Ślubuję pilnie przestrzegać prawa
Patryk Vega: Masz jakieś granice, gdy dojeżdżasz zbója?
Aspirant sztabowy Henryk Zych, Wydział ds. Odzyskiwania Mienia: Tak, ale niektórzy policjanci nie mają. Poznałem w robocie na Pradze jednego misia, który w ciągu roku odjebał trzy osoby. Razem żeśmy sobie urządzali polowania na złodziei. Wiesz, na trzy samochody. Jak był jakiś cynk, że gdzieś coś jebią, jakiś sklep rąbią, to atakowaliśmy złodziei z trzech stron. A zawsze coś się złapało. Nie było nocy, żebyś kogoś nie przypalił. Potem po sądach się tyle zapierdalało, że w wolnym czasie to człowiek tylko za świadka robił. Tego misia, z którym jeździłem na polowania, nazywałem Królik, bo miał takie śmieszne zęby, w okularkach chodził, ale jednocześnie był dobrze dojebany, bo trenował. No i ten Królik lubił sobie kogoś pierdolnąć, o maskę rozkwasić ryj i tak dalej. I uwielbiał strzelać. Jak na strzelnicy do tarczy strzelał, to bum, bum, bum, napierdalał wszędzie, tylko nie w tarczę. Ale w robocie to trzech ludzi w ciągu roku załatwił. Pierwszy raz, jak z nim jeździłem, to pierdolnął gościa, który spieprzał spod kiosku. Złodzieje wyjebali szybę, powyciągali przez kraty papierosów, no i poszli w bloki. Jak Królik tam wleciał, to nie mógł jednego złodzieja dogonić, więc wyjął giwerę, strzelił raz i tyle. Trafił gościa centralnie w serce i klient padł w pizdu. O rany, co tu robić, no trochę chujowo. Królik mówi, że powie, że to było w samoobronie. Ale w jakiej samoobronie? No to wyjąłem łom z bagażnika i jeb. Tak przyjebałem Królikowi, że na ramieniu zrobiłem mu aż takiego obwarzana. Potem przesłuchałem się jako świadek, oczywiście, że tamten złodziej niby przyatakował Królika łomem, ale jakoś tak się dziwnie potem odkręcił, że kiedy Królik strzelił, to gość dostał w plecy akurat. A jakim cudem tak upadł, to już nie wiem. No i nasza wersja przeszła.
A dwóch następnych jak Królik zastrzelił?
Następny numer wywalił, gdy jakaś ekipa sobie Grochowską szła z meczu. Królik jechał sobie powoli nieoznakowanym radiowozikiem. No i tamci się zaczęli awanturować i zaczęli Królikowi na dach wypierdalać ten radiowóz. A jak huśtali tym radiowozem, żeby go wywalić, to Królik już tam sobie z giwerką gotowy siedział, ale na razie tylko siedział. Dostaliśmy halo, że jest napad na nieoznakowany radiowóz, i za moment się zjechaliśmy, bo to nieduża dzielnica. Chuligani zobaczyli oznakowane radiowozy na gwizdkach i zaczęli spierdalać. Wtedy Królik wyskoczył, wrzasnął: "A wy, kurwy!", i bach, bach, bach, bach, bach, bach, bach. Wypierdolił cały magazynek. Szczęśliwie tylko jeden w dupę dostał, jak spierdalał. Ale rykoszetem wlazło mu w dupę, potem po miednicy w bebechy poszło i dalej już tak jakoś mniej szczęśliwie. I gdzieś na klatce bidulka jakiś sąsiad znalazł. Był nieprzytomny, bo już dużo farby mu uszło. No i jak go wzięli do szpitala i tam zaczęli mu w tej dupie grzebać, to zanim go prześwietlili, gość pierdolnął w kalendarz. No i znowu trzeba było kłamać, więc Królik pistoletem kolegi radiowóz przestrzelił, że mu niby ten chuligan broń usiłował odebrać, a Królik musiał reagować, oczywiście. No jakoś trzeba sobie radzić, wcześniej go złodziej łomem pierdolnął, a teraz inny łobuz koledze broń wyciągał. Królik zeznał, że chuligan wyrwał policjantowi pistolet i w szamotaninie wystrzelił w radiowóz. W tej sytuacji Królik ostrzegawczo strzelił w ziemię i rykoszetem jakoś bidulka trafiło w dupę. No i sprawa załatwiona.
Trzeci postrzelony?
Trzeciego to Królik na Wale Miedzeszyńskim konwojował. Z komisariatu wiózł jakiegoś chuja poszukiwanego, gdzieś w Falenicy dorwali złodzieja radyjek samochodowych, no i był konwój. Facet był skuty z tyłu, ale tak go konwojowali, że zatrzymany, zamiast siedzieć w środku między policjantami, siedział z tyłu sam przy drzwiach, a Królik z kolegą byli z przodu. Stanęli, bo korek był. Zatrzymany popatrzył w lewo - Wisła, w prawo - pole, no to wziął za klamkę drzwi i z kajdanami z tyłu zaczął spierdalać. Królik wyskoczył za nim, ale to szybkobiegacz był. Biegli tak z pół kilometra, aż w końcu Królik się wkurwił, raz pociągnął z giwery i znowu prosto w serce. Gość w kajdankach, skuty, jakiś drobny złodziej samochodowy i za jakieś radyjko został odjebany. Choć w sumie tym razem to było trochę z jego winy.
Jak się Królik z tego tłumaczył?
Nie wiem, ale po tym go przenieśli. Sprawę w każdym razie upierdolili, wredny przestępca w konwoju uciekł, chuj z nim, co tam. Tacy byli prokuratorzy, wódkę razem z nami pili, to mieli wszystko w dupie i umarzali takie sprawy. A ostatni numer Królika, za który go już wypierdolili, był w Kolorado, takiej knajpie na Wiatracznej, Turek ją prowadził. No i tam tych Turków się kilku zebrało. A Królik siedział oczywiście z pistolecikiem, bo on nigdy nie odpuszczał, z tym pistoletem to spał chyba. Jak Turki do niego podskoczyły, to zrobił bach, bach, bach, bach. Trochę nóg im poprzestrzelał, dwóch poważnie ranił, a że najebany był ostro, to spierdolił. Do domu pojechał i wpadł na pomysł, że w odkurzacz wpierdoli tę giwerę, żeby zakurzyć lufę i twierdzić, że od dawna nie była używana, bo jest taka zakurzona.
To też przeszło?
Nie, to już był za duży przekręt. Wzięli Królika na alkomat, tamto, sramto i wypierdolili go z roboty. Potem widziałem go w sądzie dwa razy, na taksówce skończył jako przypadek misia, co się dostał do policji na parę latek, trochę sobie postrzelał i został wyjebany, bo się nie nadawał. I dzięki Bogu, bo inaczej byłaby seria zabitych.
Nie żal wam tych przestępców?
Komisarz Artur Pawluk, Wydział do Walki z Przestępczością Narkotykową: Z upływem lat sami cię z tego leczą. Weź taką sytuację: Kamila, moja trzyletnia córka, złapała rotawirusa. Przez trzy dni miała na zmianę biegunkę i wymiotowała. Dla dziecka to jest bardzo niebezpieczne, bo szybko może się odwodnić. Wezwaliśmy lekarkę, dała leki, niewiele to pomogło, mała miała tak wysoką gorączkę, że traciła przytomność. Złapałem szybko kluczyki od samochodu, nie pomyślałem nawet o tym, czy mam telefon, i mówię:
- Dawaj, jedziemy!
Przejeżdżaliśmy przez taką drogę dojazdową, przy której najpierw stoją domki jednorodzinne, a później zaczyna się las, którym dojeżdża się do szpitala. Jak wjechaliśmy w tę dróżkę, stała tam grupa kilkunastu młodych leszczy w wieku między osiemnaście a dwadzieścia parę lat. Takie bujańce, jeden z butelką w ręku, drugi z puszką, dwóch między sobą piłkę kopało. Chciałem przejechać, ale nie mogłem, bo zajmowali całą ulicę. Zatrzymałem się i czekam. Jeden się odwrócił do drugiego tak, że zrobiła się luka, więc wjechałem między nich, żeby przejechać. W tym momencie - jeb! Huk! Uderzenie w samochód. Myślałem, że któryś mi z kopa zajebał. Odruchowo zjechałem na pobocze i wyszedłem zobaczyć, co się dzieje. No i ten, co tak kozaczył, mówi do mnie:
- Szukasz guza?
Wkurwiłem się i pomyślałem, że jak wyskoczę ze szmaty, to chłopak odejdzie w swoją stronę. Wyjąłem legitymację i mówię:
- Teraz, kurwa, kozak jesteś?
Zobaczył szmatę, ale wcale się tym nie przejął.
Reszta zaczęła się zbierać i pytać:
- Co jest?
- Ty, pies jebany zaczyna podskakiwać!
No i zaczęli do mnie skakać. Zrobiło się niebezpiecznie, więc wyjąłem klamkę i mówię:
- Cofnąć się, kurwa!
A oni wręcz przeciwnie:
- No strzelaj, pedale! W dupę se wsadź tę klamkę!
I tak cofałem się przed nimi, a oni zaczęli się podkręcać i wołać:
- Weź mu to wyrwij!
Zacząłem napierdalać w powietrze. Chciałem wsiąść do samochodu, ale wiedziałem, że nie dałbym rady - byli na tyle blisko, że gdybym odwrócił się plecami i dostał w łeb, byłoby po mnie. Tak przespacerowałem się z nimi około stu metrów. W pewnym momencie zacięła mi się klamka. Przeładowałem dwa razy i wypadła łuska oraz pełny nabój. Jeden cwaniaczek podniósł nabój i powiedział, że ślepakami strzelam. Ruszyli do mnie, a ja zacząłem strzelać w nogi tych, którzy byli najbliżej. Na trzy strzały trafiłem dwóch. Pierwszy zniknął. Widziałem tylko, że mu spodnie zafurkotały jak flaga na wietrze. Nie wiedziałem, czy go trafiłem czy nie. Nie widziałem krwi. On się od razu schował. Pomyślałem, że dostał po portkach, zobaczył, że kula mu materiał rozszarpała, i się zesrał. Część osób stanęła i już się nie zbliżała, a ten jeden atakował cały czas. Za chwilę jeden po prawej przewrócił się do rowu i zaczął krzyczeć:
- Ty, kurwo, strzeliłeś mi w nogę!
Widziałem, że ma zakrwawiony but. Trafiłem go w stopę. Zrobił ze trzy kroki, ale dalej krzyczał, że go boli. A ja do tego najbardziej cwaniaczkowatego:
- Odsuń się, kurwa, daj mi podejść i udzielić mu pomocy, bo się wykrwawi.
W tym momencie moja żona Baśka przesiadła się i podjechała samochodem.
Później powiedziała mi, że kiedy ja się z nimi cofałem, to część chłopaków doleciała do niej do samochodu. Ona wyskoczyła, jednego z nich złapała za szmaty i krzyczała:
- Kurwa, jadę z chorym dzieckiem do szpitala, puśćcie nas!
Jak usłyszała, że strzelam w powietrze, to im mówiła:
- Ludzie, co wy robicie? To jest, kurwa, policjant! On was pozabija! Napadliście na policjanta!
Ale do nich to nie docierało. Moja druga córka, jak zobaczyła, co się dzieje, pozamykała wszystkie drzwi, wyjęła kluczyki ze stacyjki i rzuciła pod siedzenie. Była nauczona, że gdyby coś się działo, to żeby dzieciaka porwali z samochodem - ma schować kluczyki i pozamykać się od środka.
Żona była na zewnątrz?
Tak, a Kamila leżała nieprzytomna w foteliku. Jak Baśka z nimi dyskutowała i zaczęli do niej skakać, też się wycofała do samochodu. Pozamykały wszystkie drzwi, ale oni zaczęli bujać samochodem. Chcieli go przewrócić. Ona się wystraszyła, odpaliła go i ruszyła do przodu. Tak naprawdę liczyłem od samego początku, że wpadnie na pomysł, żeby tym samochodem podjechać. Wskoczyłem do środka i odjechaliśmy do szpitala. Najpierw powiadomiłem ciecia na bramce, żeby dzwonił na policję i na pogotowie. On mówi:
- Ale to pan jest z policji.
- No dobrze, jestem z policji, ale tam są postrzeleni ludzie. Wzywaj, kurwa, posiłki!
- A to pan sobie zadzwoni z recepcji!
- Idź ty w chuj, kurwa!
Pojechałem do recepcji szpitala i mówię do pielęgniarki:
- Proszę dać mi telefon, jestem z policji, postrzeliłem jedną osobę, tam na ulicy jest ranny, proszę natychmiast wysłać karetkę!
- Ale o co chodzi?
- Niech mi pani da telefon, jestem z policji, rozumie pani? Niech pani wyśle karetkę! Leży tam ranna osoba postrzelona przeze mnie!
- Ale...
Facet, który stał w kolejce z dzieckiem, dał mi komórkę i mówi:
-Proszę bardzo, niech pan dzwoni.
Z jego komórki zadzwoniłem na policję, a do tej baby mówię:
- Cipo, kurwa, wyślij karetkę! Ranny człowiek leży na ulicy, rozumiesz?
Powiadomiłem policję, że zostaliśmy zaatakowani, że musiałem użyć broni i że postrzeliłem człowieka. Rozmawiam z policją, patrzę, a tu podjeżdża prywatny samochód, wysiada trzech gości, jeden wyjmuje klamkę, przeładowuje. A jak przepychałem się z tymi gnojami, to oni mnie straszyli, że przyjadą posiłki, więc zrozumiałem, że przyjechały po mnie jakieś zbóje.
Samochód był na nowodworskich numerach. Powiedziałem szybko dyżurnemu:
- Będzie strzelanina w szpitalu! Bandyci po mnie przyjechali! - zawołałem.
Oddałem facetowi telefon, do ludzi krzyknąłem tylko:
- Na ziemię, kurwa! Będzie strzelanina!
Ludzie w poczekalni pochowali się po kątach. Baśkę z dzieciakami wepchnąłem do pokoju lekarskiego, a sam poleciałem w głąb szpitala, żeby ich odciągnąć.
Pierwszy pokój - drzwi zamknięte, drugi pokój - pusty. Stał tam tylko stolik i było okno, przez które widziałem, co dzieje się na ulicy. Postawiłem stolik w rogu pod ścianą, wlazłem na niego, bo sobie wymyśliłem, że jak goście będą wchodzić, to będą strzelać na wysokość wzroku. Jak będę stał wysoko, to mnie najwyżej trafią w nogę, a z dziurawą nogą mogę się bronić. Zmieniłem tylko magazynek na pełny i czekałem. Było: "Zdrowaś Maryjo, łaskiś pełna...".
Czekałem, aż wejdą. Miałem postanowienie: jak tylko zobaczę, że czyjś łeb pojawia się w drzwiach, nie obchodzi mnie kto to, krzyczę: "Policja!", i od razu walę w łeb. Centralnie w czachę. Widzę, jak przez okno zjeżdżają się radiowozy. Czekam i słyszę krzyki na korytarzu:
- Gdzie jest ten facet od szarego passata!?
A pielęgniarka:
- Ja panu nic nie powiem! Ja zaraz wzywam dyrektora!
Patrzę, jak zjeżdżają się załogi na sygnałach. Myślę: jestem uratowany. Ale boję się, że policja będzie się napierdalała z bandytami. Martwię się o ludzi w poczekalni. Zaraz wpadną policjanci, ale tamci też mają broń, więc jak zaczną strzelać, to żeby nikomu nic się nie stało. Oby Basi i dzieciakom nic nie było. Ale cisza. Mijają kolejne sekundy i dalej cisza. Kurwa, jak to możliwe?
Zlazłem ze stolika, wychylam się na korytarz, patrzę, a ci goście stoją. Za chwilę jakiś policjant w mundurze koło nich przechodzi. Ja mówię:
- Dlaczego załogi nie wchodzą?
Jeden z tych zbójów się odwraca, patrzę, a jemu z kieszeni ericsson wystaje. Kurwa, to nie bandyci, tylko policjanci z kryminalnego! Przyjechali sobie prywatnym samochodem. Wyszedłem na korytarz, idę, ale na wszelki wypadek z ubezpieczeniem - klamka w ręce. Legitymację wziąłem w drugą rękę i tak z daleka:
- Przepraszam, panowie są z policji?
Jeden się odwraca i pyta:
- A pan jest z policji?
- Tak.
Pokazuję legitymację. W tym momencie drugi z chłopaków się odwraca i mówi:
- Artur, to ty? - Okazało się, że jednego chłopaka z Nowego Dworu akurat znałem. - Kurwa, co się stało?
Jak mi zeszło ciśnienie, to totalnie zaschło mi w ustach. Czułem, jakby ktoś wjebał mi suszarkę w gębę i w sekundę wysuszył całą ślinę. Nie mogłem wypowiedzieć słowa. Myślę, że to kwestia strachu. Miałem kilo w portkach. Byłem przygotowany, że to walka na śmierć i życie. Przekonany, że to bandyci. Nie wiedziałem, czy wyjdę w ogóle cały z tej walki.
Okazało się, że postrzeliłem dwóch gości. Przywiozła ich karetka. Przyjechał prokurator. Ten, który dostał pierwszy, miał najpoważniejsze obrażenia. Pocisk trafił w kolano, odbił się od kości kolanowej, wszedł w pachwinę i wyszedł pośladkiem. Podobno centymetr od fujary. Tak że jeszcze trochę i bym mu niechcący fiuta odstrzelił. Leżał w sali obok i się darł:
- A to, kurwa, szmaciarz, pies zajebany! Zajebię kurwę!
Więc, jeśli pytasz, czy miałem dla niego litość, to nie. A kiedy później na konfrontacji spotkałem się z tym gnojem, uśmiechnąłem się tylko, nachyliłem do jego ucha i zapytałem:
- Jak nóżka?
- Do wesela się zagoi - odburknął.
- Jak się zagoi, to proszę zgłosić się ponownie.
A pani prokurator:
- No wie pan?
Jest coś takiego jak kodeks między policją a przestępcami?
Podkomisarz Paweł Kosela, Wydział Kryminalny: Młodzi bandyci zniszczyli dawny kodeks przestępczy. Gówniarze wychowani na filmach i sterydach grają bez zasad. Nie liczą się nawet z własnymi kolegami i często wzajemnie na siebie nakładają kary.
Aspirant Jacek Bobruk, Wydział do Walki z Przestępczością Samochodową: Znam łbów, którzy się nie nadają do resocjalizacji. Mają swoje życie jak każdy z nas, tylko że ich życie toczy się inaczej od chwili, gdy skończyli jedenaście lat. Jak mają dwanaście lat, kradną. Jak mają trzynaście, nic już ich nie zmieni. Możesz sobie odpuścić.
Podkomisarz Piotr Podwałski, Wydział do Walki z Przestępczością przeciwko Życiu i Zdrowiu: Im młodszy bandyta, tym bardziej bezwzględny. Zatrzymywaliśmy czternastoletniego gwałciciela. Na imprezie pociął sobie ręce nożem i robił z naćpanymi rówieśnikami braterstwo krwi. Kiedy zapukaliśmy, poleciały na nas butelki, noże i krzesła - regularna bitwa. Gówniarze próbowali wciągnąć do środka jednego z nas. Gdy to się nie udało, zabarykadowali się. Wezwałem drugą załogę i wywaliliśmy drzwi. Gówniarze powłazili, gdzie tylko się dało. Nasz czternastoletni gwałciciel czekał na mnie z nożem kuchennym ukryty w lodówce.
Aspirant sztabowy Bogdan Knaź, Wydział ds. Zabójstw: Bycie przestępcą jest dziś w Polsce modne. Zabójca z Kredyt Banku w trakcie wizji lokalnej zachowywał się jak bohater westernu. Biegał podniecony po banku i chwalił się, gdzie strzelał do kasjerek i ile razy.
Komisarz Sławomir Opala, Wydział ds. Zabójstw: Dzisiaj myślę, że jeszcze zależy, co taki gość w życiu robił. Jeśli zabijał, to pytanie: kogo i za jaką kasę? Jak zabijał niewinnych ludzi, to jest bandyta, jak zabijał bandytów, to jest eliminator, czyli wykonuje zawód za konkretny sos. Jeżeli strzela do gangsterka za trzydzieści tysięcy papiera, to jest w porządku. Ale jeżeli przy okazji postrzeli jego dziewuchę w ciąży, to jest nie w porządku, bo jest amator.