Rozdział 1
Liwia
Osiągnięty przed kilkoma dniami szczyt Aconcagua znajdował się na przedostatnim miejscu na liście, której wyczerpanie wiązało się ze zdobyciem Korony Ziemi. Determinacja zawsze była moją ogromną zaletą, ale wątpliwości napływające z zewnątrz tłumiły moją pewność siebie. Gdyby wszystko zależało tylko ode mnie, już dawno osiągnęłabym swój cel. Niestety środowisko, w którym żyłam, niewiele mi ułatwiało. Wręcz przeciwnie.
Największym przeciwnikiem mojej pasji był... mój narzeczony Robert. Irytował się zawsze na samo wspomnienie o górach. Dla niego to była tylko niebezpieczna zabawa, dzięki której próbowałam coś komuś udowodnić.
Mieliśmy zaplanowany ślub, który miał być sporym wydarzeniem wśród ludzi biznesu, i Robert tylko o tym lubił rozmawiać. Poza kasą, oczywiście. Chciałam wierzyć, że chociaż mnie kochał bardziej od pieniędzy.
Byliśmy dość znaną biznesową parą, która również poza murami firmy spróbowała wspólnego życia. W odpowiednim momencie nawiązaliśmy kontakty z koreańskim kontrahentem, w związku z czym zajmowaliśmy się dystrybucją najlepszej klasy oświetlenia na całą Polskę.
Dla Roberta priorytetem były stabilizacja, rozwój i bezpieczeństwo finansowe. Znaliśmy się od czasu studiów, więc nasz związek miał solidne fundamenty. Co prawda początki były trudne, ale oboje uznaliśmy, że nie warto patrzeć wstecz. Całkiem szybko zrozumiałam, jak bliski mi jest ten mężczyzna. Zrobił dla mnie więcej, niż musiał, i za to miałam być mu dozgonnie wdzięczna.
Nie od razu zostaliśmy parą. Początkowo łączyły nas tylko relacje przyjacielskie. Robert co rusz wysyłał mi sygnały, że jest mną zainteresowany. Nie wykonywał jednak żadnych ruchów. Poszliśmy do łóżka z mojej inicjatywy, chociaż przez pewien czas upierałam się, że nie jestem zainteresowana niczym więcej. I tak to trwało - seks za seksem, rozmowa za rozmową, aż zamieniliśmy ten przelotny romans w związek. Tak po prostu wyszło.
Szczerze powiedziawszy, ta cała relacja funkcjonowała na zasadzie "tak jakoś wyszło". Bez fajerwerków, bez tych przereklamowanych motylków w brzuchu. Mój facet na początku był po prostu troskliwy, kochający i przystojny. W sumie nie potrzebowałam niczego więcej. Był w porządku. Dosłownie uratował mi życie, ale nigdy nie oczekiwał niczego w zamian. W końcu go pokochałam. Z czasem ogień pomiędzy nami zaczął tlić się tak, jakby miał stały dostęp do paliwa. Było stabilnie. Chyba tego potrzebowałam najbardziej - stabilizacji.
Jego śródziemnomorska uroda urzekała zresztą nie tylko mnie. Większość kobiet na ulicy się za nim odwracała, ale nie byłam typem zazdrośnicy, obdarzyłam go zaufaniem.
Jedyną przeszkodą w tej idealnej historii była moja pasja.
Góry.
Skrajne niebezpieczeństwo, głupota, brawura, egoizm, bezmyślność... i wiele innych temu podobnych słów, którymi moje wspinanie opisywał Robert. Raczej nigdy nie miałam z jego strony wsparcia na tej płaszczyźnie. Wywracał oczami nawet wtedy, gdy wpatrywałam się w wiadomości, w których relacjonowano zdobycze innych alpinistów.
Jak w takim razie mogłabym namówić go na zgodę, by wejść na Everest? Bo niestety takową mieć powinnam - na czas tak długiej, bo kilkumiesięcznej, wyprawy musiałabym zniknąć z firmy. Nie chodziło o samo wyjście w góry. Prywatnie nigdy nie wyraziłby aprobaty. Potrzebowałam jego zgody jako wspólnika.
- Przyniosłem ci rano te pieprzone papiery do wypełnienia, długo mam jeszcze czekać?
Oto i on! Miły i sympatyczny odtwórca głównej roli w moich przemyśleniach.
Zapomniałam dodać, że ostatni czas nie był dla nas najłatwiejszy. Pojawiła się obojętność, która mogła zagrozić nawet najlepszym. Najpierw była przyjaźń, potem miłość, a teraz od pewnego czasu nasz związek nazwałabym chyba przykrym obowiązkiem. Nie mam pojęcia, dlaczego tak się stało i co się zmieniło.
Spojrzałam przez ogromne okno w kierunku Pałacu Kultury i Nauki, a potem odwróciłam się na krześle w stronę Roberta. Stał z rękoma w kieszeni, a jego zirytowana mina jedynie potwierdzała, że ta wredna barwa głosu nie była przypadkowa. Był na mnie wściekły, a ja nie rozumiałam dlaczego.
Wstałam i delikatnie poprawiłam spódnicę, na którą zerknął. Wzrok mu złagodniał. Przykra sprawa - bez względu na jakość naszej relacji cały czas pociągałam go fizycznie, i jeśli miałabym ochotę w tamtej chwili na szybki numerek, porzuciłby wszystkie obowiązki, by to ze mną zrobić. Gdybym jednak powiedziała, że mam chandrę, wyśmiałby mnie i kazałby mi zapisać się do psychologa. Takie momenty zmuszały mnie do zastanowienia się, czy na pewno właśnie z takim mężczyzną chcę założyć rodzinę... Chyba zbyt często myślę o tym w ten sposób.
- Mówię do ciebie, Liwia! - warknął zniecierpliwiony, a ja tylko zmarszczyłam czoło. Zaczynał mnie irytować.
- Nie tym tonem, Robert - odpowiedziałam spokojnie i chwyciłam filiżankę z zimną kawą.
- Jeżeli za chwilę łaskawie nie złożysz podpisów na tych cholernych dokumentach, wstrzymają nam cały transport na południe Polski. - Westchnął i oparł ręce na biodrach; dostrzegłam, jak bardzo ze sobą walczy. - Liwia, kochanie...
Podeszłam do czarnej teczki z nadrukowanym logiem naszej firmy. Nerwowo wyciągnęłam dokument i ku jego niezadowoleniu miałam czelność go jeszcze teraz przeczytać, tracąc bezcenny czas.
- Przecież cię nie oszukam! Podpisuj!
Odłożyłam spokojnie kartkę i spojrzałam mu w oczy. Oblizałam wargi, a moje rozszerzone nozdrza zapewne zdradzały już moje zdenerwowanie.
- Nie jestem tutaj twoim robolem, Robert. Jeszcze raz odezwiesz się do mnie w taki sposób, a gorzko tego pożałujesz - warknęłam.
- Masz rację, skarbie. Przepraszam. Po prostu się spieszę, a wiesz, że gdy jestem pod presją, bywam impulsywny. Nie lubię tego, ale jeszcze bardziej nie lubię płacić kar za niespełnienie warunków umowy.
Bez słowa nachyliłam się nad biurkiem i podpisałam dokumenty, po czym wyszłam ze swojego gabinetu. Zostawiłam Roberta samego. Zatrzymałam się obok Joasi, która była naszą sekretarką, i poinformowałam ją, że do końca dnia będę nieobecna.
Kątem oka dostrzegłam Roberta, który z rękoma w kieszeniach stanął w drzwiach i obserwował moje ruchy. Nie mogłam rozgryźć jego wyrazu twarzy. Na szczęście nie próbował mnie zatrzymać.
Wyszłam na korytarz i złapałam windę, którą zjechałam do garażu podziemnego. Skierowałam się w stronę swojego Audi i gdy zamknęły się za mną jego drzwi, zaczęłam bezgłośnie płakać. Nie chciałam, by Robert widział, że jego zachowanie sprawia mi ból. Byłam wściekła, że takie sytuacje w ogóle miały miejsce. Nie powinniśmy rozmawiać ze sobą w taki sposób. Przecież byłam jego kobietą.
To tak nie może wyglądać... Czy naprawdę takiego życia dla siebie pragnę?
W końcu wzięłam głęboki wdech i chusteczką starłam rozmazany makijaż. Byłam zrezygnowana i za nic w świecie nie wiedziałam, dokąd jechać. Cofnęłam fotel, by się wygodnie rozłożyć i przez chwilę pomyśleć. Zamknęłam oczy i próbowałam zwizualizować sobie, że w tej chwili jestem gdzieś wysoko w górach. Nic mi tak bardzo nie pomagało jak to.
Mój spokój został jednak zaburzony. Spodziewałam się, że to Robert, ale dostrzegłam imię sekretarki.
- Tak, Joanno? - zapytałam od niechcenia.
- Wiem, że mówiła pani, że wychodzi, ale przeoczyłam coś w kalendarzu... Właśnie zaczęło się spotkanie.
- Jakie spotkanie? - Zmrużyłam oczy i wyciągnęłam z torebki kalendarz. Upewniłam się, że nic nie mam w nim na dziś zapisane.
- Reklamowe, pani Liwio. Dałam ciała, bo zapomniałam zaktualizować w systemie. Przepraszam. Ci panowie już tu czekają. Są wściekli, że zostali...
- Jezu, dobrze - przerwałam jej. - Idę do góry. Zrób im, Joasiu, po kawie i powiedz, że wyskoczyłam opłacić parking, albo wymyśl coś bardziej wiarygodnego. Za minutę będę.
Wysiadłam i popędziłam w kierunku windy. Przy recepcji wyłapałam tylko smutne spojrzenie Joanny. Pokręciłam głową, bo mój narzeczony pewnie nie zostawiłby na niej suchej nitki. Ja nie zamierzałam jej dawać reprymendy. Jesteśmy, cholera, tylko ludźmi.
Otworzyłam drzwi do sali konferencyjnej i spostrzegłam dwóch mężczyzn w garniturach. Jeden z nich siedział tyłem do mnie i na dźwięk mojego głosu jedynie lekko odchylił głowę.
- Bardzo panów przepraszam. Sekretarka pewnie wyjaśniła powód mojej nieobecności.
- Tak. Na migrenę polecam akupunkturę - powiedział mężczyzna stojący na wprost mnie, a potem wyciągnął do mnie rękę, którą delikatnie ścisnęłam. - Marek Makłowicz. Jest ze mną mój przyjaciel, Daniel Terlecki.
Zamarłam, gdy usłyszałam to nazwisko. Niemal od razu przeniosłam wzrok na mężczyznę, który początkowo był do mnie tyłem. Ścisnęło mnie w gardle, gdy spojrzałam mu w oczy.
- To dla mnie zaszczyt - wydusiłam, dotykając ręki tego legendarnego już człowieka.
Daniel Terlecki był w tamtym momencie najzdolniejszym polskim himalaistą, którego wyczyny śledziłam przez ostatnie lata. Po tragicznej wyprawie na K2, kiedy to stracił swoją partnerkę, zniknął na jakiś czas w czeluściach żałoby i przestał się wspinać. To była wielka szkoda, bo był dla mnie największą inspiracją. Cechowały go niezwykła siła, zwinność i możliwości, których nie powstydziłby się nawet Szerpa.
- Dziękuję - odpowiedział sucho i odwrócił wzrok w kierunku okna.
Przyjrzałam mu się; był naprawdę przystojnym mężczyzną z niebanalnymi rysami twarzy. Miał ciemnoblond włosy i chabrowe oczy w nieco kocim kształcie. Cechowała go jakaś niezidentyfikowana dzikość, która idealnie zgrywała się z jego osobowością. Fascynował mnie, choć nie wydawał się specjalnie wylewny.
Poprosiłam mężczyzn, by usiedli, i zajęłam miejsce przy środkowej części stołu, by móc mieć ich obu w zasięgu wzroku. Moi goście wpatrywali się w siebie, jakby licytowali się, kto ma zacząć tę rozmowę. Postanowiłam ich wyręczyć.
- Słucham panów. Podobno macie dla mnie jakąś propozycję. Domyślam się, że nie przyszliście tutaj tylko posiedzieć.
- Pani Liwio, jesteśmy himalaistami... - zaczął Makłowicz.
- Znam was. Interesuję się tematyką alpinizmu. Sama również chodzę w wysokie góry - wtrąciłam, wierząc, że w ten sposób zyskam u nich jakąś aprobatę. Nie wiem, dlaczego mi na tym zależało. Być może po prostu chciałam poczuć z kimś więź pod tym względem. Niestety minimalny uśmiech na twarzy Terleckiego sprawił, że wcale nie poczułam się tak, jak chciałam. Miałam wrażenie, że był to odrobinę szyderczy gest z jego strony.
No tak, nie twój poziom...
- Okej, w takim razie, jeśli pani również kocha góry, chcielibyśmy porozmawiać na temat możliwości, jakie byłaby w stanie zaoferować nam państwa firma - zaczął Makłowicz.
- To znaczy? - Uniosłam z zaciekawieniem brew i zerknęłam na Daniela, który bawił się swoimi mankietami wystającymi spod rękawa.
Skarciłam się w myślach za to, że w ogóle zwracam uwagi na takie szczegóły.
- Chcemy zakończyć projekt Terlecki Adventure. Słyszała pani o nim?
- Każdy o nim słyszał... - odparłam nieco zaintrygowana i założyłam ręce na piersiach.
- Świetnie. Brakuje nam tylko jednego szczytu. Pozostał Mount Everest - podsumował starszy z mężczyzn.
W tym momencie Daniel uniósł głowę i spojrzał na mnie tak, że poczułam przepływające przez ciało ciepło. Wypuściłam powietrze i zaczęłam się nerwowo bawić palcami.
Boże, co się ze mną dzieje?
- Ile potrzebujecie pieniędzy? - Zamrugałam i skierowałam ponownie wzrok na Makłowicza.
- Trudno jeszcze to wszystko dokładnie oszacować, ale dwieście tysięcy złotych to absolutne minimum, którego nam brakuje.
Pokiwałam głową i oparłam się wygodnie o krzesło, założywszy nogę na nogę. Daniel chyba na mnie zerknął, a może po prostu mi się wydawało. Niepotrzebnie skupiałam na nim swoją energię. Zaczęłam analizować wszystko i nagle pomyślałam, że taka szansa może się już nigdy nie pojawić.
- Przepraszam was, panowie. Muszę na chwilę wyjść.
- Oczywiście - odpowiedzieli razem, choć Terlecki z wyraźnym ociąganiem.
Zamknęłam drzwi i podeszłam do Joanny. Spojrzała na mnie wyczekująco.
- Muszę wykonać szybki telefon - poinformowałam ją i wybrałam numer do księgowej. Rozmowa zajęła mi krótką chwilę.
- Czy mogę w czymś pomóc? - zapytała sekretarka, gdy się rozłączyłam.
- Nie trzeba. Gdyby Robert o coś pytał, udajesz, że nic nie słyszałaś. To prywatna sprawa.
Kiwnęła głową, a ja poprawiłam spódnicę i wróciłam do sali. Mężczyźni spojrzeli po sobie, a potem skupili na mnie pełną uwagę, chociaż przez cały czas odnosiłam nieodparte wrażenie, że Daniel nie do końca komfortowo się czuje; tak jakby w ogóle nie chciał tu być.
- Dobrze - zaczęłam i otworzyłam notes, by zapisać w nim kwotę, którą przez telefon podała mi księgowa. - To jest suma, którą mogę wam przekazać, jeśli będzie taka potrzeba.
Przesunęłam kartkę w ich stronę. Starszy z mężczyzn chrząknął i szeroko otworzył oczy.
- Nie potrzebujemy aż tyle...
- Tego to jeszcze nie wiemy. Oczekujecie kasy, a takiej wyprawy nigdy nie da się zaplanować w stu procentach, prawda? - Spojrzałam na Daniela, ale on tylko zacisnął mocno szczękę i wbił spojrzenie w blat stołu. - Rozumiem, że mielibyśmy zostać głównymi sponsorami?
- W tej sytuacji to chyba jedynymi. Za takie pieniądze mogę się okleić waszym logiem - stwierdził Makłowicz.
- Chętnie pomożemy, ale pod jednym warunkiem. - Teraz albo nigdy. - Weźmiecie mnie ze sobą.
Daniel
Ja się chyba, kurwa, przesłyszałem!
- Bardzo przepraszam, że wtrącam się w tę absurdalną rozmowę, ale czy pani właśnie powiedziała, że chce wejść z nami na najwyższy ośmiotysięcznik? W zamian za pieniądze? - Prychnąłem rozbawiony, bo to przecież musiał być żart. - To nie biuro turystyczne.
Marek uniósł brew, a pani Ładna Buźka wydęła nerwowo usta.
- Daniel... - Marek westchnął i pokręcił głową. Nie miał ze mną lekko, ale totalnie mnie to nie obchodziło.
- Nie widzisz, że to paranoja? - zapytałem go, lecz on tylko zwiesił głowę. Był przekonany, że nasza szansa na zakończenie misji właśnie znika bezpowrotnie.
Zacisnąłem mocno powieki i nabrałem tlenu w płuca. Może faktycznie powinienem się uspokoić. Spojrzałem na kobietę, która nie miała zielonego pojęcia, o czym mówi. To zapewne kolejna turystka, która po zdobyciu Rysów myślała, że może wszystko.
- Miło, że w końcu się pan odezwał, panie Danielu. - Zrobiła pauzę, a ja nie zamierzałem wykorzystać tego, by coś powiedzieć. W zasadzie powiedziałem już wszystko. Teoretycznie powinniśmy byli w tym momencie zakończyć rozmowę, ale ona kontynuowała: - Wbrew temu, co pan sobie o mnie myśli, nie jestem laikiem.
Zadzwonił telefon Marka, co na krótką chwilę nas rozproszyło. Uniósł rękę, by zaznaczyć, że mamy sobie nie przeszkadzać, odrzucił połączenie i ponownie skupił się na rozmowie.
- Proszę, niech pani mówi dalej - odezwałem się, bo ostatecznie coś w tej kobiecie wzbudzało moją ciekawość. Posłałem jej delikatny uśmiech, chociaż i tak z pewnością miała mnie za skurwiela.
- Tak... - Poprawiła się na siedzeniu, wyraźnie zakłopotana. - Więc... ja sama również mam jakieś osiągnięcia. Dla mnie Everest także jest ostatnią górą do zdobycia.
Ściągnąłem usta i założyłem ręce na piersiach.
- Korona Ziemi? - wtrącił Marek.
- Dokładnie - odpowiedziała z ulgą Liwia. Chyba poczuła się zrozumiana.
- To wspaniale! - Marek klasnął w dłonie i spojrzał na mnie błagalnie. Mentalnie klękał przede mną i prosił o wsparcie.
- Wykluczone - warknąłem, a komórka Marka znowu się rozdzwoniła. - Wyjdź i odbierz ten pierdolony telefon!
- Odbiorę, ale błagam, spuść z tonu i zacznij się normalnie zachowywać.
Olałem jego uwagę, rozpiąłem tylko górny guzik koszuli. Marek wstał i, wychodząc, odebrał połączenie.
Momentami zaczynałem mieć dość tych swoich humorków. Wykorzystując nieplanowaną przerwę, wstałem z krzesła, wsunąłem dłonie do kieszeni i podszedłem do dużego okna.
- Dlaczego to dla pana aż tak duży problem? - Usłyszawszy te słowa, lekko odwróciłem głowę.
Kobieta podeszła do mnie i zatrzymała się tak blisko, że mogłem poczuć zapach jej perfum. Coś załaskotało mnie w podbrzuszu. Coś, co pewnie przypominało mi, że powinienem znaleźć sobie jakąś laskę, chociaż na jedną noc, bo zaczynałem świrować od takich drobiazgów.
- To wyprawa doświadczonych ludzi. Nie może pani sobie z nami wyruszyć, jakbyśmy organizowali wycieczkę na Śnieżkę.
- Zdobywałam już wysokie szczyty - warknęła w odpowiedzi, czym mnie tylko rozjuszyła.
- Ale nie ośmiotysięczniki! - Stanąłem z nią twarzą w twarz. - Prawda?!
Spojrzeliśmy sobie głęboko w oczy i na moment zamarłem, gdy w jej ciemnych tęczówkach zobaczyłem coś więcej... Coś, czego nie mogłem określić. Jakąś wyjątkowość, która wzbudziła moje zainteresowanie. Zamrugałem i oblizałem spierzchnięte wargi. Nie nabiorę się na tanie sztuczki. Podszedłem do stołu, byle tylko się od niej odsunąć. Ona jednak wcale nie skończyła tej popieprzonej rozmowy.
- Nie, ale przecież w tak wysokie góry nie da się przygotować, prawda? Pierwsze takie wejście zawsze jest szokiem dla organizmu.
- Samo to, że pani tak mówi, świadczy o tym, że nie powinna tam pani wchodzić.
- Pan dobrze wie, o czym ja mówię, tylko próbuje pan ze mnie zrobić idiotkę. Przecież po to jest aklimatyzacja! Umiem się poruszać w Himalajach. Mam naprawdę solidną wiedzę i dobre przygotowanie fizyczne. Nie należę do grupy turystów, którzy wykupują wejście na Everest z komercyjnymi grupami.
- A może to nie byłby taki zły pomysł? - Zmarszczyłem brwi.
Usiadła naprzeciwko mnie. Moja uwaga, o dziwo, wcale jej nie rozjuszyła. Chyba była bardziej opanowana ode mnie.
- Nie chcę. - Uniosła dumnie głowę i spojrzała na mnie wyzywająco. - Każdą górę zdobywałam z szacunkiem. Tak samo będzie z Everestem.
Zdjęła marynarkę i rzuciła ją na stół. Jej biała koszula napięła się tak niebezpiecznie, że przez moment mogłem dostrzec kawałek koronki wystający przez szparę między guzikami. Uniosłem jednak wzrok, by nie zachowywać się jak gówniarz.
- Każdą górę zdobywaliśmy stałym składem. Nie chcę, by ktoś obcy mieszał się w naszą wyprawę. - Zagrałem dosyć wrednie, ale chyba brakowało mi argumentów.
- Część grupy przecież zginęła - powiedziała, po czym zacisnęła wargi. - Przepraszam, nie powinnam była tego mówić.
Od razu zrozumiała, że przekroczyła granicę, ale ja i tak poczułem wszechogarniającą wściekłość.
- Pani obecność nie jest warta tych pieniędzy - wyplułem z siebie ze złością.
- Tego już za wiele - rzuciła, nachyliła się w moim kierunku i zmieniła ton. - Po co tu właściwie przyszedłeś?
W tym momencie do sali wrócił Marek, który od razu wszedł nam w słowo:
- Przepraszam, ale moja córka miała jakiś wypadek w szkole. Prawdopodobnie złamała nogę. Zgrabna to ona chyba jest po mamusi. - Zorientował się, że nikt się nie zaśmiał, więc wypuścił głośno powietrze i mówił dalej: - Moja żona jest poza miastem w delegacji, więc muszę wracać. Danielu, zostaniesz sam?
- Spotkanie zakończone. Szukamy innego sponsora - skwitowałem i wstałem z krzesła.
Wyciągnąłem rękę, by się pożegnać. Liwia podniosła się i po prostu spojrzała mi w oczy. Patrzyłem na nią o kilka sekund za długo, cofnąłem dłoń, a potem po prostu wyszedłem. Ruszyłem do windy, gdzie dogonił mnie rozzłoszczony kolega.
- Jak ty się zachowujesz, Daniel?! Ja pierdolę! Mieliśmy już w kieszeni praktycznie całość kasy! A nawet więcej! - warknął, gdy drzwi się rozsunęły.
Nawet nie zamierzałem na to odpowiadać. Byłem w szoku, że okazał się tak głupi, by chcieć sprzedać naszą ideę za gotówkę. Wolę przerwać program, niż martwić się o życie jakiejś zbłąkanej owieczki, która ma aspiracje do czegoś, czego robić nie powinna. Kilkukrotnie uderzyłem w przycisk, by dźwig w końcu ruszył w dół.
- Odpowiedz mi, do cholery!
- Spierdalaj, Marek! Nie zamierzam brać odpowiedzialności za coś tak durnego.
Gdy znaleźliśmy się na dole, od razu opuściłem budynek. Ignorowałem gderającego faceta przy moim boku.
Na Chmielnej znałem całkiem przyzwoitą knajpkę i z radością odkryłem, że mimo wczesnego popołudnia była już otwarta. Wszedłem, złożyłem zamówienie przy barze, by nie tracić czasu, i usiadłem na kanapie. Niestety kolega usiadł naprzeciwko mnie, co oznaczało, że nie zamierzał mi tak łatwo odpuścić. Chyba jednak zapomniał, że potrafię być bardziej uparty od niego.
- Spokojnie, Daniel. Wyjaśnij mi spokojnie, jaki ty masz tak naprawdę problem.
- Ta kretynka zasugerowała, że może wejść na górę zamiast Beaty!
- Tak dokładnie powiedziała? - Zmarszczył brwi z irytacją, a ja przewróciłem oczami.
- Nie, w ogóle nie użyła takich słów, ale odniosła się do tego, że część ekipy zginęła. - Pokręciłem głową, bo już chyba sam się pogubiłem w swoich myślach.
Kumpel odszedł na chwilę, by sobie również zamówić coś do picia, a potem spojrzał na mnie nieco spokojniej niż wcześniej.
- Człowieku, wybraliśmy sobie jedną z gorszych pasji. Beata doskonale wiedziała, z czym się ona wiąże. Tylko minęło już dużo czasu, a ty musisz ruszyć dalej. Myślisz, że chciałaby patrzeć, jak się przez nią zatracasz?
Kelner postawił przed nami zamówiony alkohol; od razu wypiłem pół porcji. Wziąłem głęboki wdech i spuściłem głowę. Uspokajałem się, bo słowa przyjaciela zaczynały do mnie docierać.
- Ciągle się zastanawiam, czy to dobry pomysł. Czy powinniśmy igrać z górami, kiedy one już raz nas tak potraktowały. Zabiły miłość mojego życia, a z czymś takim nie da się pogodzić. - Marek nerwowo przełknął ślinę i ściągnął usta. Cała akcja, do której doszło na K2, wbiła się w nas wszystkich tak mocno, że trudno było o tym rozmawiać. - Obaj jednak wiemy, że wejdę tam z wami, bo obiecałem Beacie, że bez względu na wszystko nie przerwiemy swojego dzieła, i teraz po prostu nadszedł czas, by móc ruszyć dalej.
- Powinniśmy zdobyć tę górę i zamknąć ten rozdział.
Uśmiechnąłem się delikatnie.
- Tak, dokładnie. Ciągle czuję, że część mnie tkwi w tym wyzwaniu, a ja nie chcę tak żyć. Kurwa... - Przetarłem twarz dłońmi i wypiłem kolejny łyk whisky. - Beata by nie chciała... - Nie mogłem dokończyć. Coś mnie blokowało.
- Nie chciałaby, żebyś ciągle był sam. Nie chciałaby też, żebyś przestał się wspinać. To była żywiołowa kobieta. Jestem przekonany, że w tej chwili, w tym swoim niebiańskim mieszkanku, wkurwia się, że przechodzisz żałobę dłużej, niż powinieneś.
Zaśmiałem się lekko, bo wyobraziłem sobie tę scenę. To było bardzo realne.
- Nie chcę, ale chyba muszę się z tobą zgodzić, Marek.
- Bo ja mam zawsze rację. - Puścił do mnie oczko. - W takim razie co złego jest w propozycji Sosnowskiej?
Skrzyżowałem ramiona na piersiach i ciężko westchnąłem.
- Uważasz, że nasza grupa powinna w taki sposób ewoluować?
- Nie pieprz. Nie o to chodzi. Boisz się ją zabrać, prawda?
- To nie o to... - Zagryzłem policzek i spojrzałem w bok, gdzie jakiś facet całował swoją zasmuconą kobietę. Odwróciłem od nich wzrok. - Tak, Marek. Nie wiem, czy dam radę znowu wziąć na siebie odpowiedzialność za czyjeś życie.
- Ech, to jaka jest twoja propozycja? Nie mam już pomysłu. Wszyscy inni potencjalni sponsorzy nawet nie chcieli nas do siebie zaprosić. Nasza wyprawa dla wielu jest już przeszłością. Może jeszcze to przemyśl? Jesteś kierownikiem wyprawy, masz największe możliwości.
Dokończyłem drinka, zostawiłem na stole pieniądze i wyszliśmy. Taka ilość alkoholu okazała się wystarczająca, by chociaż odrobinę ukoić moje nerwy i te najgłębiej schowane żale. To nie był odpowiedni czas, by do tego wracać.
Stanąłem przy jednej z ławek i przeczekałem, aż ominie nas większa grupka turystów.
- Jutro jestem umówiony u doradcy kredytowego. W tej pieprzonej korporacji zarabiam całkiem ładnie, więc może uda mi się wziąć kredyt.
- Chciałeś kupić za to dom, Daniel...
- Na dom przyjdzie czas. Nie mogę zamknąć tej historii bez tego.
Poklepałem go po ramieniu i odszedłem w kierunku metra. Mieszkałem na Ursynowie, w mieszkaniu, które zostawili mi rodzice w momencie, gdy wybudowali sobie dom w Zakopanem. Jest duża szansa, że miłość do gór wyssałem z mlekiem matki. Stamtąd pochodzili i tam chcieli wrócić na starsze lata. Mój tata zmarł niedługo po przeprowadzce, ale to nie zmieniło decyzji mamy. Została tam i do tej pory prowadzi niewielki gabinet stomatologiczny. Wiedziałem, że złamię jej serce, gdy dowie się, że znowu wyruszam w góry, ale miałem jakieś podskórne przeczucie, że nigdy tego nie powie. Jej ogromne wsparcie było ewenementem. Wielu wspinających nie mogło się tym pochwalić, bo niektóre rodziny wręcz nie potrafiły się pogodzić z pasją jednego z członków. Tacy też byli rodzice Beaty. Nigdy nie zapomnę oczu jej matki, gdy przyjechałem do Szczecina, by oddać im jej prywatne rzeczy, które pozostawiła w bazie. Chwyciła wtedy torbę, którą miałem w ręku, i uciekła do salonu, płacząc tak bardzo, że i mnie coś znowu ścisnęło. Jej ojciec wyszedł do mnie i przypomniał mi, że obiecałem ją chronić. Poczułem się, jakbym dostał od niego w twarz - znowu się złamałem i miesiącami piłem, obwiniając się o jej śmierć.
Nadszedł jednak moment, gdy zrozumiałem, że nie byłem winny temu, co ją spotkało. Oboje kochaliśmy góry i świadomie podejmowaliśmy każdą decyzję o wyjściu. To zawsze wiązało się z ogromnym ryzykiem. Wiedzieliśmy, że pewnego razu tylko jedno z nas może wrócić do domu. Ale to była tylko teoria, w praktyce zetknięcie się z tym było najtrudniejszym doświadczeniem, z jakim przyszło mi się mierzyć. Nigdy nie zapomnę tego bólu, który czułem, gdy wsiadałem do helikoptera. Miałem odmrożenia, które pozwoliły mi zejść tylko do najbliższego lądowiska. Odrywałem nogi od ziemi i miałem wrażenie, że rozrywam nić, która trzymała mnie z Beatą. Wpatrywałem się w okno i próbowałem zlokalizować miejsce, w którym leżało jej ciało - co było nierealne.
Po jakimś czasie udało mi się zdobyć pieniądze, by sprowadzić ją na dół, co wiązało się z niesamowicie trudnym i ryzykownym przedsięwzięciem. Chciałem to jednak zrobić, by móc ją godnie pochować. Niestety, Szerpowie nigdzie jej nie znaleźli. Prawdopodobnie zsunęła się gdzieś w szczelinę, gdzie spoczęła już na zawsze. Najpierw czułem wściekłość, a potem pomyślałem, że może tego właśnie chciała - zostać tam, gdzie kochała być najbardziej. Miewałem jednak koszmary, w których Beata woła mnie o pomoc i przypomina, jak bardzo nie lubi być tam sama.
Odsunąłem od siebie wspomnienia, gdy godzinę później wszedłem do swojego mieszkania. Od razu chwyciłem laptopa, by usiąść z nim na kanapie. Gdy ten się uruchamiał, popatrzyłem na zwisające na ścianie kable od telewizora, którego wciąż nie kupiłem. Wyciągnąłem wygodnie nogi i uruchomiłem portal społecznościowy, na którym w kilka sekund odnalazłem panią Ładną Buźkę. Niezbyt wiele się dowiedziałem. Jej zdjęcie profilowe faktycznie mogło sugerować, że potrafi się wspinać, ale przede wszystkim spodobało mi się, jak seksownie wygląda w uprzęży. Zamknąłem komputer i wyszedłem na niewielki taras. Musiałem pomyśleć.