Zło - Marta Kiermasz
42.99 zł
35.63 zł
(33,48 zł najniższa cena z 30 dni)

Reflow text when sidebars are open.
WSTĘP
Zło wrodzone czy nabyte? - to pytanie, które stawiają sobie i pacjentom psychiatrzy z całego świata. Gdy dochodzi do brutalnej zbrodni, analizowane jest całe życie mordercy, by ustalić, czy źródłem jego patologii są czynniki wewnętrzne, czy zewnętrzne. W niektórych przypadkach dosyć szybko udaje się to określić. Ale w innych ustalenie przyczyny wymaga już znacznie szerszej analizy połączonej nie tylko z wywiadem środowiskowym, ale i z dogłębnym prześledzeniem warunków biologicznych. Dlatego amerykańscy naukowcy wzięli pod lupę mózgi morderców, by sprawdzić, czy różnią się one od tych, których właściciele nie fantazjują o zabijaniu. Zbadano w tym celu ośmiuset więźniów, którzy odsiadywali różne wyroki, zarówno te za morderstwo, przemoc, przestępstwa seksualne, jak i drobne wykroczenia. Wyniki były niezwykle ciekawe, choć mało zaskakujące. Okazało się bowiem, że u osób, które miały na sumieniu morderstwo, stwierdzono mniejszą aktywność w korze przedczołowej. Tej samej, która jest odpowiedzialna za kontrolowanie naszych zachowań w społeczeństwie. Różnice zauważono też w ciele migdałowatym, które dba o nasze procesy emocjonalne.
Seryjni mordercy, bo o nich będzie mowa w tej książce, odznaczają się (choć nie zawsze) niezwykle wysokim ilorazem inteligencji, brakiem empatii, ale też lęku. Potrzeba zabijania jest u nich znacznie silniejsza niż strach, który kierowałby większością ludzi, gdyby stanęli w obliczu odebrania komuś życia. Nie tylko nie odczuwają strachu, ale zamiast niego pojawiają się podniecenie i ekscytacja związane z polowaniem na ofiary, a później mordowaniem. Czasem niezwykle dużo ryzykują, decydując się na zabicie osoby ze swojego otoczenia, porwanie w biały dzień czy ukrywanie zwłok we własnym mieszkaniu, choć mieści się ono w bloku lub kamienicy pełnej sąsiadów.
Zło rodzi się zazwyczaj po cichu, za szczelnie zamkniętymi drzwiami. Może być efektem systematycznego, wieloletniego dręczenia, które skutkuje poważnym uszczerbkiem na zdrowiu i psychice. Gdy prześledzimy biografie wielu seryjnych morderców, zauważymy, że dosyć spora liczba z nich miała w przeszłości traumatyczne doświadczenia. Ale tu też ważna kwestia - nie każda osoba, która doświadcza w młodości przemocy i cierpienia, będzie urządzać polowania na ludzi. To, czy dany człowiek będzie w przyszłości zabijał, zależy od jego predyspozycji psychicznych, emocjonalnych i fizycznych. Niektórzy poradzą sobie z przeszłością sami, innym pomogą w tym terapeuci, a jeszcze inni poddadzą się swojej psychopatycznej naturze, która popchnie ich do niewyobrażalnych zbrodni.
Na przełomie stuleci wielu filozofów próbowało odpowiedzieć na pytanie: czy człowiek rodzi się zły? Czy już w chwili przyjścia na świat zaczynają ewoluować w nim cechy, które sprawią, że w przyszłości zamieni się w przerażającego potwora? Erazm z Rotterdamu, piętnastowieczny niderlandzki filozof, filolog i katolicki duchowny, twierdził, że człowiek jest z natury dobry, a zło pochodzi z niewiedzy. Jednak znacznie bliższy naszym czasom Marek Edelman, jeden z przywódców powstania w getcie warszawskim, stwierdził:
Człowiek jest z natury zły, człowiek rodzi się zły. Dopiero wychowanie robi go dobrym, jeśli oczywiście wychowanie jest udane. Całe generacje są złe, bo mają złych przywódców i stają się złe. Wychowanie jest więc decydujące. Zło przechodzi z pokolenia na pokolenie - najpierw ojciec jest faszystą, potem syn, który tęskni za mundurem ojca, gloryfikuje dziadka faszystę czy nacjonalistę i tak dalej, i tak dalej. Patrząc na historię ludzkości, na to, jak zmienia się natura człowieka w zależności od sytuacji i do czego jest tak naprawdę zdolny w chwili zagrożenia, sądzę, że każdy z nas nosi w sobie pierwiastek zła. Być może nigdy nie zostanie on aktywowany, ale jest obecny i czeka w uśpieniu. By stać się seryjnym mordercą, trzeba mieć w sobie znacznie silniejsze pokłady tego pierwiastka, które buzują pod powierzchnią i dojrzewają przez lata, czekając na dzień, w którym wezmą górę nad pozostałymi cechami i emocjami.
W tej książce nie dam jasnej odpowiedzi na pytanie, kto może być seryjnym mordercą, a kto nie. Nie dowiecie się z niej też, jak rozpoznać taką osobę. Historie, które prześledzimy, sprawią jednak, że wielu z was nie tylko zwątpi w ludzką naturę, ale straci też zaufanie do sporej części społeczeństwa. Seryjny morderca nie porusza się po ulicach z napisem na czole "zabijam". To może być nasz sąsiad, mąż, żona, syn, córka, ojciec, matka, właściciel dobrze prosperującej firmy czy niewinny - wydawałoby się - student. Zło nie ma konkretnej twarzy. Często chowa się za niewinnym uśmiechem i spojrzeniem, za przyjaznym gestem i uprzejmym "dzień dobry". I właśnie dlatego jest tak szalenie niebezpieczne.
JEFFREY DAHMER
Kanibal z Milwaukee
Nie, zabójstwo nigdy nie było celem. Chciałem po prostu całkowicie kontrolować tę osobę, nie zwracać uwagi na jej potrzeby. Chciałem ją zatrzymać dla siebie tak długo, jak tylko zechcę.
Jeffrey Dahmer
Narodziny dziecka to moment, na który czeka niejedna kobieta. Wymarzone i upragnione wkroczenie w świat macierzyństwa może całkowicie na nowo zdefiniować życie. Rozpoczyna się planowanie niemal każdego aspektu związanego z tym doświadczeniem. Zaczynając od ciąży, a na studiach dziecka kończąc. Rodzice chcą mieć pewność, że nie tylko bezpiecznie sprowadzą pociechę na świat, ale że zapewnią jej również spokojne i szczęśliwe życie. Gdy jednak ten plan zawodzi, zaczynają się poszukiwania odpowiedzi na pytanie: jak do tego doszło? Podobne zdanie wielokrotnie padało z ust Lionela Dahmera, chemika niemiecko-walijskiego pochodzenia. Razem z żoną Joyce bardzo pragnęli dziecka. Dlatego gdy 21 maja 1960 roku na świat przyszedł ich pierwszy syn, czuli, że otwiera się przed nimi zupełnie nowy rozdział. Nikt nie mógł jednak podejrzewać, jak krwawy i tragiczny on będzie.
Milwaukee to największe miasto amerykańskiego stanu Wisconsin. Choć dziś liczy nieco ponad 575 tysięcy mieszkańców (dla porównania Warszawa ma milion 765 tysięcy), to w 1960 roku, czyli wtedy, gdy rodził się Jeffrey Dahmer, miasto przeżywało prawdziwie złoty okres. Mieszkało tam wówczas 741 tysięcy obywateli. Do dziś znane jest głównie z browaru koncernu SABMiller i motoryzacji. Dla Polaków może być o tyle atrakcyjne, że prężnie działa tam Polonia. Stanowi kilkanaście procent wszystkich mieszkańców. Zresztą Milwaukee ma w naszym kraju miasto partnerskie. Jest nim Białystok.
Amerykanie nieszczególnie cenią jednak tę lokalizację, bo co jakiś czas trafia do rankingów najgorszych miejsc w Stanach Zjednoczonych. I nie chodzi tutaj o kwestie bezpieczeństwa oraz wysoki poziom przestępczości. Jako minusy wymieniane są chociażby słabo rozwinięta komunikacja czy brak ciekawych parków, w których można się zrelaksować i do których można uciec od miejskiego zgiełku. Do tej listy trzeba też niewątpliwie dorzucić Jeffreya Dahmera, który przyszedł na świat właśnie w Milwaukee.
Jego matka Joyce, z domu Flint, była norwesko-irlandzkiego pochodzenia i pracowała jako instruktorka dalekopisu. Urodziła się 7 lutego 1936 roku, rodząc Jeffreya, miała więc dwadzieścia cztery lata. W ciążę zaszła dwa miesiące po ślubie. Pochodziła również ze stanu Wisconsin, a konkretnie z Columbus (nie mylić tym z Ohio). Miała młodszego brata Donalda, który zmarł w 2011 roku. Według jej ówczesnego męża, ojca Jeffa, kobieta była hipochondryczką, cierpiała na depresję i przyjmowała leki, będąc już w ciąży. Lionel wielokrotnie zastanawiał się, czy przypadłość syna została w pewnym stopniu odziedziczona. W swojej książce Historia ojca pisał:
Jako naukowiec zastanawiam się, czy potencjał wielkiego zła tkwi głęboko we krwi niektórych z nas. Czy może przejść na nasze dzieci po urodzeniu.
Nie tylko Lionel zadawał sobie to pytanie. Od lat odpowiedź na nie próbują znaleźć naukowcy z całego świata. Międzynarodowy zespół Psychiatric Genomics Consortium pod przewodnictwem profesora Jordana Smollera z Uniwersytetu Harvarda przeprowadził kompleksowe badania na ponad dwustu tysiącach pacjentów. Badani byli zarówno cierpiący na depresję, chorobę dwubiegunową, schizofrenię, jak i anoreksję czy ADHD. Wykazano, że schorzenia psychiczne w 75 procentach mają podłoże genetyczne. Ale nie dlatego, że są dziedziczne, lecz dlatego, że kształtują się już w drugim trymestrze ciąży. Mogą być więc efektem niekorzystnych czynników zewnętrznych, takich jak toksyny. I - co ważne - nie każda choroba psychiczna musi mieć związek ze schorzeniem wykrytym u krewnego. Są jednak takie, które w przypadku wystąpienia u rodziców mogą (choć nie muszą) wpłynąć na zdrowie dziecka. Tak jest na przykład w chorobie afektywnej dwubiegunowej. Warto jednak zaznaczyć, że badania w tej sferze prowadzone są cały czas i genetyka nadal mimo szeroko rozwiniętej nauki pozostaje jedną z bardziej tajemniczych dziedzin dotyczących funkcjonowania naszego organizmu.
Czy Dahmer w jakimś stopniu przejął "szaleństwo" Joyce? Trudno jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. Pewne jednak jest, że kobieta zmagała się z wieloma schorzeniami, które ujawniły się, gdy tylko zaszła w ciążę. Ta zresztą nie należała do łatwych. Joyce źle się czuła, zarówno fizycznie, jak i psychiczne. Miewała nudności, bóle brzucha, przeszkadzało jej wiele dźwięków i zapachów, zwłaszcza tych dochodzących z kuchni. Irytowali ją też sąsiedzi, którzy mieszkali w tym samym budynku. Wielokrotnie prosiła męża, by interweniował, bo według niej byli zbyt hałaśliwi. Lionel nie dostrzegał jednak w zachowaniu sąsiadów niczego złego i twierdził, że Joyce przesadza. Tygodnie mijały, a żona stawała się coraz bardziej nerwowa. Między małżonkami rosło wyczuwalne napięcie. Dochodziło do gwałtownych awantur, które zdarzały się również w późniejszych latach.
Lionel, sądząc, że poprawi to sytuację, przeprowadził się wraz z żoną do domu swoich rodziców w West Allis w Wisconsin. Było to w marcu, dwa miesiące przed urodzeniem Jeffreya. Stan zdrowia Joyce zaczął się jednak drastycznie pogarszać. Lionel wspominał:
Czasami jej nogi mocno się zaciskały, całe ciało sztywniało i zaczynało drżeć. Szczęka wykręcała się w prawo i była przerażająco sparaliżowana. W trakcie tych dziwnych napadów jej oczy wybałuszały się jak u przestraszonego zwierzęcia. Zaczynała się ślinić tak, że piana dosłownie leciała jej z ust.
Kobieta trafiła pod opiekę lekarza, ale ten nie potrafił zdiagnozować dokładnej przyczyny napadów. Był jednak przekonany, że źródła należy szukać w psychice, a nie w organizmie Joyce. Mimo to zdecydował się na przepisanie fenobarbitalu, czyli leku przeciwpadaczkowego. I o ile stan fizyczny kobiety zaczął się poprawiać, o tyle jej emocje znów gwałtownie pikowały. Jeszcze szybciej wpadała w złość, często się też obrażała, a do tego sprawiała wrażenie, jakby nie tylko otoczenie jej przeszkadzało, ale również ciąża, w której była. Lionel dopiero po śmierci Jeffreya przeprowadził wewnętrzne rozliczenie z samym sobą i przyznał, że nie był w tym trudnym czasie wystarczającym wsparciem dla Joyce. W pewnym sensie zostawił ją z destrukcyjnym "ja" całkowicie samą. To potęgowało rosnące w niej gniew, frustrację, brak poczucia spełnienia i zwyczajnie brak szczęścia. Lionel nie robił tego jednak celowo, w tym czasie mocno skupiał się na swoim rozwoju i karierze naukowej, a żona wymagała stałej, profesjonalnej pomocy. Całe dnie spędzała w domu, czekając na męża, ale zamiast niego mogła rozmawiać głównie z jego matką. Ich relacje też były napięte, bo Joyce często bywała rozdrażniona i podobnie jak w przypadku pierwszego mieszkania, również tu przeszkadzało jej mnóstwo dźwięków i zapachów. Jej apteczka stale się powiększała, doszło do tego, że łykała nawet dwadzieścia sześć różnych tabletek dziennie. Zaawansowana ciąża nie była dla niej przeszkodą.
Psychika ciężarnej kobiety jest znacznie bardziej skomplikowana, niż może się to wydawać osobom, które albo nigdy nie doświadczyły tego stanu, albo nie miały bliższego i dłuższego kontaktu z kobietą spodziewającą się dziecka. Większość ciężarnych odczuwa w tych miesiącach lęk, niepokój, pojawiają się też stany depresyjne. Co czwarta kobieta przyznaje, że właśnie w ciąży doświadczyła poważnych problemów psychicznych. Poczucie osamotnienia, huśtawki nastroju, częste zmęczenie, senność, pesymizm, a do tego wybitnie obniżona samoocena, to codzienność dla wielu przyszłych matek. U niektórych może pojawić się nawet tokofobia, czyli lęk przed porodem. Pojawia się strach związany z bólem, ale przede wszystkim obawa, czy wszystko przebiegnie dobrze i dziecko urodzi się zdrowe. Jeśli te skrajne nastroje wrzucimy do już obciążonej negatywnymi emocjami głowy, tak jak to miało miejsce w przypadku Joyce, otrzymujemy niebezpieczną mieszankę hormonów, depresji i niegasnącego gniewu. To niszczycielska wręcz siła, zarówno dla samej kobiety, jak i wszystkich tych, którzy przebywają z nią na co dzień. Co ważne, gdy Jeffrey siedział już w więzieniu, wiele razy podkreślał, że nie wini matki i to nie jej gwałtowne zachowanie sprawiło, że był, kim był.
Gdy nadszedł dzień, w którym Jeff przyszedł na świat, Lionel był w pracy na uczelni. Jego kariera naukowa dopiero się rozkręcała, dlatego sporo czasu spędzał za biurkiem jako asystent. Codzienną rutynę przerwał telefon od matki, która przekazała, że Joyce jest w szpitalu. Zawiózł ją tam teść. Na szczęście dla Lionela placówka znajdowała się zaledwie kilka budynków od uczelni, dzięki czemu mógł błyskawicznie dostać się do żony. Poród przebiegł jednak jeszcze szybciej i gdy mężczyzna przyjechał na miejsce, mały Jeff był już bezpieczny poza brzuchem matki. Lionel usłyszał wówczas od żony słowa, które rozgrzały jego serce i sprawiły, że po raz pierwszy od wielu miesięcy poczuł szczęście. Brzmiały one: "Masz syna".
Kilka minut później po raz pierwszy go zobaczyłem. Był w małej plastikowej kołysce, jego ciałko owinięto niebieskim kocykiem. Gdy go ujrzałem, leżał na boku, bez ruchu. Miał zamknięte oczy i spał spokojnie. A ja gapiłem się na niego zdumiony. Nie mogłem uwierzyć, jak bardzo jest do mnie podobny. Widziałem w nim własne rysy, jakbym patrzył na swoją miniaturę. Jakbym widział siebie w tej malutkiej, różowej buzi. Joyce powiedziała: masz syna. I miałem. Syna, któremu drugie imię dałem po sobie samym. Jeffrey Lionel Dahmer.
Po kilku dniach zarówno Joyce, jak i Jeff mogli wrócić ze szpitala do domu. Ze względu na niewielką deformację stóp chłopiec wymagał korekty ortopedycznej. Poza tym był zdrowy i wniósł do domu radość, jakiej w tych murach nie było od dawna. Między Joyce i Lionelem zaczęło się układać. Skupiali się na upragnionym dziecku, które w ich oczach było doskonałe. Delektowali się każdym dniem spędzanym razem, ulegając zauroczeniu, w które tuż po narodzinach wpada większość rodziców. Były to wyjątkowo szczęśliwe chwile. Nie potrwały jednak długo.
Po kilku tygodniach stan Joyce znów zaczął się drastycznie pogarszać. Opieka nad Jeffem ją przerażała, a ona sama stała się podenerwowana. Cierpiały na tym jej relacje z mężem. Mimo szczerych chęci Lionel nie potrafił zrozumieć, skąd biorą się te wszystkie łzy i wściekłość, nie umiał zlokalizować źródła problemu. Wydawało mu się, że jako rodzina osiągnęli przecież wszystko - mieli siebie i Jeffa.
Uznał, że najlepszym wyjściem z tej niezwykle trudnej sytuacji będzie zmiana otoczenia, co oznaczało wyprowadzkę z domu jego rodziców. Gdy Jeffrey miał cztery miesiące, Dahmerowie zamieszkali przy Van Buren Street na wschodzie Milwaukee. Dom znajdował się w spokojnej okolicy, pełnej rodzin z klasy średniej. W sąsiedztwie było mnóstwo małych, lokalnych restauracji i kawiarni. Lionel był przekonany, że to idealne miejsce na nowy początek. Wierzył, a przynajmniej bardzo chciał w to wierzyć, że takie przyjazne otoczenie wniesie do jego rodziny mnóstwo energii, ale też poczucie bezpieczeństwa, które wyciszy negatywne emocje targające Joyce. Przez jakiś czas rzeczywiście tak było. Pierwsze dwa lata upłynęły w ciszy i spokoju, Lionel pracował, a Joyce zajmowała się Jeffem, spełniając wszystkie jego zachcianki. Pragnęła, by jej syn miał szczęśliwe dzieciństwo, mimo tej całej walki, którą nieustannie toczyła we własnej głowie. Między nią a mężem bywało różnie. Niektóre dni były całkowicie normalne, zupełnie tak jakby do tych fatalnych momentów sprzed miesięcy nigdy nie doszło.
W 1962 roku Lionel dostał pracę na Uniwersytecie Iowa. Dahmerowie ponownie więc spakowali cały dobytek i przenieśli się w inne miejsce. Zamieszkali w drewnianym domu na terenie kampusu uczelni. Ale tam znów objawiły się emocjonalne problemy Joyce. Była niespokojna, często też wybuchała, a w nocy krzyczała przez sen. Dodatkowym problemem był stan zdrowia Jeffreya. Chłopiec cały czas chorował, wielokrotnie trafiał do szpitala, gdzie był leczony pod czujnym okiem lekarzy. Zdarzały mu się też infekcje ucha, które wywoływały ogromny ból.
Mimo tych problemów Jeffrey był szczęśliwym, energicznym dzieckiem. Często chodził z ojcem na festyny, uwielbiał zresztą jego towarzystwo. W ciągu dnia jeździł na rowerze, wieczorami czytał książki. Był ciekawski, czasem też porywczy. Przejawiał również dużą wrażliwość wobec zwierząt. Pewnego dnia podczas spaceru z ojcem zauważył leżącego na ziemi jastrzębia. Było to pisklę, które wypadło z gniazda. Lionel początkowo nie wiedział, co zrobić z ptakiem, ale gdy zobaczył zapłakanego synka, chwycił jastrzębia w dłonie i zaniósł do domu. Tam razem z Jeffem przez kilka tygodni dbał o niego, obficie karmiąc go i pojąc. Gdy ptak nabrał sił, Lionel razem z synem i żoną wynieśli go na zewnątrz i wypuścili na wolność. Jastrząb odleciał, a Jeff wpatrywał się w niego jak oczarowany. Prawdopodobnie był to najszczęśliwszy dzień w całym jego życiu.
Świat małego Dahmera zmienił się 18 grudnia 1965 roku. Jego matka urodziła wtedy drugiego syna. Rodzice nie chcieli, by Jeffrey w jakikolwiek sposób poczuł się zagrożony czy niepewny swojej pozycji w ich życiu, dlatego pozwolili, by to on wybrał imię dla brata. Jeff postawił na Davida. Młodszy syn zafundował Joyce i Lionelowi mnóstwo nieprzespanych nocy. Miewał bolesne i męczące kolki, przez co uwaga rodziców skupiała się głównie na nim. Do tego Dahmer senior sporo czasu poświęcał pracy, w której znikał na całe dnie. Zajęci więc wieloma obowiązkami rodzice nie zauważyli, że Jeff przechodzi niepokojącą metamorfozę. Z energicznego i uśmiechniętego dziecka zaczął przeradzać się w chłopca wycofanego, który izolował się od świata. Unikał kontaktu z rówieśnikami, zamiast tego wybierał własne towarzystwo i swoją wyobraźnię. To zresztą stanie się w przyszłości jedną z głównych cech charakteru Dahmera - będzie samotnikiem nieustannie szukającym bratniej duszy, partnera, który zrozumie jego niezwykle mroczną i przerażającą psychikę. Z kolei bycie cichym outsiderem da mu to, czego potrzebuje każdy seryjny morderca - niewidzialność. Będzie dla społeczeństwa przezroczysty, niegroźny, poza jakimikolwiek podejrzeniami. Cichy, spokojny, nijaki. To właśnie dzięki temu będzie mógł swobodnie pielęgnować w sobie zło i przelewać je na wybrane ofiary.
W 1968 roku, gdy Jeffrey miał zaledwie osiem lat, Dahmerowie przeprowadzili się po raz kolejny. Za cel obrali piękną i nowoczesną jak na tamte lata posiadłość na obrzeżach Akron w stanie Ohio. Otoczona drzewami, przestronna i z dużymi oknami mogła sprawiać wrażenie prawdziwej oazy, w której schronienie i bezpieczeństwo znalazłaby każda rodzina. Do jej wejścia prowadziły kamienne schodki. Z zewnątrz budynek był drewniany, miał duży taras i wąski komin przypominający wyrastający ze ścian dodatkowy murek. W środku były trzy sypialnie, a także dwie łazienki. Ze względu na jego unikatowy styl o budynku pisano nawet w "Akron Beacon Journal", codziennej gazecie wydawanej w stanie Ohio. W tamtym czasie dom był stosunkowo młody, bo został wybudowany w 1952 roku, co oznacza, że w chwili przejęcia go przez Dahmerów liczył 16 lat. Na wartości zyskał jednak dużo później. Owiany złą, ale kuszącą legendą został kupiony w 2005 roku przez muzyka Chrisa Butlera. Przeznaczył on na posiadłość ponad 244 tysiące dolarów. W 2016 roku umożliwił wynajęcie budynku - za 8 tysięcy dolarów za tydzień. Raz nawet odbyło się tam spotkanie Partii Republikańskiej. Mimo to muzyk zdecydował się na sprzedaż posiadłości. W 2019 roku chciał za nią 260 tysięcy dolarów, czyli nieco więcej, niż sam za nią dał. Dlaczego właśnie ten dom Dahmera cieszył się popularnością? Odpowiedź jest bardzo prosta. To właśnie tam Jeffrey dokonał pierwszego zabójstwa.
Zanim jednak doszło do zbrodni, w życiu chłopca już we wczesnych latach zaczęły występować niepokojące zachowania. Jego rodzice całkowicie przeoczyli najbardziej oczywiste sygnały, które powinny zapalić w ich głowie czerwoną lampkę. Jeff, jak już wspomniałam, był skrytym chłopcem, ale tę nieśmiałość i kruchość próbował nadrobić poczuciem humoru. Dobrze się uczył, był niezwykle pilnym i inteligentnym uczniem, ale sprawiał też wiele kłopotów. Miał opinię klasowego żartownisia, a celem jego dowcipów byli nierzadko nawet nauczyciele. Gdy przychodziło do działania, Dahmer zmieniał się w śmiałego i odważnego chłopca, co nie współgrało z jego wycofaniem, które przejawiał na co dzień. Pewnego razu, w trakcie wycieczki do Waszyngtonu, chłopiec oznajmił całej grupie szkolnej, że ta koniecznie powinna spotkać się z wiceprezydentem Stanów Zjednoczonych, choć tego punktu w planie wycieczki nie było. Nieco zuchwały pomysł spotkał się z kpinami kolegów i koleżanek, ale to młodego Jeffreya kompletnie nie zraziło. Zauważył budkę telefoniczną, podbiegł do niej i... zadzwonił do Białego Domu. Do dziś nie wiadomo jak, ale udało mu się umówić na spotkanie z wiceprezydentem. Jeszcze tego samego dnia cała klasa mogła cieszyć się rozmową przy Pennsylvania Avenue.
Jeffrey w tamtym czasie był niezwykle obiecującym dzieckiem. Błyskotliwy i ciekawski, nieangażujący się w bójki, posłuszny rodzicom... Ale to była tylko ta zewnętrzna powłoka, którą dostrzegało się przy pierwszym spotkaniu z chłopcem. Coraz mocniej zaczęła dominować mroczniejsza natura, która z czasem całkowicie przejęła kontrolę nad jego życiem. Jeff nie miał przyjaciół, a wszystkie znajomości były raczej ulotne. Wymyślał sobie towarzyszy i zdecydowanie wolał z nimi spędzać czas niż z żywymi ludźmi. Narodziła się w nim również nowa pasja. Pewnego dnia Lionel znalazł w piwnicy kości zwierzęcia. Zebrał je, wrzucił do wiadra i wyszedł na zewnątrz, by zakopać w lesie. Towarzyszył mu wówczas Jeffrey. Dotykał każdą kostkę i dokładnie oglądał z nieukrywaną fascynacją. Po raz pierwszy coś aż tak go pochłonęło. Jak wspominał później Lionel:
Kości grzechotały, a on wyglądał na zafascynowanego tym faktem. Gdy upuszczał którąś z nich, powiedział: "Są zupełnie jak bierki!".
Choć z pozoru wydaje się to mało znaczącym incydentem, dla Jeffreya był to przełomowy moment w życiu. Właśnie tak rozpoczęła się jego obsesja związana z anatomią. Swoje kroki mały Dahmer skierował więc do lasu. Zaczął tam spędzać każdą wolną chwilę. I nie byłoby w tym niczego złego i dziwnego, gdyby nie fakt, że pojawiał się tam w konkretnym celu. Jeffa fascynowały zwierzęta, a dokładnie to, co mają w środku. Spacerował więc wśród drzew, wokół drogi i szukał zwierzęcych zwłok. Gdy jakieś znalazł, szybko chował je do worka, a później niemal z chirurgiczną precyzją badał:
- Zabierałem je z powrotem do lasu. Skórowałem, rozcinałem, otwierałem i grzebałem we wnętrznościach, czując podniecenie, nie wiem czemu. Oglądanie tego było ekscytujące - mówił Dahmer w rozmowie z amerykańskim dziennikarzem Stonem Phillipsem. Jeffrey zbierał kości zwierząt, głównie tych mniejszych, takich jak myszy czy wiewiórki. Kolekcjonował też duże owady - ćmy i ważki. Niektóre szczątki trafiały do słoików, które wcześniej chłopiec wypełnił formaldehydem. Swoją kolekcję przechowywał w chacie nieopodal domu, która również znajdowała się na terenie niewielkiego lasu. Pewnego dnia w trakcie rodzinnego obiadu zapytał ojca, co by się stało, gdyby kości kurczaka umieszczono w wybielaczu. Lionel nie zauważył w tym pytaniu niczego złego, wręcz przeciwnie. Potraktował je jako naukową ciekawość, którą - jak sądził - syn odziedziczył po nim. W końcu Dahmer senior był chemikiem, wydawało mu się więc naturalne, że jego dziecko może przejawiać podobne zainteresowania eksperymentami jak on. Dla Jeffreya było to jednak znacznie więcej niż dziecięca fascynacja nauką. Obsesja związana ze zwłokami, z tym, jak wyglądają szkielety i zwierzęce organy, pochłonęła go całkowicie. Pewnego razu znalazł truchło psa. Odciął mu głowę, nabił ją na patyk, a ciało przybił do drzewa. Zaprosił do lasu jednego ze szkolnych kolegów. Pokazał mu tę makabryczną wystawę, której sam był autorem. Przekonywał, że nie ma pojęcia, kto to zrobił, a on po prostu znalazł zwłoki w takim właśnie stanie. Jeff nieco przerażał znajomych w szkole. Uważali go za dziwaka, bo trzymał się z daleka i miał wyimaginowanych przyjaciół. Dlatego nieszczególnie dążyli do zacieśniania więzi z chłopcem.
Gdy Jeffrey coraz bardziej pogrążał się we własnym świecie, jego matka robiła to samo. Mieszanki leków, które zażywała, nie tylko nie pomagały, ale wręcz pogłębiły depresję. Gdy Dahmer miał dziesięć lat, kobieta trafiła na leczenie do szpitala psychiatrycznego. I nie był to ostatni raz, gdy znalazła się pod opieką takiej właśnie placówki. To, co działo się z kobietą, mocno odbijało się na coraz starszym Jeffreyu. Intensywnie przeżywał każdą kłótnię rodziców. By poradzić sobie z własnymi emocjami, biegł do lasu, chwytał za kij i z całej siły uderzał nim w drzewo. Tak wyładowywał całą złość, ale też bezsilność, które czuł w tamtym czasie. Dodatkowym problemem w okresie dojrzewania stał się alkohol. Jeffrey coraz częściej pił, do tego stopnia, że wykradał butelki sąsiadom. Zanim skończył szkołę średnią, był już zaawansowanym alkoholikiem, czym zresztą później wielokrotnie tłumaczył dokonane zbrodnie. Rodzice, zbyt zajęci swoimi sprawami, nawet nie zauważyli, że syn z każdym dniem zatraca się coraz bardziej w wyjątkowo niebezpiecznym i destrukcyjnym nałogu.
Okres dojrzewania niósł ze sobą jeszcze jedną pułapkę - Jeffrey odkrył swoją seksualność. Nie potrafił jednak się nią cieszyć jak większość nastolatków. Wręcz przeciwnie, zaczął traktować ją jako temat tabu, coś wstydliwego, co jeszcze bardziej potęgowało jego izolację społeczną. Dahmer zrozumiał bowiem, że nie pociągają go dziewczęta, a chłopcy. Wydawało mu się, że to czyni go gorszym, dlatego ukrywał swoje preferencje, budując wokół siebie jeszcze większy mur. Ale to dało skutek całkowicie odwrotny. Zamiast być szczęśliwy, Jeffrey cierpiał. Był samotny, a rosnąca w nim frustracja brała górę nad innymi emocjami, aż w końcu niemal całkowicie zdominowała jego sposób postrzegania rzeczywistości. Nie mogąc odnaleźć się w świecie, w którym żył, stworzył w swojej głowie własne uniwersum, do którego dostęp miał tylko on. Tam nikt nie mógł go skrzywdzić, wyśmiać ani ocenić. Był taki, jakim chciał być, bez konieczności tłumaczenia się komukolwiek.
Jeffrey w wieku czternastu lat był już tak uzależniony od alkoholu, że pił go nawet w czasie lekcji. Najczęściej sięgał po szkocką whisky. Gdy jeden z kolegów zapytał go, dlaczego pije w czasie zajęć, Dahmer przekonywał, że jest to jedynie lekarstwo, które musi zażywać. Mając kilkanaście lat, chłopak wdał się w zażyłą relację z innym kolegą. Jak później jednak zapewniał, nigdy nie doszło między nimi do zbliżenia. Ale już wtedy Jeffrey uświadomił sobie, że nie pragnie zwykłego związku. Chciał takiego, w którym to on będzie dominował, a jego partner będzie całkowicie mu oddany. Pomysł na to, jak osiągnąć taką relację, dopiero w nim dojrzewał:
Zaczęło się, gdy miałem czternaście-piętnaście lat. Pojawiła się u mnie obsesja związana z przemocą i seksem. Z czasem to się pogłębiało i nie mogłem już temu zaradzić.
W głowie szesnastoletniego Dahmera narodził się szokujący plan. W lesie obok domu często widywał biegacza, postanowił więc, że mężczyzna będzie jego pierwszym całkowicie zniewolonym kochankiem. Z dużą dokładnością zaplanował napad. Był przekonany, że biegacz wybiera tę samą trasę niemal każdego dnia, schował się więc w zaroślach i czekał, aż jego ofiara wyłoni się zza drzew. Chciał go ogłuszyć kijem, a następnie położyć się obok niego, by słuchać bicia jego serca i wykorzystać seksualnie. Na szczęście dla mężczyzny akurat tego dnia nie zdecydował się on na trening w tej okolicy i nie spotkał na swojej drodze Dahmera. Chłopak był tym mocno rozczarowany, ale uznał, że więcej do tego pomysłu nie będzie już wracał. Po latach Jeffrey przyznał, że była to jego pierwsza próba zaatakowania człowieka.
Kolejnym punktem zwrotnym w jego życiu był rozwód rodziców. W 1977 roku Lionel odkrył, że Joyce miała krótki romans. Mimo wcześniejszej terapii tego małżeństwa nie dało się już uratować. Para zdecydowała się na rozstanie. Ojciec wyprowadził się do motelu, a niedługo później Joyce porzuciła dom i odeszła razem z młodszym synem, zostawiając Jeffreya samego. Dla większości nastolatków rozstanie rodziców to jeden z najbardziej traumatycznych momentów. To właśnie wtedy burzone jest ich poczucie bezpieczeństwa, ich świat, który był budowany przez lata, rozpada się. Nie inaczej było w przypadku Jeffreya, u którego stres związany z problemami rodzinnymi pogłębił społeczną izolację i uzależnienie od alkoholu. W międzyczasie jego ojciec znalazł szczęście u boku innej kobiety. Była to Shari, z którą mężczyzna wziął później ślub. Od pierwszych chwil miała dobre relacje z Jeffem, wielokrotnie podkreślała, że kochała go jak własnego syna. Ale chłopak - wówczas osiemnastoletni - każdego dnia toczył ze sobą wewnętrzną wojnę. Był coraz bardziej sfrustrowany, co potęgowało jego fantazje. Te nieustannie krążyły wokół seksu i zniewolenia. Samotność nie pomagała w pozbyciu się tych natrętnych myśli, podobnie zresztą jak alkohol. To wszystko nieuchronnie prowadziło do chęci popełnienia pierwszej zbrodni, choć sam Dahmer zapewniał, że to, co później się wydarzyło, było całkowicie spontaniczne, a nie wcześniej zaplanowane.
Lato 1978 roku było przełomowym momentem w życiu Jeffreya. To właśnie wtedy dokonał pierwszego, ale nie ostatniego, zabójstwa. Osiemnastego czerwca spotkał na swojej drodze rówieśnika - Stevena Hicksa. Jeffrey wracał akurat z centrum handlowego, fantazjując o autostopowiczu, którego mógłby zabrać i całkowicie zdominować. Pech chciał, że tym autostopowiczem był właśnie Hicks. Jeffrey otworzył przed nim auto i zaproponował, by pojechali razem do jego domu. Chłopak zgodził się, nie mając pojęcia, co go wkrótce spotka. Budynek był pusty od czasu wyprowadzki rodziców i rzadko ktokolwiek zaglądał do Jeffreya. Nikt nie miał więc nad nim kontroli. Po wejściu Hicksa Dahmer zaproponował mu piwo. Sączyli alkohol przez kilka godzin, rozmawiając ze sobą. Jeffrey bawił się tak dobrze, że nie chciał, by to wspólne spotkanie kiedykolwiek się kończyło. Innego zdania był jednak Hicks, który w pewnym momencie oznajmił, że musi już wracać. Jeff wpadł w panikę. Uświadomił sobie, że nie chce zostać sam i nie może pozwolić, by Steven go opuścił. Nie analizując tego zbyt długo, chwycił za ciężarek gimnastyczny i uderzył nastolatka w głowę. Dusił i zadawał ciosy naprzemiennie, zupełnie nie panując nad sobą. Hicks nie miał żadnych szans. Dahmer wykończony emocjami, które wciąż w nim buzowały, usnął tuż przy zwłokach młodego chłopaka. Później mówił:
Obudziłem się rano. Moje przedramiona były posiniaczone, jego klatka piersiowa również. Z jego ust wypływała krew. Leżał na skraju łóżka, nie przypominam sobie, żebym pobił go na śmierć, ale chyba musiałem to zrobić. I wtedy wszystko zaczęło do mnie wracać.
Po przebudzeniu Dahmer postanowił zająć się zwłokami. Ponieważ już wtedy doskonale orientował się w ludzkiej anatomii, uznał, że najlepszym sposobem na pozbycie się ciała będzie poćwiartowanie go. Precyzyjnie oddzielił tkankę od kości i schował kawałki Hicksa do worków na śmieci. Chciał się ich pozbyć, wyrzucając je na pobliskim wysypisku śmieci. Wsiadł więc do auta, zapakował worki i ruszył przed siebie. Niewiele zabrakło, by ta eskapada skończyła się dla niego wieloletnim więzieniem. Po drodze zatrzymała go policja. Wszystko dlatego, że przekroczył linię ciągłą. W trakcie rozmowy jeden z funkcjonariuszy zauważył worki na tyle samochodu. Zapytał więc Dahmera, co jest w środku, ale Jeffrey pewnym siebie głosem odparł, że zwykłe śmieci, które chciał właśnie wyrzucić. Policjanci uwierzyli w tę wersję i puścili go wolno. Dahmer nie dotarł jednak na wysypisko, nieco zbity z tropu przez policyjny patrol postanowił wrócić do domu. Tam zaczęły pojawiać się wyrzuty sumienia. Żałował tego, co zrobił, bał się również, że ktoś odkryje jego sekret. Mimo tak potężnego stresu nie potrafił rozstać się ze szczątkami zamordowanego chłopaka. Trzymał je przez dwa tygodnie pod domem. Chciał, by Hicks wciąż był przy nim, nawet jeśli oznaczało to ukrywanie w pobliżu rozkładającego się poćwiartowanego ciała. Dopiero po kilkunastu dniach uznał, że musi pozbyć się szczątków ofiary. Zdecydował się podzielić je na jeszcze mniejsze kawałki, co ułatwiło rozrzucenie ich w pobliskim lesie. Następnie wrócił do swojego życia, nie mówiąc nikomu o tym, co się wydarzyło. Ale myśli Dahmera już nigdy nie wskoczyły na odpowiedni tor. Zabójstwo Hicksa otworzyło ostatnie, najbardziej przerażające drzwi w jego umyśle - zasmakował w chwili, w której odbiera komuś życie. I co gorsza, nie zaspokoiło to jego głodu, który trawił go coraz bardziej.
Dwa miesiące po zabójstwie Hicksa Jeffreya odwiedził ojciec. Gdy zobaczył, że syn cały czas pije i kompletnie nie radzi sobie z codziennymi obowiązkami, postanowił ponownie się do niego wprowadzić. Dahmer był w bardzo złym stanie. Jego uzależnienie było tak silne, że sprzedawał krew, by mieć pieniądze na alkohol. W dodatku rzucił studia i nie myślał o pójściu do pracy. Dlatego Lionel zdecydował się na dość radykalny krok - zapisał syna do wojska. Był przekonany, że dyscyplina i towarzystwo pewnych siebie, twardych mężczyzn pomogą Jeffreyowi stanąć na nogi. Chłopak dołączył do amerykańskiej armii w styczniu 1979 roku. Ojciec nie widział go później przez kolejnych sześć miesięcy. Gdy doszło do pierwszego po tak długiej przerwie spotkania, Lionel był przekonany, że wojsko było doskonałą decyzją. Zmianę w zachowaniu Jeffreya już dało się zauważyć:
Włosy miał krótko przycięte, ubranie było schludne i uporządkowane. Co ważniejsze - nie było od niego czuć alkoholu.
Jeffrey został z ojcem i macochą przez kilka tygodni. W tym czasie pomagał im w domowych obowiązkach, był pracowity i sprawiał wrażenie pewnego swojej dalszej kariery w wojsku. Po przerwie spędzonej wśród rodziny Dahmer wrócił do służby. Ojciec odwiózł go do Cleveland, a stamtąd chłopak trafił do Niemiec. Spędził tam dwa lata. Przez cały ten czas przysłał do ojca zaledwie kilka listów, zadzwonił góra dwa razy. Lionel zapewniał, że tak stosunkowo rzadki kontakt z synem nie był dla niego czymś zaskakującym. Jak mówił, Jeff nigdy nie był pisarzem, dlatego nie wymagał od niego dłuższych pisemnych form kontaktu. Jednak za każdym razem, gdy odzywał się do ojca, zapewniał, że wszystko jest w porządku, a służba w Niemczech daje mu sporo satysfakcji. Lionel był więc spokojny o pierworodnego, zakładał, że teraz jego życie weszło już w odpowiedni rytm:
Armia zapewniła mu pewną strukturę w jego nieuporządkowanym życiu. Byłem pewien, a może raczej mocno w to wierzyłem, że właśnie w tej strukturze Jeffrey odnajdzie dla siebie dom.
Był to jednak przedwczesny optymizm. Jeffrey zakończył służbę szybciej, niż planowano. Będąc w armii, wrócił do alkoholowego nałogu, przez co został wydalony. Jego ojciec czuł się bezradny, nie wiedział, co robić. Zwłaszcza że choć Dahmer wrócił z Niemiec, nie odezwał się od razu do rodziny. Zamiast tego przeniósł się do Miami Beach, gdzie pomieszkiwał w motelach. Zdarzało się, że nie miał w ogóle pieniędzy, wtedy zamiast w pokoju spał na plaży. Zaczął też dorabiać w sklepie z kanapkami, ale nie potrafił rozstać się z nałogiem. Do ojca odezwał się dopiero po miesiącu od powrotu. Zadzwonił, by poprosić o środki na życie. Rodzina jednak odmówiła, a macocha powiedziała wprost, że jedyne pieniądze, jakie mogłaby mu wysłać, przeznaczone byłyby na powrót do Cleveland. Jeffrey zgodził się, czując, że nie ma za bardzo innego wyjścia. Nie był w stanie samodzielnie się utrzymać, musiał więc ponownie spróbować poukładać sobie wszystko z ojcem u boku. Ten wspominał później:
Odebrałem go z lotniska w Cleveland kilka dni później. Spodziewałem się niechlujnego, zdołowanego mężczyzny, który czułby się przygnębiony i upokorzony. Ale kiedy wysiadł z samolotu, uśmiechał się promiennie, z daleka wyglądał na niesamowicie wesołego. Gdy jednak podszedł bliżej, zdałem sobie sprawę, że był pijany i właśnie to sprawiło, że wyglądał na tak szczęśliwego.
Lionel uznał, że już najwyższy czas na odwyk. Znalazł ośrodek, w którym Jeffrey rozpoczął terapię. Woził go na nią, bo nie wierzył, że jeśli da synowi wolną rękę i pozwoli samemu pojechać na spotkanie, ten faktycznie tam dotrze. I poniekąd miał rację, bo gdy tylko samochód Lionela się oddalał, Jeffrey wymykał się z budynku tylnymi drzwiami. Terapeuta nie miał więc żadnych szans, by chociaż spróbować wyprowadzić Dahmera na drogę ku trzeźwości.
W tym okresie Jeffrey trafił też do policyjnej kartoteki. Został aresztowany za ekshibicjonizm. Problemy z prawem nie sprawiły, że Jeffrey uwolnił się od nałogu. Wręcz przeciwnie, to spotęgowało jego uzależnienie. Upijał się każdego dnia, włócząc się po barach. Ojciec wielokrotnie musiał odbierać go z lokali, bo barmani dzwonili, że Jeff nie jest w stanie prowadzić auta. Dlatego Lionel razem z żoną podjęli decyzję, że trzeba zrobić wszystko, by syn stanął wreszcie na nogi. Pomóc w tym miało odcięcie go od dotychczasowego życia.
W taki właśnie sposób w 1982 roku Jeffrey zamieszkał z babcią. Jej dom znajdował się w West Allis w hrabstwie Milwaukee. Początkowo młody mężczyzna próbował odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Chciał nad sobą pracować i żyć normalnie mimo swoich skłonności i uzależnienia od alkoholu. Nawet przez jakiś czas mu się to udało. Przestał pić, a zamiast tego zaangażował się w sferę duchową, chodząc z babcią do kościoła. Dzięki tym wielu czynnikom i wsparciu bliskich Jeff zagłuszył niepokojące myśli. Zdobył również pracę, najpierw w banku krwi, a później w fabryce słodyczy. Wydawało się więc, że jego życie wreszcie zaczyna zmierzać w stronę normalności, bez nałogów i konfliktów z prawem. Ale ta sielanka trwała zaledwie trzy lata. Dahmer nigdy nie zwalczył demonów, on je jedynie tłumił w sobie. Takie chowane emocje prędzej czy później muszą eksplodować. W jego przypadku - z wielokrotną siłą.
Pragnienia Dahmera zostały na nowo rozbudzone, gdy wybrał się do pobliskiej biblioteki. Tam pewien nieznajomy mężczyzna zaproponował mu usługi seksualne. Jeff co prawda odmówił, ale otworzyło to w jego umyśle drzwi, które przez tak wiele miesięcy pozostawały zamknięte. Po powrocie do domu nie był w stanie myśleć o niczym innym. Ponownie zaczął fantazjować o bezwolnym kochanku, którego miałby na wyłączność. Znów zaczął pożądać. Niesiony tą obsesją ukradł ze sklepowej wystawy manekina. Zabrał go do domu, gdzie mógł wyobrażać sobie, że leży obok niego prawdziwy mężczyzna. Chował go do szafy, a gdy chciał być przy nim, wyciągał i zabierał do łóżka. Eksperymentował z nim na wiele sposobów, zachęcony tym, że manekin nie protestuje i nie ucieka. Ta seksualna bajka zakończyła się jednak, gdy sztucznego przyjaciela odkryła babcia. Była tak zaskoczona znaleziskiem, że od razu powiadomiła o wszystkim Lionela. Dahmer tłumaczył się, że ukradł manekina tylko po to, aby sprawdzić, czy jest w stanie wynieść coś ze sklepu bez zauważenia. Bliscy w tę wersję jednak nie uwierzyli. Ojciec kazał mu oddać manekina, ale Jeff szybko odparł, że wyrzucił go już na śmietnik, i uważa temat za zakończony.
Emocje rozpalone przez ten spontaniczny eksperyment pchnęły Jeffreya do nocnych klubów, łaźni i sex-shopów. Zaczął intensywnie udzielać się w homoseksualnym środowisku. W łaźniach czuł się coraz swobodniej, do tego stopnia, że nowo poznanym mężczyznom dosypywał do drinków środki nasenne. Gdy zasypiali, Jeff kładł się obok nich i słuchał odgłosu ich ciał, zwłaszcza bicia serca. Był tym zafascynowany, zwłaszcza świadomością, że partnerzy nie mogą niczego zrobić, a on ma nad nimi pełną władzę. Właśnie na tym najbardziej mu zależało - by jego partnerzy byli mu oddani i by nie mogli go opuścić, dopóki on sam o tym nie zdecyduje.
Ale i ten bajkowy świat, który Dahmer sobie stworzył, w końcu runął. Jeden z mężczyzn, któremu podał środki nasenne, trafił do szpitala. To zakończyło jego działalność w łaźni, do której dostał zakaz wstępu. Musiał więc znaleźć inny sposób na zniewalanie swoich ofiar. Zaczął rozglądać się za kolejnymi punktami, ale nie chciał już ryzykować w miejscach publicznych. W 1986 roku zatrzymano go za masturbowanie się przy dwóch młodych chłopcach. Zgłosili to służbom, a Dahmer został skazany na rok więzienia. Na wolność wyszedł jednak po 10 miesiącach. Właściwie od razu po opuszczeniu zakładu ruszył na polowanie. Szukał ofiar wśród młodych włóczących się po mieście mężczyzn. Gdy udawało mu się jakiegoś poznać, nawiązywał z nim bliższą relację i zapraszał do motelu.
Jeffrey Dahmer, jakkolwiek makabrycznie to zabrzmi, był estetą. Jego wymarzeni kochankowie musieli być szczupli, przystojni i mieć ładną sylwetkę. Kolor skóry nie miał dla niego żadnego znaczenia, co jest dosyć niespotykane. Większość seryjnych morderców szuka ofiar w obrębie własnej grupy etnicznej. Pojawiają się oczywiście wyjątki, takie jak Dahmer, ale mimo wszystko stanowią one niewielki procent wszystkich zabójstw dokonanych przez seryjnych morderców. Być może wynika to z tego, że wśród osób o tym samym kolorze skóry psychopacie łatwiej jest się ukryć. Za przykład może posłużyć historia morderstw dzieci w Atlancie. W latach 1979-1981 zaginęło tam co najmniej dwadzieścioro ośmioro dzieci. Wszystkie były czarnoskóre. Funkcjonariusze dosyć szybko założyli, że za tymi zbrodniami stoi osoba o tym samym kolorze skóry, bo w jakiś sposób udawało jej się zwabić dzieci, wzbudzając wcześniej ich zaufanie. Osobie białej prawdopodobnie by się to nie udało. W sprawie skazany został zresztą czarnoskóry Wayne Williams, choć do dziś pozostaje sporo wątpliwości co do tego, czy faktycznie to on był mordercą. Wiele osób wierzy, że stał się po prostu kozłem ofiarnym, a prawdziwy zabójca nigdy nie został ujęty.
W przypadku Jeffreya Dahmera wyglądało to nieco inaczej. Obracał się przede wszystkim w środowisku homoseksualnym, które rasowo było zdecydowanie bardziej zróżnicowane niż biedne osiedla Atlanty w latach siedemdziesiątych. W dodatku sam był dość przystojny, co ułatwiało mu nawiązanie relacji. Wielokrotnie w późniejszym śledztwie funkcjonariusze słyszeli, że Jeff był sympatycznym, wzbudzającym zaufanie młodym mężczyzną, który nie sprawiał wrażenia niebezpiecznego, a raczej lekko niezdarnego i nieśmiałego. Tymi cechami Dahmer mógł swobodnie maskować rozwijające się w jego umyśle bestialstwo. Gdy Jeff poznał mężczyznę, który wpadł mu w oko, robił wszystko, by go zdobyć. Nie były to jednak romantyczne randki i spacery przy świetle księżyca. Fantazje Dahmera były patologiczne i nie miały nic wspólnego z historiami miłosnymi znanymi z filmów.
W 1987 roku Jeffrey poznał dwudziestopięcioletniego Stevena Tuomi. Młody mężczyzna pracował w restauracji. Po zakończeniu swojej zmiany odwiedził parę okolicznych nocnych klubów. Chciał się zabawić i wypić kilka drinków. Dojrzał go wtedy Dahmer, który od razu zwrócił uwagę na przystojnego nieznajomego. Mężczyźni zaczęli rozmawiać, a chwilę później Jeff wyznał, że ma zarezerwowany pokój w pobliskim Ambassadorze. Zapytał Stevena, czy ma ochotę spędzić tę noc właśnie z nim. Młodzieniec przytaknął i w towarzystwie Jeffa opuścił klub, kierując się w stronę hotelu.
Po dotarciu do pokoju Dahmer przygotował znajomemu drinka. Tuomi chętnie go wypił, nie zauważając nawet, że w środku były pokruszone środki nasenne. Gdy mężczyzna stracił nad sobą kontrolę, Jeff zaczął go brutalnie bić. W późniejszym przesłuchaniu przekonywał, że nie pamiętał wydarzeń z tamtej nocy. Tę wersję powtarzał też w telewizyjnych wywiadach, między innymi w amerykańskim programie Inside Edition:
Spędziłem z nim noc. Nie miałem zamiaru go krzywdzić. Kiedy obudziłem się rano, zauważyłem, że ma złamane żebro i sporo siniaków. Musiałem pobić go pięściami na śmierć. Zupełnie tego nie pamiętałem.
Był to już kolejny raz, gdy Dahmer zapewniał, że nie pamięta tego, w jaki sposób zabijał swoje ofiary. W późniejszym czasie, już po zatrzymaniu, przekonywał też, że dużą rolę w jego zachowaniu odgrywał alkohol, który nie tylko popychał go do niewyobrażalnej agresji, ale też mocno ograniczał możliwość prawidłowego rejestrowania wydarzeń.
Według niektórych źródeł obrażenia, jakie zadał Stevenowi, były bardzo duże i rozległe. Pojawiają się nawet teorie o próbie wyrwania serca, ale nie zostały nigdy oficjalnie potwierdzone przez śledczych. Wiemy za to na pewno, co Jeffrey zrobił ze zwłokami znajomego. Gdy zrozumiał, że Tuomi nie żyje, kupił w sklepie walizkę, włożył do niej ciało, a następnie zawiózł pakunek do domu babci i w piwnicy poćwiartował zwłoki. Rodzina Stevena początkowo próbowała odnaleźć go na własną rękę, dlatego oficjalnie jego zaginięcie zgłosiła policji dopiero po trzech miesiącach. W tym czasie Dahmer zdążył już dokładnie pozbyć się fragmentów ciała mężczyzny. Nigdy ich nie odnaleziono, dlatego Jeffreya nie oskarżono o zabójstwo Stevena.
Psychotyczny pociąg wypełniony pożądaniem i pragnieniem zabijania, do którego wsiadł Dahmer, był już nie do zatrzymania. Chęć posiadania poddanego mu kochanka wypełniała jego myśli każdego dnia i przewyższała wszystkie inne życiowe potrzeby. Rozpoczął więc polowanie na kolejną ofiarę.
Stał się nią zaledwie czternastoletni James Doxtator. Szesnastego stycznia 1988 roku chłopiec uciekł z domu przed agresywnym ojczymem. Na przystanku autobusowym poznał właśnie Dahmera, który zaprosił go do domu swojej babci. Pod nieobecność kobiety zamknął się z nim w pokoju, uprawiał seks, a następnie odurzył i udusił. Ciało chłopca schował w piwnicy i wielokrotnie wracał do niego, by z nim współżyć. Jeffrey przeszedł więc od seksualnych fantazji o bezwolnych kochankach do mordowania, a także nekrofilii.
Podobną skłonność przejawiało wielu seryjnych zabójców. Między innymi Ed Kemper (przeczytacie o nim w ostatnim rozdziale), który uprawiał seks z odciętymi wcześniej głowami swoich ofiar. Nekrofilia to osiąganie satysfakcji seksualnej ze zmarłymi. Termin ten został wprowadzony po sprawie sierżanta francuskiej armii z połowy XIX wieku François Bertranda, który nazywany był Wampirem z Montparnasse. Rozgrzebywał on groby na paryskim cmentarzu, zabierał zwłoki, a następnie z nimi współżył. Satysfakcję seksualną dawało mu też ćwiartowanie ciał, wielokrotnie się przy tym masturbował. Po zatrzymaniu przekonywał, że jego skłonności zaczęły pojawiać się w związku z silnymi bólami głowy i kołataniem serca. Po zbezczeszczeniu zwłok szesnastoletniej dziewczyny mówił:
Obsypałem ją pocałunkami i dziko przycisnąłem do serca. Wszystko, czym można się cieszyć w relacjach z żywą kobietą, jest niczym w porównaniu z przyjemnością, jakiej doświadczyłem. Po tym jak cieszyłem się tym przez blisko kwadrans, podobnie jak wcześniej pociąłem ciało i wyrwałem wnętrzności. Następnie ponownie pochowałem zwłoki.
Nekrofilia to połączenie greckich słów "nekros", czyli zwłoki, z "philia" - miłość, przyjaźń. Trudno dziś określić, jak duża jest skala tego zaburzenia, bo osoby, które na nie cierpią, rzadko się ujawniają albo raczej zostają ujawnione. Często na wiele sposobów szukają kontaktu ze zwłokami. Czasem posuwają się do ekstremalnych rozwiązań w postaci rozkopywania grobów, innym razem szukają zajęć, które zapewniłyby im nieustanny kontakt z ludzkimi ciałami. Może to być praca w kostnicy lub na cmentarzu. Doktor Andrzej Gawliński, prawnik i kryminalistyk, w pracy Nekrofilia jako problem interdyscyplinarny pisał:
Jako forma zaspokojenia popędu seksualnego nekrofilia jest znana od tysiącleci (Herodot opisywał zwyczaje praktykowane przez starożytnych Egipcjan w celu zapobiegania aktom nekrofilnym). Przejawy nekrofilii odnajdziemy w mitologii (Achilles i królowa Amazonek czy też Periander, który wykorzystywał seksualnie zwłoki zabitej przez siebie żony), a motyw przywracania człowieka do życia pojawia się też w bajkach ("Śpiąca Królewna") oraz w literaturze ("Romeo i Julia", "Wichrowe wzgórza").
Co ciekawe, nekrofilia najczęściej dotyka heteroseksualnych mężczyzn w przedziale wiekowym dwadzieścia - pięćdziesiąt lat, ale przykład Dahmera pokazuje, że zjawisko to może występować również w środowisku homoseksualnym. Nekrofile najczęściej decydują się na delikatny kontakt ze zwłokami - pocałunki lub dotyk w miejscach intymnych. Zdecydowanie rzadziej sięgają po okaleczanie zwłok i wampiryzm, czyli picie ludzkiej krwi (praktykował to Peter Kürten nazywany Wampirem z Düsseldorfu). Trudno jednoznacznie ocenić przyczynę występowania nekrofilii, właśnie ze względu na to, że nie jest ona jeszcze do końca zbadana. Zauważono jednak, że osoby, które cierpią na to zaburzenie, przejawiają również sadyzm, psychozę, zoofilię (czyli pociąg seksualny do zwierząt), a także podglądactwo (obserwowanie aktywności seksualnej). Bardzo często nekrofile swoje zaburzenia tłumaczą chęcią posiadania partnera, który będzie im poddany, nie odrzuci ich, nie skrzywdzi i nie będzie stawiał oporu przy najbardziej wyuzdanych i brutalnych czynnościach seksualnych. Dokładnie takiego motywu wielokrotnie używał Dahmer.
Profesor medycyny sądowej Anil Aggrawal sklasyfikował nekrofilię w następujący sposób:
1. Nekrofil grający rolę - jest to osoba o nieznacznym stopniu patologii, nie uprawia seksu z martwymi ludźmi, ale podnieca go odgrywanie ról przez kochanka/kochankę. Osiąga intensywne podniecenie, gdy żywa osoba udaje martwą. Niekiedy wystarczy jedynie makijaż, który będzie kojarzył się ze zmarłym, tj. nienaturalnie blada skóra. Według niektórych specjalistów ten rodzaj nekrofila należy nazywać pseudonekrofilem.
2. Romantyczny nekrofil - osoba, która wykazuje bardzo łagodne tendencje nekrofilne. Pogrążona w żałobie, która nie potrafi pogodzić się z tym, że bliska jej osoba odeszła. Dlatego decyduje się na mumifikowanie zwłok (w całości lub ich fragmentów) i traktuje je tak, jakby nadal była to żywa osoba, łącznie z kontekstem seksualnym. Taka osoba zazwyczaj po wyjściu z żałoby nie przejawia już dalszych zachowań nekrofilnych.
3. Nekrofil fantazjujący - nie decyduje się na współżycie ze zmarłymi, skupia się na fantazjowaniu o tym. Zdarza się, że odwiedza cmentarze oraz domy pogrzebowe, by jedynie popatrzeć na zwłoki. To daje mu erotyczną przyjemność. Czasem idzie o krok dalej i masturbuje się w trakcie pogrzebu, oczywiście nie publicznie, a ukrywając się gdzieś z boku. Chce jednak słyszeć kazania pogrzebowe i widzieć tłum ludzi, którzy towarzyszą zmarłemu w ostatniej drodze.
4. Nekrofil dotykający - w przeciwieństwie do poprzednich przypadków nekrofil dotykający, jak sugeruje zresztą sama nazwa, do osiągnięcia satysfakcji seksualnej potrzebuje już pewnego kontaktu ze zmarłym. Chce dotykać, głaskać, a nawet lizać zwłoki, a zazwyczaj obszar jego zainteresowania obejmuje miejsca intymne. To właśnie wielu nekrofili dotykających stara się o zatrudnienie w kostnicy lub innych miejscach, w których wymagany jest bezpośredni kontakt z ludzkimi ciałami.
5. Nekrofil fetyszysta - taka osoba również nie decyduje się na seks ze zmarłym, ale zamiast tego kolekcjonuje fragmenty ciała. Może zatrzymać przy sobie włosy łonowe, palec, pierś - wszystko po to, by później osiągać satysfakcję seksualną. Często zabierają zmarłym też ich przedmioty osobiste, na przykład bieliznę. Zdarza się, że noszą te rzeczy lub fragmenty ciał przy sobie, chociażby w kieszeni. W ten sposób poddają samych siebie nieustannej stymulacji seksualnej. Według Aggrawala - podobnie jak w przypadku romantycznego nekrofila - tutaj również podłoże w wielu przypadkach może sięgać żałoby po stracie bliskiej osoby. Stąd chęć zachowania części jej już na zawsze.
6. Nekrofil okaleczający - taki osobnik także nie przejawia zainteresowania seksem ze zmarłym, ale przyjemność daje mu okaleczanie zwłok. Robiąc to, zazwyczaj się masturbuje. Zdarza się, że taki nekrofil decyduje się też na kanibalizm, co ma wzmagać jego doznanie seksualne. Osoby cierpiące na ten rodzaj zaburzenia często zatrudniają się do pracy w kostnicy, dzięki czemu mają łatwy dostęp do zwłok, mogą je też rozcinać i badać.
7. Nekrofil oportunista - ten przypadek jest już gotowy do uprawiania seksu ze zwłokami, choć nie dąży do tego usilnie. Jeśli jednak nadarzy się okazja, może się na to zdecydować. Prosty przykład, który pomoże zobrazować ten termin: mąż zabija żonę. Gdy zaczyna przenosić jej zwłoki, pojawia się u niego podniecenie. Decyduje się więc na seks ze zwłokami, choć wcześniej o tym nie fantazjował - wie doskonale, czym jest nekrofilia i jakie niesie za sobą konsekwencje prawne. Mimo to współżyje z ciałem żony.
8. Zwykły nekrofil - choć brzmi to niewinnie, jest to opis bardzo niebezpiecznego i patologicznego człowieka. Nie potrafi znaleźć przyjemności w zbliżeniu z żywą osobą, nawet gdyby miał taką możliwość. Jedyną satysfakcję może mu zapewnić seks ze zmarłym. Taki nekrofil decyduje się już na kradzież zwłok z kostnic lub cmentarzy. Nie oznacza to, że nie doświadcza zbliżeń z żywymi, wręcz przeciwnie. Może ich doświadczać w miarę regularnie. Problem w tym, że nie dają mu one żadnej przyjemności, tej szuka później właśnie wśród zmarłych.
9. Nekrofil morderca - drapieżnik, który tak bardzo pragnie seksu ze zmarłym, że decyduje się na popełnienie zbrodni. Nie zależy mu na zwłokach, które już są pochowane, chce współżyć ze - jakkolwiek niestosownie to zabrzmi - świeżymi ciałami. Zależy mu na tym, by uprawiać seks z osobą, której sam odebrał życie.
10. Nekrofil ekskluzywny - osoba o skrajnym zaburzeniu seksualnym, która nie jest w stanie współżyć z osobami żywymi i w ogóle nie decyduje się na ten rodzaj zbliżenia. Satysfakcję jest w stanie osiągnąć tylko poprzez seks ze zmarłymi i zrobi wszystko, by mieć do nich dostęp. Może posunąć się nawet do przestępstwa, byle tylko osiągnąć swój cel. Martwe ciało jest absolutnie niezbędne, by poczuł się spełniony w sferze seksualnej. Choć nie jest uważany za najbardziej niebezpiecznego nekrofila, to znalazł się na samym końcu tego zestawienia ze względu na swoją nieprzewidywalność w działaniu.
Jeffrey Dahmer bez wątpienia należy do nekrofów dziewiątej kategorii - morderców. Wybierał konkretne ofiary, które pozbawiał życia, by mieć je przy sobie i dowolnie wykorzystywać. Nie interesowało go rozgrzebywanie grobów czy wykradanie ciał z kostnicy. Chciał mieć partnera na własność, a to miało mu zapewnić zabicie go. Taki los spotkał wymienionego wcześniej czternastoletniego Doxtatora.
Kolejnym celem Jeffreya stał się dwudziestodwuletni Richard Guerrero, a rok później dwudziestoczteroletni Anthony Sears, który był ostatnim mężczyzną zabitym w domu babci. Dahmer sprawiał kobiecie mnóstwo problemów. Wracał pijany, przyprowadzał nieznajomych, a do tego z piwnicy coraz częściej i intensywniej docierały nieprzyjemne zapachy. Żadne prośby i próby rozmowy z wnukiem nie przyniosły pożądanych rezultatów, dlatego babcia poprosiła go, by znalazł sobie inne lokum. Dahmer nie miał więc wyjścia, musiał zmienić miejsce zamieszkania. Okazja trafiła się w zachodniej części Milwaukee. Jeffrey znalazł tam niewielkie mieszkanie, które udało mu się wynająć. Była to ostatnia lokalizacja, w której się osiedlił, zanim został zatrzymany przez policję.
Nim jednak to nastąpiło, na drodze Dahmera stanęło wielu młodych mężczyzn, którym morderca odebrał życie. Pewnego dnia zwabił do siebie trzynastoletniego Somsacka Sinthasomphone'a. Zaoferował mu 50 dolarów za sesję fotograficzną. Chłopak zgodził się i wszedł do mieszkania mężczyzny, który chwilę później próbował go zgwałcić. Nastolatek zdołał jednak uciec i zawiadomić policję. Funkcjonariusze przyjechali na miejsce i zatrzymali Dahmera, który został skazany na rok programu rehabilitacyjnego. Oznaczało to, że w ciągu dnia musiał stawiać się w pracy - w jego przypadku było to stanowisko w fabryce czekolady - a noce spędzał w więzieniu. Oczywiście o wszystkim został poinformowany jego ojciec, który coraz bardziej niepokoił się zachowaniem syna:
O wszystkim dowiedziałem się przez telefon. Pierwszy raz zdałem sobie sprawę, że Jeff naprawdę przekroczył granicę, która oddziela jego własne samozniszczenie od zniszczenia innego, obcego człowieka. Somsack Sinthasomphone był niewinną ofiarą, a zgodnie z prawem był też dzieckiem. Mój syn celowo zwabił go do swojego nowego mieszkania, odurzył, a następnie chciał wykorzystać seksualnie. Kiedy o tym wszystkim usłyszałem, byłem oburzony, chociaż już dawno przestało zaskakiwać mnie, co robi Jeff. W każdym razie pamiętam, że skupiłem się na tym, by wykonać niezbędne działania, które zapewnią Jeffowi wszystko, czego potrzebuje. Znalazłem prawnika do jego obrony i zadbałem o to, by wpłynęła kaucja w wysokości dwóch tysięcy dolarów od mojej matki.
W rozmowie z ojcem Dahmer przekonywał, że nie miał pojęcia, ile nastolatek miał lat. To było kłamstwo, bo chłopak powiedział mu o tym niemal od razu, na początku spotkania. Jeff zapewniał też, że nie chciał mu zrobić krzywdy i deklarował, że więcej się to nie powtórzy. Ale Lionel przestał wierzyć i ufać pierworodnemu. Był przekonany, że to dopiero początek prawdziwych problemów i należy niezwłocznie podjąć wszelkie możliwe kroki, by uchronić społeczeństwo przed Jeffreyem:
Zobaczyłem wówczas młodego mężczyznę, któremu brakowało czegoś istotnego. Ujrzałem młodego człowieka, który nie miał w sobie tego elementu własnej woli, która pozwala człowiekowi zawładnąć swoim życiem i nim kierować. Od tego momentu, gdy patrzyłem, jak Jeff wraca do więzienia, by odsiedzieć swój wyrok, wiedziałem, że jeśli kiedykolwiek miałby zostać naprawiony, to tylko za wstawiennictwem jakiejś innej siły niż własna wola, również moja. To mógł być Bóg, to mogło być też państwo, jakiś program doradczy albo po prostu jakaś inna osoba, która wbrew wszelkim przeciwnościom nauczyłaby go, jak żyć lepiej. Jakakolwiek byłaby to siła, musiałaby pochodzić spoza Jeffa i nie byłbym to ja. Dlatego zacząłem szukać tego zewnętrznego rozwiązania. Nie wierzyłem już, że mój wpływ może pomóc synowi. (...) Wiedziałem, że nie będzie już więcej wspólnego siadania przy stole, aby planować dalszą przyszłość, musiałem skończyć z tymi pomocnymi i dobrymi intencjami, które skupiałyby się wokół nauki i kariery.
Koniec z udawaniem, że to tylko krnąbrny, młody człowiek. Mój syn wyszedł poza zasięg zwykłej opieki.
Lionel zdecydował się napisać list do adwokata Geralda Boyle'a, który reprezentował Dahmera. Błagał w nim o umieszczenie syna na odwyku. Przekonywał, że ma ogromny problem i wymaga pilnej profesjonalnej pomocy. Ale sędzia nie podzielił tych obaw i argumentów. W odpowiedzi napisał Lionelowi, że Jeffrey zapewniał, iż panuje nad wszystkim, zamierza poddać się leczeniu, a jedyne, czego pragnie, to wrócić do prawidłowego funkcjonowania w społeczeństwie. Sędzia w te słowa uwierzył i wyraził duży podziw dla postawy Dahmera. Jego ojciec czuł się bezradny. Nie tylko nie sprawił, że syn został dłużej w zamknięciu, ale nawet nie zapobiegł jego wcześniejszemu wyjściu na wolność. Jeff zakończył odbywanie kary dwa miesiące przed zasądzonym terminem.
Mieszkanie, które wybrał sobie Dahmer, znajdowało się w ubogiej dzielnicy Milwaukee. Był tam jednym z nielicznych białych lokatorów, większość okolicy zamieszkiwali czarnoskórzy obywatele. Jeffrey nie mógł więc lepiej trafić. Cała uwaga śledczych skupiała się właśnie na sąsiadach, a on mógł spokojnie realizować swoje cele. W dodatku był wyjątkowo spokojnym człowiekiem, niekonfliktowym i nie wdawał się w żadne awantury. Robił wszystko, żeby dla opinii publicznej być jak najbardziej przezroczystym. W dodatku jego mieszkanie znajdowało się w pobliżu klubów dla homoseksualistów, więc mógł swobodnie polować na kolejne ofiary.
Jego celem w maju 1990 roku stał się trzydziestodwuletni Raymond Smith, który był męską prostytutką. Dahmer zaprosił go do siebie, proponując 50 dolarów za seks. Na miejscu podał ofierze drinka, do którego wrzucił kilka tabletek nasennych. Gdy Smith stracił przytomność, Jeffrey go udusił. Później polaroidem zrobił mu kilka zdjęć, układając jego ciało w odpowiedni sposób, a następnie poćwiartował zwłoki w łazience. Nogi, ręce i miednicę ugotował, a kości rozpuścił w pojemniku, który wcześniej wypełnił kwasem. Zostawił sobie jedynie czaszkę, którą pomalował czarną farbą i schował w metalowej szafce na dokumenty. W ten sposób Dahmer zaczął kolekcjonować trofea.
Niecały miesiąc później jego ofiarą stał się dwudziestoośmioletni Edward Smith, a we wrześniu dwudziestodwuletni Ernest Miller. Właśnie wtedy zaczął się kolejny, jeszcze bardziej makabryczny rozdział w historii Dahmera. Po zabiciu dwudziestodwulatka rozczłonkował jego ciało, szkielet schował do szuflady, a serce, bicepsy i części nóg włożył do zamrażarki. Zamierzał je później zjeść. Z mordercy i nekrofila Jeffrey przeszedł więc do kolejnej, nowej roli - kanibala. W przypadku Dahmera taka praktyka miała głębokie podłoże emocjonalne. Nie zależało mu na samym smaku ludzkiego mięsa, a na pewnym scaleniu się z kochankami. Wierzył, że - zjadając ofiary - będzie jeszcze bliżej nich. Zupełnie tak, jakby wchłaniając ich mięso, czynił kochanków częścią samego siebie. W ten sposób mieli być z nim już na zawsze. Właśnie na tym Jeffreyowi zależało najbardziej: chciał mieć przy sobie kogoś, kto nigdy by go nie opuścił. Kanibalizm miał mu w tym pomóc.
Dwadzieścia dwa dni po zabójstwie Millera Dahmer zwabił do swojego mieszkania dwudziestodwuletniego Davida Thomasa. System mordowania opanował do perfekcji. Najpierw odurzał, później dusił, a następnie ćwiartował. Ten sam schemat zastosował też wobec Thomasa. W lutym 1991 roku Jeff zabił siedemnastoletniego Curtisa Straughera. W kwietniu jego ofiarą stał się dziewiętnastoletni Errol Lindsey, którego przed zabójstwem Dahmer torturował. Chciał, by chłopak swoim zachowaniem przypominał zombi - ruszał się, jadł, ale był całkowicie otępiały i bez możliwości kontrolowania tego, co się z nim dzieje. Całkowitą władzę nad nim miał sprawiać Jeffrey. Dlatego odurzonemu chłopakowi wywiercił w czaszce dziurę, a następnie wstrzyknął mu do mózgu kwas. Z relacji samego Dahmera wynika, że ofiara początkowo żyła, odzyskała na chwilę przytomność, a następnie znów ją utraciła. Wtedy kanibal udusił chłopaka, oskórował i poćwiartował. Jego czaszkę również zachował. Próby stworzenia zombi Jeffrey nazywał techniką wiercenia, którą później zamierzał udoskonalać aż do momentu, w którym osiągnie cel.
W maju tego samego roku Damer zabił trzydziestojednoletniego Tony'ego Hughesa, a także czternastoletniego Koneraka Sinthasomphone'a. Co ciekawe, chłopak był młodszym bratem nastolatka, o którego molestowanie Dahmer został oskarżony trzy lata wcześniej. Konerak jako jeden z nielicznych, który spotkał na swojej drodze Jeffreya, miał szansę na przeżycie. Poznał mężczyznę w centrum handlowym. Kanibal podszedł do niego i zaproponował mu sesję zdjęciową, za którą później nastolatek otrzymałby pieniądze. Konerak potrzebował gotówki, dlatego zgodził się i poszedł z nieznajomym do jego mieszkania. Tam jednak szybko został odurzony, ale Dahmer nie zamierzał zabijać go od razu. Po kilku godzinach wykorzystywania chłopca wyszedł z domu i zostawił ofiarę na jakiś czas samą. Wtedy Konerak odzyskał przytomność i ledwo świadomy tego, co się dzieje, całkowicie nagi wyszedł z mieszkania i poszedł przed siebie. Był roztrzęsiony i otumaniony. Dotarł na róg pobliskiej ulicy, gdzie spotkał dwie kobiety - Sandrę Smith i Nicole Childress. Od razu zajęły się chłopcem i powiadomiły odpowiednie służby. W tym czasie Dahmer zdążył już wrócić do domu. Gdy odkrył, że Koneraka nie ma w środku, wybiegł z budynku i zaczął szukać chłopca. Był przerażony, że jego poukładane, mroczne życie wkrótce zostanie zdemaskowane, a on zamiast poszukiwać idealnego partnera, będzie oglądał świat zza krat. To też pokazuje, że Jeffrey doskonale wiedział, że to, co robi, jest złe i karalne. O działaniu w stanie niepoczytalności nie mogło być więc mowy.
Na swoje szczęście po kilku minutach Dahmer znalazł chłopaka, a także kobiety, które zdążyły się nim już zająć. Jeff tłumaczył, że nastolatek jest jego partnerem, wypił za dużo i wyszedł z mieszkania. Ale nieznajome nie kupiły tej opowieści i ostro zaprotestowały, gdy Dahmer próbował zabrać chłopca ze sobą. Po chwili na miejsce dotarła policja. Jeffrey powtórzył swoją wersję, dodał też, że on i Konerak po prostu się pokłócili, dlatego partner pod wpływem alkoholu wyszedł nagi z domu. Relacjonując swoją historię, Jeffrey był niezwykle spokojny i uprzejmy, a funkcjonariusze z łatwością dali sobą manipulować. By potwierdzić, że mówi prawdę, zaprowadził policjantów do swojego mieszkania. Pokazał im ubrania, a także zdjęcia, które zrobił kilka godzin wcześniej. Był na nich Konerak, częściowo roznegliżowany, co miało potwierdzać, że rzeczywiście są ze sobą w dość zażyłej relacji. Funkcjonariusze rozejrzeli się też pobieżnie po samym pokoju, ale pomieszczenie było starannie wysprzątane i nie budziło żadnych zastrzeżeń. Przekonani, że zgodnie z wersją starszego mężczyzny mieli do czynienia z kłótnią kochanków, wyszli z mieszkania, zostawiając Koneraka na pastwę Dahmera. Gdy tylko drzwi się zamknęły, a policjanci zniknęli z pola widzenia, Jeff wstrzyknął Konerakowi kwas do mózgu. Nastolatek nie przeżył tych tortur, a kanibal rozczłonkował jego ciało.
W czerwcu tego samego roku w Chicago w trakcie Parady Równości Jeffrey poznał dwudziestoletniego Matta Turnera, którego również chwilę później zabił. Kolejnymi ofiarami byli dwudziestotrzyletni Jeremiah Weinberger i dwudziestoczteroletni Oliver Lacy. Ostatnim łupem Kanibala z Milwaukee był dwudziestopięcioletni Joseph Bradeholt.
Kres tych krwawych i brutalnych zbrodni nastąpił w lipcu 1991 roku. Dahmer próbował zwabić do mieszkania kolejną ofiarę. Poznanym na ulicy trzem bezdomnym mężczyznom zaproponował sto dolarów w zamian za pozowanie do zdjęć. Zgodził się na to jedynie trzydziestodwuletni Tracy Edwards. Poszedł z Dahmerem do jego mieszkania, ale gdy tylko otworzyły się drzwi, z wnętrza buchnął nieprzyjemny zapach. Już wtedy Tracy poczuł niepokój, mimo to zdecydował się wejść do środka. Kusiła go perspektywa szybkiego i łatwego zarobku. W jednym z pomieszczeń zobaczył kilka pudeł po kwasie chlorowodorowym. Jeffrey dostrzegł zmieszanie nowego znajomego, dlatego natychmiast zaczął z nim rozmawiać, zupełnie tak, jakby chciał odwrócić jego uwagę. Po chwili szybkim ruchem założył mu na dłonie kajdanki. Zabrał go do sypialni, gdzie kazał mu nago pozować do zdjęć. To właśnie tam Edwards zobaczył ogromną beczkę, z której dochodził rozprzestrzeniający się po mieszkaniu odór. Przez cały ten czas Jeffrey groził Tracy'emu nożem. Przerażony mężczyzna robił wszystko, co kazał mu morderca. Jak później zeznał policji, Dahmer usiadł z nim na łóżku, a następnie włączył na kasecie VHS film Egzorcysta III. Kilkanaście minut później polecił Edwardsowi, by położył się na podłodze. Dahmer ułożył się tuż obok niego, przytknął głowę do jego piersi i słuchał bicia serca.
- Powiedział, że zje moje serce - zeznał Edwards policjantom. Na dowód, że nie żartuje, Jeffrey pokazał mężczyźnie ludzką rękę, którą trzymał w szafce. Otworzył też lodówkę, w której przechowywał głowę jednej z ofiar. Podobny los spotkałby również Tracy'ego, gdyby nie jego odwaga i wola walki. Nie zamierzał ułatwiać psychopacie zadania i pozwolić się zabić. Najpierw postanowił wzbudzić zaufanie Dahmera. Rozpiął więc koszulę, powtarzał, że jest jego przyjacielem i pozostanie nim już na zawsze. Doskonale wyczuł jego potrzeby, bo właśnie na trwałej, niezniszczalnej relacji zależało Jeffowi najbardziej. Gdy Edwards poczuł, że mężczyzna nie ściska już kurczowo kajdanek, szybko wstał, uderzył Dahmera i uciekł przez frontowe drzwi. Działo się to tak błyskawicznie, że oszołomiony porywacz nie zdążył nawet zareagować. Zanim dotarło do niego, co się dzieje, Tracy był już na zewnątrz. Udało mu się zatrzymać przejeżdżający w pobliżu patrol policji. Opowiedział funkcjonariuszom o wszystkim, co spotkało go w mieszkaniu Dahmera. Mimo paraliżującego strachu zgodził się zaprowadzić policjantów na miejsce. W ten sposób funkcjonariusze dotarli przed drzwi z numerem 213, a cały świat dowiedział się o przerażających zbrodniach Kanibala z Milwaukee.
Gdy policjanci weszli do środka, zrozumieli, że mają do czynienia ze znacznie poważniejszą sprawą, niż początkowo zakładali. Wezwali więc na miejsce posiłki. Odór dochodzący z beczki wypełniał całe mieszkanie. Już po wstępnym przeszukaniu lokalu odnaleziono fragmenty ludzkich ciał. Dahmer został natychmiast zatrzymany, ale przy próbie wyprowadzenia go z lokum zaczął wrzeszczeć jak rozszarpywane zwierzę. Próbował się też wyrywać i atakować policjantów. Zaskoczeni sąsiedzi wychodzili na korytarz, by sprawdzić, skąd dobiegają te hałasy. Byli wstrząśnięci tym, czego później dowiedzieli się o spokojnym - jak wtedy im się wydawało - Jeffreyu. Nawet nie przypuszczali, że dosłownie za ścianą mężczyzna stworzył prawdziwe pomieszczenia tortur.
Po wywiezieniu Dahmera na posterunek technicy zaczęli dokładnie sprawdzać jego mieszkanie. Odnaleziono ponad osiemdziesiąt zdjęć, na których widać było poćwiartowane ciała. Z lodówki wyjęto ludzką głowę, a w ogromnej beczce ustawionej w sypialni znajdowały się trzy korpusy. Zamrażarka po brzegi wypełniona była ludzkim mięsem. Policjanci ubrani w specjalne kombinezony wynosili po kolei wszystkie pudła, torby i wspomnianą beczkę. Zebrane dowody musiały trafić do analizy, która miała dać odpowiedź na pytanie, ile osób tak naprawdę ukrył w swoim mieszkaniu Jeffrey Dahmer. On sam czekał na przesłuchanie.
Trwało ono kilka godzin. Kanibal wiedział, że zaprzeczanie zbrodniom nie ma najmniejszego sensu, skoro policjanci dysponowali na tyle mocnymi dowodami, które pozwoliłyby go na skazanie przez dowolny sąd. Nie miał więc wyjścia, musiał się przyznać. Przekonywał jednak, że za zabójstwami stoi tak naprawdę jego uzależnienie od alkoholu, a on sam wiele razy nie wiedział nawet, że pozbawił kogoś życia. Potwierdził za to, że zabił siedemnaście osób. Protokół z przesłuchania był obszerny, liczył aż sto sześćdziesiąt stron, bo Dahmer o wszystkim opowiadał z najdrobniejszymi szczegółami. To z kolei obalało jego teorię o działaniu pod wpływem alkoholu, który miał pozbawić go pełnej świadomości. W międzyczasie odkryto, że w mieszkaniu Jeffreya znajdowały się fragmenty ciał należące w sumie do jedenastu osób. Przyznał się też do zabójstw w domu babci, a także odebrania życia Stevenowi Hicksowi w 1978 roku. Opowiedział, co zrobił z jego szczątkami i gdzie funkcjonariusze je znajdą. Mając dość szczegółowe informacje, policjanci ruszyli więc w okolice dawnego domu Dahmera i rozpoczęli przeszukanie terenu. Dokładnie tam, gdzie wskazał Jeff, śledczy odnaleźli fragmenty ludzkich kości. Dopiero w późniejszej analizie potwierdzono, że należały one właśnie do Hicksa. Po ustaleniu tożsamości pozostałych ofiar na policjantów czekało kolejne trudne zadanie - powiadamianie rodzin o śmierci ich bliskich.
O zatrzymaniu poinformowano też ojca Dahmera, nie udzielając jednak żadnych szczegółów. Wspominał później:
Skontaktowałem się z Geraldem Boylem, wcześniej reprezentował Jeffa w sprawie o molestowanie dziecka, więc sądziłem, że został włączony również w to dochodzenie. Był bardzo rozemocjonowany. Powiedział:
- Lionel, próbowałem się z tobą skontaktować. Ludzie dzwonili do mnie przez cały ranek.
- Jacy ludzie?
- Z mediów. Prasa.
- Z mediów? A czego oni chcą?
- Próbują dowiedzieć się wszystkiego o Jeffie.
- A co z Jeffem? Co się dzieje? Nikt nie podaje mi żadnych szczegółów.
- (...) Został aresztowany za usiłowanie zabójstwa. (...) W jego mieszkaniu znaleźli ciało. A właściwie kilka różnych.
- Różnych?
- Więcej niż jednej osoby.
Szczegóły zbrodni dokonanych przez syna wstrząsnęły Lionelem. Od dawna czuł, że z Jeffreyem dzieje się coś złego, ale nie spodziewał się aż tak dramatycznych wydarzeń. Mimo to nie odwrócił się od niego, wspierał go przez cały pobyt w areszcie, a później w trakcie procesu, który ruszył w styczniu 1992 roku. Było to wydarzenie, które przyciągnęło uwagę mediów z całego kraju. Dziennikarze prześcigali się w relacjonowaniu każdego szczegółu, który pojawiał się na sali rozpraw. Sam Dahmer sprawiał wrażenie wyjątkowo spokojnego, momentami nawet obojętnego. Jego twarz nie wyrażała żadnych emocji, nawet wtedy, gdy głos zabierały rodziny ofiar. Musiał jednak skonfrontować się z ich wściekłością, żalem i rozpaczą. Rita Isbell, siostra zamordowanego Errola Lindseya, widząc Dahmera, straciła panowanie nad sobą:
Jestem najstarszą siostrą Errola Lindseya. Jeff, czy jakkolwiek masz na imię, szatanie. (...) Nie chcę nigdy więcej widzieć mojej matki, gdy przechodzi przez to wszystko. Nigdy, Jeffrey! Jeffrey, nienawidzę cię! Nienawidzę cię, skurwielu!
Rita została wyprowadzona z sali przez strażników. Na jej wrzaski Jeffrey zareagował kamienną twarzą.
Morderca co prawda przyznał się do winy, ale próbował dowieść, że jest niepoczytalny. Była to dla niego jedyna szansa, by uniknąć więzienia. Gdyby sąd uznał, że Dahmer w istocie nie był świadomy tego, co robi, trafiłby do szpitala psychiatrycznego. W wielu badaniach biegli ocenili, że ma osobowość schizotypową. Charakteryzuje się ona problemami z porozumiewaniem się i kontaktami społecznymi, pod wpływem stresu mogą pojawić się też przejściowe objawy psychotyczne. Osoby, u których diagnozuje się taką osobowość, mogą wierzyć, że posiadają pewne nadprzyrodzone moce, są podejrzliwe, mają problemy poznawczo-percepcyjne. Pojawiają się trudności z koncentracją uwagi. Takie zaburzenie ma wiele cech wspólnych ze schizofrenią. Ale to wszystko nie oznaczało niepoczytalności. Żeby biegli ją stwierdzili, Dahmer musiałby udowodnić, że w trakcie morderstw nie potrafił ocenić tego, co robił, a także jakie konsekwencje się z tym wiązały.
Mimo swojej niewzruszonej postawy w trakcie procesu Jeffrey zdecydował się na gest wobec rodzin ofiar. Przeprosił je za całe zło, które wyrządził, i zaprzeczył, by jego zbrodnie miały tło rasowe. Większość jego ofiar była czarnoskóra, ale Dahmer zapewnił, że nie były to zabójstwa wynikające z nienawiści. Odniósł się też do religii, w którą mocno popychała go babcia, gdy z nią mieszkał:
Powinienem był zostać z Bogiem. Próbowałem i zawiodłem, i stworzyłem holocaust. Mam nadzieję, że Bóg mi wybaczy. Wiem, że społeczeństwo nigdy tego nie zrobi. Wiem, że nie zrobią tego również rodziny ofiar. Z powodu tego, co zrobiłem tym biednym rodzinom, czuję się bardzo źle. I rozumiem ich nienawiść. Widziałem ich łzy i gdybym mógł teraz oddać życie, aby przywrócić ich bliskich, zrobiłbym to.
Wiele osób, które przysłuchiwały się tym słowom, nie wierzyło w skruchę Dahmera. Sądziły, że chce jedynie wybielić się przed opinią publiczną i wzbudzić litość. W dodatku biegli ocenili, że w chwili mordowania i torturowania swoich ofiar Jeff był całkowicie poczytalny. Jeden z psychiatrów sądowych doktor Park Dietz przyznał, że nie wierzy, by Jeffrey cierpiał na jakąkolwiek chorobę psychiczną, gdy popełniał przestępstwa:
Dahmer dołożył wszelkich starań, aby być sam na sam z ofiarą, tak by nie mieć świadków.
Dodał również, że kanibal dokładnie planował swoje zbrodnie, a te nie miały nic wspólnego z impulsywnością. Upijanie się przed zabójstwem też było znaczące:
Gdyby miał przymus zabijania, nie musiałby pić alkoholu. Robił to, by przezwyciężyć swoje zahamowania, dodać sobie odwagi do popełnienia przestępstwa, którego wolał nie robić.
Proces trwał w sumie dwa tygodnie. Mowa końcowa adwokata Geralda Boyle'a zajęła dwie godziny. Przekonywał, że Dahmer cierpi na chorobę psychiczną, a zabójstwa były wynikiem zaburzeń, które co prawda w sobie odkrył, ale przecież ich nie wybrał. Przedstawił Jeffreya jako osobę rozpaczliwie samotną i głęboko chorą, która jest tak pozbawiona kontroli, że nie może zdecydować o własnym postępowaniu. Po Boyle'u głos zabrał prokurator Michael McCann. Dowodził, że Dahmer jest absolutnie zdrowy i w chwili zabijania swoich ofiar był w pełni świadomy tego, co i jak robi. Dodał również, że kilkunastu młodych chłopców i mężczyzn zginęło tylko po to, by dać Jeffreyowi chwilowe zaspokojenie seksualne. I właśnie z tymi argumentami zgodziła się ława przysięgłych. Dahmer został uznany za winnego. Sąd skazał go za zabójstwo piętnastu mężczyzn w stanie Wisconsin, choć w rzeczywistości ofiar było siedemnaście. Kara, jaką usłyszał, to 937 lat więzienia. Prokurator Michael McCann skomentował wyrok krótko:
To zagwarantuje, że ten człowiek nigdy więcej nie będzie już chodził po ulicach jakiegokolwiek miasta na świecie.
Jego prawnik Gerald Boyle nie zamierzał się już odwoływać. Tuż po ogłoszeniu wyroku ojciec mężczyzny, a także jego macocha, poprosili o piętnastominutowe spotkanie z Jeffem, by pożegnać się z nim przed jego transportem do więzienia. Sąd wyraził zgodę, dzięki czemu Lionel mógł uściskać syna, po raz kolejny okazując mu swoje wsparcie.
Jeffrey Dahmer miał wówczas trzydzieści dwa lata. Trafił do więzienia o zaostrzonym rygorze w Portage w stanie Wisconsin. W maju 1992 został tymczasowo przewieziony do stanu Ohio, gdzie odpowiadał za zabójstwo Stevena Hicksa. Tam również zapadł wyrok skazujący.
Pierwszy rok w zakładzie karnym Dahmer spędził w izolacji. Strażnicy obawiali się, że może zostać zaatakowany przez współwięźniów. Po upływie dwunastu miesięcy przeniesiono go do innej celi, a także przydzielono do prac przy czyszczeniu toalet. Był też regularnie pilnowany przez służbę więzienną. Podczas odsiadki Dahmer przeszedł przemianę. Poprosił o Biblię, zaczął się modlić, a nawet przekonywać, że wszystkie jego zbrodnie były efektem braku Boga w jego życiu. Dlatego przyjął chrzest w więziennym centrum medycznym. Przeprowadził go pastor Roy Ratcliff, który odwiedzał Jeffreya regularnie, a w trakcie tych spotkań rozmawiał z nim o wierze. Nie zabrakło również dyskusji o śmierci, która - zupełnie jakby Jeff coś przeczuwał - zaczęła niebezpiecznie przybliżać się do niego już w lipcu 1994 roku. Współwięzień Osvaldo Durruthy zaatakował kanibala i próbował podciąć mu gardło brzytwą, którą wcześniej schował w szczoteczce do zębów. Ale Jeffrey odniósł tylko powierzchowne rany i po krótkiej wizycie w szpitalu wrócił do celi.
W tym czasie mężczyzna zacieśnił relacje z ojcem, z którym udzielił nawet wspólnego wywiadu. Również jego matka Joyce odnowiła kontakt z synem. Nie widziała go od Bożego Narodzenia w 1983 roku. W trakcie rozmów telefonicznych Jeffrey miał wspomnieć, że jest gotowy na śmierć i już się z nią pogodził. Gdy mówiła mu, że boi się o jego bezpieczeństwo, Jeff odpowiadał:
To nie ma znaczenia, mamo. Nie obchodzi mnie, czy coś mi się stanie.
Do kolejnego ataku doszło rano 28 listopada 1994 roku. Jeff wyszedł z celi, by posprzątać toalety. Towarzyszyli mu dwaj osadzeni - Jesse Anderson i Christopher Scarver. Strażnicy popełnili wówczas ogromny błąd, bo pozostawili całą trójkę bez nadzoru przez blisko 20 minut. Gdy przybyli na miejsce, było już za późno. Dahmer leżał na prysznicowej podłodze z poważnymi ranami głowy i twarzy. Został skatowany metalowym prętem. Obrażenia były tak rozległe, że mężczyzna zmarł w drodze do szpitala. Do placówki trafił też Jesse Anderson, który również został pobity. Jego zgon nastąpił dwa dni później.
Napastnikiem był dwudziestopięcioletni Scarver, który odbywał karę dożywocia za zabójstwo z 1990 roku. Wyjaśnił, że zaatakował Dahmera, bo miał dość jego zachowania. Jeffrey miał żartować ze swojego kanibalizmu, tworząc z więziennego jedzenia kształty przypominające ludzkie kończyny. Oblewał je później ketchupem, który miał imitować krew. Pastor Roy Ratcliff mówił:
Przekroczył granicę w relacjach z więźniami czy personelem. Niektórzy osadzeni okazują skruchę, ale on nie był jednym z nich. Gdy widział, że strażnik, który stoi obok niego, jest zdenerwowany, mówił "gryzę". Zazwyczaj strażnik wtedy odskakiwał, a on był bardzo rozbawiony. W pewnym sensie bawił się swoją osobowością, wyolbrzymiał ją, bo chciał sprawić, by ludzie byli bardziej przerażeni. To był po prostu jego sposób, taki chory humor, by poradzić sobie z beznadziejną sytuacją.
Matka Dahmera po śmierci syna była niezwykle rozżalona tym, że wiele osób od dawna życzyło Jeffowi źle. W rozmowie z mediami rzuciła:
Teraz wszyscy są szczęśliwi? Teraz, kiedy został zatłuczony na śmierć, czy to wystarczy wszystkim?
Za to rodziny ofiar nie kryły radości ze śmierci kanibala. Odbierały to jako nieco spóźnioną, ale jednak formę rekompensaty za koszmar, który Dahmer sprowadził do ich życia. Natomiast prokurator, który oskarżał go w procesie, zaapelował, by nie robić ze Scarvera bohatera, bo dopuścił się podwójnego zabójstwa i sam był groźnym przestępcą. Christopher stanął przed sądem w maju 1995 roku i usłyszał dwie dodatkowe kary dożywocia.
Jeffrey jeszcze przed śmiercią powiedział rodzinie, że nie chce, by jego pożegnaniu towarzyszyły nabożeństwa. Pragnął być skremowany, co zgodnie z jego wolą stało się we wrześniu 1995 roku. Prochy mordercy rozdzielono między jego rodziców.
Jeffrey Dahmer nie pochodził z patologicznej przemocowej rodziny, która mogłaby odcisnąć silne piętno na jego dalszym życiu. On sam prosił wielokrotnie, by nie obarczać winą jego rodziców. Zapewniał, że byli wspaniałymi ludźmi, którzy otoczyli go troską i starali się mu pomóc. O przyczynach nekrofilii, sadyzmu, kanibalizmu i morderczego instynktu mówił:
Nie wiem, skąd to się wzięło. Prawdopodobnie nigdy się tego nie dowiemy.
TED BUNDY
Potwór z sąsiedztwa
My, seryjni mordercy, jesteśmy waszymi synami, waszymi mężami, jesteśmy wszędzie. I jutro może być więcej waszych martwych dzieci.
Ted Bundy
Nieszczerość nie zawsze jest po prostu cechą charakteru danego człowieka. Zdarza się, że jej źródła należy szukać w chorobie o podłożu psychicznym. Patologiczna skłonność do kłamania nazywa się zespołem Delbrücka, mitomanią lub pseudologią. Osoby, które cierpią na to schorzenie, opowiadają historie, które nigdy nie miały miejsca, najczęściej przedstawiając siebie jako postacie szlachetne, nieskazitelne, zdolne do pomocy i opieki, walczące z niesprawiedliwością tego świata. Co gorsza, sami chorzy nie są w stanie oddzielić prawdy od własnej fantazji. Ich kłamstwa wydają się niemal perfekcyjne, bo przedstawiane historie opowiadane są z takimi emocjami, jakby wydarzyły się naprawdę. Problem polega na tym, że wszystko wymyślane jest na bieżąco, w zależności od potrzeb i sytuacji, dlatego patologiczny kłamca po kilku dniach może już zapomnieć, o czym mówił wcześniej. Przyczyny mitomanii nie są do końca jasne. Mogą wynikać z:
- przebytych chorób organicznych mózgu; mowa tutaj o zapaleniach, urazach czy uszkodzeniach odniesionych wskutek chociażby wypadku,
- wrodzonych predyspozycji psychopatycznych lub innych schorzeń na tle psychicznym.
W tym drugim punkcie patologiczne kłamstwo może towarzyszyć schizofrenii, borderline oraz narcystycznemu zaburzeniu osobowości. Co ważne, mitomania może objawić się właściwie na każdym etapie życia człowieka i dotyka zarówno dzieci, jak i dorosłych. Czasem jest ona też następstwem traumatycznych wydarzeń, takich jak śmierć bliskiej osoby.
Zwykły kłamca opowiada wymyślone historie, by uzyskać z tego jakąś korzyść. Być może chce zatuszować swoją winę, ukazać siebie w lepszym świetle lub wzbudzić w kimś zaufanie, by osiągnąć jakiś cel. Patologiczny kłamca robi to, bo sam przestaje odróżniać prawdę od fikcji i nie potrafi inaczej funkcjonować, robi to mimowolnie. Jakie są zatem objawy mitomanii? To przede wszystkim:
- wymyślanie w dużym stopniu historii na temat swój, a także bliskich osób,
- ubarwianie wszystkich opowieści,
- wyolbrzymianie swojej roli przy jednoczesnym umniejszaniu działań innych osób,
- kłamstwo pojawia się nawet wtedy, gdy okoliczności tego nie wymagają,
- brak umiejętności odróżnienia prawdy od fikcji przez samego mitomana.
Jeśli ktoś dostrzega w swoim zachowaniu te wszystkie wymienione powyżej typy, powinien skontaktować się z terapeutą, bo prawdopodobnie jest właśnie patologicznym kłamcą. Czy do takich samych wniosków doszedłby Ted Bundy, gdyby dziś przedstawiono mu fakty z jego życia, które wymyślił lub mocno naciągnął? Jest taka szansa, bo jako osoba obdarzona sprawnym umysłem musiał zdawać sobie sprawę z własnych problemów. Był jednak narcystyczny, więc możliwe, że nie postrzegałby siebie jako człowieka zaburzonego. Według niektórych ekspertów Bundy był patologicznym kłamcą. Jednak jego opowieści zazwyczaj tworzone były z konkretnych pobudek. Chciał zaimponować towarzystwu z wyższych sfer, zdobyć ukochaną dziewczynę lub po prostu zmanipulować swoje ofiary. A tych było ponad trzydzieści!
Dzieciństwo Bundy'ego przebiegło równie nieprzewidywalnie jak większość sytuacji, w których później brał udział (pośrednio lub bezpośrednio). Theodore Robert Bundy przyszedł na świat 24 listopada 1946 roku. Wówczas nie nosił jeszcze nazwiska Bundy, a Cowell - jak jego matka, która wychowywała go samotnie. Urodziła syna w wieku dwudziestu dwóch lat. Nigdy nie chciała zdradzić prawdziwego nazwiska ojca Teda, co rodziło wiele plotek, między innymi te z kazirodztwem w tle. Niektórzy twierdzili, że ojcem chłopca był tak naprawdę jego dziadek. Ale ta teoria, podobnie zresztą jak wiele innych dotyczących pochodzenia młodego Bundy'ego, nigdy nie została potwierdzona.
W tamtym czasie w Stanach Zjednoczonych młode samotne matki nie miały łatwego życia. Były wyszydzane, publicznie wytykano je palcami. Dlatego też Elenor, matka Teda, będąc w siódmym miesiącu ciąży, zostawiła rodzinę i przeniosła się do domu samotnej matki w Burlington w Vermont. Choć jej rodzina wspierała się, była też niezwykle bogobojna i miała trudności z zaakceptowaniem nieślubnej ciąży. Dlatego kobieta zdecydowała się na donoszenie dziecka bez pomocy najbliższych. Do rodzinnej Filadelfii wróciła, gdy syn był już na świecie. Właśnie wtedy rozpoczęła się seria kłamstw, które stały się nieodłącznym elementem życia Teda. Od urodzenia wmawiano mu, że jego rodzicami są babcia i dziadek, dlatego zwracał się do nich "mamo" i "tato". Jego matka Elenor była natomiast przedstawiana jako jego siostra. Ted czuł podświadomie, że bliscy nie są z nim szczerzy i ukrywają przed nim jakiś sekret. Mimo to jako dziecko nie zgłębiał tematu i zwracał się do rodziny tak, jak mu wpajano.
Gdy Ted skończył cztery lata, Elenor podjęła decyzję o przeprowadzce. Spakowała siebie oraz syna i wyjechała z nim do krewnych w Tacomie w stanie Waszyngton. Chłopiec był za mały, by odpowiednio połączyć wszystkie elementy tej historii, ale gdyby był starszy, z pewnością zadałby sobie pytanie, dlaczego starsza siostra zabiera go od rodziców i wywozi do dalekich krewnych? Dla czterolatka było to jednak zbyt skomplikowane. Jedyne, z czym musiał się wówczas uporać, to ogromna tęsknota za ojcem, z którym był bardzo związany.
W Tacomie Elenor postanowiła całkowicie odciąć się od dotychczasowego życia, a także plotek krążących wokół niej i ojca. Stworzyła więc sobie i synowi nową tożsamość. Sama przybrała imię Louise, a Tedowi zmieniła nazwisko. Nazywał się wówczas Ted Nelson.
Chłopiec szybko odnalazł się wśród kuzynostwa, które było w podobnym wieku. Dlatego nawiązanie wspólnego języka nie było trudne. Dziś Tacoma liczy blisko 200 tysięcy mieszkańców, ale w latach pięćdziesiątych, gdy zamieszkał tam Ted, było ich o 50 tysięcy mniej. Jest to dosyć przyjazne miejsce do życia, otoczone uroczymi wzgórzami i zatoką. Wciąż wisi nad nim jednak widmo katastrofy - zawalenie się mostu Tacoma Narrows Bridge, który łączył Tacomę z półwyspem Kitsap. Siódmego listopada 1940 roku przez silny wiatr konstrukcja zaczęła się wyginać, aż w końcu uległa zniszczeniu. Na moście znajdował się wówczas samochód, którego właściciel zdążył uciec, wyczuwając wibracje. Niestety, w pojeździe został jego pies, który zginął, gdy most runął. Przyczyną tej katastrofy były ogromne błędy popełnione zarówno przy projektowaniu, jak i budowie. Moment, w którym most zaczął się wyginać we wszystkie strony, został zarejestrowany na taśmie. Film można obejrzeć w internecie. Do dziś jest to najważniejsze wydarzenie w historii Tacomy.
W połowie XX wieku miasto pełne było maleńkich knajp i sklepików, również tych z pornografią. Ted wspominał w jednym z wywiadów, że to właśnie od takich miejsc zaczęła się jego fascynacja seksem. Jako kilkunastoletni chłopiec, bawiąc się z kuzynami na tyłach jednego ze sklepów, trafił na materiały pornograficzne.
Jako chłopiec dwunasto-, trzynastoletni zetknąłem się poza domem, w okolicznych sklepach, z miękką pornografią. My, chłopcy, buszowaliśmy po całej okolicy, w różnych zakamarkach. Tam, gdzie wyrzuca się śmieci i różne niepotrzebne rzeczy. Czasami znajdowaliśmy pisma z pornografią większego kalibru, bardziej obrazową, bez niedomówień, nie taką, jak w naszym sklepie. Były też pisma sensacyjne typu hardcore. Twierdzę, że ten rodzaj pornografii jest najbardziej szkodliwy. Takie jest moje doświadczenie, trudne i osobiste. Najgroźniejsza jest pornografia łącząca przemoc z przemocą seksualną. Połączenie tych dwóch sił, a mało kto zna to tak dobrze jak ja, prowadzi do zachowań tak potwornych, że trudno to opisać.
Zdaniem Bundy'ego to właśnie pornografia otworzyła w jego umyśle przerażające drzwi skrywające chore, brutalne fantazje o seksie i mordowaniu. Część specjalistów twierdziła, że była to tylko jedna z wersji obronnych, którą przyjął zabójca. A jak się wkrótce przekonacie, było ich wiele.
W Tacomie Louise odnalazła się w społeczności religijnej. Zaczęła udzielać się w Kościele Metodystycznym. To właśnie tam poznała Johnniego Culpeppera Bundy'ego, drobnego, niskiego, lekko nieśmiałego kucharza. Sprawił, że Louise poczuła się bezpiecznie. Dlatego gdy Ted nie miał jeszcze pięciu lat, para zdecydowała się na ślub. To oznaczało, że chłopiec w swoim krótkim życiu zyskał właśnie trzecie nazwisko - to, które zna dziś niemal każdy. Bundy.
Rodzina kupiła dom nieopodal Narrows Bridge. W kolejnych latach Ted zyskał czworo rodzeństwa - dwóch braci i dwie siostry. Największą słabość młody Bundy miał do najmłodszego brata, który przyszedł na świat, gdy Ted miał piętnaście lat. Troszczył się o niego, a gdy był już dorosły, zabierał go na wycieczki i wyprawy do lasu. Był dla chłopca wzorem do naśladowania. Z ojczymem Ted miał słaby kontakt, choć Johnnie starał się, by był on jak najlepszy. Mimo to stosunki między nimi były dosyć chłodne, co mężczyzna zrzucał na karb trudnego wieku nastolatka. Starał się jednak angażować pasierba w różne zajęcia - zbieranie fasolki szparagowej czy rozwożenie gazet. Johnnie chciał spędzać z Tedem jak najwięcej czasu, by móc zbliżyć się do niego, ale nie było to łatwe zadanie.
Louise bardzo szybko zauważyła, że w najstarszym synu drzemie ogromny potencjał. Był bystry, inteligentny i dobrze się uczył. Dlatego namawiała go, by skupił się na dostaniu do dobrego college'u. Wróżyła mu wspaniałą przyszłość w blasku kariery zawodowej. Ted poniekąd w te wizje uwierzył. Przez lata był przekonany, że osiągnie spory sukces, bo przejawia ponadprzeciętne zdolności.
Ale zanim mógł się realizować zawodowo, najpierw musiał mierzyć się z codziennością amerykańskiego nastolatka. W gimnazjum Bundy stał się obiektem drwin ze strony pozostałych chłopców. Choć wysoki, był też bardzo szczupły i nie udało mu się dołączyć do drużyny futbolowej. W świecie sportu nie odnosił żadnych sukcesów, przez co uważano go za słabego.
Przełom nastąpił w liceum. Ted zmężniał, stał się też dość popularny, głównie dlatego, że podobał się dziewczętom. Mimo to nadal był nieśmiały, ale maskował to szerokim uśmiechem i pogodnym usposobieniem. Bundy zaczął nawiązywać przyjaźnie, przestał być szkolnym odludkiem. To wpłynęło na niego na tyle pozytywnie, że rozwinęły się w nim zainteresowania związane z polityką. Wciąż dobrze się uczył, otrzymał nawet stypendium na Uniwersytecie Puget Sound w Tacomie.
Mimo takich dobrych rokowań Bundy zaczął już wtedy przejawiać niepokojące zachowania. W 1965 roku został przynajmniej dwa razy zatrzymany przez policję w hrabstwie Pierce w związku z kradzieżą auta i włamaniem. Nie ma informacji o tym, jaką poniósł wówczas karę, bo policyjne dokumenty w przypadku nieletnich są w USA niszczone w chwili, gdy zatrzymany kończy osiemnaście lat.
Ten incydent nie wpłynął znacząco na dalsze plany Bundy'ego. Zgodnie z życzeniem matki chciał dostać się do college'u. Musiał jednak najpierw na niego zarobić. Podjął więc pracę w przedsiębiorstwie energetycznym, a później w tartaku. Jesienią 1966 roku rozpoczął wymarzoną naukę na Uniwersytecie Waszyngtońskim. Początkowo chciał się skupić na zgłębianiu języka chińskiego. Był wówczas przekonany, że w przyszłości będzie to jedna z najbardziej przydatnych umiejętności ze względu na stale poszerzający się rynek chiński. I trzeba przyznać, że już wtedy Ted posiadał pewien pierwiastek wizjonerski, bo patrząc na dzisiejszy układ sił, w którym jedną z dominujących ról odgrywa właśnie Pekin, jego przewidywania były słuszne. W 2022 roku chińska gospodarka zajmuje drugie miejsce na świecie, zaraz po amerykańskiej. Walka o fotel lidera trwa jednak cały czas.
Ted mimo dość błyskotliwego umysłu posiadał jedną, znaczącą, choć negatywną cechę - szybko się nudził i zniechęcał. Najpierw wpadał w ekscytację, kreślił szerokie plany, a nawet wstępnie angażował się w dany projekt, by później niespodziewanie porzucić go z dnia na dzień. Tak było również z językiem chińskim, z którego dość szybko zrezygnował. Zwłaszcza że Teda bardziej od nauki interesowały relacje damsko-męskie. Wiosną 1967 roku na drodze chłopaka pojawiła się Diane Edwards. Była uosobieniem jego marzeń o kobiecie - inteligentna, piękna, z dobrze sytuowanej rodziny. W listach do przyjaciółki Ann Rule Ted pisał:
Mieliśmy ze sobą mniej więcej tyle wspólnego co Sears i Roebuck z Saksem. Nigdy nie myślałem o D. z bardziej romantycznym zainteresowaniem niż, dajmy na to, o jakiejś eleganckiej istocie ujrzanej na stronach magazynu.
Bundy zdawał sobie sprawę z tego, że Diane jest poza jego zasięgiem. Nie był w jej typie zarówno fizycznie (wolała raczej dobrze zbudowanych futbolistów), jak i ekonomicznie. Ted nie należał do zamożnych osób, żeby się utrzymać, musiał dorabiać na dosyć nisko płatnych stanowiskach. Mimo to - jak się później okazało - nie był całkowicie na przegranej pozycji. Łączyła ich wspólna pasja - jazda na nartach i to ona doprowadziła do ich pierwszego wymarzonego spotkania. Pewnego dnia Edwards podwiozła Teda w góry niedaleko Seattle. To właśnie wtedy, podczas tej wspólnej przejażdżki chłopak zrozumiał, że jest całkowicie zauroczony dziewczyną. Stała się ona też pewnym wzorcem kobiecości, którym później Bundy kierował się przy doborze ofiar - długowłosa szatynka z przedziałkiem na środku, młoda i atrakcyjna. Wystarczy zerknąć na zdjęcia zamordowanych przez niego dziewcząt, by zrozumieć, że większość z nich była tak do siebie podobna, iż można by uznać je za siostry.
Znajomość między Bundym a Edwards była coraz bardziej zażyła. Para spędzała ze sobą dużo czasu, a Ted nie potrafił już ukrywać swoich uczuć. Ale w tym duecie to on był dużo bardziej zaangażowany emocjonalnie. Diane trzymała go na dystans, bo czuła, że nie do końca jest dla niej odpowiednim partnerem. Głównym zarzutem było niezdecydowanie Teda. Dziewczyna uważała, że wynikało ono z braku pewności siebie, co skutkowało tym, że chłopak nie potrafił wybrać konkretnej specjalizacji na studiach. To z kolei oznaczało, że przyszłość z nim może być mało stabilna. I choć bez wątpienia Diane czuła do Teda pewną sympatię i miała do niego słabość, nie wiązała z nim życiowych planów.
Płomienny, z perspektywy Teda, romans zakończył się w 1968 roku. Bundy był załamany, bo choć w głębi duszy wiedział, że jego walory nie są dla dziewczyny wystarczające, był w niej zakochany po uszy. Była to zresztą jego pierwsza wielka miłość, z której nie potrafił wyleczyć się przez lata. W przeciwieństwie do większości osób, które mają złamane serce, Ted nie zamknął się jednak w sobie i nie pogrążył w rozpaczy. Zamierzał przekuć żal w coś zupełnie innego. Coraz bardziej zaczął wciągać się w politykę i postanowił, że właśnie na tym polu odniesie sukces. W kwietniu tego samego roku został przewodniczącym w Seattle, a także zastępcą szefa w całym stanie podczas kampanii Nelsona Rockefellera, działacza Partii Republikańskiej oraz wieloletniego gubernatora stanu Nowy Jork. Z uwagi na swoje stanowisko Ted dostał zaproszenie na kongres w Miami. Skorzystał z okazji i poleciał zobaczyć, jak wygląda świat wielkiej polityki.
Po powrocie do Seattle Bundy skupił się na studiach. Całkowicie zrezygnował z nauki języka chińskiego, zapisał się za to na urbanistykę i socjologię. Ale mimo swoich umiejętności i bystrego umysłu nie potrafił zdobyć dobrych ocen i został wydalony z college'u. Szukając zajęcia, trafił pod skrzydła Arta Fletchera, czarnoskórego kandydata na gubernatora. Ted został jego kierowcą, a także ochroniarzem. Niestety, Fletcher przegrał wybory i to o włos, a zwycięstwo ogłosił jego rywal John Cherberg. Bundy nie krył rozczarowania, bo liczył na pewne korzyści wynikające z pracy u boku potencjalnego gubernatora. Musiał jednak obejść się smakiem i po raz kolejny zweryfikować swoje plany.
Najpierw jednak chciał uporządkować kwestie dotyczące swojego pochodzenia. Przez te wszystkie lata Louise ani razu nie przyznała otwarcie, że jest jego matką, choć Ted w głębi duszy czuł, że tak właśnie jest. Wyruszył więc w podróż, która miała dać mu odpowiedź na pytanie: kim tak naprawdę jest? W urzędzie potwierdził, że to właśnie Louise jest jego matką, a zdaniem Ann Rule w Filadelfii poznał też nazwisko ojca. Miał nim być Lloyd Marshall, weteran sił lotniczych. Ale według innych źródeł, na które natknęłam się, śledząc historię mordercy, ojcem Bundy'ego był Jack Worthington, również weteran wojenny. Jaka była więc prawda? Tego do dziś nie ustalono i istnieje małe prawdopodobieństwo, iż zostanie to odkryte. Louise, która jako jedyna mogła udzielić odpowiedzi, zmarła w 2012 roku.
Odkrycie nazwiska potencjalnego ojca dało Tedowi nową energię. Mógł wreszcie zostawić za sobą przeszłość jawiącą się pod znakiem nieślubnego i - być może - niechcianego dziecka. Wtedy wiedział już, że i on ma jakieś korzenie, które prowadzą do konkretnej osoby, a nie tylko jakiejś zjawy, którą mógł sobie jedynie wyobrażać. Zamierzał zbudować życie na zupełnie nowych fundamentach, jednocześnie udowadniając zarówno sobie, jak i (a może przede wszystkim) Diane, że jest człowiekiem zdolnym osiągnąć wiele i stanąć na wysokim szczeblu w społecznej hierarchii. Rozpoczął więc metamorfozę, która miała zakończyć się odzyskaniem dziewczyny, którą wciąż kochał.
Bundy porzucił Seattle i rozpoczął naukę na Uniwersytecie Waszyngtońskim. Tam zdecydował się na zgłębianie tajemnic psychologii. Była to już kolejna dziedzina nauki, którą zamierzał się zająć w swoim dość krótkim życiu studenckim. Tym razem naprawdę miał szansę odnieść sukces, bo psychologia okazała się dla niego idealnym kierunkiem. Potwierdzali to później zresztą sami wykładowcy. Bundy miał bardzo dobre stopnie, a jeden z profesorów - zachwycony umysłem Bundy'ego - wystawił mu trzy lata później rekomendację do szkoły prawniczej Uniwersytetu Utah:
Pan Bundy jest niewątpliwie jednym z najlepszych studentów na naszym wydziale, a nawet umieściłbym go w jednym procencie najzdolniejszych, z jakimi miałem kiedykolwiek do czynienia na studiach licencjackich, zarówno na Uniwersytecie Waszyngtońskim, jak i na Purdue. Jest niebywale bystry, sympatyczny, wysoce zmotywowany i sumienny. Prowadzi się raczej jak młody profesjonalista, a nie student.
Już w tym fragmencie widać, jak dużą sympatią obdarzył studenta wykładowca Ronald E. Smith. Zresztą nie on jeden dał się zwieść urokowi Bundy'ego. Większość ludzi, których morderca spotykał na swojej drodze, była nim początkowo oczarowana. To jedna z bardziej niebezpiecznych cech psychopatów, bo dzięki niej są w stanie owinąć sobie wokół palca niejedną osobę. Zresztą Bundy, jak sami się przekonacie w dalszej części tego rozdziału, przejawiał wiele cech, które przypisuje się właśnie osobowościom psychopatycznym. Zdaniem wybitnego specjalisty w zakresie psychologicznych aspektów przestępczości profesora Roberta Hare'a psychopatę można rozpoznać po następujących cechach diagnostycznych:
1. Powierzchowny urok.
2. Przekonanie o własnej wielkości.
3. Potrzeba stymulacji, szybkie odczuwanie nudy.
4. Patologiczna skłonność do kłamstwa.
5. Przebiegłość, dar manipulacji.
6. Brak wyrzutów sumienia lub poczucia winy.
7. Płytkość uczuciowa.
8. Nieczułość, brak empatii.
9. Pasożytniczy tryb życia.
10. Słabe mechanizmy kontroli zachowań.
11. Rozwiązłość seksualna.
12. Problemy wychowawcze w dzieciństwie.
13. Brak realistycznych długoterminowych celów.
14. Impulsywność.
15. Nieodpowiedzialność.
16. Niezdolność do przyjęcia odpowiedzialności za własne czyny.
17. Liczne krótkotrwałe związki małżeńskie.
18. Popełnianie przestępstw przed osiągnięciem pełnoletności.
19. Powrót do więzienia wskutek naruszenia zasad zwolnienia warunkowego.
20. Wszechstronność kryminalna.
Gdy dokładnie wczytamy się w historię Bundy'ego, zauważymy, że spełniał on większość z wyżej wymienionych cech. W niektórych był wręcz perfekcjonistą. Mimo to do dziś psychiatrzy poddają jego umysł analizie, bo nadal nie do końca jasne jest źródło jego psychopatii. Ale o tym napiszę później.
Urokowi Teda uległa w 1969 roku Elizabeth Kloepfer, znana dziś jako Elizabeth Kendall. Para poznała się we wrześniu w pubie Sandpiper. Dziewczyna pracowała w sekretariacie na Uniwersytecie Waszyngtońskim. Była drobna, skromna, cicha, a do tego samotnie wychowywała trzyletnią córeczkę. Dziewczynka była owocem nieudanego małżeństwa, które Elizabeth zostawiła za sobą, wyprowadzając się z Utah właśnie do Seattle. Ted miał w tym mieście sporo przyjaciół, a jego drogi nieustannie prowadziły do dwóch stanów - Kolorado i Waszyngtonu.
Elizabeth mieszkała wówczas w niewielkim lokum, licząc na to, że po burzliwej przygodzie z byłym partnerem wreszcie ułoży sobie życie. Szybko dostała pracę jako sekretarka, udało jej się znaleźć również dobre przedszkole dla córki. Miała też w pobliżu przyjaciółkę, na którą mogła liczyć.
Elizabeth pochodziła z rodziny mormonów, którzy samych siebie uważają za główny nurt chrześcijaństwa. Kobieta w ich hierarchii znajduje się poniżej mężczyzny, powinna być dla niego wsparciem, a także zadbać o ognisko domowe. W takim właśnie duchu wychowana została Elizabeth, choć ona sama nie do końca podzielała takie wartości. Chciała się rozwijać i zarabiać na siebie, nie będąc skazana na łaskę męża lub partnera. Seattle mogło jej to zapewnić, tym bardziej że coraz prężniej działały tam feministyczne organizacje uniwersyteckie. Studentki wychodziły na ulice, głośno domagając się swoich praw - nie chciały być sprowadzane jedynie do ról matek i żon, pragnęły robić kariery i decydować o swoim życiu bez narzucanych z góry stereotypów. Elizabeth odnalazła w tym przesłanie dla siebie.
Tego wieczoru, gdy poznała Teda, załatwiła opiekunkę dla córki i poszła z przyjaciółką potańczyć. Chciała po prostu dobrze się bawić. Jak wspominała po wielu latach:
Zauważyłam bardzo przystojnego faceta. Siedział sam, przedstawił się jako Ted. Schlebiło mi, że zaprosił mnie do tańca. Cały wieczór miałam go na oku. Zatańczyliśmy i tyle. Myślałam, że może zaprosi mnie znowu, ale nie zrobił tego. Podeszłam więc i zagadałam. Jako samotna matka nie chciałam przyprowadzać mężczyzn do domu, ale byłam zbyt pijana, żeby prowadzić. Spytałam, czy zostanie na noc. Odpowiedział, że tak. Położyłam się spać w ubraniu, nie próbował mnie całować ani nic. Zanim wstałam, obudził Molly [córkę Elizabeth] i naszykował nam śniadanie. A ja na to: "O Boże!". Odebrało mi mowę.
Elizabeth była całkowicie oczarowana nowo poznanym mężczyzną. W pracy tryskała radością i przyznała współpracownikom, że spotkała kogoś wyjątkowego. Przystojny i czuły Ted sprawił, że po raz pierwszy od dawna znów uwierzyła w miłość.
Przy nikim tego nie czułam. Od razu poczułam między nami więź. Jakbym znalazła zagubioną część układanki. Pasowaliśmy do siebie, to było niesamowite. Uważałam, że jest zabawny i dojrzały. Był taki obyty, powiedział, że studiuje prawo. Pomyślałam, że jako prawnik zapewni sobie godne życie i będzie mieć to, czego pragnie.
Miłość między tą dwójką trwała przez wiele lat, a w swoich listach wysyłanych już z więzienia Bundy pisał o Elizabeth, że jest "rdzeniem jego życia".
W 1971 roku Ted rozpoczął pracę w biurze kliniki kryzysowej w Seattle. Miał nocne dyżury, na których poznał Ann Rule. Kobieta stała się jego przyjaciółką, a także powierniczką wielu tajemnic. Swoje relacje z Bundym opisała w głośnej książce Ted Bundy. Bestia obok mnie. Pisała w niej: Nie jest tajemnicą, że Ted Bundy odbierał życie. Ale również je ratował. Byłam przy tym. W trakcie wspólnych dyżurów Ted odbierał telefony od osób w kryzysie, wiele z nich miało myśli samobójcze. Bundy bardzo zaangażował się w pomoc takim desperatom. Przeprowadzał z nimi długie rozmowy, w trakcie których namawiał ich do zgłoszenia się po profesjonalną pomoc. Miał wówczas niespełna dwadzieścia pięć lat. Pierwszego zabójstwa dokonał trzy lata później.
W 1972 roku Bundy ponownie zaangażował się w działalność polityczną. Pracował w biurze stanowym republikanów, a w trakcie kampanii wyborczej zabłysnął także w mediach, choć niekoniecznie został ukazany w pozytywnym świetle. Stał się bohaterem głośnego skandalu. Wyszło bowiem na jaw, że podszywał się pod studenta i z ukrycia nagrywał spotkania demokratycznego rywala Dana Evansa, dla którego pracował. Polityk ubiegał się wówczas o reelekcję na stanowisko gubernatora Waszyngtonu. Bundy miał śledzić jego ruchy, by później móc wykorzystać je w bezlitosnej politycznej walce. Doskonale się maskował - zakładał peruki, przebierał się i przyjmował zupełnie nową tożsamość. Jak mówił: Krążyłem między ludźmi i nikt nie miał pojęcia, kim jestem.
Bundy czerpał wiele przyjemności z takich mistyfikacji i był w tym całkiem niezły. Gdy wyszło na jaw, że szpieguje dla republikańskiego kandydata, w telewizyjnym wywiadzie z kokieteryjnym uśmiechem na twarzy mówił: Moja rola w kampanii była tak nieistotna, że aż powinienem być zakłopotany tym publicznym rozgłosem.
Ten mały skandal z Bundym w roli głównej nie przekreślił kariery Evansa, wręcz przeciwnie, ponownie został gubernatorem. To z kolei otworzyło przed Tedem szansę na polityczną karierę. Jego notowania w środowisku znacznie wzrosły, dzięki czemu dostał pracę w Komisji Doradczej Miasta Seattle do Spraw Przeciwdziałania Przestępczości.
Ale i tą obraną ścieżką Bundy nie zamierzał kroczyć długo. Po zaledwie roku porzucił dalsze plany o przeniknięciu do struktur rządowych i po raz kolejny zweryfikował swoje życiowe cele. Z powodzeniem aplikował do Szkoły Prawniczej Utah i zdobył posadę na Wydziale Prawniczym waszyngtońskiego hrabstwa King. Przygotowywał tam - o ironio - dokumentację na temat skali gwałtów, choć jak się później okazało, cały projekt był w powijakach i Bundy nigdy go nie ukończył. Za to jesienią miał rozpocząć naukę na uczelni, ale po raz kolejny po płomiennym zapale ekscytacja związana z nowymi wyzwaniami szybko przygasła. Dlatego choć wcześniej długo zabiegał o przyjęcie do szkoły, nie stawił się na wykładach w wyznaczonym terminie. Zamiast tego napisał do dziekana list. Oznajmił w nim, że - choć jest mu niezmiernie przykro - nie może rozpocząć nauki, bo uległ poważnemu wypadkowi i znajduje się w szpitalu. Tylko częściowo zawarł w swoim piśmie prawdę. W istocie doszło do stłuczki, w wyniku której miał zwichnięty staw skokowy, ale nie wpływało to w jakimkolwiek stopniu na jego zdolność do podjęcia nauki. Większe problemy miała za to Elizabeth, bo to jej auto uległo lekkiemu zniszczeniu. Trudno wytłumaczyć, dlaczego tak naprawdę Ted nie zdecydował się na Utah. Nie był to jednak pierwszy ani ostatni raz, gdy wycofywał się z rozpoczętych już planów.
Nieco światła na prywatne życie Bundy'ego w tamtym czasie rzuciła wspomniana już Ann Rule. Zgodnie z jej relacją mężczyzna, nawet będąc w zaawansowanym związku z Elizabeth, nie przestał myśleć o Diane. Choć wielokrotnie zapewniał o swojej niegasnącej miłości do partnerki, zaczął potajemnie spotykać się z byłą sympatią, prowadząc przy tym podwójne życie. Diane po ukończeniu Uniwersytetu Waszyngtońskiego wyjechała do San Francisco. Ted wybierał się do Sacramento, by załatwić parę politycznych spraw dla Partii Republikańskiej (dwie godziny drogi od San Francisco). Postanowił nadłożyć trochę drogi i zobaczyć się z Diane. Już przy tym pierwszym spotkaniu dziewczyna zauważyła, że były partner całkowicie się zmienił. Nie był już nieśmiałym, niepewnym siebie chłopakiem, a wygadanym, ambitnym i dobrze rokującym przyszłym prawnikiem. Inaczej się wysławiał, brylował w kręgach politycznych, pojawiał się na wytwornych bankietach i miał dobrze postawionych przyjaciół. Diane zakochała się w Bundym na nowo, snuła też plany na temat wspólnego życia. Była przekonana, że nie minie rok, a wezmą ślub. Tyle tylko, że plany Teda co do dziewczyny uległy sporej zmianie. Nie zależało mu już na tym, by jej imponować i związać się z nią na stałe. Ukrywał przed nią swój związek z Elizabeth, a samą Edwards zaczął stopniowo dystansować do siebie. Na początku, tuż po odnowieniu znajomości, zabierał ją na drogie kolacje, rozpieszczał też prezentami. Ale ten stan trwał krótko i chwilę później nastąpiło znaczne ochłodzenie relacji. Diane, jak każda zakochana młoda dziewczyna, chciała dowiedzieć się, skąd ta nagła zmiana w zachowaniu Teda. Pytała go więc wprost, dlaczego się od niej odsuwa, nie jest już czuły i troskliwy. Ale Bundy ją zbywał i nieustannie powtarzał, że nie ma pojęcia, o co jej chodzi. Diane czuła się jak w potrzasku. Zachowanie partnera było dla niej trudne, bo doskonale wiedziała i czuła, że ich relacje całkowicie się zmieniły, a jednocześnie nie otrzymywała od niego żadnego słowa wyjaśnienia, żadnej wskazówki, która mogłaby pomóc jej w zrozumieniu swojego chłopaka. Zdecydowała się więc pójść do terapeuty, któremu wyznała: Chyba mnie nie kocha. Wygląda na to, że przestał mnie kochać.
Gdy Ted był w innym mieście, pisała do niego listy. Ale i tym sposobem niczego nie wskórała. Bundy zwyczajnie ją ignorował. Wtedy do dziewczyny dotarła koszmarna prawda: Ted odnowił z nią kontakt nie dlatego, że kierowały nim romantyczne pobudki, a dlatego, że chciał się zemścić. Przez te wszystkie lata piął się po drabinie społecznej i zawodowej, zmienił sposób bycia, stał się pewny siebie, czym podbił swoją atrakcyjność, tylko po to, by odzyskać dawną miłość, rozkochać ją w sobie, a następnie porzucić, tak jak ona przed laty porzuciła jego. Jego upór w osiągnięciu tego celu, a także wytrwałość mogłyby budzić uznanie, gdyby nie pobudki, którymi się kierował. Poza tym, patrząc na jego późniejsze czyny, nietrudno odnieść wrażenie, że poświęcił kilka lat tylko po to, by świadomie zranić drugiego człowieka. Chciał, by Diane cierpiała i był zdeterminowany, by tak właśnie się stało. Zemsta na byłej dziewczynie to nie tylko swego rodzaju katharsis dla Bundy'ego, ale też moment, w którym po wyjściu z kokonu i dokonaniu ewolucji mógł wylecieć w świat jako jeden z najkrwawszych seryjnych morderców w dziejach ludzkości.
W 1974 roku osiemnastoletnia Karen Sparks Epley, studentka politologii, zajmowała pokój w suterenie starego domu nieopodal Uniwersytetu Waszyngtońskiego. Do środka można było dostać się z zewnątrz przez boczne drzwi. Czwartego stycznia dziewczyna położyła się spać o tej samej porze co zwykle. Gdy tylko zasnęła, do pokoju w całkowitej ciszy dostał się napastnik. Brutalnie ją pobił i okaleczył. Karen w pierwszym telewizyjnym wywiadzie mówiła:
Wyrwał ramę z łóżka i rozbił mi głowę. Potem prawdopodobnie użył tej samej ramy, by wepchnąć mi ją w waginę i pęcherz, który był całkowicie rozerwany. To było straszne.
Po zmasakrowaniu nastolatki napastnik wyszedł z domu tą samą drogą, którą wszedł, i zniknął w ciemnościach. Karen leżała nieprzytomna przez wiele godzin, a jej łóżko było przesiąknięte krwią. Dopiero o poranku, gdy nie zjawiła się na śniadanie, jej współlokatorzy zdecydowali się wejść do niej do pokoju, by sprawdzić, czy wszystko jest w porządku. Dziewczyna trafiła do szpitala w stanie krytycznym. Poza uszkodzonymi waginą i pęcherzem, miała też poważny uraz mózgu i przez kilka dni była w śpiączce. Obrażenia były na tyle rozległe, że po odzyskaniu przytomności musiała uczyć się wszystkiego od nowa, zupełnie tak jakby znów była dwuletnim dzieckiem:
Doznałam trwałego uszkodzenia mózgu. Mówili mi na przykład: "To jest biurko, powtórzysz?". Nie mogłam powiedzieć ani słowa. Straciłam 50 procent słuchu i 40 procent wzroku. W uszach mi strasznie dzwoni i brzęczy. Non stop. Miałam napady padaczki. Na szczęście już je przezwyciężyłam.
Karen miała też problemy z pamięcią, nie potrafiła sobie przypomnieć dziesięciu dni poprzedzających atak. Napastnika nie widziała, bo ten zaatakował ją we śnie i zdążył ogłuszyć, zanim się obudziła. Według Epley, ale też śledczych badających sprawę Bundy'ego, to właśnie studentka politologii była pierwszą ofiarą Teda. I jedną z nielicznych, które ocalały.
Atak na Karen był dopiero preludium, które zwiastowało prawdziwie krwawą operę. Ta miała swój początek 31 stycznia 1974 roku. Dwudziestojednoletnia Lynda Ann Healy pracowała w jednej z waszyngtońskich stacji radiowych. Czytała raporty drogowe, a także przedstawiała prognozę pogody. Jej głos znali wszyscy słuchacze. Była nie tylko utalentowana, inteligentna i ambitna, ale również bardzo atrakcyjna. Wysoka i szczupła, miała długie kasztanowe włosy opadające na ramiona i sięgające niemal do pasa. Do tego niebieskie oczy, które rzucały radosne spojrzenie. Budziła powszechną sympatię, dlatego jej nagła nieobecność w pracy wywołała spory niepokój. Do stacji radiowej Lynda dojeżdżała rowerem. Zawsze była na czas i nigdy nie zaniedbywała swoich obowiązków. Nikomu nie zgłaszała wcześniej, że w tym dniu nie pojawi się przed mikrofonem. Również jej współlokatorki były zaskoczone, gdy chwilę po godzinie 5.00 wybrzmiał budzik w jej pokoju, ale przez dłuższą chwilę nikt go nie wyłączał. Łóżko dziewczyny było idealnie zaścielone, zupełnie tak jakby tej nocy nikt w nim nie spał.
Lynda studiowała psychologię na Uniwersytecie Waszyngtońskim, a dom, w którym mieszkała, dzieliła z czterema koleżankami: Joanne Testa, Monicą Sutherland, Ginger Heath i Karen Skaviem. Budynek znajdował się przy Północno-Wschodniej Dwunastej Ulicy 5517 i - jak wkrótce miało się okazać - stał się kolejnym celem Teda Bundy'ego.
Gdy współlokatorki zrozumiały, że Lyndy nie ma w pokoju, rozpoczęły nerwowe poszukiwania. Szybko zrozumiały, że koleżanka nie pojechała do pracy, bo jej rower nadal znajdował się w suterenie. Nie miały wyjścia, musiały wezwać policję. Funkcjonariusze po przyjeździe na miejsce zastali doskonale wysprzątany pokój, który był niemal sterylny. Ale było tak tylko na pierwszy rzut oka, bo gdy rozpoczęto przeszukanie pomieszczenia, policjanci odnaleźli wiele niepokojących śladów. Przede wszystkim po odkryciu kołdry zauważyli na materacu duże plamy zaschniętej krwi. Współlokatorki przyznały, że łóżko było zaścielone inaczej niż zwykle. W swoich zeznaniach z 6 lutego 1974 roku Ginger Heath mówiła:
Pierwszą rzeczą, którą od razu zauważyłam, była brakująca poszewka na poduszkę. Również łóżko zostało zaścielone inaczej, niż zwykle robi to Lynda. Narzuta była wsunięta pod poduszkę, podczas gdy ona zwykle po prostu rzuca ją na tę poduszkę. Narzuta była tak idealnie położona, że nie było żadnych zmarszczek. Gdy funkcjonariusze odsunęli kołdrę, zrozumiałam, że wszystko zostało tak ułożone, by krew nie była widoczna.
W szafie policjanci znaleźli koszulę nocną, którą prawdopodobnie Lynda miała tej nocy na sobie. Na ubraniu również były plamy krwi. We wstępnej wersji śledczy ustalili, że ktoś wszedł do pokoju dziewczyny i zaatakował ją, gdy ta jeszcze spała. Następnie ją rozebrał i po cichu wyniósł z domu. Pytanie pozostawało jednak to samo: gdzie po uprowadzeniu znajdowała się Lynda?
Jej przyjaciółki były zdruzgotane. Nie potrafiły zrozumieć, dlaczego to właśnie ich współlokatorka stała się ofiarą szaleńca. Joanne Testa wspominała Lyndę jako pogodną i uśmiechniętą dziewczynę:
Była jedną z pierwszych osób, jakie poznałam. Pierwszą, z którą faktycznie spędziłam czas. Nie umiem wyjaśnić, czemu była tak miła. Obie wiedziałyśmy, że niebawem będziemy przyjaciółkami. Ciągle spędzałyśmy razem czas. Cieszył nas świat i życie. Potrafiłyśmy przegadać całą noc o tym, kim chcemy być i co robić. Była pełna życia. Nie było pomieszczenia, którego nie rozświetliła. Była piękna.
Zniknięcie młodej studentki wstrząsnęło lokalną społecznością. Szeroko zakrojone poszukiwania nie przyniosły jednak żadnych rezultatów. Szczątki Lyndy odnaleziono dopiero rok po jej uprowadzeniu.
Gdy policjanci z Seattle próbowali odkryć, co stało się z Healy, z college'u Evergreen bez śladu zniknęła Donna Manson. Dwunastego marca 1974 roku dziewiętnastolatka wybierała się na koncert jazzowy organizowany na kampusie. Samotnie wyszła z akademika chwilę przed godziną 19.00. Z nikim się nie umówiła, choć jak pisano później w prasie, tuż przed koncertem spędziła sporo czasu przed lustrem, kompletując odpowiedni strój na wieczór.
Deanna Ray, jej współlokatorka, powiedziała, że była bardzo skoncentrowana na swoim wyglądzie i przebierała się wiele razy. Ale nie miała żadnej randki, nie była również z nikim umówiona.
Donna miała dość specyficzne zainteresowania. Skupiały się wokół śmierci, magii i alchemii. Do tego paliła marihuanę, a według znajomych mogła sięgać też po twardsze używki. Często opuszczała zajęcia i znikała na kilka dni. Dlatego gdy nie zjawiła się na wspomnianym koncercie, początkowo nikt nie odebrał tego jako przejawu czegoś złego. Ale dni mijały, a dziewczyna nie dawała znaku życia. Wtedy powiadomiono policję. Po przeszukaniu pokoju Donny funkcjonariusze odkryli jej notatki. Były dosyć niepokojące, skupione głównie wokół negatywnych emocji, dlatego policjanci założyli, że dziewczyna mogła popełnić samobójstwo. Dopiero gdy na wpisy spojrzał psychiatra i wykluczył taką możliwość, śledczy zaczęli brać pod uwagę inne opcje. Podejrzane było zwłaszcza to, że studentka zostawiła w pokoju wszystkie swoje rzeczy, nawet aparat fotograficzny, z którym się nie rozstawała. Ale podobnie jak w przypadku Lyndy, również i tutaj po dziewczynie nie było śladu. Nie było też żadnych podejrzanych, których można byłoby powiązać z tajemniczym zniknięciem Donny. Zupełnie tak jakby rozpłynęła się w powietrzu. I poniekąd tak właśnie było, bo ciała nastolatki nigdy nie odnaleziono.
Osiemnastoletnia Susan Rancourt była niezwykle ambitną i bystrą studentką. Była też sprawna fizycznie, bo regularnie ćwiczyła karate. Uczyła się w college'u stanowym w Elsenburgu, co kosztowało ją nie tylko sporo pieniędzy, ale i pracy. Jej rodzice mieli w sumie sześcioro dzieci, więc jeśli Susan chciała się kształcić, musiała na to zarobić. Dlatego latem przed rozpoczęciem nauki pracowała na dwa etaty. Mimo dodatkowych zajęć otrzymywała bardzo dobre oceny. Choć dziewczyna nie należała do lękliwych, unikała ciemności. Nigdy nie wychodziła sama po zmroku, a jeśli już odważyła się opuścić dom o tej porze, to tylko wówczas, gdy towarzyszyła jej współlokatorka. Swoje nawyki zmieniła tylko raz - 17 kwietnia 1974 roku. I było to o ten jeden raz za dużo.
Tego wieczoru Susan zaniosła ubrania do pralni, która mieściła się w sąsiednim akademiku. Następnie dołączyła do opiekunów na spotkanie, po którym była umówiona z koleżanką na wspólne oglądanie filmu. Ale na ten ostatni zaplanowany punkt dnia już nie dotarła. Nie wróciła również po pranie, które czekało na nią gotowe do odbioru. Zniknęła. Poszukiwania dziewczyny ruszyły od razu, bo jej nieobecność zauważyli zaniepokojeni znajomi. Powiadomieni policjanci założyli, że studentka zaginęła w drodze do Barto Hall, gdzie wyświetlano film. Żeby tam dotrzeć, najpewniej musiała przejść obok galerii handlowej, placu budowy, następnie przez kładkę nad stawem, a ostatnim punktem trasy była estakada kolejowa. Zdaniem śledczych to właśnie tam mogła spotkać oprawcę. W trakcie rozmów ze studentami funkcjonariusze usłyszeli niepokojące opowieści o tajemniczym przystojnym mężczyźnie, który miał rękę na temblaku i kręcił się wokół akademików. Najczęściej widywano go przy bibliotece. Nosił tam książki, ale co jakiś czas je upuszczał, przez co sprawiał wrażenie nieco niezdarnego. Zaczepił jedną ze studentek, prosząc ją o pomoc. Zapytał, czy pomoże mu zanieść książki do zaparkowanego tuż obok garbusa. Dziewczyna się zgodziła, choć niechętnie. Mężczyzna wydawał się miły, ale było w nim coś takiego, co sprawiało, że studentka czuła się niezręcznie. Gdy dotarli do auta, wrzuciła do środka książki i wtedy zauważyła, że w pojeździe brakuje fotela pasażera. Zdziwiło ją to, ale nie dopytywała o szczegóły. Nieznajomy próbował ją jeszcze zagadywać, ale dziewczyna, stojąc obok niego, czuła ogromny niepokój, dlatego grzecznie się pożegnała i szybko uciekła, zostawiając obcego w tyle.
Mężczyznę z ręką na temblaku widziało wiosną 1974 roku co najmniej kilka studentek. Jedną z nich próbował nakłonić, by wsiadła do auta i pomogła mu odpalić pojazd. Mimo jego szerokiego uśmiechu i spokojnego głosu każda z dziewczyn, którą wówczas zaczepił, odmawiała i uciekała przy pierwszej lepszej okazji. W trakcie rozmów ze śledczymi mówiły, że w nieznajomym było coś niepokojącego. Dostrzegały to w jego oczach, które wydawały się puste. To z kolei sprawiało, że czuły się przy nim nieswojo i chciały jak najszybciej odejść. Czy Susan uległa jego namowom i zdecydowała się wsiąść z nim do samochodu? Jeśli cokolwiek zrobiła, to według jej znajomych tylko dobrowolnie. Była bowiem niezwykle waleczna i nie poddałaby się łatwo napastnikowi. Gdyby z kolei doszło do szarpaniny, śledczy najpewniej odkryliby w pobliżu jakiekolwiek ślady. Tak się jednak nie stało. Osiemnastolatka zniknęła w całkowitej ciemności, jakby ta dosłownie ją wchłonęła. Nikt jej nie widział, podobnie jak napastnika, który upatrzył ją sobie jako kolejny cel. Na szczątki Susan natrafiono niespełna rok później.
Trzech pierwszych zabójstw dokonano w stanie Waszyngton. Kolejna ofiara była już z Oregonu - to dwudziestodwuletnia Roberta Parks, która zniknęła na początku maja 1974 roku. Nazywana przez przyjaciół Kathy mieszkała na terenie kampusu uniwersytetu stanu Oregon w Corvallis, które znajduje się około 400 kilometrów od Seattle. Studiowała tam religioznawstwo. Szóstego maja wyszła ze swojego pokoju, by spotkać się z przyjaciółmi w budynku samorządu szkolnego. Ale nigdy nie dotarła na miejsce. Podobnie jak w przypadku zaginionych dziewczyn z Waszyngtonu również Roberta zniknęła nagle, pozostawiając wszystkie swoje rzeczy. Ucieczka nie była więc brana pod uwagę, tym bardziej że studentka nie miała żadnych wrogów, nie żaliła się też znajomym, by kogokolwiek się obawiała. Po kilku dniach intensywnych, ale bezskutecznych poszukiwań śledczy uznali, że dziewczyna została porwana. Część funkcjonariuszy nie wiązała jej zaginięcia z trzema sprawami z Waszyngtonu. Uważali, że odległość między tymi dwoma stanami jest zbyt duża, by brać pod uwagę jednego sprawcę.
W tym czasie na liście zaginionych pojawiło się kolejne, piąte już nazwisko - Brenda Carol Ball. Dwudziestodwulatka mieszkała z dwiema studentkami na przedmieściach hrabstwa King. W nocy 1 czerwca wybrała się samotnie do baru Flame, gdzie widziało ją kilka osób. Po paru godzinach zabawy opuściła lokal. Szukała podwózki do domu, a ostatni jej ślad prowadził do nieznajomego, z którym rozmawiała na parkingu. Miał rękę na temblaku.
Osiemnastoletnia Georgann Hawkins, studentka pierwszego roku Uniwersytetu Waszyngtońskiego, odliczała już dni do zakończenia roku i z niecierpliwością czekała na wyjazd do rodzinnego domu w Tacomie. Najwięcej czasu poświęcała na naukę hiszpańskiego, który jednocześnie sprawiał jej najwięcej problemów. Była uśmiechniętą, pełną życia dziewczyną z wieloma planami na przyszłość. Zawsze aktywna, z ogromnym urokiem osobistym Georgann robiła też duże wrażenie z powodu swojej urody. Długie brązowe włosy idealnie okalały sympatyczną twarz, na której głównym akcentem były piwne oczy. Nie była prymuską, ale osiągała bardzo dobre wyniki i nie odpuszczała nauki nawet wtedy, gdy w planach miała imprezę. Tak było też w 1974 roku. Noc przypadająca na 11 czerwca była niezwykle ciepła, a niebo bezchmurne, dzięki czemu odsłoniło całą swoją gwiezdną paletę. Hawkins poszła na drinka, ale w planach miała jeszcze naukę, więc obiecała sobie, że ilość alkoholu będzie symboliczna. Wracając, chciała zajrzeć jeszcze do swojego chłopaka, który mieszkał w Beta Theta Pi. Teren kampusu był ogromny, ale Georgann znała go doskonale. Dlatego, wracając ze spotkania z koleżanką, pewnym krokiem ruszyła jedną z alejek. Do chłopaka dotarła po północy. Została u niego około pół godziny, po czym dała mu całusa i poszła w stronę swojego domu. Ostatnią osobą, która z nią rozmawiała, był inny student - Duane Covey. Gdy usłyszał trzask zamykanych drzwi, wyjrzał przez okno i zobaczył dziewczynę. Chwilę porozmawiali o zbliżającym się teście z hiszpańskiego, a następnie w tym właśnie języku pożegnali się i Covey patrzył, jak Hawkins znika w ciemnościach. W trakcie krótkiej rozmowy oboje słyszeli czyjś śmiech dobiegający gdzieś z oddali, a Georgann co chwilę zerkała w tamtym kierunku, by zlokalizować jego właściciela. Nikogo jednak nie dojrzała. Gdy dziewczyna odeszła, Duane stał w oknie jeszcze przez chwilę, a następnie schował się do pokoju. Gdyby został tam nieco dłużej, chociaż przez minutę, zauważyłby, że znajoma chwilę później zawróciła, ale nie była sama. Obok niej szedł, kuśtykając, przystojny ciemnowłosy mężczyzna, który podpierał się kulami. Dziewczyna nie miała pojęcia, że ten sam nieznajomy obserwował ją od dłuższego czasu, czając się w mroku i przysłuchując jej rozmowie z kolegą. W ten sposób poznał szczegóły dotyczące zajęć z hiszpańskiego i bez problemu mógł podać się za studenta. Najpewniej w taki właśnie sposób wzbudził zaufanie Georgann. Gdy wyczuł, że studentka jest sama, a kolega nie obserwuje jej z okna, podszedł do niej i poprosił o pomoc, dokładnie tak, jak robił to już wcześniej. Hawkins poszła z nim w stronę zaparkowanego w pobliżu garbusa i już nigdy więcej nie wróciła do swojego pokoju, by przygotować się do egzaminu z języka hiszpańskiego.
Wszystkie zaginione dziewczyny łączyło to samo. Były:
- młode,
- atrakcyjne,
- studentkami,
- niezamężne,
- szczupłe,
- ambitne,
- białe.
Ale co najważniejsze - każda z nich miała długie brązowe i proste włosy z przedziałkiem na środku. Porywacz miał więc swój typ i twardo się go trzymał przy doborze ofiar. I choć to nie uległo zmianie, latem 1974 roku zaczął modyfikować sposób działania. Porzucił teren kampusów i ruszył na nieco bardziej otwartą przestrzeń. Jego celem stał się park stanowy jeziora Sammamish, który cieszył się ogromną popularnością głównie wśród młodych ludzi. Spragnieni słońca i towarzystwa wolne dni spędzali na wypoczynku, sączeniu piwa i wspólnych rozmowach. Było to miejsce pod pewnym względem idylliczne, które przyciągało spokojem i beztroską. Można było tam wypocząć, popływać, zjeść coś, po prostu świetnie się bawić. Jezioro ma około 12 kilometrów długości i niecałe 2,5 kilometra szerokości. Jest niezwykle urokliwe, a nad szeroko rozciągającą się wodą króluje w oddali górski krajobraz. Nic więc dziwnego, że dla okolicznych mieszkańców miejsce to stanowiło główną atrakcję w ciepłe i słoneczne dni. Właśnie taki był 14 lipca 1974 roku. Tego dnia nad jeziorem mogło przebywać nawet 40 tysięcy ludzi. Wśród nich był również mężczyzna, który wcześniej urządzał polowania na terenie kampusów.
W swoich zbrodniach stał się już na tyle pewny siebie, że nie miał jakiegokolwiek problemu z zaczepianiem młodych kobiet w biały dzień i to w miejscu po brzegi wypełnionym ludźmi. Tego dnia ponownie założył na rękę temblak i ruszył na łowy. Jeszcze przed południem podszedł do nieznajomej dziewczyny. Była to Janice Ellen Graham, którą poprosił o pomoc. Tłumaczył jej, że ma problem z przymocowaniem żaglówki do auta. Dziś, gdy większość kobiet jest świadoma istniejących wokół zagrożeń, pewnie niejedna zadałaby sobie pytanie, dlaczego obcy mężczyzna prosi o pomoc w takiej sprawie właśnie kobietę, a nie drugiego mężczyznę. Wtedy jednak zaskoczona pytaniem dziewczyna zgodziła się pomóc i ruszyła z nieznajomym. Jednak gdy tylko dotarli na wskazane przez mężczyznę miejsce, okazało się, że nie ma tam żadnej żaglówki. Wtedy powiedział, że znajduje się dalej, u jego rodziców za wzgórzem. Zaproponował, by młoda kobieta wsiadła do auta i pojechała z nim na miejsce. Ale to tłumaczenie było zbyt pokrętne i niespójne, dlatego dziewczyna poczuła niepokój. Grzecznie odmówiła i odeszła od mężczyzny. Nie protestował, choć czuł w głębi, że koło nosa przeszła mu doskonała okazja, by upolować kolejną ofiarę. Odparł jedynie: Och, w porządku. Mogłem ci powiedzieć, że auto nie stoi na parkingu.
Niezrażony niepowodzeniem wrócił na miejsce i ponownie zaczął się rozglądać, niczym drapieżnik szukający pożywienia. Jego wzrok skupił się na dwudziestotrzyletniej Janice Ott. Tego dnia była nad jeziorem sama. Wypoczywała na łonie natury w dżinsowych szortach i białej koszuli. Przykuła uwagę mężczyzny, który znów przywdział maskę uśmiechniętego, bezradnego studenta i nie mógł poradzić sobie z załadowaniem żaglówki. Janice nie zgodziła się od razu, więc musiał ją przez chwilę namawiać. Ich rozmowę słyszała wypoczywająca obok z koleżankami Sylvia Maria Valint. Jej zeznania zanotowali później śledczy:
Czternastego lipca 1974 roku byłam nad jeziorem Sammamish w Parku Stanowym z Kathy Veres i Pam. Siedziałyśmy na plaży w pobliżu wody. Dziewczyna, którą zidentyfikowałam jako Jan Ott, przebywała blisko mnie, miała ze sobą rower. Rozłożyła ręcznik, miała na sobie krótkie spodnie i bluzkę zawiązaną na brzuchu. Spodnie były dżinsowe. Miała też plecak w ciemnym kolorze. Zdjęła spodnie oraz koszulkę i położyła obok. Miała czarne bikini. Wydaje mi się, że miała skórzane, kolorowe klapki. Leżała tam około pół godziny. Wtedy podszedł do niej jakiś facet. Miał około 167-170 centymetrów, średnio zbudowany, jasnobrązowe włosy opadające na kark, odchylone po bokach. Miał lewą rękę na temblaku. Gips zaczynał się na nadgarstku i zginał wokół łokcia. Miał białe buty do tenisa, białe skarpetki i białą koszulkę. Powiedział: "Przepraszam, czy mogłabyś mi pomóc załadować żaglówkę na mój samochód, ponieważ nie mogę tego zrobić sam przez złamane ramię". Ona odparła: "Cóż, usiądź i opowiedz mi o tym. Gdzie jest ta łódź?". On powiedział: "Jest w domu moich rodziców w Issaquah". Na co ona: "Och, naprawdę? Mieszkałam tam", a potem dodała: "Dobrze więc". Wstała i włożyła ubranie. Potem wzięła swój rower i powiedziała: "Pod jednym warunkiem, że będę mogła popłynąć żaglówką". On odparł: "Samochód stoi na parkingu". Wtedy wypowiedziała mniej więcej takie słowa: "Cóż, poznam więc teraz twoich rodziców". Zapytał ją, kogo zna w Issaquah. Poszli tak, jakby szli w stronę parkingu. Byli na plaży jakieś 10 minut. Miał miły, angielski akcent, jakby był homoseksualistą. Miał też małe bokobrody. Mówił gładko. Zdecydowanie był biały, nie można byłoby go pomylić z Latynosem lub Hawajczykiem. Jego ubrania wyglądały, jakby był bogaty, przypominały strój do żeglowania. Przedstawił się jako Ted, wtedy ona powiedziała, że ma na imię Jan. Byłam jakieś dwie stopy od niej. Przyszedł do niej od strony zachodniej.
Podobne zeznania złożyły koleżanki Sylvii, choć one przyznały, że nie przyglądały się jakoś szczególnie dwudziestotrzylatce. Janice uległa nieznajomemu i poszła z nim w stronę auta, zabierając ze sobą rower, który leżał obok. Widziała ją jeszcze jedna osoba - jak się okazało, była to dziewczyna, którą Ted jako pierwszą próbował zaciągnąć do samochodu. Ona również zeznawała przed policją:
To było jakieś 10 minut później, gdy zobaczyłam, jak idzie z jakąś dziewczyną w stronę parkingu. Miała ze sobą żółty rower z zakrzywioną kierownicą. Pomyślałam sobie, że nie zajęło mu dużo czasu, żeby znaleźć kogoś innego, kto pójdzie z nim na parking. Szli w tamtą stronę (on był bliżej mnie) i dziewczyna szła między nim a rowerem, który pchała. Nie mogłam jej zbyt dobrze dostrzec. Zastanawiałam się, gdzie umieści ten rower. Spotkałam się ze znajomymi około 12.45 i nie widziałam go już więcej przez resztę dnia.
Janice przepadła bez śladu.
Jeszcze tego samego dnia, zaledwie kilka godzin później, również nad jeziorem Sammamish Ted wypatrzył kolejną ofiarę. Była nią osiemnastoletnia Denise Naslund. Dziewczyna przyjechała do parku razem z chłopakiem Kenem Little i znajomymi. Chwilę po godzinie 16.00 opuściła na chwilę grupę, by pójść do publicznej toalety. I to był ostatni raz, gdy chłopak i przyjaciele widzieli Denise. Dziewczyna zniknęła. Zaginięcie zgłoszono około godziny 20.30, wcześniej znajomi próbowali znaleźć Naslund na własną rękę. Wtedy śledczy usłyszeli mnóstwo opowieści o nieznajomym, który z ręką na temblaku zaczepiał młode dziewczyny, prosząc je o pomoc w załadowaniu żaglówki. W tych relacjach przewijał się wciąż ten sam opis:
- młody mężczyzna około dwudziestu pięciu-dwudziestu ośmiu lat,
- jasnobrązowe kręcone włosy,
- strój sugerujący uprawianie sportu (tenis, żaglówka),
- brytyjski akcent,
- biały,
- około 170 centymetrów wzrostu,
- miał rękę na temblaku,
- przedstawiał się jako Ted.
Śledczy przesłuchali znajomych Denise, którzy stanowczo zapewniali, że dziewczyna na pewno nie oddaliła się ot tak, porzucając swojego chłopaka. Poza tym zostawiła na miejscu wszystkie rzeczy, które tego dnia zabrała nad jezioro. Jak relacjonowali, Naslund była miłą, serdeczną dziewczyną, która z pewnością pomogłaby każdemu, kto o tę pomoc by poprosił. Jeśli więc podszedł do niej kontuzjowany mężczyzna, który potrzebował wsparcia przy załadowaniu żaglówki, musiała zgodzić się pójść razem z nim. Jej matka Eleanore M. Rose w rozmowie z policją mówiła:
Denise była niezwykle kochana, często dostawałam od niej prezenty zupełnie bez okazji, byłyśmy razem bardzo blisko. Kiedy przychodziła do mnie do domu, to tak jakby słońce weszło przez drzwi.
Zniknięcia młodych kobiet trafiły do mediów. W gazetach pojawił się portret pamięciowy, a także ostrzeżenie:
W związku z zaginięciami dwóch młodych kobiet nad jeziorem Sammamish 14 lipca policja apeluje do wszystkich kobiet, zwłaszcza między osiemnastym a dwudziestym piątym rokiem życia, aby były ekstremalnie ostrożne, zwłaszcza po zmroku.
Portretowi towarzyszył też opis samochodu, którym porywacz się poruszał. Był to brązowy volkswagen garbus. Zaznaczono również, że poszukiwany mężczyzna może mieć związek z innymi zaginięciami, między innymi Lyndy Ann Healy. Te wszystkie, niekiedy dość szczegółowe informacje na niewiele się jednak zdały. Na portrecie widniał wizerunek mężczyzny, który miał dość pospolitą twarz, niewyróżniającą się niczym szczególnym. Taką, która sprawiała, że nieznajomy mógł po prostu wtopić się w tłum, nie rzucając się szczególnie w oczy. Ale wśród setek osób, które po zaginięciach młodych dziewczyn z okolic jeziora Sammamish sięgnęły po gazety, była jedna kobieta, na której portret pamięciowy zrobił szczególne wrażenie. W bujnych włosach i gęstych brwiach rozpoznała swojego chłopaka. Tą kobietą była Elizabeth Kloepfer, partnerka Teda Bundy'ego.
Gazeta z wizerunkiem poszukiwanego mężczyzny wpadła w ręce Liz, gdy była w pracy. Przyniósł ją jeden z pracowników. Podszedł do niej, położył papier na biurku i spytał: rozpoznajesz go? Dziewczyna natychmiast zbladła i zaniemówiła:
Wyglądał jak mój Ted. Nie chciałam o tym myśleć, ale byłam przerażona, jakby coś było nie tak. Patrzyłam na portret raz po raz, a w domu zaczęłam przeglądać nasze zdjęcia. Zobaczyłam zdjęcie Teda, na którym wyglądał podobnie, linia szczęki była identyczna. Zabrałam zdjęcie do przyjaciółki, pokazałam jej i obie byłyśmy w szoku. Tak bardzo przypominał Teda. Powiedziała mi: "Nie możesz być z kimś cztery lata i nie wiedzieć, kim jest. Jak możesz w ogóle tak myśleć?".
Ale to nie uspokoiło Elizabeth. Zaczęła dostrzegać wiele punktów wspólnych między jej partnerem a historiami, które rozgrzewały opinię publiczną:
Zbiegów okoliczności było tak dużo, że nie mogłam odpuścić. Czytałam w gazecie, że jakiś świadek porwania Georgann Hawkins widział mężczyznę o kulach. Byłam w szoku. Widziałam kule w pokoju Teda. Pomyślałam: "O nie!". W mojej głowie zrodziło się pytanie, czy on jest do tego zdolny? Przecież to nie ma sensu. Razem z przyjaciółką anonimowo zadzwoniłam na policję z budki telefonicznej i spytałyśmy, czy miał zegarek na prawej ręce. Ted nosił zegarek na prawej ręce. Odpowiedzieli, że nikt o tym nie wspomniał. Spytałyśmy, czy ten volkswagen na pewno był brązowy, ponieważ jego wóz był beżowy. Odpowiedzieli, że tak, był. Pomyślałam: "Uff, czyli to nie mój Ted". Odprowadziłam przyjaciółkę i poszłam do Teda. Leżeliśmy na podłodze i rozmawialiśmy, był po prostu moim Tedem. Czułam się jak wariatka, czemu w ogóle o tym pomyślałam?
Elizabeth nie miała wówczas pojęcia, jak bardzo jej skojarzenia były prawdziwe.
Policja rozpoczęła szeroko zakrojone poszukiwania Janice i Denise. Sprawdzano okoliczny teren z pomocą psów tropiących, patrolowano okolicę ze śmigłowca, specjaliści od psychologii na podstawie zebranych zeznań stworzyli też profil porywacza. Pracowała nad nim doktor Donna Schram, która - o ironio - znała prywatnie Teda Bundy'ego. Nakreślając jednak profil nieznajomego znad jeziora Sammamish, nie skojarzyła, że tak naprawdę opisuje znajomego. W dokumencie przekazanym śledczym uznała, że poszukiwany mężczyzna był manipulantem, pochodził z klasy średniej lub wyższej, większość jego życia kręciła się wokół kobiet oraz że miał swój typ, którego poszukiwał. Nie opierał się jednak na seksualności, a na pewnej niewinności i braku doświadczenia. Nie zależało mu na tym, by kobieta dała zielone światło do współżycia, chciał ją zdominować. To jednak było wciąż za mało, by wytypować konkretnego człowieka.
Elizabeth nie była jedyną osobą, która w dość prostym i mało szczegółowym portrecie pamięciowym dostrzegła znajomą twarz. Joel Kestenbaum z Wydziału Psychologii Uniwersytetu Waszyngtońskiego sięgnął po gazetę i niemal natychmiast skojarzył szkic ze swoim studentem. Był nim Ted Bundy. Czuł, że to niemożliwe i nieustannie powtarzał sobie, że przecież ten młody, ambitny człowiek nie byłby zdolny do tak potwornych rzeczy. Mimo to, chcąc być w zgodzie z samym sobą i swoim sumieniem, wykładowca zgłosił się na policję. Przyznał, że zamieszczony portret przypomina mu studenta Teda Bundy'ego. Śledczy dopytywali, czy przejawiał niepokojące zachowanie lub było w nim coś, co mogłoby sprawić, że powinien być wciągnięty na listę podejrzanych. Ale Kestenbaum odpowiedział stanowczo: "nie".
Siedem tygodni po głośnym zaginięciu Ott i Naslund myśliwi natknęli się na ludzkie szczątki. Znajdowały się w pobliżu parku Sammamish wśród wysokich chwastów i krzewów. Najpierw odnaleziono czaszkę, później ratownicy - przeczesując teren na kolanach - zobaczyli żuchwę. Ustalono, że należała do Janice. Nieco dalej znajdowały się czaszka i żuchwa Denise. Kawałek po kawałku składano w całość szkielety uprowadzonych dziewczyn. Nadzieje rodziny na odnalezienie młodych kobiet żywych uleciały bezpowrotnie. Co ciekawe, niemal w tym samym miejscu natknięto się również na szczątki innych osób. Przypuszczano, że należały do zaginionych wcześniej studentek, między innymi Georgann Hawkins, ale wtedy nie udało się tego potwierdzić.
W tym czasie Ted szykował się do przeprowadzki do Salt Lake City. Miał tam rozpocząć studia prawnicze na Uniwersytecie Utah. To oznaczało rozłąkę z Elizabeth, ale ustalili, że spróbują być parą na odległość. Relacje między nimi mocno się ochłodziły, głównie dlatego, że Ted stał się oziębły. Przekonywał, że jego uczucia nie wygasły, a zmiana zachowania to efekt stresu związanego z pracą. Elizabeth podejrzewała z kolei, że partner może ją zdradzać z innymi kobietami. Pod względem psychicznym czuła się coraz gorzej, dlatego zaczęła sięgać po alkohol. Ted był niezwykle ważną postacią w jej życiu, wizja, że mogłaby go utracić, była dla niej nie do zniesienia. Tym bardziej że partner stał się również istotną postacią dla jej córki. Dziewczynka przywiązała się do Bundy'ego, traktowała go jak członka rodziny. Ale i ona czuła, że relacje między nim a jego matką uległy znacznemu pogorszeniu:
Czułam, że go tracimy i było mi smutno. Czułam, że nie jesteśmy już tak blisko. Czułam, że nasza relacja przybiera zły obrót. Pamiętam, że to się zaczęło, kiedy bawiliśmy się w chowanego. Schował się pod kocem, weszłam do pokoju, ściągnęłam koc, a on był nagi. Byłam w szoku i powiedziałam: "Jesteś nagi". Na co on: "Tak, ponieważ mogę stać się niewidzialny, ale moje ubrania nie, a nie chciałem, żebyś mnie widziała". Próbowałam to rozgryźć, ale on mnie dotknął i zaczął grę w berka, więc musiałam przestać, bo nie chciałam być berkiem. Biegałam i się zastanawiałam, ale im więcej myślałam, tym było gorzej. Chciałam wytłumaczyć to w dziecinny sposób, że po prostu była to część zabawy. Zawsze łamał zasady, to była kolejna rzecz, dzięki której nie był jak inni dorośli - wspominała po latach Molly Kendall.
Elizabeth po cichu liczyła na to, że Ted zaproponuje jej, by wyjechali razem do Utah. Ale takie pytanie nigdy z jego ust nie padło. Para musiała więc nauczyć się żyć w nowym formacie związku, który zakładał dużo rzadsze spotkania i mniejszą częstotliwość kontaktów. Dla Liz było to niezwykle trudne, dla Teda prawdopodobnie znacznie łatwiejsze. Nawet jeśli tęsknił, to głowę napychał sobie zupełnie innymi wrażeniami, które oscylowały wokół kolejnej fali porwań młodych kobiet. Tak oto śmierć ciągnęła się za Bundym w każde miejsce, do którego dotarł.
Drugiego października 1974 roku zaginęła dziesiąta dziewczyna. Była nią szesnastoletnia Nancy Wilcox, którą widziano po raz ostatni, gdy wychodziła z domu przy Arnette Drive w Salt Lake City. Zarówno śledczy, jak i rodzice podejrzewali, że nastolatka uciekła. Nikt nie przypuszczał, że mężczyzna, który terroryzował stan Waszyngton, teraz za swój cel obrał Utah. Dlatego też nie wydano żadnego ostrzeżenia dla młodych dziewczyn i nie połączono zaginięcia Wilcox z podobnymi zbrodniami z innego obszaru. Nancy przepadła bez śladu, a jej ciała do dziś nie odnaleziono. Sprawa jej zaginięcia pozostaje nadal otwarta.
Osiemnastego października podobny los spotkał siedemnastoletnią Mellisę Smith, która była córką szefa policji Midvale, niewielkiego miasteczka oddalonego od Salt Lake City zaledwie 17 minut jazdy samochodem. Tego wieczoru Mellisa szykowała się na imprezę u koleżanki. Dziewczyna była niezwykle atrakcyjna i - oczywiście - miała długie jasnobrązowe włosy, które rozdzielała przedziałkiem pośrodku. Zanim wybrała się na całonocną zabawę, najpierw chciała pójść do przyjaciółki, która pracowała w pizzerii. Wychodząc z domu, miała na sobie dżinsy i koszulę.
Do przyjaciółki dotarła bez problemu. Porozmawiały chwilę, a następnie Mellisa pożegnała się i ruszyła w drogę powrotną. Chciała wejść jeszcze do domu, zabrać kilka rzeczy i wyskoczyć na wspomnianą imprezę. Ale zarówno do domu, jak i do znajomej nie dotarła. Na tym dość krótkim odcinku spotkała mężczyznę, który zakończył jej kilkunastoletnie życie. Zwłoki znaleziono dopiero dziewięć dni później. Jak wykazała sekcja, dziewczyna została brutalnie pobita, miała roztrzaskaną głowę. Niewykluczone, że użyto do tego łomu. Bezpośrednią przyczyną śmierci było jednak uduszenie. Na szyi dziewczyny wciąż widniała pończocha, którą zaciśnięto z taką siłą, że złamała jej kość gnykową znajdującą się tuż pod żuchwą. Melissa przed zabójstwem została też zgwałcona.
Bundy był prawdziwym drapieżnikiem, a w dodatku piekielnie nienasyconym. Porywał i mordował z niespotykaną wcześniej częstotliwością, a także gwałtownością. Wykorzystywał każdą okazję, by wytropić kolejny cel. Nic więc dziwnego, że na łowy wyruszył w Halloween. Trudno wyobrazić sobie bardziej sprzyjającą noc dla seryjnego mordercy w Stanach Zjednoczonych. Na każdym kroku imprezy do białego rana, powszechne rozluźnienie, zabawa i przebieranki. Łatwo wtopić się w tłum i wyciągnąć z niego najsłabsze ogniwo. W 1974 roku okazała się nim Laura Aime. Siedemnastolatka spędzała tę noc z przyjaciółmi. I na tym kończą się spójne źródła. Natknęłam się na co najmniej trzy różne wersje dotyczące tego, gdzie dokładnie była Laura w ostatnich godzinach swojego życia. Według jednej teorii siedemnastolatka bawiła się na domówce na przedmieściach Orem. Inna wersja głosi, że dom ten znajdował się w Lehi. A jeszcze inna - że faktycznie było to w Lehi, ale nie w domu, a w kawiarni. Obie miejscowości są od siebie oddalone mniej więcej 16 minut jazdy samochodem. Odległość więc - jak na próbę ustalenia, gdzie dokładnie była dziewczyna - jest dosyć spora.
Ta wysoka, bo mierząca 182 centymetry, dziewczyna o sylwetce modelki i długich prostych włosach z przedziałkiem na środku uwielbiała koczowniczy tryb życia. Jej temperament trudno było okiełznać nie tylko rodzicom, ale i nauczycielom, z którymi Laura pożegnała się na etapie szkoły średniej. Sporo czasu spędzała z przyjaciółmi, chwytała się też przeróżnych dodatkowych zajęć. Mimo to utrzymywała z rodziną poprawne kontakty. Dorastała w Salem w stanie Utah i często nawiązywała nowe znajomości. Jak dokładnie wyglądało jej uprowadzenie? Tu również pojawia się kilka wersji. Według jednej z nich nastolatka złapała stopa, by dostać się nim do centrum Lehi. Inna z kolej głosi, że dziewczyna wyszła z imprezy, bo ta wydała jej się nudna, i poszła samotnie do parku. Jest i trzecia opcja - Laura opuściła znajomych na chwilę, bo chciała kupić papierosy. Bez względu na to, czym się kierowała, wychodząc samotnie w środku nocy, pewne jest to, że na imprezę już nie wróciła. Na swojej drodze spotkała seryjnego mordercę, dla którego stała się kolejnym celem. Z późniejszych zeznań samego Bundy'ego, a także ustaleń śledczych wynika, że w tym czasie Ted poruszał się swoim garbusem. Mógł więc zwabić dziewczynę, by ta pomogła mu przy aucie, a Laura, która była w niewielkim stopniu pod wpływem alkoholu, nie wyczuła zagrożenia i zgodziła się na propozycję nieznajomego.
Poszukiwania nastolatki nie ruszyły od razu. Ze względu na jej dość rozrywkowy tryb życia nie wszyscy natychmiast zauważyli zniknięcie dziewczyny. Tym bardziej że halloweenową imprezę spędzała z osobami, które poznała niedawno, mogli więc uznać, że nie ma niczego złego w tym, że samotnie opuszcza spotkanie i już nie wraca na nie. Lub - co gorsza - nikt nawet nie zauważył jej zniknięcia. Dopiero po kilku dniach, gdy nie dawała znaku życia, rodzice zaczęli się niepokoić. Rozpoczęli poszukiwania na własną rękę, podpytując znajomych córki, czy wiedzą, gdzie ona jest. Niestety, nikt nie był w stanie im pomóc. Laura milczała, a jej rodzice przeczuwali najgorsze. Jeszcze przed zaginięciem córki czytali artykuł w prasie, który poświęcony był zabójstwu Melissy Smith. Każdy kochający rodzic odchodziłby w tej sytuacji od zmysłów. I tak samo było z państwem Aime.
Ich najgorszy koszmar ziścił się 27 listopada. Dwóch turystów wędrowało w okolicach kanionu American Fork. Właśnie tam natknęli się na zwłoki Laury. Policja, która przyjechała na miejsce, początkowo sądziła, że to poszukiwana Debra Kent, która zniknęła trzy tygodnie wcześniej. Fakt, że jest to siedemnastoletnia Aime, potwierdził jej ojciec. Rozpoznał ją po charakterystycznej bliźnie, której nabawiła się w przeszłości, jeżdżąc konno. Widząc zwłoki swojego dziecka, mężczyzna załamał się, później musiał zmagać się z depresją. Przez wiele lat nie potrafił sobie wybaczyć, że nie uchronił córki przed tak brutalną śmiercią.
Sekcja zwłok wykazała, że dziewczynie zadano silny cios w głowę. Jej czaszka była wgnieciona z tyłu po lewej stronie. Została też uduszona nylonową pończochą, w którą zaplątał się jej naszyjnik. Ze względu na obrażenia twarzy śledczy uznali, że nastolatka była też ciągnięta po ziemi. Sprawca wykorzystał ją również seksualnie. Według funkcjonariuszy dziewczyna mogła przebywać przez kilka, a nawet kilkanaście dni w innym miejscu, a jej ciało podrzucono w okolice kanionu. A to dlatego, że według autopsji jej zgon nastąpił dopiero 20 listopada, podczas gdy zaginęła w nocy z 31 października na 1 listopada. Patrząc na wcześniejsze działania Bundy'ego, ta wersja wydaje się jednak mało prawdopodobna. Zabójstwa, których się dopuszczał, zawsze były niezwykle gwałtowne. Przechodził do czynów niemal natychmiast po uprowadzeniu. W dodatku na nadgarstkach Laury nie znaleziono żadnych śladów, które świadczyłyby o tym, że była gdzieś więziona. Wątpliwy wydaje się scenariusz, w którym Ted więzi dziewczynę i nie krępuje jej w żaden sposób. Można więc przyjąć całkiem realnie, że przeprowadzający sekcję zwłok źle oszacował datę śmierci nastolatki.
W całej tej historii pojawia się jeszcze jeden ciekawy, choć moim zdaniem mało prawdopodobny wątek. Część znajomych Laury twierdziła, że dziewczyna znała Teda Bundy'ego. Miał wiele razy ją zaczepiać, a raz nawet przyznać wprost, że zamierza ją zgwałcić. Niektórzy twierdzili, że mężczyzna kręcił się też w gronie jej przyjaciół. Dlaczego uważam, że to mało realne? Bundy na ofiary wybierał obce kobiety, unikał jakiegokolwiek powiązania go z zaginięciami. Nie ograniczał się do ataków w jednym stanie, działał w kilku i pokonywał ogromne odległości, zostawiając po sobie ścieżkę usłaną trupami. Ponadto gdy Laura zaginęła, Bundy miał dwadzieścia siedem lat. Choć osobę w tym wieku postrzegamy raczej jako młodego człowieka, to na tle nastolatków wydaje się on po prostu zbyt dorosły i dojrzały. Gdyby dwudziestosiedmiolatek pokazywał się w gronie nastolatków, od razu zwrócono by na niego uwagę. I co najważniejsze - jego nazwisko w tej sprawie pojawiło się dopiero po zatrzymaniu Teda i sporządzeniu listy ofiar, a nie po zaginięciu Laury.
O zaginięciach i morderstwach w Utah zaczęły pisać media. Przyjaciółka Elizabeth miała tam rodziców, do których pojechała już po wyjeździe Teda. Gdy wróciła, od razu poszła do Liz i powiedziała jej, że zniknięcia dziewczyn, które były notowane w Waszyngtonie, teraz miały miejsce w Utah. Partnerka Bundy'ego miała złe przeczucia:
Zbiegów okoliczności było tak dużo, że nie mogłam odpuścić. Byłam przerażona. Następnego dnia zadzwoniłam do hrabstwa King. Detektyw, który odebrał, był bardzo cierpliwy, mówiłam rzeczy typu: "Wiem, że się mylę, ale zastanawiam się". Po prostu słuchał. Powiedziałam: "Mój chłopak ma na imię Ted. Jeździ volkswagenem". Detektyw przerwał mi i spytał: "Och, nie mówi pani chyba o Theodorze Robercie Bundym, prawda?". Powiedział, że już go sprawdzili i nie uznali za właściwego kandydata. Powiedział mi: "Spotkajmy się i porozmawiajmy". Zgodziłam się. Przejrzeliśmy albumy z naszymi zdjęciami, wziął kilka. Po tym spotkaniu czułam, że to zawodowiec, że wszystko sprawdzi i da mi odpowiedź. Zadzwoniłam znowu i spytałam, czy pokazał zdjęcia świadkowi. A on nie pamiętał, kim jestem.
Po chwili śledczy przyznał, że pokazywał zdjęcie Teda jednemu ze świadków, ale ten go nie rozpoznał. Policjant uznał więc, że temat Bundy'ego można uznać za zamknięty.
Ósmego listopada 1974 roku Ted nie miał już takiego szczęścia. Po raz pierwszy zaliczył poważną wpadkę przy próbie porwania, która w późniejszym procesie mocno go obciąży.
Był to dość ponury i deszczowy wieczór. Osiemnastoletnia Carol DaRonch wybrała się do centrum handlowego Fashion Place Mall na przedmieściach Murray w Utah. Gdy była w księgarni, podszedł do niej uśmiechnięty przystojny mężczyzna, który zapytał, czy to jej auto stoi przed sklepem. Odpowiedziała, że tak. Wtedy nieznajomy powiedział, że jest policjantem i właśnie funkcjonariuszom udało się zatrzymać kogoś, kto próbował włamać się do jej pojazdu. Zapytał więc, czy dziewczyna pójdzie z nim i sprawdzi, czy z samochodu coś zniknęło. Carol nie była do końca przekonana, jednak miała poczucie, że skoro to policjant, powinna dostosować się do jego poleceń, dlatego zgodziła się i ruszyła z obcym mężczyzną. Gdy dotarli na miejsce, dziewczyna szybko rzuciła okiem do środka pojazdu i oznajmiła, że wszystko jest w porządku i nie wygląda na to, by złodziej zdążył cokolwiek zabrać. Wtedy policjant zaproponował, by wsiadła do jego auta i pojechała z nim na komisariat, gdzie przewieziono zatrzymanego mężczyznę. Carol miała coraz większe podejrzenia co do całej sytuacji. Zapytała więc nieznajomego o tożsamość. Odparł, że nazywa się Roseland, a na dowód machnął jej przed oczami portfelem, zupełnie jakby znajdowała się tam policyjna odznaka. Następnie ponownie zaproponował, by wsiadła do samochodu i pojechała z nim na posterunek. Mimo niepewności Carol zgodziła się, choć miała wrażenie, że czuje od mężczyzny woń alkoholu. Panika ogarnęła ją, gdy kierowca gwałtownie ruszył i wcale nie pojechał w kierunku posterunku policji.
Będąc w aucie, zorientowałam się, że źle zrobiłam. Nagle ruszył, wjechał na krawężnik, wtedy spanikowałam. Pamiętam, że do niego krzyczałam: "Co ty wyprawiasz?". Nic nie odpowiedział, widziałam w nim zmianę. Pamiętam, że wyciągnął broń i powiedział: "Rozwalę ci łeb". Pomyślałam - proszę bardzo. Zginę na miejscu. Czułam, że powinnam walczyć. Za wszelką cenę uciec. Otworzyłam drzwi i wypadłam na ulicę, a on po mnie wyszedł. Pamiętam, że miał w ręku łom, próbował uderzyć mnie w głowę. Nie było łatwo. Nadjechał samochód, a ja do niego wskoczyłam.
Carol rozpoczęła walkę o życie w momencie, gdy Ted próbował założyć jej na rękę kajdanki. Nie udało mu się, a dziewczyna nie tylko uszła z tego spotkania z życiem, ale też doskonale wiedziała, jak wygląda napastnik. Zeznała policji, że od razu go rozpozna, jak tylko go zobaczy. Oczywiście na parkingu, z którego dziewczyna została porwana, nie było już charakterystycznego garbusa. Ted odjechał, by polować na kolejną ofiarę.
Bundy był wściekły. Jego doskonale opracowany plan okazał się porażką. Popełnił rażący błąd, który mógł przybliżyć do niego śledczych. Ale zamiast myśleć racjonalnie, Ted kierował się jedynie żądzą krwi, która przez ucieczkę Carol jeszcze bardziej wzrosła. Tego samego wieczoru, zaledwie godzinę po próbie porwania sprzed centrum handlowego, mężczyzna dotarł do Bountiful położonego niecałe 30 kilometrów od Murray. W tamtejszej szkole Viewmont High School odbywało się właśnie przedstawienie. Bundy wszedł za kulisy i zaczepił młodą nauczycielkę. Podobnie jak w przypadku Carol również tu próbował nakłonić kobietę, by poszła zidentyfikować auto. Ale nauczycielka odmówiła. Czuła ogromny niepokój, stojąc przy mężczyźnie, zaproponowała więc, że przyprowadzi męża, który będzie mógł pomóc. Wtedy Ted wycofał się i zrezygnował z dalszej próby zwabienia kobiety w pułapkę.
Debra Kent nie miała tyle szczęścia. Nastolatka również była na przedstawieniu, towarzyszyli jej rodzice. Zaproponowała, by poczekali na nią w szkole, a ona pojedzie po brata, który w tym czasie bawił się na lodowisku. Rodzice zgodzili się, wówczas nie mieli jeszcze pojęcia, że widzą córkę po raz ostatni.
Debby nie dotarła na lodowisko. Nie wróciła też na przedstawienie. Rodzice czekali na nią, coraz bardziej się niecierpliwiąc. W końcu wyszli przed budynek i tam zobaczyli, że samochód, którym córka miała pojechać po brata, wciąż stoi na parkingu. Dotarli do najbliższej budki telefonicznej i zadzwonili do domu, ale nikt nie odbierał. Skontaktowali się więc z lodowiskiem, na którym miał być ich syn. Okazało się, że chłopiec wraz z kolegami wciąż jeździ na łyżwach. Rodzice nie mieli wyjścia, musieli powiadomić policję.
W trakcie przesłuchań świadków okazało się, że między godziną 22.00 a 23.00 kilka osób słyszało krzyki, niektórzy mówili też o huku, który docierał z okolic szkoły. Jednak nikt niczego nie widział, więc niepokojące odgłosy zostały zignorowane. Podczas przeszukania parkingu, na którym mogło przytrafić się Debby coś niepokojącego, odnaleziono klucz do kajdanek. To wzbudziło jeszcze większe obawy o los siedemnastolatki. Złowieszczo brzmiały też zeznania nauczycielki Rae Shephard, która przed zniknięciem dziewczyny natknęła się na obcego mężczyznę. Jej wersję można znaleźć w policyjnym raporcie:
Myślę, że było wtedy około 19.45. W holu było ciemno, ale widziałam całkiem dobrze. Mężczyzna, który stał samotnie w połowie korytarza, podszedł do mnie, gdy szłam w kierunku garderoby. Powiedział: "Przepraszam, czy mogłabyś wyjść na parking i spróbować zidentyfikować samochód?". Powiedziałam, że jestem zajęta, i zapytałam, czy potrzebuje pomocy. Jeśli tak, to spróbuję znaleźć kogoś, kto mu pomoże. Powiedział: "To zajmie tylko kilka sekund, muszę dowiedzieć się, czyj to samochód". Powiedziałam "przepraszam" i poszłam do garderoby. Jego zachowanie naprawdę mnie wkurzyło, o czym powiedziałam później mężowi. Byłam w szatni około pół godziny, potem wracałam korytarzem (było około 20.15-20.30). Byłam sama, a on nadal stał mniej więcej w tym samym miejscu. Powiedziałam: "Cześć, znalazłeś już kogoś?". Ale nie wypowiedział ani słowa, tylko patrzył na mnie. Oglądałam przedstawienie i znów musiałam pomóc w zmianie kostiumów. Było to jakieś 20 minut później. Ruszyłam z powrotem korytarzem, była to moja trzecia podróż, a on znów tam był (około 20.50-21.00). Zaczął podchodzić do mnie i powiedział: "Hej, hm... Naprawdę ładnie wyglądasz". Powiedziałam: "Dzięki". Odparł: "Jesteś pewna, że nie możesz mi pomóc z tym samochodem, to zajmie tylko kilka sekund". Powiedziałam: "W tej chwili się spieszę, ale mój mąż może ci pomóc". Odpowiedział: "Przy okazji", i podszedł bliżej, mówiąc: "Czy wiesz, czy Brent Olsen jest tutaj?". Zapytałam, czy to członek obsady, czy tylko uczeń, a on odpowiedział: "To nic takiego, po prostu zastanawiałem się, czy go znasz". Odeszłam szybko. W przerwie, około 21.20-21.30, stałam przy frontowych drzwiach audytorium, wtedy podszedł do zachodnich drzwi i wyszedł. Pomyślałam sobie, że jest strasznym gnojkiem, bo nawet nie oglądał spektaklu. Weszłam do audytorium i usiadłam w tylnym rzędzie, przy przejściu. Około 22.35 wszedł przez drzwi za mną, pochylił się na jakieś 30 sekund, a potem usiadł niedaleko mnie. Jego włosy były potargane i oddychał tak ciężko, że aż ludzie przed nim odwrócili się, żeby na niego spojrzeć. Siedział przez jakieś 3-5 minut, a potem wstał i wyszedł frontowymi drzwiami. Miał około trzydziestu czterech-trzydziestu sześciu lat, ładną sylwetkę, dobrze umięśnione nogi i płaski brzuch. Duże, grube wąsy zakończone brodą. Włosy były ciemnobrązowe i długie. Miał oliwkową cerę i ładną skórę. Duże okrągłe oczy, długie rzęsy, grube łukowate brwi. Moim zdaniem był bardzo przystojny. Miał na sobie lakierki w ciemnym kolorze, jasne spodnie, kolorową koszulę i ciemną sportową marynarkę. Krawat miał wzór na środku i klips tuż pod nim.
Te zeznania rzucały nowe światło na wydarzenia listopadowego wieczora. Śledczy zaczęli podejrzewać, że tajemniczy mężczyzna może stać za zniknięciem nastolatki. Zaczęto przeszukiwać teren - najpierw sprawdzono szkołę, później parking, pobliskie centrum motoryzacyjne, a także boisko do piłki nożnej, potok i sąsiednie sady, szopy oraz puste domy. Wszystko na nic, Debby nigdzie nie było. W tym czasie policjanci dostali informację, że w Murray tego samego dnia ktoś próbował uprowadzić inną młodą kobietę. Skontaktowano się z tamtejszym posterunkiem i okazało się, że dziewczynie usiłowano założyć kajdanki. I, co ważniejsze, funkcjonariusze wciąż je mieli. Sprawdzono je więc z kluczem znalezionym przy szkole i bingo! - oba elementy pasowały do siebie idealnie.
Z funkcjonariuszami skontaktowała się Katherine Ricks, która również tego dnia miała być zaczepiana przez nieznajomego mężczyznę. Podszedł do niej około godziny 21.50, gdy przedstawienie jeszcze trwało. Miał ciemne kręcone włosy, okulary w plastikowych oprawkach, ciemnoniebieski garnitur, był też średniej budowy. Mężczyzna dopytywał Katherine, czy zna pewnego chłopca (dziewczyna nie zapamiętała jego imienia i nazwiska), mówiąc, że to jego brat. Gdy Ricks dopytała, czy chodzi do tej szkoły, odparł, że nie śledzi jego życia aż tak dobrze. Potem zapytał, czy pomoże mu z samochodem, z którym ma problem. Dziewczyna odmówiła i zniknęła w audytorium, zostawiając nieznajomego za sobą. Mężczyznę o podobnym rysopisie widziało tego wieczora co najmniej kilka innych osób. Większość przyznała, że kręcił się w holu, trochę tak, jakby kogoś szukał. Na podstawie wszystkich zeznań sporządzono portret pamięciowy, który pokazano Carol DaRonch. Dziewczyna nie była jednak do końca pewna, czy to ten sam sprawca. Mówiła, że nie pamięta, czy miał wąsy i czy czesał włosy w taki właśnie sposób, jak przedstawiono na rysunku. Przyznała jednak, że mogła to być jedna i ta sama osoba. Na podstawie opisu zatrzymano kelnera, którego zidentyfikowała też część świadków. Szybko jednak udowodniono, że nie miał nic wspólnego ze zniknięciem Debry Kent.
Poszukiwania nastolatki trwały długo. W 1975 roku wyznaczono nawet nagrodę za pomoc w jej odnalezieniu. Nic z tego, dziewczyna jakby zapadła się pod ziemię. Jej ciała nigdy nie odnaleziono. Mimo to rodzice nie tracili wiary i każdego dnia od zaginięcia córki zapalali lampę przed domem, by wiedziała, że wciąż na nią czekają.
W styczniu 1975 roku dyplomowana pielęgniarka Caryn Campbell spędzała urlop w Aspen w Kolorado. Towarzyszył jej narzeczony, kardiolog Raymond Gadowski, a także dwoje jego dzieci. Gdy we czworo siedzieli w saloniku pensjonatu, kobieta przypomniała sobie, że zostawiła w pokoju czasopismo. Poszła więc do windy, uprzedzając partnera, że wkrótce wróci. Ale coś się po drodze wydarzyło i Caryn nie dotarła zarówno do pokoju 210, w którym była zameldowana, jak i do partnera. Mężczyzna zaczął się niepokoić, gdy narzeczona nie pojawiała się przez zbyt długą chwilę. Udał się więc do pokoju, by sprawdzić, co dzieje się z Caryn. Ale ku swojemu zaskoczeniu, nie zastał jej tam. Co gorsza, wszystko wskazywało na to, że kobieta w ogóle nie dotarła na miejsce. Czasopismo, po które się udała, nadal leżało na stojaku, dokładnie tak jak para zostawiła je przed wyjściem z pokoju. Gadowski miał złe przeczucia. Około godziny 22.00 powiadomił policję w Aspen. Natychmiast ruszyły poszukiwania pielęgniarki. Przeszukano cały budynek hotelu, łącznie z szybami windy, ale kobiety nigdzie nie było. Nikt jej również nie widział. Aż do 18 lutego (według niektórych źródeł był to 17 lutego). Wtedy pracownik ośrodka wypoczynkowego znalazł nagie zwłoki kilka kilometrów od pensjonatu, w którym przebywała. Sekcja potwierdziła, że była to poszukiwana pielęgniarka. Ustalono, że zginęła z powodu urazu czaszki. Co prawda nie wiadomo, jakim narzędziem zadano ciosy, ale nie było wątpliwości, że jej śmierć nastąpiła chwilę po tym, jak opuściła bliskich i udała się po czasopismo. A to z kolei oznaczało, że na oprawcę natknęła się na korytarzu między windami a pokojem 210.
Takim oto sposobem Kolorado stało się trzecim stanem, w którym zabijał Bundy. Gdy wyniósł się z Waszyngtonu i Utah, zniknięcia młodych kobiet ustały. Ale w Kolorado koszmar dopiero się zaczynał. Piętnastego marca zniknęła Julie Cunningham, 6 kwietnia Denise Oliverson, 15 kwietnia Melanie Cooley, a 1 lipca Shelley Robertson. I tak jak nagle seria zaginięć i zabójstw się zaczęła, tak równie gwałtownie się zakończyła. Podobnie jak szczęście samego Bundy'ego. Szesnastego sierpnia 1975 roku w West Valley City w stanie Utah sierżant Bob Hayward, funkcjonariusz drogówki z dwudziestodwuletnim stażem, podjechał pod swój dom. Wtedy zauważył przejeżdżającego obok garbusa. Nie kojarzył auta, a znał w okolicy wszystkich. W dodatku kierowca nie włączył świateł, dlatego funkcjonariusz ruszył za pojazdem, by sprawdzić, kto siedzi za kółkiem. Wtedy jednak samochód przyspieszył. Rozpoczął się dość krótki pościg, który zakończył się na parkingu opuszczonej stacji benzynowej. Hayward wysiadł z pojazdu i podszedł do kierowcy, który oznajmił, że się po prostu zgubił. Ale w to wyjaśnienie trudno było uwierzyć, zważywszy na to, że przed chwilą mężczyzna uciekał, nie zatrzymując się na światłach i skrzyżowaniach. Dlatego funkcjonariusz poprosił kierowcę o dokumenty. Zaczął też wypytywać go o powód jego wizyty w tych okolicach. Nieznajomy twierdził, że przyjechał do kina samochodowego, by obejrzeć film Płonący wieżowiec, a wracając z seansu stracił orientację w terenie. Policjant szybko wyczuł, że mężczyzna znów kłamie, bo tego dnia - o czym doskonale wiedział - nie grano takiego filmu. Hayward wezwał drugi patrol, który pojawił się już po chwili. Wtedy kierowca zrozumiał, że ma problemy. Nie mógł już uciec ani wykręcić się uśmiechem i zabawną historyjką. W dodatku śledczy zaczęli przyglądać się jego samochodowi. Zauważono bowiem, że wymontowano w nim fotel pasażera, a za siedzeniem kierowcy leży łom. W pojeździe znaleziono również torbę pełną przedmiotów, które mogły posłużyć do włamania: kominiarka, szpikulec do lodu, latarka, rękawice, maska z rajstop, kajdanki, sznur i drut. W taki oto sposób doszło do pierwszego, ale nie ostatniego zatrzymania Teda Bundy'ego.
Notatka po tym incydencie zawierała następującą treść:
Oficer zgłaszający udał się do biura szeryfa hrabstwa Salt Lake i skontaktował się z zastępcą Jerry'ego Thompsona, który poinformował tego funkcjonariusza, że aresztowano Theodore'a Bundy'ego. Posiadał torbę z kilkoma przedmiotami, w tym zestaw kajdanek i parę nylonowych rajstop, maskę narciarską, prześcieradło rozdarte na paski, dwa lub trzy kawałki liny, łom i inne różne przedmioty. Oficer sprawozdawczy uzyskał zdjęcie pana Bundy'ego i wrócił do Bountiful, gdzie nawiązano kontakt z panią Raylene Shepard [nauczycielka, którą zaczepiał Bundy] i pokazano jej wyżej wymienione zdjęcia. Zatrzymała się przy zdjęciu pana Bundy'ego. Stwierdziła, że włosy i rysy twarzy pasują, a jeśli dołoży się wąsy, to może być to poszukiwany podejrzany.
Carol również rozpoznała Teda wśród innych podejrzanych. Gdy stanął naprzeciwko niej, za szybą, od razu wiedziała, że to ten sam mężczyzna, który próbował ją zabić. Jego chód, mimika twarzy, a także samo spojrzenie - tego nie dało się zapomnieć, zwłaszcza gdy trzeba było siedzieć z psychopatą twarzą w twarz w zamkniętym samochodzie.
Śledczy poddali też analizie przedmioty znalezione w aucie Bundy'ego. Okazało się, że kajdanki, które miał przy sobie, były tej samej produkcji jak te na nadgarstku Carol DaRonch. Dziewczynie grożono łomem - a Ted miał łom w swoim samochodzie. On sam tą wydłużającą się listą dowodów zupełnie się nie przejmował, a przynajmniej takie sprawiał wrażenie. Zachowywał się tak, jakby cała ta sytuacja po prostu go bawiła, a na każdy wskazany przez śledczych przedmiot miał konkretne wytłumaczenie, choć nie do końca wiarygodne. Policjanci zdecydowali się na przeszukanie jego mieszkania przy Pierwszej Alei w Salt Lake City. Znaleziono tam mapę, na której zaznaczono ośrodki i trasy narciarskie w Kolorado. Ted przekonywał, że nigdy nie był w tym rejonie, a mapa musiała należeć do kolegi. Poza nią funkcjonariusze nie znaleźli już niczego, co mogłoby posłużyć jako dowód w związku z próbą porwania Carol albo zaginięciem Melissy, Laury czy Debry. Wystąpiono więc o wyciągi z karty kredytowej, by sprawdzić, gdzie tankował samochód, skontaktowano się również z jego narzeczoną.
Elizabeth już wtedy była w absolutnej rozsypce. Podejrzenia co do ukochanego nie dawały jej spokoju. W głębi duszy czuła, że mogą one być prawdziwe, choć nieustannie odrzucała od siebie wizję, w której Ted, jej Ted, jest seryjnym mordercą. Był przecież troskliwy, opiekował się jej córką, dla której stał się poniekąd drugim ojcem, spędzał z nimi czas, planowali razem przyszłość. Czasem miała pretensje do siebie, że ulega tym negatywnym, oskarżycielskim myślom, ale jednocześnie nieustannie czuła lęk, bo wiedziała, że nie wszystko w opowieściach Teda było szczere i prawdziwe. Dlatego po rozmowie z funkcjonariuszami zgodziła się na współpracę. W trakcie rozmów przyznała, że partner często znikał w nocy, a później te wyprawy odsypiał w ciągu dnia. Co jakiś czas odnajdowała przedmioty, których pochodzenia nie była w stanie wyjaśnić. Były to na przykład klucz do kół przyklejony taśmą pod fotelem auta, gips modelarski czy kule. Co ważniejsze - Ted nie miał alibi, bo nie było go przy niej w żadną z nocy, w które zaginęły dziewczęta w stanie Waszyngton. Wszystko to, co mówiła Elizabeth, było mocno niepokojące. I łączyło się w spójną całość.
Czarne chmury gęstniały nad głową Teda, choć on sam sprawiał wrażenie, jakby kompletnie tego nie zauważał. Był przekonany, że wkrótce wyjdzie na wolność, i nie zdawał sobie sprawy, że policjanci z Waszyngtonu, Utah i Kolorado połączyli siły i właśnie szukają dowodów, którymi mogliby obciążyć go w związku z zaginięciami młodych kobiet w tych stanach. Po sprawdzeniu kart Bundy'ego okazało się, że tankował samochód w pobliżu miejsc, w których zniknęły Caryn, Julie i Denise. Ted obsesyjnie pilnował, by w trakcie długich podróży nie zabrakło mu paliwa. I to go zgubiło. Jego wizyty na stacjach benzynowych stanowiły swoistą mapę wyjazdów, które pokrywały się z punktami morderstw. Ta poszlaka była jedną z wielu, które pojawiły się w późniejszym procesie Bundy'ego.
Dni mijały, a Ted nie wychodził na wolność. Wciąż przebywał w areszcie w Salt Lake City, a śledczy gromadzili coraz dłuższą listę zeznań świadków, którzy połączyli Bundy'ego również z zaginięciami nad jeziorem Sammamish. Mężczyzna jeździł garbusem, a właśnie taki samochód widziało w 1974 roku kilka osób. Ted pasował też do rysopisu, często naśladował brytyjski akcent, miał podejrzane przedmioty, w tym gips i kule, a przecież poszukiwany w Waszyngtonie mężczyzna właśnie przez udawanie niepełnosprawnego zwabiał ofiary. Ale było to za mało, by oficjalnie oskarżyć go o jakąkolwiek zbrodnię dokonaną wtedy nad jeziorem. Same przeczucia i podobieństwa nie wystarczały, potrzebne były mocne dowody.
Bundy, jak wielu psychopatów, miał wyjątkową umiejętność przyciągania do siebie ludzi i manipulowania nimi. Nic więc dziwnego, że otoczył się sporą grupką wiernych przyjaciół, którzy po aresztowaniu nie wierzyli w jakiekolwiek podejrzenia pod adresem swojego znajomego. Dlatego ruszyli ze zbiórką pieniędzy na kaucję dla Teda. Zapewniali, że zatrzymanie to efekt koszmarnej pomyłki, a sam Bundy to inteligentny, łagodny, uśmiechnięty człowiek, a nie bestia odpowiedzialna za brutalne mordy. Głęboko wierzyli w to, że Ted był po prostu kozłem ofiarnym - znalazł się w złym miejscu, w złym czasie.
Bundy mógł ogłosić mały sukces, bo 20 listopada po trzech miesiącach spędzonych w areszcie mógł wyjść na wolność. Co prawda za kaucją, a także pod stałą policyjną obserwacją, ale było to lepsze niż dalsze przebywanie za kratkami. Na tamtym etapie dowody, którymi dysponowali śledczy, były jedynie poszlakowe, każdy dobry adwokat wykorzystałby to w sądzie i podważył większość przedstawionych wersji. Policjanci nie mieli wyjścia, musieli czekać, aż znajdą na Bundy'ego nieco więcej albo on sam popełni kolejny błąd.
Ted wrócił do Seattle. Elizabeth, choć nawiązała współpracę z funkcjonariuszami, wciąż mocno wierzyła w to, że jej partner jest niewinny. Liczyła na to, że wkrótce odnajdą się jakieś dowody potwierdzające, że Bundy nie miał nic wspólnego ze zniknięciami młodych dziewczyn. On sam też był przekonany, że wszystko ułoży się zgodnie z jego planem i nie wróci za kratki. Był bardzo pewny siebie, sądził, że policja nie zdobędzie przeciwko niemu wystarczających dowodów. Miał duże wsparcie w rodzinie, a także w przyjaciołach. Nieustannie zapewniali funkcjonariuszy, że Ted nie jest zdolny do skrzywdzenia kogokolwiek. Na dowód wsparcia jego rodzice wpłacili kaucję w wysokości 15 tysięcy dolarów, dzięki której Ted mógł wyjść na wolność. Ale nie cieszył się nią długo.
W styczniu 1976 roku funkcjonariusze zgromadzili wystarczającą liczbę dowodów, która pozwalała oskarżyć mężczyznę o napaść i porwanie Carol DaRonch. Najważniejszym punktem miało być to, że dziewczyna rozpoznała oprawcę. Spełnił się najgorszy koszmar Bundy'ego - wrócił za kratki.
Zaczął pisać listy już w areszcie w Salt Lake City. Prosił, bym stanęła po jego stronie. Wspominał mnie i moją córkę jako najlepsze, co mu się przytrafiło, i że to właśnie za nami tęskni najbardziej. Czułam, że mną manipuluje. Chciałam się pożegnać, ale nie potrafiłam. Czułam, że byliśmy zamknięci razem, to było bolesne.
Bundy pisał do Elizabeth regularnie. Nie chciał się z nią rozstawać i wierzył, że uda mu się ją przekonać o swojej niewinności. Ale przed nim było wówczas jeszcze trudniejsze zadanie, bo najpierw do swojej wersji musiał przekonać sąd.
Proces ruszył 23 lutego. Prowadził go sędzia Stewart Hanson. Ted podszedł do całej sprawy w typowy dla siebie sposób - był uśmiechnięty, elokwentny i pewny siebie. Sądził, że wszystko potoczy się szybko, a on wkrótce ponownie będzie mógł cieszyć się wolnością. Do sali wszedł uczesany, ogolony, z wielką muchą przyczepioną do koszuli. Choć już wtedy w przestrzeni publicznej pojawiały się informacje, że zatrzymany Ted może być właśnie tym Tedem, którego szukano od 1974 roku, większość obecnych wówczas w sądzie, widząc Bundy'ego, nie do końca wierzyła w jego winę. Nie wyglądał na porywacza i mordercę. W dodatku sama Carol była bardzo zdenerwowana. Widząc uśmiechniętego napastnika, który kilka miesięcy temu próbował ją uprowadzić i najpewniej zabić, nie mogła ukryć emocji. Bundy obserwował ją z uśmiechem na twarzy, był przy tym niezwykle arogancki. Jego obrońcy zadawali bardzo szczegółowe pytania:
John O'Connell: Widziałaś tego mężczyznę tuż przed sobą, za sobą? Jak?
Carol DaRonch: Twarzą w twarz.
John O'Connell: Jak byłaś ubrana?
Carol DaRonch: Miałam lewisy i skórzany płaszcz z futrem.
John O'Connell: Jakie były pierwsze słowa, które wypowiedział do ciebie ten człowiek?
Carol DaRonch: Zapytał mnie, czy na parkingu Sears stoi mój samochód.
John O'Connell: Na parkingu?
Carol DaRonch: Tak.
John O'Connell: Czy ten człowiek jest dziś obecny w sądzie, Carol?
Carol DaRonch: Tak.
John O'Connell: Gdzie siedzi?
Carol DaRonch: Właśnie tam.
John O'Connell: Powiesz mi, co ma na sobie?
Carol DaRonch: Niebiesko-szary garnitur.
Obrońca próbował podważyć każde słowo Carol, udowadniając jej, że nie pamięta nawet, czy napastnik miał wąsy. Dziewczyna płakała, robiła pauzy, czasem wpadała w histerię. Później pytania zadawał prokurator okręgowy David Yocum. Widząc zdenerwowanie dziewczyny, starał się ją nieco uspokoić. Ale nie było to łatwe. Carol, choć bardzo się starała, nie mogła znieść spojrzenia Bundy'ego, który nieustannie wbijał w nią wzrok.
W końcu przyszła pora na Teda. Prokurator wziął go w krzyżowy ogień pytań:
David Yocum: Chcę pokazać państwu dowód numer 65 i poprosić o sprawdzenie podpisów, dobrze, panie Bundy?
Ted Bundy: Tak.
Tu prokurator wyjął potwierdzenia ze stacji benzynowych, na których tankował Bundy.
David Yocum: Czy wszystkie zawierają pańskie podpisy?
Ted Bundy: Wyglądają na moje podpisy.
David Yocum: Czy miał pan kartę kredytową Chevron?
Ted Bundy: Tak, miałem.
David Yocum: Czy wciąż ją pan ma?
Ted Bundy: Nie.
David Yocum: A pamięta pan numer tej karty?
Ted Bundy: Nie.
David Yocom: Na tych wycinkach z opłat znajduje się numer tablicy rejestracyjnego Waszyngtonu IBH-521?
Ted Bundy: Hm... Mhm.
David Yocum: Czy to był numer pańskiego volkswagena?
Ted Bundy: Tak.
David Yocum: Czy kiedykolwiek kupił pan parę kajdanek, panie Bundy?
Ted Bundy: Nie pamiętam.
David Yocum: Czy miał pan kiedykolwiek okazję nosić sztuczne wąsy?
Ted Bundy: Jakieś siedem, osiem lat temu, kiedy wróciłem na studia, wąsy były modne, więc kupiłem takie. Ale to wyglądało śmiesznie i tanio, i po pierwszej próbie założenia ich pomarszczyły się, zwinęły i nie używałem ich już później.
David Yocum: W żadnej innej sytuacji?
Ted Bundy: Nie, proszę pana.
Ted miał przeciwko sobie świetnego prokuratora, dowody poszlakowe, zeznania świadków, a do tego kilkakrotnie przyłapano go na kłamstwie. Sędzia nie dał się zwieść jego elokwencji i schludnemu wyglądowi. Choć obecnym na sali mediom wydawało się, że Bundy został zatrzymany przez pomyłkę, bo przecież nie wyglądał na przestępcę, to przy ogłaszaniu decyzji sędzia nawet przez chwilę się nie zawahał. Pierwszego marca Ted usłyszał, że jest winny napaści i próby uprowadzenia Carol DaRonch. Był zszokowany. Do tego momentu nie dopuszczał do siebie myśli, że może zostać skazany. Głęboko wierzył w to, że dowiedzie swojej niewinności i wkrótce będzie cieszyć się dotychczasowym życiem na wolności.
Tuż po ogłoszeniu wyroku Bundy został zakuty w kajdanki. Elizabeth, obecna wówczas na sali, podbiegła do ukochanego i mocno go przytuliła. Mimo takiej decyzji sędziego nadal nie dopuszczała do siebie myśli, że jej partner mógł kogokolwiek skrzywdzić. Uważała, że cały proces jest raczej dowodem na nieudolność wymiaru sprawiedliwości. Tymczasem Bundy za napaść na Carol miał spędzić w więzieniu od roku do piętnastu lat. Od razu zapowiedział apelację. W tym czasie poddano go też badaniom psychologicznym, które wykazały, że ma osobowość pasywno-agresywną.
Bundy ponownie trafił do aresztu. W zamknięciu rozpoczął intensywne przygotowania do kolejnej batalii, która miała dowieść jego niewinności. Nie miał pojęcia, że w tym czasie kompletowane było kolejne oskarżenie. Gdyby nic nowego na niego nie wypłynęło, mógłby cieszyć się wolnością nawet po kilkunastu miesiącach. Ale wreszcie służby z kilku stanów zaczęły ze sobą współpracować i dzielić się informacjami. Policjanci w końcu dostrzegli całą sieć powiązań między Tedem Bundym a zaginionymi i zamordowanymi kobietami. W ten sposób połączono go z pielęgniarką Caryn Campbell. Dziwnym trafem to właśnie Ted używał karty kredytowej w pobliżu miejsca, w którym kobieta zginęła. Na tym jednak nie koniec. Sprawdzono też jego garbusa. Znaleziono w nim włosy aż trzech domniemanych ofiar - wspomnianej Caryn Campbell, Melissy Smith, a także Carol DaRonch. Łom, który odnaleziono tuż po zatrzymaniu, pasował z kolei do obrażeń głowy, które miała pielęgniarka. To wszystko układało się więc w coraz wyraźniejszą całość, a śledczy nie mogli nie dostrzec tej siatki powiązań. Służby z Kolorado miały wystarczająco dużo dowodów, by postawić Bundy'emu zarzuty.
Usłyszał je 22 października 1976 roku. Zdecydowano też o jego ekstradycji do Kolorado. Bundy opuścił Utah 28 stycznia 1977 roku. Trafił do aresztu, w którym bardzo szybko zdobył sobie sympatię strażników. Byli do tego stopnia mu przychylni, że pozwalali nawet na opuszczanie aresztu bez kajdanek. Często z nim rozmawiali, żartowali, zupełnie tak, jakby również nie wierzyli w jego winę. A przecież usłyszał już jeden wyrok skazujący, kolejna sprawa była w toku i wiele wskazywało na to, że nie będzie to dla Teda spokojny spacerek. Niektórzy śledczy sygnalizowali, że takie pobłażanie Bundy'emu to błąd, bo jest świetnym manipulatorem i trzeba uważać na to, co i jak się do niego mówi. Część przypuszczała nawet, że Ted przy najbliższej okazji po prostu ucieknie. Tym bardziej że jeszcze w Utah odnaleziono przy nim zestaw, który mógłby pomóc mu w przedwczesnym wyjściu na wolność. Strażnicy te wszystkie ostrzeżenia jednak zignorowali.
Przygotowując się do walki w Kolorado, Bundy miał wrażenie, że jego adwokaci niewystarczająco się starają. Dlatego postanowił bronić się głównie sam. Prawnicy z urzędu, których wówczas otrzymał - Chuck Leidner i Jim Dumas - decyzją sądu pozostali jednak jako jego doradcy. 13 kwietnia 1977 roku Bundy został przeniesiony z aresztu hrabstwa Pitkin do hrabstwa Garfield w Glenwood Springs. Tam również błyskawicznie znalazł przychylnych sobie ludzi. Nawiązał bardzo dobry kontakt z szeryfem Edem Hoguem, a w związku z tym, że bronił się sam, pozwolono mu korzystać z biblioteki prawniczej w Aspen. Dano mu tam - dosłownie i w przenośni - wolną rękę. Nie musiał nosić kajdanek, mógł za to swobodnie przechadzać się między regałami i czerpać z dostępnych zasobów. Był traktowany nie jak oskarżony, a raczej jak adwokat. On sam zresztą sprawiał wrażenie, jakby doskonale wiedział, co robi, czego potrzebuje i jak powinna wyglądać cała jego strategia obronna. Z ołówkiem w dłoni, zamyślony, czytał książki i robił notatki. Funkcjonariusze w Aspen kompletnie nie zdawali sobie sprawy z tego, jak niebezpiecznym człowiekiem był Ted Bundy i jak koszmarnym błędem było pobłażliwe podejście do niego.
Siódmego czerwca mężczyzna miał zostać przewieziony do sądu hrabstwa Pitkin, gdzie planowo ruszały przesłuchania w sprawie zabójstwa pielęgniarki. Ted wyjechał o poranku w towarzystwie dwóch strażników. Był w dobrym nastroju, chętnie prowadził rozmowy, również na tematy prywatne. Rozprawa rozpoczęła się o godzinie 9.00, ale już o 10.30 sędzia ogłosił przerwę. Wtedy pozwolono Tedowi skorzystać z biblioteki prawniczej. Znajdowała się na pierwszym piętrze, na wysokości około 7 metrów. Trudno dziś zrozumieć, dlaczego pozwolono Bundy'emu na swobodne przechadzanie się między regałami i to bez policyjnej obstawy, a do tego - o zgrozo! - nie zakuto go w kajdanki. Ta lekkomyślność dała Tedowi zielone światło do zrealizowania swojego planu, do którego przygotowywał się już od dawna, uważnie obserwując okolice sądu. Gdy upewnił się, że nikt na niego nie patrzy, otworzył okno i... wyskoczył. Upadając na ziemię, uszkodził sobie kostkę, ale adrenalina i świadomość, że za chwilę znów będzie wolnym człowiekiem, były znacznie silniejsze niż ból i trudności z chodzeniem. Bundy zaczął biec, chciał być jak najdalej od budynku, zanim strażnicy zauważą, że nie ma go w bibliotece. Ruszył w stronę rzeki Roaring Fork, którą namierzył już wcześniej. Zanim przyjechał do sądu, w areszcie ubrał się na cebulkę - pod jasnobrązowe spodnie, golf i kardigan założył kolejną warstwę, by nie dopasować go do ewentualnego rysopisu. Nad rzeką zdjął wierzchnie ubrania, ukrył je w krzakach i znacznie wolniejszym krokiem, by nie budzić podejrzeń, ruszył przed siebie. W tym czasie policjanci odkryli, że Bundy zwiał z biblioteki. Byli wściekli i rozgoryczeni. Wiedzieli, że popełnili ogromny błąd, udzielając Tedowi tak olbrzymiego kredytu zaufania, ale w tamtym momencie to nie był jeszcze czas na personalne rozliczenia. Priorytetem było szybkie schwytanie człowieka podejrzanego o brutalne zbrodnie. Wiedzieli, że tej wpadki opinia publiczna im nie wybaczy. Funkcjonariusze musieli działać błyskawicznie. Zablokowano drogi w całym mieście, ściągnięto też psy, które miały wytropić uciekiniera. Ale ich zdolności namierzenia Teda zakończyły się przy rzece Roaring Fork. Tam odnaleziono porzucone ubranie. Policjanci byli przekonani, że Bundy nie wydostanie się z miasta, zwłaszcza że porusza się pieszo. Nie zdawali sobie jednak sprawy z tego, z jak zdeterminowanym człowiekiem mieli do czynienia. Ted szedł szybko i pewnie, jeszcze tego samego dnia dotarł w góry. W pobliżu szczytu odnalazł tymczasowo opuszczoną chatę myśliwską. Stała się jego schronieniem na dwa dni. Mógł tam odpocząć, ale też trochę się ogrzać. W górach było chłodno i deszczowo, a on miał na sobie jedynie spodnie i cienką koszulkę. W chacie znalazł niewielkie zapasy, dodatkową odzież, a także karabin. Wiedział, że w tym miejscu nie może pozostać długo, dlatego gdy nabrał sił, ruszył dalej. Jego celem było wydostanie się z Aspen. Poszedł więc na południe, w kierunku niewielkiego górzystego miasteczka Crested Butte. Ale droga okazała się znacznie trudniejsza, niż początkowo zakładał, i w trakcie wędrówki stracił orientację w terenie. Włóczył się bez celu do 10 czerwca, co oznaczało, że na wolności był już trzeci dzień. Chciał ponownie dostać się do chaty, ale kiedy się do niej zbliżył, zauważył ukryty za drzewami, że przy jego dawnym schronieniu byli już policjanci, którzy coraz mocniej deptali mu po piętach. Ted nie miał wyjścia, musiał poszukać innej drogi ucieczki. Dotarł nad jezioro Maroon, gdzie zauważył przyczepę kempingową. Włamał się do niej i ukradł jedzenie, a także kurtkę narciarską, która była zbawieniem dla wyziębionego organizmu. Bundy był wyczerpany, ale nawet przez chwilę nie myślał o tym, by się poddać. Cel miał jasny - wydostać się z miasta, wtopić w tłum i zniknąć, aby policjanci nie byli w stanie go namierzyć.
Spał pod gołym niebem i marzył o tym, by zdobyć kluczyki do jakiegokolwiek samochodu, który pomógłby mu w dokończeniu wdrażanego właśnie planu. Jego życzenie spełniło się 13 czerwca o godzinie 2.00 w nocy, gdy właśnie zaczynała się siódma doba jego ucieczki. Znów był w mieście, gdzie dostrzegł zaparkowanego cadillaca. Gdy podszedł bliżej, jego serce zabiło szybciej - właściciel zostawił w stacyjce kluczyki. To był ten moment, na który czekał od chwili spektakularnego skoku przez okno prawniczej biblioteki. Upewnił się, że nikt go nie widzi, wsiadł do środka, przekręcił kluczyki i ruszył przed siebie. Siedząc w wygodnym fotelu pojazdu, poczuł, jak bardzo jest zmęczony, głodny i obolały. Jego jazda była mocno niepewna, zupełnie tak, jakby auto prowadził nietrzeźwy kierowca. W tym czasie w mieście trwały policyjne patrole, które wciąż poszukiwały zbiega. Funkcjonariusze zauważyli dziwnie poruszającego się cadillaca i postanowili go sprawdzić. Podjechali bliżej i zatrzymali auto. Jeden z policjantów od razu rozpoznał Bundy'ego. Powiedział: "Cześć, Ted". Tak zakończyła się pierwsza, ale nie ostatnia ucieczka mordercy.
Bundy, ku swojemu rozczarowaniu, znów trafił do aresztu. Gdy był wprowadzany do budynku, na jego twarzy co prawda pojawił się uśmiech, ale był on mocno przytłumiony, a wzrok nie krył ogromnego rozżalenia. Widać było też, że mocno schudł, miał również problem z chodzeniem. Jego kostka była mocno opuchnięta po skoku i długiej pieszej wędrówce. Ale nie tylko Bundy miał powody do złości. Policjanci musieli zmierzyć się z falą krytyki, która na nich spłynęła. Pozwolili uciec mężczyźnie podejrzanemu o poważne przestępstwa, a do tego nie potrafili go złapać przez sześć dni. Zaczęły się wzajemne oskarżenia o zbyt pobłażliwe traktowanie Bundy'ego, zwłaszcza że wcześniej pojawiły się przecież ostrzeżenia przed nieobliczalnością zatrzymanego. Po tak potężnej wpadce funkcjonariusze skasowali wszystkie przywileje, którymi Ted cieszył się wcześniej. Mimo to organom ścigania nie udało się uniknąć kolejnej kompromitacji.
Ucieczka mocno przygasiła entuzjazm Bundy'ego, tym bardziej że do wcześniejszego skazania za uprowadzenie, a także zarzutów o zabójstwo pielęgniarki z Aspen mogły dojść też te obejmujące ucieczkę z aresztu i kradzież samochodu. Szesnastego lipca Ted otrzymał nowego adwokata - był nim Stephen Ware. W przeciwieństwie do poprzednich obrońców zrobił na Tedzie dobre wrażenie. Już w sierpniu pomógł mu skierować do sądu wniosek o ponowne przeprowadzenie procesu w sprawie porwania Carol DaRonch. Niestety, ze względu na tragedię rodzinną Ware musiał zrezygnować z obrony. To całkowicie załamało Bundy'ego. Pokładał w prawniku ogromne nadzieje, po jego odejściu poczuł się tak, jakby ktoś szybko wytrącił spod niego krzesło, na którym wcześniej całkiem spokojnie siedział.
W tym czasie śledczy chcieli przypisać mu kolejne zabójstwa - Melissy Smith, Laury Aime i Debry Kent. Trwało gromadzenie dowodów, a główną podstawą do wciągnięcia w to Bundy'ego miało być uderzające podobieństwo wszystkich tych spraw do zabójstwa pielęgniarki w Aspen. W listopadzie 1977 roku sąd miał zdecydować, czy zebrane informacje mogą zostać dopuszczone do procesu o zabójstwo Caryn Campbell. Decyzja zapadła za zamkniętymi drzwiami. Była ona jednak na korzyść Teda - sędzia uznał, że dowody nie zostaną włączone do śledztwa. Triumf był jednak krótkotrwały. Jeszcze w tym samym tygodniu sąd odrzucił apelację o ponowne wszczęcie sprawy uprowadzenia Carol DaRonch, za które został wcześniej skazany.
Na kolejny proces Bundy czekał w więzieniu w Glenwood Springs, niewielkim miasteczku w hrabstwie Garfield. Urokliwe górzyste tereny już wkrótce miały stać się miejscem, na które zwrócone były oczy całej Ameryki. Większość czasu Ted spędzał na uważnym obserwowaniu innych więźniów, strażników, krat, zabezpieczeń, a także... sufitu we własnej celi. Choć jego szanse na wybronienie się ze sprawy Caryn Campbell były całkiem niezłe, przestał zaprzątać sobie głowę procesem. Skupił się na czymś zupełnie innym. Znacznie ograniczył spożywane posiłki, przez co schudł aż 16 kilogramów, a całą energię wkładał w zajmowanie się metalową płytką na suficie, w miejsce której miał być zamontowany plafon. Tak się jednak nie stało, a Ted zyskał doskonałe narzędzie, które miało mu posłużyć do kolejnej walki o wolność. Tym razem wszystko zaplanował jeszcze dokładniej niż za pierwszym razem. Nie zamierzał pozwolić sobie na błędy i chaos w działaniu, musiał mieć wszystko wyliczone i odpowiednio przygotowane. Udało mu się przemycić małą piłkę, którą przez kilka tygodni systematycznie ciął sufit wokół płytki. Był w tym tak dyskretny, że nikt nie zauważył, by w jego celi działo się coś podejrzanego. Wycinając odpowiedni otwór, wykazał się sporą precyzją. Po wyjęciu płytki, mógł ją włożyć ponownie i to tak dokładnie, że nie sposób było dostrzec, że została ona w jakikolwiek sposób naruszona. Przez te wszystkie miesiące odłożył też trochę gotówki - łącznie 500 dolarów - która była mu potrzebna do przeżycia na zewnątrz. Gdy wszystko było gotowe, Bundy przeszedł do kolejnej fazy swojego planu - oczekiwania. Musiał nadejść odpowiedni moment, by mógł niepostrzeżenie wyślizgnąć się ze swojej celi.
Stało się to 30 grudnia 1977 roku, na kilka dni przed rozpoczęciem procesu w sprawie zabójstwa Caryn Campbell. Gdyby Ted pozostał w celi, wkrótce zostałby przewieziony do innego więzienia. Musiał się więc spieszyć. Na łóżku ułożył książki, następnie zakrył je kocem, zupełnie tak, jakby w tym miejscu spał człowiek. Upewnił się, że ma drogę wolną, podciągnął pod sufit i wcisnął do niewielkiego otworu, nad którym pracował w ostatnich tygodniach. Czołgając się dotarł nad pokój strażnika więziennego Boba Morrisona. Zatrzymał się na chwilę, by podsłuchać dochodzącą z pomieszczenia rozmowę. Wywnioskował z niej, że Morrison i jego żona wkrótce wyjdą z mieszkania. Odczekał, aż para się ubierze i zamknie za sobą drzwi. Klucz się przekręcił, głosy umilkły - to był znak, by odsunąć gipsową płytę i wskoczyć do środka. Podszedł do szafy strażnika, wyjął potrzebne ubrania, szybko porzucił więzienny strój i... wyszedł na zewnątrz. Był poza murami więzienia, lecz pieszo w środku zimowej nocy. Wiedział, że musi mieć samochód, by zyskać przewagę. Namierzył na parkingu nieco uszkodzone auto marki MG z kluczykami w środku. Udało mu się odjechać, ale śnieg i mróz pokonały auto, którego silnik padł w górach. Bundy utknął na poboczu autostrady międzystanowej numer 70. Na swoje szczęście pewien kierowca zatrzymał się i zabrał go do miasteczka Vail. Tam z kolei Ted złapał autobus do Denver, gdzie wsiadł na pokład samolotu linii TWA odlatującego o 8.55 rano do Chicago. W tym czasie w więzieniu wciąż panowała błoga nieświadomość i nikt nie zdawał sobie sprawy z tego, że najbardziej niebezpieczny człowiek w Stanach Zjednoczonych znów korzysta z przywilejów wolności. Do jego celi pobieżnie zaglądano o poranku kilka razy, ale nie sądzono, że pod kocem zamiast Bundy'ego jest sterta książek, papierów i segregatorów. Odkryto to dopiero 17 godzin później!
W zakładzie karnym wybuchła panika. Ted zniknął i to drugi raz, wystawiając organy ścigania na pośmiewisko. W dodatku okazało się, że jeden z więźniów zgłaszał, że z celi Bundy'ego wieczorami wydobywają się dziwne odgłosy, ale strażnicy to zignorowali. W okolicy ustawiono blokady, sprowadzono też psy gończe. Ale Ted wyprzedzał policjantów nie o krok, a o 2 tysiące kilometrów. To była przepaść, której zwykli funkcjonariusze nie byli w stanie przeskoczyć.
Bundy trafił na listę najbardziej poszukiwanych przestępców FBI, a media rozpisywały się o jego kolejnym nieprawdopodobnym wyczynie. I wciąż stawiano sobie pytanie - jak to możliwe, że drugi raz oszukał policję i straż więzienną? Wydaje mi się, że odpowiedź jest banalnie prosta. Nikt nie doceniał nie tyle jego intelektu, co determinacji, by znów być wolnym człowiekiem. A właśnie dla tej wolności był w stanie zrobić wszystko.
Ted postanowił, że zaszyje się w jakimś miejscu, zdobędzie nową tożsamość i nie złamie prawa, nawet jeśli miałaby to być kradzież lizaka. Musiał stać się porządnym obywatelem, a dla świata przywdziać coś w stylu czapki niewidki. Nie sądził jednak, że życie w zgodzie z obowiązującymi normami społecznymi będzie aż tak trudne. Osiedlił się w Tallahasse na Florydzie, gdzie przybrał nazwisko Chris Hagen. Później jednak uznał, że będzie studentem Kennethem Misnerem. Wyrobił sobie dokumenty na to nazwisko i wynajął pokój w kampusie przy 409 West College Avenue. Początkowo mało wychodził na zewnątrz. Oglądał telewizję, jadł, spał, a wieczorami sączył piwo. Był niezwykle dumny ze swojego wyczynu, chciał delektować się każdą minutą spędzoną poza znienawidzoną więzienną celą. Ale pieniądze, które udało mu się zgromadzić, szybko topniały, aż w końcu zostało mu jedynie 60 dolarów. Zaczął więc kraść. Początkowo mniejsze produkty, takie jak jedzenie czy kosmetyki, później skupił się na rowerach. Co prawda myślał o znalezieniu jakiejś pracy, ale nie mógł się zmotywować, by poszukać zatrudnienia. Przestępcze życie wydawało się łatwiejsze i bardziej kuszące. Nie mógł się też powstrzymać przed zbliżeniem do środowiska studenckiego, na którym wcześniej skupił uwagę, polując na młode kobiety. Zaczął kręcić się wokół uczelni, sam zresztą podawał się za studenta. Przychodził nawet na niektóre zajęcia, korzystał z sal do ćwiczeń, zupełnie tak jakby kontynuował naukę. Początkowy stres związany z tym, że ktoś go rozpozna, szybko się ulotnił, gdy zauważył, że w studenckim środowisku jest całkowicie anonimową postacią i nikt nie kojarzy jego zdjęć z gazet czy plakatów FBI. Dni mijały jeden za drugim, aż w końcu jego prawdziwa natura zaczęła brać górę nad strachem związanym z ponownym schwytaniem.
Bundy uważnie obserwował studentki i skupił wzrok na Chi Omega. W tym studenckim domu mieszkało trzydzieści dziewięć niezwykle zdolnych, ale też mocno zżytych ze sobą młodych kobiet. Dość duży, piętrowy budynek znajdował się przy West Jefferson 661. W środku studentki miały wszystko, czego potrzebowały, by czuć się jak w domu - salon, świetlicę, kuchnię, jadalnię i własne sypialnie. Lokatorki pilnowały, by drzwi do budynku zawsze pozostawały zamknięte. Zmieniło się to w nocy z 14 na 15 stycznia 1978 roku. Bundy był wówczas na wolności od dwóch tygodni i właśnie postanowił złamać złożoną sobie obietnicę o życiu w cieniu i zgodzie z prawem.
Dwudziestoletnia Lisa Levy pochodziła z St. Petersburga. Łączyła naukę z pracą na niepełnym etacie. Sobotni wieczór spędziła w dyskotece, ale czując zmęczenie, postanowiła wrócić do domu i odpocząć. Zajmowała pokój numer 4. Była wtedy sama, bo jej współlokatorka wyjechała na dwa dni. Weszła do środka, zamknęła drzwi i położyła się do łóżka. Chwilę później do budynku wróciły trzy inne studentki, które zauważyły, że drzwi prowadzące do tylnego wejścia były otwarte. Nie zmartwiły się tym szczególnie, bo od pewnego czasu były z nimi problemy. Po krótkiej rozmowie rozeszły się do swoich pokoi i również poszły spać. Około godziny 2.35 drzwi swojej sypialni pod numerem 9 zamknęła Margaret Bowman, która chwilę wcześniej wróciła z randki w ciemno. Miała dwadzieścia jeden lat i podobnie jak Lisa Levy pochodziła z St. Petersburga. Nic nie wskazywało na to, by tej nocy miało wydarzyć się coś jeszcze.
O 3.00 w nocy do domu wróciła Nita Neary. Była w bardzo dobrym nastroju, bo ostatnie godziny spędziła ze swoim chłopakiem. W końcowym policyjnym raporcie z tej styczniowej nocy czytamy:
Godzina 3.00, niedziela, 15 stycznia 1978 roku, Nita Neary (członkini siostrzeństwa Chi Omega) wróciła z randki i weszła do budynku tylnymi drzwiami wychodzącymi na patio. Wchodząc do domu, przeszła przez salon, dotarła do frontowych schodów prowadzących do sypialni na piętrze. Gdy zbliżyła się do holu (lokalizacja głównych schodów), usłyszała, jak ktoś zbiega po schodach. Nieznajomy podszedł do drzwi wejściowych i wyszedł. Pani Neary opisała go jako białego mężczyznę po dwudziestce o brązowych, krótkich, prostych włosach. Według opisu nosił czarną lub ciemną czapkę śnieżną, czarny lub ciemny długi płaszcz, a także jasne spodnie. W prawej ręce trzymał kij o długości dwóch i pół-trzech stóp [76-91 centymetrów]. Mężczyzna prawdopodobnie nie widział pani Neary.
Pani Neary myślała, że nieznajomy wciąż krąży w pobliżu, natychmiast poszła więc na górę, by zobaczyć, czy ktoś się obudził i widział intruza. Podeszła do szczytu schodów i zobaczyła swoją siostrę z bractwa. Gdy rozmawiały o tym, że pani Neary widziała mężczyznę, otworzyły się drzwi do sypialni i kolejna siostra, Karen Chandler, wyszła chwiejnym krokiem na korytarz. Pani Chandler mocno krwawiła z ran na głowie. Znaleziono w tym czasie Kathy Kleiner, która również mocno krwawiła. Oprócz ran na głowie, miała też wybite zęby. Inne siostry szybko sprowadziły pozostałe dziewczyny i zajrzały do reszty pokojów. Znaleziono ciało Lisy Levy w sypialni obok pokoju Chandler i Kleiner. W tym czasie przybyli na miejsce pierwsi funkcjonariusze policji. Wszystkie siostry zostały przeniesione na dół budynku do salonu, a policjanci odkryli ciało Margaret Bowman w sypialni naprzeciwko pokoju Levy
Końcowy raport nie do końca oddaje masakrę, jaka wydarzyła się tej nocy w Chi Omega. Wystarczy wspomnieć, że zaatakowanie kilku dziewcząt zajęło Bundy'emu zaledwie 15-20 minut! Przed budynkiem znalazł duży kawał drewna, który zabrał ze sobą, wchodząc do środka. Być może dostał się tam, zanim wszystkie dziewczyny położyły się do łóżek, i czekał w ciemności na odpowiedni moment. Inna wersja zakłada, że wślizgnął się tuż po tym, jak światła w pokojach zgasły, a studentki zapadły w sen. Swoją makabryczną wizytę najpewniej zaczął od Margaret Bowman (pokój numer 9). Morderca zmasakrował jej głowę do tego stopnia, że śledczy widzieli jej mózg. Gdy weszli do pokoju, studentka leżała na brzuchu, na łóżku widoczne były duże ślady krwi. Na szyi z niebywałą siłą zaciśnięto jej nylonową pończochę. Miała również zdjętą bieliznę. Po tym brutalnym, pełnym agresji i szału morderstwie Ted przeszedł do sypialni Lisy Levy (pokój numer 4) i tam zaatakował dziewczynę. Pobił ją do nieprzytomności, niemal odgryzł jej prawy sutek, zostawił też wyraźny ślad zębów na pośladku. Na tym jednak nie poprzestał. Chwycił stojącą w pobliżu butelkę z mgiełką do włosów i z ogromną siłą wepchnął dziewczynie w pochwę oraz odbyt, poważnie uszkadzając organy wewnętrzne. Bundy złamał jej też obojczyk. Gdy policja weszła do jej pokoju, Lisa jeszcze żyła, choć jej puls był niemal niewyczuwalny. Szybko została przetransportowana do szpitala, ale tam mimo wysiłku lekarzy zmarła. Kolejnymi ofiarami stały się Karen Chandler - Bundy rozbił jej głowę, złamał szczękę i wybił wiele zębów - a także Kathy Kleiner, którą znaleziono w łóżku z poważnymi obrażeniami głowy i twarzy, miała również złamaną szczękę. Obie dziewczyny przeżyły tę brutalną napaść.
Intensywne i szczegółowe przeszukania budynku nie przyniosły żadnych efektów. Na miejscu odnaleziono jedynie drzazgi z kłody, którą sprawca roztrzaskał studentkom głowy. Prawdopodobnie narzędzie zbrodni wziął sprzed domu, gdzie znajdowało się kilka podobnych, drewnianych elementów. Dwie dziewczyny nie żyły, dwie były ciężko ranne. I tego wszystkiego mężczyzna dokonał w zaledwie kilkanaście minut, nie zostawiając przy tym zbyt wielu śladów, które mogłyby bezpośrednio doprowadzić do niego śledczych. Oczywiście najistotniejszym dowodem był odcisk zębów na pośladku jednej z ofiar, dzięki czemu w późniejszym etapie uda się przypisać tę masakrę właśnie Bundy'emu.
Tymczasem on tej nocy nie zamierzał poprzestać na Chi Omega. Był w jakimś zbrodniczym szale, zupełnie jakby nie potrafił zapanować nad swoją żądzą krwi, mimo że chwilę wcześniej dokonał przecież tak bestialskiego czynu. Już po zatrzymaniu Bundy tak mówił o swoich zbrodniach:
Nie da się opisać tego brutalnego popędu, by to zrobić. Gdy było już po wszystkim i ten popęd został zaspokojony, a cała energia była już wyczerpana, na normalnym poziomie, znów byłem sobą. Zasadniczo byłem człowiekiem normalnym. Miałem dobrych przyjaciół, żyłem normalnie. Poza tą jedną destruktywną dziedziną, którą utrzymywałem w tajemnicy, tylko dla siebie. Nikt o tym nie wiedział.
Zapewniał również, że mordowanie kobiet było pewnego rodzaju opętaniem:
Czułem, jakbym się wynurzył z jakiegoś potwornego transu lub snu. Nie chcę zbytnio dramatyzować, ale porównałbym to do opętania przez jakieś obce moce. Następnego dnia człowiek się budzi, pamięta, co zrobił, i ma świadomość, że wobec prawa i przed Bogiem to on ponosi za to odpowiedzialność. Budziłem się rano świadom tego, co zrobiłem, oraz wszystkich zasad etycznych, które złamałem, przerażony, że jestem zdolny do czegoś takiego.
Swoją zdolność do najpotworniejszych czynów Bundy potwierdził jeszcze tej samej nocy. Z Chi Omega ruszył do oddalonego o osiem przecznic domu, w którym mieszkała studentka Cheryl Thomas. Dziewczyna była tancerką, próbowała swoich sił w balecie. Miała dwadzieścia jeden lat, gdy stała się kolejnym celem Teda Bundy'ego.
Wieczór 14 lutego Cheryl spędzała ze znajomymi na potańcówce. Po powrocie do domu około godziny 2.00 w nocy niemal natychmiast poszła do sypialni. Mieszkała przy Dunwoody Street 431 w bliźniaku. Jej sąsiadkami były Debbie Ciccarelli i Nancy Young. Około godziny 4.00 obudził je hałas dobiegający z części, w której przebywała Cheryl. Tępy, jednostajny odgłos przypominał dźwięk uderzania jakimś ciężkim przedmiotem. Regularny huk przerywany był cichym jęczeniem, momentami zmieniającym się w szloch. Debbie i Nancy były przerażone. Nie wiedziały, co robić. Biec do Cheryl i sprawdzić, co się dzieje, zignorować te odgłosy czy od razu wzywać policję? Postanowiły najpierw zadzwonić do sąsiadki, ale ta nie podniosła słuchawki. Wtedy były już niemal pewne, że dzieje się coś złego. Zdecydowały się powiadomić służby. Gdy rozmawiały z policjantami, z mieszkania Cheryl dobiegł kolejny hałas, ale ten był inny. Przypominał uderzenie w jakiś przedmiot, zupełnie tak, jakby sprawca wpadł na krzesło lub stolik znajdujący się w pokoju. A potem zaległa głucha cisza. Niepewne i przerażone dziewczyny czekały na przyjazd funkcjonariuszy. Po kilku minutach radiowozy były już na miejscu. Policjanci zapukali do drzwi Cheryl, ale nikt im nie odpowiedział. Nie czekając więc na zaproszenie, weszli do środka. Niemal natychmiast znaleźli na łóżku mocno poranioną studentkę. Zarówno na pościeli, jak i podłodze widniały spore plamy krwi. Cheryl była nieprzytomna, ale - co najważniejsze - wciąż żyła. Natychmiast wezwano na miejsce karetkę, a policjanci próbowali nawiązać z dziewczyną jakikolwiek kontakt. Obolała i skatowana Cheryl wydawała z siebie jedynie jęki pełne bólu. Funkcjonariusze zaczęli przyglądać się obrażeniom. Zauważyli, że na głowie ofiary były rozległe rany, jej twarz została też mocno pobita. Była rozebrana, na ciele pozostały jedynie majtki. Cheryl została zabrana do szpitala, po wybudzeniu się niczego nie pamiętała. Dziewięć tygodni po tym brutalnym ataku mówiła:
Kiedy obudziłam się w szpitalu Tallahassee, nie mogłam powiedzieć, kim byłam ani gdzie byłam. Wiem, że bolała mnie głowa, a moja twarz była bardzo spuchnięta. To rodzice powiedzieli mi, co się stało, bo sama nie wiedziałam. Niczego nie pamiętałam.
Cheryl spędziła w szpitalu miesiąc. Jej szczęka była złamana w dwóch miejscach, ramię przemieszczone, miała też pękniętą czaszkę i to w sumie w pięciu obszarach. To z kolei spowodowało, że trwale straciła słuch w lewym uchu. Została też zgwałcona.
Choć wniosek, który nasunął się tej nocy policjantom był przerażający, było jasne, że ataku na Cheryl dokonał ten sam sprawca, który bestialsko zamordował dwie studentki w Chi Omega. Rany na ciele dziewczyn były niemal takie same, a oba budynki znajdowały się na tyle blisko siebie, by napastnik zdołał pokonać trasę pieszo w dość krótkim czasie. Policjanci nie wiedzieli, kim był, na tym etapie śledztwa nawet przez chwilę nie przewinęło się nazwisko Ted Bundy. Funkcjonariusze nikogo nie wytypowali, za to opinia publiczna była wstrząśnięta atakami na studentki. Media poświęcały im bardzo dużo uwagi, a w środowisku uniwersyteckim pojawiła się lekka panika. I tylko Ted wciąż zachowywał duże pokłady spokoju i już planował kolejny atak.
Bundy był bardzo pewny siebie. Mimo dokonanych przez siebie ataków nie zamierzał opuszczać wygodnego The Oak. Czuł się nietykalny, dokonane brutalne mordy dodały mu jeszcze więcej pychy. Przechadzał się po okolicy i kradł drobne przedmioty. Ósmego lutego 1978 roku wyruszył do oddalonego ponad 300 kilometrów od Tallahassee Jacksonville. Dostał się tam skradzioną wcześniej białą furgonetką. Przejeżdżając obok jednej ze szkół, zaczepił czternastoletnią Leslie Parmenter. Powiedział jej, że pracuje w straży pożarnej i nazywa się Richard Burton. Na szczęście dla dziewczyny niemal natychmiast pojawił się obok jej brat Danny. Zaczął wypytywać Bundy'ego, kim jest i czego chce od jego siostry. Bundy odpowiedział: Niczego... Po prostu pomyliłem ją z kimś innym i pytałem, kim jest. Ted szybko zasunął okno i odjechał wyraźnie poirytowany. Danny powiedział później ojcu, który był policjantem, że mężczyzna był bardzo zdenerwowany i dosłownie trząsł się z emocji. Nawet jego głos drżał - stwierdził Danny. Chłopak spisał też numery z tablicy rejestracyjnej: 13D-11300, i przekazał je ojcu.
Tymczasem Bundy ruszył dalej, w stronę Lake City. To niewielkie, ale urokliwe miasteczko nie wyróżniało się niczym szczególnym poza jeziorem, które do dziś przyciąga okolicznych mieszkańców. Znajdował się tam również dom dwunastoletniej Kimberly Leach, ciemnowłosej uczennicy gimnazjum. Jak później mówiły jej przyjaciółki - była uśmiechnięta, ale bardzo nieśmiała. Dziewiąty lutego 1978 roku był deszczowym, dosyć ponurym dniem. Kim była wtedy w szkole. W drodze na kolejne zajęcia zorientowała się, że zostawiła w jednej z sal plecak. Postanowiła więc wrócić po niego, ale żeby się tam dostać, musiała pobiec do innego budynku. Towarzyszyła jej przyjaciółka Priscilla Blakney. Dziewczynki rozstały się na chwilę, a gdy Blakney chciała ponownie dołączyć do koleżanki, zobaczyła ją, jak zmierza w stronę nieznajomego mężczyzny, który ją wołał. Zapamiętała jedynie, że był to biały samochód. Po Kim ślad zaginął.
W trakcie śledztwa ujawniło się dwoje świadków. Byli to Clarense Anderson i Jackie Moore. Oboje widzieli tego dnia Bundy'ego, a przynajmniej - jak mówili później policji - kogoś, kto wyglądał jak Ted. Anderson był przekonany, że spotkał mężczyznę, gdy ten szedł z Kim. Prowadził ją do furgonetki i sprawiał wrażenie zdenerwowanego. Anderson uważał, że to zwykły obrazek po kłótni ojca z córką, nie przyszło mu do głowy, że właśnie widzi, jak seryjny morderca uprowadza dziecko. Z kolei Jackie Moore jechała autem, gdy niemal zderzyła się z samochodem Teda. Widziała, jak patrzył na fotel pasażera, sprawiał wrażenie, jakby na kogoś krzyczał. Zarówno Moore, jak i Anderson puścili te incydenty w niepamięć, nie skupiając się już później na dość istotnych szczegółach. Te odegrały ważną rolę w trakcie poszukiwań Kim i późniejszego procesu Bundy'ego,
Poszukiwania dziewczynki ruszyły tego samego dnia. Rodzice najpierw sprawdzili, czy córki nie ma u którejś z koleżanek. Gdy upewnili się, że nie, a dziecko wyszło zaraz po pierwszej lekcji, powiadomili policję. Szczególnie niepokojące były informacje od Priscilli, która widziała Kim z obcym mężczyzną. Funkcjonariusze wiedzieli, że mają niewiele czasu. Pilnie wysłano komunikat do wszystkich jednostek w okolicy. Po rozmowie z rodzicami policjanci wiedzieli, że Kim nie zdecydowałaby się na ucieczkę z domu. Była sumienna, dobrze się uczyła i miała dobre relacje z domownikami. Porwanie, biorąc pod uwagę sygnał o nieznajomym, było najbardziej prawdopodobnym scenariuszem. I jednocześnie najbardziej przerażającym.
Poszukiwania trwały osiem tygodni. Zaangażowano w to cztery hrabstwa, prześwietlono teren o obszarze ponad 6 tysięcy kilometrów. W końcu po długich poszukiwaniach odnaleziono częściowo zmumifikowane zwłoki dziecka. Znajdowały się w szopie Suwannee River State Park, w leśnym kompleksie na Florydzie, który od Lake City oddalony jest jakieś 60 kilometrów. Sekcja wykazała, że dwunastoletnia Kim prawdopodobnie została zgwałcona, poderżnięto jej też gardło, według niektórych śledczych myśliwskim nożem, który Bundy kupił chwilę wcześniej. Z zeznań niejakiego Johna Farhanta, właściciela sklepu, wynikało, że na początku lutego sprzedał takie właśnie narzędzie mężczyźnie o ciemnych włosach. Po zdjęciu w gazecie rozpoznał, że był to Ted. Wtedy też skontaktował się z policją. Kimberly Leach była najmłodszą i ostatnią ofiarą Bundy'ego.
Los przestał sprzyjać mordercy 15 lutego. Ukradł wtedy kolejny samochód, którym krążył w nocy po okolicy. Dostrzegł go policjant z Pensacoli David Lee. Ta powolna jazda kierowcy wydała mu się podejrzana, dlatego postanowił go sprawdzić. Skontaktował się z posterunkiem i poprosił o sprawdzenie numerów rejestracyjnych pojazdu. I bingo! - okazało się, że auto zostało skradzione. Lee włączył więc syreny i ruszył za pojazdem, licząc na to, że kierowca za chwilę zatrzyma się na poboczu. Ale Bundy, nauczony poprzednim aresztowaniem, postanowił, że tym razem nie da się tak łatwo schwytać. Przyspieszył i zaczął uciekać przed jadącym za nim radiowozem. Rozpoczął się pościg. Bundy przyspieszył do 100 kilometrów na godzinę, Lee zrobił to samo. Pędzili przed siebie około dwóch kilometrów, gdy niespodziewanie Ted się zatrzymał. Funkcjonariusz nie wiedział, czego może spodziewać się po kierowcy, który przed chwilą uciekał skradzionym pojazdem. Wyciągnął więc służbową broń i podszedł do pojazdu. Polecił Bundy'emu, by wyszedł z auta i położył się na ziemi. Ted początkowo odmówił, ale w końcu dostosował się do policyjnego rozkazu i pozwolił skuć sobie ręce. Wtedy jednak szybko się odwrócił i powalił funkcjonariusza na ziemię. Doszło do szarpaniny, a gdy Bundy próbował zbiec, David Lee otworzył do niego ogień. Kula nie trafiła w zbiega, ale wystrzał był na tyle głośny, że Ted upadł na ziemię. Wiedział, że to już koniec. Jego spektakularna ucieczka i kilkutygodniowa wolność zakończyły się właśnie bezpowrotnie. Gdy Lee podszedł do niego, powiedział jedynie: Szkoda, że mnie nie zabiłeś. Ted Bundy został schwytany. I jedynie policjant, który dokonał tego spektakularnego wyczynu, jeszcze nie wiedział, że udało mu się zatrzymać najbardziej niebezpiecznego człowieka w Stanach Zjednoczonych.
Bundy trafił do aresztu w Pensacoli. Gdy zapytano go o personalia, podał fałszywe nazwisko. Przedstawił się jako Kenneth Raymond Misner, a na dowód wyjął dokumenty z tymi właśnie danymi. Miał przy sobie też kilka kart kredytowych, wszystkie oczywiście skradzione. Upierał się, że jest studentem i nie chciał powiedzieć, dlaczego uciekał przed policjantem. Próbował grać na czas. Doskonale wiedział, co się stanie, gdy wyjawi prawdziwą tożsamość. Ale policjanci błyskawicznie ustalili, że niejaki Kenneth Misner, owszem, istniał naprawdę, ale z pewnością nie był to ten sam mężczyzna, który znajdował się w areszcie. Prawdziwy Misner studiował w Tallahassee i był mocno zaskoczony wiadomością od funkcjonariuszy. Nie wiedział, że ktoś postanowił się pod niego podszyć.
Śledczy próbowali wyciągnąć z Bundy'ego jakiekolwiek informacje, ale wszystko na nic. Pozwolono mu więc wykonać kilka telefonów, rozmawiał też z adwokatem. Został zabrany do szpitala, gdzie opatrzono mu lekkie i powierzchowne rany, których się nabawił, uciekając przed policjantem. Na drugi dzień Bundy był nieco bardziej rozmowny, ale nadal odmawiał podania prawdziwych danych. Przyznał za to, że karty, które miał przy sobie, zostały przez niego skradzione. I dalej upierał się, że jest Kennethem Millerem. Adwokat poradził mu, by nie rozmawiał z policjantami, bo jedynie się pogrąży. Ted był w kiepskiej kondycji zarówno fizycznej, jak i psychicznej, a jego wypowiedzi często były niewyraźne i nieskładne, co prawnik niemal natychmiast wyczuł. Bundy poprosił o spotkanie z księdzem. Jego spowiedzi wysłuchał Michael Moody.
W nocy z 16 na 17 lutego doszło do rozmowy, która odbiła się w późniejszym procesie szerokim echem. Według policjantów - Normana Chapmana, Steve'a Bodiforda i Dona Patchena - Bundy przyznał się nie tylko do tego, kim jest, ale także do ogromnej liczby zabójstw, znacznie większej, niż przypisywało mu FBI. Cała wielogodzinna rozmowa miała zostać zarejestrowana na taśmie, ale ze względu na fakt, że nagrywano Teda z ukrycia, bez jego wiedzy, sąd nie dopuścił jej jako dowodu procesowego. Policjantom zostało więc ponowne zrelacjonowanie tego, co Bundy miał im wówczas powiedzieć.
Norman Chapman: Ted, bo muszę się zbierać, powiedz mi tylko, bo chciałbym wiedzieć, jak duża jest sprawa, nad którą pracuję? Chciałbym wiedzieć, jak bardzo jesteś zamieszany w te wszystkie "problemy"? [zabójstwa].
Ted Bundy: Nie mogę ci powiedzieć.
Norman Chapman: Ted, mówimy o dwu- czy trzycyfrowej liczbie?
Ted Bundy: Mówimy o trzycyfrowej.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki