Zło - Marta Kiermasz

Kup ebooka

42.99 zł
35.63 zł (33,48 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wstęp

WSTĘP

Zło wro­dzone czy nabyte? - to pyta­nie, które sta­wiają sobie i pacjen­tom psy­chia­trzy z całego świata. Gdy docho­dzi do bru­tal­nej zbrodni, ana­li­zo­wane jest całe życie mor­dercy, by usta­lić, czy źró­dłem jego pato­lo­gii są czyn­niki wewnętrzne, czy zewnętrzne. W nie­któ­rych przy­pad­kach dosyć szybko udaje się to okre­ślić. Ale w innych usta­le­nie przy­czyny wymaga już znacz­nie szer­szej ana­lizy połą­czo­nej nie tylko z wywia­dem śro­do­wi­sko­wym, ale i z dogłęb­nym prze­śle­dze­niem warun­ków bio­lo­gicz­nych. Dla­tego ame­ry­kań­scy naukowcy wzięli pod lupę mózgi mor­der­ców, by spraw­dzić, czy róż­nią się one od tych, któ­rych wła­ści­ciele nie fan­ta­zjują o zabi­ja­niu. Zba­dano w tym celu ośmiu­set więź­niów, któ­rzy odsia­dy­wali różne wyroki, zarówno te za mor­der­stwo, prze­moc, prze­stęp­stwa sek­su­alne, jak i drobne wykro­cze­nia. Wyniki były nie­zwy­kle cie­kawe, choć mało zaska­ku­jące. Oka­zało się bowiem, że u osób, które miały na sumie­niu mor­der­stwo, stwier­dzono mniej­szą aktyw­ność w korze przed­czo­ło­wej. Tej samej, która jest odpo­wie­dzialna za kon­tro­lo­wa­nie naszych zacho­wań w spo­łe­czeń­stwie. Róż­nice zauwa­żono też w ciele mig­da­ło­wa­tym, które dba o nasze pro­cesy emo­cjo­nalne.

Seryjni mor­dercy, bo o nich będzie mowa w tej książce, odzna­czają się (choć nie zawsze) nie­zwy­kle wyso­kim ilo­ra­zem inte­li­gen­cji, bra­kiem empa­tii, ale też lęku. Potrzeba zabi­ja­nia jest u nich znacz­nie sil­niej­sza niż strach, który kie­ro­wałby więk­szo­ścią ludzi, gdyby sta­nęli w obli­czu ode­bra­nia komuś życia. Nie tylko nie odczu­wają stra­chu, ale zamiast niego poja­wiają się pod­nie­ce­nie i eks­cy­ta­cja zwią­zane z polo­wa­niem na ofiary, a póź­niej mor­do­wa­niem. Cza­sem nie­zwy­kle dużo ryzy­kują, decy­du­jąc się na zabi­cie osoby ze swo­jego oto­cze­nia, porwa­nie w biały dzień czy ukry­wa­nie zwłok we wła­snym miesz­ka­niu, choć mie­ści się ono w bloku lub kamie­nicy peł­nej sąsia­dów.

Zło rodzi się zazwy­czaj po cichu, za szczel­nie zamknię­tymi drzwiami. Może być efek­tem sys­te­ma­tycz­nego, wie­lo­let­niego drę­cze­nia, które skut­kuje poważ­nym uszczerb­kiem na zdro­wiu i psy­chice. Gdy prze­śle­dzimy bio­gra­fie wielu seryj­nych mor­der­ców, zauwa­żymy, że dosyć spora liczba z nich miała w prze­szło­ści trau­ma­tyczne doświad­cze­nia. Ale tu też ważna kwe­stia - nie każda osoba, która doświad­cza w mło­do­ści prze­mocy i cier­pie­nia, będzie urzą­dzać polo­wa­nia na ludzi. To, czy dany czło­wiek będzie w przy­szło­ści zabi­jał, zależy od jego pre­dys­po­zy­cji psy­chicz­nych, emo­cjo­nal­nych i fizycz­nych. Nie­któ­rzy pora­dzą sobie z prze­szło­ścią sami, innym pomogą w tym tera­peuci, a jesz­cze inni pod­da­dzą się swo­jej psy­cho­pa­tycz­nej natu­rze, która popchnie ich do nie­wy­obra­żal­nych zbrodni.

Na prze­ło­mie stu­leci wielu filo­zo­fów pró­bo­wało odpo­wie­dzieć na pyta­nie: czy czło­wiek rodzi się zły? Czy już w chwili przyj­ścia na świat zaczy­nają ewo­lu­ować w nim cechy, które spra­wią, że w przy­szło­ści zamieni się w prze­ra­ża­ją­cego potwora? Erazm z Rot­ter­damu, pięt­na­sto­wieczny nider­landzki filo­zof, filo­log i kato­licki duchowny, twier­dził, że czło­wiek jest z natury dobry, a zło pocho­dzi z nie­wie­dzy. Jed­nak znacz­nie bliż­szy naszym cza­som Marek Edel­man, jeden z przy­wód­ców powsta­nia w get­cie war­szaw­skim, stwier­dził:

Czło­wiek jest z natury zły, czło­wiek rodzi się zły. Dopiero wycho­wa­nie robi go dobrym, jeśli oczy­wi­ście wycho­wa­nie jest udane. Całe gene­ra­cje są złe, bo mają złych przy­wód­ców i stają się złe. Wycho­wa­nie jest więc decy­du­jące. Zło prze­cho­dzi z poko­le­nia na poko­le­nie - naj­pierw ojciec jest faszy­stą, potem syn, który tęskni za mun­du­rem ojca, glo­ry­fi­kuje dziadka faszy­stę czy nacjo­na­li­stę i tak dalej, i tak dalej. Patrząc na histo­rię ludz­ko­ści, na to, jak zmie­nia się natura czło­wieka w zależ­no­ści od sytu­acji i do czego jest tak naprawdę zdolny w chwili zagro­że­nia, sądzę, że każdy z nas nosi w sobie pier­wia­stek zła. Być może ni­gdy nie zosta­nie on akty­wo­wany, ale jest obecny i czeka w uśpie­niu. By stać się seryj­nym mor­dercą, trzeba mieć w sobie znacz­nie sil­niej­sze pokłady tego pier­wiastka, które buzują pod powierzch­nią i doj­rze­wają przez lata, cze­ka­jąc na dzień, w któ­rym wezmą górę nad pozo­sta­łymi cechami i emo­cjami.

W tej książce nie dam jasnej odpo­wie­dzi na pyta­nie, kto może być seryj­nym mor­dercą, a kto nie. Nie dowie­cie się z niej też, jak roz­po­znać taką osobę. Histo­rie, które prze­śle­dzimy, spra­wią jed­nak, że wielu z was nie tylko zwątpi w ludzką naturę, ale straci też zaufa­nie do spo­rej czę­ści spo­łe­czeń­stwa. Seryjny mor­derca nie poru­sza się po uli­cach z napi­sem na czole "zabi­jam". To może być nasz sąsiad, mąż, żona, syn, córka, ojciec, matka, wła­ści­ciel dobrze pro­spe­ru­ją­cej firmy czy nie­winny - wyda­wa­łoby się - stu­dent. Zło nie ma kon­kret­nej twa­rzy. Czę­sto chowa się za nie­winnym uśmie­chem i spoj­rze­niem, za przy­ja­znym gestem i uprzej­mym "dzień dobry". I wła­śnie dla­tego jest tak sza­le­nie nie­bez­pieczne.

JEFFREY DAHMER Kanibal z Milwaukee

JEF­FREY DAH­MER

Kani­bal z Mil­wau­kee

Nie, zabój­stwo ni­gdy nie było celem. Chcia­łem po pro­stu cał­ko­wi­cie kon­tro­lo­wać tę osobę, nie zwra­cać uwagi na jej potrzeby. Chcia­łem ją zatrzy­mać dla sie­bie tak długo, jak tylko zechcę.

Jef­frey Dah­mer

Naro­dziny dziecka to moment, na który czeka nie­jedna kobieta. Wyma­rzone i upra­gnione wkro­cze­nie w świat macie­rzyń­stwa może cał­ko­wi­cie na nowo zde­fi­nio­wać życie. Roz­po­czyna się pla­no­wa­nie nie­mal każ­dego aspektu zwią­za­nego z tym doświad­cze­niem. Zaczy­na­jąc od ciąży, a na stu­diach dziecka koń­cząc. Rodzice chcą mieć pew­ność, że nie tylko bez­piecz­nie spro­wa­dzą pocie­chę na świat, ale że zapew­nią jej rów­nież spo­kojne i szczę­śliwe życie. Gdy jed­nak ten plan zawo­dzi, zaczy­nają się poszu­ki­wa­nia odpo­wie­dzi na pyta­nie: jak do tego doszło? Podobne zda­nie wie­lo­krot­nie padało z ust Lio­nela Dah­mera, che­mika nie­miecko-walij­skiego pocho­dze­nia. Razem z żoną Joyce bar­dzo pra­gnęli dziecka. Dla­tego gdy 21 maja 1960 roku na świat przy­szedł ich pierw­szy syn, czuli, że otwiera się przed nimi zupeł­nie nowy roz­dział. Nikt nie mógł jed­nak podej­rze­wać, jak krwawy i tra­giczny on będzie.

Mil­wau­kee to naj­więk­sze mia­sto ame­ry­kań­skiego stanu Wiscon­sin. Choć dziś liczy nieco ponad 575 tysięcy miesz­kań­ców (dla porów­na­nia War­szawa ma milion 765 tysięcy), to w 1960 roku, czyli wtedy, gdy rodził się Jef­frey Dah­mer, mia­sto prze­ży­wało praw­dzi­wie złoty okres. Miesz­kało tam wów­czas 741 tysięcy oby­wa­teli. Do dziś znane jest głów­nie z bro­waru kon­cernu SAB­Mil­ler i moto­ry­za­cji. Dla Pola­ków może być o tyle atrak­cyjne, że pręż­nie działa tam Polo­nia. Sta­nowi kil­ka­na­ście pro­cent wszyst­kich miesz­kań­ców. Zresztą Mil­wau­kee ma w naszym kraju mia­sto part­ner­skie. Jest nim Bia­ły­stok.

Ame­ry­ka­nie nie­szcze­gól­nie cenią jed­nak tę loka­li­za­cję, bo co jakiś czas tra­fia do ran­kin­gów naj­gor­szych miejsc w Sta­nach Zjed­no­czo­nych. I nie cho­dzi tutaj o kwe­stie bez­pie­czeń­stwa oraz wysoki poziom prze­stęp­czo­ści. Jako minusy wymie­niane są cho­ciażby słabo roz­wi­nięta komu­ni­ka­cja czy brak cie­ka­wych par­ków, w któ­rych można się zre­lak­so­wać i do któ­rych można uciec od miej­skiego zgiełku. Do tej listy trzeba też nie­wąt­pli­wie dorzu­cić Jef­freya Dah­mera, który przy­szedł na świat wła­śnie w Mil­wau­kee.

Jego matka Joyce, z domu Flint, była nor­we­sko-irlandz­kiego pocho­dze­nia i pra­co­wała jako instruk­torka dale­ko­pisu. Uro­dziła się 7 lutego 1936 roku, rodząc Jef­freya, miała więc dwa­dzie­ścia cztery lata. W ciążę zaszła dwa mie­siące po ślu­bie. Pocho­dziła rów­nież ze stanu Wiscon­sin, a kon­kret­nie z Colum­bus (nie mylić tym z Ohio). Miała młod­szego brata Donalda, który zmarł w 2011 roku. Według jej ówcze­snego męża, ojca Jeffa, kobieta była hipo­chon­dryczką, cier­piała na depre­sję i przyj­mo­wała leki, będąc już w ciąży. Lio­nel wie­lo­krot­nie zasta­na­wiał się, czy przy­pa­dłość syna została w pew­nym stop­niu odzie­dzi­czona. W swo­jej książce Histo­ria ojca pisał:

Jako nauko­wiec zasta­na­wiam się, czy poten­cjał wiel­kiego zła tkwi głę­boko we krwi nie­któ­rych z nas. Czy może przejść na nasze dzieci po uro­dze­niu.

Nie tylko Lio­nel zada­wał sobie to pyta­nie. Od lat odpo­wiedź na nie pró­bują zna­leźć naukowcy z całego świata. Mię­dzy­na­ro­dowy zespół Psy­chia­tric Geno­mics Con­sor­tium pod prze­wod­nic­twem pro­fe­sora Jor­dana Smol­lera z Uni­wer­sy­tetu Harvarda prze­pro­wa­dził kom­plek­sowe bada­nia na ponad dwu­stu tysią­cach pacjen­tów. Badani byli zarówno cier­piący na depre­sję, cho­robę dwu­bie­gu­nową, schi­zo­fre­nię, jak i ano­rek­sję czy ADHD. Wyka­zano, że scho­rze­nia psy­chiczne w 75 pro­cen­tach mają pod­łoże gene­tyczne. Ale nie dla­tego, że są dzie­dziczne, lecz dla­tego, że kształ­tują się już w dru­gim try­me­strze ciąży. Mogą być więc efek­tem nie­ko­rzyst­nych czyn­ni­ków zewnętrz­nych, takich jak tok­syny. I - co ważne - nie każda cho­roba psy­chiczna musi mieć zwią­zek ze scho­rze­niem wykry­tym u krew­nego. Są jed­nak takie, które w przy­padku wystą­pie­nia u rodzi­ców mogą (choć nie muszą) wpły­nąć na zdro­wie dziecka. Tak jest na przy­kład w cho­ro­bie afek­tyw­nej dwu­bie­gu­no­wej. Warto jed­nak zazna­czyć, że bada­nia w tej sfe­rze pro­wa­dzone są cały czas i gene­tyka na­dal mimo sze­roko roz­wi­nię­tej nauki pozo­staje jedną z bar­dziej tajem­ni­czych dzie­dzin doty­czą­cych funk­cjo­no­wa­nia naszego orga­ni­zmu.

Czy Dah­mer w jakimś stop­niu prze­jął "sza­leń­stwo" Joyce? Trudno jed­no­znacz­nie odpo­wie­dzieć na to pyta­nie. Pewne jed­nak jest, że kobieta zma­gała się z wie­loma scho­rze­niami, które ujaw­niły się, gdy tylko zaszła w ciążę. Ta zresztą nie nale­żała do łatwych. Joyce źle się czuła, zarówno fizycz­nie, jak i psy­chiczne. Mie­wała nud­no­ści, bóle brzu­cha, prze­szka­dzało jej wiele dźwię­ków i zapa­chów, zwłasz­cza tych docho­dzą­cych z kuchni. Iry­to­wali ją też sąsie­dzi, któ­rzy miesz­kali w tym samym budynku. Wie­lo­krot­nie pro­siła męża, by inter­we­nio­wał, bo według niej byli zbyt hała­śliwi. Lio­nel nie dostrze­gał jed­nak w zacho­wa­niu sąsia­dów niczego złego i twier­dził, że Joyce prze­sa­dza. Tygo­dnie mijały, a żona sta­wała się coraz bar­dziej ner­wowa. Mię­dzy mał­żon­kami rosło wyczu­walne napię­cie. Docho­dziło do gwał­tow­nych awan­tur, które zda­rzały się rów­nież w póź­niej­szych latach.

Lio­nel, sądząc, że poprawi to sytu­ację, prze­pro­wa­dził się wraz z żoną do domu swo­ich rodzi­ców w West Allis w Wiscon­sin. Było to w marcu, dwa mie­siące przed uro­dze­niem Jef­freya. Stan zdro­wia Joyce zaczął się jed­nak dra­stycz­nie pogar­szać. Lio­nel wspo­mi­nał:

Cza­sami jej nogi mocno się zaci­skały, całe ciało sztyw­niało i zaczy­nało drżeć. Szczęka wykrę­cała się w prawo i była prze­ra­ża­jąco spa­ra­li­żo­wana. W trak­cie tych dziw­nych napa­dów jej oczy wyba­łu­szały się jak u prze­stra­szo­nego zwie­rzę­cia. Zaczy­nała się śli­nić tak, że piana dosłow­nie leciała jej z ust.

Kobieta tra­fiła pod opiekę leka­rza, ale ten nie potra­fił zdia­gno­zo­wać dokład­nej przy­czyny napa­dów. Był jed­nak prze­ko­nany, że źró­dła należy szu­kać w psy­chice, a nie w orga­ni­zmie Joyce. Mimo to zde­cy­do­wał się na prze­pi­sa­nie feno­bar­bi­talu, czyli leku prze­ciw­pa­dacz­ko­wego. I o ile stan fizyczny kobiety zaczął się popra­wiać, o tyle jej emo­cje znów gwał­tow­nie piko­wały. Jesz­cze szyb­ciej wpa­dała w złość, czę­sto się też obra­żała, a do tego spra­wiała wra­że­nie, jakby nie tylko oto­cze­nie jej prze­szka­dzało, ale rów­nież ciąża, w któ­rej była. Lio­nel dopiero po śmierci Jef­freya prze­pro­wa­dził wewnętrzne roz­li­cze­nie z samym sobą i przy­znał, że nie był w tym trud­nym cza­sie wystar­cza­ją­cym wspar­ciem dla Joyce. W pew­nym sen­sie zosta­wił ją z destruk­cyj­nym "ja" cał­ko­wi­cie samą. To potę­go­wało rosnące w niej gniew, fru­stra­cję, brak poczu­cia speł­nie­nia i zwy­czaj­nie brak szczę­ścia. Lio­nel nie robił tego jed­nak celowo, w tym cza­sie mocno sku­piał się na swoim roz­woju i karie­rze nauko­wej, a żona wyma­gała sta­łej, pro­fe­sjo­nal­nej pomocy. Całe dnie spę­dzała w domu, cze­ka­jąc na męża, ale zamiast niego mogła roz­ma­wiać głów­nie z jego matką. Ich rela­cje też były napięte, bo Joyce czę­sto bywała roz­draż­niona i podob­nie jak w przy­padku pierw­szego miesz­ka­nia, rów­nież tu prze­szka­dzało jej mnó­stwo dźwię­ków i zapa­chów. Jej apteczka stale się powięk­szała, doszło do tego, że łykała nawet dwa­dzie­ścia sześć róż­nych table­tek dzien­nie. Zaawan­so­wana ciąża nie była dla niej prze­szkodą.

Psy­chika cię­żar­nej kobiety jest znacz­nie bar­dziej skom­pli­ko­wana, niż może się to wyda­wać oso­bom, które albo ni­gdy nie doświad­czyły tego stanu, albo nie miały bliż­szego i dłuż­szego kon­taktu z kobietą spo­dzie­wa­jącą się dziecka. Więk­szość cię­żar­nych odczuwa w tych mie­sią­cach lęk, nie­po­kój, poja­wiają się też stany depre­syjne. Co czwarta kobieta przy­znaje, że wła­śnie w ciąży doświad­czyła poważ­nych pro­ble­mów psy­chicz­nych. Poczu­cie osa­mot­nie­nia, huś­tawki nastroju, czę­ste zmę­cze­nie, sen­ność, pesy­mizm, a do tego wybit­nie obni­żona samo­ocena, to codzien­ność dla wielu przy­szłych matek. U nie­któ­rych może poja­wić się nawet toko­fo­bia, czyli lęk przed poro­dem. Poja­wia się strach zwią­zany z bólem, ale przede wszyst­kim obawa, czy wszystko prze­bie­gnie dobrze i dziecko uro­dzi się zdrowe. Jeśli te skrajne nastroje wrzu­cimy do już obcią­żo­nej nega­tyw­nymi emo­cjami głowy, tak jak to miało miej­sce w przy­padku Joyce, otrzy­mu­jemy nie­bez­pieczną mie­szankę hor­mo­nów, depre­sji i nie­ga­sną­cego gniewu. To nisz­czy­ciel­ska wręcz siła, zarówno dla samej kobiety, jak i wszyst­kich tych, któ­rzy prze­by­wają z nią na co dzień. Co ważne, gdy Jef­frey sie­dział już w wię­zie­niu, wiele razy pod­kre­ślał, że nie wini matki i to nie jej gwał­towne zacho­wa­nie spra­wiło, że był, kim był.

Gdy nad­szedł dzień, w któ­rym Jeff przy­szedł na świat, Lio­nel był w pracy na uczelni. Jego kariera naukowa dopiero się roz­krę­cała, dla­tego sporo czasu spę­dzał za biur­kiem jako asy­stent. Codzienną rutynę prze­rwał tele­fon od matki, która prze­ka­zała, że Joyce jest w szpi­talu. Zawiózł ją tam teść. Na szczę­ście dla Lio­nela pla­cówka znaj­do­wała się zale­d­wie kilka budyn­ków od uczelni, dzięki czemu mógł bły­ska­wicz­nie dostać się do żony. Poród prze­biegł jed­nak jesz­cze szyb­ciej i gdy męż­czy­zna przy­je­chał na miej­sce, mały Jeff był już bez­pieczny poza brzu­chem matki. Lio­nel usły­szał wów­czas od żony słowa, które roz­grzały jego serce i spra­wiły, że po raz pierw­szy od wielu mie­sięcy poczuł szczę­ście. Brzmiały one: "Masz syna".

Kilka minut póź­niej po raz pierw­szy go zoba­czy­łem. Był w małej pla­sti­ko­wej koły­sce, jego ciałko owi­nięto nie­bie­skim kocy­kiem. Gdy go ujrza­łem, leżał na boku, bez ruchu. Miał zamknięte oczy i spał spo­koj­nie. A ja gapi­łem się na niego zdu­miony. Nie mogłem uwie­rzyć, jak bar­dzo jest do mnie podobny. Widzia­łem w nim wła­sne rysy, jak­bym patrzył na swoją minia­turę. Jak­bym widział sie­bie w tej malut­kiej, różo­wej buzi. Joyce powie­działa: masz syna. I mia­łem. Syna, któ­remu dru­gie imię dałem po sobie samym. Jef­frey Lio­nel Dah­mer.

Po kilku dniach zarówno Joyce, jak i Jeff mogli wró­cić ze szpi­tala do domu. Ze względu na nie­wielką defor­ma­cję stóp chło­piec wyma­gał korekty orto­pe­dycz­nej. Poza tym był zdrowy i wniósł do domu radość, jakiej w tych murach nie było od dawna. Mię­dzy Joyce i Lio­ne­lem zaczęło się ukła­dać. Sku­piali się na upra­gnio­nym dziecku, które w ich oczach było dosko­nałe. Delek­to­wali się każ­dym dniem spę­dza­nym razem, ule­ga­jąc zauro­cze­niu, w które tuż po naro­dzi­nach wpada więk­szość rodzi­ców. Były to wyjąt­kowo szczę­śliwe chwile. Nie potrwały jed­nak długo.

Po kilku tygo­dniach stan Joyce znów zaczął się dra­stycz­nie pogar­szać. Opieka nad Jef­fem ją prze­ra­żała, a ona sama stała się pode­ner­wo­wana. Cier­piały na tym jej rela­cje z mężem. Mimo szcze­rych chęci Lio­nel nie potra­fił zro­zu­mieć, skąd biorą się te wszyst­kie łzy i wście­kłość, nie umiał zlo­ka­li­zo­wać źró­dła pro­blemu. Wyda­wało mu się, że jako rodzina osią­gnęli prze­cież wszystko - mieli sie­bie i Jeffa.

Uznał, że naj­lep­szym wyj­ściem z tej nie­zwy­kle trud­nej sytu­acji będzie zmiana oto­cze­nia, co ozna­czało wypro­wadzkę z domu jego rodzi­ców. Gdy Jef­frey miał cztery mie­siące, Dah­me­ro­wie zamiesz­kali przy Van Buren Street na wscho­dzie Mil­wau­kee. Dom znaj­do­wał się w spo­koj­nej oko­licy, peł­nej rodzin z klasy śred­niej. W sąsiedz­twie było mnó­stwo małych, lokal­nych restau­ra­cji i kawiarni. Lio­nel był prze­ko­nany, że to ide­alne miej­sce na nowy począ­tek. Wie­rzył, a przy­naj­mniej bar­dzo chciał w to wie­rzyć, że takie przy­ja­zne oto­cze­nie wnie­sie do jego rodziny mnó­stwo ener­gii, ale też poczu­cie bez­pie­czeń­stwa, które wyci­szy nega­tywne emo­cje tar­ga­jące Joyce. Przez jakiś czas rze­czy­wi­ście tak było. Pierw­sze dwa lata upły­nęły w ciszy i spo­koju, Lio­nel pra­co­wał, a Joyce zaj­mo­wała się Jef­fem, speł­nia­jąc wszyst­kie jego zachcianki. Pra­gnęła, by jej syn miał szczę­śliwe dzie­ciń­stwo, mimo tej całej walki, którą nie­ustan­nie toczyła we wła­snej gło­wie. Mię­dzy nią a mężem bywało róż­nie. Nie­które dni były cał­ko­wi­cie nor­malne, zupeł­nie tak jakby do tych fatal­nych momen­tów sprzed mie­sięcy ni­gdy nie doszło.

W 1962 roku Lio­nel dostał pracę na Uni­wer­sy­te­cie Iowa. Dah­me­ro­wie ponow­nie więc spa­ko­wali cały doby­tek i prze­nie­śli się w inne miej­sce. Zamiesz­kali w drew­nia­nym domu na tere­nie kam­pusu uczelni. Ale tam znów obja­wiły się emo­cjo­nalne pro­blemy Joyce. Była nie­spo­kojna, czę­sto też wybu­chała, a w nocy krzy­czała przez sen. Dodat­ko­wym pro­ble­mem był stan zdro­wia Jef­freya. Chło­piec cały czas cho­ro­wał, wie­lo­krot­nie tra­fiał do szpi­tala, gdzie był leczony pod czuj­nym okiem leka­rzy. Zda­rzały mu się też infek­cje ucha, które wywo­ły­wały ogromny ból.

Mimo tych pro­ble­mów Jef­frey był szczę­śli­wym, ener­gicz­nym dziec­kiem. Czę­sto cho­dził z ojcem na festyny, uwiel­biał zresztą jego towa­rzy­stwo. W ciągu dnia jeź­dził na rowe­rze, wie­czo­rami czy­tał książki. Był cie­kaw­ski, cza­sem też poryw­czy. Prze­ja­wiał rów­nież dużą wraż­li­wość wobec zwie­rząt. Pew­nego dnia pod­czas spa­ceru z ojcem zauwa­żył leżą­cego na ziemi jastrzę­bia. Było to pisklę, które wypa­dło z gniazda. Lio­nel począt­kowo nie wie­dział, co zro­bić z pta­kiem, ale gdy zoba­czył zapła­ka­nego synka, chwy­cił jastrzę­bia w dło­nie i zaniósł do domu. Tam razem z Jef­fem przez kilka tygo­dni dbał o niego, obfi­cie kar­miąc go i pojąc. Gdy ptak nabrał sił, Lio­nel razem z synem i żoną wynie­śli go na zewnątrz i wypu­ścili na wol­ność. Jastrząb odle­ciał, a Jeff wpa­try­wał się w niego jak ocza­ro­wany. Praw­do­po­dob­nie był to naj­szczę­śliw­szy dzień w całym jego życiu.

Świat małego Dah­mera zmie­nił się 18 grud­nia 1965 roku. Jego matka uro­dziła wtedy dru­giego syna. Rodzice nie chcieli, by Jef­frey w jaki­kol­wiek spo­sób poczuł się zagro­żony czy nie­pewny swo­jej pozy­cji w ich życiu, dla­tego pozwo­lili, by to on wybrał imię dla brata. Jeff posta­wił na Davida. Młod­szy syn zafun­do­wał Joyce i Lio­ne­lowi mnó­stwo nie­prze­spa­nych nocy. Mie­wał bole­sne i męczące kolki, przez co uwaga rodzi­ców sku­piała się głów­nie na nim. Do tego Dah­mer senior sporo czasu poświę­cał pracy, w któ­rej zni­kał na całe dnie. Zajęci więc wie­loma obo­wiąz­kami rodzice nie zauwa­żyli, że Jeff prze­cho­dzi nie­po­ko­jącą meta­mor­fozę. Z ener­gicz­nego i uśmiech­nię­tego dziecka zaczął prze­ra­dzać się w chłopca wyco­fa­nego, który izo­lo­wał się od świata. Uni­kał kon­taktu z rówie­śni­kami, zamiast tego wybie­rał wła­sne towa­rzy­stwo i swoją wyobraź­nię. To zresztą sta­nie się w przy­szło­ści jedną z głów­nych cech cha­rak­teru Dah­mera - będzie samot­ni­kiem nie­ustan­nie szu­ka­ją­cym brat­niej duszy, part­nera, który zro­zu­mie jego nie­zwy­kle mroczną i prze­ra­ża­jącą psy­chikę. Z kolei bycie cichym out­si­de­rem da mu to, czego potrze­buje każdy seryjny mor­derca - nie­wi­dzial­ność. Będzie dla spo­łe­czeń­stwa prze­zro­czy­sty, nie­groźny, poza jaki­mi­kol­wiek podej­rze­niami. Cichy, spo­kojny, nijaki. To wła­śnie dzięki temu będzie mógł swo­bod­nie pie­lę­gno­wać w sobie zło i prze­le­wać je na wybrane ofiary.

W 1968 roku, gdy Jef­frey miał zale­d­wie osiem lat, Dah­me­ro­wie prze­pro­wa­dzili się po raz kolejny. Za cel obrali piękną i nowo­cze­sną jak na tamte lata posia­dłość na obrze­żach Akron w sta­nie Ohio. Oto­czona drze­wami, prze­stronna i z dużymi oknami mogła spra­wiać wra­że­nie praw­dzi­wej oazy, w któ­rej schro­nie­nie i bez­pie­czeń­stwo zna­la­złaby każda rodzina. Do jej wej­ścia pro­wa­dziły kamienne schodki. Z zewnątrz budy­nek był drew­niany, miał duży taras i wąski komin przy­po­mi­na­jący wyra­sta­jący ze ścian dodat­kowy murek. W środku były trzy sypial­nie, a także dwie łazienki. Ze względu na jego uni­ka­towy styl o budynku pisano nawet w "Akron Beacon Jour­nal", codzien­nej gaze­cie wyda­wa­nej w sta­nie Ohio. W tam­tym cza­sie dom był sto­sun­kowo młody, bo został wybu­do­wany w 1952 roku, co ozna­cza, że w chwili prze­ję­cia go przez Dah­me­rów liczył 16 lat. Na war­to­ści zyskał jed­nak dużo póź­niej. Owiany złą, ale kuszącą legendą został kupiony w 2005 roku przez muzyka Chrisa Butlera. Prze­zna­czył on na posia­dłość ponad 244 tysiące dola­rów. W 2016 roku umoż­li­wił wyna­ję­cie budynku - za 8 tysięcy dola­rów za tydzień. Raz nawet odbyło się tam spo­tka­nie Par­tii Repu­bli­kań­skiej. Mimo to muzyk zde­cy­do­wał się na sprze­daż posia­dło­ści. W 2019 roku chciał za nią 260 tysięcy dola­rów, czyli nieco wię­cej, niż sam za nią dał. Dla­czego wła­śnie ten dom Dah­mera cie­szył się popu­lar­no­ścią? Odpo­wiedź jest bar­dzo pro­sta. To wła­śnie tam Jef­frey doko­nał pierw­szego zabój­stwa.

Zanim jed­nak doszło do zbrodni, w życiu chłopca już we wcze­snych latach zaczęły wystę­po­wać nie­po­ko­jące zacho­wa­nia. Jego rodzice cał­ko­wi­cie prze­oczyli naj­bar­dziej oczy­wi­ste sygnały, które powinny zapa­lić w ich gło­wie czer­woną lampkę. Jeff, jak już wspo­mnia­łam, był skry­tym chłop­cem, ale tę nie­śmia­łość i kru­chość pró­bo­wał nad­ro­bić poczu­ciem humoru. Dobrze się uczył, był nie­zwy­kle pil­nym i inte­li­gent­nym uczniem, ale spra­wiał też wiele kło­po­tów. Miał opi­nię kla­so­wego żar­tow­ni­sia, a celem jego dow­ci­pów byli nie­rzadko nawet nauczy­ciele. Gdy przy­cho­dziło do dzia­ła­nia, Dah­mer zmie­niał się w śmia­łego i odważ­nego chłopca, co nie współ­grało z jego wyco­fa­niem, które prze­ja­wiał na co dzień. Pew­nego razu, w trak­cie wycieczki do Waszyng­tonu, chło­piec oznaj­mił całej gru­pie szkol­nej, że ta koniecz­nie powinna spo­tkać się z wice­pre­zy­den­tem Sta­nów Zjed­no­czo­nych, choć tego punktu w pla­nie wycieczki nie było. Nieco zuchwały pomysł spo­tkał się z kpi­nami kole­gów i kole­ża­nek, ale to mło­dego Jef­freya kom­plet­nie nie zra­ziło. Zauwa­żył budkę tele­fo­niczną, pod­biegł do niej i... zadzwo­nił do Bia­łego Domu. Do dziś nie wia­domo jak, ale udało mu się umó­wić na spo­tka­nie z wice­pre­zy­den­tem. Jesz­cze tego samego dnia cała klasa mogła cie­szyć się roz­mową przy Pen­n­sy­lva­nia Ave­nue.

Jef­frey w tam­tym cza­sie był nie­zwy­kle obie­cu­ją­cym dziec­kiem. Bły­sko­tliwy i cie­kaw­ski, nie­an­ga­żu­jący się w bójki, posłuszny rodzi­com... Ale to była tylko ta zewnętrzna powłoka, którą dostrze­gało się przy pierw­szym spo­tka­niu z chłop­cem. Coraz moc­niej zaczęła domi­no­wać mrocz­niej­sza natura, która z cza­sem cał­ko­wi­cie prze­jęła kon­trolę nad jego życiem. Jeff nie miał przy­ja­ciół, a wszyst­kie zna­jo­mo­ści były raczej ulotne. Wymy­ślał sobie towa­rzy­szy i zde­cy­do­wa­nie wolał z nimi spę­dzać czas niż z żywymi ludźmi. Naro­dziła się w nim rów­nież nowa pasja. Pew­nego dnia Lio­nel zna­lazł w piw­nicy kości zwie­rzę­cia. Zebrał je, wrzu­cił do wia­dra i wyszedł na zewnątrz, by zako­pać w lesie. Towa­rzy­szył mu wów­czas Jef­frey. Doty­kał każdą kostkę i dokład­nie oglą­dał z nie­ukry­waną fascy­na­cją. Po raz pierw­szy coś aż tak go pochło­nęło. Jak wspo­mi­nał póź­niej Lio­nel:

Kości grze­cho­tały, a on wyglą­dał na zafa­scy­no­wa­nego tym fak­tem. Gdy upusz­czał któ­rąś z nich, powie­dział: "Są zupeł­nie jak bierki!".

Choć z pozoru wydaje się to mało zna­czą­cym incy­den­tem, dla Jef­freya był to prze­ło­mowy moment w życiu. Wła­śnie tak roz­po­częła się jego obse­sja zwią­zana z ana­to­mią. Swoje kroki mały Dah­mer skie­ro­wał więc do lasu. Zaczął tam spę­dzać każdą wolną chwilę. I nie byłoby w tym niczego złego i dziw­nego, gdyby nie fakt, że poja­wiał się tam w kon­kret­nym celu. Jeffa fascy­no­wały zwie­rzęta, a dokład­nie to, co mają w środku. Spa­ce­ro­wał więc wśród drzew, wokół drogi i szu­kał zwie­rzę­cych zwłok. Gdy jakieś zna­lazł, szybko cho­wał je do worka, a póź­niej nie­mal z chi­rur­giczną pre­cy­zją badał:

- Zabie­ra­łem je z powro­tem do lasu. Skó­ro­wa­łem, roz­ci­na­łem, otwie­ra­łem i grze­ba­łem we wnętrz­no­ściach, czu­jąc pod­nie­ce­nie, nie wiem czemu. Oglą­da­nie tego było eks­cy­tu­jące - mówił Dah­mer w roz­mo­wie z ame­ry­kań­skim dzien­ni­ka­rzem Sto­nem Phil­lip­sem. Jef­frey zbie­rał kości zwie­rząt, głów­nie tych mniej­szych, takich jak myszy czy wie­wiórki. Kolek­cjo­no­wał też duże owady - ćmy i ważki. Nie­które szczątki tra­fiały do sło­ików, które wcze­śniej chło­piec wypeł­nił for­mal­de­hy­dem. Swoją kolek­cję prze­cho­wy­wał w cha­cie nie­opo­dal domu, która rów­nież znaj­do­wała się na tere­nie nie­wiel­kiego lasu. Pew­nego dnia w trak­cie rodzin­nego obiadu zapy­tał ojca, co by się stało, gdyby kości kur­czaka umiesz­czono w wybie­la­czu. Lio­nel nie zauwa­żył w tym pyta­niu niczego złego, wręcz prze­ciw­nie. Potrak­to­wał je jako naukową cie­ka­wość, którą - jak sądził - syn odzie­dzi­czył po nim. W końcu Dah­mer senior był che­mi­kiem, wyda­wało mu się więc natu­ralne, że jego dziecko może prze­ja­wiać podobne zain­te­re­so­wa­nia eks­pe­ry­men­tami jak on. Dla Jef­freya było to jed­nak znacz­nie wię­cej niż dzie­cięca fascy­na­cja nauką. Obse­sja zwią­zana ze zwło­kami, z tym, jak wyglą­dają szkie­lety i zwie­rzęce organy, pochło­nęła go cał­ko­wi­cie. Pew­nego razu zna­lazł tru­chło psa. Odciął mu głowę, nabił ją na patyk, a ciało przy­bił do drzewa. Zapro­sił do lasu jed­nego ze szkol­nych kole­gów. Poka­zał mu tę maka­bryczną wystawę, któ­rej sam był auto­rem. Prze­ko­ny­wał, że nie ma poję­cia, kto to zro­bił, a on po pro­stu zna­lazł zwłoki w takim wła­śnie sta­nie. Jeff nieco prze­ra­żał zna­jo­mych w szkole. Uwa­żali go za dzi­waka, bo trzy­mał się z daleka i miał wyima­gi­no­wa­nych przy­ja­ciół. Dla­tego nie­szcze­gól­nie dążyli do zacie­śnia­nia więzi z chłop­cem.

Gdy Jef­frey coraz bar­dziej pogrą­żał się we wła­snym świe­cie, jego matka robiła to samo. Mie­szanki leków, które zaży­wała, nie tylko nie poma­gały, ale wręcz pogłę­biły depre­sję. Gdy Dah­mer miał dzie­sięć lat, kobieta tra­fiła na lecze­nie do szpi­tala psy­chia­trycz­nego. I nie był to ostatni raz, gdy zna­la­zła się pod opieką takiej wła­śnie pla­cówki. To, co działo się z kobietą, mocno odbi­jało się na coraz star­szym Jef­freyu. Inten­syw­nie prze­ży­wał każdą kłót­nię rodzi­ców. By pora­dzić sobie z wła­snymi emo­cjami, biegł do lasu, chwy­tał za kij i z całej siły ude­rzał nim w drzewo. Tak wyła­do­wy­wał całą złość, ale też bez­sil­ność, które czuł w tam­tym cza­sie. Dodat­ko­wym pro­ble­mem w okre­sie doj­rze­wa­nia stał się alko­hol. Jef­frey coraz czę­ściej pił, do tego stop­nia, że wykra­dał butelki sąsia­dom. Zanim skoń­czył szkołę śred­nią, był już zaawan­so­wa­nym alko­holikiem, czym zresztą póź­niej wie­lo­krot­nie tłu­ma­czył doko­nane zbrod­nie. Rodzice, zbyt zajęci swo­imi spra­wami, nawet nie zauwa­żyli, że syn z każ­dym dniem zatraca się coraz bar­dziej w wyjąt­kowo nie­bez­piecz­nym i destruk­cyj­nym nałogu.

Okres doj­rze­wa­nia niósł ze sobą jesz­cze jedną pułapkę - Jef­frey odkrył swoją sek­su­al­ność. Nie potra­fił jed­nak się nią cie­szyć jak więk­szość nasto­lat­ków. Wręcz prze­ciw­nie, zaczął trak­to­wać ją jako temat tabu, coś wsty­dli­wego, co jesz­cze bar­dziej potę­go­wało jego izo­la­cję spo­łeczną. Dah­mer zro­zu­miał bowiem, że nie pocią­gają go dziew­częta, a chłopcy. Wyda­wało mu się, że to czyni go gor­szym, dla­tego ukry­wał swoje pre­fe­ren­cje, budu­jąc wokół sie­bie jesz­cze więk­szy mur. Ale to dało sku­tek cał­ko­wi­cie odwrotny. Zamiast być szczę­śliwy, Jef­frey cier­piał. Był samotny, a rosnąca w nim fru­stra­cja brała górę nad innymi emo­cjami, aż w końcu nie­mal cał­ko­wi­cie zdo­mi­no­wała jego spo­sób postrze­ga­nia rze­czy­wi­sto­ści. Nie mogąc odna­leźć się w świe­cie, w któ­rym żył, stwo­rzył w swo­jej gło­wie wła­sne uni­wer­sum, do któ­rego dostęp miał tylko on. Tam nikt nie mógł go skrzyw­dzić, wyśmiać ani oce­nić. Był taki, jakim chciał być, bez koniecz­no­ści tłu­ma­cze­nia się komu­kol­wiek.

Jef­frey w wieku czter­na­stu lat był już tak uza­leż­niony od alko­holu, że pił go nawet w cza­sie lek­cji. Naj­czę­ściej się­gał po szkocką whi­sky. Gdy jeden z kole­gów zapy­tał go, dla­czego pije w cza­sie zajęć, Dah­mer prze­ko­ny­wał, że jest to jedy­nie lekar­stwo, które musi zaży­wać. Mając kil­ka­na­ście lat, chło­pak wdał się w zażyłą rela­cję z innym kolegą. Jak póź­niej jed­nak zapew­niał, ni­gdy nie doszło mię­dzy nimi do zbli­że­nia. Ale już wtedy Jef­frey uświa­do­mił sobie, że nie pra­gnie zwy­kłego związku. Chciał takiego, w któ­rym to on będzie domi­no­wał, a jego part­ner będzie cał­ko­wi­cie mu oddany. Pomysł na to, jak osią­gnąć taką rela­cję, dopiero w nim doj­rze­wał:

Zaczęło się, gdy mia­łem czter­na­ście-pięt­na­ście lat. Poja­wiła się u mnie obse­sja zwią­zana z prze­mocą i sek­sem. Z cza­sem to się pogłę­biało i nie mogłem już temu zara­dzić.

W gło­wie szes­na­sto­let­niego Dah­mera naro­dził się szo­ku­jący plan. W lesie obok domu czę­sto widy­wał bie­ga­cza, posta­no­wił więc, że męż­czy­zna będzie jego pierw­szym cał­ko­wi­cie znie­wo­lo­nym kochan­kiem. Z dużą dokład­no­ścią zapla­no­wał napad. Był prze­ko­nany, że bie­gacz wybiera tę samą trasę nie­mal każ­dego dnia, scho­wał się więc w zaro­ślach i cze­kał, aż jego ofiara wyłoni się zza drzew. Chciał go ogłu­szyć kijem, a następ­nie poło­żyć się obok niego, by słu­chać bicia jego serca i wyko­rzy­stać sek­su­al­nie. Na szczę­ście dla męż­czy­zny aku­rat tego dnia nie zde­cy­do­wał się on na tre­ning w tej oko­licy i nie spo­tkał na swo­jej dro­dze Dah­mera. Chło­pak był tym mocno roz­cza­ro­wany, ale uznał, że wię­cej do tego pomy­słu nie będzie już wra­cał. Po latach Jef­frey przy­znał, że była to jego pierw­sza próba zaata­ko­wa­nia czło­wieka.

Kolej­nym punk­tem zwrot­nym w jego życiu był roz­wód rodzi­ców. W 1977 roku Lio­nel odkrył, że Joyce miała krótki romans. Mimo wcze­śniej­szej tera­pii tego mał­żeń­stwa nie dało się już ura­to­wać. Para zde­cy­do­wała się na roz­sta­nie. Ojciec wypro­wa­dził się do motelu, a nie­długo póź­niej Joyce porzu­ciła dom i ode­szła razem z młod­szym synem, zosta­wia­jąc Jef­freya samego. Dla więk­szo­ści nasto­lat­ków roz­sta­nie rodzi­ców to jeden z naj­bar­dziej trau­ma­tycz­nych momen­tów. To wła­śnie wtedy burzone jest ich poczu­cie bez­pie­czeń­stwa, ich świat, który był budo­wany przez lata, roz­pada się. Nie ina­czej było w przy­padku Jef­freya, u któ­rego stres zwią­zany z pro­ble­mami rodzin­nymi pogłę­bił spo­łeczną izo­la­cję i uza­leż­nie­nie od alko­holu. W mię­dzy­cza­sie jego ojciec zna­lazł szczę­ście u boku innej kobiety. Była to Shari, z którą męż­czy­zna wziął póź­niej ślub. Od pierw­szych chwil miała dobre rela­cje z Jef­fem, wie­lo­krot­nie pod­kre­ślała, że kochała go jak wła­snego syna. Ale chło­pak - wów­czas osiem­na­sto­letni - każ­dego dnia toczył ze sobą wewnętrzną wojnę. Był coraz bar­dziej sfru­stro­wany, co potę­go­wało jego fan­ta­zje. Te nie­ustan­nie krą­żyły wokół seksu i znie­wo­le­nia. Samot­ność nie poma­gała w pozby­ciu się tych natręt­nych myśli, podob­nie zresztą jak alko­hol. To wszystko nie­uchron­nie pro­wa­dziło do chęci popeł­nie­nia pierw­szej zbrodni, choć sam Dah­mer zapew­niał, że to, co póź­niej się wyda­rzyło, było cał­ko­wi­cie spon­ta­niczne, a nie wcze­śniej zapla­no­wane.

Lato 1978 roku było prze­ło­mo­wym momen­tem w życiu Jef­freya. To wła­śnie wtedy doko­nał pierw­szego, ale nie ostat­niego, zabój­stwa. Osiem­na­stego czerwca spo­tkał na swo­jej dro­dze rówie­śnika - Ste­vena Hicksa. Jef­frey wra­cał aku­rat z cen­trum han­dlo­wego, fan­ta­zju­jąc o auto­sto­po­wi­czu, któ­rego mógłby zabrać i cał­ko­wi­cie zdo­mi­no­wać. Pech chciał, że tym auto­sto­po­wi­czem był wła­śnie Hicks. Jef­frey otwo­rzył przed nim auto i zapro­po­no­wał, by poje­chali razem do jego domu. Chło­pak zgo­dził się, nie mając poję­cia, co go wkrótce spo­tka. Budy­nek był pusty od czasu wypro­wadzki rodzi­ców i rzadko kto­kol­wiek zaglą­dał do Jef­freya. Nikt nie miał więc nad nim kon­troli. Po wej­ściu Hicksa Dah­mer zapro­po­no­wał mu piwo. Sączyli alko­hol przez kilka godzin, roz­ma­wia­jąc ze sobą. Jef­frey bawił się tak dobrze, że nie chciał, by to wspólne spo­tkanie kie­dy­kol­wiek się koń­czyło. Innego zda­nia był jed­nak Hicks, który w pew­nym momen­cie oznaj­mił, że musi już wra­cać. Jeff wpadł w panikę. Uświa­do­mił sobie, że nie chce zostać sam i nie może pozwo­lić, by Ste­ven go opu­ścił. Nie ana­li­zu­jąc tego zbyt długo, chwy­cił za cię­ża­rek gim­na­styczny i ude­rzył nasto­latka w głowę. Dusił i zada­wał ciosy naprze­mien­nie, zupeł­nie nie panu­jąc nad sobą. Hicks nie miał żad­nych szans. Dah­mer wykoń­czony emo­cjami, które wciąż w nim buzo­wały, usnął tuż przy zwło­kach mło­dego chło­paka. Póź­niej mówił:

Obu­dzi­łem się rano. Moje przed­ra­miona były posi­nia­czone, jego klatka pier­siowa rów­nież. Z jego ust wypły­wała krew. Leżał na skraju łóżka, nie przy­po­mi­nam sobie, żebym pobił go na śmierć, ale chyba musia­łem to zro­bić. I wtedy wszystko zaczęło do mnie wra­cać.

Po prze­bu­dze­niu Dah­mer posta­no­wił zająć się zwło­kami. Ponie­waż już wtedy dosko­nale orien­to­wał się w ludz­kiej ana­to­mii, uznał, że naj­lep­szym spo­so­bem na pozby­cie się ciała będzie poćwiar­to­wa­nie go. Pre­cy­zyj­nie oddzie­lił tkankę od kości i scho­wał kawałki Hicksa do wor­ków na śmieci. Chciał się ich pozbyć, wyrzu­ca­jąc je na pobli­skim wysy­pi­sku śmieci. Wsiadł więc do auta, zapa­ko­wał worki i ruszył przed sie­bie. Nie­wiele zabra­kło, by ta eska­pada skoń­czyła się dla niego wie­lo­let­nim wię­zie­niem. Po dro­dze zatrzy­mała go poli­cja. Wszystko dla­tego, że prze­kro­czył linię cią­głą. W trak­cie roz­mowy jeden z funk­cjo­na­riu­szy zauwa­żył worki na tyle samo­chodu. Zapy­tał więc Dah­mera, co jest w środku, ale Jef­frey pew­nym sie­bie gło­sem odparł, że zwy­kłe śmieci, które chciał wła­śnie wyrzu­cić. Poli­cjanci uwie­rzyli w tę wer­sję i puścili go wolno. Dah­mer nie dotarł jed­nak na wysy­pi­sko, nieco zbity z tropu przez poli­cyjny patrol posta­no­wił wró­cić do domu. Tam zaczęły poja­wiać się wyrzuty sumie­nia. Żało­wał tego, co zro­bił, bał się rów­nież, że ktoś odkryje jego sekret. Mimo tak potęż­nego stresu nie potra­fił roz­stać się ze szcząt­kami zamor­do­wa­nego chło­paka. Trzy­mał je przez dwa tygo­dnie pod domem. Chciał, by Hicks wciąż był przy nim, nawet jeśli ozna­czało to ukry­wa­nie w pobliżu roz­kła­da­ją­cego się poćwiar­to­wa­nego ciała. Dopiero po kil­ku­na­stu dniach uznał, że musi pozbyć się szcząt­ków ofiary. Zde­cy­do­wał się podzie­lić je na jesz­cze mniej­sze kawałki, co uła­twiło roz­rzu­ce­nie ich w pobli­skim lesie. Następ­nie wró­cił do swo­jego życia, nie mówiąc nikomu o tym, co się wyda­rzyło. Ale myśli Dah­mera już ni­gdy nie wsko­czyły na odpo­wiedni tor. Zabój­stwo Hicksa otwo­rzyło ostat­nie, naj­bar­dziej prze­ra­ża­jące drzwi w jego umy­śle - zasma­ko­wał w chwili, w któ­rej odbiera komuś życie. I co gor­sza, nie zaspo­ko­iło to jego głodu, który tra­wił go coraz bar­dziej.

Dwa mie­siące po zabój­stwie Hicksa Jef­freya odwie­dził ojciec. Gdy zoba­czył, że syn cały czas pije i kom­plet­nie nie radzi sobie z codzien­nymi obo­wiąz­kami, posta­no­wił ponow­nie się do niego wpro­wa­dzić. Dah­mer był w bar­dzo złym sta­nie. Jego uza­leż­nie­nie było tak silne, że sprze­da­wał krew, by mieć pie­nią­dze na alko­hol. W dodatku rzu­cił stu­dia i nie myślał o pój­ściu do pracy. Dla­tego Lio­nel zde­cy­do­wał się na dość rady­kalny krok - zapi­sał syna do woj­ska. Był prze­ko­nany, że dys­cy­plina i towa­rzy­stwo pew­nych sie­bie, twar­dych męż­czyzn pomogą Jef­frey­owi sta­nąć na nogi. Chło­pak dołą­czył do ame­ry­kań­skiej armii w stycz­niu 1979 roku. Ojciec nie widział go póź­niej przez kolej­nych sześć mie­sięcy. Gdy doszło do pierw­szego po tak dłu­giej prze­rwie spo­tka­nia, Lio­nel był prze­ko­nany, że woj­sko było dosko­nałą decy­zją. Zmianę w zacho­wa­niu Jef­freya już dało się zauwa­żyć:

Włosy miał krótko przy­cięte, ubra­nie było schludne i upo­rząd­ko­wane. Co waż­niej­sze - nie było od niego czuć alko­holu.

Jef­frey został z ojcem i maco­chą przez kilka tygo­dni. W tym cza­sie poma­gał im w domo­wych obo­wiąz­kach, był pra­co­wity i spra­wiał wra­że­nie pew­nego swo­jej dal­szej kariery w woj­sku. Po prze­rwie spę­dzo­nej wśród rodziny Dah­mer wró­cił do służby. Ojciec odwiózł go do Cle­ve­land, a stam­tąd chło­pak tra­fił do Nie­miec. Spę­dził tam dwa lata. Przez cały ten czas przy­słał do ojca zale­d­wie kilka listów, zadzwo­nił góra dwa razy. Lio­nel zapew­niał, że tak sto­sun­kowo rzadki kon­takt z synem nie był dla niego czymś zaska­ku­ją­cym. Jak mówił, Jeff ni­gdy nie był pisa­rzem, dla­tego nie wyma­gał od niego dłuż­szych pisem­nych form kon­taktu. Jed­nak za każ­dym razem, gdy odzy­wał się do ojca, zapew­niał, że wszystko jest w porządku, a służba w Niem­czech daje mu sporo satys­fak­cji. Lio­nel był więc spo­kojny o pier­wo­rod­nego, zakła­dał, że teraz jego życie weszło już w odpo­wiedni rytm:

Armia zapew­niła mu pewną struk­turę w jego nie­upo­rząd­ko­wa­nym życiu. Byłem pewien, a może raczej mocno w to wie­rzy­łem, że wła­śnie w tej struk­tu­rze Jef­frey odnaj­dzie dla sie­bie dom.

Był to jed­nak przed­wcze­sny opty­mizm. Jef­frey zakoń­czył służbę szyb­ciej, niż pla­no­wano. Będąc w armii, wró­cił do alko­ho­lo­wego nałogu, przez co został wyda­lony. Jego ojciec czuł się bez­radny, nie wie­dział, co robić. Zwłasz­cza że choć Dah­mer wró­cił z Nie­miec, nie ode­zwał się od razu do rodziny. Zamiast tego prze­niósł się do Miami Beach, gdzie pomiesz­ki­wał w mote­lach. Zda­rzało się, że nie miał w ogóle pie­nię­dzy, wtedy zamiast w pokoju spał na plaży. Zaczął też dora­biać w skle­pie z kanap­kami, ale nie potra­fił roz­stać się z nało­giem. Do ojca ode­zwał się dopiero po mie­siącu od powrotu. Zadzwo­nił, by popro­sić o środki na życie. Rodzina jed­nak odmó­wiła, a maco­cha powie­działa wprost, że jedyne pie­nią­dze, jakie mogłaby mu wysłać, prze­zna­czone byłyby na powrót do Cle­ve­land. Jef­frey zgo­dził się, czu­jąc, że nie ma za bar­dzo innego wyj­ścia. Nie był w sta­nie samo­dziel­nie się utrzy­mać, musiał więc ponow­nie spró­bo­wać poukła­dać sobie wszystko z ojcem u boku. Ten wspo­mi­nał póź­niej:

Ode­bra­łem go z lot­ni­ska w Cle­ve­land kilka dni póź­niej. Spo­dzie­wa­łem się nie­chluj­nego, zdo­ło­wa­nego męż­czy­zny, który czułby się przy­gnę­biony i upo­ko­rzony. Ale kiedy wysiadł z samo­lotu, uśmie­chał się pro­mien­nie, z daleka wyglą­dał na nie­sa­mo­wi­cie weso­łego. Gdy jed­nak pod­szedł bli­żej, zda­łem sobie sprawę, że był pijany i wła­śnie to spra­wiło, że wyglą­dał na tak szczę­śli­wego.

Lio­nel uznał, że już naj­wyż­szy czas na odwyk. Zna­lazł ośro­dek, w któ­rym Jef­frey roz­po­czął tera­pię. Woził go na nią, bo nie wie­rzył, że jeśli da synowi wolną rękę i pozwoli samemu poje­chać na spo­tka­nie, ten fak­tycz­nie tam dotrze. I ponie­kąd miał rację, bo gdy tylko samo­chód Lio­nela się odda­lał, Jef­frey wymy­kał się z budynku tyl­nymi drzwiami. Tera­peuta nie miał więc żad­nych szans, by cho­ciaż spró­bo­wać wypro­wa­dzić Dah­mera na drogę ku trzeź­wo­ści.

W tym okre­sie Jef­frey tra­fił też do poli­cyj­nej kar­to­teki. Został aresz­to­wany za eks­hi­bi­cjo­nizm. Pro­blemy z pra­wem nie spra­wiły, że Jef­frey uwol­nił się od nałogu. Wręcz prze­ciw­nie, to spo­tę­go­wało jego uza­leż­nie­nie. Upi­jał się każ­dego dnia, włó­cząc się po barach. Ojciec wie­lo­krot­nie musiał odbie­rać go z lokali, bo bar­mani dzwo­nili, że Jeff nie jest w sta­nie pro­wa­dzić auta. Dla­tego Lio­nel razem z żoną pod­jęli decy­zję, że trzeba zro­bić wszystko, by syn sta­nął wresz­cie na nogi. Pomóc w tym miało odcię­cie go od dotych­cza­so­wego życia.

W taki wła­śnie spo­sób w 1982 roku Jef­frey zamiesz­kał z bab­cią. Jej dom znaj­do­wał się w West Allis w hrab­stwie Mil­wau­kee. Począt­kowo młody męż­czy­zna pró­bo­wał odna­leźć się w nowej rze­czy­wi­sto­ści. Chciał nad sobą pra­co­wać i żyć nor­mal­nie mimo swo­ich skłon­no­ści i uza­leż­nie­nia od alko­holu. Nawet przez jakiś czas mu się to udało. Prze­stał pić, a zamiast tego zaan­ga­żo­wał się w sferę duchową, cho­dząc z bab­cią do kościoła. Dzięki tym wielu czyn­ni­kom i wspar­ciu bli­skich Jeff zagłu­szył nie­po­ko­jące myśli. Zdo­był rów­nież pracę, naj­pierw w banku krwi, a póź­niej w fabryce sło­dy­czy. Wyda­wało się więc, że jego życie wresz­cie zaczyna zmie­rzać w stronę nor­mal­no­ści, bez nało­gów i kon­flik­tów z pra­wem. Ale ta sie­lanka trwała zale­d­wie trzy lata. Dah­mer ni­gdy nie zwal­czył demo­nów, on je jedy­nie tłu­mił w sobie. Takie cho­wane emo­cje prę­dzej czy póź­niej muszą eks­plo­do­wać. W jego przy­padku - z wie­lo­krotną siłą.

Pra­gnie­nia Dah­mera zostały na nowo roz­bu­dzone, gdy wybrał się do pobli­skiej biblio­teki. Tam pewien nie­zna­jomy męż­czy­zna zapro­po­no­wał mu usługi sek­su­alne. Jeff co prawda odmó­wił, ale otwo­rzyło to w jego umy­śle drzwi, które przez tak wiele mie­sięcy pozo­sta­wały zamknięte. Po powro­cie do domu nie był w sta­nie myśleć o niczym innym. Ponow­nie zaczął fan­ta­zjo­wać o bez­wol­nym kochanku, któ­rego miałby na wyłącz­ność. Znów zaczął pożą­dać. Nie­siony tą obse­sją ukradł ze skle­po­wej wystawy mane­kina. Zabrał go do domu, gdzie mógł wyobra­żać sobie, że leży obok niego praw­dziwy męż­czy­zna. Cho­wał go do szafy, a gdy chciał być przy nim, wycią­gał i zabie­rał do łóżka. Eks­pe­ry­men­to­wał z nim na wiele spo­so­bów, zachę­cony tym, że mane­kin nie pro­te­stuje i nie ucieka. Ta sek­su­alna bajka zakoń­czyła się jed­nak, gdy sztucz­nego przy­ja­ciela odkryła bab­cia. Była tak zasko­czona zna­le­zi­skiem, że od razu powia­do­miła o wszyst­kim Lio­nela. Dah­mer tłu­ma­czył się, że ukradł mane­kina tylko po to, aby spraw­dzić, czy jest w sta­nie wynieść coś ze sklepu bez zauwa­że­nia. Bli­scy w tę wer­sję jed­nak nie uwie­rzyli. Ojciec kazał mu oddać mane­kina, ale Jeff szybko odparł, że wyrzu­cił go już na śmiet­nik, i uważa temat za zakoń­czony.

Emo­cje roz­pa­lone przez ten spon­ta­niczny eks­pe­ry­ment pchnęły Jef­freya do noc­nych klu­bów, łaźni i sex-sho­pów. Zaczął inten­syw­nie udzie­lać się w homo­sek­su­al­nym śro­do­wi­sku. W łaź­niach czuł się coraz swo­bod­niej, do tego stop­nia, że nowo pozna­nym męż­czy­znom dosy­py­wał do drin­ków środki nasenne. Gdy zasy­piali, Jeff kładł się obok nich i słu­chał odgłosu ich ciał, zwłasz­cza bicia serca. Był tym zafa­scy­no­wany, zwłasz­cza świa­do­mo­ścią, że part­ne­rzy nie mogą niczego zro­bić, a on ma nad nimi pełną wła­dzę. Wła­śnie na tym naj­bar­dziej mu zale­żało - by jego part­ne­rzy byli mu oddani i by nie mogli go opu­ścić, dopóki on sam o tym nie zde­cy­duje.

Ale i ten baj­kowy świat, który Dah­mer sobie stwo­rzył, w końcu runął. Jeden z męż­czyzn, któ­remu podał środki nasenne, tra­fił do szpi­tala. To zakoń­czyło jego dzia­łal­ność w łaźni, do któ­rej dostał zakaz wstępu. Musiał więc zna­leźć inny spo­sób na znie­wa­la­nie swo­ich ofiar. Zaczął roz­glą­dać się za kolej­nymi punk­tami, ale nie chciał już ryzy­ko­wać w miej­scach publicz­nych. W 1986 roku zatrzy­mano go za mastur­bo­wa­nie się przy dwóch mło­dych chłop­cach. Zgło­sili to służ­bom, a Dah­mer został ska­zany na rok wię­zie­nia. Na wol­ność wyszedł jed­nak po 10 mie­sią­cach. Wła­ści­wie od razu po opusz­cze­niu zakładu ruszył na polo­wa­nie. Szu­kał ofiar wśród mło­dych włó­czą­cych się po mie­ście męż­czyzn. Gdy uda­wało mu się jakie­goś poznać, nawią­zy­wał z nim bliż­szą rela­cję i zapra­szał do motelu.

Jef­frey Dah­mer, jak­kol­wiek maka­brycz­nie to zabrzmi, był estetą. Jego wyma­rzeni kochan­ko­wie musieli być szczu­pli, przy­stojni i mieć ładną syl­wetkę. Kolor skóry nie miał dla niego żad­nego zna­cze­nia, co jest dosyć nie­spo­ty­kane. Więk­szość seryj­nych mor­der­ców szuka ofiar w obrę­bie wła­snej grupy etnicz­nej. Poja­wiają się oczy­wi­ście wyjątki, takie jak Dah­mer, ale mimo wszystko sta­no­wią one nie­wielki pro­cent wszyst­kich zabójstw doko­na­nych przez seryj­nych mor­der­ców. Być może wynika to z tego, że wśród osób o tym samym kolo­rze skóry psy­cho­pa­cie łatwiej jest się ukryć. Za przy­kład może posłu­żyć histo­ria mor­derstw dzieci w Atlan­cie. W latach 1979-1981 zagi­nęło tam co naj­mniej dwa­dzie­ścioro ośmioro dzieci. Wszyst­kie były czar­no­skóre. Funk­cjo­na­riu­sze dosyć szybko zało­żyli, że za tymi zbrod­niami stoi osoba o tym samym kolo­rze skóry, bo w jakiś spo­sób uda­wało jej się zwa­bić dzieci, wzbu­dza­jąc wcze­śniej ich zaufa­nie. Oso­bie bia­łej praw­do­po­dob­nie by się to nie udało. W spra­wie ska­zany został zresztą czar­no­skóry Wayne Wil­liams, choć do dziś pozo­staje sporo wąt­pli­wo­ści co do tego, czy fak­tycz­nie to on był mor­dercą. Wiele osób wie­rzy, że stał się po pro­stu kozłem ofiar­nym, a praw­dziwy zabójca ni­gdy nie został ujęty.

W przy­padku Jef­freya Dah­mera wyglą­dało to nieco ina­czej. Obra­cał się przede wszyst­kim w śro­do­wi­sku homo­sek­su­al­nym, które rasowo było zde­cy­do­wa­nie bar­dziej zróż­ni­co­wane niż biedne osie­dla Atlanty w latach sie­dem­dzie­sią­tych. W dodatku sam był dość przy­stojny, co uła­twiało mu nawią­za­nie rela­cji. Wie­lo­krot­nie w póź­niej­szym śledz­twie funk­cjo­na­riu­sze sły­szeli, że Jeff był sym­pa­tycz­nym, wzbu­dza­ją­cym zaufa­nie mło­dym męż­czy­zną, który nie spra­wiał wra­że­nia nie­bez­piecz­nego, a raczej lekko nie­zdar­nego i nie­śmia­łego. Tymi cechami Dah­mer mógł swo­bod­nie masko­wać roz­wi­ja­jące się w jego umy­śle bestial­stwo. Gdy Jeff poznał męż­czy­znę, który wpadł mu w oko, robił wszystko, by go zdo­być. Nie były to jed­nak roman­tyczne randki i spa­cery przy świe­tle księ­życa. Fan­ta­zje Dah­mera były pato­lo­giczne i nie miały nic wspól­nego z histo­riami miło­snymi zna­nymi z fil­mów.

W 1987 roku Jef­frey poznał dwu­dzie­sto­pię­cio­let­niego Ste­vena Tuomi. Młody męż­czy­zna pra­co­wał w restau­ra­cji. Po zakoń­cze­niu swo­jej zmiany odwie­dził parę oko­licz­nych noc­nych klu­bów. Chciał się zaba­wić i wypić kilka drin­ków. Doj­rzał go wtedy Dah­mer, który od razu zwró­cił uwagę na przy­stoj­nego nie­zna­jo­mego. Męż­czyźni zaczęli roz­ma­wiać, a chwilę póź­niej Jeff wyznał, że ma zare­zer­wo­wany pokój w pobli­skim Ambas­sa­do­rze. Zapy­tał Ste­vena, czy ma ochotę spę­dzić tę noc wła­śnie z nim. Mło­dzie­niec przy­tak­nął i w towa­rzy­stwie Jeffa opu­ścił klub, kie­ru­jąc się w stronę hotelu.

Po dotar­ciu do pokoju Dah­mer przy­go­to­wał zna­jo­memu drinka. Tuomi chęt­nie go wypił, nie zauwa­ża­jąc nawet, że w środku były pokru­szone środki nasenne. Gdy męż­czy­zna stra­cił nad sobą kon­trolę, Jeff zaczął go bru­tal­nie bić. W póź­niej­szym prze­słu­cha­niu prze­ko­ny­wał, że nie pamię­tał wyda­rzeń z tam­tej nocy. Tę wer­sję powta­rzał też w tele­wi­zyj­nych wywia­dach, mię­dzy innymi w ame­ry­kań­skim pro­gra­mie Inside Edi­tion:

Spę­dzi­łem z nim noc. Nie mia­łem zamiaru go krzyw­dzić. Kiedy obu­dzi­łem się rano, zauwa­ży­łem, że ma zła­mane żebro i sporo sinia­ków. Musia­łem pobić go pię­ściami na śmierć. Zupeł­nie tego nie pamię­ta­łem.

Był to już kolejny raz, gdy Dah­mer zapew­niał, że nie pamięta tego, w jaki spo­sób zabi­jał swoje ofiary. W póź­niej­szym cza­sie, już po zatrzy­ma­niu, prze­ko­ny­wał też, że dużą rolę w jego zacho­wa­niu odgry­wał alko­hol, który nie tylko popy­chał go do nie­wy­obra­żal­nej agre­sji, ale też mocno ogra­ni­czał moż­li­wość pra­wi­dło­wego reje­stro­wa­nia wyda­rzeń.

Według nie­któ­rych źró­deł obra­że­nia, jakie zadał Ste­ve­nowi, były bar­dzo duże i roz­le­głe. Poja­wiają się nawet teo­rie o pró­bie wyrwa­nia serca, ale nie zostały ni­gdy ofi­cjal­nie potwier­dzone przez śled­czych. Wiemy za to na pewno, co Jef­frey zro­bił ze zwło­kami zna­jo­mego. Gdy zro­zu­miał, że Tuomi nie żyje, kupił w skle­pie walizkę, wło­żył do niej ciało, a następ­nie zawiózł paku­nek do domu babci i w piw­nicy poćwiar­to­wał zwłoki. Rodzina Ste­vena począt­kowo pró­bo­wała odna­leźć go na wła­sną rękę, dla­tego ofi­cjal­nie jego zagi­nię­cie zgło­siła poli­cji dopiero po trzech mie­sią­cach. W tym cza­sie Dah­mer zdą­żył już dokład­nie pozbyć się frag­men­tów ciała męż­czy­zny. Ni­gdy ich nie odna­le­ziono, dla­tego Jef­freya nie oskar­żono o zabój­stwo Ste­vena.

Psy­cho­tyczny pociąg wypeł­niony pożą­da­niem i pra­gnie­niem zabi­ja­nia, do któ­rego wsiadł Dah­mer, był już nie do zatrzy­ma­nia. Chęć posia­da­nia pod­da­nego mu kochanka wypeł­niała jego myśli każ­dego dnia i prze­wyż­szała wszyst­kie inne życiowe potrzeby. Roz­po­czął więc polo­wa­nie na kolejną ofiarę.

Stał się nią zale­d­wie czter­na­sto­letni James Doxta­tor. Szes­na­stego stycz­nia 1988 roku chło­piec uciekł z domu przed agre­syw­nym ojczy­mem. Na przy­stanku auto­bu­so­wym poznał wła­śnie Dah­mera, który zapro­sił go do domu swo­jej babci. Pod nie­obec­ność kobiety zamknął się z nim w pokoju, upra­wiał seks, a następ­nie odu­rzył i udu­sił. Ciało chłopca scho­wał w piw­nicy i wie­lo­krot­nie wra­cał do niego, by z nim współ­żyć. Jef­frey prze­szedł więc od sek­su­al­nych fan­ta­zji o bez­wol­nych kochan­kach do mor­do­wa­nia, a także nekro­fi­lii.

Podobną skłon­ność prze­ja­wiało wielu seryj­nych zabój­ców. Mię­dzy innymi Ed Kem­per (prze­czy­ta­cie o nim w ostat­nim roz­dziale), który upra­wiał seks z odcię­tymi wcze­śniej gło­wami swo­ich ofiar. Nekro­fi­lia to osią­ga­nie satys­fak­cji sek­su­al­nej ze zmar­łymi. Ter­min ten został wpro­wa­dzony po spra­wie sier­żanta fran­cu­skiej armii z połowy XIX wieku François Ber­tranda, który nazy­wany był Wam­pi­rem z Mont­par­nasse. Roz­grze­by­wał on groby na pary­skim cmen­ta­rzu, zabie­rał zwłoki, a następ­nie z nimi współ­żył. Satys­fak­cję sek­su­alną dawało mu też ćwiar­to­wa­nie ciał, wie­lo­krot­nie się przy tym mastur­bo­wał. Po zatrzy­ma­niu prze­ko­ny­wał, że jego skłon­no­ści zaczęły poja­wiać się w związku z sil­nymi bólami głowy i koła­ta­niem serca. Po zbez­czesz­cze­niu zwłok szes­na­sto­let­niej dziew­czyny mówił:

Obsy­pa­łem ją poca­łun­kami i dziko przy­ci­sną­łem do serca. Wszystko, czym można się cie­szyć w rela­cjach z żywą kobietą, jest niczym w porów­na­niu z przy­jem­no­ścią, jakiej doświad­czy­łem. Po tym jak cie­szy­łem się tym przez bli­sko kwa­drans, podob­nie jak wcze­śniej pocią­łem ciało i wyrwa­łem wnętrz­no­ści. Następ­nie ponow­nie pocho­wa­łem zwłoki.

Nekro­fi­lia to połą­cze­nie grec­kich słów "nekros", czyli zwłoki, z "phi­lia" - miłość, przy­jaźń. Trudno dziś okre­ślić, jak duża jest skala tego zabu­rze­nia, bo osoby, które na nie cier­pią, rzadko się ujaw­niają albo raczej zostają ujaw­nione. Czę­sto na wiele spo­so­bów szu­kają kon­taktu ze zwło­kami. Cza­sem posu­wają się do eks­tre­mal­nych roz­wią­zań w postaci roz­ko­py­wa­nia gro­bów, innym razem szu­kają zajęć, które zapew­ni­łyby im nie­ustanny kon­takt z ludz­kimi cia­łami. Może to być praca w kost­nicy lub na cmen­ta­rzu. Dok­tor Andrzej Gaw­liń­ski, praw­nik i kry­mi­na­li­styk, w pracy Nekro­fi­lia jako pro­blem inter­dy­scy­pli­narny pisał:

Jako forma zaspo­ko­je­nia popędu sek­su­al­nego nekro­fi­lia jest znana od tysiąc­leci (Hero­dot opi­sy­wał zwy­czaje prak­ty­ko­wane przez sta­ro­żyt­nych Egip­cjan w celu zapo­bie­ga­nia aktom nekro­fil­nym). Prze­jawy nekro­fi­lii odnaj­dziemy w mito­lo­gii (Achil­les i kró­lowa Ama­zo­nek czy też Perian­der, który wyko­rzy­sty­wał sek­su­al­nie zwłoki zabi­tej przez sie­bie żony), a motyw przy­wra­ca­nia czło­wieka do życia poja­wia się też w baj­kach ("Śpiąca Kró­lewna") oraz w lite­ra­tu­rze ("Romeo i Julia", "Wichrowe wzgó­rza").

Co cie­kawe, nekro­fi­lia naj­czę­ściej dotyka hete­ro­sek­su­al­nych męż­czyzn w prze­dziale wie­ko­wym dwa­dzie­ścia - pięć­dzie­siąt lat, ale przy­kład Dah­mera poka­zuje, że zja­wi­sko to może wystę­po­wać rów­nież w śro­do­wi­sku homo­sek­su­al­nym. Nekro­file naj­czę­ściej decy­dują się na deli­katny kon­takt ze zwło­kami - poca­łunki lub dotyk w miej­scach intym­nych. Zde­cy­do­wa­nie rza­dziej się­gają po oka­le­cza­nie zwłok i wam­pi­ryzm, czyli picie ludz­kiej krwi (prak­ty­ko­wał to Peter Kürten nazy­wany Wam­pi­rem z Düsseldorfu). Trudno jed­no­znacz­nie oce­nić przy­czynę wystę­po­wa­nia nekro­fi­lii, wła­śnie ze względu na to, że nie jest ona jesz­cze do końca zba­dana. Zauwa­żono jed­nak, że osoby, które cier­pią na to zabu­rze­nie, prze­ja­wiają rów­nież sadyzm, psy­chozę, zoo­fi­lię (czyli pociąg sek­su­alny do zwie­rząt), a także pod­glą­dac­two (obser­wo­wa­nie aktyw­no­ści sek­su­al­nej). Bar­dzo czę­sto nekro­file swoje zabu­rze­nia tłu­ma­czą chę­cią posia­da­nia part­nera, który będzie im pod­dany, nie odrzuci ich, nie skrzyw­dzi i nie będzie sta­wiał oporu przy naj­bar­dziej wyuz­da­nych i bru­tal­nych czyn­no­ściach sek­su­alnych. Dokład­nie takiego motywu wie­lo­krot­nie uży­wał Dah­mer.

Pro­fe­sor medy­cyny sądo­wej Anil Aggra­wal skla­sy­fi­ko­wał nekro­fi­lię w nastę­pu­jący spo­sób:

1. Nekro­fil gra­jący rolę - jest to osoba o nie­znacz­nym stop­niu pato­lo­gii, nie upra­wia seksu z mar­twymi ludźmi, ale pod­nieca go odgry­wa­nie ról przez kochanka/kochankę. Osiąga inten­sywne pod­nie­ce­nie, gdy żywa osoba udaje mar­twą. Nie­kiedy wystar­czy jedy­nie maki­jaż, który będzie koja­rzył się ze zmar­łym, tj. nie­na­tu­ral­nie blada skóra. Według nie­któ­rych spe­cja­li­stów ten rodzaj nekro­fila należy nazy­wać pseu­do­ne­kro­fi­lem.

2. Roman­tyczny nekro­fil - osoba, która wyka­zuje bar­dzo łagodne ten­den­cje nekro­filne. Pogrą­żona w żało­bie, która nie potrafi pogo­dzić się z tym, że bli­ska jej osoba ode­szła. Dla­tego decy­duje się na mumi­fi­ko­wa­nie zwłok (w cało­ści lub ich frag­men­tów) i trak­tuje je tak, jakby na­dal była to żywa osoba, łącz­nie z kon­tek­stem sek­su­al­nym. Taka osoba zazwy­czaj po wyj­ściu z żałoby nie prze­ja­wia już dal­szych zacho­wań nekro­filnych.

3. Nekro­fil fan­ta­zju­jący - nie decy­duje się na współ­ży­cie ze zmar­łymi, sku­pia się na fan­ta­zjo­wa­niu o tym. Zda­rza się, że odwie­dza cmen­ta­rze oraz domy pogrze­bowe, by jedy­nie popa­trzeć na zwłoki. To daje mu ero­tyczną przy­jem­ność. Cza­sem idzie o krok dalej i mastur­buje się w trak­cie pogrzebu, oczy­wi­ście nie publicz­nie, a ukry­wa­jąc się gdzieś z boku. Chce jed­nak sły­szeć kaza­nia pogrze­bowe i widzieć tłum ludzi, któ­rzy towa­rzy­szą zmar­łemu w ostat­niej dro­dze.

4. Nekro­fil doty­ka­jący - w prze­ci­wień­stwie do poprzed­nich przy­pad­ków nekro­fil doty­ka­jący, jak suge­ruje zresztą sama nazwa, do osią­gnię­cia satys­fak­cji sek­su­al­nej potrze­buje już pew­nego kon­taktu ze zmar­łym. Chce doty­kać, gła­skać, a nawet lizać zwłoki, a zazwy­czaj obszar jego zain­te­re­so­wa­nia obej­muje miej­sca intymne. To wła­śnie wielu nekro­fili doty­ka­jących stara się o zatrud­nie­nie w kost­nicy lub innych miej­scach, w któ­rych wyma­gany jest bez­po­średni kon­takt z ludz­kimi cia­łami.

5. Nekro­fil fety­szy­sta - taka osoba rów­nież nie decy­duje się na seks ze zmar­łym, ale zamiast tego kolek­cjo­nuje frag­menty ciała. Może zatrzy­mać przy sobie włosy łonowe, palec, pierś - wszystko po to, by póź­niej osią­gać satys­fak­cję sek­su­alną. Czę­sto zabie­rają zmar­łym też ich przed­mioty oso­bi­ste, na przy­kład bie­li­znę. Zda­rza się, że noszą te rze­czy lub frag­menty ciał przy sobie, cho­ciażby w kie­szeni. W ten spo­sób pod­dają samych sie­bie nie­ustan­nej sty­mu­la­cji sek­su­al­nej. Według Aggra­wala - podob­nie jak w przy­padku roman­tycz­nego nekro­fila - tutaj rów­nież pod­łoże w wielu przy­pad­kach może się­gać żałoby po stra­cie bli­skiej osoby. Stąd chęć zacho­wa­nia czę­ści jej już na zawsze.

6. Nekro­fil oka­le­cza­jący - taki osob­nik także nie prze­ja­wia zain­te­re­so­wa­nia sek­sem ze zmar­łym, ale przy­jem­ność daje mu oka­le­cza­nie zwłok. Robiąc to, zazwy­czaj się mastur­buje. Zda­rza się, że taki nekro­fil decy­duje się też na kani­ba­lizm, co ma wzma­gać jego dozna­nie sek­su­alne. Osoby cier­piące na ten rodzaj zabu­rze­nia czę­sto zatrud­niają się do pracy w kost­nicy, dzięki czemu mają łatwy dostęp do zwłok, mogą je też roz­ci­nać i badać.

7. Nekro­fil opor­tu­ni­sta - ten przy­pa­dek jest już gotowy do upra­wia­nia seksu ze zwło­kami, choć nie dąży do tego usil­nie. Jeśli jed­nak nada­rzy się oka­zja, może się na to zde­cy­do­wać. Pro­sty przy­kład, który pomoże zobra­zo­wać ten ter­min: mąż zabija żonę. Gdy zaczyna prze­no­sić jej zwłoki, poja­wia się u niego pod­nie­ce­nie. Decy­duje się więc na seks ze zwło­kami, choć wcze­śniej o tym nie fan­ta­zjo­wał - wie dosko­nale, czym jest nekro­fi­lia i jakie nie­sie za sobą kon­se­kwen­cje prawne. Mimo to współ­żyje z cia­łem żony.

8. Zwy­kły nekro­fil - choć brzmi to nie­win­nie, jest to opis bar­dzo nie­bez­piecz­nego i pato­lo­gicz­nego czło­wieka. Nie potrafi zna­leźć przy­jem­no­ści w zbli­że­niu z żywą osobą, nawet gdyby miał taką moż­li­wość. Jedyną satys­fak­cję może mu zapew­nić seks ze zmar­łym. Taki nekro­fil decy­duje się już na kra­dzież zwłok z kost­nic lub cmen­ta­rzy. Nie ozna­cza to, że nie doświad­cza zbli­żeń z żywymi, wręcz prze­ciw­nie. Może ich doświad­czać w miarę regu­lar­nie. Pro­blem w tym, że nie dają mu one żad­nej przy­jem­no­ści, tej szuka póź­niej wła­śnie wśród zmar­łych.

9. Nekro­fil mor­derca - dra­pież­nik, który tak bar­dzo pra­gnie seksu ze zmar­łym, że decy­duje się na popeł­nie­nie zbrodni. Nie zależy mu na zwło­kach, które już są pocho­wane, chce współ­żyć ze - jak­kol­wiek nie­sto­sow­nie to zabrzmi - świe­żymi cia­łami. Zależy mu na tym, by upra­wiać seks z osobą, któ­rej sam ode­brał życie.

10. Nekro­fil eks­klu­zywny - osoba o skraj­nym zabu­rze­niu sek­su­al­nym, która nie jest w sta­nie współ­żyć z oso­bami żywymi i w ogóle nie decy­duje się na ten rodzaj zbli­że­nia. Satys­fak­cję jest w sta­nie osią­gnąć tylko poprzez seks ze zmar­łymi i zrobi wszystko, by mieć do nich dostęp. Może posu­nąć się nawet do prze­stęp­stwa, byle tylko osią­gnąć swój cel. Mar­twe ciało jest abso­lut­nie nie­zbędne, by poczuł się speł­niony w sfe­rze sek­su­al­nej. Choć nie jest uwa­żany za naj­bar­dziej nie­bez­piecz­nego nekro­fila, to zna­lazł się na samym końcu tego zesta­wie­nia ze względu na swoją nie­prze­wi­dy­wal­ność w dzia­ła­niu.

Jef­frey Dah­mer bez wąt­pie­nia należy do nekro­fów dzie­wią­tej kate­go­rii - mor­der­ców. Wybie­rał kon­kretne ofiary, które pozba­wiał życia, by mieć je przy sobie i dowol­nie wyko­rzy­sty­wać. Nie inte­re­so­wało go roz­grze­by­wa­nie gro­bów czy wykra­da­nie ciał z kost­nicy. Chciał mieć part­nera na wła­sność, a to miało mu zapew­nić zabi­cie go. Taki los spo­tkał wymie­nio­nego wcze­śniej czter­na­sto­let­niego Doxta­tora.

Kolej­nym celem Jef­freya stał się dwu­dzie­sto­dwu­letni Richard Guer­rero, a rok póź­niej dwu­dzie­stocz­te­ro­letni Anthony Sears, który był ostat­nim męż­czy­zną zabi­tym w domu babci. Dah­mer spra­wiał kobie­cie mnó­stwo pro­ble­mów. Wra­cał pijany, przy­pro­wa­dzał nie­zna­jo­mych, a do tego z piw­nicy coraz czę­ściej i inten­syw­niej docie­rały nie­przy­jemne zapa­chy. Żadne prośby i próby roz­mowy z wnu­kiem nie przy­nio­sły pożą­da­nych rezul­ta­tów, dla­tego bab­cia popro­siła go, by zna­lazł sobie inne lokum. Dah­mer nie miał więc wyj­ścia, musiał zmie­nić miej­sce zamiesz­ka­nia. Oka­zja tra­fiła się w zachod­niej czę­ści Mil­wau­kee. Jef­frey zna­lazł tam nie­wiel­kie miesz­ka­nie, które udało mu się wyna­jąć. Była to ostat­nia loka­li­za­cja, w któ­rej się osie­dlił, zanim został zatrzy­many przez poli­cję.

Nim jed­nak to nastą­piło, na dro­dze Dah­mera sta­nęło wielu mło­dych męż­czyzn, któ­rym mor­derca ode­brał życie. Pew­nego dnia zwa­bił do sie­bie trzy­na­sto­let­niego Som­sacka Sin­tha­som­phone'a. Zaofe­ro­wał mu 50 dola­rów za sesję foto­gra­ficzną. Chło­pak zgo­dził się i wszedł do miesz­ka­nia męż­czyzny, który chwilę póź­niej pró­bo­wał go zgwał­cić. Nasto­la­tek zdo­łał jed­nak uciec i zawia­do­mić poli­cję. Funk­cjo­na­riu­sze przy­je­chali na miej­sce i zatrzy­mali Dah­mera, który został ska­zany na rok pro­gramu reha­bi­li­ta­cyj­nego. Ozna­czało to, że w ciągu dnia musiał sta­wiać się w pracy - w jego przy­padku było to sta­no­wi­sko w fabryce cze­ko­lady - a noce spę­dzał w wię­zie­niu. Oczy­wi­ście o wszyst­kim został poin­for­mo­wany jego ojciec, który coraz bar­dziej nie­po­koił się zacho­wa­niem syna:

O wszyst­kim dowie­dzia­łem się przez tele­fon. Pierw­szy raz zda­łem sobie sprawę, że Jeff naprawdę prze­kro­czył gra­nicę, która oddziela jego wła­sne samo­znisz­cze­nie od znisz­cze­nia innego, obcego czło­wieka. Som­sack Sin­tha­som­phone był nie­winną ofiarą, a zgod­nie z pra­wem był też dziec­kiem. Mój syn celowo zwa­bił go do swo­jego nowego miesz­ka­nia, odu­rzył, a następ­nie chciał wyko­rzy­stać sek­su­al­nie. Kiedy o tym wszyst­kim usły­sza­łem, byłem obu­rzony, cho­ciaż już dawno prze­stało zaska­ki­wać mnie, co robi Jeff. W każ­dym razie pamię­tam, że sku­pi­łem się na tym, by wyko­nać nie­zbędne dzia­ła­nia, które zapew­nią Jef­fowi wszystko, czego potrze­buje. Zna­la­złem praw­nika do jego obrony i zadba­łem o to, by wpły­nęła kau­cja w wyso­ko­ści dwóch tysięcy dola­rów od mojej matki.

W roz­mo­wie z ojcem Dah­mer prze­ko­ny­wał, że nie miał poję­cia, ile nasto­la­tek miał lat. To było kłam­stwo, bo chło­pak powie­dział mu o tym nie­mal od razu, na początku spo­tka­nia. Jeff zapew­niał też, że nie chciał mu zro­bić krzywdy i dekla­ro­wał, że wię­cej się to nie powtó­rzy. Ale Lio­nel prze­stał wie­rzyć i ufać pier­wo­rod­nemu. Był prze­ko­nany, że to dopiero począ­tek praw­dzi­wych pro­ble­mów i należy nie­zwłocz­nie pod­jąć wszel­kie moż­liwe kroki, by uchro­nić spo­łe­czeń­stwo przed Jef­freyem:

Zoba­czy­łem wów­czas mło­dego męż­czy­znę, któ­remu bra­ko­wało cze­goś istot­nego. Ujrza­łem mło­dego czło­wieka, który nie miał w sobie tego ele­mentu wła­snej woli, która pozwala czło­wie­kowi zawład­nąć swoim życiem i nim kie­ro­wać. Od tego momentu, gdy patrzy­łem, jak Jeff wraca do wię­zie­nia, by odsie­dzieć swój wyrok, wie­dzia­łem, że jeśli kie­dy­kol­wiek miałby zostać napra­wiony, to tylko za wsta­wien­nic­twem jakiejś innej siły niż wła­sna wola, rów­nież moja. To mógł być Bóg, to mogło być też pań­stwo, jakiś pro­gram dorad­czy albo po pro­stu jakaś inna osoba, która wbrew wszel­kim prze­ciw­no­ściom nauczy­łaby go, jak żyć lepiej. Jaka­kol­wiek byłaby to siła, musia­łaby pocho­dzić spoza Jeffa i nie był­bym to ja. Dla­tego zaczą­łem szu­kać tego zewnętrz­nego roz­wią­za­nia. Nie wie­rzy­łem już, że mój wpływ może pomóc synowi. (...) Wie­dzia­łem, że nie będzie już wię­cej wspól­nego sia­da­nia przy stole, aby pla­no­wać dal­szą przy­szłość, musia­łem skoń­czyć z tymi pomoc­nymi i dobrymi inten­cjami, które sku­pia­łyby się wokół nauki i kariery.

Koniec z uda­wa­niem, że to tylko krnąbrny, młody czło­wiek. Mój syn wyszedł poza zasięg zwy­kłej opieki.

Lio­nel zde­cy­do­wał się napi­sać list do adwo­kata Geralda Boyle'a, który repre­zen­to­wał Dah­mera. Bła­gał w nim o umiesz­cze­nie syna na odwyku. Prze­ko­ny­wał, że ma ogromny pro­blem i wymaga pil­nej pro­fe­sjo­nal­nej pomocy. Ale sędzia nie podzie­lił tych obaw i argu­men­tów. W odpo­wie­dzi napi­sał Lio­nelowi, że Jef­frey zapew­niał, iż panuje nad wszyst­kim, zamie­rza pod­dać się lecze­niu, a jedyne, czego pra­gnie, to wró­cić do pra­wi­dło­wego funk­cjo­no­wa­nia w spo­łe­czeń­stwie. Sędzia w te słowa uwie­rzył i wyra­ził duży podziw dla postawy Dah­mera. Jego ojciec czuł się bez­radny. Nie tylko nie spra­wił, że syn został dłu­żej w zamknię­ciu, ale nawet nie zapo­biegł jego wcze­śniej­szemu wyj­ściu na wol­ność. Jeff zakoń­czył odby­wa­nie kary dwa mie­siące przed zasą­dzo­nym ter­mi­nem.

Miesz­ka­nie, które wybrał sobie Dah­mer, znaj­do­wało się w ubo­giej dziel­nicy Mil­wau­kee. Był tam jed­nym z nie­licz­nych bia­łych loka­to­rów, więk­szość oko­licy zamiesz­ki­wali czar­no­skó­rzy oby­wa­tele. Jef­frey nie mógł więc lepiej tra­fić. Cała uwaga śled­czych sku­piała się wła­śnie na sąsia­dach, a on mógł spo­koj­nie reali­zo­wać swoje cele. W dodatku był wyjąt­kowo spo­koj­nym czło­wie­kiem, nie­kon­flik­to­wym i nie wda­wał się w żadne awan­tury. Robił wszystko, żeby dla opi­nii publicz­nej być jak naj­bar­dziej prze­zro­czy­stym. W dodatku jego miesz­ka­nie znaj­do­wało się w pobliżu klu­bów dla homo­sek­su­ali­stów, więc mógł swo­bod­nie polo­wać na kolejne ofiary.

Jego celem w maju 1990 roku stał się trzy­dzie­sto­dwu­letni Ray­mond Smith, który był męską pro­sty­tutką. Dah­mer zapro­sił go do sie­bie, pro­po­nu­jąc 50 dola­rów za seks. Na miej­scu podał ofie­rze drinka, do któ­rego wrzu­cił kilka table­tek nasen­nych. Gdy Smith stra­cił przy­tom­ność, Jef­frey go udu­sił. Póź­niej pola­ro­idem zro­bił mu kilka zdjęć, ukła­da­jąc jego ciało w odpo­wiedni spo­sób, a następ­nie poćwiar­to­wał zwłoki w łazience. Nogi, ręce i mied­nicę ugo­to­wał, a kości roz­pu­ścił w pojem­niku, który wcze­śniej wypeł­nił kwa­sem. Zosta­wił sobie jedy­nie czaszkę, którą poma­lo­wał czarną farbą i scho­wał w meta­lo­wej szafce na doku­menty. W ten spo­sób Dah­mer zaczął kolek­cjo­no­wać tro­fea.

Nie­cały mie­siąc póź­niej jego ofiarą stał się dwu­dzie­sto­ośmio­letni Edward Smith, a we wrze­śniu dwu­dzie­sto­dwu­letni Ernest Mil­ler. Wła­śnie wtedy zaczął się kolejny, jesz­cze bar­dziej maka­bryczny roz­dział w histo­rii Dah­mera. Po zabi­ciu dwu­dzie­sto­dwu­latka roz­człon­ko­wał jego ciało, szkie­let scho­wał do szu­flady, a serce, bicepsy i czę­ści nóg wło­żył do zamra­żarki. Zamie­rzał je póź­niej zjeść. Z mor­dercy i nekro­fila Jef­frey prze­szedł więc do kolej­nej, nowej roli - kani­bala. W przy­padku Dah­mera taka prak­tyka miała głę­bo­kie pod­łoże emo­cjo­nalne. Nie zale­żało mu na samym smaku ludz­kiego mięsa, a na pew­nym sca­le­niu się z kochan­kami. Wie­rzył, że - zja­da­jąc ofiary - będzie jesz­cze bli­żej nich. Zupeł­nie tak, jakby wchła­nia­jąc ich mięso, czy­nił kochan­ków czę­ścią samego sie­bie. W ten spo­sób mieli być z nim już na zawsze. Wła­śnie na tym Jef­freyowi zale­żało najbar­dziej: chciał mieć przy sobie kogoś, kto ni­gdy by go nie opu­ścił. Kani­ba­lizm miał mu w tym pomóc.

Dwa­dzie­ścia dwa dni po zabój­stwie Mil­lera Dah­mer zwa­bił do swo­jego miesz­ka­nia dwu­dzie­sto­dwu­let­niego Davida Tho­masa. Sys­tem mor­do­wa­nia opa­no­wał do per­fek­cji. Naj­pierw odu­rzał, póź­niej dusił, a następ­nie ćwiar­to­wał. Ten sam sche­mat zasto­so­wał też wobec Tho­masa. W lutym 1991 roku Jeff zabił sie­dem­na­sto­let­niego Cur­tisa Strau­ghera. W kwiet­niu jego ofiarą stał się dzie­więt­na­sto­letni Errol Lind­sey, któ­rego przed zabój­stwem Dah­mer tor­tu­ro­wał. Chciał, by chło­pak swoim zacho­wa­niem przy­po­mi­nał zombi - ruszał się, jadł, ale był cał­ko­wi­cie otę­piały i bez moż­li­wo­ści kon­tro­lo­wa­nia tego, co się z nim dzieje. Cał­ko­witą wła­dzę nad nim miał spra­wiać Jef­frey. Dla­tego odu­rzo­nemu chło­pakowi wywier­cił w czaszce dziurę, a następ­nie wstrzyk­nął mu do mózgu kwas. Z rela­cji samego Dah­mera wynika, że ofiara począt­kowo żyła, odzy­skała na chwilę przy­tom­ność, a następ­nie znów ją utra­ciła. Wtedy kani­bal udu­sił chło­paka, oskó­ro­wał i poćwiar­to­wał. Jego czaszkę rów­nież zacho­wał. Próby stwo­rze­nia zombi Jef­frey nazy­wał tech­niką wier­ce­nia, którą póź­niej zamie­rzał udo­sko­na­lać aż do momentu, w któ­rym osią­gnie cel.

W maju tego samego roku Damer zabił trzy­dzie­sto­jed­no­let­niego Tony'ego Hughesa, a także czter­na­sto­let­niego Kone­raka Sin­tha­som­phone'a. Co cie­kawe, chło­pak był młod­szym bra­tem nasto­latka, o któ­rego mole­sto­wa­nie Dah­mer został oskar­żony trzy lata wcze­śniej. Kone­rak jako jeden z nie­licz­nych, który spo­tkał na swo­jej dro­dze Jef­freya, miał szansę na prze­ży­cie. Poznał męż­czy­znę w cen­trum han­dlo­wym. Kani­bal pod­szedł do niego i zapro­po­no­wał mu sesję zdję­ciową, za którą póź­niej nasto­la­tek otrzy­małby pie­nią­dze. Kone­rak potrze­bo­wał gotówki, dla­tego zgo­dził się i poszedł z nie­zna­jo­mym do jego miesz­ka­nia. Tam jed­nak szybko został odu­rzony, ale Dah­mer nie zamie­rzał zabi­jać go od razu. Po kilku godzi­nach wyko­rzy­sty­wa­nia chłopca wyszedł z domu i zosta­wił ofiarę na jakiś czas samą. Wtedy Kone­rak odzy­skał przy­tom­ność i ledwo świa­domy tego, co się dzieje, cał­ko­wi­cie nagi wyszedł z miesz­ka­nia i poszedł przed sie­bie. Był roz­trzę­siony i otu­ma­niony. Dotarł na róg pobli­skiej ulicy, gdzie spo­tkał dwie kobiety - San­drę Smith i Nicole Chil­dress. Od razu zajęły się chłop­cem i powia­do­miły odpo­wied­nie służby. W tym cza­sie Dah­mer zdą­żył już wró­cić do domu. Gdy odkrył, że Kone­raka nie ma w środku, wybiegł z budynku i zaczął szu­kać chłopca. Był prze­ra­żony, że jego poukła­dane, mroczne życie wkrótce zosta­nie zde­ma­sko­wane, a on zamiast poszu­ki­wać ide­al­nego part­nera, będzie oglą­dał świat zza krat. To też poka­zuje, że Jef­frey dosko­nale wie­dział, że to, co robi, jest złe i karalne. O dzia­ła­niu w sta­nie nie­po­czy­tal­no­ści nie mogło być więc mowy.

Na swoje szczę­ście po kilku minu­tach Dah­mer zna­lazł chło­paka, a także kobiety, które zdą­żyły się nim już zająć. Jeff tłu­ma­czył, że nasto­la­tek jest jego part­ne­rem, wypił za dużo i wyszedł z miesz­ka­nia. Ale nie­zna­jome nie kupiły tej opo­wie­ści i ostro zapro­te­sto­wały, gdy Dah­mer pró­bo­wał zabrać chłopca ze sobą. Po chwili na miej­sce dotarła poli­cja. Jef­frey powtó­rzył swoją wer­sję, dodał też, że on i Kone­rak po pro­stu się pokłó­cili, dla­tego part­ner pod wpły­wem alko­holu wyszedł nagi z domu. Rela­cjo­nu­jąc swoją histo­rię, Jef­frey był nie­zwy­kle spo­kojny i uprzejmy, a funk­cjo­na­riu­sze z łatwo­ścią dali sobą mani­pu­lo­wać. By potwier­dzić, że mówi prawdę, zapro­wa­dził poli­cjantów do swo­jego miesz­ka­nia. Poka­zał im ubra­nia, a także zdję­cia, które zro­bił kilka godzin wcze­śniej. Był na nich Kone­rak, czę­ściowo roz­ne­gli­żo­wany, co miało potwier­dzać, że rze­czy­wi­ście są ze sobą w dość zaży­łej rela­cji. Funk­cjo­na­riu­sze rozej­rzeli się też pobież­nie po samym pokoju, ale pomiesz­cze­nie było sta­ran­nie wysprzą­tane i nie budziło żad­nych zastrze­żeń. Prze­ko­nani, że zgod­nie z wer­sją star­szego męż­czy­zny mieli do czy­nie­nia z kłót­nią kochan­ków, wyszli z miesz­ka­nia, zosta­wia­jąc Kone­raka na pastwę Dah­mera. Gdy tylko drzwi się zamknęły, a poli­cjanci znik­nęli z pola widze­nia, Jeff wstrzyk­nął Kone­rakowi kwas do mózgu. Nasto­la­tek nie prze­żył tych tor­tur, a kani­bal roz­człon­ko­wał jego ciało.

W czerwcu tego samego roku w Chi­cago w trak­cie Parady Rów­no­ści Jef­frey poznał dwu­dzie­sto­let­niego Matta Tur­nera, któ­rego rów­nież chwilę póź­niej zabił. Kolej­nymi ofia­rami byli dwu­dzie­sto­trzy­letni Jere­miah Wein­ber­ger i dwu­dzie­stocz­te­ro­letni Oli­ver Lacy. Ostat­nim łupem Kani­bala z Mil­wau­kee był dwu­dzie­sto­pię­cio­letni Joseph Bra­de­holt.

Kres tych krwa­wych i bru­tal­nych zbrodni nastą­pił w lipcu 1991 roku. Dah­mer pró­bo­wał zwa­bić do miesz­ka­nia kolejną ofiarę. Pozna­nym na ulicy trzem bez­dom­nym męż­czy­znom zapro­po­no­wał sto dola­rów w zamian za pozo­wa­nie do zdjęć. Zgo­dził się na to jedy­nie trzy­dzie­sto­dwu­letni Tracy Edwards. Poszedł z Dah­merem do jego miesz­ka­nia, ale gdy tylko otwo­rzyły się drzwi, z wnę­trza buch­nął nie­przy­jemny zapach. Już wtedy Tracy poczuł nie­po­kój, mimo to zde­cy­do­wał się wejść do środka. Kusiła go per­spek­tywa szyb­kiego i łatwego zarobku. W jed­nym z pomiesz­czeń zoba­czył kilka pudeł po kwa­sie chlo­ro­wo­do­ro­wym. Jef­frey dostrzegł zmie­sza­nie nowego zna­jo­mego, dla­tego natych­miast zaczął z nim roz­ma­wiać, zupeł­nie tak, jakby chciał odwró­cić jego uwagę. Po chwili szyb­kim ruchem zało­żył mu na dło­nie kaj­danki. Zabrał go do sypialni, gdzie kazał mu nago pozo­wać do zdjęć. To wła­śnie tam Edwards zoba­czył ogromną beczkę, z któ­rej docho­dził roz­prze­strze­nia­jący się po miesz­ka­niu odór. Przez cały ten czas Jef­frey gro­ził Tracy'emu nożem. Prze­ra­żony męż­czy­zna robił wszystko, co kazał mu mor­derca. Jak póź­niej zeznał poli­cji, Dah­mer usiadł z nim na łóżku, a następ­nie włą­czył na kase­cie VHS film Egzor­cy­sta III. Kil­ka­na­ście minut póź­niej pole­cił Edward­sowi, by poło­żył się na pod­ło­dze. Dah­mer uło­żył się tuż obok niego, przy­tknął głowę do jego piersi i słu­chał bicia serca.

- Powie­dział, że zje moje serce - zeznał Edwards poli­cjan­tom. Na dowód, że nie żar­tuje, Jef­frey poka­zał męż­czyź­nie ludzką rękę, którą trzy­mał w szafce. Otwo­rzył też lodówkę, w któ­rej prze­cho­wy­wał głowę jed­nej z ofiar. Podobny los spo­tkałby rów­nież Tracy'ego, gdyby nie jego odwaga i wola walki. Nie zamie­rzał uła­twiać psy­cho­pa­cie zada­nia i pozwo­lić się zabić. Naj­pierw posta­no­wił wzbu­dzić zaufa­nie Dah­mera. Roz­piął więc koszulę, powta­rzał, że jest jego przy­ja­cie­lem i pozo­sta­nie nim już na zawsze. Dosko­nale wyczuł jego potrzeby, bo wła­śnie na trwa­łej, nie­znisz­czal­nej rela­cji zale­żało Jef­fowi naj­bar­dziej. Gdy Edwards poczuł, że męż­czy­zna nie ści­ska już kur­czowo kaj­da­nek, szybko wstał, ude­rzył Dah­mera i uciekł przez fron­towe drzwi. Działo się to tak bły­ska­wicz­nie, że oszo­ło­miony pory­wacz nie zdą­żył nawet zare­ago­wać. Zanim dotarło do niego, co się dzieje, Tracy był już na zewnątrz. Udało mu się zatrzy­mać prze­jeż­dża­jący w pobliżu patrol poli­cji. Opo­wie­dział funk­cjo­na­riu­szom o wszyst­kim, co spo­tkało go w miesz­ka­niu Dah­mera. Mimo para­li­żu­ją­cego stra­chu zgo­dził się zapro­wa­dzić poli­cjan­tów na miej­sce. W ten spo­sób funk­cjo­na­riu­sze dotarli przed drzwi z nume­rem 213, a cały świat dowie­dział się o prze­ra­ża­ją­cych zbrod­niach Kani­bala z Mil­wau­kee.

Gdy poli­cjanci weszli do środka, zro­zu­mieli, że mają do czy­nie­nia ze znacz­nie poważ­niej­szą sprawą, niż począt­kowo zakła­dali. Wezwali więc na miej­sce posiłki. Odór docho­dzący z beczki wypeł­niał całe miesz­ka­nie. Już po wstęp­nym prze­szu­ka­niu lokalu odna­le­ziono frag­menty ludz­kich ciał. Dah­mer został natych­miast zatrzy­many, ale przy pró­bie wypro­wa­dze­nia go z lokum zaczął wrzesz­czeć jak roz­szar­py­wane zwie­rzę. Pró­bo­wał się też wyry­wać i ata­ko­wać poli­cjan­tów. Zasko­czeni sąsie­dzi wycho­dzili na kory­tarz, by spraw­dzić, skąd dobie­gają te hałasy. Byli wstrzą­śnięci tym, czego póź­niej dowie­dzieli się o spo­koj­nym - jak wtedy im się wyda­wało - Jef­freyu. Nawet nie przy­pusz­czali, że dosłow­nie za ścianą męż­czy­zna stwo­rzył praw­dziwe pomiesz­cze­nia tor­tur.

Po wywie­zie­niu Dah­mera na poste­ru­nek tech­nicy zaczęli dokład­nie spraw­dzać jego miesz­ka­nie. Odna­le­ziono ponad osiem­dzie­siąt zdjęć, na któ­rych widać było poćwiar­to­wane ciała. Z lodówki wyjęto ludzką głowę, a w ogrom­nej beczce usta­wio­nej w sypialni znaj­do­wały się trzy kor­pusy. Zamra­żarka po brzegi wypeł­niona była ludz­kim mię­sem. Poli­cjanci ubrani w spe­cjalne kom­bi­ne­zony wyno­sili po kolei wszyst­kie pudła, torby i wspo­mnianą beczkę. Zebrane dowody musiały tra­fić do ana­lizy, która miała dać odpo­wiedź na pyta­nie, ile osób tak naprawdę ukrył w swoim miesz­ka­niu Jef­frey Dah­mer. On sam cze­kał na prze­słu­cha­nie.

Trwało ono kilka godzin. Kani­bal wie­dział, że zaprze­cza­nie zbrod­niom nie ma naj­mniej­szego sensu, skoro poli­cjanci dys­po­no­wali na tyle moc­nymi dowo­dami, które pozwo­li­łyby go na ska­za­nie przez dowolny sąd. Nie miał więc wyj­ścia, musiał się przy­znać. Prze­ko­ny­wał jed­nak, że za zabój­stwami stoi tak naprawdę jego uza­leż­nie­nie od alko­holu, a on sam wiele razy nie wie­dział nawet, że pozba­wił kogoś życia. Potwier­dził za to, że zabił sie­dem­na­ście osób. Pro­to­kół z prze­słu­cha­nia był obszerny, liczył aż sto sześć­dzie­siąt stron, bo Dah­mer o wszyst­kim opo­wia­dał z naj­drob­niej­szymi szcze­gó­łami. To z kolei oba­lało jego teo­rię o dzia­ła­niu pod wpły­wem alko­holu, który miał pozba­wić go peł­nej świa­do­mo­ści. W mię­dzy­cza­sie odkryto, że w miesz­ka­niu Jef­freya znaj­do­wały się frag­menty ciał nale­żące w sumie do jede­na­stu osób. Przy­znał się też do zabójstw w domu babci, a także ode­bra­nia życia Ste­ve­nowi Hick­sowi w 1978 roku. Opowie­dział, co zro­bił z jego szcząt­kami i gdzie funk­cjo­na­riu­sze je znajdą. Mając dość szcze­gó­łowe infor­ma­cje, poli­cjanci ruszyli więc w oko­lice daw­nego domu Dah­mera i roz­po­częli prze­szu­ka­nie terenu. Dokład­nie tam, gdzie wska­zał Jeff, śled­czy odna­leźli frag­menty ludz­kich kości. Dopiero w póź­niej­szej ana­li­zie potwier­dzono, że nale­żały one wła­śnie do Hicksa. Po usta­le­niu toż­sa­mo­ści pozo­sta­łych ofiar na poli­cjan­tów cze­kało kolejne trudne zada­nie - powia­da­mia­nie rodzin o śmierci ich bli­skich.

O zatrzy­ma­niu poin­for­mo­wano też ojca Dah­mera, nie udzie­la­jąc jed­nak żad­nych szcze­gó­łów. Wspo­mi­nał póź­niej:

Skon­tak­to­wa­łem się z Geral­dem Boy­lem, wcze­śniej repre­zen­to­wał Jeffa w spra­wie o mole­sto­wa­nie dziecka, więc sądzi­łem, że został włą­czony rów­nież w to docho­dze­nie. Był bar­dzo roz­e­mo­cjo­no­wany. Powie­dział:

- Lio­nel, pró­bo­wa­łem się z tobą skon­tak­to­wać. Ludzie dzwo­nili do mnie przez cały ranek.

- Jacy ludzie?

- Z mediów. Prasa.

- Z mediów? A czego oni chcą?

- Pró­bują dowie­dzieć się wszyst­kiego o Jef­fie.

- A co z Jef­fem? Co się dzieje? Nikt nie podaje mi żad­nych szcze­gó­łów.

- (...) Został aresz­to­wany za usi­ło­wa­nie zabój­stwa. (...) W jego miesz­ka­niu zna­leźli ciało. A wła­ści­wie kilka róż­nych.

- Róż­nych?

- Wię­cej niż jed­nej osoby.

Szcze­góły zbrodni doko­na­nych przez syna wstrzą­snęły Lio­ne­lem. Od dawna czuł, że z Jef­freyem dzieje się coś złego, ale nie spo­dzie­wał się aż tak dra­ma­tycz­nych wyda­rzeń. Mimo to nie odwró­cił się od niego, wspie­rał go przez cały pobyt w aresz­cie, a póź­niej w trak­cie pro­cesu, który ruszył w stycz­niu 1992 roku. Było to wyda­rze­nie, które przy­cią­gnęło uwagę mediów z całego kraju. Dzien­ni­ka­rze prze­ści­gali się w rela­cjo­no­wa­niu każ­dego szcze­gółu, który poja­wiał się na sali roz­praw. Sam Dah­mer spra­wiał wra­że­nie wyjąt­kowo spo­koj­nego, momen­tami nawet obo­jęt­nego. Jego twarz nie wyra­żała żad­nych emo­cji, nawet wtedy, gdy głos zabie­rały rodziny ofiar. Musiał jed­nak skon­fron­to­wać się z ich wście­kło­ścią, żalem i roz­pa­czą. Rita Isbell, sio­stra zamor­do­wa­nego Errola Lind­seya, widząc Dah­mera, stra­ciła pano­wa­nie nad sobą:

Jestem naj­star­szą sio­strą Errola Lind­seya. Jeff, czy jak­kol­wiek masz na imię, sza­ta­nie. (...) Nie chcę ni­gdy wię­cej widzieć mojej matki, gdy prze­cho­dzi przez to wszystko. Ni­gdy, Jef­frey! Jef­frey, nie­na­wi­dzę cię! Nie­na­wi­dzę cię, skur­wielu!

Rita została wypro­wa­dzona z sali przez straż­ni­ków. Na jej wrza­ski Jef­frey zare­ago­wał kamienną twa­rzą.

Mor­derca co prawda przy­znał się do winy, ale pró­bo­wał dowieść, że jest nie­po­czy­talny. Była to dla niego jedyna szansa, by unik­nąć wię­zie­nia. Gdyby sąd uznał, że Dah­mer w isto­cie nie był świa­domy tego, co robi, tra­fiłby do szpi­tala psy­chia­trycz­nego. W wielu bada­niach bie­gli oce­nili, że ma oso­bo­wość schi­zo­ty­pową. Cha­rak­te­ry­zuje się ona pro­ble­mami z poro­zu­mie­wa­niem się i kon­tak­tami spo­łecz­nymi, pod wpły­wem stresu mogą poja­wić się też przej­ściowe objawy psy­cho­tyczne. Osoby, u któ­rych dia­gno­zuje się taką oso­bo­wość, mogą wie­rzyć, że posia­dają pewne nad­przy­ro­dzone moce, są podejrz­liwe, mają pro­blemy poznaw­czo-per­cep­cyjne. Poja­wiają się trud­no­ści z kon­cen­tra­cją uwagi. Takie zabu­rze­nie ma wiele cech wspól­nych ze schi­zo­fre­nią. Ale to wszystko nie ozna­czało nie­po­czy­tal­no­ści. Żeby bie­gli ją stwier­dzili, Dah­mer musiałby udo­wod­nić, że w trak­cie mor­derstw nie potra­fił oce­nić tego, co robił, a także jakie kon­se­kwen­cje się z tym wią­zały.

Mimo swo­jej nie­wzru­szo­nej postawy w trak­cie pro­cesu Jef­frey zde­cy­do­wał się na gest wobec rodzin ofiar. Prze­pro­sił je za całe zło, które wyrzą­dził, i zaprze­czył, by jego zbrod­nie miały tło rasowe. Więk­szość jego ofiar była czar­no­skóra, ale Dah­mer zapew­nił, że nie były to zabój­stwa wyni­ka­jące z nie­na­wi­ści. Odniósł się też do reli­gii, w którą mocno popy­chała go bab­cia, gdy z nią miesz­kał:

Powi­nie­nem był zostać z Bogiem. Pró­bo­wa­łem i zawio­dłem, i stwo­rzy­łem holo­caust. Mam nadzieję, że Bóg mi wyba­czy. Wiem, że spo­łe­czeń­stwo ni­gdy tego nie zrobi. Wiem, że nie zro­bią tego rów­nież rodziny ofiar. Z powodu tego, co zro­bi­łem tym bied­nym rodzi­nom, czuję się bar­dzo źle. I rozu­miem ich nie­na­wiść. Widzia­łem ich łzy i gdy­bym mógł teraz oddać życie, aby przy­wró­cić ich bli­skich, zro­bił­bym to.

Wiele osób, które przy­słu­chi­wały się tym sło­wom, nie wie­rzyło w skru­chę Dah­mera. Sądziły, że chce jedy­nie wybie­lić się przed opi­nią publiczną i wzbu­dzić litość. W dodatku bie­gli oce­nili, że w chwili mor­do­wa­nia i tor­tu­ro­wa­nia swo­ich ofiar Jeff był cał­ko­wi­cie poczy­talny. Jeden z psy­chia­trów sądo­wych dok­tor Park Dietz przy­znał, że nie wie­rzy, by Jef­frey cier­piał na jaką­kol­wiek cho­robę psy­chiczną, gdy popeł­niał prze­stęp­stwa:

Dah­mer doło­żył wszel­kich sta­rań, aby być sam na sam z ofiarą, tak by nie mieć świad­ków.

Dodał rów­nież, że kani­bal dokład­nie pla­no­wał swoje zbrod­nie, a te nie miały nic wspól­nego z impul­syw­no­ścią. Upi­ja­nie się przed zabój­stwem też było zna­czące:

Gdyby miał przy­mus zabi­ja­nia, nie musiałby pić alko­holu. Robił to, by prze­zwy­cię­żyć swoje zaha­mo­wa­nia, dodać sobie odwagi do popeł­nie­nia prze­stęp­stwa, któ­rego wolał nie robić.

Pro­ces trwał w sumie dwa tygo­dnie. Mowa koń­cowa adwo­kata Geralda Boyle'a zajęła dwie godziny. Prze­ko­ny­wał, że Dah­mer cierpi na cho­robę psy­chiczną, a zabój­stwa były wyni­kiem zabu­rzeń, które co prawda w sobie odkrył, ale prze­cież ich nie wybrał. Przed­sta­wił Jef­freya jako osobę roz­pacz­li­wie samotną i głę­boko chorą, która jest tak pozba­wiona kon­troli, że nie może zde­cy­do­wać o wła­snym postę­po­wa­niu. Po Boyle'u głos zabrał pro­ku­ra­tor Michael McCann. Dowo­dził, że Dah­mer jest abso­lut­nie zdrowy i w chwili zabi­ja­nia swo­ich ofiar był w pełni świa­domy tego, co i jak robi. Dodał rów­nież, że kil­ku­na­stu mło­dych chłop­ców i męż­czyzn zgi­nęło tylko po to, by dać Jef­frey­owi chwi­lowe zaspo­ko­je­nie sek­su­alne. I wła­śnie z tymi argu­men­tami zgo­dziła się ława przy­się­głych. Dah­mer został uznany za win­nego. Sąd ska­zał go za zabój­stwo pięt­na­stu męż­czyzn w sta­nie Wiscon­sin, choć w rze­czy­wi­sto­ści ofiar było sie­dem­na­ście. Kara, jaką usły­szał, to 937 lat wię­zie­nia. Pro­ku­ra­tor Michael McCann sko­men­to­wał wyrok krótko:

To zagwa­ran­tuje, że ten czło­wiek ni­gdy wię­cej nie będzie już cho­dził po uli­cach jakie­go­kol­wiek mia­sta na świe­cie.

Jego praw­nik Gerald Boyle nie zamie­rzał się już odwo­ły­wać. Tuż po ogło­sze­niu wyroku ojciec męż­czy­zny, a także jego maco­cha, popro­sili o pięt­na­sto­mi­nu­towe spo­tka­nie z Jef­fem, by poże­gnać się z nim przed jego trans­por­tem do wię­zie­nia. Sąd wyra­ził zgodę, dzięki czemu Lio­nel mógł uści­skać syna, po raz kolejny oka­zu­jąc mu swoje wspar­cie.

Jef­frey Dah­mer miał wów­czas trzy­dzie­ści dwa lata. Tra­fił do wię­zie­nia o zaostrzo­nym rygo­rze w Por­tage w sta­nie Wiscon­sin. W maju 1992 został tym­cza­sowo prze­wie­ziony do stanu Ohio, gdzie odpo­wia­dał za zabój­stwo Ste­vena Hicksa. Tam rów­nież zapadł wyrok ska­zu­jący.

Pierw­szy rok w zakła­dzie kar­nym Dah­mer spę­dził w izo­la­cji. Straż­nicy oba­wiali się, że może zostać zaata­ko­wany przez współ­więź­niów. Po upły­wie dwu­na­stu mie­sięcy prze­nie­siono go do innej celi, a także przy­dzie­lono do prac przy czysz­cze­niu toa­let. Był też regu­lar­nie pil­no­wany przez służbę wię­zienną. Pod­czas odsiadki Dah­mer prze­szedł prze­mianę. Popro­sił o Biblię, zaczął się modlić, a nawet prze­ko­ny­wać, że wszyst­kie jego zbrod­nie były efek­tem braku Boga w jego życiu. Dla­tego przy­jął chrzest w wię­zien­nym cen­trum medycz­nym. Prze­pro­wa­dził go pastor Roy Ratc­liff, który odwie­dzał Jef­freya regu­lar­nie, a w trak­cie tych spo­tkań roz­ma­wiał z nim o wie­rze. Nie zabra­kło rów­nież dys­ku­sji o śmierci, która - zupeł­nie jakby Jeff coś prze­czu­wał - zaczęła nie­bez­piecz­nie przy­bli­żać się do niego już w lipcu 1994 roku. Współ­wię­zień Osvaldo Dur­ru­thy zaata­ko­wał kani­bala i pró­bo­wał pod­ciąć mu gar­dło brzy­twą, którą wcze­śniej scho­wał w szczo­teczce do zębów. Ale Jef­frey odniósł tylko powierz­chowne rany i po krót­kiej wizy­cie w szpi­talu wró­cił do celi.

W tym cza­sie męż­czy­zna zacie­śnił rela­cje z ojcem, z któ­rym udzie­lił nawet wspól­nego wywiadu. Rów­nież jego matka Joyce odno­wiła kon­takt z synem. Nie widziała go od Bożego Naro­dze­nia w 1983 roku. W trak­cie roz­mów tele­fo­nicz­nych Jef­frey miał wspo­mnieć, że jest gotowy na śmierć i już się z nią pogo­dził. Gdy mówiła mu, że boi się o jego bez­pie­czeń­stwo, Jeff odpo­wia­dał:

To nie ma zna­cze­nia, mamo. Nie obcho­dzi mnie, czy coś mi się sta­nie.

Do kolej­nego ataku doszło rano 28 listo­pada 1994 roku. Jeff wyszedł z celi, by posprzą­tać toa­lety. Towa­rzy­szyli mu dwaj osa­dzeni - Jesse Ander­son i Chri­sto­pher Sca­rver. Straż­nicy popeł­nili wów­czas ogromny błąd, bo pozo­sta­wili całą trójkę bez nad­zoru przez bli­sko 20 minut. Gdy przy­byli na miej­sce, było już za późno. Dah­mer leżał na prysz­ni­co­wej pod­ło­dze z poważ­nymi ranami głowy i twa­rzy. Został ska­to­wany meta­lo­wym prę­tem. Obra­że­nia były tak roz­le­głe, że męż­czy­zna zmarł w dro­dze do szpi­tala. Do pla­cówki tra­fił też Jesse Ander­son, który rów­nież został pobity. Jego zgon nastą­pił dwa dni póź­niej.

Napast­ni­kiem był dwu­dzie­sto­pię­cio­letni Sca­rver, który odby­wał karę doży­wo­cia za zabój­stwo z 1990 roku. Wyja­śnił, że zaata­ko­wał Dah­mera, bo miał dość jego zacho­wa­nia. Jef­frey miał żar­to­wać ze swo­jego kani­ba­li­zmu, two­rząc z wię­zien­nego jedze­nia kształty przy­po­mi­na­jące ludz­kie koń­czyny. Oble­wał je póź­niej ket­chu­pem, który miał imi­to­wać krew. Pastor Roy Ratc­liff mówił:

Prze­kro­czył gra­nicę w rela­cjach z więź­niami czy per­so­ne­lem. Nie­któ­rzy osa­dzeni oka­zują skru­chę, ale on nie był jed­nym z nich. Gdy widział, że straż­nik, który stoi obok niego, jest zde­ner­wo­wany, mówił "gryzę". Zazwy­czaj straż­nik wtedy odska­ki­wał, a on był bar­dzo roz­ba­wiony. W pew­nym sen­sie bawił się swoją oso­bo­wo­ścią, wyol­brzy­miał ją, bo chciał spra­wić, by ludzie byli bar­dziej prze­ra­żeni. To był po pro­stu jego spo­sób, taki chory humor, by pora­dzić sobie z bez­na­dziejną sytu­acją.

Matka Dah­mera po śmierci syna była nie­zwy­kle roz­ża­lona tym, że wiele osób od dawna życzyło Jef­fowi źle. W roz­mo­wie z mediami rzu­ciła:

Teraz wszy­scy są szczę­śliwi? Teraz, kiedy został zatłu­czony na śmierć, czy to wystar­czy wszyst­kim?

Za to rodziny ofiar nie kryły rado­ści ze śmierci kani­bala. Odbie­rały to jako nieco spóź­nioną, ale jed­nak formę rekom­pen­saty za kosz­mar, który Dah­mer spro­wa­dził do ich życia. Nato­miast pro­ku­ra­tor, który oskar­żał go w pro­ce­sie, zaape­lo­wał, by nie robić ze Sca­rvera boha­tera, bo dopu­ścił się podwój­nego zabój­stwa i sam był groź­nym prze­stępcą. Chri­sto­pher sta­nął przed sądem w maju 1995 roku i usły­szał dwie dodat­kowe kary doży­wo­cia.

Jef­frey jesz­cze przed śmier­cią powie­dział rodzi­nie, że nie chce, by jego poże­gna­niu towa­rzy­szyły nabo­żeń­stwa. Pra­gnął być skre­mo­wany, co zgod­nie z jego wolą stało się we wrze­śniu 1995 roku. Pro­chy mor­dercy roz­dzie­lono mię­dzy jego rodzi­ców.

Jef­frey Dah­mer nie pocho­dził z pato­lo­gicz­nej prze­mo­co­wej rodziny, która mogłaby odci­snąć silne piętno na jego dal­szym życiu. On sam pro­sił wie­lo­krot­nie, by nie obar­czać winą jego rodzi­ców. Zapew­niał, że byli wspa­nia­łymi ludźmi, któ­rzy oto­czyli go tro­ską i sta­rali się mu pomóc. O przy­czy­nach nekro­fi­lii, sady­zmu, kani­ba­li­zmu i mor­der­czego instynktu mówił:

Nie wiem, skąd to się wzięło. Praw­do­po­dob­nie ni­gdy się tego nie dowiemy.

TED BUNDY Potwór z sąsiedztwa

TED BUNDY

Potwór z sąsiedz­twa

My, seryjni mor­dercy, jeste­śmy waszymi synami, waszymi mężami, jeste­śmy wszę­dzie. I jutro może być wię­cej waszych mar­twych dzieci.

Ted Bundy

Nie­szcze­rość nie zawsze jest po pro­stu cechą cha­rak­teru danego czło­wieka. Zda­rza się, że jej źró­dła należy szu­kać w cho­ro­bie o pod­łożu psy­chicz­nym. Pato­lo­giczna skłon­ność do kła­ma­nia nazywa się zespo­łem Delbrücka, mito­ma­nią lub pseu­do­lo­gią. Osoby, które cier­pią na to scho­rze­nie, opo­wia­dają histo­rie, które ni­gdy nie miały miej­sca, naj­czę­ściej przed­sta­wia­jąc sie­bie jako posta­cie szla­chetne, nie­ska­zi­telne, zdolne do pomocy i opieki, wal­czące z nie­spra­wie­dli­wo­ścią tego świata. Co gor­sza, sami cho­rzy nie są w sta­nie oddzie­lić prawdy od wła­snej fan­ta­zji. Ich kłam­stwa wydają się nie­mal per­fek­cyjne, bo przed­sta­wiane histo­rie opo­wia­dane są z takimi emo­cjami, jakby wyda­rzyły się naprawdę. Pro­blem polega na tym, że wszystko wymy­ślane jest na bie­żąco, w zależ­no­ści od potrzeb i sytu­acji, dla­tego pato­lo­giczny kłamca po kilku dniach może już zapo­mnieć, o czym mówił wcze­śniej. Przy­czyny mito­ma­nii nie są do końca jasne. Mogą wyni­kać z:

- prze­by­tych cho­rób orga­nicz­nych mózgu; mowa tutaj o zapa­le­niach, ura­zach czy uszko­dze­niach odnie­sio­nych wsku­tek cho­ciażby wypadku,

- wro­dzo­nych pre­dys­po­zy­cji psy­cho­pa­tycz­nych lub innych scho­rzeń na tle psy­chicz­nym.

W tym dru­gim punk­cie pato­lo­giczne kłam­stwo może towa­rzy­szyć schi­zo­fre­nii, bor­der­line oraz nar­cy­stycz­nemu zabu­rze­niu oso­bo­wo­ści. Co ważne, mito­ma­nia może obja­wić się wła­ści­wie na każ­dym eta­pie życia czło­wieka i dotyka zarówno dzieci, jak i doro­słych. Cza­sem jest ona też następ­stwem trau­ma­tycz­nych wyda­rzeń, takich jak śmierć bli­skiej osoby.

Zwy­kły kłamca opo­wiada wymy­ślone histo­rie, by uzy­skać z tego jakąś korzyść. Być może chce zatu­szo­wać swoją winę, uka­zać sie­bie w lep­szym świe­tle lub wzbu­dzić w kimś zaufa­nie, by osią­gnąć jakiś cel. Pato­lo­giczny kłamca robi to, bo sam prze­staje odróż­niać prawdę od fik­cji i nie potrafi ina­czej funk­cjo­no­wać, robi to mimo­wol­nie. Jakie są zatem objawy mito­ma­nii? To przede wszyst­kim:

- wymy­śla­nie w dużym stop­niu histo­rii na temat swój, a także bli­skich osób,

- ubar­wia­nie wszyst­kich opo­wie­ści,

- wyol­brzy­mia­nie swo­jej roli przy jed­no­cze­snym umniej­sza­niu dzia­łań innych osób,

- kłam­stwo poja­wia się nawet wtedy, gdy oko­licz­no­ści tego nie wyma­gają,

- brak umie­jęt­no­ści odróż­nie­nia prawdy od fik­cji przez samego mito­mana.

Jeśli ktoś dostrzega w swoim zacho­wa­niu te wszyst­kie wymie­nione powy­żej typy, powi­nien skon­tak­to­wać się z tera­peutą, bo praw­do­po­dob­nie jest wła­śnie pato­lo­gicz­nym kłamcą. Czy do takich samych wnio­sków doszedłby Ted Bundy, gdyby dziś przed­sta­wiono mu fakty z jego życia, które wymy­ślił lub mocno nacią­gnął? Jest taka szansa, bo jako osoba obda­rzona spraw­nym umy­słem musiał zda­wać sobie sprawę z wła­snych pro­ble­mów. Był jed­nak nar­cy­styczny, więc moż­liwe, że nie postrze­gałby sie­bie jako czło­wieka zabu­rzo­nego. Według nie­któ­rych eks­per­tów Bundy był pato­lo­gicz­nym kłamcą. Jed­nak jego opo­wie­ści zazwy­czaj two­rzone były z kon­kret­nych pobu­dek. Chciał zaim­po­no­wać towa­rzy­stwu z wyż­szych sfer, zdo­być uko­chaną dziew­czynę lub po pro­stu zma­ni­pu­lo­wać swoje ofiary. A tych było ponad trzy­dzie­ści!

Dzie­ciń­stwo Bundy'ego prze­bie­gło rów­nie nie­prze­wi­dy­wal­nie jak więk­szość sytu­acji, w któ­rych póź­niej brał udział (pośred­nio lub bezpośred­nio). The­odore Robert Bundy przy­szedł na świat 24 listo­pada 1946 roku. Wów­czas nie nosił jesz­cze nazwi­ska Bundy, a Cowell - jak jego matka, która wycho­wy­wała go samot­nie. Uro­dziła syna w wieku dwu­dzie­stu dwóch lat. Ni­gdy nie chciała zdra­dzić praw­dzi­wego nazwi­ska ojca Teda, co rodziło wiele plo­tek, mię­dzy innymi te z kazi­rodz­twem w tle. Nie­któ­rzy twier­dzili, że ojcem chłopca był tak naprawdę jego dzia­dek. Ale ta teo­ria, podob­nie zresztą jak wiele innych doty­czą­cych pocho­dze­nia mło­dego Bundy'ego, ni­gdy nie została potwier­dzona.

W tam­tym cza­sie w Sta­nach Zjed­no­czo­nych młode samotne matki nie miały łatwego życia. Były wyszy­dzane, publicz­nie wyty­kano je pal­cami. Dla­tego też Ele­nor, matka Teda, będąc w siód­mym mie­siącu ciąży, zosta­wiła rodzinę i prze­nio­sła się do domu samot­nej matki w Bur­ling­ton w Ver­mont. Choć jej rodzina wspie­rała się, była też nie­zwy­kle bogo­bojna i miała trud­no­ści z zaak­cep­to­wa­niem nie­ślub­nej ciąży. Dla­tego kobieta zde­cy­do­wała się na dono­sze­nie dziecka bez pomocy naj­bliż­szych. Do rodzin­nej Fila­del­fii wró­ciła, gdy syn był już na świe­cie. Wła­śnie wtedy roz­po­częła się seria kłamstw, które stały się nie­od­łącz­nym ele­men­tem życia Teda. Od uro­dze­nia wma­wiano mu, że jego rodzi­cami są bab­cia i dzia­dek, dla­tego zwra­cał się do nich "mamo" i "tato". Jego matka Ele­nor była nato­miast przed­sta­wiana jako jego sio­stra. Ted czuł pod­świa­do­mie, że bli­scy nie są z nim szcze­rzy i ukry­wają przed nim jakiś sekret. Mimo to jako dziecko nie zgłę­biał tematu i zwra­cał się do rodziny tak, jak mu wpa­jano.

Gdy Ted skoń­czył cztery lata, Ele­nor pod­jęła decy­zję o prze­pro­wadzce. Spa­ko­wała sie­bie oraz syna i wyje­chała z nim do krew­nych w Taco­mie w sta­nie Waszyng­ton. Chło­piec był za mały, by odpo­wied­nio połą­czyć wszyst­kie ele­menty tej histo­rii, ale gdyby był star­szy, z pew­no­ścią zadałby sobie pyta­nie, dla­czego star­sza sio­stra zabiera go od rodzi­ców i wywozi do dale­kich krew­nych? Dla czte­ro­latka było to jed­nak zbyt skom­pli­ko­wane. Jedyne, z czym musiał się wów­czas upo­rać, to ogromna tęsk­nota za ojcem, z któ­rym był bar­dzo zwią­zany.

W Taco­mie Ele­nor posta­no­wiła cał­ko­wi­cie odciąć się od dotych­cza­so­wego życia, a także plo­tek krą­żą­cych wokół niej i ojca. Stwo­rzyła więc sobie i synowi nową toż­sa­mość. Sama przy­brała imię Louise, a Tedowi zmie­niła nazwi­sko. Nazy­wał się wów­czas Ted Nel­son.

Chło­piec szybko odna­lazł się wśród kuzy­no­stwa, które było w podob­nym wieku. Dla­tego nawią­za­nie wspól­nego języka nie było trudne. Dziś Tacoma liczy bli­sko 200 tysięcy miesz­kań­ców, ale w latach pięć­dzie­sią­tych, gdy zamiesz­kał tam Ted, było ich o 50 tysięcy mniej. Jest to dosyć przy­ja­zne miej­sce do życia, oto­czone uro­czymi wzgó­rzami i zatoką. Wciąż wisi nad nim jed­nak widmo kata­strofy - zawa­le­nie się mostu Tacoma Nar­rows Bridge, który łączył Tacomę z pół­wy­spem Kit­sap. Siód­mego listo­pada 1940 roku przez silny wiatr kon­struk­cja zaczęła się wygi­nać, aż w końcu ule­gła znisz­cze­niu. Na moście znaj­do­wał się wów­czas samo­chód, któ­rego wła­ści­ciel zdą­żył uciec, wyczu­wa­jąc wibra­cje. Nie­stety, w pojeź­dzie został jego pies, który zgi­nął, gdy most runął. Przy­czyną tej kata­strofy były ogromne błędy popeł­nione zarówno przy pro­jek­to­wa­niu, jak i budo­wie. Moment, w któ­rym most zaczął się wygi­nać we wszyst­kie strony, został zare­je­stro­wany na taśmie. Film można obej­rzeć w inter­ne­cie. Do dziś jest to naj­waż­niej­sze wyda­rze­nie w histo­rii Tacomy.

W poło­wie XX wieku mia­sto pełne było maleń­kich knajp i skle­pi­ków, rów­nież tych z por­no­gra­fią. Ted wspo­mi­nał w jed­nym z wywia­dów, że to wła­śnie od takich miejsc zaczęła się jego fascy­na­cja sek­sem. Jako kil­ku­na­sto­letni chło­piec, bawiąc się z kuzy­nami na tyłach jed­nego ze skle­pów, tra­fił na mate­riały por­no­gra­ficzne.

Jako chło­piec dwu­na­sto-, trzy­na­sto­letni zetkną­łem się poza domem, w oko­licz­nych skle­pach, z miękką por­no­gra­fią. My, chłopcy, buszo­wa­li­śmy po całej oko­licy, w róż­nych zaka­mar­kach. Tam, gdzie wyrzuca się śmieci i różne nie­po­trzebne rze­czy. Cza­sami znaj­do­wa­li­śmy pisma z por­no­gra­fią więk­szego kali­bru, bar­dziej obra­zową, bez nie­do­mó­wień, nie taką, jak w naszym skle­pie. Były też pisma sen­sa­cyjne typu hard­core. Twier­dzę, że ten rodzaj por­no­gra­fii jest najbar­dziej szko­dliwy. Takie jest moje doświad­cze­nie, trudne i oso­bi­ste. Naj­groź­niej­sza jest por­no­gra­fia łącząca prze­moc z prze­mocą sek­su­alną. Połą­cze­nie tych dwóch sił, a mało kto zna to tak dobrze jak ja, pro­wa­dzi do zacho­wań tak potwor­nych, że trudno to opi­sać.

Zda­niem Bundy'ego to wła­śnie por­no­gra­fia otwo­rzyła w jego umy­śle prze­ra­ża­jące drzwi skry­wa­jące chore, bru­talne fan­ta­zje o sek­sie i mor­do­wa­niu. Część spe­cja­li­stów twier­dziła, że była to tylko jedna z wer­sji obron­nych, którą przy­jął zabójca. A jak się wkrótce prze­ko­na­cie, było ich wiele.

W Taco­mie Louise odna­la­zła się w spo­łecz­no­ści reli­gij­nej. Zaczęła udzie­lać się w Kościele Meto­dy­stycz­nym. To wła­śnie tam poznała John­niego Cul­pep­pera Bundy'ego, drob­nego, niskiego, lekko nie­śmia­łego kucha­rza. Spra­wił, że Louise poczuła się bez­piecz­nie. Dla­tego gdy Ted nie miał jesz­cze pię­ciu lat, para zde­cy­do­wała się na ślub. To ozna­czało, że chło­piec w swoim krót­kim życiu zyskał wła­śnie trze­cie nazwi­sko - to, które zna dziś nie­mal każdy. Bundy.

Rodzina kupiła dom nie­opo­dal Nar­rows Bridge. W kolej­nych latach Ted zyskał czworo rodzeń­stwa - dwóch braci i dwie sio­stry. Naj­więk­szą sła­bość młody Bundy miał do naj­młod­szego brata, który przy­szedł na świat, gdy Ted miał pięt­na­ście lat. Trosz­czył się o niego, a gdy był już doro­sły, zabie­rał go na wycieczki i wyprawy do lasu. Był dla chłopca wzo­rem do naśla­do­wa­nia. Z ojczy­mem Ted miał słaby kon­takt, choć John­nie sta­rał się, by był on jak naj­lep­szy. Mimo to sto­sunki mię­dzy nimi były dosyć chłodne, co męż­czy­zna zrzu­cał na karb trud­nego wieku nasto­latka. Sta­rał się jed­nak anga­żo­wać pasierba w różne zaję­cia - zbie­ra­nie fasolki szpa­ra­go­wej czy roz­wo­że­nie gazet. John­nie chciał spę­dzać z Tedem jak naj­wię­cej czasu, by móc zbli­żyć się do niego, ale nie było to łatwe zada­nie.

Louise bar­dzo szybko zauwa­żyła, że w naj­star­szym synu drze­mie ogromny poten­cjał. Był bystry, inte­li­gentny i dobrze się uczył. Dla­tego nama­wiała go, by sku­pił się na dosta­niu do dobrego col­lege'u. Wró­żyła mu wspa­niałą przy­szłość w bla­sku kariery zawo­do­wej. Ted ponie­kąd w te wizje uwie­rzył. Przez lata był prze­ko­nany, że osią­gnie spory suk­ces, bo prze­ja­wia ponad­prze­ciętne zdol­no­ści.

Ale zanim mógł się reali­zo­wać zawo­dowo, naj­pierw musiał mie­rzyć się z codzien­no­ścią ame­ry­kań­skiego nasto­latka. W gim­na­zjum Bundy stał się obiek­tem drwin ze strony pozo­sta­łych chłop­ców. Choć wysoki, był też bar­dzo szczu­pły i nie udało mu się dołą­czyć do dru­żyny fut­bo­lo­wej. W świe­cie sportu nie odno­sił żad­nych suk­ce­sów, przez co uwa­żano go za sła­bego.

Prze­łom nastą­pił w liceum. Ted zmęż­niał, stał się też dość popu­larny, głów­nie dla­tego, że podo­bał się dziew­czę­tom. Mimo to na­dal był nie­śmiały, ale masko­wał to sze­ro­kim uśmie­chem i pogod­nym uspo­so­bie­niem. Bundy zaczął nawią­zy­wać przy­jaź­nie, prze­stał być szkol­nym odlud­kiem. To wpły­nęło na niego na tyle pozy­tyw­nie, że roz­wi­nęły się w nim zain­te­re­so­wa­nia zwią­zane z poli­tyką. Wciąż dobrze się uczył, otrzy­mał nawet sty­pen­dium na Uni­wer­sy­te­cie Puget Sound w Taco­mie.

Mimo takich dobrych roko­wań Bundy zaczął już wtedy prze­ja­wiać nie­po­ko­jące zacho­wa­nia. W 1965 roku został przy­naj­mniej dwa razy zatrzy­many przez poli­cję w hrab­stwie Pierce w związku z kra­dzieżą auta i wła­ma­niem. Nie ma infor­ma­cji o tym, jaką poniósł wów­czas karę, bo poli­cyjne doku­menty w przy­padku nie­let­nich są w USA nisz­czone w chwili, gdy zatrzy­many koń­czy osiem­na­ście lat.

Ten incy­dent nie wpły­nął zna­cząco na dal­sze plany Bundy'ego. Zgod­nie z życze­niem matki chciał dostać się do col­lege'u. Musiał jed­nak naj­pierw na niego zaro­bić. Pod­jął więc pracę w przed­się­bior­stwie ener­ge­tycz­nym, a póź­niej w tar­taku. Jesie­nią 1966 roku roz­po­czął wyma­rzoną naukę na Uni­wer­sy­te­cie Waszyng­toń­skim. Począt­kowo chciał się sku­pić na zgłę­bia­niu języka chiń­skiego. Był wów­czas prze­ko­nany, że w przy­szło­ści będzie to jedna z naj­bar­dziej przy­dat­nych umie­jęt­no­ści ze względu na stale posze­rza­jący się rynek chiń­ski. I trzeba przy­znać, że już wtedy Ted posia­dał pewien pier­wia­stek wizjo­ner­ski, bo patrząc na dzi­siej­szy układ sił, w któ­rym jedną z domi­nu­ją­cych ról odgrywa wła­śnie Pekin, jego prze­wi­dy­wa­nia były słuszne. W 2022 roku chiń­ska gospo­darka zaj­muje dru­gie miej­sce na świe­cie, zaraz po ame­ry­kań­skiej. Walka o fotel lidera trwa jed­nak cały czas.

Ted mimo dość bły­sko­tli­wego umy­słu posia­dał jedną, zna­czącą, choć nega­tywną cechę - szybko się nudził i znie­chę­cał. Naj­pierw wpa­dał w eks­cy­ta­cję, kre­ślił sze­ro­kie plany, a nawet wstęp­nie anga­żo­wał się w dany pro­jekt, by póź­niej nie­spo­dzie­wa­nie porzu­cić go z dnia na dzień. Tak było rów­nież z języ­kiem chiń­skim, z któ­rego dość szybko zre­zy­gno­wał. Zwłasz­cza że Teda bar­dziej od nauki inte­re­so­wały rela­cje dam­sko-męskie. Wio­sną 1967 roku na dro­dze chło­paka poja­wiła się Diane Edwards. Była uoso­bie­niem jego marzeń o kobie­cie - inte­li­gentna, piękna, z dobrze sytu­owa­nej rodziny. W listach do przy­ja­ciółki Ann Rule Ted pisał:

Mie­li­śmy ze sobą mniej wię­cej tyle wspól­nego co Sears i Roebuck z Sak­sem. Ni­gdy nie myśla­łem o D. z bar­dziej roman­tycz­nym zain­te­re­so­wa­niem niż, dajmy na to, o jakiejś ele­ganc­kiej isto­cie ujrza­nej na stro­nach maga­zynu.

Bundy zda­wał sobie sprawę z tego, że Diane jest poza jego zasię­giem. Nie był w jej typie zarówno fizycz­nie (wolała raczej dobrze zbu­do­wa­nych fut­bo­li­stów), jak i eko­no­micz­nie. Ted nie nale­żał do zamoż­nych osób, żeby się utrzy­mać, musiał dora­biać na dosyć nisko płat­nych sta­no­wi­skach. Mimo to - jak się póź­niej oka­zało - nie był cał­ko­wi­cie na prze­gra­nej pozy­cji. Łączyła ich wspólna pasja - jazda na nar­tach i to ona dopro­wa­dziła do ich pierw­szego wyma­rzo­nego spo­tka­nia. Pew­nego dnia Edwards pod­wio­zła Teda w góry nie­da­leko Seat­tle. To wła­śnie wtedy, pod­czas tej wspól­nej prze­jażdżki chło­pak zro­zu­miał, że jest cał­ko­wi­cie zauro­czony dziew­czyną. Stała się ona też pew­nym wzor­cem kobie­co­ści, któ­rym póź­niej Bundy kie­ro­wał się przy dobo­rze ofiar - dłu­go­włosa sza­tynka z prze­dział­kiem na środku, młoda i atrak­cyjna. Wystar­czy zer­k­nąć na zdję­cia zamor­do­wa­nych przez niego dziew­cząt, by zro­zu­mieć, że więk­szość z nich była tak do sie­bie podobna, iż można by uznać je za sio­stry.

Zna­jo­mość mię­dzy Bun­dym a Edwards była coraz bar­dziej zażyła. Para spę­dzała ze sobą dużo czasu, a Ted nie potra­fił już ukry­wać swo­ich uczuć. Ale w tym duecie to on był dużo bar­dziej zaan­ga­żo­wany emo­cjo­nal­nie. Diane trzy­mała go na dystans, bo czuła, że nie do końca jest dla niej odpo­wied­nim part­ne­rem. Głów­nym zarzu­tem było nie­zde­cy­do­wa­nie Teda. Dziew­czyna uwa­żała, że wyni­kało ono z braku pew­no­ści sie­bie, co skut­ko­wało tym, że chło­pak nie potra­fił wybrać kon­kret­nej spe­cja­li­za­cji na stu­diach. To z kolei ozna­czało, że przy­szłość z nim może być mało sta­bilna. I choć bez wąt­pie­nia Diane czuła do Teda pewną sym­pa­tię i miała do niego sła­bość, nie wią­zała z nim życio­wych pla­nów.

Pło­mienny, z per­spek­tywy Teda, romans zakoń­czył się w 1968 roku. Bundy był zała­many, bo choć w głębi duszy wie­dział, że jego walory nie są dla dziew­czyny wystar­cza­jące, był w niej zako­chany po uszy. Była to zresztą jego pierw­sza wielka miłość, z któ­rej nie potra­fił wyle­czyć się przez lata. W prze­ci­wień­stwie do więk­szo­ści osób, które mają zła­mane serce, Ted nie zamknął się jed­nak w sobie i nie pogrą­żył w roz­pa­czy. Zamie­rzał prze­kuć żal w coś zupeł­nie innego. Coraz bar­dziej zaczął wcią­gać się w poli­tykę i posta­no­wił, że wła­śnie na tym polu odnie­sie suk­ces. W kwiet­niu tego samego roku został prze­wod­ni­czą­cym w Seat­tle, a także zastępcą szefa w całym sta­nie pod­czas kam­pa­nii Nel­sona Roc­ke­fel­lera, dzia­ła­cza Par­tii Repu­bli­kań­skiej oraz wie­lo­let­niego guber­na­tora stanu Nowy Jork. Z uwagi na swoje sta­no­wi­sko Ted dostał zapro­sze­nie na kon­gres w Miami. Sko­rzy­stał z oka­zji i pole­ciał zoba­czyć, jak wygląda świat wiel­kiej poli­tyki.

Po powro­cie do Seat­tle Bundy sku­pił się na stu­diach. Cał­ko­wi­cie zre­zy­gno­wał z nauki języka chiń­skiego, zapi­sał się za to na urba­ni­stykę i socjo­lo­gię. Ale mimo swo­ich umie­jęt­no­ści i bystrego umy­słu nie potra­fił zdo­być dobrych ocen i został wyda­lony z col­lege'u. Szu­ka­jąc zaję­cia, tra­fił pod skrzy­dła Arta Flet­chera, czar­no­skó­rego kan­dy­data na guber­na­tora. Ted został jego kie­rowcą, a także ochro­nia­rzem. Nie­stety, Flet­cher prze­grał wybory i to o włos, a zwy­cię­stwo ogło­sił jego rywal John Cher­berg. Bundy nie krył roz­cza­ro­wa­nia, bo liczył na pewne korzy­ści wyni­ka­jące z pracy u boku poten­cjal­nego guber­na­tora. Musiał jed­nak obejść się sma­kiem i po raz kolejny zwe­ry­fi­ko­wać swoje plany.

Naj­pierw jed­nak chciał upo­rząd­ko­wać kwe­stie doty­czące swo­jego pocho­dze­nia. Przez te wszyst­kie lata Louise ani razu nie przy­znała otwar­cie, że jest jego matką, choć Ted w głębi duszy czuł, że tak wła­śnie jest. Wyru­szył więc w podróż, która miała dać mu odpo­wiedź na pyta­nie: kim tak naprawdę jest? W urzę­dzie potwier­dził, że to wła­śnie Louise jest jego matką, a zda­niem Ann Rule w Fila­del­fii poznał też nazwi­sko ojca. Miał nim być Lloyd Mar­shall, wete­ran sił lot­ni­czych. Ale według innych źró­deł, na które natknę­łam się, śle­dząc histo­rię mor­dercy, ojcem Bundy'ego był Jack Wor­thing­ton, rów­nież wete­ran wojenny. Jaka była więc prawda? Tego do dziś nie usta­lono i ist­nieje małe praw­do­po­do­bień­stwo, iż zosta­nie to odkryte. Louise, która jako jedyna mogła udzie­lić odpo­wie­dzi, zmarła w 2012 roku.

Odkry­cie nazwi­ska poten­cjal­nego ojca dało Tedowi nową ener­gię. Mógł wresz­cie zosta­wić za sobą prze­szłość jawiącą się pod zna­kiem nie­ślub­nego i - być może - nie­chcia­nego dziecka. Wtedy wie­dział już, że i on ma jakieś korze­nie, które pro­wa­dzą do kon­kret­nej osoby, a nie tylko jakiejś zjawy, którą mógł sobie jedy­nie wyobra­żać. Zamie­rzał zbu­do­wać życie na zupeł­nie nowych fun­da­men­tach, jed­no­cze­śnie udo­wad­nia­jąc zarówno sobie, jak i (a może przede wszyst­kim) Diane, że jest czło­wie­kiem zdol­nym osią­gnąć wiele i sta­nąć na wyso­kim szcze­blu w spo­łecz­nej hie­rar­chii. Roz­po­czął więc meta­mor­fozę, która miała zakoń­czyć się odzy­ska­niem dziew­czyny, którą wciąż kochał.

Bundy porzu­cił Seat­tle i roz­po­czął naukę na Uni­wer­sy­te­cie Waszyng­toń­skim. Tam zde­cy­do­wał się na zgłę­bia­nie tajem­nic psy­cho­lo­gii. Była to już kolejna dzie­dzina nauki, którą zamie­rzał się zająć w swoim dość krót­kim życiu stu­denc­kim. Tym razem naprawdę miał szansę odnieść suk­ces, bo psy­cho­lo­gia oka­zała się dla niego ide­al­nym kie­run­kiem. Potwier­dzali to póź­niej zresztą sami wykła­dowcy. Bundy miał bar­dzo dobre stop­nie, a jeden z pro­fe­so­rów - zachwy­cony umy­słem Bundy'ego - wysta­wił mu trzy lata póź­niej reko­men­da­cję do szkoły praw­ni­czej Uni­wer­sy­tetu Utah:

Pan Bundy jest nie­wąt­pli­wie jed­nym z naj­lep­szych stu­den­tów na naszym wydziale, a nawet umie­ścił­bym go w jed­nym pro­cen­cie naj­zdol­niej­szych, z jakimi mia­łem kie­dy­kol­wiek do czy­nie­nia na stu­diach licen­cjac­kich, zarówno na Uni­wer­sy­te­cie Waszyng­toń­skim, jak i na Pur­due. Jest nie­by­wale bystry, sym­pa­tyczny, wysoce zmo­ty­wo­wany i sumienny. Pro­wa­dzi się raczej jak młody pro­fe­sjo­na­li­sta, a nie stu­dent.

Już w tym frag­men­cie widać, jak dużą sym­pa­tią obda­rzył stu­denta wykła­dowca Ronald E. Smith. Zresztą nie on jeden dał się zwieść uro­kowi Bundy'ego. Więk­szość ludzi, któ­rych mor­derca spo­ty­kał na swo­jej dro­dze, była nim począt­kowo ocza­ro­wana. To jedna z bar­dziej nie­bez­piecz­nych cech psy­cho­pa­tów, bo dzięki niej są w sta­nie owi­nąć sobie wokół palca nie­jedną osobę. Zresztą Bundy, jak sami się prze­ko­na­cie w dal­szej czę­ści tego roz­działu, prze­ja­wiał wiele cech, które przy­pi­suje się wła­śnie oso­bo­wo­ściom psy­cho­pa­tycz­nym. Zda­niem wybit­nego spe­cja­li­sty w zakre­sie psy­cho­lo­gicz­nych aspek­tów prze­stęp­czo­ści pro­fe­sora Roberta Hare'a psy­cho­patę można roz­po­znać po nastę­pu­ją­cych cechach dia­gno­stycz­nych:

1. Powierz­chowny urok.

2. Prze­ko­na­nie o wła­snej wiel­ko­ści.

3. Potrzeba sty­mu­la­cji, szyb­kie odczu­wa­nie nudy.

4. Pato­lo­giczna skłon­ność do kłam­stwa.

5. Prze­bie­głość, dar mani­pu­la­cji.

6. Brak wyrzu­tów sumie­nia lub poczu­cia winy.

7. Płyt­kość uczu­ciowa.

8. Nie­czu­łość, brak empa­tii.

9. Paso­żyt­ni­czy tryb życia.

10. Słabe mecha­ni­zmy kon­troli zacho­wań.

11. Roz­wią­złość sek­su­alna.

12. Pro­blemy wycho­waw­cze w dzie­ciń­stwie.

13. Brak reali­stycz­nych dłu­go­ter­mi­no­wych celów.

14. Impul­syw­ność.

15. Nie­od­po­wie­dzial­ność.

16. Nie­zdol­ność do przy­ję­cia odpo­wie­dzial­no­ści za wła­sne czyny.

17. Liczne krót­ko­trwałe związki mał­żeń­skie.

18. Popeł­nia­nie prze­stępstw przed osią­gnię­ciem peł­no­let­no­ści.

19. Powrót do wię­zie­nia wsku­tek naru­sze­nia zasad zwol­nie­nia warun­ko­wego.

20. Wszech­stron­ność kry­mi­nalna.

Gdy dokład­nie wczy­tamy się w histo­rię Bundy'ego, zauwa­żymy, że speł­niał on więk­szość z wyżej wymie­nio­nych cech. W nie­któ­rych był wręcz per­fek­cjo­ni­stą. Mimo to do dziś psy­chia­trzy pod­dają jego umysł ana­li­zie, bo na­dal nie do końca jasne jest źró­dło jego psy­cho­pa­tii. Ale o tym napi­szę póź­niej.

Uro­kowi Teda ule­gła w 1969 roku Eli­za­beth Klo­ep­fer, znana dziś jako Eli­za­beth Ken­dall. Para poznała się we wrze­śniu w pubie Sand­pi­per. Dziew­czyna pra­co­wała w sekre­ta­ria­cie na Uni­wer­sy­te­cie Waszyng­toń­skim. Była drobna, skromna, cicha, a do tego samot­nie wycho­wy­wała trzy­let­nią córeczkę. Dziew­czynka była owo­cem nie­uda­nego mał­żeń­stwa, które Eli­za­beth zosta­wiła za sobą, wypro­wa­dza­jąc się z Utah wła­śnie do Seat­tle. Ted miał w tym mie­ście sporo przy­ja­ciół, a jego drogi nie­ustan­nie pro­wa­dziły do dwóch sta­nów - Kolo­rado i Waszyng­tonu.

Eli­za­beth miesz­kała wów­czas w nie­wiel­kim lokum, licząc na to, że po burz­li­wej przy­go­dzie z byłym part­ne­rem wresz­cie ułoży sobie życie. Szybko dostała pracę jako sekre­tarka, udało jej się zna­leźć rów­nież dobre przed­szkole dla córki. Miała też w pobliżu przy­ja­ciółkę, na którą mogła liczyć.

Eli­za­beth pocho­dziła z rodziny mor­mo­nów, któ­rzy samych sie­bie uwa­żają za główny nurt chrze­ści­jań­stwa. Kobieta w ich hie­rar­chii znaj­duje się poni­żej męż­czy­zny, powinna być dla niego wspar­ciem, a także zadbać o ogni­sko domowe. W takim wła­śnie duchu wycho­wana została Eli­za­beth, choć ona sama nie do końca podzie­lała takie war­to­ści. Chciała się roz­wi­jać i zara­biać na sie­bie, nie będąc ska­zana na łaskę męża lub part­nera. Seat­tle mogło jej to zapew­nić, tym bar­dziej że coraz pręż­niej dzia­łały tam femi­ni­styczne orga­ni­za­cje uni­wer­sy­tec­kie. Stu­dentki wycho­dziły na ulice, gło­śno doma­ga­jąc się swo­ich praw - nie chciały być spro­wa­dzane jedy­nie do ról matek i żon, pra­gnęły robić kariery i decy­do­wać o swoim życiu bez narzu­ca­nych z góry ste­reo­ty­pów. Eli­za­beth odna­la­zła w tym prze­sła­nie dla sie­bie.

Tego wie­czoru, gdy poznała Teda, zała­twiła opie­kunkę dla córki i poszła z przy­ja­ciółką potań­czyć. Chciała po pro­stu dobrze się bawić. Jak wspo­mi­nała po wielu latach:

Zauwa­ży­łam bar­dzo przy­stoj­nego faceta. Sie­dział sam, przed­sta­wił się jako Ted. Schle­biło mi, że zapro­sił mnie do tańca. Cały wie­czór mia­łam go na oku. Zatań­czy­li­śmy i tyle. Myśla­łam, że może zaprosi mnie znowu, ale nie zro­bił tego. Pode­szłam więc i zaga­da­łam. Jako samotna matka nie chcia­łam przy­pro­wa­dzać męż­czyzn do domu, ale byłam zbyt pijana, żeby pro­wa­dzić. Spy­ta­łam, czy zosta­nie na noc. Odpo­wie­dział, że tak. Poło­ży­łam się spać w ubra­niu, nie pró­bo­wał mnie cało­wać ani nic. Zanim wsta­łam, obu­dził Molly [córkę Eli­za­beth] i naszy­ko­wał nam śnia­da­nie. A ja na to: "O Boże!". Ode­brało mi mowę.

Eli­za­beth była cał­ko­wi­cie ocza­ro­wana nowo pozna­nym męż­czy­zną. W pracy try­skała rado­ścią i przy­znała współ­pra­cow­ni­kom, że spo­tkała kogoś wyjąt­ko­wego. Przy­stojny i czuły Ted spra­wił, że po raz pierw­szy od dawna znów uwie­rzyła w miłość.

Przy nikim tego nie czu­łam. Od razu poczu­łam mię­dzy nami więź. Jak­bym zna­la­zła zagu­bioną część ukła­danki. Paso­wa­li­śmy do sie­bie, to było nie­sa­mo­wite. Uwa­ża­łam, że jest zabawny i doj­rzały. Był taki obyty, powie­dział, że stu­diuje prawo. Pomy­śla­łam, że jako praw­nik zapewni sobie godne życie i będzie mieć to, czego pra­gnie.

Miłość mię­dzy tą dwójką trwała przez wiele lat, a w swo­ich listach wysy­ła­nych już z wię­zie­nia Bundy pisał o Eli­za­beth, że jest "rdze­niem jego życia".

W 1971 roku Ted roz­po­czął pracę w biu­rze kli­niki kry­zy­so­wej w Seat­tle. Miał nocne dyżury, na któ­rych poznał Ann Rule. Kobieta stała się jego przy­ja­ciółką, a także powier­niczką wielu tajem­nic. Swoje rela­cje z Bun­dym opi­sała w gło­śnej książce Ted Bundy. Bestia obok mnie. Pisała w niej: Nie jest tajem­nicą, że Ted Bundy odbie­rał życie. Ale rów­nież je rato­wał. Byłam przy tym. W trak­cie wspól­nych dyżu­rów Ted odbie­rał tele­fony od osób w kry­zy­sie, wiele z nich miało myśli samo­bój­cze. Bundy bar­dzo zaan­ga­żo­wał się w pomoc takim despe­ra­tom. Prze­pro­wa­dzał z nimi dłu­gie roz­mowy, w trak­cie któ­rych nama­wiał ich do zgło­sze­nia się po pro­fe­sjo­nalną pomoc. Miał wów­czas nie­spełna dwa­dzie­ścia pięć lat. Pierw­szego zabój­stwa doko­nał trzy lata póź­niej.

W 1972 roku Bundy ponow­nie zaan­ga­żo­wał się w dzia­łal­ność poli­tyczną. Pra­co­wał w biu­rze sta­no­wym repu­bli­ka­nów, a w trak­cie kam­pa­nii wybor­czej zabły­snął także w mediach, choć nie­ko­niecz­nie został uka­zany w pozy­tyw­nym świe­tle. Stał się boha­te­rem gło­śnego skan­dalu. Wyszło bowiem na jaw, że pod­szy­wał się pod stu­denta i z ukry­cia nagry­wał spo­tka­nia demo­kra­tycz­nego rywala Dana Evansa, dla któ­rego pra­co­wał. Poli­tyk ubie­gał się wów­czas o reelek­cję na sta­no­wi­sko guber­na­tora Waszyng­tonu. Bundy miał śle­dzić jego ruchy, by póź­niej móc wyko­rzy­stać je w bez­li­to­snej poli­tycz­nej walce. Dosko­nale się masko­wał - zakła­dał peruki, prze­bie­rał się i przyj­mo­wał zupeł­nie nową toż­sa­mość. Jak mówił: Krą­ży­łem mię­dzy ludźmi i nikt nie miał poję­cia, kim jestem.

Bundy czer­pał wiele przy­jem­no­ści z takich misty­fi­ka­cji i był w tym cał­kiem nie­zły. Gdy wyszło na jaw, że szpie­guje dla repu­bli­kań­skiego kan­dy­data, w tele­wi­zyj­nym wywia­dzie z kokie­te­ryj­nym uśmie­chem na twa­rzy mówił: Moja rola w kam­pa­nii była tak nie­istotna, że aż powi­nie­nem być zakło­po­tany tym publicz­nym roz­gło­sem.

Ten mały skan­dal z Bun­dym w roli głów­nej nie prze­kre­ślił kariery Evansa, wręcz prze­ciw­nie, ponow­nie został guber­na­to­rem. To z kolei otwo­rzyło przed Tedem szansę na poli­tyczną karierę. Jego noto­wa­nia w śro­do­wi­sku znacz­nie wzro­sły, dzięki czemu dostał pracę w Komi­sji Dorad­czej Mia­sta Seat­tle do Spraw Prze­ciw­dzia­ła­nia Prze­stęp­czo­ści.

Ale i tą obraną ścieżką Bundy nie zamie­rzał kro­czyć długo. Po zale­d­wie roku porzu­cił dal­sze plany o prze­nik­nię­ciu do struk­tur rzą­do­wych i po raz kolejny zwe­ry­fi­ko­wał swoje życiowe cele. Z powo­dze­niem apli­ko­wał do Szkoły Praw­ni­czej Utah i zdo­był posadę na Wydziale Praw­ni­czym waszyng­toń­skiego hrab­stwa King. Przy­go­to­wy­wał tam - o iro­nio - doku­men­ta­cję na temat skali gwał­tów, choć jak się póź­niej oka­zało, cały pro­jekt był w powi­ja­kach i Bundy ni­gdy go nie ukoń­czył. Za to jesie­nią miał roz­po­cząć naukę na uczelni, ale po raz kolejny po pło­mien­nym zapale eks­cy­ta­cja zwią­zana z nowymi wyzwa­niami szybko przy­ga­sła. Dla­tego choć wcze­śniej długo zabie­gał o przy­ję­cie do szkoły, nie sta­wił się na wykła­dach w wyzna­czo­nym ter­mi­nie. Zamiast tego napi­sał do dzie­kana list. Oznaj­mił w nim, że - choć jest mu nie­zmier­nie przy­kro - nie może roz­po­cząć nauki, bo uległ poważ­nemu wypad­kowi i znaj­duje się w szpi­talu. Tylko czę­ściowo zawarł w swoim piśmie prawdę. W isto­cie doszło do stłuczki, w wyniku któ­rej miał zwich­nięty staw sko­kowy, ale nie wpły­wało to w jakim­kol­wiek stop­niu na jego zdol­ność do pod­ję­cia nauki. Więk­sze pro­blemy miała za to Eli­za­beth, bo to jej auto ule­gło lek­kiemu znisz­cze­niu. Trudno wytłu­ma­czyć, dla­czego tak naprawdę Ted nie zde­cy­do­wał się na Utah. Nie był to jed­nak pierw­szy ani ostatni raz, gdy wyco­fy­wał się z roz­po­czę­tych już pla­nów.

Nieco świa­tła na pry­watne życie Bundy'ego w tam­tym cza­sie rzu­ciła wspo­mniana już Ann Rule. Zgod­nie z jej rela­cją męż­czy­zna, nawet będąc w zaawan­so­wa­nym związku z Eli­za­beth, nie prze­stał myśleć o Diane. Choć wie­lo­krot­nie zapew­niał o swo­jej nie­ga­sną­cej miło­ści do part­nerki, zaczął pota­jem­nie spo­ty­kać się z byłą sym­pa­tią, pro­wa­dząc przy tym podwójne życie. Diane po ukoń­cze­niu Uni­wer­sy­tetu Waszyng­toń­skiego wyje­chała do San Fran­ci­sco. Ted wybie­rał się do Sacra­mento, by zała­twić parę poli­tycz­nych spraw dla Par­tii Repu­bli­kań­skiej (dwie godziny drogi od San Fran­ci­sco). Posta­no­wił nad­ło­żyć tro­chę drogi i zoba­czyć się z Diane. Już przy tym pierw­szym spo­tka­niu dziew­czyna zauwa­żyła, że były part­ner cał­ko­wi­cie się zmie­nił. Nie był już nie­śmia­łym, nie­pew­nym sie­bie chło­pa­kiem, a wyga­da­nym, ambit­nym i dobrze roku­ją­cym przy­szłym praw­ni­kiem. Ina­czej się wysła­wiał, bry­lo­wał w krę­gach poli­tycz­nych, poja­wiał się na wytwor­nych ban­kie­tach i miał dobrze posta­wio­nych przy­ja­ciół. Diane zako­chała się w Bun­dym na nowo, snuła też plany na temat wspól­nego życia. Była prze­ko­nana, że nie minie rok, a wezmą ślub. Tyle tylko, że plany Teda co do dziew­czyny ule­gły spo­rej zmia­nie. Nie zale­żało mu już na tym, by jej impo­no­wać i zwią­zać się z nią na stałe. Ukry­wał przed nią swój zwią­zek z Eli­za­beth, a samą Edwards zaczął stop­niowo dystan­so­wać do sie­bie. Na początku, tuż po odno­wie­niu zna­jo­mo­ści, zabie­rał ją na dro­gie kola­cje, roz­piesz­czał też pre­zen­tami. Ale ten stan trwał krótko i chwilę póź­niej nastą­piło znaczne ochło­dze­nie rela­cji. Diane, jak każda zako­chana młoda dziew­czyna, chciała dowie­dzieć się, skąd ta nagła zmiana w zacho­wa­niu Teda. Pytała go więc wprost, dla­czego się od niej odsuwa, nie jest już czuły i tro­skliwy. Ale Bundy ją zby­wał i nie­ustan­nie powta­rzał, że nie ma poję­cia, o co jej cho­dzi. Diane czuła się jak w potrza­sku. Zacho­wa­nie part­nera było dla niej trudne, bo dosko­nale wie­działa i czuła, że ich rela­cje cał­ko­wi­cie się zmie­niły, a jed­no­cze­śnie nie otrzy­my­wała od niego żad­nego słowa wyja­śnie­nia, żad­nej wska­zówki, która mogłaby pomóc jej w zro­zu­mie­niu swo­jego chło­paka. Zde­cy­do­wała się więc pójść do tera­peuty, któ­remu wyznała: Chyba mnie nie kocha. Wygląda na to, że prze­stał mnie kochać.

Gdy Ted był w innym mie­ście, pisała do niego listy. Ale i tym spo­so­bem niczego nie wskó­rała. Bundy zwy­czaj­nie ją igno­ro­wał. Wtedy do dziew­czyny dotarła kosz­marna prawda: Ted odno­wił z nią kon­takt nie dla­tego, że kie­ro­wały nim roman­tyczne pobudki, a dla­tego, że chciał się zemścić. Przez te wszyst­kie lata piął się po dra­bi­nie spo­łecz­nej i zawo­do­wej, zmie­nił spo­sób bycia, stał się pewny sie­bie, czym pod­bił swoją atrak­cyj­ność, tylko po to, by odzy­skać dawną miłość, roz­ko­chać ją w sobie, a następ­nie porzu­cić, tak jak ona przed laty porzu­ciła jego. Jego upór w osią­gnię­ciu tego celu, a także wytrwa­łość mogłyby budzić uzna­nie, gdyby nie pobudki, któ­rymi się kie­ro­wał. Poza tym, patrząc na jego póź­niej­sze czyny, nie­trudno odnieść wra­że­nie, że poświę­cił kilka lat tylko po to, by świa­do­mie zra­nić dru­giego czło­wieka. Chciał, by Diane cier­piała i był zde­ter­mi­no­wany, by tak wła­śnie się stało. Zemsta na byłej dziew­czy­nie to nie tylko swego rodzaju kathar­sis dla Bundy'ego, ale też moment, w któ­rym po wyj­ściu z kokonu i doko­na­niu ewo­lu­cji mógł wyle­cieć w świat jako jeden z naj­krwaw­szych seryj­nych mor­der­ców w dzie­jach ludz­ko­ści.

W 1974 roku osiem­na­sto­let­nia Karen Sparks Epley, stu­dentka poli­to­lo­gii, zaj­mo­wała pokój w sute­re­nie sta­rego domu nie­opo­dal Uni­wer­sy­tetu Waszyng­toń­skiego. Do środka można było dostać się z zewnątrz przez boczne drzwi. Czwar­tego stycz­nia dziew­czyna poło­żyła się spać o tej samej porze co zwy­kle. Gdy tylko zasnęła, do pokoju w cał­ko­wi­tej ciszy dostał się napast­nik. Bru­tal­nie ją pobił i oka­le­czył. Karen w pierw­szym tele­wi­zyj­nym wywia­dzie mówiła:

Wyrwał ramę z łóżka i roz­bił mi głowę. Potem praw­do­po­dob­nie użył tej samej ramy, by wepchnąć mi ją w waginę i pęcherz, który był cał­ko­wi­cie roze­rwany. To było straszne.

Po zma­sa­kro­wa­niu nasto­latki napast­nik wyszedł z domu tą samą drogą, którą wszedł, i znik­nął w ciem­no­ściach. Karen leżała nie­przy­tomna przez wiele godzin, a jej łóżko było prze­siąk­nięte krwią. Dopiero o poranku, gdy nie zja­wiła się na śnia­da­nie, jej współ­lo­ka­to­rzy zde­cy­do­wali się wejść do niej do pokoju, by spraw­dzić, czy wszystko jest w porządku. Dziew­czyna tra­fiła do szpi­tala w sta­nie kry­tycz­nym. Poza uszko­dzo­nymi waginą i pęche­rzem, miała też poważny uraz mózgu i przez kilka dni była w śpiączce. Obra­że­nia były na tyle roz­le­głe, że po odzy­ska­niu przy­tom­no­ści musiała uczyć się wszyst­kiego od nowa, zupeł­nie tak jakby znów była dwu­let­nim dziec­kiem:

Dozna­łam trwa­łego uszko­dze­nia mózgu. Mówili mi na przy­kład: "To jest biurko, powtó­rzysz?". Nie mogłam powie­dzieć ani słowa. Stra­ci­łam 50 pro­cent słu­chu i 40 pro­cent wzroku. W uszach mi strasz­nie dzwoni i brzę­czy. Non stop. Mia­łam napady padaczki. Na szczę­ście już je prze­zwy­cię­ży­łam.

Karen miała też pro­blemy z pamię­cią, nie potra­fiła sobie przy­po­mnieć dzie­się­ciu dni poprze­dza­ją­cych atak. Napast­nika nie widziała, bo ten zaata­ko­wał ją we śnie i zdą­żył ogłu­szyć, zanim się obu­dziła. Według Epley, ale też śled­czych bada­ją­cych sprawę Bundy'ego, to wła­śnie stu­dentka poli­to­lo­gii była pierw­szą ofiarą Teda. I jedną z nie­licz­nych, które oca­lały.

Atak na Karen był dopiero pre­lu­dium, które zwia­sto­wało praw­dzi­wie krwawą operę. Ta miała swój począ­tek 31 stycz­nia 1974 roku. Dwu­dzie­sto­jed­no­let­nia Lynda Ann Healy pra­co­wała w jed­nej z waszyng­toń­skich sta­cji radio­wych. Czy­tała raporty dro­gowe, a także przed­sta­wiała pro­gnozę pogody. Jej głos znali wszy­scy słu­cha­cze. Była nie tylko uta­len­to­wana, inte­li­gentna i ambitna, ale rów­nież bar­dzo atrak­cyjna. Wysoka i szczu­pła, miała dłu­gie kasz­ta­nowe włosy opa­da­jące na ramiona i się­ga­jące nie­mal do pasa. Do tego nie­bie­skie oczy, które rzu­cały rado­sne spoj­rze­nie. Budziła powszechną sym­pa­tię, dla­tego jej nagła nie­obec­ność w pracy wywo­łała spory nie­po­kój. Do sta­cji radio­wej Lynda dojeż­dżała rowe­rem. Zawsze była na czas i ni­gdy nie zanie­dby­wała swo­ich obo­wiąz­ków. Nikomu nie zgła­szała wcze­śniej, że w tym dniu nie pojawi się przed mikro­fo­nem. Rów­nież jej współ­lo­ka­torki były zasko­czone, gdy chwilę po godzi­nie 5.00 wybrzmiał budzik w jej pokoju, ale przez dłuż­szą chwilę nikt go nie wyłą­czał. Łóżko dziew­czyny było ide­al­nie zaście­lone, zupeł­nie tak jakby tej nocy nikt w nim nie spał.

Lynda stu­dio­wała psy­cho­lo­gię na Uni­wer­sy­te­cie Waszyng­toń­skim, a dom, w któ­rym miesz­kała, dzie­liła z czte­rema kole­żan­kami: Joanne Testa, Monicą Suther­land, Gin­ger Heath i Karen Ska­viem. Budy­nek znaj­do­wał się przy Pół­nocno-Wschod­niej Dwu­na­stej Ulicy 5517 i - jak wkrótce miało się oka­zać - stał się kolej­nym celem Teda Bundy'ego.

Gdy współ­lo­ka­torki zro­zu­miały, że Lyndy nie ma w pokoju, roz­po­częły ner­wowe poszu­ki­wa­nia. Szybko zro­zu­miały, że kole­żanka nie poje­chała do pracy, bo jej rower na­dal znaj­do­wał się w sute­re­nie. Nie miały wyj­ścia, musiały wezwać poli­cję. Funk­cjo­na­riu­sze po przy­jeź­dzie na miej­sce zastali dosko­nale wysprzą­tany pokój, który był nie­mal ste­rylny. Ale było tak tylko na pierw­szy rzut oka, bo gdy roz­po­częto prze­szu­ka­nie pomiesz­cze­nia, poli­cjanci odna­leźli wiele nie­po­ko­ją­cych śla­dów. Przede wszyst­kim po odkry­ciu koł­dry zauwa­żyli na mate­racu duże plamy zaschnię­tej krwi. Współ­lo­ka­torki przy­znały, że łóżko było zaście­lone ina­czej niż zwy­kle. W swo­ich zezna­niach z 6 lutego 1974 roku Gin­ger Heath mówiła:

Pierw­szą rze­czą, którą od razu zauwa­ży­łam, była bra­ku­jąca poszewka na poduszkę. Rów­nież łóżko zostało zaście­lone ina­czej, niż zwy­kle robi to Lynda. Narzuta była wsu­nięta pod poduszkę, pod­czas gdy ona zwy­kle po pro­stu rzuca ją na tę poduszkę. Narzuta była tak ide­al­nie poło­żona, że nie było żad­nych zmarsz­czek. Gdy funk­cjo­na­riu­sze odsu­nęli koł­drę, zro­zu­mia­łam, że wszystko zostało tak uło­żone, by krew nie była widoczna.

W sza­fie poli­cjanci zna­leźli koszulę nocną, którą praw­do­po­dob­nie Lynda miała tej nocy na sobie. Na ubra­niu rów­nież były plamy krwi. We wstęp­nej wer­sji śled­czy usta­lili, że ktoś wszedł do pokoju dziew­czyny i zaata­ko­wał ją, gdy ta jesz­cze spała. Następ­nie ją roze­brał i po cichu wyniósł z domu. Pyta­nie pozo­sta­wało jed­nak to samo: gdzie po upro­wa­dze­niu znaj­do­wała się Lynda?

Jej przy­ja­ciółki były zdru­zgo­tane. Nie potra­fiły zro­zu­mieć, dla­czego to wła­śnie ich współ­lo­ka­torka stała się ofiarą sza­leńca. Joanne Testa wspo­mi­nała Lyndę jako pogodną i uśmiech­niętą dziew­czynę:

Była jedną z pierw­szych osób, jakie pozna­łam. Pierw­szą, z którą fak­tycz­nie spę­dzi­łam czas. Nie umiem wyja­śnić, czemu była tak miła. Obie wie­dzia­ły­śmy, że nie­ba­wem będziemy przy­ja­ciół­kami. Cią­gle spę­dza­ły­śmy razem czas. Cie­szył nas świat i życie. Potra­fi­ły­śmy prze­ga­dać całą noc o tym, kim chcemy być i co robić. Była pełna życia. Nie było pomiesz­cze­nia, któ­rego nie roz­świe­tliła. Była piękna.

Znik­nię­cie mło­dej stu­dentki wstrzą­snęło lokalną spo­łecz­no­ścią. Sze­roko zakro­jone poszu­ki­wa­nia nie przy­nio­sły jed­nak żad­nych rezul­ta­tów. Szczątki Lyndy odna­le­ziono dopiero rok po jej upro­wa­dze­niu.

Gdy poli­cjanci z Seat­tle pró­bo­wali odkryć, co stało się z Healy, z col­lege'u Ever­green bez śladu znik­nęła Donna Man­son. Dwu­na­stego marca 1974 roku dzie­więt­na­sto­latka wybie­rała się na kon­cert jaz­zowy orga­ni­zo­wany na kam­pu­sie. Samot­nie wyszła z aka­de­mika chwilę przed godziną 19.00. Z nikim się nie umó­wiła, choć jak pisano póź­niej w pra­sie, tuż przed kon­certem spę­dziła sporo czasu przed lustrem, kom­ple­tu­jąc odpo­wiedni strój na wie­czór.

Deanna Ray, jej współ­lo­ka­torka, powie­działa, że była bar­dzo skon­cen­tro­wana na swoim wyglą­dzie i prze­bie­rała się wiele razy. Ale nie miała żad­nej randki, nie była rów­nież z nikim umó­wiona.

Donna miała dość spe­cy­ficzne zain­te­re­so­wa­nia. Sku­piały się wokół śmierci, magii i alche­mii. Do tego paliła mari­hu­anę, a według zna­jo­mych mogła się­gać też po tward­sze używki. Czę­sto opusz­czała zaję­cia i zni­kała na kilka dni. Dla­tego gdy nie zja­wiła się na wspo­mnia­nym kon­cer­cie, począt­kowo nikt nie ode­brał tego jako prze­jawu cze­goś złego. Ale dni mijały, a dziew­czyna nie dawała znaku życia. Wtedy powia­do­miono poli­cję. Po prze­szu­ka­niu pokoju Donny funk­cjo­na­riu­sze odkryli jej notatki. Były dosyć nie­po­ko­jące, sku­pione głów­nie wokół nega­tyw­nych emo­cji, dla­tego poli­cjanci zało­żyli, że dziew­czyna mogła popeł­nić samo­bój­stwo. Dopiero gdy na wpisy spoj­rzał psy­chia­tra i wyklu­czył taką moż­li­wość, śled­czy zaczęli brać pod uwagę inne opcje. Podej­rzane było zwłasz­cza to, że stu­dentka zosta­wiła w pokoju wszyst­kie swoje rze­czy, nawet apa­rat foto­gra­ficzny, z któ­rym się nie roz­sta­wała. Ale podob­nie jak w przy­padku Lyndy, rów­nież i tutaj po dziew­czy­nie nie było śladu. Nie było też żad­nych podej­rza­nych, któ­rych można byłoby powią­zać z tajem­ni­czym znik­nię­ciem Donny. Zupeł­nie tak jakby roz­pły­nęła się w powie­trzu. I ponie­kąd tak wła­śnie było, bo ciała nasto­latki ni­gdy nie odna­le­ziono.

Osiem­na­sto­let­nia Susan Ran­co­urt była nie­zwy­kle ambitną i bystrą stu­dentką. Była też sprawna fizycz­nie, bo regu­lar­nie ćwi­czyła karate. Uczyła się w col­lege'u sta­no­wym w Elsen­burgu, co kosz­to­wało ją nie tylko sporo pie­nię­dzy, ale i pracy. Jej rodzice mieli w sumie sze­ścioro dzieci, więc jeśli Susan chciała się kształ­cić, musiała na to zaro­bić. Dla­tego latem przed roz­po­czę­ciem nauki pra­co­wała na dwa etaty. Mimo dodat­ko­wych zajęć otrzy­my­wała bar­dzo dobre oceny. Choć dziew­czyna nie nale­żała do lękli­wych, uni­kała ciem­no­ści. Ni­gdy nie wycho­dziła sama po zmroku, a jeśli już odwa­żyła się opu­ścić dom o tej porze, to tylko wów­czas, gdy towa­rzy­szyła jej współ­lo­ka­torka. Swoje nawyki zmie­niła tylko raz - 17 kwiet­nia 1974 roku. I było to o ten jeden raz za dużo.

Tego wie­czoru Susan zanio­sła ubra­nia do pralni, która mie­ściła się w sąsied­nim aka­de­miku. Następ­nie dołą­czyła do opie­ku­nów na spo­tka­nie, po któ­rym była umó­wiona z kole­żanką na wspólne oglą­da­nie filmu. Ale na ten ostatni zapla­no­wany punkt dnia już nie dotarła. Nie wró­ciła rów­nież po pra­nie, które cze­kało na nią gotowe do odbioru. Znik­nęła. Poszu­ki­wa­nia dziew­czyny ruszyły od razu, bo jej nie­obec­ność zauwa­żyli zanie­po­ko­jeni zna­jomi. Powia­do­mieni poli­cjanci zało­żyli, że stu­dentka zagi­nęła w dro­dze do Barto Hall, gdzie wyświe­tlano film. Żeby tam dotrzeć, naj­pew­niej musiała przejść obok gale­rii han­dlo­wej, placu budowy, następ­nie przez kładkę nad sta­wem, a ostat­nim punk­tem trasy była esta­kada kole­jowa. Zda­niem śled­czych to wła­śnie tam mogła spo­tkać oprawcę. W trak­cie roz­mów ze stu­den­tami funk­cjo­na­riu­sze usły­szeli nie­po­ko­jące opo­wie­ści o tajem­ni­czym przy­stoj­nym męż­czyź­nie, który miał rękę na tem­blaku i krę­cił się wokół aka­de­mi­ków. Naj­czę­ściej widy­wano go przy biblio­tece. Nosił tam książki, ale co jakiś czas je upusz­czał, przez co spra­wiał wra­że­nie nieco nie­zdar­nego. Zacze­pił jedną ze stu­den­tek, pro­sząc ją o pomoc. Zapy­tał, czy pomoże mu zanieść książki do zapar­ko­wa­nego tuż obok gar­busa. Dziew­czyna się zgo­dziła, choć nie­chęt­nie. Męż­czy­zna wyda­wał się miły, ale było w nim coś takiego, co spra­wiało, że stu­dentka czuła się nie­zręcz­nie. Gdy dotarli do auta, wrzu­ciła do środka książki i wtedy zauwa­żyła, że w pojeź­dzie bra­kuje fotela pasa­żera. Zdzi­wiło ją to, ale nie dopy­ty­wała o szcze­góły. Nie­zna­jomy pró­bo­wał ją jesz­cze zaga­dy­wać, ale dziew­czyna, sto­jąc obok niego, czuła ogromny nie­po­kój, dla­tego grzecz­nie się poże­gnała i szybko ucie­kła, zosta­wia­jąc obcego w tyle.

Męż­czy­znę z ręką na tem­blaku widziało wio­sną 1974 roku co naj­mniej kilka stu­den­tek. Jedną z nich pró­bo­wał nakło­nić, by wsia­dła do auta i pomo­gła mu odpa­lić pojazd. Mimo jego sze­ro­kiego uśmie­chu i spo­koj­nego głosu każda z dziew­czyn, którą wów­czas zacze­pił, odma­wiała i ucie­kała przy pierw­szej lep­szej oka­zji. W trak­cie roz­mów ze śled­czymi mówiły, że w nie­zna­jo­mym było coś nie­po­ko­ją­cego. Dostrze­gały to w jego oczach, które wyda­wały się puste. To z kolei spra­wiało, że czuły się przy nim nie­swojo i chciały jak naj­szyb­ciej odejść. Czy Susan ule­gła jego namo­wom i zde­cy­do­wała się wsiąść z nim do samo­chodu? Jeśli cokol­wiek zro­biła, to według jej zna­jo­mych tylko dobro­wol­nie. Była bowiem nie­zwy­kle waleczna i nie pod­da­łaby się łatwo napast­ni­kowi. Gdyby z kolei doszło do szar­pa­niny, śled­czy naj­pew­niej odkry­liby w pobliżu jakie­kol­wiek ślady. Tak się jed­nak nie stało. Osiem­na­sto­latka znik­nęła w cał­ko­wi­tej ciem­no­ści, jakby ta dosłow­nie ją wchło­nęła. Nikt jej nie widział, podob­nie jak napast­nika, który upa­trzył ją sobie jako kolejny cel. Na szczątki Susan natra­fiono nie­spełna rok póź­niej.

Trzech pierw­szych zabójstw doko­nano w sta­nie Waszyng­ton. Kolejna ofiara była już z Ore­gonu - to dwu­dzie­sto­dwu­let­nia Roberta Parks, która znik­nęła na początku maja 1974 roku. Nazy­wana przez przy­ja­ciół Kathy miesz­kała na tere­nie kam­pusu uni­wer­sy­tetu stanu Ore­gon w Corval­lis, które znaj­duje się około 400 kilo­me­trów od Seat­tle. Stu­dio­wała tam reli­gio­znaw­stwo. Szó­stego maja wyszła ze swo­jego pokoju, by spo­tkać się z przy­ja­ciółmi w budynku samo­rządu szkol­nego. Ale ni­gdy nie dotarła na miej­sce. Podob­nie jak w przy­padku zagi­nio­nych dziew­czyn z Waszyng­tonu rów­nież Roberta znik­nęła nagle, pozo­sta­wia­jąc wszyst­kie swoje rze­czy. Ucieczka nie była więc brana pod uwagę, tym bar­dziej że stu­dentka nie miała żad­nych wro­gów, nie żaliła się też zna­jo­mym, by kogo­kol­wiek się oba­wiała. Po kilku dniach inten­syw­nych, ale bez­sku­tecz­nych poszu­ki­wań śled­czy uznali, że dziew­czyna została porwana. Część funk­cjo­na­riu­szy nie wią­zała jej zagi­nię­cia z trzema spra­wami z Waszyng­tonu. Uwa­żali, że odle­głość mię­dzy tymi dwoma sta­nami jest zbyt duża, by brać pod uwagę jed­nego sprawcę.

W tym cza­sie na liście zagi­nio­nych poja­wiło się kolejne, piąte już nazwi­sko - Brenda Carol Ball. Dwu­dzie­sto­dwu­latka miesz­kała z dwiema stu­dent­kami na przed­mie­ściach hrab­stwa King. W nocy 1 czerwca wybrała się samot­nie do baru Flame, gdzie widziało ją kilka osób. Po paru godzi­nach zabawy opu­ściła lokal. Szu­kała pod­wózki do domu, a ostatni jej ślad pro­wa­dził do nie­zna­jo­mego, z któ­rym roz­ma­wiała na par­kingu. Miał rękę na tem­blaku.

Osiem­na­sto­let­nia Geo­r­gann Haw­kins, stu­dentka pierw­szego roku Uni­wer­sy­tetu Waszyng­toń­skiego, odli­czała już dni do zakoń­cze­nia roku i z nie­cier­pli­wo­ścią cze­kała na wyjazd do rodzin­nego domu w Taco­mie. Naj­wię­cej czasu poświę­cała na naukę hisz­pań­skiego, który jed­no­cze­śnie spra­wiał jej naj­wię­cej pro­ble­mów. Była uśmiech­niętą, pełną życia dziew­czyną z wie­loma pla­nami na przy­szłość. Zawsze aktywna, z ogrom­nym uro­kiem oso­bi­stym Geo­r­gann robiła też duże wra­że­nie z powodu swo­jej urody. Dłu­gie brą­zowe włosy ide­al­nie oka­lały sym­pa­tyczną twarz, na któ­rej głów­nym akcen­tem były piwne oczy. Nie była pry­mu­ską, ale osią­gała bar­dzo dobre wyniki i nie odpusz­czała nauki nawet wtedy, gdy w pla­nach miała imprezę. Tak było też w 1974 roku. Noc przy­pa­da­jąca na 11 czerwca była nie­zwy­kle cie­pła, a niebo bez­chmurne, dzięki czemu odsło­niło całą swoją gwiezdną paletę. Haw­kins poszła na drinka, ale w pla­nach miała jesz­cze naukę, więc obie­cała sobie, że ilość alko­holu będzie sym­bo­liczna. Wra­ca­jąc, chciała zaj­rzeć jesz­cze do swo­jego chło­paka, który miesz­kał w Beta Theta Pi. Teren kam­pusu był ogromny, ale Geo­r­gann znała go dosko­nale. Dla­tego, wra­ca­jąc ze spo­tka­nia z kole­żanką, pew­nym kro­kiem ruszyła jedną z ale­jek. Do chło­paka dotarła po pół­nocy. Została u niego około pół godziny, po czym dała mu całusa i poszła w stronę swo­jego domu. Ostat­nią osobą, która z nią roz­ma­wiała, był inny stu­dent - Duane Covey. Gdy usły­szał trzask zamy­ka­nych drzwi, wyj­rzał przez okno i zoba­czył dziew­czynę. Chwilę poroz­ma­wiali o zbli­ża­ją­cym się teście z hisz­pań­skiego, a następ­nie w tym wła­śnie języku poże­gnali się i Covey patrzył, jak Haw­kins znika w ciem­no­ściach. W trak­cie krót­kiej roz­mowy oboje sły­szeli czyjś śmiech dobie­ga­jący gdzieś z oddali, a Geo­r­gann co chwilę zer­kała w tam­tym kie­runku, by zlo­ka­li­zo­wać jego wła­ści­ciela. Nikogo jed­nak nie doj­rzała. Gdy dziew­czyna ode­szła, Duane stał w oknie jesz­cze przez chwilę, a następ­nie scho­wał się do pokoju. Gdyby został tam nieco dłu­żej, cho­ciaż przez minutę, zauwa­żyłby, że zna­joma chwilę póź­niej zawró­ciła, ale nie była sama. Obok niej szedł, kuś­ty­ka­jąc, przy­stojny ciem­no­włosy męż­czy­zna, który pod­pie­rał się kulami. Dziew­czyna nie miała poję­cia, że ten sam nie­zna­jomy obser­wo­wał ją od dłuż­szego czasu, cza­jąc się w mroku i przy­słu­chu­jąc jej roz­mo­wie z kolegą. W ten spo­sób poznał szcze­góły doty­czące zajęć z hisz­pań­skiego i bez pro­blemu mógł podać się za stu­denta. Naj­pew­niej w taki wła­śnie spo­sób wzbu­dził zaufa­nie Geo­r­gann. Gdy wyczuł, że stu­dentka jest sama, a kolega nie obser­wuje jej z okna, pod­szedł do niej i popro­sił o pomoc, dokład­nie tak, jak robił to już wcze­śniej. Haw­kins poszła z nim w stronę zapar­ko­wa­nego w pobliżu gar­busa i już ni­gdy wię­cej nie wró­ciła do swo­jego pokoju, by przy­go­to­wać się do egza­minu z języka hisz­pań­skiego.

Wszyst­kie zagi­nione dziew­czyny łączyło to samo. Były:

- młode,

- atrak­cyjne,

- stu­dent­kami,

- nie­za­mężne,

- szczu­płe,

- ambitne,

- białe.

Ale co naj­waż­niej­sze - każda z nich miała dłu­gie brą­zowe i pro­ste włosy z prze­dział­kiem na środku. Pory­wacz miał więc swój typ i twardo się go trzy­mał przy dobo­rze ofiar. I choć to nie ule­gło zmia­nie, latem 1974 roku zaczął mody­fi­ko­wać spo­sób dzia­ła­nia. Porzu­cił teren kam­pu­sów i ruszył na nieco bar­dziej otwartą prze­strzeń. Jego celem stał się park sta­nowy jeziora Sam­ma­mish, który cie­szył się ogromną popu­lar­no­ścią głów­nie wśród mło­dych ludzi. Spra­gnieni słońca i towa­rzy­stwa wolne dni spę­dzali na wypo­czynku, sącze­niu piwa i wspól­nych roz­mo­wach. Było to miej­sce pod pew­nym wzglę­dem idyl­liczne, które przy­cią­gało spo­ko­jem i bez­tro­ską. Można było tam wypo­cząć, popły­wać, zjeść coś, po pro­stu świet­nie się bawić. Jezioro ma około 12 kilo­me­trów dłu­go­ści i nie­całe 2,5 kilo­me­tra sze­ro­ko­ści. Jest nie­zwy­kle uro­kliwe, a nad sze­roko roz­cią­ga­jącą się wodą kró­luje w oddali gór­ski kra­jo­braz. Nic więc dziw­nego, że dla oko­licz­nych miesz­kań­ców miej­sce to sta­no­wiło główną atrak­cję w cie­płe i sło­neczne dni. Wła­śnie taki był 14 lipca 1974 roku. Tego dnia nad jezio­rem mogło prze­by­wać nawet 40 tysięcy ludzi. Wśród nich był rów­nież męż­czy­zna, który wcze­śniej urzą­dzał polo­wa­nia na tere­nie kam­pu­sów.

W swo­ich zbrod­niach stał się już na tyle pewny sie­bie, że nie miał jakie­go­kol­wiek pro­blemu z zacze­pia­niem mło­dych kobiet w biały dzień i to w miej­scu po brzegi wypeł­nio­nym ludźmi. Tego dnia ponow­nie zało­żył na rękę tem­blak i ruszył na łowy. Jesz­cze przed połu­dniem pod­szedł do nie­zna­jo­mej dziew­czyny. Była to Janice Ellen Gra­ham, którą popro­sił o pomoc. Tłu­ma­czył jej, że ma pro­blem z przy­mo­co­wa­niem żaglówki do auta. Dziś, gdy więk­szość kobiet jest świa­doma ist­nie­ją­cych wokół zagro­żeń, pew­nie nie­jedna zada­łaby sobie pyta­nie, dla­czego obcy męż­czy­zna prosi o pomoc w takiej spra­wie wła­śnie kobietę, a nie dru­giego męż­czy­znę. Wtedy jed­nak zasko­czona pyta­niem dziew­czyna zgo­dziła się pomóc i ruszyła z nie­zna­jo­mym. Jed­nak gdy tylko dotarli na wska­zane przez męż­czy­znę miej­sce, oka­zało się, że nie ma tam żad­nej żaglówki. Wtedy powie­dział, że znaj­duje się dalej, u jego rodzi­ców za wzgó­rzem. Zapro­po­no­wał, by młoda kobieta wsia­dła do auta i poje­chała z nim na miej­sce. Ale to tłu­ma­cze­nie było zbyt pokrętne i nie­spójne, dla­tego dziew­czyna poczuła nie­po­kój. Grzecz­nie odmó­wiła i ode­szła od męż­czy­zny. Nie pro­te­sto­wał, choć czuł w głębi, że koło nosa prze­szła mu dosko­nała oka­zja, by upo­lo­wać kolejną ofiarę. Odparł jedy­nie: Och, w porządku. Mogłem ci powie­dzieć, że auto nie stoi na par­kingu.

Nie­zra­żony nie­po­wo­dze­niem wró­cił na miej­sce i ponow­nie zaczął się roz­glą­dać, niczym dra­pież­nik szu­ka­jący poży­wie­nia. Jego wzrok sku­pił się na dwu­dzie­sto­trzy­let­niej Janice Ott. Tego dnia była nad jezio­rem sama. Wypo­czy­wała na łonie natury w dżin­so­wych szor­tach i bia­łej koszuli. Przy­kuła uwagę męż­czy­zny, który znów przy­wdział maskę uśmiech­nię­tego, bez­rad­nego stu­denta i nie mógł pora­dzić sobie z zała­do­wa­niem żaglówki. Janice nie zgo­dziła się od razu, więc musiał ją przez chwilę nama­wiać. Ich roz­mowę sły­szała wypo­czy­wa­jąca obok z kole­żan­kami Sylvia Maria Valint. Jej zezna­nia zano­to­wali póź­niej śled­czy:

Czter­na­stego lipca 1974 roku byłam nad jezio­rem Sam­ma­mish w Parku Sta­no­wym z Kathy Veres i Pam. Sie­dzia­ły­śmy na plaży w pobliżu wody. Dziew­czyna, którą ziden­ty­fi­ko­wa­łam jako Jan Ott, prze­by­wała bli­sko mnie, miała ze sobą rower. Roz­ło­żyła ręcz­nik, miała na sobie krót­kie spodnie i bluzkę zawią­zaną na brzu­chu. Spodnie były dżin­sowe. Miała też ple­cak w ciem­nym kolo­rze. Zdjęła spodnie oraz koszulkę i poło­żyła obok. Miała czarne bikini. Wydaje mi się, że miała skó­rzane, kolo­rowe klapki. Leżała tam około pół godziny. Wtedy pod­szedł do niej jakiś facet. Miał około 167-170 cen­ty­me­trów, śred­nio zbu­do­wany, jasno­brą­zowe włosy opa­da­jące na kark, odchy­lone po bokach. Miał lewą rękę na tem­blaku. Gips zaczy­nał się na nad­garstku i zgi­nał wokół łok­cia. Miał białe buty do tenisa, białe skar­petki i białą koszulkę. Powie­dział: "Prze­pra­szam, czy mogła­byś mi pomóc zała­do­wać żaglówkę na mój samo­chód, ponie­waż nie mogę tego zro­bić sam przez zła­mane ramię". Ona odparła: "Cóż, usiądź i opo­wiedz mi o tym. Gdzie jest ta łódź?". On powie­dział: "Jest w domu moich rodzi­ców w Issa­quah". Na co ona: "Och, naprawdę? Miesz­ka­łam tam", a potem dodała: "Dobrze więc". Wstała i wło­żyła ubra­nie. Potem wzięła swój rower i powie­działa: "Pod jed­nym warun­kiem, że będę mogła popły­nąć żaglówką". On odparł: "Samo­chód stoi na par­kingu". Wtedy wypowie­działa mniej wię­cej takie słowa: "Cóż, poznam więc teraz two­ich rodzi­ców". Zapy­tał ją, kogo zna w Issa­quah. Poszli tak, jakby szli w stronę par­kingu. Byli na plaży jakieś 10 minut. Miał miły, angiel­ski akcent, jakby był homo­sek­su­ali­stą. Miał też małe boko­brody. Mówił gładko. Zde­cy­do­wa­nie był biały, nie można byłoby go pomy­lić z Laty­no­sem lub Hawaj­czy­kiem. Jego ubra­nia wyglą­dały, jakby był bogaty, przy­po­mi­nały strój do żeglo­wa­nia. Przed­sta­wił się jako Ted, wtedy ona powie­działa, że ma na imię Jan. Byłam jakieś dwie stopy od niej. Przy­szedł do niej od strony zachod­niej.

Podobne zezna­nia zło­żyły kole­żanki Sylvii, choć one przy­znały, że nie przy­glą­dały się jakoś szcze­gól­nie dwu­dzie­sto­trzy­latce. Janice ule­gła nie­zna­jo­memu i poszła z nim w stronę auta, zabie­ra­jąc ze sobą rower, który leżał obok. Widziała ją jesz­cze jedna osoba - jak się oka­zało, była to dziew­czyna, którą Ted jako pierw­szą pró­bo­wał zacią­gnąć do samo­chodu. Ona rów­nież zezna­wała przed poli­cją:

To było jakieś 10 minut póź­niej, gdy zoba­czy­łam, jak idzie z jakąś dziew­czyną w stronę par­kingu. Miała ze sobą żółty rower z zakrzy­wioną kie­row­nicą. Pomy­śla­łam sobie, że nie zajęło mu dużo czasu, żeby zna­leźć kogoś innego, kto pój­dzie z nim na par­king. Szli w tamtą stronę (on był bli­żej mnie) i dziew­czyna szła mię­dzy nim a rowe­rem, który pchała. Nie mogłam jej zbyt dobrze dostrzec. Zasta­na­wia­łam się, gdzie umie­ści ten rower. Spo­tka­łam się ze zna­jo­mymi około 12.45 i nie widzia­łam go już wię­cej przez resztę dnia.

Janice prze­pa­dła bez śladu.

Jesz­cze tego samego dnia, zale­d­wie kilka godzin póź­niej, rów­nież nad jezio­rem Sam­ma­mish Ted wypa­trzył kolejną ofiarę. Była nią osiem­na­sto­let­nia Denise Naslund. Dziew­czyna przy­je­chała do parku razem z chło­pa­kiem Kenem Lit­tle i zna­jo­mymi. Chwilę po godzi­nie 16.00 opu­ściła na chwilę grupę, by pójść do publicz­nej toa­lety. I to był ostatni raz, gdy chło­pak i przy­ja­ciele widzieli Denise. Dziew­czyna znik­nęła. Zagi­nię­cie zgło­szono około godziny 20.30, wcze­śniej zna­jomi pró­bo­wali zna­leźć Naslund na wła­sną rękę. Wtedy śled­czy usły­szeli mnó­stwo opo­wie­ści o nie­zna­jo­mym, który z ręką na tem­blaku zacze­piał młode dziew­czyny, pro­sząc je o pomoc w zała­do­wa­niu żaglówki. W tych rela­cjach prze­wi­jał się wciąż ten sam opis:

- młody męż­czy­zna około dwu­dzie­stu pię­ciu-dwu­dzie­stu ośmiu lat,

- jasno­brą­zowe krę­cone włosy,

- strój suge­ru­jący upra­wia­nie sportu (tenis, żaglówka),

- bry­tyj­ski akcent,

- biały,

- około 170 cen­ty­me­trów wzro­stu,

- miał rękę na tem­blaku,

- przed­sta­wiał się jako Ted.

Śled­czy prze­słu­chali zna­jo­mych Denise, któ­rzy sta­now­czo zapew­niali, że dziew­czyna na pewno nie odda­liła się ot tak, porzu­ca­jąc swo­jego chło­paka. Poza tym zosta­wiła na miej­scu wszyst­kie rze­czy, które tego dnia zabrała nad jezioro. Jak rela­cjo­no­wali, Naslund była miłą, ser­deczną dziew­czyną, która z pew­no­ścią pomo­głaby każ­demu, kto o tę pomoc by popro­sił. Jeśli więc pod­szedł do niej kon­tu­zjo­wany męż­czy­zna, który potrze­bo­wał wspar­cia przy zała­do­wa­niu żaglówki, musiała zgo­dzić się pójść razem z nim. Jej matka Ele­anore M. Rose w roz­mo­wie z poli­cją mówiła:

Denise była nie­zwy­kle kochana, czę­sto dosta­wa­łam od niej pre­zenty zupeł­nie bez oka­zji, były­śmy razem bar­dzo bli­sko. Kiedy przy­cho­dziła do mnie do domu, to tak jakby słońce weszło przez drzwi.

Znik­nię­cia mło­dych kobiet tra­fiły do mediów. W gaze­tach poja­wił się por­tret pamię­ciowy, a także ostrze­że­nie:

W związku z zagi­nię­ciami dwóch mło­dych kobiet nad jezio­rem Sam­ma­mish 14 lipca poli­cja ape­luje do wszyst­kich kobiet, zwłasz­cza mię­dzy osiem­na­stym a dwu­dzie­stym pią­tym rokiem życia, aby były eks­tre­mal­nie ostrożne, zwłasz­cza po zmroku.

Por­tre­towi towa­rzy­szył też opis samo­chodu, któ­rym pory­wacz się poru­szał. Był to brą­zowy volks­wa­gen gar­bus. Zazna­czono rów­nież, że poszu­ki­wany męż­czy­zna może mieć zwią­zek z innymi zagi­nię­ciami, mię­dzy innymi Lyndy Ann Healy. Te wszyst­kie, nie­kiedy dość szcze­gó­łowe infor­ma­cje na nie­wiele się jed­nak zdały. Na por­tre­cie wid­niał wize­ru­nek męż­czy­zny, który miał dość pospo­litą twarz, nie­wy­róż­nia­jącą się niczym szcze­gól­nym. Taką, która spra­wiała, że nie­zna­jomy mógł po pro­stu wto­pić się w tłum, nie rzu­ca­jąc się szcze­gól­nie w oczy. Ale wśród setek osób, które po zagi­nię­ciach mło­dych dziew­czyn z oko­lic jeziora Sam­ma­mish się­gnęły po gazety, była jedna kobieta, na któ­rej por­tret pamię­ciowy zro­bił szcze­gólne wra­że­nie. W buj­nych wło­sach i gęstych brwiach roz­po­znała swo­jego chło­paka. Tą kobietą była Eli­za­beth Klo­ep­fer, part­nerka Teda Bundy'ego.

Gazeta z wize­run­kiem poszu­ki­wa­nego męż­czy­zny wpa­dła w ręce Liz, gdy była w pracy. Przy­niósł ją jeden z pra­cow­ni­ków. Pod­szedł do niej, poło­żył papier na biurku i spy­tał: roz­po­zna­jesz go? Dziew­czyna natych­miast zbla­dła i zanie­mó­wiła:

Wyglą­dał jak mój Ted. Nie chcia­łam o tym myśleć, ale byłam prze­ra­żona, jakby coś było nie tak. Patrzy­łam na por­tret raz po raz, a w domu zaczę­łam prze­glą­dać nasze zdję­cia. Zoba­czy­łam zdję­cie Teda, na któ­rym wyglą­dał podob­nie, linia szczęki była iden­tyczna. Zabra­łam zdję­cie do przy­ja­ciółki, poka­za­łam jej i obie były­śmy w szoku. Tak bar­dzo przy­po­mi­nał Teda. Powie­działa mi: "Nie możesz być z kimś cztery lata i nie wie­dzieć, kim jest. Jak możesz w ogóle tak myśleć?".

Ale to nie uspo­ko­iło Eli­za­beth. Zaczęła dostrze­gać wiele punk­tów wspól­nych mię­dzy jej part­ne­rem a histo­riami, które roz­grze­wały opi­nię publiczną:

Zbie­gów oko­licz­no­ści było tak dużo, że nie mogłam odpu­ścić. Czy­ta­łam w gaze­cie, że jakiś świa­dek porwa­nia Geo­r­gann Haw­kins widział męż­czy­znę o kulach. Byłam w szoku. Widzia­łam kule w pokoju Teda. Pomy­śla­łam: "O nie!". W mojej gło­wie zro­dziło się pyta­nie, czy on jest do tego zdolny? Prze­cież to nie ma sensu. Razem z przy­ja­ciółką ano­ni­mowo zadzwo­ni­łam na poli­cję z budki tele­fo­nicz­nej i spy­ta­ły­śmy, czy miał zega­rek na pra­wej ręce. Ted nosił zega­rek na pra­wej ręce. Odpo­wie­dzieli, że nikt o tym nie wspo­mniał. Spy­ta­ły­śmy, czy ten volks­wa­gen na pewno był brą­zowy, ponie­waż jego wóz był beżowy. Odpo­wie­dzieli, że tak, był. Pomy­śla­łam: "Uff, czyli to nie mój Ted". Odpro­wa­dzi­łam przy­ja­ciółkę i poszłam do Teda. Leże­li­śmy na pod­ło­dze i roz­ma­wia­li­śmy, był po pro­stu moim Tedem. Czu­łam się jak wariatka, czemu w ogóle o tym pomy­śla­łam?

Eli­za­beth nie miała wów­czas poję­cia, jak bar­dzo jej sko­ja­rze­nia były praw­dziwe.

Poli­cja roz­po­częła sze­roko zakro­jone poszu­ki­wa­nia Janice i Denise. Spraw­dzano oko­liczny teren z pomocą psów tro­pią­cych, patro­lo­wano oko­licę ze śmi­głowca, spe­cja­li­ści od psy­cho­lo­gii na pod­sta­wie zebra­nych zeznań stwo­rzyli też pro­fil pory­wa­cza. Pra­co­wała nad nim dok­tor Donna Schram, która - o iro­nio - znała pry­wat­nie Teda Bundy'ego. Nakre­śla­jąc jed­nak pro­fil nie­zna­jo­mego znad jeziora Sam­ma­mish, nie sko­ja­rzyła, że tak naprawdę opi­suje zna­jo­mego. W doku­men­cie prze­ka­za­nym śled­czym uznała, że poszu­ki­wany męż­czy­zna był mani­pu­lan­tem, pocho­dził z klasy śred­niej lub wyż­szej, więk­szość jego życia krę­ciła się wokół kobiet oraz że miał swój typ, któ­rego poszu­ki­wał. Nie opie­rał się jed­nak na sek­su­al­no­ści, a na pew­nej nie­win­no­ści i braku doświad­cze­nia. Nie zale­żało mu na tym, by kobieta dała zie­lone świa­tło do współ­ży­cia, chciał ją zdo­mi­no­wać. To jed­nak było wciąż za mało, by wyty­po­wać kon­kret­nego czło­wieka.

Eli­za­beth nie była jedyną osobą, która w dość pro­stym i mało szcze­gó­ło­wym por­tre­cie pamię­cio­wym dostrze­gła zna­jomą twarz. Joel Kesten­baum z Wydziału Psy­cho­lo­gii Uni­wer­sy­tetu Waszyng­toń­skiego się­gnął po gazetę i nie­mal natych­miast sko­ja­rzył szkic ze swoim stu­den­tem. Był nim Ted Bundy. Czuł, że to nie­moż­liwe i nie­ustan­nie powta­rzał sobie, że prze­cież ten młody, ambitny czło­wiek nie byłby zdolny do tak potwor­nych rze­czy. Mimo to, chcąc być w zgo­dzie z samym sobą i swoim sumie­niem, wykła­dowca zgło­sił się na poli­cję. Przy­znał, że zamiesz­czony por­tret przy­po­mina mu stu­denta Teda Bundy'ego. Śled­czy dopy­ty­wali, czy prze­ja­wiał nie­po­ko­jące zacho­wa­nie lub było w nim coś, co mogłoby spra­wić, że powi­nien być wcią­gnięty na listę podej­rza­nych. Ale Kesten­baum odpo­wie­dział sta­now­czo: "nie".

Sie­dem tygo­dni po gło­śnym zagi­nię­ciu Ott i Naslund myśliwi natknęli się na ludz­kie szczątki. Znaj­do­wały się w pobliżu parku Sam­ma­mish wśród wyso­kich chwa­stów i krze­wów. Naj­pierw odna­le­ziono czaszkę, póź­niej ratow­nicy - prze­cze­su­jąc teren na kola­nach - zoba­czyli żuchwę. Usta­lono, że nale­żała do Janice. Nieco dalej znaj­do­wały się czaszka i żuchwa Denise. Kawa­łek po kawałku skła­dano w całość szkie­lety upro­wa­dzo­nych dziew­czyn. Nadzieje rodziny na odna­le­zie­nie mło­dych kobiet żywych ule­ciały bez­pow­rot­nie. Co cie­kawe, nie­mal w tym samym miej­scu natknięto się rów­nież na szczątki innych osób. Przy­pusz­czano, że nale­żały do zagi­nio­nych wcze­śniej stu­den­tek, mię­dzy innymi Geo­r­gann Haw­kins, ale wtedy nie udało się tego potwier­dzić.

W tym cza­sie Ted szy­ko­wał się do prze­pro­wadzki do Salt Lake City. Miał tam roz­po­cząć stu­dia praw­ni­cze na Uni­wer­sy­te­cie Utah. To ozna­czało roz­łąkę z Eli­za­beth, ale usta­lili, że spró­bują być parą na odle­głość. Rela­cje mię­dzy nimi mocno się ochło­dziły, głów­nie dla­tego, że Ted stał się ozię­bły. Prze­ko­ny­wał, że jego uczu­cia nie wyga­sły, a zmiana zacho­wa­nia to efekt stresu zwią­za­nego z pracą. Eli­za­beth podej­rze­wała z kolei, że part­ner może ją zdra­dzać z innymi kobie­tami. Pod wzglę­dem psy­chicz­nym czuła się coraz gorzej, dla­tego zaczęła się­gać po alko­hol. Ted był nie­zwy­kle ważną posta­cią w jej życiu, wizja, że mogłaby go utra­cić, była dla niej nie do znie­sie­nia. Tym bar­dziej że part­ner stał się rów­nież istotną posta­cią dla jej córki. Dziew­czynka przy­wią­zała się do Bundy'ego, trak­to­wała go jak członka rodziny. Ale i ona czuła, że rela­cje mię­dzy nim a jego matką ule­gły znacz­nemu pogor­sze­niu:

Czu­łam, że go tra­cimy i było mi smutno. Czu­łam, że nie jeste­śmy już tak bli­sko. Czu­łam, że nasza rela­cja przy­biera zły obrót. Pamię­tam, że to się zaczęło, kiedy bawi­li­śmy się w cho­wa­nego. Scho­wał się pod kocem, weszłam do pokoju, ścią­gnę­łam koc, a on był nagi. Byłam w szoku i powie­dzia­łam: "Jesteś nagi". Na co on: "Tak, ponie­waż mogę stać się nie­wi­dzialny, ale moje ubra­nia nie, a nie chcia­łem, żebyś mnie widziała". Pró­bo­wa­łam to roz­gryźć, ale on mnie dotknął i zaczął grę w berka, więc musia­łam prze­stać, bo nie chcia­łam być ber­kiem. Bie­ga­łam i się zasta­na­wia­łam, ale im wię­cej myśla­łam, tym było gorzej. Chcia­łam wytłu­ma­czyć to w dzie­cinny spo­sób, że po pro­stu była to część zabawy. Zawsze łamał zasady, to była kolejna rzecz, dzięki któ­rej nie był jak inni doro­śli - wspo­mi­nała po latach Molly Ken­dall.

Eli­za­beth po cichu liczyła na to, że Ted zapro­po­nuje jej, by wyje­chali razem do Utah. Ale takie pyta­nie ni­gdy z jego ust nie padło. Para musiała więc nauczyć się żyć w nowym for­ma­cie związku, który zakła­dał dużo rzad­sze spo­tka­nia i mniej­szą czę­sto­tli­wość kon­tak­tów. Dla Liz było to nie­zwy­kle trudne, dla Teda praw­do­po­dob­nie znacz­nie łatwiej­sze. Nawet jeśli tęsk­nił, to głowę napy­chał sobie zupeł­nie innymi wra­że­niami, które oscy­lo­wały wokół kolej­nej fali porwań mło­dych kobiet. Tak oto śmierć cią­gnęła się za Bun­dym w każde miej­sce, do któ­rego dotarł.

Dru­giego paź­dzier­nika 1974 roku zagi­nęła dzie­siąta dziew­czyna. Była nią szes­na­sto­let­nia Nancy Wil­cox, którą widziano po raz ostatni, gdy wycho­dziła z domu przy Arnette Drive w Salt Lake City. Zarówno śled­czy, jak i rodzice podej­rze­wali, że nasto­latka ucie­kła. Nikt nie przy­pusz­czał, że męż­czy­zna, który ter­ro­ry­zo­wał stan Waszyng­ton, teraz za swój cel obrał Utah. Dla­tego też nie wydano żad­nego ostrze­że­nia dla mło­dych dziew­czyn i nie połą­czono zagi­nię­cia Wil­cox z podob­nymi zbrod­niami z innego obszaru. Nancy prze­pa­dła bez śladu, a jej ciała do dziś nie odna­le­ziono. Sprawa jej zagi­nię­cia pozo­staje na­dal otwarta.

Osiem­na­stego paź­dzier­nika podobny los spo­tkał sie­dem­na­sto­let­nią Mel­lisę Smith, która była córką szefa poli­cji Midvale, nie­wiel­kiego mia­steczka odda­lo­nego od Salt Lake City zale­d­wie 17 minut jazdy samo­cho­dem. Tego wie­czoru Mel­lisa szy­ko­wała się na imprezę u kole­żanki. Dziew­czyna była nie­zwy­kle atrak­cyjna i - oczy­wi­ście - miała dłu­gie jasno­brą­zowe włosy, które roz­dzie­lała prze­dział­kiem pośrodku. Zanim wybrała się na cało­nocną zabawę, naj­pierw chciała pójść do przy­ja­ciółki, która pra­co­wała w piz­ze­rii. Wycho­dząc z domu, miała na sobie dżinsy i koszulę.

Do przy­ja­ciółki dotarła bez pro­blemu. Poroz­ma­wiały chwilę, a następ­nie Mel­lisa poże­gnała się i ruszyła w drogę powrotną. Chciała wejść jesz­cze do domu, zabrać kilka rze­czy i wysko­czyć na wspo­mnianą imprezę. Ale zarówno do domu, jak i do zna­jo­mej nie dotarła. Na tym dość krót­kim odcinku spo­tkała męż­czy­znę, który zakoń­czył jej kil­ku­na­sto­let­nie życie. Zwłoki zna­le­ziono dopiero dzie­więć dni póź­niej. Jak wyka­zała sek­cja, dziew­czyna została bru­tal­nie pobita, miała roz­trza­skaną głowę. Nie­wy­klu­czone, że użyto do tego łomu. Bez­po­śred­nią przy­czyną śmierci było jed­nak udu­sze­nie. Na szyi dziew­czyny wciąż wid­niała poń­czo­cha, którą zaci­śnięto z taką siłą, że zła­mała jej kość gny­kową znaj­du­jącą się tuż pod żuchwą. Melissa przed zabój­stwem została też zgwał­cona.

Bundy był praw­dzi­wym dra­pież­ni­kiem, a w dodatku pie­kiel­nie nie­na­sy­co­nym. Pory­wał i mor­do­wał z nie­spo­ty­kaną wcze­śniej czę­sto­tli­wo­ścią, a także gwał­tow­no­ścią. Wyko­rzy­sty­wał każdą oka­zję, by wytro­pić kolejny cel. Nic więc dziw­nego, że na łowy wyru­szył w Hal­lo­ween. Trudno wyobra­zić sobie bar­dziej sprzy­ja­jącą noc dla seryj­nego mor­dercy w Sta­nach Zjed­no­czo­nych. Na każ­dym kroku imprezy do bia­łego rana, powszechne roz­luź­nie­nie, zabawa i prze­bie­ranki. Łatwo wto­pić się w tłum i wycią­gnąć z niego naj­słab­sze ogniwo. W 1974 roku oka­zała się nim Laura Aime. Sie­dem­na­sto­latka spę­dzała tę noc z przy­ja­ciółmi. I na tym koń­czą się spójne źró­dła. Natknę­łam się na co naj­mniej trzy różne wer­sje doty­czące tego, gdzie dokład­nie była Laura w ostat­nich godzi­nach swo­jego życia. Według jed­nej teo­rii sie­dem­na­sto­latka bawiła się na domówce na przed­mie­ściach Orem. Inna wer­sja głosi, że dom ten znaj­do­wał się w Lehi. A jesz­cze inna - że fak­tycz­nie było to w Lehi, ale nie w domu, a w kawiarni. Obie miej­sco­wo­ści są od sie­bie odda­lone mniej wię­cej 16 minut jazdy samo­cho­dem. Odle­głość więc - jak na próbę usta­le­nia, gdzie dokład­nie była dziew­czyna - jest dosyć spora.

Ta wysoka, bo mie­rząca 182 cen­ty­me­try, dziew­czyna o syl­wetce modelki i dłu­gich pro­stych wło­sach z prze­dział­kiem na środku uwiel­biała koczow­ni­czy tryb życia. Jej tem­pe­ra­ment trudno było okieł­znać nie tylko rodzi­com, ale i nauczy­cie­lom, z któ­rymi Laura poże­gnała się na eta­pie szkoły śred­niej. Sporo czasu spę­dzała z przy­ja­ciółmi, chwy­tała się też prze­róż­nych dodat­ko­wych zajęć. Mimo to utrzy­my­wała z rodziną poprawne kon­takty. Dora­stała w Salem w sta­nie Utah i czę­sto nawią­zy­wała nowe zna­jo­mo­ści. Jak dokład­nie wyglą­dało jej upro­wa­dze­nie? Tu rów­nież poja­wia się kilka wer­sji. Według jed­nej z nich nasto­latka zła­pała stopa, by dostać się nim do cen­trum Lehi. Inna z kolej głosi, że dziew­czyna wyszła z imprezy, bo ta wydała jej się nudna, i poszła samot­nie do parku. Jest i trze­cia opcja - Laura opu­ściła zna­jo­mych na chwilę, bo chciała kupić papie­rosy. Bez względu na to, czym się kie­ro­wała, wycho­dząc samot­nie w środku nocy, pewne jest to, że na imprezę już nie wró­ciła. Na swo­jej dro­dze spo­tkała seryj­nego mor­dercę, dla któ­rego stała się kolej­nym celem. Z póź­niej­szych zeznań samego Bundy'ego, a także usta­leń śled­czych wynika, że w tym cza­sie Ted poru­szał się swoim gar­bu­sem. Mógł więc zwa­bić dziew­czynę, by ta pomo­gła mu przy aucie, a Laura, która była w nie­wiel­kim stop­niu pod wpły­wem alko­holu, nie wyczuła zagro­że­nia i zgo­dziła się na pro­po­zy­cję nie­zna­jo­mego.

Poszu­ki­wa­nia nasto­latki nie ruszyły od razu. Ze względu na jej dość roz­ryw­kowy tryb życia nie wszy­scy natych­miast zauwa­żyli znik­nię­cie dziew­czyny. Tym bar­dziej że hal­lo­we­enową imprezę spę­dzała z oso­bami, które poznała nie­dawno, mogli więc uznać, że nie ma niczego złego w tym, że samot­nie opusz­cza spo­tka­nie i już nie wraca na nie. Lub - co gor­sza - nikt nawet nie zauwa­żył jej znik­nię­cia. Dopiero po kilku dniach, gdy nie dawała znaku życia, rodzice zaczęli się nie­po­koić. Roz­po­częli poszu­ki­wa­nia na wła­sną rękę, pod­py­tu­jąc zna­jo­mych córki, czy wie­dzą, gdzie ona jest. Nie­stety, nikt nie był w sta­nie im pomóc. Laura mil­czała, a jej rodzice prze­czu­wali naj­gor­sze. Jesz­cze przed zagi­nię­ciem córki czy­tali arty­kuł w pra­sie, który poświę­cony był zabój­stwu Melissy Smith. Każdy kocha­jący rodzic odcho­dziłby w tej sytu­acji od zmy­słów. I tak samo było z pań­stwem Aime.

Ich naj­gor­szy kosz­mar ziścił się 27 listo­pada. Dwóch tury­stów wędro­wało w oko­li­cach kanionu Ame­ri­can Fork. Wła­śnie tam natknęli się na zwłoki Laury. Poli­cja, która przy­je­chała na miej­sce, począt­kowo sądziła, że to poszu­ki­wana Debra Kent, która znik­nęła trzy tygo­dnie wcze­śniej. Fakt, że jest to sie­dem­na­sto­let­nia Aime, potwier­dził jej ojciec. Roz­po­znał ją po cha­rak­te­ry­stycz­nej bliź­nie, któ­rej naba­wiła się w prze­szło­ści, jeż­dżąc konno. Widząc zwłoki swo­jego dziecka, męż­czy­zna zała­mał się, póź­niej musiał zma­gać się z depre­sją. Przez wiele lat nie potra­fił sobie wyba­czyć, że nie uchro­nił córki przed tak bru­talną śmier­cią.

Sek­cja zwłok wyka­zała, że dziew­czy­nie zadano silny cios w głowę. Jej czaszka była wgnie­ciona z tyłu po lewej stro­nie. Została też udu­szona nylo­nową poń­czo­chą, w którą zaplą­tał się jej naszyj­nik. Ze względu na obra­że­nia twa­rzy śled­czy uznali, że nasto­latka była też cią­gnięta po ziemi. Sprawca wyko­rzy­stał ją rów­nież sek­su­al­nie. Według funk­cjo­na­riu­szy dziew­czyna mogła prze­by­wać przez kilka, a nawet kil­ka­na­ście dni w innym miej­scu, a jej ciało pod­rzu­cono w oko­lice kanionu. A to dla­tego, że według autop­sji jej zgon nastą­pił dopiero 20 listo­pada, pod­czas gdy zagi­nęła w nocy z 31 paź­dzier­nika na 1 listo­pada. Patrząc na wcze­śniej­sze dzia­ła­nia Bundy'ego, ta wer­sja wydaje się jed­nak mało praw­do­po­dobna. Zabój­stwa, któ­rych się dopusz­czał, zawsze były nie­zwy­kle gwał­towne. Prze­cho­dził do czy­nów nie­mal natych­miast po upro­wa­dze­niu. W dodatku na nad­garst­kach Laury nie zna­le­ziono żad­nych śla­dów, które świad­czy­łyby o tym, że była gdzieś wię­ziona. Wąt­pliwy wydaje się sce­na­riusz, w któ­rym Ted więzi dziew­czynę i nie krę­puje jej w żaden spo­sób. Można więc przy­jąć cał­kiem real­nie, że prze­pro­wa­dza­jący sek­cję zwłok źle osza­co­wał datę śmierci nasto­latki.

W całej tej histo­rii poja­wia się jesz­cze jeden cie­kawy, choć moim zda­niem mało praw­do­po­dobny wątek. Część zna­jo­mych Laury twier­dziła, że dziew­czyna znała Teda Bundy'ego. Miał wiele razy ją zacze­piać, a raz nawet przy­znać wprost, że zamie­rza ją zgwał­cić. Nie­któ­rzy twier­dzili, że męż­czy­zna krę­cił się też w gro­nie jej przy­ja­ciół. Dla­czego uwa­żam, że to mało realne? Bundy na ofiary wybie­rał obce kobiety, uni­kał jakie­go­kol­wiek powią­za­nia go z zagi­nię­ciami. Nie ogra­ni­czał się do ata­ków w jed­nym sta­nie, dzia­łał w kilku i poko­ny­wał ogromne odle­gło­ści, zosta­wia­jąc po sobie ścieżkę usłaną tru­pami. Ponadto gdy Laura zagi­nęła, Bundy miał dwa­dzie­ścia sie­dem lat. Choć osobę w tym wieku postrze­gamy raczej jako mło­dego czło­wieka, to na tle nasto­lat­ków wydaje się on po pro­stu zbyt doro­sły i doj­rzały. Gdyby dwu­dzie­sto­sied­mio­la­tek poka­zy­wał się w gro­nie nasto­lat­ków, od razu zwró­cono by na niego uwagę. I co naj­waż­niej­sze - jego nazwi­sko w tej spra­wie poja­wiło się dopiero po zatrzy­ma­niu Teda i spo­rzą­dze­niu listy ofiar, a nie po zagi­nię­ciu Laury.

O zagi­nię­ciach i mor­der­stwach w Utah zaczęły pisać media. Przy­ja­ciółka Eli­za­beth miała tam rodzi­ców, do któ­rych poje­chała już po wyjeź­dzie Teda. Gdy wró­ciła, od razu poszła do Liz i powie­działa jej, że znik­nię­cia dziew­czyn, które były noto­wane w Waszyng­to­nie, teraz miały miej­sce w Utah. Part­nerka Bundy'ego miała złe prze­czu­cia:

Zbie­gów oko­licz­no­ści było tak dużo, że nie mogłam odpu­ścić. Byłam prze­ra­żona. Następ­nego dnia zadzwo­ni­łam do hrab­stwa King. Detek­tyw, który ode­brał, był bar­dzo cier­pliwy, mówi­łam rze­czy typu: "Wiem, że się mylę, ale zasta­na­wiam się". Po pro­stu słu­chał. Powie­dzia­łam: "Mój chło­pak ma na imię Ted. Jeź­dzi volks­wa­ge­nem". Detek­tyw prze­rwał mi i spy­tał: "Och, nie mówi pani chyba o The­odo­rze Rober­cie Bun­dym, prawda?". Powie­dział, że już go spraw­dzili i nie uznali za wła­ści­wego kan­dy­data. Powie­dział mi: "Spo­tkajmy się i poroz­ma­wiajmy". Zgo­dzi­łam się. Przej­rze­li­śmy albumy z naszymi zdję­ciami, wziął kilka. Po tym spo­tka­niu czu­łam, że to zawo­do­wiec, że wszystko spraw­dzi i da mi odpo­wiedź. Zadzwo­ni­łam znowu i spy­tałam, czy poka­zał zdję­cia świad­kowi. A on nie pamię­tał, kim jestem.

Po chwili śled­czy przy­znał, że poka­zy­wał zdję­cie Teda jed­nemu ze świad­ków, ale ten go nie roz­po­znał. Poli­cjant uznał więc, że temat Bundy'ego można uznać za zamknięty.

Ósmego listo­pada 1974 roku Ted nie miał już takiego szczę­ścia. Po raz pierw­szy zali­czył poważną wpadkę przy pró­bie porwa­nia, która w póź­niej­szym pro­ce­sie mocno go obciąży.

Był to dość ponury i desz­czowy wie­czór. Osiem­na­sto­let­nia Carol DaRonch wybrała się do cen­trum han­dlo­wego Fashion Place Mall na przed­mie­ściach Mur­ray w Utah. Gdy była w księ­garni, pod­szedł do niej uśmiech­nięty przy­stojny męż­czy­zna, który zapy­tał, czy to jej auto stoi przed skle­pem. Odpo­wie­działa, że tak. Wtedy nie­zna­jomy powie­dział, że jest poli­cjan­tem i wła­śnie funk­cjo­na­riu­szom udało się zatrzy­mać kogoś, kto pró­bo­wał wła­mać się do jej pojazdu. Zapy­tał więc, czy dziew­czyna pój­dzie z nim i spraw­dzi, czy z samo­chodu coś znik­nęło. Carol nie była do końca prze­ko­nana, jed­nak miała poczu­cie, że skoro to poli­cjant, powinna dosto­so­wać się do jego pole­ceń, dla­tego zgo­dziła się i ruszyła z obcym męż­czy­zną. Gdy dotarli na miej­sce, dziew­czyna szybko rzu­ciła okiem do środka pojazdu i oznaj­miła, że wszystko jest w porządku i nie wygląda na to, by zło­dziej zdą­żył cokol­wiek zabrać. Wtedy poli­cjant zapro­po­no­wał, by wsia­dła do jego auta i poje­chała z nim na komi­sa­riat, gdzie prze­wie­ziono zatrzy­ma­nego męż­czy­znę. Carol miała coraz więk­sze podej­rze­nia co do całej sytu­acji. Zapy­tała więc nie­zna­jo­mego o toż­sa­mość. Odparł, że nazywa się Rose­land, a na dowód mach­nął jej przed oczami port­fe­lem, zupeł­nie jakby znaj­do­wała się tam poli­cyjna odznaka. Następ­nie ponow­nie zapro­po­no­wał, by wsia­dła do samo­chodu i poje­chała z nim na poste­ru­nek. Mimo nie­pew­no­ści Carol zgo­dziła się, choć miała wra­że­nie, że czuje od męż­czy­zny woń alko­holu. Panika ogar­nęła ją, gdy kie­rowca gwał­tow­nie ruszył i wcale nie poje­chał w kie­runku poste­runku poli­cji.

Będąc w aucie, zorien­to­wa­łam się, że źle zro­bi­łam. Nagle ruszył, wje­chał na kra­węż­nik, wtedy spa­ni­ko­wa­łam. Pamię­tam, że do niego krzy­cza­łam: "Co ty wypra­wiasz?". Nic nie odpo­wie­dział, widzia­łam w nim zmianę. Pamię­tam, że wycią­gnął broń i powie­dział: "Roz­walę ci łeb". Pomy­śla­łam - pro­szę bar­dzo. Zginę na miej­scu. Czu­łam, że powin­nam wal­czyć. Za wszelką cenę uciec. Otwo­rzy­łam drzwi i wypa­dłam na ulicę, a on po mnie wyszedł. Pamię­tam, że miał w ręku łom, pró­bo­wał ude­rzyć mnie w głowę. Nie było łatwo. Nad­je­chał samo­chód, a ja do niego wsko­czy­łam.

Carol roz­po­częła walkę o życie w momen­cie, gdy Ted pró­bo­wał zało­żyć jej na rękę kaj­danki. Nie udało mu się, a dziew­czyna nie tylko uszła z tego spo­tka­nia z życiem, ale też dosko­nale wie­działa, jak wygląda napast­nik. Zeznała poli­cji, że od razu go roz­po­zna, jak tylko go zoba­czy. Oczy­wi­ście na par­kingu, z któ­rego dziew­czyna została porwana, nie było już cha­rak­te­ry­stycz­nego gar­busa. Ted odje­chał, by polo­wać na kolejną ofiarę.

Bundy był wście­kły. Jego dosko­nale opra­co­wany plan oka­zał się porażką. Popeł­nił rażący błąd, który mógł przy­bli­żyć do niego śled­czych. Ale zamiast myśleć racjo­nal­nie, Ted kie­ro­wał się jedy­nie żądzą krwi, która przez ucieczkę Carol jesz­cze bar­dziej wzro­sła. Tego samego wie­czoru, zale­d­wie godzinę po pró­bie porwa­nia sprzed cen­trum han­dlo­wego, męż­czy­zna dotarł do Boun­ti­ful poło­żo­nego nie­całe 30 kilo­me­trów od Mur­ray. W tam­tej­szej szkole View­mont High School odby­wało się wła­śnie przed­sta­wie­nie. Bundy wszedł za kulisy i zacze­pił młodą nauczy­cielkę. Podob­nie jak w przy­padku Carol rów­nież tu pró­bo­wał nakło­nić kobietę, by poszła ziden­ty­fi­ko­wać auto. Ale nauczy­cielka odmó­wiła. Czuła ogromny nie­po­kój, sto­jąc przy męż­czyź­nie, zapro­po­no­wała więc, że przy­pro­wa­dzi męża, który będzie mógł pomóc. Wtedy Ted wyco­fał się i zre­zy­gno­wał z dal­szej próby zwa­bie­nia kobiety w pułapkę.

Debra Kent nie miała tyle szczę­ścia. Nasto­latka rów­nież była na przed­sta­wie­niu, towa­rzy­szyli jej rodzice. Zapro­po­no­wała, by pocze­kali na nią w szkole, a ona poje­dzie po brata, który w tym cza­sie bawił się na lodo­wi­sku. Rodzice zgo­dzili się, wów­czas nie mieli jesz­cze poję­cia, że widzą córkę po raz ostatni.

Debby nie dotarła na lodo­wi­sko. Nie wró­ciła też na przed­sta­wie­nie. Rodzice cze­kali na nią, coraz bar­dziej się nie­cier­pli­wiąc. W końcu wyszli przed budy­nek i tam zoba­czyli, że samo­chód, któ­rym córka miała poje­chać po brata, wciąż stoi na par­kingu. Dotarli do naj­bliż­szej budki tele­fo­nicz­nej i zadzwo­nili do domu, ale nikt nie odbie­rał. Skon­tak­to­wali się więc z lodo­wi­skiem, na któ­rym miał być ich syn. Oka­zało się, że chło­piec wraz z kole­gami wciąż jeź­dzi na łyż­wach. Rodzice nie mieli wyj­ścia, musieli powia­do­mić poli­cję.

W trak­cie prze­słu­chań świad­ków oka­zało się, że mię­dzy godziną 22.00 a 23.00 kilka osób sły­szało krzyki, nie­któ­rzy mówili też o huku, który docie­rał z oko­lic szkoły. Jed­nak nikt niczego nie widział, więc nie­po­ko­jące odgłosy zostały zigno­ro­wane. Pod­czas prze­szu­ka­nia par­kingu, na któ­rym mogło przy­tra­fić się Debby coś nie­po­ko­jącego, odna­le­ziono klucz do kaj­da­nek. To wzbu­dziło jesz­cze więk­sze obawy o los sie­dem­na­sto­latki. Zło­wiesz­czo brzmiały też zezna­nia nauczy­cielki Rae She­phard, która przed znik­nię­ciem dziew­czyny natknęła się na obcego męż­czy­znę. Jej wer­sję można zna­leźć w poli­cyj­nym rapor­cie:

Myślę, że było wtedy około 19.45. W holu było ciemno, ale widzia­łam cał­kiem dobrze. Męż­czy­zna, który stał samot­nie w poło­wie kory­ta­rza, pod­szedł do mnie, gdy szłam w kie­runku gar­de­roby. Powie­dział: "Prze­pra­szam, czy mogła­byś wyjść na par­king i spró­bo­wać ziden­ty­fi­ko­wać samo­chód?". Powie­działam, że jestem zajęta, i zapy­ta­łam, czy potrze­buje pomocy. Jeśli tak, to spró­buję zna­leźć kogoś, kto mu pomoże. Powie­dział: "To zaj­mie tylko kilka sekund, muszę dowie­dzieć się, czyj to samo­chód". Powie­działam "prze­pra­szam" i poszłam do gar­de­roby. Jego zacho­wa­nie naprawdę mnie wku­rzyło, o czym powie­dzia­łam póź­niej mężowi. Byłam w szatni około pół godziny, potem wra­ca­łam kory­ta­rzem (było około 20.15-20.30). Byłam sama, a on na­dal stał mniej wię­cej w tym samym miej­scu. Powie­działam: "Cześć, zna­la­złeś już kogoś?". Ale nie wypo­wie­dział ani słowa, tylko patrzył na mnie. Oglą­da­łam przed­sta­wie­nie i znów musia­łam pomóc w zmia­nie kostiu­mów. Było to jakieś 20 minut póź­niej. Ruszy­łam z powro­tem kory­ta­rzem, była to moja trze­cia podróż, a on znów tam był (około 20.50-21.00). Zaczął pod­cho­dzić do mnie i powie­dział: "Hej, hm... Naprawdę ład­nie wyglą­dasz". Powie­działam: "Dzięki". Odparł: "Jesteś pewna, że nie możesz mi pomóc z tym samo­cho­dem, to zaj­mie tylko kilka sekund". Powie­działam: "W tej chwili się spie­szę, ale mój mąż może ci pomóc". Odpowie­dział: "Przy oka­zji", i pod­szedł bli­żej, mówiąc: "Czy wiesz, czy Brent Olsen jest tutaj?". Zapy­ta­łam, czy to czło­nek obsady, czy tylko uczeń, a on odpowie­dział: "To nic takiego, po pro­stu zasta­na­wia­łem się, czy go znasz". Ode­szłam szybko. W prze­rwie, około 21.20-21.30, sta­łam przy fron­to­wych drzwiach audy­to­rium, wtedy pod­szedł do zachod­nich drzwi i wyszedł. Pomy­śla­łam sobie, że jest strasz­nym gnoj­kiem, bo nawet nie oglą­dał spek­ta­klu. Weszłam do audy­to­rium i usia­dłam w tyl­nym rzę­dzie, przy przej­ściu. Około 22.35 wszedł przez drzwi za mną, pochy­lił się na jakieś 30 sekund, a potem usiadł nie­da­leko mnie. Jego włosy były potar­gane i oddy­chał tak ciężko, że aż ludzie przed nim odwró­cili się, żeby na niego spoj­rzeć. Sie­dział przez jakieś 3-5 minut, a potem wstał i wyszedł fron­to­wymi drzwiami. Miał około trzy­dzie­stu czte­rech-trzy­dzie­stu sze­ściu lat, ładną syl­wetkę, dobrze umię­śnione nogi i pła­ski brzuch. Duże, grube wąsy zakoń­czone brodą. Włosy były ciem­no­brą­zowe i dłu­gie. Miał oliw­kową cerę i ładną skórę. Duże okrą­głe oczy, dłu­gie rzęsy, grube łuko­wate brwi. Moim zda­niem był bar­dzo przy­stojny. Miał na sobie lakierki w ciem­nym kolo­rze, jasne spodnie, kolo­rową koszulę i ciemną spor­tową mary­narkę. Kra­wat miał wzór na środku i klips tuż pod nim.

Te zezna­nia rzu­cały nowe świa­tło na wyda­rze­nia listo­pa­do­wego wie­czora. Śled­czy zaczęli podej­rze­wać, że tajem­ni­czy męż­czy­zna może stać za znik­nię­ciem nasto­latki. Zaczęto prze­szu­ki­wać teren - naj­pierw spraw­dzono szkołę, póź­niej par­king, pobli­skie cen­trum moto­ry­za­cyjne, a także boisko do piłki noż­nej, potok i sąsied­nie sady, szopy oraz puste domy. Wszystko na nic, Debby ni­gdzie nie było. W tym cza­sie poli­cjanci dostali infor­ma­cję, że w Mur­ray tego samego dnia ktoś pró­bo­wał upro­wa­dzić inną młodą kobietę. Skon­tak­to­wano się z tam­tej­szym poste­run­kiem i oka­zało się, że dziew­czy­nie usi­ło­wano zało­żyć kaj­danki. I, co waż­niej­sze, funk­cjo­na­riu­sze wciąż je mieli. Spraw­dzono je więc z klu­czem zna­le­zio­nym przy szkole i bingo! - oba ele­menty paso­wały do sie­bie ide­al­nie.

Z funk­cjo­na­riu­szami skon­tak­to­wała się Kathe­rine Ricks, która rów­nież tego dnia miała być zacze­piana przez nie­zna­jo­mego męż­czy­znę. Pod­szedł do niej około godziny 21.50, gdy przed­sta­wie­nie jesz­cze trwało. Miał ciemne krę­cone włosy, oku­lary w pla­sti­ko­wych opraw­kach, ciem­no­nie­bie­ski gar­ni­tur, był też śred­niej budowy. Męż­czy­zna dopy­ty­wał Kathe­rine, czy zna pew­nego chłopca (dziew­czyna nie zapa­mię­tała jego imie­nia i nazwi­ska), mówiąc, że to jego brat. Gdy Ricks dopy­tała, czy cho­dzi do tej szkoły, odparł, że nie śle­dzi jego życia aż tak dobrze. Potem zapy­tał, czy pomoże mu z samo­cho­dem, z któ­rym ma pro­blem. Dziew­czyna odmó­wiła i znik­nęła w audy­to­rium, zosta­wia­jąc nie­zna­jo­mego za sobą. Męż­czy­znę o podob­nym ryso­pi­sie widziało tego wie­czora co naj­mniej kilka innych osób. Więk­szość przy­znała, że krę­cił się w holu, tro­chę tak, jakby kogoś szu­kał. Na pod­sta­wie wszyst­kich zeznań spo­rzą­dzono por­tret pamię­ciowy, który poka­zano Carol DaRonch. Dziew­czyna nie była jed­nak do końca pewna, czy to ten sam sprawca. Mówiła, że nie pamięta, czy miał wąsy i czy cze­sał włosy w taki wła­śnie spo­sób, jak przed­sta­wiono na rysunku. Przy­znała jed­nak, że mogła to być jedna i ta sama osoba. Na pod­sta­wie opisu zatrzy­mano kel­nera, któ­rego ziden­ty­fi­ko­wała też część świad­ków. Szybko jed­nak udo­wod­niono, że nie miał nic wspól­nego ze znik­nię­ciem Debry Kent.

Poszu­ki­wa­nia nasto­latki trwały długo. W 1975 roku wyzna­czono nawet nagrodę za pomoc w jej odna­le­zie­niu. Nic z tego, dziew­czyna jakby zapa­dła się pod zie­mię. Jej ciała ni­gdy nie odna­le­ziono. Mimo to rodzice nie tra­cili wiary i każ­dego dnia od zagi­nię­cia córki zapa­lali lampę przed domem, by wie­działa, że wciąż na nią cze­kają.

W stycz­niu 1975 roku dyplo­mo­wana pie­lę­gniarka Caryn Camp­bell spę­dzała urlop w Aspen w Kolo­rado. Towa­rzy­szył jej narze­czony, kar­dio­log Ray­mond Gadow­ski, a także dwoje jego dzieci. Gdy we czworo sie­dzieli w salo­niku pen­sjo­natu, kobieta przy­po­mniała sobie, że zosta­wiła w pokoju cza­so­pi­smo. Poszła więc do windy, uprze­dza­jąc part­nera, że wkrótce wróci. Ale coś się po dro­dze wyda­rzyło i Caryn nie dotarła zarówno do pokoju 210, w któ­rym była zamel­do­wana, jak i do part­nera. Męż­czy­zna zaczął się nie­po­koić, gdy narze­czona nie poja­wiała się przez zbyt długą chwilę. Udał się więc do pokoju, by spraw­dzić, co dzieje się z Caryn. Ale ku swo­jemu zasko­cze­niu, nie zastał jej tam. Co gor­sza, wszystko wska­zy­wało na to, że kobieta w ogóle nie dotarła na miej­sce. Cza­so­pi­smo, po które się udała, na­dal leżało na sto­jaku, dokład­nie tak jak para zosta­wiła je przed wyj­ściem z pokoju. Gadow­ski miał złe prze­czu­cia. Około godziny 22.00 powia­do­mił poli­cję w Aspen. Natych­miast ruszyły poszu­ki­wa­nia pie­lę­gniarki. Prze­szu­kano cały budy­nek hotelu, łącz­nie z szy­bami windy, ale kobiety ni­gdzie nie było. Nikt jej rów­nież nie widział. Aż do 18 lutego (według nie­któ­rych źró­deł był to 17 lutego). Wtedy pra­cow­nik ośrodka wypo­czyn­ko­wego zna­lazł nagie zwłoki kilka kilo­me­trów od pen­sjo­natu, w któ­rym prze­by­wała. Sek­cja potwier­dziła, że była to poszu­ki­wana pie­lę­gniarka. Usta­lono, że zgi­nęła z powodu urazu czaszki. Co prawda nie wia­domo, jakim narzę­dziem zadano ciosy, ale nie było wąt­pli­wo­ści, że jej śmierć nastą­piła chwilę po tym, jak opu­ściła bli­skich i udała się po cza­so­pi­smo. A to z kolei ozna­czało, że na oprawcę natknęła się na kory­ta­rzu mię­dzy win­dami a poko­jem 210.

Takim oto spo­so­bem Kolo­rado stało się trze­cim sta­nem, w któ­rym zabi­jał Bundy. Gdy wyniósł się z Waszyng­tonu i Utah, znik­nię­cia mło­dych kobiet ustały. Ale w Kolo­rado kosz­mar dopiero się zaczy­nał. Pięt­na­stego marca znik­nęła Julie Cun­nin­gham, 6 kwiet­nia Denise Oli­ver­son, 15 kwiet­nia Mela­nie Cooley, a 1 lipca Shel­ley Robert­son. I tak jak nagle seria zagi­nięć i zabójstw się zaczęła, tak rów­nie gwał­tow­nie się zakoń­czyła. Podob­nie jak szczę­ście samego Bundy'ego. Szes­na­stego sierp­nia 1975 roku w West Val­ley City w sta­nie Utah sier­żant Bob Hay­ward, funk­cjo­na­riusz dro­gówki z dwu­dzie­sto­dwu­let­nim sta­żem, pod­je­chał pod swój dom. Wtedy zauwa­żył prze­jeż­dża­ją­cego obok gar­busa. Nie koja­rzył auta, a znał w oko­licy wszyst­kich. W dodatku kie­rowca nie włą­czył świa­teł, dla­tego funk­cjo­na­riusz ruszył za pojaz­dem, by spraw­dzić, kto sie­dzi za kół­kiem. Wtedy jed­nak samo­chód przy­spie­szył. Roz­po­czął się dość krótki pościg, który zakoń­czył się na par­kingu opusz­czo­nej sta­cji ben­zy­no­wej. Hay­ward wysiadł z pojazdu i pod­szedł do kie­rowcy, który oznaj­mił, że się po pro­stu zgu­bił. Ale w to wyja­śnie­nie trudno było uwie­rzyć, zwa­żyw­szy na to, że przed chwilą męż­czy­zna ucie­kał, nie zatrzy­mu­jąc się na świa­tłach i skrzy­żo­wa­niach. Dla­tego funk­cjo­na­riusz popro­sił kie­rowcę o doku­menty. Zaczął też wypy­ty­wać go o powód jego wizyty w tych oko­li­cach. Nie­zna­jomy twier­dził, że przy­je­chał do kina samo­cho­do­wego, by obej­rzeć film Pło­nący wie­żo­wiec, a wra­ca­jąc z seansu stra­cił orien­ta­cję w tere­nie. Poli­cjant szybko wyczuł, że męż­czy­zna znów kła­mie, bo tego dnia - o czym dosko­nale wie­dział - nie grano takiego filmu. Hay­ward wezwał drugi patrol, który poja­wił się już po chwili. Wtedy kie­rowca zro­zu­miał, że ma pro­blemy. Nie mógł już uciec ani wykrę­cić się uśmie­chem i zabawną histo­ryjką. W dodatku śled­czy zaczęli przy­glą­dać się jego samo­cho­dowi. Zauwa­żono bowiem, że wymon­to­wano w nim fotel pasa­żera, a za sie­dze­niem kie­rowcy leży łom. W pojeź­dzie zna­le­ziono rów­nież torbę pełną przed­mio­tów, które mogły posłu­żyć do wła­ma­nia: komi­niarka, szpi­ku­lec do lodu, latarka, ręka­wice, maska z raj­stop, kaj­danki, sznur i drut. W taki oto spo­sób doszło do pierw­szego, ale nie ostat­niego zatrzy­ma­nia Teda Bundy'ego.

Notatka po tym incy­den­cie zawie­rała nastę­pu­jącą treść:

Ofi­cer zgła­sza­jący udał się do biura sze­ryfa hrab­stwa Salt Lake i skon­tak­to­wał się z zastępcą Jerry'ego Thomp­sona, który poin­for­mo­wał tego funk­cjo­na­riu­sza, że aresz­to­wano The­odore'a Bundy'ego. Posia­dał torbę z kil­koma przed­mio­tami, w tym zestaw kaj­da­nek i parę nylo­no­wych raj­stop, maskę nar­ciar­ską, prze­ście­ra­dło roz­darte na paski, dwa lub trzy kawałki liny, łom i inne różne przed­mioty. Ofi­cer spra­woz­daw­czy uzy­skał zdję­cie pana Bundy'ego i wró­cił do Boun­ti­ful, gdzie nawią­zano kon­takt z panią Ray­lene She­pard [nauczy­cielka, którą zacze­piał Bundy] i poka­zano jej wyżej wymie­nione zdję­cia. Zatrzy­mała się przy zdję­ciu pana Bundy'ego. Stwier­dziła, że włosy i rysy twa­rzy pasują, a jeśli dołoży się wąsy, to może być to poszu­ki­wany podej­rzany.

Carol rów­nież roz­po­znała Teda wśród innych podej­rza­nych. Gdy sta­nął naprze­ciwko niej, za szybą, od razu wie­działa, że to ten sam męż­czy­zna, który pró­bo­wał ją zabić. Jego chód, mimika twa­rzy, a także samo spoj­rze­nie - tego nie dało się zapo­mnieć, zwłasz­cza gdy trzeba było sie­dzieć z psy­cho­patą twa­rzą w twarz w zamknię­tym samo­cho­dzie.

Śled­czy pod­dali też ana­li­zie przed­mioty zna­le­zione w aucie Bundy'ego. Oka­zało się, że kaj­danki, które miał przy sobie, były tej samej pro­duk­cji jak te na nad­garstku Carol DaRonch. Dziew­czy­nie gro­żono łomem - a Ted miał łom w swoim samo­cho­dzie. On sam tą wydłu­ża­jącą się listą dowo­dów zupeł­nie się nie przej­mo­wał, a przy­naj­mniej takie spra­wiał wra­że­nie. Zacho­wy­wał się tak, jakby cała ta sytu­acja po pro­stu go bawiła, a na każdy wska­zany przez śled­czych przed­miot miał kon­kretne wytłu­ma­cze­nie, choć nie do końca wia­ry­godne. Poli­cjanci zde­cy­do­wali się na prze­szu­ka­nie jego miesz­ka­nia przy Pierw­szej Alei w Salt Lake City. Zna­le­ziono tam mapę, na któ­rej zazna­czono ośrodki i trasy nar­ciar­skie w Kolo­rado. Ted prze­ko­ny­wał, że ni­gdy nie był w tym rejo­nie, a mapa musiała nale­żeć do kolegi. Poza nią funk­cjo­na­riu­sze nie zna­leźli już niczego, co mogłoby posłu­żyć jako dowód w związku z próbą porwa­nia Carol albo zagi­nię­ciem Melissy, Laury czy Debry. Wystą­piono więc o wyciągi z karty kre­dy­to­wej, by spraw­dzić, gdzie tan­ko­wał samo­chód, skon­tak­to­wano się rów­nież z jego narze­czoną.

Eli­za­beth już wtedy była w abso­lut­nej roz­sypce. Podej­rze­nia co do uko­cha­nego nie dawały jej spo­koju. W głębi duszy czuła, że mogą one być praw­dziwe, choć nie­ustan­nie odrzu­cała od sie­bie wizję, w któ­rej Ted, jej Ted, jest seryj­nym mor­dercą. Był prze­cież tro­skliwy, opie­ko­wał się jej córką, dla któ­rej stał się ponie­kąd dru­gim ojcem, spę­dzał z nimi czas, pla­no­wali razem przy­szłość. Cza­sem miała pre­ten­sje do sie­bie, że ulega tym nega­tyw­nym, oskar­ży­ciel­skim myślom, ale jed­no­cze­śnie nie­ustan­nie czuła lęk, bo wie­działa, że nie wszystko w opo­wie­ściach Teda było szczere i praw­dziwe. Dla­tego po roz­mo­wie z funk­cjo­na­riu­szami zgo­dziła się na współ­pracę. W trak­cie roz­mów przy­znała, że part­ner czę­sto zni­kał w nocy, a póź­niej te wyprawy odsy­piał w ciągu dnia. Co jakiś czas odnaj­do­wała przed­mioty, któ­rych pocho­dze­nia nie była w sta­nie wyja­śnić. Były to na przy­kład klucz do kół przy­kle­jony taśmą pod fote­lem auta, gips mode­lar­ski czy kule. Co waż­niej­sze - Ted nie miał alibi, bo nie było go przy niej w żadną z nocy, w które zagi­nęły dziew­częta w sta­nie Waszyng­ton. Wszystko to, co mówiła Eli­za­beth, było mocno nie­po­ko­jące. I łączyło się w spójną całość.

Czarne chmury gęst­niały nad głową Teda, choć on sam spra­wiał wra­że­nie, jakby kom­plet­nie tego nie zauwa­żał. Był prze­ko­nany, że wkrótce wyj­dzie na wol­ność, i nie zda­wał sobie sprawy, że poli­cjanci z Waszyng­tonu, Utah i Kolo­rado połą­czyli siły i wła­śnie szu­kają dowo­dów, któ­rymi mogliby obcią­żyć go w związku z zagi­nię­ciami mło­dych kobiet w tych sta­nach. Po spraw­dze­niu kart Bundy'ego oka­zało się, że tan­ko­wał samo­chód w pobliżu miejsc, w któ­rych znik­nęły Caryn, Julie i Denise. Ted obse­syj­nie pil­no­wał, by w trak­cie dłu­gich podróży nie zabra­kło mu paliwa. I to go zgu­biło. Jego wizyty na sta­cjach ben­zy­no­wych sta­no­wiły swo­istą mapę wyjaz­dów, które pokry­wały się z punk­tami mor­derstw. Ta poszlaka była jedną z wielu, które poja­wiły się w póź­niej­szym pro­ce­sie Bundy'ego.

Dni mijały, a Ted nie wycho­dził na wol­ność. Wciąż prze­by­wał w aresz­cie w Salt Lake City, a śled­czy gro­ma­dzili coraz dłuż­szą listę zeznań świad­ków, któ­rzy połą­czyli Bundy'ego rów­nież z zagi­nię­ciami nad jezio­rem Sam­ma­mish. Męż­czy­zna jeź­dził gar­bu­sem, a wła­śnie taki samo­chód widziało w 1974 roku kilka osób. Ted paso­wał też do ryso­pisu, czę­sto naśla­do­wał bry­tyj­ski akcent, miał podej­rzane przed­mioty, w tym gips i kule, a prze­cież poszu­ki­wany w Waszyng­to­nie męż­czy­zna wła­śnie przez uda­wa­nie nie­peł­no­spraw­nego zwa­biał ofiary. Ale było to za mało, by ofi­cjal­nie oskar­żyć go o jaką­kol­wiek zbrod­nię doko­naną wtedy nad jezio­rem. Same prze­czu­cia i podo­bień­stwa nie wystar­czały, potrzebne były mocne dowody.

Bundy, jak wielu psy­cho­pa­tów, miał wyjąt­kową umie­jęt­ność przy­cią­ga­nia do sie­bie ludzi i mani­pu­lo­wa­nia nimi. Nic więc dziw­nego, że oto­czył się sporą grupką wier­nych przy­ja­ciół, któ­rzy po aresz­to­wa­niu nie wie­rzyli w jakie­kol­wiek podej­rze­nia pod adre­sem swo­jego zna­jo­mego. Dla­tego ruszyli ze zbiórką pie­nię­dzy na kau­cję dla Teda. Zapew­niali, że zatrzy­ma­nie to efekt kosz­mar­nej pomyłki, a sam Bundy to inte­li­gentny, łagodny, uśmiech­nięty czło­wiek, a nie bestia odpo­wie­dzialna za bru­talne mordy. Głę­boko wie­rzyli w to, że Ted był po pro­stu kozłem ofiar­nym - zna­lazł się w złym miej­scu, w złym cza­sie.

Bundy mógł ogło­sić mały suk­ces, bo 20 listo­pada po trzech mie­sią­cach spę­dzo­nych w aresz­cie mógł wyjść na wol­ność. Co prawda za kau­cją, a także pod stałą poli­cyjną obser­wa­cją, ale było to lep­sze niż dal­sze prze­by­wa­nie za krat­kami. Na tam­tym eta­pie dowody, któ­rymi dys­po­no­wali śled­czy, były jedy­nie poszla­kowe, każdy dobry adwo­kat wyko­rzy­stałby to w sądzie i pod­wa­żył więk­szość przed­sta­wio­nych wer­sji. Poli­cjanci nie mieli wyj­ścia, musieli cze­kać, aż znajdą na Bundy'ego nieco wię­cej albo on sam popełni kolejny błąd.

Ted wró­cił do Seat­tle. Eli­za­beth, choć nawią­zała współ­pracę z funk­cjo­na­riu­szami, wciąż mocno wie­rzyła w to, że jej part­ner jest nie­winny. Liczyła na to, że wkrótce odnajdą się jakieś dowody potwier­dza­jące, że Bundy nie miał nic wspól­nego ze znik­nię­ciami mło­dych dziew­czyn. On sam też był prze­ko­nany, że wszystko ułoży się zgod­nie z jego pla­nem i nie wróci za kratki. Był bar­dzo pewny sie­bie, sądził, że poli­cja nie zdo­bę­dzie prze­ciwko niemu wystar­cza­ją­cych dowo­dów. Miał duże wspar­cie w rodzi­nie, a także w przy­ja­cio­łach. Nie­ustan­nie zapew­niali funk­cjo­na­riu­szy, że Ted nie jest zdolny do skrzyw­dze­nia kogo­kol­wiek. Na dowód wspar­cia jego rodzice wpła­cili kau­cję w wyso­ko­ści 15 tysięcy dola­rów, dzięki któ­rej Ted mógł wyjść na wol­ność. Ale nie cie­szył się nią długo.

W stycz­niu 1976 roku funk­cjo­na­riu­sze zgro­ma­dzili wystar­cza­jącą liczbę dowo­dów, która pozwa­lała oskar­żyć męż­czy­znę o napaść i porwa­nie Carol DaRonch. Naj­waż­niej­szym punk­tem miało być to, że dziew­czyna roz­po­znała oprawcę. Speł­nił się naj­gor­szy kosz­mar Bundy'ego - wró­cił za kratki.

Zaczął pisać listy już w aresz­cie w Salt Lake City. Pro­sił, bym sta­nęła po jego stro­nie. Wspo­mi­nał mnie i moją córkę jako naj­lep­sze, co mu się przy­tra­fiło, i że to wła­śnie za nami tęskni naj­bar­dziej. Czu­łam, że mną mani­pu­luje. Chcia­łam się poże­gnać, ale nie potra­fi­łam. Czu­łam, że byli­śmy zamknięci razem, to było bole­sne.

Bundy pisał do Eli­za­beth regu­lar­nie. Nie chciał się z nią roz­sta­wać i wie­rzył, że uda mu się ją prze­ko­nać o swo­jej nie­win­no­ści. Ale przed nim było wów­czas jesz­cze trud­niej­sze zada­nie, bo naj­pierw do swo­jej wer­sji musiał prze­ko­nać sąd.

Pro­ces ruszył 23 lutego. Pro­wa­dził go sędzia Ste­wart Han­son. Ted pod­szedł do całej sprawy w typowy dla sie­bie spo­sób - był uśmiech­nięty, elo­kwentny i pewny sie­bie. Sądził, że wszystko poto­czy się szybko, a on wkrótce ponow­nie będzie mógł cie­szyć się wol­no­ścią. Do sali wszedł ucze­sany, ogo­lony, z wielką muchą przy­cze­pioną do koszuli. Choć już wtedy w prze­strzeni publicz­nej poja­wiały się infor­ma­cje, że zatrzy­many Ted może być wła­śnie tym Tedem, któ­rego szu­kano od 1974 roku, więk­szość obec­nych wów­czas w sądzie, widząc Bundy'ego, nie do końca wie­rzyła w jego winę. Nie wyglą­dał na pory­wa­cza i mor­dercę. W dodatku sama Carol była bar­dzo zde­ner­wo­wana. Widząc uśmiech­nię­tego napast­nika, który kilka mie­sięcy temu pró­bo­wał ją upro­wa­dzić i naj­pew­niej zabić, nie mogła ukryć emo­cji. Bundy obser­wo­wał ją z uśmie­chem na twa­rzy, był przy tym nie­zwy­kle aro­gancki. Jego obrońcy zada­wali bar­dzo szcze­gó­łowe pyta­nia:

John O'Con­nell: Widzia­łaś tego męż­czy­znę tuż przed sobą, za sobą? Jak?

Carol DaRonch: Twa­rzą w twarz.

John O'Con­nell: Jak byłaś ubrana?

Carol DaRonch: Mia­łam lewisy i skó­rzany płaszcz z futrem.

John O'Con­nell: Jakie były pierw­sze słowa, które wypo­wie­dział do cie­bie ten czło­wiek?

Carol DaRonch: Zapy­tał mnie, czy na par­kingu Sears stoi mój samo­chód.

John O'Con­nell: Na par­kingu?

Carol DaRonch: Tak.

John O'Con­nell: Czy ten czło­wiek jest dziś obecny w sądzie, Carol?

Carol DaRonch: Tak.

John O'Con­nell: Gdzie sie­dzi?

Carol DaRonch: Wła­śnie tam.

John O'Con­nell: Powiesz mi, co ma na sobie?

Carol DaRonch: Nie­bie­sko-szary gar­ni­tur.

Obrońca pró­bo­wał pod­wa­żyć każde słowo Carol, udo­wad­nia­jąc jej, że nie pamięta nawet, czy napast­nik miał wąsy. Dziew­czyna pła­kała, robiła pauzy, cza­sem wpa­dała w histe­rię. Póź­niej pyta­nia zada­wał pro­ku­ra­tor okrę­gowy David Yocum. Widząc zde­ner­wo­wa­nie dziew­czyny, sta­rał się ją nieco uspo­koić. Ale nie było to łatwe. Carol, choć bar­dzo się sta­rała, nie mogła znieść spoj­rze­nia Bundy'ego, który nie­ustan­nie wbi­jał w nią wzrok.

W końcu przy­szła pora na Teda. Pro­ku­ra­tor wziął go w krzy­żowy ogień pytań:

David Yocum: Chcę poka­zać pań­stwu dowód numer 65 i popro­sić o spraw­dze­nie pod­pi­sów, dobrze, panie Bundy?

Ted Bundy: Tak.

Tu pro­ku­ra­tor wyjął potwier­dze­nia ze sta­cji ben­zy­no­wych, na któ­rych tan­ko­wał Bundy.

David Yocum: Czy wszyst­kie zawie­rają pań­skie pod­pisy?

Ted Bundy: Wyglą­dają na moje pod­pisy.

David Yocum: Czy miał pan kartę kre­dy­tową Che­vron?

Ted Bundy: Tak, mia­łem.

David Yocum: Czy wciąż ją pan ma?

Ted Bundy: Nie.

David Yocum: A pamięta pan numer tej karty?

Ted Bundy: Nie.

David Yocom: Na tych wycin­kach z opłat znaj­duje się numer tablicy reje­stra­cyj­nego Waszyng­tonu IBH-521?

Ted Bundy: Hm... Mhm.

David Yocum: Czy to był numer pań­skiego volks­wa­gena?

Ted Bundy: Tak.

David Yocum: Czy kie­dy­kol­wiek kupił pan parę kaj­da­nek, panie Bundy?

Ted Bundy: Nie pamię­tam.

David Yocum: Czy miał pan kie­dy­kol­wiek oka­zję nosić sztuczne wąsy?

Ted Bundy: Jakieś sie­dem, osiem lat temu, kiedy wró­ci­łem na stu­dia, wąsy były modne, więc kupi­łem takie. Ale to wyglą­dało śmiesz­nie i tanio, i po pierw­szej pró­bie zało­że­nia ich pomarsz­czyły się, zwi­nęły i nie uży­wa­łem ich już póź­niej.

David Yocum: W żad­nej innej sytu­acji?

Ted Bundy: Nie, pro­szę pana.

Ted miał prze­ciwko sobie świet­nego pro­ku­ra­tora, dowody poszla­kowe, zezna­nia świad­ków, a do tego kil­ka­krot­nie przy­ła­pano go na kłam­stwie. Sędzia nie dał się zwieść jego elo­kwen­cji i schlud­nemu wyglą­dowi. Choć obec­nym na sali mediom wyda­wało się, że Bundy został zatrzy­many przez pomyłkę, bo prze­cież nie wyglą­dał na prze­stępcę, to przy ogła­sza­niu decy­zji sędzia nawet przez chwilę się nie zawa­hał. Pierw­szego marca Ted usły­szał, że jest winny napa­ści i próby upro­wa­dze­nia Carol DaRonch. Był zszo­ko­wany. Do tego momentu nie dopusz­czał do sie­bie myśli, że może zostać ska­zany. Głę­boko wie­rzył w to, że dowie­dzie swo­jej nie­win­no­ści i wkrótce będzie cie­szyć się dotych­cza­so­wym życiem na wol­no­ści.

Tuż po ogło­sze­niu wyroku Bundy został zakuty w kaj­danki. Eli­za­beth, obecna wów­czas na sali, pod­bie­gła do uko­cha­nego i mocno go przy­tu­liła. Mimo takiej decy­zji sędziego na­dal nie dopusz­czała do sie­bie myśli, że jej part­ner mógł kogo­kol­wiek skrzyw­dzić. Uwa­żała, że cały pro­ces jest raczej dowo­dem na nie­udol­ność wymiaru spra­wie­dli­wo­ści. Tym­cza­sem Bundy za napaść na Carol miał spę­dzić w wię­zie­niu od roku do pięt­na­stu lat. Od razu zapo­wie­dział ape­la­cję. W tym cza­sie pod­dano go też bada­niom psy­cho­lo­gicz­nym, które wyka­zały, że ma oso­bo­wość pasywno-agre­sywną.

Bundy ponow­nie tra­fił do aresztu. W zamknię­ciu roz­po­czął inten­sywne przy­go­to­wa­nia do kolej­nej bata­lii, która miała dowieść jego nie­win­no­ści. Nie miał poję­cia, że w tym cza­sie kom­ple­to­wane było kolejne oskar­że­nie. Gdyby nic nowego na niego nie wypły­nęło, mógłby cie­szyć się wol­no­ścią nawet po kil­ku­na­stu mie­sią­cach. Ale wresz­cie służby z kilku sta­nów zaczęły ze sobą współ­pra­co­wać i dzie­lić się infor­ma­cjami. Poli­cjanci w końcu dostrze­gli całą sieć powią­zań mię­dzy Tedem Bun­dym a zagi­nio­nymi i zamor­do­wa­nymi kobie­tami. W ten spo­sób połą­czono go z pie­lę­gniarką Caryn Camp­bell. Dziw­nym tra­fem to wła­śnie Ted uży­wał karty kre­dy­to­wej w pobliżu miej­sca, w któ­rym kobieta zgi­nęła. Na tym jed­nak nie koniec. Spraw­dzono też jego gar­busa. Zna­le­ziono w nim włosy aż trzech domnie­ma­nych ofiar - wspo­mnia­nej Caryn Camp­bell, Melissy Smith, a także Carol DaRonch. Łom, który odna­le­ziono tuż po zatrzy­ma­niu, paso­wał z kolei do obra­żeń głowy, które miała pie­lę­gniarka. To wszystko ukła­dało się więc w coraz wyraź­niej­szą całość, a śled­czy nie mogli nie dostrzec tej siatki powią­zań. Służby z Kolo­rado miały wystar­cza­jąco dużo dowo­dów, by posta­wić Bundy'emu zarzuty.

Usły­szał je 22 paź­dzier­nika 1976 roku. Zde­cy­do­wano też o jego eks­tra­dy­cji do Kolo­rado. Bundy opu­ścił Utah 28 stycz­nia 1977 roku. Tra­fił do aresztu, w któ­rym bar­dzo szybko zdo­był sobie sym­pa­tię straż­ni­ków. Byli do tego stop­nia mu przy­chylni, że pozwa­lali nawet na opusz­cza­nie aresztu bez kaj­da­nek. Czę­sto z nim roz­ma­wiali, żar­to­wali, zupeł­nie tak, jakby rów­nież nie wie­rzyli w jego winę. A prze­cież usły­szał już jeden wyrok ska­zu­jący, kolejna sprawa była w toku i wiele wska­zy­wało na to, że nie będzie to dla Teda spo­kojny spa­ce­rek. Nie­któ­rzy śled­czy sygna­li­zo­wali, że takie pobła­ża­nie Bundy'emu to błąd, bo jest świet­nym mani­pu­la­to­rem i trzeba uwa­żać na to, co i jak się do niego mówi. Część przy­pusz­czała nawet, że Ted przy naj­bliż­szej oka­zji po pro­stu uciek­nie. Tym bar­dziej że jesz­cze w Utah odna­le­ziono przy nim zestaw, który mógłby pomóc mu w przed­wcze­snym wyj­ściu na wol­ność. Straż­nicy te wszyst­kie ostrze­że­nia jed­nak zigno­ro­wali.

Przy­go­to­wu­jąc się do walki w Kolo­rado, Bundy miał wra­że­nie, że jego adwo­kaci nie­wy­star­cza­jąco się sta­rają. Dla­tego posta­no­wił bro­nić się głów­nie sam. Praw­nicy z urzędu, któ­rych wów­czas otrzy­mał - Chuck Leid­ner i Jim Dumas - decy­zją sądu pozo­stali jed­nak jako jego doradcy. 13 kwiet­nia 1977 roku Bundy został prze­nie­siony z aresztu hrab­stwa Pit­kin do hrab­stwa Gar­field w Glen­wood Springs. Tam rów­nież bły­ska­wicz­nie zna­lazł przy­chyl­nych sobie ludzi. Nawią­zał bar­dzo dobry kon­takt z sze­ry­fem Edem Hoguem, a w związku z tym, że bro­nił się sam, pozwo­lono mu korzy­stać z biblio­teki praw­ni­czej w Aspen. Dano mu tam - dosłow­nie i w prze­no­śni - wolną rękę. Nie musiał nosić kaj­da­nek, mógł za to swo­bod­nie prze­cha­dzać się mię­dzy rega­łami i czer­pać z dostęp­nych zaso­bów. Był trak­to­wany nie jak oskar­żony, a raczej jak adwo­kat. On sam zresztą spra­wiał wra­że­nie, jakby dosko­nale wie­dział, co robi, czego potrze­buje i jak powinna wyglą­dać cała jego stra­te­gia obronna. Z ołów­kiem w dłoni, zamy­ślony, czy­tał książki i robił notatki. Funk­cjo­na­riu­sze w Aspen kom­plet­nie nie zda­wali sobie sprawy z tego, jak nie­bez­piecz­nym czło­wie­kiem był Ted Bundy i jak kosz­mar­nym błę­dem było pobłaż­liwe podej­ście do niego.

Siód­mego czerwca męż­czy­zna miał zostać prze­wie­ziony do sądu hrab­stwa Pit­kin, gdzie pla­nowo ruszały prze­słu­cha­nia w spra­wie zabój­stwa pie­lę­gniarki. Ted wyje­chał o poranku w towa­rzy­stwie dwóch straż­ni­ków. Był w dobrym nastroju, chęt­nie pro­wa­dził roz­mowy, rów­nież na tematy pry­watne. Roz­prawa roz­po­częła się o godzi­nie 9.00, ale już o 10.30 sędzia ogło­sił prze­rwę. Wtedy pozwo­lono Tedowi sko­rzy­stać z biblio­teki praw­ni­czej. Znaj­do­wała się na pierw­szym pię­trze, na wyso­ko­ści około 7 metrów. Trudno dziś zro­zu­mieć, dla­czego pozwo­lono Bundy'emu na swo­bodne prze­cha­dza­nie się mię­dzy rega­łami i to bez poli­cyj­nej obstawy, a do tego - o zgrozo! - nie zakuto go w kaj­danki. Ta lek­ko­myśl­ność dała Tedowi zie­lone świa­tło do zre­ali­zo­wa­nia swo­jego planu, do któ­rego przy­go­to­wy­wał się już od dawna, uważ­nie obser­wu­jąc oko­lice sądu. Gdy upew­nił się, że nikt na niego nie patrzy, otwo­rzył okno i... wysko­czył. Upa­da­jąc na zie­mię, uszko­dził sobie kostkę, ale adre­na­lina i świa­do­mość, że za chwilę znów będzie wol­nym czło­wie­kiem, były znacz­nie sil­niej­sze niż ból i trud­no­ści z cho­dze­niem. Bundy zaczął biec, chciał być jak naj­da­lej od budynku, zanim straż­nicy zauważą, że nie ma go w biblio­tece. Ruszył w stronę rzeki Roaring Fork, którą namie­rzył już wcze­śniej. Zanim przy­je­chał do sądu, w aresz­cie ubrał się na cebulkę - pod jasno­brą­zowe spodnie, golf i kar­di­gan zało­żył kolejną war­stwę, by nie dopa­so­wać go do ewen­tu­al­nego ryso­pisu. Nad rzeką zdjął wierzch­nie ubra­nia, ukrył je w krza­kach i znacz­nie wol­niej­szym kro­kiem, by nie budzić podej­rzeń, ruszył przed sie­bie. W tym cza­sie poli­cjanci odkryli, że Bundy zwiał z biblio­teki. Byli wście­kli i roz­go­ry­czeni. Wie­dzieli, że popeł­nili ogromny błąd, udzie­la­jąc Tedowi tak olbrzy­miego kre­dytu zaufa­nia, ale w tam­tym momen­cie to nie był jesz­cze czas na per­so­nalne roz­li­cze­nia. Prio­ry­te­tem było szyb­kie schwy­ta­nie czło­wieka podej­rza­nego o bru­talne zbrod­nie. Wie­dzieli, że tej wpadki opi­nia publiczna im nie wyba­czy. Funk­cjo­na­riu­sze musieli dzia­łać bły­ska­wicz­nie. Zablo­ko­wano drogi w całym mie­ście, ścią­gnięto też psy, które miały wytro­pić ucie­ki­niera. Ale ich zdol­no­ści namie­rze­nia Teda zakoń­czyły się przy rzece Roaring Fork. Tam odna­le­ziono porzu­cone ubra­nie. Poli­cjanci byli prze­ko­nani, że Bundy nie wydo­sta­nie się z mia­sta, zwłasz­cza że poru­sza się pie­szo. Nie zda­wali sobie jed­nak sprawy z tego, z jak zde­ter­mi­no­wa­nym czło­wie­kiem mieli do czy­nie­nia. Ted szedł szybko i pew­nie, jesz­cze tego samego dnia dotarł w góry. W pobliżu szczytu odna­lazł tym­cza­sowo opusz­czoną chatę myśliw­ską. Stała się jego schro­nie­niem na dwa dni. Mógł tam odpo­cząć, ale też tro­chę się ogrzać. W górach było chłodno i desz­czowo, a on miał na sobie jedy­nie spodnie i cienką koszulkę. W cha­cie zna­lazł nie­wiel­kie zapasy, dodat­kową odzież, a także kara­bin. Wie­dział, że w tym miej­scu nie może pozo­stać długo, dla­tego gdy nabrał sił, ruszył dalej. Jego celem było wydo­sta­nie się z Aspen. Poszedł więc na połu­dnie, w kie­runku nie­wiel­kiego górzy­stego mia­steczka Cre­sted Butte. Ale droga oka­zała się znacz­nie trud­niej­sza, niż począt­kowo zakła­dał, i w trak­cie wędrówki stra­cił orien­ta­cję w tere­nie. Włó­czył się bez celu do 10 czerwca, co ozna­czało, że na wol­no­ści był już trzeci dzień. Chciał ponow­nie dostać się do chaty, ale kiedy się do niej zbli­żył, zauwa­żył ukryty za drze­wami, że przy jego daw­nym schro­nie­niu byli już poli­cjanci, któ­rzy coraz moc­niej dep­tali mu po pię­tach. Ted nie miał wyj­ścia, musiał poszu­kać innej drogi ucieczki. Dotarł nad jezioro Maroon, gdzie zauwa­żył przy­czepę kem­pin­gową. Wła­mał się do niej i ukradł jedze­nie, a także kurtkę nar­ciar­ską, która była zba­wie­niem dla wyzię­bio­nego orga­ni­zmu. Bundy był wyczer­pany, ale nawet przez chwilę nie myślał o tym, by się pod­dać. Cel miał jasny - wydo­stać się z mia­sta, wto­pić w tłum i znik­nąć, aby poli­cjanci nie byli w sta­nie go namie­rzyć.

Spał pod gołym nie­bem i marzył o tym, by zdo­być klu­czyki do jakie­go­kol­wiek samo­chodu, który pomógłby mu w dokoń­cze­niu wdra­ża­nego wła­śnie planu. Jego życze­nie speł­niło się 13 czerwca o godzi­nie 2.00 w nocy, gdy wła­śnie zaczy­nała się siódma doba jego ucieczki. Znów był w mie­ście, gdzie dostrzegł zapar­ko­wa­nego cadil­laca. Gdy pod­szedł bli­żej, jego serce zabiło szyb­ciej - wła­ści­ciel zosta­wił w sta­cyjce klu­czyki. To był ten moment, na który cze­kał od chwili spek­ta­ku­lar­nego skoku przez okno praw­ni­czej biblio­teki. Upew­nił się, że nikt go nie widzi, wsiadł do środka, prze­krę­cił klu­czyki i ruszył przed sie­bie. Sie­dząc w wygod­nym fotelu pojazdu, poczuł, jak bar­dzo jest zmę­czony, głodny i obo­lały. Jego jazda była mocno nie­pewna, zupeł­nie tak, jakby auto pro­wa­dził nie­trzeźwy kie­rowca. W tym cza­sie w mie­ście trwały poli­cyjne patrole, które wciąż poszu­ki­wały zbiega. Funk­cjo­na­riu­sze zauwa­żyli dziw­nie poru­sza­ją­cego się cadil­laca i posta­no­wili go spraw­dzić. Pod­je­chali bli­żej i zatrzy­mali auto. Jeden z poli­cjan­tów od razu roz­po­znał Bundy'ego. Powie­dział: "Cześć, Ted". Tak zakoń­czyła się pierw­sza, ale nie ostat­nia ucieczka mor­dercy.

Bundy, ku swo­jemu roz­cza­ro­wa­niu, znów tra­fił do aresztu. Gdy był wpro­wa­dzany do budynku, na jego twa­rzy co prawda poja­wił się uśmiech, ale był on mocno przy­tłu­miony, a wzrok nie krył ogrom­nego roz­ża­le­nia. Widać było też, że mocno schudł, miał rów­nież pro­blem z cho­dze­niem. Jego kostka była mocno opuch­nięta po skoku i dłu­giej pie­szej wędrówce. Ale nie tylko Bundy miał powody do zło­ści. Poli­cjanci musieli zmie­rzyć się z falą kry­tyki, która na nich spły­nęła. Pozwo­lili uciec męż­czyź­nie podej­rza­nemu o poważne prze­stęp­stwa, a do tego nie potra­fili go zła­pać przez sześć dni. Zaczęły się wza­jemne oskar­że­nia o zbyt pobłaż­liwe trak­to­wa­nie Bundy'ego, zwłasz­cza że wcze­śniej poja­wiły się prze­cież ostrze­że­nia przed nie­obli­czal­no­ścią zatrzy­ma­nego. Po tak potęż­nej wpadce funk­cjo­na­riu­sze ska­so­wali wszyst­kie przy­wi­leje, któ­rymi Ted cie­szył się wcze­śniej. Mimo to orga­nom ści­ga­nia nie udało się unik­nąć kolej­nej kom­pro­mi­ta­cji.

Ucieczka mocno przy­ga­siła entu­zjazm Bundy'ego, tym bar­dziej że do wcze­śniej­szego ska­za­nia za upro­wa­dze­nie, a także zarzu­tów o zabój­stwo pie­lę­gniarki z Aspen mogły dojść też te obej­mu­jące ucieczkę z aresztu i kra­dzież samo­chodu. Szes­na­stego lipca Ted otrzy­mał nowego adwo­kata - był nim Ste­phen Ware. W prze­ci­wień­stwie do poprzed­nich obroń­ców zro­bił na Tedzie dobre wra­że­nie. Już w sierp­niu pomógł mu skie­ro­wać do sądu wnio­sek o ponowne prze­pro­wa­dze­nie pro­cesu w spra­wie porwa­nia Carol DaRonch. Nie­stety, ze względu na tra­ge­dię rodzinną Ware musiał zre­zy­gno­wać z obrony. To cał­ko­wi­cie zała­mało Bundy'ego. Pokła­dał w praw­niku ogromne nadzieje, po jego odej­ściu poczuł się tak, jakby ktoś szybko wytrą­cił spod niego krze­sło, na któ­rym wcze­śniej cał­kiem spo­koj­nie sie­dział.

W tym cza­sie śled­czy chcieli przy­pi­sać mu kolejne zabój­stwa - Melissy Smith, Laury Aime i Debry Kent. Trwało gro­ma­dze­nie dowo­dów, a główną pod­stawą do wcią­gnię­cia w to Bundy'ego miało być ude­rza­jące podo­bień­stwo wszyst­kich tych spraw do zabój­stwa pie­lę­gniarki w Aspen. W listo­pa­dzie 1977 roku sąd miał zde­cy­do­wać, czy zebrane infor­ma­cje mogą zostać dopusz­czone do pro­cesu o zabój­stwo Caryn Camp­bell. Decy­zja zapa­dła za zamknię­tymi drzwiami. Była ona jed­nak na korzyść Teda - sędzia uznał, że dowody nie zostaną włą­czone do śledz­twa. Triumf był jed­nak krót­ko­trwały. Jesz­cze w tym samym tygo­dniu sąd odrzu­cił ape­la­cję o ponowne wsz­czę­cie sprawy upro­wa­dze­nia Carol DaRonch, za które został wcze­śniej ska­zany.

Na kolejny pro­ces Bundy cze­kał w wię­zie­niu w Glen­wood Springs, nie­wiel­kim mia­steczku w hrab­stwie Gar­field. Uro­kliwe górzy­ste tereny już wkrótce miały stać się miej­scem, na które zwró­cone były oczy całej Ame­ryki. Więk­szość czasu Ted spę­dzał na uważ­nym obser­wo­wa­niu innych więź­niów, straż­ni­ków, krat, zabez­pie­czeń, a także... sufitu we wła­snej celi. Choć jego szanse na wybro­nie­nie się ze sprawy Caryn Camp­bell były cał­kiem nie­złe, prze­stał zaprzą­tać sobie głowę pro­cesem. Sku­pił się na czymś zupeł­nie innym. Znacz­nie ogra­ni­czył spo­ży­wane posiłki, przez co schudł aż 16 kilo­gra­mów, a całą ener­gię wkła­dał w zaj­mo­wa­nie się meta­lową płytką na sufi­cie, w miej­sce któ­rej miał być zamon­to­wany pla­fon. Tak się jed­nak nie stało, a Ted zyskał dosko­nałe narzę­dzie, które miało mu posłu­żyć do kolej­nej walki o wol­ność. Tym razem wszystko zapla­no­wał jesz­cze dokład­niej niż za pierw­szym razem. Nie zamie­rzał pozwo­lić sobie na błędy i chaos w dzia­ła­niu, musiał mieć wszystko wyli­czone i odpo­wied­nio przy­go­to­wane. Udało mu się prze­my­cić małą piłkę, którą przez kilka tygo­dni sys­te­ma­tycz­nie ciął sufit wokół płytki. Był w tym tak dys­kretny, że nikt nie zauwa­żył, by w jego celi działo się coś podej­rza­nego. Wyci­na­jąc odpo­wiedni otwór, wyka­zał się sporą pre­cy­zją. Po wyję­ciu płytki, mógł ją wło­żyć ponow­nie i to tak dokład­nie, że nie spo­sób było dostrzec, że została ona w jaki­kol­wiek spo­sób naru­szona. Przez te wszyst­kie mie­siące odło­żył też tro­chę gotówki - łącz­nie 500 dola­rów - która była mu potrzebna do prze­ży­cia na zewnątrz. Gdy wszystko było gotowe, Bundy prze­szedł do kolej­nej fazy swo­jego planu - ocze­ki­wa­nia. Musiał nadejść odpo­wiedni moment, by mógł nie­po­strze­że­nie wyśli­zgnąć się ze swo­jej celi.

Stało się to 30 grud­nia 1977 roku, na kilka dni przed roz­po­czę­ciem pro­cesu w spra­wie zabój­stwa Caryn Camp­bell. Gdyby Ted pozo­stał w celi, wkrótce zostałby prze­wie­ziony do innego wię­zie­nia. Musiał się więc spie­szyć. Na łóżku uło­żył książki, następ­nie zakrył je kocem, zupeł­nie tak, jakby w tym miej­scu spał czło­wiek. Upew­nił się, że ma drogę wolną, pod­cią­gnął pod sufit i wci­snął do nie­wiel­kiego otworu, nad któ­rym pra­co­wał w ostat­nich tygo­dniach. Czoł­ga­jąc się dotarł nad pokój straż­nika wię­zien­nego Boba Mor­ri­sona. Zatrzy­mał się na chwilę, by pod­słu­chać docho­dzącą z pomiesz­cze­nia roz­mowę. Wywnio­sko­wał z niej, że Mor­ri­son i jego żona wkrótce wyjdą z miesz­ka­nia. Odcze­kał, aż para się ubie­rze i zamknie za sobą drzwi. Klucz się prze­krę­cił, głosy umil­kły - to był znak, by odsu­nąć gip­sową płytę i wsko­czyć do środka. Pod­szedł do szafy straż­nika, wyjął potrzebne ubra­nia, szybko porzu­cił wię­zienny strój i... wyszedł na zewnątrz. Był poza murami wię­zie­nia, lecz pie­szo w środku zimo­wej nocy. Wie­dział, że musi mieć samo­chód, by zyskać prze­wagę. Namie­rzył na par­kingu nieco uszko­dzone auto marki MG z klu­czy­kami w środku. Udało mu się odje­chać, ale śnieg i mróz poko­nały auto, któ­rego sil­nik padł w górach. Bundy utknął na pobo­czu auto­strady mię­dzy­sta­no­wej numer 70. Na swoje szczę­ście pewien kie­rowca zatrzy­mał się i zabrał go do mia­steczka Vail. Tam z kolei Ted zła­pał auto­bus do Denver, gdzie wsiadł na pokład samo­lotu linii TWA odla­tu­ją­cego o 8.55 rano do Chi­cago. W tym cza­sie w wię­zie­niu wciąż pano­wała błoga nie­świa­do­mość i nikt nie zda­wał sobie sprawy z tego, że naj­bar­dziej nie­bez­pieczny czło­wiek w Sta­nach Zjed­no­czo­nych znów korzy­sta z przy­wi­le­jów wol­no­ści. Do jego celi pobież­nie zaglą­dano o poranku kilka razy, ale nie sądzono, że pod kocem zamiast Bundy'ego jest sterta ksią­żek, papie­rów i segre­ga­to­rów. Odkryto to dopiero 17 godzin póź­niej!

W zakła­dzie kar­nym wybu­chła panika. Ted znik­nął i to drugi raz, wysta­wia­jąc organy ści­ga­nia na pośmie­wi­sko. W dodatku oka­zało się, że jeden z więź­niów zgła­szał, że z celi Bundy'ego wie­czo­rami wydo­by­wają się dziwne odgłosy, ale straż­nicy to zigno­ro­wali. W oko­licy usta­wiono blo­kady, spro­wa­dzono też psy goń­cze. Ale Ted wyprze­dzał poli­cjan­tów nie o krok, a o 2 tysiące kilo­me­trów. To była prze­paść, któ­rej zwy­kli funk­cjo­na­riu­sze nie byli w sta­nie prze­sko­czyć.

Bundy tra­fił na listę naj­bar­dziej poszu­ki­wa­nych prze­stęp­ców FBI, a media roz­pi­sy­wały się o jego kolej­nym nie­praw­do­po­dob­nym wyczy­nie. I wciąż sta­wiano sobie pyta­nie - jak to moż­liwe, że drugi raz oszu­kał poli­cję i straż wię­zienną? Wydaje mi się, że odpo­wiedź jest banal­nie pro­sta. Nikt nie doce­niał nie tyle jego inte­lektu, co deter­mi­na­cji, by znów być wol­nym czło­wie­kiem. A wła­śnie dla tej wol­no­ści był w sta­nie zro­bić wszystko.

Ted posta­no­wił, że zaszyje się w jakimś miej­scu, zdo­bę­dzie nową toż­sa­mość i nie zła­mie prawa, nawet jeśli mia­łaby to być kra­dzież lizaka. Musiał stać się porząd­nym oby­wa­te­lem, a dla świata przy­wdziać coś w stylu czapki nie­widki. Nie sądził jed­nak, że życie w zgo­dzie z obo­wią­zu­ją­cymi nor­mami spo­łecz­nymi będzie aż tak trudne. Osie­dlił się w Tal­la­hasse na Flo­ry­dzie, gdzie przy­brał nazwi­sko Chris Hagen. Póź­niej jed­nak uznał, że będzie stu­den­tem Ken­ne­them Misne­rem. Wyro­bił sobie doku­menty na to nazwi­sko i wyna­jął pokój w kam­pu­sie przy 409 West Col­lege Ave­nue. Począt­kowo mało wycho­dził na zewnątrz. Oglą­dał tele­wi­zję, jadł, spał, a wie­czo­rami sączył piwo. Był nie­zwy­kle dumny ze swo­jego wyczynu, chciał delek­to­wać się każdą minutą spę­dzoną poza znie­na­wi­dzoną wię­zienną celą. Ale pie­nią­dze, które udało mu się zgro­ma­dzić, szybko top­niały, aż w końcu zostało mu jedy­nie 60 dola­rów. Zaczął więc kraść. Począt­kowo mniej­sze pro­dukty, takie jak jedze­nie czy kosme­tyki, póź­niej sku­pił się na rowe­rach. Co prawda myślał o zna­le­zie­niu jakiejś pracy, ale nie mógł się zmo­ty­wo­wać, by poszu­kać zatrud­nie­nia. Prze­stęp­cze życie wyda­wało się łatwiej­sze i bar­dziej kuszące. Nie mógł się też powstrzy­mać przed zbli­że­niem do śro­do­wi­ska stu­denc­kiego, na któ­rym wcze­śniej sku­pił uwagę, polu­jąc na młode kobiety. Zaczął krę­cić się wokół uczelni, sam zresztą poda­wał się za stu­denta. Przy­cho­dził nawet na nie­które zaję­cia, korzy­stał z sal do ćwi­czeń, zupeł­nie tak jakby kon­ty­nu­ował naukę. Począt­kowy stres zwią­zany z tym, że ktoś go roz­po­zna, szybko się ulot­nił, gdy zauwa­żył, że w stu­denc­kim śro­do­wi­sku jest cał­ko­wi­cie ano­ni­mową posta­cią i nikt nie koja­rzy jego zdjęć z gazet czy pla­ka­tów FBI. Dni mijały jeden za dru­gim, aż w końcu jego praw­dziwa natura zaczęła brać górę nad stra­chem zwią­zanym z ponow­nym schwy­ta­niem.

Bundy uważ­nie obser­wo­wał stu­dentki i sku­pił wzrok na Chi Omega. W tym stu­denc­kim domu miesz­kało trzy­dzie­ści dzie­więć nie­zwy­kle zdol­nych, ale też mocno zży­tych ze sobą mło­dych kobiet. Dość duży, pię­trowy budy­nek znaj­do­wał się przy West Jef­fer­son 661. W środku stu­dentki miały wszystko, czego potrze­bo­wały, by czuć się jak w domu - salon, świe­tlicę, kuch­nię, jadal­nię i wła­sne sypial­nie. Loka­torki pil­no­wały, by drzwi do budynku zawsze pozo­sta­wały zamknięte. Zmie­niło się to w nocy z 14 na 15 stycz­nia 1978 roku. Bundy był wów­czas na wol­no­ści od dwóch tygo­dni i wła­śnie posta­no­wił zła­mać zło­żoną sobie obiet­nicę o życiu w cie­niu i zgo­dzie z pra­wem.

Dwu­dzie­sto­let­nia Lisa Levy pocho­dziła z St. Peters­burga. Łączyła naukę z pracą na nie­peł­nym eta­cie. Sobotni wie­czór spę­dziła w dys­ko­tece, ale czu­jąc zmę­cze­nie, posta­no­wiła wró­cić do domu i odpo­cząć. Zaj­mo­wała pokój numer 4. Była wtedy sama, bo jej współ­lo­ka­torka wyje­chała na dwa dni. Weszła do środka, zamknęła drzwi i poło­żyła się do łóżka. Chwilę póź­niej do budynku wró­ciły trzy inne stu­dentki, które zauwa­żyły, że drzwi pro­wa­dzące do tyl­nego wej­ścia były otwarte. Nie zmar­twiły się tym szcze­gól­nie, bo od pew­nego czasu były z nimi pro­blemy. Po krót­kiej roz­mo­wie roze­szły się do swo­ich pokoi i rów­nież poszły spać. Około godziny 2.35 drzwi swo­jej sypialni pod nume­rem 9 zamknęła Mar­ga­ret Bow­man, która chwilę wcze­śniej wró­ciła z randki w ciemno. Miała dwa­dzie­ścia jeden lat i podob­nie jak Lisa Levy pocho­dziła z St. Peters­burga. Nic nie wska­zy­wało na to, by tej nocy miało wyda­rzyć się coś jesz­cze.

O 3.00 w nocy do domu wró­ciła Nita Neary. Była w bar­dzo dobrym nastroju, bo ostat­nie godziny spę­dziła ze swoim chło­pa­kiem. W koń­co­wym poli­cyj­nym rapor­cie z tej stycz­nio­wej nocy czy­tamy:

Godzina 3.00, nie­dziela, 15 stycz­nia 1978 roku, Nita Neary (człon­kini sio­strzeń­stwa Chi Omega) wró­ciła z randki i weszła do budynku tyl­nymi drzwiami wycho­dzą­cymi na patio. Wcho­dząc do domu, prze­szła przez salon, dotarła do fron­to­wych scho­dów pro­wa­dzą­cych do sypialni na pię­trze. Gdy zbli­żyła się do holu (loka­li­za­cja głów­nych scho­dów), usły­szała, jak ktoś zbiega po scho­dach. Nie­zna­jomy pod­szedł do drzwi wej­ścio­wych i wyszedł. Pani Neary opi­sała go jako bia­łego męż­czy­znę po dwu­dzie­stce o brą­zo­wych, krót­kich, pro­stych wło­sach. Według opisu nosił czarną lub ciemną czapkę śnieżną, czarny lub ciemny długi płaszcz, a także jasne spodnie. W pra­wej ręce trzy­mał kij o dłu­go­ści dwóch i pół-trzech stóp [76-91 cen­ty­me­trów]. Męż­czy­zna praw­do­po­dob­nie nie widział pani Neary.

Pani Neary myślała, że nie­zna­jomy wciąż krąży w pobliżu, natych­miast poszła więc na górę, by zoba­czyć, czy ktoś się obu­dził i widział intruza. Pode­szła do szczytu scho­dów i zoba­czyła swoją sio­strę z brac­twa. Gdy roz­ma­wiały o tym, że pani Neary widziała męż­czy­znę, otwo­rzyły się drzwi do sypialni i kolejna sio­stra, Karen Chan­dler, wyszła chwiej­nym kro­kiem na kory­tarz. Pani Chan­dler mocno krwa­wiła z ran na gło­wie. Zna­le­ziono w tym cza­sie Kathy Kle­iner, która rów­nież mocno krwa­wiła. Oprócz ran na gło­wie, miała też wybite zęby. Inne sio­stry szybko spro­wa­dziły pozo­stałe dziew­czyny i zaj­rzały do reszty poko­jów. Zna­le­ziono ciało Lisy Levy w sypialni obok pokoju Chan­dler i Kle­iner. W tym cza­sie przy­byli na miej­sce pierwsi funk­cjo­na­riu­sze poli­cji. Wszyst­kie sio­stry zostały prze­nie­sione na dół budynku do salonu, a poli­cjanci odkryli ciało Mar­ga­ret Bow­man w sypialni naprze­ciwko pokoju Levy

Koń­cowy raport nie do końca oddaje masa­krę, jaka wyda­rzyła się tej nocy w Chi Omega. Wystar­czy wspo­mnieć, że zaata­ko­wa­nie kilku dziew­cząt zajęło Bundy'emu zale­d­wie 15-20 minut! Przed budyn­kiem zna­lazł duży kawał drewna, który zabrał ze sobą, wcho­dząc do środka. Być może dostał się tam, zanim wszyst­kie dziew­czyny poło­żyły się do łóżek, i cze­kał w ciem­no­ści na odpo­wiedni moment. Inna wer­sja zakłada, że wśli­zgnął się tuż po tym, jak świa­tła w poko­jach zga­sły, a stu­dentki zapa­dły w sen. Swoją maka­bryczną wizytę naj­pew­niej zaczął od Mar­ga­ret Bow­man (pokój numer 9). Mor­derca zma­sa­kro­wał jej głowę do tego stop­nia, że śled­czy widzieli jej mózg. Gdy weszli do pokoju, stu­dentka leżała na brzu­chu, na łóżku widoczne były duże ślady krwi. Na szyi z nie­by­wałą siłą zaci­śnięto jej nylo­nową poń­czo­chę. Miała rów­nież zdjętą bie­li­znę. Po tym bru­tal­nym, peł­nym agre­sji i szału mor­der­stwie Ted prze­szedł do sypialni Lisy Levy (pokój numer 4) i tam zaata­ko­wał dziew­czynę. Pobił ją do nie­przy­tom­no­ści, nie­mal odgryzł jej prawy sutek, zosta­wił też wyraźny ślad zębów na pośladku. Na tym jed­nak nie poprze­stał. Chwy­cił sto­jącą w pobliżu butelkę z mgiełką do wło­sów i z ogromną siłą wepchnął dziew­czy­nie w pochwę oraz odbyt, poważ­nie uszka­dza­jąc organy wewnętrzne. Bundy zła­mał jej też oboj­czyk. Gdy poli­cja weszła do jej pokoju, Lisa jesz­cze żyła, choć jej puls był nie­mal nie­wy­czu­walny. Szybko została prze­trans­por­to­wana do szpi­tala, ale tam mimo wysiłku leka­rzy zmarła. Kolej­nymi ofia­rami stały się Karen Chan­dler - Bundy roz­bił jej głowę, zła­mał szczękę i wybił wiele zębów - a także Kathy Kle­iner, którą zna­le­ziono w łóżku z poważ­nymi obra­że­niami głowy i twa­rzy, miała rów­nież zła­maną szczękę. Obie dziew­czyny prze­żyły tę bru­talną napaść.

Inten­sywne i szcze­gó­łowe prze­szu­ka­nia budynku nie przy­nio­sły żad­nych efek­tów. Na miej­scu odna­le­ziono jedy­nie drza­zgi z kłody, którą sprawca roz­trza­skał stu­dent­kom głowy. Praw­do­po­dob­nie narzę­dzie zbrodni wziął sprzed domu, gdzie znaj­do­wało się kilka podob­nych, drew­nia­nych ele­men­tów. Dwie dziew­czyny nie żyły, dwie były ciężko ranne. I tego wszyst­kiego męż­czy­zna doko­nał w zale­d­wie kil­ka­na­ście minut, nie zosta­wia­jąc przy tym zbyt wielu śla­dów, które mogłyby bez­po­śred­nio dopro­wa­dzić do niego śled­czych. Oczy­wi­ście naj­istot­niej­szym dowo­dem był odcisk zębów na pośladku jed­nej z ofiar, dzięki czemu w póź­niej­szym eta­pie uda się przy­pi­sać tę masa­krę wła­śnie Bundy'emu.

Tym­cza­sem on tej nocy nie zamie­rzał poprze­stać na Chi Omega. Był w jakimś zbrod­ni­czym szale, zupeł­nie jakby nie potra­fił zapa­no­wać nad swoją żądzą krwi, mimo że chwilę wcze­śniej doko­nał prze­cież tak bestial­skiego czynu. Już po zatrzy­ma­niu Bundy tak mówił o swo­ich zbrod­niach:

Nie da się opi­sać tego bru­tal­nego popędu, by to zro­bić. Gdy było już po wszyst­kim i ten popęd został zaspo­ko­jony, a cała ener­gia była już wyczer­pana, na nor­mal­nym pozio­mie, znów byłem sobą. Zasad­ni­czo byłem czło­wie­kiem nor­mal­nym. Mia­łem dobrych przy­ja­ciół, żyłem nor­mal­nie. Poza tą jedną destruk­tywną dzie­dziną, którą utrzy­my­wa­łem w tajem­nicy, tylko dla sie­bie. Nikt o tym nie wie­dział.

Zapew­niał rów­nież, że mor­do­wa­nie kobiet było pew­nego rodzaju opę­ta­niem:

Czu­łem, jak­bym się wynu­rzył z jakie­goś potwor­nego transu lub snu. Nie chcę zbyt­nio dra­ma­ty­zo­wać, ale porów­nał­bym to do opę­ta­nia przez jakieś obce moce. Następ­nego dnia czło­wiek się budzi, pamięta, co zro­bił, i ma świa­do­mość, że wobec prawa i przed Bogiem to on ponosi za to odpo­wie­dzial­ność. Budzi­łem się rano świa­dom tego, co zro­biłem, oraz wszyst­kich zasad etycz­nych, które zła­ma­łem, prze­ra­żony, że jestem zdolny do cze­goś takiego.

Swoją zdol­ność do naj­po­twor­niej­szych czy­nów Bundy potwier­dził jesz­cze tej samej nocy. Z Chi Omega ruszył do odda­lo­nego o osiem prze­cznic domu, w któ­rym miesz­kała stu­dentka Che­ryl Tho­mas. Dziew­czyna była tan­cerką, pró­bo­wała swo­ich sił w bale­cie. Miała dwa­dzie­ścia jeden lat, gdy stała się kolej­nym celem Teda Bundy'ego.

Wie­czór 14 lutego Che­ryl spę­dzała ze zna­jo­mymi na potań­cówce. Po powro­cie do domu około godziny 2.00 w nocy nie­mal natych­miast poszła do sypialni. Miesz­kała przy Dun­wo­ody Street 431 w bliź­niaku. Jej sąsiad­kami były Deb­bie Cic­ca­relli i Nancy Young. Około godziny 4.00 obu­dził je hałas dobie­ga­jący z czę­ści, w któ­rej prze­by­wała Che­ryl. Tępy, jed­no­stajny odgłos przy­po­mi­nał dźwięk ude­rza­nia jakimś cięż­kim przed­mio­tem. Regu­larny huk prze­ry­wany był cichym jęcze­niem, momen­tami zmie­nia­ją­cym się w szloch. Deb­bie i Nancy były prze­ra­żone. Nie wie­działy, co robić. Biec do Che­ryl i spraw­dzić, co się dzieje, zigno­ro­wać te odgłosy czy od razu wzy­wać poli­cję? Posta­no­wiły naj­pierw zadzwo­nić do sąsiadki, ale ta nie pod­nio­sła słu­chawki. Wtedy były już nie­mal pewne, że dzieje się coś złego. Zde­cy­do­wały się powia­do­mić służby. Gdy roz­ma­wiały z poli­cjan­tami, z miesz­ka­nia Che­ryl dobiegł kolejny hałas, ale ten był inny. Przy­po­mi­nał ude­rze­nie w jakiś przed­miot, zupeł­nie tak, jakby sprawca wpadł na krze­sło lub sto­lik znaj­du­jący się w pokoju. A potem zale­gła głu­cha cisza. Nie­pewne i prze­ra­żone dziew­czyny cze­kały na przy­jazd funk­cjo­na­riu­szy. Po kilku minu­tach radio­wozy były już na miej­scu. Poli­cjanci zapu­kali do drzwi Che­ryl, ale nikt im nie odpo­wie­dział. Nie cze­ka­jąc więc na zapro­sze­nie, weszli do środka. Nie­mal natych­miast zna­leźli na łóżku mocno pora­nioną stu­dentkę. Zarówno na pościeli, jak i pod­ło­dze wid­niały spore plamy krwi. Che­ryl była nie­przy­tomna, ale - co naj­waż­niej­sze - wciąż żyła. Natych­miast wezwano na miej­sce karetkę, a poli­cjanci pró­bo­wali nawią­zać z dziew­czyną jaki­kol­wiek kon­takt. Obo­lała i ska­to­wana Che­ryl wyda­wała z sie­bie jedy­nie jęki pełne bólu. Funk­cjo­na­riu­sze zaczęli przy­glą­dać się obra­że­niom. Zauwa­żyli, że na gło­wie ofiary były roz­le­głe rany, jej twarz została też mocno pobita. Była roze­brana, na ciele pozo­stały jedy­nie majtki. Che­ryl została zabrana do szpi­tala, po wybu­dze­niu się niczego nie pamię­tała. Dzie­więć tygo­dni po tym bru­tal­nym ataku mówiła:

Kiedy obu­dzi­łam się w szpi­talu Tal­la­has­see, nie mogłam powie­dzieć, kim byłam ani gdzie byłam. Wiem, że bolała mnie głowa, a moja twarz była bar­dzo spuch­nięta. To rodzice powie­dzieli mi, co się stało, bo sama nie wie­dzia­łam. Niczego nie pamię­ta­łam.

Che­ryl spę­dziła w szpi­talu mie­siąc. Jej szczęka była zła­mana w dwóch miej­scach, ramię prze­miesz­czone, miała też pęk­niętą czaszkę i to w sumie w pię­ciu obsza­rach. To z kolei spo­wo­do­wało, że trwale stra­ciła słuch w lewym uchu. Została też zgwał­cona.

Choć wnio­sek, który nasu­nął się tej nocy poli­cjan­tom był prze­ra­ża­jący, było jasne, że ataku na Che­ryl doko­nał ten sam sprawca, który bestial­sko zamor­do­wał dwie stu­dentki w Chi Omega. Rany na ciele dziew­czyn były nie­mal takie same, a oba budynki znaj­do­wały się na tyle bli­sko sie­bie, by napast­nik zdo­łał poko­nać trasę pie­szo w dość krót­kim cza­sie. Poli­cjanci nie wie­dzieli, kim był, na tym eta­pie śledz­twa nawet przez chwilę nie prze­wi­nęło się nazwi­sko Ted Bundy. Funk­cjo­na­riu­sze nikogo nie wyty­po­wali, za to opi­nia publiczna była wstrzą­śnięta ata­kami na stu­dentki. Media poświę­cały im bar­dzo dużo uwagi, a w śro­do­wi­sku uni­wer­sy­tec­kim poja­wiła się lekka panika. I tylko Ted wciąż zacho­wy­wał duże pokłady spo­koju i już pla­no­wał kolejny atak.

Bundy był bar­dzo pewny sie­bie. Mimo doko­na­nych przez sie­bie ata­ków nie zamie­rzał opusz­czać wygod­nego The Oak. Czuł się nie­ty­kalny, doko­nane bru­talne mordy dodały mu jesz­cze wię­cej pychy. Prze­cha­dzał się po oko­licy i kradł drobne przed­mioty. Ósmego lutego 1978 roku wyru­szył do odda­lo­nego ponad 300 kilo­me­trów od Tal­la­has­see Jack­so­nville. Dostał się tam skra­dzioną wcze­śniej białą fur­go­netką. Prze­jeż­dża­jąc obok jed­nej ze szkół, zacze­pił czter­na­sto­let­nią Leslie Par­men­ter. Powie­dział jej, że pra­cuje w straży pożar­nej i nazywa się Richard Bur­ton. Na szczę­ście dla dziew­czyny nie­mal natych­miast poja­wił się obok jej brat Danny. Zaczął wypy­ty­wać Bundy'ego, kim jest i czego chce od jego sio­stry. Bundy odpo­wie­dział: Niczego... Po pro­stu pomy­li­łem ją z kimś innym i pyta­łem, kim jest. Ted szybko zasu­nął okno i odje­chał wyraź­nie poiry­to­wany. Danny powie­dział póź­niej ojcu, który był poli­cjan­tem, że męż­czy­zna był bar­dzo zde­ner­wo­wany i dosłow­nie trząsł się z emo­cji. Nawet jego głos drżał - stwier­dził Danny. Chło­pak spi­sał też numery z tablicy reje­stra­cyj­nej: 13D-11300, i prze­ka­zał je ojcu.

Tym­cza­sem Bundy ruszył dalej, w stronę Lake City. To nie­wiel­kie, ale uro­kliwe mia­steczko nie wyróż­niało się niczym szcze­gól­nym poza jezio­rem, które do dziś przy­ciąga oko­licz­nych miesz­kań­ców. Znaj­do­wał się tam rów­nież dom dwu­na­sto­let­niej Kim­berly Leach, ciem­no­wło­sej uczen­nicy gim­na­zjum. Jak póź­niej mówiły jej przy­ja­ciółki - była uśmiech­nięta, ale bar­dzo nie­śmiała. Dzie­wiąty lutego 1978 roku był desz­czo­wym, dosyć ponu­rym dniem. Kim była wtedy w szkole. W dro­dze na kolejne zaję­cia zorien­to­wała się, że zosta­wiła w jed­nej z sal ple­cak. Posta­no­wiła więc wró­cić po niego, ale żeby się tam dostać, musiała pobiec do innego budynku. Towa­rzy­szyła jej przy­ja­ciółka Pri­scilla Blak­ney. Dziew­czynki roz­stały się na chwilę, a gdy Blak­ney chciała ponow­nie dołą­czyć do kole­żanki, zoba­czyła ją, jak zmie­rza w stronę nie­zna­jo­mego męż­czy­zny, który ją wołał. Zapa­mię­tała jedy­nie, że był to biały samo­chód. Po Kim ślad zagi­nął.

W trak­cie śledz­twa ujaw­niło się dwoje świad­ków. Byli to Cla­rense Ander­son i Jac­kie Moore. Oboje widzieli tego dnia Bundy'ego, a przy­naj­mniej - jak mówili póź­niej poli­cji - kogoś, kto wyglą­dał jak Ted. Ander­son był prze­ko­nany, że spo­tkał męż­czy­znę, gdy ten szedł z Kim. Pro­wa­dził ją do fur­go­netki i spra­wiał wra­że­nie zde­ner­wo­wa­nego. Ander­son uwa­żał, że to zwy­kły obra­zek po kłótni ojca z córką, nie przy­szło mu do głowy, że wła­śnie widzi, jak seryjny mor­derca upro­wa­dza dziecko. Z kolei Jac­kie Moore jechała autem, gdy nie­mal zde­rzyła się z samo­cho­dem Teda. Widziała, jak patrzył na fotel pasa­żera, spra­wiał wra­że­nie, jakby na kogoś krzy­czał. Zarówno Moore, jak i Ander­son puścili te incy­denty w nie­pa­mięć, nie sku­pia­jąc się już póź­niej na dość istot­nych szcze­gó­łach. Te ode­grały ważną rolę w trak­cie poszu­ki­wań Kim i póź­niejszego pro­cesu Bundy'ego,

Poszu­ki­wa­nia dziew­czynki ruszyły tego samego dnia. Rodzice naj­pierw spraw­dzili, czy córki nie ma u któ­rejś z kole­ża­nek. Gdy upew­nili się, że nie, a dziecko wyszło zaraz po pierw­szej lek­cji, powia­do­mili poli­cję. Szcze­gól­nie nie­po­ko­jące były infor­ma­cje od Pri­scilli, która widziała Kim z obcym męż­czy­zną. Funk­cjo­na­riu­sze wie­dzieli, że mają nie­wiele czasu. Pil­nie wysłano komu­ni­kat do wszyst­kich jed­no­stek w oko­licy. Po roz­mo­wie z rodzi­cami poli­cjanci wie­dzieli, że Kim nie zde­cy­do­wa­łaby się na ucieczkę z domu. Była sumienna, dobrze się uczyła i miała dobre rela­cje z domow­ni­kami. Porwa­nie, bio­rąc pod uwagę sygnał o nie­zna­jo­mym, było naj­bar­dziej praw­do­po­dob­nym sce­na­riu­szem. I jed­no­cze­śnie naj­bar­dziej prze­ra­ża­ją­cym.

Poszu­ki­wa­nia trwały osiem tygo­dni. Zaan­ga­żo­wano w to cztery hrab­stwa, prze­świe­tlono teren o obsza­rze ponad 6 tysięcy kilo­me­trów. W końcu po dłu­gich poszu­ki­wa­niach odna­le­ziono czę­ściowo zmu­mi­fi­ko­wane zwłoki dziecka. Znaj­do­wały się w szo­pie Suwan­nee River State Park, w leśnym kom­plek­sie na Flo­ry­dzie, który od Lake City odda­lony jest jakieś 60 kilo­me­trów. Sek­cja wyka­zała, że dwu­na­sto­let­nia Kim praw­do­po­dob­nie została zgwał­cona, pode­rżnięto jej też gar­dło, według nie­któ­rych śled­czych myśliw­skim nożem, który Bundy kupił chwilę wcze­śniej. Z zeznań nie­ja­kiego Johna Far­hanta, wła­ści­ciela sklepu, wyni­kało, że na początku lutego sprze­dał takie wła­śnie narzę­dzie męż­czyź­nie o ciem­nych wło­sach. Po zdję­ciu w gaze­cie roz­po­znał, że był to Ted. Wtedy też skon­tak­to­wał się z poli­cją. Kim­berly Leach była naj­młod­szą i ostat­nią ofiarą Bundy'ego.

Los prze­stał sprzy­jać mor­dercy 15 lutego. Ukradł wtedy kolejny samo­chód, któ­rym krą­żył w nocy po oko­licy. Dostrzegł go poli­cjant z Pen­sa­coli David Lee. Ta powolna jazda kie­rowcy wydała mu się podej­rzana, dla­tego posta­no­wił go spraw­dzić. Skon­tak­to­wał się z poste­run­kiem i popro­sił o spraw­dze­nie nume­rów reje­stra­cyj­nych pojazdu. I bingo! - oka­zało się, że auto zostało skra­dzione. Lee włą­czył więc syreny i ruszył za pojaz­dem, licząc na to, że kie­rowca za chwilę zatrzyma się na pobo­czu. Ale Bundy, nauczony poprzed­nim aresz­to­wa­niem, posta­no­wił, że tym razem nie da się tak łatwo schwy­tać. Przy­spie­szył i zaczął ucie­kać przed jadą­cym za nim radio­wo­zem. Roz­po­czął się pościg. Bundy przy­spie­szył do 100 kilo­me­trów na godzinę, Lee zro­bił to samo. Pędzili przed sie­bie około dwóch kilo­me­trów, gdy nie­spo­dzie­wa­nie Ted się zatrzy­mał. Funk­cjo­na­riusz nie wie­dział, czego może spo­dzie­wać się po kie­rowcy, który przed chwilą ucie­kał skra­dzio­nym pojaz­dem. Wycią­gnął więc służ­bową broń i pod­szedł do pojazdu. Pole­cił Bundy'emu, by wyszedł z auta i poło­żył się na ziemi. Ted począt­kowo odmó­wił, ale w końcu dosto­so­wał się do poli­cyj­nego roz­kazu i pozwo­lił skuć sobie ręce. Wtedy jed­nak szybko się odwró­cił i powa­lił funk­cjo­na­riu­sza na zie­mię. Doszło do szar­pa­niny, a gdy Bundy pró­bo­wał zbiec, David Lee otwo­rzył do niego ogień. Kula nie tra­fiła w zbiega, ale wystrzał był na tyle gło­śny, że Ted upadł na zie­mię. Wie­dział, że to już koniec. Jego spek­ta­ku­larna ucieczka i kil­ku­ty­go­dniowa wol­ność zakoń­czyły się wła­śnie bez­pow­rot­nie. Gdy Lee pod­szedł do niego, powie­dział jedy­nie: Szkoda, że mnie nie zabi­łeś. Ted Bundy został schwy­tany. I jedy­nie poli­cjant, który doko­nał tego spek­ta­ku­lar­nego wyczynu, jesz­cze nie wie­dział, że udało mu się zatrzy­mać naj­bar­dziej nie­bez­piecz­nego czło­wieka w Sta­nach Zjed­no­czo­nych.

Bundy tra­fił do aresztu w Pen­sa­coli. Gdy zapy­tano go o per­so­na­lia, podał fał­szywe nazwi­sko. Przed­sta­wił się jako Ken­neth Ray­mond Misner, a na dowód wyjął doku­menty z tymi wła­śnie danymi. Miał przy sobie też kilka kart kre­dy­to­wych, wszyst­kie oczy­wi­ście skra­dzione. Upie­rał się, że jest stu­den­tem i nie chciał powie­dzieć, dla­czego ucie­kał przed poli­cjan­tem. Pró­bo­wał grać na czas. Dosko­nale wie­dział, co się sta­nie, gdy wyjawi praw­dziwą toż­sa­mość. Ale poli­cjanci bły­ska­wicz­nie usta­lili, że nie­jaki Ken­neth Misner, ow­szem, ist­niał naprawdę, ale z pew­no­ścią nie był to ten sam męż­czy­zna, który znaj­do­wał się w aresz­cie. Praw­dziwy Misner stu­dio­wał w Tal­la­has­see i był mocno zasko­czony wia­do­mo­ścią od funk­cjo­na­riu­szy. Nie wie­dział, że ktoś posta­no­wił się pod niego pod­szyć.

Śled­czy pró­bo­wali wycią­gnąć z Bundy'ego jakie­kol­wiek infor­ma­cje, ale wszystko na nic. Pozwo­lono mu więc wyko­nać kilka tele­fo­nów, roz­ma­wiał też z adwo­ka­tem. Został zabrany do szpi­tala, gdzie opa­trzono mu lek­kie i powierz­chowne rany, któ­rych się naba­wił, ucie­ka­jąc przed poli­cjan­tem. Na drugi dzień Bundy był nieco bar­dziej roz­mowny, ale na­dal odma­wiał poda­nia praw­dzi­wych danych. Przy­znał za to, że karty, które miał przy sobie, zostały przez niego skra­dzione. I dalej upie­rał się, że jest Ken­ne­them Mil­le­rem. Adwo­kat pora­dził mu, by nie roz­ma­wiał z poli­cjan­tami, bo jedy­nie się pogrąży. Ted był w kiep­skiej kon­dy­cji zarówno fizycz­nej, jak i psy­chicz­nej, a jego wypo­wie­dzi czę­sto były nie­wy­raźne i nie­składne, co praw­nik nie­mal natych­miast wyczuł. Bundy popro­sił o spo­tka­nie z księ­dzem. Jego spo­wie­dzi wysłu­chał Michael Moody.

W nocy z 16 na 17 lutego doszło do roz­mowy, która odbiła się w póź­niej­szym pro­ce­sie sze­ro­kim echem. Według poli­cjan­tów - Nor­mana Chap­mana, Steve'a Bodi­forda i Dona Pat­chena - Bundy przy­znał się nie tylko do tego, kim jest, ale także do ogrom­nej liczby zabójstw, znacz­nie więk­szej, niż przy­pi­sy­wało mu FBI. Cała wie­lo­go­dzinna roz­mowa miała zostać zare­je­stro­wana na taśmie, ale ze względu na fakt, że nagry­wano Teda z ukry­cia, bez jego wie­dzy, sąd nie dopu­ścił jej jako dowodu pro­ce­so­wego. Poli­cjan­tom zostało więc ponowne zre­la­cjo­no­wa­nie tego, co Bundy miał im wów­czas powie­dzieć.

Nor­man Chap­man: Ted, bo muszę się zbie­rać, powiedz mi tylko, bo chciał­bym wie­dzieć, jak duża jest sprawa, nad którą pra­cuję? Chciał­bym wie­dzieć, jak bar­dzo jesteś zamie­szany w te wszyst­kie "pro­blemy"? [zabój­stwa].

Ted Bundy: Nie mogę ci powie­dzieć.

Nor­man Chap­man: Ted, mówimy o dwu- czy trzy­cy­fro­wej licz­bie?

Ted Bundy: Mówimy o trzy­cy­fro­wej.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki