Zła mowa - Michał Głowiński

-
Proszę czekać

1968

NADMETRAŻ

Słowo - wytwór sytuacji, w której wszystko jest normowane. Nieznane przedwojennej polszczyźnie, szybko weszło w powszechny obieg. Dla osoby, która akurat zmienia mieszkanie jest to słowo klucz. Niektórzy mają prawo do nadmetrażu, inni o nie zabiegają, jeszcze inni tylko o nim marzą. Nie wiem, jak powstał ten wyraz, czy zrodził się przy urzędniczych biurkach, czy ukształtował się żywiołowo w mowie potocznej. Jedno jest pewne: jego znaczenie jest powszechnie zrozumiałe. W istocie bardzo to smutne słowo, jedno z tych, które wyrażają ograniczenia, w jakie człowiek jest wpisany w obecnej Polsce, ograniczenia dotyczące rzeczy tak elementarnych jak wielkość mieszkania. Poetka pisze:

Wyznaczono mi miejsce

obrysowane kredowym kołem

przepisowe metraże

(Anna Zelenay, Nadmetraż)

Nadmetraż używany jest więc metaforycznie. Niekoniecznie musi to być metaforyka poetycka. Ograniczenia mieszkaniowe, usankcjonowane urzędowo, mogą być metaforą ograniczeń we wszystkich dziedzinach.

6 I 1968

CZUJNOŚĆ

"Czujny bądź" - śpiewano w ZMP-owskich piosenkach. Ten nakaz znaczył (i znaczy) wiele. Uczył nieufności wobec wszystkich i wszystkiego i - jakże często - stanowił zaproszenie do delatorstwa. Ideałem człowieka czujnego był przecież ten, który donosił władzom o tym, co jego znajomi, koledzy, przyjaciele mówią i robią. Tak rozumiana czujność stanowić miała jedną z podstawowych właściwości człowieka epoki socjalizmu. Nie trzeba było wielkiej inwencji językowej, by przechrzcić ją na szczujność. Wydawało się, że tak przekształcona, pozostanie w lamusie stalinowskich ideałów. Tak się jednak nie stało, powraca wciąż, jest jednym z głównych elementów partyjnej dydaktyki. Im gorsza - ekonomicznie i politycznie - sytuacja, tym częstsze wołanie o czujność. Ostatnio okazję do niego dał proces Strawy[3], zakończony haniebnym wyrokiem śmierci. Być może zresztą po to ten pokazowy proces zorganizowano, by tworzył okazję do apeli o czujność. Pojawiały się one we wszystkich bodaj komentarzach prasowych dotyczących tej sprawy.

6 I 1968

FREIES EUROPA

W polemikach z tą radiostacją krajowi dziennikarze lubią używać tej niemieckiej nazwy, mimo że nie jest to nazwa oficjalna. Ta bowiem jest polska, a jeśliby już ktoś chciał użyć obcych słów, to mógłby pisać o Free Europe, skoro stacja ta jest finansowana przez Amerykanów, mimo że mieści się w Monachium. Te dwa niemieckie wyrazy mają budzić negatywne reakcje emocjonalne. Są elementem demagogii: po niemiecku nazwana instytucja jest nie tylko obca, ale proniemiecka, a więc antypolska. Ci zawodowi polemiści Wolnej Europy, bo uformowała się już spora grupa dziennikarzy, którzy tym tylko się zajmują, wiedzą, że nazwa angielska nie sprowokuje nigdy takich emocji; słowa niemieckie mają dużo większą szansę.

19 I 1968

TO NIE PRZYPADEK, ŻE...

"To nie przypadek, towarzyszu (obywatelu, kolego, wy...), że postąpiliście w ten sposób. Wasze, znane nam od dawna, błędy sprawiły, że ten wasz wyczyn to tylko konsekwencja waszej linii postępowania". Nie wiem, czy jakiś partyjny mentor uraczył na zebraniu swojego grzesznego towarzysza takimi dosłownie frazesami, wiem jednak, "iż to nie przypadek, że..." jest częstym gościem w żargonie partyjnym. To charakterystyczne: negatywnie oceniane wydarzenie od razu wprowadza się w aprioryczny system. Nie ma przypadków, jeśli ktoś opanowany został przez Zło; działają tu rygorystyczne determinacje i wszystko z wszystkiego wynika. Myślenie mityczne zgodnie połączyło się z dogmatycznie pojmowaną przyczynowością. Wyraża się w tym tradycyjna postawa marksistowskich działaczy, ideologów, publicystów. Zajmują oni zawsze pozycję człowieka, który wie lepiej, który jest świadom wszystkich utajonych myśli, znaczeń, intencji - i zawsze może je ku chwale dialektycznego rozumu i swojej wspaniałej partii zdemaskować. Jest to więc besserwisserstwo podniesione do rangi zasady. A także jeden z wielu przejawów demagogii: najmniejszy fakt, gdy nie jest tylko przypadkiem, gdy zostaje wprowadzony w aprioryczny system, łatwiej obrócić przeciw atakowanemu. "To nie przypadek, że..." przeniknął także do publicystyki, często spotyka się go w kampanii antyizraelskiej. Mówi się więc, że to nie przypadek, że Izrael napadł na Egipt, bo... - i tu można wymienić różne przyczyny: od momentu powstania państwa prowadził politykę agresywną, Żydzi są zaborczy i agresywni itp.

24 I 1968

SYTUACJA JEST DOBRA, ALE JESZCZE NIE BEZNADZIEJNA

Jest to wspaniałe zdanie, wspaniałe w swojej retorycznej symetrii, której towarzyszy nielogiczność. Nie wiem, kto i z jakiej okazji je wymyślił, utrafia ono jednak w sedno, jest frazą wzorcową. Znakomicie oddaje charakter pewnego typu przemówień i publicystyki, praktykowanej wówczas, gdy nie można powiedzieć po prostu, że jest świetnie, bo rażąco by się to kłóciło z faktami, powszechną świadomością i wiedzą odbiorców, ale nie chce się jednocześnie przyznać, że rzeczy mają się fatalnie. Zdanie to, w pięknej i absurdalnej formie, odtwarza i parodiuje często powoływaną do życia kazuistykę. Bardzo interesującą, bo propagandysta występuje w niej równolegle w dwu przeciwstawnych rolach. W tym samym czasie znajduje się na pozycjach zaczepnych i obronnych. Według zasady, na której zbudowane jest to zdanie, komponuje się często artykuły na tematy gospodarcze, ale nie tylko. Często spotyka się ją w publicystyce dotyczącej wydarzeń międzynarodowych. Tego lata ukazał się w "Polityce" artykuł o położeniu gospodarczym Egiptu po klęsce czerwcowej. Jego sens był mniej więcej taki: jest bardzo dobrze, wszystko świetnie prosperuje i rozwija się, ale nie można jeszcze mówić o całkowitym upadku. Właśnie podczas tej lektury przypomniało mi się to usłyszane przed laty zdanie.

12 II 1968

PATRIOCI

Także temu słowu nadano znaczenie zgoła osobliwe. Określa się nim po prostu tych, którzy popierają komunizm. Tak więc w prasie na miano patriotów wietnamskich zasługują ci jedynie, co są po stronie Ho Szi Mina i Wietkongu. Użycie takie nie tylko ma wykluczać istnienie patriotów wśród tych Wietnamczyków, którzy bronią Południa przed inwazją z północy, ale wręcz sugeruje, że wszyscy oni są zdrajcami, czy - też piękne słowo - sprzedawczykami. Spreparowany w ten sposób wyraz odnosi się także do wydarzeń krajowych, czego pamiętnym dowodem są słynni "księża-patrioci"; zostali oni tak zdyskwalifikowani w opinii publicznej, że ta zbitka słowna nie pojawia się już w wypowiedziach oficjalnych, występuje jednak czasami w mowie potocznej i ma wówczas sens humorystyczno-groteskowy. Słowo to, w tym spreparowanym znaczeniu, ma wmówić społeczeństwu, że ten, kto nie popiera reżimu, jest wrogiem Polski i - być może - działa na rzecz NRF. Jedyna pociecha, że w tej sfałszowanej wersji nie ma ono szans na spopularyzowanie, a w niektórych sytuacjach prowadzi do jawnych absurdów: obecnie "patrioci" winni wyrażać nie tylko poparcie dla zakazu grania Dziadów, ale cieszyć się po prostu z tego faktu.

18 II 1968

MARZEC 1968 A JĘZYK

Język jest czułym instrumentem. Notuje wszelkie drgnienia w życiu społecznym, tym bardziej więc wydarzenia dramatyczne znajdują w nim odzwierciedlenie. Tzw. wydarzenia marcowe od razu - by tak to określić - weszły w język. Ujawniło się to w trzech punktach:

1) w reaktywowaniu formuł z okresu właściwego stalinizmu, tzn. pierwszej połowy lat pięćdziesiątych;

2) we wprowadzeniu w życie tradycyjnego języka prawicy, przede wszystkim w jego postaci z lat trzydziestych;

3) w odwołaniu się do języka prasy brukowej apelującej do najniższych instynktów.

W ciągu następnych miesięcy dwa ostatnie elementy zostały nieco stuszowane, choć bynajmniej ich nie wyeliminowano. Stuszowanie to wiąże się prawdopodobnie z przebiegiem walk wewnątrzpartyjnych. W ciągu ostatniego półrocza powołano do życia wiele formuł, słów, określeń. Nowe elementy np. wniosła w tej dziedzinie okupacja Czechosłowacji; można się spodziewać, że dla ukształtowania języka będzie ona faktem o wielkich konsekwencjach.

Wbrew pozorom, uwagi te nie dotyczą wyłącznie języka propagandy. Odnoszą się także do codziennej mowy zwykłych ludzi - są to przecież naczynia połączone. Nie wynika z tego oczywiście, że współcześni Polacy mówią tak jak propagandyści z radia, telewizji czy "Trybuny Ludu". Ich język przenika jednak do zwykłej mowy, i to w sposób wieloraki. Pewne formuły nasiąkają ironią, inne prowokują ją do kontrformuł. Ruch jest zresztą, w jakiejś przynajmniej mierze, dwustronny. Formuły nieoficjalne przenikają do propagandy choćby przez to, że są przedmiotem polemiki. Dzięki temu zresztą trafiają do powszechnej świadomości (klasyczny przykład: "dyktatura ciemniaków").

13 IX 1968

FILOZOFOWIE MARCOWI

Nazwą tą określa się tych "filozofów", którzy zaktywizowali się wiosną tego roku, uczestnicząc w filozoficznym froncie, a więc zwalczając filozofów rzeczywistych: Kołakowskiego, Baczkę, Pomiana. Pod pewnym względem jest to nazwa niezwykła. Od razu nasiąknięta pogardą, pojawiła się w normalnie wychodzącym piśmie, we "Współczesności". Użył jej Stanisław Dziechciaruk, któremu prawdopodobnie przypada zaszczyt autorstwa. Słowa te szybko się spopularyzowały, w każdym razie w środowisku, które interesuje się losami filozofii. Bo też niezwykle trafnie określają one grupę ludzi dotąd prawie nieznanych, dla których powstała szansa publikowania swoich elaboratów, zwrócenia na siebie uwagi, awansów, zaszczytów i - przede wszystkim - lukratywnych posad. Marcowy filozof demaskuje niecne zamiary Leszka Kołakowskiego i jego kolegów, potępia syjonizm, ujawnia prawdziwe oblicze współczesnego rewizjonizmu; stwierdza, że teraz dopiero powstała przychylna atmosfera dla dyskusji ideologicznych, i że on (Mysłek, Jaroszewski, Szewczyk; są to najbardziej reprezentatywne nazwiska) od dawna zamierzał już wystąpić z krytyką kosmopolityzmu i dyktatury rewizjonistów, ale nie było po temu sprzyjających warunków. Marcowy filozof opanował doskonale jedną formę wypowiedzi: donos.

13 IX 1968

LEWICA INTELEKTUALNA

Także w oficjalnej propagandzie panuje wielkie zamieszanie w używaniu słów: lewica - prawica. Czeski ruch emancypacyjny nazywa się teraz prawicowym, choć sami Czesi - o ile wiem - nazywali prawicowcami konserwatywnych zwolenników Novotnego. Jednakże trzy miesiące wcześniej, w czasie rewolty studenckiej we Francji, pisano z pogardą o lewicy intelektualnej jako wielkiej groźbie dla komunizmu. Wydaje mi się to zrozumiałe; dla niego groźne są wszelkie bunty niezinstytucjonalizowane, nawet w krajach, gdzie nie ma on wielkich wpływów. Tym bardziej zaś, gdy uczestniczą w nich intelektualiści. Same nazwy są sprawą płynnej konwencji językowej. Nie zdziwię się, kiedy przeczytam, że lewica intelektualna jest najgorszą faszystowsko-syjonistyczną prawicą. Konwencje językowe tego typu są arbitralnie ustalane, a więc można je zmieniać zależnie od kaprysu bądź okoliczności.

14 IX 1968

PRAWIDŁOWY - NIEPRAWIDŁOWY

Także ta para przymiotników jest przykładem jawnego normatywizmu, tak powszechnie praktykowanego. Przypomina to czasy stalinowskie: istniał wtedy swojego rodzaju system pozwalający każde zjawisko, fakt, wydarzenie, wypowiedź uzupełnić wartościującym określeniem, które zresztą z góry można było przewidzieć. Świat został schematycznie podzielony na poszczególne elementy. Każdy z nich miał swoją niezmienną etykietkę. Obecnie propaganda usiłuje powrócić do tego stanu rzeczy. Pragnie, by nie było faktów i przedmiotów, ale tylko narzucone przez nią znaki wartości. Kłopot z tym jednak, że znaki owe często się zmieniają, zależnie od aktualnych interesów grupy rządzącej. W istocie to, co dzisiaj może być oznaczone przymiotnikiem "prawidłowe", jutro może być zakwalifikowane jako "nieprawidłowe".

15 IX 1968

AROGANCKI

Ten przymiotnik odnosi się przede wszystkim do spraw i poczynań żydowskich. Wiąże się z takimi słowami, jak: bezczelny, haniebny, a bardziej wtajemniczonym ma przypominać znaną przedwojenną formułę: żydowska hucpa. Słowo to tak rozpowszechniło się w propagandzie, że można go użyć w każdej sytuacji, gdy mówi się o Żydach. W istocie używa się go nawet wtedy, gdy jest ewidentnie nieproporcjonalne do relacjonowanego zdarzenia lub wypowiedzi. To jedno z tych słów, które obecna propaganda odziedziczyła po najczarniejszej prawicy. Czytałem ostatnio esej Kennetha Burke'a o retoryce Mein Kampf Hitlera. Dowiedziałem się, że "żydowska arogancja" była tam motywem obsesyjnym. Nic dodać, nic ująć.

15 IX 1968

OTWARTY

Przymiotnik ten ma wiele znaczeń metaforycznych. Jeśli odnosi się do spraw publicznych, znaczy zwykle tyle, co dopuszczający zmiany i innowacje, a więc zdolny do ewolucji, niezakrzepły w raz przyjętej formie. Głoszenie idei "marksizmu otwartego" zostało potraktowane jako wyjątkowo groźna zaraza rewizjonistyczna, choć oficjalni ideologowie nie odważyli się przyznać, że są zwolennikami "marksizmu zamkniętego". Przeciwstawienie otwarty - zamknięty narzuca się tu jednak samo. W tak jawnie wyrażanej wrogości wobec wszystkiego, co otwarte, dochodzi do głosu konserwatyzm liderów, którzy boją się jakiejkolwiek zmiany. W ogóle język całej obecnej propagandy jest wyrazem konsekwentnego i skrajnego konserwatyzmu.

19 IX 1968

OCZYSZCZANIE SZEREGÓW

Kiedy wiosną rozpoczęto wyrzucanie z partii przede wszystkim Żydów (a także osób szczególnie niedogodnych), określono tę akcję jako oczyszczanie szeregów. Formuła ta ma stare stalinowskie tradycje. Jej potocznym synonimem jest czystka. Jednakże oficjalnie o czystce się nie mówi. Wiąże się ona bowiem z czymś brutalnym i nie budzi dobrych skojarzeń. Oczyszczanie zaś może być nazwą aktu religijnego; partia tak oczyszcza się z syjonistów, jak grzesznik oczyszcza się z występków. Zastanawia mnie, że zawsze mówi się o oczyszczaniu szeregów, a nie o oczyszczaniu kadry, personelu czy rzesz członkowskich (czasami pojawia się "oczyszczanie aparatu"). Zdecydowało o tym umiłowanie słowa "szereg" w jego znaczeniu związanym z wojskowością ("musimy zewrzeć szeregi"). Formuła ta została zaprzeczona w mowie potocznej. Równocześnie z oczyszczaniem partia rozpoczęła rekrutację nowych członków, zwłaszcza wśród młodzieży. Znany dowcip mówił o tej akcji: bezpartyjni oczyszczają swoje szeregi.

19 IX 1968

NOSICIEL REWIZJONIZMU

Słowo "rewizjonista", jak widać, już nie wystarcza nawet wtedy, gdy - co często się zdarza - uzupełnia się je przymiotnikiem ("znany rewizjonista", "zajadły rewizjonista"). Stąd zapewne ta bardziej urzędowo brzmiąca formuła. Wynika ona jednak nie tylko z miłości ideologów partyjnych do tego rodzaju frazeologii, wyraża się w niej pewna koncepcja. Według oficjalnych teorii, rewizjonizm jest chorobą zakaźną, spotkałem nawet metaforę "gruźlica rewizjonistyczna" (w broszurze Wincentego Kraśki o polityce kulturalnej); jego wyznawca nie tylko sam chorobie podlega, także ją roznosi, by tak powiedzieć: ideologicznie prątkuje. Interesująca jako zjawisko jest ta próba nałożenia na siebie pól znaczeniowych choroby i rewizjonizmu.

29 IX 1968

POLITYKIERZY Z TYTUŁAMI NAUKOWYMI

Zadziwiająca jest ta miłość do peryfraz; używa się ich zarówno w celach panegirycznych (Stalin - chorąży pokoju), jak wówczas, gdy chodzi o walkę polityczną (Liu Szao-ci - chiński Chruszczow, Ameryka - tygrys z papieru). Peryfrazy te nie są jedynie wyrazem orientalnej mentalności. Mają nie tylko nazywać daną rzecz czy osobę, ale przynosić także jej ocenę, oczywiście jedynie słuszną. Od razu mają orientować, jaką należy zająć postawę. Im twardszy reżim, tym więcej tego rodzaju peryfraz. Stalinizm był nimi nasycony po brzegi. Od jakiegoś czasu obserwuje się jednak ich renesans. "Politykierzy z tytułami naukowymi" to profesorowie wyrzuceni tego roku z uniwersytetu. Takie ich nazwanie ma budzić niechęć - nie tylko przez użycie pejoratywnego "politykiera", ale jeszcze bardziej przez kontrast, jaki istnieje między tym słowem a "tytułami naukowymi", mającymi w społeczeństwie dużą estymę. Jeśli wiążą się one z "politykierami", to muszą być fałszywe i niegodne zaufania.

29 IX 1968

UKORONOWANIE

W okresie uroczystości milenijnych wypisywano na plakatach i transparentach hasło: "PRL - ukoronowaniem tysiącletnich dziejów naszej ojczyzny" (nie jestem pewien, czy cytuję dokładnie; jeśli nawet nie, to i tak nie naruszam w niczym meritum). Dziwnie to brzmi, jako zawołanie reżimu, który pozbawił państwowego orła właśnie korony. Nie o to jednak chodzi. Ta monarchistyczna symbolika powraca niezmiennie we wszystkich przemówieniach o charakterze uroczystym. Wyraża się w tym - być może - jakiś heglizm dla ubogich, każący widzieć w aktualnej postaci państwa syntezę i najdoskonalszy przejaw jego dziejów. Najprawdopodobniej chodzi jednak o zwykły efekt propagandowy; cóż bowiem może być dla patrioty przyjemniejszego jak stwierdzenie, że żyje w okresie, który jest najpiękniejszym w dziejach jego narodu.

2 X 1968

ANTYRADZIECKI

Jeśli o czymś mówi się, że jest antyradzieckie, ma to budzić grozę, przerażenie, powodować najwyższe potępienie. Oskarżenia o antyradzieckość przypominają średniowieczne oskarżenia o bluźnierstwa i - tak jak one - nie mogą nie pociągnąć odpowiedniej kary. Z jednej strony towarzyszy im tzw. święte oburzenie, nieuchronne wówczas, gdy mówi się o nieszanowaniu wartości sakralnych. Posądzenie o antyradzieckość ma człowieka "ulegającego antyradzieckim nastrojom" dyskwalifikować moralnie. Z drugiej strony oskarżenia te są jednym z wielu elementów służących szantażowaniu społeczeństwa i niezbyt się różnią od tzw. straszaka niemieckiego, przywoływanego do znudzenia przy każdej okazji. Nieco paradoksalnie szantaż ten jest mniejszy po 21 sierpnia, tzn. od momentu, w którym władze PRL całkowicie zidentyfikowały interesy Polski z imperialnymi interesami Rosji, przyjmując, że tworzą one jedność, a więc wszelka antyradzieckość jest po prostu bezprzedmiotowa. Oskarżenia o postawy antyradzieckie jako czynnik szantażu wystąpiły szczególnie wyraźnie w przemówieniu Gomułki z 19 marca br. Tok rozumowania był mniej więcej taki: jeśli będziemy niegrzeczni, radzieccy przyjaciele szybko zaprowadzą u nas porządek. Jeszcze jeden charakterystyczny przykład: Jędrychowski w przemówieniu na ostatnim plenum partii: "z wszelkiego nacjonalizmu wychodzą antyradzieckie pazury".

3 X 1968

PARTIA

Zajmę się tu tylko jednym problemem, wynikającym z użycia tego słowa w oficjalnych wypowiedziach. Stało się ono słowem sakralnym, otacza się je najwyższym kultem; ten, kto jest "przeciw partii", popełnia bluźnierstwo. Nieustannie pojawiają się takie określenia partii, jak: "przodująca siła narodu", "sumienie narodu". Czyni się z niej istotę nieomylną i wyrocznię. Ma być substancją mityczną. Uległa daleko posuniętej personifikacji. Wypowiedzi o niej mają charakter kultowy, co przypomina czasy stalinowskie (zacytować można nieustannie powtarzaną wówczas formułę: "mądrość partii"). Jej słowa - jak słowa Boga - mają wymiar ostateczny, nie ma od nich odwołania.

3 X 1968

ODDANI PARTII, GŁĘBOKO ZWIĄZANI Z NARODEM

Tego rodzaju frazy pojawiają się coraz częściej. Wybrałem akurat tę, bo wydaje mi się dobrym przykładem. Zdumiewa ich ubóstwo, a także - w tym konkretnym przypadku - dziwne gwałty dokonywane na słowie "naród". Występuje tendencja, by frazy takie były dwuczłonowe. Może wyraża się w tym jakiś specyficzny rytm mowy-trawy. Człony te są paralelne względem siebie, mają ściśle sobie odpowiadać. U ich podstaw znajduje się swojego rodzaju równanie, tak jak w omawianym przykładzie: kto jest oddany partii, jest tym samym związany - i to głęboko - z narodem. Charakterystyczny jest brak przysłówka w pierwszej części tego zestawienia. Jak można być oddanym partii?

3 X 1968

SYJONISTA

Jeszcze przed dwoma laty przeciętny człowiek mógł nie słyszeć tego słowa, a jeśli nawet słyszał, to z pewnością nie zdawał sobie dokładnie sprawy z jego znaczenia, wiedział tylko, że to coś, co wiąże się ze sprawami żydowskimi. Świadczy o tym fakt, że w marcu br., a więc w kulminacyjnym momencie antysyjonistycznej histerii, "Trybuna Ludu" ogłosiła artykuł informujący, co to jest syjonizm (nadchodziły do redakcji liczne listy z pytaniami). Inny przykład braku orientacji to słynne transparenty, podobno pokazywane nawet w telewizji: "Syjoniści do Syjamu". Za sprawą ofensywy ideologicznej naszej marksistowsko-leninowskiej partii słowo to weszło do języka potocznego. Oznacza ono jednak nie zwolennika określonej doktryny politycznej, jest po prostu synonimem Żyda. W tym znaczeniu używane jest ono przez propagandę, mimo podziału na dobrych i złych Żydów, jaki lansował Gomułka w przemówieniu z 19 marca. Bycie syjonistą jest stopniowalne, toteż czytać można np. o znanym syjoniście; w atakach na Aleksandra Forda pisano, że współpracował z zagorzałym syjonistą zachodnioniemieckim.

4 X 1968

BEZPRZYKŁADNY

Przymiotnik ten zrobił w tym roku błyskotliwą karierę. Nieustannie można czytać o "bezprzykładnych atakach antypolskich" czy "bezprzykładnej arogancji ministra Ebana". Ma on - jak się zdaje - wyrażać oburzenie, podnosić je do maksymalnie wysokiego stopnia. Mimo że znany klasycznej polszczyźnie (występuje w Panu Tadeuszu), dzisiaj wiedzie żywot tylko w tego rodzaju wypowiedziach. Interesujące, lubi go także używać Wolna Europa, gdy mówi o różnych kwiatkach z ojczystej niwy. W ogóle byłoby ciekawe porównanie języka propagandy PRL z językiem audycji Wolnej Europy.

4 X 1968

NARÓD

Słowo to występuje w uwikłaniach dwojakiego rodzaju; zróżnicowania w jego użyciu odpowiadają - jak się zdaje - dwóm grupom walczącym w partii o władzę. W wersji pierwszej naród oznacza bliżej nieokreśloną całość społeczeństwa, która posłuszna i zgodna jak chór w operze, ma przykładnie odpowiadać na zadane kwestie. W tej roli jest składnikiem niezliczonej liczby frazesów - w rodzaju "naród potępia" (ta zbitka pojawia się najczęściej). Naród w wersji drugiej to przede wszystkim więź plemienna, mitologia krwi i gleby, a także swoiście preparowana przeszłość. Tutaj powraca więc skrajnie prawicowe, nacjonalistyczne, a czasem wręcz faszystowskie rozumienie narodu. W obrębie tego rozumienia podstawową rolę gra przeciwstawienie: Polak - Żyd. Pochodną jest zamiłowanie do przymiotnika "narodowy", który często zastępuje bardziej neutralne słowo "polski", a także skłonność do demagogicznie nadużywanego określenia "antynarodowy". Obie te wersje mają jedną cechę wspólną: zmierzają do zidentyfikowania spraw narodu z aktualnymi w danym momencie interesami partii. Słowo to jest używane w toku dyskursu propagandowego w ten sposób, by przekonać czytelnika, że jeśli coś jest przeciw niej, jest tym samym przeciw narodowi. Tak np. - z pozoru nie wiadomo dlaczego - przeciw narodowi (oczywiście polskiemu; naród jest tu zawsze ekwiwalentem Polaków) są Żydzi, którzy wyrazili radość ze zwycięstwa izraelskiego podczas wojny sześciodniowej.

5 X 1968

TOWARZYSZ WIESŁAW

Etykieta partyjna pozwala stosować pseudonim poprzedzony wytwornym "towarzyszem" tylko osobom znajdującym się na szczytach hierarchii. W tym przypadku jest to równoważnik "pierwszego sekretarza Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, towarzysza Władysława Gomułki" (koniecznie w pełnym brzmieniu). Towarzyszem Wiesławem nazywa się go w momentach, które mają być uroczyste, w listach wiernopoddańczych itp. Okres, który rozpoczął się parę tygodni po 8 marca, był okresem swoistej jego deifikacji, pisano do niego listy, przysięgano na jego imię, przesyłano mu deklaracje lojalności i poparcia. Nazywano go wtedy konsekwentnie we wszystkich środkach masowego przekazu "towarzyszem Wiesławem". W ten sposób chciano przenieść go w sferę mitu; pseudonim zazwyczaj bywa bliższy mitu niż imię i nazwisko. W sposób charakterystyczny dla propagandy od kilku lat aktywizowano tu fakt, że "towarzysz Wiesław" był pseudonimem okupacyjnym, co miało sugerować, że jego właściciel ma na swym koncie czyny bohaterskie z tamtych czasów. Wiosną tego roku szerzono tak intensywnie kult tej osoby, że warszawski dowcip mówił o powstaniu nowej religii - prowiesławiu.

5 X 1968

STALINIZM (1)

Historia tego słowa byłaby historią Polski ostatnich lat dwunastu. Pojawiło się ono wczesną wiosną 1956 roku, zaraz po XX Zjeździe (za życia Iosifa Wissarionowicza nie było używane nawet w rozmowach potocznych) i momentalnie się spopularyzowało, stało się - by tak powiedzieć - własnością ogólnonarodową. Jego sukces chyba niezbyt spodobał się radzieckim towarzyszom, toteż usiłowano je zastąpić takimi eufemizmami, jak: "okres kultu jednostki", "okres błędów i wypaczeń", "miniony okres". Po roku 1956 "stalinizm" znikł z łamów prasy niemal całkowicie, w mowie potocznej jednak żaden eufemizm nie zdołał zająć jego miejsca. Na początku lat sześćdziesiątych "stalinizm" można było spotkać od czasu do czasu w druku, ale bardzo rzadko. Powrócił on dopiero wiosną tego roku - i to w sytuacji zgoła niezwykłej. Przestał być jednoznaczny. Szybko dostrzeżono identyczność tego, co się dzieje z "minionym okresem", a więc mówiło się o recydywie stalinizmu (i mówi się nadal). "Stalinizm" stał się jednak także składnikiem jakiejś części propagandy partyjnej. Gdy pozbawiono stanowisk pewnych dygnitarzy i profesorów, ogłoszono wszem i wobec, że są to staliniści. Powstała tendencja (vide słynny artykuł Werblana w "Miesięczniku Literackim"[4]), by stalinizm przedstawiać jako spisek żydowski przeciwko Polsce. Oskarża się o stalinizm przeciwników politycznych, w tym tych, którzy dawno się z nim już rozstali (stąd teza dodatkowa: byli staliniści, których dobrzy partyjni odsunęli od wpływów, stali się rewizjonistami), a więc tylko wybrane osoby. Po to, by zohydzić źle widzianych ludzi, ich także oskarża się o stalinizm, choć w rzeczywistości nie mieli z nim nic wspólnego. Według obecnych kryteriów, stalinistami nie są jednak byli ubecy, jeśli płynie w nich aryjska krew. I to słowo zostało sfałszowane, i tu działa ponura tragifarsa.

5 X 1968

ODNOWA

Jedno z głównych haseł 1956 roku, które było wówczas w powszechnym użyciu - w prasie i w mowie potocznej. Tak nazwano założone wówczas pismo studenckie; rzecz charakterystyczna, tytuł ten po jakimś czasie zastąpiono innym. W okresie, w którym ideałem stała się mała stabilizacja, czyli - mówiąc bez eufemizmów - stagnacja, słowo to poszło w zapomnienie. Sferom rządzącym przestało na zmianach zależeć, społeczeństwo utraciło wiarę w ich możliwość. Przypomniano sobie o odnowie w czasie wydarzeń marcowych. Całkowicie to zrozumiałe, że była ona jednym z haseł studenckich. Jednakże nie oni, ale ich prześladowcy używali jej z upodobaniem, obdarzając ponownym rozgłosem. O odnowie krzyczeli ci, którzy zaostrzali terror, wprowadzali w ruch pałki, wsadzali do więzień, potęgowali akcje antysemickie i antyinteligenckie. Była to więc jedna z wielu kradzieży słów (i w języku istnieje fenomen złodziejstwa). To, co mogło tylko budzić grozę, przedstawiano jako walkę ze stalinizmem i powrót do polskiego Października.

5 X 1968

JĘZYK I TABU

Pewnych słów wypowiadać nie wolno, nie dlatego że wiązać się z nimi może obraza majestatu (choć ten wzgląd też jest ważny); przede wszystkim z tej racji, że kryją się za nimi tzw. wrogie idee, kontrrewolucja, więcej: spotęgowane siły zła. Wszystko w istocie zmierza do ustalenia repertuaru słów i formuł, których używać należy, które nie są naznaczone piętnem herezji. Te, co się w nim nie znalazły, skazane zostały na niebyt; użycie ich musi się wiązać z karą. To właśnie zjawisko nazywam tabu językowym. Jego istnienie ujawniło się szczególnie dobitnie po interwencji w Czechosłowacji. Jeden z nakazów głosi, że nie wolno używać słów "okupacja" i "wojska okupacyjne"; kto ich używa, narusza przepis rytualny, jest heretykiem, kontrrewolucjonistą. Złagodzone "cudze wojska" też nie zadowoliły stróżów rytuału. Trzeba mówić "wojska Układu Warszawskiego" albo - jest to najbardziej pożądane - "wojska, które przyszły, by udzielić bratniej pomocy". Tzw. normalizacja ma polegać m.in. na wprowadzeniu pewnego języka obowiązującego, konkretnie - języka radzieckiej propagandy. Bunt przeciw temu językowi jest w istocie buntem przeciwko całemu systemowi. Język ten jest nie tylko jego ekspresją, także - ogromnie ważnym komponentem. Reguła jest taka: im surowszy reżim, tym sfera działania tabu jest większa, tym więcej słów niedozwolonych.

8 X 1968

POMOC

Świat propagandy jest światem na opak. Antysemityzm nie jest dla niej antysemityzmem, serwilizm nazywa się racją stanu, a okupowanie kraju, który chciał reform - pomocą. Pewnego dnia dowiemy się może, że śmierć jest życiem, a wolność posłuszeństwem wobec dyktatora. Świat na opak ma nie tylko bezpośrednie uzasadnienia w bieżących interesach politycznych, motywuje go także marksistowska dialektyka, a więc metoda, za pomocą której - jeśli się chce - można dowieść wszystkiego. W tym sfałszowanym święcie "pomoc" jest szczególnie irytująca, budzi wyjątkową wprost odrazę. Przed 21 sierpnia nawet nie można było przypuszczać, że to piękne słowo stanie się nazwą akcji tak haniebnej.

8 X 1968

ZIEMIA, GLEBA

Słowa te - w tym wypadku synonimy - powróciły do publicystyki i literatury wraz z nawrotem do mitologii narodowej w jej klasycznie prawicowym wydaniu. Są to, oczywiście, symbole, symbole swojskości, identyczności narodowej itp. Wiąże się z nimi słowo "zakorzenienie", co ma z kolei pośredni związek z propagandą antysemicką. Ujawniło się to już w artykule Chałasińskiego opublikowanym przed dwoma bodaj laty w "Tygodniku Kulturalnym". Żydzi dlatego stali się teoretykami alienacji, gdyż nigdzie nie są zakorzenieni. Symbolika ziemi (i gleby) współistnieje zwykle z ideą ludowości czy raczej swoiście pojmowanej chłopskości, w której główną rolę gra zafascynowanie krzepą i irracjonalnymi sentymentami.

9 X 1968

INSTYNKT

Słowo to wiąże się z dwoma kręgami. Do tradycyjnego języka marksistowskiego należy formuła "instynkt klasowy", szczególnie często spotykana w życiorysach działaczy komunistycznych. Mówi się niekiedy także o instynkcie klasy robotniczej. Temu użyciu "instynktu" nie przypisywałbym zbyt wielkiej wagi, jest to po prostu jedna z wielu konwencjonalnych, uświęconych formuł. Ale instynkt wiąże się także z tradycją najskrajniejszej prawicy, z jej prymitywnie irracjonalnym widzeniem człowieka. Także w tej postaci "instynkt" pojawia się w prasie polskiej. Przykład najjaskrawszy: słynny artykuł Bolesława Piaseckiego Instynkt państwowy z października 1956 r. Dwanaście lat później o instynkcie (państwowym, narodowym itp.) piszą znowu publicyści PAX-u, ale nie tylko oni; u pewnego typu propagandystów słowo to cieszy się wielkim powodzeniem.

9 X 1968

Ciąg dalszy w wersji pełnej

[3] Proces Jerzego Strawy, oskarżonego o działalność szpiegowską na rzecz wywiadu amerykańskiego odbył się w roku 1967. Zakończył się wyrokiem śmierci.

[4] "Miesięcznik Literacki" 1968, nr 6.

WPROWADZENIE

Zacznę od przytoczenia krótkiego zdania, które zamieściłem na początku pierwszej książki z tego cyklu i - powtarzając kilkakrotnie - potraktowałem je jak swojego rodzaju refren: pisałem tę rzecz do szuflady. Gdy cykl ten rozpoczynałem, trudno było marzyć o jego publikacji za życia, co najwyżej śnić mogłem o późnym wnuku, który - być może - po latach zechce się tymi zapisami czy notatkami zainteresować. Przystępując w połowie 1966 roku do tej pracy, doskonale orientowałem się w realiach i w perspektywach, nie powstrzymało mnie to jednak od realizowania tego zamierzenia. Uznałem, że trzeba się tym zająć, aczkolwiek nie przypuszczałem, że rozpoczynam to, co rozciągnie się na lata 1966-1989 (z pięcioletnią przerwą od maja 1971 do sierpnia 1976) i zakończy się wraz ze zmianą ustrojową. Zająć z różnych powodów, przede wszystkim z tej racji, że to sprawa niezmiernie ważna, o której głośno się nie mówi, a wszyscy przecież jesteśmy ofiarami tego języka, bo on nas atakuje ze stron rozmaitych, jesteśmy ofiarami często nieświadomymi, bo się do tej mowy, nazwanej w tygodniku "Po prostu" mową-trawą, przyzwyczailiśmy i nawet jeśli nie traktujemy jej jako przezroczystej i przylegającej do kwestii, do których się odnosi, to ulegamy zawartym w niej zasadzkom, sugestiom, podpowiedziom. Żywiłem przekonanie (żywię je zresztą nadal), że należy zajmować się mową publiczną, zwłaszcza gdy podbudowana jest i nasycona ideologią, prawicową bądź lewicową, ale wyraźnie autorytarną czy nawet totalitarną, że należy ujawniać właściwy charakter tego zjawiska i zastanawiać się nad jego społeczną rolą.

Wyznam, iż zająłem się oficjalną mową Polski Ludowej, będącą rodzimą wersją języka obowiązującego w tak zwanym obozie socjalistycznym, nie tylko z przyczyn ogólnych, w grę wchodziły również względy całkiem osobiste. Zabierając się do takiej pracy, chciałem mieć poczucie, że jestem wolnym człowiekiem - niezależnie od warunków, w jakich przyszło mi żyć. Wolnym, a więc takim, który może nie brać pod uwagę istnienia cenzury, a z nią każdy, kto cokolwiek publikował, musiał się liczyć, stanowiła bowiem jeden z najważniejszych filarów systemu. Powiedziałbym, że uwolnienie się od jej ciążenia miało nie tylko charakter konkretny, dotyczyło swobodnego pisania zwłaszcza o tym, o czym wypowiadanie się publiczne było trudne, a w pewnych sytuacjach z oczywistych powodów niemożliwe, miało także wymiar egzystencjalny. Konsekwencję istnienia cenzury instytucjonalnej stanowiło uformowanie się cenzora wewnętrznego, który oddziaływał na sam proces pisania, ingerował weń, decydował o wyborze tematów, a więc pomijaniu tego, co nie miało szans przebicia się przez cenzuralne sita, a także sprzyjało kształtowaniu się różnego rodzaju gier językowych, których celem było łudzenie despoty. Język ezopowy, aluzyjność, eufemizm były głównymi narzędziami tej gry. Decydując się na pisanie do szuflady, czyli nie licząc na publikację, wypędzałem z siebie owego cenzora jak swojego rodzaju złego ducha. Przeganiałem go, a więc stawałem się człowiekiem wolnym, nie musiałem wchodzić z nim w alianse, nie musiałem zabiegać o to, by go przechytrzyć, choćby za sprawą dobrodziejstw języka ezopowego.

Pisząc pierwsze notatki, nie byłem jeszcze świadom, że angażuję się w pracę rozciągającą się na lata, tę, która stanie się jednym z głównych moich zajęć. Czy byłem przygotowany do jej podjęcia? Nie mogę na to pytanie odpowiedzieć jednoznacznie pozytywnie lub jednoznacznie negatywnie. By rzecz sformułować paradoksalnie: jednocześnie byłem i nie byłem. Jak każdy absolwent polonistyki przeszedłem gruntowny kurs językoznawstwa, rzetelnie prowadzony i z pewnością niewchodzący w konflikt z podstawowymi regułami dyskursu naukowego. Wspominam o tym, bo moje studia przypadły na lata 1951-1955, a więc na pełnię stalinizmu, przynajmniej do śmierci dyktatora w marcu 1953 roku, który zresztą w ostatnim okresie życia wystąpił w nieoczekiwanej roli "wielkiego językoznawcy". Dla nauki o literaturze był to czas fatalny, wykładano ją według wzorów maksymalnie strywializowanego marksizmu. Językoznawstwo było dalekie od tego rodzaju żenujących praktyk, ale tak je prezentowano, że porwać nie mogło. Było tradycyjne, w swym charakterze i duchu stanowiło realizację zasad lingwistyki pozytywistycznej. W czasach studenckich wydawało mi się beznadziejnie nudne. Dopiero później miałem się przekonać, że inaczej ujmowane jest wspaniałą i pasjonującą dziedziną wiedzy. Zainteresowałem się problematyką językową, ale językoznawcą się nie stałem, nigdy nim nie byłem i oczywiście nie jestem.

Mój punkt wyjścia był inny. Stała się nim nauka o literaturze, oczywiście uwolniona nie tylko od nadużyć stalinowskiego marksizmu, ale w ogóle wolna od związków z marksizmem niezależnie od wersji, w jakiej on funkcjonował - i wyraziście ukierunkowana. Potrafiłem pisać o tym, co się dzieje w oficjalnym języku - za George'em Orwellem i jego polskim tłumaczem Juliuszem Mieroszewskim, postanowiłem nazywać go nowomową - dlatego że przedtem interpretowałem utwory poetyckie, że pisałem o Leśmianie i Tuwimie i zajmowałem się recenzowaniem nowości poetyckich (sporo omówień za młodu opublikowałem w redagowanej przez Jarosława Iwaszkiewicza "Twórczości"), a także analizowałem wybitne dzieła narracyjne, na przykład powieści Berenta, Żeromskiego, Witkacego i innych prozaików Młodej Polski i okresu międzywojennego. Przeszedłem zatem, nie rezygnując z tego, co stanowiło mój główny (i jawny) przedmiot zainteresowań i publikacji, od wielkiej literatury nie do prostej powieści, ale do analizy zdegradowanego, poddanego różnorakim patologiom języka oficjalnego. Powiem otwarcie: gdybym nie nauczył się analizowania tekstów i dyskursów literackich, nie byłbym w stanie opisywać tego użycia języka, które zwykło się nazywać nowomową. Innymi słowy, gdybym nie sądził już w drugiej połowie lat pięćdziesiątych, że najciekawszym i pod każdym względem umożliwiającym najwięcej kierunkiem w badaniach literackich jest strukturalizm, nie mógłbym podjąć zadania, które przed sobą postawiłem. Wspominam o tym również z tego względu, że przez długi czas strukturalizm uchodził za ten kierunek w nauce o literaturze, który izoluje dzieło literackie od wszelkich kontekstów społecznych, lekceważy historię i w ogóle stanowi domenę podejrzanego i w swej istocie całkowicie wyzbytego sensu i uzasadnień estetyzmu. Nie tu miejsce, by dementować te całkowicie nieuzasadnione mniemania, zwłaszcza że praktyka naukowa kilku dziesięcioleci oceny takie już dawno zakwestionowała.

Moja praca nad nowomową, choć trwała wiele lat, nie miała nigdy charakteru systematycznego. Pisałem o tym, co mnie akurat w danej chwili zastanowiło i przyciągnęło uwagę z takich czy innych powodów. Moim zamiarem w żadnym wypadku nie było ogarnięcie całości zjawiska, zdawałem sobie sprawę, że działając w pojedynkę, można powiedzieć, że po godzinach pracy, na marginesie zajęć zawodowych, nie mogłem przed sobą stawiać takiego zadania - z powodu najprostszego: wiedziałem, że nie podołam. Powiem więcej, chciałem uchwycić konstytutywne cechy zjawiska, pokazać sposoby funkcjonowania, ale nawet nie myślałem o sporządzeniu choćby jego kroniki, taki cel zakłada systematyczną pracę. To, co pisałem, bliższe niż kronice jest swojego rodzaju dziennikowi. Takiemu, który nie ma charakteru intymnego, w którym nie piszę o swoich sprawach osobistych, nie poddaję ich analizie, nie tworzę ich świadectwa. Jeśli zatem jest to dziennik, to skoncentrowany na jednym temacie - oficjalnym języku funkcjonującym w Polsce Ludowej, tym, którym władza zwracała się do społeczeństwa, tym, który miał mieć charakter obowiązujący i stanowił główny budulec propagandy. Oczywiście, zdawałem sobie sprawę, że jest to nie tylko kwestia wysłowienia, że nowomowa to jeden z głównych wytworów i narzędzi systemu totalitarnego bądź autorytarnego. Byłem świadom, że zajmuję się faktami i przejawami różnej wagi i różnego zasięgu. Zarówno tym, co stanowiło stały element tego sposobu mówienia, jak i tym, co pojawiało się raz czy drugi, by szybko zniknąć. Obserwowałem zjawiska na ogół z bardzo bliskiej perspektywy i w wielu przypadkach nie mogłem mieć pewności, czy zajmuję się przelotną formułą, czy taką, która osadzi się w nowomowie na długo. Czasem zresztą chwilowe ekscesy, z pozoru bez widocznych konsekwencji, niekiedy niemal humorystyczne, okazać się mogą ważne i znaczące ze względu na ogólniejszą problematykę. Groteskowa formuła "dobrowolny zakup masła", zawarta w oficjalnym, ogłoszonym w prasie komunikacie, może skłaniać do zastanowienia się nad tym, jak to, co zwykło się nazywać gospodarką niedoboru, wpływało na wysłowienie.

Pisane w ciągu niemal całego ostatniego ćwierćwiecza Polski Ludowej komentarze do słów (tak bowiem nazwałem ten cykl) ukazały się po zmianie ustrojowej w czterech tomach:

Marcowe gadanie, Komentarze do słów 1966-1971, Wydawnictwo Pomost Warszawa 1991.

Peereliada, Komentarze do słów 1976-1981, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1993.

Mowa w stanie oblężenia 1982-1985, Wydawnictwo Open, Warszawa 1996.

Końcówka (czerwiec 1985-styczeń 1989), Wydawnictwo Literackie, Kraków 1999.

Wszystkie zapisy zawarte w książce, którą obecnie przedstawiam Czytelnikom, pochodzą z tych czterech tomów. Wybór ten nie obejmuje zatem prac o charakterze ogólnym, które złożyły się na tom Nowomowa po polsku, opublikowany po raz pierwszy w roku 1991, wznowiony w znacznie poszerzonej wersji przez Wydawnictwo Universitas (Nowomowa i dalsze ciągi. Szkice dawne i nowe, Kraków 2009), nie obejmuje prac zawartych w tomie Pismak 1863 i inne szkice o różnych brzydkich rzeczach (1995), w tym cyklu Style bycia, style mowy (Notatki z lat 1977-1985), swym charakterem łączącym się bezpośrednio z materiałami zawartymi w tej książce. Jej problematyka wiąże się z różnymi moimi pracami, zbiorem studiów o socrealizmie Rytuał i demagogia, Trzynaście szkiców o sztuce zdegradowanej (Pen, 1992), dalszymi studiami o retoryce marcowej, zawartymi w kolejnych moich publikacjach, czy - ogólnie - o dyskursie totalitarnym (w tym o dyskursie antysemickim, mającym rozległe tradycje). Trzeba bowiem powiedzieć ze szczególną dobitnością, że to, co w tytule tej książki nazwane zostało złą mową, nie zakończyło żywota wraz z przemianą ustrojową. Zła mowa przybiera różne formy, wiąże się z rozmaitymi zjawiskami życia społecznego, jest przejawem różnych ideologii i różnych patologii. Stosunek jej dzisiejszej postaci do nowomowy, traktowanej jako produkt komunizmu, nie jest zresztą sprawą zdezaktualizowaną, nie utraciła ona znaczenia.

Składające się na ten tom komentarze do słów pochodzą sprzed wielu lat, autorski wstęp zwłaszcza do publikacji retrospektywnej ma zazwyczaj, a w każdym razie mieć może, charakter subiektywny, nie pominę tu przeto pytania: jak patrzę na te teksty z dzisiejszej perspektywy, czyli po obfitujących w wydarzenia dziesięcioleciach? Uważam je za znaczący składnik mojego dorobku, ważny dla mnie z różnych względów. Nie tu miejsce na wyznania, chciałbym jednak zastanowić się nad pewnym aspektem tego, co przed laty napisałem, i zapytać, jak dzisiaj skomentowałbym język, którym się posługiwałem, analizując różne przejawy nowomowy? Jedno jest pewne, chciałem rzetelnie ją opisać. Mój metajęzyk nie był jednak - zwłaszcza u początków tych moich zainteresowań - szczególnie wyrafinowany. Pisałem te komentarze językiem potocznym, takim, jakim mówiła ówczesna niechętna reżimowi inteligencja. Można powiedzieć, że również język opisu, jakim się posługiwałem, jest pewnego rodzaju świadectwem historycznym. Andrzej Walicki w wielu pracach zwraca uwagę, że takie słowa jak "komunizm", "komunista" i ich pochodne nie mają zastosowania po okresie stalinowskim, zwłaszcza że wizję utopijną zastąpiła kategoria "realnego socjalizmu". Ten wybitny uczony ma niewątpliwie rację, gdy patrzy na tę sprawę z punktu widzenia historyka idei. Ja jednak pisałem te teksty w ściśle określonej sytuacji, jako o komunizmie, w którym przyszło nam żyć mówiło się potocznie, jako o komunistach - o tych, którzy rządzili lub przynajmniej należeli do rządzącej partii czy identyfikowali się z nią ideologicznie, reprezentowali obóz radziecki itp. Na sposób pisania bezpośrednio wpływała sytuacja polityczna. Dam jeden tylko przykład: w całej książce słowo "partia" występuje wyłącznie w liczbie pojedynczej. Nieznający historii tamtych lat młody człowiek może się zdziwić i uznać taką praktykę za aberracyjną. Kto wówczas żył, lub cokolwiek czytał na temat tamtych lat, wie, że chodziło o jedyną istniejącą partię, w polskim przypadku o PZPR.

Cenię te swoje zapisy przede wszystkim jako dokument mówiący o zamkniętej już epoce. Czy zachowały one aktualność (w różnym znaczeniu tego słowa), nie mnie sądzić. Cykl ten zakończyłem znakiem zapytania. Powtarzam go po wielu latach. Wiem, jakbym dzisiaj na te kwestie odpowiedział, nie robię tego, bo nie mam zamiaru wyręczać Czytelnika, ani - tym bardziej - cokolwiek mu narzucać. Sformułowanie odpowiedzi jest jego dobrym prawem.

Michał Głowiński

Warszawa, lipiec 2016

1966

ONI

O stosunku społeczeństwa do władzy informuje sama mowa i jej utarte zwyczaje. Wyraża się ona świetnie w bezosobowym i anonimowym słówku "oni". Oni kazali, oni zdjęli, oni zamknęli, oni nie pozwolili itp. Mówiący, tak określając elitę władzy, wyraża do niej swój dystans; składają się na nią anonimowi "oni", bo nie zostali demokratycznie wybrani, bo ich decyzje nie są publicznie dyskutowane, można by jeszcze wymienić sporo przyczyn. Jeden mały zaimek - a oznacza przepaść. Ale znaczy także bezradność, nikt nie ma wpływu na ludzi należących do "onych", tak jak się nie ma wpływu na zjawiska atmosferyczne, określane konstrukcjami bezosobowymi "pada", "grzmi" itp. W samym języku więc dokonała się mitologizacja władzy, tak bardzo wyobcowanej ze społeczeństwa. Jest to z całą pewnością mitologizacja negatywna - mimo wszystko nie żyjemy w czasach pierwotnych, w których uświęca się siły potężne a nieznane.

11 VIII 1966

SOWIECKI - RADZIECKI

Przekład rosyjskiego przymiotnika "sowietskij" stanowi osobliwość polszczyzny nieznaną chyba innym językom. "Radziecki" w latach tużpowojennych był wprowadzany do codziennej mowy na siłę i przyjmował się z dużymi oporami. Nosił na sobie stempel oficjalności, zwłaszcza w przemówieniach, gdzie jak w litaniach powtarzała się formuła "ze Związkiem Radzieckim na czele". W okresie stalinowskim był to najbardziej zsakralizowany przymiotnik mowy oficjalnej. I stał się przedmiotem żywiołowo tworzonych dowcipów. Jeden z nich pamiętam, był przed laty popularny: "w okresie demokracji ludowej przymiotnik dobry zdobył czwarty stopień: dobry, lepszy, najlepszy, radziecki". W latach międzywojennych "sowiecki" (tak jak bolszewik) oznaczał wszystko, co najgorsze. Wyrażała się w nim nienawiść, obawa itd. Nasiąknął treściami emocjonalnymi, w pewnych sytuacjach miał znaczenie metaforyczne, nie musiał nawet wiązać się z Rosją i z komunizmem. Ze zwyczajami językowymi walczyć nie sposób. Toteż aby wyrugować słowo, w którym wyrażał się żywiołowy antykomunizm, przetłumaczono je. Stąd kariera przymiotnika "radziecki", który w zasadzie się przyjął. Jeszcze parę lat temu prasa emigracyjna i radiostacje zagraniczne nadające audycje po polsku mówiły o Związku Sowieckim. Teraz i one w zasadzie przekład ten aprobowały. (Wolna Europa mówi od lat o Związku Radzieckim, "Kultura" zaś pozostała przy Związku Sowieckim - przypis późniejszy). "Radziecki" stał się obiegowym składnikiem nazwy państwa, jego wytworów, polityki itp. (jedynie "człowiek radziecki" ma zabarwienie humorystyczne). Było to możliwe także w jakiejś mierze dzięki temu, że nawet w wypowiedziach oficjalnych przymiotnik ten utracił wartość sakralną, stał się obiektywną nazwą. Jego zwycięstwo w mowie potocznej nie jest jednak pewne: ludzie starsi używają wciąż określenia "sowiecki", większość - "rosyjski". Także jako o państwie mówi się o Rosji, a nie o Związku Radzieckim. O niewątpliwym rozpowszechnieniu się słowa świadczą jego wadliwe użycia. Kiedyś opowiadał mi pewien księgarz, że wielu klientów prosi go o słownik polsko-radziecki.

14 VIII 1966

1967

MAŁŻEŃSTWO ROZWOJOWE

Sytuacja społeczna powołuje do życia nowe formuły. Przez "małżeństwo rozwojowe" określa się młode małżeństwa, które mogą mieć jeszcze dzieci. Nazwa ta powstała wówczas, gdy postanowiono, że pary takie powinny otrzymywać mieszkania większe od tych, jakie przysługują dwóm osobom. Wyraża się w niej ten kompleks spraw, który zużywa wiele nerwów i wiele energii współczesnego Polaka, spraw związanych z mieszkaniem. "Małżeństwo rozwojowe" zrobiło karierę zadziwiająco szybko, weszło w język potoczny, a także wywołało formuły pochodne w rodzaju "my jeszcze jesteśmy rozwojowi". Było ono z całą pewnością wymysłem biurokratów, ale dzisiaj nie odczuwa się nawet jego sztuczności, tak bardzo się spopularyzowało. Nasuwa się refleksja: już Adam i Ewa byli małżeństwem rozwojowym, ale ludzkość musiała czekać aż do dwudziestego roku Polski Ludowej, by się o tej prawdzie dowiedzieć.

1 IV 1967

DAĆ ODPÓR

Stereotyp pochodzący z języka, którym mówią tylko przywódcy partyjni w wypowiedziach publicznych. Nie wiem, czy na co dzień, bo ich nie znam. Ten język także kiedyś da o nich świadectwo. Jest on (on również) jedną z form ich szkodliwości społecznej, bo przenika do prasy, do radia, do podręczników szkolnych. W konsekwencji polszczyzna marnieje na naszych oczach. Odpór daje się imperialistom, wrogom klasowym, rewizjonistom, każdemu, kto się nie podoba. Poza tym zlepkiem słowo "odpór" chyba w ogóle nie istnieje, w każdym razie w potocznej polszczyźnie, jest więc stylistycznie nacechowane. Nie wyobrażam sobie, by ktoś się dzisiaj nim posłużył, jeśli jest mu obcy żargon partyjny. Synonimem "dać odpór" jest "dać odprawę". Odprawa brzmi jednak lepiej, jest mimo wszystko normalnym słowem, i to o pięknych tradycjach.

"Dawanie odporu" przypomniało mi się właśnie dzisiaj, dlatego że przejrzałem w "Życiu Warszawy" streszczenie, jak zwykle tasiemcowego, referatu Kliszki. Już tylko ten tekst daje wyobrażenie o potworności polszczyzny, jaką posługują się oficjałowie. W swojej tysiącletniej historii nie miała chyba Polska przywódców, którzy tak źle mówili i pisali.

17 V 1967

ŻYD

Z użyciem tego słowa łączą się różne komplikacje. W pewnych sytuacjach stało się ono tabu. Kiedy ktoś przychylnie usposobiony wobec jakiejś osoby chce powiedzieć, że jest ona Żydem, często użyje jakichś wyrażeń zastępczych, peryfraz (nie użyje słowa "izraelita", bo jest to archaizm, nie powie także "wyznania mojżeszowego", bo sprawy religijne są w tym wypadku mało istotne). W pewnych okolicznościach może się odwołać do znaczącego przemilczenia. Jest to zjawisko niezmiernie charakterystyczne. Świadczy co najmniej o tym, że o fakcie bycia Żydem w towarzystwie się nie mówi. Ten stan rzeczy przede wszystkim jest pozostałością z okresu okupacji; wtedy publiczne powiedzenie o kimś, że jest Żydem, równało się skazaniu go na śmierć. Pookupacyjny spadek widoczny jest także w czym innym: sami Żydzi na ogół nie afiszują się ze swym pochodzeniem, a niektórzy wkładają wiele wysiłku, by fakt ten ukryć. Nazwanie kogoś Żydem byłoby jawnym zdekonspirowaniem. Na skutki nie trzeba było długo czekać: w przeciętnej świadomości, w tym także - a może przede wszystkim - ludzi młodych, którym nie dane było się zetknąć z Żydami w ich odrębności, utarło się przeświadczenie, że bycie Żydem to fakt wstydliwy, który właśnie należy przemilczeć, jeżeli nie żywi się złych intencji. Przekonanie to znajduje swój wyraz w prasie. Kiedyś czytałem w "Ruchu Muzycznym" artykuł o wybitnym paryskim dyrygencie, teoretyku muzyki i pedagogu Deutschu; było w nim takie mniej więcej zdanie: "jest Żydem, ale wcale się tego nie wstydzi". Z całego artykułu wynikało, że autora nie można posądzać o złą wolę i przesądy. Dla niego, który znał prawdopodobnie tylko stosunki polskie, to, że Żyd się wstydzi, iż jest Żydem, było czymś oczywistym.

2 VI 1967

DOKŁADAĆ

Obywatel Polski Ludowej nieustannie się dowiaduje, że państwo do niego dokłada (synonim: dopłaca). W pewnych sytuacjach często się o tym przypomina, wtedy mianowicie, gdy w jakiejś dziedzinie podnosi się ceny, tak jak w tej chwili - komunikacji miejskiej. Mówi się wówczas, że już nie można dokładać, bo... (tu następuje mniej lub bardziej wykrętne wyliczenie przyczyn). Jest to w istocie wysoce upokarzające, gdy władze wypominają obywatelowi, że do niego dokładają. Kiedy to robią, stawiają państwo ponad nim, czyniąc z siebie pana feudalnego. W tym użyciu państwo jest czymś oderwanym od pracy ludzi, którzy je tworzą, jest siłą nadrzędną, niepoczuwającą się wobec obywatela do żadnych zobowiązań, wszystko bowiem, co ono czyni, jest aktem łaski. Jeszcze jedno: owe tak częste wypominania, że "państwo dokłada", świadczą, jaki ma ono ideał obywatela. Ideałem byłby człowiek, który nie sprawia żadnych kłopotów, a więc nie uczy się, nie korzysta z kultury, nie jeździ tramwajami, nie chce wyjeżdżać za granicę, nie pije mleka itp. Innymi słowy: ideałem jest człowiek, który nie żyje. Czysty absurd: ideał Państwa (koniecznie z majuskuły) bez ludzi.

4 VI 1967

PRL

Skrót ten wszedł do języka potocznego, tak jak do niego weszły skróty nazw obydwu państw niemieckich (mówi się o NRF[1] i NRD; USA i ZSRR spotyka się raczej w tekstach pisanych). Pojawia się on najczęściej w komunikatach oficjalnych, zwykle w takich uschematyzowanych formułach, jak: "władze PRL nie dopuszczą", "rząd PRL postanowił" itp. Polak myśli o sobie jako o Polaku, a nie jako o obywatelu PRL. A jeśli użyje tego skrótu, to przede wszystkim w intencji ironicznej, i w tej ironii wyraża się dystans wobec władz, których nie wybierał. W intencji wyłącznie ironicznej posługuje się tym skrótem Wolna Europa. Konsekwentnie dokonuje ona zróżnicowania: PRL - Polska. O Polsce mówi wtedy, gdy informuje o sprawach narodu, o tym, co wiąże się z jego rzeczywistymi postawami i problemami. O PRL zaś wówczas, gdy rzecz dotyczy władz, ich polityki, zarządzeń itp.

17 VIII 1967

PROWOKACYJNY

Tym epitetem określa się każde posunięcie Izraelczyków niezależnie od tego, czego dotyczy i jaki ma charakter. "Prowokacyjne wystąpienie ministra Ebana[2]" to już taki niemal zlepek słów jak "szybkonogi Achilles". Słowo to jest tak nadużywane, że zaczyna wynikać z niego, iż samo istnienie Izraela jest prowokacją, tylko nie wiadomo wobec czego. W istocie takie użycie wyrazu jest eufemiczną redakcją arabskiej tezy, że "samo istnienie państwa Izrael jest agresją". Prowokacyjne są bowiem zaproszenia Arabów do stołu konferencyjnego, prowokacyjne są zarządzenia administracyjne i deklaracje polityczne, prowokacyjne są oczywiście zakłócenia na granicy, za co jednostronnie odpowiedzialność przypisuje się Izraelowi. W tych kontekstach przymiotnik ten utracił swoje właściwe znaczenie, funkcjonuje przez to, że w propagandowej mowie systemu stał się jednym z określeń tego wszystkiego, co najgorsze. Nie chodzi więc o nazwanie zjawiska, ale o sugestie budzące negatywne reakcje uczuciowe. W tej roli "prowokacyjny" mógłby być zastąpiony przez jakikolwiek inny przymiotnik. Nie wiem, skąd się to wzięło, że on akurat występuje w tej roli. Prawdopodobnie używano go w stalinowskiej Rosji, tam przecież ukształtował się ten straszny język.

17 VIII 1967

AGRESJA IZRAELSKA

Określenie już nie tylko oficjalne, po prostu zrytualizowane, a więc jedyne, jakie się uznaje. Słyszałem, że jakąś dziennikarkę pozbawiono pracy za to, że zamiast "agresja izraelska" powiedziała w dzienniku telewizyjnym: "konflikt na Bliskim Wschodzie". Wiadomo, że cenzura innych nazw nie toleruje i zastępuje je tą jedną uświęconą. Jest to jeden z objawów zjawiska, które nazwać można fetyszyzmem słownym. Przyjęta nazwa ma narzucać interpretację, wobec której wszystkie inne są herezją. Sytuacja dobrze znana historykom religii: nieraz herezje zaczynały się od sporów o słowa. Ten, który mówi "agresja izraelska", ma wiedzieć, która strona jest winna, po której stronie jest racja i sprawiedliwość. Nazwa ta nie przyjęła się jednak w języku potocznym, stała się jednym z liczmanów stylu dziennikarskiego, czymś w rodzaju "imperialistów amerykańskich" czy "piratów powietrznych". Jeśli się więc jej używa w mowie codziennej, to z zaznaczeniem dystansu.

7 XI 1967

MINIONY OKRES

Jedna z nazw czasów stalinowskich, ukształtowana w roku 1956 i oficjalnie tolerowana. Nazwa optymistyczna, zakładała, że to, co się wówczas działo, należy do przeszłości, a więc nie ma wpływu na życie bieżące. Ten właśnie walor usiłowała niekiedy wykorzystywać gomułkowska propaganda, gdy czasy po roku 1956 przedstawiała jako realizację ideału i przeciwstawiała je ponurym latom poprzednim; czyniła to zresztą tylko wtedy, kiedy chciała przypodobać się społeczeństwu. "Miniony okres" funkcjonował i funkcjonuje w mowie potocznej - wiąże się z przekonaniem, że pewne zmiany jednak dokonały się. Ale bynajmniej nie zawsze ma zabarwienie optymistyczne. Wyraża się to w charakterystycznych perypetiach tych słów. Po takiej czy innej decyzji władz przypominającej posunięcia z okresu stalinowskiego mówi się w rozmowie, że wkraczamy w okres miniony czy też, że rozpoczyna się okres neominiony. Jako określenie systemu te słowa w jakiejś przynajmniej mierze utraciły to, co je charakteryzuje w innych kontekstach: odniesienia czasowe mogą w nich ulec całkowitemu zatarciu. Miniony okres może więc być teraz.

29 XI 1967

[1] Pierwotnie w Polsce obowiązywała nazwa Niemiecka Republika Federalna. Po wizycie kanclerza Willy'ego Brandta w Warszawie w roku 1970 zmieniono ją na Republika Federalna Niemiec (RFN).

[2] Abba Eban (1915-2002), izraelski minister spraw zagranicznych.