Prolog
Cork O'Connor pierwszy raz usłyszał o Windigo jesienią 1965, gdy polował
na wielkiego niedźwiedzia z Samem Zimowym Księżycem. Miał czternaście
lat, a jego ojciec od roku nie żył.
Sam zastawił tamtej jesieni pułapki wzdłuż jeleniego szlaku prowadzącego
od Strumienia Wdów do porośniętego jagodami wyciętego lasu. Wcześniej
wypatrzył odchody nad strumieniem, wzdłuż szlaku i na polanie obsypanej
krzaczkami pełnymi dojrzałych owoców. Pułapki skonstruował na dawną
modłę. Oparłszy gałęzie o pień drzewa, stworzył z nich szałas. Nad
wejściem zawiesił ciężką kłodę ze sprężystym drążkiem. Przynętą była
papka z gotowanych ryb, rybiego łoju i odrobiny syropu klonowego. Sam
pierwszy raz w życiu budował taką pułapkę, gdyż owa stara tradycja
plemienia Odżibwejów już prawie zanikła, i poprosił Corka, żeby mu
pomógł. Ten nie był zainteresowany. Po śmierci ojca nic go nie
interesowało. Domyślał się, że zaproszenie Sama nie ma nic wspólnego z chęcią wypróbowania tradycyjnych metod polowania, a jest jedynie
życzliwą próbą wyciągnięcia go z żałoby. Na to zaś Corcoran O'Connor nie
miał ochoty, gdyż bał się, że zapominając o żałobie, zapomni o ojcu.
Przez grzeczność przyjął jednak propozycję Sama.
Późnym popołudniem odkryli, że pułapka została naruszona, lecz
niedźwiedzia w niej nie było. Widzieli, gdzie upadł pod ciężarem
wielkiej kłody; gdy na powrót ją dźwignęli, Sam ocenił, że musi ważyć
jakieś sto czterdzieści kilogramów i powinna była zmiażdżyć niedźwiedzi
kark. W normalnych okolicznościach każdy zwykły niedźwiedź czarny,
przywalony kłodą, nieżywy lub prawie, byłby ich. Pułapka była naruszona,
kłoda spadła, a jednak ten zdołał ją z siebie zrzucić.
-?Pewnie jest ranny. Ruszę za nim -?rzucił do chłopca zafrasowany Sam i odwrócił wzrok, nie zachęcając go ani słowem, by mu towarzyszył.
-?Takiego niedźwiedzia, co to potrafi strząsnąć z grzbietu bal, warto
zobaczyć -?powiedział Cork.
Sam przyklęknął i przesunął dłonią po głębokich śladach pozostawionych w miękkiej glebie przez wielkie łapy zwierza.
-?To niebezpieczne. -?Zerknął na chłopaka. -?Jeśli pójdziesz ze mną,
będziesz robił dokładnie, co ci powiem.
-?Dobra -?obiecał Cork, pierwszy raz od roku czując dreszcz emocji.
Do wieczora nic nie jedli, tylko wdychali cedrowy dym ogniska. Bladym
świtem poczernili twarze popiołem, dając znak duchom puszczy, że są
oczyszczeni. Sam związał w ogon swoje czarno-siwe włosy skórzanym
rzemieniem przyozdobionym pojedynczym orlim piórem. Zgodnie z rytuałem
indiańskich myśliwych wypalili tytoń z liśćmi wierzby, wymieszany ze
sproszkowanym korzeniem marcinki i wysmarowali się łojem zwierząt, by
ukryć przed niedźwiedziem ludzką woń.
Do niewielkiej sakwy z jeleniej skóry, którą nosił przewieszoną przez
szyję na plecach, Sam spakował dodatkową porcję łoju, zapałki, osełkę i paczkę nabojów o masie stu osiemdziesięciu granów do strzelby -?sztucera
powtarzalnego kalibru 30-06 Winchester. Teraz zerknął na nią
sceptycznie. To broń na jelenie i małe niedźwiedzie, wyjaśnił Corkowi, a ten, za którym ruszyli, taki, co to zrzuci z siebie kłodę, to inna
rozmowa. Dał chłopcu płócienny worek ze śpiworami, naczyniami, gotowanym
dzikim ryżem, kawą, solą i suszonym jelenim mięsem. Na koniec dołożył
jeszcze kilka długich skórzanych rzemieni. Jeśli trafi im się ten
niedźwiedź, przywiążą go do palety z drągów i przeciągną do drogi, skąd
później Sam zabierze go pickupem. Przywiesił jeszcze do paska nóż
myśliwski i zarzucił na ramię strzelbę.
Obeszli pułapkę, wypatrując miejsc wygniecionych w poszyciu lasu przez
niedźwiedzia. Sam dostrzegł wyraźny ślad, ścieżkę, gdzie zwierzę
wdeptało opadłe liście brzozy w miękkie podłoże. Podążyli za nim na
północ.
Każdej jesieni Sam Zimowy Księżyc zabijał niedźwiedzia i dzielił się
uwędzonym mięsem z innymi mieszkańcami rezerwatu nad Jeziorem Iron,
zwłaszcza starszymi, którzy nie mogli już polować ani zastawiać sideł,
lecz wciąż doceniali smak wonnego tłustego mięsiwa. Dzielił się nim też
z rodziną Corka. Matka chłopca była półkrwi Indianką z grupy plemion
Anishinaabe, a z jego ojcem -?choć był biały -?od lat się przyjaźnił.
Skóry niekiedy wymieniał na inne produkty, ale częściej zachowywał dla
siebie. Był wdzięczny niedźwiedziom za mięso, którym karmiły jego i wszystkich mu bliskich, lecz gdy tamtej jesieni podążali tropem
kolejnego, wyznał Corkowi, że byłby wdzięczny nawet za sam widok
wspaniałego zwierza, który zrzucił z siebie kłodę jak byle drobiazg.
Niedźwiedzie, przestrzegł go Sam, są w lesie najtrudniejsze do
wytropienia i upolowania. Mają niezły wzrok, dobry słuch i najlepszy
węch spośród wszystkich zwierząt. Do tego są sprytne, a ranne stają się
najgroźniejszym przeciwnikiem człowieka. Uwielbiał na nie polować. Cenił
sobie ów rytuał łączący myśliwego, zwierzynę i ziemię, która dla obu
jest matką. Wolał wyzwanie, jakim jest tropienie oparte na własnej
wiedzy o zwierzętach i lesie, niż polowanie z psami, które upodobali
sobie biali.
Czasami przystawał, by przyjrzeć się uważnie miękkiej ziemi i poszyciu.
Około południa natrafili na pień, przy którym dłubał niedźwiedź w poszukiwaniu pędraków, a potem na ułamaną gałąź dębu, którą ogołocił z żołędzi.
Niebo było przejrzyście błękitne, powietrze rześkie i nieruchome, a puszcza jesiennie rdzawozłota. Poruszali się z wigorem i Corka
przepełniała ekscytacja. Głośno burczało mu w brzuchu z głodu, pod
stopami chrzęściły uschnięte liście. Sam powiedział, żeby się nie
przejmować odgłosami, bo niedźwiedzia, zwłaszcza dużego, nie niepokoją
zbytnio dźwięki. Jedynie ludzką woń należało trzymać od niego z daleka.
Sam miał nadzieję, że zajdą go od zawietrznej, a nawet jeśli nie,
liczył, że zapach tłuszczu dobrze ich zamaskuje.
Późnym popołudniem Cork uzmysłowił sobie, że nie wie, gdzie się
znajdują. Na jego pytanie, czy Sam zna tę okolicę, Indianin
odpowiedział, że nie. Wyszli już poza teren rezerwatu i dotarli do
puszczy zwanej przez białych Quetico-Superior. Sam nigdy tu nie był, ale
zdawał się tym nie przejmować. O zachodzie słońca stanęli nad
strumieniem i rozpalili ognisko. Sam podgrzał dziki ryż, który zjedli z suszonym mięsem. Gdy niebo poczerniało, pokryło się gwiazdami i ogarnął
ich nocny jesienny chłód, zaparzył kawę i nalał ją do cynowych kubków.
-?Niedźwiedź nie zwieje, kiedy będziemy spali? -?zaniepokoił się Cork.
Sam wcisnął stary imbryk z kawą w żar na skraju ogniska i podźgał
szczapy patykiem.
-?On też potrzebuje snu. Nieźle nam dziś poszło. Myślę, że to dobry znak
-?odparł i na chwilę zamilkł, gdy w górę wystrzeliły nowe płomienie. -
Ale wiesz, myślę sobie, że ten niedźwiedź nieźle zapyla. Ta kłoda raczej
nie zrobiła mu wielkiej krzywdy. -?Zerknął na Corka. -?Takiego zwierza
aż wstyd zabijać, nawet gdyby się udało.
-?Chciałbym go zobaczyć -?wyznał chłopak.
-?Ja też -?przyznał z uśmiechem Sam. -?I myślę, że będzie okazja.
Wtem stary imbryk zafurczał i przesunął się w żarze. Wystraszony Cork aż
podskoczył, rozlewając kawę.
Sam rozejrzał się wokół, po czym wbił wzrok w niebo i rzucił szeptem:
-?Windigo przemyka gdzieś blisko.
Cork potarł nogę w miejscu, gdzie kawa oparzyła go przez dżinsy.
-?A co to Windigo?
Dostrzegł w łunie ogniska, że w ciemnych oczach Sama śmiertelna powaga
miesza się z odrobiną strachu.
-?Nie słyszałeś o Windigo? Mieszkasz tu od urodzenia i o nim nie wiesz?
-?Sam potrząsnął głową, jakby to było coś niebywałego.
Corcoran O'Connor przysiadł po drugiej stronie ogniska i spojrzał na
osmalony imbryk, który dopiero co podskoczył, zagrzechotał i przesunął
się w żarze nietknięty ludzką ręką.
-?No to chyba muszę ci powiedzieć -?rzucił Sam, zerkając niepewnie na
cynowy imbryk. -?Dla twojego dobra. -?Znów zerknął ostrożnie w niebo i gwiazdy i ciągnął szeptem: -?To olbrzym, wilkołak o lodowatym sercu.
Ludojad, zimny i wiecznie głodny. Przychodzi z lasu, żeby pożerać
kobiety, mężczyzn i dzieci. Jemu za jedno.
-?Po nas też przyjdzie? -?Cork zerknął na cienie pląsające wokół
ogniska.
-?Tak na mój rozum, zwykle czujemy, kiedy Windigo weźmie nas na cel.
-?Można się przed nim bronić?
-?Jasne. Możesz go nawet zabić.
-?Jak?
-?To potężny stwór i, o ile wiem, jest na niego tylko jeden sposób. -
Rytualny maskujący popiół, którym Sam natarł rano twarz, zniknął już z gładkich powierzchni, lecz wciąż zalegał w zmarszczkach. W świetle
ogniska skóra wyglądała jak spękana. -?Musisz się w niego przemienić.
Jest na to zaklęcie i Henry Meloux najpewniej je zna. Ale uważaj, bo
nawet jeśli uśmiercisz Windigo, nadal będzie ci grozić
niebezpieczeństwo.
-?Jakie?
-?Że pozostaniesz nim na zawsze. Wilkołakiem, którego zabiłeś. Przygotuj
się zatem. Ktoś musi ci pomóc, po tym, jak już się z nim rozprawisz.
Musi ci towarzyszyć z rozgrzanym tłuszczem, który wypijesz, by rozpuścić
w sobie lód i sprowadzić się do ludzkiego wymiaru.
-?Mam nadzieję, że nigdy nie spotkam Windigo -?powiedział Cork, zerkając
na stary imbryk.
-?Ja też -?przyznał Sam.
Cork zamilkł, tymczasem ogień trzaskał i słał w ciemność dym i drobinki
żaru.
-?To tylko takie bajanie, co nie?
Rozważając odpowiedź, Sam skręcił papierosa i zakleił go śliną.
-?Możliwe, ale w tych lasach lepiej brać pod uwagę różne zagrożenia, bo
więcej tu wszystkiego, niż zdoła dojrzeć człowiek, i dużo więcej, niż
zdoła pojąć.
Mimo zmęczenia Cork długo jeszcze siedział przy ognisku, gdy Sam palił i snuł opowieści o jego ojcu. Niektóre rozśmieszyły ich obu. Tamtej nocy,
leżąc już na posłaniu, chłopiec nie przestawał myśleć o niedźwiedziu,
którego tropili. Cieszył się, że Sam postanowił jednak nie zabijać tego
wspaniałego zwierza, ale liczył, że uda im się go zobaczyć. Rozmyślał
też o Windigo, lecz miał nadzieję, że jego nie zobaczy. No i myślał o ojcu, którego już nigdy nie spotka. Wszystko to składało się na jego
życie i choć każda z tych rzeczy była osobna, splatały się ze sobą
niczym korzenie drzewa. Na zawsze zapamięta tamto polowanie na
niedźwiedzia z Samem Zimowym Księżycem. W jakiś sposób, którego do końca
nie pojmował, otworzyło w nim furtkę dającą upust żałobie i już na
zawsze pozostanie za to wdzięczny przyjacielowi ojca.
Minie jednak aż trzydzieści lat, nim znajdzie powód, by wspomnieć
Windigo, i znów usłyszy jego wołanie.
Rozdział 1
Czuł to od tygodnia. Przez cały tydzień młody Paul LeBeau się bał.
Czego? Nie potrafił powiedzieć. Za każdym razem, gdy próbował wskazać to
w myślach palcem, wyślizgiwało się jak kropla rtęci. Wiedział jednak, że
cokolwiek wkrótce się zdarzy, będzie złe, bo czuł dokładnie to samo, co
w tamtym koszmarnym czasie przed zniknięciem ojca. Codziennie wystawiał
w górę macki zmysłów, próbując dotknąć tego, co nadejdzie. Aż w końcu
tamtego ranka w połowie grudnia, gdy grube i szare jak dym chmury
wtoczyły się na niebo, wiatr zawodził wśród sosen i modrzewi i zaczął
ostro sypać śnieg, Paul wyjrzał przez okno podczas zajęć z algebry i pomyślał z nadzieją: Może to tylko ta pogoda.
Tuż po lunchu gruchnęła wieść o zamknięciu szkoły. Uczniowie pośpiesznie
włożyli kurtki i zarzucili na ramię torby, i już po kilku minutach żółte
autobusy ruszyły w trasę drogami, które lada moment mogły zniknąć
kierowcom sprzed oczu.
Paul wrócił do domu z gimnazjum w Aurorze, przez całą drogę opierając
się śnieżycy. Przebrał się, włożył śniegowce, wziął pięć dolarów z puszki na komodzie i przytwierdził na lodówce magnesem w kształcie
motyla liścik dla matki. Chwyciwszy z wieszaka w garażu płócienną torbę,
ruszył do punktu dystrybucji gazet. O wpół do trzeciej była wyładowana
po brzegi, a on gotowy do rozwózki.
Obsługiwał dwie trasy liczące w sumie prawie cztery kilometry. Zaczynał
od niewielkiego kwartału biznesowego, a kończył na granicy miasta przy
North Point Road. Jak na czternastolatka był postawniejszy od większości
rówieśników i bardzo silny. Gdyby docisnął, załatwiłby kurs w niecałe
półtorej godziny. Wiedział jednak, że nie tym razem. Śniegu przybywało w tempie paru centymetrów na godzinę, a wiatr znad Kanady szybko usypywał
go w głębokie zaspy.
Paul zajął się rozwożeniem gazet, gdy jego ojciec ostro pił i matce
brakowało pieniędzy. Z powagą traktował swoje obowiązki, zwłaszcza w takie dni jak ten, gdy misja wydawała się niemożliwa do spełnienia.
Prawdę mówiąc, uwielbiał śnieżyce. Ekscytował go wicher i nieustannie
zacinający śnieg. Tam, gdzie inni widzieli tylko znój, on dostrzegał
wyzwanie. Czerpał dumę ze zdolności do walki z żywiołem. Zgięty brnął
przez zaspy, walcząc z wiatrem, by wypełnić zadanie, jakie przed nim
stawiano.
Paul był skautem spod znaku Strzały ze 135. zastępu przy kościele
katolickim pod wezwaniem Świętej Agnieszki. Zyskał mnóstwo sprawności.
Umiał rozpalić ogień krzesiwem, trafić z łuku w środek tarczy z trzydziestu metrów, zawiązać węzeł ratowniczy, skrótowy i ruchomy i zarzucić kładkę, która udźwignie ciężar kilku osób. Wiedział, jak
udzielić pomocy w razie szoku, tonięcia, zatrzymania krążenia i udaru
słonecznego. Święcie wierzył w hasło "Bądź gotowy" i często, kiedy
roznosił gazety, wyobrażał sobie katastroficzne scenariusze, które
pozwolą mu zabłysnąć tymi umiejętnościami.
Kiedy był już prawie przy końcu trasy, w domach po drodze zapalano
światła. Czuł zmęczenie. Barki bolały go od dźwigania gazet, a nogi
ciążyły od brnięcia przez zaspy po kolana. Ostatni dom, który
obsługiwał, stał na samym końcu North Point Road na wąskim jak palec
cyplu wrzynającym się w jezioro, zabudowanym eleganckimi rezydencjami.
Ostatnia, najbardziej ustronna, należała do sędziego Roberta Parranta.
Był starszym mężczyzną o bladej srogiej twarzy, kościstych dłoniach i ostrym czujnym wejrzeniu. Ze strachu Paul traktował go z wyjątkowym
szacunkiem, starannie umieszczając jego gazetę między drzwiami
wiatrołapu i solidnymi wejściowymi, by uchronić ją od działania
żywiołów. Gdy co miesiąc przychodził po zapłatę, sędzia nagradzał go
hojnym napiwkiem i, jak na gust chłopca, nadmiarem opowieści o polityce.
W domu panował mrok, jeśli nie liczyć pobłysków ognia z kominka,
rozświetlających story w salonie. Z ostatnią już gazetą w ręku Paul
ruszył z mozołem wzdłuż długiego podjazdu między zaśnieżonymi cedrami.
Otworzył drzwi wiatrołapu, rzeźbiąc nimi śnieg zalegający na ganku, i dostrzegł, że wejściowe są lekko uchylone. Do wnętrza domu zawiewał
wiatr. Paul sięgnął ręką, by je domknąć, gdy usłyszał dobiegający
stamtąd głośny huk wystrzału.
Ponownie uchylił drzwi.
-?Panie sędzio?! -?zawołał. -?Wszystko w porządku? -?Chwilę się zawahał,
po czym wszedł do środka.
Sędzia nieraz go tam zapraszał. Paul nie znosił tych wizyt. Dom był
przepastny, piętrowy, wzniesiony z minnesotańskiego piaskowca. We
wnętrzu królowały ciemna dębowa boazeria i witrażowe okna. W salonie
rozsiadł się wielki kamienny kominek, a na ścianach wisiały trofea
myśliwskie -?łby jelenia, antylopy i niedźwiedzia, które zdawały się
wodzić za nim szklanym wzrokiem, ilekroć sędzia zachęcił go, by wszedł.
Dom pachniał dymem z drewna jabłoni. Nagle z kłody w kominku skapnęła w ogień kropla żywicy, sprawiając, że Paul aż podskoczył.
-?Panie sędzio? -?ponowił wołanie.
Od razu wiedział, że powinien wyjść i zamknąć za sobą drzwi, ale padł
strzał i w zalegającej w domu ciszy, której nie zdołał zignorować,
odezwało się w nim poczucie obowiązku. Stał w otwartych na oścież
drzwiach i widział, jak nawiewane wiatrem śnieżne wąsy suną po gołej
wypastowanej podłodze i niczym żywy stwór oplatają jego buty. Miał
pewność, że stało się tu coś złego. Całkowitą pewność.
Może by się jeszcze odwrócił i uciekł, gdyby nie dojrzał krwi, ciemnego
błysku przy podeście schodów. Podszedł tam powoli, przyklęknął, dotknął
palcami niewielkiej plamy i w świetle kominka przekonał się, że kolor
się zgadza. Po lewej zauważył krwawy ślad ciągnący się wzdłuż korytarza.
Stanęły mu przed oczami rysunki z podręcznika pierwszej pomocy,
pokazujące krwawienie tętnicze oraz sposoby uciskania rany i zakładania
krępulca. Ćwiczył to setki razy, lecz bez wiary, że kiedykolwiek mu się
przyda, i teraz żywił rozpaczliwą nadzieję, że sędzia aż tak bardzo nie
ucierpiał. Odczuł lekką panikę na myśl, że być może będzie musiał
ratować mu życie.
Krwawa smuga doprowadziła go do zamkniętych drzwi, spod których sączyło
się przytłumione światło.
-?Panie sędzio? -?rzucił niepewnie, przytykając do nich ucho.
Nie chciał tam wchodzić, lecz gdy w końcu nacisnął klamkę i stanął w progu, ujrzał przed sobą gabinet pełen regałów z książkami. Na wprost
stało ciemne drewniane biurko z lampą. Była włączona, lecz nie dawała
zbyt wiele światła i w pokoju tłoczyły się cienie. Na ścianie za
biurkiem wisiała mapa Minnesoty. Spływały po niej czerwone smugi niczym
rzeki z czerwonych plam niczym jeziora. Obok sterczał przewrócony fotel,
a przy nim leżał sędzia.
Mimo że strach zalał mu trzewia i ugięły się pod nim nogi, Paul przemógł
się i postanowił działać. Gdy zbliżył się do biurka i ujrzał sędziego z bliska, nagle zapomniał, jak to było z tym krępulcem. Bo jak go tu
założyć komuś, komu brakuje pół głowy?
Na chwilę zastygł w bezruchu. Nie był w stanie myśleć, wpatrując się w szczątki mózgu, różowe niczym kawałki arbuza. Nie poruszył się nawet,
słysząc za sobą cichy dźwięk zamykanych drzwi. W końcu zdołał się jednak
odwrócić i dostrzegł drugą rzecz, na którą żadne skautowskie ćwiczenie
nie było go w stanie przygotować.
Rozdział 2
Cork? -?rzuciła z łóżka Molly.
Słyszał ją, ale jakby nie słyszał. Stojąc przy oknie z dłońmi na suwaku
spodni, Corcoran O'Connor patrzył na tworzące się na podwórku zaspy.
Jego zaparkowany na podjeździe stary czerwony Ford Bronco mocno
przysypał biały puch. Porozrzucane wśród sosen nad jeziorem opustoszałe
domki ledwie majaczyły za zwiewną zasłoną śnieżycy.
-?Chyba nie zamierzasz wyjść? Nie w taką pogodę -?spytała Molly.
-?A co ludzie powiedzą, jeśli zakopię się tu w śniegu?
-?Prawdę. Że posuwałeś tę bezwstydną szlaję, Molly Nurmi.
Obrócił się ku niej, marszcząc brwi.
-?Nikt cię tak nie nazywa.
-?Nie prosto w oczy. -?Roześmiała się, widząc jego zagniewanie. -?Daj
spokój, żyję z tym od lat i mnie to nie rusza.
-?Ale mnie tak.
-?Miło mi to słyszeć. -?Odgarnęła włosy z czoła, ciemnorude i mokre od
potu. -?Zostań. Napalę w saunie. Rozgrzejemy się, wypocimy, poturlamy w śniegu, wrócimy do łóżka i znów się pokochamy. Co ty na to?
Zapiął suwak, pasek i odsunął się od okna. Podszedł do łóżka i zdjął z narożnika czerwoną sztruksową koszulę, którą wcześniej w pośpiechu nań
rzucił. Włożył ją na bieliźniany trykot i powoli zapiął guziki.
Pochyliwszy się, wciągnął skarpetki. Niemal odmroził sobie stopy od
lodowatej posadzki.
-?Daj mi papierosa.
Molly wyjęła go z leżącej przy łóżku paczki Lucky Strike'ów, przypaliła
i mu go podała.
-?One cię zabiją.
-?A co nie zabija? -?Rozejrzał się wokół w poszukiwaniu butów.
-?Jesteś dziś jakiś rozkojarzony.
-?Tak? Przepraszam.
-?Czujesz się trochę winny?
-?Zawsze.
-?Nie musisz.
-?Łatwo ci mówić, nie jesteś katoliczką.
-?No chodź, odpręż się przy mnie chwilkę, póki nie wypalisz. -?Poklepała
dłonią wolną stronę łóżka.
Cork spojrzał za okno.
-?Muszę się zwijać. Niełatwo będzie dziś dojechać do miasta.
Molly owinęła się przykrytym kocem prześcieradłem i oparła plecami o zagłówek. Przyciągnęła kolana do piersi i objęła je rękami, jakby
zmarzła.
-?Dlaczego zawsze tak się przejmujesz tym, co o tobie mówią? Już nie
jesteś złotowłosym chłopaczkiem.
-?Mam w dupie, co o mnie mówią. -?Przyklęknął, szukając ręką butów pod
łóżkiem. -?Nie o siebie się martwię. -?Wreszcie je znalazł i przysiadł
obok niej.
-?O żonę? -?dopytała niby naiwnie.
Wypuścił kłąb dymu i spojrzał na nią chłodno.
-?Wiesz, co mam na myśli -?dopowiedziała.
Wysunęła papierosa spomiędzy jego placów i strząsnęła popiół do
popielniczki w kształcie czerwonych ust, stojącej na szafce przy łóżku.
Zostawiła go tam, gdy Cork wiązał sznurowadła. Przesunęła dłonią po jego
plecach.
-?Wiesz, co to właściwie jest, to, co tu robimy? Powiem ci. To dar.
Jedna z tych rzeczy, o których Bóg, gdy je tworzył, powiedział: "To jest
dobro".
Cork wciąż wiązał sznurówki, jakby jej nie słyszał, a nawet jeśli, to
jakby nie miało to dla niego znaczenia.
-?Mogę ci coś powiedzieć, szeryfie?
-?Już nie jestem szeryfem -?upomniał ją.
-?Mogę ci coś powiedzieć, a ty się nie zdystansujesz i nie rozzłościsz?
-?nie dała za wygraną.
-?Dystansuję się i złoszczę?
-?Wycofujesz się i szukasz wymówek, żeby wyjść.
-?Nie wycofam się -?obiecał.
-?Myślę, że tęsknisz za rodziną.
-?Bez przerwy ich widuję.
-?Ale teraz jest inaczej. To Gwiazdka. Tęsknisz za nimi bardziej, niż
się do tego przyznajesz.
-?Bzdura -?odparł, wstając.
-?Widzisz? Wkurzyłam cię. Wychodzisz.
-?Nie jestem wkurzony, tylko skończyłem wiązać buty. A dobrze wiesz, że
muszę wyjść.
-?Dlaczego? Co za różnica, jeśli zostaniesz i ludzie się dowiedzą?
Przecież nie zdradzasz kochającej żony.
-?To małe miasto, a nie mam rozwodu. Plotkowaliby o nas jak najęci. Nie
chcę, żeby moje dzieci tego słuchały.
-?Dobra. -?Molly zsunęła się z zagłówka i szczelnie okryła kocem. -
Twoja wola.
Zaciągnął się ostatni raz, wtarł niedopałek w czerwone usta popielniczki
i wsunął paczkę Lucky Strike'ów do kieszeni koszuli.
-?Odprowadzisz mnie? -?spytał.
-?Znasz drogę.
-?I kto tu się dystansuje?
-?Wal się.
-?Świat byłby okropny, gdyby tak to miało wyglądać. -?Pochylił się i czule pocałował ją w czoło.
-?Uciekaj -?powiedziała i delikatnie go odtrąciła, mimowolnie się
uśmiechając. -?Zaraz zejdę na dół -?dodała.
Ruszył korytarzem starego domu z bali po bieżnikach Molly i zszedł po
trzeszczących schodach do kuchni. Nakarmiła go żytnim chlebem z ziarnami, zupą z soczewicy i jogurtem z truskawkami na deser. Sama piła
wodę Evian, ale jemu dała piwo Grain Belt. Zostało go jeszcze trochę w butelce, więc je wypił. Było zimne, ale już bez smaku. Chwycił parkę z wieszaka na drzwiach kuchennych, włożył ją i nasunął na uszy czarną
dzierganą czapkę. Naciągając rękawiczki, zerknął na wiszącą na ścianie
niewielką tabliczkę z napisem wypalonym dawno temu przez ojca Molly.
Było to stare fińskie porzekadło, które ów przełożył z grubsza na
angielski:
Chłodzie, synu wiatru
Nie odmroź mi palców,
Nie odmroź mi dłoni
Mróź wierzby wodne.
Przenikaj mrozem pnie brzóz.
Jak większość zaklęć ludów z tamtego rejonu świata podpowiadało
wszelkiemu złu -?od czkawki po śmierć -?by nękało innych: krosna, igły,
naparstki lub ewentualnie któregoś z sąsiadów. Obróciwszy się, Cork
dostrzegł, że Molly mu się przygląda, stojąc w progu w czerwonym
szenilowym szlafroku i jasnoczerwonych wełnianych skarpetkach.
-?Zobaczymy się w "Grillu pod Sosną"? -?spytała.
-?Nie zdążą cię odśnieżyć, żebyś dotarła jutro do miasta.
-?To pojadę na nartach.
-?Kelnerowanie jest aż tak ważne?
-?O tej porze roku ważniejsze jest towarzystwo.
Podszedł i ją pocałował.
-?Jeśli się nie spotkamy, zadzwonię.
-?Nie będę wstrzymywać oddechu.
Pchnął drzwi kuchenne prowadzące do kącika gospodarczego, a potem
wyszedł na mróz i śnieg. Przebrnął do swojego Bronco, odśnieżył rurę
wydechową i drzwi od strony kierowcy, zeskrobał lód z przedniej szyby,
wsiadł do auta i odpalił silnik. Przetarłszy zaparowaną od swojego
oddechu szybę, dojrzał w kuchennym oknie Molly z rękami skrzyżowanymi na
piersi. Stała pod światło, które przenikało jej włosy, przemieniając je
w coś na kształt kosmyków czerwonej mgły. Była piękna, mocno zbudowana i silna, dziesięć lat młodsza od niego, ale bardzo o siebie dbała -?nie
paliła, nie piła i nie jadała czerwonego mięsa -?dlatego wyglądała
jeszcze młodziej. Za to Cork miał kilka kilogramów nadwagi, palił
zdecydowanie za dużo i już lekko łysiał. Nie miał pojęcia, co w nim
widziała.
Kobiety, pomyślał z czułą wdzięcznością. Kto za nimi trafi.
Włączył napęd na cztery koła i ruszył z wolna przez zaspy ku lokalnej
drodze, która zaprowadzi go na autostradę i do miasta. Odjeżdżając,
zerknął przez tylną szybę. Chciał pomachać, ale Molly już tam nie było.
Autostrada stanowa nie wyglądała lepiej niż droga przez las prowadząca
do domu Molly. Jeśli nie liczyć jego Bronco, przez białe wzgórki nawiane
na asfalt nie przedzierał się ani jeden samochód. Z prognoz wynikało, że
sytuacja ma się podobnie od kanadyjskiej granicy przez region Arrowhead
w Minnesocie, aż po Wisconsin. Cork jechali powoli i pewnie, choć trochę
na czuja. Po dwudziestu minutach natknął się na jakąś zgiętą wpół postać
w czerwonej flanelowej kurtce, brnącą w stronę miasta. Zatrzymał się i stanął na progu auta.
-?Wsiadaj! -?krzyknął.
Okutana postać, której twarzy nawet nie mógł dojrzeć, obróciła się
powoli i podeszła do samochodu. Kiedy już znaleźli się w środku, Cork
znów ruszył w stronę Aurory.
-?Piekielna pogoda na spacerek. -?O'Connor zerknął na szparkę między
naciągniętym na nos wełnianym szalikiem i nasuniętą na brwi dzierganą
czapką.
Ściągnięte rękawiczki ukazały starcze, żylaste, pokryte plamami dłonie,
które sięgnęły do szalika wciśniętego w kołnierz kurtki. Gdy go
poluzowały, Cork rozpoznał Henry'ego Meloux, zwanego czasami przez
białych z okolic Aurory Mad Melem. Cork wiedział, że to midewiwin,
szaman z plemienia Anishinaabe, żyjący samotnie na ustronnym
północno-zachodnim krańcu jeziora. Pewnie wędrował od rana w śnieżycy,
żeby dotrzeć aż tutaj.
-?Dawaj, Henry, co jest aż tak ważnego, że sprowadza cię do miasta w taki dzień?
Meloux spojrzał w dal, omijając wzrokiem wycieraczki odgarniające śnieg
z szyby.
-?Śnieży czy nie, dla mnie wszystkie dni takie same.
-?Szlachetna filozofia, ale może kiedyś sprawić, że zamarzniesz na
śmierć.
-?Widziałem więcej śnieżyc, niż sobie wyobrażasz. I gorszych. Śnieżyc i innych rzeczy.
Cork sięgnął do kieszeni po paczkę Lucky Strike'ów.
-?Papierosa?
Obaj się na nie skusili, lecz zanim Cork zdążył zapalić, staruszek
zaczął intensywnie wąchać powietrze w kabinie, po czym uśmiechnął się
szeroko, ukazując pełny garnitur zadziwiająco zdrowych zębów.
-?Ładnie pachniesz, tym, co głęboko ukryte w kobiecie.
-?Pewnie wiatr zmroził ci nos -?odparował Cork.
-?Nie -?zaprzeczył Meloux, nie przestając się uśmiechać. -?Dobrze w taki
dzień gdzieś się zaszyć -?roześmiał się cicho. -?Już ty wiesz, o czym
mówię.
Przypalił papierosa zapalniczką, którą podał mu Cork, i znów zamilkł.
Dojechali do przedmieść. Minęli nowy blaszany wysoki płot złomowiska
Johannsena, wzniesiony przy okazji budowy kasyna "Chippewa Grand", żeby
rdzewiejące wraki i żelastwo nie psuły widoku. Nieco dalej mieścił się
nowiutki Hotel "Best Western" na sto pięćdziesiąt pokoi, z krytym
basenem, jacuzzi i sauną. Wielki baner od frontu witał hazardzistów,
informując, że Lyle Porter grywa tam na fortepianie w sali Kitchi-Gami
od dwudziestej do północy. Parking był prawie pełen. Obok stała nowa
restauracja Perkins, a naprzeciwko lśniąca stacja benzynowa Food-N-Fuel
z dwunastoma dystrybutorami paliw.
Na ulicach Aurory ruch był niewielki, jeśli nie liczyć kilku pickupów na
szerokich terenowych oponach. Sklepy zamknięto wcześniej i większość
witryn w niewielkim centrum była pogaszona. Wyglądało na to, że 3752
mieszkańców miasta schroniło się pod dachem, by przeczekać śnieżycę.
Henry dłuższy czas milczał, popalając w zamyśleniu papierosa.
-?Co sprowadza cię do miasta w taki dzień? -?spytał wreszcie Cork.
-?Widziałem go -?odrzekł starzec.
-?Kogo widziałeś?
Meloux spojrzał przed siebie.
-?Dwa dni temu, nocą, skakał po dachu mojej chaty, zmierzając na
północny zachód, w stronę, z której potem nadciągnęła śnieżyca.
Widziałem czerń tam, gdzie przemykał po niebie i przesłaniał gwiazdy.
-?Kogo widziałeś? -?ponowił pytanie Cork.
-?A i słyszałem, jak wołał imiona.
Wypowiedział to niemal szeptem, więc Cork wywnioskował, że nie jest
dobrze.
-?Kto wołał imiona?
Starzec zamknął się jednak w sobie.
-?Stąd mogę pójść pieszo -?oznajmił.
-?Tylko żeby nie przyszło ci do głowy wracać, nim odśnieżą drogi.
-?Chodziłem tędy na długo, zanim powstały.
-?To było ze dwieście lat temu, Henry.
Szaman zaciągnął się jeszcze raz papierosem i zdusił go w popielniczce.
-?Dziękuję, szeryfie.
-?Rany, już nim nie jestem.
Włożywszy rękawiczki, Meloux otworzył drzwi i wysiadł.
-?Warto było, choćby dla tego zapachu. -?Znów wyszczerzył zęby i zatrzasnął drzwi.
Cork patrzył, jak wciska końce szalika pod kurtkę i kieruje się w stronę
jeziora i niewidocznej w śnieżycy połyskliwej kopuły, gdzie zmierzali
wszyscy odwiedzający Aurorę. Jaskrawy neon wielkiego nowego kasyna
świecił tam dniem i nocą i nawet w najgorszą pogodę jego podwoje były
zawsze gotowe, by się otworzyć, a jego ciepłe, pełne papierosowego dymu
wnętrze obiecywało zdobycie łatwej fortuny.
Gdy Meloux zniknął za przesłoną białego puchu, Cork uśmiechnął się pod
nosem i wypowiedział imię, którego starzec nie odważył się wymówić:
-?Windigo.
Rozdział 3
Stu Grantham stał przed zdjęciem latarni morskiej w Split Rock, wiszącym
na ścianie kancelarii prawnej Nancy Jo O'Connor. Splótłszy dłonie za
plecami, wpatrywał się w słynną zabytkową budowlę na północnym brzegu
Jeziora Górnego. Tkwił tam prawie minutę, skupiony i milczący, a Jo
pozwoliła mu na to. Wiedziała, że ma go w narożniku i że jeśli on dobrze
to przemyśli, też zyska tę świadomość, a wtedy będą mogli załatwić
sprawę.
Nagle ktoś zapukał do drzwi i do środka zajrzała sekretarka Jo, Fran.
-?Wybacz, wiem, że miałam nie przeszkadzać, ale drogówka właśnie
zamknęła drogę numer jeden. Mówili w radiu.
Jo wyjrzała przez okno. Parking przed Aurora Professional Building był
niemal pusty. Jej niebieską Toyotę Cressidę pokrył śnieg i zwisające
sople. Przypominała jakąś arktyczną bestię, która skuliła się tam, by
przeczekać zawieję. Wszystko wokół było białe i nieruchome w tym morzu
śniegu.
-?Dzięki, Fran -?odpowiedziała Jo. -?Wracaj do domu, zanim utkniesz tu
na dobre.
-?A ty? -?Sekretarka zerknęła na Granthama, najwyraźniej nieświadomego
przekazanych przez nią wieści.
-?Skończę tu ze Stuartem i też pojadę.
Fran podała jej kilka wydrukowanych kartek.
-?Z nikim cię nie łączyłam, tak jak prosiłaś. Tu masz wiadomości.
-?Dzięki. Jedź ostrożnie.
-?Ty też.
Jo przebiegła wzrokiem wydruk. Pierwszy telefon od Franka Monroe z departamentu zasobów naturalnych. Oddzwonić w sprawie niezgodności
odnośnie do kwestii Rust Creek i kasyna. Drugi od sędziego Roberta
Parranta. Po prostu oddzwonić. Kolejny od Dorothei Hayes dotyczący
służebności gruntowej dla nowej celulozowni. Następny od Sandy'ego
Parranta, który nie zostawił żadnej wiadomości.
Grantham podszedł w milczeniu do małego stolika, na którym Jo trzymała
kawiarkę ze stali nierdzewnej i kilka kubków. Nalawszy sobie kawy,
usiadł. Był agentem nieruchomości i, z wyboru obywateli, szefem rady
okręgu. Dobiegał sześćdziesiątki, był siwy, ale wciąż przystojny. Z gładką od pudru twarzą, pachniał piżmową wodą po goleniu. Jo
zastanawiała się, czy ogolił się tuż przed przyjściem. Niektórzy tak
właśnie robili, jakby czyniło to jakąś różnicę.
Jo bardzo dbała o szczupłą sylwetkę. Jej blond włosy były niemal białe,
a oczy przejrzyście błękitne jak lód. Od kilku miesięcy pozostawała w separacji z mężem, Corkiem, i niektórzy faceci, najwyraźniej Grantham
też, upatrywali w tym swoją szansę.
-?O co ci chodzi, Jo? -?spytał wreszcie. -?Kiedy tylko chcę skorzystać z twoich usług, zawsze odpowiadasz, że jesteś tak zajęta, że ledwo widzisz
na oczy. Tymczasem wciąż przyjmujesz sprawy od tych... -?nagle urwał.
-?Od kogo, Stu?
-?Sama wiesz najlepiej. Pro bono, dotyczące Indian. Teraz mają kasyno.
Niech płacą za adwokatów.
-?Jest własnością plemienia Odżibwejów znad Jeziora Iron, a Louise
Willette to Lakota. Nie czerpie zysków z kasyna. Musi ciężko pracować na
pensję od władz okręgu i współpracownicy nie mogą jej bez przerwy
gnębić.
-?Na litość boską, jest jedyną kobietą w ekipie sprzątającej pobocza
dróg. Czego się spodziewała? Faceci nie mogą bez przerwy się pilnować,
czy aby czegoś przy niej nie palną.
-?Przy mojej klientce, czy w ogóle przy kobietach, lepiej niech się
pilnują. -?Jo odłożyła wydruk i oparła dłonie na biurku. -?Bez problemu
mogę pozwać władze okręgu. Dowody są przytłaczające. Ale najpierw
wolałam porozmawiać z tobą, bo chcę oszczędzić tobie i radzie wstydu.
Moja klientka jest skłonna rozwiązać to polubownie. Jestem pewna, że
podczas listopadowych wyborów będziesz się cieszył, że nie chlapałyśmy o tym w nagłówkach "Sentinela".
-?Czyli robisz mi przysługę. -?Grantham wyszczerzył w uśmiechu zęby,
odsłaniając przy tym srebrny siekacz. Odstawiwszy kubek na biurko,
zaczął obracać na palcu złoty licealny sygnet. Rocznik '52, albo '53,
domyśliła się Jo. Porządny chłopak z Aurory. -?Wiesz co? -?dorzucił. -
Myślę, że to Wanda Wiele Czynów ją do tego podpuściła.
-?Nikt jej do niczego nie podpuszczał, ale rzeczywiście, to ona
skierowała ją do mnie. Nie dziw się. Jestem najlepszym adwokatem w Aurorze.
-?Odkąd się spiknęłyście, w okręgu Tamarack nie jest już jak dawniej -
pożalił się Grantham.
-?Amen. -?Jo wypowiedziała to słowo przyjaźnie. Miała do czynienia ze
Stu i jemu podobnymi od dnia, gdy niemal dziesięć lat wcześniej
umieściła w tym mieście tabliczkę z nazwą swojej kancelarii. Łatwo nie
było.
Przenieśli się do rodzinnego miasta Corka, żeby odchować dzieci w miejscu, które w niczym nie przypominało Chicago. Mąż uprzedzał, że
będzie jej ciężko, bo jest kobietą, w dodatku obcą. Nie przypuszczała
jednak, że aż tak bardzo, póki przez pierwsze trzy miesiące nie zgłosił
się do niej żaden klient.
Aż tu któregoś wiosennego dnia do jej gabinetu weszły dwie kobiety.
Jedna była postawna -?nie gruba, lecz wysoka i mocno zbudowana -?ubrana
w sprane dżinsy i niebieską flanelową koszulę z podwiniętymi rękawami.
Długie czarne włosy zaplotła w warkocz i przyozdobiła piórem. Miała też
połyskliwe koralikowe kolczyki, taką samą bransoletkę i harde
spojrzenie, jakiego Jo nie widziała wcześniej u żadnej kobiety. Za nią
kryła się jej towarzyszka, pewnie dwudziestoletnia, ledwo większa od
dziewczynki.
-?Jaka z pani adwokat? -?wypaliła ta z kolczykami i bransoletką.
-?Dobra -?odparła Jo.
-?Taka, co woli pieniądze czy sprawiedliwość?
-?Gdybym miała wybierać, skłaniałabym się ku sprawiedliwości.
-?I dobrze, bo pieniędzy nie mamy.
-?No to może porozmawiamy o sprawiedliwości? Usiądźcie.
Kobiety skorzystały z zaproszenia. Ta większa siedziała dumnie
wyprostowana, a młodsza nieco zgarbiona i nie patrzyła Jo w oczy.
-?Mnie już znacie, nazwisko jest na tabliczce. A wy to...?
-?Ja jestem Wanda Wiele Czynów -?rzuciła postawniejsza. -?A to Lizzie
Favre.
Młodsza spojrzała na Jo i zaraz spuściła wzrok.
-?W jakiej sprawie przychodzicie?
-?Chcemy zawalczyć z dwoma wpływowymi ludźmi -?wyjawiła Wanda.
-?Z kim mianowicie?
-?Z tymi od Great North Development Company.
-?Od Great North... -?Jo odchyliła się na fotelu, czując lekki ucisk w żołądku. -?Czyli z Sandym i Robertem Parrantami. Co im zarzucacie?
-?Nie chcą zatrudnić Lizzie.
Jo zerknęła na dziewczynę.
-?Bo jesteś kobietą?
-?I Indianką z plemienia Odżibwejów -?po lekkim wahaniu dorzuciła cicho
Lizzie.
-?Słyszałam, jak ten, co dla nich najmuje, Chester, nazywa nas squaw -
dopowiedziała Wanda.
-?Za waszymi plecami -?domyśliła się Jo.
Tamta kiwnęła głową.
-?To tchórz.
-?Tacy to zawsze tchórze. -?Jo podniosła ołówek i zaczęła bezwiednie
stukać zaostrzonym końcem o podkładkę, rozważając to, co właśnie
usłyszała. -?Sędzia Robert Parrant, Sandy Parrant. -?Smakowały jej te
słowa, ich zdawkowość będąca zapowiedzią porządnej rozgrywki. -?Atakować
tego staruszka to jak zamachnąć się na drut kolczasty. Za to jego syn... -
Pochyliła się ku nim konfidencjonalnie. -?Ponoć szykuje się do
kandydowania w wyborach stanowych. Myślę, że tu możemy coś ugrać.
-?Podejmie się pani? -?spytała Wanda. Jej śniada harda twarz nie
zdradzała żadnych emocji, lecz ulotny błysk w oczach podpowiedział Jo,
że jest zadowolona.
-?Wszystkie się podejmiemy -?doprecyzowała prawniczka.
I tak się stało.
Co tam z przenosinami Sandy'ego do Waszyngtonu? -?spytał Stu.
-?Słucham? -?Jo wróciła do tu i teraz, do Granthama, który ugrzązł po
drugiej stronie jej biurka.
-?Nasz nowy senator. Jest gotów na Waszyngton?
-?Będzie.
-?Czytałaś artykuł w "Pioneer Press"? Napisali "drugi Jack Kennedy". Po
Harvardzie, liberał, przystojny. Kobieciarz -?Grantham urwał na chwilę,
kręcąc ciężkim szkolnym sygnetem. -?Pojedziesz z nim?
-?Co takiego?
-?Podobno chce, żebyś dołączyła do jego sztabu.
-?Moja praca i rodzina są tutaj -?odparła chłodno Jo. -?Nie zamierzam
wyjeżdżać.
-?Pomyślałem tylko, że skoro z Corkiem układa ci się, jak się układa...
-?Co z moją klientką? -?przywiodła go do tematu Jo. -?Będziemy tak
siedzieć całą noc, czy zgadzasz się na nasze warunki?
-?Noc z tobą? -?Grantham pochylił się z uśmiechem nad biurkiem. -?Niezły
pomysł.
-?Wiesz, Stu, właśnie przez takie komentarze wasza ekipa sprzątająca
znalazła się w głębokiej dupie -?odparła niewzruszona Jo.
-?Posłuchaj...
-?Ty posłuchaj. -?Wycelowała w niego palec i choć nawet go nie tknęła,
gwałtownie się odchylił. -?Czekam na odpowiedź. Teraz. Zarekomendujesz
radzie, żeby przystała na nasze warunki, czy będziemy to ciągnąć po
sądach i prać publicznie seksistowskie brudy? Prawdę mówiąc, chętnie
pójdę z tym do sądu, żeby przykładnie ukarać waszą ekipę, a przy okazji
także radę okręgu.
Mówiłaby dalej, ale nagle zadzwonił telefon. Odwróciła się od Granthama
i odebrała, rzucając wściekłe "Tak!" w słuchawkę.
To była jej siostra, Rose.
-?Anne się odzywała? -?spytała, mając na myśli jedenastoletnią córkę Jo.
-?Nie. Nie ma jej w domu?
-?Wróciła tuż po szkole i oznajmiła, że musi jeszcze coś załatwić. Nie
przejęłam się, ale to było trzy godziny temu i od tej pory nie miałam z nią kontaktu.
Jo spojrzała na nawałnicę za oknem i próbowała zapanować nad głosem.
-?Jenny nic nie wie?
-?Nie.
-?A koleżanki Anne?
-?Obdzwoniłam wszystkie, które przyszły mi do głowy.
-?Do Corka dzwoniłaś?
-?Zostawiłam mu kilka wiadomości.
-?Może zabrał ją na wędkowanie na lodzie? -?zasugerowała Jo, choć była
pewna, że by ją o tym uprzedził.
-?Martwię się, Jo.
-?Czy Stevie i Jenny są tam z tobą?
-?Tak.
-?Niech nie wychodzą, zaraz przyjadę -?rzuciła Jo, rozłączyła się i utkwiła wzrok w Granthamie. -?To jak?
Telefon wyraźnie wybił ją z rytmu. Tymczasem Grantham poprawiał sobie
krawat.
-?Kłopoty w domu?
-?Nic, z czym sobie nie poradzę.
-?Nie chcę cię pilić, Jo -?zadeklarował i ruszył w stronę fotela,
najwyraźniej, by znów się w nim umościć.
W odpowiedzi Jo otworzyła drzwi, dając do zrozumienia, że ich rozmowa
bezapelacyjnie dobiegła końca.
-?Będziemy w kontakcie.
-?To na pewno -?odpowiedział i, uśmiechając się, wyszedł.
Wrzuciła do aktówki kilka dokumentów, włożyła płaszcz, zamknęła gabinet
i ruszyła na opustoszały parking. Przednią szybę Toyoty pokrywała
śnieżna czapa i warstwa lodu, który uszkodził jej plastikową skrobaczkę.
Jo włączyła na ful nawiew i odpaliła silnik. Strumień gorąca powoli
rozmrażał szybę, gdy usuwała śnieg z reszty auta.
Wtem pośród śnieżycy poczuła jeszcze większy mróz, jakby jakaś lodowata
dłoń przedarła się przez płaszcz i dotknęła jej pleców, po których
przebiegł nagły dreszcz. Obróciła się gwałtownie i wpatrzyła w wirującą
wokół biel, próbując dojrzeć osłaniające róg działki rosnące
kilkadziesiąt metrów dalej cedry.
-?Jest tam kto? -?Wiedziała, że to niedorzeczne, ludzka ręka nie mogła
sięgnąć tak daleko. Zresztą to na pewno nie był ludzki dotyk.
W odpowiedzi usłyszała jedynie smutne zawodzenie wichru. Odpuściła sobie
odśnieżanie, wsiadła do auta i zablokowała drzwi. Nawiew odmroził
jedynie część szyby, ale Nancy Jo O'Connor tyle wystarczyło. Czym
prędzej wyjechała z parkingu.
Rozdział 4
Cork zaparkował przy pokrytym śniegiem baraku z blachy falistej nad
jeziorem. Od frontu przerobiono go na kiosk z hamburgerami z dwoma
przesuwnymi oknami i długą wąską ladą do obsługi klientów. Z boku
zdobiły go zdjęcia lodów w kubeczkach. Teraz okna były zabezpieczone
dyktą, a powyżej widniał napis wymalowany czerwonymi literami na białej
desce: "U Sama".
Zaparkowawszy od tyłu, Cork wszedł do środka. Na zapleczu urządzono
przestrzeń mieszkalną -?jedno duże pomieszczenie z piecykiem, lodówką,
zlewem, stołem z dwoma krzesłami, sofą, łóżkiem, niewielkim biurkiem i półką na książki. W rogu wydzielono łazienkę z toaletą, umywalką i prysznicem. W czasie II wojny światowej barak stał w kompleksie
wykorzystywanym przez Gwardię Narodową. Później, kiedy opuściło go
wojsko, wszystko, oprócz niego, zrównano z ziemią. Cork nie wiedział,
dlaczego go oszczędzono. W końcu kupił go Sam Zimowy Księżyc i rozkręcił
w nim interes, serwując letnikom lody, koktajle mleczne i hamburgery. W sezonie mieszkał na zapleczu, a po zamknięciu kramu późną jesienią
przenosił się do chaty na terenie rezerwatu. Na koniec zapisał go w testamencie Corkowi.
Wewnątrz było zimno, dużo zimniej, niż powinno. Cork zszedł do piwnicy i zauważył, że płomień w piecyku olejowym zgasł, co często się niestety
zdarzało. Wcisnął czerwony przycisk resetu i nic. Dopiero gdy szturchnął
nogą silniczek, palnik cicho zaszumiał i zapłonął. Cork pomodlił się w duchu, żeby piecyk wytrwał do końca zimy, a jesienią, jeśli bar "U Sama"
zaliczy dobry sezon, wymieni go na nowy.
Wrócił na górę i przeszedł do części od frontu, gdzie wiosny wyczekiwały
pudła z niepsującymi się produktami. Dalej lśniła bezczynnie wielka
wypucowana maszyna do lodów stojąca obok niewielkiego grilla. Pod ścianą
przy drzwiach zalegał worek suszonej kukurydzy na popcorn z plastikowym
kubełkiem i szufelką. Cork wypełnił wiaderko w jednej czwartej, po czym
wyszedł przez zaplecze na dwór.
W śnieżycy nie mógł dojrzeć jeziora. Brnąc przez zaspy, ruszył do
siatkowego ogrodzenia na skraju posesji. Mojej posesji, pomyślał. Wciąż
musiał sobie o tym przypominać. Po drugiej stronie stał browar
"Niedźwiedzia Łapa" z wielkimi ciemnymi zabudowaniami ledwo majaczącymi
w zamieci. Cork podążył wzdłuż siatki nad brzeg jeziora. Większość
pozostawała skuta lodem, ale spora połać wody w pobliżu ogrodzenia nie
marzła, bo browar odprowadzał tam ścieki. Na lodzie rozmieszczono
tablice ostrzegawcze i stacje ratownicze z sankami i kołami ratunkowymi.
Cork ze zdumieniem zauważył tam przygarbioną postać w czerwonej kurtce,
którą z miejsca rozpoznał.
-?Annie? To ty?
Córka zwróciła się w jego stronę. Była wysoka jak na swój wiek, a jej
twarz przez cały rok zdobiły piegi. Po irlandzkich przodkach
odziedziczyła intensywnie rude włosy, zaś genom plemion Anishinaabe
zawdzięczała ciemne zadumane oczy, którymi teraz z troską spojrzała na
ojca.
-?Martwiłam się o Romea i Julię -?powiedziała i powędrowała wzrokiem na
jezioro.
Wiatr wzburzał powierzchnię wody. Było mroźno i szaro. Dwie bernikle
kanadyjskie wtulały się w siebie dwadzieścia metrów od brzegu, stawiając
czoło śnieżycy. Ta, którą Anne nazwała Romeo, pod koniec lata uszkodziła
sobie skrzydło. Gdy pozostałe gęsi ruszyły na południe, on został wraz
ze swoją towarzyszką, której dziewczynka nadała imię Julia. Nigdy nie
oddalały się od jeziora, trzymały się wody. Cork zaczął je dokarmiać,
zdawszy sobie sprawę z sytuacji, w jakiej się znalazły. Anne też się
nimi opiekowała, przygarniając pod swoje troskliwe skrzydła.
Cork podał jej wiaderko.
-?Ty je nakarm.
Gęsi zareagowały na widok Corka, przeczuwając, że niesie im kukurydzę.
Podpłynęły bliżej, ale nie wyszły na brzeg. Cork rozkopał śnieg, tworząc
nad brzegiem udeptany krąg.
-?Wysyp tutaj -?podpowiedział córce.
Gdy rozrzuciła ziarna, odsunęli się o kilkanaście kroków. Romeo i Julia
przydreptali po śniegu i hałaśliwie je zajadali, czujnie przy tym
zerkając na ludzi.
-?Myślisz, że kiedyś dadzą się nakarmić z ręki? -?spytała z nadzieją
Anne.
-?Większość zwierząt pewnie można oswoić -?odpowiedział Cork. -?Pytanie
brzmi: czy rzeczywiście tego chcemy? Stają się wtedy łatwym łupem dla
tych, którzy nie są tak przyjaźnie nastawieni jak ty.
-?Skrzywdziliby je? -?przeraziła się Anne.
-?Niektórzy tak. Dla zabawy. No chodź, teraz już sobie poradzą -?dodał
Cork i ruszył w stronę blaszaka.
Gdy tam dotarli, odsłuchał wiadomości i skrzywił się, usłyszawszy
zatroskany głos szwagierki.
-?Nie wspomniałaś ciotce Rose, że się tu wybierasz?
-?Mówiłam jej, ale wczytywała się w jakiś przepis, więc może nie
słuchała.
Całkiem możliwe. Roztrząsając zawiłości nowych przepisów kulinarnych,
Rose nie zwróciłaby uwagi nawet na atak jądrowy. Istniała jednak też
możliwość, że Anne wymknęła się z domu, korzystając z jej nieuwagi. Rose
oczywiście nie miałaby nic przeciwko temu, żeby tu przyszła, ale
zważywszy, że we wszystkim doszukiwała się potencjalnej katastrofy,
pewnie nie pozwoliłaby siostrzenicy wyprawić się na daleki spacer w taką
śnieżycę.
Cork zadzwonił i wszystko jej wyjaśnił. Odczuła tak wielką ulgę, że
zapomniała go ochrzanić. Obiecał, że zaraz odwiezie Anne do domu.
Kiedy podeszli do samochodu, córka spojrzała przez zawieję na jezioro.
-?Nic im się nie stanie? -?spytała.
-?Mam nadzieję. O ile jezioro całkowicie nie zamarznie i dostaną
wystarczającą ilość ziarna.
-?Martwię się o nie i się za nie modlę. Myślisz, że można się modlić za
gęsi?
-?Pewnie za wszystko można się modlić.
Anne spojrzała na ojca, czerwona od wiatru i mrozu.
-?Wcale tak nie myślisz.
-?Módl się w imieniu nas obojga. Jesteś w tym dużo lepsza niż ja.
Wsiedli do auta i Cork ruszył po koleinach w stronę Center Street.
-?A wiesz, o co najczęściej się modlę? -?rzuciła Anne, wpatrzona w wirujące płatki śniegu. -?Żebyście ty i mama znowu byli razem.
Przez chwilę milczał, po czym odpowiedział:
-?Modlić się nigdy nie zawadzi.
Dom przy Gooseberry Lane był duży, piętrowy i biały z ciemnoszarymi
okiennicami i biegnącym wokół gankiem. Rósł przed nim wielki wiąz, a z tyłu niemal równie wielki klon. Krzewy bzu tworzyły wysoki żywopłot od
północy, a od południa stała obrośnięta winem altana. Dom należał kiedyś
do jego dziadków po kądzieli, a potem do rodziców. Kiedy ojciec Corka
zginął, jego matka urządziła w nim stancję. Nie opływali w luksusy, Cork
musiał zawsze pracować, żeby wesprzeć matkę, ale przynajmniej zdołali
zachować dom, jakoś sobie radzili i, z tego, co pamiętał, byli tam
szczęśliwi.
Wszystkie domy w tym kwartale ulic były do siebie podobne -?stare,
ocienione latem i spokojne. Wokół nie uświadczyłeś ani jednego płotu i Cork zawsze był przeciwny opinii, że to one są gwarantem dobrego
sąsiedztwa. Dopóki Jo nie kazała mu się wynieść, z lubością nazywał
Gooseberry Lane domem, a tych, którzy mieszkali obok, sąsiadami.
Otworzył pilotem drzwi garażu i zaparkował obok niebieskiej Toyoty Jo.
Widniały na niej dwie nalepki: "Sandy Parrant na senatora" i druga,
kwintesencja polityczno-publicystycznej papki: "Porównaj kandydatów,
ap-Parantt-cja1 jest oczywista". Było już dawno po
wyborach, Parrant wygrał i Cork uważał, że Jo powinna pozbyć się
naklejek.
Podeszli z Annie do drzwi kuchennych. W środku powitała ich woń
pieczonej szynki.
-?Cudny zapach, Rose -?skomentował Cork, wieszając parkę i czapkę na
wieszaku przy drzwiach.
Wyczuł, że szwagierka próbuje wzbudzić w sobie złość. Skwitowała
komplement skinieniem głowy, otworzyła piecyk i pochyliła się, by ocenić
efekty swoich działań. Miała na sobie elastyczne spodnie w kwiaty,
bardzo niełaskawe dla jej szerokich bioder i ud. Do tego workowatą
czerwoną bluzę i stare płócienne niebieskie klapki. Jej bure włosy
kojarzyły się z barwą przydrożnego pyłu, a mięsiste ramiona pokrywały
piegi. W żaden sposób nie mogła się równać z siostrą wyglądem ani
temperamentem i gdyby Cork nie wiedział, jak jest naprawdę, sądziłby, że
jedna z nich została adoptowana.
-?Tęsknię za twoim gotowaniem -?wyznał z uśmiechem.
Rose też się uśmiechnęła, wbrew sobie, i spojrzała surowo na
siostrzenicę, która próbowała przemknąć przez kuchnię niezauważona.
-?Na śmierć się zamartwiałam.
-?Przecież mówiłam, dokąd idę, ciociu -?zaprotestowała układnie Anne. -
Pewnie nie usłyszałaś. Czytałaś ten przepis na świąteczny pudding.
-?Tak? -?Rose zerknęła na książkę kucharską, rozłożoną na kuchennym
stole. -?Mimo to powinnaś była zadzwonić, skoro zamierzałaś wrócić tak
późno.
-?To moja wina -?wtrącił się Cork. -?Zaprzągłem ją do pomocy.
-?No cóż... -?Rose przyjrzała się Anne jeszcze raz. -?Umyj ręce. Za chwilę
kolacja. A ty... -?Spojrzała na Corka zrazu groźnie, ale szybko się
rozchmurzyła. -?Zjesz z nami? Starczy dla wszystkich.
-?A gdzie Jo?
-?W gabinecie. Chciałaby z tobą pogadać.
-?Po tej rozmowie może mnie już nie chcieć na kolacji.
-?Dobrze wiesz, że nie. Zdecyduj się, to powiem Jenny, żeby przygotowała
jeszcze jedno nakrycie. -?Rose obróciła się do kuchenki i zaczęła
mieszać coś w rondlu drewnianą szpatułką.
W salonie Cork natknął się na swojego pięcioletniego syna, Steviego,
który leżąc na brzuchu, bawił się lego. Na widok ojca chłopiec obrócił
się na plecy i zawołał:
-?Tata!
Cork przykląkł i spytał:
-?Co tam, koleżko?
Stevie pokazał mu swoją przypominającą dom budowlę.
-?To więzienie -?oznajmił.
-?Niezłe. Dla kogo?
W oczach chłopca pojawił się szelmowski błysk.
-?Dla ciebie.
-?Hmm... Będę tam szeryfem?
Stevie potrząsnął głową.
-?Bandytą? No to zaraz ci pokażę, za co mnie wsadzą!
Chwilę się pomocowali.
-?Robisz się za mocny dla swojego staruszka -?rzucił na koniec Cork.
-?Dotknij. -?Stevie naprężył szczuplutkie ramię. Cork wyczuł głównie
kość, ale jego mina wyrażała prawdziwy podziw. Tymczasem Stevie skupił
uwagę na kreskówkach.
Do pokoju weszła czternastoletnia córka Corka, Jenny. Ledwie zaszczyciła
ojca spojrzeniem i zwinęła się z książką na sofie. Cork doszedł do
wniosku, że owo spojrzenie odzwierciedla nastrój jej matki. Cały dom
zdawał się dławić chłodną złością Jo.
-?Cześć, młoda. Gdzie mama?
-?Pracuje w gabinecie. Chce z tobą porozmawiać.
Cork zerknął na książkę na kolanach córki.
-?Co to?
-?Pani Cavanaugh kazała mi coś przeczytać podczas jasełek w przyszłym
tygodniu.
-?Co dokładnie?
-?Cokolwiek. Domyślam się, że to ma być wiersz. Przeczytam coś Sylvii
Plath.
-?Czy aby nie popełniła samobójstwa?
-?Była bardzo inteligentna.
-?Jaki to będzie wiersz?
-?Jeszcze nie wybrałam.
Gdy Cork usiadł obok córki, lekko się odsunęła.
-?Rozmawiałaś o tym z panią Cavanaugh?
-?Powiedziała, że wybór należy do mnie.
-?Sylvia Plath nie jest zbyt świąteczna. Może o tym porozmawiamy? -
zaproponował Cork.
-?Wybór należy do mnie -?powtórzyła z emfazą Jenny.
Jego córka coraz bardziej upodabniała się do Jo. Nawet w tym wieku na
jej twarzy pojawiały się te same cienie świadczące o nadmiarze powagi.
Była drobna, przedwcześnie dojrzała i ostentacyjnie radykalna. Oczy też
miała takie jak matka. Zimne, przejrzyście błękitne. Pod wieloma
względami starała się jednak zaznaczyć, że nie jest jej sobowtórem. Jo
miała świetny gust, jeśli chodzi o stroje, za to Jenny ubierała się w rzeczy z second handów -?stare sukienki, glany i znoszone bluzy. Z pomocą przyjaciółki przekłuła sobie w dwóch miejscach uszy i negocjowała
z rodzicami możliwość zrobienia sobie przynajmniej jednego przekłucia w nosie. Ufarbowała kilka kosmyków włosów na fioletowo i zdarzało jej się
stawiać na głowie krótkiego irokeza, przez co wyglądała, jakby chwyciła
się na moment linii wysokiego napięcia. Zrezygnowała z uśmiechów na
rzecz min wyrażających obrzydzenie, a niekiedy tylko znużenie, co
dodatkowo podkreślało wrażenie zaspania, które zawdzięczała pełnym
powiekom, odziedziczonym po indiańskich przodkach.
-?Zobaczę, o co chodzi mamie.
-?No raczej -?przytaknęła Jenny.
-?Życz mi szczęścia.
-?Szczęścia -?odburknęła ponuro.
Zastał Jo przy biurku w gabinecie, ślęczącą nad papierami. Było tam
pełno prawniczych oprawnych w skórę książek, ich woń wypełniała pokój.
Kiedy wszedł, Jo uniosła wzrok. Jej oczy zdały mu się wielkie i zdziwione, lecz gdy zdjęła grube okulary, przybrały na powrót zwodniczy
wyraz sennego spokoju.
-?Martwiłyśmy się o Anne.
-?Moja wina -?przyznał Cork. -?Pomagała mi.
-?W czym?
-?Czy to zeznanie pod przysięgą, pani mecenas?
-?Zastanawiam się tylko, czy to był wasz wspólny plan, czy jeden ze
spontanicznych pomysłów Annie.
-?Dlaczego nie zapytasz jej? Powie ci prawdę.
-?Pytam ciebie. Jeśli o tym wiedziałeś, powinieneś był najpierw omówić
to ze mną.
-?Nie ma sądowego nakazu, który by mi to narzucał.
-?Może powinni go wydać.
Odepchnęła krzesło od biurka, wstała i odwróciła się tyłem do Corka.
Spojrzała przez okno na wirujące wokół klonu płatki śniegu, które wiatr
podsypywał pod żywopłot z bzu. Dłonie zaplotła ciasno na plecach.
-?Myślę, że już czas, żeby porozmawiać o rozwodzie.
-?Właśnie usłyszałem od Annie, że modli się, żebyśmy znów byli razem.
-?Cork, musimy pomóc zrozumieć im tę sytuację. -?Obróciła się do niego
twarzą. -?Zabawne. Jeszcze w zeszłym roku przysięgłabym, że bardzo
chcesz rozwodu.
-?Nigdy tego nie powiedziałem.
-?To prawda -?przytaknęła. -?Ale też nie protestowałeś, gdy zażądałam,
żebyś się wyniósł. -?Znów spojrzała przez okno, przypatrując się
zamieci.
-?Chciałaś tego. -?Gdy nie odpowiedziała, powoli zbliżył się do biurka,
ostrożnie je obszedł i stanął obok. -?Ale może już czas nie myśleć tak
bardzo o sobie, a trochę więcej o dzieciach.
Cisnęła okulary na biurko.
-?Uważasz, że się nimi nie przejmuję? Ciężko pracuję, żeby opłacić
rachunki, żeby Annie miała aparat ortodontyczny, a Jenny nie musiała
dorabiać na studiach. W ogóle mi w tym nie pomagasz.
-?Nie mówię o pieniądzach -?odparł bez emocji. Odsunął się, stając pod
rzędami książek próbujących opisać sprawiedliwość, w którą już nie
wierzył, choć starał się zwalczyć w sobie to poczucie przytłoczenia i niewiary.
-?Dłużej tak być nie może -?oznajmiła Jo. -?Nikomu to nie służy,
zwłaszcza dzieciom.
-?Rozwód lepszy?
-?Czystszy.
-?Jak środek antybakteryjny.
-?Tak będzie lepiej dla wszystkich i sądzę, że w głębi serca o tym
wiesz.
Zamilkli. Wiatr tłukł w szybę, zza drzwi dobiegały odgłosy z telewizora
w salonie.
Cork wsunął ręce do kieszeni i bezsilnie zacisnął je w pięści.
-?Dobra.
-?Kiedy? -?naparła Jo.
-?Kiedy zechcesz.
Włożyła okulary i spojrzała na papiery na biurku.
-?Może być po świętach. Przyda ci się adwokat. Jeśli chcesz, mogę ci
kogoś polecić.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki