Złe psy. W imię zasad - Patryk Vega

Kup ebooka

39.90 zł
33.12 zł (19,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wstęp

Kiedy w 2000 roku wsze­dłem do pa­łacu Mo­stow­skich w War­sza­wie, gdzie mie­ści się Ko­menda Sto­łeczna Po­li­cji, po­wi­tały mnie odra­pane ściany, fa­lu­jąca klepka i sta­lowe me­ble pa­mię­ta­jące czasy po­przed­niego ustroju. Przy drzwiach Wy­działu ds. Za­bójstw stała skar­bonka, do któ­rej można było wrzu­cić drobne na po­karm dla ry­bek. Je­den z ofi­ce­rów wska­zał na wiel­kie akwa­rium: "Te­raz już mamy dla kogo żyć". Wcze­śniej przez te­le­fon po­wie­dział mi, że pra­cują nad nową sprawą od sze­ściu dni. Nie bra­łem tego do­słow­nie aż do chwili, gdy w dru­gim po­koju zo­ba­czy­łem roz­ło­żone łóżka po­lowe, ple­caki z ubra­niami i pla­sti­kowe tacki po je­dze­niu. Za pracę w nie­nor­mo­wa­nym cza­sie za­ra­biali wtedy 1580 zło­tych brutto mie­sięcz­nie, a in­for­ma­cje z ekranu kom­pu­tera prze­pi­sy­wali ręcz­nie, po­nie­waż ze­psuła im się ostat­nia sprawna dru­karka. Żar­to­wali, że prze­ciętny pra­cow­nik pionu ope­ra­cyj­nego to "al­ko­ho­lik i roz­wod­nik z dwójką dzieci i psem, który nie apor­tuje". Istot­nie, sied­miu z je­de­na­stu po­li­cjan­tów w tej sek­cji było już roz­wie­dzio­nych. Jak się po­tem do­wie­dzia­łem, był to je­den z naj­bar­dziej eli­tar­nych wy­dzia­łów po­li­cji, który w 2000 roku osią­gnął osiem­dzie­siąt sie­dem pro­cent wy­kry­wal­no­ści.

Po­zna­łem wtedy kil­ku­na­stu do­sko­na­łych ofi­ce­rów ope­ra­cyj­nych, któ­rych na­zwisk nie mogę ujaw­nić, oprócz jed­nego - Sławka Opali, ksywa Le­genda. Spę­dzi­łem z nimi bli­sko dwa lata w cha­rak­te­rze osoby przy­bra­nej, to zna­czy uczest­ni­czą­cej w dzia­ła­niach po­li­cji na ści­śle okre­ślo­nych za­sa­dach. Mo­głem brać udział w prze­słu­cha­niach, roz­py­ta­niach, od­pra­wach i wszyst­kich ak­cjach po­li­cyj­nych - na wła­sne ry­zyko, czyli w ka­mi­zelce ku­lo­od­por­nej, ale bez broni. Przy­cho­dzi­łem do ko­mendy o tej sa­mej go­dzi­nie co ofi­ce­ro­wie ope­ra­cyjni, opusz­cza­łem ją ra­zem z nimi, a po­tem sze­dłem z nimi na wódkę. To, czego wtedy do­świad­czy­łem, utwier­dziło mnie w prze­ko­na­niu, że ofi­ce­ro­wie, któ­rych po­zna­łem, mają nie­wiele wspól­nego ze ste­reo­ty­pem po­li­cjanta funk­cjo­nu­ją­cym w spo­łe­czeń­stwie. Moi roz­mówcy wal­czyli nie tylko z prze­stęp­stwami - na co dzień bo­ry­kali się z nie­do­sko­na­ło­ściami ustawy o po­li­cji, sto­sami for­mu­la­rzy, bra­kiem wła­ści­wego sprzętu, z pro­ku­ra­to­rami oraz z prze­ło­żo­nymi ta­kimi jak kwa­ter­mistrz "wy­li­cza­jący ilość no­ży­czek na po­li­cjanta rocz­nie", który, "gdyby nie filmy o Ko­jaku, nie wi­działby zbója na oczy". Mimo tych trud­no­ści ofi­ce­ro­wie z Wy­działu ds. Za­bójstw po­zo­sta­wali naj­lepsi. Byli ra­so­wymi psami i roz­wią­zy­wali bli­sko dzie­więć­dzie­siąt dzie­więć pro­cent naj­cięż­szych spraw, a nikt ni­gdy nie sły­szał o ich pracy, bo ofi­cjal­nie nie ist­nieli. Sami o so­bie mó­wili, że są "ostat­nimi ży­ją­cymi ro­man­ty­kami".

In­struk­cja ope­ra­cyjna mó­wiła, że ofi­cer ope­ra­cyjny nie­ustan­nie po­ru­sza się na gra­nicy prawa. Ta gra­nica jest cienka i jej in­ter­pre­ta­cja wie­lo­krot­nie za­leży od ope­ra­cyj­niaka. Pa­mię­tam, jak po­li­cjanci z Wy­działu ds. Za­bójstw pierw­szy raz za­brali mnie na spo­tka­nie z gang­ste­rami, pod­czas któ­rego mu­sia­łem uda­wać ofi­cera ze sto­łecz­nej. Naj­bar­dziej ude­rza­jące było dla mnie to, że nie po­tra­fi­łem stwier­dzić, kto z sie­dzą­cych przy sto­liku jest z po­li­cji, a kto z ma­fii, bo jedni i dru­dzy wy­glą­dali po­dob­nie. Do­piero po­tem zro­zu­mia­łem, że mię­dzy nimi ist­nieje nie­do­strze­galna dla zwy­kłego śmier­tel­nika ba­ry­kada - gra­nica, któ­rej żadna ze stron nie prze­kra­cza, bo za nią jest czarna dziura.

Ofi­ce­ro­wie z wy­działu za­bójstw nie brali ła­pó­wek nie dla­tego, że byli po­nad­prze­cięt­nie uczciwi, lecz dla­tego, że wy­ko­ny­wali pracę, dla któ­rej po­świę­cili zdro­wie, ży­cie pry­watne i ro­dziny. Więk­szość tych po­li­cjan­tów poza pracą nie miała nic. Byli nie­prze­kupni wła­śnie dla­tego, że bali się i ją stra­cić.

Sła­wek Opala stra­cił ro­botę, gdy po pi­jaku pod­czas awan­tury wy­cią­gnął broń, która w sza­mo­ta­ni­nie wy­strze­liła, i po­cisk tra­fił w jego dziew­czynę. Ten zwią­zek był jak z grec­kiej tra­ge­dii, bo dziew­czyna po­cho­dziła z dru­giej strony ba­ry­kady - była wła­ści­cielką agen­cji to­wa­rzy­skiej. Na do­da­tek była w ciąży. Na szczę­ście nie po­ro­niła: po­cisk prze­szedł przez jej płuco. Sła­wek tra­fił na do­łek. Wy­pu­ścili go, gdy dziew­czyna ze­znała, że przy­pad­kowo sama się po­strze­liła z jego broni.

Przez kil­ka­na­ście ko­lej­nych lat po­zna­łem setki po­li­cjan­tów słu­żą­cych w bo­daj wszyst­kich wy­dzia­łach w roz­ma­itych pio­nach - kry­mi­nal­nym, pre­wen­cyj­nym i wspo­ma­ga­ją­cym - w kilku mia­stach Pol­ski. Uczest­ni­cząc w ich pracy, do­świad­czy­łem sy­tu­acji nie­do­stęp­nych dla zwy­kłych lu­dzi. Naj­więk­sze wra­że­nie zro­biły na mnie te, w któ­rych swoim dzia­ła­niem zmie­nia­łem ży­cie dru­giego czło­wieka. Tak było, gdy w Wi­gi­lię po­li­cjanci w pew­nym ko­mi­sa­ria­cie nie mieli czasu prze­słu­chi­wać czło­wieka po­dej­rza­nego o mor­der­stwo i zo­sta­wili mnie z nim sam na sam na cztery go­dziny. Ten czło­wiek przy­znał mi się wów­czas do zbrodni, cho­ciaż wcze­śniej w roz­mo­wie z pro­ku­ra­to­rem za­prze­czył wszyst­kiemu. Po­dob­nie było w wy­padku po­cho­dzą­cego z Mie­dze­szyna chło­paka, który pod­czas kłótni ro­dzin­nej w obro­nie wła­snej za­bił te­ścia. Za­miast się przy­znać i od­po­wia­dać za mor­der­stwo w afek­cie, wpadł w pa­nikę i po­rą­bał zwłoki sie­kierą, po czym wrzu­cił je do beczki i za­ko­pał w le­sie. In­tu­icyj­nie czu­łem, że to zro­bił, bo gdy­bym ja ko­goś za­mor­do­wał, tłu­ma­czył­bym się tak samo jak on. Jeź­dzi­łem za nim przez rok, krę­cąc go z ukry­tej w sa­mo­cho­dzie ka­mery. Ni­czego jed­nak nie można mu było udo­wod­nić, bo nie było zwłok. Gdy któ­re­goś dnia zo­ba­czył mnie z ka­merą, wy­stra­szył się i w nocy wy­ko­pał beczkę, po czym wy­wiózł ją kil­ka­na­ście ki­lo­me­trów da­lej i po­now­nie za­ko­pał. Na­stęp­nego dnia świeży dół od­kryli grzy­bia­rze. Mia­łem po­czu­cie, że przy­czy­ni­łem się wów­czas do tego, że ten chło­pak do­stał dwa­dzie­ścia pięć lat. Spo­tka­łem się z nim póź­niej, gdy już sie­dział w wię­zie­niu. Opo­wie­dział mi o prze­biegu mor­der­stwa i o mę­kach, które prze­ży­wał po po­peł­nie­niu zbrodni. Prze­ją­łem od niego na sali wi­dzeń gryps i za­wio­złem jego żo­nie. Tylko tyle mo­głem dla niego zro­bić.

Uczest­ni­cząc w po­li­cyj­nej ro­bo­cie, do­wie­dzia­łem się kilku rze­czy także o so­bie. Kiedy w Ra­do­miu za­li­czy­łem z kry­mi­nal­nymi strze­la­ninę na ulicy, do­sta­łem taki za­strzyk ad­re­na­liny, że gdy­bym wtedy do­padł ban­dytę, to­bym go za­bił. Pa­mię­tam śliczną dziew­czynę z kry­mi­nal­nego, która po­je­chała na ak­cję w szpil­kach. Ścią­gnęła sprawcę z par­kanu, kiedy pró­bo­wał ucie­kać. Po­dra­pała so­bie przy tym rękę, za­częła krzy­czeć: "Ty skur­wy­synu, zła­ma­łeś mi rękę!", i w emo­cjach kop­nęła le­żą­cego ban­dziora w łeb, wbi­ja­jąc mu szpilkę w czoło.

Przez całe lata nie­wiele rze­czy mnie ru­szało. Ro­bi­łem ma­te­riały z pe­do­fi­lami, w środku nocy je­cha­łem z matką za­mor­do­wa­nego dziecka na miej­sce zbrodni i krę­ci­łem wy­wiad, po któ­rym ona lą­do­wała w za­kła­dzie psy­chia­trycz­nym. My­śla­łem, że je­stem od­porny na te emo­cje. To się zmie­niło, gdy sam zo­sta­łem oj­cem. Dzi­siaj, kiedy wcho­dzę do domu, w któ­rym fa­cet ma przy­kle­jony pod łó­żecz­kiem dziecka od­bez­pie­czony pi­sto­let, a w za­baw­kach ma­lu­cha są po­ukry­wane nar­ko­tyki, to mnie to roz­wala. Oka­zuje się, że po­kój z łó­żecz­kiem i ko­lo­ro­wymi wróż­kami na ścia­nach nie jest zwy­kłym po­ko­jem, a w pie­luszce dziecka, które bab­cia za­biera do żłobka, han­dla­rze usi­łują ukryć pie­nią­dze ze sprze­daży nar­ko­ty­ków.

Są także rze­czy, na które nie po­tra­fię się przy­go­to­wać. Ta­kie jak wi­zyta u ko­biety, któ­rej mąż po­rwał dwoje dzieci i pod­pa­lił się z nimi w sa­mo­cho­dzie. Za­pro­wa­dziła mnie do po­koju, w któ­rym na­dal trzy­mała ich za­bawki, mle­czaki, zdję­cia USG, i po chwili wszy­scy pła­ka­li­śmy. Albo sprawa, w któ­rej mąż wy­na­jął dwóch mor­der­ców, by udu­sili żonę pod jego nie­obec­ność. Wcze­śniej przez kil­ka­na­ście lat znę­cał się nad nią, wsy­pu­jąc jej sól do po­chwy czy za­tru­wa­jąc pa­stę do zę­bów żrą­cym środ­kiem do czysz­cze­nia se­desu. Wszystko działo się na uro­czym osie­dlu na war­szaw­skim Ur­sy­no­wie, a ko­bieta la­tami szu­kała po­mocy w róż­nych in­sty­tu­cjach i ni­g­dzie jej nie uzy­skała.

W ciągu tych lat zmie­niła się też pol­ska po­li­cja. Czas pa­to­lo­gii z po­czątku dwu­dzie­stego pierw­szego wieku jest już za nami. Dziś po­znaję nową ge­ne­ra­cję ofi­ce­rów ope­ra­cyj­nych z krwi i ko­ści i stwier­dzam, że faj­nie zo­ba­czyć mło­dych po­li­cjan­tów, któ­rzy nie są w ża­den spo­sób obar­czeni po­przed­nim sys­te­mem. Kiedy się z nimi spo­ty­kam, pi­jemy kawę, a nie al­ko­hol, co kie­dyś by­łoby nie do po­my­śle­nia. Gdy po­je­cha­łem z nimi i z Wy­dzia­łem Re­ali­za­cyj­nym (chło­pa­ków z tego wy­działu na­zywa się "czar­nymi") wy­cią­gać z domu pro­du­centa am­fe­ta­miny, oka­zało się, że klient ma pięt­na­sto­cen­ty­me­tro­wej gru­bo­ści pan­cerne drzwi. Funk­cjo­na­riu­sze mu­sieli do nich strze­lać z moss­berga przez bli­sko dzie­sięć mi­nut. Jedna z go­rą­cych łu­sek wpa­dła mi do kap­tura i uzmy­sło­wi­łem so­bie, że już się tym nie eks­cy­tuję, bo przez lata bar­dziej od ad­re­na­liny za­częły mnie po­ru­szać za­cho­wa­nia lu­dzi i sy­tu­acje, z któ­rymi nie po­tra­fię się po­go­dzić.

Wkrótce po­tem, 27 lipca 2014 roku, do­wie­dzia­łem się, że w so­bot­nią noc Sła­wek Opala po­wie­sił się na ka­blu od ła­do­warki te­le­fonu. Ro­dzice zna­leźli go w swoim miesz­ka­niu około pierw­szej w nocy. Po­wie­sił się na drzwiach do po­koju, przy­wią­zu­jąc do klamki ka­bel, z któ­rego zro­bił pę­tlę. W nor­mal­nych oko­licz­no­ściach wska­zy­wa­łoby to na im­pul­sywne, nie­za­pla­no­wane dzia­ła­nie pod­jęte w de­pre­sji wzmoc­nio­nej al­ko­ho­lem. Ale w wy­padku Sławka mia­łem prze­świad­cze­nie, że była to śmierć z opóź­nio­nym za­pło­nem. Prawda jest taka, że Sła­wek umarł wiele lat wcze­śniej. Jego ży­cie skoń­czyło się po po­strze­le­niu dziew­czyny w ciąży, w wy­niku czego wy­rzu­cili go ze sto­łecz­nej i prze­stał być psem. Póź­niej była już tylko rów­nia po­chyła: pa­ro­dia ro­boty ope­ra­cyj­nej u Rut­kow­skiego, z któ­rej Sła­wek uciekł, po­tem próba za­bawy w pa­liwa i kilka in­nych nie­faj­nych hi­sto­rii, a w końcu nie­za­słu­żona od­siadka. Pro­ku­ra­tor za­rzu­cił Sław­kowi, że wy­naj­mu­jąc miesz­ka­nie, uży­czył go dwóm ru­skim gan­gu­som do ob­ser­wa­cji bloku ge­ne­rała Pa­pały przed jego za­bój­stwem. Kom­pletny ab­surd. Nie wiem, czy ów pro­ku­ra­tor był w tym miesz­ka­niu, ale ja w nim by­łem i wiem, że od bloku Pa­pały dzieli je pięć ki­lo­me­trów, więc nie spo­sób było pro­wa­dzić z niego ob­ser­wa­cji na­wet przez te­le­skop Hub­ble'a, nie mó­wiąc już o tym, że okna wy­cho­dziły na inną stronę świata. Pro­ku­ra­tor w końcu wy­co­fał za­rzuty od­no­śnie do Pa­pały, ale żeby wyjść z twa­rzą, pod­trzy­mał te o kon­tak­tach z ban­dy­tami i bra­niu ła­pó­wek. Jak ofi­cer ope­ra­cyjny ma wy­ko­ny­wać pracę bez kon­tak­tów z ban­dy­tami? Nie tylko są one nie­zbędne - ich liczba świad­czy wręcz o ran­dze i sku­tecz­no­ści ope­ra­cyj­niaka. Za­rzut bra­nia ła­pó­wek przez Sławka był rów­nie nie­do­rzeczny. Po pierw­sze: dla­tego że Sła­wek był cha­rak­ter­nym psem. Po dru­gie: dla­tego że przez lata nie śmier­dział gro­szem i cią­gle po­ży­czał na wódkę, więc gdzie się po­działy te pie­nią­dze z ła­pó­wek? To jed­nak pro­ku­ra­tury nie in­te­re­so­wało i Sła­wek prze­pier­dział za nie­win­ność dwa lata - na szczę­ście dla niego w po­je­dyn­czej celi, na ence, czyli w celi dla "nie­bez­piecz­nych".

Wy­da­wało się, że pu­dło go nie znisz­czyło, lecz prze­ciw­nie, że dało mu ener­gię do ży­cia i de­ter­mi­na­cję, by udo­wod­nić, że w ten spo­sób go nie zła­mią. Ale kiedy wy­szedł z pu­chy, nie mógł się od­na­leźć. Po­wie­dział mi: "Naj­gor­sze w wię­zie­niu jest to, że kiedy wy­cho­dzisz, oka­zuje się, że sto­isz w tym sa­mym miej­scu, a lu­dzie, któ­rych zna­łeś dwa lata wcze­śniej, są już w kom­plet­nie in­nym punk­cie i to jest nie do od­ro­bie­nia". Pod­czas od­sia­dy­wa­nia kary wi­dy­wał je­dy­nie kla­wi­sza, i to tylko raz dzien­nie. Po wyj­ściu na wol­ność, gdy sta­nął na przej­ściu przy Ra­ko­wiec­kiej, my­ślał, że lu­dzie go za­dep­czą.

Pierw­szy raz przy­szedł do mnie za­ro­śnięty. W ciu­chach sprzed dwu­dzie­stu lat, zna­le­zio­nych u matki, wy­glą­dał, jakby się prze­niósł w cza­sie. Kiedy jed­nak spo­tka­li­śmy się na­stęp­nym ra­zem, na pla­nie Służb spe­cjal­nych, w któ­rych za­grał, zo­ba­czy­łem daw­nego Sławka: wy­go­lo­nego złego psa, który - jak się wy­da­wało - od­żył. Znowu miał dzie­siątki po­my­słów, snuł opo­wie­ści i plany, tak jak wtedy, gdy w pa­łacu Mo­stow­skich do­stał z ich po­wodu ksywę Le­genda.

Kiedy się do­wie­dzia­łem, że po­peł­nił sa­mo­bój­stwo, wró­ci­łem my­ślami do cza­sów, gdy wy­rzu­cili go z po­li­cji. Przy­po­mnia­łem so­bie, jak pi­li­śmy w ba­rze Pod Rurą i jak pod­czas awan­tury z pi­ja­nymi po­li­cjan­tami z CBŚ Sła­wek za­su­wał po knaj­pie, ma­cha­jąc ławką jak Ju­rand ze Spy­chowa. Po­tem przy wódce za­py­ta­łem go o plany i ma­rze­nia. Sła­wek wy­jął wtedy z port­fela po­cisk i po­wie­dział, że bę­dzie go no­sił, bo jest far­towny. Za­py­ta­łem dla­czego. "Bo nie od­pa­lił, kiedy pró­bo­wa­łem strze­lić so­bie w łeb". Po czym do­dał: "Ja­kie ja mogę mieć ma­rze­nia?". W tam­tej chwili my­śla­łem, że ściem­nia i opo­wiada to jako ko­lejną nie­złą hi­sto­rię - jak to on, Sła­wek Le­genda, miał w zwy­czaju. Ale dziś my­ślę, że Sła­wek umarł po tym, jak stra­cił ko­bietę, którą ko­chał, i nie po­zwo­lono mu dłu­żej być psem. Tylko że jego śmierć roz­cią­gnęła się w cza­sie.

By­łoby źle, gdyby pa­mięć o nim i ope­ra­cyj­nia­kach z tam­tego okresu po­szła w za­po­mnie­nie. Dla­tego po­zwól, Czy­tel­niku, że usunę się w cień i od­dam głos Sław­kowi i ofi­ce­rom, któ­rzy stali się cho­dzą­cym kosz­ma­rem ban­dzio­rów. Po­li­cjan­tom, któ­rzy zro­bili "ka­wał do­brej, ni­komu nie­po­trzeb­nej ro­boty". Bo­ha­te­rom bez twa­rzy. Złym psom. Niech Cię za­biorą w po­dróż, która odda du­cha tam­tych cza­sów i bę­dzie świa­dec­twem ich za­je­bi­stej ro­boty.

Pa­tryk Vega

Pod cięż­kimi sierp­nio­wymi chmu­rami 2014 roku

War­szawa

Ślu­buję pil­nie prze­strze­gać prawa

Pa­tryk Vega: Masz ja­kieś gra­nice, gdy do­jeż­dżasz zbója?

Aspi­rant szta­bowy Hen­ryk Zych, Wy­dział ds. Od­zy­ski­wa­nia Mie­nia: Tak, ale nie­któ­rzy po­li­cjanci nie mają. Po­zna­łem w ro­bo­cie na Pra­dze jed­nego mi­sia, który w ciągu roku od­je­bał trzy osoby. Ra­zem że­śmy so­bie urzą­dzali po­lo­wa­nia na zło­dziei. Wiesz, na trzy sa­mo­chody. Jak był ja­kiś cynk, że gdzieś coś je­bią, ja­kiś sklep rą­bią, to ata­ko­wa­li­śmy zło­dziei z trzech stron. A za­wsze coś się zła­pało. Nie było nocy, że­byś ko­goś nie przy­pa­lił. Po­tem po są­dach się tyle za­pier­da­lało, że w wol­nym cza­sie to czło­wiek tylko za świadka ro­bił. Tego mi­sia, z któ­rym jeź­dzi­łem na po­lo­wa­nia, na­zy­wa­łem Kró­lik, bo miał ta­kie śmieszne zęby, w oku­lar­kach cho­dził, ale jed­no­cze­śnie był do­brze do­je­bany, bo tre­no­wał. No i ten Kró­lik lu­bił so­bie ko­goś pier­dol­nąć, o ma­skę roz­kwa­sić ryj i tak da­lej. I uwiel­biał strze­lać. Jak na strzel­nicy do tar­czy strze­lał, to bum, bum, bum, na­pier­da­lał wszę­dzie, tylko nie w tar­czę. Ale w ro­bo­cie to trzech lu­dzi w ciągu roku za­ła­twił. Pierw­szy raz, jak z nim jeź­dzi­łem, to pier­dol­nął go­ścia, który spie­przał spod kio­sku. Zło­dzieje wy­je­bali szybę, po­wy­cią­gali przez kraty pa­pie­ro­sów, no i po­szli w bloki. Jak Kró­lik tam wle­ciał, to nie mógł jed­nego zło­dzieja do­go­nić, więc wy­jął gi­werę, strze­lił raz i tyle. Tra­fił go­ścia cen­tral­nie w serce i klient padł w pizdu. O rany, co tu ro­bić, no tro­chę chu­jowo. Kró­lik mówi, że po­wie, że to było w sa­mo­obro­nie. Ale w ja­kiej sa­mo­obro­nie? No to wy­ją­łem łom z ba­gaż­nika i jeb. Tak przy­je­ba­łem Kró­li­kowi, że na ra­mie­niu zro­bi­łem mu aż ta­kiego ob­wa­rzana. Po­tem prze­słu­cha­łem się jako świa­dek, oczy­wi­ście, że tam­ten zło­dziej niby przy­ata­ko­wał Kró­lika ło­mem, ale ja­koś tak się dziw­nie po­tem od­krę­cił, że kiedy Kró­lik strze­lił, to gość do­stał w plecy aku­rat. A ja­kim cu­dem tak upadł, to już nie wiem. No i na­sza wer­sja prze­szła.

A dwóch na­stęp­nych jak Kró­lik za­strze­lił?

Na­stępny nu­mer wy­wa­lił, gdy ja­kaś ekipa so­bie Gro­chow­ską szła z me­czu. Kró­lik je­chał so­bie po­woli nie­ozna­ko­wa­nym ra­dio­wo­zi­kiem. No i tamci się za­częli awan­tu­ro­wać i za­częli Kró­li­kowi na dach wy­pier­da­lać ten ra­dio­wóz. A jak huś­tali tym ra­dio­wo­zem, żeby go wy­wa­lić, to Kró­lik już tam so­bie z gi­werką go­towy sie­dział, ale na ra­zie tylko sie­dział. Do­sta­li­śmy halo, że jest na­pad na nie­ozna­ko­wany ra­dio­wóz, i za mo­ment się zje­cha­li­śmy, bo to nie­duża dziel­nica. Chu­li­gani zo­ba­czyli ozna­ko­wane ra­dio­wozy na gwizd­kach i za­częli spier­da­lać. Wtedy Kró­lik wy­sko­czył, wrza­snął: "A wy, kurwy!", i bach, bach, bach, bach, bach, bach, bach. Wy­pier­do­lił cały ma­ga­zy­nek. Szczę­śli­wie tylko je­den w dupę do­stał, jak spier­da­lał. Ale ry­ko­sze­tem wla­zło mu w dupę, po­tem po mied­nicy w be­be­chy po­szło i da­lej już tak ja­koś mniej szczę­śli­wie. I gdzieś na klatce bi­dulka ja­kiś są­siad zna­lazł. Był nie­przy­tomny, bo już dużo farby mu uszło. No i jak go wzięli do szpi­tala i tam za­częli mu w tej du­pie grze­bać, to za­nim go prze­świe­tlili, gość pier­dol­nął w ka­len­darz. No i znowu trzeba było kła­mać, więc Kró­lik pi­sto­le­tem ko­legi ra­dio­wóz prze­strze­lił, że mu niby ten chu­li­gan broń usi­ło­wał ode­brać, a Kró­lik mu­siał re­ago­wać, oczy­wi­ście. No ja­koś trzeba so­bie ra­dzić, wcze­śniej go zło­dziej ło­mem pier­dol­nął, a te­raz inny ło­buz ko­le­dze broń wy­cią­gał. Kró­lik ze­znał, że chu­li­gan wy­rwał po­li­cjan­towi pi­sto­let i w sza­mo­ta­ni­nie wy­strze­lił w ra­dio­wóz. W tej sy­tu­acji Kró­lik ostrze­gaw­czo strze­lił w zie­mię i ry­ko­sze­tem ja­koś bi­dulka tra­fiło w dupę. No i sprawa za­ła­twiona.

Trzeci po­strze­lony?

Trze­ciego to Kró­lik na Wale Mie­dze­szyń­skim kon­wo­jo­wał. Z ko­mi­sa­riatu wiózł ja­kie­goś chuja po­szu­ki­wa­nego, gdzieś w Fa­le­nicy do­rwali zło­dzieja ra­dy­jek sa­mo­cho­do­wych, no i był kon­wój. Fa­cet był skuty z tyłu, ale tak go kon­wo­jo­wali, że za­trzy­many, za­miast sie­dzieć w środku mię­dzy po­li­cjan­tami, sie­dział z tyłu sam przy drzwiach, a Kró­lik z ko­legą byli z przodu. Sta­nęli, bo ko­rek był. Za­trzy­many po­pa­trzył w lewo - Wi­sła, w prawo - pole, no to wziął za klamkę drzwi i z kaj­da­nami z tyłu za­czął spier­da­lać. Kró­lik wy­sko­czył za nim, ale to szyb­ko­bie­gacz był. Bie­gli tak z pół ki­lo­me­tra, aż w końcu Kró­lik się wkur­wił, raz po­cią­gnął z gi­wery i znowu pro­sto w serce. Gość w kaj­dan­kach, skuty, ja­kiś drobny zło­dziej sa­mo­cho­dowy i za ja­kieś ra­dyjko zo­stał od­je­bany. Choć w su­mie tym ra­zem to było tro­chę z jego winy.

Jak się Kró­lik z tego tłu­ma­czył?

Nie wiem, ale po tym go prze­nie­śli. Sprawę w każ­dym ra­zie upier­do­lili, wredny prze­stępca w kon­woju uciekł, chuj z nim, co tam. Tacy byli pro­ku­ra­to­rzy, wódkę ra­zem z nami pili, to mieli wszystko w du­pie i uma­rzali ta­kie sprawy. A ostatni nu­mer Kró­lika, za który go już wy­pier­do­lili, był w Ko­lo­rado, ta­kiej knaj­pie na Wia­tracz­nej, Tu­rek ją pro­wa­dził. No i tam tych Tur­ków się kilku ze­brało. A Kró­lik sie­dział oczy­wi­ście z pi­sto­le­ci­kiem, bo on ni­gdy nie od­pusz­czał, z tym pi­sto­le­tem to spał chyba. Jak Turki do niego pod­sko­czyły, to zro­bił bach, bach, bach, bach. Tro­chę nóg im po­prze­strze­lał, dwóch po­waż­nie ra­nił, a że na­je­bany był ostro, to spier­do­lił. Do domu po­je­chał i wpadł na po­mysł, że w od­ku­rzacz wpier­doli tę gi­werę, żeby za­ku­rzyć lufę i twier­dzić, że od dawna nie była uży­wana, bo jest taka za­ku­rzona.

To też prze­szło?

Nie, to już był za duży prze­kręt. Wzięli Kró­lika na al­ko­mat, tamto, sramto i wy­pier­do­lili go z ro­boty. Po­tem wi­dzia­łem go w są­dzie dwa razy, na tak­sówce skoń­czył jako przy­pa­dek mi­sia, co się do­stał do po­li­cji na parę la­tek, tro­chę so­bie po­strze­lał i zo­stał wy­je­bany, bo się nie nada­wał. I dzięki Bogu, bo ina­czej by­łaby se­ria za­bi­tych.

Nie żal wam tych prze­stęp­ców?

Ko­mi­sarz Ar­tur Paw­luk, Wy­dział do Walki z Prze­stęp­czo­ścią Nar­ko­ty­kową: Z upły­wem lat sami cię z tego le­czą. Weź taką sy­tu­ację: Ka­mila, moja trzy­let­nia córka, zła­pała ro­ta­wi­rusa. Przez trzy dni miała na zmianę bie­gunkę i wy­mio­to­wała. Dla dziecka to jest bar­dzo nie­bez­pieczne, bo szybko może się od­wod­nić. We­zwa­li­śmy le­karkę, dała leki, nie­wiele to po­mo­gło, mała miała tak wy­soką go­rączkę, że tra­ciła przy­tom­ność. Zła­pa­łem szybko klu­czyki od sa­mo­chodu, nie po­my­śla­łem na­wet o tym, czy mam te­le­fon, i mó­wię:

- Da­waj, je­dziemy!

Prze­jeż­dża­li­śmy przez taką drogę do­jaz­dową, przy któ­rej naj­pierw stoją domki jed­no­ro­dzinne, a póź­niej za­czyna się las, któ­rym do­jeż­dża się do szpi­tala. Jak wje­cha­li­śmy w tę dróżkę, stała tam grupa kil­ku­na­stu mło­dych lesz­czy w wieku mię­dzy osiem­na­ście a dwa­dzie­ścia parę lat. Ta­kie bu­jańce, je­den z bu­telką w ręku, drugi z puszką, dwóch mię­dzy sobą piłkę ko­pało. Chcia­łem prze­je­chać, ale nie mo­głem, bo zaj­mo­wali całą ulicę. Za­trzy­ma­łem się i cze­kam. Je­den się od­wró­cił do dru­giego tak, że zro­biła się luka, więc wje­cha­łem mię­dzy nich, żeby prze­je­chać. W tym mo­men­cie - jeb! Huk! Ude­rze­nie w sa­mo­chód. My­śla­łem, że któ­ryś mi z kopa za­je­bał. Od­ru­chowo zje­cha­łem na po­bo­cze i wy­sze­dłem zo­ba­czyć, co się dzieje. No i ten, co tak ko­za­czył, mówi do mnie:

- Szu­kasz guza?

Wkur­wi­łem się i po­my­śla­łem, że jak wy­sko­czę ze szmaty, to chło­pak odej­dzie w swoją stronę. Wy­ją­łem le­gi­ty­ma­cję i mó­wię:

- Te­raz, kurwa, ko­zak je­steś?

Zo­ba­czył szmatę, ale wcale się tym nie prze­jął.

Reszta za­częła się zbie­rać i py­tać:

- Co jest?

- Ty, pies je­bany za­czyna pod­ska­ki­wać!

No i za­częli do mnie ska­kać. Zro­biło się nie­bez­piecz­nie, więc wy­ją­łem klamkę i mó­wię:

- Cof­nąć się, kurwa!

A oni wręcz prze­ciw­nie:

- No strze­laj, pe­dale! W dupę se wsadź tę klamkę!

I tak co­fa­łem się przed nimi, a oni za­częli się pod­krę­cać i wo­łać:

- Weź mu to wy­rwij!

Za­czą­łem na­pier­da­lać w po­wie­trze. Chcia­łem wsiąść do sa­mo­chodu, ale wie­dzia­łem, że nie dał­bym rady - byli na tyle bli­sko, że gdy­bym od­wró­cił się ple­cami i do­stał w łeb, by­łoby po mnie. Tak prze­spa­ce­ro­wa­łem się z nimi około stu me­trów. W pew­nym mo­men­cie za­cięła mi się klamka. Prze­ła­do­wa­łem dwa razy i wy­pa­dła łu­ska oraz pełny na­bój. Je­den cwa­nia­czek pod­niósł na­bój i po­wie­dział, że śle­pa­kami strze­lam. Ru­szyli do mnie, a ja za­czą­łem strze­lać w nogi tych, któ­rzy byli naj­bli­żej. Na trzy strzały tra­fi­łem dwóch. Pierw­szy znik­nął. Wi­dzia­łem tylko, że mu spodnie za­fur­ko­tały jak flaga na wie­trze. Nie wie­dzia­łem, czy go tra­fi­łem czy nie. Nie wi­dzia­łem krwi. On się od razu scho­wał. Po­my­śla­łem, że do­stał po por­t­kach, zo­ba­czył, że kula mu ma­te­riał roz­szar­pała, i się ze­srał. Część osób sta­nęła i już się nie zbli­żała, a ten je­den ata­ko­wał cały czas. Za chwilę je­den po pra­wej prze­wró­cił się do rowu i za­czął krzy­czeć:

- Ty, kurwo, strze­li­łeś mi w nogę!

Wi­dzia­łem, że ma za­krwa­wiony but. Tra­fi­łem go w stopę. Zro­bił ze trzy kroki, ale da­lej krzy­czał, że go boli. A ja do tego naj­bar­dziej cwa­niacz­ko­wa­tego:

- Od­suń się, kurwa, daj mi po­dejść i udzie­lić mu po­mocy, bo się wy­krwawi.

W tym mo­men­cie moja żona Baśka prze­sia­dła się i pod­je­chała sa­mo­cho­dem.

Póź­niej po­wie­działa mi, że kiedy ja się z nimi co­fa­łem, to część chło­pa­ków do­le­ciała do niej do sa­mo­chodu. Ona wy­sko­czyła, jed­nego z nich zła­pała za szmaty i krzy­czała:

- Kurwa, jadę z cho­rym dziec­kiem do szpi­tala, puść­cie nas!

Jak usły­szała, że strze­lam w po­wie­trze, to im mó­wiła:

- Lu­dzie, co wy ro­bi­cie? To jest, kurwa, po­li­cjant! On was po­za­bija! Na­pa­dli­ście na po­li­cjanta!

Ale do nich to nie do­cie­rało. Moja druga córka, jak zo­ba­czyła, co się dzieje, po­za­my­kała wszyst­kie drzwi, wy­jęła klu­czyki ze sta­cyjki i rzu­ciła pod sie­dze­nie. Była na­uczona, że gdyby coś się działo, to żeby dzie­ciaka po­rwali z sa­mo­cho­dem - ma scho­wać klu­czyki i po­za­my­kać się od środka.

Żona była na ze­wnątrz?

Tak, a Ka­mila le­żała nie­przy­tomna w fo­te­liku. Jak Baśka z nimi dys­ku­to­wała i za­częli do niej ska­kać, też się wy­co­fała do sa­mo­chodu. Po­za­my­kały wszyst­kie drzwi, ale oni za­częli bu­jać sa­mo­cho­dem. Chcieli go prze­wró­cić. Ona się wy­stra­szyła, od­pa­liła go i ru­szyła do przodu. Tak na­prawdę li­czy­łem od sa­mego po­czątku, że wpad­nie na po­mysł, żeby tym sa­mo­cho­dem pod­je­chać. Wsko­czy­łem do środka i od­je­cha­li­śmy do szpi­tala. Naj­pierw po­wia­do­mi­łem cie­cia na bramce, żeby dzwo­nił na po­li­cję i na po­go­to­wie. On mówi:

- Ale to pan jest z po­li­cji.

- No do­brze, je­stem z po­li­cji, ale tam są po­strze­leni lu­dzie. Wzy­waj, kurwa, po­siłki!

- A to pan so­bie za­dzwoni z re­cep­cji!

- Idź ty w chuj, kurwa!

Po­je­cha­łem do re­cep­cji szpi­tala i mó­wię do pie­lę­gniarki:

- Pro­szę dać mi te­le­fon, je­stem z po­li­cji, po­strze­li­łem jedną osobę, tam na ulicy jest ranny, pro­szę na­tych­miast wy­słać ka­retkę!

- Ale o co cho­dzi?

- Niech mi pani da te­le­fon, je­stem z po­li­cji, ro­zu­mie pani? Niech pani wy­śle ka­retkę! Leży tam ranna osoba po­strze­lona przeze mnie!

- Ale...

Fa­cet, który stał w ko­lejce z dziec­kiem, dał mi ko­mórkę i mówi:

-Pro­szę bar­dzo, niech pan dzwoni.

Z jego ko­mórki za­dzwo­ni­łem na po­li­cję, a do tej baby mó­wię:

- Cipo, kurwa, wy­ślij ka­retkę! Ranny czło­wiek leży na ulicy, ro­zu­miesz?

Po­wia­do­mi­łem po­li­cję, że zo­sta­li­śmy za­ata­ko­wani, że mu­sia­łem użyć broni i że po­strze­li­łem czło­wieka. Roz­ma­wiam z po­li­cją, pa­trzę, a tu pod­jeż­dża pry­watny sa­mo­chód, wy­siada trzech go­ści, je­den wyj­muje klamkę, prze­ła­do­wuje. A jak prze­py­cha­łem się z tymi gno­jami, to oni mnie stra­szyli, że przy­jadą po­siłki, więc zro­zu­mia­łem, że przy­je­chały po mnie ja­kieś zbóje.

Sa­mo­chód był na no­wo­dwor­skich nu­me­rach. Po­wie­dzia­łem szybko dy­żur­nemu:

- Bę­dzie strze­la­nina w szpi­talu! Ban­dyci po mnie przy­je­chali! - za­wo­ła­łem.

Od­da­łem fa­ce­towi te­le­fon, do lu­dzi krzyk­ną­łem tylko:

- Na zie­mię, kurwa! Bę­dzie strze­la­nina!

Lu­dzie w po­cze­kalni po­cho­wali się po ką­tach. Baśkę z dzie­cia­kami we­pchną­łem do po­koju le­kar­skiego, a sam po­le­cia­łem w głąb szpi­tala, żeby ich od­cią­gnąć.

Pierw­szy po­kój - drzwi za­mknięte, drugi po­kój - pu­sty. Stał tam tylko sto­lik i było okno, przez które wi­dzia­łem, co dzieje się na ulicy. Po­sta­wi­łem sto­lik w rogu pod ścianą, wla­złem na niego, bo so­bie wy­my­śli­łem, że jak go­ście będą wcho­dzić, to będą strze­lać na wy­so­kość wzroku. Jak będę stał wy­soko, to mnie naj­wy­żej tra­fią w nogę, a z dziu­rawą nogą mogę się bro­nić. Zmie­ni­łem tylko ma­ga­zy­nek na pełny i cze­ka­łem. Było: "Zdro­waś Ma­ryjo, ła­skiś pełna...".

Cze­ka­łem, aż wejdą. Mia­łem po­sta­no­wie­nie: jak tylko zo­ba­czę, że czyjś łeb po­ja­wia się w drzwiach, nie ob­cho­dzi mnie kto to, krzy­czę: "Po­li­cja!", i od razu walę w łeb. Cen­tral­nie w cza­chę. Wi­dzę, jak przez okno zjeż­dżają się ra­dio­wozy. Cze­kam i sły­szę krzyki na ko­ry­ta­rzu:

- Gdzie jest ten fa­cet od sza­rego pas­sata!?

A pie­lę­gniarka:

- Ja panu nic nie po­wiem! Ja za­raz wzy­wam dy­rek­tora!

Pa­trzę, jak zjeż­dżają się za­łogi na sy­gna­łach. My­ślę: je­stem ura­to­wany. Ale boję się, że po­li­cja bę­dzie się na­pier­da­lała z ban­dy­tami. Mar­twię się o lu­dzi w po­cze­kalni. Za­raz wpadną po­li­cjanci, ale tamci też mają broń, więc jak za­czną strze­lać, to żeby ni­komu nic się nie stało. Oby Basi i dzie­cia­kom nic nie było. Ale ci­sza. Mi­jają ko­lejne se­kundy i da­lej ci­sza. Kurwa, jak to moż­liwe?

Zla­złem ze sto­lika, wy­chy­lam się na ko­ry­tarz, pa­trzę, a ci go­ście stoją. Za chwilę ja­kiś po­li­cjant w mun­du­rze koło nich prze­cho­dzi. Ja mó­wię:

- Dla­czego za­łogi nie wcho­dzą?

Je­den z tych zbó­jów się od­wraca, pa­trzę, a jemu z kie­szeni erics­son wy­staje. Kurwa, to nie ban­dyci, tylko po­li­cjanci z kry­mi­nal­nego! Przy­je­chali so­bie pry­wat­nym sa­mo­cho­dem. Wy­sze­dłem na ko­ry­tarz, idę, ale na wszelki wy­pa­dek z ubez­pie­cze­niem - klamka w ręce. Le­gi­ty­ma­cję wzią­łem w drugą rękę i tak z da­leka:

- Prze­pra­szam, pa­no­wie są z po­li­cji?

Je­den się od­wraca i pyta:

- A pan jest z po­li­cji?

- Tak.

Po­ka­zuję le­gi­ty­ma­cję. W tym mo­men­cie drugi z chło­pa­ków się od­wraca i mówi:

- Ar­tur, to ty? - Oka­zało się, że jed­nego chło­paka z No­wego Dworu aku­rat zna­łem. - Kurwa, co się stało?

Jak mi ze­szło ci­śnie­nie, to to­tal­nie za­schło mi w ustach. Czu­łem, jakby ktoś wje­bał mi su­szarkę w gębę i w se­kundę wy­su­szył całą ślinę. Nie mo­głem wy­po­wie­dzieć słowa. My­ślę, że to kwe­stia stra­chu. Mia­łem kilo w por­t­kach. By­łem przy­go­to­wany, że to walka na śmierć i ży­cie. Prze­ko­nany, że to ban­dyci. Nie wie­dzia­łem, czy wyjdę w ogóle cały z tej walki.

Oka­zało się, że po­strze­li­łem dwóch go­ści. Przy­wio­zła ich ka­retka. Przy­je­chał pro­ku­ra­tor. Ten, który do­stał pierw­szy, miał naj­po­waż­niej­sze ob­ra­że­nia. Po­cisk tra­fił w ko­lano, od­bił się od ko­ści ko­la­no­wej, wszedł w pa­chwinę i wy­szedł po­ślad­kiem. Po­dobno cen­ty­metr od fu­jary. Tak że jesz­cze tro­chę i bym mu nie­chcący fiuta od­strze­lił. Le­żał w sali obok i się darł:

- A to, kurwa, szma­ciarz, pies za­je­bany! Za­je­bię kurwę!

Więc, je­śli py­tasz, czy mia­łem dla niego li­tość, to nie. A kiedy póź­niej na kon­fron­ta­cji spo­tka­łem się z tym gno­jem, uśmiech­ną­łem się tylko, na­chy­li­łem do jego ucha i za­py­ta­łem:

- Jak nóżka?

- Do we­sela się za­goi - od­burk­nął.

- Jak się za­goi, to pro­szę zgło­sić się po­now­nie.

A pani pro­ku­ra­tor:

- No wie pan?

Jest coś ta­kiego jak ko­deks mię­dzy po­li­cją a prze­stęp­cami?

Pod­ko­mi­sarz Pa­weł Ko­sela, Wy­dział Kry­mi­nalny: Mło­dzi ban­dyci znisz­czyli dawny ko­deks prze­stęp­czy. Gów­nia­rze wy­cho­wani na fil­mach i ste­ry­dach grają bez za­sad. Nie li­czą się na­wet z wła­snymi ko­le­gami i czę­sto wza­jem­nie na sie­bie na­kła­dają kary.

Aspi­rant Ja­cek Bo­bruk, Wy­dział do Walki z Prze­stęp­czo­ścią Sa­mo­cho­dową: Znam łbów, któ­rzy się nie na­dają do re­so­cja­li­za­cji. Mają swoje ży­cie jak każdy z nas, tylko że ich ży­cie to­czy się ina­czej od chwili, gdy skoń­czyli je­de­na­ście lat. Jak mają dwa­na­ście lat, kradną. Jak mają trzy­na­ście, nic już ich nie zmieni. Mo­żesz so­bie od­pu­ścić.

Pod­ko­mi­sarz Piotr Pod­wał­ski, Wy­dział do Walki z Prze­stęp­czo­ścią prze­ciwko Ży­ciu i Zdro­wiu: Im młod­szy ban­dyta, tym bar­dziej bez­względny. Za­trzy­my­wa­li­śmy czter­na­sto­let­niego gwał­ci­ciela. Na im­pre­zie po­ciął so­bie ręce no­żem i ro­bił z na­ćpa­nymi ró­wie­śni­kami bra­ter­stwo krwi. Kiedy za­pu­ka­li­śmy, po­le­ciały na nas bu­telki, noże i krze­sła - re­gu­larna bi­twa. Gów­nia­rze pró­bo­wali wcią­gnąć do środka jed­nego z nas. Gdy to się nie udało, za­ba­ry­ka­do­wali się. We­zwa­łem drugą za­łogę i wy­wa­li­li­śmy drzwi. Gów­nia­rze po­wła­zili, gdzie tylko się dało. Nasz czter­na­sto­letni gwał­ci­ciel cze­kał na mnie z no­żem ku­chen­nym ukryty w lo­dówce.

Aspi­rant szta­bowy Bog­dan Knaź, Wy­dział ds. Za­bójstw: By­cie prze­stępcą jest dziś w Pol­sce modne. Za­bójca z Kre­dyt Banku w trak­cie wi­zji lo­kal­nej za­cho­wy­wał się jak bo­ha­ter we­sternu. Bie­gał pod­nie­cony po banku i chwa­lił się, gdzie strze­lał do ka­sje­rek i ile razy.

Ko­mi­sarz Sła­wo­mir Opala, Wy­dział ds. Za­bójstw: Dzi­siaj my­ślę, że jesz­cze za­leży, co taki gość w ży­ciu ro­bił. Je­śli za­bi­jał, to py­ta­nie: kogo i za jaką kasę? Jak za­bi­jał nie­win­nych lu­dzi, to jest ban­dyta, jak za­bi­jał ban­dy­tów, to jest eli­mi­na­tor, czyli wy­ko­nuje za­wód za kon­kretny sos. Je­żeli strzela do gang­sterka za trzy­dzie­ści ty­sięcy pa­piera, to jest w po­rządku. Ale je­żeli przy oka­zji po­strzeli jego dzie­wu­chę w ciąży, to jest nie w po­rządku, bo jest ama­tor.