Rozdział pierwszy
Tamtego popołudnia, gdy zginęli moi
rodzice, byłam na małej złodziejskiej eskapadzie z Irene Klauson.
Mama i tata dzień wcześniej wybrali się na coroczny wakacyjny kemping
nad jezioro Quake, przez co babcia od strony ojca przyjechała aż z Billings, aby się mną zająć. Nie musiałam jej zbyt długo przekonywać,
żeby pozwoliła Irene zostać na noc.
- Za gorąco na wybryki, Cameron - stwierdziła babcia tuż po tym, jak się
zgodziła. - Ale my, dziewczyny, czasem potrzebujemy się zabawić!
Była dopiero końcówka czerwca, a Miles City prażyło się w trzydziestodwustopniowym upale. Istny skwar, nawet jak na wschodnią
Montanę. Było tak ciepło, że wiatr przypominał podmuch z ogromnej
suszarki wiszącej nad miastem - posyłał w powietrze kurz i nasionka z ogromnych topoli, które unosiły się po szerokim, błękitnym niebie, a później opadały na pobliskie trawniki. Razem z Irene nazywałyśmy je
letnim śniegiem, a czasami próbowałyśmy je łapać na języki.
Mój pokój znajdował się na zaadaptowanym strychu naszego domu przy
Wibaux Street - miał dziwny kształt i wysoki strop, a latem zamieniał
się w saunę. Na jednym z okien zainstalowano wentylator, jednak jedyne,
co dawał, to fale gorącego powietrza zmieszanego z kurzem i co jakiś
czas, zwykle wczesnym rankiem, powiew świeżo skoszonej trawy.
Rodzice Irene hodowali bydło w ogromnym gospodarstwie rolnym tuż przy
drodze prowadzącej do Broadus, niedaleko zjazdu z autostrady stanowej nr
59. Prowadziła do niego pełna dziur droga, ciągnąca się między prażącymi
się w słońcu polami byliny i różowymi wzgórzami z piaskowca. Klausonowie
mieli klimatyzację. Ojciec Irene był naprawdę grubą rybą wśród hodowców
bydła. Za każdym razem, gdy zostawałam u nich na noc, rankiem budziłam
się z zimnym nosem. Oprócz tego w ich lodówce zamontowano kostkarkę do
lodu, więc często wrzucałyśmy go sobie do szklanek z sokiem
pomarańczowym i napojem imbirowym - nazywałyśmy to drinkiem.
W domu bez klimatyzacji trzeba było sobie radzić trochę inaczej.
Najlepszym sposobem na schłodzenie się było zmoczenie koszuli w naprawdę
zimnej wodzie. Potem należało ją wykręcić, ponownie namoczyć, wykręcić i dopiero wtedy nałożyć na siebie. Obydwie z Irene trzęsłyśmy się przy tym
jak osiki; przypominało to wsuwanie się w nową warstwę lodowatej skóry.
Schnące na dusznym nocnym powietrzu pełnym kurzu koszule nocne stawały
się sztywne i ciężkie, jak kołnierzyki odświętnych koszul taty
wykrochmalone przez babcię.
Około siódmej nad ranem temperatura sięgała już dwudziestu sześciu
stopni. Obudziłyśmy się z grzywkami przyklejonymi do spoconych czół,
śladami po poduszkach odciśniętymi na zarumienionych policzkach i zaschniętymi śpiochami w kącikach oczu. Babcia pozwoliła nam zjeść na
śniadanie resztki ciasta z masłem orzechowym, podczas gdy sama stawiała
pasjansa i co jakiś czas zza grubych szkieł w okularach rzucała okiem na
huczące z telewizora powtórki serialu o Perrym Masonie. Co tu dużo mówić
- uwielbiała oglądać kryminały. Jakoś przed jedenastą zawiozła nas swoim
kasztanowym chevroletem bel air nad jezioro Scanlan. Zazwyczaj
docierałam na trening pływacki rowerem, ale Irene nie przywiozła do
miasta swojego. Przez całą drogę miałyśmy otwarte okna, ale auto i tak
wypełniało duszne powietrze, więc czułyśmy się jak w saunie. Gdy to moja
mama gdzieś nas podwoziła, zaciekle walczyłyśmy o przednie siedzenie,
ale w samochodzie babci po prostu wskoczyłyśmy na tylną kanapę i udawałyśmy, że gramy w reklamie, a babcia robi za panią szofer. Z miejsca, w którym siedziałyśmy, widziałyśmy tylko tył jej głowy, burzę
czarnych włosów po świeżo zrobionej trwałej.
Przejazd główną ulicą miasta zajął nam może z półtorej minuty (włączając
w to zatrzymanie się na znaku stopu i dwóch skrzyżowaniach z sygnalizacją). Minęłyśmy sklep Kip's Minute Market, gdzie sprzedawali
lody na patyku i w porcjach tak dużych, że ledwo mieściły się do
kubeczka, dalej zakłady pogrzebowe stojące jeden przy drugim,
podążyłyśmy tunelem pod torami kolejowymi, a później trasą obok banków,
których pracownicy zwykle częstowali nas cukierkami, gdy rodzice
wpłacali pieniądze na swoje konta. Przejechałyśmy obok biblioteki, kina,
kilku barów i parku - wszystkich tych miejsc charakterystycznych dla
małych miasteczek. Tyle że te miejsca były nasze. A przynajmniej wtedy
jeszcze lubiłam tak o nich myśleć.
- No dobrze, wróćcie do domu, jak tylko skończycie - oznajmiła babcia,
zatrzymując się obok zbudowanego z pustaków domku ratowników i przebieralni, które wszyscy nazywali łaźnią. - Nie będziecie mi się
włóczyć same po mieście. Naszykuję arbuza, a na lunch przegryziemy
krakersy z serem.
Zatrąbiła na nas jeszcze, po czym ruszyła z powrotem w kierunku sklepu
wielobranżowego Ben Franklin, w której miała zamiar kupić trochę włóczki
do tych swoich nigdy niekończących się robótek szydełkowych. Dokładnie
zapamiętałam tamten konkretny dźwięk klaksonu - pełen werwy i wigoru,
jak powiedziałaby babcia. Wtedy po raz ostatni widziałam ją w tak dobrym
nastroju.
- Co za świruuuuuska - stwierdziła Irene, przewracając dużymi, brązowymi
oczami.
- Świruska? Ona? - rzuciłam, ale nie dałam przyjaciółce szansy na
odpowiedź. - Jakoś nie miałaś nic przeciwko niej, gdy dawała ci ciasto
na śniadanie. I to dwa kawałki!
- Co nie znaczy, że nie jest walnięta - odparowała, szarpiąc mocno za
końcówkę ręcznika zarzuconego na moje ramiona. Smagnął mnie po nogach i upadł na beton.
- Dwa kawałki - powtórzyłam, podnosząc ręcznik z ziemi, a Irene
parsknęła śmiechem. - Żarłoku nienażarty!
Wciąż chichotała, co rusz uciekając poza zasięg mojego ręcznika.
- Jest nienormalna, całkowicie walnięta, nadaje się do psychiatryka!
I tak się właśnie sprawy miały między mną a Irene - albo przyjaźniłyśmy
się na zabój, albo kłóciłyśmy bez opamiętania. Wszystkie klasy, od
pierwszej do szóstej, kończyłyśmy z najlepszymi wynikami. Podczas testów
sprawnościowych przegrałam z nią w podciąganiu na drążku, ale za to w pompkach, przysiadach i sprincie na pięćdziesiąt metrów dosłownie
wytarłam nią podłogę. Może i wygrała konkurs ortograficzny, ale to ja
zdobyłam główną nagrodę na pikniku naukowym.
Pewnego dnia rzuciła mi wyzwanie, bym skoczyła do wody ze starego mostu
przy Milwaukee Railroad. Zrobiłam to i uderzyłam głową o silnik
samochodu, który zatonął kiedyś w tej błotnistej toni. Skończyło się to
czternastoma wielgaśnymi szwami. W odpowiedzi wyzwałam Irene, by za
pomocą siekiery ścięła znak "ustąp pierwszeństwa" przy Strevell Avenue -
jeden z ostatnich, które stały jeszcze na drewnianych słupkach. Zrobiła
to, tyle że później to ja go zgarnęłam, bo nie było mowy, żeby mogła
zabrać go ze sobą na farmę.
- Moja babcia jest po prostu stara - oznajmiłam i zaczęłam skręcać
ręcznik kolistymi ruchami. Chciałam zwinąć go na tyle ciasno, by zrobić
z niego bicz, ale Irene szybko się połapała, co robię. Odskoczyła
najdalej, jak tylko mogła, i zderzyła się z jakimś dzieciakiem w okularach pływackich, który właśnie skończył trening. Prawie straciła
przy tym klapek, bo ześlizgnął jej się ze stopy i ledwo się trzymał na
jednym palcu.
- Sorki - rzuciła, nie patrząc nawet na ociekającego wodą chłopca ani na
jego matkę. Zrzuciła ze stopy klapek, posyłając go przed siebie, by
utrzymać między nami jak największy dystans
- Jak wam nie wstyd, dziewczynki! Powinnyście uważać na młodszych!
Byłam najbliżej i wciąż wymachiwałam ręcznikiem, dlatego to mnie się
dostało od matki chłopca. Nic nowego. Zawsze to ja dostawałam burę, gdy
byłyśmy razem z Irene.
Chwilę później kobieta chwyciła okularnika za rękę, jakby rzeczywiście
stała się mu jakaś krzywda.
- I nie powinnyście się wygłupiać na parkingu. - Odciągnęła syna na bok
i ruszyła przed siebie szybciej, niż był w stanie przebierać nóżkami w sandałkach.
Znowu przerzuciłam sobie ręcznik przez ramię. Dopiero wtedy Irene
zrównała się ze mną i razem obserwowałyśmy, jak kobieta pakuje dzieciaka
do auta.
- Paskudna baba - stwierdziła przyjaciółka. - Co ty na to, żeby podejść
bliżej i kiedy zacznie cofać, udawać, że cię potrąciła?
- Czy to kolejne wyzwanie? - spytałam, a Irene po raz pierwszy zabrakło
odpowiedzi. Mimo że te słowa padły z moich ust, zalała mnie fala
zażenowania. Sama nie wiedziałam, co powiedzieć. Obydwie pamiętałyśmy,
co stało się poprzedniego dnia, zaraz po tym, jak moi rodzice wyruszyli
nad jezioro Quake. Wspomnienie o tym buzowało między nami przez cały
ranek, jednak żadna z nas nie poruszyła tego tematu.
Irene rzuciła mi wtedy wyzwanie, żebym ją pocałowała. Siedziałyśmy na
stryszku na siano na farmie jej rodziców i popijałyśmy piwo korzenne,
odpoczywając po tym, jak pomagałyśmy panu Klausonowi naprawiać płot.
Przez większą część dnia urządzałyśmy sobie zawody w różnych
dyscyplinach. Udało jej się splunąć dalej ode mnie, za to ja zeskoczyłam
ze stryszku prosto na kupę siana. Później zrobiła salto, skacząc z kilku
postawionych na sobie skrzyń, więc stanęłam na rękach i wytrzymałam tak
przez czterdzieści pięć sekund w połowie roznegliżowana, bo opadła mi
koszulka. Przy mojej twarzy dyndał wisiorek w kształcie połowy
serduszka. Drugą część miała Irene. Zdobyłyśmy je we wrotkarni. Przez
to, że wisiorki były wykonane z taniego metalu, zostawiały nam na
szyjach zielone ślady, które na szczęście przy naszej opaleniźnie nie
były zbytnio widoczne.
Udałoby mi się ustać na rękach jeszcze dłużej, gdyby Irene nie zaczęła
mnie szturchać w pępek.
- Spadaj - wykrztusiłam, po czym zwaliłam się prosto na nią. Parsknęła
śmiechem.
- Tam, gdzie miałaś na sobie kostium, jesteś biała jak mąka -
stwierdziła z twarzą tuż przy mojej. Jej buzia aż prosiła się o wepchnięcie w nią siana, toteż właśnie to zrobiłam.
Irene kaszlała i pluła przez dobre trzydzieści sekund; królowa dram jak
zawsze lubiła się popisywać. Przez chwilę musiała wyskubywać sobie
źdźbła zza aparatu na zęby, w którym jakiś czas temu zmieniła gumki na
fioletowe i różowe. W końcu usiadła prosto i spoważniała.
- Pokaż jeszcze raz ślady po kostiumie.
- Po co? - zapytałam, ale i tak podnosiłam już koszulkę do góry,
odsłaniając jasne paski przecinające ciemną skórę mojej szyi i ramion.
- To wygląda jak ramiączko od stanika - stwierdziła, po czym powoli
przesunęła palcem wskazującym wzdłuż białej linii, wywołując gęsią
skórkę na moich ramionach i nogach. Spojrzała na mnie i wyszczerzyła
się. - Zaczniesz nosić stanik w tym roku?
- Pewnie tak - odpowiedziałam, chociaż dopiero co sama zobaczyła, że w ogóle go jeszcze nie potrzebuję. - A ty?
- Ano. - Jeszcze raz przesunęła palcem po tym samym miejscu. - W końcu
idziemy do gimnazjum.
- Przecież nikt przy wejściu nie będzie sprawdzał, czy go masz -
prychnęłam. Podobało mi się, jak muskała opuszkami moją skórę, ale
jednocześnie obawiałam się tego, co to może oznaczać.
Chwyciłam garść siana i wpakowałam pod jej fioletową koszulkę z logo
fundacji Jump Rope for Life. Wrzasnęła i od razu przeszła do kontrataku.
Trwał on jednak tylko kilka minut, bo paskudny skwar na stryszku szybko
pozbawił nas sił.
Oparłyśmy się o skrzynie i zaczęłyśmy na zmianę popijać ciepłe już piwo
korzenne.
- W każdym razie myślę, że powinnyśmy trochę dorosnąć - stwierdziła
Irene. - A przynajmniej zachowywać się dojrzalej. To w końcu gimnazjum.
Pociągnęła duży łyk piwa, a przez powagę w jej głosie odniosłam
wrażenie, że gramy w jednym z seriali dokumentalnych, które zwykle
oglądałyśmy po szkole.
- Co ty masz z tym gimnazjum? - zapytałam.
- Niedługo skończymy trzynaście lat. Będziemy już prawdziwymi
nastolatkami - odpowiedziała, rozkopując stopą stóg siana, po czym
dodała, nie odsuwając ust od butelki: - Będziesz nastolatką, a nawet nie
umiesz się całować.
- Ty też nie, Irene - odparłam. - Myślisz, że z ciebie taka dziunia? -
Celowo użyłam takiego słowa, by się obraziła.
Często zdarzało nam się grać w Clue, ale żadna z nas nie zdecydowała się
nigdy na wybranie panny Scarlett. W naszej wersji tej planszówki na
pudełku znajdował się pokój pełen antyków, a w nim różne postacie w dziwnych strojach z dawnej epoki. Każda z nich była osobnym zawodnikiem.
Panna Scarlett leżała rozciągnięta na sofie niczym tygrysica -
biuściasta laska w czerwonej sukience, trzymająca w dłoni papierosa na
długiej fifce. Dla żartu nazwałyśmy ją "dziunią" i wymyślałyśmy różne
historie na temat jej romansów z tłuściutkim wielebnym Greenem oraz
nudnym pułkownikiem Mustardem.
- Nie musisz być dziunią, żeby się z kimś całować, głupku - prychnęła.
- A kogo niby masz tu w okolicy do całowania? - zapytałam, chociaż
doskonale znałam odpowiedź. Na moment wstrzymałam oddech, czekając, aż
coś powie. Ona jednak nie odezwała się ani słowem. Zamiast tego jednym
łykiem dopiła piwo, po czym odstawiła butelkę na bok i delikatnie ją
popchnęła. W milczeniu obserwowałyśmy, jak toczy się w kierunku pustej
przestrzeni pomiędzy stogami siana. Szkło wydawało dziwnie pusty stukot,
tocząc się po gładkiej drewnianej podłodze. Butelka dotarła do krawędzi,
stoczyła się z niej i z ledwo słyszalnym pacnięciem opadła na siano
znajdujące się na parterze.
Zerknęłam na Irene.
- Twój ojciec się wścieknie, kiedy ją tam zobaczy.
Dziewczyna odwzajemniła spojrzenie. Z poważną miną zbliżyła swoją twarz
do mojej.
- Założę się, że mnie nie pocałujesz - stwierdziła, nie odwracając
wzroku.
- To prawdziwe wyzwanie?
Skrzywiła się, jakby mówiła: "no raczej", po czym skinęła głową na
potwierdzenie.
Niewiele myśląc, pocałowałam ją, zanim miałybyśmy szansę to przegadać,
zanim jej mama zdążyłaby nas zawołać, żebyśmy przyszły się odświeżyć
przed obiadem. Okazało się, że nie trzeba zbyt wiele wiedzieć przed
pierwszym pocałunkiem, bo ciało działa na zasadzie akcji i reakcji. Usta
Irene były słone, a zarazem smakowały jak piwo korzenne, od czego
zawirowało mi w głowie. Gdyby w tym pocałunku chodziło tylko o wyzwanie,
nie różniłby się od żadnego innego wyzwania, jakie wcześniej sobie
rzucałyśmy. Tyle że gdy po chwili oparłyśmy się o skrzynie, przy
akompaniamencie osy bzyczącej nad strużką rozlanego piwa korzennego,
Irene pocałowała mnie po raz kolejny. To nie była dalsza część wyzwania.
A ja cieszyłam się, że to zrobiła.
Niedługo później jej mama zawołała nas na obiad. Kiedy odświeżałyśmy się
nad dużą umywalką na ganku z tyłu domu, towarzyszyła nam dziwna
nieśmiałość. Po spałaszowaniu ulubionych hot dogów z grilla (troszkę
przypalonych i oblanych keczupem) i podwójnej porcji sernika na zimno z truskawkami na spodzie z precelków ojciec Irene odwiózł nas do miasta.
We trójkę zajęliśmy kanapę w jego ciężarówce, a jedynym, co przerywało
niezręczną ciszę między nami przez całą drogę do Cemetery Road na
dalekim skraju Miles City, było trzeszczące radio ustawione na stacji
KATL.
Gdy dotarłyśmy z powrotem do mojego domu, przez chwilę oglądałyśmy z babcią odcinek Matlocka, po czym wyszłyśmy do ogródka za domem.
Przeszłyśmy po zroszonym trawniku pod katalpę, która aż uginała się od
białych, dzwoneczkowatych kwiatów. W gęstym, upalnym powietrzu unosił
się ich słodki zapach. Obserwowałyśmy, jak różowe i jasnofioletowe barwy
wieczornego nieba powoli ustępują miejsca nocnej ciemności.
Wkrótce rozbłysły pierwsze gwiazdy, przywodzące na myśl neony nad
wejściem do kina w śródmieściu.
- Myślisz, że wpadłybyśmy w tarapaty, gdyby ktoś się dowiedział? -
spytała nagle Irene.
- Tak - odpowiedziałam natychmiast.
Wprawdzie nigdy nie usłyszałam od nikogo, że nie wolno mi się całować z dziewczynami, ale nie było takiej potrzeby. Sprawa była oczywista, to
chłopcy całowali się z dziewczynami, tak było w naszej klasie, w telewizji, w filmach, wszędzie na świecie. Dziewczyny z chłopcami,
koniec, kropka. Każda inna sytuacja byłaby dziwna. I mimo że zdarzało mi
się widywać koleżanki w naszym wieku, które trzymały się za ręce albo
pod ramię, mimo że niektóre z nich pewnie ćwiczyły razem całowanie, to
wiedziałam, że to, co zaszło między mną a Irene, było czymś innym.
Poważniejszym, bardziej dojrzałym, tak jak wcześniej wspomniała. To nie
były tylko ćwiczenia. Nie do końca. A przynajmniej nie sądziłam, żeby to
był jedyny cel. Nie podzieliłam się z nią jednak przemyśleniami, bo na
pewno też miała tego świadomość.
- Dobrze nam idzie trzymanie buzi na kłódkę - stwierdziłam w końcu. -
Przecież nie musimy nikomu mówić.
Irene nie odpowiedziała, a przez zapadający mrok nie do końca widziałam
wyraz jej twarzy. Niewypowiedziane słowa zawisły w słodkim, gęstym
powietrzu pomiędzy nami. Czekałam, aż coś powie.
- Okej, ale... - zaczęła, ale przerwała jej babcia, która zapaliła światło
na tylnym ganku i stanęła w drzwiach.
- Czas do domu - oznajmiła. - Przed snem zjemy sobie jeszcze lody, co wy
na to?
Odczekałyśmy w milczeniu, aż wejdzie z powrotem do środka i skieruje się
w stronę kuchni.
- Ale co? - dopytałam szeptem, chociaż wiedziałam, że babcia pewnie i tak by nie usłyszała, nawet gdyby stała razem z nami w ogrodzie.
Irene nabrała powietrza w płuca. Nie umknęło mi to, mimo że zrobiła to
cicho.
- Ale myślisz, że mogłybyśmy zrobić to jeszcze raz, Cam?
- Pod warunkiem że będziemy uważać - odpowiedziałam. Mimo mroku
zauważyła zapewne, jak rumienię się przy tych słowach. Chociaż właściwie
wcale nie musiała. Wiedziała. Ona zawsze o wszystkim wiedziała.
Sztuczny zbiornik wodny znany jako jezioro Scanlan był najlepszym, na co
było stać Miles City, jeśli chodzi o miejskie kąpieliska. Wytyczono na
nim dwa drewniane doki, oddalone od siebie o około czterdzieści pięć
metrów, zgodnie z wymaganiami Światowej Federacji Pływackiej. Połowę
jeziora otaczała plaża z brązowego piasku, którym wysypano też
przynajmniej część dna zbiornika, żeby stopy kąpiących się nie grzęzły w mule. Co roku w maju miasto za pomocą ogromnej rury wypełniało puste
koryto jeziora wodą z rzeki Yellowstone i całym rzecznym syfem, jaki
zdołał się przedostać przez metalowe sito. Były to zazwyczaj ryby - małe
sumy, flądry czy płotki, a także węże i te malusie, opalizujące
ślimaczki, żywiące się kaczymi odchodami, które wywoływały u ludzi
wysypkę, nazywaną często świądem pływaka. Znałam ją dobrze; małe
czerwone kropki pokrywały tylną część moich nóg i niesamowicie piekły,
zwłaszcza na cieniutkiej skórze pod kolanami.
Irene obserwowała mój trening z plaży. Zaraz po sytuacji na parkingu
pojawił się trener Ted, co oznaczało koniec kombinowania. Chyba dopiero
wtedy obydwie odetchnęłyśmy z ulgą. Podczas rozgrzewki co chwila
zerkałam w jej stronę. Irene była kiepską pływaczką. Naprawdę kiepską.
Ledwo potrafiła utrzymać się na wodzie, o zdawaniu testu na nurkowanie
nawet nie było mowy, a zaliczenie go było wymagane do skoków z trampolin, znajdujących się przy krańcu doku, po prawej stronie plaży.
Podczas gdy ja uczyłam się pływać, moja przyjaciółka spędzała wakacje na
budowie ogrodzeń, poganianiu i znakowaniu bydła oraz pomaganiu sąsiadom
z innych farm. Przez to, że każdą aktywność traktowałyśmy jak wyzwanie i często trudno nam było wyłonić zwycięzcę, jak rzep psiego ogona
trzymałam się tego, że potrafiłam lepiej pływać, i zawsze, gdy
przyjeżdżałyśmy razem nad Scanlan, popisywałam się, jak tylko mogłam.
Raz za razem udowadniałam własną wyższość, na przykład przepływając
kółeczko motylkiem albo skacząc do wody z dużej wysokości w pozycji
łamanej.
Tym razem jednak nie chodziło już tylko o popisywanie się. Co jakiś czas
uciekałam wzrokiem do Irene, bawiącej na plaży. Jej twarz skryta była w cieniu białej bejsbolówki, a dłonie zanurzone w piasku. Coś budowała.
Widok przyjaciółki sprawiał mi ulgę. Kilka razy dostrzegła, że
zatrzymuję się przy doku, więc machała do mnie, a ja odmachiwałam,
czując przy tym dziwne podekscytowanie na samą myśl o sekrecie, jaki
dzieliłyśmy.
Trener wkrótce zauważył moje rozkojarzenie. Tego dnia był w kiepskim
humorze, więc kursował to tu, to tam, zanurzał się na niewielką
głębokość, a niedługo później znowu stał przy krześle ratownika i pogryzał kanapkę z wątrobianką i cebulą. Za każdym razem, gdy po gwizdku
nie dobiegłyśmy wystarczająco szybko do bloków startowych, dostawałyśmy
od niego po tyłkach żółtą deską do pływania. Trener wrócił z Uniwersytetu w Montanie do rodzinnej miejscowości na wakacje. Był świeżo
opalony, nasmarowany olejkiem, pachniał cebulą i wanilią. Wszyscy
ratownicy znad Scanlan wręcz ociekali wanilią, bo odstraszała komary.
Większość moich koleżanek z drużyny pływackiej kochała się w Tedzie. Ja
tymczasem po prostu chciałam być jak on - pić sobie zimne piwko po
treningach, podciągać się na stanowisko ratownika bez konieczności
korzystania z drabinki, mieć jeepa bez orurowania. Po prostu być szefem
ratowników z przerwą między zębami.
- Przyprowadziłaś koleżankę na trening i zapomniałaś, po co w ogóle na
niego przyszłaś? - spytał trener po tym, jak przepłynęłyśmy jakieś
dziewięćdziesiąt metrów stylem dowolnym i nie spodobał mu się czas,
który odczytał na zegarku. - Pojęcia nie mam, co przed chwilą zrobiłaś
na ściance, ale to za cholerę nie był nawrót. Odbij się porządnie i przyłóż się do tego delfina pod wodą. Chcę widzieć oddech dopiero po co
najmniej trzech ruchach. Trzech.
Dołączyłam do drużyny pływackiej, gdy miałam siedem lat, ale tak
naprawdę zaczęłam sobie lepiej radzić dopiero w zeszłoroczne wakacje. W końcu udało mi się opanować oddychanie - nauczyłam się wypuszczać całe
powietrze z płuc jeszcze pod wodą, odpowiednio przekręcać głowę i nie
chlapać nadmiernie przy każdym wymachu ręką. Cytując Teda: "odnalazłam
swój rytm". Zajmowałam dobre miejsca w zawodach, więc teraz wymagał ode
mnie więcej, a sprostanie jego wymaganiom było naprawdę trudne.
Po treningu ja i Ted ruszyliśmy na plażę. Otoczył mnie wtedy ciężkim,
gorącym ramieniem, dociskając swoje włosy pod pachami do mojej nagiej
skóry. To było obrzydliwe, przypominało dotykanie sierści jakiegoś
zwierzęcia. Później śmiałyśmy się z tego razem z Irene.
- Jutro żadnych koleżanek, dobra? - stwierdził Ted na tyle głośno, by
dotarło to też do niej. - Przez te dwie godziny masz myśleć tylko o pływaniu.
- Dobra - odparłam, nieco zażenowana tym, że przyjaciółka słyszała, jak
mnie gani, mimo że daleko temu było do prawdziwego opieprzu.
Uśmiechnął się tym swoim typowym uśmiechem - delikatnym i przebiegłym,
jak rysunkowy lis z pudełka z płatkami śniadaniowymi. Chwilę później
potrząsnął mną lekko. Jego ramię było coraz cięższe.
- Dobra... co?
- Jutro będę myśleć tylko o pływaniu.
- Zuch dziewczynka - powiedział, przyciskając mnie do siebie tak, jak
robią to trenerzy, po czym dumnym krokiem odszedł w stronę
przymierzalni.
W tamtej chwili obietnica wydawała się całkiem łatwa do spełnienia.
Musiałam tylko skupić się kolejnego dnia na pływaniu: nawrotkach i pilnowaniu podbródka przy delfinie. Bułka z masłem.
Po lunchu babcia włączyła powtórkę serialu Napisała: Morderstwo.
Zwykle przysypiała jednak w trakcie odcinka, a Irene i ja już to kiedyś
obejrzałyśmy, więc zostawiłyśmy ją śpiącą na rozkładanym fotelu. Przy
każdym oddechu wydawała z siebie cichy świst, przypominający dźwięk,
jaki wydają fajerwerki tuż przed wybuchem.
Gdy wyszłyśmy na zewnątrz, wspięłyśmy się na topolę rosnącą przy garażu,
a po niej na jego dach, chociaż rodzice raz za razem powtarzali mi, bym
tego nie robiła. Dach garażu pokryty był czarną papą, która pod wpływem
ciepła zaczynała się topić, przez co przyklejały nam się do niej
japonki. W pewnej chwili Irene nie mogła już unieść stopy i runęła do
przodu, parząc sobie dłonie.
Kiedy zeskoczyłyśmy z powrotem na ziemię, podeszwy naszych butów były
całe w lepkiej czarnej mazi. Czmychnęłyśmy przez ogród na ścieżkę,
zatrzymując się tylko, by przyjrzeć się gniazdu os, zeskoczyć z ostatniego schodka werandy na chodnik i napić się wody głębinowej prosto
z węża ogrodowego. Robiłyśmy wszystko, byle tylko nie rozmawiać o tym,
co wydarzyło się między nami poprzedniego dnia w stodole, a co obydwie
chciałybyśmy powtórzyć. Czekałam, aż Irene coś powie, wykona jakiś ruch,
a jednocześnie wiedziałam, że ona czeka, aż zrobię to ja. Ta gra szła
nam doskonale: mogłyśmy w nią grać przez resztę życia.
- Opowiedz mi jeszcze raz historię o twojej mamie i jeziorze Quake -
poprosiła, opadając na rozkładany leżak i przerzucając swoje długie nogi
przez plastikowe oparcie. Japonki, ciężkie od kleistej mazi, prawie
zsuwały jej się z palców.
Chciałam usiąść po turecku obok niej, ale nagrzana od słońca kostka na
werandzie oparzyła mnie w nogi, więc byłam zmuszona zmienić pozycję.
Przyciągnęłam kolana do piersi i otoczyłam je ramionami. Musiałam
zmrużyć oczy, by w ogóle spojrzeć na Irene, ale nawet wtedy widziałam
tylko ciemny zarys postaci, bo słońce świeciło dokładnie z tamtej
strony, kreśląc wyraźną poświatę dookoła jej głowy.
- Moja mama powinna była umrzeć w tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym
dziewiątym roku, podczas trzęsienia ziemi - zaczęłam, kładąc dłoń płasko
na kostce, odcinając drogę obładowanej czymś czarnej mrówce.
- Nie tak zwykle zaczynasz - wytknęła mi przyjaciółka, pozwalając
jednemu z klapków opaść na werandę. Próbowała pozbyć się też drugiego,
czym tak wystraszyła mrówkę, że ta całkowicie zmieniła trasę.
- Proszę bardzo, możesz w takim razie opowiedzieć wszystko sama -
odparłam, próbując nakłonić owada, by wspiął się na jeden z moich
palców. On jednak zamarł w miejscu i poruszył się znowu dopiero po
dłuższej chwili.
- No weeź - prosiła Irene. - Nie bądź taka, po prostu opowiedz tak, jak
zwykle.
- Był sierpień, a moja mama wybrała się z dziadkami Wynton i ciotką Ruth
na camping - zaczęłam jeszcze raz, najbardziej monotonnym głosem, na
jaki było mnie stać, przeciągając przy tym każde słowo niczym pan Oben,
znienawidzony przez wszystkich nauczyciel, który uczył nas w piątej
klasie.
- Wiesz co, daruj sobie, jeśli masz zamiar opowiadać w ten sposób. -
Irene próbowała złowić dużym palcem u stopy jeden z klapków, a ja
zrobiłam jej na złość i odepchnęłam obydwa na tyle, by nie mogła do nich
sięgnąć.
- No już, pani obrażalska, opowiem ci. Na jakiś tydzień rozbili
obozowisko przy Yellowstone, a później mieli się przenieść nad Rock
Creek. Tamtego popołudnia właśnie udało im się tam dojechać.
- Którego popołudnia? - dopytywała.
- Sierpniowego - odpowiedziałam. - Nie pamiętam, jaki to był dzień,
chociaż pewnie powinnam. Babcia przygotowywała lunch, mama i ciocia Ruth
jej pomagały, a dziadek rozkładał swój sprzęt do łowienia ryb.
- Przejdź do części z wędką - ponaglała przyjaciółka.
- Chciałabym, ale ciągle mi przerywasz - wytknęłam jej. - Mama zawsze
powtarza, że gdyby dziadek zdążył chociaż raz zarzucić przynętę, to
wszyscy zostaliby tam na wieki. W życiu by go nie namówiły, żeby się
stamtąd ruszył. Wystarczyłoby, żeby zamachnął się ten jeden raz.
- Mam gęsią skórkę za każdym razem, gdy o tym słucham - stwierdziła
Irene i wyciągnęła przed siebie ramię, by mi to udowodnić. Kiedy
chwyciłam ją za rękę, przemknęła między nami iskra. Obydwie
przypomniałyśmy sobie o tym, o czym nie rozmawiałyśmy. Natychmiast
rozluźniłam uścisk.
- W każdym razie zanim dziadek ruszył nad strumyk, obok nich zatrzymała
się jedna rodzina z Billings. Mama dobrze znała się z ich córką, Margot,
i w sumie nadal się przyjaźnią. Fajna z niej babka. Postanowili wspólnie
zjeść lunch, a później rodzice Margot przekonali moich dziadków, że
warto zajechać do Virginia City i zostać tam na noc, bo w starym
miejskim teatrze grają jakiś świetny program. Sami właśnie stamtąd
wracali.
- I żeby się najeść na tym bufetowym czymś - dodała Irene.
- Tak, chodziło o szwedzki stół. Mama twierdzi, że dziadka przekonało
jedzenie: ciasta, pulpety i inne takie. Mój tata twierdzi, że dziadek
był prawdziwym łasuchem.
- Czy ta rodzina, z którą jedli lunch, przypadkiem kogoś nie straciła? -
spytała, ściszając głos.
- Brata Margot. Pozostałym udało się wydostać - wyjaśniłam. Za każdym
razem, gdy myślałam o tej historii, aż przechodziły mnie ciarki.
- Kiedy to się stało? - Irene zdjęła nogi z podłokietników i położyła je
na ziemi, pochylając się ku mnie.
- Tego samego dnia, tylko później. Bliżej północy. Woda z jeziora Hebgen
wdarła się na teren obozowiska i całkowicie je zalała. Nie miała jak
stamtąd odpłynąć, bo jedyne ujście zatarasował jej wierzchołek góry,
który oberwał się podczas tamtego trzęsienia ziemi.
- I tak powstało jezioro Quake - dokończyła za mnie przyjaciółka.
Przytaknęłam.
- Wielu turystów zostało pogrzebanych na jego dnie. I wciąż tam są,
razem z samochodami, kamperami i różnymi kempingowymi rzeczami.
- Upiorna sprawa - stwierdziła Irene. - Pewnie teraz tam straszy.
Naprawdę nie rozumiem, czemu twoi rodzice jeżdżą w to miejsce co roku.
- Taki mają zwyczaj. Mnóstwo ludzi wciąż tam obozuje.
Prawdę mówiąc, sama nie wiedziałam, po co tam jeżdżą, ale mama i tata
powtarzali tę wycieczkę każdego lata, odkąd pamiętam.
- Ile lat miała wtedy twoja mama? - spytała mnie przyjaciółka, po czym
wsunęła japonki na stopy i wstała. Wyciągnęła ramiona nad głową i przeciągnęła się, przez co mignął mi kawałek jej nagiego brzucha.
Szybko odwróciłam wzrok. To dziwne uczucie, które czułam za każdym
razem, gdy przebywałam z Irene sam na sam, wezbrało we mnie niczym
wypełniony helem balon.
- Dwanaście. Tyle, co my.
W końcu oddaliłyśmy się trochę od mojego domu. Bez żadnego konkretnego
celu, po prostu postanowiłyśmy połazić sobie we dwie po okolicy. Była
końcówka czerwca, więc na osiedlu porozstawiały się już stoiska z fajerwerkami. Co jakiś czas dzieciaki odpalały swoje łupy w ogródkach -
zdradzał je głośny huk i dym unoszący się gdzieś nad wysokimi płotami.
Tuż przy żółtym domu przy Tipperary nadepnęłam na kilka "diabełków",
które ktoś rozsypał po całym chodniku. Wydałam z siebie cichy pisk, gdy
poczułam delikatne wybuchy pod podeszwami, a chwilę później rozległy się
rechoty chłopaków z poobijanymi kolanami i ustami czerwonymi od oranżady
w proszku, którzy przycupnęli na gałęzi drzewa, skryci między liśćmi.
- Nie pozwolimy wam przejść, dopóki nie pokażecie cycuszków! - krzyknął
jeden z nich, pulchny dzieciak z piracką przepaską na jednym oku, na co
reszta jego kolegów zgodnie zarechotała. Irene chwyciła mnie za dłoń, co
wtedy nie wydało mi się dziwne, i zaczęłyśmy uciekać przed goniącą nas
zgrają. Przebiegliśmy jakieś dwie przecznice, wrzeszcząc jak szaleni. W końcu ciężar plastikowych pistoletów i ośmioletni towarzysz, który
powoli przebierał nóżkami, mocno spowolniły naszych oprawców. Pomimo
upału dobrze było pobiegać, potrzymać się za ręce i zostawić w tyle te
półnagie potworki.
Zdyszane i spocone wbiegłyśmy na popękany od słońca plac przed Kip's
Minute Market. Przeskakiwałyśmy po betonowych słupach parkingowych, aż
Irene nagle stwierdziła, że ma ochotę na gumę truskawkową.
- Możemy kupić - odpowiedziałam, dając kolejnego susa. - Tata dał mi
dychę, zanim pojechali. Prosił tylko, żeby nie mówić o tym mamie.
- To tylko paczka gum, nie możesz jej ukraść?
Już nieraz zdarzało mi się podbierać rzeczy z supermarketu, ale zawsze
miałam w głowie jakiś plan. Irene czasami podsuwała mi listę rzeczy do
zwędzenia, robiąc z tego wyzwanie. Wpisywała na nią na przykład żelki z lukrecji, długie i głośne przez zdradliwy, szeleszczący celofan, albo
tubę pringlesów, która nieważne, gdzie się ją wsadziło, zawsze jakoś
wystawała. Nie przepadałam za chowaniem rzeczy do plecaka, bo to było
zbyt oczywiste. Nie czarujmy się, widok dziecka z plecakiem w alejce ze
słodyczami mówi wszystko. Moją techniką było upychanie łupów pod ciuchy,
zazwyczaj w spodnie. Tyle że nie robiłam tego już od jakiegoś czasu,
odkąd skończyła się szkoła. No i ostatnim razem miałam na sobie bardziej
odpowiednie ubranie: obszerną bluzę i dżinsy. Irene natomiast nigdy nie
odważyła się wejść ze mną do środka. Ani razu.
- No dobra, ale i tak musimy coś kupić - odpowiedziałam. - Żeby nie
było, że wchodzimy tam, kręcimy się i wychodzimy. A guma i tak jest
tania.
Zazwyczaj płaciłam za kilka mordoklejek lub napój w puszce, tak żeby
odwrócić uwagę od prawdziwej zdobyczy.
- No to ukradnijmy dwie gumy - oznajmiła Irene, próbując wyprzedzić mnie
na kamiennym bloku. Nogi jej się poplątały, przez co musiałyśmy stanąć w idealnym bezruchu, inaczej obydwie spadłybyśmy na ziemię.
- Przecież mam pieniądze. Mogę je po prostu kupić.
- Lepiej kup nam piwo korzenne - stwierdziła, w końcu mnie wymijając.
- Stać mnie na dziesięć.
Kompletnie nie złapałam aluzji.
- Wczoraj wystarczyło nam jedno.
Dopiero wtedy do mnie dotarło. Sytuacja z wczorajszego popołudnia
wracała do nas jak bumerang. Nie przyszła mi do głowy żadna cięta
riposta, a Irene wbiła wzrok we własne palce u stóp, udając, że wcale
nie powiedziała nic ważnego.
- Musimy się pospieszyć - powiedziałam w końcu. - Babcia nawet nie wie,
że wyszłyśmy z domu.
W porównaniu z nagrzanym od słońca parkingiem wnętrze Kip's wydawało się
lodowato zimne. Przy ladzie stała Angie o gęstej brązowej grzywce oraz
długich paznokciach, która układała właśnie paczki papierosów.
- Macie ochotę na lody, dziewczyny? - zapytała, wsuwając karton pall
malli na odpowiednie miejsce.
- Nie - odpowiedziałyśmy jednocześnie.
- O, bliźniaczki? - wymamrotała, zapisując coś na liście produktów.
Obydwie z Irene miałyśmy na sobie krótkie spodenki i japonki i na tym
kończyło się nasze podobieństwo, bo ona założyła koszulkę z krótkim
rękawem, a ja bezrękawnik. Podczas gdy przyjaciółka z udawanym
zainteresowaniem wczytywała się w etykietkę jakiegoś batonika, ja szybko
wsunęłam dwie paczki gumy balonowej za gumkę od szortów. Opakowania były
zimne w porównaniu z moją ciepłą skórą. Irene odłożyła batona i przeniosła wzrok na mnie.
- Cam, weźmiesz nam piwo korzenne? - spytała głośno.
- Jasne - odparłam, przewracając oczami i dodając bezgłośnie:
"ruszyłabyś się sama", po czym skierowałam się do lodówek stojących przy
przeciwległej ścianie.
W rogach sklepu, pod sufitem, zawieszone były okrągłe lusterka, dzięki
którym widziałam odbicie Angie - wciąż wykładała papierosy i w ogóle nie
zwracała na nas uwagi. Kiedy chwyciłam butelkę z piwem korzennym, drzwi
wejściowe zadzwoniły, oznajmiając pojawienie się kolejnego klienta.
Znałam go, to był jakiś znajomy rodziców. W garniturze i krawacie
wyglądał jak wracający z pracy biznesmen, chociaż było dopiero wczesne
popołudnie.
Przywitał się z Angie, po czym ruszył do ogromnej lodówki z piwem,
znajdującej się tuż obok mnie. Postanowiłam wyminąć się z nim w alejce z chipsami.
- Cameron Post - zagaił. - Jak tam? Nie psocisz za bardzo tego lata?
- Staram się - odpowiedziałam i nagle poczułam, że jedna z gum osuwa się
nieco w moich spodniach. Jeśli ześlizgnęłaby się jeszcze bardziej,
wypadłaby mi przez nogawkę prosto na podłogę, a kto wie, może nawet
odbiłaby się od butów tego faceta. Chciałam jak najszybciej odejść, ale
wciąż mnie zagadywał, mimo że w połowie zanurkował już w lodówce.
- Twoi rodzice pojechali nad jezioro Quake, co? - spytał, dzwoniąc
wyciąganymi sześciopakami butelek. Teraz zauważyłam, jak pomięty był
jego garnitur na plecach, pewnie od siedzenia w jednej pozycji przez pół
dnia.
- Tak, wyjechali wczoraj - odpowiedziałam akurat w chwili, gdy Irene
dołączyła do mnie w alejce z piwem.
- Mam już jedno - rzuciła przez zaciśnięte zęby, ale wciąż na tyle
głośno, by znajomy rodziców mógł usłyszeć. Wykrzywiłam się do niej w odpowiedzi.
- I nie wzięli cię ze sobą? Pewnie żebyś nie wchodziła im w paradę? -
Garniturek wychylił się z lodówki, odwrócił i dołożył sobie na stosik
zakupów paczkę nachosów, po czym puścił do mnie oko.
- Na to wygląda - odpowiedziałam z udawanym uśmiechem, marząc o tym,
żeby już sobie poszedł i przestał gadać.
- Dam znać twojej mamie, że widziałem cię z piwem korzennym, a nie czymś
mocniejszym. - Uniósł do góry jeden z sześciopaków i wyszczerzył się
odrobinę zbyt szeroko, po czym przeszedł na front sklepu. Poszłyśmy za
nim, zatrzymując się to tu, to tam, udając, że zastanawiamy się, co
jeszcze kupić.
Akurat chował gotówkę do portfela, gdy podeszłyśmy do kasy.
- Nic więcej nie kupujecie? - zapytał, kiwając brodą w kierunku piwa
korzennego w mojej dłoni.
Przytaknęłam w odpowiedzi.
- Tylko jedno na was dwie.
- Tak, podzielimy się.
- Ja zapłacę - powiedział do Angie, podając jej jeden z banknotów, który
wydała mu jako resztę. - Piwo korzenne przyda się do świętowania
wakacji. Jeszcze nie wiedzą, jakie to szczęście, że je mają.
- Bez jaj - odparła sprzedawczyni, patrząc na nas spode łba, przez co
Irene aż schowała się za moimi plecami.
Garniturek ruszył do wyjścia ze stukającymi o siebie sześciopakami,
gwiżdżąc pod nosem Brown Eyed Girl.
- Dzięki! - zawołałyśmy za nim, ale chyba już nas nie usłyszał.
W alejce za supermarketem wsunęłyśmy sobie do ust kilka listków gumy i zaczęłyśmy je przeżuwać. Te pierwsze ruchy żuchwą zawsze były
najtrudniejsze, bo guma była twarda od cukru i z każdym kolejnym
zaciśnięciem szczęki zęby bolały nas coraz bardziej. Trzeba było się
trochę napracować, żeby wydmuchać pierwszego balona. Po tym, jak
wymarzłyśmy w sklepie, słońce przyjemnie ogrzewało nasze ciała. Poza tym
aż nas nosiło od świadomości tego, co właśnie zrobiłyśmy.
- Nie do wiary, że ten typ zapłacił za nasze piwo - stwierdziła Irene,
starając się zrobić balon z gumy, ale za bardzo się pospieszyła i wyszedł jej zaledwie mały bąbelek. - Nie wydałyśmy ani centa.
- To dlatego, że mamy takie szczęście - odpowiedziałam, starając się
naśladować jego głos.
Parodiowałyśmy go przez całą drogę do domu, śmiejąc się i strzelając
balony z gum, ale tak naprawdę wiedziałyśmy, że miał rację -
rzeczywiście miałyśmy szczęście.
Zakopałyśmy się z Irene pod kołdrą na jej ogromnym łóżku. Pokój był
zimny i ciemny, ale przykrycie cieplutkie, tak jak lubiłam. Od jakiejś
godziny powinnyśmy były już spać, ale w ogóle nie mogłyśmy zasnąć. Cały
czas rozmawiałyśmy o mijającym dniu i wymyślałyśmy, co zdarzy się w przyszłości. Nagle gdzieś z wnętrza domu rozległ się dzwonek telefonu -
było już późno na rozmowy z kimkolwiek, ale z drugiej strony, byłyśmy u Klausonów, farmerów, to była letnia noc i czasami zdarzało się, że ktoś
dzwonił w środku nocy.
- Pewnie gdzieś się pali - stwierdziła Irene. - Pamiętasz, ile pożarów
wybuchało w zeszłym roku? Hempnelowie stracili wtedy chyba z siedemnaście hektarów pola. I Ernesta, tego ich czarnego labradora.
Powinnam była dzisiaj spać we własnym domu, ale kiedy pani Klauson
przyjechała po południu po córkę, niedługo po akcji z supermarketem i gumą, spotkałyśmy się z nią na moim podjeździe i Irene od razu, zanim
jeszcze jej mama zdążyła całkiem opuścić szybę w samochodzie, zapytała,
czy mogłabym u nich przenocować. Z panią Klauson nigdy nie było
problemu, zawsze miała uśmiech na twarzy i przeczesywała dłonią swoje
ciemne kręcone włosy.
- Jeśli tylko macie na to ochotę, dziewczynki - odpowiedziała.
Przekonała nawet moją babcię, która miała w planach tosty z tuńczykiem
na kolację i przygotowała już dla naszej dwójki pudding pistacjowy,
który chłodził się właśnie w lodówce. Wyglądał jak żywcem wyjęty z książki kucharskiej, z bitą śmietaną, połową kandyzowanej wiśni i posypką z orzeszków.
- Podrzucę jutro Cam na trening pływacki - zapewniła pani Klauson,
stojąc w progu, podczas gdy ja pędziłam już schodami na górę,
przygotowując w głowie listę tego, co muszę spakować: szczoteczka do
zębów, koszulka do spania, kilka gum, które nam zostały.
- Żaden problem, cieszymy się bardzo, że dziewczynki się u nas bawią.
Nawet nie słuchałam odpowiedzi babci, bo wiedziałam, że muszę się
zbierać.
To była idealna letnia noc, podobnie jak poprzednia. Obserwowałyśmy
gwiazdy z naszej miejscówki w stodole. Dmuchałyśmy balony z gumy większe
niż nasze głowy. Znów się całowałyśmy. Irene zbliżyła się do mnie i od
razu doskonale wiedziałam, co chodzi jej po głowie, żadna z nas nie
musiała mówić nawet słowa. Rzucała mi milczące wyzwania za każdym razem,
gdy tylko odsuwałam się, by zaczerpnąć powietrza. Naprawdę pragnęłam
tego, co robiłyśmy. Poprzednim razem stykały się tylko nasze usta. Teraz
pamiętałyśmy też o dłoniach, chociaż żadna z nas nie była do końca
pewna, co powinnyśmy z nimi robić. Była już noc, gdy wróciłyśmy do domu,
upojone całym dniem i wspólnymi sekretami. Wciąż o tym dyskutowałyśmy,
aż do chwili, gdy dotarły do nas dochodzące z kuchni ściszone głosy
rodziców Irene, jakieś dziesięć minut po tym, jak rozległ się telefon.
Pani Klauson brzmiała tak, jakby płakała, a jej mąż w kółko powtarzał
coś uspokajającym głosem. Nie potrafiłam jednak wychwycić, co takiego.
- Ciiii - zbeształa mnie Irene, chociaż to nie ja szeleściłam kołdrą. -
Nie rozumiem, o czym mówią.
Nagle jej mama odezwała się głośniej, tonem, którego nigdy wcześniej u niej nie słyszałam. Brzmiała dosłownie jakby rozpadała się na
kawałeczki. Wciąż mówiła na tyle cicho, że nie potrafiłam wychwycić
wszystkich słów, ale dotarło do mnie: "Odwieziemy ją rano, dopiero wtedy
jej powiemy".
W korytarzu rozległy się ciężkie kroki pana Klausona. Tym razem jego
odpowiedź usłyszałyśmy dokładnie:
- Jej babcia zdecydowała, że mam od razu odwieźć ją do domu. Nie mamy
tutaj nic do powiedzenia.
- Stało się coś naprawdę złego - stwierdziła Irene, ledwie szepcząc przy
moim uchu.
Nie miałam pojęcia, co odpowiedzieć, więc po prostu milczałam.
Wiedziałyśmy, że niedługo rozlegnie się pukanie do drzwi. Kroki w korytarzu ucichły tuż przed wejściem do pokoju Irene, ale minęła jeszcze
upiorna chwila, nim pan Klauson zastukał knykciami o drewno. Stał po
drugiej stronie drzwi i kto wie, być może tak jak ja wstrzymywał oddech.
Czasami wciąż zdarza mi się myśleć o nim i o tamtej chwili. O tym, że
zanim zapukał, jeszcze miałam rodziców, a tuż po tym, jak to zrobił, już
nie. Tata Irene też miał tego świadomość. To on musiał unieść dłoń pełną
odcisków i pewnej gorącej lipcowej nocy o godzinie dwudziestej trzeciej
po prostu odebrać mi najbliższych, a razem z nimi wakacje, piwo
korzenne, skradzioną gumę i pocałunki. Roztrzaskać całe to dobre życie
dwunastolatki, która myślała, że praktycznie wszystko już rozgryzła, a to, czego jeszcze jej się nie udało dowiedzieć, za jakiś czas pewnie by
ogarnęła, o ile byłaby wystarczająco cierpliwa. Z Irene u boku.
Rozdział drugi
Ciocia Ruth była jedyną siostrą mamy i jej
ostatnią żyjącą krewną oprócz mojej babci. Zjawiła się w Miles City na
drugi dzień po tym, jak samochód rodziców zboczył z wąskiej drogi nad
jeziorem Quake i przebił się przez barierkę ochronną, odgradzającą ją od
przepaści.
Babcia i ja siedziałyśmy w pogrążonym w ciemności salonie z zasuniętymi
zasłonami, sącząc zbyt ciepłą już mrożoną herbatę. Ciszę między nami
wypełniały odgłosy wystrzałów i pyskówek, dobiegające z lecącej w telewizji powtórki serialu kryminalnego Cagney i Lacey.
Zajęłam miejsce w ogromnym rozkładanym fotelu ze skóry, w którym zwykle
przesiadywał tata, czytając gazety. Podciągnęłam nogi do piersi,
otaczając je ramionami, i złożyłam głowę na opalonych kolanach. Od kilku
godzin nie zmieniałam pozycji, a jedynym wyznacznikiem upływającego
czasu były zmieniające się odcinki serialu. Wbijałam paznokcie w łydki i uda, znacząc je białymi półksiężycami, a gdy te znikały, dorabiałam
dziesięć kolejnych śladów.
Babcia aż podskoczyła, gdy usłyszałyśmy trzask frontowych drzwi. Szybkim
krokiem ruszyła w ich stronę, żeby od razu zmyć głowę osobie, która
miała taki tupet. Przez cały dzień wpadali do nas znajomi z jedzeniem,
ale wszyscy grzecznie dzwonili do drzwi. Babcia zatrzymywała ich w progu, z dala ode mnie, nawet jeśli byli to na przykład rodzice moich
kolegów z klasy. Byłam jej za to wdzięczna. Każdemu powtarzała to samo:
"To dla nas okropny, okropny szok. Cameron nic nie jest, została ze mną
w domu i odpoczywa. Niedługo dołączy do nas Ruth, siostra Joanie. Cóż,
brak słów, po prostu brak słów". Później dziękowała, że wpadli, i wnosiła do kuchni jeszcze jedną serowo-brokułową zapiekankę, plastikową
miskę wypełnioną bitą śmietaną z owocami albo rabarbarowo-truskawkowe
ciasto - jedzenie, którego żadna z nas nie planowała zjeść. Co nie
znaczy, że babcia nie próbowała. Co chwilę przynosiła nowy pełny talerz
do salonu i dokładała go do sterty piętrzącej się na stoliku kawowym.
Jedynymi zainteresowanymi były tłuste muchy, które w kółko podlatywały z bzyczeniem do jedzenia, siadały i odlatywały.
Czekałam na to, co tym razem babcia wniesie do kuchni, ale chyba jednak
nie planowała szybko pozbyć się osoby, która zadzwoniła do drzwi. Głosy
z korytarza mieszały się z tymi dochodzącymi z telewizora. Babcia
wspomniała o wypadku, detektyw Cagney o podwójnym morderstwie, a ktoś z progu spytał: "Gdzie ona jest?". Pozwoliłam tym wypowiedziom zlać się w jedno, starając się w nie w ogóle nie wsłuchiwać. O wiele łatwiej było
udawać, że wszystkie dobiegają z serialu. W chwili, gdy Cagney właśnie
uświadamiała jakiegoś śledczego, że Lacey ma czarny pas w karate, ciocia
Ruth weszła do salonu.
- Och, kochanie - rzuciła. - Moja biedna dziewczynka.
Ciocia pracowała jako stewardesa dla linii lotniczych Winner's, na
pokładzie boeinga 757, na codziennej trasie Orlando - Las Vegas, którą
wybierali głównie emeryci liczący na to, że uda im się zbić fortunę.
Nigdy wcześniej nie widziałam jej w służbowym stroju, ale na co dzień
zawsze była schludnie ubrana. Ta zapłakana kobieta w progu, nazywająca
mnie "biedną dziewczynką", wyglądała natomiast jak jej smutna parodia.
Spódnica i koszula uniformu w tym samym odcieniu zieleni co filc, którym
obite są stoły w kasynie, były pomięte od podróży, a przypięta do
kołnierzyka broszka w kształcie żetonu, z błyszczącym złotym napisem
WINNER'S, całkowicie się jej przekrzywiła. Potargane złote loki spięła
spinką, a jej zaczerwienione, podpuchnięte oczy z rozmazanym na
policzkach tuszem wyglądały jak podpieczone nad ogniskiem pianki.
Tak naprawdę nie wiedziałam zbyt wiele o cioci Ruth, nie znałam jej tak
dobrze jak babci. Widywałyśmy się zwykle raz, może dwa razy do roku;
zawsze zachowywała się w porządku. Kupowała mi ciuchy, których nigdy nie
nosiłam, i opowiadała historyjki o niesfornych pasażerach samolotów.
Była po prostu mieszkającą na Florydzie siostrą mamy, kobietą, która
dosyć niedawno "odrodziła się na nowo", co ja interpretowałam jako inny
sposób praktyk religijnych, a moi rodzice kwitowali przewracaniem
oczami. Oczywiście nie w jej obecności. Była dla mnie bardziej obca niż
pani Klauson, ale w końcu byłyśmy rodziną, dlatego tutaj przyjechała. I chyba nawet mnie to cieszyło. Cieszyła mnie jej obecność, a przynajmniej
wydawała mi się odpowiednia w obecnej sytuacji. Powinna była się tutaj
zjawić.
Ciocia otoczyła ramionami mnie i przy okazji trochę fotela, na którym
siedziałam. Uścisnęła mnie naprawdę mocno, tak że czułam tylko Chanel No
5, perfumy, jakich używała, odkąd tylko pamiętam. Tak naprawdę znałam
ten zapach, jego nazwę i ostry aromat dzięki Ruth.
- Tak mi przykro, Cammie - wyszeptała, mocząc mi łzami policzek i szyję.
Nie znosiłam, kiedy tak mnie nazywała, ale w tamtej chwili nie miałam
jej tego za złe.
- Biedactwo, moja biedna kruszynko. Musimy wierzyć, że Bóg miał w tym
swój plan, i poprosić go, by pomógł nam go zrozumieć. Nic innego nie
możemy zrobić. Tak trzeba. Tylko to nam pozostało.
Powtarzała te słowa w kółko, raz za razem. Próbowałam odwzajemnić
uścisk, ale ani nie byłam w stanie dorównać jej w płaczu, ani uwierzyć w to, co mówi. W żadne słowo. Nie miała pojęcia o wyrzutach sumienia,
jakie wtedy czułam.
Zaraz po tym, jak pan Klauson zapukał do pokoju Irene i zakończył nasze
ostatnie wspólne nocowanie, podniósł moją torbę i poduszkę, po czym
oznajmił, że muszę wracać do domu. Ujął mnie za dłoń i wyprowadził na
zewnątrz, mijając przy tym swoją żonę, płaczącą przy brązowej kuchence,
a głośne pytania Irene: "Dlaczego musi już iść? Dlaczego, tatusiu?"
kompletnie zignorował. Utwierdziło mnie to w przekonaniu, że wydarzyło
się coś okropnego, coś, czego nigdy wcześniej nie doświadczyłam.
W pierwszej chwili pomyślałam, że babcia gdzieś się przewróciła albo być
może dowiedzieli się, że ukradłyśmy coś ze sklepu. Jednak potem, podczas
drogi do oddalonego o sześćdziesiąt pięć kilometrów domu, w środku nocy,
jeszcze w piżamie, po tym, jak powiedziano mi tylko, że babcia musi ze
mną porozmawiać i że powinnam z nią teraz być, dotarło do mnie, że
wszyscy musieli dowiedzieć się o tym, co zaszło między mną a Irene.
Przyczyniły się do tego milczenie jej taty, przerywane jedynie odgłosem
opon trących o drogę, i sporadyczne westchnienia, jakie z siebie
wydawał, gdy na mnie zerkał. Pewnie czuł obrzydzenie na samą myśl o tym,
co wyprawiałyśmy, i zwyczajnie nie chciał, żebym przebywała w jego domu
ani minuty dłużej. Przez całą drogę wtulałam się w twarde drzwi
furgonetki, pragnąc tylko skurczyć się i znaleźć jak najdalej od
mężczyzny. Zastanawiałam się, co usłyszę od babci i co powiedzą rodzice,
kiedy wrócą do domu. Kto wie, może już wrócili, bo jakiś strażnik z parku ich wyśledził, tylko po to, żeby podzielić się z nimi wieściami o tym, jaką mają nienormalną córkę. Przez głowę przelatywały mi przeróżne
scenariusze, a każdy z nich był gorszy od poprzedniego. "To było tylko
kilka buziaków - powiedziałabym mamie i tacie podczas konfrontacji. - Po
prostu na sobie ćwiczyłyśmy i się wygłupiałyśmy".
Babcia czekała na nas przed domem, ubrana w fioletową podomkę. Przy
pomarańczowej poświacie bijącej z lampki na ganku zamknęła w niezręcznym
uścisku nienaturalnie wyprostowanego pana Klausona. W tle dało się
usłyszeć cykające świerszcze. Chwilę później zaprowadziła mnie na kanapę
w salonie. Przyniosła mi kubek letniej już, przesłodzonej herbaty, którą
sama pewnie wcześniej piła, otoczyła moje dłonie swoimi i zaczęła
opowiadać, że gdy siedziała sobie tutaj i oglądała telewizję, nagle
zadzwonił dzwonek do drzwi i stanął w nich policjant, który oznajmił, że
zdarzył się wypadek, i rodzice, moi rodzice, nie żyją.
Pierwsza rzecz, o jakiej pomyślałam, to to, że babcia nic nie wie o mnie
i Irene. Nikt nic nie wie. Nawet po tym, gdy już to powiedziała, gdy
usłyszałam, że rodziców już nie ma, chyba nie do końca to do mnie
dotarło. Zrozumiałam, że od tego momentu całkowicie zmieni się cały mój
świat, jednak w głowie miałam tylko myśl, że mama i tata o nas nie
wiedzą. Nie wiedzą, więc nic nam nie będzie. Nawet jeśli mamy i taty już
tak naprawdę nie było i nie dowiedzą się już nigdy o niczym.
Przez całą drogę do domu przygotowywałam się na reakcję babci, na to,
jak bardzo będzie mną zawiedziona, a ona zamiast tego siedziała obok i płakała. Chyba nigdy nie widziałam, żeby płakała tak bardzo, ba, nigdy
nikogo nie widziałam w takim stanie. Jej opowieść o wypadku, który
zdarzył się gdzieś daleko, daleko stąd, o wiadomościach w telewizji i nieżyjących rodzicach, nie miała żadnego sensu, podobnie jak nazywanie
mnie dzielną, głaskanie po włosach, przytulanie do piersi tak, że czułam
tylko zapach jej talku i lakieru do włosów. Nagle zalała mnie fala
ciepła, a później mdłości, tak wszechogarniająca, jakbym wdychała ją z każdym oddechem. Przypominała jakąś samodzielną reakcję organizmu,
funkcjonującą bez udziału głowy. Jak to było możliwe, że skoro dopiero
co dowiedziałam się o śmierci rodziców, pewna cząstka mnie odczuwała
ulgę, wiedząc, że nasz sekret jest bezpieczny?
Babcia z głośnym łkaniem przygarnęła mnie bliżej, przez co musiałam
odwrócić głowę, by nie wdychać jej słodkiego zapachu i nie czuć pod
policzkiem miękkiej flanelowej podomki. Oderwałam się od niej i zakrywając dłonią usta, pognałam do łazienki. Nie zdążyłam nawet unieść
deski na toalecie - zwymiotowałam do zlewu i częściowo na blat, po czym
osunęłam się na podłogę, prosto na zimne niebiesko-białe płytki, które
chłodziły moje policzki.
Wtedy jeszcze tego nie wiedziałam, ale te mdłości, kłujące ciepło,
uczucie dryfowania w ciemności, której nigdy wcześniej nawet sobie nie
wyobrażałam, wszystko to, co wydarzyło się, odkąd ostatni raz widziałam
rodziców - pocałunki, guma do żucia, Irene, Irene, Irene - wszystko to
było poczuciem winy. Prawdziwym i przytłaczającym. Leżąc na płytkach,
pozwoliłam sobie w nim zatonąć tak głęboko, że aż poczułam to
charakterystyczne pieczenie w płucach, podobne do tego, które pojawiało
się, gdy nurkowałam w jeziorze pomiędzy dokami.
Babcia zjawiła się w łazience, by pomóc mi wstać i zaprowadzić mnie do
łóżka, ale ja ani drgnęłam.
- Och, kochana - westchnęła na widok zapaskudzonego zlewu. - Musisz się
teraz położyć, poczujesz się trochę lepiej. Przyniosę ci wody.
Nie odezwałam się słowem i nie ruszyłam ani o milimetr. Chciałam tylko,
żeby zostawiła mnie w spokoju. Wyszła, ale po chwili wróciła ze szklanką
wody, którą postawiła na podłodze, bo nie wykonałam żadnego ruchu, by po
nią sięgnąć. Później jeszcze chwilę jej nie było, aż w końcu pojawiła
się ze środkiem do czyszczenia i ścierką. Po tym, co się wydarzyło,
zamierzała tak po prostu wyczyścić umywalkę, posprzątać po mnie kolejny
syf. Właśnie wtedy wszystko do mnie dotarło. Babcia stanęła w progu we
fioletowej podomce, spod której wystawał rąbek koszuli nocnej, z zieloną
puszką w ręce i żółtą szmatką w drugiej, przeszła nade mną i rozpyliła
środek, otaczając nas chemiczno-miętowym zapachem. Jej syn i synowa nie
żyli. Jedyna wnuczka, osierocona teraz złodziejka, całowała się z dziewczyną, a babcia nawet nie miała o tym pojęcia. Sprzątała moje
wymiociny i pewnie czuła się przeze mnie tylko gorzej. Świadomość tego
sprawiła, że się rozpłakałam.
Gdy babcia usłyszała mój szloch i w końcu zobaczyła u mnie łzy, opadła
na podłogę obok, co na pewno sprawiło jej ból przez chore kolana.
Położyła sobie moją głowę na udach i sama zaczęła płakać, przeczesując
palcami moje włosy. A ja byłam zbyt słaba, by powiedzieć jej, że wcale
na to nie zasługuję.
Przez kilka kolejnych dni przed pogrzebem Irene i jej mama próbowały nas
odwiedzić. Dzwoniła też kilka razy z nadzieją, że z nią porozmawiam, ale
za każdym razem prosiłam ciocię Ruth, by powiedziała jej, że śpię. Od
śmierci rodziców ludzie przesyłali mi różne rzeczy i byłam pewna, że
jeśli nadal będę ignorować przyjaciółkę, to ona też spróbuje mi coś
podesłać. I rzeczywiście, stało się tak tego samego dnia, gdy dostałam
od drużyny pływackiej duży bukiet słoneczników, pudełko ciastek i kartkę, na której wszyscy się podpisali. Trener Ted musiał podrzucić
przesyłkę zaraz po treningu, bo na kartce wciąż było widać mokre plamy
po palcach, przez które tusz nieco się rozmazał. Większość dziewczyn po
prostu wpisała swoje imiona, niektóre dodały też: "Przykro mi". Ciekawe,
co ja bym napisała, będąc na ich miejscu. Zaraz po treningu, z ręcznikiem zawiniętym na biodrach, przeżuwając batonik z granolą,
podpisując kartkę dla koleżanki z drużyny, która właśnie straciła oboje
rodziców. Doszłam do wniosku, że pewnie zrobiłabym tak jak te, co tylko
się podpisały.
Ciocia Ruth układała podarunki na stole w jadalni, ale w końcu zabrakło
na nie miejsca, więc zaczęła upychać je wszędzie, gdzie tylko znalazła
jakąś wolną przestrzeń. Cały parter domu pachniał jak kwiaciarnia, a przez upał i zasunięte zasłony woń róż, irysów i goździków zdawała się
unosić w powietrzu niczym chmura... albo gaz, który sprawiał, że
wstrzymywałam oddech. Pośród tego wszystkiego, na dębowym kredensie
odrestaurowanym przez tatę, odnalazłam bukiet małych różyczek i kopertę
ze swoim imieniem. Wiedziałam, że jest od Irene, zanim jeszcze w ogóle
ją otworzyłam. Wyciągnęłam liścik z bukietu i zabrałam go do swojego
pokoju. Za zamkniętymi drzwiami usiadłam na łóżku, cała lepka od potu, i ułożyłam sobie list na kolanach. Strasznie mi ciążył, czułam się, jakbym
robiła coś złego, zupełnie jakby Irene siedziała obok mnie.
Kartka przedstawiała nocne, gwieździste niebo, a wewnątrz niej znajdował
się cytat, mówiący o tym, że gwiazdy są jak wspomnienia rozświetlające
mroki żalu. Od razu wiedziałam, że kartkę wybrała pani Klauson, ale tuż
poniżej nadrukowanego tekstu znajdowała się notatka napisana krzywym
pismem mojej przyjaciółki:
Cam, tak bardzo chciałabym, żebyś się ze mną zobaczyła albo odebrała
ode mnie telefon. Wolałabym z Tobą porozmawiać niż pisać na tej kartce,
a najbardziej to chciałabym w ogóle nie mieć powodu, żeby tę kartkę
wysyłać. Przykro mi. Kocham cię.
Nie podpisała się, ale tak było nawet lepiej.
Po przeczytaniu liściku poczułam nagły przypływ podekscytowania. Raz za
razem przebiegałam oczami po literach, aż zakręciło mi się od tego w głowie. Przesunęłam palcem po wgłębieniach w miejscu, w którym
znajdowało się "kocham cię", cały czas czując wstyd, że zachowuję się
jak jakaś świruska, która nie potrafi przestać nawet po śmierci
rodziców. Chwyciłam kartkę i wyszłam na ulicę przed domem, gdzie
wpakowałam ją głęboko do metalowego kosza, tuż pod stertę psujących się
już zapiekanek. Przy podnoszeniu pokrywy oparzyłam sobie palec, bo
śmietnik, oprócz tego, że strasznie z niego cuchnęło, był rozgrzany jak
piec. Po "pogrzebie" kartki poczułam się lepiej, jakby rzeczywiście
symbolizował on coś ważnego, ale i tak wszystkie słowa, które napisała
Irene, zostały w mojej głowie.
Babci i Ruth od jakiegoś czasu nie było w domu - zajmowały się
wszystkim, czym trzeba było się zająć w związku ze śmiercią rodziców.
Musiały pojechać do domu pogrzebowego i kościoła. Zapytały, czy mam
ochotę jechać z nimi, ale odpowiedziałam, że nie, i spędziłam popołudnie
na załatwianiu własnych "pogrzebowych spraw". W pierwszej kolejności z sypialni rodziców, którą teraz zajmowała Ruth, zakosiłam telewizor oraz
magnetowid i zaniosłam je do swojego pokoju na piętrze. Nie pytałam
nikogo o zdanie, bo kogo niby teraz miałam spytać? Przenoszenie
telewizora stanowiło nie lada wyzwanie i chyba nagimnastykowałam się
przy tym więcej niż przez ostatnich kilka dni razem wziętych. W pewnej
chwili prawie upuściłam go na ziemię, bo moje spocone palce ślizgały się
po warstwie kurzu. Ostre krawędzie telewizora wbijały mi się w brzuch i kości biodrowe, gdy oparłam go o siebie, chcąc go ustabilizować.
Wstąpiłam chwiejnie na kolejny schodek i zrobiłam sobie chwilę przerwy,
nim pokonałam następny.
Kiedy w końcu udało mi się postawić sprzęt na komodzie i podpiąć
wszystkie kabelki, włączyłam go do prądu i wróciłam do sypialni
rodziców. Skierowałam się prosto ku dolnej szufladzie w ich komodzie,
gdzie tata trzymał schludnie poskładane białe slipy i czarne skarpety ze
złotymi palcami. Tuż za nimi, z tyłu szuflady, miał schowane kilka
zwitków dziesiątek i dwudziestek, które zabrałam ze sobą. I choć
wiedziałam, że nikogo oprócz mnie nie było w domu, schowałam je sobie za
pasek spodenek. Później zwędziłam coś jeszcze. Coś naprawdę ważnego.
Chodziło o zdjęcie w grafitowej ramce, stojące na komodzie pomiędzy
milionem innych, z których przeważająca większość przedstawiała mnie.
Na fotografii była moja mama. Miała około dwunastu lat, włosy modnie
ścięte na pazia, szeroki uśmiech i krzywe kolana. Stała między drzewami,
oświetlona przebijającymi się przez liście promieniami słońca. Znałam
historię tego zdjęcia tak długo, jak samo zdjęcie. Dziadek Wayton zrobił
je siedemnastego sierpnia 1959 roku w obozowisku Rock Creek, gdzie tego
samego dnia doszło do najgorszego w historii Montany trzęsienia ziemi.
Cały teren znalazł się pod wodą po tym, jak wdarła się na niego ogromna
fala, która nie była już w stanie z niego wypłynąć, dając początek
jezioru Quake.
Ustawiłam zdjęcie na telewizorze, by móc cały czas na nie zerkać, a gotówkę schowałam do pucharu, który zdobyłam na zawodach poprzedniego
lata. Na bieżące wydatki zostawiłam sobie tylko dychę, którą wrzuciłam
do starej jak świat, poplamionej potem bejsbolówki z logo Miles City
Mavericks. Wspólnie z tatą często chodziliśmy na ich mecze, zajadaliśmy
polskie kiełbaski i naśmiewaliśmy się z kibiców narzekających na
sędziów. Prawie się rozkleiłam na widok tej ciemnoniebieskiej czapki,
gdzieniegdzie naznaczonej białymi śladami, ale koniec końców sobie na to
nie pozwoliłam. Nasunęłam ją na tłuste włosy i wyszłam z domu.
Oprócz jednego wyjścia do śmietnika, od tamtej nocy, gdy pan Klauson
odwiózł mnie do domu, w ogóle nie przebywałam na zewnątrz. Miło było
poczuć na skórze promienie słońca, nawet jeśli praktycznie od razu
zaczęłam się od nich pocić. Miałam wrażenie, że sobie na to zasłużyłam.
Tuż przy garażu odnalazłam prażący się w słońcu rower, którego metalowa
rama oparzyła mnie w nogę, gdy się o nią otarłam. Wyjechałam na ulicę i zaczęłam pedałować tak szybko, jak tylko potrafiłam, przez co kropelki
potu spływały mi z czoła prosto do oczu, rozmazując obraz. Przejeżdżałam
przez różne alejki, skupiona tylko na odgłosie kół toczących się po
żwirze i na brzdęku łańcucha. Wyjechałam przy Haynes Avenue i zatrzymałam się na parkingu przy wypożyczalni kaset wideo.
Był drugi lipca, tuż przed Dniem Niepodległości, dlatego przed
ustawionym na krańcu parkingu straganem z fajerwerkami Golden Dragon
rozciągała się długa kolejka samochodów i rowerów. Sprzedaż prowadził
klub Elks, a mój tata co roku pomagał im przez zmianę lub dwie.
Zastanawiałam się, kto go w tym roku zastąpił, ale zdusiłam w sobie tę
ciekawość i zaczęłam przeciskać się przez tłum w kierunku sklepu.
Liczyłam na to, że dzięki czapce nikt mnie nie rozpozna. Tym bardziej,
że i tak czułam się jak duch.
Od początku wiedziałam, jaki film chciałabym wypożyczyć, i znalazłam go
w alejce z premierami. W zeszłym roku wybrałam się z mamą do kina
Montana Theatre na Wariatki. Płakałyśmy na nim jak głupie, a następnego dnia kupiłyśmy ścieżkę dźwiękową z filmu. Niedługo po tym
zabrałam Irenę do kina, by obejrzeć go jeszcze raz, tym razem z nią. Po
seansie spierałyśmy się, która z nas to Bette Midler, a która Barbara
Hershey, bo obydwie chciałyśmy być tą pierwszą.
Postać grana przez Barbarę umiera pod koniec filmu, osierocając córkę
Victorię, podobnie jak moja mama mnie. Podczas pogrzebu dziewczynka ma
na sobie czarną aksamitną sukienkę i białe rajstopki i przez cały czas
trzyma za rękę Bette Midler. Wyglądała na jakieś cztery lata za młodą,
by uznać ją za moją rówieśniczkę, straciła tylko jedno z rodziców (jej
ojciec, mimo że nieobecny, przynajmniej wciąż żył), no i wiadomo, to
była tylko aktorka, jednak mimo to czułam z nią jakieś połączenie.
Miałam potrzebę zobaczenia czegoś, dzięki czemu dowiem się, jak powinnam
się teraz czuć, zachowywać, co mówić, nawet jeśli to był tylko głupi
film, który niekoniecznie powinien stanowić jakąkolwiek instrukcję.
Przy kasie stała pani Carvell, dawniej znana jako panna Hauser. W trakcie roku szkolnego uczyła czwartą klasę, a latem pracowała w wypożyczalni należącej do jej rodziców. Byłam pierwszym rocznikiem w jej
karierze nauczycielki, ale chyba nie zaliczałam się do grona jej
ulubionych uczniów, bo nie chodziłam na pozalekcyjne zajęcia ze
stepowania. Poza tym nie chichotałam ani nie zadawałam durnych pytań na
temat randek i ślubu, gdy pewnego dnia przyprowadziła do szkoły swojego
narzeczonego, pana Carvella, by przeprowadził z nami jakieś głupkowate
eksperymenty naukowe. Pod koniec roku na moim świadectwie napisała:
"Cameron to bardzo bystra dziewczynka. Jestem pewna, że świetnie sobie
poradzi". Moi rodzice stwierdzili, że to jakiś przekręt.
Pani Carvell, nawet na mnie nie patrząc, wzięła ode mnie opakowanie i odszukała kasetę, którą miała do niego włożyć, ale kiedy podałam jej
swoje nazwisko, by mogła znaleźć je w systemie, zawahała się, zerknęła
pod daszek mojej czapki i aż się wzdrygnęła.
- O Boże, skarbie - rzuciła, stojąc w bezruchu z otwartą buzią i kasetą
wideo w dłoni. - Co tutaj robisz? Tak mi przykro...
Dopowiedziałam sobie resztę zdania w głowie: "...że twoi rodzice zboczyli
z górskiej drogi i utonęli w jeziorze, którego w ogóle nie powinno tam
być, podczas gdy ty zostałaś w domu, całowałaś się z dziewczyną i ukradłaś gumę do żucia".
- Tak mi przykro... ze względu na wszystko - dokończyła.
Dzieliła nas wysoka lada, za co byłam naprawdę wdzięczna, bo przez to
nie mogła spróbować mnie przytulić.
- Dziękuję - wymamrotałam. - Chciałabym tylko wypożyczyć ten film, bo
zaraz muszę wrócić do domu.
Jeszcze raz zerknęła na tytuł i zmarszczyła brwi, jakby starała się
zrozumieć, dlaczego wybrałam akurat ten.
- Proszę bardzo, po prostu zabierz go ze sobą, dobrze? - odparła,
oddając mi kasetę bez wbijania jej do systemu. - Możesz do mnie
zadzwonić, kiedy skończysz. Podejdę do ciebie i go odbiorę. Możesz go
mieć u siebie tak długo, jak tylko chcesz.
- Naprawdę? - dopytałam, nieświadoma jeszcze, że to pierwszy z wielu
razów, gdy miałam dostać "sierocą zniżkę". Nie podobało mi się to, nie
potrzebowałam, żeby pani Carvell się o mnie troszczyła.
- Oczywiście, Cameron, to nic takiego. - Kobieta uśmiechnęła się
szeroko. Choć widywałam u niej wcześniej uśmiech, nigdy nie był
zarezerwowany dla mnie. Czasem obdarzała nim całą klasę, tak jak wtedy,
gdy wygraliśmy konkurs na zebranie jak największej ilości zawleczek od
puszek.
- Ale ja mam pieniądze - odparłam i niewiele brakowało, żebym się
rozpłakała, więc uciekłam spojrzeniem gdzieś w bok. - I tak niedługo
będę chciała wypożyczyć coś innego.
- Możesz wypożyczyć tyle filmów, ile ci się podoba - oznajmiła. - Wpadaj
śmiało, będę tutaj przez całe lato.
Naprawdę nie mogłam pozwolić, żeby była dla mnie taka miła. Czułam, jak
od tej dobroci wykręcają mi się bebechy.
- Proszę, niech pani to weźmie. Za jakiś czas przyjdę wypożyczyć sobie
coś innego - wymamrotałam z opuszczoną głową, kładąc na ladzie
dziesiątkę, po czym szybkim krokiem udałam się w stronę wyjścia.
- Cameron, ale to za dużo! - Usłyszałam jeszcze tylko, jak woła, ale
byłam już na chodniku przed wypożyczalnią, z dala od jej życzliwości,
współczucia czy dobra. Z dala od tego wszystkiego.
Ciocia Ruth czekała na mnie w pokoju, odwrócona plecami do wejścia,
trzymając w dłoniach tanie wieszaki z nowymi, świeżo wyprasowanymi
ciuchami na pogrzeb. Wpatrywała się w moje nowe centrum rozrywki i kiedy
weszłam do środka, nawet się nie odwróciła. Korzystając z okazji,
wsunęłam sobie kasetę z filmem za pasek spodenek, tuż nad tyłkiem,
rumieniąc się przy tym, bo przypomniałam sobie o akcji z gumą balonową.
I o Irene.
- Mam w sumie trochę ubrań - zaczęłam, na co ciocia odwróciła się w moją
stronę i z trudem się uśmiechnęła.
- Nie wiedziałam, co ci przywieźć, ale nie chciałam też ciągnąć cię ze
sobą. Mam kilka rzeczy z Penney's. Oddamy to, co ci się nie spodoba. Mam
tylko nadzieję, że będą na ciebie pasowały, bo nie znałam twojego
rozmiaru. - Ostrożnie ułożyła wszystkie ubrania na łóżku, zupełnie jakby
kładła na nie dziecko, któremu trzeba zmienić pieluchę.
- Dzięki - odpowiedziałam, bo wiedziałam, że tak wypada. - Przymierzę je
wieczorem, jak się trochę ochłodzi.
Trudno mi było patrzeć na ciotkę, więc po prostu wbiłam wzrok w ciemnoniebieską sukienkę, czarną spódniczkę i bluzkę. Chyba nigdy
wcześniej na moim łóżku nie leżały podobne ciuchy, przynajmniej odkąd
sama wybierałam sobie stroje.
- Ciężko ci chyba było wszystko poprzenosić? - zapytała, poklepując górę
telewizora tak, jak czasami poklepywała mnie. - Z chęcią bym ci pomogła.
- Dałam radę - odpowiedziałam, wciąż opierając się plecami o drzwi. -
Ale dzięki.
- A ogólnie radzisz sobie jakoś, mała? - Podeszła bliżej i otoczyła mnie
ramieniem w typowym dla siebie uścisku. - Może chciałabyś się ze mną
pomodlić? Mogłabym przeczytać ci kilka wersów z Biblii, nad którymi sama
trochę myślałam. Kto wie, być może przyniosą ci trochę ukojenia.
- Wolałabym zostać teraz sama - odparłam.
Gdybym mogła, nagrałabym sobie to zdanie na taki dyktafonik na malutkie
kasety, a później zawiesiła go sobie na szyi i w odpowiednich momentach
klikała "start". Zdarzałoby się to pewnie z osiem, może dziewięć razy
dziennie.
- W porządku, kochanie. Porozmawiamy, kiedy będziesz na to gotowa.
Nieważne kiedy to będzie, będę przy tobie. - Cmoknęła mnie w policzek i po pokonaniu dwóch schodków w dół odwróciła się w moją stronę ostatni
raz. - Pewnie sama dobrze wiesz, że najlepiej rozmawia się z Bogiem w samotności. Wystarczy zamknąć oczy i po prostu z nim być, Cammie, możesz
go zapytać, o co tylko zechcesz.
Przytaknęłam w odpowiedzi, ale tylko dlatego, że wyglądała, jakby
czekała na jakąś reakcję z mojej strony.
- Poza tym światem czeka na nas jeszcze inny - dodała. - Czasami
człowiekowi robi się o wiele lepiej, gdy o tym pamięta. Mnie to pomaga.
Nie odwróciłam się plecami do drzwi aż do chwili, gdy byłam pewna, że
zeszła już na dół - za bardzo się bałam, że dostrzeże zarys kasety pod
moim ubraniem albo że ta wyślizgnie się na podłogę. Ostatnie, na co
miałam ochotę, to tłumaczyć ciotce, dlaczego akurat Wariatki. Sama nie
wiedziałam, co tak właściwie znaczy dla mnie ten film.
Zamknęłam drzwi do sypialni, wsunęłam kasetę do odtwarzacza i rozsiadłam
się na łóżku na starannie rozłożonych nowych ubraniach. Dwunastoletnia
mama szczerzyła się do mnie z innego świata - świata skrytego w cieniu
sosen i cedrów. Tego, w którym była jeszcze beztrosko nieświadoma, że
zaledwie godziny dzielą ją od ujścia z życiem z prawdziwej tragedii, a także wiele lat od dnia, w którym pech wreszcie i tak ją dopadnie.
Ciemnoniebieska sukienka gniotła mnie w kark. Poprawiłam ją raz, później
kolejny, ale i tak nie mogłam ułożyć jej tak, żeby było mi wygodnie. W głowie ciągle słyszałam słowa Ruth o rozmowie z Bogiem. Chciałam się ich
pozbyć, ale nie potrafiłam. To nie tak, że nigdy wcześniej się nie
modliłam, bo rzeczywiście próbowałam. Czasami zdarzało mi się to robić w kościele prezbiteriańskim. Modliłam się też wtedy, gdy jedna po drugiej
zdechły moje cztery złote rybki, i przy różnych innych okazjach. W tych
momentach chciałam porozmawiać z jakąś wspanialszą ode mnie istotą,
istniejącą w o wiele większym świecie niż ja sama. Tyle że za każdym
razem, niezależnie od okazji, w którymś momencie zaczynałam mieć
wrażenie, że tylko udaję tę relację z Bogiem. Tak jakbym bawiła się w dom albo sklep, jakby to było tylko na niby. Wiem, że właśnie w takich
momentach do słowa powinna dochodzić wiara, ta prawdziwa, która
sprawiłaby, że modlitwa nie byłaby dla mnie tylko pobożnym życzeniem.
Niestety, właśnie takiej wiary mi brakowało i nie wiedziałam, skąd ją
wziąć, w jaki sposób, ani czy w ogóle jej chcę. Miałam wrażenie, że Bóg
zabrał mi rodziców, bo uważał, że za tak złe prowadzenie się w życiu
należy mi się kara, i chciał mi uświadomić, jak bardzo muszę się
zmienić. Tak jak mówiła Ruth - ta zmiana powinna zajść we mnie poprzez
Boga. Z drugiej strony myślałam też o tym, że być może wszystko, co się
wydarzyło, oznaczało, że Boga tak naprawdę nie ma, a światem rządzi
jedynie los, zbiór zdarzeń od zawsze przypisany dla każdego z nas. Że
utonięcie mamy w jeziorze Quake miało być nauczką, tyle że nie taką od
Boga. Chodziło raczej o coś, co przypominało układankę, dopasowywanie
poszczególnych elementów tak, by ujrzeć pełny obraz.
Nienawidziłam całego tego zbioru myśli w głowie, przecinających się
wzajemnie bez ustanku. Jedyne, czego pragnęłam, to schować się przed tym
wszystkim - skurczyć się, stać się niewidzialną i jakoś przetrwać. Może
i Ruth potrafiła odnaleźć pocieszenie w rozmowie z Bogiem, ale ja czułam
się wtedy, jakbym tonęła w basenie.
Chwyciłam pilota i puściłam film. To chyba właśnie w tamtym momencie
rozpoczęłam nowe życie jako Cameron - dziewczyna bez rodziców. Możliwe,
że ciocia miała trochę racji, o czym miałam się jeszcze dowiedzieć, że
relację z siłą wyższą najlepiej praktykować w samotności. Dla mnie
działo się to przez trwające półtorej lub dwie godziny seanse,
zatrzymywane, gdy to było konieczne. Chyba nie przesadzę, jeśli
stwierdzę, że moją religią z wyboru stało się wypożyczanie kaset z filmami, a przesłanie tej religii docierało do mnie poprzez technikolor,
podkłady muzyczne, przejścia, przeskoki, legendy srebrnego ekranu,
aktorzyny klasy B, złoczyńców do kochania oraz bohaterów do
nienawidzenia.
Jednocześnie Ruth była w błędzie. Poza naszym światem istniały jeszcze
setki, tysiące innych, po dziewięćdziesiąt dziewięć centów za sztukę. A ja mogłam wypożyczyć je wszystkie.
Rozdział trzeci
Podczas pierwszego semestru siódmej klasy
jedną godzinę lekcyjną dziennie spędzałam, niczym sierota na włościach,
w gabinecie psychologa. Oficjalnie, w planie zajęć, widniała ona jako
czas na samodzielną naukę, tyle że ciocia Ruth, moja nowa prawna
opiekunka, ucięła sobie pogawędkę z nauczycielami i wszyscy zgodnie
stwierdzili, że najlepiej będzie, jeśli spędzę tę godzinę na śliskiej
kanapie w morskim kolorze, rozmawiając z Nancy, psycholożką, na jeden z tematów rozpisanych na ulotkach w stylu: "Nastolatkowie i żałoba",
"Samotna z moimi problemami", "Zrozumieć śmierć i pozwolić odejść".
Zwykle poświęcałam ten czas w gabinecie na odrabianie zadań domowych,
czytanie lektur i okazjonalne podjadanie tego i owego, jeśli sekretarkom
udało się coś dla mnie przemycić z pokoju nauczycielskiego. Czasami były
to kawałki brownie zawinięte w serwetkę albo czyjaś siedmiowarstwowa
sałatka z krakersami. Każdemu podarunkowi towarzyszyły uśmiech i delikatne klepnięcie po ramieniu. To właśnie te drobne przekąski,
podarowane osieroconemu dziecku z czystej dobroci serca, z jakiegoś
powodu sprawiały, że czułam się o wiele bardziej samotna, niż gdyby te
kobiety kompletnie mnie ignorowały.
W wypożyczalni wideo szybko się do mnie przyzwyczaili. Zaczęła się
szkoła, więc pani Carvell już tutaj nie pomagała, a kasę zwykle
obstawiał Nate Bovee, który też pozwalał mi wypożyczać, co mi się żywnie
podobało. O nic nie pytał, jedynie puszczał oczko i szczerzył się do
mnie zza tego swojego dziewiczego wąsa, którego próbował wyhodować, ale
niezbyt mu to wychodziło. Jedyne, o czym musiałam pamiętać, to ukrywanie
kaset przed Ruth, żeby nie dowiedziała się, jak dużo przynosiłam ich do
domu.
- I na co tam dzisiaj polujesz, skarbie? - podpytywał zwykle Nate,
wbijając we mnie to swoje zezowate szaroniebieskie spojrzenie, gdy
przemierzałam alejki. Zwykle zgarniałam kilka nowości, po czym
przeszukiwałam zbiory ze starszymi filmami.
- Sama jeszcze nie wiem - odpowiadałam, starając się skryć między
półkami jak najbardziej oddalonymi od kasy, co jednak niewiele dawało,
bo i tak mógł mnie obserwować w dużym lustrze zawieszonym nad drzwiami
do kanciapy, mającym odstraszać potencjalnych złodziei.
Gdy wpadałam do wypożyczalni po południu, zaraz po szkole, zwykle nie
było tam nikogo oprócz naszej dwójki. W pomieszczeniu unosił się ostry,
chemiczno-różany zapach płynu do czyszczenia dywanów. Po jakimś czasie
zaczęłam kojarzyć z nim Nate'a, jakby to właśnie on go wydzielał.
Naprawdę starałam się go polubić, w końcu pozwalał mi wypożyczać filmy
dla dorosłych, a czasami nawet dostawałam od niego lody na patyku z zamrażalnika postawionego przed wypożyczalnią, ale nie podobało mi się,
że wiedział o każdym filmie, który wypożyczyłam, że obserwował mnie,
kiedy je wybierałam i przynosiłam z powrotem. W tamtym czasie wydawało
mi się, że dzięki tej wiedzy zna mnie lepiej niż ktokolwiek inny, a już
na pewno lepiej niż psycholożka Nancy i ciocia Ruth.
Któregoś dnia pod koniec września Irene Klauson przyszła do szkoły z uśmiechem podobnym do uśmiechu dziecka z reklamy masła orzechowego.
Okazało się, że gdy pracowała łopatą przy budowie nowej zagrody i miejsca do znakowania bydła, natknęli się z ojcem na coś niesamowitego.
Kość. Skamieniałość. I to naprawdę wielką.
- Tata zadzwonił już do jakiegoś znajomego profesora z urzędu stanowego
- opowiedziała kilkorgu z nas, stłoczonym tuż przy jej szafce. - Ma do
nas wysłać całą ekipę.
Przez kilka tygodni naukowcy, to znaczy "paleontolodzy", jak nas
poprawiała, brzmiąc przy tym jak cholerna chodząca encyklopedia,
tłoczyli się na ranczu Klausonów. W gazetach nazwano je "kolebką
skamieniałości", "żyłą złota" albo "skarbnicą".
Od czerwcowego pogrzebu rodziców prawie w ogóle nie widywałyśmy się z Irene. Pani Klauson starała się zorganizować dla nas jakieś nocowania,
całodniowe wycieczki do centrum handlowego w Billings albo rodeo w Glendive, ale za każdym razem rezygnowałam ze spotkania w ostatniej
chwili.
- Rozumiemy, kochanie - odpowiadała mi zwykle przez telefon. Zakładam,
że w tym "my" chodziło o moją przyjaciółkę, a nie o pana Klausona. - Ale
nie będziemy się poddawać, dobrze, Cam?
Gdy pod koniec sierpnia w końcu zgodziłam się wyjść z nimi na jarmark
organizowany przez hrabstwo Custer, żałowałam tego przez cały wieczór.
Razem z przyjaciółką odwiedziłyśmy już kiedyś tę imprezę, i bawiłyśmy
się naprawdę hucznie. Kupiłyśmy wtedy opaski, które zapewniały
nielimitowany wstęp na wszystkie możliwe atrakcje. Zajadałyśmy się
granitą w wafelkach, mieszając ze sobą różne smaki - limonkowy,
pomarańczowy, winogronowy i wiśniowy - a także tacosami z budki Crystal
Pistol, smażonymi plackami wypełnionymi mocno przyprawioną wołowiną z tryskającym pomarańczowym sosem, który wypalał nam wnętrza policzków.
Popijałyśmy to wszystko lemoniadą z tamtego stoiska, przy którym latała
chmara os. Naśmiewałyśmy się z ręcznie robionych odznak z niebieskiej
wstążki i tańczyłyśmy chaotycznie do muzyki jakiegoś beznadziejnego
zespołu, który zaproszono jako główną gwiazdę jarmarku. W tamtym czasie
naprawdę wydawało się nam, że jarmark jest nasz.
W sierpniu tego roku snułyśmy się po głównych alejkach jak duchy,
zatrzymując się przy karuzeli, a później przy grze polegającej na
rzucaniu piłeczek pingpongowych tak, by trafić do pojemników z wodą.
Obserwowałyśmy wszystko jak stare wyjadaczki, które, mimo że już to
widziały, nie potrafią się jednak powstrzymać. Nie rozmawiałyśmy o moich
rodzicach ani o wypadku. Tak naprawdę prawie w ogóle nie rozmawiałyśmy.
Dla mnie jarmark składał się z ogłuszających pisków, błyskających
świateł, krzyków, szaleńczego śmiechu, płaczu małych dzieci, zapachu
popcornu, smażonych placków i waty cukrowej - wszystko to otaczało mnie
jak dym. Irene kupiła dla nas bilety na diabelski młyn, atrakcję, którą
w zeszłym roku kompletnie olałyśmy, bo wydawała nam się zbyt nudna, ale
tym razem dzięki niej przynajmniej cokolwiek tam robiłyśmy.
Usiadłyśmy w metalowym wagoniku, stykając się kolanami. Nawet jeśli
odsuwałyśmy nogi na bok, po jakimś czasie i tak wracały na swoje
miejsce. Nie byłyśmy z Irene tak blisko siebie od tamtej nocy, gdy pan
Klauson zapukał do jej drzwi. Koło ruszyło, wynosząc nas prosto w gorące
objęcia ciemniejącego nad Montaną nieba, światła z dołu zalewały nas
fluorescencyjnym blaskiem, a z głośników ukrytych we wnętrzu żelaznej
konstrukcji zaczęły wydobywać się metaliczne dźwięki ragtime'u. Z najwyższego punktu rozciągał się widok na cały jarmark i wszystkie jego
atrakcje - przeciąganie traktorów, pawilon taneczny i kowbojów w dżinsach, przyszpilających chudziutkie kowbojki do ciężarówek na
parkingu. Powietrze pachniało jak połączenie oleju i cukru, chociaż dało
się w nim też wyczuć świeżo sprasowane siano i mętną wodę rzeki
Yellowstone, leniwie opływającej teren imprezy. Na górze panowała cisza,
cały ten ścisk i zgiełk został na dole i docierało do nas tylko
skrzypienie śrub, gdy wiatr delikatnie kołysał naszym wagonikiem.
Docierałyśmy do tego spokoju tylko po to, by po chwili zjechać w dół i zanurzyć się w zgiełku jarmarku, a później znowu znaleźć się na samej
górze.
Kiedy po raz trzeci dotarłyśmy na sam szczyt, Irene chwyciła mnie za
rękę. Siedziałyśmy tak bez słowa ze splecionymi palcami przez jedno
pełne kółko. Przez jakieś czterdzieści pięć sekund udawałyśmy, że
wszystko ma się tak, jak dawniej: ot, dwie przyjaciółki wybrały się
razem na jarmark.
Jednak gdy kolejny raz znalazłyśmy się na górze, Irene rozpłakała się i wykrztusiła z siebie:
- Tak mi strasznie przykro, Cam. Naprawdę. Sama już nie wiem, co mogę
jeszcze powiedzieć.
Jej twarz wyglądała blado na tle nocnego nieba, oczy miała pełne łez, a z kucyka wysunął jej się kosmyk włosów. Była piękna. Całą sobą pragnęłam
ją pocałować, a jednocześnie okropnie mnie mdliło. Wyrwałam dłoń z uścisku i spojrzałam gdzieś w dal. Było mi tak niedobrze, że aż kręciło
mi się od tego w głowie. Zamknęłam oczy, powstrzymując się od wymiotów,
ale i tak czułam ich posmak w ustach. Słyszałam jak zza szyby, jak Irene
wypowiada moje imię. Diabelski młyn zatrzymał się, by wypuścić kogoś z wagonika na dole, przez co nasz zakołysał się lekko na wietrze. Koło
ponownie ruszyło, zastukało kilka razy i znowu stanęło. Teraz chciałam
już tylko jak najszybciej wrócić na główną alejkę i wtopić się w chaos i zgiełk jarmarku. Irene obok mnie wciąż szlochała.
- Nie możemy przyjaźnić się jak dawniej - oznajmiłam, nie spuszczając
wzroku z tłumu ludzi na parkingu.
- Dlaczego?
Młyn znowu ruszył, naszym wagonikiem szarpnęło i ze stukotem zjechałyśmy
kawałek niżej. A potem wagonik znów się zatrzymał. Zawisłyśmy w połowie
drogi, mniej więcej na wysokości jasnych dachów jarmarcznych straganów.
Nie odpowiedziałam na pytanie przyjaciółki. Pozwoliłam, by ciszę między
nami wypełniała muzyka. Doskonale pamiętałam smak jej ust z tamtego dnia
na strychu z sianem - smak gumy do żucia i piwa korzennego, które
piłyśmy. Rzuciła mi wtedy wyzwanie, bym ją pocałowała. A dzień później
samochód moich rodziców przebił się przez barierkę.
Nic na to nie odpowiedziałam. Skoro Irene nie była w stanie połączyć
kropek, nie zamierzałam robić tego za nią. Nie zamierzałam jej
tłumaczyć, że przecież każdy wie, że nic nie dzieje się bez przyczyny. A to, co zrobiłyśmy, było niewyobrażalnie okropne w skutkach.
- Czemu nie możemy przyjaźnić się jak dawniej? - powtórzyła.
- Bo już z tego wyrosłyśmy - odparłam, smakując to kłamstwo na języku.
Było gęste jak wata cukrowa, ale nie chciało się tak łatwo
skrystalizować i rozpuścić.
Irene nie zamierzała się jednak poddać.
- Jak to wyrosłyśmy?
- Po prostu, wyrosłyśmy już... z tego wszystkiego.
Koło znowu ruszyło. Poprzedni wagonik był pusty, dzięki czemu szybciej
znalazłyśmy się na ziemi. Wszystko, co wydarzyło się przed chwilą,
zostało gdzieś nad nami.
Państwo Klausonowie spotkali się z nami niedługo później przy jednej z większych atrakcji, suwaku. Nakarmili nas ciastem z grubą warstwą
kruszonki oraz kukurydzą na patyku, a później zrobili nam kilka zdjęć
polaroidem, gdy stałyśmy w balonowych czapkach obok niedźwiedzia -
maskotki Służby Leśnej. Obydwie chyba całkiem nieźle odgrywałyśmy swoje
role.
Nie wyszłyśmy z nich nawet, gdy rozpoczęła się szkoła. Siedziałyśmy
razem na historii. Od czasu do czasu chodziłyśmy we dwie na lunch,
zamawiałyśmy mleko czekoladowe i kanapki z grillowanym serem. Kimkolwiek
jednak dla siebie byłyśmy, nie przypominało to już naszej dawnej
relacji. Irene zaczęła częściej spotykać się ze Steph Schlett i Amy
Fino, ja z kolei spędzałam jeszcze więcej czasu z moim magnetowidem.
Obserwowałam z ławek na stadionie, jak moja była przyjaciółka całuje się
z Michaelem "Świrem" Fitzem po zawodach wrestlingowych i jak Mariel
Hemingway całuje Patrice Donnelly w Życiowym rekordzie. I nie tylko
całuje. Oglądałam tę scenę w kółko, aż w końcu zaczęłam się trochę
obawiać, że taśma w kasecie się zerwie, a ja będę musiała oddać ją w takim stanie i tłumaczyć się ze wszystkiego przed Nate'em, który tylko
szczerzyłby się dwuznacznie w odpowiedzi. Nie zniosłabym tego, tym
bardziej że dorzucił już swoje trzy grosze, kiedy ją wypożyczałam.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki