nieśmiało, ale kiwa głową.
- Miałaś nieoczekiwane opóźnienie tego wieczoru. Twój ojciec spodziewał się ciebie o szóstej trzydzieści, a zaczął pytać dokładnie o szóstej trzydzieści jeden. Spędziłem ostatnią godzinę, próbując odwrócić jego uwagę. Nie mogę cię kryć, jeśli nie powiesz mi, kiedy muszę to robić i gdzie jesteś.
- Gdy będę potrzebowała, żeby ktoś mnie krył, będziesz pierwszym, który się o tym dowie, a jeśli chodzi o to, gdzie byłam, to właśnie one do tego służą. - Wskazuję na złotą opaskę zapiętą na jego nadgarstku pod marynarką.
- Uzgodniliśmy, że nie będzie niepotrzebnego śledzenia.
- No właśnie. Gdybyś miał powód do niepokoju, sprawdziłbyś to. Znasz mnie. Potrzebowałam chwili.
Jego spojrzenie łagodnieje. Nienawidzę tego, więc kiedy wypowiada moje imię, odcinam się od niego.
- Przekaż mojemu ojcu, że niedługo zejdę. - Uśmiecham się, mówię wszystkie właściwe rzeczy i udaję, że nie popełnia błędu, który może się na nim zemścić, a kiedy to się stanie, z radością powiem: a nie mówiłam.
Nie komentuję tego jednak głośno.
Damiano nie odpowiada, ale po chwili przerwy podnosi rękę i przesuwa kciukiem po mojej kości policzkowej. Zawsze był dobry w robieniu tego, o co go prosiłam, i nigdy nie naciskał zbyt mocno.
On wie lepiej.
Nie jest tajemnicą, że chce, abym zaakceptowała jego ofertę na więcej, i chociaż mam pewność, że zależy mu na mnie jako osobie, zdaję sobie również sprawę z tego, że to nic innego, jak gra o władzę.
Wiem, bo rozmawialiśmy o tym wprost. Jestem świadoma jego pragnień, a on tego, że nie mogę ich spełnić.
On chce mieć żonę w wieku dwudziestu dwóch lat, a ja zamierzam sprawić, by mój ojciec był ze mnie dumny. Jako najsilniejsza spadkobierczyni Revenaw odbiorę to, co mi się należy - miejsce, które mój ojciec zajmuje w Unii Greysonów, sojuszu między czterema rodzinami stworzonym po to, by utrzymać nas na szczycie - bez mężczyzny szepczącego mi polecenia do ucha. Dom twierdzi, że by się nie odważył, i wiem, że mówi prawdę.
Ale dzisiejsza prawda często staje się jutrzejszym kłamstwem, niemal zawsze przez przypadek.
Nie mogłabym go winić za niedotrzymanie słowa i nie chciałabym, żeby przez to umarł.
Nie bez powodu kłamstwo i śmierć stanowią pokrewne pojęcia. Tak przynajmniej twierdzi mój ojciec.
Nie wiem, czemu Dom tak się spieszy. Nadal tkwimy w pociągu edukacyjnym, do którego nas wsadzono, mimo że nasze IQ może przewyższać każdego profesora na liście płac w Akademii Greyson Elite. Obojgu nam jest pisane odegrać swoją rolę w tym świecie, ale nikt jeszcze nie wie, jaka dokładnie ona będzie.
Trzeba na to zapracować, jak na wszystko, co warto mieć.
Damiano pochyla głowę, delikatnie przyciska wargi do kącika moich ust. Puszcza mnie, po czym wychodzi kilka sekund później.
Podążam za nim do drzwi, kładę dłoń na dużym kwadracie po lewej stronie ściany, nie zawracając sobie głowy obserwowaniem, jak stalowe szpikulce wysuwają się z obu stron, łącząc się i blokując przejście - nawet moje przyjaciółki nie mogłyby teraz wejść bez mojej zgody.
Mój wzrok pada na listwę wieńczącą sufit. Kieruję się z powrotem do baru w lewym rogu. Zaciskam usta na widok karafki pełnej Louis Remy Martin.
Wyłącznie w moim świecie jest rzeczą normalną, że apartament zaprojektowany i oddany trzem osiemnastoletnim dziewczynom jest zaopatrzony w trunki godne króla.
Lub królowej w naszym przypadku.
Władczyni podziemnego świata przestępczego.
Nalewam trochę alkoholu do kryształowego kieliszka i przystawiam szkło do ust, by wziąć powolny łyk płynu o dębowo-maślanym posmaku. Po omacku rozpinam zamek błyskawiczny wzdłuż lewego biodra. Ciężki, plisowany mundurek spada na podłogę.
Opierając łokcie o blat baru, odchylam głowę do tyłu, zamykam oczy i rozkoszuję się chwilą w samotności, wypuszczając długie, powolne westchnienie, które wstrzymywałam przez wiele dni. W rzeczywistości minęło zaledwie kilka godzin, odkąd mój ojciec przekazał mi bezsensowne wieści. Cała aż skręcam się z gniewu wymieszanego z oczekiwaniem.
Ale poważnie, co on sobie, kurwa, myśli?
- Daleko mi do miana eksperta, ale jestem cholernie pewny, że właśnie tak powinno się nosić te obcasy. - Głęboki, chropowaty głos dobiega gdzieś zza moich pleców, przecinając moje myśli. Ledwo się powstrzymuję, żeby nie podskoczyć.
Z wyćwiczoną gracją kieruję swoją uwagę przez ramię na prawy przedni róg pokoju, gdzie stoi czarny aksamitny fotel, który nie bez powodu jest ciemny.
Złote obramowanie wzdłuż załamania ściany leciutko odbija światło żyrandoli, uwidaczniając zarys sylwetki, ale nic ponad to.
Żaden mężczyzna, którego znam, ani żadna kobieta nie odważyliby się wejść do tego apartamentu bez pozwolenia.
Zapada cisza. Nieznajomy, który do tej pory tkwił w nienaturalnym wręcz bezruchu, pochyla się do przodu w fotelu. Coś błyszczy na jego twarzy.
Wpatruję się w lśniące, srebrne kółeczko w jego pełnej, karmazynowej, rozciągniętej w krzywym uśmiechu dolnej wardze.
Ogarnia mnie niedowierzanie. Mimowolnie rozszerzam oczy, rozpoznając, kto siedzi przede mną. Zauważa to.
W powietrzu rozlega się mroczny śmiech, dźwięk głęboki i dudniący jak odległy grzmot. Potem jego spojrzenie przesuwa się po moim ciele. Pokazuje zęby i przez chwilę bawi się kolczykiem, po czym wpatruje się w moje oczy.
- Znów się spotykamy, bogata dziewczyno. - Przekrzywia głowę, a na jego twarzy pojawia się nieubłagany, triumfalny uśmieszek. - Postawisz mi drinka czy nie?
Co jest, kurwa.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki