Zlecenie na niedźwiedzia - Sonia Nowak

Kup ebooka

47.90 zł
38.31 zł (47,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

Lipiec był gorący. Słońce agresywnie świeciło w okna. Marcelina chętnie wyrzuciłaby ten miesiąc z upałami i komarami z kalendarza, gdyby nie otulający zapach kwitnących lip. Przed chwilą po raz kolejny zgwałciła swój umysł, przyswajając wiedzę potrzebną do pokonania problemu w pracy. Sprawozdawczość roczna przekazem elektronicznym. Tym razem wszystko poszło szybko i gładko. System techniczny nie zbuntował się, żeby inteligentce o profilu humanistycznym pokazać, kto tu rządzi.

Z radością pomyślała, że czas wyłączyć komputer przed wyjściem do domu, kiedy zadzwonił telefon.

Zawsze dzwoni właśnie w tej chwili, kiedy człowiekowi poprawia się nastrój, równo pięć minut przed zakończeniem pracy. To taki sam nietakt jak pojawienie się śmieciarki zajeżdżającej drogę ślubnej parze - pomyślała i podniosła słuchawkę.

- Kancelaria prawno-podatkowa Rympel, Paśniak i Wspólnicy. Marcelina Nadobnik, w czym mogę pomóc? - zapytała nienaturalnym dla niej profesjonalnym tonem.

- Wie pani... Ach... Spadek. I same kłopoty. Ciotka umarła. Wola boska, miała już sto trzy lata. Nie miała dzieci. Zostawiła trzy kamienice - powiedziała podniecona kobieta.

- W sprawach spadkowych specjalizuje się mecenas Zygmunt Paśniak - przerwała Marcelina, licząc na szybki finał rozmowy.

- Kochana. To długa historia. Ciotka piła. Po alkoholu obiecywała całej rodzinie te kamienice. A jest nas czworo: trzy siostry i szwagier Stasiek, mąż Basi. Basia zmarła biedna w ubiegłym roku. Normalnie do dziś nie mogę się pozbierać. Wszystkie bardzo to przeżyłyśmy. No i został sam szwagier. Pierdoła nie chłop. Nigdy nie pracował. Nie wiadomo co z nim robić. Ale chyba też ma prawo do tego spadku. Co pani myśli?

- Powinna pani porozmawiać z panem mecenasem. Ja nie mam kompetencji do udzielania porad prawnych. Wolne terminy...

- Kochana. Powiedz mi coś konkretnego, bo ja bym chciała te trzy kamienice dla siebie. Należą mi się. W końcu to ja opiekowałam się ciotką. One palcem nie kiwnęły. Nie mówiąc o tym wałkoniu, który wykończył biedną Basię.

- Wtorek szesnasta trzydzieści. Czy mam panią zapisać? Są kolejki do mecenasa Paśniaka. Ma duże doświadczenie w sprawach spadkowych.

- No pewnie. Maria Gajewska.

- Do zobaczenia. Zapraszamy we wtorek na szesnastą trzydzieści.

- Jak przyjdę, to opowiem pani resztę.

- Nie mogę się doczekać. Do widzenia.

Marcelina się rozłączyła. Poczuła lekki ucisk w gardle, który spowodowało dławiące poczucie marnowania sobie życia. Pracę traktowała jak rolę w serialu. Grała miłą, kulturalną dziewczynę, którą nie była, i nie lubiła odgrywanej przez siebie bohaterki. Uważała, że nie powinna ograniczać wyobraźni dobrymi manierami. Tysiące przeczytanych książek, dwa fakultety humanistyczne na najlepszym uniwersytecie doprowadziły ją do mentalnego anarchizmu, który przeszkadzał w docenianiu dobrej pracy za przyzwoite pieniądze.

Specjaliści z dziedziny psychologii twierdzą, że prowadzi do tego też szczęśliwe dzieciństwo spędzone nudno i leniwie z daleka od żłobka i przedszkola. Marcelina spędziła je w domu dziadków i pradziadków, słuchając anegdot przy chórze mruczących kotów przechadzających się miedzy opowiadającymi i oglądając egzotyczne obrazki w albumie o Afryce. Koty też chętnie zaglądały do tej książki, obserwacja ta wytworzyła w dziewczynce bardzo wysokie mniemanie o inteligencji tych zwierząt. Dziecko poznało przyjemność płynącą z bezczynności, swobody dysponowania własnym czasem i braku poczucia obowiązku. Takich doświadczeń nie zapomina się nigdy i w późniejszym życiu z pożytkiem lub też ze szkodą, to zależy od czasów i okoliczności, dąży się do życia w sielance.

Marcelinę, jak wszystkie dzieci, dopadł w końcu powszechny obowiązek szkolny i z całą agresywnością feudalnego systemu psuł jej nastrój. Złapała oddech na studiach: flirty, żarty, premiery teatralne, beztroska młodzieżowych imprez do rana, poprawiały jej samopoczucie, ale też wyciskały resztki życiowej witalności, której zasoby z wiekiem coraz trudniej było uzupełnić.

Potem nastała era pracy i obezwładniającej człowieka, myślącego abstrakcyjnie, cyfryzacji. To nie dawało wielkich nadziei na powrót do sielanki. Marcelina wiedziała, że dobrze jest znać siebie, mieć choćby podstawową wiedzę na swój temat. To może człowieka ocalić przed przesadnym wczuciem się w narzucaną rolę społeczną. Aby nie zapomnieć, kim jesteśmy, musimy każdą wolną chwilę spędzać na byciu sobą. Wystarczy to robić w czasie wolnym. W pozostałych sytuacjach można grać do woli wszystkie role, które pozwalają nam wyjść na swoje w życiu.

Starała się pielęgnować swoje rytuały, nazywając je dziwactwami. Uważała, że dziwactwa to przywilej starej panny. Spotykało się to z oburzeniem lub co najmniej zaskoczeniem jej bliskich, ponieważ cieszyła się wielkim powodzeniem, miała zwykle jakiegoś przyjaciela, do tego nikt już nie używał archaicznego sformułowania "stara panna" wypartego przez singielkę. Dziewczyna jednak lubiła czuć się starą panną, wielbiciele jej w tym nie przeszkadzali, bo jeżeli dziwactwa to przywilej starej panny, a ona miała swoje dziwactwa, to - jak mawiał jej przyjaciel szewc Stefan Husar - na logikę była starą panną.

Skąd ten sentyment do panieńskiego stanu? Marcelina odziedziczyła mieszkanie po ciotecznej babce Cecylii, która przez całe życie była niezamężna. Dziewczyna kochała wesołą ciotkę jak najbliższą osobę w rodzinie. Odwiedzała ją często, bo Cecylia każdy problem, niezależnie od jego wielkości i powagi, potrafiła zamienić w błahostkę. Do tego zawsze mówiła, co myśli. Na pytanie rodziny, dlaczego nie znajdzie sobie jakiegoś miłego towarzysza życia, zawsze odpowiadała, że "tego kwiata jest pół świata", dopóki nie zdecyduje się na tego jedynego może przebierać i cieszyć się wszystkimi.

Ciotka poza radosnym usposobieniem miała jeszcze inną cenną cechę: zaradność finansową. Potrafiła odłożyć spore sumy pieniędzy, nie będąc sknerą i specjalnie nie oszczędzając na sobie. Mimo że pracę miała zwyczajną, nie zarabiała przesadnie dużo, miała ten rzadki, dla kobiet w tej rodzinie, dar odkładania pieniędzy, które potem jakby same się rozmnażały w funduszach inwestujących w dobra luksusowe, a później na lokatach. Wszystkie jej, często przypadkowe i podjęte pod wpływem emocji, decyzje finansowe przynosiły zyski. Zakupy ją nudziły, jedynym luksusem, na który sobie pozwalała, było dobre wino. To ona nauczyła Marcelinę je pić.

Zmarła niespodziewanie. Kolega odwoził ją z pracy nowym samochodem sportowym, zwykle jeździła autobusami miejskimi, zderzyli się z terenówką prowadzoną przez kierowcę na antydepresantach, zginęli wszyscy. Marcelina straciła powierniczkę trosk, bo tylko z ciotką Cecylią rozmawiała szczerze o sobie. Dziewczyna przeżyła tę śmierć jak stratę najlepszej przyjaciółki. Zaskoczenie rodziny było wielkie, kiedy okazało się, że Cecylia zostawiła testament i wszystko zapisała Marcelinie, mimo że miała bliższych krewnych. Dziewczyna kończyła właśnie studia. Wprowadziła się do ładnego dwupokojowego mieszkania przesiąkniętego energią silnej kobiety i długo zastanawiała się, czy coś w nim zmieniać.

Pewnego dnia przeglądając pudła z kapeluszami ciotki, znalazła list zaadresowany do siebie. Rozpoznała charakter pisma Cecylii.

Wiedziałam, że najpierw obejrzysz kapelusze! Dziecko! Urządź to mieszkanie po swojemu. Zmień wszystko, żeby nie mieszkać w moim grobowcu. Właśnie na to zostawiłam Ci pieniądze. W szafie, w piwnicy jest sejf. Podaję kod: 26281976. Bądź mądra i dzielna jak zawsze.

C.

Marcelina zorientowała się, że skropiła kapelusz łzami. Zamrugała, żeby się opanować.

Racja, każe mi trzymać się uroków życia - pomyślała.

Remont trwał rok. Ze ścian zniknęły wzorzyste tapety. Mieszkanie rozjaśniły pastelowe odcienie kości słoniowej i piasku na karaibskiej plaży. Ciężkie zasłony ustąpiły miejsca bambusowym roletom.

Kuchnia, w której zostały odnowione dębowe meble i pojawił się nowy sprzęt, w tym czerwony ekspres do kawy, została połączona z pokojem, tworząc przestronne pomieszczenie z wygodnymi szarymi kanapami i półką na książki do sufitu zajmującą całą ścianę.

W sypialni obok prostej drewnianej szafy, pamiątki po Cecylii, pojawiło się duże łóżko. Marcelina miała wielką niechęć do codziennego ścielenia i składania łóżek, dlatego kupiła takie, którego nie można złożyć. Poza dwiema dużymi drewnianymi szafami została też kolekcja trzydziestu czterech kapeluszy ciotki. Dziewczyna ciągle zadawała sobie pytanie kiedy i dokąd Cecylia je nosiła, bo w odwiedziny do krewnych przychodziła zwykle w szarym albo granatowym berecie. Wszystkie nakrycia głowy pasowały na Marcelinę i zaczęła je już lubić, co było pierwszym krokiem do noszenia.

Najwięcej energii i środków wymagał remont łazienki. Pomieszczenie było dość duże, z oknem. Szary marmur pokrył ściany i podłogę. Drewniana wanna i wbudowana w ścianę owalna szafa, mieszcząca nieskończenie wiele kolorowych szlafroków, wykonane były z tego samego czarnego dębu. Na szerokim blacie szarej, marmurowej umywalki stały trzy wazoniki z Ćmielowa: żółty, pomarańczowy i niebieski, wypełnione białymi goździkami. Oświetlenie punktowo umieszczone w ścianach rozjaśniało to surowo eleganckie wnętrze. Porozrzucane resztki garderoby, różowe ręczniki i mnóstwo małych słoiczków z kosmetykami oraz butelek z perfumami odbierały jednak tej elegancji powagę, tworząc nieład prawie artystyczny. Marcelina urządziła sobie azyl, coś w rodzaju schronienia dla swojego ducha i indywidualizmu. Nie lubiła wpuszczać do swojego gniazdka ludzi, szczególnie obcych i tych, których nie darzyła sympatią, żeby nie wnosili złej energii.

Jej ulubionym dziwactwem był rytuał oczyszczania umysłu. Wolne chwile zaczynała zawsze w podobny sposób: włączała Capriccio Italien Czajkowskiego, kładła się na kanapie z kieliszkiem wina i wyobrażała sobie mamuta oraz nosorożca idących do wodopoju. Mamut był czarny, nosorożec biały. Szli wolnym, wręcz tanecznym krokiem, rozkoszując się szumem paproci i wdychając przejrzyste, świeże powietrze. Doszedłszy do wodopoju, zaczerpnęli po trochu wody, aby ugasić pragnienie, i zamruczeli z radości. Dzień był piękny jak zawsze w pradawnej puszczy. Marcelina zasnęła na chwilę. Ostatnio miała dziwny, powtarzający się sen o tym, że ktoś patrzy na nią z ukrycia.

Po godzinie wstała z łóżka. Zjadła awokado z majonezem, pomidora i garść orzechów. Nalała sobie drugi kieliszek, bardzo lubiła pić wino i chciała to robić przez cała życie, dlatego piła mało, żeby zdrowia jej nie zabrakło na dalsze biesiadowanie. Z kieliszkiem weszła do wanny pełnej piany, nie umiała oszczędzać wody, do czego zachęcano w rządowych kampaniach społecznych, ale była bezdzietną wegetarianką niemającą samochodu i to był jej wkład w ochronę klimatu. Z oddali dobiegały dźwięki Capriccio Italien Czajkowskiego, było coś podnoszącego na duchu w tej melodii, takie skradanie się do czynu, a potem marsz i taniec i tak w kółko, karuzela losu.

Marcelina nie lubiła czytać recenzji, bo rzadko podzielała opinię ekspertów, sama interpretowała sztukę.

A teraz pora pokazać światu swoje piękniejsze oblicze - pomyślała, robiąc ćwiczenia mięśni twarzy.

Ich celem było zachowanie młodości, w co Marcelina do końca nie wierzyła, sądziła, że czas musi płynąć, a to zostawia ślady w naszym ciele i umyśle, ale można usunąć napięcia doświadczane nieświadomie, niechcący. Usunąć tę minę, ten grymas twarzy spowodowany przejściowym niezadowoleniem z życia. Najlepiej służyło temu patrzenie na spokojne morze i spacerowanie po długich plażach, działało rozluźniająco na wszystkie mięśnie, ale nie zawsze było dostępne.

Teraz makijaż, który podkreślił śmiejące się, błyszczące oczy. Największy atut Marceliny. Niewielu ludzi potrafi śmiać się oczami. Wyraz błogości zadowolonej dziewczynki osiągała, odtwarzając sobie w głowie ulubioną melodię. Zawsze działało. Spryskała się werbeną z miętą. Włożyła jedwabne rajstopy. Zawsze się rolowały, trzeba było to zrobić umiejętnie. Suknia w kolorze bakłażana w asymetryczne cięcia podkreślające bardzo szczupłą sylwetkę. Nałożyć kapelusz na tę burzę kasztanowych loków to zawsze był nie lada wyczyn. Ale udało się. Szare, jedwabne rękawiczki schowała do torebki. Obuła się w pantofelki od Stefana Husara zwane pieszczotliwie przez fashionistki husarkami.

Otworzyła szufladę, żeby wydobyć swój talizman. Mały damski pistolet beretta 421. Włożyła go do torebki. Znalazła go szafie w piwnicy dziesięć lat temu. Po wprowadzeniu kodu otworzyła sejf dla kamuflażu zastawiony słoikami ogórków kiszonych.

Na dnie leżało coś błyszczącego.

Wyjęła to i przymierzyła do dłoni, pasowało idealnie, wtedy znalazła kolejny list.

Uważaj to nie zabawka. To beretta 421. Działa.

C.

Marcelina zauważyła, że zawsze kiedy nosi pistolet przy sobie, sprzyjają jej okoliczności. Ta część spadku chyba najbardziej ją wtedy zaskoczyła, ale już się oswoiła, a nawet zaprzyjaźniła z niespodziewanym prezentem.

No to jestem gotowa do wyjścia - uznała w duchu.

Pasuje tu jak palma w polu rzepaku - pomyślał pan Henio, mijając nowy apartamentowiec i parkując pod blokiem, w którym mieszkała Marcelina.

Spośród otoczonych zielenią starych bloków wyłaniał się budynek z piaskowca, metalu i szkła, który został tak surowo oceniony przez leciwego taksówkarza.

Budują takie dziwactwa dla tych nowych elit - kontynuował rozmyślania. - Teraz już nawet uczyć się nie trzeba, żeby zostać bogaczem. Wystarczy zostać celebrytą. To znaczy obierać marchewkę na ekranie albo biegać na golasa. No ale powiedzmy sobie szczerze, kiedyś też pieniądze przytrafiały się nieukom, bo mieli szczęście. Czy to jest sprawiedliwe?

Rozważania pana Henia o elitach przerwało pojawienie się Marceliny.

Ślycznotka jak z obrazka - zadumał się. - Te oczy jakieś takie błyszczące. I taka chuda jak modelka, a przy tym drobna, nie wielka jak tyczka i nie kanciasta. Do tego ten wyraz twarzy, jakby głaskała mruczącego kotka. Żadnych nerwów, bez napięcia.

A że już pięćdziesiąt lat jeździł na taksówce, to widział miliony twarzy i wiedział, co mówi.

Gdzie ona się wybiera? W tym kapeluszu i rękawiczkach. Pewnie dorabia sobie bidula do marnej pensji. Ale to już nie moja sprawa - ciągnął swoje rozważania pan Henio i tak ustawił lusterko, żeby się trochę nasycić.

Potem odjechał pod wskazany przez Marcelinę adres, na Brzozową.

2

Muu, Muuu, Muuuuuuuuu.

Rozległo się muczenie krowy, dzwonek najnowszego modelu telefonu.

Muuuuuuu.

Telefon zatrząsnął się na szklanym stoliku stającym obok lnianej, białej kanapy.

Wysportowany, młody blondyn, o zbyt chłopięcym obliczu jak na dobrze zapowiadającego się milionera, z niechęcią oderwał się od lunety. Przemknął boso przez rozległy taras, poczuł pod stopami chłodną, marmurową podłogę, potem złapał telefon i wskoczył na kanapę.

- Witek - powiedział, uśmiechając się łobuzersko, co czyniło jego twarz jeszcze młodszą. - Jestem w domu. A gdzie mam być? Mam taką dobrą pracę, że nie muszę do niej chodzić. Przyjeżdżaj. Wkładam bąble do lodówki.

- Jest ze mną ciotka Fela. Raz w tygodniu musi zobaczyć miasto, żeby nie popadła w melancholię. Wiesz, że mam do niej słabość, właściwie nie wiem dlaczego. Nie potrafię jej odmówić, wożę ją wszędzie. To chyba nici z imprezy. Jestem samochodem.

- Zostańcie na noc. Gdzieś was zakwateruję. Mam trochę wolnego miejsca. Cioci Felicji imprezy nigdy nie przeszkadzały. Przebalowała kawał życia, zanim zwaliła ci się na głowę.

- Co miałem zrobić z siostrą zmarłej matki, kiedy przegrała mieszkanie w pokera? Nie będzie przecież mieszkać pod mostem - powiedział szybko Witek, wzdychając lekko.

- Ja też ją zawsze lubiłem. Pamiętasz, kiedy byliśmy dziećmi, a ona uczyła nas śpiewać tym swoim mezzosopranem: "Dokąd biegną krasnoludki? Szukać wódki, wódki, wódki", a dookoła wyły słowiki, robiąc jej chórki. Rodzina powinna się wspierać - skłamał Juliusz. - No, to czekam na was.

Odłożył najnowszy model telefonu na stolik, włożył szurające kapcie muzealne w stylu hygge i poszusował w głąb swojego przestronnego mieszkania, wrzeszcząc:

- Marek! Marek! Gdzie jesteś? Robimy imprezę!

Po marmurowych schodach zbiegł chudy chłopak, krótko ostrzyżony, z długą brodą, machając zamaszyście mokrą ścierką.

- Myłem okna na górze, żeby popraktykować cnotę cierpliwości, albowiem jak sądzą moi buddyjscy przyjaciele: "kto w tym wcieleniu był cierpliwy, w następnym będzie piękny" - odpowiedział Marek donośnym głosem i wyraźną dykcją młodego kaznodziei.

Chłopak miał skłonność - pewnie wrodzoną, bo gdzie w dzisiejszych czasach mógłby się tego nauczyć? - do tworzenia zdań wielokrotnie złożonych, czasem nawet anegdotycznych lub z puentą. Marek Stawiszyn był asystentem Juliusza. Zajmował się głównie sprzątaniem i gotowaniem, bo nie lubił papierkowej roboty. Juliusz podejrzewał, że chłopak coś kombinuje. Tworzy jakąś nową teorię filozoficzną albo nawet religię. Nie poruszał z Markiem tematu jego zainteresowań duchowych, bo uznał, że to prywatna sprawa pracownika. Najważniejsze, że dobrze sobie radził z domem. Na rozmowie o pracę powiedział, że woli zajmować się gotowaniem i sprzątaniem, niż jeździć tirem, albo być "krawatem" w korporacji. Juliusz dobrze mu płacił, hojnie wynagradzał też pozostałych pracowników. Ta rozrzutność charakterystyczna dla ludzi, którym łatwo poszło już na starcie, dawała młodemu milionerowi złudne poczucie, że spłaca dług zaciągnięty u Fortuny.

Po studiach ogrodniczych, za radą dziadka, założył firmę Lukrecja i wypuścił na rynek nalewkę z tataraku "Złoty Sen", reklamując ją jako ziołowy suplement diety na bazie alkoholu, środek nasenny. Chwyciło. Można powiedzieć, że pieniądze przyszły same. Juliusz Kurdybanek z wesołego chłopca, który musiał znaleźć po studiach jakieś zajęcie - bo "jak to tak, żeby mężczyzna nie pracował, w naszej rodzinie mężczyzna musi mieć zajęcie, najlepiej prestiżowe", marudziła babcia Ela - stał się przedsiębiorcą z pozycją w pierwszej dziesiątce na liście najbogatszych.

- To co? Ze trzy butle abyssa. Karczochy z kozim serem i...? Może suflet z ryby? Będzie trochę roboty.

Marek wyrwał szefa z zadumy.

- Idę z tobą do kuchni. Pomogę obierać karczochy. I nie szoruj tak często tych okien, bo je podziurawisz - powiedział Juliusz, klepiąc pracownika w ramię.

- Szefie, dzwonił naczelny miesięcznika "Biznes Torpeda". Prosi o wywiad.

Juliusz przemknął kocim krokiem między łupinami a włosami karczocha w stronę lodówki. Wyjął maślankę. Rozprowadził ją w misce z mąką gryczaną i odrobiną sody i zaczął energicznie mieszać.

- Niech spada. Odeślij go do Doroty z PR.

- To ona odesłała go do mnie. Spławia go już od roku. Od publikacji listy najbogatszych.

- Nie mam mu nic ciekawego do powiedzenia. Po studiach rodzina zagoniła mnie do pracy. Reszta to przypadek.

Uuuuuuuuuuuuuuuuuu. Uuuuuuuuuuuuu.

Rozległ się dźwięk syreny strażackiej.

Marek zatkał uszy.

- Zmieńmy dźwięk tego dzwonka, bo wytrąca mnie ze stanu relaksu i skupienia - powiedział Marek. - Zaraz coś rozleję - dodał i oddalił się od blatu kuchennego, by otworzyć drzwi gościom.

Witek Kula stanął w progu z koszykiem biorabarbaru.

Wręczył go Markowi.

Tarta z rabarbaru była jego popisowym ciastem.

- Kiedy widzę twoją kwaterę, czuję się jak ofiara kapitalizmu. Pamiętam nasze studenckie dyskusje przy tanim winie. Zawsze byłeś socjalistą. Wprowadzić dochód podstawowy, ozusować maszyny wykonujące ludzką pracę, skrócić wymiar pracy do czterech dni w tygodniu.

- Premier Jasnota to testuje na administracji publicznej - odpowiedział Juliusz, witając się z przyjacielem. - Rozmawiałem o takich rozwiązaniach z moim kierownikiem od sprzedaży. Zgadnij, co mi odpowiedział? Że jak coś takiego zaproponuję pracownikom, to ze strachu się pozwalniają. Wolą klepać biedę z przyzwyczajenia.

Witek wyszedł na taras. Zbliżył się do miejsca obserwacji. Zerknął w lunetę.

- Skąd masz taki sprzęt?

- Kupiłem na Mazurach w sklepie dla szpiegów.

- Przyjacielu! Powinieneś to robić bardziej dyplomatycznie. Ustawiona prosto w okna tej rudej. Nie w gwiazdy... Fajna. Może nie jest klasyczną pięknością, ale...

Nastąpiła dłuższa pauza pozwalająca na większą zadumę i uwagę.

- No, coś w niej takiego jest, że nie można wzroku oderwać.

- Możesz sprecyzować? Ty wszystko tak logicznie potrafisz wyjaśniać - oznajmił Juliusz.

- Ha. Taka zamyślona. Zamyślona za wszelką cenę. Jakby rzeczywistość jej nie dotyczyła. Wiesz, co mam na myśli. Teraz większość kobiet rozmawia przez telefon, pisząc na laptopie, a obok szczekają dwa pudle i drze się trójka dzieci. Wiesz coś o niej?

- Nie na razie się przyglądam i nie mogę się oderwać.

- Tak całymi dniami?

- Nie da się. Ona gdzieś wychodzi. Chyba pracuje.

- Jesteś bogaty. Możesz sobie pozwolić na prywatnych detektywów, wróżkę i jasnowidza.

- I psychiatrę. Jeszcze na głowę nie upadłem. Jestem wychowany na bardziej romantycznych bajkach. Jak się do niej przyzwyczaję, to wkroczę do akcji. Na razie chcę ją lepiej poznać.

- I co jej powiesz? Tyle lat panią podglądałem, że aż się zakochałem.

- Są takie klasyczne teksty do zagajania...

UUUUUUUU. Uuuuuuuuuuuuuuuuuuu.

Witek drgnął na dźwięk syreny dzwonka.

- To ciotka Fela. Tylko się nie chwal. Tak ją podniecają romanse, że znowu nie będzie spać po nocach.

- Ty też trzymaj język za zębami. Takie podglądanie chyba nie jest legalne.

Marek otworzył drzwi. Wykonując dyskretny ukłon, poprosił ciotkę Felę, żeby czuła się jak u siebie w domu. Nie znał jej życiorysu, więc nie miał świadomości popełnionej gafy. To była ta rzadka chwila, kiedy nadmiar uprzejmości szkodzi. Fela, posyłając mu płomienny uśmiech, nie pokazała bólu po utracie swojego zawalonego antykami małego mieszkanka w dużym mieście, które niedawno przegrała w pokera. Mimo pecha powodującego ciągłe troski, a może na przekór nieszczęściom, była kobietą wciąż piękną. Dawno już przekroczyła pięćdziesiątkę, ale miała bujne ciemne włosy, fiołkowe oczy i ładne blade dłonie, którymi energicznie gestykulowała - jednym słowem teatralność w połączeniu z wystudiowaną pogodą ducha i żelazną dyscypliną w dbaniu o siebie czyniły z niej atrakcyjną "kobietę bez wieku". Wędrowała przez długi salon, wyciągając dłonie w stronę Juliusza. Co dwa kroki przystawała, żeby mu się przyjrzeć. Kiedy dotarła do celu, odezwała się swoim mezzosopranem.

- Juliś! Pięknie tu. Brakuje ci tylko odpowiedniej kobiety i oczywiście niedźwiedzia na wizytówki.

Mówiąc ostatnie zdanie, porwała w objęcia młodego milionera jak chłopca, który dzielnie odbył pierwszą samodzielną podróż swoim nowym rowerkiem. Widząc przedłużający się uścisk, Marek zwrócił się do gości.

- Kolacja gotowa.

- Zapraszamy do stołu - dodał Juliusz, prowadząc pod rękę Felicję i wskazując jej miejsce.

Puk.

Marek strzelił korkiem szampana. Fela z zadowoleniem w oczach obejrzała zastawiony stół i zawiesiła wzrok na butelce.

- Ach. Strzał korkiem szampana to mój ulubiony dźwięk, a znam się trochę na muzyce. Czemu ta butelka taka ubłocona?

- Leżała na dnie oceanu. Abyss Millesime dwa tysiące czternaście - odpowiedział Marek, rozlewając eliksir.

- Jak ty robisz te karczochy? - spytał Marka Witek.

- Tajemnica. Musisz mieć odpowiednie bakterie w rękach, biorą się z dobrej energii, no i trochę koziego sera, najlepszy krajowy.

- Juliś - powiedziała Fela, mrucząc nad rybnym sufletem - jak ty dziarsko znosisz tę nagonkę prasową. "Milioner, wizjoner, tajemniczy", a ty się, chłopcze, nic nie zmieniłeś.

- Nie mam fantazji do wywiadów, nie mam nic do powiedzenia tym dziennikarzom. Oni nie chcą słuchać, że coś potoczyło się samo. Chcą opisu planu i ciężkiej pracy.

- A co złego jest w twojej prawdzie? - wtrącił Witek. - Możesz im zawsze powiedzieć jakąś bajkę: niebieski smok przebiegł mi drogę, a to przynosi szczęście w interesach.

Marek dolewając trunku gościom, odpowiedział:

- Dobre. To będzie jednocześnie reklama ziół, które sprzedajemy. Każdy będzie chciał zobaczyć tego błękitnego smoka biegnącego po ścieżce rowerowej.

Felicja wstała, zabierając ze sobą kieliszek, i podeszła do abstrakcyjnego obrazu na ścianie.

- Chcesz mieć z głowy dziennikarzy? To się ożeń. Zajmą się twoją żoną. Tylko nie zapominaj, że to musi być wyjątkowa kobieta - poradziła Fela.

- Jaka? - zapytali wszyscy trzej.

- Szalona. Taka jak Tosca alba Nastasia Filipowna.

- "Ale oczy powinna mieć czarne"1 - zaśpiewali razem Juliusz i Witek.

1 Toska, Giacomo Puccini.