Złamana laleczka - Katarzyna Piątek

Kup ebooka

44.00 zł
28.60 zł (28,60 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział1

Aria

Po­czułam, jak po­wo­li opusz­czał mnie sen, a moje cia­ło prze­szył doj­mu­ją­cy chłód.

Było zim­no. Tak prze­raź­li­wie zim­no.

Mia­łam wra­że­nie, jak­by w moje cia­ło wbi­ja­no ty­sią­ce ma­leń­kich szpi­lek.

Le­ża­łam na ja­kimś wil­got­nym ma­te­ra­cu, a do mo­ich noz­drzy do­cie­rał smród wil­go­ci, stę­chli­zny i mo­czu. Uchyli­łam cięż­kie po­wie­ki i za­raz z ję­kiem za­ci­snę­łam je z po­wro­tem, kie­dy z boku mo­jej gło­wy eks­plo­do­wał nie­zno­śny ból! Za­czerp­nę­łam drżą­cy od­dech, spró­bo­wa­łam się po­ruszyć, jed­nak wszyst­kie moje mię­śnie nie­mal na­tych­miast za­wyły w pro­te­ście.

Znie­rucho­mia­łam.

Nie ro­zu­mia­łam, co się dzie­je!

Nie mia­łam też po­ję­cia, gdzie się znaj­do­wa­łam ani jak się tam zna­la­złam i z każ­dą ko­lej­ną mi­ja­ją­cą se­kun­dą ogar­nia­ło mnie co­raz więk­sze prze­ra­że­nie.

Kie­dy w koń­cu uda­ło mi się otwo­rzyć oczy, je­dyne, co wi­dzia­łam, to ciem­ność, któ­ra była tak gę­sta, iż od­no­si­łam wra­że­nie, że mo­gła­by mnie udu­sić.

Po raz ko­lej­ny po­czułam pul­sują­cy ból. Z wy­sił­kiem unio­słam skost­nia­łą rękę i prze­sunę­łam opusz­ka­mi pal­ców po po­tyli­cy. Po­czułam na nich coś mo­kre­go i cie­płe­go.

Krew.

Moim cia­łem wstrzą­snął dreszcz, a mój otę­pia­ły umys za­czął być za­le­wa­ny przez wspo­mnie­nia, któ­re klat­ka po klat­ce, nie­ubła­ga­nie przy­po­mi­na­ły o wy­da­rze­niach ze­szłe­go wie­czo­ru.

Była so­bo­ta i po cięż­kim ty­god­niu mia­łam ocho­tę ro­ze­rwać się w gro­nie przy­ja­ciół. Spo­tka­łam się ze zna­jo­mymi w jed­nym z na­szych ulu­bio­nych klu­bów. Za­ba­wa, jak za­wsze, była przed­nia. A przy­najm­niej taka była do cza­su po­ja­wie­nia się Lia­ma. W chwi­li, w któ­rej wy­pa­trzyłam go wśród mo­rza wi­ją­cych się na par­kie­cie ciał, wie­dzia­łam, że za­rów­no do­bry na­strój, jak i szam­pań­ska za­ba­wa znik­ną bez­pow­rot­nie. I nie po­myli­łam się.

Nie mi­nę­ło wie­le cza­su, jak Liam się upił i za­czął wy­le­wać swo­je żale. I tak jak za każ­dym pie­przo­nym ra­zem, od czte­rech dłu­gich lat, za­czął za­rzucać mi, że wo­la­łam jego star­sze­go bra­ta od nie­go.

- Co ta­kie­go ma Cole, cze­go mi bra­kuje? Co, Ari?! - beł­ko­tał, na­chyla­jąc się nad sto­li­kiem. - Prze­cież zo­sta­wił nas bez sło­wa! Znik­nął, bo miał nas wszyst­kich głę­bo­ko w du­pie! - Wska­zał na mnie dło­nią, w któ­rej trzymał kie­li­szek z czystą wód­ką. - A ty, głupia, cią­gle do nie­go wzdychasz! To ta­kie ża­ło­sne, Aria... Ty je­steś ża­ło­sna! - wy­sy­czał ze zło­ścią.

- Wy­star­czy! - wark­nę­łam, mia­łam już tego wszyst­kie­go ser­decz­nie dość. - Je­dyną ża­ło­sną oso­bą w tym to­wa­rzystwie je­steś ty! - Na do­bre wkurzo­na, ze­rwa­łam się z miej­sca, zgar­nę­łam swo­ją to­reb­kę ze sto­li­ka i ruszyłam do wyj­ścia, po­trą­ca­jąc po dro­dze kil­ka osób. Nie mia­łam za­mia­ru po raz ko­lej­ny prze­ra­biać tego sa­me­go. Oczywi­ście, jak moż­na było się tego spo­dzie­wać, Liam ruszył za mną. Ten chło­pak nig­dy nie wie­dział, kie­dy od­pu­ścić, więc niby dla­cze­go tym ra­zem mia­ło­by być in­a­czej? Za­nim mia­łam szan­sę choć­by do­trzeć do drzwi, zła­pał mnie za rękę, za­trzymał w miej­scu i moc­nym szarp­nię­ciem ob­ró­cił ku so­bie.

- To nie mu­sia­ło się tak koń­czyć - mó­wił tak ci­cho, że le­d­wie byłam w sta­nie usłyszeć go na tle dud­nią­cej z gło­śni­ków mu­zyki. Liam po­trzą­snął gło­wą, po czym, wciąż mnie trzyma­jąc, spoj­rzał na mnie ocza­mi, w któ­rych błysnę­ło po­czucie winy i udrę­ka. Nie za bar­dzo ro­zu­mia­łam, skąd wzię­ły się u nie­go ta­kie emo­cje; w koń­cu to nie było pierw­sze ta­kie na­sze ro­deo. - Wy­bacz mi, Ari.

- Co ty bre­dzisz?! Co nie mu­sia­ło się koń­czyć?! I co mam ci, u dia­bła, wy­ba­czyć?! To, że zno­wu za­cho­wa­łeś się jak du­pek?! - wrza­snę­łam, za­ci­ska­jąc pię­ści przy bo­kach. Aż mnie pa­li­ło, żeby mu przy­ło­żyć. Mia­łam dość Lia­ma i jego bez­sen­sow­ne­go beł­ko­tu. Po­chyli­łam się nie­znacz­nie ku nie­mu i zmarsz­czyłam nos, kie­dy w moje noz­drza ude­rzył smród ta­niej wód­ki. - Przy­wykłam już do tego, wiesz?

- Mam na­dzie­ję, że kie­dyś zro­zu­miesz - wy­szep­tał, jak­bym w ogó­le się nie ode­zwa­ła. - Mu­sisz wie­dzieć, że nie mia­łem wyj­ścia. Ja... - Urwał, a jego pal­ce na moim przed­ra­mie­niu za­ci­snę­ły się tak moc­no, iż byłam pew­na, że po­zo­sta­wią na mo­jej skó­rze si­nia­ki.

- Liam - po­wie­dzia­łam po­wo­li. - Puść mnie, pro­szę. Spra­wiasz mi ból.

Ob­ser­wo­wa­łam ze zmarsz­czo­nymi brwia­mi, jak mruga raz, drugi, jak­by bu­dził się z ja­kie­goś transu.

- Prze­pra­szam - szep­nął, po czym od­wró­ciw­szy ode mnie wzrok, po­wtó­rzył: - Prze­pra­szam.

- Je­steś nie­nor­mal­ny - syk­nę­łam. Wy­szarp­nę­łam rękę z jego uści­sku i nie po­świę­ca­jąc mu już ani jed­ne­go spoj­rze­nia wię­cej, szyb­kim kro­kiem po­ma­sze­ro­wa­łam do wyj­ścia. Nie­mal wy­bie­głam z klu­bu i pie­szo ruszyłam w stro­nę domu. Mia­łam już po dziur­ki w no­sie na­pa­dów za­zdro­ści ze stro­ny sta­re­go przy­ja­cie­la. Byłam wście­kła i sfrustro­wa­na! Z Lia­mem kum­plo­wa­li­śmy się od smar­ka. Był naj­lep­szym przy­ja­cie­lem mo­je­go bra­ta, ale tak­że i moim. Na­sza trój­ka była ze sobą na­praw­dę bli­sko. Jed­nak­że przed czte­ro­ma laty mię­dzy mną a Lia­mem coś za­czę­ło się zmie­niać. Do­sko­na­le wie­dzia­łam, że mia­ło to wie­le wspól­ne­go z jego star­szym bra­tem, Co­lem.

Tak jak dzi­siaj, Liam już wcze­śniej wy­tykał mi, że to wła­śnie przez Cole'a go od­pycha­łam. I praw­dę mó­wiąc, nie mylił się. Cole był dla mnie kimś waż­nym, choć zda­łam so­bie z tego spra­wę do­pie­ro po tym, jak znik­nął z Bal­ti­mo­re. Co praw­da, kie­dy byłam jesz­cze dziec­kiem, wy­da­wa­ło mi się, że byłam za­uro­czo­na Lia­mem, jed­nak­że czas po­ka­zał, że byłam w ogrom­nym bę­dzie. Te­raz na­wet nie mo­głam na­zwać go przy­ja­cie­lem i wbrew temu, co twier­dził, nie mia­ło to nic wspól­ne­go z jego bra­tem, a z nim sa­mym. Liam się zmie­nił. Ten nie­gdyś do­bry, miły roz­ra­bia­ka, stał się opryskli­wy i po­de­ner­wo­wa­ny. Po­cząt­ko­wo nie mia­łam po­ję­cia, skąd ta na­gła zmia­na w jego za­cho­wa­niu, ale kie­dy za­czął sza­stać for­są na pra­wo i lewo i roz­bi­jać się po mie­ście dro­gą furą, za­czę­łam mieć złe prze­czucia. Liam nie miał swo­ich oszczęd­no­ści. Wraz z pa­nią Ben­nett utrzymywa­li się z pie­nię­dzy, któ­re prze­le­wał Cole. Od sa­me­go Lia­ma wie­dzia­łam, że nie były to małe sumy, jed­nak to jego mat­ka dys­po­no­wa­ła kasą, a nie on. Dla­te­go też, nie­moż­li­wym było, by to z tej kasy Liam spra­wił so­bie ta­kie au­tko. Pró­bo­wa­łam na­wet wy­pytać o to mo­je­go bra­ta, Drew, ale ten twier­dził, że nie ma po­ję­cia, skąd Liam wziął hajs na brykę. Przy oka­zji wy­znał mi też, że od­da­li­li się od sie­bie. Nie­ste­ty, po­mi­mo mo­ich na­le­gań, nie chciał za­głę­biać się w ten te­mat, więc nie mia­łam in­ne­go wyj­ścia, jak od­pu­ścić.

Po­grą­żo­na w myślach prze­szłam przez uli­cę i ruszyłam przez ciem­ny park, chcąc jak naj­prę­dzej zna­leźć się już w domu. O tej po­rze wy­glą­dał pie­kiel­nie mrocz­nie, jak­by żyw­cem wy­ję­ty z hor­ro­ru. Ciem­ne syl­wet­ki ga­łę­zi drzew przy­po­mi­na­ły szpo­ny po­two­ra, któ­re w każ­dej chwi­li mo­głyby się­gnąć po mnie i po­rwać w od­mę­ty swo­je­go mro­ku.

Wzdrygnę­łam się.

Ro­zej­rza­łam się do­oko­ła, ale nig­dzie nie było wi­dać żywe­go du­cha. Gdzieś w gę­stwi­nach usłysza­łam ja­kiś sze­lest. Przy­spie­szyłam kro­ku. Pra­gnę­łam jak naj­szyb­ciej stam­tąd uciec.

Nie mi­nę­ło wie­le cza­su, gdy do­tar­łam do wyj­ścia z par­ku, a moim oczom uka­za­ła się uli­ca. Wes­tchnę­łam z nie­bywa­łą ulgą, jed­nak za­raz prze­szył mnie dziw­ny, nie­zro­zumia­ły dreszcz, a wło­ski na moim kar­ku sta­nę­ły dęba. Po­czułam na so­bie czyjś wzrok. Wy­da­wa­ło mi się, że ktoś mnie ob­ser­wuje. Ob­rzu­ci­łam oto­cze­nie szyb­kim spoj­rze­niem, ale ni­ko­go nig­dzie nie wy­pa­trzyłam.

- To tyl­ko two­ja wy­obraź­nia - wy­szep­ta­łam drżą­cym gło­sem. Boże, co mnie pod­kusi­ło, by sa­mej w środ­ku nocy ła­zić po ciem­nym par­ku?! To wła­śnie tutaj, nie tak daw­no temu zna­le­zio­no oso­bi­ste rze­czy i śla­dy krwi mło­dej dziew­czyny, któ­ra znik­nę­ła bez śla­du i któ­rej nig­dy nie od­na­le­zio­no, po­mi­mo tego, że w jej po­szuki­wa­nia zo­sta­ły za­an­ga­żo­wa­ne służ­by z ca­łe­go sta­nu. Prze­szuki­wa­no po­bli­skie par­ki, lasy i je­zio­ra, ale bez po­wo­dze­nia; zupeł­nie, jak­by dziew­czyna roz­płynę­ła się w po­wie­trzu. Wkrót­ce po tym zda­rze­niu, po­li­cja za­czę­ta łą­czyć tę spra­wę z in­nymi za­gi­nię­cia­mi, ja­kie mia­ły miej­sce w ostat­nich la­tach nie tyl­ko w sa­mym Bal­ti­mo­re, ale i na ca­łym wschod­nim wy­brze­żu. Po­li­cja mia­ła po­dej­rze­nia, że te wszyst­kie za­gi­nię­cia mia­ły zwią­zek z nie­uchwyt­ną do tej pory or­ga­ni­za­cją prze­stęp­czą, ­zaj­mu­ją­cą się han­dlem żywym to­wa­rem.

Od­głos czyichś stłumio­nych kro­ków, do­cho­dzą­cych gdzieś zza mnie, wy­rwał mnie z tych strasz­nych myśli. Zwil­got­nia­ły mi dło­nie i po­czułam, jak po mo­ich ple­cach spływa struż­ka zim­ne­go potu.

Mu­sia­łam stam­tąd zwie­wać.

Na­tych­miast.

Nie oglą­da­jąc się już wię­cej za sie­bie, czmych­nę­łam z par­ku. W mgnie­niu oka prze­cię­łam opusto­sza­łą uli­cę, a wra­że­nie, jak­by ktoś śle­dził każ­dy mój ruch, nie opusz­cza­ło mnie ani na chwi­lę. Wy­szłam za róg w jed­ną z ciem­nych uli­czek i uj­rza­łam męż­czyznę bie­gną­ce­go środ­kiem jezd­ni. Z ja­kie­goś po­wo­du na jego wi­dok po­czułam nie­wiel­ką ulgę, któ­ra jed­nak oka­za­ła się ulot­na i nie trwa­ła dłu­go. Z trwo­gą, ni­czym na fil­mie, ob­ser­wo­wa­łam, jak do­słow­nie zni­kąd po­ja­wi­ły się dwa sno­py świa­tła, a chwi­lę póź­niej ciem­ne, roz­pę­dzo­ne auto z im­pe­tem wje­cha­ło w ucie­ka­ją­ce­go nie­szczę­śni­ka. Sta­nę­łam jak wryta, a z mo­je­go gar­dła ule­ciał krzyk prze­ra­że­nia.

Ro­ze­dr­ga­na ro­zej­rza­łam się wo­ko­ło za czymś, za czym mo­gła­bym się scho­wać. Nie mia­łam naj­mniej­szych wąt­pli­wo­ści, że nie był to wy­pa­dek. Sa­mo­chód ewi­dent­nie po­trą­cił tego bie­da­ka ce­lo­wo!

Spa­ni­ko­wa­na, pod­bie­głam do naj­bliż­sze­go drze­wa i scho­wa­łam się za nim, ma­jąc na­dzie­ję, że po­zo­sta­nę nie­zau­wa­żo­na.

- Ja pier­do­lę! - wy­sa­pa­łam, zupeł­nie za­po­mi­na­jąc o śle­dzą­cym mnie wid­mie, któ­re cza­iło się w mro­ku.

Na­słuchi­wa­łam ja­kie­go­kol­wiek dźwię­ku, któ­ry mógł­by świad­czyć o tym, że na­past­nik jed­nak mnie za­uwa­żył, ale ze­wsząd ota­cza­ła mnie tyl­ko upior­na ci­sza, któ­ra za­miast po­dzia­łać na mnie ko­ją­co, tyl­ko wzmo­gła mój strach.

Z dzi­ko bi­ją­cym ser­cem wyj­rza­łam zza pnia, do­kład­nie w chwi­li, gdy drzwi sa­mo­cho­du otwo­rzyły się i wy­siadł z nie­go przy­sa­dzi­sty męż­czyzna. Wstrzymu­jąc osza­la­ły od­dech, ob­ser­wo­wa­łam z ukrycia, jak nie­zna­jo­my pod­cho­dzi wol­nym kro­kiem do swo­jej ofia­ry. Męż­czyzna przy­glą­dał się przez chwi­lę cia­łu le­żą­ce­mu nie­rucho­mo na uli­cy, po czym zza poły czar­ne­go gar­ni­turu wy­cią­gnął broń i wy­mie­rzył w nie­szczę­śni­ka. Padł strzał, któ­ry prze­ciął ci­szę nocy ni­czym grzmot pio­runa.

Wrza­snę­łam mi­mo­wol­nie, po czym szyb­ko za­sło­ni­łam drżą­cą ręką usta i na po­wrót scho­wa­łam się za drze­wem. Trzę­sąc się na ca­łym cie­le, bła­ga­łam w du­chu, by mor­der­ca mnie nie usłyszał. Na kil­ka ude­rzeń ser­ca, na po­wrót za­pa­no­wa­ła kom­plet­na ci­sza i wszyst­ko za­stygło w bez­ruchu, zupeł­nie jak­by czas się za­trzymał. Za­raz jed­nak do mo­ich uszu do­tarł od­głos zbli­ża­ją­cych się cięż­kich kro­ków, któ­re z każ­dą mi­ja­ją­cą se­kun­dą sta­wa­ły się co­raz gło­śniej­sze.

Wie­dzia­łam, że wpa­dłam w nie­złe gów­no!

Chcąc nie chcąc, sta­łam się świad­kiem mor­der­stwa! Mia­łam tyl­ko jed­ną opcję. Mu­sia­łam zwie­wać! I to na­tych­miast!

Nie za­sta­na­wia­jąc się nad tym, co ro­bię, ani nad moż­li­wymi kon­se­kwen­cja­mi, ode­pchnę­łam się od pnia dębu i pu­ści­łam bie­giem, pę­dząc ile sił w no­gach w stro­nę, z któ­rej do­pie­ro co przy­szłam. Od za­wsze lu­bi­łam bie­gać i od paru lat nie­mal każ­dy dzień za­czyna­łam od prze­bież­ki. Byłam szyb­ka. A na­wet bar­dzo szyb­ka.

Na moje nie­szczę­ście mor­der­ca oka­zał się szyb­szy. Uda­ło mi się ubiec za­le­d­wie parę me­trów, kie­dy po­czułam, jak sta­lo­we ra­mię oplo­tło się wo­kół mo­je­go pasa i zo­sta­łam przy­cią­gnię­ta do twar­de­go cia­ła.

- Nie tak szyb­ko, la­lecz­ko - ode­zwał się do mo­je­go ucha mę­ski głos z wy­raź­nym ak­cen­tem, któ­re­go ni­jak nie po­tra­fi­łam zi­den­tyfi­ko­wać.

Za­mar­łam.

Na mo­ment za­po­mnia­łam na­wet, jak się od­dycha.

Mia­łam umrzeć! Byłam tego pew­na. Nig­dy w ca­łym swo­im dwudzie­sto­dwulet­nim życiu nie czułam tak wiel­kie­go prze­ra­że­nia, ja­kie pa­ra­li­żo­wa­ło mnie w tej chwi­li.

- Pro­szę... ni­ko­mu nic nie po­wiem! - bła­ga­łam, mio­ta­jąc się bez­rad­nie w uści­sku mor­der­cy.

- Prze­stań się, kur­wa, szar­pać! - wark­nął mi do ucha męż­czyzna i wzmoc­nił swój uścisk. Po­czułam, jak pod wpływem jego siły pę­ka­ją mi że­bra. Ból, któ­ry eks­plo­do­wał w moim cie­le, spra­wił, że uszło ze mnie całe po­wie­trze, a przed ocza­mi za­tań­czyły mi ciem­ne mrocz­ki. - Ga­daj! Co tutaj ro­bi­łaś?!

- Nic! Przy­się­gam! - uda­ło mi się wy­du­sić. - Ja tyl­ko szłam do... - urwa­łam. Zno­wu ude­rzyło mnie wra­że­nie, że ktoś nas ob­ser­wuje. Obej­rza­łam się na boki i po drugiej stro­nie uli­cy uj­rza­łam drugi ciem­ny sa­mo­chód, ale nie uda­ło mi się doj­rzeć ni­ko­go w środ­ku.

- Wy­glą­da na to, że zna­la­złaś się w nie­wła­ści­wym miej­scu, o złej po­rze, mu­?e­qui­ta - ode­zwał się, z po­wro­tem ścią­ga­jąc na sie­bie moją uwa­gę.

Męż­czyzna mil­czał przez chwi­lę; za­pew­ne za­sta­na­wiał się, co ze mną zro­bić. Bez pro­ble­mu mógł­by mnie za­bić tu i te­raz, bez żad­nych świad­ków, tym sa­mym roz­wią­zując swój pro­blem. Po chwi­li nie­zna­jo­my ob­ró­cił mnie przo­dem do sie­bie i zmrużyw­szy oczy, za­czął przy­glą­dać się mo­jej twa­rzy. W ułam­ku se­kun­dy jego war­gi roz­cią­gnę­ły się w brutal­nym, przy­pra­wia­ją­cym mnie o mdło­ści uśmiesz­ku.

- A niech mnie! Wy­glą­da na to, że dzi­siaj za­pra­cu­ję so­bie na eks­tra pre­mię! - Za­re­cho­tał. - Bied­ny Curt tro­chę się spóź­nił!

"O czym on do cho­le­ry ga­dał? Jaką pre­mię? Jaki Curt?!", za­sta­na­wia­łam się go­rącz­ko­wo.

- Pro­szę, wy­puść mnie... - Szarp­nę­łam się raz jesz­cze, krzywiąc się przy tym z bólu, ale męż­czyzna ani drgnął.

- Nie mogę tego zro­bić. Chciał­bym po­wie­dzieć, że mi przy­kro, ale...

Z prze­ra­że­niem za­uwa­żyłam, jak wol­ną ręką się­ga za pa­zuchę gar­ni­turu, przez co za­czę­łam się dzi­ko wy­rywać z jego ob­jęć. Nie usta­jąc w wy­sił­kach, ro­zej­rza­łam się wo­kół za ja­ką­kol­wiek po­mo­cą, jed­nak uli­ce o tej po­rze jak za­wsze świe­ci­ły pust­ka­mi. Nie­spo­dzie­wa­nie po­czułam ostry ból z tyłu gło­wy i już po chwi­li po­chło­nę­ła mnie ciem­ność, jed­nak tuż przed tym, nim na do­bre pstra­ci­łam przy­tom­ność, jak przez mgłę uj­rza­łam zbli­ża­ją­cą się do nas za­ma­za­ną, za­kap­turzo­ną po­stać. A po­tem... A po­tem nie było już nic.

Brzęk klu­czy wy­rwał mnie z okrop­nych wspo­mnień, spro­wa­dza­jąc tym sa­mym z po­wro­tem do mo­jej no­wej rze­czywi­sto­ści. Prze­szył mnie zim­ny dreszcz.

Zo­sta­łam po­rwa­na!

Świa­do­mość tego, co się sta­ło, dała mi kopa. Usia­dłam gwał­tow­nie na ma­te­ra­cu, a ból, jaki wy­wo­ła­ło zła­ma­ne że­bro, ode­brał mi od­dech. Jęk­nę­łam, ła­piąc się za nie i w tej sa­mej chwi­li roz­błysło ni­kłe świa­tło, są­czą­ce się z wi­szą­cej na po­pę­ka­nym su­fi­cie go­łej ża­rów­ki.

Zmrużyłam oczy.

Po­spiesz­nie ro­zej­rza­łam się po mo­jej celi. Tak, tym to wła­śnie było. Byłam za­mknię­ta w ma­leń­kim be­to­no­wym po­miesz­cze­niu. Żad­ne­go okna wy­cho­dzą­ce­go na ze­wnątrz, przy­uwa­żyłam je­dynie ma­syw­ne, drew­nia­ne drzwi z ma­łym okra­to­wa­nym otwo­rem, zza któ­re­go w tej chwi­li prze­bi­ja­ło się świa­tło. Prócz tego brud­ny ma­te­rac, na któ­rym ktoś mu­siał mnie po­ło­żyć. I nic poza tym.

Dźwięk wsa­dza­ne­go w za­mek klu­cza był jak huk wy­strza­łu w tym cia­snym miej­scu. Drgnę­łam na ma­te­ra­cu i prze­ra­żo­na utkwi­łam spoj­rze­nie w drzwiach. Pod­cią­gnę­łam ko­la­na do pier­si, po czym ob­ję­łam je ra­mio­na­mi, ob­ser­wując sze­ro­ko otwar­tymi ocza­mi, jak drzwi po­wo­li otwie­ra­ją się ze skrzyp­nię­ciem. Do środ­ka wszedł ubra­ny w ciem­ny gar­ni­tur star­szy męż­czyzna. Był fa­ce­tem ni­skiej po­stury w śred­nim wie­ku. Miał ciem­ne wło­sy przy­pró­szo­ne si­wi­zną i nie­wiel­ki za­rost.

Skuli­łam się jesz­cze bar­dziej na ma­te­ra­cu; za­po­mnia­łam o ja­kim­kol­wiek bólu. Pra­gnę­łam znik­nąć. Stać się nie­wi­dzial­na. Nie mia­ło mnie tu spo­tkać nic do­bre­go. Tego byłam pew­na. Pod­skór­nie wie­dzia­łam, że w tej wła­śnie chwi­li miał się za­cząć mój praw­dzi­wy kosz­mar.

Pa­cior­ko­we oczy męż­czyzny wy­lą­do­wa­ły na mo­jej skulo­nej, odzia­nej w kusą czer­wo­ną su­kien­kę syl­wet­ce, a jego cien­kie war­gi roz­cią­gnę­ły się w ob­le­śnym uśmiesz­ku.

Pod­szedł do mnie, lek­ko kuś­tyka­jąc, i kuc­nął, by się ze mną zrów­nać.

- Nie po­win­no cię tu być - rzekł, prze­chyla­jąc gło­wę na bok, i za­czął przy­glą­dać się mo­jej twa­rzy. Po­dob­nie jak u fa­ce­ta z uli­cy, tak też u nie­go dało się usłyszeć ten sam wy­raź­ny ak­cent. Męż­czyzna po­wiódł ocza­mi po mo­jej twa­rzy, jak i resz­cie cia­ła. Za­drża­łam nie­kon­tro­lo­wa­nie pod wpływem jego lu­bież­ne­go, na­pa­stli­we­go spoj­rze­nia. Chwycił mię­dzy pal­ce mój pod­bró­dek i przy­bli­żyw­szy twarz do mo­jej, bo­le­śnie go ści­snął. - Bę­dziesz bar­dzo cen­na. Trze­ba cię tyl­ko tro­chę wy­szko­lić.

Prze­łknę­łam cięż­ko śli­nę.

Roz­są­dek pod­po­wia­dał mi, bym mil­cza­ła, bo nie spodo­ba mi się jego od­po­wiedź, ale ja mu­sia­łam wie­dzieć, co miał na myśli.

No bo co to, kur­wa, mia­ło zna­czyć, że mu­szą mnie wy­szko­lić?!

- Co pan ma na myśli? Do cze­go mu­si­cie mnie wy­szko­lić? I co to w ogó­le za miej­sce?! - pyta­nia, choć wy­po­wie­dzia­ne sła­bym gło­sem, wy­la­tywa­ły ze mnie z pręd­ko­ścią ka­ra­bi­nu ma­szyno­we­go.

- Hmm... - Męż­czyzna uwol­nił mój pod­bró­dek i po­dra­pał się po bro­dzie, na­wet na se­kun­dę nie spusz­cza­jąc ze mnie oczu. - W su­mie już wkrót­ce sama się o tym wszyst­kim prze­ko­nasz, do­świad­cza­jąc tego na wła­snej skó­rze, ale chyba mogę cię tro­chę wpro­wa­dzić. - Ro­zej­rzał się po celi, po czym po­wró­cił do mnie spoj­rze­niem. - Moja cen­na za­ba­wecz­ko, to jest te­raz twój dom.

Po­czułam, jak ser­ce tłucze mi się w pier­si.

- Mój dom? - po­wtó­rzyłam drżą­cym gło­sem, nie­wie­le gło­śniej­szym od szep­tu.

- Zga­dza się. Tra­fi­łaś tu w ra­mach spła­ty dłu­gu i za­mie­rzam na to­bie do­brze za­ro­bić!

Skuli­łam się jesz­cze bar­dziej. Krę­ci­ło mi się w gło­wie. Nic z tego nie ro­zu­mia­łam!

- Ale ja nie je­stem ci nic dłuż­na! - pi­snę­łam. - Nie znam cię! Nig­dy wcze­śniej nie wi­dzia­łam! To musi być ja­kaś po­mył­ka!

- Żad­na po­mył­ka, skar­beń­ku. Moja... - za­to­czył ręką kół­ko w po­wie­trzu - po­wiedz­my, że "or­ga­ni­za­cja" zaj­mu­je się "re­kruta­cją" mło­dych dziew­cząt, któ­re szko­li­my na sek­sual­ne nie­wol­ni­ce. Kie­dy są już go­to­we, sprze­da­je­my je na­dzia­nym skur­wie­lom, by mo­gli speł­niać swo­je cho­re fan­ta­zje. I tym wła­śnie bę­dziesz, kie­dy już z tobą skoń­czymy. Zła­ma­ną la­lecz­ką swo­je­go wła­ści­cie­la - po­wie­dział to wszyst­ko bez ja­kich­kol­wiek emo­cji, zupeł­nie jak­by mó­wił o po­go­dzie. Wi­dząc moją prze­ra­żo­ną minę, ro­ze­śmiał się gar­dło­wo. - Och, nie martw się tak. - Po­kle­pał mnie po no­dze, a ja au­to­ma­tycz­nie od­sunę­łam się. Męż­czyzna zi­gno­ro­wał to i cią­gnął da­lej. - Wiesz, za­wsze mo­gła­by przy­paść ci w udzia­le druga opcja, a wierz mi, że jest ona o wie­le gor­sza od tej pierw­szej, choć za­pew­ne w tej chwi­li może wy­da­wać ci się to nie­moż­li­we.

- C-co to z-za o-opcja? - wy­ją­ka­łam, choć tak na­praw­dę nie chcia­łam tego wie­dzieć. Ob­ser­wo­wa­łam, jak na twa­rzy klę­czą­ce­go przede mną męż­czyzny po­ja­wia się grymas.

- Myślę, że nie je­steś go­to­wa, by to usłyszeć. - Męż­czyzna wy­cią­gnął rękę i zła­pał za ko­smyk mo­ich wło­sów. - Wi­dzisz, la­lecz­ko, na two­je nie­szczę­ście, pew­na oso­ba za­cią­gnę­ła u nas spo­ry dług, któ­re­go nie była w ­sta­nie spła­cić, więc...

- Chcesz po­wie­dzieć, że ktoś mnie wam wy­sta­wił? - wy­chrypia­łam ci­cho, wcho­dząc mu w sło­wo. Czułam, że za­czyna bra­ko­wać mi po­wie­trza! To nie mo­gło się dziać na­praw­dę! Kto mógł­by ska­zać mnie na tak be­stial­ski los?!

- Do­kład­nie, za­ba­wecz­ko - po­wie­dział, jak gdyby nig­dy nic, igno­rując fakt, że byłam bli­ska ata­ku pa­ni­ki. - I dla two­je­go wła­sne­go do­bra, bę­dzie le­piej, je­śli szyb­ko zdasz so­bie spra­wę z tego, iż nie jest to kurort wy­po­czyn­ko­wy. Ani ja, ani moi lu­dzie, nie wie­my, co to współ­czucie czy li­tość. Rób to, co ci się każe, a nie bę­dzie aż tak źle.

- Pro­szę, wy­puść mnie! - pró­bo­wa­łam bła­gać, choć wie­dzia­łam, że to bez­sen­sow­ne.

Męż­czyzna za­re­cho­tał i pod­no­sząc się z kucek, ruszył do drzwi.

- Nie mogę tego zro­bić. Te­raz je­steś moją wła­sno­ścią. - Obej­rzał się przez ra­mię i rzucił mi nie­przyjem­ne spoj­rze­nie. - Wi­taj w pie­kle, dzie­wusz­ko.

Pa­trzyłam z prze­ra­że­niem, jak drzwi za­myka­ją się za męż­czyzną, a kil­ka se­kund póź­niej celę spo­wi­ła ciem­ność. Wal­cząc o od­dech, wsta­łam na drżą­cych no­gach i na śle­po skie­ro­wa­łam się w stro­nę wyj­ścia. Nie zwa­ża­jąc na kon­se­kwen­cje, za­czę­łam ude­rzać pię­ścia­mi w stę­chłe drew­no.

- Wy­pu­ście mnie stąd! - za­wyłam. - Po­mo­cy! Niech ktoś mi po­mo­że! - dar­łam się wnie­bo­gło­sy, nie­mal zdzie­ra­jąc so­bie przy tym gar­dło, ale jak moż­na było się tego spo­dzie­wać, nie do­sta­łam żad­nej od­po­wie­dzi.

Byłam sama.

Zupeł­nie sama.

Zre­zygno­wa­na i po­zba­wio­na resz­tek sił opar­łam się cięż­ko ple­ca­mi o drzwi i zsunę­łam po nich, lą­du­jąc tył­kiem na zim­nym be­to­nie. Igno­rując ból w że­brach, pod­cią­gnę­łam nogi do klat­ki pier­sio­wej i przy­ło­żyłam czo­ło do ko­lan. Moje cia­ło drża­ło za­rów­no z zim­na, jak i z prze­ra­że­nia, a łzy zna­czyły lo­do­wa­te ścież­ki na mo­ich po­licz­kach. Mój umysł nie poj­mo­wał tej no­wej rze­czywi­sto­ści, w któ­rej się zna­la­złam.

Zo­sta­łam po­rwa­na przez psy­cho­li han­dlu­ją­cymi żywym to­wa­rem!

Je­śli ja­kimś cu­dem unik­nę tu śmier­ci, tra­fię do ja­kie­goś na­dzia­ne­go zwyrod­nial­ca, któ­ry bę­dzie trak­to­wał mnie jak śmie­cia. Jak swo­ją za­ba­wecz­kę, któ­rą bę­dzie wy­ko­rzystywał na wszyst­kie moż­li­we spo­so­by do cza­su, aż mu się znudzę, i wte­dy albo mnie wy­rzuci, albo za­bi­je. Z dwoj­ga złe­go wo­la­ła­bym śmierć w tej za­tę­chłej, śmier­dzą­cej szczyna­mi celi.

Co po­wie­dział ten fa­cet? Że tra­fi­łam tu w ra­mach spła­ty dłu­gu?

Ni stąd, ni zo­wąd przed ocza­mi sta­nął mi ob­raz Lia­ma, za­jeż­dża­ją­ce­go pod nasz dom swo­im no­wiut­kim, błysz­czą­cym Ma­se­ra­ti.

Szyb­ko po­trzą­snę­łam gło­wą, wy­pie­ra­jąc te nie­do­rzecz­ne myśli. Nie, to nie mo­gła być praw­da. Liam nig­dy by mi tego nie zro­bił. Na­wet je­śli na prze­strze­ni ostat­nich lat na­sze sto­sun­ki się po­psuły, nig­dy nie wy­sta­wił­by mnie w taki spo­sób. Nie był­by zdol­ny do ta­kie­go okrucień­stwa.

Wstrzą­snął mną szloch.

Nie prze­sta­jąc pła­kać, ruszyłam na czwo­ra­kach w stro­nę, jak mi się wy­da­wa­ło, miej­sca, gdzie le­żał ma­te­rac. Wy­ma­ca­łam go dłoń­mi i krzywiąc się z bólu, wspię­łam się na nie­go i zwi­nę­łam w kłę­bek.

Mu­sia­łam wziąć się w garść. An­drew na pew­no za­cznie mnie szukać, gdy tyl­ko za­uwa­ży, że nie wró­ci­łam do domu.

Drew!

Myśl o moim bra­cie ła­ma­ła mi ser­ce.

Z chwi­lą, gdy nasi ro­dzi­ce zgi­nę­li w wy­pad­ku, po­zo­sta­li­śmy tyl­ko my. Co praw­da, po tym fe­ler­nym dniu, z któ­re­go ab­so­lut­nie nic nie pa­mię­ta­łam, zupeł­nie jak­by ktoś za po­mo­cą gum­ki wy­ma­zał go z mo­ich wspo­mnień, tra­fi­li­śmy pod opie­kę wujo­stwa. Jed­nak­że ani sio­stra mat­ki, ani jej mąż nie byli za­in­te­re­so­wa­ni wy­cho­wywa­niem dwój­ki dzie­cia­ków. Obo­je przy­wykli do bez­tro­skie­go życia i bynajm­niej nie mie­li naj­mniej­sze­go za­mia­ru zmie­niać tego przez wzgląd na nas. Przez dłu­gi czas czułam się w ich domu jak nie­chcia­ny in­truz. Nie po­do­ba­ło mi się też to, jak wuj Ste­phen na mnie pa­trzył, kie­dy myślał, że nikt tego nie wi­dzi. Nie czułam się przy nim kom­for­to­wo, a tym bar­dziej bez­piecz­nie. I cho­ciaż z cza­sem za­czę­ło mi bra­ko­wać ro­dzi­ciel­skiej uwa­gi, do któ­rej byłam przy­zwycza­jo­na, to jed­nak wo­la­łam, gdy wujo­stwo wy­jeż­dża­ło w jed­ną z tych swo­ich po­dró­ży i zo­sta­wa­li­śmy z Drew sami.

Byli­śmy dla sie­bie wszyst­kim.

Poza sobą nie mie­li­śmy ni­ko­go.

Wie­dzia­łam, że je­śli coś mi się sta­nie, je­śli nie wró­cę...

On tego nie prze­żyje.

Mu­sia­łam po­sta­rać się prze­trwać. Mu­sia­łam zro­bić wszyst­ko, co w mo­jej mocy, by nie uda­ło się im mnie zła­mać. Mu­sia­łam zna­leźć ja­kąś dro­gę uciecz­ki z tego miej­sca! Mu­sia­łam po­sta­rać się zro­bić to dla nie­go!

Wstrzymu­jąc od­dech, ob­ró­ci­łam się na ple­cy. W ota­cza­ją­cej mnie ze­wsząd ciem­no­ści zło­żyłam dło­nie i po raz pierw­szy od dnia, w któ­rym zgi­nę­li nasi ro­dzi­ce, za­czę­łam się mo­dlić.

Roz­dział 2

Aria

Prze­cią­gnę­łam się z ję­kiem na łóż­ku i uchyli­łam cięż­kie od snu po­wie­ki. Ob­ró­ci­łam gło­wę w stro­nę okna, przez któ­re prze­bi­ja­ły się po­ran­ne pro­mie­nie słoń­ca, a moje usta roz­cią­gnę­ły się w le­ni­wym uśmie­chu. Uwiel­bia­łam ta­kie po­ran­ki! Z wes­tchnie­niem spoj­rza­łam na su­fit okle­jo­ny ma­leń­ki­mi flu­o­re­scen­cyj­nymi gwiazd­ka­mi, któ­re świe­ci­ły nocą, i w tym sa­mym mo­men­cie po­czułam do­cho­dzą­cy z dołu za­pach na­le­śni­ków mamy.

Zmarsz­czyłam brwi.

Chwi­la... Coś mi tu nie pa­so­wa­ło.

Usia­dłam na łóż­ku i od­gar­nę­łam z twa­rzy splą­ta­ne od snu wło­sy, po czym ro­zej­rza­łam się po po­ko­ju. Nie­wiel­kich roz­mia­rów po­miesz­cze­nie za­gra­co­ne było całą masą za­ba­wek. Pod oknem sta­ło bia­łe biur­ko, któ­re­go wcze­śniej nie za­uwa­żyłam, a pod jed­ną z po­ma­lo­wa­nych na ró­żo­wo ścian stał do­mek dla la­lek, któ­ry do­sta­łam na ze­szło­rocz­ną gwiazd­kę! O mój Boże! Byłam w swo­im sta­rympo­ko­ju!

Szyb­ko wy­plą­ta­łam się z po­ście­li i sta­nę­łam na pod­ło­dze, ale wy­da­wa­ła mi się dziw­nie bli­sko. Spoj­rza­łam w dół na swo­je ma­leń­kie stóp­ki i co­raz bar­dziej zdez­o­rien­to­wa­na prze­sunę­łam ocza­mi w górę mo­ich chu­dziut­kich nó­żek, aż do­tar­łam do rąb­ka ró­żo­wej ko­szuli noc­nej z wi­ze­run­kiem lal­ki Bar­bie. Wy­cią­gnę­łam przed sie­bie obie ręce, któ­re zde­cydo­wa­nie nie na­le­ża­ły do do­ro­słej oso­by.

Prze­łknę­łam cięż­ko śli­nę.

Zno­wu byłam dziec­kiem!

- Aria! - Młod­sza wer­sja Drew wpa­ro­wa­ła do mo­je­go po­ko­ju. - Zej­dziesz w koń­cu na dół? Mama cze­ka ze śnia­da­niem! - Skrzyżo­wał swo­je chu­de ra­mion­ka na wą­tłej pier­si i tupiąc sto­pą, po­pa­trzył na mnie wy­cze­kują­co. - Wiesz, że nig­dy nie za­czyna­my jeść, do­pó­ki wszyscy nie za­sią­dą do sto­łu! A ja je­stem głod­ny!

Ga­pi­łam się na nie­go onie­mia­ła, a mój umysł nie usta­wał w wy­sił­kach, by spró­bo­wać ogar­nąć to, co się te­raz dzia­ło.

Za­raz...

Za­mruga­łam.

Czy on wła­śnie po­wie­dział, że mama cze­ka na nas ze śnia­da­niem? Prze­cież to nie­moż­li­we!

- Mama tu jest? - wy­szep­ta­łam le­d­wie słyszal­nym gło­sem, a do mo­ich oczu na­płynę­ły łzy.

- Eee... no tak - bąk­nął w koń­cu. - A gdzie mia­ła­by być? - Drew prze­stą­pił z nogi na nogę, rzuca­jąc mi mar­so­we spoj­rze­nie. - Do­brze się czujesz, Ari? Dziw­nie się za­cho­wujesz.

Nie od­po­wie­dzia­łam. Nie po­tra­fi­łam. Je­dyne, o czym mo­głam myśleć, to to, że moja ko­cha­na ma­mu­sia tu była! Zno­wu mo­głam ją zo­ba­czyć. Przy­tulić. Po­czuć jej słod­ki za­pach.

- O mój Boże! - krzyk­nę­łam, za­le­wa­jąc się łza­mi i bie­giem ruszyłam do drzwi. Po­trą­ca­jąc po dro­dze onie­mia­łe­go bra­ta, wy­bie­głam z po­ko­ju i w ułam­ku se­kun­dy prze­cię­łam ko­rytarz, po czym dud­niąc bo­sy­mi stóp­ka­mi, zbie­głam ze scho­dów. Wpa­ro­wa­łam do kuch­ni, wpa­da­jąc pro­sto w ra­mio­na mamy. Sta­ła tam cała i zdro­wa.

- Jezu prze­naj­święt­szy, Aria! - Za­śmia­ła się, pró­bu­jąc za­cho­wać rów­no­wa­gę. Jej śmiech był ni­czym miód dla mo­ich uszu. Nig­dy, na­wet w naj­śmiel­szych snach, nie są­dzi­łam, że bę­dzie mi dane jesz­cze go kie­dyś usłyszeć.

Obej­mu­jąc mat­kę w pa­sie, od­chyli­łam do tyłu gło­wę, by spoj­rzeć w jej roz­po­go­dzo­ną twarz, tak po­dob­ną do mo­jej wła­snej. Jej lśnią­ce, nie­bie­skie oczy, mały, za­dar­ty nos i roz­cią­gnię­te w sze­ro­kim uśmie­chu war­gi. Wy­cią­gnę­łam rękę i zła­pa­łam za pa­smo jej rudych wło­sów.

- Je­steś tutaj - szep­nę­łam, po­cią­ga­jąc no­sem. - Na­praw­dę tu je­steś...

- Oczywi­ście, ko­cha­nie. - Oczy mat­ki na­bie­gły łza­mi. - Nie­za­leż­nie od tego, co się sta­nie, za­wsze będę przy to­bie.

Ob­ser­wo­wa­łam, jak z jej oka wy­pływa sa­mot­na łza i spływa po rumia­nym po­licz­ku, stop­nio­wo za­bar­wia­jąc się na ko­lor czer­wo­ny. Od­sunę­łam się od niej jak opa­rzo­na, nie ro­zu­mie­jąc, co się dzie­je.

- Aria... - Tuż za mat­ką, zupeł­nie zni­kąd po­ja­wił się oj­ciec. Zro­bi­łam krok w jego kie­run­ku, go­to­wa rzucić się mu w ra­mio­na. Tak bar­dzo za nim tę­sk­ni­łam! Wte­dy po­now­nie się ode­zwał, a jego ko­lej­ne sło­wa, wy­po­wie­dzia­ne zbo­la­łym gło­sem, za­trzyma­ły mnie w miej­scu.

- Có­recz­ko, nie patrz. Nie patrz, pro­szę.

- Na co mam nie pa­trzeć, ta­tusiu? - spyta­łam ci­cho. Wi­dzia­łam, jak usta ojca po­rusza­ją się, ale nie wy­do­sta­wał się z nich ża­den dźwięk. Wy­mi­nę­łam mat­kę, by po­dejść bli­żej, kie­dy upior­ny huk wy­strza­łu prze­szył moje uszy. Igno­rując ostrze­że­nie ojca, od­wró­ci­łam się po­wo­li, jak­by w zwol­nio­nym tem­pie, do mat­ki. Była tam, gdzie ją zo­sta­wi­łam, sta­ła zwró­co­na do mnie ple­ca­mi.

- Mamo? - szep­nę­łam, ale ona ani drgnę­ła, zupeł­nie jak­by mnie nie usłysza­ła. Obe­szłam ją na trzę­są­cych się no­gach i prze­nio­słam swo­je zlęk­nio­ne spoj­rze­nie na jej twarz. Z mo­je­go gar­dła wy­rwał się wrzask prze­ra­że­nia na wi­dok wiel­kiej, krwa­wej dziu­ry zie­ją­cej w czo­le mat­ki i jej mar­twych oczu, w któ­rych za­le­d­wie przed pa­ro­ma mi­nuta­mi lśni­ło życie i bez­wa­run­ko­wa mi­łość.

- O mój Boże, mamo! - za­łka­łam, za­sła­nia­jąc usta dłoń­mi. Nie mo­głam uwie­rzyć w to, co wi­dzę! Prze­cież to było nie­moż­li­we!

- Aria, nie patrz - usłysza­łam gdzieś za sobą. Oj­ciec sta­nął za mną i zła­paw­szy mnie pod ło­kieć, ob­ró­cił przo­dem do sie­bie. - Mu­sisz ucie­kać có­recz­ko, słyszysz? Idź i nie od­wra­caj się za sie­bie. Obie­cu­ję, że wszyst­ko bę­dzie do­brze.

Wy­cią­gnął do mnie ra­mio­na, chcąc mnie przy­tulić. Ni­cze­go tak w tam­tej chwi­li nie pra­gnę­łam, jak po­zwo­lić mu się po­cie­szyć, ale wte­dy mój wzrok prze­śli­zgnął się na jego ko­szulę, któ­ra w za­trwa­ża­ją­cym tem­pie za­bar­wia­ła się na czer­wo­no.

- T-tato - wy­ją­ka­łam, co­raz bar­dziej prze­ra­żo­na. Spoj­rza­łam w jego twarz i aż za­chłysnę­łam się po­wie­trzem na wi­dok krwi, le­ją­cej się struż­ka­mi z jego otwar­tych warg. Cof­nę­łam się o krok, czując, jak po po­licz­kach spływa­ją łzy. Chcia­łam krzyczeć, wo­łać o po­moc, ale głos ugrzązł mi w gar­dle. Co tu się, u dia­bła, dzia­ło?!

Chcąc uciec od roz­grywa­ją­cej się przede mną sce­ny, za­czę­łam wy­co­fywać się krok po kro­ku, prze­ska­kując wzro­kiem od ojca do mat­ki, któ­rzy pa­trzyli te­raz na mnie mar­twymi ocza­mi. W pew­nym mo­men­cie po­tknę­łam się o wła­sne nogi i jak dłu­ga runę­łam z pi­skiem na pod­ło­gę, ude­rza­jąc ple­ca­mi o znaj­du­ją­cą się za mną ścia­nę. Pła­cząc wnie­bo­gło­sy, pod­cią­gnę­łam nogi, przy­ci­snę­łam ko­la­na do pier­si i moc­no za­ci­snę­łam po­wie­ki, by od­ciąć się od roz­grywa­ją­ce­go się przede mną hor­ro­ru.

Nie wie­dzia­łam, ile cza­su tkwi­łam w tej po­zycji, ale w pew­nym mo­men­cie po­czułam, że ktoś nade mną stoi. Po­mi­mo pa­ra­li­żują­ce­go stra­chu ze­bra­łam się na od­wa­gę, od­gar­nę­łam wło­sy z buzi i unio­słam gło­wę, su­nąc ocza­mi po syl­wet­ce sto­ją­ce­go nade mną męż­czyzny. Po jego lśnią­cych czar­nych pan­to­flach, dłu­gich no­gach odzia­nych w czar­ne, ele­ganc­kie spodnie w kant, aż po ciem­ną, spor­to­wą blu­zę z kap­turem, któ­ra ni­jak nie pa­so­wa­ła do resz­ty.

Prze­łknę­łam cięż­ko śli­nę.

Nie­waż­ne, jak bar­dzo się sta­ra­łam - nie mo­głam do­strzec twa­rzy tego czło­wie­ka. Je­dyne, co wy­zie­ra­ło zza kap­tura, to jego zim­ne jak lód tur­kuso­we oczy.

Prze­szedł mnie dziw­ny dreszcz.

Zna­łam tyl­ko jed­ną oso­bę o tak nie­sa­mo­wi­tych tę­czów­kach. Jed­nak oczy tego męż­czyzny były bar­dziej bez­względ­ne i w po­rów­na­niu do tych Cole'a, nie do­strze­ga­łam w nich ani gra­ma cie­pła.

- Mała, słod­ka Ari - ode­zwał się ni­skim gło­sem nie­zna­jo­my. - Te­raz mu­szę znik­nąć, ale obie­cu­ję ci, ma­leń­ka, że na­dej­dzie dzień, kie­dy na­sze ścież­ki zno­wu się skrzyżują.

"O czym on, u dia­ska, ga­dał?" po­myśla­łam, pró­bu­jąc ogar­nąć to wszyst­ko swo­im mło­dziut­kim umysłem.

Z prze­ra­że­niem pa­trzyłam, jak za­kap­turzo­ny osob­nik kuca przede mną i wy­cią­ga do mnie rękę...

Ze­rwa­łam się, sia­da­jąc na ma­te­ra­cu, zbu­dzo­na czyimś roz­dzie­ra­ją­cym krzykiem.

Za­raz.

Chwi­la.

Prze­cież to ja krzycza­łam!

Przy­ło­żyłam drżą­cą dłoń do klat­ki pier­sio­wej, w miej­scu, gdzie ser­ce dzi­ko tłukło się o że­bra i pró­bo­wa­łam uspo­ko­ić przy­spie­szo­ny od­dech.

- To był tyl­ko zły sen - wy­mam­ro­ta­łam pod no­sem, po czym ro­zej­rza­łam się po po­miesz­cze­niu, w któ­rym się znaj­do­wa­łam. Wzdrygnę­łam się, zde­rza­jąc ze swo­ją nową rze­czywi­sto­ścią. Wy­glą­da­ło na to, że zbu­dzi­łam się z jed­ne­go kosz­ma­ru, tyl­ko po to, by wpaść w ob­ję­cia tego roz­grywa­ją­ce­go się na ja­wie.

Cho­ler­nie przy­tło­czo­na uło­żyłam się z po­wro­tem na po­sła­niu. Już kil­ka­krot­nie śni­łam te okrop­no­ści i za każ­dym ra­zem koń­czyło się tak samo. Nie mia­łam bla­de­go po­ję­cia, skąd brał się ten kosz­mar. Za­pew­ne psy­chia­tra uznał­by, że to wy­nik ja­kieś prze­bytej trau­my, czy coś w tym stylu. Tyle że moi ro­dzi­ce nie zo­sta­li za­mor­do­wa­ni, tyl­ko zgi­nę­li w wy­pad­ku. No i jesz­cze ten za­kap­turzo­ny męż­czyzna. Prze­cież to nie mógł być Cole.

Po­cią­gnę­łam no­sem w ciem­no­ści, przy­mknę­łam oczy, a pod po­wie­ka­mi roz­błysł ob­raz Cole'a i jego tur­kuso­wych tę­czó­wek.

Gdybym go tyl­ko po­słucha­ła...

***

Tam­tej nocy, tak jak tego fe­ral­ne­go wie­czo­ra, gdy zo­sta­łam upro­wa­dzo­na, włó­czyłam się sama po ciem­nych uli­cach Bal­ti­mo­re. Po ko­lej­nej kłót­ni z wujo­stwem wy­bie­głam z domu i chcąc ochło­nąć, wy­bra­łam się na spa­cer po mie­ście. Było już koło pół­no­cy, kie­dy do­szłam do Bid­dle Stre­et i uzna­łam, że pora za­wra­cać. Z cięż­kim wes­tchnie­niem od­wró­ci­łam się na pię­cie, by wró­cić do domu, kie­dy po drugiej stro­nie uli­cy, mię­dzy drze­wa­mi, uj­rza­łam parę błysz­czą­cych oczu wle­pio­nych w moją oso­bę. Za­mar­łam na mo­ment. Po­mi­mo tego, iż wie­dzia­łam, że po­win­nam się bać i czym prę­dzej brać nogi za pas, nie czułam stra­chu, ani tym bar­dziej chę­ci uciecz­ki. Dla­te­go też nie ruszyłam się z miej­sca, tyl­ko sta­łam tak i pa­trzyłam. Po kil­ku­na­stu nie­mi­ło­sier­nie dłu­gich se­kun­dach z ciem­no­ści wy­ło­ni­ła się wy­so­ka po­stać.

Po­zna­łam go od razu.

Cole.

Jak za­wsze na jego wi­dok moje ser­ce za­bi­ło moc­niej.

Pa­trzyłam, jak zbli­ża się do mnie z gra­do­wą miną. Był zły. Wręcz wście­kły.

- Co ty tu u dia­bła ro­bisz o tej po­rze, Ari? I to cał­kiem sama?! - wark­nął.

Prze­stą­pi­łam z nogi na nogę i wle­pi­łam wzrok w płyt­ki chod­ni­ko­we. Zro­bi­ło mi się przy­kro. Cole jesz­cze nig­dy nie ode­zwał się do mnie ta­kim to­nem.

- Ja... - szep­nę­łam - po­sprze­cza­łam się z ciot­ką i mu­sia­łam się prze­wie­trzyć.

Usłysza­łam, jak wes­tchnął ci­cho, więc ze­bra­łam się na od­wa­gę i spoj­rza­łam na nie­go spod rzęs. Moje spoj­rze­nie wy­lą­do­wa­ło na tur­kuso­wych tę­czów­kach, przez któ­re za­wsze mię­kły mi ko­la­na. Cole był na­praw­dę onie­śmie­la­ją­cym mło­dym męż­czyzną. Był bar­dzo wy­so­ki i do­brze zbu­do­wa­ny, a jego buń­czucz­ny wy­raz twa­rzy, jak i przy­strzyżo­ne na krót­ko wło­sy, spra­wia­ły, że wy­glą­dał groź­nie. A do tego wszyst­kie­go, Cole za­wsze, ale to za­wsze no­sił się na czar­no, przez co przy­po­mi­nał mi mrocz­ne­go anio­ła.

- Chodź, od­pro­wa­dzę cię do domu - mruk­nął nie­za­do­wo­lo­ny, po czym ruszył w stro­nę mo­je­go domu. Na­wet nie obej­rzał się za sie­bie, by spraw­dzić, czy za nim po­dą­żę, prze­ko­na­ny, że tak wła­śnie uczynię.

Sta­łam przez mo­ment w miej­scu, pa­trząc za od­da­ją­cym się chło­pa­kiem.

Cole Ben­nett od­pro­wa­dzał mnie do domu!

Za­mruga­łam, po czym uśmie­cha­jąc się pod no­sem, pod­bie­głam do nie­go w pod­sko­kach, dud­niąc wy­służo­nymi, czer­wo­nymi tramp­ka­mi o chod­nik. Cole zer­k­nął w dół na mnie, uno­sząc ciem­ną brew, ale ja tyl­ko wzruszyłam ra­mio­na­mi.

Dro­gę do domu po­ko­na­li­śmy w ci­szy, jed­nak w ogó­le mi to nie prze­szka­dza­ło. Nie mu­siał się do mnie od­zywać, wy­star­czyło, że był tuż obok. Nie­ste­ty, jak to w życiu bywa­ło, wszyst­ko, co do­bre, mu­sia­ło się kie­dyś skoń­czyć i te­raz nie mia­ło być in­a­czej.

Spoj­rza­łam w stro­nę po­grą­żo­ne­go w mro­ku bu­dyn­ku i z po­wro­tem na Cole'a.

Od­chrząk­nę­łam.

- Cóż, dzię­ki za eskor­tę - ode­zwa­łam się, wy­cią­ga­jąc do nie­go dłoń, jed­nak on nie wy­ko­nał żad­ne­go ruchu, by ją ująć. Po­czułam, jak za­czyna­ją pło­nąć mi po­licz­ki. Za­wstydzo­na, opu­ści­łam dłoń do boku.- Taa, no to cześć - bąk­nę­łam, od­suwa­jąc się od nie­go, go­to­wa odejść. Uda­ło mi się zro­bić rap­tem dwa kro­ki, kie­dy jego wiel­ka, sil­na dłoń za­ci­snę­ła się na moim przed­ra­mie­niu i Cole od­wró­cił mnie przo­dem do sie­bie.

- Po­słuchaj, Ari. - Na­chylił się do mnie, uj­mu­jąc obu­rącz moje po­licz­ki i wwier­cił się we mnie spoj­rze­niem swo­ich nie­ziem­skich oczu. - Nie wol­no ci się włó­czyć sa­mej nocą po mie­ście. W Bal­ti­mo­re jest wie­le dra­pież­ni­ków cza­ją­cych się w cie­niu, czyha­ją­cych na swo­ją ofia­rę. To nie jest bez­piecz­ne miej­sce. - Wes­tchnął. - Świat, w któ­rym przy­szło nam żyć, nie jest bez­piecz­nym miej­scem. Mu­sisz być ostroż­na, mała. A ja... - Urwał, za­ci­ska­jąc po­wie­ki.

Prze­łknę­łam cięż­ko śli­nę.

- A ty co? - wy­szep­ta­łam.

Cole przy­ci­snął czo­ło do mo­je­go i ode­zwał się zbo­la­łym gło­sem.

- A ja nie będę mógł cię za­wsze chro­nić, Ari. Bo choć kurew­sko tego nie chcę, na­dej­dzie taki dzień, gdy będę mu­siał znik­nąć.

***

No i fak­tycz­nie wkrót­ce po tam­tej nocy znik­nął bez śla­du. Z Bal­ti­mo­re i z mo­je­go życia. Ot tak, po pro­stu. Skła­ma­ła­bym, gdybym po­wie­dzia­ła, że mnie to nie obe­szło. W dzie­ciń­stwie wy­da­ło mi się, że byłam za­ko­cha­na w Lia­mie, jed­nak praw­da była taka, że to w to­wa­rzystwie jego star­sze­go bra­ta, któ­re­go za­wsze ota­cza­ła aura nie­bez­pie­czeń­stwa, moje nie­win­ne ser­dusz­ko gubi­ło rytm. Ile­kroć Cole znaj­do­wał się w po­bli­żu, dzia­ło się ze mną coś dziw­ne­go. Nie­zro­zumia­łe­go. Za­wsze są­dzi­łam, że winę za to po­no­sił strach, jaki wzbu­dzał już samą swo­ją obec­no­ścią, jed­nak po cza­sie do­tar­ło do mnie, w jak wiel­kim byłam błę­dzie. Nie­ste­ty uświa­do­mi­łam to so­bie do­pie­ro po jego wy­jeź­dzie. I na­wet po­mi­mo upływu cza­su, nie po­tra­fi­łam prze­stać o nim myśleć, co rzuci­ło się cie­niem na moją re­la­cję z Lia­mem, któ­ry był jego ab­so­lut­nym prze­ci­wień­stwem.

Cole Ben­nett cały czas na­wie­dzał moje myśli. Nie po­tra­fi­łam zli­czyć, ile razy wy­obra­ża­łam so­bie, jak mo­gła­by po­to­czyć się na­sza zna­jo­mość, gdyby zo­stał w Bal­ti­mo­re, czy też co by się sta­ło, gdyby wró­cił. Czy roz­po­znał­by mnie? Czy to in­ten­syw­ne uczucie, któ­re elek­tryzo­wa­ło każ­de na­wet naj­mniej­sze za­koń­cze­nie ner­wo­we w moim cie­le, gdy był tuż obok, obez­wład­ni­ło­by mnie, tak jak to mia­ło miej­sce wcze­śniej?

Wes­tchnę­łam.

To już nie mia­ło zna­cze­nia. Na­wet je­śli Cole zde­cydu­je się na po­wrót, mnie tam nie bę­dzie. Je­śli nie zgi­nę tutaj, to zo­sta­nę sprze­da­na i wy­wie­zio­na chuj wie gdzie. Nikt mnie nie znaj­dzie ani nie oca­li. Czy tego chcia­łam, czy nie - mój los zo­stał prze­są­dzo­ny.

Szczęk klu­czy wcho­dzą­cych w za­mek wy­rwał mnie z myśli, a ob­raz Cole'a roz­prysnął się ni­czym bań­ka mydla­na. Pod­par­łam się na ra­mio­nach, tkwiąc na tym pa­skud­nym ma­te­ra­cu i wstrzyma­łam od­dech. Ob­ser­wo­wa­łam. Po kil­ku se­kun­dach celę za­la­ło świa­tło, drzwi otwo­rzyły się z przy­pra­wia­ją­cym o ból zę­bów skrzyp­nię­ciem. Męż­czyzna z bli­zną, któ­ry mnie po­rwał, wszedł do środ­ka, trzyma­jąc coś w rę­kach. Przy­sta­nął w pół kro­ku, ogar­nia­jąc wzro­kiem moje dy­go­cą­ce cia­ło, a jego war­gi wy­krzywi­ły się w ob­le­śnym uśmie­chu. Zro­bi­ło mi się nie­do­brze. Mimo to od­wza­jem­ni­łam jego spoj­rze­nie i ze ści­śnię­tym gar­dłem cze­ka­łam na jego ko­lej­ny ruch. Wie­dzia­łam, że tyl­ko cze­kał, aż coś wy­wi­nę. Rzucę się do uciecz­ki albo za­cznę krzyczeć czy wo­łać o po­moc. Jed­nak nie byłam głupia. Byłam świa­do­ma tego, że nie było stąd żad­nej uciecz­ki, a i moje wrza­ski na nic by się zda­ły. Dla­te­go też nie zro­bi­łam zupeł­nie nic.

Nie do­cze­kując się ode mnie żad­nej re­ak­cji, męż­czyzna prych­nął pod no­sem. Ruszył do mnie nie­spiesz­nie i bez sło­wa po­sta­wił na zie­mi, obok ma­te­ra­ca, tacę z ja­kąś ohyd­ną bre­ją i z pla­sti­ko­wym kub­kiem wy­peł­nio­nym męt­ną wodą. Po­pa­trzył na mnie wy­cze­kują­co i kiw­nął gło­wą na je­dze­nie.

- Jedz - burk­nął. Za­ło­żył ma­syw­ne ra­mio­na na pier­si i cze­kał.

Po­czułam, jak za­bul­go­ta­ło mi w brzuchu, ale za bar­dzo pa­ra­li­żo­wał mnie strach. W tam­tej chwi­li nie mo­gła­bym się ruszyć, na­wet gdybym chcia­ła. To było cho­ler­nie dziw­ne uczucie, zupeł­nie jak­by ktoś inny prze­jął wła­dzę nad moim cia­łem, wią­żąc je w nie­wo­li. Wi­dzia­łam, że męż­czyzna za­czyna tra­cić do mnie cier­pli­wość. Grymas po­głę­bia­ją­cy się na jego twa­rzy i dzi­kie, zmrużo­ne gniew­nie oczy mó­wi­ły mi wszyst­ko.

Za­nim mo­głam zo­rien­to­wać się w tym, co się dzie­je, zna­lazł się przy mnie, za­ła­pał mnie bo­le­śnie za wło­sy, zwlókł z ma­te­ra­ca i siłą wci­snął moją twarz w bre­ję.

Pi­snę­łam za­sko­czo­na.

Pró­bo­wa­łam ode­pchnąć się rę­ko­ma od be­to­nu, ale on był zbyt sil­ny.

Za­czyna­ło bra­ko­wać mi po­wie­trza. Młó­ci­łam rę­ka­mi, pró­bu­jąc go do­się­gnąć, ale wte­dy szarp­nął mnie za wło­sy, od­chyla­jąc moją gło­wę do tyłu. Na­bra­łam gwał­tow­nie po­wie­trza i nie­mal ode­tchnę­łam z ulgą, kie­dy po­czułam na po­licz­ku jego od­dech.

- No to jak bę­dzie, mu­?e­qui­ta? - za­pytał, su­nąc no­sem po moim po­licz­ku. Drgnę­łam znie­sma­czo­na, ale i prze­ra­żo­na, jed­nak on zda­wał się tego nie za­uwa­żać i cią­gnął da­lej: - Za­czniesz jeść jak do­bra dziew­czyn­ka, czy po­trze­bu­jesz więk­szej za­chę­ty, huh?

Prze­łknę­łam cięż­ko śli­nę, chcąc mu od­po­wie­dzieć, lecz sło­wa nie chcia­ły mi przejść przez gar­dło. Ski­nę­łam więc tyl­ko gło­wą, ma­jąc na­dzie­ję, że to wy­star­czy mu za od­po­wiedź. Byłam w błę­dzie. Kie­dy się nie ode­zwa­łam, męż­czyzna po­de­rwał się z wark­nię­ciem z klę­czek i już po chwi­li po­czułam, jak but łą­czy się z moim cia­łem, tra­fia­jąc w zła­ma­ne że­bro. Wrza­snę­łam z bólu, po raz ko­lej­ny lą­du­jąc twa­rzą w ta­le­rzu peł­nym pap­ki, a po po­licz­kach po­płynę­ły mi łzy. Boże, jak to bo­la­ło!

Przez łzy, ką­tem oka wi­dzia­łam, jak mój opraw­ca na­chyla się nade mną, by po raz ko­lej­ny zła­pać za moje rude pa­sma. Tak jak za­le­d­wie przed pa­ro­ma mi­nuta­mi, szarp­nął za nie, od­chyla­jąc mi gło­wę tak, bym spoj­rza­ła mu w oczy.

- Je­śli cię o coś pytam, li­czę na to, że od­po­wiesz, używa­jąc do tego gęby! Zro­zu­mia­no?! - ryk­nął, po­cią­ga­jąc za wło­sy z taką siłą, iż byłam pew­na, że część z nich wy­rwał. Za­łka­łam. - Nie każ mi się po­wta­rzać!

- T-tak - wy­ją­ka­łam sła­biut­ko. - Z-zro­zu­mia­łam.

- Do­brze - ode­zwał się, przy­bli­ża­jąc twarz do mo­jej. - A te­raz za­pytam cię jesz­cze raz... Za­czniesz jeść jak do­bra dziew­czyn­ka?

- T-tak. - jęk­nę­łam. Otar­łam bu­zię i wzię­łam się za je­dze­nie.

Się­gnę­łam po pla­sti­ko­wą łyż­kę i na­bra­łam na nią pap­ki. Wci­snę­łam ją so­bie do ust i za­czę­łam po­wo­li prze­żuwać. Nie mia­łam cho­ler­ne­go po­ję­cia, co to było, ale sma­ko­wa­ło okrop­nie. Mu­sia­łam bar­dzo się po­sta­rać, by tego nie wy­pluć i zmu­sić się, żeby to prze­łknąć, nie wy­mio­tując przy tym. Przez cały czas czułam na so­bie spoj­rze­nie Bli­zny, któ­ry jak mnie­ma­łam, tyl­ko cze­kał, aż dam mu ko­lej­ny po­wód, by mógł się nade mną jesz­cze po­pa­stwić.

Tro­chę to trwa­ło, ale w koń­cu uda­ło mi się wszyst­ko zjeść. Przy­sia­dłam na pię­tach i spoj­rza­łam na sto­ją­ce­go nade mną męż­czyznę.

- Mu­szę się wy­si­kać - szep­nę­łam. Pie­kiel­nie za­że­no­wa­na umknę­łam przed nim wzro­kiem.

Bli­zna się­gnął po pustą tacę i ruszył do drzwi.

- Nie­długo ktoś do cie­bie przyj­dzie i coś ci przy­nie­sie - rzekł, na­wet na mnie nie pa­trząc. - A je­śli nie bę­dziesz mo­gła wy­trzymać... - ob­ró­cił się w drzwiach i ro­zej­rzał po celi. - Masz tu wy­star­cza­ją­co dużo miej­sca, żeby się od­lać. - Za­re­cho­tał, po czym wy­szedł z celi.

Cze­ka­łam, aż spo­wi­je mnie ciem­ność, ale ku mo­je­mu za­sko­cze­niu, tak się nie sta­ło.

Co mia­ło zna­czyć, że ktoś mi coś przy­nie­sie? Że niby do za­ła­twia­nia? Nor­mal­nie, aż za­chcia­ło mi się śmiać. To wszyst­ko było tak sur­re­ali­stycz­ne!

Pod­nio­słam się po­wo­li z pod­ło­gi i jęk­nę­łam, kie­dy w moim cie­le roz­go­rzał ból wy­wo­ła­ny zła­ma­nym że­brem.

- O Boże - stęk­nę­łam, chcąc usiąść na ma­te­ra­cu, kie­dy wpadł mi w oczy pla­sti­ko­wy kubek po wo­dzie. Nie wie­rzyłam, że chcia­łam to zro­bić, ale mój peł­ny pę­cherz, aż krzyczał! Wstrzyma­łam od­dech i za­ci­ska­jąc zęby, osunę­łam się na ko­la­no i się­gnę­łam po nie­go. Już z kub­kiem w dło­ni, pod­par­łam się wol­ną ręką o znaj­du­ją­cy się za mną ma­te­rac i przy­sia­dłam na jego brze­gu. Pod­cią­gnę­łam lek­ko su­kien­kę i zsunę­łam majt­ki. Pod­sunę­łam kube­czek pod cip­kę i za­czę­łam si­kać. Na­wet po­mi­mo fak­tu, że byłam tam zupeł­nie sama i nikt nie mógł wi­dzieć mo­je­go upo­ko­rze­nia, i tak za­la­ło mnie za­że­no­wa­nie i nie­bywa­ły wstyd. Nie­mniej jed­nak byłam świę­cie prze­ko­na­na, iż żeby prze­trwać w tym miej­scu, będą mu­sia­ła wy­zbyć się i jed­ne­go, i drugie­go.

Kie­dy już opróż­ni­łam pę­cherz, od­sta­wi­łam kubek za ma­te­rac i ostroż­nie po­ło­żyłam się na nim. Wpa­trując się tępo w su­fit, cze­ka­łam. Cze­ka­łam, aż zja­wi się ten ktoś, o któ­rym wspo­mniał Bli­zna. Cze­ka­łam na to, co się sta­nie. To je­dyne, co mo­głam zro­bić. Cze­kać. Nic in­ne­go mi nie po­zo­sta­ło.

Ocze­ki­wa­nie na nie­wia­do­mą było do bani. Nie mia­łam po­ję­cia, ile mi­nę­ło cza­su, gdy drzwi po raz ko­lej­ny sta­nę­ły otwo­rem i do środ­ka wszedł mło­dy chło­pak. Za­mknę­łam pręd­ko oczy i wstrzyma­łam na mo­ment od­dech. Za­sta­na­wia­łam się, co zro­bić? Po­win­nam udać, że śpię? A może nie­przytom­ną? Do­szedł­szy do wnio­sku, że to kom­plet­nie bez­ce­lo­we, wes­tchnę­łam z re­zygna­cją i po­wo­li usia­dłam. Za­ci­ska­jąc zęby z bólu, ob­ró­ci­łam się na ma­te­ra­cu i po­sta­wi­łam bose sto­py na zie­mi. Nie pod­no­sząc gło­wy, spoj­rza­łam przez za­sło­nę wło­sów na nowo przy­byłe­go, któ­ry wy­glą­dał jak młod­sza wer­sja sze­fa tej ca­łej or­ga­ni­za­cji.

Mo­je­go wła­ści­cie­la.

Zro­bi­ło mi się nie­do­brze.

Ze­braw­szy się na od­wa­gę, spoj­rza­łam wprost w jego oczy, wpa­trują­ce się we mnie w bez­ruchu. Pró­bo­wa­łam coś z nich wy­czytać, co­kol­wiek, ale bez po­wo­dze­nia. Mia­łam wra­że­nie, jak­bym pa­trzyła w śle­pia umar­la­ka. Jed­nak pod­pie­ra­ją­cy się o ścia­nę męż­czyzna z całą pew­no­ścią na­le­żał do kra­iny żywych, o czym świad­czyła jego uno­szą­ca się w szyb­kich od­de­chach klat­ka pier­sio­wa. Prze­mknę­ło mi przez myśl, by spró­bo­wać się z nim do­ga­dać, a może i na­wet pro­sić o po­moc, ale nie ode­zwa­łam się ani sło­wem. I on też. Wpa­trywa­li­śmy się tyl­ko w sie­bie, przez kil­ka moc­nych ude­rzeń ser­ca, aż w koń­cu ode­pchnął się od ścia­ny i ruszył w moją stro­nę. Pra­wie wy­sko­czyłam ze skó­ry, kie­dy sta­nął nade mną i po­pa­trzyw­szy na mnie z góry, prze­mó­wił ochrypłym, szorst­kim gło­sem:

- Roz­bierz się.

Mia­łam się ro­ze­brać? Przed nim?

Jak na ko­men­dę umysł za­czął mi pod­suwać wi­zję tego, co ten fa­cet mógł­by ze mną zro­bić, a każ­da ko­lej­na była po­twor­niej­sza od po­przed­niej!

Po­czułam, jak za­sy­cha mi w ustach, a ser­ce za­czyna dzi­ko obi­jać się o że­bra. Prze­łknę­łam cięż­ko śli­nę.

"Co po­win­nam zro­bić? Po­słuchać i wy­ko­nać po­le­ce­nie?" za­sta­na­wia­łam się go­rącz­ko­wo, choć tak na­praw­dę do­sko­na­le wie­dzia­łam, że nie mia­łam in­ne­go wyj­ścia, jak tyl­ko speł­nić jego roz­kaz. Nie­mniej nie po­tra­fi­łam zmu­sić się do wy­ko­na­nia ja­kie­go­kol­wiek ruchu. Spa­ra­li­żo­wał mnie praw­dzi­wy strach. Sie­dzia­łam jak ska­mie­nia­ła na ob­skur­nym ma­te­ra­cu, co­raz to łap­czywiej ła­piąc po­wie­trze, kie­dy chło­pak wark­nął, ewi­dent­nie po­iryto­wa­ny i uniósł nad moją gło­wę wia­dro, któ­re­go wcze­śniej u nie­go nie za­uwa­żyłam. Za­nim mo­gła­bym zo­rien­to­wać się w tym, co się dzie­je, na ma­te­rac obok mnie zo­sta­ła rzuco­na ja­kaś ko­szul­ka, a se­kun­dy póź­niej na moim i tak już wy­zięb­nię­tym cie­le wy­lą­do­wa­ła lo­do­wa­ta woda.

Wrza­snę­łam na całe gar­dło i ze­rwa­łam się z po­sła­nia, za­po­mi­na­jąc o ja­kim­kol­wiek bólu. Dy­go­cąc z zim­na, spoj­rza­łam na chło­pa­ka. Przy­pa­trywał mi się z nie­od­gad­nio­ną miną.

- D-dlacz-cze­go? - wy­du­si­łam, szczę­ka­jąc zę­ba­mi.

Jak było moż­na się tego spo­dzie­wać, nie od­po­wie­dział. Przy­najm­niej nie od razu. Dra­piąc się po szczę­ce, prze­sunął ocza­mi po moim cie­le, tak jak jesz­cze nie tak daw­no temu zro­bił jego oj­ciec. Nie­mniej w jego spoj­rze­niu nie było nic zbe­reź­ne­go. W od­róż­nie­niu od swo­je­go ojca nie pa­trzył na mnie jak na ka­wa­łek mię­sa. W jego oczach do­strze­ga­łam tyl­ko zwykłą cie­ka­wość. I nic po­nad­to.

- Dla­cze­go? - ode­zwał się w koń­cu, ro­biąc nie­wiel­ki krok ku mnie. Jed­nak to wy­star­czyło, by zbli­żył się do mnie na tyle bli­sko, bym mo­gła po­czuć na twa­rzy jego od­dech. - Po­wód był pro­sty. Po­pro­si­łem cię o coś, a ty nie wy­ko­na­łaś po­le­ce­nia. - Wy­cią­gnął do mnie rękę i ujął mój pod­bró­dek. Wzdrygnę­łam się mi­mo­wol­nie, ale on zda­wał się tego nie za­uwa­żyć. - Dam ci do­brą radę, słon­ko. Bądź po­słusz­na i wy­ko­nuj po­le­ce­nia. Nie tyl­ko moje, ale każ­de­go su­kin­sy­na, któ­ry wej­dzie przez te drzwi. - Ski­nął na nie gło­wą, nie od­rywa­jąc oczu od mo­ich. - Będę z tobą szcze­ry. Nie cze­ka cię tu nic do­bre­go. Mo­żesz jed­nak po­lep­szyć swo­ją sy­tua­cję. Wy­star­czy, że bę­dziesz po­słusz­na i nie bę­dziesz spra­wia­ła pro­ble­mów. W prze­ciw­nym ra­zie... - roz­po­czął ści­szo­nym gło­sem i urwał.

Nie wie­dzia­łam, czy mi się wy­da­wa­ło, czy też nie, ale da­ła­bym so­bie uciąć rękę, że usłysza­łam w jego gło­sie pod­szyty wy­rzuta­mi su­mie­nia smu­tek. Po­trzą­snął gło­wą i od­sunął się ode mnie. Pa­trzyłam, jak pod­cho­dzi do ma­te­ra­ca i po­chyla się, by wziąć coś z pod­ło­gi. Po chwi­li wró­cił do mnie i po­dał mi gąb­kę.

- Zo­sta­wię cię, że­byś mo­gła się umyć i prze­brać - bąk­nął. Mia­łam nie­ja­sne wra­że­nie, że chciał po­wie­dzieć coś wię­cej, ale za­miast tego, zła­pał po­rzuco­ne za zie­mi wia­dro i po­sta­wił je pod jed­ną ze ścian. - Mo­żesz się do nie­go za­ła­twiać - po­wie­dział, na­wet na mnie nie pa­trząc i ruszył do wyj­ścia. Jed­nak za­nim wy­szedł, rzucił mi przez ra­mię ostat­nie spoj­rze­nie. - Mam na­dzie­ję, że oka­żesz się na tyle mą­dra, by po­słuchać mo­jej rady, mu­?e­qui­ta. Lu­dzie tutaj nie zna­ją współ­czucia. Nie mają też żad­nych za­ha­mo­wań. A ludz­kie życie jest war­te dla nich tyle, co nic.

Obej­mu­jąc swo­je roz­dygo­ta­ne cia­ło, pa­trzyłam za nim, jak wy­cho­dził z celi.

- Za­cze­kaj! - wy­rwa­ło mi się, za­nim zdą­żył za­mknąć za sobą drzwi. - Jak masz na imię? - spyta­łam, choć tak na­praw­dę nie wi­dzia­łam po­wo­du, dla któ­re­go mia­ła­bym chcieć je po­znać.

Chło­pak za­trzymał się z ręką na gał­ce i obej­rzał się na mnie. W jego oczach mo­głam do­strzec wa­ha­nie i nie­pew­ność. Za­pew­ne tak jak ja, nie spo­dzie­wał się usłyszeć ode mnie ta­kie­go pyta­nia.

- Ja­vier - od­rzekł po dłuż­szej chwi­li i ob­rzu­ciw­szy mnie jesz­cze jed­nym szyb­kim spoj­rze­niem, od­gro­dził się ode mnie, za­trza­skując za sobą drzwi.

Cze­ka­łam na to, aż zga­śnie świa­tło i po raz ko­lej­ny spo­wi­je mnie ciem­ność, jed­nak mi­ja­ły se­kun­da za se­kun­dą i nic ta­kie­go się nie sta­ło. Nie prze­sta­jąc się trząść, zrzuci­łam z sie­bie prze­mo­czo­ne ubra­nie, po czym wzię­łam po­zo­sta­wio­ną przez Ja­vie­ra ko­szul­kę i wło­żyłam ją na sie­bie. Była ol­brzymia! Się­ga­ła mi spo­ro za ko­la­na, ale to był plus, gdyż dzię­ki temu nie czułam się aż tak bar­dzo ob­na­żo­na, a jej dłu­gie rę­ka­wy spra­wi­ły, że było mi znacz­nie cie­plej.

Już prze­bra­na po­ło­żyłam się na wznak na ma­te­ra­cu i po raz enty za­czę­łam za­sta­wiać się nad swo­im mar­nym po­ło­że­niem. Ja­vier wy­da­wał się inny. Nie przy­po­mi­nał swo­je­go ojca ani Bli­zny - w ich oczach nie dało się do­strzec na­wet na­miast­ki do­bro­ci. U Ja­vie­ra za­uwa­ża­łam skruchę i prze­pro­si­ny. Za­pew­ne było to głupie i na­iw­ne z mo­jej stro­ny, nie­mniej po­zwo­li­łam na to, by roz­bu­dzi­ła się we mnie ni­kła na­dzie­ja, że być może znaj­dę w nim sprzymie­rzeń­ca.

Bio­rąc pod uwa­gę miej­sce, w któ­rym się zna­la­złam i lu­dzi, któ­rzy je okupo­wa­li, szan­se na to były zni­ko­me, jed­nak­że co mia­łam do stra­ce­nia? Mo­głam... Nie! Mu­sia­łam spró­bo­wać! Prze­cież i tak już go­rzej być nie mo­gło, praw­da? Je­śli mia­łam cień szan­sy na to, by choć w nie­wiel­kim stop­niu od­mie­nić swój los, po­win­nam ła­pać każ­dą nada­rza­ją­cą się oka­zję. A w mo­ich oczach Ja­vier był wła­śnie taką oka­zją.

Wes­tchnąw­szy cięż­ko, prze­to­czyłam się na bok i zwi­nę­łam w kłę­bek, by ja­koś się roz­grzać. Za­mknę­łam po­wie­ki i pró­bo­wa­łam oczy­ścić umysł z wszyst­kich za­śmie­ca­ją­cych go myśli. Tro­chę to trwa­ło, ale w koń­cu uda­ło mi się za­snąć. Tym ra­zem nie śni­łam o ro­dzi­cach ani sta­rym domu. Tej nocy nie śni­łam o ni­czym...