Zła miłość - Danuta Noszczyńska

Reflow text when sidebars are open.
- Mamo, długo jeszcze? - W drzwiach mojej pracowni stanął zaspany Piotruś.
- O co chodzi, kochanie moje? - Natychmiast porzuciłam swoje zajęcie i złapałam chłopca w ramiona. - Nie możesz spać?
- Nie mogę... - westchnął mój synek i wtulił się we mnie mocno.
Pachniał rumiankowym płynem do kąpieli i czekoladą. Pewnie dobrał się do tabliczki ukrytej przeze mnie w kuchni. Nie pozwalałam mu jeść słodyczy przed snem, czasem jednak, gdy musiałam dłużej popracować, przymykałam na to oko. Kilka kostek czekolady pewnie miało mu osłodzić samotne zasypianie.
- Oj, ktoś tu się chyba obżerał słodyczami - stwierdziłam ze śmiechem. - I co? Nie pomogło?
- Od czekolady się nie zasypia - odparł rezolutnie i poprosił: - Chodź na chwilę, poczytaj mi, proszę, a ja szybciutko zasnę, obiecuję...
- Dobrze... - Wzięłam Piotrusia za rękę. Razem udaliśmy się na piętro, do jego sypialni.
Mój mały mężczyzna miał już cztery lata - dla niego beztroskie i bezpieczne, dla mnie pełne zawirowań, niepewności, lęków i nieprzespanych nocy.
Piotruś, na znak jak najlepszych chęci, wskoczył szybko do łóżeczka i przykrył się kołdrą po same oczka, które spoglądały teraz na mnie z oczekiwaniem.
- No, dobrze. Co czytamy?
- O piesku - zdecydował Piotruś, na moment odkrywając buzię.
- Okej. O piesku - zgodziłam się i sięgnęłam do jego nocnej szafki po wybraną lekturę.
Jak zwykle, gdy wieczorami pomagałam zasnąć synkowi, nachodziła mnie fala refleksji i wspomnień, także tych, przed którymi próbowałam się bronić. W końcu jednak zawsze doznawałam uczucia bezgranicznej czułości i wdzięczności. Za to, że go mam, że jest i będzie ze mną jeszcze przez długie lata, a jego miłość do mnie, taka czysta i bezwarunkowa, każdego dnia nadaje sens mojemu życiu.
Nie może być inaczej. Jego piękne, brązowe oczy w oprawie długich rzęs są lustrzanym odbiciem innych oczu, uśmiech jest kopią innego uśmiechu, czarne jak heban loki okalające jego twarz do złudzenia przypominają inną głowę, leżącą kiedyś obok mojej na poduszce...
Piotruś będzie kiedyś pięknym mężczyzną, nie miałam co do tego wątpliwości. Gwarantuje to jego podobieństwo do, że tak powiem, pierwowzoru. Niejedna matka życzyłaby sobie, by jej syn odziedziczył niezwykłą urodę po ojcu, jednak w tym przypadku ów jedyny po nim spadek kładł się cieniem na całym moim życiu...
- Mamuś, ale czytaj porządnie - poprosił w pewnym momencie Piotruś sennym głosem.
Dzieciak zawsze orientował się, że moje myśli zaczynały błądzić ponad rzeczywistością, bo wówczas mój głos tracił dźwięczność, a czytane zdania intonację i płynność.
- Dobrze, synku - odparłam zawstydzona jak zawsze, gdy mnie przyłapał na mimowolnych rozważaniach. Ale Piotruś już w tym momencie spał. Położyłam obok niego na poduszce jego ulubioną maskotkę: pluszowego pieska.
Zeszłam na parter i ze sporym trudem podjęłam przerwane przed kwadransem zajęcie. W moją pracę, wbrew pierwotnemu zamysłowi, zaczęły się wkradać coraz bardziej rzewne tony. Dopiłam zimną już kawę i dokonałam niezbędnych poprawek.
Zajęcie, z którego żyłam, całkiem dostatnio zresztą, było wynikiem splotu przypadków, które w bardzo kiepskim momencie życia pozwoliły mi się odbić od dna. Muzyka nigdy nie była moją pasją, a to, że w tym kierunku przyszło mi się uczyć przez wiele lat, było wynikiem niespełnionych ambicji mojej matki. To ona chciała grać na fortepianie, koncertować, błyszczeć na scenie. Najgorzej jednak, gdy rodzic nie potrafi odróżnić swoich marzeń od marzeń dziecka, swojego dobra od tego, jak ono je postrzega dla siebie. A jeszcze gorzej, gdy dziecko nie ma najmniejszych praw do decydowania o sobie i nie ma nikogo, kto by się za nim ujął. Bo mój ojciec również tych praw nie miał, zrzekł się ich z czasem zupełnie, przedkładając nade wszystko własny święty spokój. Dlatego z dzieciństwa pamiętam głównie wędrówki do kościoła i z kościoła oraz od szkoły do szkoły. Rano do tej normalnej, popołudniami do muzycznej. I powierzanie Bogu swoich (a właściwie mojej matki) pragnień, próśb i żali.
Powoli dochodziła północ, a ja, zamiast położyć się spać, zrobiłam sobie kolejną kawę. Zaczęła mnie ogarniać złość na siebie, niesmak i poczucie jakiegoś wewnętrznego rozpadu i chaosu. To uczucie powracało często wraz z niechcący przywołanymi wspomnieniami, ale dziś opanowało mnie z niespotykaną dotąd siłą, tak wielką, że w końcu zachciało mi się wyć... No cóż, sama sobie byłam winna. Bo gdy po kilku latach niewidzenia pojawiła się nieoczekiwana okazja, by raz jeszcze spojrzeć w twarz tacie Piotrusia, nie odmówiłam sobie tego. Sądziłam, że jestem już gotowa na taką konfrontację, ale niestety nie byłam. I nie chodziło o to, że wróciły do mnie dawne uczucia. Stało się coś, czego zupełnie nie przewidziałam - poczułam do niego przemożny wstręt. Wiele wspomnień związanych z naszą miłością mimo wszystko przechowywałam w sercu jako piękne i romantyczne. Teraz nagle znikły jak bańka mydlana, a to, co zaczęło pojawiać się w ich miejsce, na nowo zburzyło mój z trudem osiągnięty spokój.
Przeszłam z pracowni do salonu i wyszłam na taras. Wieczór był bardzo ciepły, a czyste, usiane gwiazdami niebo i dochodzące z ogrodu cykanie świerszczy koiło rozbudzone do granic wytrzymałości emocje. Zapaliłam papierosa i głęboko wciągnęłam dym do płuc. To mi pomogło opanować lęgnący się w gardle spazm. Bo znów nie było dla mnie ucieczki... Wszystko rodziło jakieś wspomnienia, taka noc też już się kiedyś wydarzyła...
- Nie, tak nie może być - szepnęłam sama do siebie. - Muszę coś z tym zrobić. W końcu nie jestem sama, nie wolno mi poddać się temu szaleństwu.
Weszłam do domu z twardym postanowieniem uporania się z przeszłością, uporządkowania bezładnych obrazów, może nawet znalezienia wyjaśnień dla niektórych zdarzeń. Otworzyłam nowy plik w komputerze i postanowiłam zaserwować sobie najprostszą autoterapię: zacząć spisywać najważniejsze momenty ze swojego życia, od pierwszych chwil, które zaczęłam świadomie pamiętać. Postanowiłam, że będę pisać w każdej wolnej chwili, w ciągu dnia, w luźniejsze weekendy, po nocach. Musiałam się uporać z przeszłością raz na zawsze, by nigdy do niej już nie wracać. Doszłam do wniosku, że jeśli poświęcę wspomnieniom trochę czasu świadomie - nie zaś, jak do tej pory, gdy pozwalam im sobą zawładnąć w dowolnym momencie - uwolnię się od ich dominacji. Piotruś spał, swoją pracę wykonałam w terminie, a zatem cała noc przede mną. Jutro, gdy mój syn będzie w przedszkolu, zostanie mi kilka godzin, by odespać i wrócić do choćby pozornej równowagi.
Odkąd pamiętam, mój dom rodzinny był zawsze światem kobiet. Mamusi, babci - tak różnych i kontrastowych, a pomiędzy nimi i moim. Tatuś, jakkolwiek zawsze obecny, był gdzieś w tle. Nie absorbował sobą zbytnio ani mamy, ani babci. Zazwyczaj poważny i milczący, siłą rzeczy i dla mnie stanowił postać drugoplanową. Nie znaczy to oczywiście, że był dla mnie mniej ważny niż mama i babcia, on po prostu o tę uwagę w żaden sposób nie zabiegał. Nie rzucał się w oczy - to chyba najlepsze określenie. W dzieciństwie nie zastanawiałam się nad rzeczywistymi relacjami moich rodziców, było, jak było - bo widać tak być powinno. Tata, górnik z zawodu, a bardziej konkretnie geodeta pracujący w kopalni, odpowiedzialny za mapy i pomiary podziemnych wyrobisk, emerytem został, mając niewiele ponad czterdzieści lat. Odtąd całkowicie oddał się swojej nowej pasji, czyli pracy w przydomowym ogrodzie. A ponieważ oddawał się jej niemal w każdej chwili, nasz ogród był jednym z najpiękniejszych, jeśli nie najpiękniejszym w całym miasteczku. Mamusia, chociaż bardzo lubiła mieć wszystko najpiękniejsze, jakoś tego nie doceniała. Przeciwnie, odnosiła się do zajęć taty z wyraźnym lekceważeniem.
- Mężczyzna w twoim wieku, z taką ilością wolnego czasu, powinien zajmować się czymś... bardziej z klasą - mawiała. - Mógłbyś na przykład chodzić w góry, na basen, uprawiać jakiś sport. Nie są to rzeczy, które mogłyby cię przerastać. Jak na przykład opera, teatr, filharmonia... Naprawdę, niezręcznie mi mówić ludziom, że mój mąż zajmuje się na emeryturze sianiem pietruszki na grządkach.
- Nie mamy grządek w ogrodzie. Ani pietruszki - prostował zazwyczaj tata.
- Co za różnica? - kwitowała mamusia i odkładała ten temat na jakiś czas.
A ja uwielbiałam nasz ogród. Tata rzeczywiście miał rękę do roślin i doskonałe wyczucie estetyki. W ogrodzie rosły piękne iglaki rozmaitego gatunku i koloru, krzewy ozdobne i kwiaty, a wszystko tak skomponowane, że gdy przekwitały jedne rośliny, zakwitały następne. Dzięki temu od wczesnej wiosny po późną jesień ogród był pełen kolorów i różnych odcieni zieloności. Poza tym były tam ukryte w zakamarkach ławko-huśtawka i kamienny grill wyglądający jak prawdziwa studnia.
Z czasem, gdy do mamusi zaczęły docierać coraz częstsze zachwyty ze strony sąsiadów na temat naszego ogrodu, jej pogląd na zajęcie tatusia nieco złagodniał. A kiedy przyjechała do nas lokalna telewizja, by zrobić z tatusiem wywiad o uprawie roślin ozdobnych, złagodniała na tyle, że w ogóle przestała mówić na ten temat.
Tatuś był dla mnie bardzo dobry i wyrozumiały. Niestety, nie potrafił o mnie walczyć, choć muszę przyznać, że jeśli kiedykolwiek postawił się mamie, zawsze chodziło o mnie. Były to jednak dość rzadkie akty buntu, niewystarczające, bym mogła czuć w nim bezwzględne oparcie.
Uwielbiałam natomiast, kiedy byliśmy sami. Robiliśmy wówczas różne zakazane rzeczy: jedliśmy niezdrowo, ucinaliśmy sobie poobiednie drzemki, graliśmy w warcaby, oglądaliśmy mało ambitne filmy i durnowate komedie, zaśmiewając się do rozpuku. Wiele bym dała, żeby tatuś był taki na co dzień, jednak w obecności mamy czy babci natychmiast przyjmował swoją stałą pozę - wycofywał się. Z czasem zaczęłam mieć o to do niego żal, co oczywiście nie znaczyło, że przestałam go kochać.
- Twój ojciec to dupa. Dupa nad dupami - mawiała o nim babcia, robiąc mi takimi uwagami ogromną przykrość. - No, co się tak patrzysz? Widziałaś kiedy, żeby facet tak pozwolił sobą kręcić?
- Przecież ty sama nim kręcisz - odpowiadałam z urazą.
- A kręcę, bo on się sam o to prosi. Każda dupa musi mieć przecież głowę, nie uważasz?
- No więc czego byś ty chciała, babciu? Żeby to on rządził mamusią? Żeby krzyczał na nią? Zabraniał czegoś? Źle życzysz własnej córce?
- A, nie! Ja jej życzę dobrze właśnie. Bo twoja mamusia potrzebuje silnego faceta, takiego, co by jej wszystkie klepki we łbie ułożył jak trzeba. Wtenczas i jej by było lepiej, choć sama o tym nie wie.
- Bo co? Dziadziuś Antoś ci klepki układał? - pytałam złośliwie.
- Ja, moje dziecko, zawsze wszystko miałam na swoim miejscu, nie tylko klepki. - Babcia wzruszała ramionami jakby ze wzgardą.
Naprawdę źle się czułam z taką opinią babci o tatusiu. Moim zdaniem relacje między rodzicami wynikały ze swego rodzaju kompromisu, ugody, dzięki której oboje czuli się spełnieni. Mama, jak to się mawia (choć w tym przypadku może nieco na wyrost) brylowała na salonach, to znaczy obracała się w towarzystwie śmietanki naszego miasteczka: lekarzy, nauczycieli, artystów, tata zaś, który nie gustował w rozrywkach towarzyskich, nie miał nic przeciwko temu i zajmował się sam sobą. W sensie dosłownym: sam dbał o swoją garderobę - prał, prasował, przyszywał guziki - sam też robił sobie śniadania i kolacje, bo obiady gotowała babcia. I nie wyglądało na to, że przeżywa z tego powodu jakiś dramat. Dlatego zawsze wkurzało mnie, gdy babcia mówiła o nim coś niepochlebnego. Nawet jeśli sama oczekiwałam od niego czegoś więcej dla siebie, byłam gotowa bronić go ze wszystkich sił. Tatuś był taki... delikatny, uczuciowy. Pochylał się nad każdym najmniejszym zwierzątkiem... Nawet krety, które niszczyły od czasu do czasu jego równiutki trawnik, mogły czuć się u nas w ogrodzie bezpieczne. Nigdy nie wysypywał na nie trutek, nie tępił ryjówek, nie przeganiał szpaków. Uważał, że każde żywe stworzenie ma prawo do spokojnej egzystencji, z którego - jak mi się dzisiaj wydaje - i on na podobnych zasadach nade wszystko pragnął korzystać.
- Wiesz malutka... - powiedział mi kiedyś ni z tego, ni z owego - człowiek potrzebuje w życiu różnych rzeczy: jeden takich, drugi zupełnie innych. A jeśli ktoś nie potrafi zaakceptować tych różnic, powinien dobierać się w pary z kimś dokładnie takim samym jak on.
- Mówisz o mamusi i o sobie? - spytałam, ponieważ to jego wynurzenie miało miejsce zaraz po tym, jak mama bezskutecznie usiłowała namówić go na wyjście do opery.
- Tak sobie mówię - odparł tata. - Ogólnie.
Nie dałam się zbyć tą odpowiedzią.
- Byłbyś szczęśliwy, gdyby mama dłubała razem z tobą w ogrodzie albo gdybyś lubił jak ona chodzić do teatru?
- Nie wiem. Nie umiem sobie tego wyobrazić, po prostu. A poza tym ja jestem całkiem szczęśliwy. - Uśmiechnął się i przytulił mnie do siebie.
Dziś myślę, że do pewnego czasu rzeczywiście był. Bo zminimalizował swoje potrzeby do tej jednej, którą zdołał zaspokoić, czyli świętego spokoju. Gdy zaczęłam dorastać, coraz częściej świadomie przyglądałam się stosunkom panującym w mojej rodzinie, próbując dociec, czy moi rówieśnicy są w podobnej sytuacji. Nie miałam już niestety wówczas koleżanek, mogłam się więc opierać na przypadkowo usłyszanych opiniach w szkole albo na wspomnieniach z czasów, gdy odwiedzałam Elę i Beatę. Z tych pobieżnych przesłanek wynikało, że w moim domu panowała zdecydowanie większa równowaga: każdy znał swoje miejsce, wszystko szło zazwyczaj utartym torem, nie było kłótni, podniesionych głosów, co jednak nie oznaczało, że panowała w nim idealna zgoda. W innych rodzinach domownicy się sprzeczali, bywały ciche dni, dzieci dostawały regularne szlabany. Osobiście nie umiałam sobie wyobrazić, bym mogła zrobić coś takiego, by zostać ukaraną na przykład zakazem oglądania telewizji czy wychodzenia z domu. Z drugiej zaś strony, w moim przypadku trudno byłoby mnie karać w ten sposób, ponieważ od najmłodszych lat oglądałam telewizję rzadko i w dodatku głównie pozycje, które zalecała mamusia. Trudno ukarać dziecko zakazem obejrzenia koncertu chopinowskiego albo wychodzenia do kościoła...
A kiedy w wieku dojrzewania przyszła pora na zadanie sobie odwiecznych pytań: kim jestem, skąd i dokąd zmierzam, stanęłam w obliczu nie lada dylematu. Bo nie miałam pojęcia ani kim jestem, ani jaka jestem, ani czego pragnę. Naprawdę. Nie potrafiłam oddzielić swoich pragnień od pragnień mamy, jej opinii i poglądów na świat od swoich. Mimo że znacznie więcej czasu spędzałam z babcią, a nawet, ku własnemu zaskoczeniu, gdy się nad tym głębiej zastanowiłam - z tatą, to mama miała na mnie największy wpływ. Być może była "najsilniejszym ogniwem", samicą alfa, za którą podąża się nie wiadomo czemu. Bo instynkt tak każe.
Tatuś odszedł od nas dokładnie w moje czternaste urodziny. Wyglądało na to, że dokładnie zaplanował sobie i dzień, i godzinę. Czy zauważyłam wcześniej coś, co mogłoby na to wskazywać? Nie. No, może w samym dniu urodzin, ponieważ tatuś był o wiele bardziej wyluzowany niż zwykle. Nie założył garnituru, białej koszuli i krawatu, jak to było w zwyczaju podczas każdej naszej rodzinnej uroczystości. Założył dżinsy i niebieską koszulę wyrzuconą na spodnie, z rozpiętymi guzikami pod szyją. Jakby chciał przygotować sobie grunt pod to, co miało się stać, czy też dodać sobie odwagi.
- Ubierz się, Czesław - zgromiła go mama w przelocie. - Zaraz przyjdą goście.
Goście, czyli znajomi mamy.
- Jestem ubrany - odparł tata i z całą swobodą zwinął plasterek szynki z półmiska trzymanego przez mamę w rękach.
- Co ty do jasnej chol... choinki wyprawiasz? Dochodzi siedemnasta! - oburzyła się mamusia.
- Owszem, dochodzi. - Tatuś rzucił okiem na zegarek. - A zatem pośpiesz się, Joasiu, jeszcze musisz pokroić ciasto.
- Słuszna racja - poparła go babcia radośnie. - Krój to ciasto, Joanno, ja ułożę na stole sałatki.
- Sama ułożę - odparła mama kwaśno. - Spóźnisz się na różaniec do kościoła.
- A ja myślę, że różaniec nie zając - oznajmił tatuś i swoje poglądy wyjaśnił babci bezpośrednio. - Czternaste urodziny wnuczki obchodzi się raz w życiu, a różaniec klepią w kościele w koło Macieju.
- Czy ja wiem? - spytała babcia kokieteryjnie, gdyż zazwyczaj bywała z takich imprez wykluczana. - W sumie Czesław ma rację, jak mało kiedy. Co o tym sądzisz, Marzenko?
- Ja? Ja zapraszam cię, babciu, z całego serca! - Ucieszyłam się z możliwości podjęcia decyzji.
Mamusia jej nie skomentowała. Może tylko bardziej nerwowo zaczęła krążyć pomiędzy kuchnią i salonem... Niestety, ta akurat impreza okazała się chyba najgorszą w jej życiu. Nieraz musiała żałować, że straciła czujność i w porę nie ustawiła nas wszystkich do pionu.
- Dajże spokój, Marzenka, z tym pogrzebowym graniem - odezwała się babcia po toaście, torcie i dwóch pierwszych utworach w moim wykonaniu. - Zagrajże coś dla ludzi, jakieś Sokoły, albo chociaż Gdy strumyk płynie z wolna!
Udzieliła mi się ta niezwyczajna niesubordynacja rodziny i nie czekając na przyzwolenie mamusi, wyrąbałam na pianinie Szła dzieweczka do laseczka. Goście, początkowo zdezorientowani, powoli wczuli się w nastrój i zaczęli podśpiewywać.
- No widzisz, dziecko, takiej rozrywki potrzebuje człowiek, a nie rzępolenia bez ładu i składu - pochwaliła mnie babcia, po czym opowiedziała kawał o kucharce, która upadając nieszczęśliwie na wykafelkowaną podłogę w kuchni, przyssała się do niej kroczem. Po kolejnym kawale w podobnym stylu mama spróbowała złapać babcię za łokieć i wyprowadzić z salonu, ale ta, zręcznie gestykulując, udaremniła jej ów zamiar. Wypito wówczas znacznie więcej, niż przewidziano, wysłuchano repertuaru, o którym mamusia jak najszybciej chciałaby zapomnieć, opowiedziano dziesiątki pikantnych dowcipów.
W rezultacie mój czternastourodzinowy koncert muzyki poważnej skończył się swojską biesiadą, z której rade było nawet doktorostwo, prawnik z małżonką, a już najbardziej szef mamusi z pracy z młodziutką konkubiną. Nawet tatuś bawił się świetnie. A kiedy wyszedł już ostatni gość, mama stanęła pomiędzy nami we wzniosłej pozie i oznajmiła, że niestety, ale "musimy sobie coś wyjaśnić".
- No to wyjaśniaj - odparła babcia - a ja tymczasem pozmywam w kuchni.
- Mamo, proszę zostać! - zarządziła mamusia. - Chyba nie myślicie, moi drodzy, że pozostawię wasze ekscesy bez komentarza?
- A po cholerę mnie twój komentarz? - prychnęła babcia i skierowała się do kuchni. Tatuś poszedł za nią.
- Marzenka! Siadaj! - zażądała mamusia, gdy na placu boju zostałam już tylko ja.
Usiadłam pokornie, przelękniona tym, co mnie czeka. W tym momencie z kuchni wrócił tatuś.
- Ty też usiądź, Joanno, bo to ja dziś będę przemawiał.
Mama, bardziej z powodu szoku niż posłuszeństwa, zajęła miejsce obok mnie na kanapie.
- Jeszcze raz wszystkiego najlepszego z okazji urodzin, córeczko - najpierw zwrócił się do mnie - ale ponieważ i sobie nie życzę najgorzej, postanowiłem odejść z tego domu.
Na te słowa babcia, która najpewniej już od jakiegoś czasu stała z uchem przy drzwiach, błyskawicznie dołączyła do naszego szeregu na kanapie. Na jakiś czas zapanowała idealna cisza.
- C... co ty mówisz, Czesław? - spytała wreszcie mama, rozglądając się dokoła, jakby miała nadzieję, że mówi to ktoś inny, nie jej cichy i pokorny mąż.
- Nie myśl, Marzenko, że odchodzę od ciebie - tata w dalszym ciągu zwracał się wyłącznie do mnie. - Jesteś i będziesz moją córką, zawsze możesz na mnie liczyć, może nawet bardziej niż dotychczas.
- Tatusiu... - wyszeptałam przerażona.
- No, Czesiu, chyba bym się prędzej lumbago spodziewała niż takiej decyzji z twojej strony - powiedziała babcia jakby z podziwem w oczach. - Ale gdzie się ty teraz podziejesz, nieboraczku?
- Bez obawy, mamo, pod most nie pójdę - odparł tata coraz bardziej zadowolony z rozwoju sytuacji.
- Nie... nie zrobisz mi tego - odezwała się mama martwym głosem.
- Owszem, Joasiu, zrobię. W pewnym sensie już zrobiłem. Spakowałem walizki, czekają na mnie w garażu.
- Nie weźmiesz z sobą samochodu! O, co to, to nie! - Mama powoli odzyskiwała wigor i kolory na twarzy.
- Wezmę. Tobie nic po nim, nie masz przecież prawa jazdy. W zamian za to nie będę się upominał o podział pozostałego majątku.
- Po... podział majątku?
- Nie będę, przecież mówię. Samochód z pewnością nie zrekompensuje mi tego, co zostawiam tobie, więc tylko na tym zyskujesz.
- Czesiek, do jasnej cholery, ocknij się wreszcie! Wytrzeźwiej! Tak... Na pewno za dużo wypiłeś. Ale to oczywiście mamy wina, mama zawsze wprowadza jakiś nieprzewidziany bajzel w pokój tego domu. I drastyczne rozluźnienie obyczajów! - zmieniła front mamusia i napadła na babcię.
- Nie, Joanno. Twoja mama nie ma z tym nic wspólnego. Walizki spakowałem wcześnie rano.
- Marzenka, na miłość boską, powiedz coś! - Teraz przyszła kolej na mnie. - No? Raz w życiu powiedz coś sensownego!
Milczałam. Tatuś chodził po pokoju tam i z powrotem, babcia uśmiechała się pod nosem z jakąś dziką satysfakcją, a biedna mamusia coraz bardziej odchodziła od zmysłów. A kiedy zaczęła omdlewać, jak to jej się przydarzało w chwilach zdenerwowania, tatuś wziął płaszcz, kapelusz i wyszedł. Po chwili dał się słyszeć warkot zapalanego silnika. Babcia podbiegła do okna.
- A niech mnie kaczki zdepczą - powiedziała. - Mój zięć naprawdę sobie poszedł!
- Mamo!!! - wrzasnęła mamusia nad wyraz gromko jak na swój stan. - Czy ty naprawdę nie widzisz dramaturgii sytuacji? Właśnie porzucił mnie mąż! Zabrał samochód i... Bóg wie, co jeszcze zabrał, i odjechał w siną dal! A ty co? Czemuś nic nie zrobiła? Czy ja w ogóle mogę, czy kiedykolwiek mogłam na ciebie liczyć? Jak ja się ludziom teraz na oczy pokażę... No nie, nie wierzę... Czesiek mnie zostawił. Czesiek mnie! Rozumiesz?
- Rozumiem - odparła dość bezmyślnie babcia.
- A ty? Jak się z tym będziesz czuła, siedząc ze swoimi koleżankami na ławce pod kościołem?
- A co ja mam z tym wspólnego? - Babcia wzruszyła ramionami. - To ciebie chłop zostawił, nie mnie. Chodź, Marzenko, pójdziemy się pomodlić. Twoja mama chce pewnie teraz zemdleć sobie w spokoju.
Mama pogasiła światła w całym domu i zamknęła się w sypialni. Babunia wróciła na paluszkach do kuchni i przyniosła kawał mojego urodzinowego tortu, nalewkę wiśniową i dwa kieliszki.
- Na osłodę - oznajmiła i napełniła kieliszki nalewką.
- Ale ja... nie mogę... Nie mam jeszcze osiemnastu lat - wyjąkałam skonsternowana.
- No to co z tego? Sytuacja cię usprawiedliwia. - Babcia uniosła w górę swój kieliszek. - Pij!
- Przecież... ślubowałam przy pierwszej komunii...
- Księdzu ślubowałaś, nie Bogu. No, chlup!
Wypiłam posłusznie aż do dna i natychmiast poczułam w całym ciele błogie ciepło. Moje myśli powoli przestawały krążyć wokół zaistniałej sytuacji, a po trzecim kieliszeczku zrobiłam się nagle bardzo senna. Poszłam do siebie i nie zdejmując odświętnej sukienki, położyłam się spać. Nazajutrz nie poszłam do szkoły. Zaspałam, a nikt mnie nie obudził. Dom sprawiał wrażenie wymarłego co najmniej do południa. Najchętniej nie wyściubiałabym nosa ze swojego pokoju, ale w końcu głód i pragnienie zmusiły mnie do opuszczenia "bezpiecznej przystani". Najciszej jak umiałam, wzięłam kąpiel i w szlafroku wśliznęłam się do kuchni. Przy stole siedziała babcia i wcinała wczorajszą sałatkę w kurczakiem na zimno.
- Zaspałam do szkoły - powiedziałam zawstydzona.
- Nie szkodzi. Specjalnie cię nie budziłam - oznajmiła babcia. - Zjesz coś?
Zamiast odpowiedzieć nałożyłam sobie na talerz sałatkę, ale zanim zaczęłam jeść, ugasiłam pragnienie prawie całą butelką coli. Babcia nie skomentowała.
- Wobec tego jeszcze trochę pośpię, a potem muszę się jakoś pozbierać przed lekcją fortepianu. Pani Teresa przychodzi dzisiaj po szesnastej. - Westchnęłam, bo bardzo mi się chciało przeleniuchować dzisiejszy dzień w całości. - A właśnie, nie wiesz czemu nie było jej wczoraj na moich urodzinach?
- Nie było jej wczoraj i dam głowę, że dziś też jej nie będzie - odparła babcia.
- Czemu? Jest chora?
- Przeciwnie, jest bardzo, baaardzo zdrowa... - Babcia robiła się coraz bardziej tajemnicza.
- Nie rozumiem...
- Po prostu matka ci będzie musiała znaleźć nową nauczycielkę brzdąkania. Dla jej i swojego dobra.
- Ba... babciu... Czy... pani Teresa... ma coś wspólnego z odejściem tatusia? - Nagle coś mi zaczęło świtać.
Słowa babci sprawiły, że zaczęły mi się przypominać różne sytuacje z tatusiem i panią Teresą, które wówczas nie wydawały mi się niczym nadzwyczajnym. Promienny uśmiech taty, gdy witał ją w drzwiach, jego niecodzienny wygląd w tych dniach: dżinsy i koszula o sportowym kroju, jej rumieńce na twarzy, gdy przynosił kawę w porcelanowej filiżance, coraz krótsze spódniczki i głębsze dekolty, ich długie rozmowy w kuchni po każdej lekcji - na mój temat, jak wówczas sądziłam. A kiedy pani Teresa zmieniła uczesanie i kolor włosów, pomyślałam, że pewnie w końcu kogoś ma...
- Tak myślę. Właściwie jestem pewna - potwierdziła moje domysły babcia.
- Mamusia o tym wie?
- No co ty. Ona nie widzi niczego poza czubkiem własnego nosa. I myślę, że im później się dowie, tym lepiej dla niej. To by ją zdecydowanie przerosło.
Gdy skończyłam pięć lat, dostałam największy prezent urodzinowy na świecie. Był przystrojony wielką kokardą z różowej bibuły, nad nim zaś unosiły się kolorowe baloniki. Mnóstwo baloników. Na stole stał wielki tort z zapalonymi świeczkami. Kiedy mama wprowadziła mnie do pokoju, stanęłam jak wryta.
- To... dla mnie? - spytałam, z trudem wydobywając z siebie głos.
- Tak, córeczko - odparła wzruszona. - Kończysz dzisiaj całe pięć lat, a oto i wyjątkowy prezent dla wyjątkowej dziewczynki.
W miejscu, w którym do tej pory znajdowała się komoda, teraz stało piękne, nowiutkie, lśniące czarną politurą pianino.
- O, rany! - Podeszłam do instrumentu i ostrożnie pogładziłam zamkniętą klapę.
- Śmiało, otwórz - zaśmiała się mama. - Jest twoje!
Jednym palcem naciskałam na zmianę to białe, to czarne klawisze, ciesząc się wydawanymi przez nie dźwiękami. Byłam szczęśliwa i dumna, a moje szczęście graniczyło z niedowierzaniem.
- A gdzie... Ela i Beata? - spytałam po chwili.
To były moje dwie "najlepsiejsze na świecie" przyjaciółki z przedszkola, mieszkające po sąsiedzku. Zawsze obecne w ważniejszych chwilach mojego życia, imieninach, urodzinach, towarzyszki zabaw i powierniczki pierwszych szczęść i nieszczęść. Mieszkały na tyle blisko (po obu stronach naszego płotu), że wolno nam było odwiedzać się bez asysty dorosłych. Bardzo chciałam, żeby były tu teraz i dzieliły ze mną radość i dumę.
- Spójrz, jaki piękny tort - odpowiedziała mama całkiem nie na temat. - Zdmuchnij świeczki i pomyśl jakieś życzenie. Na przykład, że chcesz zostać w przyszłości wielką pianistką.
Mama zapaliła świeczki i zaprowadziła mnie do przystrojonego stołu. Zdmuchnęłam wszystkie naraz, mając na myśli tylko jedno: żeby jak najszybciej zjawiły się tu moje przyjaciółki.
- Świetnie! - ucieszyła się mama. - Zuch dziewczynka, życzenie na pewno się spełni. O czym pomyślałaś?
Powinnam była skłamać, ale wówczas i niestety jeszcze długo, długo potem, nie wpadłam na to, że niewielkie minięcie się z prawdą może zaoszczędzić tak wiele przykrości.
- Chciałabym, żeby Ela i Beata przyszły - odparłam uczciwie.
Mama nerwowo złapała mnie za rękę i zaprowadziła do pianina.
- Jesteś niewdzięczna, córeczko - powiedziała z wyrzutem. - Czy ty wiesz, ile taka rzecz kosztuje? Przez dwa lata odkładaliśmy na nie z ojcem, odmawiając sobie własnych przyjemności. Po to, by dziś, w twoje piąte urodziny móc sprawić ci prezent, o jakim marzyłam przez całe życie! Ale niestety, rodzice nie mieli takiego zrozumienia dla moich pasji.
- A co to jest pasja, mamusiu? - spytałam.
- To... największe w świecie marzenie, to coś, czym mogłabyś żyć, nie potrzebując niczego ani nikogo innego.
- Ale ja... nie marzyłam nigdy o pianinie - odparłam prostolinijnie, bo słowa mamy bardzo mnie zadziwiły.
- No widzisz! Nawet nie marzyłaś, a masz. Czy to nie cudowne?
- Gdzie tatuś?
- W ogrodzie. Przycina krzewy.
- Czemu go tu nie ma?
- Bo przycina krzewy! - krzyknęła mama poirytowana. - On kompletnie nie rozumie muzyki i nie umiałby docenić podniosłości tej chwili. Przykro mi to mówić, a jeszcze bardziej przykro znosić... ale twój ojciec jest niestety zwyczajnym, prostym człowiekiem. Prezent w każdym razie jest od nas obojga.
Mama patrzyła na mnie coraz bardziej rozczarowana.
- A... Ela i Beata?
- No właśnie, córeczko. - Mama usiadła przy pianinie i posadziła mnie na kolanach. - Jesteś już dużą dziewczynką. Dużą, zdolną i ambitną. Dlatego od poniedziałku zacznie przychodzić do nas pani Terenia, która będzie uczyła cię grać na tym wspaniałym instrumencie. Uważam więc, że nie będziesz już miała tyle czasu na płoche rozrywki. Twoje zabawki spakowałam rano do pudełka i oddałam pani Oczkowskiej dla wnuczki.
- Jak to? - spytałam, z całej siły powstrzymując łzy, bo dziecko też ma swój honor i swoiste wyczucie taktu, a nie chciałam wyjść na niewdzięczną.
- Zabawki są w przedszkolu, tam będziesz mogła bawić się do woli. W domu będziesz grać na pianinie. Zobaczysz, jakie to cudowne móc samemu wyczarowywać palcami dowolną muzykę, panować nad dźwiękami, harmonią... Za chwilę nie będziesz pamiętała o czymś takim jak zabawki.
Pobiegłam do sypialni, gdzie zawsze leżał na mojej poduszce Kacper - wielka, pluszowa, łaciata żyrafa. Nieco wyblakła od prania, ciut zdeformowana od nadmiaru moich czułości. Tę maskotkę jednak kochałam całym swoim sercem i nie oddałabym jej nawet za oryginalną Barbie, razem z domkiem i Kenem. Teraz jej nie było. Rozpacz, jaka mnie wówczas ogarnęła, zdominowała dziecięce poczucie honoru i rozbeczałam się na całego.
- Mamusiu, gdzie jest Kacper?! - wykrzyczałam, wpadając z powrotem do "gościnnego".
- A... ta żyrafa? Widzisz, one nie nadawała się już, żeby ją komukolwiek ofiarować, więc poszła do pieca.
Podbiegłam do pianina i z furią zaczęłam je kopać.
- Ja tego nie chcę! Weź to i oddaj mi Kacpra! - szlochałam, zachłystując się łzami.
- Ty... niewdzięczna dziewucho... Rozwydrzona gówniaro... - cedziła mama przez zęby, zbliżając się do mnie powoli.
Złapała mnie za rękę, wywlekła na środek pokoju i zaczęła okładać na oślep. Po plecach, ramionach, głowie.
- Ja kiedyś dałabym się pokroić za taki prezent! Za możliwość nauki gry na nim. A ty, wyrodne dziecko?! Doprawdy, brak mi słów!
Darłam się wniebogłosy, tak że po chwili do pokoju wszedł tato.
- Co ty, Joasiu, wyprawiasz? - spytał zdyszany.
- Ja? Ja co wyprawiam? Spójrz, co wyprawia twoja córka. Wypięła się na nasz prezent, okupiony tyloma wyrzeczeniami!
- T w ó j prezent - podsumował tato z nadzwyczajną jak na niego odwagą.
Na te słowa mama dostała spazmów i gestem wyprosiła nas za drzwi. Ojciec zaprowadził mnie do kuchni, zrobił mi gorącej czekolady i skądś wytrzasnął paczkę moich ulubionych ciastek, których mama nie pozwalała mi jeść, bo są tuczące i niezdrowe. Otarł mi chustką łzy i usiadł naprzeciwko przy stole. Siedzieliśmy w milczeniu - ani ja, ani on nie mieliśmy nic do powiedzenia na temat zaistniałej sytuacji. Zjedliśmy do spółki wszyściutkie ciastka, tata zgrabnie uprzątnął miejsce zbrodni i skinął na mnie tajemniczo. Poszłam za nim aż do kotłowni. Tata cichutko otworzył znajdującą się tam od lat starą szafę, do której odkładało się niepotrzebne, ale mogące się jeszcze kiedyś przydać rzeczy. Na najniższej półce, w starej podróżnej torbie siedział sobie mój Kacperek, uratowany przez tatkę od męczeńskiej śmierci. Pewnie mama kazała mu go spalić, a on nie wykonał jej polecenia.
Bez słowa rzuciłam się ojcu na szyję, on zaś przyłożył palec do ust na znak milczącego porozumienia. Postanowiłam, że przy najbliższej okazji znajdę Kacperkowi godniejsze miejsce, takie, w którym mamusia nigdy go nie odnajdzie...
Pod wieczór tego samego dnia, w znacznie już lepszym nastroju zasiadłam do pianina i zaczęłam plumkać na nim bez ładu i składu. W końcu było moje, okupione wyrzeczeniami rodziców... Nie, żebym była niezadowolona z tego prezentu, pianino było piękne i, szczerze powiedziawszy, byłam z niego dumna. Jakkolwiek by było, nikt, kogo wówczas znałam, nie posiadał czegoś równie wspaniałego. Po obiedzie i podwieczorku, zjedzonym w towarzystwie taty (mama się rozchorowała i musiała poleżeć w zaciemnionym pokoju), zaczęłam odczuwać coś na kształt wyrzutów sumienia. Nie chciałam przecież, żeby cierpiała. Było mi z tym zdecydowanie źle, ale pamiętam, że kompletnie nie umiałam swoich uczuć nazwać, sprecyzować. Znalazłam się w sytuacji, która zdecydowanie przerastała możliwości pięcioletniego dziecka: czułam się jednocześnie i uhonorowana, i skrzywdzona. Dlatego gdy mama w końcu wyszła ze swojego pokoju, odczułam ogromną ulgę.
- Ubierz się ładnie, Marzenko - powiedziała. - Jeszcze zdążymy na wieczorną mszę. Pójdziemy przeprosić Bozię.
Polecenie przyjęłam z radością, bo czułam, że zachowałam się źle i podle, miałam zatem ogromną potrzebę uzyskania przebaczenia. "Jeśli Bozia da się przeprosić, mamusia też mi na pewno wybaczy" - kalkulowałam.
- My? Same we dwie? - spytałam jeszcze, bo do kościoła zawsze chodziłam z babcią, mama jakoś nie lgnęła do tego, co boskie.
- Tak, same - odparła mama krótko i poszła się stroić.
Ksiądz mówił akurat o synu marnotrawnym i o tym, jak bardzo miłosierny jest nasz Ojciec Niebieski, na wzór którego pewien ziemski rodzic wybaczył wszelkie zło uczynione mu przez syna i na powrót przyjął go pod swój dach. Bardzo przeżyłam wówczas swoją niewdzięczność, prosząc Pana o przebaczenie, o to, by mamusia jak najszybciej zapomniała o moim wybryku i o zdrowie dla niej. Podczas kazania siedziałam w ławce jak skamieniała, miałam bowiem wrażenie, że wszyscy zgromadzeni na mszy wierni patrzą na mnie i to mnie utożsamiają z owym marnotrawnym synem.
- Przepraszam, mamusiu - powiedziałam po wyjściu z kościoła i przytuliłam twarz do jej dłoni.
Mama nie odpowiedziała.
- Nie gniewasz się już na mnie?
- Jak przestanę się gniewać, to ci powiem - odparła. Szła obok mnie, milcząca i smutna, ignorując moje próby chwycenia jej za rękę.
- A mnie się zdaje, że pan Jezus mi przebaczył - powiedziałam, chcąc podeprzeć się Jego autorytetem.
Mama zatrzymała się, pochyliła nade mną i odparła z powagą:
- Zapamiętaj to sobie raz na zawsze: Jezus nie przestanie się na ciebie gniewać, dopóki ja tego nie zrobię.
Zwiesiłam głowę i chlipnęłam cichutko pod nosem, tak, żeby mamusia nie usłyszała. Tak bardzo, bardzo chciałam, żeby dzisiejszy dzień zaczął się jeszcze raz, wówczas na pewno zachowałabym się inaczej. Mniej więcej wtedy właśnie przekonałam się po raz pierwszy, że nic w życiu nie jest w stanie wydarzyć się po raz drugi, co w kategoriach myślenia dziecka brzmiało mniej więcej tak: jak już coś się stało, to się na pewno nie "odstanie".
Gry na pianinie uczyłam się pilnie, ale nie pamiętam, żeby te lekcje budziły we mnie jakiś szczególny entuzjazm. Był to taki sam obowiązek jak nauka matematyki, przyrody czy innych szkolnych przedmiotów. Mamie jednak bardzo na tym zależało i gdy nauczyłam się grać jako tako najprostsze utwory, zaczęła systematycznie spraszać znajomych na "wieczorki muzyczne". Zawsze kupowała z tej okazji ciasto w najlepszej cukierni i parzyła kawę w swoim eleganckim, drogim ekspresie, który "dostała od małżonka z okazji rocznicy ślubu". Lubiła tak mówić, choć prawda była całkiem inna: mamusia sama go sobie kupiła i nawet posprzeczała się z tatą o to, bo wydała na ów sprzęt pieniądze przeznaczone na roczne ubezpieczenie auta. Dziwiłam się za każdym razem, gdy słyszałam tę jej wersję, ale uważałam, że ma widać jakieś ważne powody, aby tak mówić.
Pani Terenia, moja nauczycielka gry na pianinie, była bardzo poważną, "starszą panią" w okolicach trzydziestki, ubierającą się najchętniej w stonowane w kolorze, obcisłe golfy i szare spódniczki ciut przed kolano. Często przyglądałam się jej ukradkiem i próbowałam zrozumieć, czemu ta niebrzydka w sumie kobieta nosi takie paskudne ciuchy i fryzury. Bo uczesaniu również nie poświęcała specjalnej uwagi; krótka, pospolita fryzura układała się jej najprawdopodobniej sama tuż po kąpieli. Nie to, co moja mamusia, która zawsze bardzo dbała o strój, włosy i makijaż. Dla mnie była najpiękniejszą kobietą na świecie. Zresztą, jak sama mawiała, do dbania o siebie zmuszała ją praca "między ludźmi". Pracowała jako kelnerka w najbardziej luksusowej restauracji w naszym miasteczku. Tam odbywały się czasem różne ważne konferencje, nawet i zagraniczne, więc zawsze musiała być elegancka, by nie przynieść miastu wstydu. Powtarzała to przy każdej okazji. Byłam dumna z jej urody i wówczas nie ulegało dla mnie wątpliwości, że i tata był dumny. Gdy się zdarzało, że wychodziliśmy dokądś razem - raczej rzadko, bo mamusia zazwyczaj albo pracowała, albo zmęczenie nie pozwalało jej na "życie prywatne" - dbała o to, byśmy wyglądali elegancko i zachowywali się "z klasą". Tę "klasę" miała mamusia w małym paluszku, my z tatusiem natomiast pod jej czujnym okiem pilnie przestrzegaliśmy zasad savoir-vivre'u. A wtedy i ona bywała z nas dumna.
Niestety, babcia Aniela była pod tym względem kompletnie niereformowalna. Z uporem nosiła na głowie chustkę, zaplecione w warkocz włosy upinała z tyłu głowy w kok, dzieliła ubrania na "codzienne", "wyjściowe" i "kościółkowe", a swoje myśli wyrażała bez owijania w bawełnę. Mamusię bardzo to irytowało, nie starała się jednak za wszelką cenę babci ucywilizować, gdyż to na jej głowie spoczywał cały dom oraz opieka nade mną. Być może - tak dzisiaj uważam - "ucywilizowana" babcia Aniela mogłaby nagle zatęsknić za własnym życiem i odmówić pełnienia tych wszystkich obowiązków. Tak więc, o ile babunia nie wpływała negatywnie na mój intelektualny rozwój, poczucie estetyki i poszanowanie dla manier, mama jakoś godziła się z jej niedostatkami. Jedyną zauważalną gołym okiem konsekwencją tego stanu rzeczy było to, że babcia nigdy nie zasiadała z nami przy stole, gdy gościli u nas znajomi mamusi. Wcale się jednak tym nie martwiła, bo uważała towarzystwo mamy za takie, co to "wyżej sra, niż dupę ma". Gdy usłyszałam tę opinię po raz pierwszy w życiu, miałam już na szczęście dość oleju w głowie, by jej mamusi nie powtórzyć.
Inną dziedzinę życia mojej rodziny, co do której poszczególni jej członkowie również nie byli jednomyślni, stanowiła sfera sacrum. Tu ich podejście było, jak bym to dziś określiła, trzystopniowe. Dla babuni religia stanowiła sens życia: do kościoła chodziła niemal codziennie, dzień zaczynała i kończyła modlitwą, odmawiała różaniec i wciąż nuciła pod nosem kościelne pieśni. Nieustannie powoływała się na dekalog i siedem grzechów głównych, cytowała Pismo Święte i zasłyszane fragmenty kazań - co zresztą kompletnie nie przeszkadzało jej w używaniu "brzydkich słów".
Mama na tematy wiary wypowiadała się rzadko, do kościoła chodziła jedynie w święta Bożego Narodzenia i na Wielkanoc, chętnie natomiast podpierała się jego autorytetem, gdy chodziło o mnie - bo ja, siłą rzeczy od najmłodszych lat kształtowałam swój światopogląd, wzorując się na babci. Tatuś natomiast był od tych spraw całkowicie zdystansowany i trudno było wydusić z niego, co o tym wszystkim sądzi.
Mój pierwszy duży koncert miał miejsce w szkole z okazji inauguracji nowego roku, gdy szłam do pierwszej klasy. Nie wiem jak, ale to mama załatwiła, bym w ten dzień mogła popisać się swoją grą. To znaczy, żeby ona się mogła popisać. Jeśli chodzi o mnie, kompletnie tego występu nie pamiętam; ani repertuaru, ani reakcji "publiczności". Wszystkie wspomnienia i emocje pożarł stres. Chyba nie wypadłam źle, bo gdyby tak było, z pewnością pamiętałabym pretensje mamy.
Drugi, niemal równie oficjalny występ dałam w domu dla sporego grona moich pierwszokomunijnych gości. Ten pamiętam znacznie lepiej, może za sprawą sukienki, która była najpiękniejszą kreacją spośród blisko czterdziestu pozostałych dziewczęcych strojów, jakie prezentowały tego dnia przed ołtarzem. Mamusia zamówiła go w salonie sukien ślubnych, materiał natomiast sprowadzono specjalnie dla mnie z zagranicy: śnieżnobiałą koronkę z błyszczącymi jak prawdziwe brylanty kryształkami. Byłam zachwycona sukienką, wyglądałam niczym miniaturowa panna młoda. Jej dół, podszyty kilkoma warstwami suto marszczonego tiulu, zakończony symbolicznym, jeśli chodzi o długość, trenem, prezentował się naprawdę okazale. Na tyle, że potrzebowałam o wiele więcej miejsca w szeregu od moich koleżanek. Podczas mszy dziewczynki spoglądały na mnie zazdrośnie, ich matki natomiast taksowały mnie raczej złowrogo.
Moje wspomnienia z pierwszych szkolnych lat stanowią mieszankę dwu przeciwstawnych uczuć: dumy i wstydu. Dumy, bo moja rodzicielka zawsze dbała o to, bym wyróżniała się na tle innych, wstydu natomiast, bo... to wyróżnianie się nie zawsze było dla mnie miłe. Czasem czułam się tak bardzo wyobcowana spośród grupy rówieśników, że skłonna byłam zamienić swoje wyszukane ubrania na zwyczajne, tanie i praktyczne ciuchy większości moich kolegów. Mama jednak bardzo lubiła podkreślać moją wyjątkowość, jak to się dzisiaj mawia, oryginalnymi stylizacjami. Nie wspomniałam jeszcze, że moje przyjaciółki z czasów przedszkola, Ela i Beata, znalazły do wspólnych zabaw inną dziewczynkę, a ja miałam teraz za całe towarzystwo pianino i panią Teresę. I babcię, rzecz jasna.
Trzymania języka za zębami i posługiwania się półprawdami nauczyła mnie babcia. Nie wpajała mi oczywiście tych rzeczy wprost, robiła to albo za pomocą sprytnych aluzji, albo na zasadzie prezentacji, czyli żywego przykładu. Być może taka dwoistość babcinej postawy nawet by mnie bulwersowała, gdyby najczęściej nie chodziło o mój własny interes. Babunia była kochana, często przymykała oko na to, co z pewnością nie uszłoby w obecności mamusi. na więcej pozwalała, a jak było trzeba, ratowała z opresji. I kiedy, zagadane w drodze ze szkoły nie zauważyłyśmy, że został mi na buzi ślad po czekoladzie, którą babunia częstowała mnie ukradkiem, tłumaczyła ten fakt na rozmaite sposoby.
- Oj, Marzenka, ty nie wiesz, że na plastyce się maluje papier, a nie własną gębę? - pytała na przykład z udawanym niesmakiem i ciach, szybciutko ścierała mi dłonią z twarzy ślady przestępstwa.
Mama zawsze dawała się złapać na takie i podobne drobne oszustwa babci, a wówczas jej oczy, groźnie wpatrzone w kąciki moich ust, łagodniały i tylko czasem komentowała:
- Jak będziesz oblizywać pędzel, zamiast zamoczyć go w wodzie, dostaniesz zajadów i staniesz się brzydka.
- Przepraszam, mamusiu - odpowiadałam pokornie i to załatwiało sprawę.
Mój układ z babcią był obustronny. Oczywiście żadna z nas nie ustalała reguł, powstał jakoś sam z siebie, intuicyjnie. Mama bowiem lubiła mnie podpytywać o różne babcine grzeszki, na przykład o czym rozmawiała z Lelkową, przyjaciółką z "kościelnej ławki". Bo kiedy Lelkowa przychodziła do babci w odwiedziny, obie bardzo szczodrze dzieliły się sensacjami z życia miasteczka, a konkretnie jego mieszkańców. Lelkowa zresztą nie odwiedzała babci, gdy nie miała do przekazania jakiejś miejscowej rewelacji. Nie byłam pewna, czemu mamę tak to interesowało, być może nie lubiła, gdy plotkowało się o innych, ja zaś na wszelki wypadek zawsze twierdziłam, że nie słuchałam. Mamusia wówczas wyglądała na rozczarowaną, ale poprzestawała na tym, bo pewnie nie wypadało jej naciskać. Oczywiście ta umiejętność nie przyszła mi sama z siebie. Nigdy nie zapomnę, gdy kiedyś nieopatrznie powtórzyłam jej jedną z takich rewelacji, a mianowicie tę, że pani Siedlewska, przewodnicząca rady rodziców z naszej szkoły, jest "puszczalską krową po czterdziestce".
- Czy ty wiesz, co to znaczy "być puszczalską"? - spytała mamusia, przyglądając mi się uważnie.
- Nie, ale wiem, co to jest krowa - odparłam beztrosko i wróciłam do swoich zajęć.
- A... puszczalską... z kim? Lelkowa nie mówiła?
W najlepszej wierze wytężyłam całą swoją pamięć i wypaliłam:
- Ze starym bogatym dziadem.
- Jakim... dziadem?
- Z panem... panem... - usiłowałam sobie przypomnieć nazwisko - Sznurkiem! - wykrzyknęłam w końcu z satysfakcją.
- Może Szczurkiem? - podrzuciła mamusia, marszcząc brwi.
- Może Szczurkiem - zgodziłam się bez oporów.
- Jesteś pewna?
- Raczej tak - odpowiedziałam, odrobinę zaniepokojona.
- Raczej czy tak? - Mamusia potrząsnęła mną, trzymając za ramiona.
- Nie wiem. Nie pamiętam - tłumaczyłam się coraz bardziej przejęta.
Być może, gdybym nie czuła narastającej presji, przypomniałabym sobie nazwisko "starego dziada", jednak w tej sytuacji pamięć całkowicie odmówiła mi posłuszeństwa. Tak czy inaczej, obiecałam sobie, że nigdy więcej nie dam się mamusi wziąć na spytki. Wtedy naprawdę pojęcia nie miałam, o co w tym wszystkim chodzi, ale zdawało mi się, że pani Siedlewska i pan "Sznurek" zrobili coś, co bardzo moją mamusię zbulwersowało. Rzecz jasna, szybciutko powtórzyłam naszą rozmowę babci, ta zaś skwitowała sprawę krótko:
- A, nos do dupy! Wiesz, Marzenko, nawet dobrze, że jej o tym powiedziałaś, niech ma.
- Co... niech ma?
- Niech ją ciekawość zeżre!
Czasem miałam wrażenie, że babcia Aniela ma do mojej mamusi jakieś niejasne pretensje. Albo że się jej wręcz boi, co było dla mnie jeszcze bardziej niepojęte. Kiedyś nawet dałam temu wyraz, pytając, czemu babunia po prostu nie nakrzyczy na swoją córkę, zamiast godzić się na jej wszystkie zakazy i nakazy. Babunia posmutniała i odparła:
- Bo nie krzyczałam na nią, jak była po temu pora, a teraz już niestety za późno.
Oczywiście nie zrozumiałam babcinych słów i dziwiłam się im niepomiernie. Bo moja mamusia, tak doskonała pod każdym względem, musiała być również doskonałą córką. To nie ulegało dla mnie najmniejszej wątpliwości. Świat dziecka, jego sposób rozumowania polega bowiem na tym, że bez zastrzeżeń przyjmuje, co dla niego niepojęte. Ufa dorosłym bezkrytycznie i nie próbuje rozważać wypowiedzianych przez nich słów nawet wówczas, gdy wydają się dziwne lub całkiem sprzeczne z jego wyobrażeniami o świecie. Dlatego nieraz zostawałam sama z niewiadomymi i nawet nie przyszło mi do głowy, by prosić kogokolwiek o ich wyjaśnienie.
- Aha - odpowiadałam zazwyczaj i na tym się kończyło.
Dorośli natomiast nie zawsze dlatego nie rozwijali tematu, że dziecko było dla nich nieodpowiednim partnerem do rozmowy. Po prostu sami już nie pamiętali, ilu rzeczy można nie wiedzieć, mając zaledwie kilka lat. Przekonałam się o tym, gdy urodziłam Piotrusia, a on zaczął w którymś momencie zadawać mi różne pytania. Może dziwniejsze niż ja zadawałam kiedyś, ale to wynikało z różnic w rzeczywistości, w których przyszło nam dorastać. Na przykład kiedyś, ni z tego ni z owego, spytał, jakie zwierzęta dają ziemniaki. To wtedy sobie uświadomiłam, że przecież dla małego chłopca nie wszystko jest tak oczywiste jak dla mnie, i że jeśli ktoś dorosły nie przekaże mu danej wiedzy, on jej po prostu nie będzie miał. Nie wszystkiego przecież mógł doświadczyć sam. Jako cztero- czy pięciolatek nie miał szans zobaczyć na własne oczy, skąd biorą się ziemniaki. Albo jeśli ktoś nie sprostuje jego błędnych wyobrażeń na jakiś temat, utkwią one w jego umyśle na wiele lat. Piotruś wiedział, że czereśnie rosną na drzewie, a ponieważ truskawki pojawiały się w sprzedaży mniej więcej w tym samym okresie, był przekonany, że i one rosną na drzewach. W chwili, gdy ta świadomość, poparta własnymi wspomnieniami, do mnie dotarła, postanowiłam dorastać razem z moim synkiem i patrzeć na świat z perspektywy wieku, w którym aktualnie się znajduje, szanować właściwe dla niego potrzeby, pragnienia, niechęci i lęki.
Babcia Aniela, dopóki wymagał tego mój wiek, zaprowadzała mnie do szkoły i odbierała z niej, przyrządzała i podawała posiłki, pilnowała, abym odrobiła zadania i przygotowała się do lekcji. Wieczorami, jeśli nie kolidowało to z moimi zajęciami w szkole muzycznej, zabierała mnie do kościoła na różne sezonowe nabożeństwa: "majowe", "czerwcowe", "różańcowe", drogę krzyżową, rekolekcje. Kościół był niedaleko i chętnie uczestniczyłam w życiu religijnym, stanowiło ono bowiem do pewnego czasu moją jedyną rozrywkę. Zapewne dziwnie to brzmi, ale tak faktycznie było. Po nabożeństwie wracałyśmy do domu nieśpiesznie, w towarzystwie babcinych koleżanek, czasem przysiadając gdzieś na ławce, gdy droga kończyła się szybciej niż najnowszy zestaw miejscowych niusów. Koleżanki babci zawsze miały w torebkach jakieś cukierki, którymi częstowały mnie hojnie. Ja zaś siedziałam sobie na skraju ławki, majtając nogami i usiłując nadążyć za poszczególnymi wątkami relacjonowanych przez nie sensacji. Czasem, gdy coś wyjątkowo nie dawało mi spokoju, pytałam o to babcię, gdy już same pokonywałyśmy ostatni odcinek drogi do domu.
- Co to znaczy, babuniu, że pani Molkowa znów z brzuchem lata? - Zdanie jak zdanie, niby wszystkie wyrazy w nim zrozumiałe, ale ja w żaden sposób nie potrafiłam sobie uzmysłowić, że Molkowa mogłaby czasem latać bez brzucha.
- A... to... znaczy, że będzie miała dzidziusia. Szóstego, jak się nie mylę - odpowiadała babcia raczej zaskoczona tym, że coś z ich rozmowy utkwiło mi w głowie, niż zmieszana tematem.
- Aha - odparłam, bo już wtedy wiedziałam, że nienarodzone dzieci nosi się w brzuchu, więc wszystko stało się dla mnie jasne.
- Matce nie powtarzaj - dodawała babcia w podobnych sytuacjach, jednak nigdy mnie nie zbywała byle czym.
- No wiem przecież. Ale co z tego, że będzie miała szóstego dzidziusia, to źle?
- Pewnie, że źle. Bo kto to widział, żeby tak często dzieciska rodzić, a potem nie mieć im czego do gąb powkładać.
- To dlaczego... pani Molkowa się na te dzieci zgadza? Nie mogłaby ich po prostu nie chcieć?
- Oj, pewnie, że chciałaby nie chcieć - zdenerwowała się babcia. - Ale co zrobi, jak już są, wydusi jak gawrony?
- Po co ma dusić? - dziwiłam się coraz bardziej. - Niech ich nie bierze do brzucha i już.
- Musiałaby najpierw zabić tego swojego capa - odparła babcia w jeszcze większych nerwach. - Bo cap to cap i zapamiętaj to sobie. Z takim do ładu nie dojdziesz.
O nic więcej już nie pytałam, bo problem zaczął mnie zdecydowanie przerastać. Tak się bowiem składało, że Molkowie trzymali kilka kóz, w tym dorodnego, rogatego samca. Gdybym nadal chciała drążyć ten temat, nawet pewnie nie wiedziałabym, o co zapytać. Za to na jakiś czas nabrałam podejrzeń, że liczba posiadanego potomstwa jest w jakiś sposób związana z kozami. To mi się zresztą nawet potwierdzało, bo ci, którzy w naszym miasteczku trudnili się hodowlą kóz, mieli zdecydowanie więcej dzieci niż inni. Nawiasem mówiąc, w moim rodzinnym miasteczku, a zwłaszcza na jego obrzeżach, żyło się całkiem jak na wsi. Nie było tu bloków mieszkalnych, szos, nowoczesnych osiedli. Były za to domy, głównie wielopokoleniowe, ale i coraz bardziej eleganckie, jednorodzinne wille. W przydomowych ogródkach często hodowano kury, w dwóch czy trzech gospodarstwach były kozy, na grządkach zaś, zdecydowanie częściej niż kwiaty - warzywa. Nieco inaczej przedstawiało się centrum: przestronny, prostokątny rynek z fontanną w środku i starymi kamieniczkami dookoła. Tu i w najbliższej okolicy znajdowało się wszystko, co o jego miejskości zaświadczało: kościół, poczta, dom kultury z kinem, szkoła podstawowa, szkoła muzyczna, a także jedyne w mieście liceum. Kościołów i szkół było u nas jeszcze kilka, ale te z rynku uchodziły za najbardziej "prestiżowe" ze względu na lokalizację. Nie było jeszcze gimnazjów, a ja należałam do ostatniego bodaj rocznika, który ukończył dawną ośmioklasową podstawówkę.
Piszę o tym wszystkim, żeby choć przez chwilę zastanowić się nad mentalnością mieszkańców podobnych miejsc, przez nie i dzięki nim ukształtowaną. Tu wszyscy ludzie się znali i nawet jeśli nie utrzymywali z sobą bezpośrednich kontaktów, doskonale wiedzieli, kto jest kim i z kim oraz gdzie mieszka. Znali jego wszystkie powiązania rodzinne. Na cenzurowanym był każdy, nawet jeśli była to osoba z jakichś przyczyn godna szczególnego szacunku, jak na przykład nauczycielki, lekarze, księża - o nich również mówiło się dużo i chętnie, tyle że o wiele ciszej. Wiem, bo przebywając dość często w towarzystwie babci i jej koleżanek, zaczęłam powoli rozróżniać wagę miejskich nowinek wyłącznie dzięki modulacji ich głosów.
Ale wracając do Molkowej... Pamiętam, jak jeszcze tego samego wieczora, leżąc w łóżku, zastanawiałam się, czemu jej sprawy tak bardzo poirytowały babcię, skoro ona nie miała z nimi w ogóle nic wspólnego. Może ze współczucia dla tych dzieci, które nie będą miały co jeść? W końcu babcia miała tylko mamę, a mama tylko mnie, jedzenia nam nie brakowało, więc coś musiało być na rzeczy... Uznałam wreszcie, że Molkowa jak najszybciej powinna pozbyć się przyczyny swej nędzy, czyli rogatego, czarnego capa. Nie, żeby od razu go zabijać, jak sugerowała babcia, ale może... komuś oddać? Komuś, kto wcale nie ma potomstwa albo jest na tyle bogaty, że mógłby wykarmić nawet kilkoro dzieci. Niestety, mimo doskonałego, jak uznałam, rozwiązania sprawy nie mogłam go pani Molkowej zasugerować. Miałam wówczas jakieś jedenaście lat i świadomość, że nikt dorosły nie potraktuje z powagą moich nawet najbardziej szlachetnych pomysłów...
Kiedy byłam w ostatniej klasie podstawówki, w rocznicę śmierci dziadka babcia zabrała mnie na cmentarz. Był październik, niedziela, pochmurny, dżdżysty dzień. Nie bardzo chciało mi się tam iść, ale mamusia miała tego dnia wyjątkowo dużo czasu dla mnie, obawiałam się więc, że każe mi ćwiczyć wprawki na pianinie i, co gorsza, będzie mi przy tym asystować. Nie przyjęła z zadowoleniem wiadomości, że wybieram się z babunią na grób dziadka.
- Albo pójdzie ona, albo ty - powiedziała babcia z wyjątkową pewnością w głosie. - W sumie racja, czemu ona ma iść, zawsze to córka ojcu bliższa niż wnuczka. To co, Joasiu? Zbieraj się, ja zaczekam.
- Ja... mam jeszcze trochę pracy... Idź, Marzenko, jeśli już tak bardzo chcesz - odparła mama i weszła do łazienki.
Założyłam na płaszczyk pelerynę przeciwdeszczową, babcia okutała mnie szalikiem i wcisnęła wełnianą czapkę niemal na oczy.
- Nie możesz się przeziębić przecież - skomentowała - boby się Joanna chyba wściekła...
- No to nie mogę - stwierdziłam i jeszcze szczelniej owinęłam szalik wokół szyi.
Na cmentarzu mimo niepogody spotkałyśmy kilka osób. Babcia na ucho tłumaczyła mi dość szczegółowo, kim są ci ludzie.
- Czemu żadna z tych osób ci się nie kłania? Są na ciebie złe? - spytałam w końcu zdziwiona.
- Ależ skąd - odparła babcia z rozbawieniem. - Ja po prostu tych ludzi kompletnie nie znam!
- Nie znasz? To skąd wiesz o nich tyle rzeczy?
- Och! - Babcia wzruszyła ramionami. - To są sprawy, o których akurat wszyscy wiedzą.
- Skąd? - dopytywałam.
- No... ten od tego, tamten od innego. W ten sposób się wiedzę o ludziach zdobywa.
- Ale jesteś pewna, babciu, że to wszystko najprawdziwsza prawda? - Po raz pierwszy sformułowałam pytanie, które od najmłodszych lat błąkało mi się gdzieś z tyłu głowy w podobnych sytuacjach.
- Czy... jestem pewna? - Babunia spojrzała na mnie, jakby mnie zobaczyła po raz pierwszy w życiu.
- No. A jeśli wszystko, o czym mi opowiedziałaś, to zwyczajne plotki?
- Aaa... - Babcia rozłożyła szeroko ręce. - Sama nie wiem... Tak czy inaczej, w każdej plotce jest podobno trochę prawdy.
- I twoim zdaniem to wystarczy, żeby z czystym sumieniem przekazywać ją dalej?
Babunia jako gorliwa i, w swoim przekonaniu, porządna katoliczka trochę się wówczas zmieszała. Mimo że już byłabym w stanie wdać się z nią w dyskusję jak równy z równym, nie zrobiłam tego, bo było mi jej zwyczajnie żal. Chyba dumała nad moją wypowiedzią jeszcze przez jakiś czas, bo nijak nie potrafiła się skupić na modlitwie i co chwilę poprawiała kwiatki w wazonie, to znów ścierała dłonią krople deszczu z płyty nagrobnej lub wykonywała inne, mało logiczne czynności.
- Jaki on był dla ciebie? - Tym pytaniem spróbowałam sprowadzić jej myśli na właściwy trop.
- Twój dziadek? O, to był mężczyzna na schwał! - rozpogodziła się babunia. - Pod każdym względem i... do każdej roboty.
Tu babcia jakby się zawahała, a jej wilgotne od deszczu policzki nabrały wyraźnych rumieńców.
- Szkoda, że umarł, przy nim czułam się naprawdę kobietą - westchnęła.
- Teraz się nie czujesz?
- Nie. Jestem twoją babcią, matką twojej matki, koleżanką moich koleżanek, ale kobietą już nie.
- Jak to? - zdziwiłam się, bo dla mnie kobiecość była wówczas wyłącznie kwestią płci, a zatem czymś całkowicie bezdyskusyjnym.
- Za młoda jesteś jeszcze, żeby ci takie rzeczy tłumaczyć - odparła babcia, a ja, jak zwykle uznałam, że skoro niechcący wkroczyłam na teren dorosłych, muszę uznać taki argument i zakończyć dociekania. Czy nie byłam ciekawa, co kryje się za tajemniczymi słowami babci? Nie, nie byłam. Moje zaufanie do starszych było, jak już wspomniałam, całkiem bezkrytyczne, dlatego nie drążyłam tematów, które miały pozostać dla mnie niezrozumiałe. Bo i po co?
- W takim razie zmówmy pacierz za dziadka i wracajmy, bo zimno - zaproponowałam.
Po tej krótkiej wymianie zdań na jego temat babcia już bez problemu pogrążyła się w modlitwie.
- No dobrze, możemy iść - oznajmiła, przeżegnawszy się zamaszyście. - Antoni to był naprawdę gość, nie to, co twój ojciec, świeć Panie nad jego duszą.
- Mojego ojca? Przecież on jeszcze żyje...
- Nie. Mojego Antosia. A czy twój ojciec żyje, czy nie, tego nie wie nikt, nawet on sam.
Na te słowa babci poczułam dreszcz grozy na całym ciele.
- Jak to? Chcesz powiedzieć, że mój tata to... nie mój tata?
- Ale skąd. Jasne, że twój, tylko że on za bardzo nie wygląda na żywego. Nie wydaje ci się czasem?
- Nie...
- To, że je, chodzi, śpi i pierdzi, jeszcze nic nie znaczy - stwierdziła babunia. - Człowiek, który żyje, cieszy się, smuci, złości, a nawet wkurza. Zauważyłaś, żeby twój ojciec robił któreś z tych rzeczy?
- Mój tatuś jest człowiekiem poważnym i rozsądnym - stanęłam w jego obronie. - Nie chichocze więc i nie przeklina.
- Akurat - wywodziła babcia, drepcąc ostrożnie po śliskiej, błotnistej ścieżce. - Już on by rad poprzeklinał, ale do tego trzeba odwagi.
- Nieprawda. Tatuś jest kulturalny po prostu, a poza tym nie ma powodów, by przeklinać.
- Nie ma?! - Babunia zatrzymała się nagle. - Ech! On, jak by ci tu powiedzieć...
Ale wówczas jeszcze nie powiedziała. Machnęła ręką, wydęła pogardliwie usta i zamilkła.