Zło nad Jeziorem Iron - William Kent Krueger

Kup ebooka

49.90 zł
41.42 zł (40,82 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog

Cork O'Con­nor pierw­szy raz usły­szał o Win­digo jesie­nią 1965, gdy polo­wał na wiel­kiego niedź­wie­dzia z Samem Zimo­wym Księ­ży­cem. Miał czter­na­ście lat, a jego ojciec od roku nie żył.

Sam zasta­wił tam­tej jesieni pułapki wzdłuż jele­niego szlaku pro­wa­dzą­cego od Stru­mie­nia Wdów do poro­śnię­tego jago­dami wycię­tego lasu. Wcze­śniej wypa­trzył odchody nad stru­mie­niem, wzdłuż szlaku i na pola­nie obsy­pa­nej krzacz­kami peł­nymi doj­rza­łych owo­ców. Pułapki skon­stru­ował na dawną modłę. Oparł­szy gałę­zie o pień drzewa, stwo­rzył z nich sza­łas. Nad wej­ściem zawie­sił ciężką kłodę ze sprę­ży­stym drąż­kiem. Przy­nętą była papka z goto­wa­nych ryb, rybiego łoju i odro­biny syropu klo­no­wego. Sam pierw­szy raz w życiu budo­wał taką pułapkę, gdyż owa stara tra­dy­cja ple­mie­nia Odżi­bwe­jów już pra­wie zani­kła, i popro­sił Corka, żeby mu pomógł. Ten nie był zain­te­re­so­wany. Po śmierci ojca nic go nie inte­re­so­wało. Domy­ślał się, że zapro­sze­nie Sama nie ma nic wspól­nego z chę­cią wypró­bo­wa­nia tra­dy­cyj­nych metod polo­wa­nia, a jest jedy­nie życz­liwą próbą wycią­gnię­cia go z żałoby. Na to zaś Cor­co­ran O'Con­nor nie miał ochoty, gdyż bał się, że zapo­mi­na­jąc o żało­bie, zapo­mni o ojcu. Przez grzecz­ność przy­jął jed­nak pro­po­zy­cję Sama.

Póź­nym popo­łu­dniem odkryli, że pułapka została naru­szona, lecz niedź­wie­dzia w niej nie było. Widzieli, gdzie upadł pod cię­ża­rem wiel­kiej kłody; gdy na powrót ją dźwi­gnęli, Sam oce­nił, że musi ważyć jakieś sto czter­dzie­ści kilo­gra­mów i powinna była zmiaż­dżyć niedź­wie­dzi kark. W nor­mal­nych oko­licz­no­ściach każdy zwy­kły niedź­wiedź czarny, przy­wa­lony kłodą, nie­żywy lub pra­wie, byłby ich. Pułapka była naru­szona, kłoda spa­dła, a jed­nak ten zdo­łał ją z sie­bie zrzu­cić.

-?Pew­nie jest ranny. Ruszę za nim -?rzu­cił do chłopca zafra­so­wany Sam i odwró­cił wzrok, nie zachę­ca­jąc go ani sło­wem, by mu towa­rzy­szył.

-?Takiego niedź­wie­dzia, co to potrafi strzą­snąć z grzbietu bal, warto zoba­czyć -?powie­dział Cork.

Sam przy­klęk­nął i prze­su­nął dło­nią po głę­bo­kich śla­dach pozo­sta­wio­nych w mięk­kiej gle­bie przez wiel­kie łapy zwie­rza.

-?To nie­bez­pieczne. -?Zer­k­nął na chło­paka. -?Jeśli pój­dziesz ze mną, będziesz robił dokład­nie, co ci powiem.

-?Dobra -?obie­cał Cork, pierw­szy raz od roku czu­jąc dreszcz emo­cji.

Do wie­czora nic nie jedli, tylko wdy­chali cedrowy dym ogni­ska. Bla­dym świ­tem poczer­nili twa­rze popio­łem, dając znak duchom pusz­czy, że są oczysz­czeni. Sam zwią­zał w ogon swoje czarno-siwe włosy skó­rza­nym rze­mie­niem przy­ozdo­bio­nym poje­dyn­czym orlim pió­rem. Zgod­nie z rytu­ałem indiań­skich myśli­wych wypa­lili tytoń z liśćmi wierzby, wymie­szany ze sprosz­ko­wa­nym korze­niem mar­cinki i wysma­ro­wali się łojem zwie­rząt, by ukryć przed niedź­wie­dziem ludzką woń.

Do nie­wiel­kiej sakwy z jele­niej skóry, którą nosił prze­wie­szoną przez szyję na ple­cach, Sam spa­ko­wał dodat­kową por­cję łoju, zapałki, osełkę i paczkę nabo­jów o masie stu osiem­dzie­się­ciu gra­nów do strzelby -?sztu­cera powta­rzal­nego kali­bru 30-06 Win­che­ster. Teraz zer­k­nął na nią scep­tycz­nie. To broń na jele­nie i małe niedź­wie­dzie, wyja­śnił Cor­kowi, a ten, za któ­rym ruszyli, taki, co to zrzuci z sie­bie kłodę, to inna roz­mowa. Dał chłopcu płó­cienny worek ze śpi­wo­rami, naczy­niami, goto­wa­nym dzi­kim ryżem, kawą, solą i suszo­nym jele­nim mię­sem. Na koniec doło­żył jesz­cze kilka dłu­gich skó­rza­nych rze­mieni. Jeśli trafi im się ten niedź­wiedź, przy­wiążą go do palety z drą­gów i prze­cią­gną do drogi, skąd póź­niej Sam zabie­rze go pic­ku­pem. Przy­wie­sił jesz­cze do paska nóż myśliw­ski i zarzu­cił na ramię strzelbę.

Obe­szli pułapkę, wypa­tru­jąc miejsc wygnie­cio­nych w poszy­ciu lasu przez niedź­wie­dzia. Sam dostrzegł wyraźny ślad, ścieżkę, gdzie zwie­rzę wdep­tało opa­dłe liście brzozy w mięk­kie pod­łoże. Podą­żyli za nim na pół­noc.

Każ­dej jesieni Sam Zimowy Księ­życ zabi­jał niedź­wie­dzia i dzie­lił się uwę­dzo­nym mię­sem z innymi miesz­kań­cami rezer­watu nad Jezio­rem Iron, zwłasz­cza star­szymi, któ­rzy nie mogli już polo­wać ani zasta­wiać sideł, lecz wciąż doce­niali smak won­nego tłu­stego mię­siwa. Dzie­lił się nim też z rodziną Corka. Matka chłopca była pół­krwi Indianką z grupy ple­mion Ani­shi­na­abe, a z jego ojcem -?choć był biały -?od lat się przy­jaź­nił. Skóry nie­kiedy wymie­niał na inne pro­dukty, ale czę­ściej zacho­wy­wał dla sie­bie. Był wdzięczny niedź­wie­dziom za mięso, któ­rym kar­miły jego i wszyst­kich mu bli­skich, lecz gdy tam­tej jesieni podą­żali tro­pem kolej­nego, wyznał Cor­kowi, że byłby wdzięczny nawet za sam widok wspa­nia­łego zwie­rza, który zrzu­cił z sie­bie kłodę jak byle dro­biazg.

Niedź­wie­dzie, prze­strzegł go Sam, są w lesie naj­trud­niej­sze do wytro­pie­nia i upo­lo­wa­nia. Mają nie­zły wzrok, dobry słuch i naj­lep­szy węch spo­śród wszyst­kich zwie­rząt. Do tego są sprytne, a ranne stają się naj­groź­niej­szym prze­ciw­ni­kiem czło­wieka. Uwiel­biał na nie polo­wać. Cenił sobie ów rytuał łączący myśli­wego, zwie­rzynę i zie­mię, która dla obu jest matką. Wolał wyzwa­nie, jakim jest tro­pie­nie oparte na wła­snej wie­dzy o zwie­rzę­tach i lesie, niż polo­wa­nie z psami, które upodo­bali sobie biali.

Cza­sami przy­sta­wał, by przyj­rzeć się uważ­nie mięk­kiej ziemi i poszy­ciu. Około połu­dnia natra­fili na pień, przy któ­rym dłu­bał niedź­wiedź w poszu­ki­wa­niu pędra­ków, a potem na uła­maną gałąź dębu, którą ogo­ło­cił z żołę­dzi.

Niebo było przej­rzy­ście błę­kitne, powie­trze rześ­kie i nie­ru­chome, a pusz­cza jesien­nie rdza­wo­złota. Poru­szali się z wigo­rem i Corka prze­peł­niała eks­cy­ta­cja. Gło­śno bur­czało mu w brzu­chu z głodu, pod sto­pami chrzę­ściły uschnięte liście. Sam powie­dział, żeby się nie przej­mo­wać odgło­sami, bo niedź­wie­dzia, zwłasz­cza dużego, nie nie­po­koją zbyt­nio dźwięki. Jedy­nie ludzką woń nale­żało trzy­mać od niego z daleka. Sam miał nadzieję, że zajdą go od zawietrz­nej, a nawet jeśli nie, liczył, że zapach tłusz­czu dobrze ich zama­skuje.

Póź­nym popo­łu­dniem Cork uzmy­sło­wił sobie, że nie wie, gdzie się znaj­dują. Na jego pyta­nie, czy Sam zna tę oko­licę, India­nin odpo­wie­dział, że nie. Wyszli już poza teren rezer­watu i dotarli do pusz­czy zwa­nej przez bia­łych Quetico-Supe­rior. Sam ni­gdy tu nie był, ale zda­wał się tym nie przej­mo­wać. O zacho­dzie słońca sta­nęli nad stru­mie­niem i roz­pa­lili ogni­sko. Sam pod­grzał dziki ryż, który zje­dli z suszo­nym mię­sem. Gdy niebo poczer­niało, pokryło się gwiaz­dami i ogar­nął ich nocny jesienny chłód, zapa­rzył kawę i nalał ją do cyno­wych kub­ków.

-?Niedź­wiedź nie zwieje, kiedy będziemy spali? -?zanie­po­koił się Cork.

Sam wci­snął stary imbryk z kawą w żar na skraju ogni­ska i podźgał szczapy paty­kiem.

-?On też potrze­buje snu. Nie­źle nam dziś poszło. Myślę, że to dobry znak -?odparł i na chwilę zamilkł, gdy w górę wystrze­liły nowe pło­mie­nie. - Ale wiesz, myślę sobie, że ten niedź­wiedź nie­źle zapyla. Ta kłoda raczej nie zro­biła mu wiel­kiej krzywdy. -?Zer­k­nął na Corka. -?Takiego zwie­rza aż wstyd zabi­jać, nawet gdyby się udało.

-?Chciał­bym go zoba­czyć -?wyznał chło­pak.

-?Ja też -?przy­znał z uśmie­chem Sam. -?I myślę, że będzie oka­zja.

Wtem stary imbryk zafur­czał i prze­su­nął się w żarze. Wystra­szony Cork aż pod­sko­czył, roz­le­wa­jąc kawę.

Sam rozej­rzał się wokół, po czym wbił wzrok w niebo i rzu­cił szep­tem:

-?Win­digo prze­myka gdzieś bli­sko.

Cork potarł nogę w miej­scu, gdzie kawa opa­rzyła go przez dżinsy.

-?A co to Win­digo?

Dostrzegł w łunie ogni­ska, że w ciem­nych oczach Sama śmier­telna powaga mie­sza się z odro­biną stra­chu.

-?Nie sły­sza­łeś o Win­digo? Miesz­kasz tu od uro­dze­nia i o nim nie wiesz? -?Sam potrzą­snął głową, jakby to było coś nie­by­wa­łego.

Cor­co­ran O'Con­nor przy­siadł po dru­giej stro­nie ogni­ska i spoj­rzał na osma­lony imbryk, który dopiero co pod­sko­czył, zagrze­cho­tał i prze­su­nął się w żarze nie­tknięty ludzką ręką.

-?No to chyba muszę ci powie­dzieć -?rzu­cił Sam, zer­ka­jąc nie­pew­nie na cynowy imbryk. -?Dla two­jego dobra. -?Znów zer­k­nął ostroż­nie w niebo i gwiazdy i cią­gnął szep­tem: -?To olbrzym, wil­ko­łak o lodo­wa­tym sercu. Ludo­jad, zimny i wiecz­nie głodny. Przy­cho­dzi z lasu, żeby poże­rać kobiety, męż­czyzn i dzieci. Jemu za jedno.

-?Po nas też przyj­dzie? -?Cork zer­k­nął na cie­nie plą­sa­jące wokół ogni­ska.

-?Tak na mój rozum, zwy­kle czu­jemy, kiedy Win­digo weź­mie nas na cel.

-?Można się przed nim bro­nić?

-?Jasne. Możesz go nawet zabić.

-?Jak?

-?To potężny stwór i, o ile wiem, jest na niego tylko jeden spo­sób. - Rytu­alny masku­jący popiół, któ­rym Sam natarł rano twarz, znik­nął już z gład­kich powierzchni, lecz wciąż zale­gał w zmarszcz­kach. W świe­tle ogni­ska skóra wyglą­dała jak spę­kana. -?Musisz się w niego prze­mie­nić. Jest na to zaklę­cie i Henry Meloux naj­pew­niej je zna. Ale uwa­żaj, bo nawet jeśli uśmier­cisz Win­digo, na­dal będzie ci gro­zić nie­bez­pie­czeń­stwo.

-?Jakie?

-?Że pozo­sta­niesz nim na zawsze. Wil­ko­ła­kiem, któ­rego zabi­łeś. Przy­go­tuj się zatem. Ktoś musi ci pomóc, po tym, jak już się z nim roz­pra­wisz. Musi ci towa­rzy­szyć z roz­grza­nym tłusz­czem, który wypi­jesz, by roz­pu­ścić w sobie lód i spro­wa­dzić się do ludz­kiego wymiaru.

-?Mam nadzieję, że ni­gdy nie spo­tkam Win­digo -?powie­dział Cork, zer­ka­jąc na stary imbryk.

-?Ja też -?przy­znał Sam.

Cork zamilkł, tym­cza­sem ogień trza­skał i słał w ciem­ność dym i dro­binki żaru.

-?To tylko takie baja­nie, co nie?

Roz­wa­ża­jąc odpo­wiedź, Sam skrę­cił papie­rosa i zakleił go śliną.

-?Moż­liwe, ale w tych lasach lepiej brać pod uwagę różne zagro­że­nia, bo wię­cej tu wszyst­kiego, niż zdoła doj­rzeć czło­wiek, i dużo wię­cej, niż zdoła pojąć.

Mimo zmę­cze­nia Cork długo jesz­cze sie­dział przy ogni­sku, gdy Sam palił i snuł opo­wie­ści o jego ojcu. Nie­które roz­śmie­szyły ich obu. Tam­tej nocy, leżąc już na posła­niu, chło­piec nie prze­sta­wał myśleć o niedź­wie­dziu, któ­rego tro­pili. Cie­szył się, że Sam posta­no­wił jed­nak nie zabi­jać tego wspa­nia­łego zwie­rza, ale liczył, że uda im się go zoba­czyć. Roz­my­ślał też o Win­digo, lecz miał nadzieję, że jego nie zoba­czy. No i myślał o ojcu, któ­rego już ni­gdy nie spo­tka. Wszystko to skła­dało się na jego życie i choć każda z tych rze­czy była osobna, spla­tały się ze sobą niczym korze­nie drzewa. Na zawsze zapa­mięta tamto polo­wa­nie na niedź­wie­dzia z Samem Zimo­wym Księ­ży­cem. W jakiś spo­sób, któ­rego do końca nie poj­mo­wał, otwo­rzyło w nim furtkę dającą upust żało­bie i już na zawsze pozo­sta­nie za to wdzięczny przy­ja­cie­lowi ojca.

Minie jed­nak aż trzy­dzie­ści lat, nim znaj­dzie powód, by wspo­mnieć Win­digo, i znów usły­szy jego woła­nie.

Rozdział 1

Czuł to od tygo­dnia. Przez cały tydzień młody Paul LeBeau się bał. Czego? Nie potra­fił powie­dzieć. Za każ­dym razem, gdy pró­bo­wał wska­zać to w myślach pal­cem, wyśli­zgi­wało się jak kro­pla rtęci. Wie­dział jed­nak, że cokol­wiek wkrótce się zda­rzy, będzie złe, bo czuł dokład­nie to samo, co w tam­tym kosz­mar­nym cza­sie przed znik­nię­ciem ojca. Codzien­nie wysta­wiał w górę macki zmy­słów, pró­bu­jąc dotknąć tego, co nadej­dzie. Aż w końcu tam­tego ranka w poło­wie grud­nia, gdy grube i szare jak dym chmury wto­czyły się na niebo, wiatr zawo­dził wśród sosen i modrzewi i zaczął ostro sypać śnieg, Paul wyj­rzał przez okno pod­czas zajęć z alge­bry i pomy­ślał z nadzieją: Może to tylko ta pogoda.

Tuż po lun­chu gruch­nęła wieść o zamknię­ciu szkoły. Ucznio­wie pośpiesz­nie wło­żyli kurtki i zarzu­cili na ramię torby, i już po kilku minu­tach żółte auto­busy ruszyły w trasę dro­gami, które lada moment mogły znik­nąć kie­row­com sprzed oczu.

Paul wró­cił do domu z gim­na­zjum w Auro­rze, przez całą drogę opie­ra­jąc się śnie­życy. Prze­brał się, wło­żył śnie­gowce, wziął pięć dola­rów z puszki na komo­dzie i przy­twier­dził na lodówce magne­sem w kształ­cie motyla liścik dla matki. Chwy­ciw­szy z wie­szaka w garażu płó­cienną torbę, ruszył do punktu dys­try­bu­cji gazet. O wpół do trze­ciej była wyła­do­wana po brzegi, a on gotowy do roz­wózki.

Obsłu­gi­wał dwie trasy liczące w sumie pra­wie cztery kilo­me­try. Zaczy­nał od nie­wiel­kiego kwar­tału biz­ne­so­wego, a koń­czył na gra­nicy mia­sta przy North Point Road. Jak na czter­na­sto­latka był postaw­niej­szy od więk­szo­ści rówie­śni­ków i bar­dzo silny. Gdyby doci­snął, zała­twiłby kurs w nie­całe pół­to­rej godziny. Wie­dział jed­nak, że nie tym razem. Śniegu przy­by­wało w tem­pie paru cen­ty­me­trów na godzinę, a wiatr znad Kanady szybko usy­py­wał go w głę­bo­kie zaspy.

Paul zajął się roz­wo­że­niem gazet, gdy jego ojciec ostro pił i matce bra­ko­wało pie­nię­dzy. Z powagą trak­to­wał swoje obo­wiązki, zwłasz­cza w takie dni jak ten, gdy misja wyda­wała się nie­moż­liwa do speł­nie­nia. Prawdę mówiąc, uwiel­biał śnie­życe. Eks­cy­to­wał go wicher i nie­ustan­nie zaci­na­jący śnieg. Tam, gdzie inni widzieli tylko znój, on dostrze­gał wyzwa­nie. Czer­pał dumę ze zdol­no­ści do walki z żywio­łem. Zgięty brnął przez zaspy, wal­cząc z wia­trem, by wypeł­nić zada­nie, jakie przed nim sta­wiano.

Paul był skau­tem spod znaku Strzały ze 135. zastępu przy kościele kato­lic­kim pod wezwa­niem Świę­tej Agnieszki. Zyskał mnó­stwo spraw­no­ści. Umiał roz­pa­lić ogień krze­si­wem, tra­fić z łuku w śro­dek tar­czy z trzy­dzie­stu metrów, zawią­zać węzeł ratow­ni­czy, skró­towy i ruchomy i zarzu­cić kładkę, która udźwi­gnie cię­żar kilku osób. Wie­dział, jak udzie­lić pomocy w razie szoku, tonię­cia, zatrzy­ma­nia krą­że­nia i udaru sło­necz­nego. Świę­cie wie­rzył w hasło "Bądź gotowy" i czę­sto, kiedy roz­no­sił gazety, wyobra­żał sobie kata­stro­ficzne sce­na­riu­sze, które pozwolą mu zabły­snąć tymi umie­jęt­no­ściami.

Kiedy był już pra­wie przy końcu trasy, w domach po dro­dze zapa­lano świa­tła. Czuł zmę­cze­nie. Barki bolały go od dźwi­ga­nia gazet, a nogi cią­żyły od brnię­cia przez zaspy po kolana. Ostatni dom, który obsłu­gi­wał, stał na samym końcu North Point Road na wąskim jak palec cyplu wrzy­na­ją­cym się w jezioro, zabu­do­wa­nym ele­ganc­kimi rezy­den­cjami. Ostat­nia, naj­bar­dziej ustronna, nale­żała do sędziego Roberta Par­ranta.

Był star­szym męż­czy­zną o bla­dej sro­giej twa­rzy, kości­stych dło­niach i ostrym czuj­nym wej­rze­niu. Ze stra­chu Paul trak­to­wał go z wyjąt­ko­wym sza­cun­kiem, sta­ran­nie umiesz­cza­jąc jego gazetę mię­dzy drzwiami wia­tro­łapu i solid­nymi wej­ścio­wymi, by uchro­nić ją od dzia­ła­nia żywio­łów. Gdy co mie­siąc przy­cho­dził po zapłatę, sędzia nagra­dzał go hoj­nym napiw­kiem i, jak na gust chłopca, nad­mia­rem opo­wie­ści o poli­tyce.

W domu pano­wał mrok, jeśli nie liczyć pobły­sków ognia z kominka, roz­świe­tla­ją­cych story w salo­nie. Z ostat­nią już gazetą w ręku Paul ruszył z mozo­łem wzdłuż dłu­giego pod­jazdu mię­dzy zaśnie­żo­nymi cedrami. Otwo­rzył drzwi wia­tro­łapu, rzeź­biąc nimi śnieg zale­ga­jący na ganku, i dostrzegł, że wej­ściowe są lekko uchy­lone. Do wnę­trza domu zawie­wał wiatr. Paul się­gnął ręką, by je domknąć, gdy usły­szał dobie­ga­jący stam­tąd gło­śny huk wystrzału.

Ponow­nie uchy­lił drzwi.

-?Panie sędzio?! -?zawo­łał. -?Wszystko w porządku? -?Chwilę się zawa­hał, po czym wszedł do środka.

Sędzia nie­raz go tam zapra­szał. Paul nie zno­sił tych wizyt. Dom był prze­pastny, pię­trowy, wznie­siony z min­ne­so­tań­skiego pia­skowca. We wnę­trzu kró­lo­wały ciemna dębowa boaze­ria i witra­żowe okna. W salo­nie roz­siadł się wielki kamienny komi­nek, a na ścia­nach wisiały tro­fea myśliw­skie -?łby jele­nia, anty­lopy i niedź­wie­dzia, które zda­wały się wodzić za nim szkla­nym wzro­kiem, ile­kroć sędzia zachę­cił go, by wszedł.

Dom pach­niał dymem z drewna jabłoni. Nagle z kłody w kominku skap­nęła w ogień kro­pla żywicy, spra­wia­jąc, że Paul aż pod­sko­czył.

-?Panie sędzio? -?pono­wił woła­nie.

Od razu wie­dział, że powi­nien wyjść i zamknąć za sobą drzwi, ale padł strzał i w zale­ga­ją­cej w domu ciszy, któ­rej nie zdo­łał zigno­ro­wać, ode­zwało się w nim poczu­cie obo­wiązku. Stał w otwar­tych na oścież drzwiach i widział, jak nawie­wane wia­trem śnieżne wąsy suną po gołej wypa­sto­wa­nej pod­ło­dze i niczym żywy stwór opla­tają jego buty. Miał pew­ność, że stało się tu coś złego. Cał­ko­witą pew­ność.

Może by się jesz­cze odwró­cił i uciekł, gdyby nie doj­rzał krwi, ciem­nego bły­sku przy pode­ście scho­dów. Pod­szedł tam powoli, przy­klęk­nął, dotknął pal­cami nie­wiel­kiej plamy i w świe­tle kominka prze­ko­nał się, że kolor się zga­dza. Po lewej zauwa­żył krwawy ślad cią­gnący się wzdłuż kory­ta­rza.

Sta­nęły mu przed oczami rysunki z pod­ręcz­nika pierw­szej pomocy, poka­zu­jące krwa­wie­nie tęt­ni­cze oraz spo­soby uci­ska­nia rany i zakła­da­nia krę­pulca. Ćwi­czył to setki razy, lecz bez wiary, że kie­dy­kol­wiek mu się przyda, i teraz żywił roz­pacz­liwą nadzieję, że sędzia aż tak bar­dzo nie ucier­piał. Odczuł lekką panikę na myśl, że być może będzie musiał rato­wać mu życie.

Krwawa smuga dopro­wa­dziła go do zamknię­tych drzwi, spod któ­rych sączyło się przy­tłu­mione świa­tło.

-?Panie sędzio? -?rzu­cił nie­pew­nie, przy­ty­ka­jąc do nich ucho.

Nie chciał tam wcho­dzić, lecz gdy w końcu naci­snął klamkę i sta­nął w progu, ujrzał przed sobą gabi­net pełen rega­łów z książ­kami. Na wprost stało ciemne drew­niane biurko z lampą. Była włą­czona, lecz nie dawała zbyt wiele świa­tła i w pokoju tło­czyły się cie­nie. Na ścia­nie za biur­kiem wisiała mapa Min­ne­soty. Spły­wały po niej czer­wone smugi niczym rzeki z czer­wo­nych plam niczym jeziora. Obok ster­czał prze­wró­cony fotel, a przy nim leżał sędzia.

Mimo że strach zalał mu trze­wia i ugięły się pod nim nogi, Paul prze­mógł się i posta­no­wił dzia­łać. Gdy zbli­żył się do biurka i ujrzał sędziego z bli­ska, nagle zapo­mniał, jak to było z tym krę­pul­cem. Bo jak go tu zało­żyć komuś, komu bra­kuje pół głowy?

Na chwilę zastygł w bez­ru­chu. Nie był w sta­nie myśleć, wpa­tru­jąc się w szczątki mózgu, różowe niczym kawałki arbuza. Nie poru­szył się nawet, sły­sząc za sobą cichy dźwięk zamy­ka­nych drzwi. W końcu zdo­łał się jed­nak odwró­cić i dostrzegł drugą rzecz, na którą żadne skau­tow­skie ćwi­cze­nie nie było go w sta­nie przy­go­to­wać.

Rozdział 2

Cork? -?rzu­ciła z łóżka Molly.

Sły­szał ją, ale jakby nie sły­szał. Sto­jąc przy oknie z dłońmi na suwaku spodni, Cor­co­ran O'Con­nor patrzył na two­rzące się na podwórku zaspy. Jego zapar­ko­wany na pod­jeź­dzie stary czer­wony Ford Bronco mocno przy­sy­pał biały puch. Poroz­rzu­cane wśród sosen nad jezio­rem opu­sto­szałe domki led­wie maja­czyły za zwiewną zasłoną śnie­życy.

-?Chyba nie zamie­rzasz wyjść? Nie w taką pogodę -?spy­tała Molly.

-?A co ludzie powie­dzą, jeśli zako­pię się tu w śniegu?

-?Prawdę. Że posu­wa­łeś tę bez­wstydną szlaję, Molly Nurmi.

Obró­cił się ku niej, marsz­cząc brwi.

-?Nikt cię tak nie nazywa.

-?Nie pro­sto w oczy. -?Roze­śmiała się, widząc jego zagnie­wa­nie. -?Daj spo­kój, żyję z tym od lat i mnie to nie rusza.

-?Ale mnie tak.

-?Miło mi to sły­szeć. -?Odgar­nęła włosy z czoła, ciem­no­rude i mokre od potu. -?Zostań. Napalę w sau­nie. Roz­grze­jemy się, wypo­cimy, potur­lamy w śniegu, wró­cimy do łóżka i znów się poko­chamy. Co ty na to?

Zapiął suwak, pasek i odsu­nął się od okna. Pod­szedł do łóżka i zdjął z naroż­nika czer­woną sztruk­sową koszulę, którą wcze­śniej w pośpie­chu nań rzu­cił. Wło­żył ją na bie­liź­niany try­kot i powoli zapiął guziki. Pochy­liw­szy się, wcią­gnął skar­petki. Nie­mal odmro­ził sobie stopy od lodo­wa­tej posadzki.

-?Daj mi papie­rosa.

Molly wyjęła go z leżą­cej przy łóżku paczki Lucky Strike'ów, przy­pa­liła i mu go podała.

-?One cię zabiją.

-?A co nie zabija? -?Rozej­rzał się wokół w poszu­ki­wa­niu butów.

-?Jesteś dziś jakiś roz­ko­ja­rzony.

-?Tak? Prze­pra­szam.

-?Czu­jesz się tro­chę winny?

-?Zawsze.

-?Nie musisz.

-?Łatwo ci mówić, nie jesteś kato­liczką.

-?No chodź, odpręż się przy mnie chwilkę, póki nie wypa­lisz. -?Pokle­pała dło­nią wolną stronę łóżka.

Cork spoj­rzał za okno.

-?Muszę się zwi­jać. Nie­ła­two będzie dziś doje­chać do mia­sta.

Molly owi­nęła się przy­kry­tym kocem prze­ście­ra­dłem i oparła ple­cami o zagłó­wek. Przy­cią­gnęła kolana do piersi i objęła je rękami, jakby zmar­zła.

-?Dla­czego zawsze tak się przej­mu­jesz tym, co o tobie mówią? Już nie jesteś zło­to­wło­sym chło­pacz­kiem.

-?Mam w dupie, co o mnie mówią. -?Przy­klęk­nął, szu­ka­jąc ręką butów pod łóż­kiem. -?Nie o sie­bie się mar­twię. -?Wresz­cie je zna­lazł i przy­siadł obok niej.

-?O żonę? -?dopy­tała niby naiw­nie.

Wypu­ścił kłąb dymu i spoj­rzał na nią chłodno.

-?Wiesz, co mam na myśli -?dopo­wie­działa.

Wysu­nęła papie­rosa spo­mię­dzy jego pla­ców i strzą­snęła popiół do popiel­niczki w kształ­cie czer­wo­nych ust, sto­ją­cej na szafce przy łóżku. Zosta­wiła go tam, gdy Cork wią­zał sznu­ro­wa­dła. Prze­su­nęła dło­nią po jego ple­cach.

-?Wiesz, co to wła­ści­wie jest, to, co tu robimy? Powiem ci. To dar. Jedna z tych rze­czy, o któ­rych Bóg, gdy je two­rzył, powie­dział: "To jest dobro".

Cork wciąż wią­zał sznu­rówki, jakby jej nie sły­szał, a nawet jeśli, to jakby nie miało to dla niego zna­cze­nia.

-?Mogę ci coś powie­dzieć, sze­ry­fie?

-?Już nie jestem sze­ry­fem -?upo­mniał ją.

-?Mogę ci coś powie­dzieć, a ty się nie zdy­stan­su­jesz i nie roz­zło­ścisz? -?nie dała za wygraną.

-?Dystan­suję się i złosz­czę?

-?Wyco­fu­jesz się i szu­kasz wymó­wek, żeby wyjść.

-?Nie wyco­fam się -?obie­cał.

-?Myślę, że tęsk­nisz za rodziną.

-?Bez prze­rwy ich widuję.

-?Ale teraz jest ina­czej. To Gwiazdka. Tęsk­nisz za nimi bar­dziej, niż się do tego przy­zna­jesz.

-?Bzdura -?odparł, wsta­jąc.

-?Widzisz? Wku­rzy­łam cię. Wycho­dzisz.

-?Nie jestem wku­rzony, tylko skoń­czy­łem wią­zać buty. A dobrze wiesz, że muszę wyjść.

-?Dla­czego? Co za róż­nica, jeśli zosta­niesz i ludzie się dowie­dzą? Prze­cież nie zdra­dzasz kocha­ją­cej żony.

-?To małe mia­sto, a nie mam roz­wodu. Plot­ko­wa­liby o nas jak najęci. Nie chcę, żeby moje dzieci tego słu­chały.

-?Dobra. -?Molly zsu­nęła się z zagłówka i szczel­nie okryła kocem. - Twoja wola.

Zacią­gnął się ostatni raz, wtarł nie­do­pa­łek w czer­wone usta popiel­niczki i wsu­nął paczkę Lucky Strike'ów do kie­szeni koszuli.

-?Odpro­wa­dzisz mnie? -?spy­tał.

-?Znasz drogę.

-?I kto tu się dystan­suje?

-?Wal się.

-?Świat byłby okropny, gdyby tak to miało wyglą­dać. -?Pochy­lił się i czule poca­ło­wał ją w czoło.

-?Ucie­kaj -?powie­działa i deli­kat­nie go odtrą­ciła, mimo­wol­nie się uśmie­cha­jąc. -?Zaraz zejdę na dół -?dodała.

Ruszył kory­ta­rzem sta­rego domu z bali po bież­ni­kach Molly i zszedł po trzesz­czą­cych scho­dach do kuchni. Nakar­miła go żyt­nim chle­bem z ziar­nami, zupą z socze­wicy i jogur­tem z tru­skaw­kami na deser. Sama piła wodę Evian, ale jemu dała piwo Grain Belt. Zostało go jesz­cze tro­chę w butelce, więc je wypił. Było zimne, ale już bez smaku. Chwy­cił parkę z wie­szaka na drzwiach kuchen­nych, wło­żył ją i nasu­nął na uszy czarną dzier­ganą czapkę. Nacią­ga­jąc ręka­wiczki, zer­k­nął na wiszącą na ścia­nie nie­wielką tabliczkę z napi­sem wypa­lo­nym dawno temu przez ojca Molly. Było to stare fiń­skie porze­ka­dło, które ów prze­ło­żył z grub­sza na angiel­ski:

Chło­dzie, synu wia­tru Nie odmroź mi pal­ców, Nie odmroź mi dłoni Mróź wierzby wodne. Prze­ni­kaj mro­zem pnie brzóz.

Jak więk­szość zaklęć ludów z tam­tego rejonu świata pod­po­wia­dało wszel­kiemu złu -?od czkawki po śmierć -?by nękało innych: kro­sna, igły, naparstki lub ewen­tu­al­nie któ­re­goś z sąsia­dów. Obró­ciw­szy się, Cork dostrzegł, że Molly mu się przy­gląda, sto­jąc w progu w czer­wo­nym sze­ni­lo­wym szla­froku i jasno­czer­wo­nych weł­nia­nych skar­pet­kach.

-?Zoba­czymy się w "Grillu pod Sosną"? -?spy­tała.

-?Nie zdążą cię odśnie­żyć, żebyś dotarła jutro do mia­sta.

-?To pojadę na nar­tach.

-?Kel­ne­ro­wa­nie jest aż tak ważne?

-?O tej porze roku waż­niej­sze jest towa­rzy­stwo.

Pod­szedł i ją poca­ło­wał.

-?Jeśli się nie spo­tkamy, zadzwo­nię.

-?Nie będę wstrzy­my­wać odde­chu.

Pchnął drzwi kuchenne pro­wa­dzące do kącika gospo­dar­czego, a potem wyszedł na mróz i śnieg. Prze­brnął do swo­jego Bronco, odśnie­żył rurę wyde­chową i drzwi od strony kie­rowcy, zeskro­bał lód z przed­niej szyby, wsiadł do auta i odpa­lił sil­nik. Prze­tarł­szy zapa­ro­waną od swo­jego odde­chu szybę, doj­rzał w kuchen­nym oknie Molly z rękami skrzy­żo­wa­nymi na piersi. Stała pod świa­tło, które prze­ni­kało jej włosy, prze­mie­nia­jąc je w coś na kształt kosmy­ków czer­wo­nej mgły. Była piękna, mocno zbu­do­wana i silna, dzie­sięć lat młod­sza od niego, ale bar­dzo o sie­bie dbała -?nie paliła, nie piła i nie jadała czer­wo­nego mięsa -?dla­tego wyglą­dała jesz­cze mło­dziej. Za to Cork miał kilka kilo­gra­mów nad­wagi, palił zde­cy­do­wa­nie za dużo i już lekko łysiał. Nie miał poję­cia, co w nim widziała.

Kobiety, pomy­ślał z czułą wdzięcz­no­ścią. Kto za nimi trafi.

Włą­czył napęd na cztery koła i ruszył z wolna przez zaspy ku lokal­nej dro­dze, która zapro­wa­dzi go na auto­stradę i do mia­sta. Odjeż­dża­jąc, zer­k­nął przez tylną szybę. Chciał poma­chać, ale Molly już tam nie było.

Auto­strada sta­nowa nie wyglą­dała lepiej niż droga przez las pro­wa­dząca do domu Molly. Jeśli nie liczyć jego Bronco, przez białe wzgórki nawiane na asfalt nie prze­dzie­rał się ani jeden samo­chód. Z pro­gnoz wyni­kało, że sytu­acja ma się podob­nie od kana­dyj­skiej gra­nicy przez region Arro­whead w Min­ne­so­cie, aż po Wiscon­sin. Cork jechali powoli i pew­nie, choć tro­chę na czuja. Po dwu­dzie­stu minu­tach natknął się na jakąś zgiętą wpół postać w czer­wo­nej fla­ne­lo­wej kurtce, brnącą w stronę mia­sta. Zatrzy­mał się i sta­nął na progu auta.

-?Wsia­daj! -?krzyk­nął.

Oku­tana postać, któ­rej twa­rzy nawet nie mógł doj­rzeć, obró­ciła się powoli i pode­szła do samo­chodu. Kiedy już zna­leźli się w środku, Cork znów ruszył w stronę Aurory.

-?Pie­kielna pogoda na spa­ce­rek. -?O'Con­nor zer­k­nął na szparkę mię­dzy nacią­gnię­tym na nos weł­nia­nym sza­li­kiem i nasu­niętą na brwi dzier­ganą czapką.

Ścią­gnięte ręka­wiczki uka­zały star­cze, żyla­ste, pokryte pla­mami dło­nie, które się­gnęły do sza­lika wci­śnię­tego w koł­nierz kurtki. Gdy go polu­zo­wały, Cork roz­po­znał Henry'ego Meloux, zwa­nego cza­sami przez bia­łych z oko­lic Aurory Mad Melem. Cork wie­dział, że to mide­wi­win, sza­man z ple­mie­nia Ani­shi­na­abe, żyjący samot­nie na ustron­nym pół­nocno-zachod­nim krańcu jeziora. Pew­nie wędro­wał od rana w śnie­życy, żeby dotrzeć aż tutaj.

-?Dawaj, Henry, co jest aż tak waż­nego, że spro­wa­dza cię do mia­sta w taki dzień?

Meloux spoj­rzał w dal, omi­ja­jąc wzro­kiem wycie­raczki odgar­nia­jące śnieg z szyby.

-?Śnieży czy nie, dla mnie wszyst­kie dni takie same.

-?Szla­chetna filo­zo­fia, ale może kie­dyś spra­wić, że zamar­z­niesz na śmierć.

-?Widzia­łem wię­cej śnie­życ, niż sobie wyobra­żasz. I gor­szych. Śnie­życ i innych rze­czy.

Cork się­gnął do kie­szeni po paczkę Lucky Strike'ów.

-?Papie­rosa?

Obaj się na nie sku­sili, lecz zanim Cork zdą­żył zapa­lić, sta­ru­szek zaczął inten­syw­nie wąchać powie­trze w kabi­nie, po czym uśmiech­nął się sze­roko, uka­zu­jąc pełny gar­ni­tur zadzi­wia­jąco zdro­wych zębów.

-?Ład­nie pach­niesz, tym, co głę­boko ukryte w kobie­cie.

-?Pew­nie wiatr zmro­ził ci nos -?odpa­ro­wał Cork.

-?Nie -?zaprze­czył Meloux, nie prze­sta­jąc się uśmie­chać. -?Dobrze w taki dzień gdzieś się zaszyć -?roze­śmiał się cicho. -?Już ty wiesz, o czym mówię.

Przy­pa­lił papie­rosa zapal­niczką, którą podał mu Cork, i znów zamilkł. Doje­chali do przed­mieść. Minęli nowy bla­szany wysoki płot zło­mo­wi­ska Johan­n­sena, wznie­siony przy oka­zji budowy kasyna "Chip­pewa Grand", żeby rdze­wie­jące wraki i żela­stwo nie psuły widoku. Nieco dalej mie­ścił się nowiutki Hotel "Best Western" na sto pięć­dzie­siąt pokoi, z kry­tym base­nem, jacuzzi i sauną. Wielki baner od frontu witał hazar­dzi­stów, infor­mu­jąc, że Lyle Por­ter grywa tam na for­te­pia­nie w sali Kit­chi-Gami od dwu­dzie­stej do pół­nocy. Par­king był pra­wie pełen. Obok stała nowa restau­ra­cja Per­kins, a naprze­ciwko lśniąca sta­cja ben­zy­nowa Food-N-Fuel z dwu­na­stoma dys­try­bu­to­rami paliw.

Na uli­cach Aurory ruch był nie­wielki, jeśli nie liczyć kilku pic­ku­pów na sze­ro­kich tere­no­wych opo­nach. Sklepy zamknięto wcze­śniej i więk­szość witryn w nie­wielkim cen­trum była poga­szona. Wyglą­dało na to, że 3752 miesz­kań­ców mia­sta schro­niło się pod dachem, by prze­cze­kać śnie­życę.

Henry dłuż­szy czas mil­czał, popa­la­jąc w zamy­śle­niu papie­rosa.

-?Co spro­wa­dza cię do mia­sta w taki dzień? -?spy­tał wresz­cie Cork.

-?Widzia­łem go -?odrzekł sta­rzec.

-?Kogo widzia­łeś?

Meloux spoj­rzał przed sie­bie.

-?Dwa dni temu, nocą, ska­kał po dachu mojej chaty, zmie­rza­jąc na pół­nocny zachód, w stronę, z któ­rej potem nad­cią­gnęła śnie­życa. Widzia­łem czerń tam, gdzie prze­my­kał po nie­bie i prze­sła­niał gwiazdy.

-?Kogo widzia­łeś? -?pono­wił pyta­nie Cork.

-?A i sły­sza­łem, jak wołał imiona.

Wypo­wie­dział to nie­mal szep­tem, więc Cork wywnio­sko­wał, że nie jest dobrze.

-?Kto wołał imiona?

Sta­rzec zamknął się jed­nak w sobie.

-?Stąd mogę pójść pie­szo -?oznaj­mił.

-?Tylko żeby nie przy­szło ci do głowy wra­cać, nim odśnieżą drogi.

-?Cho­dzi­łem tędy na długo, zanim powstały.

-?To było ze dwie­ście lat temu, Henry.

Sza­man zacią­gnął się jesz­cze raz papie­ro­sem i zdu­sił go w popiel­niczce.

-?Dzię­kuję, sze­ry­fie.

-?Rany, już nim nie jestem.

Wło­żyw­szy ręka­wiczki, Meloux otwo­rzył drzwi i wysiadł.

-?Warto było, choćby dla tego zapa­chu. -?Znów wyszcze­rzył zęby i zatrza­snął drzwi.

Cork patrzył, jak wci­ska końce sza­lika pod kurtkę i kie­ruje się w stronę jeziora i nie­wi­docz­nej w śnie­życy poły­skli­wej kopuły, gdzie zmie­rzali wszy­scy odwie­dza­jący Aurorę. Jaskrawy neon wiel­kiego nowego kasyna świe­cił tam dniem i nocą i nawet w naj­gor­szą pogodę jego podwoje były zawsze gotowe, by się otwo­rzyć, a jego cie­płe, pełne papie­ro­so­wego dymu wnę­trze obie­cy­wało zdo­by­cie łatwej for­tuny.

Gdy Meloux znik­nął za prze­słoną bia­łego puchu, Cork uśmiech­nął się pod nosem i wypo­wie­dział imię, któ­rego sta­rzec nie odwa­żył się wymó­wić:

-?Win­digo.

Rozdział 3

Stu Gran­tham stał przed zdję­ciem latarni mor­skiej w Split Rock, wiszą­cym na ścia­nie kan­ce­la­rii praw­nej Nancy Jo O'Con­nor. Spló­tł­szy dło­nie za ple­cami, wpa­try­wał się w słynną zabyt­kową budowlę na pół­noc­nym brzegu Jeziora Gór­nego. Tkwił tam pra­wie minutę, sku­piony i mil­czący, a Jo pozwo­liła mu na to. Wie­działa, że ma go w naroż­niku i że jeśli on dobrze to prze­my­śli, też zyska tę świa­do­mość, a wtedy będą mogli zała­twić sprawę.

Nagle ktoś zapu­kał do drzwi i do środka zaj­rzała sekre­tarka Jo, Fran.

-?Wybacz, wiem, że mia­łam nie prze­szka­dzać, ale dro­gówka wła­śnie zamknęła drogę numer jeden. Mówili w radiu.

Jo wyj­rzała przez okno. Par­king przed Aurora Pro­fes­sio­nal Buil­ding był nie­mal pusty. Jej nie­bie­ską Toyotę Cres­sidę pokrył śnieg i zwi­sa­jące sople. Przy­po­mi­nała jakąś ark­tyczną bestię, która sku­liła się tam, by prze­cze­kać zawieję. Wszystko wokół było białe i nie­ru­chome w tym morzu śniegu.

-?Dzięki, Fran -?odpo­wie­działa Jo. -?Wra­caj do domu, zanim utkniesz tu na dobre.

-?A ty? -?Sekre­tarka zer­k­nęła na Gran­thama, naj­wy­raź­niej nie­świa­do­mego prze­ka­za­nych przez nią wie­ści.

-?Skoń­czę tu ze Stu­ar­tem i też pojadę.

Fran podała jej kilka wydru­ko­wa­nych kar­tek.

-?Z nikim cię nie łączy­łam, tak jak pro­si­łaś. Tu masz wia­do­mo­ści.

-?Dzięki. Jedź ostroż­nie.

-?Ty też.

Jo prze­bie­gła wzro­kiem wydruk. Pierw­szy tele­fon od Franka Mon­roe z depar­ta­mentu zaso­bów natu­ral­nych. Oddzwo­nić w spra­wie nie­zgod­no­ści odno­śnie do kwe­stii Rust Creek i kasyna. Drugi od sędziego Roberta Par­ranta. Po pro­stu oddzwo­nić. Kolejny od Doro­thei Hayes doty­czący słu­żeb­no­ści grun­to­wej dla nowej celu­lo­zowni. Następny od Sandy'ego Par­ranta, który nie zosta­wił żad­nej wia­do­mo­ści.

Gran­tham pod­szedł w mil­cze­niu do małego sto­lika, na któ­rym Jo trzy­mała kawiarkę ze stali nie­rdzew­nej i kilka kub­ków. Nalaw­szy sobie kawy, usiadł. Był agen­tem nie­ru­cho­mo­ści i, z wyboru oby­wa­teli, sze­fem rady okręgu. Dobie­gał sześć­dzie­siątki, był siwy, ale wciąż przy­stojny. Z gładką od pudru twa­rzą, pach­niał piż­mową wodą po gole­niu. Jo zasta­na­wiała się, czy ogo­lił się tuż przed przyj­ściem. Nie­któ­rzy tak wła­śnie robili, jakby czy­niło to jakąś róż­nicę.

Jo bar­dzo dbała o szczu­płą syl­wetkę. Jej blond włosy były nie­mal białe, a oczy przej­rzy­ście błę­kitne jak lód. Od kilku mie­sięcy pozo­sta­wała w sepa­ra­cji z mężem, Cor­kiem, i nie­któ­rzy faceci, naj­wy­raź­niej Gran­tham też, upa­try­wali w tym swoją szansę.

-?O co ci cho­dzi, Jo? -?spy­tał wresz­cie. -?Kiedy tylko chcę sko­rzy­stać z two­ich usług, zawsze odpo­wia­dasz, że jesteś tak zajęta, że ledwo widzisz na oczy. Tym­cza­sem wciąż przyj­mu­jesz sprawy od tych... -?nagle urwał.

-?Od kogo, Stu?

-?Sama wiesz naj­le­piej. Pro bono, doty­czące Indian. Teraz mają kasyno. Niech płacą za adwo­ka­tów.

-?Jest wła­sno­ścią ple­mie­nia Odżi­bwe­jów znad Jeziora Iron, a Louise Wil­lette to Lakota. Nie czer­pie zysków z kasyna. Musi ciężko pra­co­wać na pen­sję od władz okręgu i współ­pra­cow­nicy nie mogą jej bez prze­rwy gnę­bić.

-?Na litość boską, jest jedyną kobietą w eki­pie sprzą­ta­ją­cej pobo­cza dróg. Czego się spo­dzie­wała? Faceci nie mogą bez prze­rwy się pil­no­wać, czy aby cze­goś przy niej nie palną.

-?Przy mojej klientce, czy w ogóle przy kobie­tach, lepiej niech się pil­nują. -?Jo odło­żyła wydruk i oparła dło­nie na biurku. -?Bez pro­blemu mogę pozwać wła­dze okręgu. Dowody są przy­tła­cza­jące. Ale naj­pierw wola­łam poroz­ma­wiać z tobą, bo chcę oszczę­dzić tobie i radzie wstydu. Moja klientka jest skłonna roz­wią­zać to polu­bow­nie. Jestem pewna, że pod­czas listo­pa­do­wych wybo­rów będziesz się cie­szył, że nie chla­pa­ły­śmy o tym w nagłów­kach "Sen­ti­nela".

-?Czyli robisz mi przy­sługę. -?Gran­tham wyszcze­rzył w uśmie­chu zęby, odsła­nia­jąc przy tym srebrny sie­kacz. Odsta­wiw­szy kubek na biurko, zaczął obra­cać na palcu złoty lice­alny sygnet. Rocz­nik '52, albo '53, domy­śliła się Jo. Porządny chło­pak z Aurory. -?Wiesz co? -?dorzu­cił. - Myślę, że to Wanda Wiele Czy­nów ją do tego pod­pu­ściła.

-?Nikt jej do niczego nie pod­pusz­czał, ale rze­czy­wi­ście, to ona skie­ro­wała ją do mnie. Nie dziw się. Jestem naj­lep­szym adwo­ka­tem w Auro­rze.

-?Odkąd się spik­nę­ły­ście, w okręgu Tama­rack nie jest już jak daw­niej - poża­lił się Gran­tham.

-?Amen. -?Jo wypo­wie­działa to słowo przy­jaź­nie. Miała do czy­nie­nia ze Stu i jemu podob­nymi od dnia, gdy nie­mal dzie­sięć lat wcze­śniej umie­ściła w tym mie­ście tabliczkę z nazwą swo­jej kan­ce­la­rii. Łatwo nie było.

Prze­nie­śli się do rodzin­nego mia­sta Corka, żeby odcho­wać dzieci w miej­scu, które w niczym nie przy­po­mi­nało Chi­cago. Mąż uprze­dzał, że będzie jej ciężko, bo jest kobietą, w dodatku obcą. Nie przy­pusz­czała jed­nak, że aż tak bar­dzo, póki przez pierw­sze trzy mie­siące nie zgło­sił się do niej żaden klient.

Aż tu któ­re­goś wio­sen­nego dnia do jej gabi­netu weszły dwie kobiety. Jedna była postawna -?nie gruba, lecz wysoka i mocno zbu­do­wana -?ubrana w sprane dżinsy i nie­bie­ską fla­ne­lową koszulę z pod­wi­nię­tymi ręka­wami. Dłu­gie czarne włosy zaplo­tła w war­kocz i przy­ozdo­biła pió­rem. Miała też poły­skliwe kora­li­kowe kol­czyki, taką samą bran­so­letkę i harde spoj­rze­nie, jakiego Jo nie widziała wcze­śniej u żad­nej kobiety. Za nią kryła się jej towa­rzyszka, pew­nie dwu­dzie­sto­let­nia, ledwo więk­sza od dziew­czynki.

-?Jaka z pani adwo­kat? -?wypa­liła ta z kol­czy­kami i bran­so­letką.

-?Dobra -?odparła Jo.

-?Taka, co woli pie­nią­dze czy spra­wie­dli­wość?

-?Gdy­bym miała wybie­rać, skła­nia­ła­bym się ku spra­wie­dli­wo­ści.

-?I dobrze, bo pie­nię­dzy nie mamy.

-?No to może poroz­ma­wiamy o spra­wie­dli­wo­ści? Usiądź­cie.

Kobiety sko­rzy­stały z zapro­sze­nia. Ta więk­sza sie­działa dum­nie wypro­sto­wana, a młod­sza nieco zgar­biona i nie patrzyła Jo w oczy.

-?Mnie już zna­cie, nazwi­sko jest na tabliczce. A wy to...?

-?Ja jestem Wanda Wiele Czy­nów -?rzu­ciła postaw­niej­sza. -?A to Liz­zie Favre.

Młod­sza spoj­rzała na Jo i zaraz spu­ściła wzrok.

-?W jakiej spra­wie przy­cho­dzi­cie?

-?Chcemy zawal­czyć z dwoma wpły­wo­wymi ludźmi -?wyja­wiła Wanda.

-?Z kim mia­no­wi­cie?

-?Z tymi od Great North Deve­lop­ment Com­pany.

-?Od Great North... -?Jo odchy­liła się na fotelu, czu­jąc lekki ucisk w żołądku. -?Czyli z San­dym i Rober­tem Par­ran­tami. Co im zarzu­ca­cie?

-?Nie chcą zatrud­nić Liz­zie.

Jo zer­k­nęła na dziew­czynę.

-?Bo jesteś kobietą?

-?I Indianką z ple­mie­nia Odżi­bwe­jów -?po lek­kim waha­niu dorzu­ciła cicho Liz­zie.

-?Sły­sza­łam, jak ten, co dla nich naj­muje, Che­ster, nazywa nas squaw - dopo­wie­działa Wanda.

-?Za waszymi ple­cami -?domy­śliła się Jo.

Tamta kiw­nęła głową.

-?To tchórz.

-?Tacy to zawsze tchó­rze. -?Jo pod­nio­sła ołó­wek i zaczęła bez­wied­nie stu­kać zaostrzo­nym koń­cem o pod­kładkę, roz­wa­ża­jąc to, co wła­śnie usły­szała. -?Sędzia Robert Par­rant, Sandy Par­rant. -?Sma­ko­wały jej te słowa, ich zdaw­ko­wość będąca zapo­wie­dzią porząd­nej roz­grywki. -?Ata­ko­wać tego sta­ruszka to jak zamach­nąć się na drut kol­cza­sty. Za to jego syn... - Pochy­liła się ku nim kon­fi­den­cjo­nal­nie. -?Ponoć szy­kuje się do kan­dy­do­wa­nia w wybo­rach sta­no­wych. Myślę, że tu możemy coś ugrać.

-?Podej­mie się pani? -?spy­tała Wanda. Jej śniada harda twarz nie zdra­dzała żad­nych emo­cji, lecz ulotny błysk w oczach pod­po­wie­dział Jo, że jest zado­wo­lona.

-?Wszyst­kie się podej­miemy -?dopre­cy­zo­wała praw­niczka.

I tak się stało.

Co tam z prze­no­si­nami Sandy'ego do Waszyng­tonu? -?spy­tał Stu.

-?Słu­cham? -?Jo wró­ciła do tu i teraz, do Gran­thama, który ugrzązł po dru­giej stro­nie jej biurka.

-?Nasz nowy sena­tor. Jest gotów na Waszyng­ton?

-?Będzie.

-?Czy­ta­łaś arty­kuł w "Pio­neer Press"? Napi­sali "drugi Jack Ken­nedy". Po Harvar­dzie, libe­rał, przy­stojny. Kobie­ciarz -?Gran­tham urwał na chwilę, krę­cąc cięż­kim szkol­nym sygne­tem. -?Poje­dziesz z nim?

-?Co takiego?

-?Podobno chce, żebyś dołą­czyła do jego sztabu.

-?Moja praca i rodzina są tutaj -?odparła chłodno Jo. -?Nie zamie­rzam wyjeż­dżać.

-?Pomy­śla­łem tylko, że skoro z Cor­kiem układa ci się, jak się układa...

-?Co z moją klientką? -?przy­wio­dła go do tematu Jo. -?Będziemy tak sie­dzieć całą noc, czy zga­dzasz się na nasze warunki?

-?Noc z tobą? -?Gran­tham pochy­lił się z uśmie­chem nad biur­kiem. -?Nie­zły pomysł.

-?Wiesz, Stu, wła­śnie przez takie komen­ta­rze wasza ekipa sprzą­ta­jąca zna­la­zła się w głę­bo­kiej dupie -?odparła nie­wzru­szona Jo.

-?Posłu­chaj...

-?Ty posłu­chaj. -?Wyce­lo­wała w niego palec i choć nawet go nie tknęła, gwał­tow­nie się odchy­lił. -?Cze­kam na odpo­wiedź. Teraz. Zare­ko­men­du­jesz radzie, żeby przy­stała na nasze warunki, czy będziemy to cią­gnąć po sądach i prać publicz­nie sek­si­stow­skie brudy? Prawdę mówiąc, chęt­nie pójdę z tym do sądu, żeby przy­kład­nie uka­rać waszą ekipę, a przy oka­zji także radę okręgu.

Mówi­łaby dalej, ale nagle zadzwo­nił tele­fon. Odwró­ciła się od Gran­thama i ode­brała, rzu­ca­jąc wście­kłe "Tak!" w słu­chawkę.

To była jej sio­stra, Rose.

-?Anne się odzy­wała? -?spy­tała, mając na myśli jede­na­sto­let­nią córkę Jo.

-?Nie. Nie ma jej w domu?

-?Wró­ciła tuż po szkole i oznaj­miła, że musi jesz­cze coś zała­twić. Nie prze­ję­łam się, ale to było trzy godziny temu i od tej pory nie mia­łam z nią kon­taktu.

Jo spoj­rzała na nawał­nicę za oknem i pró­bo­wała zapa­no­wać nad gło­sem.

-?Jenny nic nie wie?

-?Nie.

-?A kole­żanki Anne?

-?Obdzwo­ni­łam wszyst­kie, które przy­szły mi do głowy.

-?Do Corka dzwo­ni­łaś?

-?Zosta­wi­łam mu kilka wia­do­mo­ści.

-?Może zabrał ją na węd­ko­wa­nie na lodzie? -?zasu­ge­ro­wała Jo, choć była pewna, że by ją o tym uprze­dził.

-?Mar­twię się, Jo.

-?Czy Ste­vie i Jenny są tam z tobą?

-?Tak.

-?Niech nie wycho­dzą, zaraz przy­jadę -?rzu­ciła Jo, roz­łą­czyła się i utkwiła wzrok w Gran­tha­mie. -?To jak?

Tele­fon wyraź­nie wybił ją z rytmu. Tym­cza­sem Gran­tham popra­wiał sobie kra­wat.

-?Kło­poty w domu?

-?Nic, z czym sobie nie pora­dzę.

-?Nie chcę cię pilić, Jo -?zade­kla­ro­wał i ruszył w stronę fotela, naj­wy­raź­niej, by znów się w nim umo­ścić.

W odpo­wie­dzi Jo otwo­rzyła drzwi, dając do zro­zu­mie­nia, że ich roz­mowa bez­a­pe­la­cyj­nie dobie­gła końca.

-?Będziemy w kon­tak­cie.

-?To na pewno -?odpo­wie­dział i, uśmie­cha­jąc się, wyszedł.

Wrzu­ciła do aktówki kilka doku­men­tów, wło­żyła płaszcz, zamknęła gabi­net i ruszyła na opu­sto­szały par­king. Przed­nią szybę Toyoty pokry­wała śnieżna czapa i war­stwa lodu, który uszko­dził jej pla­sti­kową skro­baczkę. Jo włą­czyła na ful nawiew i odpa­liła sil­nik. Stru­mień gorąca powoli roz­mra­żał szybę, gdy usu­wała śnieg z reszty auta.

Wtem pośród śnie­życy poczuła jesz­cze więk­szy mróz, jakby jakaś lodo­wata dłoń przedarła się przez płaszcz i dotknęła jej ple­ców, po któ­rych prze­biegł nagły dreszcz. Obró­ciła się gwał­tow­nie i wpa­trzyła w wiru­jącą wokół biel, pró­bu­jąc doj­rzeć osła­nia­jące róg działki rosnące kil­ka­dzie­siąt metrów dalej cedry.

-?Jest tam kto? -?Wie­działa, że to nie­do­rzeczne, ludzka ręka nie mogła się­gnąć tak daleko. Zresztą to na pewno nie był ludzki dotyk.

W odpo­wie­dzi usły­szała jedy­nie smutne zawo­dze­nie wichru. Odpu­ściła sobie odśnie­ża­nie, wsia­dła do auta i zablo­ko­wała drzwi. Nawiew odmro­ził jedy­nie część szyby, ale Nancy Jo O'Con­nor tyle wystar­czyło. Czym prę­dzej wyje­chała z par­kingu.

Rozdział 4

Cork zapar­ko­wał przy pokry­tym śnie­giem baraku z bla­chy fali­stej nad jezio­rem. Od frontu prze­ro­biono go na kiosk z ham­bur­ge­rami z dwoma prze­suw­nymi oknami i długą wąską ladą do obsługi klien­tów. Z boku zdo­biły go zdję­cia lodów w kubecz­kach. Teraz okna były zabez­pie­czone dyktą, a powy­żej wid­niał napis wyma­lo­wany czer­wo­nymi lite­rami na bia­łej desce: "U Sama".

Zapar­ko­waw­szy od tyłu, Cork wszedł do środka. Na zaple­czu urzą­dzono prze­strzeń miesz­kalną -?jedno duże pomiesz­cze­nie z pie­cy­kiem, lodówką, zle­wem, sto­łem z dwoma krze­słami, sofą, łóż­kiem, nie­wiel­kim biur­kiem i półką na książki. W rogu wydzie­lono łazienkę z toa­letą, umy­walką i prysz­ni­cem. W cza­sie II wojny świa­to­wej barak stał w kom­plek­sie wyko­rzy­sty­wa­nym przez Gwar­dię Naro­dową. Póź­niej, kiedy opu­ściło go woj­sko, wszystko, oprócz niego, zrów­nano z zie­mią. Cork nie wie­dział, dla­czego go oszczę­dzono. W końcu kupił go Sam Zimowy Księ­życ i roz­krę­cił w nim inte­res, ser­wu­jąc let­ni­kom lody, kok­tajle mleczne i ham­bur­gery. W sezo­nie miesz­kał na zaple­czu, a po zamknię­ciu kramu późną jesie­nią prze­no­sił się do chaty na tere­nie rezer­watu. Na koniec zapi­sał go w testa­men­cie Cor­kowi.

Wewnątrz było zimno, dużo zim­niej, niż powinno. Cork zszedł do piw­nicy i zauwa­żył, że pło­mień w pie­cyku ole­jo­wym zgasł, co czę­sto się nie­stety zda­rzało. Wci­snął czer­wony przy­cisk resetu i nic. Dopiero gdy szturch­nął nogą sil­ni­czek, pal­nik cicho zaszu­miał i zapło­nął. Cork pomo­dlił się w duchu, żeby pie­cyk wytrwał do końca zimy, a jesie­nią, jeśli bar "U Sama" zali­czy dobry sezon, wymieni go na nowy.

Wró­cił na górę i prze­szedł do czę­ści od frontu, gdzie wio­sny wycze­ki­wały pudła z nie­psu­ją­cymi się pro­duk­tami. Dalej lśniła bez­czyn­nie wielka wypu­co­wana maszyna do lodów sto­jąca obok nie­wiel­kiego grilla. Pod ścianą przy drzwiach zale­gał worek suszo­nej kuku­ry­dzy na popcorn z pla­sti­ko­wym kubeł­kiem i szu­felką. Cork wypeł­nił wia­derko w jed­nej czwar­tej, po czym wyszedł przez zaple­cze na dwór.

W śnie­życy nie mógł doj­rzeć jeziora. Brnąc przez zaspy, ruszył do siat­ko­wego ogro­dze­nia na skraju pose­sji. Mojej pose­sji, pomy­ślał. Wciąż musiał sobie o tym przy­po­mi­nać. Po dru­giej stro­nie stał bro­war "Niedź­wie­dzia Łapa" z wiel­kimi ciem­nymi zabu­do­wa­niami ledwo maja­czą­cymi w zamieci. Cork podą­żył wzdłuż siatki nad brzeg jeziora. Więk­szość pozo­sta­wała skuta lodem, ale spora połać wody w pobliżu ogro­dze­nia nie mar­zła, bo bro­war odpro­wa­dzał tam ścieki. Na lodzie roz­miesz­czono tablice ostrze­gaw­cze i sta­cje ratow­ni­cze z san­kami i kołami ratun­ko­wymi. Cork ze zdu­mie­niem zauwa­żył tam przy­gar­bioną postać w czer­wo­nej kurtce, którą z miej­sca roz­po­znał.

-?Annie? To ty?

Córka zwró­ciła się w jego stronę. Była wysoka jak na swój wiek, a jej twarz przez cały rok zdo­biły piegi. Po irlandz­kich przod­kach odzie­dzi­czyła inten­syw­nie rude włosy, zaś genom ple­mion Ani­shi­na­abe zawdzię­czała ciemne zadu­mane oczy, któ­rymi teraz z tro­ską spoj­rzała na ojca.

-?Mar­twi­łam się o Romea i Julię -?powie­działa i powę­dro­wała wzro­kiem na jezioro.

Wiatr wzbu­rzał powierzch­nię wody. Było mroźno i szaro. Dwie ber­ni­kle kana­dyj­skie wtu­lały się w sie­bie dwa­dzie­ścia metrów od brzegu, sta­wia­jąc czoło śnie­życy. Ta, którą Anne nazwała Romeo, pod koniec lata uszko­dziła sobie skrzy­dło. Gdy pozo­stałe gęsi ruszyły na połu­dnie, on został wraz ze swoją towa­rzyszką, któ­rej dziew­czynka nadała imię Julia. Ni­gdy nie odda­lały się od jeziora, trzy­mały się wody. Cork zaczął je dokar­miać, zdaw­szy sobie sprawę z sytu­acji, w jakiej się zna­la­zły. Anne też się nimi opie­ko­wała, przy­gar­nia­jąc pod swoje tro­skliwe skrzy­dła.

Cork podał jej wia­derko.

-?Ty je nakarm.

Gęsi zare­ago­wały na widok Corka, prze­czu­wa­jąc, że nie­sie im kuku­ry­dzę. Pod­pły­nęły bli­żej, ale nie wyszły na brzeg. Cork roz­ko­pał śnieg, two­rząc nad brze­giem udep­tany krąg.

-?Wysyp tutaj -?pod­po­wie­dział córce.

Gdy roz­rzu­ciła ziarna, odsu­nęli się o kil­ka­na­ście kro­ków. Romeo i Julia przy­drep­tali po śniegu i hała­śli­wie je zaja­dali, czuj­nie przy tym zer­ka­jąc na ludzi.

-?Myślisz, że kie­dyś dadzą się nakar­mić z ręki? -?spy­tała z nadzieją Anne.

-?Więk­szość zwie­rząt pew­nie można oswoić -?odpo­wie­dział Cork. -?Pyta­nie brzmi: czy rze­czy­wi­ście tego chcemy? Stają się wtedy łatwym łupem dla tych, któ­rzy nie są tak przy­jaź­nie nasta­wieni jak ty.

-?Skrzyw­dzi­liby je? -?prze­ra­ziła się Anne.

-?Nie­któ­rzy tak. Dla zabawy. No chodź, teraz już sobie pora­dzą -?dodał Cork i ruszył w stronę bla­szaka.

Gdy tam dotarli, odsłu­chał wia­do­mo­ści i skrzy­wił się, usły­szaw­szy zatro­skany głos szwa­gierki.

-?Nie wspo­mnia­łaś ciotce Rose, że się tu wybie­rasz?

-?Mówi­łam jej, ale wczy­ty­wała się w jakiś prze­pis, więc może nie słu­chała.

Cał­kiem moż­liwe. Roz­trzą­sa­jąc zawi­ło­ści nowych prze­pi­sów kuli­nar­nych, Rose nie zwró­ci­łaby uwagi nawet na atak jądrowy. Ist­niała jed­nak też moż­li­wość, że Anne wymknęła się z domu, korzy­sta­jąc z jej nie­uwagi. Rose oczy­wi­ście nie mia­łaby nic prze­ciwko temu, żeby tu przy­szła, ale zwa­żyw­szy, że we wszyst­kim doszu­ki­wała się poten­cjal­nej kata­strofy, pew­nie nie pozwo­li­łaby sio­strze­nicy wypra­wić się na daleki spa­cer w taką śnie­życę.

Cork zadzwo­nił i wszystko jej wyja­śnił. Odczuła tak wielką ulgę, że zapo­mniała go ochrza­nić. Obie­cał, że zaraz odwie­zie Anne do domu.

Kiedy pode­szli do samo­chodu, córka spoj­rzała przez zawieję na jezioro.

-?Nic im się nie sta­nie? -?spy­tała.

-?Mam nadzieję. O ile jezioro cał­ko­wi­cie nie zamar­z­nie i dostaną wystar­cza­jącą ilość ziarna.

-?Mar­twię się o nie i się za nie modlę. Myślisz, że można się modlić za gęsi?

-?Pew­nie za wszystko można się modlić.

Anne spoj­rzała na ojca, czer­wona od wia­tru i mrozu.

-?Wcale tak nie myślisz.

-?Módl się w imie­niu nas obojga. Jesteś w tym dużo lep­sza niż ja.

Wsie­dli do auta i Cork ruszył po kole­inach w stronę Cen­ter Street.

-?A wiesz, o co naj­czę­ściej się modlę? -?rzu­ciła Anne, wpa­trzona w wiru­jące płatki śniegu. -?Żeby­ście ty i mama znowu byli razem.

Przez chwilę mil­czał, po czym odpo­wie­dział:

-?Modlić się ni­gdy nie zawa­dzi.

Dom przy Goose­berry Lane był duży, pię­trowy i biały z ciem­no­sza­rymi okien­ni­cami i bie­gną­cym wokół gan­kiem. Rósł przed nim wielki wiąz, a z tyłu nie­mal rów­nie wielki klon. Krzewy bzu two­rzyły wysoki żywo­płot od pół­nocy, a od połu­dnia stała obro­śnięta winem altana. Dom nale­żał kie­dyś do jego dziad­ków po kądzieli, a potem do rodzi­ców. Kiedy ojciec Corka zgi­nął, jego matka urzą­dziła w nim stan­cję. Nie opły­wali w luk­susy, Cork musiał zawsze pra­co­wać, żeby wes­przeć matkę, ale przy­naj­mniej zdo­łali zacho­wać dom, jakoś sobie radzili i, z tego, co pamię­tał, byli tam szczę­śliwi.

Wszyst­kie domy w tym kwar­tale ulic były do sie­bie podobne -?stare, ocie­nione latem i spo­kojne. Wokół nie uświad­czy­łeś ani jed­nego płotu i Cork zawsze był prze­ciwny opi­nii, że to one są gwa­ran­tem dobrego sąsiedz­twa. Dopóki Jo nie kazała mu się wynieść, z lubo­ścią nazy­wał Goose­berry Lane domem, a tych, któ­rzy miesz­kali obok, sąsia­dami.

Otwo­rzył pilo­tem drzwi garażu i zapar­ko­wał obok nie­bie­skiej Toyoty Jo. Wid­niały na niej dwie nalepki: "Sandy Par­rant na sena­tora" i druga, kwin­te­sen­cja poli­tyczno-publi­cy­stycz­nej papki: "Porów­naj kan­dy­da­tów, ap-Parantt-cja1 jest oczy­wi­sta". Było już dawno po wybo­rach, Par­rant wygrał i Cork uwa­żał, że Jo powinna pozbyć się nakle­jek.

Pode­szli z Annie do drzwi kuchen­nych. W środku powi­tała ich woń pie­czo­nej szynki.

-?Cudny zapach, Rose -?sko­men­to­wał Cork, wie­sza­jąc parkę i czapkę na wie­szaku przy drzwiach.

Wyczuł, że szwa­gierka pró­buje wzbu­dzić w sobie złość. Skwi­to­wała kom­ple­ment ski­nie­niem głowy, otwo­rzyła pie­cyk i pochy­liła się, by oce­nić efekty swo­ich dzia­łań. Miała na sobie ela­styczne spodnie w kwiaty, bar­dzo nie­ła­skawe dla jej sze­ro­kich bio­der i ud. Do tego wor­ko­watą czer­woną bluzę i stare płó­cienne nie­bie­skie klapki. Jej bure włosy koja­rzyły się z barwą przy­droż­nego pyłu, a mię­si­ste ramiona pokry­wały piegi. W żaden spo­sób nie mogła się rów­nać z sio­strą wyglą­dem ani tem­pe­ra­men­tem i gdyby Cork nie wie­dział, jak jest naprawdę, sądziłby, że jedna z nich została adop­to­wana.

-?Tęsk­nię za twoim goto­wa­niem -?wyznał z uśmie­chem.

Rose też się uśmiech­nęła, wbrew sobie, i spoj­rzała surowo na sio­strze­nicę, która pró­bo­wała prze­mknąć przez kuch­nię nie­zau­wa­żona.

-?Na śmierć się zamar­twia­łam.

-?Prze­cież mówi­łam, dokąd idę, cio­ciu -?zapro­te­sto­wała układ­nie Anne. - Pew­nie nie usły­sza­łaś. Czy­ta­łaś ten prze­pis na świą­teczny pud­ding.

-?Tak? -?Rose zer­k­nęła na książkę kuchar­ską, roz­ło­żoną na kuchen­nym stole. -?Mimo to powin­naś była zadzwo­nić, skoro zamie­rza­łaś wró­cić tak późno.

-?To moja wina -?wtrą­cił się Cork. -?Zaprzą­głem ją do pomocy.

-?No cóż... -?Rose przyj­rzała się Anne jesz­cze raz. -?Umyj ręce. Za chwilę kola­cja. A ty... -?Spoj­rzała na Corka zrazu groź­nie, ale szybko się roz­ch­mu­rzyła. -?Zjesz z nami? Star­czy dla wszyst­kich.

-?A gdzie Jo?

-?W gabi­ne­cie. Chcia­łaby z tobą poga­dać.

-?Po tej roz­mo­wie może mnie już nie chcieć na kola­cji.

-?Dobrze wiesz, że nie. Zde­cy­duj się, to powiem Jenny, żeby przy­go­to­wała jesz­cze jedno nakry­cie. -?Rose obró­ciła się do kuchenki i zaczęła mie­szać coś w ron­dlu drew­nianą szpa­tułką.

W salo­nie Cork natknął się na swo­jego pię­cio­let­niego syna, Ste­viego, który leżąc na brzu­chu, bawił się lego. Na widok ojca chło­piec obró­cił się na plecy i zawo­łał:

-?Tata!

Cork przy­kląkł i spy­tał:

-?Co tam, koleżko?

Ste­vie poka­zał mu swoją przy­po­mi­na­jącą dom budowlę.

-?To wię­zie­nie -?oznaj­mił.

-?Nie­złe. Dla kogo?

W oczach chłopca poja­wił się szel­mow­ski błysk.

-?Dla cie­bie.

-?Hmm... Będę tam sze­ry­fem?

Ste­vie potrzą­snął głową.

-?Ban­dytą? No to zaraz ci pokażę, za co mnie wsa­dzą!

Chwilę się pomo­co­wali.

-?Robisz się za mocny dla swo­jego sta­ruszka -?rzu­cił na koniec Cork.

-?Dotknij. -?Ste­vie naprę­żył szczu­plut­kie ramię. Cork wyczuł głów­nie kość, ale jego mina wyra­żała praw­dziwy podziw. Tym­cza­sem Ste­vie sku­pił uwagę na kre­sków­kach.

Do pokoju weszła czter­na­sto­let­nia córka Corka, Jenny. Led­wie zaszczy­ciła ojca spoj­rze­niem i zwi­nęła się z książką na sofie. Cork doszedł do wnio­sku, że owo spoj­rze­nie odzwier­cie­dla nastrój jej matki. Cały dom zda­wał się dła­wić chłodną zło­ścią Jo.

-?Cześć, młoda. Gdzie mama?

-?Pra­cuje w gabi­ne­cie. Chce z tobą poroz­ma­wiać.

Cork zer­k­nął na książkę na kola­nach córki.

-?Co to?

-?Pani Cava­naugh kazała mi coś prze­czy­tać pod­czas jase­łek w przy­szłym tygo­dniu.

-?Co dokład­nie?

-?Cokol­wiek. Domy­ślam się, że to ma być wiersz. Prze­czy­tam coś Sylvii Plath.

-?Czy aby nie popeł­niła samo­bój­stwa?

-?Była bar­dzo inte­li­gentna.

-?Jaki to będzie wiersz?

-?Jesz­cze nie wybra­łam.

Gdy Cork usiadł obok córki, lekko się odsu­nęła.

-?Roz­ma­wia­łaś o tym z panią Cava­naugh?

-?Powie­działa, że wybór należy do mnie.

-?Sylvia Plath nie jest zbyt świą­teczna. Może o tym poroz­ma­wiamy? - zapro­po­no­wał Cork.

-?Wybór należy do mnie -?powtó­rzyła z emfazą Jenny.

Jego córka coraz bar­dziej upo­dab­niała się do Jo. Nawet w tym wieku na jej twa­rzy poja­wiały się te same cie­nie świad­czące o nad­mia­rze powagi. Była drobna, przed­wcze­śnie doj­rzała i osten­ta­cyj­nie rady­kalna. Oczy też miała takie jak matka. Zimne, przej­rzy­ście błę­kitne. Pod wie­loma wzglę­dami sta­rała się jed­nak zazna­czyć, że nie jest jej sobo­wtó­rem. Jo miała świetny gust, jeśli cho­dzi o stroje, za to Jenny ubie­rała się w rze­czy z second han­dów -?stare sukienki, glany i zno­szone bluzy. Z pomocą przy­ja­ciółki prze­kłuła sobie w dwóch miej­scach uszy i nego­cjo­wała z rodzi­cami moż­li­wość zro­bie­nia sobie przy­naj­mniej jed­nego prze­kłu­cia w nosie. Ufar­bo­wała kilka kosmy­ków wło­sów na fio­le­towo i zda­rzało jej się sta­wiać na gło­wie krót­kiego iro­keza, przez co wyglą­dała, jakby chwy­ciła się na moment linii wyso­kiego napię­cia. Zre­zy­gno­wała z uśmie­chów na rzecz min wyra­ża­ją­cych obrzy­dze­nie, a nie­kiedy tylko znu­że­nie, co dodat­kowo pod­kre­ślało wra­że­nie zaspa­nia, które zawdzię­czała peł­nym powie­kom, odzie­dzi­czo­nym po indiań­skich przod­kach.

-?Zoba­czę, o co cho­dzi mamie.

-?No raczej -?przy­tak­nęła Jenny.

-?Życz mi szczę­ścia.

-?Szczę­ścia -?odburk­nęła ponuro.

Zastał Jo przy biurku w gabi­ne­cie, ślę­czącą nad papie­rami. Było tam pełno praw­ni­czych opraw­nych w skórę ksią­żek, ich woń wypeł­niała pokój. Kiedy wszedł, Jo unio­sła wzrok. Jej oczy zdały mu się wiel­kie i zdzi­wione, lecz gdy zdjęła grube oku­lary, przy­brały na powrót zwod­ni­czy wyraz sen­nego spo­koju.

-?Mar­twi­ły­śmy się o Anne.

-?Moja wina -?przy­znał Cork. -?Poma­gała mi.

-?W czym?

-?Czy to zezna­nie pod przy­sięgą, pani mece­nas?

-?Zasta­na­wiam się tylko, czy to był wasz wspólny plan, czy jeden ze spon­ta­nicz­nych pomy­słów Annie.

-?Dla­czego nie zapy­tasz jej? Powie ci prawdę.

-?Pytam cie­bie. Jeśli o tym wie­dzia­łeś, powi­nie­neś był naj­pierw omó­wić to ze mną.

-?Nie ma sądo­wego nakazu, który by mi to narzu­cał.

-?Może powinni go wydać.

Ode­pchnęła krze­sło od biurka, wstała i odwró­ciła się tyłem do Corka. Spoj­rzała przez okno na wiru­jące wokół klonu płatki śniegu, które wiatr pod­sy­py­wał pod żywo­płot z bzu. Dło­nie zaplo­tła cia­sno na ple­cach.

-?Myślę, że już czas, żeby poroz­ma­wiać o roz­wo­dzie.

-?Wła­śnie usły­sza­łem od Annie, że modli się, żeby­śmy znów byli razem.

-?Cork, musimy pomóc zro­zu­mieć im tę sytu­ację. -?Obró­ciła się do niego twa­rzą. -?Zabawne. Jesz­cze w zeszłym roku przy­się­gła­bym, że bar­dzo chcesz roz­wodu.

-?Ni­gdy tego nie powie­dzia­łem.

-?To prawda -?przy­tak­nęła. -?Ale też nie pro­te­sto­wa­łeś, gdy zażą­da­łam, żebyś się wyniósł. -?Znów spoj­rzała przez okno, przy­pa­tru­jąc się zamieci.

-?Chcia­łaś tego. -?Gdy nie odpo­wie­działa, powoli zbli­żył się do biurka, ostroż­nie je obszedł i sta­nął obok. -?Ale może już czas nie myśleć tak bar­dzo o sobie, a tro­chę wię­cej o dzie­ciach.

Cisnęła oku­lary na biurko.

-?Uwa­żasz, że się nimi nie przej­muję? Ciężko pra­cuję, żeby opła­cić rachunki, żeby Annie miała apa­rat orto­don­tyczny, a Jenny nie musiała dora­biać na stu­diach. W ogóle mi w tym nie poma­gasz.

-?Nie mówię o pie­nią­dzach -?odparł bez emo­cji. Odsu­nął się, sta­jąc pod rzę­dami ksią­żek pró­bu­ją­cych opi­sać spra­wie­dli­wość, w którą już nie wie­rzył, choć sta­rał się zwal­czyć w sobie to poczu­cie przy­tło­cze­nia i nie­wiary.

-?Dłu­żej tak być nie może -?oznaj­miła Jo. -?Nikomu to nie służy, zwłasz­cza dzie­ciom.

-?Roz­wód lep­szy?

-?Czyst­szy.

-?Jak śro­dek anty­bak­te­ryjny.

-?Tak będzie lepiej dla wszyst­kich i sądzę, że w głębi serca o tym wiesz.

Zamil­kli. Wiatr tłukł w szybę, zza drzwi dobie­gały odgłosy z tele­wi­zora w salo­nie.

Cork wsu­nął ręce do kie­szeni i bez­sil­nie zaci­snął je w pię­ści.

-?Dobra.

-?Kiedy? -?naparła Jo.

-?Kiedy zechcesz.

Wło­żyła oku­lary i spoj­rzała na papiery na biurku.

-?Może być po świę­tach. Przyda ci się adwo­kat. Jeśli chcesz, mogę ci kogoś pole­cić.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki