Rozdział 1
Niewątpliwą zaletą pracowania u własnego męża jest to, że prośba o wcześniejsze wyjście z biura tylko w ekstremalnych przypadkach zostaje odrzucona. Ten akurat taki nie był, dlatego już za kwadrans druga wyszłam z kancelarii. Oczywiście, że trochę nagięłam prawdę do własnych potrzeb. Ostatnio zdarzało mi się to coraz częściej, jednak nie chciałam się nad tym specjalnie zastanawiać. Odrzucałam prawdę tak długo, jak się tylko dało. Nazwijmy to jedną z moich cech rozpoznawczych.
Oficjalna wersja brzmiała: "muszę pilnie odebrać receptę", tym, czego nie dodałam, był fakt, że po drodze zamierzam odwiedzić przyjaciółkę i wypić z nią kawę. Logan nie przepadał za Alison, zresztą z wzajemnością. Courtney, moja druga przyjaciółka, żywiła wobec niego podobne uczucia. Chyba już wtedy powinno mi to dać do myślenia. Cóż, powiedzmy, że rutyna temu nie sprzyjała.
Nakręcona kofeiną i rewelacjami Alison weszłam do domu, zatrzaskując za sobą drzwi kopnięciem. Dość brzydki zwyczaj, ale dawał mi pewną satysfakcję. Wciąż było wcześnie, a ja zdążyłam nawet zrobić zakupy, zatem byłam z siebie zadowolona. Papierowe torby postawiłam na podłodze, klucze i torebkę rzuciłam na szafkę. To była jedna z tych rzadkich chwil, kiedy w ogóle miałam ze sobą jakąkolwiek torebkę, normalnie upychałam wszystko po kieszeniach, jak facet.
Zerknęłam na buty Logana i złośliwy uśmiech pojawił się na mojej twarzy. Stały tak równo, że przy ich pomocy można by narysować plany tego pomieszczenia. A więc mój czarujący mąż już tu był.
- Cześć, skarbie! - zawołałam.
Odpowiedziała mi cisza.
- Logan? Jesteś może? - spróbowałam ponownie, głośniej, z większym przekonaniem.
I znowu nic. Wzięłam torby z zakupami i marszcząc brwi, pomaszerowałam do kuchni. Gdzie właściwie był mój mąż, jeśli nie na parterze? Wątpiłam, by się położył, na zewnątrz nadal było jasno, a on nie lubił spać w ciągu dnia. Mówił, że boli go od tego głowa.
- No tak - sapnęłam, odstawiając torby na stół.
W zlewie piętrzył się stos brudnych naczyń, których Logan nie raczył wstawić do zmywarki, nie mówiąc już o jej włączeniu.
Pociągnęłam nosem i zaraz się skrzywiłam. Cokolwiek przygotował mój mąż, a na czego resztki teraz patrzyłam, pachniało mało zachęcająco. Trochę przypominało też rzygi, ale to już swoją drogą. Wrzuciłam wszystkie miski, talerzyki, patelnię i kubki do zmywarki, następnie rozpakowałam zakupy, a potem wyruszyłam na dalsze poszukiwania męża. Bo to, że był w domu, nie ulegało wątpliwości.
- Logan?! - wydarłam się u podnóża schodów.
Pudło po raz trzeci. Wdrapałam się na piętro i zajrzałam do gabinetu męża. Pusto. Sypialnia dla gości - też pusto. Przekonana, że może jednak się pomyliłam, a Logan z jakichś niezrozumiałych względów wpadł do domu tylko na swoją śmierdzącą przekąskę, weszłam do naszej sypialni. I właśnie tam go znalazłam.
Stał przed lustrzanymi drzwiami szafy, ze wściekłością zawiązując krawat. Postawny blondyn o szerokich ramionach i orlim nosie, gość, w którym się zakochałam jako gówniara. Starszy ode mnie o sześć lat, co wtedy dodatkowo mnie kręciło.
- Cześć, skarbie. - Oparłam dłoń o framugę, przywołując na twarz jeden z moich popisowych uśmiechów.
Logan go nie odwzajemnił.
- Nie wiesz, gdzie jest moja koszula? - Żadnych wstępów, przeszedł do sedna, jak zwykle.
- O ta? - Wskazałam palcem na jego pierś. To miał być żart, lecz, jak widać, nie wyszedł.
Twarz mojego męża stężała.
- Nie, V, nie ta. Mam na myśli koszulę, którą wkładam na ważne spotkania. Moją Szczęśliwą Koszulę. - Wymawiał te słowa właśnie tak, jak gdyby należało je zapisywać wielkimi literami. Z kolei moje imię... Cóż. Najczęściej ograniczał się do pierwszej litery. Violet byłam tylko w szczególnych sytuacjach, najczęściej jednak pozostawałam V.
- Koszula - powtórzyłam bezmyślnie. - Sądzę, że... kosz z brudną bielizną. Tak, tam jest.
Piwne oczy Logana zapłonęły.
- Kurwa mać! Czy naprawdę tak ciężko jest ci zrobić coś, o co proszę?! - wykrzyczał.
Cofnęłam się o krok i spojrzałam na niego tak, jak patrzy się na kompletnie nieznaną osobę. Prawdę mówiąc, tak właśnie się czułam - jakby stał przede mną obcy mężczyzna, który z niewiadomych powodów znalazł się w moim domu i uznał, że ma prawo się na mnie wydzierać.
- Zaraz nastawię pranie - bąknęłam, starając się nie tracić nad sobą panowania. Na agresję raczej nie ma sensu odpowiadać agresją, to jak dolewanie oliwy do ognia. - Żaden problem.
- Zaraz to ja, kurwa, wychodzę - fuknął. - Wczoraj miałaś nastawić to jebane pranie. Rozumiesz już, co poszło nie tak?
Zrobiłam kolejny krok w tył. Ten jadowity ton przerażał mnie jeszcze bardziej niż pożar w jego oczach. Niejednokrotnie widywałam Logana wściekłego, jednak uderzyła mnie myśl, że coraz częściej tracił nad sobą panowanie. Byle błahostka w jednej sekundzie powodowała, że wpadał w szał.
- Przepraszam. - spuściłam głowę, chociaż nie było mi szczególnie przykro. Sam mógł zrobić pranie, skoro to było dla niego tak szalenie ważne. W kancelarii byłam jego sekretarką, a w domu robiłam za gosposię. Czasem zdarzało mi się o czymś zapomnieć. Tak po prostu. - Kompletnie mi to umknęło - dodałam po chwili.
- Twoje przepraszam nie upierze mi koszuli. - Szarpał krawat coraz bardziej zapalczywie, spodziewałam się wręcz, że zamiast go zawiązać, zaraz się nim zadusi. - Może trzeba było to sobie zapisać na jednej z tych żółtych karteczek, skoro masz taki problem z zapamiętywaniem najprostszych rzeczy.
- O przełożeniu spotkania z Andersonem pamiętałam. - Nie lubiłam przenosić spraw z kancelarii Logana do domu, ale on pierwszy wytoczył te gówniane działa, ja tylko odpierałam atak. - O wysłaniu prezentu twojej siostrze również. I przede wszystkim... - dramatycznie zawiesiłam głos - ...pamiętam o naszej rocznicowej kolacji. Wypada idealnie w sobotę. Wiesz, jak ciężko było dostać stolik w The Tower?
Logan skwaśniał.
- Nie będzie żadnej kolacji. W każdym razie nie w ten weekend. Wyjeżdżam do Bostonu, o czym zresztą też ci wspominałem. - Chciałam mu przerwać, ale uniósł dłoń w geście, jakim często uciszał swojego klienta na sali sądowej. - Wniosek jest prosty, V: albo nie słuchasz, co się do ciebie mówi, albo naprawdę masz jakiś problem z głową. A jeśli tak, to może powinnaś ją sobie przebadać?
Poczułam, jak gorąco dociera do moich policzków, jak zaczyna mi płonąć cała twarz. Otworzyłam szerzej oczy ze zdziwienia. Byłam w szoku, nie mogłam uwierzyć w to, co właśnie usłyszałam. Zdołałam się jednak roześmiać, chociaż wcale nie było mi do śmiechu.
- Chciałbyś, nie? Wykazać przed sądem, że jestem wariatką i zamknąć mnie na resztę życia w jakimś pogodnym ośrodku, gdzie do każdego posiłku dodają haloperidol.
Posłał mi gniewne spojrzenie.
- Nie zaczynaj tych bredni.
- Ja? - wskazałam na siebie palcem. - Ja zaczynam?
- Masz tendencję do...
Uderzyłam otwartą dłonią w ścianę. Teraz to ja nie dałam mu dojść do głosu.
- Sama sobie sugeruję, że mam nie po kolei w głowie i robię problem o pierdolone pranie? Tak, skarbie? Sama to wszystko sobie wymyśliłam?!
Logan przestał się wreszcie wyżywać na krawacie. Wygładził go i opuścił ręce. Wpatrywał się we mnie nieruchomymi oczami, a ja obserwowałam, jak zachodzi w nich powolna zmiana. Sprawiał wrażenie, jakby dopiero teraz w pełni zdał sobie sprawę, że weszłam do sypialni.
- Chyba trochę się zapędziłem. Przepraszam. - Zbliżył się do mnie ostrożnie, niczym drapieżnik podchodzący swą ofiarę. - Nerwy mi ostatnio puszczają. Thompson to ważny klient, od tej sprawy zależy zajebiście dużo. Tak, wiem, to kiepskie wytłumaczenie, ale innego nie mam. Wyładowałem się na tobie... i... za to cię przepraszam.
Skrzyżowałam ręce na piersiach, moja postawa komunikowała: "pocałuj mnie w dupę, Logan".
- Przykro mi i mówię najzupełniej szczerze. - Pokornie opuścił wzrok. To też widywałam na sali sądowej. - Przepraszam, kochanie.
- Jasne - wymamrotałam.
Coś między nami pękło już dawno temu, a z dnia na dzień jeszcze bardziej oddalaliśmy się od siebie. Logan doskonale zdawał sobie z tego sprawę, ja również. Tyle że żadne z nas nie chciało tego przyznać. Ja miałam makijaż, który wszystko ukryje, on starannie dobrane, wyszukane słowa. Kamuflowaliśmy problem, staraliśmy się przekonać samych siebie, że wszystko jest w porządku, że to nas nie dotyczy.
- Da się zmienić rezerwację w The Tower na przyszły tydzień? - Logan uśmiechnął się delikatnie, trochę na próbę. - Zresztą mniejsza z tym, sam się tym zajmę.
- Powodzenia. - Moja mina skutecznie zmazała uśmiech z jego twarzy.
- Myślisz, że mi się nie uda? Chyba mnie nie doceniasz.
- Rocznica jest w tę sobotę, nie za tydzień. - Wzruszyłam ramionami. - Ale teraz to już bez znaczenia.
Jego ręce powędrowały do krawata, ale w porę się opanował.
- Nie mogę odwołać wyjazdu, zrozum.
- Ależ rozumiem.
Podszedł do mnie, a ja poskromiłam ochotę, by się cofnąć.
- Kochanie, wiesz, że nie chciałem...
Zacisnęłam usta, wprowadzając jednocześnie zmyślną taktykę ćwiczenia oddechów. Gówno pomogło, chociaż... Przynajmniej nie nazwałam męża bucem. A szczerze mówiąc zasłużył na to.
- W porządku - wycedziłam. - Przecież powiedziałam, że wszystko rozumiem.
- Nadal się złościsz? - Wziął mnie wspaniałomyślnie w ramiona, nie zauważając, że jestem sztywna jak pogrzebacz. - No już - dodał, cmokając mnie w czoło. - Już, już.
Miałam nieprzyjemne wrażenie, że jego dotyk parzy. Obdarzyłam Logana grymasem, mającym być czymś w rodzaju przepraszającego uśmiechu i wysunęłam się z jego rąk. Jakaś część mnie chciała nadepnąć mu na stopę. Całkiem spora część.
- Nie złoszczę się - powiedziałam tonem, który świadczył o czymś wprost przeciwnym. - Wyjeżdżasz w służbowej sprawie, okay. W takim razie ja wyjdę z dziewczynami trochę się rozerwać. - Odrzuciłam włosy z ramienia teatralnym gestem. - Nic nie stracisz. I tak ich nie lubisz.
Może i Logan chciał powiedzieć coś jeszcze, ale nie dałam mu szansy. Weszłam do łazienki i zatrzasnęłam za sobą drzwi. Wiedziałam, że za mną nie pójdzie, ale dla pewności przekręciłam zamek. Przyjrzałam się swojemu odbiciu w lustrze nad umywalką. Zobaczyłam ładną brunetkę o dziewczęcej twarzy, zielonych oczach i sięgających za ramiona prostych włosach. Modna popielata sukienka, którą na sobie miałam, rano wydawała mi się taka śliczna, teraz zaś była niekomfortowa, na równi z niedawnym dotykiem męża.
- Kim jesteś? - szepnęłam do kobiety z lustra.
Oparłam ręce o krawędź umywalki. Im dłużej się sobie przyglądałam, tym bardziej wzrastało we mnie przekonanie, że patrzę na kogoś, kim nie jestem. Nastąpił jakiś tragiczny w skutkach dysonans, w konsekwencji którego stałam się obca dla samej siebie.
Chwyciłam chusteczkę, zwilżyłam ją wodą i zaczęłam ścierać z ust pomadkę. Była nowa, podobnie jak sukienka, ale Logan i tak niczego nie zauważył. Ani w pracy, ani tu. Nie zwrócił też uwagi na włosy, które dzięki drobnym refleksom zdawały się żarzyć w świetle. Liczyła się tylko ta cholerna koszula. Szczęśliwa Koszula.
Opuściłam wzrok na obrączkę, która tkwiła na moim serdecznym palcu. Na myśl przyszło mi pytanie: "Czy jestem szczęśliwa?". Nie. Już nie.
Odwróciłam się plecami do lustra, a potem, kierowana jakimś niejasnym impulsem, weszłam pod prysznic. W ubraniu i butach, czemu nie? Nie odkręciłam jednak wody. Osunęłam się po chłodnej ścianie i jakiś czas tak siedziałam, z podciągniętymi pod brodę kolanami i piekącymi oczami.
Wreszcie łzy znalazły ujście i potoczyły się po moich policzkach. Przysięgam, gdyby kiedykolwiek wcześniej ktoś powiedział mi, że wezmę ślub z mężczyzną, przy którym osiem lat później będę się czuła tak rozpaczliwie samotna, nie uwierzyłabym. A jednak tak właśnie wyglądała rzeczywistość.
Przytknęłam pięść do ust, żeby stłumić szloch. Łzy żłobiły linie w starannie wykonanym makijażu, rozmazywały tusz i eyeliner. Były słone, piekące.
Nie wiem, ile dokładnie siedziałam pod prysznicem. Podejrzewam, że dość długo. A może to tylko czas zakrzywił się w jakiś osobliwy sposób, zamykając mnie w pętli własnej niedoli? Natomiast wiem na pewno, że w którymś momencie zaczęłam gryźć sobie rękę, bojąc się, że w przeciwnym razie z mojej piersi wyrwie się przeraźliwy skowyt. A jeśli tak się stanie, nie zdołam go opanować.
Nie byłam histeryczką, to nie tak. Po prostu sytuacje z gatunku Szczęśliwej Koszuli zdarzały się zdecydowanie zbyt często. W pewien sposób mnie odczłowieczały, a już na pewno powoli uśmiercały naszą miłość. Zakładając, że w ogóle kiedykolwiek istniała.
To straszne tak się kulić i snuć podobne rozważania. A jeszcze gorsze bać się, że nadejdzie moment, w którym kolejna sprzeczka przerodzi się w dziką awanturę, a ta... Zakończy się czymś niewybaczalnym.
Każda lina pęka, jeśli napręży się ją wystarczająco mocno. Wytrzymałość każdego materiału ma swoje granice, choćby testowało się stal.