PRZESŁUCHANIE
Agnieszka leżała na dywanie, paliła skręta z dodatkiem holenderskiego tytoniu i marzyła o jak najszybszej powtórce wczorajszego wieczoru. Spotkała się z Liwią w kawiarni na Starówce. Pomieszczenie wypełniał dym papierosów, przez który przebijał się od czasu do czasu delikatny zapach jaśminowych perfum jej koleżanki. Rozmawiały długo o wszystkim i o niczym. Agnieszka obserwowała, jak dziewczyna nawija na palec pukiel włosów, jak zakłada nogę na nogę, jak na jej policzkach pojawiają się dwa małe wgłębienia, gdy się uśmiecha albo okazuje powątpiewanie, krzywiąc nieznacznie usta. Pragnęła jej. Uczucie - jeszcze parę dni temu zaskakujące i trudne do wyobrażenia, a co dopiero zaakceptowania - wypełniało ją po brzegi jak dym z papierosów kawiarnię.
Pijane wyszły na mokry po deszczu bruk ulicy Freta. Liwia zaczęła tańczyć, potem pokazała Agnieszce kilka podstawowych exercises, jak nazwała ćwiczenia przy drążku, i kazała ją naśladować. Agnieszka nie odważyła się powtórzyć nawet najprostszych ruchów. Dopiero teraz i w myślach udało jej się wykonać swoją wersję pas de basque, Liwia - a dokładnie jej projekcja w głowie Agi - biła brawo i śmiała się zadowolona z postępów uczennicy.
Do drzwi zapukała mama, Agnieszka zgasiła skręta i błyskawicznie się podniosła. Oczywiście nie zdążyła otworzyć okna, żeby chociaż trochę wywietrzyć pokój.
- Ależ tu nadymione. - Krystyna ledwie panowała nad nerwami. - A w ogóle to ty palisz?
- Tylko zioła lecznicze.
- Jesteś chora?
- Nie. Palę profilaktycznie. Coś jak kadzidełka. Ktoś przyszedł?
- Tak. Chodź.
- Do mnie? Kto?
Krystyna tylko ciężko westchnęła.
- Liwia?! - ucieszyła się Agnieszka.
Matka zaprzeczyła, kręcąc głową.
- To kto?
- Lepiej chodź.
- Mamo!
Krystyna znów westchnęła.
- Dzielnicowy - powiedziała.
- Żartujesz... Nie? O cholera.
Wiadomość zmroziła Agnieszkę. Ulotki, które miała rozrzucać następnego dnia na uniwersytecie, powciskała do trzech tomów Historii filozofii Tatarkiewicza, nielegalne pisemka upchnęła za rzędami książek w meblościance. Z workiem trawy nic nie dało się zrobić, a wyrzucić przez okno żal. Zresztą niektórzy sąsiedzi obserwowali, co działo się u innych, i później słali donosy na milicję. Bezinteresownie. Lepiej nie dawać im powodu do pisania bzdur na jej temat. Trudno, w razie czego będzie improwizowała: że to ziółka na ciężkie miesiączki albo egzotyczna przyprawa. Ale może nie dojdzie do rewizji, to z pewnością wizyta w sprawie kradzieży rowerów z piwnicy sąsiada albo czegoś równie poważnego, pocieszała się. Wzięła dwa głębokie oddechy, żeby się uspokoić, rozprostowała flanelową koszulę, którą wprawdzie nosiła dopiero dwa dni, ale ta zdążyła się pognieść, i wyszła na spotkanie z milicjantem.
- Dobry wieczór panu - rzuciła przymilnie na powitanie.
- Dobry wieczór. - Dzielnicowy podniósł się z krzesła i chwycił dłoń Agnieszki, aby ją pocałować.
Potrząsnęła ręką obrosłą kłakami włosów i czym prędzej wyszarpnęła swoją z uścisku. W ostatnim momencie. Dzielnicowy zdążył już złożyć usta w trąbkę i zgiąć się wpół. Niewiele brakowało i złożyłby - jak mówiło się w dawnych sztukach teatralnych, które przerabiała w liceum - pieczęć swojego pocałunku na jej dłoni.
Milicjant - łysiejący, pyzaty czterdziestolatek z wielkim jasnym wąsem - nosił zbyt szeroki w barkach mundur, który załamywał mu się na piersiach, co upodabniało mężczyznę do gruźlika z zapadniętą klatą, a jednocześnie tak szczelnie opinał jego potężny brzuch, że guziki wydawały się gotowe wystrzelić w oczy przesłuchiwanej obywatelki. Mało groźny fajtłapa, oceniła funkcjonariusza Agnieszka; będzie dobrze.
Dzielnicowy położył na udzie notatnik i stukał w otwartą, jeszcze niezapisaną stronę ołówkiem, gęsto ją kropkując.
- W czym mogę pomóc? - zapytała Agnieszka, uśmiechając się tak niewinnie, jakby pozowała do zdjęcia po pierwszej komunii.
Milicjant nie odpowiedział. Poprosił rodziców i Tomka o wyjście z pokoju. Następnie wylegitymował Agnieszkę, aby upewnić się, że rozmawia z właściwą osobą. Wypytał o rodzinę, o to, ile osób mieszka w lokalu i czy nie zaobserwowała czegoś niepokojącego wśród domowników: problemy zdrowotne, alkohol, przemoc w rodzinie... Prosił o szczerą odpowiedź, która oczywiście zostanie między nimi. Powiedziała więc, że brat ją bije. Tak, ten czternastolatek. Twarz dzielnicowego stężała. Nic jednak nie powiedział. Wykonał tylko ołówkiem kilka kolejnych kropek na kartce notesu. Odkaszlnął i wyjął z teczki papiery, które zaczął przeglądać. Zamruczał, pokiwał głową, twarz znów mu się rozpogodziła. Pochwalił Agnieszkę za zachowanie: ani sąsiedzi z bloku, ani mieszkańcy osiedla, ani pracownicy okolicznych sklepów nie zgłaszali na nią żadnych skarg, przeciwnie, uznawali ją za osobę uprzejmą, kulturalną, a nawet pomocną.
- Jestem zbudowany taką postawą - podsumował dzielnicowy.
- Miło mi. W takim razie o co chodzi? - Agnieszka powtórzyła pytanie.
- Rozmowa w ramach profilaktyki kryminalnej - wyjaśnił milicjant. - Żeby nie doszło do popełnienia przestępstwa. Część akcji "Dzielnicowi bliżej obywateli".
Milicjant chciał dowiedzieć się czegoś więcej o samej Agnieszce. Czym się zajmuje, z kim się koleguje, czy znajomi nie nakłaniają jej do czegoś, co oznaczałoby problemy z prawem? Niestety, dzisiejsza młodzież zbyt łatwo pozwala się manipulować różnym wichrzycielom i prowokatorom. Aga odpowiadała zdawkowo, tak aby żadna informacja nie mogła zostać wykorzystana przeciwko niej lub jej przyjaciołom. W każdym razie taką miała nadzieję. Dzielnicowy przeszedł do pomysłów na ulepszenie życia wspólnoty osiedlowej, a że Agnieszka nie miała żadnych, nie krył rozczarowania:
- Szkoda. A tak liczymy na młodych - oświadczył.
Informacja o kierunku studiów wzbudziła w dzielnicowym podziw:
- Aha, pani filozof! - Pokiwał głową. - Imponujące. Trzeba wiedzieć, po co się żyje, prawda?
Agnieszka przyznała mu rację.
Dzielnicowy chwycił milicyjną czapkę za daszek i uniósł ją do góry, jakby spocił się i w ten sposób wietrzył głowę. Uśmiechnął się zakłopotany.
- W szkole milicyjnej przydałoby się też trochę takich zajęć... ogólnych... humanistycznych - dodał niepewnie.
Agnieszka przytaknęła ruchem głowy. Rozmowa się nie kleiła, czuła, że milicjant też ma tego świadomość. Nie zamierzała mu jednak ułatwiać pracy. Przecież cały czas próbował ją podejść, wydobyć z niej jakąś informację, tyle że nie potrafiła się domyślić jaką.
Dzielnicowy ponownie chwycił czapkę za daszek i odchylił ją jeszcze bardziej do tyłu, odsłaniając łysinę. Podrapał się po głowie i opuścił czapkę na czoło. Chyba nie wiedział, jak przejść do kolejnej części "profilaktycznego" rozpytania. W końcu wymamrotał pytanie o nastroje panujące wśród studentów. Popierają władzę czy nie? Wierzą w swoją przyszłość czy boją się stagnacji? I najważniejsze: chcą zostać w kraju czy myślą o wyjeździe za granicę? W odpowiedzi dzielnicowy usłyszał sztampowy bełkot. Mimo to zrobił notatkę w notesie i nagle przeszedł do rzeczy...
- A z tą z baletu długo się znacie?
Agnieszka otworzyła szeroko oczy. Zamurowało ją. Przez moment nie wiedziała, co powiedzieć.
- Właściwie nie - wybąkała w końcu.
- Ale przyjaźnicie się?
- Bo ja wiem?
- A kto ma wiedzieć? Ja? - Milicjant zrobił się nagle stanowczy.
- Nie.
- To proszę o jasną odpowiedź: przyjaźnicie się czy nie?
- No tak, przyjaźnimy.
- Widzę, że czasem trudno ustalić najprostsze fakty.
Agnieszka wzruszyła ramionami. Ktoś zapukał do drzwi.
- Wejść! - huknął dzielnicowy ostrym, zdecydowanym głosem.
Krystyna wniosła dwie szklanki w srebrnych koszyczkach z panoramą Kremla. Gdy Agnieszka je zobaczyła, ze wstydu chciała wyrwać matce naczynia i wyrzucić je za okno. Co za lizusostwo, pomyślała.
- Herbata - powiedziała matka, stawiając szklanki na stoliku - żeby się dobrze pracowało.
Dzielnicowy podziękował z przymilnym uśmiechem.
- Socjalistyczne - skomentował wzór na koszyczku i pstryknął palcem w srebrną blachę - i w dodatku ładne.
Krystyna zdążyła wymienić z córką spojrzenia: jej zatroskane, Agnieszki karcące, nawet zagniewane. Czy tak trudno zrozumieć, że matka boi się o dziecko? Młodzież zawsze się najbardziej naraża, zupełnie nie zważając na konsekwencje. Wiedziała, że córka roznosi bibułę, chodzi na manifestacje i na msze za ojczyznę. Pewnie zrobili jej zdjęcie z transparentem albo jak na manifestacji rzuca kamieniem w milicję. Nawet jeśli miała co nieco za uszami... czy to taka zbrodnia mieć swoje zdanie o rządzie i partii? Nie! Szkoda, że władza tego nie rozumie i szuka byle powodu do nękania dziewczyny. Krystyna zauważyła spojrzenie córki. Wiedziała, co chciała jej przekazać: "Mamo, nie poniżaj się! Nie wolno!". Dobra, dobra. Bez przesady. Dla dziecka nie wstyd się upokorzyć, niech wstydzi się władza, skoro nachodzi niewinne małolaty. Przecież taka dwudziestoletnia dziewczyna to jeszcze dzieciak, cokolwiek o sobie myśli. Krystyna wyszła z pokoju z podniesioną głową.
Siorbiąc od czasu do czasu herbatę, milicjant kontynuował rozpytanie w sposób oficjalny i rzeczowy.
- Blisko jesteście z tą Targosz?
- O tyle, o ile... - wydukała Agnieszka.
- Aha. Ale wiecie, że chce wyjechać razem z teatrem na tournée?
"Na tę urnę"? Chyba "po tę urnę"? Agnieszka się przesłyszała i w pierwszej chwili chciała poprawić milicjanta. Kiedy zrozumiała swój błąd, niemal wybuchnęła śmiechem. Na szczęście opanowała emocje i tylko przewróciła oczami.
- Mówiła wam? - głos milicjanta zrobił się natarczywy.
Przytaknęła. Dzielnicowy kiwnął w odpowiedzi głową i postukał ołówkiem w kartkę notesu.
- Widzicie... dla kraju i partii jest ważne, żeby młodzi artyści konfrontowali się z obcą publicznością - stwierdził, krzywiąc się, jakby zjadł coś ostrego albo kwaśnego. - Ale ludzie jak to ludzie: czasami wyjeżdżają, żeby już nie wrócić...
Agnieszka wpatrywała się w usta milicjanta, który teraz z kolei poruszał nimi tak, jakby próbował wypluć coś, co weszło mu między zęby.
- Polska nie chce tracić młodych talentów.
- Do czego pan zmierza?
- Czasem lepiej komuś odmówić wydania paszportu niż... - Dzielnicowy nie dokończył.
Nie musiał. Agnieszka zrozumiała jego groźby. I miała świadomość, ile znaczy dla Liwii wyjazd na tournée, ile sobie po nim obiecywała, jak bardzo się cieszyła z tych dwóch tygodni na Zachodzie. Teraz wszystko mogło zostać zaprzepaszczone. A miał o tym zdecydować siedzący przed nią pajac. Nie zamierzała do tego dopuścić.
- Liwia na pewno nie zostanie na Zachodzie. Nie zrobiłaby mi tego.
- Skąd ta pewność?
Na twarzy milicjanta błysnął ironiczny uśmiech. Poprawił klapy munduru, chrząknął.
Agnieszkę tak zirytowała pewność siebie pana władzy, że palnęła bez zastanowienia:
- Stąd, że jesteśmy parą. Tak jakby.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki