Zła krew - Zoje Stage

-
Proszę czekać

PODZIĘKOWANIA

Już zawsze będę wdzięczna mojej agentce, Sarah Bedingfield, która znalazła moją książkę w swojej skrzynce odbiorczej i zobaczyła w moim pisarstwie coś, czego wcześniej nikt nie dostrzegał. Jej pasja pomogła mi zwalczyć w sobie lęk, że jestem wariatką, która porwała się z motyką na słońce, nie mając nic wartościowego do zaoferowania. Sarah powiedziała jasno i wyraźnie: "Widzę cię i rozumiem, co chcesz przekazać". A następnie zabrała się do sprzedawania powieści. Droga Sarah, uczestniczenie z tobą w tym procesie było jednym z najwspanialszych doświadczeń w moim życiu.

Podobne wyrazy wdzięczności należą się Jennifer Weis z St. Martin's Press, która moją książkę kupiła. Twoja wiara w opowiedzianą tu historię miała dla mnie ogromne znaczenie. Bardzo ważna była też świadomość, że nad rozpowszechnieniem napisanych przeze mnie słów pracowało tyle osób. Dziękuję Sylvanowi Creekmore'owi, Lisie Senz, Jennifer Enderlin, Sally Richardson, Tracey Guest, Brantowi Janewayowi, Erice Martirano, Jordanowi Hanleyowi, i Oldze Grlic. Dziękuję też Francesce Best i całej ekipie TransWorld, która szybko i z entuzjazmem przyłączyła się do naszego projektu.

Dług wdzięczności mam wobec twórców Pitch Wars, zwłaszcza Brendy Drake, ale też szerszej społeczności. Chodzi mi przede wszystkim o Nikki Roberti, Heather Cashman, Michaela Mammaya, Rachel Lynn Solomon, Rebeccę Enzor, Kellye Garrett i Kristen Lepionkę. Moja mentorka, Margarita Montimore, pierwsza wyłowiła mnie z mętnej wody i od samego początku wierzyła we mnie bardziej niż ja sama. Dziękuję, że mnie motywowałaś, bym udoskonalała kolejne wersje powieści. Dzięki tobie jestem lepszą pisarką. Pewnie nie przeżyłabym tych zwariowanych dwóch miesięcy bez wsparcia innych autorów biorących udział w tej samej edycji konkursu. Za dużo ich, żeby wszystkich wymieniać z nazwiska. Kochany roczniku 2016, zawsze będę wam kibicowała.

Cudownym źródłem informacji i wsparcia okazała się społeczność pisarska skupiona na Twitterze. Trudno wyrazić, jak wiele się nauczyłam od jak wielu pisarzy. Dziękuję wam wszystkim!

Dziękuję też mojej cheerleaderce i uważnej czytelniczce maszynopisu, Kim Chance. Nasze pisarskie losy potoczyły się innymi drogami, ale tak się cieszę, że 2018 jest dla nas obu rokiem książkowego świętowania.

Zaczęłam pisać, pracując na niepełny etat w Monroe Branch Library w Rochester, w Nowym Jorku. Przebywanie wśród mnóstwa książek i wielu wariatów było dla mnie niezwykle inspirujące. Dziękuję moim znajomym z pracy i przyjaciołom, którzy stanowili tak ważną część mojego doświadczenia w Rochester. Szczególne wyrazy wdzięczności ślę Mary Clare Scheg i Chrisowi Price'owi.

Dziękuję też następującym osobom: Scottowi Keinerowi, który kibicował mi na wczesnym etapie pracy nad książką i napełnił mnie wiarą, że trafiłam na właściwy trop; mojemu aniołowi stróżowi, Manyi Nelson, która dawała mi duchowe wsparcie, kiedy chorowałam, i dzięki której miałam komputer do pracy; Kathryn Markakis, która słuchała mnie, jak żaden lekarz przed nią nie potrafił - dzięki tobie starczyło mi przytomności umysłu, by iść za swoim marzeniem; Evie Albertsson za pomoc z językiem szwedzkim. Jeśli w ostatecznej wersji pozostały jakieś błędy, to wyłącznie z mojej winy.

Dziękuję wreszcie mojemu tacie, Johnowi Stage'owi, który zawsze chętnie czytał wszystkie wstępne wersje każdego tekstu, jaki kiedykolwiek napisałam, kiedy byłam nastolatką. Trochę czasu zajęło mi zrozumienie twoich wszystkich aluzji do Stephena Kinga, ale chyba w końcu je pojęłam: pisać tak, żeby kartki same się przewracały. Dziękuję też mamie, Ruth Stage. To rodzice wpoili mi miłość do książek, Smokey Mountains, Wielkiego Kanionu i leśno-skalistych krajobrazów, i to od nich nauczyłam się nimi zachwycać. Nie zawsze było łatwo, ale udało wam się stworzyć warunki, w jakich mogła się rozwinąć taka pisarka jak ja.

Nie mogłabym żyć bez moich najnajlepszych przyjaciółek, Lisy Ricci i Pauli D'Alessandris. Zaczęłyśmy od wspólnej miłości do teatru, ale dalej poszłyśmy różnymi drogami. Mam w sobie nieopisaną wdzięczność za wszystkie lata, które razem spędziłyśmy. Pomogłyście mi stać się tym, kim jestem. Mogłam na was liczyć w radościach i smutkach, w poważnych rozmowach i dziecięcych wygłupach.

Na koniec chcę podziękować siostrze, Deborah Stage, absolutnie najważniejszej osobie w moim życiu. Byłaś elementem mojej świadomości, odkąd zyskałam świadomość. Wspólnie z tobą odkrywałam niebezpieczeństwa, radość i przygody związane z dorastaniem i dojrzewaniem. Wspierałaś mnie we wszystkich twórczych przedsięwzięciach - w kilku nawet brałaś udział - choć akurat w pisaniu niniejszej książki nie chciałaś mi pomagać ("zbyt straszny temat"). Ze wszystkich ludzi na świecie z tobą najchętniej się śmieję, siedzę w milczeniu, gram w grę planszową albo patrzę na gwiazdy. Nieraz czułam się zagubiona, ale przy tobie zawsze byłam "w domu".

Mimo że pisałam i tworzyłam od wielu, wielu lat, ta książka powstała nagle i niespodziewanie, całkowicie odmieniając moje życie. Nie umiem wyrazić całej wdzięczności, jaką teraz czuję.

HANNA

Może maszyna zobaczy słowa, które nigdy nie padły z jej ust. Może były wyryte w jej kościach i kiedy ludzie w białych fartuchach powiększą obrazy, wtedy jej myśli ukażą im się jak góry i linie kolejowe na mapie jej upiornie wyglądającej czaszki. Hanna wiedziała, że nic jej nie dolega. Ale mama chciała, żeby spojrzeli. Jeszcze raz.

Sala w podziemiu szpitala pachniała cytrynowymi cukierkami z trucizną, a w powietrzu wisiała groźba bolesnych zastrzyków. Kiedy była mała, bała się tej maszyny, ale dzisiaj, w wieku siedmiu lat, wyobrażała sobie, że jest kosmonautką. Rakieta obracała się i brzęczała, a ona sprawdzała współrzędne, żeby ostatni raz upewnić się, czy obrała dobry kurs. Za okrągłą szybą Ziemia szybko się oddalała i po chwili statek pędził przez nieprzeniknioną ciemność upstrzoną gwiazdami. Teraz już nikt jej nie złapie. Na tę myśl się uśmiechnęła.

- Nie ruszaj się. Prawie skończyliśmy. Świetnie ci idzie.

Kontroler lotu obserwował ją na swoim monitorze. Nie cierpiała wszystkich osób z kontroli naziemnej, ich białych kitli i śpiewnych głosów. Sztucznych uśmiechów, które w ułamku sekundy zamieniały się w zafrasowane miny. Wszyscy byli tacy sami. Banda kłamczuchów.

Hanna trzymała język za zębami, bo niewypowiadane słowa dawały moc, pozwalały zachować czystość. Przyglądała się mamie i innym dorosłym, badała ich wzrokiem. Słowa wypadały im z ust jak martwe robaki. Wyjątkowe osoby, jak jej tata, potrafiły mówić motylami. Ich głos ożywiał kolory, od których zapierało dech w piersiach. Tymczasem jej wnętrze przypominało kalejdoskop i czasami ledwo mogła się połapać w migających barwach, wykrzyknikach i znakach zapytania. Dookoła wirowały tajemnicze kształty i w każdej ukrytej kieszonce Hanna trzymała skarb, skradziony albo znaleziony. Jako mała dziewczynka próbowała wyrazić to, co w niej buzowało, ale słowa były jak kamyki. Nonsens. Bełkot, który nawet w jej uszach brzmiał rozczarowująco. Ćwiczyła w swoim pokoju, ale z ust wydostawały się tylko robaki i rozpierzchiwały się w popłochu po skórze i pościeli. Strącała je palcami i patrzyła, jak znikają pod szczeliną zamkniętych drzwi sypialni.

Na co komu słowa? Nic a nic nie można było na nich polegać.

Ale jeśli miała być szczera, to milczenie przynosiło jeszcze jedną korzyść - doprowadzało mamę do szaleństwa. Biedna mamusia okazywała aż nadto wyraźnie, rok w rok, jak bardzo jej zależy na tym, by córeczka przemówiła. Błagała ją o to.

- Proszę cię, skarbie. Ma-ma? Ma-ma?

Za to tata nigdy nie błagał ani się nie denerwował. Kiedy brał ją na ręce, patrzył na nią rozpromienionym wzrokiem, jakby widział supernową. Tylko on naprawdę potrafił ją dostrzec, więc się do niego uśmiechała i dostawała w nagrodę pocałunki i gilgotki.

- Koniec - obwieścił kontroler lotu.

Ktoś z obsługi naziemnej wdusił przycisk i jej głowa wysunęła się z wielkiej mechanicznej tuby. Rakieta runęła z powrotem na Ziemię i utknęła w kraterze brzydoty. Znów stanęli przy niej galaretowaci ludzie, jakaś kobieta zaproponowała, że zabierze ją do mamy. Jakby to miała być nagroda.

- Wspaniale się spisałaś!

Co za wredne kłamstwo. Nie zrobiła absolutnie nic, tylko przedwcześnie powróciła na Ziemię. Nie widziała nic trudnego w leżeniu bez ruchu, a milczenie było jej naturalnym stanem. Pozwoliła kobiecie wziąć się za rękę, choć wcale nie miała ochoty wracać do humorzastej mamy siedzącej w jakimś innym dusznym pokoju. Wolałaby zwiedzać niekończące się korytarze szpitala. Udawała, że chodzi we wnętrzu układu pokarmowego wielkiego smoka. Jak tylko zionie wściekle ogniem, płomienie wyrzucą ją w inny świat. Taki, gdzie się odnajdzie, gdzie będzie biec przez mroczny las z mieczem w ręku i zwoływać podwładnych, którzy ruszą za nią do ataku. Chlast, prask, ryk. Nakarmi ostrze świeżą krwią.

SUZETTE

Wygładziła Hannie włosy z tyłu głowy, gdzie trochę się potargały w trakcie badania.

- Widzisz? Nie było tak źle. Teraz zobaczymy, co powie pan doktor.

Sztuczny uśmiech mamy wymusił delikatny skurcz powieki. Potarła palcem kącik oka. Strach wgryzał się w jej skórę i groził utratą równowagi. Gabinety lekarskie, budynki szpitalne - zinstytucjonalizowana męka. Miała wrażenie, jakby ciężkie ściany zaczynały ją przygniatać. Hanna siedziała z łokciem na oparciu krzesła i głową wspartą o dłoń, nieobecna i obojętna jak przed telewizorem. Suzette spojrzała na obrazek, który tak przykuł uwagę córki. Wyblakłe kolorowe kwadraty. Po ruchach gałek ocznych córki próbowała zgadnąć, czy mała je wszystkie liczy, czy grupuje według odcieni. Dziewczynka udawała, że nie zdaje sobie sprawy z obecności matki, co Suzette odczytała jako znajomą naganę. Po tylu latach straciła już rachubę, ile razy była przez nią w ten sposób karana.

Może Hanna ciągle miała jej za złe, że w domu skończyły się banany. Rano waliła pięściami w blat stołu i wściekle patrzyła na miskę z płatkami. A może nie wybaczyła matce jakiejś innej krzywdy, której w swoim mniemaniu doznała minionego dnia, tygodnia albo miesiąca. Nie mogła wiedzieć, że Suzette opierała się przed zawiezieniem córki na kolejną tomografię - pięćset razy silniejszą od zwykłego prześwietlenia - ale ustąpiła Aleksowi, który uparcie wierzył, że da się jeszcze odkryć fizyczną przyczynę tego, że ich córka nie mówi. Mąż nie widział, co ona robiła, a Suzette nie mogła mu powiedzieć, co tak naprawdę się działo: że to wszystko był wielki błąd, że nie ma pojęcia, jak być matką i w ogóle skąd się wziął w jej głowie pomysł, że warto spróbować. Dlatego zgadzała się z Aleksem. Oczywiście, że trzeba zbadać Hannę. Oczywiście, że należy wykluczyć wszystkie przyczyny fizjologiczne.

Spojrzała na córkę. Były do siebie tak podobne. Ciemne włosy. Duże brązowe oczy. Jaka szkoda, że nie odziedziczyła po Aleksie chociaż odrobiny jego jasnych genów. Rano ubrała Hannę w ładną sukienkę, nowiutkie podkolanówki i czółenka Mary Jane. Suzette miała na sobie jedwabną sukienkę koszulową z luźnym paskiem dla podkreślenia figury, a do tego koszmarnie drogie buty. Wiedziała, że nie musiały się tak stroić na wizytę w szpitalu, ale bała się wszystkich sytuacji, w których ktoś mógł ocenić jej matczyne kwalifikacje. Przynajmniej nikt nie mógł powiedzieć, że córka wygląda na chorą albo zaniedbaną. Poza tym spędzała z Hanną tyle czasu w domu, że rzadko kiedy miała okazję włożyć coś ładnego. Zawsze starała się świetnie wyglądać na imprezach firmowych Aleksa i uwielbiała, jak śledził ją na nich głodnym wzrokiem, podczas gdy ona sączyła wino, rozmawiała z gośćmi i cieszyła się towarzystwem dorosłych. Niestety żadna opiekunka do dzieci nie chciała przyjść drugi raz, więc w końcu się poddali. Alex, kochany Alex, organizował przyjęcia rzadziej i z mniejszą fetą, ale i tak pozostał żal. Brakowało jej tego luzu i zwyczajnych rozmów, na jakie mogła tam liczyć z Fioną, Sashą i Ngozi. Nie pytała Aleksa, czy mówili o niej w pracy, czy raczej wszyscy zachowywali się, jakby przestała istnieć.

Niepewna tego, co powie lekarz - za co ją skrytykuje - wystukiwała nerwowy rytm na ręce Hanny. Dziewczynka cofnęła ją i pochyliła lekko głowę, ale barwny, geometryczny obraz dalej ją fascynował. Suzette siedziała ze skrzyżowanymi nogami, napiętymi barkami i zaciśniętymi pięściami. W proteście przeciwko tej pozycji obolała część brzucha zaczęła się skręcać i pojękiwać, więc Suzette rozprostowała palce i spróbowała się odprężyć. Było to jej pierwsze poważne wyjście z domu od operacji, którą przeszła osiem tygodni wcześniej. Tym razem przeprowadzili zabieg laparoskopowo, co miało przyspieszyć gojenie, aczkolwiek poprosiła lekarza, żeby przy okazji zrobił coś z okropną blizną.

Biegnący przez brzuch koślawy kanion zawsze jej przeszkadzał. Odchodził głęboką, skośną linią w prawo od pępka. Alex mówił, że blizna jest elementem urody jego żony, źródłem siły. Laurem po zwycięskiej walce stoczonej w młodości. Ale ona nie potrzebowała żadnych pamiątek po tamtych samotnych, obrzydliwych latach, bo i bez nich nie miała szansy zapomnieć o śmiertelnym wrogu, który czaił się w jej wnętrzu, ani o równie zabójczej obojętności ze strony matki. Tamta pierwsza operacja, którą przebyła w wieku siedemnastu lat, napełniła ją takim strachem, że zalecaną przez doktora Stefanskiego powtórną resekcję odsuwała w czasie do momentu, kiedy przewodowi pokarmowemu zagroziła perforacja. Początkowo zwężenie wywoływało tylko trochę bólu, więc Suzette ograniczyła spożycie błonnika. Spodziewała się, że najgorsze objawy choroby Crohna ustąpią pod wpływem zastrzyków z silnym biofarmaceutykiem, i faktycznie tak się stało, ale kiedy stan zapalny się cofnął, okolica naokoło zwężenia jelita zaczęła się zabliźniać.

- Proszę nie wycinać za dużo - poprosiła lekarza, jakby zamierzał ją okraść, a nie przywrócić do zdrowia.

Alex pocałował ją w zbielałe kostki dłoni.

- Wszystko będzie dobrze, älskling. Poprawi ci się nastrój i pomyśl tylko, o ile więcej będziesz mogła jeść.

No tak, to była całkiem rozsądna ocena. Gdyby tylko nie ten niemożliwy do zagłuszenia lęk, że razem z fragmentem jelita cienkiego straci przyrodzone prawo do srania na klozecie jak normalny człowiek. Owszem, na całym świecie żyli ludzie po ileostomii, którzy na co dzień radzili sobie z workiem przyklejonym do brzucha. Ale ona nie mogłaby tego znieść. Na samą myśl o takiej ewentualności pokręciła teraz głową, aż Hanna się wzdrygnęła i spojrzała na nią z takim wyrzutem, jakby mama zepsuła powietrze.

Suzette wzięła się w garść, przynajmniej na tyle, żeby córka zauważyła, bo czarne myśli dalej krążyły jej po głowie, od zabiegu praktycznie niemożliwe do opanowania.

A co, jeśli znowu wytworzyła się przetoka?

Ostatni raz rozwinęła się jakieś sześć tygodni po resekcji. Suzette obudziła się któregoś ranka z uczuciem, jakby spała z cegłą pod plecami, ale ciężar zalegał w jamie brzusznej, gdzie zebrały się odchody, które należało odsączyć. Ale teraz minęło już osiem tygodni od operacji, więc może niebezpieczeństwo stało się mniejsze. Alex karmił ją swoimi zwyczajowymi banałami o "życiu z dnia na dzień", a doktor Stefanski uspokajał, mówiąc, żeby cierpliwie robiła sobie zastrzyki, bo markery stanu zapalnego jak na razie nie wzrastają. Jednak w wyobraźni koszmar sączącego się przez skórę moczu i kału czyhał tuż za rogiem. A co, jeśli Alex będzie musiał odgrywać dawną rolę jej matki i zmieniać brudne opatrunki na niegojącej się ranie?

Szybkie pukanie do drzwi gabinetu rozwiało czarne myśli. Czasami obecność lekarza tylko potęgowała w niej strach, ale ten przyszedł do Hanny, nie do niej. A ona była tu jako dobra, troskliwa matka. W niczym nie przypominała swojej własnej. Przycisnęła dłoń do bolącego brzucha i wymuszenie uśmiechnęła się do nowego specjalisty, bardziej siwego niż poprzedni. Ma zbyt bujne brwi, pomyślała. Dodatkową trudność w utrzymaniu z nim kontaktu wzrokowego sprawiały wyrastające mu z nosa włosy.

- Pani Jensen - powiedział i uścisnęli sobie dłonie.

Wypowiedział nazwisko tak jak wszyscy, niepoprawnie. Suzette to nie przeszkadzało aż tak jak jej urodzonemu w Szwecji mężowi, który po dziewiętnastu latach w Stanach nadal nie mógł się pogodzić z tym, że Amerykanie już nigdy nie nauczą się wymawiać jot jak "jot", nie jak "dż". Lekarz usiadł na taborecie na kółkach i otworzył na ekranie komputera plik z wynikami Hanny.

- Bez zmian od skanu, który robiliśmy... Kiedy to było? Dwa i pół roku temu? Ani w badaniach, ani w tomografii nie stwierdziliśmy żadnych anomalii w czaszce, żuchwie, gardle czy ustach. To dobrze. Hanna jest zdrowa.

Uśmiechnął się do małej, która patrzyła w inną stronę.

- Czyli nie ma... - Suzette starała się ukryć rozczarowanie. - Powinna kończyć pierwszą klasę, a my nie możemy jej nawet posłać do szkoły, dopóki nie zacznie mówić. Nie sądzimy, by trzeba ją było zapisać do szkoły specjalnej. Jest bardzo bystra. Uczę ją w domu i w lot wszystko łapie. Czyta, rozwiązuje równania...

- Pani Jensen...

- Ale nie będzie dla niej... To nie jest dla niej dobre, jest zbyt odizolowana. Nie ma przyjaciół, nie bawi się z rówieśnikami. Staramy się z mężem jakoś ją zachęcać, wspierać. Musi być coś, co dałoby się zrobić, żeby jej pomóc.

- Znam doskonałego logopedę, jeśli Hanna ma trudności...

- Byliśmy już u logopedów.

- Można by ją zbadać na okoliczność najróżniejszych zaburzeń: apraksji mowy, zaburzenia semantyczno-pragmatycznego... - Mówiąc, przeglądał na ekranie dane Hanny. - Może zaburzenia przetwarzania słuchowego, choć akurat objawów tego u niej nie widzę. Czy miała któreś z tych badań?

- Wszystko sprawdziliśmy. Ma absolutnie zdrowy słuch, żadnego osłabienia mięśni, żadnych problemów poznawczych. Już nie zliczę tych wszystkich testów, ale Hanna je przechodziła. Sprawiały jej frajdę, ale po prostu nie chciała się odezwać.

- Nie chciała?

- Nie chciała, nie mogła. Kto wie? Właśnie to próbujemy ustalić.

Suzette czuła się nieswojo, widząc, jak lekarz badawczo spogląda swoim wzrokiem naukowca to na nią, to na jej córkę. Doskonale wiedziała, co sobie myśli. Zagubiona w swoich myślach dziewczynka i matka - wypielęgnowana, ale napięta jak struna i na skraju załamania.

- Czyli Hanna umie czytać i pisać, tak? A czy w ten sposób może się pani z nią porozumiewać?

- Rozwiązuje zadania w podręcznikach, nie ma z tym najmniejszego problemu. Wiemy, że nas rozumie. Ale jak prosimy, żeby w taki sam sposób próbowała udzielać nam odpowiedzi, żeby pisała, czego od nas chce albo o czym myśli, to na to się nie zgadza. - Splecione palce zaczęły ją boleć i teraz na nie spojrzała. Trochę się zdziwiła tym, jak mocno je zaciskała. Złapała pasek od torebki i to nad nim zaczęła się znęcać. - Wydaje różne dźwięki, więc wiemy, że ma potencjał. Umie jęczeć i piszczeć. Nuci melodie.

- Jeśli Hanna umie mówić, ale nie chce... Niechęć a niemożność to sytuacje na dwa różne gabinety lekarskie.

Suzette poczuła, że się czerwieni, jakby jej dłonie powędrowały do szyi i próbowały ją udusić.

- Jeśli to... Już nie wiem, co robić. Nie możemy tak dłużej żyć.

Lekarz zaplótł palce i rzucił jej współczujący, choć nieco krzywy uśmiech.

- Bywa, że dla rodziców trudności behawioralne ich dzieci są równie kłopotliwe jak dolegliwości fizyczne. A nawet bardziej.

Suzette przytaknęła.

- Ciągle się zastanawiam, czy popełniam jakieś błędy.

- Takie sytuacje są ciężkie dla całej rodziny, dobrze to rozumiem. Może następnym krokiem... Mogę państwu polecić psychologa dziecięcego. Z psychiatrą na razie bym się wstrzymał, przynajmniej do czasu konkretnej diagnozy. W dzisiejszych czasach zbyt lekką ręką przepisują dzieciom leki, a tymczasem niewykluczone, że chodzi o względnie łatwy problem do rozwiązania.

- Tak, też zdecydowanie wolę psychologa. Bardzo dziękuję.

- Wyślę skierowanie przez waszego ubezpieczyciela.

Lekarz spojrzał z powrotem na monitor.

Suzette wyprostowała pasek torebki, z ulgi prawie zakręciło jej się w głowie. Założyła Hannie kosmyk włosów za ucho.

- Staram się unikać toksyn - powiedziała do lekarza, który siedział plecami do niej. - Nie żeby wszystkie lekarstwa były toksyczne, ale jak pan sam powiedział, w naszej kulturze ludzie na wszystko wynajdują jakieś proszki i nie myślą nawet o skutkach ubocznych. Ale jeśli w przypadku Hanny nie chodzi o niepełnosprawność... naturalne rozwiązanie brzmi dobrze. - Suzette spojrzała na córkę. - Poradzimy sobie. Znajdziemy kogoś, z kim będziesz mogła porozmawiać.

Hanna odtrąciła dłoń mamy i wykrzywiła usta. Suzette rzuciła jej ostrzegawcze spojrzenie i zerknęła na lekarza, żeby się upewnić, czy to zauważył.

Hanna skoczyła na równe nogi, założyła ręce na piersiach i stanęła w drzwiach.

- Za chwilę. Już prawie skończyliśmy - powiedziała Suzette głosem wyrażającym bezgraniczną cierpliwość.

Lekarz obrócił się na taborecie i zachichotał.

- Nie dziwię ci się, młoda damo. Cały słoneczny dzień spędzić w przychodni to żadna frajda. - Wstał, a Suzette z nim. - Przygotowanie skierowania prawdopodobnie zajmie kilka dni i wtedy będzie pani mogła umówić się z doktor Yamamoto. Jest psycholożką specjalizującą się w rozwoju dzieci i ma do nich świetną rękę. Ogromne doświadczenie. Hanna powinna się z nią dogadać. W recepcji wydrukują wam wszystkie informacje.

- Bardzo panu dziękuję.

- Może nawet poleci wam jakieś szkoły.

- Doskonale.

Suzette spojrzała na córkę i nie zdziwiła się na widok wściekłego grymasu. Swoim zachowaniem Hanna zamknęła sobie drzwi do trzech żłobków i dwóch przedszkoli. Jakiś czas temu Suzette miała nadzieję, że jej relacja z córką poprawi się, jeśli tylko obie zaczną spędzać trochę więcej czasu osobno. Miała już dosyć wołania "Hanna, przestań!" i może nie powinna na nią krzyczeć, ale miała ku temu niezliczone powody, drobne i duże. Obrywanie wszystkich liści roślinom doniczkowym. Pociąganie za wszystkie luźne sznurki bez względu na to, do czego były przymocowane. Mieszanie soku pomarańczowego ze zmywaczem do paznokci. Rzucanie piłką o szklane ściany domu. Gapienie się na matkę bez mrugania. Ciskanie w nią zatemperowanymi ołówkami jak rzutkami do tarczy. Hanna miała niczym nieograniczoną wyobraźnię, jeśli chciała się rozerwać, a wszystkie sposoby, jakie przychodziły jej do głowy, były dla Suzette nie do zniesienia.

Skoro lekarz potwierdził, że fizycznie z Hanną jest wszystko w porządku, zostało już tylko namówienie Aleksa, żeby zgodził się posłać małą do szkoły. Dzięki temu Suzette zachowałaby zdrowie i równowagę umysłową. Może komuś innemu uda się Hannę zdyscyplinować. Oczywiście nie mogła mu powiedzieć, że to ona potrzebuje świętego spokoju, sprowadzić tego problemu do własnej osoby. W jego obecności Hanna zachowywała się jak aniołek i tam, gdzie ona widziała złośliwość, on dostrzegał tylko dziecięce żarty, a najbardziej prowokujące wyskoki Hanny przypisywał wyjątkowej inteligencji córki. Był ślepy na własną hipokryzję i utrzymywał, że nawet najdziksze wybryki są czymś normalnym, chwaląc rzekomo wyjątkową osobowość małej. Dlatego Suzette zamierzała przyjąć właśnie taką strategię: Hanna się śmiertelnie nudzi, w domu nie ma dostatecznej stymulacji.

Tak czy inaczej, nie zamierzała pozwolić córce, by wykoleiła jej życie.

Trzymając się za ręce, sprawdzały bez słowa, która zaciśnie mocniej. Suzette uśmiechnęła się przy wyjściu do pielęgniarek.

HANNA

Czasami mama była ośmiornicą z ostrym nożem w każdej macce. Hanna uważała, że skoro mama tylko ją rani i przez nią w brzuchu jest tak jakoś dziwnie i okropnie, to ona ma prawo odwzajemniać się tym samym. Nie podobały jej się Doktor Gąsienica (miał jedną brew kosmatą) i to, jak ją badał swoim prześwietlającym wzrokiem, żeby dowiedzieć się, co z nią jest nie tak. Nie podobał jej się ton, jakim mama mu o niej opowiadała. Jakby chodziło o zepsutą zabawkę. Kiepską. Bezwartościową. A najgorsze, że to wszystko była poza. Mama szukała tylko dobrej wymówki, żeby się jej pozbyć. Hanna widziała już nie raz, jak oddawała coś w sklepie. "Przepraszam, ale to nie działa. Czy mogę to zwrócić?"

Doskonale wiedziała, że mama ma dosyć córki i cały czas planuje, jak by tu się jej pozbyć. Właśnie temu miał służyć pomysł ze szkołą, choć Hanna wyliczyłaby więcej powodów do sprzeciwu. Te hałasy. Zachłanne dzieci. I paraliżujący strach, że nie ma się gdzie schować. Już w wieku czterech lat przejrzała wszystkie sztuczki mamy i opiekunek. Nie zamierzała ich tolerować. Mama oblewała wszystkie testy na udowodnienie matczynej miłości, a im bardziej się pogrążała, tym więcej Hanna dawała jej okazji do tego, by odkupiła swoje winy. Choć nie zawsze była pewna, według jakich zasad prowadziły te gry wojenne. I nawet kiedy mocno, mocno wysilała swój mózg, nie mogła sobie przypomnieć, kto je zaczął.

Abha. Tak miała na imię ostatnia opiekunka. Hanna je zapamiętała, bo brzmiało jak ABBA, zespół muzyczny z kraju, w którym urodził się tata. Czasem brał ją na ręce i śpiewając ich piosenkę Dancing Queen, robił z nią piruety po dużym pokoju. W tym wszystkim, co się stało, nie było winy Abhy. Hanna była bliska wybuchu, zanim dziewczyna zadzwoniła do ich drzwi. Chciała się ładnie ubrać i pójść na przyjęcie, gdzie znajomi taty patrzyliby na nią z podziwem i mówili miłe rzeczy, od których robiło się w środku tak przyjemnie, jakby wypełniały ją bąbelki. Nie miała ochoty zostawać w domu z kolejną obcą osobą o wyłupiastych oczach.

Pamiętała, że poszła na palcach do pokoju mamy i kiedy zobaczyła ją w łazience stojącą przed lustrem w lśniącej sukni, na czworakach powędrowała do łóżka rodziców. Nie była to jej pierwsza tajna misja. Znała na pamięć wszystkie zwyczaje mamy, na przykład to, że biżuterię dobierała zawsze przed włożeniem sukienki, po czym odkładała ją na szafkę nocną, gdzie błyskotki leżały jak czyjś zaginiony skarb. Tego wieczoru mama zamierzała przystroić się w błyszczące, okrągłe kolczyki i zwisający na delikatnym łańcuszku kamyk w kolorze basenu.

Hanna ściągnęła kolczyki z szafki i zabrała je do swojego pokoju.

Nie miała za dużo czasu, mama wyglądała, jakby była już prawie gotowa do wyjścia. Wetknęła więc kolczyki w dziurę w plecach Mungo, swojej bardzo, bardzo starej pluszowej małpki, która uwielbiała pomagać w chowaniu najróżniejszych rzeczy. Następnie ubrała się szybko w swoją błyszczącą, lawendową sukienkę. Już dawno jej nie nosiła, więc ledwo się w nią wcisnęła, ale nie miała ładniejszego stroju.

Kiedy wróciła do sypialni rodziców, mama ciągle stała w łazience, pochylona nad śnieżnobiałą umywalką wbudowaną w blat lśniący kryształowymi drobinkami, i nakładała tusz do rzęs. Hanna weszła do pokoju tanecznym krokiem i trzymając rąbek sukienki, zrobiła parę piruetów. To nic, że sukienka była trochę ciasna w ramionach. I tak była śliczna.

- Myślałam, że przebierasz się w piżamę.

Odbicie mamy w lustrze gapiło się na nią jednym, zezującym okiem.

Hanna lekko podskoczyła i pokazała na mamę. Idziemy, idziemy - mówiła w myślach.

Mama wetknęła pędzel do tuszu z powrotem do tubki i odwróciła się w jej stronę. Hanna była pewna, że zauważy, jak pięknie wygląda, wystrojona do wyjścia jak dojrzała kobieta. Zachichotała na myśl o tym, jak tata będzie chodził z nią na rękach między gośćmi i mówił wszystkim: "Czy nie śliczna ta moja mała wiewiórka?".

- Już ci powiedziałam, a tata tłumaczył ci rano, że to przyjęcie jest dla dorosłych. Nie będzie tam żadnych dzieci i nic do jedzenia i picia, co lubisz. Niedługo musisz iść spać. Opiekunka zaraz się zjawi.

Hanna odchyliła głowę do tyłu i jęknęła w proteście, a potem rzuciła się za mamą, która wyszła wreszcie z łazienki. Chwyciła krawędź jej sukni i zacisnęła dłonie w piąstki. Przez cały dzień mama chodziła po domu podekscytowana - "Muszę zrobić to i to przed wyjściem", "Mamusia musi się przebrać do wyjścia" - i to się tak rzucało w oczy. Tryskała radością, kiedy potwierdzała godzinę przyjścia opiekunki i rozmawiała z tatą przez telefon. "W czymś ci jeszcze pomóc?" "Coś jeszcze przynieść ze sklepu?" Hanna jadła kolację w pojedynkę, bo mama stała w łazience na parterze i układała włosy. Tylko tego pragnęła cały dzień. Przestać o niej myśleć. Zostawić ją i wyjść.

Hanna wyciągnęła dłoń i opuszkami palców wyszeptała swoje życzenie na nagiej ręce mamy. Był to sposób na powiedzenie "proszę". Dławiły ją łzy w gardle.

Ale było już za późno. Mama patrzyła na blat szafki nocnej.

- Gdzie są moje kolczyki? - Rozglądając się, zapięła naszyjnik. Podciągnęła sukienkę i uklękła, żeby poszukać ich na podłodze. Przesuwała po niej dłonią, jakby zguba jakimś cudem stała się niewidzialna. Kiedy spojrzała na Hannę, ich oczy były na tej samej wysokości. - To ty je zabrałaś?

Hanna nie drgnęła, ani nawet nie mrugnęła.

- To były diamenty. Bardzo drogi prezent od... Zabrałaś je?

Zadzwonił dzwonek do drzwi.

Mama wstała, ale nie odrywała od niej wzroku, a brzuch falował jej w rytm oddechu.

- Proszę cię, Hanna. Ostatni raz zapytam, to były... Nie miały żadnej wartości, ale dla mnie... Proszę cię.

Żadnego ruchu, żadnego mrugnięcia.

Kolejny dzwonek.

Mama sapnęła i wyszła z sypialni. Hanna rzuciła się za nią. Może straci nad sobą panowanie i odeśle opiekunkę, a potem przewróci dom do góry nogami w poszukiwaniu kolczyków. Ależ to byłby widok, mama robiąca bałagan! Hanna w końcu by je "znalazła" i oddała. I mama byłaby taka szczęśliwa, że zabrałaby ją na przyjęcie.

W ciemnej, lśniącej sukni mama poruszała się jak groźna fala spływająca po schodach w stronę drzwi.

- Dobry wieczór. Dziękuję, że przyszłaś. Jestem Suzette, a to jest Hanna.

- Cześć, Hanna. Mam na imię Abha.

Miała proste, czarne włosy, które zsunęły się po jej ramieniu, kiedy pochyliła się, żeby przywitać Hannę szerokim uśmiechem.

- Wejdź. Hanna jeszcze nie mówi.

- Ale załatwia się sama? - zapytała Abha i przeszła przez próg.

- Tak, tak.

Hanna ryknęła jak lew, który nadepnął na kolec. Głupia Abha pożałuje, że wzięła ją za malucha. Przecież miała już cztery lata!

Mama pokazała jej kuchnię ("częstuj się, czym chcesz") i jak działa pilot do telewizora ("gdybyś chciała coś obejrzeć").

- Trochę się pouczę, jak już Hanna pójdzie spać.

- Uniwersytet Pittsburski?

- Tak. Trzeci rok.

Hanna poszła za nimi na górę, z każdym krokiem coraz bardziej zawiedziona i wkurzona. Najwyraźniej mama wciąż zamierzała zostawić ją z opiekunką, mimo że nie znalazła swoich cennych kolczyków z diamentami.

- Możliwe, że Hanna będzie się trochę awanturować, że chce iść spać w naszej sypialni. Próbowała już tego z innymi opiekunkami. Ale wie, że ma spać w swoim pokoju. - Mama zapaliła lampę w jej sypialni. - Może oglądać telewizję przez kwadrans po moim wyjściu, ale potem powinna się położyć. Możesz jej poczytać książkę.

- Wygląda na to, że Hanna ubrała się jak księżniczka. Jesteś księżniczką?

"To sukienka wieczorowa, ty durna małpo".

- Czysta piżama leży pod poduszką.

Abha wyciągnęła rękę do Hanny.

- Chcesz pooglądać telewizję? Jakie lubisz programy?

Mama zaprowadziła je z powrotem na dół. Hanna nie wzięła Abhy za rękę.

- Wie, które kanały może oglądać. Nasze numery komórkowe są na lodówce, gdybyś...

Hanna wybiegła na przód i wskoczyła na kanapę. Sukienka trochę się rozdarła, ale to nic. Pokaże ją tacie i tata powie, że czas kupić nową. Zaczęła naciskać małe guziki na pilocie, które sterowały dużym telewizorem. Ale mama nie skończyła jeszcze rozmawiać z Abhą.

- Prosiłam w agencji o kogoś z doświadczeniem, bo Hanna - spojrzały na siebie z odległych krańców dużego pokoju - potrafi czasem dokazywać. Mam nadzieję, że umiesz...

- Proszę się nie martwić. Jestem przeszkolona w pierwszej pomocy. Wiem, co robić, kiedy dziecko się udławi. Przez rok byłam opiekunką dwuletnich bliźniąt. Mam młodszą siostrę, starszą siostrę i jestem ciocią. Całe życie przebywam blisko dzieci.

- Okej. Po prostu nie chcę, żebyś... Może ci być trudno, bo Hanna nie mówi. Więc daj znać, gdyby coś się działo. Możesz dzwonić o dowolnej porze.

- Dobrze. Ale niech się pani nie martwi.

- Dobranoc, kochanie. Bądź grzeczna. - Mama posłała jej buziaka, który rozpłynął się w powietrzu, zanim dotarł do kanapy. - Przebierz się w piżamę przed oglądaniem telewizji. Na pewno nie wiesz, gdzie są moje kolczyki?

Hanna pogłośniła telewizor, ale i tak słyszała, jak mama wychodzi i zamyka za sobą drzwi. Abha usiadła obok niej i Hanna musiała zwalczyć w sobie impuls, żeby zawiesić się na długich włosach opiekunki, która się uśmiechnęła. Ona w odpowiedzi tylko spojrzała na nią spode łba i tak się na nią gapiła, aż ukłucie w brzuchu podsunęło jej genialny pomysł.

Przeskoczyła przez oparcie kanapy i pobiegła na górę.

- Przebierasz się w piżamę?! - zawołała Abha.

Hanna przytaknęła i uśmiechnęła się od ucha do ucha - tak się cieszyła na myśl o wprowadzeniu nowego planu w życie.

Zanim jeszcze dobiegła do swojego pokoju, zdążyła zdjąć sukienkę i rzuciła ją na podłogę.

Minutę później stała w progu łazienki, z majtkami przy kostkach, i głośno zapłakała. Dla pewności wydała jeszcze z siebie kilka przenikliwych pisków, żeby przebić się przez dźwięk telewizora.

Przestraszona opiekunka wbiegła po schodach, a Hanna dalej płakała, mimo że w duchu pękała ze śmiechu, kiedy zobaczyła, jak Abha rejestruje wzrokiem swój pierwszy problem tego wieczoru: kałużę moczu i kupę, którą podopieczna zrobiła na podłogę.

- O nie! Miałaś wypadek?

Hanna przytaknęła przez łzy.

- Już dobrze, zaraz wszystko posprzątamy. Nic się nie stało.

Ale Abha zmarszczyła nos i Hanna wiedziała, że udało się ją zniesmaczyć. I dobrze, zasłużyła sobie na to pytaniem, czy Hanna umie sama korzystać z toalety.

Pozwoliła jej się obmyć i ubrać w piżamę, choć równie dobrze mogła sama to zrobić. Potem, stojąc oparta o poręcz na korytarzu, obserwowała z ciekawością, jak Abha poradzi sobie z zabrudzoną podłogą. Wiedziała, co zrobiłaby mama. Raz nawet widziała na własne oczy, jak sprząta po niej, kiedy Hanna w wieku dwóch lat faktycznie nie zdążyła do ubikacji. Mama trzymała gumowe rękawiczki i środki czystości pod każdą umywalką w domu, ale Abha tego nie wiedziała.

Opiekunka stała, trzymając się pod boki, i zastanawiała się, co dalej.

- Czy twoja mama ma w kuchni jakieś przybory do czyszczenia?

Hanna przytaknęła i zacisnęła wargi, żeby się nie uśmiechnąć. Wieczór rozwijał się całkiem dobrze. Szła w podskokach za Abhą, ucieszona jej każdym ruchem.

Opiekunka zdjęła srebrne pierścionki i położyła je na blacie w kuchni. Hanna tak się nimi zainteresowała, że niemal zupełnie przestała zwracać na nią uwagę. Na jakieś pytanie tylko pokiwała głową. Abha poszła sama na górę z rolką papierowych ręczników, rękawiczkami i środkami czystości.

Pierścionki były cztery, każdy na swój sposób fascynujący. W końcu jednak wybrała najmniejszy, z plecioną szyną i czerwonawym kamieniem na środku. Wiedziała, że Abha zapyta ją, gdzie się podział pierścionek, a nie miała ochoty na kolejną rundę udawanej niewinności, więc postanowiła pójść spać. Ale najpierw schowała pilota do telewizora, żeby Abha musiała całą noc oglądać kreskówki.

Na górze nie było już śladu po "wypadku", a opiekunka szorowała na czworakach podłogę w łazience. Hanna ziewnęła i weszła do środka.

- Idziemy spać?

Mhm.

- Zaraz tu dokończę i przyjdę ci poczytać.

Przed położeniem się do łóżka Hanna dała Mungo nowy skarb do przechowania. Słyszała, jak Abha za ścianą szoruje ręce pod strumieniem wody. Kiedy kilka minut później podeszła do łóżka Hanny i dotknęła jej czoła zewnętrzną częścią dłoni, ta była jeszcze wilgotna.

- Dobrze się czujesz? - zapytała i Hanna przytaknęła. - To dobrze. Poczytać ci?

Hanna pokręciła głową. Lubiła tylko, jak tata jej czytał. Ale pokazała na swoje policzki, prawy i lewy, żeby Abha ją w oba pocałowała.

Cmok.

- Kolorowych snów.

Cmok.

Jak tylko Abha zaczęła prostować plecy, Hanna chwyciła gruby kosmyk włosów opiekunki. Wydawał się na tyle mocny, by dało się na nim zawiesić. Pociągnęła, żeby sprawdzić jego wytrzymałość.

- Ej!

Abha spróbowała się uwolnić, ale Hanna nie puszczała. Trzymała ją za włosy obiema rękami.

- Co ty robisz?

Dziewczynka tylko na nią patrzyła z uśmiechem.

- Muszę wstać.

Nie puszczała.

- Hanna...

Abha złapała palce Hanny, żeby je wyprostować, ale to tylko nakłoniło dziewczynkę do zaciśnięcia ich z całej siły. Znów szarpnęła ją za włosy, przyciągając twarz opiekunki blisko swojej. Abha trochę się wystraszyła.

- Przestań. To w ogóle nie jest zabawne.

Jeszcze jedno szarpnięcie.

- Aua! Hanna!

Ale Hanna ciągnęła dalej. Powoli. Coraz bliżej. I dobrze wiedziała, że Abha nie może się od niej uwolnić, bo tylko spotęgowałaby ból.

Kiedy były już nos w nos, stoczyły pojedynek na spojrzenia.

- Powiem wszystko twojej mamie.

Hanna wzruszyła ramionami. Ale czuła, że Abha ma nieświeży oddech i nie chciała bez końca trzymać jej tak blisko swojej twarzy. Przyszedł czas na decydujący ruch.

- Hau! - zaszczekała i uważała, że zabrzmiało to bardzo realistycznie.

Wystraszyła opiekunkę na tyle, że ta aż podskoczyła i zaskamlała. Do oczu napłynęły jej łzy, jedną dłoń przyłożyła do czubka głowy, a drugą chwyciła za uwięziony kosmyk.

Hanna się zaśmiała i puściła.

Dziewczyna spojrzała na nią z obłędem w oczach. Szybkim krokiem wyszła z pokoju, gasząc światło i zamykając za sobą drzwi.

Hanna wiedziała, że już do niej nie zajrzy, nawet żeby zapytać o zaginiony pierścionek. Pewnie powie wszystko mamie i tacie, ale to dobrze. Mama będzie się zastanawiała, czy Hanna ukradła pierścionek i specjalnie zabrudziła podłogę w łazience, ale tata powie: "Moja lilla gumman nie czuje się bezpiecznie przy obcych".

Kiedy obudziła się kilka godzin później, w domu było ciemno i cicho. Szykując się do ostatniego aktu zemsty, wyjęła pierścionek z pleców Mungo, ale po chwili się rozmyśliła i z powrotem go schowała. Podobał się jej, może kiedyś go założy, jak już będzie duża.

Chlup, chlup - dwa diamentowe kolczyki do sedesu. Dla dopełnienia zemsty zrobiła jeszcze siku i w końcu spuściła wodę. Do dziś pamiętała, jak błyskotki wirowały przez chwilę, nim fala zabrała je na zawsze.

Mama potem już nigdy nie kładła swoich skarbów na szafce nocnej. Nigdy też nie zatrudniła opiekunki. Hanna uśmiechnęła się na to wspomnienie, ale w samochodzie było gorąco, a ona zrobiła się głodna. Jakaś jej część chciała wrócić do wielkiej tuby i znów pokręcić się jak statek kosmiczny po ziemskiej orbicie. Czasem sama nie bardzo wiedziała, gdzie chce być. Daleko w kosmosie? Czy blisko, jak najbliżej? Bywało, że tęskniła za życiem w brzuchu u mamy. Czy wtedy obie były szczęśliwe? Kiedy ich krew była zmieszana i łączyła je wspólna tajemnica?

SUZETTE

Przed zapięciem pasów położyła sobie na brzuchu poduszkę podróżną. Nie było to już konieczne, ale czasem jeszcze się krzywiła, kiedy koło samochodu trafiało na dziurę w jezdni. Opisała Aleksowi to uczucie, jakby w jej wnętrzu coś się samo zszywało, sklejało. Spędzali kiedyś leniwy dzień w ogrodzie botanicznym Phippsa. Było to jakoś na początku znajomości. Chodzili od sali do sali, zatrzymując się przy każdej dziwnej roślinie, która przykuwała ich uwagę. Stali spoceni ramię w ramię w zalanej słońcem szklarni i patrzyli jak w transie na pnące się w górę kłącza. Zwabiły ich najpierw dźwiękiem. Było słychać, jak rosną!

- Czasem właśnie coś takiego czuję w środku. Jakby coś się we mnie goiło. To takie wrażenie, jakby w środku, we mnie, rozwijały się pędy. Jak u tych roślin, które oglądaliśmy w ogrodzie botanicznym.

- To musi być dziwne - powiedział Alex i delikatnie ją pogłaskał.

- Nawet nie boli. Ale jest nieprzyjemnie zaskakujące.

Pomagała jej świadomość, że ciało dokonywało tej samodzielnej korekty, choć nadal się modliła, żeby proces naprawczy przebiegał poprawnie, bez kolejnej przetoki.

Suzette skupiła się na ruchu drogowym. Oakland w środku dnia zawsze pękało w szwach. Żałowała, że nie jedzie w przeciwnym kierunku, bo wtedy mogłaby zatrzymać się przy firmie Aleksa, mającej siedzibę w dawnym kościele przy McKee Place. Razem ze swoim wspólnikiem, Mattem, całkowicie przerobili jego wnętrze i w głównym, przestronnym pomieszczeniu urządzili salę konferencyjną z ogromnym stołem z papieru z odzysku. Hanna uwielbiała atrium, w którym dawniej znajdował się ołtarz. Zainstalowany tam szklany sufit miał pokazywać drzewom drogę do światła. Wizyta u taty byłaby dla Hanny prawdziwą atrakcją. Obsypałby córkę spontaniczną radością i pocałunkami. Czasem bolało ją, że tak bardzo mała przy nim promieniała i stawała się równie wylewna w uczuciach wobec niego, jak on wobec niej. Suzette próbowała okazywać jej więcej ciepła, ale ponieważ Hanna coraz silniej ją od siebie odpychała, z czasem zapał prawie całkiem ją opuścił. No, ale zniosła dzielnie dzisiejsze badania i zasłużyła na nagrodę.

- Hanna, chciałabym ci podziękować za to, że byłaś dzisiaj grzeczna. - Spojrzała w lusterko, ale Hanna na nią nie patrzyła. - Może pójdziemy do Trader Joe's1 i wybierzesz sobie jakieś...

Hanna zaczęła radośnie klaskać. Suzette się uśmiechnęła - tak, to był świetny pomysł.

- Robi się z ciebie już taka duża dziewczyna. Lekarz miał same dobre wieści: jesteś zdrowa jak byk. To może być dobra pora, żeby poszukać ci szkoły. Już dawno nie chodziłaś, a pewnie byłoby lepiej...

Hanna waliła dłońmi w szybę samochodu i wyła, jakby obudziła się w zamkniętej trumnie.

- Przestań!

Suzette nie sądziła, że małej uda się rozbić szybę, ale Hanna wyglądała, jakby naprawdę do tego dążyła. Momentalnie pożałowała, że zepsuła miłą chwilę.

- Dobrze! Nie mówię, że poszłabyś od razu. Szukalibyśmy czegoś z myślą o jesieni.

Hanna nie przestawała walić w okno i wściekle ryczeć.

Suzette miała ochotę odwrócić się i uderzyć ją w kolano, ale samochody jechały prawie zderzak w zderzak, więc nie mogła ryzykować. Po co w ogóle się odzywała? Kolejna głupia porażka rodzicielska. Światło zmieniło się litościwie na czerwone i zahamowała. Odpięła pasy, żeby móc się odwrócić.

- Natychmiast przestań! Jeśli będziesz się tak zachowywać, to nie pojedziemy do Trader Joe's!

Hanna przerwała swój atak. Mocowały się wzrokiem, ale Suzette przegrała pojedynek, bo zerknęła na sygnalizację świetlną. Szybko jednak spojrzała z powrotem na córkę.

- Myślisz, że to zabawne? Te twoje gierki? Kiedyś napytasz sobie prawdziwej biedy. Nie zawsze będziesz mogła postawić na swoim.

Hanna się uśmiechnęła i kiwnęła głową.

Z innego samochodu ktoś na nich zatrąbił.

- Okej, okej!

Suzette nacisnęła pedał gazu i ich auto ruszyło do przodu. Jedną ręką zapięła pasy.

- W sklepie masz się zachowywać. Tylko wtedy będziesz mogła coś sobie wybrać.

Widziała w lusterku triumfujący uśmieszek na twarzy córki. Hanna mogła sobie myśleć, że wygrała tę potyczkę, ale ona nie zamierzała tak łatwo rezygnować ze znalezienia dla niej szkoły. Najpierw będzie musiała omówić sprawę z Aleksem, a tymczasem, jeśli się jej poszczęści, udobrucha Hannę torebką jagód w ciemnej czekoladzie. Może do końca dnia uda się im utrzymać rozejm.

W sklepie Hanna wrzucała ulubione produkty do koszyka, który Suzette pchała przed siebie zatopiona w myślach. Alex. Nagi. Usta Aleksa. Ciepło jego ramion. Jego tułów i to, jak ich ciała do siebie pasowały. Nie przepadała za jego modną brodą, ale dobrze w niej wyglądał. Była nieco bardziej rudawa od jasnych, jedwabistych włosów i dosyć krótka. Alex lubił swoje kosmetyki, lubił piękno - Suzette, Hanny. Dobrze się ubierał i dbał o formę fizyczną, ale nie był klasycznie przystojny. Rysy jego twarzy zbyt mocno tłoczyły się ku środkowi. Kiedy spotkali się pierwszy raz, Suzette miała ochotę złapać go za policzki i trochę ją rozciągnąć, żeby oczy, nos i usta miały więcej miejsca. Ale gdy tylko się do niej odezwał przy ekspresie do kawy w jej pierwszej pracy po studiach, od razu uderzyło ją jego ciepło i szczera ciekawość. Bijąca od niego serdeczność całkowicie go odmieniła w jej oczach. Tak łatwo im się rozmawiało. I był taki piękny.

Były już przy mrożonkach, kiedy zdała sobie sprawę, że zapomniała o bananach. Zajrzała do koszyka i z miłym zaskoczeniem stwierdziła, że Hanna nie wybrała żadnych dziwactw, ale tylko swoje ulubione suszone owoce, słoik brzoskwiń, torebkę organicznych czipsów tortilla i mrożoną pizzę ze szpinakiem. Suzette poczuła rzadki przypływ dumy, że wpoiła córce zasady zdrowego odżywiania.

- A nie chcesz jagód? - zapytała, kiedy wracając po banany, mijały bakalie i słodycze.

Hanna zaczęła zdejmować z regału po kilka torebek różnych owoców w czekoladzie.

- Hej, hej. Może po jednej z każdego smaku, co?

Zazwyczaj nie pozwalała jej nawet na tyle, ale chciała mieć przed Aleksem dowód, że ją nagrodziła. Dobrze wiedziała, jak Alex wyobraża sobie ich rodzinę: doskonała córka i idealna żona. Kochająca, opiekuńcza matka, która z powodzeniem zażegnuje lęk Hanny przed groźnie wyglądającą maszyną w szpitalu i która znalazła nową drogę do zdrowia i szczęścia ich małej pociechy. (Ta doskonała, oddana żona żyła w nieustannym strachu, że jej rodzinny sen w końcu pryśnie. Długie lata spędziła w przed-Aleksowej otchłani i gdyby stoczyła się w nią jeszcze raz, już by tego nie przeżyła).

Hanna jej nie posłuchała, więc Suzette wyjęła zbędne torebki z koszyka, na co dziewczynka tupnęła nogą i jęknęła, ale bez przekonania.

- To i tak cztery razy więcej, niż zwykle bierzemy.

Z tryumfalnym uśmiechem Hanna ruszyła w podskokach w stronę świeżych warzyw i owoców.

Z innego krańca sklepu dało się słyszeć płacz dziecka. Suzette rozpoznała przeciągłe nuty upartego sprzeciwu i momentalnie napełniło ją współczucie dla nieznanej matki. Jęk przybierał na sile, kiedy zbliżała się do stoisk z warzywami. Na miejscu zobaczyła kobietę jedną ręką z trudem trzymającą wyrywającego się malca, a drugą pchającą pełen wózek z zakupami. Krzyki chłopca stawały się coraz bardziej rozpaczliwe i Suzette wyłapywała pojedyncze słowa. "Chcę!" "Nie!"

Właśnie miała powiedzieć Hannie, żeby przestała lizać cytryny, kiedy dziewczynka poszła obejrzeć awanturę z bliska. Bacznie się córce przyglądając, Suzette włożyła do koszyka banany, jabłka, brukselki i mieszankę sałat.

- Hanna, chodź.

Czerwony na twarzy chłopczyk próbował uwolnić się z uścisku mamy. Kiedy zdał sobie sprawę, że to niemożliwe, cały zesztywniał i zawył pod niebiosa. Pozostali kupujący omijali matkę z dzieckiem szerokim łukiem i krzywili się z irytacją i dezaprobatą. Hanna stanęła tuż przed chłopcem, pochyliła się nad nim i położyła palec na ustach. "Ciii".

Na chwilę go tym wystraszyła i mały zamilkł.

- Hanna, chodź już. Idziemy do kasy.

- Jaka urocza dziewczynka - powiedziała matka chłopca.

- Dziękuję.

Suzette nie ufała urokowi Hanny i wyciągnęła do niej rękę. Wiedziała, że córka nie ujmie jej dłoni, ale miała nadzieję, że przynajmniej za nią pójdzie.

Tymczasem chłopiec znów wybuchł, tym razem rozzłoszczony Hanną. Zamachnął się i niezdarnie ją uderzył, po czym wznowił swój rozpaczliwy pisk.

- Brandon, mówiłam ci, że nie wolno...

Suzette nie zdążyła zareagować. Hanna wzięła rozmach i zdzieliła chłopca pięścią prosto w skroń.

Malec się zatoczył i oszołomiony upadł na pupę.

- O nie! - Suzette rzuciła się w ich stronę i odciągnęła Hannę. - Bardzo przepraszam. Obie przepraszamy!

Matka wzięła Brandona na ręce, była zszokowana. Chłopiec się rozpłakał i zawył z bólu.

- Nic mu nie jest? Tak mi przykro. - Suzette rzuciła Hannie wściekłe spojrzenie. - Nie wolno bić ludzi!

Hanna pokazała na Brandona, milcząco oskarżając go o rozpoczęcie bójki.

Matka malca zasłoniła go własnym ciałem i oglądała jego oko, ucho i skroń. Delikatnie nim kołysała, żeby ulżyć mu w bólu.

Suzette widziała, że jej oczy mówią "Ty zołzo, przez ciebie ten dzień jest jeszcze gorszy!", więc uciekła z Hanną do kas. Najchętniej zostawiłaby wszystko i wybiegła ze wstydem na parking, ale sytuacja tylko by się pogorszyła, gdyby Hanna wyszła ze sklepu bez swoich przysmaków.

Kasjerka skanowała zawartość koszyka, a roztrzęsiona Suzette załamującym się głosem próbowała skarcić córkę.

- Wiesz dobrze, że absolutnie nie wolno nikogo bić. Zwłaszcza takiego małego... Zresztą nieważne, nie bijemy ludzi i tyle. To bardzo złe zachowanie i wiesz, że tak nie wolno robić.

Hanna westchnęła znudzona. Kiedy wychodziły ze sklepu, Suzette zwiesiła głowę. Była pewna, że wszyscy poznają ją jako tę matkę, która nie powstrzymała swojego agresywnego dziecka przed uderzeniem małego chłopca.

- Nie mogę uwierzyć, że to zrobiłaś.

Hanna zapięła pasy i spojrzała na matkę z wyczekującą miną. Nawet raz nie mrugnęła, przechyliła głowę i wykrzywiła wargi. Suzette doskonale wiedziała, co to znaczy. Otrzymała wyraźną groźbę, że ona też za chwilę zacznie się pieklić, jeśli natychmiast nie dostanie swoich słodyczy.

Suzette włożyła torby z zakupami na fotel pasażera, poza zasięgiem Hanny. Z jednej z nich wyjęła opakowanie jagód w czekoladzie.

- To nie jest nagroda za twoje zachowanie w sklepie - powiedziała, zanim wręczyła je córce. - Zasłużyłaś sobie na nie u lekarza, ale tata i ja będziemy musieli porozmawiać o tym, co tutaj zrobiłaś, bo nie wolno bić małych dzieci. Rozumiesz?

Hanna uśmiechnęła się od ucha do ucha i rozerwała torebkę słodyczy. Suzette mogłaby przysiąc, że zobaczyła na twarzy córki niczym niezmąconą diabelską dumę. Chciała zabrać jej jagody, ale była zbyt zmęczona. I myślała już tylko o powrocie do domu.

Jak zwykle płonna okazała się nadzieja, że cały dzień z Hanną przebiegnie spokojnie.

W drodze do domu Hanna zajadała jagody i nuciła nosowo jakąś wesołą melodię. Wydawała się przy tym taka normalna. Suzette modliła się, żeby czekolada udobruchała małą do przyjścia Aleksa, kiedy to Hanna założy swoją anielską maskę i przeobrazi się dla niego w najsłodszą dziewczynkę pod słońcem.

HANNA

Ich dom różnił się nieco od innych domów przy tej gęsto zabudowanej uliczce w Shadyside. Wyglądał, jakby pochodził z przyszłości. Uwielbiała go, bo czuła się w nim bezpiecznie, dobrze go znała, a na dodatek zaprojektował go tata. Zawsze powtarzał, że mama pomagała mu z wnętrzem, ale Hanna wiedziała, że ona tylko wybrała meble, nieodróżniające się niczym szczególnym od tych, które widziała w katalogu IKEA. Wszystko było białe albo w kolorze naturalnego drewna. Ale cała magia wyszła z rąk taty. Szklana ściana od strony dużego ogrodu, nawet na piętrze. Kosmicznie wyglądające schody. Fajna czystość całego wnętrza, które było dużo lepsze niż latający spodek.

Stojąca w salonie kanapa w kształcie litery L robiona była na specjalne zamówienie. Hanna lubiła zeskakiwać z desek, które wystawały z niej po bokach. Mama zawsze krzyczała "Nie wchodź na stolik!", ale dla niej wyglądały one jak podesty do nurkowania. Lubiła wtykać palce do doniczek, żeby sprawdzić, czy roślin nie trzeba podlać, ale mama zawsze ją karciła za rozrzucanie ziemi po podłodze. U mamy wszystko musiało być idealnie czyste. I jak tylko nie było w pobliżu taty, lubiła krzyczeć. Hanna zawsze chętnie się bawiła w ogrodzie. Wysokie ogrodzenie i żywopłot osłaniały ją przed wścibskimi oczami sąsiadów. Nikt jej tam nie przeszkadzał, kiedy biegała w kółko, ratując pasażerów z tonącego statku. Wciągała ich na pokład szalupy, ale najpierw opróżniała im kieszenie z monet, a z szyi zrywała klejnoty. Czasami galopowała po ogrodzie na grzbiecie wspaniałego siwego konia.

Teraz stała przed ekranem wielkiego telewizora i przełączała kanały.

- Hanna, to nie jest pora na telewizję. Nie odrobiłaś lekcji.

Za jej plecami mama wkładała produkty ze sklepu do szafek, które przypominały mgłę. Kiedy była mała, wdrapała się na blat i ostrożnie wyjęła z jednej z nich wszystkie talerze i miski. Zamierzała wejść do środka i zobaczyć zamgloną szafkę od wewnątrz, bo wyobrażała sobie, że musi tam być jak w środku chmury. W ostatniej chwili tata wziął ją na ręce.

- Co robisz, małpko?

Wcale nie był na nią zły i Hanna zachichotała.

Nie przestawała naciskać guzików pilota, świadoma, że ma lepkie palce. Widziała to oczyma wyobraźni, a po chwili stało się to naprawdę: mama podeszła do niej energicznym krokiem, wyrwała pilota z jej dłoni i skrzywiła się z obrzydzeniem.

- Cały jest w czeko...

Cmoknęła ze złością i wyłączyła telewizor. Zaniosła pilota do kuchni, gdzie spryskała go jednym ze swoich superbajeranckich środków czystości i wytarła papierowym ręcznikiem z zarazków. Hanna zakryła uśmiech dłonią, po czym starannie ją wylizała.

- Chodź, zaczniemy od małej zabawy z ortografią. Będziesz mogła zrobić na mnie wrażenie, ile trudnych słów już znasz.

Mama wyjęła z szafki przybory szkolne.

Hanna podreptała do kuchni i usiadła z podkulonymi nogami na krześle przy dużym stole, który oddzielał kuchnię od salonu.

Mama włożyła ołówek do elektrycznej temperówki i trzymała tak długo, aż jego czubkiem można było wybić oko. Hanna lubiła zawsze ten moment i patrzyła, jak mama ostrzy drugi ołówek. Na koniec podała jej oba i położyła przed nią kartkę papieru.

- Zrobimy tylko kilka, to będzie krótka lekcja. Pierwsze słowo: kocham. Kocham spać. Kocham żółty kolor. Kocham.

Hanna zabrała się do pisania, a mama włożyła podręcznik pod pachę, żeby nie mogła przeczytać odpowiedzi, i poszła z nim do kuchni nalać sobie szklankę wody i połknąć dwie białe tabletki. Połknęła je, gdy wracała do stołu.

- Gotowa? - zapytała i usiadła naprzeciwko niej.

Wyglądała dziwnie, jakoś chwiejnie, i pocierała dłońmi skronie.

Hanna uniosła kartkę, żeby mama zobaczyła, co na niej napisała.

Nienawidzę

- Gratuluję. Ale nie bawimy się teraz w skojarzenia. Chcesz przeliterować "kocham"?

Hanna pokręciła głową. Wiedziała, że kiedy tylko miały razem lekcje, mama starała się zachować maksymalną cierpliwość, bo szkoła była bardzo, bardzo ważna. Tata ciągle to powtarzał, dlatego Hanna dawała z siebie wszystko, żeby tylko usłyszeć jego zachwyty nad jej inteligencją. Ale musiała dać mamie do zrozumienia, co się będzie działo, jeśli wyśle ją do szkoły. Nie powinna była nawet o tym wspominać i teraz tego pożałuje.

- No dobrze, zrobimy inne słowo. To może "lato"? Za kilka miesięcy będzie lato. Każdego lata Hannę odwiedzają Farmor i Farfar.

Ale łatwizna. Hanna napisała coś na kartce i odwróciła ją, żeby pokazać mamie.

Suka

Mama westchnęła i wyglądała, jakby topniała. Ledwo utrzymywała swój wiotki tułów w pionie.

- To nie jest miłe słowo. Chociaż wcale mnie nie dziwi, że je znasz. Czy mogłabyś przeliterować te, o które cię poprosiłam? Im wcześniej skończymy, tym szybciej będziemy się mogły zająć czymś innym.

Hanna wyprostowała plecy, gotowa na następne zadanie.

- Truskawka. Trus-kaw-ka. Jedna truskawka to dla niej za mało.

Hanna zakryła kartkę dłonią, żeby mama nie widziała, co pisze.

- Trochę długo to trwa jak na jedno słowo. Co ty tam wypisujesz?

Hanna zachichotała i pisała dalej. Na koniec zaprezentowała z dumą swoje dzieło.

Chrzanić mamę. Jest słaba i gupia.

Mama zacisnęła zęby, a przy oku zaczęła pulsować jej żyłka.

- Dobra, dosyć tego. Sama sobie pracuj.

Wstała od stołu i zabrała test ortograficzny.

Ale Hanna była gotowa. Szybkim ruchem złapała za kartkę i podarła ją na kawałeczki, które zasypały blat.

- Oczywiście. Trzeba zniszczyć dowody przed przyjściem taty. Hanna, nie mam teraz na to ochoty. Wiem, że nie było ci łatwo u nowego lekarza i w tomografie, ale czy nie wolałabyś, żeby przynajmniej druga połowa dnia przebiegła nam miło?

Zgarnęła ze stołu strzępy papieru.

Przecież było miło. Nawet lepiej: Hanna doskonale się bawiła. A mama jak zwykle musiała stracić cierpliwość. Zła, zła mamusia. Może napisze na nią skargę w dzienniczku i pokaże tacie. Wielka dwója z zachowania. Ale wyglądało na to, że mama nie zamierza się poddawać, bo otworzyła kolejny podręcznik i odwróciła go tak, żeby Hanna mogła przeczytać.

- Na razie ten krótki fragment. O starożytnym Egipcie, piramidach i faraonach, czyli królach i królowych, spodoba ci się. A potem następna strona. Zobacz, będziesz mogła napisać coś hieroglifami. To był ich tajemny język. Możesz napisać tacie sekretną wiadomość. Co tylko chcesz. Na przykład, że uderzyłaś dziś dziecko w sklepie albo że opanowałaś pisownię paskudnych słów. - Mama poszła do kuchni. Wyrzuciła test ortograficzny do kosza, a potem zebrała środki czyszczące i gumowe rękawiczki. - Aha, i pisze się "głupia", nie "gupia". Na pewno nie jestem gupia.

Hanna nie bardzo wiedziała, czy się roześmiać, czy zawyć. Nie lubiła, jak się ją poprawiało. Za to uwielbiała widzieć mamę w jej naturalnym stanie - pełną nienawiści i obrażoną. Gdyby tylko tata ją teraz zobaczył, od razu by zrozumiał, jaka jest sztuczna. Kiedy tylko znajdował się w pobliżu, aż ociekała miłością i ofiarnością. Takiej maskarady nie dało się ciągnąć w nieskończoność. Hannie pozostawało tylko wytrwale próbować, a maska mamy musiała prędzej czy później spaść. Tata wreszcie zobaczy jej prawdziwą twarz i wtedy na pewno wyrzuci mamę z domu.

Czytając fragment o Egipcie, Hanna eksperymentowała z dźwiękami.

- Nija, bija, fija, pła, bła, dła. - Fajny był ten ich francuski ton. - Di di di di di di di di, bła, pła.

Mama posłała jej spojrzenie znad wiadra z wodą i octem.

- Więcej czytania, mniej śpiewania.

- Bi bi bi bi bi bi bi, la la la la la la laaaaaaa! Di di do do di di do di ba baaaaa!

- Jeśli już masz wydawać dźwięki, to może coś powiedz. Tylko mi pokazujesz, że jesteś w stanie mówić.

Hanna zacisnęła wargi i zamrugała. Mama przez chwilę patrzyła na nią złowrogo, ale w końcu wróciła do szorowania już i tak sterylnie czystej kuchni. Co za głupol.

Podobały jej się piramidy, ale nie chciałaby w nich mieszkać, bo nie miały okien. Potem przeczytała, że służyły faraonom za grobowce. Czyli domy umarłych. Dziwne. Grzebano ich razem ze złotem i jedzeniem. Jeszcze dziwniejsze. Jakby martwi nosili biżuterię i odczuwali głód. Przypomniała sobie coś, co kiedyś odkryła w Internecie, korzystając z komputera taty, bo czasem na to pozwalał. W bajkach pełno było duchów i wiedźm, nietypowych ludzi umiejących robić niezwykłe, przerażające rzeczy. Kiedyś na Halloween włożyła czarną sukienkę i szpiczasty kapelusz. Koniecznie chciała zdobyć informację, czy wiedźmy są prawdziwe, więc pewnego dnia rzuciła tacie na kolana pożyczone z biblioteki książki o czarownicach. Nie zrozumiał, o co jej chodzi, i cierpliwie wszystkie na głos przeczytał. Ponieważ nie miał pojęcia, czego chciała się dowiedzieć, musiała sama poszukać w Google'u.

Owszem. Wiedźmy okazały się prawdziwe.

Było ich całe mnóstwo, zwłaszcza w złotej erze. W poszukiwaniu "prawdziwych czarownic" natrafiła na informacje o Matce Shipton i Agnes Sampson. Czytała o młodych dziewczętach palonych na stosie albo wrzucanych do rzeki z kamieniami przywiązanymi do stóp i tonących ku uciesze durnych wieśniaków. Najwyraźniej nikt nie lubił czarownic, ale Hanna nie rozumiała, skąd brała się ta niechęć. Aż chichotała na myśl o wszystkich zabawach, jakie by wymyślała, gdyby przyjaźniła się z wiedźmą. Może dzięki takiej przyjaciółce osiągnęłaby cel, do którego wciąż dążyła: pozbyć się mamy w taki sposób, żeby nigdy nie wróciła. Poczytała jeszcze trochę, dowiedziała się o polowaniach na czarownice i znalazła długą listę wszystkich zabitych wiedźm. Jedna z nich miała piękne imię i nazwisko, które wryło się jej w pamięć. Piękne, francuskie nazwisko z miękkimi zgłoskami, nie jak te wszystkie brzydkie "en" w Hannie Jensen.

Po cichu wypróbowała wargami i językiem słowa "Marie-Anne Dufosset". Pomyślała, że może wypowiadając je wiele razy, przywoła ducha dawno umarłej dziewczyny i się z nią zaprzyjaźni. Razem z Marie-Anne mogłaby wymyślać piosenki i je śpiewać. Marie-Anne mogłaby ją nauczyć zaklęć, słów, których nikt inny by nie rozumiał i od których mamie wybuchłoby serce.

Marie-Anne Dufosset. Marie-Anne Dufosset.

Udało się! Marie-Anne nauczyła ją, jak wprawić struny głosowe we właściwe drżenie.

- Nija nija, nija nija. Bu di bu di baaa! Bła bła bła bła, lu li lu li laaa!

Mama przechyliła głowę i rzuciła jej spojrzenie, którym Hanna nie mogła się nacieszyć. Mówiło: "Poddaję się".

- Niech ci będzie - powiedziała.

Zabrała wiadro i gąbkę i z podniesioną wysoko głową pomaszerowała na górę do swojej sypialni.

Hanna zachichotała. Na dobry początek udało im się sprawić, że mama zniknęła.