Rozdział 2
Aria
Przeciągnęłam się z jękiem na łóżku i uchyliłam ciężkie od snu powieki. Obróciłam głowę w stronę okna, przez które przebijały się poranne promienie słońca, a moje usta rozciągnęły się w leniwym uśmiechu. Uwielbiałam takie poranki! Z westchnieniem spojrzałam na sufit oklejony maleńkimi fluorescencyjnymi gwiazdkami, które świeciły nocą, i w tym samym momencie poczułam dochodzący z dołu zapach naleśników mamy.
Zmarszczyłam brwi.
Chwila... Coś mi tu nie pasowało.
Usiadłam na łóżku i odgarnęłam z twarzy splątane od snu włosy, po czym rozejrzałam się po pokoju. Niewielkich rozmiarów pomieszczenie zagracone było całą masą zabawek. Pod oknem stało białe biurko, którego wcześniej nie zauważyłam, a pod jedną z pomalowanych na różowo ścian stał domek dla lalek, który dostałam na zeszłoroczną gwiazdkę! O mój Boże! Byłam w swoim starympokoju!
Szybko wyplątałam się z pościeli i stanęłam na podłodze, ale wydawała mi się dziwnie blisko. Spojrzałam w dół na swoje maleńkie stópki i coraz bardziej zdezorientowana przesunęłam oczami w górę moich chudziutkich nóżek, aż dotarłam do rąbka różowej koszuli nocnej z wizerunkiem lalki Barbie. Wyciągnęłam przed siebie obie ręce, które zdecydowanie nie należały do dorosłej osoby.
Przełknęłam ciężko ślinę.
Znowu byłam dzieckiem!
- Aria! - Młodsza wersja Drew wparowała do mojego pokoju. - Zejdziesz w końcu na dół? Mama czeka ze śniadaniem! - Skrzyżował swoje chude ramionka na wątłej piersi i tupiąc stopą, popatrzył na mnie wyczekująco. - Wiesz, że nigdy nie zaczynamy jeść, dopóki wszyscy nie zasiądą do stołu! A ja jestem głodny!
Gapiłam się na niego oniemiała, a mój umysł nie ustawał w wysiłkach, by spróbować ogarnąć to, co się teraz działo.
Zaraz...
Zamrugałam.
Czy on właśnie powiedział, że mama czeka na nas ze śniadaniem? Przecież to niemożliwe!
- Mama tu jest? - wyszeptałam ledwie słyszalnym głosem, a do moich oczu napłynęły łzy.
- Eee... no tak - bąknął w końcu. - A gdzie miałaby być? - Drew przestąpił z nogi na nogę, rzucając mi marsowe spojrzenie. - Dobrze się czujesz, Ari? Dziwnie się zachowujesz.
Nie odpowiedziałam. Nie potrafiłam. Jedyne, o czym mogłam myśleć, to to, że moja kochana mamusia tu była! Znowu mogłam ją zobaczyć. Przytulić. Poczuć jej słodki zapach.
- O mój Boże! - krzyknęłam, zalewając się łzami i biegiem ruszyłam do drzwi. Potrącając po drodze oniemiałego brata, wybiegłam z pokoju i w ułamku sekundy przecięłam korytarz, po czym dudniąc bosymi stópkami, zbiegłam ze schodów. Wparowałam do kuchni, wpadając prosto w ramiona mamy. Stała tam cała i zdrowa.
- Jezu przenajświętszy, Aria! - Zaśmiała się, próbując zachować równowagę. Jej śmiech był niczym miód dla moich uszu. Nigdy, nawet w najśmielszych snach, nie sądziłam, że będzie mi dane jeszcze go kiedyś usłyszeć.
Obejmując matkę w pasie, odchyliłam do tyłu głowę, by spojrzeć w jej rozpogodzoną twarz, tak podobną do mojej własnej. Jej lśniące, niebieskie oczy, mały, zadarty nos i rozciągnięte w szerokim uśmiechu wargi. Wyciągnęłam rękę i złapałam za pasmo jej rudych włosów.
- Jesteś tutaj - szepnęłam, pociągając nosem. - Naprawdę tu jesteś...
- Oczywiście, kochanie. - Oczy matki nabiegły łzami. - Niezależnie od tego, co się stanie, zawsze będę przy tobie.
Obserwowałam, jak z jej oka wypływa samotna łza i spływa po rumianym policzku, stopniowo zabarwiając się na kolor czerwony. Odsunęłam się od niej jak oparzona, nie rozumiejąc, co się dzieje.
- Aria... - Tuż za matką, zupełnie znikąd pojawił się ojciec. Zrobiłam krok w jego kierunku, gotowa rzucić się mu w ramiona. Tak bardzo za nim tęskniłam! Wtedy ponownie się odezwał, a jego kolejne słowa, wypowiedziane zbolałym głosem, zatrzymały mnie w miejscu.
- Córeczko, nie patrz. Nie patrz, proszę.
- Na co mam nie patrzeć, tatusiu? - spytałam cicho. Widziałam, jak usta ojca poruszają się, ale nie wydostawał się z nich żaden dźwięk. Wyminęłam matkę, by podejść bliżej, kiedy upiorny huk wystrzału przeszył moje uszy. Ignorując ostrzeżenie ojca, odwróciłam się powoli, jakby w zwolnionym tempie, do matki. Była tam, gdzie ją zostawiłam, stała zwrócona do mnie plecami.
- Mamo? - szepnęłam, ale ona ani drgnęła, zupełnie jakby mnie nie usłyszała. Obeszłam ją na trzęsących się nogach i przeniosłam swoje zlęknione spojrzenie na jej twarz. Z mojego gardła wyrwał się wrzask przerażenia na widok wielkiej, krwawej dziury ziejącej w czole matki i jej martwych oczu, w których zaledwie przed paroma minutami lśniło życie i bezwarunkowa miłość.
- O mój Boże, mamo! - załkałam, zasłaniając usta dłońmi. Nie mogłam uwierzyć w to, co widzę! Przecież to było niemożliwe!
- Aria, nie patrz - usłyszałam gdzieś za sobą. Ojciec stanął za mną i złapawszy mnie pod łokieć, obrócił przodem do siebie. - Musisz uciekać córeczko, słyszysz? Idź i nie odwracaj się za siebie. Obiecuję, że wszystko będzie dobrze.
Wyciągnął do mnie ramiona, chcąc mnie przytulić. Niczego tak w tamtej chwili nie pragnęłam, jak pozwolić mu się pocieszyć, ale wtedy mój wzrok prześlizgnął się na jego koszulę, która w zatrważającym tempie zabarwiała się na czerwono.
- T-tato - wyjąkałam, coraz bardziej przerażona. Spojrzałam w jego twarz i aż zachłysnęłam się powietrzem na widok krwi, lejącej się strużkami z jego otwartych warg. Cofnęłam się o krok, czując, jak po policzkach spływają łzy. Chciałam krzyczeć, wołać o pomoc, ale głos ugrzązł mi w gardle. Co tu się, u diabła, działo?!
Chcąc uciec od rozgrywającej się przede mną sceny, zaczęłam wycofywać się krok po kroku, przeskakując wzrokiem od ojca do matki, którzy patrzyli teraz na mnie martwymi oczami. W pewnym momencie potknęłam się o własne nogi i jak długa runęłam z piskiem na podłogę, uderzając plecami o znajdującą się za mną ścianę. Płacząc wniebogłosy, podciągnęłam nogi, przycisnęłam kolana do piersi i mocno zacisnęłam powieki, by odciąć się od rozgrywającego się przede mną horroru.
Nie wiedziałam, ile czasu tkwiłam w tej pozycji, ale w pewnym momencie poczułam, że ktoś nade mną stoi. Pomimo paraliżującego strachu zebrałam się na odwagę, odgarnęłam włosy z buzi i uniosłam głowę, sunąc oczami po sylwetce stojącego nade mną mężczyzny. Po jego lśniących czarnych pantoflach, długich nogach odzianych w czarne, eleganckie spodnie w kant, aż po ciemną, sportową bluzę z kapturem, która nijak nie pasowała do reszty.
Przełknęłam ciężko ślinę.
Nieważne, jak bardzo się starałam - nie mogłam dostrzec twarzy tego człowieka. Jedyne, co wyzierało zza kaptura, to jego zimne jak lód turkusowe oczy.
Przeszedł mnie dziwny dreszcz.
Znałam tylko jedną osobę o tak niesamowitych tęczówkach. Jednak oczy tego mężczyzny były bardziej bezwzględne i w porównaniu do tych Cole'a, nie dostrzegałam w nich ani grama ciepła.
- Mała, słodka Ari - odezwał się niskim głosem nieznajomy. - Teraz muszę zniknąć, ale obiecuję ci, maleńka, że nadejdzie dzień, kiedy nasze ścieżki znowu się skrzyżują.
"O czym on, u diaska, gadał?" pomyślałam, próbując ogarnąć to wszystko swoim młodziutkim umysłem.
Z przerażeniem patrzyłam, jak zakapturzony osobnik kuca przede mną i wyciąga do mnie rękę...
Zerwałam się, siadając na materacu, zbudzona czyimś rozdzierającym krzykiem.
Zaraz.
Chwila.
Przecież to ja krzyczałam!
Przyłożyłam drżącą dłoń do klatki piersiowej, w miejscu, gdzie serce dziko tłukło się o żebra i próbowałam uspokoić przyspieszony oddech.
- To był tylko zły sen - wymamrotałam pod nosem, po czym rozejrzałam się po pomieszczeniu, w którym się znajdowałam. Wzdrygnęłam się, zderzając ze swoją nową rzeczywistością. Wyglądało na to, że zbudziłam się z jednego koszmaru, tylko po to, by wpaść w objęcia tego rozgrywającego się na jawie.
Cholernie przytłoczona ułożyłam się z powrotem na posłaniu. Już kilkakrotnie śniłam te okropności i za każdym razem kończyło się tak samo. Nie miałam bladego pojęcia, skąd brał się ten koszmar. Zapewne psychiatra uznałby, że to wynik jakieś przebytej traumy, czy coś w tym stylu. Tyle że moi rodzice nie zostali zamordowani, tylko zginęli w wypadku. No i jeszcze ten zakapturzony mężczyzna. Przecież to nie mógł być Cole.
Pociągnęłam nosem w ciemności, przymknęłam oczy, a pod powiekami rozbłysł obraz Cole'a i jego turkusowych tęczówek.
Gdybym go tylko posłuchała...
***
Tamtej nocy, tak jak tego feralnego wieczora, gdy zostałam uprowadzona, włóczyłam się sama po ciemnych ulicach Baltimore. Po kolejnej kłótni z wujostwem wybiegłam z domu i chcąc ochłonąć, wybrałam się na spacer po mieście. Było już koło północy, kiedy doszłam do Biddle Street i uznałam, że pora zawracać. Z ciężkim westchnieniem odwróciłam się na pięcie, by wrócić do domu, kiedy po drugiej stronie ulicy, między drzewami, ujrzałam parę błyszczących oczu wlepionych w moją osobę. Zamarłam na moment. Pomimo tego, iż wiedziałam, że powinnam się bać i czym prędzej brać nogi za pas, nie czułam strachu, ani tym bardziej chęci ucieczki. Dlatego też nie ruszyłam się z miejsca, tylko stałam tak i patrzyłam. Po kilkunastu niemiłosiernie długich sekundach z ciemności wyłoniła się wysoka postać.
Poznałam go od razu.
Cole.
Jak zawsze na jego widok moje serce zabiło mocniej.
Patrzyłam, jak zbliża się do mnie z gradową miną. Był zły. Wręcz wściekły.
- Co ty tu u diabła robisz o tej porze, Ari? I to całkiem sama?! - warknął.
Przestąpiłam z nogi na nogę i wlepiłam wzrok w płytki chodnikowe. Zrobiło mi się przykro. Cole jeszcze nigdy nie odezwał się do mnie takim tonem.
- Ja... - szepnęłam - posprzeczałam się z ciotką i musiałam się przewietrzyć.
Usłyszałam, jak westchnął cicho, więc zebrałam się na odwagę i spojrzałam na niego spod rzęs. Moje spojrzenie wylądowało na turkusowych tęczówkach, przez które zawsze miękły mi kolana. Cole był naprawdę onieśmielającym młodym mężczyzną. Był bardzo wysoki i dobrze zbudowany, a jego buńczuczny wyraz twarzy, jak i przystrzyżone na krótko włosy, sprawiały, że wyglądał groźnie. A do tego wszystkiego, Cole zawsze, ale to zawsze nosił się na czarno, przez co przypominał mi mrocznego anioła.
- Chodź, odprowadzę cię do domu - mruknął niezadowolony, po czym ruszył w stronę mojego domu. Nawet nie obejrzał się za siebie, by sprawdzić, czy za nim podążę, przekonany, że tak właśnie uczynię.
Stałam przez moment w miejscu, patrząc za oddającym się chłopakiem.
Cole Bennett odprowadzał mnie do domu!
Zamrugałam, po czym uśmiechając się pod nosem, podbiegłam do niego w podskokach, dudniąc wysłużonymi, czerwonymi trampkami o chodnik. Cole zerknął w dół na mnie, unosząc ciemną brew, ale ja tylko wzruszyłam ramionami.
Drogę do domu pokonaliśmy w ciszy, jednak w ogóle mi to nie przeszkadzało. Nie musiał się do mnie odzywać, wystarczyło, że był tuż obok. Niestety, jak to w życiu bywało, wszystko, co dobre, musiało się kiedyś skończyć i teraz nie miało być inaczej.
Spojrzałam w stronę pogrążonego w mroku budynku i z powrotem na Cole'a.
Odchrząknęłam.
- Cóż, dzięki za eskortę - odezwałam się, wyciągając do niego dłoń, jednak on nie wykonał żadnego ruchu, by ją ująć. Poczułam, jak zaczynają płonąć mi policzki. Zawstydzona, opuściłam dłoń do boku.- Taa, no to cześć - bąknęłam, odsuwając się od niego, gotowa odejść. Udało mi się zrobić raptem dwa kroki, kiedy jego wielka, silna dłoń zacisnęła się na moim przedramieniu i Cole odwrócił mnie przodem do siebie.
- Posłuchaj, Ari. - Nachylił się do mnie, ujmując oburącz moje policzki i wwiercił się we mnie spojrzeniem swoich nieziemskich oczu. - Nie wolno ci się włóczyć samej nocą po mieście. W Baltimore jest wiele drapieżników czających się w cieniu, czyhających na swoją ofiarę. To nie jest bezpieczne miejsce. - Westchnął. - Świat, w którym przyszło nam żyć, nie jest bezpiecznym miejscem. Musisz być ostrożna, mała. A ja... - Urwał, zaciskając powieki.
Przełknęłam ciężko ślinę.
- A ty co? - wyszeptałam.
Cole przycisnął czoło do mojego i odezwał się zbolałym głosem.
- A ja nie będę mógł cię zawsze chronić, Ari. Bo choć kurewsko tego nie chcę, nadejdzie taki dzień, gdy będę musiał zniknąć.
***
No i faktycznie wkrótce po tamtej nocy zniknął bez śladu. Z Baltimore i z mojego życia. Ot tak, po prostu. Skłamałabym, gdybym powiedziała, że mnie to nie obeszło. W dzieciństwie wydało mi się, że byłam zakochana w Liamie, jednak prawda była taka, że to w towarzystwie jego starszego brata, którego zawsze otaczała aura niebezpieczeństwa, moje niewinne serduszko gubiło rytm. Ilekroć Cole znajdował się w pobliżu, działo się ze mną coś dziwnego. Niezrozumiałego. Zawsze sądziłam, że winę za to ponosił strach, jaki wzbudzał już samą swoją obecnością, jednak po czasie dotarło do mnie, w jak wielkim byłam błędzie. Niestety uświadomiłam to sobie dopiero po jego wyjeździe. I nawet pomimo upływu czasu, nie potrafiłam przestać o nim myśleć, co rzuciło się cieniem na moją relację z Liamem, który był jego absolutnym przeciwieństwem.
Cole Bennett cały czas nawiedzał moje myśli. Nie potrafiłam zliczyć, ile razy wyobrażałam sobie, jak mogłaby potoczyć się nasza znajomość, gdyby został w Baltimore, czy też co by się stało, gdyby wrócił. Czy rozpoznałby mnie? Czy to intensywne uczucie, które elektryzowało każde nawet najmniejsze zakończenie nerwowe w moim ciele, gdy był tuż obok, obezwładniłoby mnie, tak jak to miało miejsce wcześniej?
Westchnęłam.
To już nie miało znaczenia. Nawet jeśli Cole zdecyduje się na powrót, mnie tam nie będzie. Jeśli nie zginę tutaj, to zostanę sprzedana i wywieziona chuj wie gdzie. Nikt mnie nie znajdzie ani nie ocali. Czy tego chciałam, czy nie - mój los został przesądzony.
Szczęk kluczy wchodzących w zamek wyrwał mnie z myśli, a obraz Cole'a rozprysnął się niczym bańka mydlana. Podparłam się na ramionach, tkwiąc na tym paskudnym materacu i wstrzymałam oddech. Obserwowałam. Po kilku sekundach celę zalało światło, drzwi otworzyły się z przyprawiającym o ból zębów skrzypnięciem. Mężczyzna z blizną, który mnie porwał, wszedł do środka, trzymając coś w rękach. Przystanął w pół kroku, ogarniając wzrokiem moje dygocące ciało, a jego wargi wykrzywiły się w obleśnym uśmiechu. Zrobiło mi się niedobrze. Mimo to odwzajemniłam jego spojrzenie i ze ściśniętym gardłem czekałam na jego kolejny ruch. Wiedziałam, że tylko czekał, aż coś wywinę. Rzucę się do ucieczki albo zacznę krzyczeć czy wołać o pomoc. Jednak nie byłam głupia. Byłam świadoma tego, że nie było stąd żadnej ucieczki, a i moje wrzaski na nic by się zdały. Dlatego też nie zrobiłam zupełnie nic.
Nie doczekując się ode mnie żadnej reakcji, mężczyzna prychnął pod nosem. Ruszył do mnie niespiesznie i bez słowa postawił na ziemi, obok materaca, tacę z jakąś ohydną breją i z plastikowym kubkiem wypełnionym mętną wodą. Popatrzył na mnie wyczekująco i kiwnął głową na jedzenie.
- Jedz - burknął. Założył masywne ramiona na piersi i czekał.
Poczułam, jak zabulgotało mi w brzuchu, ale za bardzo paraliżował mnie strach. W tamtej chwili nie mogłabym się ruszyć, nawet gdybym chciała. To było cholernie dziwne uczucie, zupełnie jakby ktoś inny przejął władzę nad moim ciałem, wiążąc je w niewoli. Widziałam, że mężczyzna zaczyna tracić do mnie cierpliwość. Grymas pogłębiający się na jego twarzy i dzikie, zmrużone gniewnie oczy mówiły mi wszystko.
Zanim mogłam zorientować się w tym, co się dzieje, znalazł się przy mnie, załapał mnie boleśnie za włosy, zwlókł z materaca i siłą wcisnął moją twarz w breję.
Pisnęłam zaskoczona.
Próbowałam odepchnąć się rękoma od betonu, ale on był zbyt silny.
Zaczynało brakować mi powietrza. Młóciłam rękami, próbując go dosięgnąć, ale wtedy szarpnął mnie za włosy, odchylając moją głowę do tyłu. Nabrałam gwałtownie powietrza i niemal odetchnęłam z ulgą, kiedy poczułam na policzku jego oddech.
- No to jak będzie, mu?equita? - zapytał, sunąc nosem po moim policzku. Drgnęłam zniesmaczona, ale i przerażona, jednak on zdawał się tego nie zauważać i ciągnął dalej: - Zaczniesz jeść jak dobra dziewczynka, czy potrzebujesz większej zachęty, huh?
Przełknęłam ciężko ślinę, chcąc mu odpowiedzieć, lecz słowa nie chciały mi przejść przez gardło. Skinęłam więc tylko głową, mając nadzieję, że to wystarczy mu za odpowiedź. Byłam w błędzie. Kiedy się nie odezwałam, mężczyzna poderwał się z warknięciem z klęczek i już po chwili poczułam, jak but łączy się z moim ciałem, trafiając w złamane żebro. Wrzasnęłam z bólu, po raz kolejny lądując twarzą w talerzu pełnym papki, a po policzkach popłynęły mi łzy. Boże, jak to bolało!
Przez łzy, kątem oka widziałam, jak mój oprawca nachyla się nade mną, by po raz kolejny złapać za moje rude pasma. Tak jak zaledwie przed paroma minutami, szarpnął za nie, odchylając mi głowę tak, bym spojrzała mu w oczy.
- Jeśli cię o coś pytam, liczę na to, że odpowiesz, używając do tego gęby! Zrozumiano?! - ryknął, pociągając za włosy z taką siłą, iż byłam pewna, że część z nich wyrwał. Załkałam. - Nie każ mi się powtarzać!
- T-tak - wyjąkałam słabiutko. - Z-zrozumiałam.
- Dobrze - odezwał się, przybliżając twarz do mojej. - A teraz zapytam cię jeszcze raz... Zaczniesz jeść jak dobra dziewczynka?
- T-tak. - jęknęłam. Otarłam buzię i wzięłam się za jedzenie.
Sięgnęłam po plastikową łyżkę i nabrałam na nią papki. Wcisnęłam ją sobie do ust i zaczęłam powoli przeżuwać. Nie miałam cholernego pojęcia, co to było, ale smakowało okropnie. Musiałam bardzo się postarać, by tego nie wypluć i zmusić się, żeby to przełknąć, nie wymiotując przy tym. Przez cały czas czułam na sobie spojrzenie Blizny, który jak mniemałam, tylko czekał, aż dam mu kolejny powód, by mógł się nade mną jeszcze popastwić.
Trochę to trwało, ale w końcu udało mi się wszystko zjeść. Przysiadłam na piętach i spojrzałam na stojącego nade mną mężczyznę.
- Muszę się wysikać - szepnęłam. Piekielnie zażenowana umknęłam przed nim wzrokiem.
Blizna sięgnął po pustą tacę i ruszył do drzwi.
- Niedługo ktoś do ciebie przyjdzie i coś ci przyniesie - rzekł, nawet na mnie nie patrząc. - A jeśli nie będziesz mogła wytrzymać... - obrócił się w drzwiach i rozejrzał po celi. - Masz tu wystarczająco dużo miejsca, żeby się odlać. - Zarechotał, po czym wyszedł z celi.
Czekałam, aż spowije mnie ciemność, ale ku mojemu zaskoczeniu, tak się nie stało.
Co miało znaczyć, że ktoś mi coś przyniesie? Że niby do załatwiania? Normalnie, aż zachciało mi się śmiać. To wszystko było tak surrealistyczne!
Podniosłam się powoli z podłogi i jęknęłam, kiedy w moim ciele rozgorzał ból wywołany złamanym żebrem.
- O Boże - stęknęłam, chcąc usiąść na materacu, kiedy wpadł mi w oczy plastikowy kubek po wodzie. Nie wierzyłam, że chciałam to zrobić, ale mój pełny pęcherz, aż krzyczał! Wstrzymałam oddech i zaciskając zęby, osunęłam się na kolano i sięgnęłam po niego. Już z kubkiem w dłoni, podparłam się wolną ręką o znajdujący się za mną materac i przysiadłam na jego brzegu. Podciągnęłam lekko sukienkę i zsunęłam majtki. Podsunęłam kubeczek pod cipkę i zaczęłam sikać. Nawet pomimo faktu, że byłam tam zupełnie sama i nikt nie mógł widzieć mojego upokorzenia, i tak zalało mnie zażenowanie i niebywały wstyd. Niemniej jednak byłam święcie przekonana, iż żeby przetrwać w tym miejscu, będą musiała wyzbyć się i jednego, i drugiego.
Kiedy już opróżniłam pęcherz, odstawiłam kubek za materac i ostrożnie położyłam się na nim. Wpatrując się tępo w sufit, czekałam. Czekałam, aż zjawi się ten ktoś, o którym wspomniał Blizna. Czekałam na to, co się stanie. To jedyne, co mogłam zrobić. Czekać. Nic innego mi nie pozostało.
Oczekiwanie na niewiadomą było do bani. Nie miałam pojęcia, ile minęło czasu, gdy drzwi po raz kolejny stanęły otworem i do środka wszedł młody chłopak. Zamknęłam prędko oczy i wstrzymałam na moment oddech. Zastanawiałam się, co zrobić? Powinnam udać, że śpię? A może nieprzytomną? Doszedłszy do wniosku, że to kompletnie bezcelowe, westchnęłam z rezygnacją i powoli usiadłam. Zaciskając zęby z bólu, obróciłam się na materacu i postawiłam bose stopy na ziemi. Nie podnosząc głowy, spojrzałam przez zasłonę włosów na nowo przybyłego, który wyglądał jak młodsza wersja szefa tej całej organizacji.
Mojego właściciela.
Zrobiło mi się niedobrze.
Zebrawszy się na odwagę, spojrzałam wprost w jego oczy, wpatrujące się we mnie w bezruchu. Próbowałam coś z nich wyczytać, cokolwiek, ale bez powodzenia. Miałam wrażenie, jakbym patrzyła w ślepia umarlaka. Jednak podpierający się o ścianę mężczyzna z całą pewnością należał do krainy żywych, o czym świadczyła jego unosząca się w szybkich oddechach klatka piersiowa. Przemknęło mi przez myśl, by spróbować się z nim dogadać, a może i nawet prosić o pomoc, ale nie odezwałam się ani słowem. I on też. Wpatrywaliśmy się tylko w siebie, przez kilka mocnych uderzeń serca, aż w końcu odepchnął się od ściany i ruszył w moją stronę. Prawie wyskoczyłam ze skóry, kiedy stanął nade mną i popatrzywszy na mnie z góry, przemówił ochrypłym, szorstkim głosem:
- Rozbierz się.
Miałam się rozebrać? Przed nim?
Jak na komendę umysł zaczął mi podsuwać wizję tego, co ten facet mógłby ze mną zrobić, a każda kolejna była potworniejsza od poprzedniej!
Poczułam, jak zasycha mi w ustach, a serce zaczyna dziko obijać się o żebra. Przełknęłam ciężko ślinę.
"Co powinnam zrobić? Posłuchać i wykonać polecenie?" zastanawiałam się gorączkowo, choć tak naprawdę doskonale wiedziałam, że nie miałam innego wyjścia, jak tylko spełnić jego rozkaz. Niemniej nie potrafiłam zmusić się do wykonania jakiegokolwiek ruchu. Sparaliżował mnie prawdziwy strach. Siedziałam jak skamieniała na obskurnym materacu, coraz to łapczywiej łapiąc powietrze, kiedy chłopak warknął, ewidentnie poirytowany i uniósł nad moją głowę wiadro, którego wcześniej u niego nie zauważyłam. Zanim mogłabym zorientować się w tym, co się dzieje, na materac obok mnie została rzucona jakaś koszulka, a sekundy później na moim i tak już wyziębniętym ciele wylądowała lodowata woda.
Wrzasnęłam na całe gardło i zerwałam się z posłania, zapominając o jakimkolwiek bólu. Dygocąc z zimna, spojrzałam na chłopaka. Przypatrywał mi się z nieodgadnioną miną.
- D-dlacz-czego? - wydusiłam, szczękając zębami.
Jak było można się tego spodziewać, nie odpowiedział. Przynajmniej nie od razu. Drapiąc się po szczęce, przesunął oczami po moim ciele, tak jak jeszcze nie tak dawno temu zrobił jego ojciec. Niemniej w jego spojrzeniu nie było nic zbereźnego. W odróżnieniu od swojego ojca nie patrzył na mnie jak na kawałek mięsa. W jego oczach dostrzegałam tylko zwykłą ciekawość. I nic ponadto.
- Dlaczego? - odezwał się w końcu, robiąc niewielki krok ku mnie. Jednak to wystarczyło, by zbliżył się do mnie na tyle blisko, bym mogła poczuć na twarzy jego oddech. - Powód był prosty. Poprosiłem cię o coś, a ty nie wykonałaś polecenia. - Wyciągnął do mnie rękę i ujął mój podbródek. Wzdrygnęłam się mimowolnie, ale on zdawał się tego nie zauważyć. - Dam ci dobrą radę, słonko. Bądź posłuszna i wykonuj polecenia. Nie tylko moje, ale każdego sukinsyna, który wejdzie przez te drzwi. - Skinął na nie głową, nie odrywając oczu od moich. - Będę z tobą szczery. Nie czeka cię tu nic dobrego. Możesz jednak polepszyć swoją sytuację. Wystarczy, że będziesz posłuszna i nie będziesz sprawiała problemów. W przeciwnym razie... - rozpoczął ściszonym głosem i urwał.
Nie wiedziałam, czy mi się wydawało, czy też nie, ale dałabym sobie uciąć rękę, że usłyszałam w jego głosie podszyty wyrzutami sumienia smutek. Potrząsnął głową i odsunął się ode mnie. Patrzyłam, jak podchodzi do materaca i pochyla się, by wziąć coś z podłogi. Po chwili wrócił do mnie i podał mi gąbkę.
- Zostawię cię, żebyś mogła się umyć i przebrać - bąknął. Miałam niejasne wrażenie, że chciał powiedzieć coś więcej, ale zamiast tego, złapał porzucone za ziemi wiadro i postawił je pod jedną ze ścian. - Możesz się do niego załatwiać - powiedział, nawet na mnie nie patrząc i ruszył do wyjścia. Jednak zanim wyszedł, rzucił mi przez ramię ostatnie spojrzenie. - Mam nadzieję, że okażesz się na tyle mądra, by posłuchać mojej rady, mu?equita. Ludzie tutaj nie znają współczucia. Nie mają też żadnych zahamowań. A ludzkie życie jest warte dla nich tyle, co nic.
Obejmując swoje rozdygotane ciało, patrzyłam za nim, jak wychodził z celi.
- Zaczekaj! - wyrwało mi się, zanim zdążył zamknąć za sobą drzwi. - Jak masz na imię? - spytałam, choć tak naprawdę nie widziałam powodu, dla którego miałabym chcieć je poznać.
Chłopak zatrzymał się z ręką na gałce i obejrzał się na mnie. W jego oczach mogłam dostrzec wahanie i niepewność. Zapewne tak jak ja, nie spodziewał się usłyszeć ode mnie takiego pytania.
- Javier - odrzekł po dłuższej chwili i obrzuciwszy mnie jeszcze jednym szybkim spojrzeniem, odgrodził się ode mnie, zatrzaskując za sobą drzwi.
Czekałam na to, aż zgaśnie światło i po raz kolejny spowije mnie ciemność, jednak mijały sekunda za sekundą i nic takiego się nie stało. Nie przestając się trząść, zrzuciłam z siebie przemoczone ubranie, po czym wzięłam pozostawioną przez Javiera koszulkę i włożyłam ją na siebie. Była olbrzymia! Sięgała mi sporo za kolana, ale to był plus, gdyż dzięki temu nie czułam się aż tak bardzo obnażona, a jej długie rękawy sprawiły, że było mi znacznie cieplej.
Już przebrana położyłam się na wznak na materacu i po raz enty zaczęłam zastawiać się nad swoim marnym położeniem. Javier wydawał się inny. Nie przypominał swojego ojca ani Blizny - w ich oczach nie dało się dostrzec nawet namiastki dobroci. U Javiera zauważałam skruchę i przeprosiny. Zapewne było to głupie i naiwne z mojej strony, niemniej pozwoliłam na to, by rozbudziła się we mnie nikła nadzieja, że być może znajdę w nim sprzymierzeńca.
Biorąc pod uwagę miejsce, w którym się znalazłam i ludzi, którzy je okupowali, szanse na to były znikome, jednakże co miałam do stracenia? Mogłam... Nie! Musiałam spróbować! Przecież i tak już gorzej być nie mogło, prawda? Jeśli miałam cień szansy na to, by choć w niewielkim stopniu odmienić swój los, powinnam łapać każdą nadarzającą się okazję. A w moich oczach Javier był właśnie taką okazją.
Westchnąwszy ciężko, przetoczyłam się na bok i zwinęłam w kłębek, by jakoś się rozgrzać. Zamknęłam powieki i próbowałam oczyścić umysł z wszystkich zaśmiecających go myśli. Trochę to trwało, ale w końcu udało mi się zasnąć. Tym razem nie śniłam o rodzicach ani starym domu. Tej nocy nie śniłam o niczym...