Złamana szabla. Opowieść z powstania styczniowego - Vito Catalano

-
Proszę czekać

1

Przyjechałem do Krakowa po południu 30 kwietnia 1863 roku. Ostatni postój pociąg miał w Wiedniu. Przemierzając Europę Środkową od Alp do Polski, zachwycałem się pejzażem, a zwłaszcza podnóżami gór porośniętymi gęstym sosnowym lasem i wąskimi dolinami niczym z bajek o wiedźmach i czarach, które znałem z dzieciństwa.

Wysiadłszy z pociągu, poczułem lekki wiatr i rześkie wiosenne powietrze, typowe dla północy. Chwilę później podszedł do mnie uśmiechnięty mężczyzna po czterdziestce, który po włosku zapytał:

- Pan Calandro, nieprawdaż?

- Do usług.

Łatwo mnie rozpoznał w młodym, nieco zakłopotanym brunecie o wyraźnych rysach południowca.

- Nazywam się Stanisław Trendak. Po rozmowie z generałem Nullo kilku przyjaciół poprosiło mnie, abym powitał pana na dworcu i gościł aż do wymarszu z Krakowa.

- Dziękuję.

- Z pewnością jest pan głodny po tak długiej podróży. Chodźmy do mnie. Z dala od ciekawskich lepiej się rozmawia.

Nieustannie się rozglądał, jakby wypatrywał szpicli.

- Niech pan prowadzi.

Kilka minut po wyjściu z dworca mój lekko kulejący przewodnik zapukał do drzwi domu przy szerokiej ulicy. Otworzyła może czterdziestoletnia, ale jeszcze młodo wyglądająca blondynka. Trendak powiedział coś po polsku. Słów tych nie zrozumiałem. Potem przedstawił mi kobietę:

- Moja żona, Teresa.

Z ukłonem pocałowałem ją w rękę. Zaprosili mnie do środka.

- Żona mówi trochę po włosku. Podobnie córka, która pewnie zamknęła się w swoim pokoju i czyta. Byłem we Włoszech piętnaście lat temu. Nauczyłem się języka i próbowałem później nauczyć go swoją rodzinę. Mamy nawet kilka książek po włosku. Kochamy Włochy.

Zdjęliśmy płaszcze i weszliśmy do dużego, ładnie urządzonego pokoju z dwiema kanapami i biblioteczką. Usłyszałem zbliżające się kroki. Po chwili ujrzałem cudowną dziewczynę o promiennej twarzy i oczach szaro­niebieskich jak zimowe morze.

Dziewczyna podała mi rękę, mówiąc:

- Ojciec się myli, mój pokój nie był zamknięty.

Była piękna jak marzenie. Zmieszany musnąłem jej dłoń.

Trendak powiedział coś po polsku, na co żona i córka przytaknęły, a następnie zwrócił się do mnie:

- Jeśli pan sobie życzy, możemy usiąść do stołu. Chyba że chciałby pan najpierw w swoim pokoju rozpakować bagaże.

Zrozumiałem, że spytał kobiety, czy przeznaczona dla mnie izba i posiłek są gotowe. Kolację jadam później, ale pominąłem to milczeniem.

- Chciałbym się przebrać, aby nie siadać do stołu w stroju podróżnym. Zajmie mi to chwilę.

Dziewczyna zaproponowała, że zaprowadzi mnie na piętro. Pewny, że nikt tego nie widzi, na schodach z przyjemnością podziwiałem jej plecy.

Otworzyła drzwi do małego pokoju z łóżkiem, szafą, krzesłem i miednicą na wodę.

- Nie stać nas na więcej.

- Nie umiałbym sobie wyobrazić lepszych warunków.

- Mam na imię Marta. A pan?

- Antonio... Antonio Calandro.

- Czekamy na pana z posiłkiem. Ale proszę się nie spieszyć.

Zamknęła drzwi.

Wkrótce zszedłem na dół. Trendak siedział przy okrągłym stole w jadalni połączonej szerokimi drzwiami z pokojem dziennym, w którym już byłem. Panie zauważyły mnie i postawiły na stole wazę rosołu. Zanim usiedliśmy, Trendak napełnił kieliszki czerwonym winem, wstał, podniósł swój kielich i zawołał:

- Zdrowie naszego gościa!

Odpowiedziałem:

- Dziękuję, ale chciałbym wznieść toast za Polskę.

Twarze moich gospodarzy pokraśniały z zadowolenia. Podczas posiłku Trendak opowiadał o swoich przygodach z 1848 roku.

Był jednym z polskich ochotników bijących się wtedy we Włoszech. Od rozbiorów, dokonanych przez Rosję, Austrię i Prusy, Polacy, którym w okresie napoleońskim na chwilę zabłysło światełko nadziei, szczodrze przelewali krew za cudzą wolność i niepodległość.

Trendak walczył pod Pastrengo. Zapamiętał szczegółowo początkową szarżę konną karabinierów. Z dalszego ciągu bitwy utkwiły mu w pamięci jedynie pojedyncze zdarzenia. Potem wspomnienia się urywały, bo ranny w prawą nogę stracił przytomność. Tak to już jest z bitewnymi wspomnieniami; mnie, żołnierzowi Garibaldiego, rannemu w 1860 roku pod Milazzo, nie trzeba tego tłumaczyć. Trendak przynajmniej zapamiętał konny atak karabinierów, granat ich mundurów i błysk szabel wśród kurzu i dymu. Jego opowiadanie brzmiało jak wezwanie do boju.

- W Krakowie zostawiłem żonę i malutką córeczkę. Wojenna wyprawa do Włoch była szaleństwem, ale taki już jestem. Moje panie dobrze o tym wiedzą.

Żona i córka patrzyły na niego z miłością i podziwem.

- Gdyby nie ta zastarzała rana, która pozbawiła mnie sprawności, chwyciłbym teraz za broń i walczył o moją ojczyznę. Ponieważ jednak jest to niemożliwe, pomagam, jak mogę - choćby goszcząc pana w naszym domu. Teraz, kiedy już pan zna moje przeżycia, rozumie pan chyba, że szukam w panu siebie. Będzie pan walczył o Polskę. - Na chwilę zaszkliły mu się oczy. - Niech pan nam coś powie o sobie. Spotkanie z człowiekiem, który walczył u boku Garibaldiego, stanowi dla nas zaszczyt. Pan może o tym nie wie, ale również w Polsce generał Garibaldi jest uosobieniem wolności.

- Jestem Sycylijczykiem. Ledwo ukończyłem studia prawnicze, na Sycylii wybuchły zamieszki poprzedzające lądowanie Garibaldiego. Było to trzy lata temu. Kiedy generał stanął w Marsali i zdobył Palermo, natychmiast opuściłem swoje miasteczko na południu wyspy i wstąpiłem w szeregi garybaldczyków. Walczyłem pod Milazzo, gdzie Garibaldi odniósł zwycięstwo rozstrzygające o losach Włoch; gdyby przegrał, nigdy nie dotarłby do Neapolu i nie zawładnął królestwem Burbonów. W naszych oddziałach znaleźli się również cudzoziemcy, a wśród nich wyróżniający się męstwem i rzemiosłem wojennym Polacy. Biłem się pod Milazzo, ale mało widziałem i jeszcze mniej pamiętam. Już podczas pierwszego natarcia, kiedy zaatakowaliśmy z flanki, nieprzyjacielska kula przeszyła mi płuco. Straciłem przytomność. Po kilku dniach obudziłem się w szpitalu. Wciąż zadaję sobie pytanie - przypuszczam, że początkowo zadawali je sobie również lekarze - jak to możliwe, że przeżyłem. Kilka miesięcy przeleżałem niemal bez ruchu, żałując, że nie biorę udziału w walce. Dopiero niedawno wróciłem do zdrowia. Teraz czuję się, jakby nigdy nic mi się nie stało. Czasem tylko zastanawiam się, czy naprawdę byłem pod Milazzo, czy też walczyłem tam tylko w wyobraźni.

Przerwałem i bacznie spojrzałem na biesiadników. Wcześniej, pochłonięty opowiadaniem, nie zwracałem na nich zbytniej uwagi. Wpatrywali się we mnie wnikliwie. W oczach Marty zobaczyłem nawet - tak mi się przynajmniej wydawało - błysk wzruszenia. Mówiłem dalej:

- Kilka włoskich krain czeka na wyzwolenie spod obcego jarzma, a mnie pozostał niedosyt czynu. Wydaje mi się, że się znam na wojnie, ale w zeszłym roku nie mogłem jeszcze wziąć udziału w nieszczęsnej wyprawie, podczas której generał Garibaldi został ranny. Tylko z powodu tej rany nie ma go dziś w polskich szeregach. Czuję żal i gorycz z powodu zawiedzionych nadziei i nieukróconych nadużyć. Marzyłem o rewolucji na Sycylii i we Włoszech. Spotkał mnie zawód. Kiedy więc usłyszałem o polskim powstaniu i walce z Rosją, postanowiłem wyruszyć do Polski. Ostatnie wątpliwości rozwiała wiadomość o wzięciu do niewoli generała Langiewicza, duszy waszego powstania, który w 1860 roku walczył za Włochy.

Słońce chyliło się ku zachodowi. Dodałem:

- To miasto należy teraz do Austrii. Przypuszczam, że jest tu lepiej niż w zaborze rosyjskim.

Trendak się wtrącił:

- Zapewne. Niemniej nasz kraj jest rozdarty i rządzą nim obcy. To nie do zniesienia.

- Rozumiem. Jesteście w położeniu, w którym do niedawna znajdowały się Włochy. Być może Europa wreszcie zrobi coś dla Polski.

- Tak nam dopomóż Bóg - szepnęła pani Trendak.

- Ja jestem gotów. Jeszcze raz dziękuję za pomoc.

- To my panu dziękujemy - powiedziała Marta.