Przeżycie wewnętrzne, które
ma być tutaj uprzytomnione, zdarzyło się w półtora roku mniej
więcej po śmierci dziewiętnastoletniego młodzieńca, syna doktora
Zenona Ł., prowincyonalnego lekarza w środkowej "Galicyi". Zmarły
był jedynakiem. Zgasł w ciągu krótkiego czasu na galopujące
suchoty. Na nic się nie zdała wiedza ojca, jego znakomitych kolegów
i przyjaciół, wszelkie ich wysiłki, zabiegi i środki zaradcze. Po
śmierci syna doktór Ł. pozostał w temsamem miejscu i w tymsamym
domu. Po dawnemu leczył pacyentów i przykładał się wśród swego
otoczenia do spełniania różnych obowiązków społecznych. Sąsiedzi
wzdychali przelotnie, patrząc na niego i mrużyli oczy z tak zwanem
współczuciem, którego, po prawdzie, nikt nie czuł i czuć nie mógł.
Potem i to ustało. Zapomnieli. Któż bowiem i jakim sposobem może
mieć wiadomość o istocie niedoli cudzej, zwłaszcza
wewnętrznej?
Ludzie nowi, przyjezdni, którym zdarzyło się zawierać znajomość
z najbardziej wziętym z lekarzy tej środkowogalicyjskiej Abdery, z
"nadzwyczajnym dyagnostą", nie domyślali się wcale, że ów tęgi,
spokojny, przenikliwy, przyjemny i wykwintny człowiek, - jak
mówiono "gentelman w każdym calu", - miał niedawno tak ciężkie
przejście. Sam doktór Zenon mocował się ze swoją klęską, jak na
mądrego mężczyznę i świadomego lekarza przystało. Wiedział, że jego
przebita dusza nie może na ziemi znaleźć przyjaciela. Możnaby
powiedzieć, że pierwszy okres po śmierci syna zniósł lepiej, niż
okresy późniejsze. W miarę oddalenia się od tamtych wyraźnych
chwil, coś psuło się coraz bardziej w zegarze wytrwania.
Przedewszystkiem - co do pracy lekarskiej. Tuż po katastrofie
doktór Zenon zapomocą tej właśnie praktyki "ubijał" swą boleść,
przydeptywał ją szybkimi, dalekimi marszami do chorych. Znieczulał
się pracą, jak chloroformem. Nie zostawiał sobie wolnego czasu na
obcowanie oko w oko z nagiem uczuciem. Mówiąc w najgłębszym już
sekrecie, obrazami srogich ludzkich cierpień opijał się, jakoby
winem tęgiem i uodporniał, jak spirytusem. Patrzał dzień w dzień, a
częstokroć w ciągu długich nocy na udowodnienia i unaocznienia, że
nie on jeden jest skazańcem. Przesiadywał u wezgłowia chorych
dzieci ponad wszelką normę i miarę, już nie jako lekarz, lecz jak
pielęgniarz. Wydobywał z objęć śmierci głowiny, płonące od ogniów
gorączki, i powracał uśmiechy na twarze udręczone. Gdy ojcowie i
matki witali jego zjawienie się łzami radości, a żegnali je
błogosławieństwem, on sam szedł wśród tych objawów gnuśny w sobie,
zaledwie postrzegając, czego w istocie dokonał. Ten szczególny
nastrój uczynił zeń znakomitego lekarza. Nie żywych ludzi leczył
ten pielęgniarz, filantrop i dobroczyńca, lecz mocował się z samemi
chorobami. Ścigał je w kryjówkach i niedosięgłych pieczarach
bytowania, zupełnie jakgdyby polował na tajemnicze potwory, byty
okrutne i straszliwe w swej strukturze sekretnej, wymykającej się z
pod objęcia przenikliwości ludzkiego rozumu.
Zagadkowe stwory przyrody - tyfus plamisty, szkarlatyna,
ospa, nosacizna, gruźlica i tak nieskończony szereg innych -
pociągały go teraz nie tak, jak dawniej. W głuchoniemej pasyi swej
mścił się teraz na nich, wyrywał je z dziupli i skrytek, chwytał w
pół drogi, umiał w lot poznać się na ich planach, wybiegach,
narowach i zdradzieckich przyczajeniach, na ich podspodniem życiu,
splecionem z krwią, kośćmi i mięśniami człowieka, a tak
nieubłaganie wrogiem tej krwi, kościom i mięśniom. Tak to wytrwale
i niemal bez chwili przerwy pracując z wytężeniem wszystkiego
rozumu, pamięci, czujności, zdobytej i wciąż przez studya
pomnażanej wiedzy, operując myślą ćwiczoną i nieomylnie dokładną, -
doktór Zenon, sam na sam zostając ze sobą, ocknąwszy się ze snu w
nocy, idąc wdal i powracając do punktu wyjścia, nie mógł znaleźć
przedmiotu, czy tematu, o którymby mógł myśleć. Jego własna,
istotna, niejako wewnętrzna, myśl ześlizgiwała się ze wszystkich
rzeczy tego świata i ze wszelkich pojęć, napełniających świat
wewnętrzny. Zaprawdę - ten tak rozumny człowiek - nie mógł o niczem
myśleć. Wszystkie myśli zlatywały w otchłań czasu i niosły się w
przestrzeni. Miesiąc jest taki a taki, dzień taki a taki w
miesiącu, upłynęło tyle a tyle miesięcy, tyle dni, - oto były
istotne, wewnętrzne myśli. Trzeba dziś, lub nazajutrz iść w takim a
takim kierunku, do takich oto ludzi, a raczej do nazwisk,
wypisanych w lekarskim karnecie, - oto była wszystka, wewnętrzna
wola. I tak oto, - jako wspólnicy drogi życia, - stowarzyszył się z
osierociałym jedyny towarzysz - pusty czas - i jedyna towarzyszka -
jałowa przestrzeń.
Wszystko zaś inne było obojętną i obcą miazgą przydarzeń.
Przeczytawszy w pewnej książce, iż Perykles ateński zniósł
bez żałoby śmierć dwu swych świetnych synów, doktór Zenon
doświadczył wzburzenia wewnętrznego, jak gdyby osobistej
insultacyi, a nawet zniewagi. - Cóżem ja jest za człowiek? - z
pogardą zapytywał samego siebie. Wnet jednak zjawiła się usłużna
refleksya:
- Ba! Gdzież jest pewność, że ów Perykles czuł śmierć swych
synów, skoro ją zniósł bez żałoby? Może dlatego zniósł śmierć synów
bez żałoby, ponieważ wcale ich nie żałował. Może był
człowiekiem-drewnem, twardym pniakiem bukowym, którego żadnym
sposobem nie ima się zgniłość uczucia, gdyż jego cały skład
wewnętrzny aż do rdzenia jest bukowy. Toż, według świadectwa
Shelley'a, stary "ojciec" Cenci modlił się żarliwie, szczerze i z
uniesieniem. ażeby Bóg poraził śmiercią dwu jego synów. Nie jest
jednolity, jak u zwierząt, lecz jest wieloraki, złożony i zagadkowy
gatunek ojca w rodzaju ludzkim.
O pewnej, późnej nocy, gdy, zbudzony ze snu, szedł do
chorego dziecka z nieszczęśliwym ojcem, który obok niego dreptał,
pogadując, wdzięcząc się, a po tysiąckroć przepraszając, akomodując
się i zalecając, żeby "znakomitego dyagnostę" dobrze usposobić,
doktór Zenon poczuł w sobie ostre nadpęknięcie. Ziąb i dreszcz nie
w ciele, lecz w głębi duszy. Śmiech gruby w głębi. Szli na dalekie
przedmieście przez puste pola, śniegiem zasłane, przez pagór
garbaty i przykry. Buty doktora przemokły, zmaczane w śniegu
zakończenia spodni wilgotną masą chlapały dookoła zziębniętych
kostek. Brnąc w ciemności z zagona na zagon, doktór zagadał
współtowarzysza:
- Jak się też panu wydaje, czy czas naprawdę istnieje? Bo
ja... Albo przestrzeń? Jak pan sądzi?
Stroskany ojciec, zajęty jedyną myślą, żeby jak najprędzej i
jak najpomyślniej dostawić lekarza do łóżka swej chorej dzieciny,
coś tam wymamlał. Nie o odpowiedź chodziło...
- Mnie się wydaje - perorował doktór, - że mają słuszność
indusi, nauczając, a teraz w tej ciemności szczególnie wyraźnie to
zobaczyłem, iż czas jest to w gruncie rzeczy tylko porządek
następstwa w naszem poznawaniu rzeczy na świecie. A znowu sławiona
przestrzeń, to nie co innego, tylko kierunek ustawienia przedmiotów
tej ziemi. Jedno i drugie nie są to wcale jakoweś zewnętrzne
trwania, lecz dwa sposoby ujęcia tego, co my, biedne kretyny, wiemy
o otoczeniu.
Towarzysz drogi potakiwał z zapałem, wiarą i entuzyazmem:
- Skoro pan doktór przyszedł do takiego przekonania, w takim
razie...
- Przeszłość, teraźniejszość, przyszłość - to przywykliśmy
nazywać wyrazem czas, a potem powiedzieliśmy sobie, że on trwa,
jako byt samoistny. Jest to poprostu pusta idea, zwana bez rzeczy.
Tu, tam, w tamtym kierunku - to znowu przestrzeń. A wszakże to, co
nazywamy czasem, w naszem odczuwaniu rozszerza się albo kurczy,
staje się nieskończonością, albo się unicestwia, jeżeli je mierzyć
miarą radości, albo miarą boleści. Przeszłość, teraźniejszość,
przyszłość, - a jedno w drugie wchodzi, jak linia zwinięta w punkt
geometryczny, staje się nicością, jak mgnienie oka.
- Pan doktór doskonale to przedstawia...
I wielki myśliciel niemiecki poswojemu rozumując, powiada,
iż sam w sobie, poza przedmiotami, czas jest niczem. Jest to,
według niego, podmiotowy warunek naszego zmysłowego rzutu myśli. A
przestrzeń? To, co nazywamy przestrzenią, jest jedynie formą
wyobrażeń naszej zmysłowości, w których mieszczą się przedmioty
zewnętrzne. Lecz ta forma przedmiotów, jako istota, poznać się nie
daje i poznaną być nie może. Czy człowiek ślepy ma wyobrażenie
przestrzeni? Czy głusi, ślepi, daltoniści, neurastenicy, a także
nieszczęśliwi, przyswajają sobie zjawiska w sposób przyrodzony
każdemu przedmiotowi, w postrzeganiu powszechnem ludzi zdrowych i
normalnie obojętnych?
Zeszli parowem ku przedmieściu i mijali chałupę, gdzie o tej
tak późnej nocy rznęła siarczyście muzyka i rozlegały się wściekłe
tupania, śpiewy i wrzaski. Zdawało się mijającym, że te weselne
wyrwasy wysiepią belki z węgłów, a hołubce wyrzucą ciężki dach z
wiązania.
- O, Boże mój! Ci ludzie teraz tańczą i tak się weselą... -
szepnął ojciec chorego dziecka, mijając tę budę radości.
- Jakże jesteś szczęśliwy... - odpowiedział mu doktór w
myśli. - Na progu dopiero stoisz, skoro cię takie przeciwieństwo
dotyka i uraża. Nie wiesz, ty, bracie, co znaczy za życia, chodząc
po ziemi, leżeć w grobie, gdzie już wszystko jest tożsamością,
gdzie już niema przestrzeni i gdzie już czasu wcale niema.
W czasie operacyi, które prowincyonalnemu lekarzowi wypadało
dokonywać w najtrudniejszych zazwyczaj warunkach, samemu, kędyś w
domostwach odległych, bez narzędzi i środków pomocniczych, - w
ciężkich wypadkach, gdy trzeba było zwalczać chorobę, wyrastającą z
brudu, nędzy, wszy i zaduchu, - przy barłogach napoły zgniłych,
wśród szmat zetlałych od lepkiego potu, - w dobie najtrudniejszych
rokowań i decyzyi, skoro przyszło ważyć się na środki i
przedsięwzięcia ostateczne, doktór Zenon odwoływał się do pomocy
swego "asystenta", niewidzialnego współpracownika, zgasłego syna. W
owych ostatecznych chwilach - na zwanie modlitewne, na westchnienie
z samej głębi trzewiów i jestestwa, jakby na skutek rozpęknięcia
się serca - zawsze przybywał niewidzialny. Samego nie było ani
widać, ani słychać, ani czuć, ani można dotknąć, ani niczem
zewnętrznem, czy wewnętrznem objąć, - a przecie objawiał się w
czynnej pomocy, w tajemnicy współdziałania. Utwierdzał lub osłabiał
powziętą myśl, mocno i nieodwołalnie rozstrzygał decyzyę, niemal
podsuwał i prawie kierował narzędzie. A wówczas nigdy nie chybiła
ręka i nie wzięło złego skutku zarządzenie. Niewidzialne synowskie
dłonie odganiały wszy, gdy wypadło w mroku ludzkiej jaskini,
rozświetlonej płomyczkiem naftowej lampki, siadać na tapczanie
nędzarza z tyfusem plamistym, a rozpalonego ciała i pościeli z
gałganów dotykać rękoma, ubraniem i włosami. Niewidzialna synowska
twarz zasłaniała od zarażonych plwocin, od jadu pryszczów i krost,
charknięć i kałów. Coś, jakby święta rękawiczka, okrywało rękę,
badającą zaraźliwe choroby. Doktór Zenon bardzo rzadko odwoływał
się do swego anioła. Ilekroć miał to uczynić w ostatecznej
rozterce, wśród trwogi człowieczej przed wyratowaniem życia, lub
porzuceniem nędzarza w konaniu, serce w nim zdawało się umierać.
Wiedział, że odrywa swego syna od jakichś prac innych,
niedosięgłych i niepojętych dla ziemskiego rozumu, że go przymusza
do powrotu na ten padoł, gdzie młodociane jego ciało tyle
przecierpiało, a dusza przeżyła smutek tak straszliwy. Poczytywał
te swoje modlitwy przywołujące za grzeszny egoizm, za nadużycie
świętości, prawdziwie za świętokradztwo. Lecz w ciągu owych
przelotnych chwil, tak niewymownie krótkich, jak złożenie i
rozłożenie skrzydeł motyla, czuł w sobie dawne szczęście. Śniło mu
się na jawie, że znowu są razem, że dokądś idą ramię w ramię i
radzą o swych własnych zagadnieniach, o sprawach powszechnych lub
domowych. Uczucie miłości stawało znowu w piersi pustej jak wówczas
jakiegoś w zimie dnia, gdy szli szeroką drogą podczas srogiej
zamieci i zasłaniali się nawzajem od wichru i śniegu, bijącego w
oczy, a ogrzewała ich tasama, we dwu ciałach pałająca, miłość. Gdy
było rozewrzeć oczy, - pustka znowu była i cisza. Świadomość znowu
była, opleciona zwątpieniem. I głęboka, głęboka wewnątrz rana.
RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.