Złe miejsce, zły czas. Weronika Nowacka. Tom 5 - Małgorzata Rogala

Kup ebooka

49.90 zł
39.92 zł (19,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZ­DZIAŁ 1

Po­łowa li­sto­pada 2018

Ur­szula Ra­taj­ska wy­sia­dła z au­to­busu przy ulicy Świę­tego Win­cen­tego i skie­ro­wała kroki w stronę bramy cmen­ta­rza. Pierw­szego li­sto­pada przy­je­chała tu­taj z Ali­cją i Mać­kiem, ale dziś wy­brała się na Bródno bez córki i syna, żeby w spo­koju po­my­śleć i się wy­ci­szyć. Od śmierci Włodka to wła­śnie prze­chadzki po ne­kro­po­lii i od­wie­dza­nie grobu męża przy­no­siły ko­bie­cie uko­je­nie. Tkwiąc tam bez ru­chu, sku­piona, wsłu­chana w szum wia­tru, po­rząd­ko­wała my­śli, nada­wała wła­ściwe pro­por­cje zda­rze­niom co­dzien­no­ści, snuła roz­wa­ża­nia nad ulot­no­ścią ludz­kiej eg­zy­sten­cji.

Ra­taj­ska ru­szyła główną aleją, lu­stru­jąc oto­cze­nie. Blask la­tarni wy­do­by­wał z mroku wie­kowe po­mniki, drzewa oraz lu­dzi, któ­rzy mimo nad­cho­dzą­cego wie­czoru krą­żyli mię­dzy na­grob­kami. Ula omio­tła ich wzro­kiem, na­stęp­nie wcią­gnęła w noz­drza po­wie­trze na­sy­cone za­pa­chem ziemi, bu­twie­ją­cych li­ści i dymu wy­dzie­la­nego przez pa­lące się tu i ów­dzie zni­cze. Prze­szła jesz­cze kil­ka­dzie­siąt me­trów i skrę­ciła w prawo, gdzie znaj­do­wało się miej­sce po­chówku Włodka. Usia­dła na ławce i po­pa­trzyła na ta­blicę z mar­muru, umiesz­czone na niej zdję­cie w se­pii oraz daty uro­dzin i śmierci męża, który zgi­nął w marcu tego roku w wy­padku sa­mo­cho­do­wym, spo­wo­do­wa­nym przez pi­ja­nego kie­rowcę. Sprawca od­niósł kilka nie­groź­nych ob­ra­żeń, a Wło­dek zmarł w ka­retce z po­wodu urazu czaszki.

Wkrótce po po­grze­bie Ur­szula zdała so­bie sprawę, że w domu bra­kuje pie­nię­dzy. Nie­dawno spła­cony kre­dyt po­chło­nął oszczęd­no­ści, a ona, mimo że nie­źle za­ra­biała, bez co­mie­sięcz­nej pen­sji męża nie była w sta­nie utrzy­mać czte­ro­po­ko­jo­wego lo­kum w apar­ta­men­towcu na Mo­ko­to­wie i opła­cać pry­wat­nej szkoły, w któ­rej się uczyli Ali­cja i Ma­ciek. Bi­jąc się z my­ślami, czy prze­nieść dzieci do pań­stwo­wej pla­cówki, czy, po­zo­sta­jąc w tej sa­mej dziel­nicy, za­mie­nić miesz­ka­nie na mniej­sze, wy­brała drugą opcję, słusz­nie są­dząc, że ro­dzeń­stwo le­piej znie­sie zmianę ad­resu niż ode­rwa­nie od ko­le­gów i ko­le­ża­nek z klasy. Na po­czątku wa­ka­cji, za po­śred­nic­twem agen­cji, sfi­na­li­zo­wała trans­ak­cję, ale wkrótce się oka­zało, że to nie ko­niec kło­po­tów.

Roz­mowa prze­cho­dzą­cych nie­opo­dal osób wy­rwała ją z za­my­śle­nia. Ur­szula po­czuła zimno prze­ni­ka­jące przez płaszcz, więc wstała. Zmie­niła wodę w sło­iku ukry­tym w ka­mien­nym wa­zo­nie, wy­rzu­ciła zwię­dłe kwiaty, od­wi­nęła z pa­pieru świeże, za­pa­liła lampkę.

- Co mam zro­bić? - Za­wie­siła spoj­rze­nie na por­ce­la­no­wym wi­ze­runku męża. Ogar­nął ją obez­wład­nia­jący strach.

Mie­siąc po prze­pro­wadzce zo­stała zwol­niona z firmy. Agen­cja re­kla­mowa, w któ­rej miała etat, po­łą­czyła się z drugą i choć sze­fo­wie wcze­śniej obie­cy­wali, że fu­zja nie wpły­nie na stan za­trud­nie­nia, zmiany za­częli od jego re­duk­cji. Ur­szula zna­la­zła się wśród tych, któ­rym wrę­czono wy­po­wie­dze­nie z po­wodu li­kwi­da­cji ich sta­no­wi­ska. Do­stała od­prawę i trzy­mie­sięczną pen­sję bez ko­niecz­no­ści świad­cze­nia pracy. Na po­czątku Ra­taj­ska ode­tchnęła z ulgą, że ktoś pod­jął za nią de­cy­zję. Mimo wy­so­kiego wy­na­gro­dze­nia i pre­mii miała dość wy­zy­sku, ha­rówki po kil­ka­na­ście go­dzin dzien­nie, żeby do­trzy­mać nie­re­al­nych ter­mi­nów, to­le­ro­wa­nia przez prze­ło­żo­nych aro­gan­cji klien­tów. Pra­co­dawca nie od­pu­ścił jej na­wet wtedy, gdy zo­stała wdową i mu­siała po­ra­dzić so­bie z roz­pa­czą swoją i dzieci po śmierci męża i ojca. Ni­kogo nie ob­cho­dziło, że Ula funk­cjo­nuje tylko dzięki ta­blet­kom na uspo­ko­je­nie, jej syn bu­dzi się w nocy z pła­czem, a córka za­mknęła się w so­bie, że ona sama po­trze­buje wię­cej czasu dla ro­dziny. Dla­tego Ra­taj­ska bez pro­te­stu zło­żyła pod­pis na pod­su­nię­tych jej pa­pie­rach, wie­rząc, że wkrótce znaj­dzie etat gdzie in­dziej. Ale tak się nie stało i te­raz na myśl o tym, że nie­długo za­brak­nie jej środ­ków do ży­cia, ko­bieta po­czuła na­pły­wa­jące do oczu łzy. Roz­kle­iłaby się na do­bre, gdyby nie do­tarły do jej uszu me­lo­dyjka i to­wa­rzy­szące jej wi­bra­cje. Wy­jęła z torby ko­mórkę.

- Halo?

- Mamo? Kiedy wró­cisz? - W gło­śniku za­brzmiał głos Maćka.

- Będę za czter­dzie­ści pięć mi­nut. - Ur­szulę znów prze­szył dreszcz chłodu. Po­słała ostat­nie spoj­rze­nie w stronę zdję­cia Włodka i ru­szyła do wyj­ścia z cmen­ta­rza.

- Ali­cja nie chce ze mną za­grać w plan­szówkę.

- Pew­nie jest za­jęta na­uką. - Ra­taj­ska po­sta­wiła koł­nierz płasz­cza i za­wią­zała moc­niej pa­sek.

- Wcale nie. Sie­dzi w te­le­fo­nie i po­wie­działa, że­bym spa­dał na drzewo. - Dzie­się­cio­lat­kowi za­drżał głos. - Mamo... Tę­sk­nię za tatą.

- Wiem, Ma­ciu­siu, ja też bar­dzo za nim tę­sk­nię. - Ula prze­ło­żyła te­le­fon do dru­giej ręki. - Po­roz­ma­wiamy w domu, okej? Nie­długo będę z wami, już idę na przy­sta­nek.

- Okej. - Chło­piec po­cią­gnął no­sem. - Mogę po­grać na kom­pu­te­rze? Od­ro­bi­łem lek­cje.

- W po­rządku. - Ra­taj­ska po­że­gnała się z sy­nem.

Kiedy wsia­dła do au­to­busu, sta­nęła przy oknie, żeby nie prze­oczyć prze­siadki do me­tra, i przez długą chwilę w sku­pie­niu ob­ser­wo­wała ulicę, sa­mo­chody oraz idą­cych chod­ni­kiem lu­dzi. Póź­niej znów wró­cił strach, wy­obraź­nia pod­su­nęła jej ob­razy, które spra­wiły, że Ur­szula po­czuła bo­le­sny skurcz w trze­wiach.

Mu­siała za­re­je­stro­wać się w po­śred­niaku, by mieć ubez­pie­cze­nie i nie­wielki za­si­łek. W ciągu trzech mie­sięcy, gdy szu­kała pracy i za­miast za­pew­nień, że bę­dzie do­brze, po­trze­bo­wała re­al­nej po­mocy, Ra­taj­ska szybko się prze­ko­nała, że zna­jo­mo­ści z ludźmi, któ­rych uwa­żała nie­mal za ro­dzinę, są funta kła­ków warte. Po­dob­nie rzecz się miała z przy­ja­ciółmi męża; część z nich po śmierci Włodka ochło­dziła re­la­cje z Ulą, a po­zo­stali za­częli je­den za dru­gim zni­kać, gdy Ra­taj­ska stra­ciła za­trud­nie­nie. Co­raz rza­dziej dzwo­nili, prze­stali od­bie­rać po­łą­cze­nia, nie od­pi­sy­wali na wia­do­mo­ści na ko­mu­ni­ka­to­rze. Na po­czątku Ur­szula za­da­wała so­bie py­ta­nia, czy cho­dzi o to, że prze­stała się li­czyć w branży, czy ra­czej o nie­po­kój, że mo­głaby o coś po­pro­sić. Póź­niej zre­zy­gno­wała z roz­my­ślań nad przy­czy­nami ich za­cho­wa­nia, po­nie­waż miała inne pro­blemy, a naj­waż­niej­szym z nich było zdo­by­cie pie­nię­dzy na cze­sne, by na je­sieni jej dzieci mo­gły kon­ty­nu­ować na­ukę w do­tych­cza­so­wej szkole. Mimo roz­cza­ro­wa­nia na­turą lu­dzi Ra­taj­ska wciąż miała na­dzieję, że do końca okresu wy­po­wie­dze­nia znaj­dzie pracę i nie bę­dzie mu­siała urzą­dzać córce i sy­nowi ko­lej­nej ży­cio­wej re­wo­lu­cji, dla­tego zgła­szała się na­wet na sta­no­wi­ska po­ni­żej swo­ich kwa­li­fi­ka­cji. Bez po­wo­dze­nia.

To były pierw­sze wa­ka­cje, gdy jej ro­dzina mu­siała od­pu­ścić so­bie wy­jazdy. Co prawda, Ur­szula pro­po­no­wała Ali i Mać­kowi po­byt w Kry­nicy-Zdroju, skąd po­cho­dził ich oj­ciec, lub w By­to­wie, gdzie miesz­kali jej ro­dzice, ale dzieci od­mó­wiły, twier­dząc, że wolą spę­dzić czas w domu. Pod ko­niec sierp­nia, po­zo­sta­jąc wciąż bez za­trud­nie­nia, po spraw­dze­niu stanu konta ban­ko­wego Ra­taj­ska pod­jęła trudną de­cy­zję: prze­nio­sła syna i córkę do szkoły re­jo­no­wej. Gdy in­for­mo­wała ich o po­wo­dach swo­jego po­stę­po­wa­nia, wie­działa, że to bę­dzie trudna roz­mowa, ale nie są­dziła, że aż tak.

- Jak to nas prze­no­sisz? - Ali­cja spoj­rzała na matkę z nie­do­wie­rza­niem. - Za­czy­nam ósmą klasę. Mam tam ko­le­żanki, znamy się od lat...

- A ja ko­le­gów - wtrą­cił Ma­ciej, a jego dolna warga za­drżała. - Nie chcę cho­dzić do in­nej szkoły, gdzie będą na mnie mó­wić "ten nowy".

- Ja też nie chcę. - W oczach na­sto­latki bły­snęły łzy. - Za­mie­rzasz zmar­no­wać mi ży­cie?

- Ali­cja, nie prze­sa­dzaj i nie dra­ma­ty­zuj, to tylko je­den rok. Póź­niej i tak idziesz do li­ceum. - Ra­taj­ska wes­tchnęła. - Nie stać mnie na taki wy­da­tek. Cze­sne za dwie osoby to duża suma. Oszczęd­no­ści są na wy­czer­pa­niu, a ja wciąż nie zna­la­złam pracy.

- To niech młody idzie do re­jo­nówki, on do­piero za­czyna czwartą klasę - za­su­ge­ro­wała dziew­czyna. - Zo­sta­nie kasa dla mnie.

- Co?! - Dzie­się­cio­la­tek po­de­rwał się z fo­tela. - Je­steś okropna! Sama idź do re­jo­nówki!

- Za­mknij się, gów­nia­rzu. - Sio­stra nie po­zo­stała mu dłużna. - Starsi roz­ma­wiają.

- Prze­stań­cie. - Ur­szula unio­sła dłoń. - Nie kłóć­cie się te­raz i mi tego nie utrud­niaj­cie. - Spoj­rzała na córkę. - Nie mogę so­bie po­zwo­lić na opła­ca­nie cze­snego na­wet za jedną osobę. Je­stem bez­ro­botna, koń­czą się nam pie­nią­dze - przy­po­mniała raz jesz­cze. - Za­si­łek z Urzędu Pracy ni­czego nie zmie­nia, jego kwota jest zbyt mała.

Au­to­bus za­ha­mo­wał, ktoś Ra­taj­ską po­trą­cił, prze­ry­wa­jąc jej roz­my­śla­nia.

- Prze­pra­szam, wy­siada pani?

Ur­szula spoj­rzała w ciem­ność za oknem, roz­ja­śnioną świa­tłami prze­jeż­dża­ją­cych sa­mo­cho­dów. Roz­po­znała oko­licę. Gdyby nie ner­wowa pa­sa­żerka, prze­ga­pi­łaby swój przy­sta­nek.

- Tak - od­parła, w mo­men­cie gdy kie­rowca otwo­rzył drzwi po­jazdu. - Wy­sia­dam.

***

La­tem Do­rota za­ko­chała się ze wza­jem­no­ścią w Łu­ka­szu. Po­mi­ja­jąc ty­go­dniowe wy­jazdy z ro­dzi­cami, spę­dzili ze sobą więk­szość lipca i cały sier­pień. W siód­mej kla­sie ona przy­jaź­niła się z Ka­milą, on zaś wy­bie­rał to­wa­rzy­stwo ko­le­gów. Pod­czas wa­ka­cji ich re­la­cja za­częła się zmie­niać. Za­częło się od spo­tka­nia na placu za­baw, gdzie prze­ga­dali kilka go­dzin, oku­pu­jąc huś­tawki dla ma­lu­chów i krę­cąc się na ka­ru­zeli. Oka­zało się, że Mły­nar­czyk po­trafi za­cho­wać po­wagę i uważ­nie słu­chać. Pierw­szy raz Lu­tyń­ska miała po­czu­cie, że ktoś ją ro­zu­mie i pra­gnie tego sa­mego. Łu­kasz, po­dob­nie jak ona, ma­rzył, by żyć po swo­jemu, lu­bił do­brze się ba­wić, uwa­żał, że może ro­bić, co chce, i tak jak ona nie­na­wi­dził wy­cho­waw­czyni, pani Sło­wik.

Po tam­tej roz­mo­wie za­częli co­dzien­nie spę­dzać ra­zem czas. Od rana do wie­czora snuli się po uli­cach i parku, pa­lili pa­pie­rosy, po­pi­jali piwo, na któ­rego kupno za­wsze ko­goś zdo­łali na­mó­wić, ca­ło­wali się pod osłoną wy­so­kich krze­wów, roz­pra­wiali o ko­le­gach i ko­le­żan­kach ze szkoły oraz na­uczy­cie­lach. To była ożyw­cza zmiana po kon­tak­tach z Ka­milą, która stała się nudna ze swoim glę­dze­niem o na­uce i pod­su­wa­niem Do­ro­cie ko­lej­nych ksią­żek. Łu­kasz nie czy­tał. Uwa­żał, że słowo dru­ko­wane od­cho­dzi w prze­szłość, nie ma ra­cji bytu we współ­cze­snym świe­cie, peł­nym atrak­cji, pędu, gwał­tow­nych zmian i nie­ogra­ni­czo­nych moż­li­wo­ści. Lu­tyń­ska po­dzie­lała jego opi­nię; do­brze wie­działa, ile wy­siłku kosz­tuje kon­cen­tra­cja na lek­tu­rze, jak trudno jej za­pa­no­wać nad roz­bie­ga­nymi my­ślami i utrzy­mać uwagę, gdy wo­kół tyle po­kus. Obec­nie li­czył się ob­raz, kon­takt z nim wy­ma­gał znacz­nie mniej trudu niż ślę­cze­nie nad książką.

Do­rota i Łu­kasz, prze­sia­du­jąc na ławce, oglą­dali na smart­fo­nach pro­file zna­jo­mych osób w me­diach spo­łecz­no­ścio­wych, głów­nie na In­sta­gra­mie i Tik­Toku. Kry­ty­ko­wali zdję­cia i fil­miki, śmiali się z cu­dzych wy­głu­pów i nie­kiedy zo­sta­wiali ko­men­ta­rze. Śle­dzili też dwa ka­nały pro­wa­dzone przez pa­to­stre­ame­rów, któ­rzy trans­mi­to­wali na żywo bi­ja­tyki, pi­jań­stwo, za­cze­pia­nie prze­chod­niów na uli­cach i ob­rzu­ca­nie ich wul­ga­ry­zmami. Mimo że wiele przed­sta­wia­nych sy­tu­acji uwła­czało god­no­ści lu­dzi, przy­by­wało chęt­nych, by pła­cić za moż­li­wość oglą­da­nia trans­mi­sji z po­ni­ża­nia in­nych czy sto­so­wa­nia prze­mocy fi­zycz­nej, a osoby, które fil­mo­wały ta­kie zda­rze­nia i je udo­stęp­niały, zy­ski­wały naj­pierw po­pu­lar­ność, a póź­niej co­raz wię­cej pie­nię­dzy.

Na po­czątku sierp­nia Łu­kasz za­pro­po­no­wał Do­ro­cie, by za­ło­żyli swój ka­nał w ser­wi­sie YouTube. Po­sta­no­wili za­cząć od fil­mi­ków dla za­mknię­tego grona chęt­nych i spraw­dzić, co się bę­dzie działo. Ku ich za­do­wo­le­niu, w ciągu po­nad trzech mie­sięcy pro­jek­cje zdo­były kil­ku­dzie­się­ciu fa­nów wśród ko­le­gów z siód­mych i ósmych klas, któ­rzy otrzy­my­wali linki do ko­lej­nych na­grań. Nie­któ­rzy z nich, wzo­rem Łu­ka­sza i Do­roty, za­ło­żyli swoje pro­file i od pew­nego mo­mentu wszy­scy już ze sobą ry­wa­li­zo­wali w kon­ku­ren­cji na naj­śmiesz­niej­szy, naj­bar­dziej szo­ku­jący, naj­bar­dziej obrzy­dliwy fil­mik ty­go­dnia. Na ko­niec mie­siąca wi­dzo­wie gło­so­wali w stwo­rzo­nej w tym celu an­kie­cie, przy­dzie­la­jąc na­gra­niom punkty. Wy­zwa­nie za­pla­no­wano do końca maja, a w czerwcu uczest­nicy mieli ogło­sić imię wła­ści­ciela zwy­cię­skiego ka­nału.

Te­raz Lu­tyń­ska i Mły­nar­czyk stali w ciem­no­ściach w po­bliżu przy­stanku, żeby zre­ali­zo­wać nowy po­mysł. Była po­łowa li­sto­pada, wiał wiatr, sią­pił deszcz, lu­dzie cho­dzili sku­leni i nie roz­glą­dali się wo­koło. Każdy pew­nie chciał jak naj­prę­dzej do­trzeć do domu. Wła­śnie nad­je­chał au­to­bus, z któ­rego wy­sia­dły trzy ko­biety. Dwie skie­ro­wały się ku przej­ściu dla pie­szych, trze­cia ru­szyła w stronę słabo oświe­tlo­nej alejki osie­dlo­wej. Miała na so­bie dłu­gie, ja­sne okry­cie wierzch­nie, ide­alne dla spo­tę­go­wa­nia wra­że­nia, które Do­rota i Łu­kasz chcieli wy­wo­łać. Dziew­czyna wy­mie­niła spoj­rze­nia z chło­pa­kiem. On ski­nął głową, w jego oczach bły­snęła ra­dość.

- Uwaga - szep­nął. - Przy­go­tuj apa­rat, za­czy­namy.

Lu­tyń­ska wy­jęła smart­fon, usta­wiła pa­ra­me­try.

- Go­towe. - Po­słała Mły­nar­czy­kowi uśmiech.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki