Złap zająca - Lana Bastašić

Kup ebooka

39.90 zł
31.12 zł (30,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

2.

We­szłam do miesz­ka­nia z pu­stymi rę­kami. Mia­łam ku­pić nową za­słonę. I jesz­cze coś, o czym za­po­mnia­łam. W drzwiach przy­wi­tały mnie jego szare kap­cie. Je­den miał ode­rwaną po­de­szwę. Otwie­rała się i za­my­kała przy każ­dym kroku, jakby miała coś na końcu ję­zyka, ale nie mo­gła so­bie przy­po­mnieć co. To były trzy­dzie­ste piąte uro­dziny Mi­cha­ela, te kap­cie. Po­da­ro­wa­łam mu też wtedy płytę, nie pa­mię­tam już jaką. Ku­pi­li­śmy tort Red Ve­lvet i żar­to­wa­li­śmy, że na pewno wy­pad­nie nam z rąk w dro­dze do miesz­ka­nia. Za­trzy­ma­li­śmy się przed ap­teką, która była znana tylko z tego, że ja­kaś po­stać li­te­racka przed po­nad stu laty ku­piła tam my­dło.

- A może się po­bie­rzemy? - spy­tał Mi­chael.

- Nie bądź śmieszny - od­par­łam.

Otwo­rzy­łam pu­dełko i wbi­łam palce w zimne, gąb­cza­ste ciało czer­wo­nego tortu. Był smaczny.

- Wszyst­kiego naj­lep­szego z oka­zji uro­dzin - po­wie­dzia­łam do Mi­cha­ela.

I na tym sta­nęło, idea mał­żeń­stwa zo­stała od­rzu­cona pod tą ap­teką jak nie­sku­teczna pi­gułka. Mama po kilku la­tach prze­stała się do­py­ty­wać. Od­wie­dziła nas tylko raz. Spała ze mną w wiel­kim łóżku, pod­czas gdy Mi­chael wier­cił się na ka­na­pie. Wstała o siód­mej i za­częła wa­lić garn­kami w kuchni. Wie­dzia­łam, co my­śli: że przy­no­szę jej wstyd na cały świat. Cała Ir­lan­dia bę­dzie wie­dzieć, że matka nie na­uczyła mnie sprzą­tać. Wie­dzia­łam też, co my­śli Mi­chael: wpa­try­wał się w jej wiel­kie ciało i za­sta­na­wiał się, czy to jest za­pi­sane w ge­nach. Za­wsze była pulchna, ale po śmierci taty udało jej się cał­ko­wi­cie prze­po­czwa­rzyć. My­śla­łam o jej ja­snych wło­sach spa­da­ją­cych na moją twarz, kiedy usy­piała mnie wie­czo­rem. Te­raz zo­stało kilka cien­kich ko­smy­ków wo­kół tłu­stej twa­rzy, która zlała się z szyją. Pa­mię­tam, co po­wie­dział Mi­chael: "Twoja mama ma na­prawdę ładne oczy". Tylko tyle zo­stało mu do po­chwa­le­nia. A ja go za to nie­na­wi­dzi­łam. Chcia­łam przy­tu­lić moją wielką mamę i osło­nić przed jego spoj­rze­niem.

Ulżyło mi, kiedy wró­ciła do domu. Ku­piła so­bie ogromny ku­fel, na któ­rym była na­ma­lo­wana ko­ni­czyna, choć ni­gdy nie piła piwa, i pa­pie­ro­śnicę z ir­landzką flagą, choć ni­gdy nie pa­liła. Wsia­dła do sa­mo­lotu i wró­ciła do Bo­śni. Po ja­kimś cza­sie prze­stała się od­zy­wać. Mi­chael i ja wró­ci­li­śmy do nor­mal­nego ży­cia. On do pi­sa­nia swo­ich ko­dów, ja do tłu­ma­cze­nia. Nikt już nie wspo­mi­nał ani o ślu­bie, ani o mo­jej ma­mie.

Nasz pierw­szy seks trwał pięć mi­nut. On był pi­jany, ja pa­da­łam ze zmę­cze­nia, a jego pies skam­lał w przed­po­koju. Na dwo­rze darli się roz­wy­drzeni du­bliń­czycy. Mi­chael za­snął w tej sa­mej chwili, w któ­rej ci­snął w kąt pre­zer­wa­tywę. Ja po­szłam się umyć do ła­zienki. Pierw­szy raz by­łam w jego miesz­ka­niu. Po­tem sta­nie się ono na­szym miesz­ka­niem, a więc i moim, choć tak na­prawdę ni­gdy nie było ani jed­nym, ani dru­gim - na­le­żało do przy­sa­dzi­stej, ma­ją­cej już sześć­dzie­siąt lat Ir­landki, która flir­to­wała z Mi­cha­elem, a mnie igno­ro­wała. Ale tej nocy, po pię­ciu mi­nu­tach seksu, to na­dal było tylko miesz­ka­nie Mi­cha­ela. Nie zna­łam jego za­kąt­ków, ude­rzy­łam się w pa­lec u nogi. W ła­zience otwo­rzy­łam szafkę nad lu­strem i zna­la­złam wy­star­cza­jąco dużo anal­ge­ty­ków, żeby uśpić ko­nia. Te mi­greny Mi­cha­ela. Póź­niej za­po­znam się z nimi. Le­karz mu po­wie, żeby mniej wpa­try­wał się w kom­pu­ter. Wy­buch­niemy śmie­chem. Ale tam­tej nocy to była tylko sterta nie­zna­nych mi pi­gu­łek w ła­zience ja­kie­goś fa­ceta, któ­rego po­zna­łam noc wcze­śniej. Prze­spa­łam się z nar­ko­ma­nem, po­my­śla­łam. Wy­znam mu to po­tem, przy czwar­tym albo pią­tym wspól­nym wyj­ściu. To bę­dzie dla niego naj­za­baw­niej­sza rzecz na świe­cie.

Jak długo sie­dzia­łam w tej ła­zience? Na jed­nym z ka­fel­ków przy­kle­jona była si­li­ko­nowa ka­czuszka. W umy­walce za­le­gały rude włosy. Czu­łam ból mię­dzy udami. Wzię­łam dwie pi­gułki Mi­cha­ela i po­ży­czy­łam so­bie ręcz­nik. My­śla­łam, że ta noc bę­dzie lep­sza, wszystko na to wska­zy­wało. Mą­dry fa­cet. Oczy­tany. Dow­cipny. Tro­chę zwa­rio­wany. Lubi Co­hena. A póź­niej wszystko trwało pięć mi­nut, po czym mą­dry fa­cet za­snął. Sie­dzia­łam w ob­cej ła­zience, nie wie­dząc, że pew­nego dnia bę­dzie moja, i my­śla­łam o wszyst­kich du­bliń­czy­kach, z któ­rymi spa­łam, od kiedy spro­wa­dzi­łam się do tego mia­sta. Przez głowę prze­le­ciały mi wszyst­kie zu­żyte pre­zer­wa­tywy. Nie­zbyt duży ba­sen zmar­no­wa­nej ir­landz­kiej ge­ne­tyki. Jak z nimi koń­czy­łam? Te­raz też tak bę­dzie, po­my­śla­łam. Wyjdę z ła­zienki i za­mó­wię tak­sówkę. Nie da­łam mu nu­meru te­le­fonu, nie bę­dzie mnie na­ga­by­wał.

Na pralce sterta jego brud­nych ubrań. Wy­cią­gnę­łam ze stosu ko­szulkę z po­do­bi­zną Dar­tha Va­dera i przy­ło­ży­łam do sie­bie. Była wielka i śmier­działa ha­szy­szem. Odło­ży­łam ją i wy­szłam z ła­zienki, zde­cy­do­wana ubrać się i we­zwać tak­sówkę. Zna­la­złam dżinsy i tylko jedną skar­petkę. Jego pies pil­nie mi to­wa­rzy­szył, jak­bym nie była pierw­szą, która kręci się po tym miesz­ka­niu w po­szu­ki­wa­niu wyj­ścia. Chcia­łam zna­leźć bluzkę w ja­dalni, w któ­rej wtedy był ja­kiś inny stół, nie ten, który zło­żymy ra­zem kilka lat póź­niej. W tym mo­men­cie chcia­łam tylko od­szu­kać swoją bluzkę, wyjść i uda­wać, że nic się nie stało. On chra­pie w dru­gim po­koju, na­wet nie za­uważy, że wy­szłam. Drugą skar­petkę może so­bie za­cho­wać na pa­miątkę.

Zna­la­złam bluzkę koło te­le­wi­zora i wło­ży­łam ją przez głowę, za­sta­na­wia­jąc się, jaką tak­sówkę we­zwać, wście­kła, że znowu będę mu­siała wy­dać eks­tra pie­nią­dze. Po­tem spoj­rza­łam w górę, w stronę pó­łek na ścia­nie, i na­gle się za­trzy­ma­łam. Ze sterty pod­ręcz­ni­ków kom­pu­te­ro­wych wy­sta­wała czarna ksią­żeczka. Grzbiet zdo­biły srebrne li­tery. Prze­czy­ta­łam: "Wy­spa skar­bów, R.L. Ste­ven­son". Sta­łam i pa­trzy­łam, jak słowa roz­bły­skują w ulicz­nym świe­tle, które wpa­dało przez bal­kon do sa­lonu. Prze­su­nę­łam pal­cami po li­te­rach, były wy­brzu­szone jak za­ro­śnięta rana. Nic mnie już nie bo­lało - anal­ge­tyk zro­bił swoje. Pies li­zał moją bosą stopę. Pa­trzy­łam na książkę i my­śla­łam o Ji­mie Haw­kin­sie, któ­remu po­wie­dziano, że musi wszystko za­pi­sać, jak było, ni­czego nie może po­mi­nąć. Po ja­kimś cza­sie ro­ze­bra­łam się i wró­ci­łam do łóżka Mi­cha­ela.

Ile lat mi­nęło od tam­tej pory? Od na­szego pierw­szego seksu do te­le­fonu Lejli? Lu­dzie umie­rali każ­dego dnia. Ilu ich prze­stało ist­nieć, od­kąd po­cho­wa­ły­śmy Za­jąca? Ży­cie wielu się za­trzy­mało, pod­czas gdy my dwie na­wet się nie sły­sza­ły­śmy. Kiedy ja po­zna­wa­łam Mi­cha­ela, spa­łam z Mi­cha­elem, ja­dłam torty z Mi­cha­elem, kłó­ci­łam się z Mi­cha­elem - gdzie ona była? Dla­czego nie za­dzwo­niła do mnie tam­tego dnia albo na­stęp­nego, albo wtedy przed ap­teką, albo ja­kie­go­kol­wiek in­nego dnia, poza tym jed­nym? Dla­czego nie za­dzwo­niła przed tamtą chwilą, w któ­rej zo­ba­czy­łam tę wła­śnie książkę na półce Mi­cha­ela? Jakby wie­działa wszystko o moim ży­ciu, o tym, co mi się przy­da­rzy, wcze­śniej, niż ja się do­wiem.

W uszach wciąż wi­bro­wał mi jej ochry­pły głos. Była star­sza, pew­nie grub­sza, ale wciąż miała ten ro­ze­dr­gany, chro­pawy głos. Ode­tchnę­łam głę­boko i po­woli otwo­rzy­łam drzwi, jak­bym się spo­dzie­wała, że za­stanę Mi­cha­ela przy ja­kimś nie­wy­ba­czal­nym za­ję­ciu. Wtedy by­łoby ła­twiej.

Nie zdję­łam bu­tów. Sie­dział w sa­lo­nie i wy­my­ślał ja­kieś kody, któ­rych ni­gdy nie ro­zu­mia­łam. Sta­łam w drzwiach za jego ple­cami i wi­dzia­łam po­rządne zda­nia, utkane z cyfr, li­ter i zna­ków, jak ukła­dają się jedne za dru­gimi, białe na ciem­nym mo­ni­to­rze. Mi­chael za­wsze mó­wił, że cały świat jest za­ko­do­wany, a ja nie je­stem świa­doma, że za pro­gra­mem, któ­rego uży­wam w tłu­ma­cze­niu, za mo­imi ulu­bio­nymi cza­so­pi­smami i play­li­stami, już w cza­sach, kiedy jego pro­fe­sja jesz­cze nie ist­niała, krył się ję­zyk, który jest dla mnie nie­uchwytny. Sta­łam i wpa­try­wa­łam się w ten na­tłok sym­boli, my­śląc, komu tego dnia stwo­rzą świat. Czy nie­świa­do­mie po­mogą ko­muś skoń­czyć dok­to­rat albo za­bić ja­kie­goś po­twora w grze wi­deo, albo - kto wie? - zo­sta­wić list sa­mo­bójcy w no­wym pro­gra­mie? Ten przy­gar­biony czło­wiek w za du­żym nie­fo­rem­nym swe­trze - czyim on jest bo­giem?

Rękę wciąż trzy­ma­łam w kie­szeni płasz­cza; ści­ska­łam te­le­fon, z któ­rego pół go­dziny wcze­śniej wy­pły­nęło to zda­nie: "Ar­min jest w Wied­niu". My­śla­łam, że nie będę się mo­gła spa­ko­wać i po­je­chać na lot­ni­sko, je­śli moje palce wy­pusz­czą ko­mórkę. Wraz z nią zgu­bię i Lejlę, i Ar­mina, i Wie­deń. A co bę­dzie z przy­gar­bio­nym bo­giem w za du­żym nie­fo­rem­nym swe­trze? Nic strasz­nego: Za­grzeb, Mo­star, Wie­deń. Parę ty­go­dni, może mie­siąc, je­śli po­sta­no­wię zo­stać dłu­żej. Te­le­fon co­raz bar­dziej pa­rzył mnie w za­ci­śnię­tej ręce. Bo­śnia, Lejla. To nie są dwu­ty­go­dniowe wa­ka­cje, po któ­rych wra­cam do domu i kładę się do łóżka z Mi­cha­elem. To jak­bym wcze­śniej wró­ciła do he­ro­iny. Zdą­ży­łam się już ska­lać oj­czy­stym ję­zy­kiem.

Po­de­szłam do niego od tyłu i zdję­łam mu słu­chawki z uszu. Prze­stra­szył się. Po­ło­ży­łam mu dło­nie na ra­mio­nach. Czu­łam jed­no­cze­śnie i na­tu­ral­ność tego do­brze zna­nego ge­stu, i prze­ko­na­nie, że tym ra­zem bę­dzie ina­czej.

- To tylko ja - po­wie­dzia­łam.

- Zna­la­złaś za­słonę? - spy­tał, wciąż pa­trząc w ekran.

- Nie - od­par­łam. An­giel­ski za­le­gał we mnie, ce­gła za ce­głą.

- To ja pójdę ju­tro - po­wie­dział - je­śli ci nie prze­szka­dza oglą­da­nie na­szego go­łego są­siada jesz­cze przez je­den dzień.

Usia­dłam na ka­na­pie przy biurku i omio­tłam spoj­rze­niem nasz sa­lon. Na­gle zro­bił się nowy, wi­dzia­łam go jej oczami. Za­pro­sze­nie od Lejli zmie­niło moje ży­cie w mu­zeum. Pa­trzy­łam na ścianę za kom­pu­te­rem Mi­cha­ela, na półki z lu­dzi­kami Lego, ma­łymi kak­tu­sami i książ­kami o ję­zy­kach pro­gra­mo­wa­nia. Po prze­ciw­nej stro­nie cią­gnęła się inna ściana, pełna mo­ich słow­ni­ków i en­cy­klo­pe­dii, z czarno-białą fo­to­gra­fią za­sko­czo­nego si­wego Sa­lin­gera i jego za­ci­śnię­tej pię­ści, która szy­kuje się do roz­bi­cia pry­mi­tyw­nego obiek­tywu. Mię­dzy na­szymi nie­prze­tłu­ma­czal­nymi świa­tami stoi okrą­gły stół, który ra­zem zło­ży­li­śmy któ­re­goś wie­czoru, kłó­cąc się o in­struk­cję. Obok wiel­kiego te­le­wi­zora - zdję­cie jego psa. Cu­krzyca, mu­sie­li­śmy go uśpić. Mi­chael trzy­mał dużą czarną łapę New­tona, ja trzy­ma­łam rękę Mi­cha­ela, pod­czas gdy pies za­pa­dał w sen. Mi­chael pła­kał, wy­cie­rał nos w ra­mię, bo nie chciał nas wy­pu­ścić - New­tona i mnie, łapy i ręki. A da­lej jesz­cze to prze­klęte drzewko awo­kado mię­dzy te­le­wi­zo­rem a biur­kiem, uparta ro­ślina, która prze­żyła wbrew wszel­kim pro­gno­zom, ma­lutka i nie­roz­wi­nięta, bez żad­nego owocu na ho­ry­zon­cie, a jed­nak wciąż żywa, se­zon po se­zo­nie. Roz­pacz­liwe wą­tłe drzewko. Ja, wła­ści­wie dla żartu, po­sa­dzi­łam je zu­peł­nie nie tak, jak na­le­żało. Mi­chael zna­lazł póź­niej in­for­ma­cję na Fa­ce­bo­oku, że trzeba było pestkę po­prze­bi­jać wy­ka­łacz­kami i wło­żyć do szklanki z wodą. A ja wy­ję­łam ją z owocu, oczy­ści­łam sko­rupkę i wsa­dzi­łam głę­boko do ziemi ni­czym ma­giczne ziarnko gro­chu. Przy­po­mi­nało mi to po­grzeb - gład­kie, grube na­sie­nie głę­boko w do­niczce. Jed­nak wkrótce się oka­zało, że ten grób w isto­cie stał się spryt­nie zmaj­stro­waną ko­ły­ską. Mi­chael pod­le­wał ro­ślinkę, od­wra­cał ku słońcu, usu­wał pa­so­żyty z li­ści. Zombi awo­kado. Sie­dzia­łam na ka­na­pie i pa­trzy­łam na nie, jak­bym je wi­działa po raz pierw­szy. Lejla wy­bu­chłaby pod­łym śmie­chem, gdyby zo­ba­czyła to moje drzewko, przy­po­mnia­łaby, że na­leżę do osób, któ­rych ro­śliny zmie­rzają ku śmierci, nie ku ży­ciu.

Mo­głam ją zo­ba­czyć tam, na pod­ło­dze u Mi­cha­ela, jak rzuca bez­wstydne spoj­rze­nie na mój d u b l i ń s k i e p i z o d. Na­wet nie mu­sia­łaby nic mó­wić, oczami zdar­łaby ze mnie Eu­ropę ni­czym fu­tro ze zu­bo­ża­łej snobki i ob­na­żyła moje bał­kań­skie bli­zny bez cie­nia wstydu.

Kiedy już prze­stał stu­kać w kla­wi­sze, Mi­chael od­wró­cił się i spoj­rzał przez okno za mo­imi ple­cami. Dwa ty­go­dnie wcze­śniej do bu­dynku obok wpro­wa­dził się nu­dy­sta. Wi­dzie­li­śmy jego ja­dal­nię z na­szego sa­lonu. Był to czło­wiek w śred­nim wieku, ni­czym się nie wy­róż­niał, miał czer­wone garnki w kropki i czarną ak­tówkę na krze­śle. Na­le­żał do męż­czyzn, któ­rzy prze­ro­śniętą brodą strzegą swo­jego do­sto­jeń­stwa po utra­cie wło­sów. Na ścia­nie w jego ja­dalni wi­siał ka­len­darz z dzie­więć­dzie­sią­tego któ­re­goś roku. Jadł raz dzien­nie, pro­sto z garnka. Słu­chał Szo­sta­ko­wi­cza. Mi­chael się de­ner­wo­wał - a to z po­wodu mu­zyki, a to z po­wodu roz­bu­cha­nego kro­cza fa­ceta, które wi­tało go każ­dego ranka.

- Jest w domu? - spy­ta­łam.

- Nie. Chwała Bogu.

Na­dal pa­trzył w okno. Okruszki chip­sów za­le­gały w jego bro­dzie. Gdyby to był inny Mi­chael, ten, który ist­niał przed te­le­fo­nem Lejli, Mi­chael, który pła­cze, kiedy ja­kiś obcy czło­wiek za­bija mu psa, Mi­chael, który je tort Red Ve­lvet pal­cami, Mi­chael, który w pa­nice szuka więk­szych śrub do nogi od stołu... Może bym mu usu­nęła chipsa z brody w tak na­tu­ralny spo­sób, że na­wet by tego nie za­uwa­żył. Ale te­raz to nie miało sensu. To by było tak, jak­bym do­tknęła po­sągu w mu­zeum. Dla­tego sie­dzia­łam na ka­na­pie, na n a s z e j ka­na­pie, która rap­tem znowu stała się j e g o ka­napą, a wkrótce po­tem j a k ą ś ka­napą, i wpa­try­wa­łam się w tego wiel­kiego ru­do­wło­sego boga i w ślad po ka­wie na jego dżin­sach. Czy bę­dzie umiał zna­leźć śro­dek na ciężko usu­walne plamy? Jego stopy, ską­d­inąd ogromne, wy­dały mi się ma­lut­kie w po­rów­na­niu z prze­strze­nią znisz­czo­nej pod­łogi, która je ota­czała. Kto mu kupi nowe kap­cie? On ni­gdy o tym nie po­my­śli. Bę­dzie cho­dził boso po tym kiep­skim par­kie­cie. Pa­trzy­łam na jego stopy, jakby to były dzieci, które po­rzu­cam.

- Mu­szę je­chać do domu - po­wie­dzia­łam wresz­cie.

Home. By­li­śmy ra­zem już sześć lat, nie po­win­nam była tego mó­wić. Home to było na­sze miesz­ka­nie, na­sze książki, na­sze łóżko z wy­pro­fi­lo­wa­nymi po­dusz­kami, nasz ze­psuty prysz­nic, ka­czuszka na ka­felku w ła­zience, rysy na par­kie­cie. Na­wet ten goły fa­cet za na­szym oknem. Home to nie Bo­śnia. Bo­śnia to co in­nego. Za­rdze­wiała ko­twica w ja­kimś za­pa­sku­dzo­nym mo­rzu. Apli­ku­jesz so­bie so­lidną dawkę tężca, cho­ciaż mi­nęło już tyle lat.

- Dla­czego mu­sisz je­chać do domu?

Home.

Mia­łam go­towe od­po­wie­dzi. Za­ser­wo­wa­łam mu prze­ko­nu­jącą hi­sto­rię, że to ś w i e t n a o k a z j a, by od­wie­dzić mamę, upo­rząd­ko­wać pa­piery, za­brać resztę płyt; do tego jesz­cze coś o przy­ja­ciółce ze szkoły i jej bra­cie, który po­dobno aku­rat znaj­duje się w Wied­niu, opo­wieść o Wied­niu - jest w s p a n i a ł y, n a p r a w d ę w s p a n i a ł y, bo wła­śnie w tym cza­sie od­bywa się tam kon­fe­ren­cja o dys­kur­sie i prze­mocy, na którą w prze­ciw­nym ra­zie nie mo­gła­bym się udać - opo­wieść o ta­nich bi­le­tach i o tym, że za­wsze chcia­łam zo­ba­czyć Mo­star, że to na­prawdę świetny mo­ment; opo­wieść o wszyst­kim i o ni­czym. Przez chwilę my­śla­łam, że zro­zu­mie, o co cho­dzi, że zo­ba­czy pu­ste miej­sca w moim nie­zbor­nym ko­dzie, po­wie mi, że to nie wcho­dzi w ra­chubę. Jak­bym chciała, żeby to się stało. Za­dzwo­ni­ła­bym wtedy do Lejli i po­wie­działa, że po pro­stu nie mogę przy­je­chać. Mi­chael ma ra­cję. Tak jak wtedy, gdy wcze­śniej wra­cam z pracy i po­woli otwie­ram drzwi, świa­doma, że Mi­chael może być na na­szej ka­na­pie z inną ko­bietą. Może na­wet nie z ko­bietą, my­ślę so­bie, ci­cho pusz­cza­jąc klamkę, może po pro­stu ogląda ja­kiś film porno z su­per fe­ty­szem w roli głów­nej - ja­kaś przy­sa­dzi­sta nie­wia­sta wy­żywa się na skrę­po­wa­nym męż­czyź­nie, coś w tym ro­dzaju - a ja go na tym przy­ła­pię. Za­wsze ist­nieje taka szansa, że jed­nak uda mu się mnie zra­nić, a ja będę miała ra­cję, i to bę­dzie dla mnie po­cie­sze­nie. Po­tem wcho­dzę do domu, rok za ro­kiem, i za­staję go, jak wkle­puje te swoje kody w kla­wia­turę kom­pu­tera za­sy­paną okrusz­kami. Moż­li­wo­ści ob­umie­rają. Co te­raz? Pew­nie coś po­wie. Pa­trzył przez okno, tam gdzie mieszka goły męż­czy­zna. Zmarsz­czył czoło. Długo będę pa­mię­tać tę chwilę, po­my­śla­łam. A póź­niej któ­re­goś dnia po pro­stu ją za­po­mnę. Chwilę, w któ­rej na­dal była taka szansa, jak­kol­wiek mi­ni­malna, że Mi­chael jed­nak cze­goś mi za­broni. Tym­cza­sem on tylko kiw­nął głową, wciąż pa­trząc przez okno, i po­wie­dział: "Oczy­wi­ście, je­śli wła­śnie tego po­trze­bu­jesz".

Ja nie po­trze­buję Lejli, to ona po­trze­buje mnie. Za­wsze tak było. Chcia­łam mu to po­wie­dzieć. I o Ar­mi­rze. I o tam­tych psach. Za­miast tego oznaj­mi­łam: "Trzeba ci ku­pić nowe kap­cie", a on się ro­ze­śmiał: "Naj­pierw za­słony", i wró­cił do pro­gra­mo­wa­nia. Awo­kado da­lej ro­sło, ci­cho, nie­wzru­sze­nie. Jego pełne uporu ży­cie za­wsty­dzało mnie.

.

[Masz sie­dem­na­ście lat. Ja mam o rok wię­cej. Śpie­wamy Gau­de­amus igi­tur. Ty śpie­wasz hu­mus, tam gdzie jest su­mus. Szczy­pię cię. "Naj­pierw su­mus", szep­czę. A ty wy­dzie­rasz się, dumna ze swo­jej wady słu­chu, cho­ciaż na­uczy­cielka mu­zyki pro­siła cię, że­byś tylko otwie­rała usta. Nasz wy­cho­wawca wy­gła­sza taką samą mowę, jak przed ro­kiem i jesz­cze wcze­śniej. Od kiedy ogło­szono po­kój, jakby zna­lazł nowe po­wo­ła­nie: lek­ce­wa­żony aka­de­mik, który - gdyby hi­sto­ria go nie oszu­kała - kto wie, gdzie by wy­lą­do­wał i ja­kie na­grody zdo­był. Tak więc te­raz nie po­zo­staje mu nic in­nego, jak tylko skrom­nie, jak na ge­niu­sza przy­stało, wspie­rać nas, za­gu­bioną mło­dzież.

- Je­ste­ście - mówi roz­trzę­sio­nym gło­sem o nie­by­wa­łym po­ten­cjale - je­ste­ście po­ko­le­niem, przed któ­rym roz­po­ściera się o c e a n moż­li­wo­ści.

Ra­czej as­falt, sko­ry­go­wa­łaby go ja­kaś star­sza ty. Ale co my wtedy mo­gły­śmy wie­dzieć? Ty z tą swoją opa­ską na nie­sfor­nych wło­sach, w za du­żej dżin­so­wej kurtce, z błysz­czą­cym flu­idem na po­licz­kach, który był do­łą­czony do zi­mo­wego wy­da­nia cza­so­pi­sma "Teen". Ja w ob­szar­pa­nej tu­nice, espa­dry­lach na ko­tur­nach i z pe­reł­kami w uszach. Nie wie­dzia­ły­śmy, co śpie­wamy. Głosy wy­rwały nam się z płuc jak nie­winne nie­to­pe­rze. "Śmierć przy­cho­dzi szybko, po­rywa nas okrut­nie", do­cho­dził z na­szych gar­deł śpiew nie­ży­ją­cych Rzy­mian. "Po­się­dzie nas zie­mia", ob­wie­ścili, "i nikt nas nie ura­tuje". Ktoś po­wi­nien był prze­tłu­ma­czyć nam tę na­wałę po­wie­la­nych w nie­skoń­czo­ność sche­ma­tów. A może tak po­winno być: naj­pierw śpie­wasz o śmierci w ję­zyku, któ­rego nie ro­zu­miesz. Póź­niej, kiedy już po­znasz praw­dziwą na­turę wier­szy, które wy­re­cy­to­wa­łaś przed dum­nymi ro­dzi­cami, bę­dzie za późno, żeby się roz­my­ślić. Poza tym twoi ro­dzice nie ro­zu­mieją ła­ciny. Te­raz masz żyć, żyć i się cie­szyć, bez względu na śmierć. I my dwie też sto­imy i śpie­wamy o śmierci, o ra­do­ści, wpa­tru­jemy się w nie­zde­fi­nio­waną prze­strzeń za na­szymi ro­dzi­cami i pro­fe­so­rami, w coś da­le­kiego i osta­tecz­nego jak ła­cina, za­gu­bio­nego w łusz­czą­cym się tynku na ścia­nie za pu­blicz­no­ścią, wpa­tru­jemy się w o c e a n m o ż l i w o ś c i. A oni pa­trzą na nas - rap­tem dumni i obecni - jakby na­sze krzyki wy­rwały ich z głę­bo­kiego snu, z ciem­no­ści, którą przez kilka po­przed­nich lat sami utkali. Śpie­wamy dla mo­rza, które nam skra­dli, szkla­neczka po szkla­neczce, kiedy my by­ły­śmy za­jęte zbie­ra­niem ser­we­tek, kli­ke­rów i pla­ka­tów z "Mo­jego tak zwa­nego ży­cia". Moja matka, ci­cha i roz­le­wa­jąca się jak je­zioro w wyj­ścio­wej ja­sno­nie­bie­skiej su­kience, obok ojca. Za­po­mniał zdjąć zmięty kasz­kiet, sta­jąc przed klasą. I jego dę­bowa la­ska pod­czas mo­jej ma­tury, niby młod­szy brat, któ­rego nie chcę wi­dzieć, oparta o krze­sło mię­dzy ro­dzi­cami. Tata co chwila kiwa głową, roz­gląda się wo­kół, coś szep­cze do mamy. Nie sły­szę go stąd, ze sceny, ale mogę od­gad­nąć każde słowo. "Ten tam to Ko­stić, jego syn to de­bil, cud, że zdał ma­turę. O, a tam La­lić i jego żona. Ich córka jest w kla­sie z Sarą". Mama mruga po­wie­kami. Wło­żyła gor­set, wi­dać to po jej po­licz­kach. Je­śli ten cyrk wkrótce się nie skoń­czy, mama po pro­stu się ugo­tuje.

Nie­da­leko nich sie­dzi twoja matka, sama, ubrana na czarno, ni­czym znak in­ter­punk­cyjny wśród ko­lo­ro­wych blu­zek. Koł­nie­rzyk za­wi­nął jej się do środka, za­po­mniała go po­pra­wić. Ty póź­niej w obec­no­ści fo­to­grafa bez słowa usu­niesz ten drobny man­ka­ment. Po­dej­dziesz do niej, obej­miesz ją w pa­sie, po­ło­żysz głowę na nie­ru­cho­mym ra­mie­niu, jak­byś się fo­to­gra­fo­wała z drze­wem. Wio­sna się koń­czy, a jed­nak ciężko jest wśród tych zwi­sa­ją­cych dzwo­necz­ków kon­wa­lii i po­chy­lo­nych lip. Słod­kawy za­pach prze­nika przez dym pa­pie­ro­sów i per­fumy dum­nych ma­tek. Stoję oparta o la­tar­nię i wi­dzę twoją mamę, jak daje ci pie­nią­dze i wy­po­wiada ja­kieś nie­uchwytne dla mnie słowa. Jakby ku­po­wała ziem­niaki. Nie zno­sisz jej czar­nych ubrań, ale jest ma­tu­ralny wie­czór, daje ci pie­nią­dze, a za wami wi­dać ko­ściół ni­czym świeżo wy­po­le­ro­wany mły­nek do kawy - nie ma sensu, że­byś ją kry­ty­ko­wała.

Kiedy już od­da­liła się aleją, pod­cho­dzę do cie­bie i po­ka­zuję pie­nią­dze w swoim ple­caku.

- Pięć­dzie­siąt - mó­wisz. - Świet­nie. Ja dwa­dzie­ścia...

- Aku­rat wy­star­czy. Czy wzię­łaś...

- Ja­sne. Pachną tru­skaw­kami.

- Chyba ich nie wą­cha­łaś?

- Nie, kre­tynko. Na­pi­sali na opa­ko­wa­niu.

Nasz sprze­ciw, żeby się od­święt­nie ubrać, był tak samo wy­pra­co­wany, jak sze­lesz­czące war­stwy tiulu otu­la­jące na­sze ko­le­żanki. Mama sta­rała się na mnie nie pa­trzeć, wło­żyła swoją naj­ład­niej­szą su­kienkę, tę, w którą wciąż jesz­cze się mie­ściła. Moje chude nogi ją de­ner­wo­wały. Córka na­czel­nika poczty zro­biła ma­turę w te­ni­sów­kach i leg­gin­sach.

Dzień przed ma­turą mama po­szła ze mną ku­pić biu­sto­nosz. Nie mia­łam ochoty, ale dla niej to naj­wy­raź­niej było ważne, więc się zgo­dzi­łam. To jej spo­sób na zbli­że­nie się do mnie - być gdzieś, gdzie nie ma taty, który za­wsze stoi za mną jak mur. Była go­towa wy­peł­nić święte za­da­nie matki - skło­nić mnie do wy­pró­bo­wa­nia sta­nika "jak Pan Bóg przy­ka­zał". W prze­bie­ralni wpa­try­wała się w moje że­bra, moje nie­roz­wi­nięte piersi i za­pad­nięty brzuch z po­czu­ciem klę­ski w oczach. Chwy­ciła dum­nie swoje cięż­kie piersi i po­wie­działa: "Ja mia­łam ta­kie już w szkole pod­sta­wo­wej. Ty pod tym wzglę­dem na­prawdę przy­po­mi­nasz swo­jego tatę". Moja mama, jak ob­ra­żona na­sto­latka, któ­rej po­trzebne jest to jedno zwy­cię­stwo, stoi przed moim pół­na­gim cia­łem, trzy­ma­jąc się za piersi.

Rano przed ma­turą tata po­da­ro­wał mi złoty łań­cu­szek z wi­sio­rem wiel­ko­ści pu­dełka za­pa­łek, na któ­rym ktoś wy­rył kur­sywą moje imię, na­zwi­sko i datę. Tata pa­trzył w pod­łogę, jak czy­nił to za­wsze, kiedy się bał, że się roz­pła­cze. Po­wie­dział: "Brawo, córko". Pięć albo sześć lat póź­niej po­łożę łań­cu­szek na dłoni wła­ści­ciela du­bliń­skiego lom­bardu. Pie­nią­dze po­mogą mi prze­trwać za­le­d­wie mie­siąc. Nie będę miała na­wet na po­łą­cze­nie za po­mocą mo­demu, do matki będę dzwo­nić z ka­fejki in­ter­ne­to­wej. Ona na­tych­miast za­czy­nała krzy­czeć, my­śląc, że po­łą­cze­nie bę­dzie lep­sze, je­śli bę­dzie mó­wiła gło­śniej, a tata mil­czał, jego głos nie do­cie­rał do mnie za­głu­szany krzy­kami pod­eks­cy­to­wa­nego ko­men­ta­tora piłki noż­nej. Póź­niej za­sta­wię kol­czyki z per­łami, pier­ścio­nek babci i dwa skó­rzane ple­caki. Za­mie­nię Bo­śnię na pie­nią­dze, że­bym tylko nie mu­siała tam wra­cać. Ale o tym nie wiem jesz­cze wtedy, tam­tego dnia, gdy stoję w espa­dry­lach na ko­tur­nach, z wło­sami się­ga­ją­cymi pupy. Zda­ły­śmy ma­turę. Stoję obok cie­bie i śpie­wam, z łań­cusz­kiem pod bluzką, żeby ko­le­dzy go nie wi­dzieli. Nie wiem też, że pew­nego ranka, z pierw­szą wy­płatą w ręce, wrócę do lom­bardu i zro­zu­miem, że jest już za późno. Nie wiem, czy bę­dzie mi przy­kro, bo jed­nak łań­cu­szek był brzydki, a wi­sior prze­sa­dzony pod każ­dym wzglę­dem.

A ci dwaj chłopcy, któ­rych wy­bra­ły­śmy, żeby zro­bili swoje? To mu­siał być twój po­mysł. Mnie po Alek­san­drze było wszystko jedno. Chcia­łam tylko, żeby to się od­było jak naj­szyb­ciej. Po­zo­sta­wi­łam ci za­pla­no­wa­nie ca­łego przed­się­wzię­cia, jakby moja nie­win­ność była ra­chun­kiem w banku, a ty spraw­nym księ­go­wym. Ni­gdy nie mia­łaś kło­potu z przy­cią­gnię­ciem uwagi ja­kie­goś fa­ceta. Wi­dzieli w to­bie to, co ja: obiet­nicę za­cisz­nej gę­stwiny, która czeka za wil­got­nym pniem w głębi lasu. Oczy mia­łaś czar­niej­sze niż kie­dy­kol­wiek, ob­ra­mo­wane grubą war­stwą tu­szu, który za­po­mnia­łaś zmyć przed snem. Przy­cho­dzi­łaś na lek­cje nie­ucze­sana, w zmię­tych bluz­kach. Za­nim na­uczy­ciel wszedł do klasy, li­za­łam pa­lec wska­zu­jący i usu­wa­łam czarne plamy spod two­ich oczu. A ty pa­trzy­łaś na mnie, jakby ci było wszystko jedno, z tymi pla­mami czy bez. Wyj­mo­wa­łam pu­der w pły­nie i wcie­ra­łam w twój czer­wony nos. Mo­głam z two­jej twa­rzy zro­bić twarz gej­szy, a ty byś nie za­re­ago­wała.

Oni to wy­czu­wali, nie­cier­pliwi chłopcy prze­peł­nieni bu­zu­ją­cymi fe­ro­mo­nami ni­czym cięż­kie ule, przy­szpi­leni we­wnątrz mę­czą­cej me­ta­mor­fozy, która na­wet dla nich sa­mych nie była ja­sna. Wy­czu­wali twoją nie­okieł­znaną nie­chluj­ność, ob­ra­żała sedno ich lep­kich, nie­urze­czy­wist­nio­nych snów. Pa­mię­tam ten dzień, kiedy pi­sa­li­śmy spraw­dzian z ma­te­ma­tyki; skoń­czy­łaś jako jedna z pierw­szych - cho­ciaż mu­sia­łaś zro­bić i swój, i mój test - i ga­pi­łaś się w okno, tam gdzie szkolna brama otwie­rała się na drogę. Pa­mię­tam ten mo­ment, bo przy­ła­pa­łam na­uczy­ciela, jak wpa­try­wał się w twoją twarz, pod­czas gdy po­zo­stali ucznio­wie wal­czyli z tru­dami aryt­me­tyki. Pa­trzył na cie­bie spo­koj­nym, pew­nym wzro­kiem, jakby ro­zu­miał to, co dla nas, smar­ka­czy, po­zo­sta­nie nie­od­gad­nione jesz­cze przy­naj­mniej przez kilka lat. Oczami stwo­rzył z cie­bie skom­pli­ko­waną mi­tyczną istotę, którą tylko do­ro­sły czło­wiek może od­czy­tać. Nie­na­wi­dzi­łam go za to. A ty da­wa­łaś swoim oczom od­po­cząć na bra­mie, tam gdzie mo­głaby się po­ja­wić - gdy­byś wy­star­cza­jąco długo pa­trzyła - czar­no­włosa po­stać w dłu­gim płasz­czu.

A pa­mię­tasz tych na­szych chu­der­la­wych kom­pa­nów? Kiedy już od­pra­wione zo­stały wszyst­kie ma­tu­ralne ry­tu­ały, za­pro­wa­dzi­ły­śmy ich nad rzekę, pod ogromną wierzbę. Ich szyje ści­śnięte były ko­lo­ro­wymi kra­wa­tami oj­ców. Ten twój (a może to był mój?) za­brał też ze sobą wielki drew­niany bu­kłak śli­wo­wicy, na któ­rym wy­rzeź­biona była pełna iry­ta­cji twarz: Święty Va­si­lije Ostro­ški. Ku­pi­ły­śmy cztery ka­wałki pity z se­rem i litr fanty, żeby ła­twiej było prze­łknąć śli­wo­wicę. Nad rzeką uno­sił się me­ta­liczny za­pach prze­brzmia­łej wio­sny.

- Na ja­kie stu­dia idziesz? - spy­tał ten mój, kiedy le­ża­łam na tra­wie, wpa­tru­jąc się w mętne niebo, zmar­twiona, że deszcz po­krzy­żuje nam plany.

- Na li­te­ra­turę - po­wie­dzia­łam, się­ga­jąc po bu­kłak.

- Serb­ską?

- A jaką? - spy­tał ten twój.

Po czym od­wró­cił się do cie­bie - le­ża­łaś z roz­ło­żo­nymi rę­kami i no­gami, jakby ktoś cię ukrzy­żo­wał na wil­got­nej ziemi, i pró­bo­wa­łaś gwiz­dać.

- A ty na co się wy­bie­rasz?

- Na nic - od­po­wie­dzia­łaś i kon­ty­nu­owa­łaś nie­udane próby wy­do­by­cia z sie­bie wię­cej niż dwa tony.

- Nie umiesz gwiz­dać - krzyk­nę­łam, żeby zmie­nić te­mat.

Spę­dzi­łam ostatni rok li­ceum na na­ma­wia­niu cię, że­byś po­szła na stu­dia, na co od­po­wia­da­łaś naj­pierw cią­gle tym sa­mym zda­niem: "Po­trze­buję pie­nię­dzy", nie tłu­ma­cząc mi ni­gdy, na co kon­kret­nie są ci po­trzebne, a po­tem i to za­rzu­ci­łaś - po pro­stu zmie­nia­łaś te­mat, zu­peł­nie mnie igno­ru­jąc.

- No, ale chyba pój­dziesz na stu­dia? - do­py­ty­wał się ten twój.

- Po co?

- A co byś chciała, sprzą­tać cu­dze domy? - py­tał da­lej z obrzy­dze­niem, jakby sprzą­ta­nie było rów­nie wstrętne, jak bru­dze­nie. Pod­par­łaś się na łok­ciach i spoj­rza­łaś na niego, jakby wła­śnie oka­zał się naj­głup­szą istotą na świe­cie.

- Na co idzie Sara? - spy­ta­łaś go, cho­ciaż do­sko­nale zna­łaś mój wy­bór. Mil­cza­łam, zmar­twiona, że twoje bez­czelne za­cho­wa­nie od­dali nas od pier­wot­nego celu. Nie po­szli­śmy nad rzekę, żeby roz­ma­wiać o two­jej zmar­no­wa­nej przy­szło­ści. Nie po to cho­dzi się nad rzekę.

- No, Sara chce prze­cież stu­dio­wać li­te­ra­turę - od­parli jed­nym gło­sem.

- Okej - po­wie­dzia­łaś. - To ja też idę na li­te­ra­turę. Te­raz wszystko gra?

Po­ło­ży­łaś z po­wro­tem roz­czo­chraną głowę na ziemi, za­mknę­łaś oczy i za­czę­łaś gwiz­dać. Twój to­wa­rzysz po­ło­żył ci dłoń na ko­la­nie, ale nie po to, żeby za­kłó­cić me­lo­dię. Ten mój szedł za nim krok w krok, bo naj­wy­raź­niej nie wie­dział, co ro­bić. Dłoń na twoim karku - dłoń na moim karku. Palce w two­ich wło­sach - palce w mo­ich wło­sach. W ten spo­sób mo­głam po­czuć to, co ty. Moja w y j ą t k o w a n o c była za­le­d­wie ko­pią two­jej.

Wkrótce się roz­dzie­li­li­śmy - każda para po swo­jej stro­nie gru­bego pnia. Ten mój nie miał już mo­delu do na­śla­do­wa­nia, więc nie bar­dzo wie­dział, co ma ro­bić. Po­mo­głam mu z pre­zer­wa­tywą. Kiedy po raz pierw­szy po­czu­łam go w swo­jej dłoni, wy­dało mi się, że chwy­ci­łam za szyję prze­stra­szo­nego ma­łego ptaszka. Roz­su­nę­łam nogi i spoj­rza­łam na wielki księ­życ. Wi­siał w mar­twych nie­bio­sach ni­czym nie­za­słu­żona od­znaka, stary i oka­le­czony. Jego po­marsz­czone usta coś mi mó­wiły, coś waż­nego. A po­tem na­gle, bez ostrze­że­nia, ode­rwał się od czar­nego nieba i z całą mocą wpadł do lo­do­wa­tej wody. Kro­pelki wody pry­snęły na moje na­gie stopy. Za­pa­no­wała ab­so­lutna ci­sza, było zu­peł­nie ciemno. Ból prze­bił się przeze mnie ostro, bez za­po­wie­dzi, jakby się mścił, bo kie­dyś, dawno, gdzieś głę­boko w swoim ciele ode­bra­łam mu tron.

Noc wcze­śniej ugo­to­wa­ły­śmy gę­stą za­wie­sinę z cy­tryny i cu­kru i po­sma­ro­wa­ły­śmy nią po­draż­nione kro­cza. Ty mi wcze­śniej usu­nę­łaś włosy, a ja to­bie. Wie­dzia­łam, że po­czu­jemy pie­cze­nie, ale nie bun­to­wa­łam się. Ufa­łam ci. Póź­niej cię usły­sza­łam, po dru­giej stro­nie wierzby. Bo­lało cię, więc pró­bo­wa­łam krzy­kiem za­głu­szyć twój ból.

Po­tem le­ża­ły­śmy, każda koło swo­jego męż­czy­zny w ko­lo­ro­wym kra­wa­cie, na tra­wie pach­ną­cej tru­skaw­kami i fantą. Je­den z nich po­wie­dział, że już późno i je­śli chcemy zdą­żyć na świę­to­wa­nie, mu­simy iść, ale ty za­czę­łaś śpie­wać Gau­de­amus igi­tur po swo­jej stro­nie drzewa, a ja się ro­ze­śmia­łam i krzyk­nę­łam: "Nie hu­mus, tylko su­mus!".

Obu­dzi­ły­śmy się o świ­cie same, wtu­lone jedna w drugą, jakby kar­miła nas nie­wi­doczna pę­po­wina z po­bli­skiej rzeki. Z po­czątku nie wie­dzia­łam, gdzie się znaj­duję, sły­sza­łam fale ude­rza­jące o ka­mie­nie na brzegu i po­my­śla­łam, że woda mnie po­łknie i za­bie­rze da­leko. Póź­niej zo­ba­czy­łam twoje czarne włosy na mo­jej dłoni i przy­po­mnia­łam so­bie, że kilka go­dzin wcze­śniej stra­ci­ły­śmy nie­win­ność. Zdję­łam ci z ra­mie­nia małą czer­woną mrówkę. Na­dal czu­łam ból mię­dzy udami, ale nie chcia­łam się przy­znać. Prze­mil­cza­łam też, że wo­la­łam obu­dzić się u jego boku, a nie obok cie­bie. By­łaś ja­koś tak okrut­nie nie­zmie­niona, jakby w grun­cie rze­czy nie było żad­nego po­wodu do smutku. Wszystko po­szło zgod­nie z pla­nem. Wy­ję­ły­śmy z mo­jego ple­caka czy­ste majtki, aspi­rynę i resztę pie­nię­dzy.

- Chcesz iść od razu do domu? - spy­ta­łaś, prze­li­cza­jąc mo­nety.

- Nie wiem... Która jest w ogóle go­dzina?

Spoj­rza­łaś na żółty pla­sti­kowy ze­ga­rek i po­wie­dzia­łaś:

- Po szó­stej. Co to ma do rze­czy? Jest ma­tura, i tak nikt nie bę­dzie się ci­skał.

- A gdzie mo­żemy pójść o tej po­rze? - spy­ta­łam, wkła­da­jąc przez głowę zmiętą bluzkę, za­bru­dzoną trawą, zie­mią i krwią.

- Idziemy na targ - od­po­wie­dzia­łaś, jakby to była naj­nor­mal­niej­sza rzecz na świe­cie.

- Na targ? Te­raz?

- Tak, otwie­rają za pół go­dziny.

By­łaś go­towa w nie­całą mi­nutę - czarny ogon na czubku głowy i sznu­ro­wa­dła za­wią­zane na dwie so­lidne ko­kardki. Ja na­dal pró­bo­wa­łam zlo­ka­li­zo­wać w krza­kach swoje leg­ginsy. Ze­szłam ostroż­nie nad rzekę, gdzie u pod­nóża wierzby le­żała moja te­ni­sówka. Kiedy ją wkła­da­łam, zo­ba­czy­łam wśród li­ści coś bia­łego. Była to dzie­cięca rę­ka­wiczka ze spra­nymi i po­dar­tymi pal­cami. Za­pewne jesz­cze w zi­mie spa­dła ko­muś z mo­stu.

- Zo­bacz - po­wie­dzia­łam, wy­ma­chu­jąc rę­ka­wiczką.

- Na co ci ona? Jest lato - od­parła bez za­in­te­re­so­wa­nia, kła­dąc świeżą war­stwę błysz­czyku na usta i po­liczki. W jed­nej chwili zro­bi­łaś z dzie­ciaka ko­goś ma­łego i nędz­nego, osobę, któ­rej mi­zerne palce mo­gły się zmie­ścić w nie­wiel­kiej rę­ka­wiczce.

- Wcale nie ma jesz­cze lata, mą­dralo - krzyk­nę­łam, a ty tylko wzru­szy­łaś ra­mio­nami, jakby pory roku były sprawą oso­bi­stego wy­boru, a nie na­uko­wej umowy. Nie było jesz­cze siód­mej, a już dzia­ła­łaś mi na nerwy. Moje zna­le­zi­sko nic dla cie­bie nie zna­czyło, tak jak błona dzie­wi­cza, którą uni­ce­stwi­łaś ostat­niej nocy - od­rzu­ci­łaś jedno i dru­gie jako nudne i nie­prak­tyczne. Na co ci to, prze­cież mamy lato? Chcia­łam ci po­ka­zać, że dla mnie ta głu­pia rę­ka­wiczka też nic nie zna­czy, i z ca­łej siły ci­snę­łam ją do rzeki. My­śla­łam, że woda wsiąk­nie w jej włókna i ją zdusi, ale rę­ka­wiczka była na to zbyt mała. Plu­snęła tylko jak liść i pod­dała się nur­towi.

- Czego bę­dziesz szu­kać na targu o tej po­rze? - spy­ta­łam, pró­bu­jąc wspiąć się do niej z po­wro­tem.

- Idę ku­pić bia­łego króla.

Sta­łaś nade mną, mocna i nie­wzru­szona ni­czym krzyż, na zdep­ta­nej ziemi po­śród zu­ży­tych pre­zer­wa­tyw, z któ­rych dawno już ulot­nił się za­pach tru­ska­wek, a na two­jej twa­rzy po­ja­wiło się coś ob­cego, coś, czego nie zna­łam do tej pory, i pa­mię­tam, co po­my­śla­łam w tam­tej chwili, taka zmie­szana i ma­lutka w jed­nej te­ni­sówce. Po­my­śla­łam, że ostat­niej nocy, le­żąc pod tym smar­ka­tym gbu­rem, od­kry­łaś coś, co ja prze­ga­pi­łam. Po­my­śla­łam, prze­ra­żona, że już za­wsze będę się za tobą wlec, żeby zdo­być tę do­ro­słą, se­kretną wie­dzę, kiedy ty bę­dziesz zni­kać w od­dali. Po­my­śla­łam, że już cię nie ma, że ktoś cię na­fa­sze­ro­wał he­lem, kiedy od­wró­ci­łam wzrok, i wy­msknę­łaś mi się z rąk ni­czym ba­lon ku wy­so­kiemu niebu.]

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki