ROZDZIAŁ 1
Policjant obserwował ją zza lustrzanych okularów przeciwsłonecznych, unosząc brwi tak wysoko, że marszczyły mu czoło. Szkła nie pozwalały Lily spojrzeć mu w oczy, mimo to starała się utrzymać jego wzrok i wyglądać niewinnie.
Usta miał rozciągnięte w lekkim uśmiechu, co było dobrym znakiem, ale zauważone przez nią wcześniej dołeczki nie pokazały się ponownie mimo jej usilnych starań. Nie wydawał się zainteresowany odwzajemnianiem jej życzliwości, a ona wmawiała sobie, że na pewno zwrócił uwagę na jej obłąkańcze dudnienie serca.
- Nie - powtórzyła swoją odpowiedź, jakby za drugim razem miała być prawdziwsza.
- Jest pani pewna? - naciskał. - Niczego pani nie widziała?
- Tak, jestem pewna. Zeszłej nocy nie działo się tutaj nic dziwnego, a przynajmniej ja niczego takiego nie zauważyłam. - Kąciki jej uśmiechu zadrżały, podczas gdy jego usta pozostały niewzruszone. - Oczywiście pilnujemy przestrzegania zasad bezpieczeństwa. Nie mamy innego wyjścia. - Zamaszystym gestem wskazała magazyny za sobą i zdecydowanie przesadziła, poczuła się jak gospodyni teleturnieju prezentująca nagrody.
- Oczywiście - odparł, zdejmując okulary.
Jego wzrok na moment powędrował w stronę kamery zamontowanej nad bramą. Orzechowe. Miał miłe orzechowe oczy i jeszcze więcej zmarszczek mimicznych, a na ten widok jej strach odrobinkę przygasł.
- No - wypaliła głupio, podążając za jego spojrzeniem do niewzruszonej czerni obiektywu.
Urządzenie wisiało wysoko nad smutnym lilakiem, który zasadzili z synem parę lat wcześniej. Cholerstwo wypuściło tylko mizerne liście i ani razu nie zakwitło, a kiedy omiotła wzrokiem gałęzie, nie mogła oprzeć się wrażeniu, że stanowią symbol jej niepowodzeń.
- Ile macie tutaj kamer? Wszystkie działają?
- Tak, działają, panie posterunkowy. - Z trudem oderwała wzrok od lilaka, żeby spojrzeć w oczy policjantowi. - A gdyby wczoraj po godzinach ktoś otworzył bramę, dostałabym powiadomienie. Były cisza i spokój, w niedziele zamek w bramie wyłącza się zupełnie po osiemnastej, więc do środka dało się wejść wyłącznie przez ogrodzenie z drutem kolczastym.
- Detektywie.
- Słucham?
- Jestem detektywem. Nazywam się Mendelson. Chyba nie poznaliśmy się wcześniej, ale widywałem panią, a przynajmniej tak mi się wydaje. Tak to już jest w małych miasteczkach. Chyba stałem za panią w kolejce w sklepie z narzędziami.
- Oczywiście! - rzuciła radośnie, chociaż go nie kojarzyła, ale był wystarczająco przystojny, by zapadł jej w pamięć. Czy to możliwe, że rozpoznał ją, gdy była na komendzie? Tylko że kiedy ostatnio ją wezwano, na miejscu zastała dwóch detektywów, a on nie był żadnym z nich. Odchrząknęła i mówiła dalej: - Czy to coś poważnego? Powiedział pan jedynie, że ktoś zgłosił podejrzane auto. Było gdzieś włamanie? - Wyciągnęła szyję i wyjrzała za bramę w stronę centrum biznesowego po drugiej stronie ulicy.
Jej uwagę przyciągnął jakiś ruch - to Sharon przed zakładem tapicerskim stała ze skrzyżowanymi rękami i łypała ciekawskim okiem. Oczywiście. Zauważywszy spojrzenie Lily, kobieta pomachała radośnie. Ani razu nie wydawała się speszona tym, co sama nazywała "czujnością", a co zdaniem Lily było zwyczajnym wścibstwem.
- Panie detektywie, jeśli to Sharon zadzwoniła, powinien pan wiedzieć, że ona lubi przesadzać. Jest bardzo miła, proszę mnie źle nie rozumieć, ale...
- Nie widziała pani żadnych samochodów zaparkowanych przy ulicy? Nie spotykali się tutaj po zmroku żadni ludzie? Może zauważyła pani nieznajomą kobietę?
Zaniepokojona tą nagłą zmianą w atmosferze, szybko pokręciła głową.
- Nie ma tutaj oświetlenia, co może zachęcać do różnych podejrzanych zachowań - dodał.
Lily doskonale zdawała sobie sprawę z tego, jak głęboka zapadała tutaj ciemność po zmroku. Chociaż magazyny były oświetlone przez cały czas, właśnie dlatego nocą zwracały na siebie uwagę niczym latarnia.
Upiornie było wtedy jechać pustą ulicą i widzieć, jak budynek, w którym znajdowało się jej mieszkanie, wystawiono na pokaz w morzu ciemności. Każda inna firma w tej oddzielonej od miasteczka dzielnicy przemysłowo-usługowej zamykała się o siedemnastej, najpóźniej o osiemnastej. W leniwe niedzielne poranki Lily mogła iść tą drogą przez godzinę i nie spotkać żywej duszy.
- Ta ulica naprawdę się wyludnia - powiedziała, wzruszając ramionami. - Kurier z UPS czasami sobie siada na krawężniku i je lunch. Ludzie się zatrzymują, żeby napisać esemesa albo odebrać telefon. Nocą... No nie wiem. Może nastolatki z okolicy urządziły sobie tutaj ostatnio miejsce schadzek? Nie zdziwiłabym się, bo całkiem się do tego nadaje.
- Jest tylna brama? - zapytał, ignorując jej dociekania.
- Owszem, jednak służy tylko w sytuacjach awaryjnych i również ma alarm. Właśnie dlatego moje mieszkanie jest w tym samym budynku. Jestem pod telefonem dwadzieścia cztery godziny na dobę i mogę reagować na wszelkie naruszenia bezpieczeństwa.
- Mieszka tu pani sama?
Spojrzał za nią, tym razem w stronę biura, a Lily zjeżyły się włosy na karku. Dostawała takie pytania zaskakująco często i za każdym razem ją wkurzały, lecz stróż prawa, taki jak detektyw Mendelson, był prawdopodobnie jedyną osobą, która miała dobry powód, żeby się tym interesować.
A Lily naprawdę chciała, żeby skupił się na niej, a nie na labiryncie kryjówek za jej plecami. Potrzebowała, żeby na nią spojrzał i jej uwierzył, żeby odszedł i nigdy nie wrócił.
- Mieszkam tu z synem. - Celowo posłała mu promienny uśmiech, żeby wypaść bardziej wiarygodnie. - Tak, wiem, że to może dziwna lokalizacja na mieszkanie, ale tutaj naprawdę da się prowadzić spokojne, ciche, rodzinne życie. Jesteśmy tylko my i gołębie.
Nie roześmiał się, za to wyjął z kieszeni wizytówkę i wręczył ją Lily. Jej wysiłki nie zostały wynagrodzone nawet cieniem uśmiechu.
- Takie odludzie może się okazać niebezpieczne, proszę pani.
- Oj, wiem coś o tym.
Wreszcie popatrzył jej w oczy i obrzucił ją takim badawczym spojrzeniem, że z trudem powstrzymała się, żeby się nie wiercić. Raz i drugi poruszył swoją kwadratową szczęką, zanim w końcu kiwnął głową.
- Na pewno będę tutaj częściej zaglądał, gdy już wiem, że mieszka tutaj pani z synem. Proszę dzwonić, gdyby cokolwiek pani zauważyła.
Niech to szlag. Starała się sprawiać wrażenie nieszkodliwej, a nie bezradnej. Niestety za daleko się posunęła w swoim aktorstwie.
- Dziękuję, naprawdę nie trzeba. Jak mówiłam, u nas jest spokojnie.
Już miał się odwrócić, jednak zmienił zdanie, trochę rozluźnił ramiona.
- Chociaż Herriman wydaje się bezpieczny i sielski, w każdej społeczności są niebezpieczni ludzie.
Przez czerwony szum strachu Lily przebił się niepokój o Everetta.
- Czy to było coś więcej niż telefon w sprawie podejrzanego auta?
W końcu detektyw Mendelson się uśmiechnął, a jego dołeczki były dokładnie tak czarujące, jak sobie wyobrażała.
- Proszę po prostu mieć oczy szeroko otwarte, skoro nocą zostajecie tutaj sami. Czy któraś z kamer jest skierowana na zewnątrz? Moglibyśmy wspólnie przejrzeć nagranie.
- Monitoring obejmuje bramy i budynki, ale na pewno zerknę. Firma dość rygorystycznie podchodzi do prywatności klientów. Jesteśmy częścią wielkiej sieci i sam pan wie, jak to działa. - Przewróciła oczami, jakby uważała ich zasady za ciężar, chociaż w tym przypadku było to błogosławieństwo.
- Rozumiem. - Rozejrzał się po raz ostatni, a potem wskazał na jej dłoń. - Ma pani moją wizytówkę. Proszę dzwonić, gdy tylko będzie trzeba. Mówię poważnie.
Przez chwilę jej się wydawało, że to flirt, jednak może właśnie dlatego pilnował się z pokazywaniem dołeczków. Był całkiem uroczy i na pewno łapał się w przedział wiekowy jej potencjalnego chłopaka. Wyglądał może na czterdzieści pięć lat? Czterdzieści sześć?
Przecież nie mogła ryzykować, żeby kręcił się w pobliżu jakiś policjant.
Przecież to i tak mrzonki, skoro ostatni raz na randce była w czasie studiów.
Wiedziała, że trzydzieści dwa lata to jeszcze nie emerytura, ale dobry Boże, czuła się staro. Zmęczyły ją te lata balansowania na krawędzi. Nie mogła ryzykować, że coś nowego zagrozi jej światu. Musiała walczyć z własną impulsywnością ze względu na syna. Gdyby zwróciła uwagę policji na swoje życie... Gdyby straciła pracę...
Lily pomachała na pożegnanie detektywowi, gdy wycofał się w kierunku sedana, którego zaparkował przed bramą. Nie zatrzymał się w żadnym z miejsc dla gości. Być może odezwał się jego policyjny instynkt, który kazał mu załatwić sobie szybki wyjazd w razie nagłego wypadku. Podziwiała czujność. Potrafiła to zrozumieć.
Obserwowała go, dopóki nie wślizgnął się z powrotem do samochodu, a potem zdobyła się na jeszcze jeden życzliwy gest, machając do niego znowu, gdy zamykał drzwi. Już po wszystkim. On wyjedzie, a ona znowu będzie bezpieczna.
Detektyw Mendelson ledwo zdążył wyjechać spod bramy, kiedy Sharon Hassan zrobiła pierwszy krok na ulicę. Zeszła z krawężnika i pośpieszyła do Lily.
- Coś się stało? - zawołała ze zdecydowanie zbyt silną ekscytacją.
- Nie, nic.
- Czy z Everettem wszystko w porządku?
Troska o jej syna nieco stępiła irytację Lily.
- Wszystko w porządku! Policja pytała o ten samochód, który widziałaś wczoraj wieczorem.
- Ja? - Dysząc po krótkiej przebieżce ku ploteczkom, Sharon przycisnęła dłoń do piersi. - Nigdzie nie dzwoniłam. Był jakiś napad? Włamanie?
Zaskoczona Lily zmarszczyła brwi.
- Nic z tych rzeczy. Tylko podejrzany samochód.
- Czy to nie był detektyw Mendelson? Coś musi być na rzeczy, skoro przysłali prawdziwego detektywa.
Lily patrzyła na odjeżdżający radiowóz i zastanawiała się, czy zbyt szybko nie skupiła się na własnych zmartwieniach. Założyła, że Sharon przyjechała do warsztatu na jakieś późne spotkanie z klientem i przypadkiem była świadkiem dostawy, która zdecydowanie musiała wydawać się podejrzana. A co, jeśli chodziło o coś innego?
Odrobina lodowatego strachu przebiegła jej po plecach. Czy duchy przeszłości postanowiły znowu ją dręczyć? Czy Mendelson jedynie badał grunt?
Z nerwów aż się spociła. Przeciągnęła rękawem po mokrym czole.
- Nie podał żadnych konkretów. Zapytał tylko, czy widziałam coś niezwykłego. Samochód, ludzi, tak ogólnie.
- Cóż, będę miała oko i przypomnę Nour, żeby pod moją nieobecność ustawiała alarm. Zawsze zapomina, a przy pracy z elektronarzędziami nosi te cholerne nauszniki tłumiące dźwięki. Ktoś mógłby wejść do środka i nam wszystko ukraść, a ona godzinę później uniosłaby wzrok znad roboty i zobaczyła pusty sklep.
Lily podejrzewała, że Sharon miała rację. Nour w niczym nie przypominała swojej żony. Była skupiona na tapicerce i obróbce drewna, nie przejmowała się plotkami. Z kolei zamiłowanie Sharon do pogaduszek idealnie pasowało do jej pracy w salonie, polegającej na oglądaniu tkanin z projektantami wnętrz i ich klientami. Zawsze miała jakieś lokalne anegdotki do przekazania, chociaż Lily nie znała większości bohaterów.
Krótko po przeprowadzce Lily czuła się częścią miejscowej społeczności, ale potem cały jej wolny czas pochłonęło sprzątanie, gotowanie i zajmowanie się synkiem. Właściwie znała tylko inne mamy małych dzieci.
I oczywiście klientów męża, jednak ci teraz woleli jej nie poznawać.
- Mam nadzieję, że nie chodziło o to słynne włamanie do apteki w zeszłym tygodniu - powiedziała Sharon z czymś podejrzanie przypominającym radość. - Ćpuni! Może szukają kryjówki na swój łup. - Spojrzała na Lily zmrużonymi oczami. - Nie miałaś może podejrzanych klientów? Mogą chcieć schować towar u ciebie do czasu, aż sprawa przycichnie.
- Przykro mi, że cię rozczaruję, jednak w zeszłym tygodniu nie wynajęłam ani jednej nowej skrytki. Pewnie będziemy mieli przestój aż do letniego sezonu przeprowadzek.
- Cóż, miej oczy szeroko otwarte.
- Oczywiście.
Sharon już miała sobie iść, Lily zdążyła odetchnąć z ulgą, lecz nic z tego - kobieta jeszcze się odwróciła.
- Prawie zapomniałam! Zgadnij, kto jest moim najnowszym klientem? Nigdy w to nie uwierzysz! - Nie czekając na odpowiedź, od razu zaczęła perorować. - Kimmy Ross, nowa żona doktora Rossa! O mój Boże, muszą po odejściu Franceski robić wielkie przemeblowanie. Nikt nie był bardziej zszokowany niż ja, że ożenił się tak szybko po jej śmierci, ale cóż, ma dopiero pięćdziesiąt jeden lat, to jeszcze całkiem młody mężczyzna. A przy trzydziestoletniej żonce pewnie jeszcze odmłodniał. Dobry Boże, dziewczyna zdecydowanie ma inny gust niż Francesca.
Lily zacisnęła usta, nie chcąc zdradzić, że częściowo przeczuwała właśnie taki obrót spraw. Zaledwie miesiąc wcześniej doktor Ross przeniósł do magazynu część starych mebli swojej pierwszej żony. "Nie mogę w nieskończoność się w to wpatrywać", wyjaśnił ze smutnym uśmiechem. Lily podejrzewała, że z radością zatrzymałby meble, gdyby nie jego nowa partnerka, a Sharon właśnie to potwierdziła.
- Robi tam generalny remont - dodała Sharon. - Nowa kuchnia, nowa łazienka, nowa farba na ścianach i kilka bardzo drogich zasłon oraz kompletów pościeli. Prześliczne rzeczy. Turkusowo-szare z akcentami ze szczotkowanego niklu. Niesamowite, że mogą sobie na to pozwolić, gdy jego córka przebywa na odwyku, ale tak to już jest. Nour szykuje im właśnie wspaniałe lambrekiny do sypialni. Powinnaś ich odwiedzić, gdy już będzie wszystko skończone.
- Absolutnie - powiedziała Lily, robiąc krok w kierunku drzwi swojego biura.
Mimo wszystko spróbuje uniknąć tej wizyty. Nie lubiła ochów i achów nad meblami, na które nigdy nie będzie mogła sobie pozwolić. Do diabła, obecnie marzyła o kupnie jednego z tych najprostszych łóżek z Ikei z półką na książki, więc wątpiła, by w ciągu najbliższych dwudziestu lat było ją stać na meble na wymiar.
Chociaż może mogłaby obejrzeć kilka filmów i się nauczyć, jak zrobić śliczne dekoracyjne poduszki. Sharon w przeszłości oferowała skrawki swoich najlepszych tkanin. Everett miał teraz dwanaście lat. Gdyby była fajniejszą mamą, dawno temu wymieniłaby mu plakaty z Pory na przygodę i poszewki z Bobem Kanciastoportym. Jego koszulki z żarcikami rzadko trafiały do prania. Jej dziecko dorastało.
Mogłaby odmalować mu pokój i urządzić go mniej dziecinnie, jednak... Westchnęła. Dopiero jak skończy studia. Kolejny punkt na długiej liście powodów do wyrzutów sumienia.
Pomachała Sharon na pożegnanie i uciekła przez szklane drzwi do biura w magazynie, lecz to była tylko sztuczka, żeby pozbyć się kobiety. Tak naprawdę Lily powinna wrócić na zewnątrz, aby sprawdzić teren i ogrodzenie... oraz status wczorajszej dostawy.
Adrenalina znów zalała jej żyły, a serce raz jeszcze zaczęło obłąkańcze dudnienie. Dlaczego się na to zgodziła? Pierwszy raz to był wypadek. Za drugim razem odezwało się jej ego. Teraz zrobiła to praktycznie bez zastanowienia i myśl o ryzyku przyprawiała ją o mdłości.
Zarządzanie tym magazynem nie było dla Lily jedynie pracą. To był świat należący do niej i Everetta. Ich dom, ich bezpieczeństwo, ich przyszłość. Ich bańka.
Zaczęła się czuć zbyt pewnie. Na tym polegał problem. Dostała tę posadę sześć lat wcześniej i gdzieś po drodze przestała być za nią wdzięczna. Pozwoliła, by rozkojarzyło ją poczucie winy, że Everett żył w ten sposób, i rozdrażnienie tym, jak małe i obskurne stało się jej miejsce na świecie.
Niemniej choć małe i obskurne, to miejsce było lepsze niż żadne - niż ulica, gdzie nie mieliby ucieczki przed żadnym widokiem, dźwiękiem ani zagrożeniem.
Może i spadła nisko, ale wiele ją kosztowało wdrapanie się tutaj i nie zamierzała jeszcze pozwalać swoim zmęczonym od wspinaczki rękom na odpoczynek. Za rok najgorsze będzie za nią. Za rok będzie miała dyplom. Będzie gotowa na podbój świata.
Jednak jeszcze nie teraz.
Po kilku minutach ciszy chwyciła klucze, wyszła na zewnątrz i przystanęła, żeby nasłuchiwać. W dni powszednie przed obiadem zwykle panował spokój. Chociaż w sobotę miewała taki młyn, że chciało jej się płakać, w poniedziałki nikt się nie przeprowadzał. Ruszyła wzdłuż pierwszego rzędu dużych magazynów, idąc żwawym krokiem i udając, że sprawdza drzwi, choć tak naprawdę chciała się tylko dostać w jedno miejsce. Minęła kolejny rząd, po czym podeszła do wysokiego ogrodzenia. Na szczycie biegł co prawda drut kolczasty, lecz to nie miałoby znaczenia, gdyby ktoś po prostu przeciął grubą siatkę.
Wszystko wyglądało bezpiecznie, tak jak podejrzewała, jedyną anomalią był wychudzony czarny kot, który przechadzał się obok, nie zaszczycając jej choćby jednym spojrzeniem. Jeśli akurat nie gonił żadnych myszy, często wylegiwał się na dachach ciężarówek i samochodów, tolerując obecność Lily, jakby to ona była intruzem.
Właśnie intruzem się dzisiaj czuła, skradając się po terenie magazynów, reagując na każdy ruch i każdy szmer. Ale to była część jej pracy. Sprawdzanie różnych rzeczy.
Nadstawiając uszu na odgłosy zbliżających się samochodów, Lily w końcu odwróciła się w stronę niezadaszonej części obszaru magazynowego. Labirynt kamperów, samochodów i zakrytych łodzi nigdy nie budził w niej poczucia bezpieczeństwa. Ta plątanina kryjówek i głębokich cieni przypominała opuszczone miasto w filmie o inwazji zombie. Pewnego razu z jednego z zakamarków wyskoczył zając i Lily aż wrzasnęła ze strachu. Dzisiaj nawet bez takich przygód była mokra od potu. Skręciła w lewo do najgłębiej położonej alejki, a potem jeszcze raz w lewo, do kolejnego rzędu pojazdów.
Nic nie wyróżniało kampera, do którego się zbliżyła. Zasłony były ciasno zaciągnięte, a schodki schowane, tak jak we wszystkich innych w magazynie. A jednak na ten widok Lily miała ciarki.
Rozejrzała się w prawo i w lewo i ponownie przez chwilę nasłuchiwała gości, po czym wstrzymała oddech i cicho zapukała do drzwi.
Nic się nie wydarzyło. Z gęsią skórką uderzyła mocniej.
- To ja - wyszeptała. W końcu rozległ się trzask zamka, drzwi otworzyły się na parę centymetrów i odsłoniły blady owal twarzy w ciemnym wnętrzu. Bogu niech będą dzięki.
- Wyjeżdżamy? - szepnęła dziewczyna.
- Jeszcze nie. Chciałam tylko sprawdzić i upewnić się, że wszystko w porządku. Słyszałaś wczoraj wieczorem coś dziwnego?
- Nie. Dlaczego pytasz? - Dziewczyna przełknęła głośno ślinę. Mimo drobnej budowy i szeroko otwartych ze strachu oczu była dorosłą kobietą w wieku co najmniej dwudziestu kilku lat. - Coś się stało? - zapytała podniesionym głosem, a szpara w drzwiach się powiększyła.
- Nie, wszystko w porządku - zapewniła ją Lily. - Po prostu robię obchód. Nie dostałam jeszcze telefonu, więc... Gdyby coś się stało tobie albo... - Skinęła głową na okrągły brzuch kobiety.
Amber. Miała na imię Amber i mogła być w co najmniej siódmym miesiącu ciąży, chociaż wyglądała jak nastolatka z piłką do koszykówki pod różową koszulką.
Lily miała nic o niej nie wiedzieć. Im mniej ktokolwiek z nich wiedział, tym lepiej. Ale kobieta przedstawiła się w noc swojego przyjazdu.
- Nic nam nie jest - powiedziała i obrzuciła badawczym spojrzeniem przestrzeń za plecami Lily, jednocześnie dotykając swojego brzucha.
- Gdyby było trzeba, mogę przynieść świeże jedzenie.
- Wystarczy to, co zostawiłaś. Dziękuję. Długo jeszcze trzeba czekać na papiery?
- Mam nadzieję, że tylko do wieczora. - Zrobiła krok do tyłu. - Siedź i nie wychodź.
Kobieta rozejrzała się ponownie, po czym zamknęła drzwi. Zamek cicho wskoczył na swoje miejsce.
Lily cofnęła się aż do kolejnego kampera i głęboko odetchnęła. Wzięła wdech, licząc do pięciu, a potem zrobiła wydech, do dziesięciu. Wszystko było w porządku. W najgorszym wypadku raptem jedna noc więcej. Jeszcze raz wciągnąwszy brudne i pachnące benzyną powietrze, uspokoiła się na tyle, żeby się ruszyć.
Zaraz po powrocie do biura przejrzała wszystkie nagrania. Potem dokończyła poniedziałkową papierkową robotę i sprawdziła, czy korporacja zatwierdziła jej zamówienie. Zanim zamiecie dwie świeżo opróżnione skrytki, Everett zdąży już wrócić ze szkoły. On się zajmie swoją pracą domową, potem zjedzą kolację i wtedy nadejdzie czas na jej pracę domową.
Jeżeli...
- Hej! - odezwał się z prawej czyjś chrapliwy głos.
Lily skoczyła, obróciła się z wyciągniętą ręką, jednocześnie drugą blokując ewentualny śmiertelny cios w szyję.
- Rany, spokojnie! - wychrypiał mężczyzna, unosząc w pozdrowieniu piwo. - To tylko ja!
Poczuła, jak jej kończyny słabną, a w oczach szczypią łzy ulgi, kiedy zobaczyła siwowłosego faceta wstającego z kapitańskiego fotela szalupy stojącej w magazynie.
- Chryste, Mac!
- Przepraszam. Nie wiedziałem, że aż tak się zamyśliłaś.
Mięśnie nie wchłonęły całej adrenaliny, która buzowała teraz boleśnie w żyłach Lily, chociaż nie była już potrzebna ani do walki, ani do ucieczki.
- Ale mnie wystraszyłeś!
- Widzę właśnie. Przepraszam, pani Brown.
Machnęła drżącą ręką.
- W porządku. Powinnam się ciebie spodziewać, skoro wczoraj cię nie było.
Mac prychnął.
- Żona zorganizowała wielką imprezę z bingo. Stwierdziła, że jestem jej potrzebny.
- No cóż. - Spojrzała wymownie na jego piwo. - Miłego połowu.
- Dzięki. Szkoda, że dziś w radiu nie ma meczu bejsbolowego.
- W takim razie będziesz musiał zadowolić się odgłosami natury.
Wskazała głową najbliższe metalowe drzwi i gruchające nad nimi gołębie na dachu.
Mac zarechotał głośno, a Lily może by się zastanowiła, ile już zdążył wypić, gdyby nie wiedziała, że zawsze zabierał ze sobą dwa piwa. Wystarczyłoby jedno więcej i nie mógłby wrócić do domu na rowerze.
Z początku wydawało jej się, że stracił prawko z powodu jazdy pod wpływem, lecz po kilku tygodniach odwiedzania swojej ukochanej łodzi w końcu się przyznał: doznał dwóch niewyjaśnionych zasłabnięć i nie mógł prowadzić, dopóki nie dostanie zaświadczenia lekarskiego. Wyrzucili go z pracy i musiał sprzedać błyszczącego, ważącego pół tony czarnego pick-upa, ale nie chciał oddać łodzi.
Wciąż roztrzęsiona, Lily pomachała mu na pożegnanie i odeszła. Gdy tylko minęła róg, oparła się o ścianę, by poczekać, aż jej serce się uspokoi.
Kiedy pojawił się Mac? Czy to możliwe, żeby coś zauważył? Chociaż nasłuchiwała samochodów, z pewnością usłyszałaby chrzęst opon jego roweru na żwirze, gdyby choć trochę zbliżył się do miejsca, w którym była.
Ból mięśni w końcu minął, więc oderwała się od pustaków i przeszła przez wąską alejkę między dwoma budynkami, kierując się prosto do swojego biura. Potrzebowała wody i chwili spokoju.
Nie dostała ani jednego, ani drugiego. Czekał na nią młody mężczyzna, jednak okazał się pierwszą osobą dzisiaj, która nie przyprawiła jej o skok ciśnienia. Jego pryszczata twarz z miną winowajcy wodziła za nią zbyt żałosnym wzrokiem, by wzbudzić w niej nerwowość.
- Hej - rzucił smutno, kiedy dotarła do ławki, na której siedział. - Potrzebuję miejsca na swój sprzęt. Kobieta wyrzuciła mnie na zbity pysk.
Lily przybrała zatroskaną minę, chociaż miała ochotę zaśmiać się z doboru słów i staromodnego hipisowskiego kucyka, który wisiał smętnie na jego plecach.
- Skrytka krótkoterminowa? - zapytała, spoglądając na niewielką stertę dobytku u jego stóp.
- Chyba tak. Załatwiłem sobie robotę od czerwca, ale do tego czasu jestem wolny jak ptak. Słyszała pani kiedyś o Farmie? Jest w Tennessee i chyba ją obczaję.
Wszedł za nią do środka, opowiadając o wciąż istniejącej komunie hipisów, jednak musiała mu przerwać, by wyjaśnić, że klient bez adresu rozliczeniowego musi uiścić opłatę za dwa miesiące z góry. Wręczyła mu spis cen.
Zanim podpisał wszystkie dokumenty, a ona oprowadziła go po obiekcie, z jej porannej paniki niewiele już zostało. Może to kojący efekt oparów trawki, które dało się wyczuć przy każdym ruchu jej nowego klienta.
Po jego wyjściu Lily z wdzięcznością opadła na skrzypiący fotel, żeby obejrzeć nagrania z monitoringu, popijając wystygłą kawę.
Teraz, gdy policjant zniknął, a ją ogarnął spokój, przeglądanie nagrań wydało jej się niepotrzebne. Droga prowadząca do centrum biznesowego i magazynów ciągnęła się przez prawie półtora kilometra i łączyła się z autostradą stanową. Cokolwiek go zaniepokoiło, nie miało z nią nic wspólnego.
Na sam początek włączyła nagranie z bramy wejściowej od godziny dwudziestej i zobaczyła swoją własną widmową postać zbliżającą się do zamkniętego wyjścia. W tle widać było przesuwające się światła lamp samochodowych, choć samo auto nigdy nie pojawiło się w zasięgu wzroku. Zamiast tego podbiegł do niej drobny, zgarbiony cień, który Lily wyprowadziła poza kadr. Natychmiast zaznaczyła ten fragment nagrania i go skasowała.
Gotowe. Ta chwila nie istniała już dla nikogo poza nią i Amber.
Dokładne sprawdzenie innych kamer zajęło prawie godzinę, ale nie pojawiło się zupełnie nic poza oposem, który przemknął obok z kilkoma maluchami na grzbiecie. Lily pozwoliła sobie na lekki uśmiech i zanotowała czas, aby pokazać ten fragment Everettowi.
Jej syn z milutkiego chłopca przeobraził się w niezdarnego, nieco zdystansowanego nastolatka, lecz słodkie zwierzątka nadal na niego działały, a ona bez skrupułów korzystała z każdej taktyki, by trzymać go blisko siebie.
Bo byli sobie bliscy, prawda? Mimo wszystko?
Lily opadła na krzesło i przetarła oczy. W dobre dni myślała, że radzi sobie całkiem nieźle, samotnie wychowując syna. W złe dni, kiedy co najmniej jedno z nich było w kiepskim nastroju, a ona czuła, że go zawodzi... Cóż, w takie dni włączała muzykę i cicho płakała w swojej sypialni, podczas gdy on grał w gry przez internet.
Nie istniał żaden powód, by ten dzień okazał się właśnie taki. Wrzuci do piekarnika trochę mrożonej słodkiej masy i powita Everetta ciepłymi ciasteczkami, gdy chłopiec wróci po niemal półtorakilometrowym spacerze z przystanku autobusowego, i nawet nie będzie jej przykro, gdy syn zapomni skomplementować jej wypieku.
A kiedy wręczy swoją specjalną przesyłkę, przyczai się, przestanie ryzykować i wszystko wróci do normy.