3.
Ogrodowa
między pałacem Poznańskiego a cmentarzem była wyłożona kocimi łbami. Latem po ulewie nic dzieciom nie sprawiało większej frajdy niż puszczanie papierowych stateczków; płynęły rynsztokami, które na krótko zamieniały się w rwące potoki, i każdy z domorosłych żeglarzy wierzył, że prędzej czy później znajdą swój port przeznaczenia. W upalne dni spływające ścieki wydzielały fetor. Końskie odchody pachniały inaczej. Wozacy kierujący furami z węglem wybierali Ogrodową z dwóch powodów: skracali sobie drogę ze składu przy Towarowej, a przy pompie na wprost naszego domu urządzali krótki postój. Napełniali blaszane wiadra wodą, konie niespiesznie gasiły pragnienie. Potem podsypywali im obroku, wypalali papierosa i odjeżdżali. Po każdym postoju zostawała kałuża końskiego moczu i parujące kulki łajna, do których zlatywały wróble. Zbiegaliśmy się, żeby oglądać konie wozaków. "Pociągowe" - mówiła Danka Kartaszów. Według mnie nazwa nie w pełni oddawała im sprawiedliwość. Podkreślała siłę, nic nie mówiła o wełnistej grzywie i oczach.
Mirek Graczyk, młodszy ode mnie o rok, mieszkał na pierwszym piętrze, tuż pod naszą "mansardą". Pewnego razu poprawił Dankę:
- Jakie tam pociągowe. Perszerony, tak się nazywają. Widziałem w książce.
"Perszeron" brzmiało dostojniej. Nie miałem powodu przypuszczać, że Mirek mija się z prawdą. Wujek Mirka prowadził obwoźną bibliotekę, po przejściu na emeryturę sprzedał barakowóz; na książki nie było nabywców, więc je zwyczajnie porozdawał i pokaźna część księgozbioru trafiła do rodziców Mirka.
- Perszeron? - Danka się zaśmiała. - Nie ma takich koni! Zmyślasz.
- Nie zmyślam. Mam w domu książkę o koniach.
Danka nie dawała za wygraną.
- Moja mama pracuje w księgarni. Mogę mieć każdą książkę.
- A o tym, skąd się biorą dzieci, też masz?
- Ze zdjęciami. Chcecie zobaczyć?
Popatrzyłem na Mirka, on na mnie. O tym, skąd się biorą dzieci, krążyły po podwórku przeróżne opowieści. Czy warto było jednak nawet dla takiej książki rezygnować z oglądania Kordyckiego i jego bułanej Śliwy? Wozak zapalił właśnie papierosa, zadał kobyle obroku i wiechciami słomy czyścił spocone, parujące na mrozie boki Śliwy.
Słowo się rzekło. Mirek powiedział zaczepnie do Danki:
- To pokaż!
- Nie teraz. Mama trzyma ją na najwyższej półce biblioteczki. Jak będzie okazja, to was przyprowadzę.
Okazja nadarzyła się niebawem. Przed Bożym Narodzeniem Kartaszowie kupili telewizor. Pierwszy odbiornik telewizyjny w całym domu. Wieczorami drzwi ich mieszkania prawie się nie zamykały. Dwa dni przed Nowym Rokiem Kartasz pojechał do brata na wieś. Wrócił nazajutrz, dźwigając dwie torby podróżne z wyrobami wędliniarskimi. W sylwestra Kartaszowie ustawili na środku pokoju rozsuwany stół, pożyczyli krzesła od Bednarczyków z naprzeciwka i sprosili sąsiadów.
Na stole piętrzyły się wianuszki kiełbas i kaszanek, pachniał wiejski chleb i kiszone ogórki. Między dwiema pękatymi karafkami (wódka czysta i kolorowa, do wyboru) uwijał się drobny pan domu, Marian Kartasz.
W porze dziennika telewizyjnego zajrzeli Policcy z pierwszego piętra.
- Ja za wódkę dziękuję! - Irena Policka pokręciła ondulowaną głową.
Kartasz napełnił kieliszek i podsunął Polickiemu.
- Panie Zygmuncie, oby nam się w tym nowym roku...
Policka nakryła kieliszek męża upierścienioną dłonią.
- Ale tylko ten jeden! - Otuliła kościste ramiona szalem z czarnego moheru. - Osoba na jego stanowisku...
- Za pomyślność! - Policki, zastępca kierownika dzielnicowej centrali "Społem" i członek partii robotniczej, wypił wódkę. Na obwisłych policzkach wykwitły rumieńce. - A tego towarzysza, proszę towarzyszy, to ja znam. - Pokazywał ekran telewizora. - Takich ludzi dzisiaj nam trzeba.
- Towarzyszu Kartasz - podchwyciła złośliwie pani Graczyk, mrugając do ojca Danki - jeszcze po jednym.
- Tereniu! - Mąż próbował ją powstrzymać. Graczykowa nie dała się uciszyć:
- Nie ma to jak wiejski samogon. Panie Policki, nie wypije pan za rozwój prywatnej inicjatywy?
- Na nas chyba pora. - Policki wycofał się do drzwi, po drodze dopinając guziki marynarki.
- Mały ten telewizor. - Policka zacisnęła wargi. - Jak kupować, to coś porządnego.
Ledwo Policcy znaleźli się za drzwiami, odezwała się moja mama:
- Pani Tereniu, nie wolno tak...
- A co on mi może!
- Jednak trzeba uważać. Takie czasy.
- Takie czasy - zawtórował mamie Bednarczyk.
- Ona zawsze taka! - Graczyk patrzył na żonę z wyrzutem.
- Gęby mi nie zamkną. Robota w fabryce to taki cymes? Jak mnie wyrzucą, to mogę choćby zamiatać ulice.
Siedzieliśmy w trójkę na dywanie przed ekranem telewizora: Danka, Mirek i ja. Patrzyłem na Zofię Bodler. Obracała obrączkę na palcu lewej ręki - jak zawsze, kiedy zaczynała się denerwować.
- Ja bym się bała - przyznała cicho.
- A czego tu żałować? - Graczykowa uśmiechnęła się. - Że najlepsze lata marnuje pani w farbiarni? Że zdrowie sobie pani rujnuje?
Mama przekrzywiła głowę, jakby nadstawiała drugi policzek.
- Dobrze pani mówić. - Wzdycha, a ja chciałbym zapaść się pod ziemię. Wiele bym dał, by choć raz wykazała się stanowczością. - Jakby co, to na was dwoje mąż zapracuje. A ja czym dziecko nakarmię?
- Będzie dobrze, pani Zofio - przerwał jej Kartasz. - Słyszała pani, co mówił ten w dzienniku? Wszystko zmierza ku lepszemu.
- To na pewno on? - Bednarczykowa skrzywiła się. - Jakoś inaczej wygląda niż w gazecie.
- Też pani opowiada!
- Bo ten ekran rzeczywiście jakby ciut przymały. Jak oni tam się wszyscy mieszczą?
Bednarczyk cierpliwie wyjaśniał:
- Kobieto, to wszystko działa na zasadzie fal. Są fale akustyczne i fale wizualne. Jedna maszyna zbiera fale i wysyła, druga je odbiera i przetwarza. A w radiu, w jednej niedużej skrzynce, też się pochowały gadające ludziki?
- Zwariować można! - Bednarczykowa machnęła ręką. - Jak Bóg stwarzał świat, to żadne akustyki nie były Mu w głowie. Gdyby były potrzebne, to pierwszy by pomyślał.
W telewizji rozpoczął się program rozrywkowy. Smętna wychudła damulka śpiewała o miłości i jesieni.
- Trochę racji to pani ma - mówił Kartasz do Bednarczykowej - chociaż nie do końca. Postęp. To słowo wiele tłumaczy.
- Ona by chciała, żeby do końca świata jeździć wozami drabiniastymi - podchwycił Bednarczyk. - Ludzkość pragnie czegoś więcej.
- Mnie radio wystarcza. Tylko żeby tej muzyki dla dzikich nie puszczali.
- Też stary jestem, ale patrzę w przyszłość. Młodzi mają swoje prawa.
- A telewizor - włączyła się pani Graczyk - to dla dziecka pierwszorzędna pomoc.
Kartaszowa wniosła półmisek z parującą kiełbasą. Pani Graczyk wstała, żeby zrobić miejsce na stole. Bednarczyk jej się przyglądał.
- Coś się pani Terenia zaokrągliła! Ha, rumieni się! Czyli mam rację. Kiedy rozwiązanie?
- W maju.
- A to wiadomość! - Kartasz biegnie do kuchni i wraca z butelką wina. - Węgierskie. Trzeba to uczcić.
- Ja tylko kropelkę - poprosiła pani Graczyk.
- Chłopiec czy dziewczynka? - zainteresował się Bednarczyk.
- Co Bóg da.
- Pewnie - podchwyciła Zofia Bodler - wszystko z Jego wyroków.
- Na moje oko, dziewczynka - zawyrokował Bednarczyk.
Danka trąciła Mirka.
- Słyszałeś? Będziesz miał siostrę.
Chłopak dostał wypieków na twarzy.
- No to co?
- To znaczy, że oni to robili. Robili to, rozumiesz?
W tym momencie nadeszli Sarneccy z Halinką. Sarnecka ma cięty język. Chodzi skwaszona, jakby w jej żyłach zamiast krwi płynęła żółć. Sarneccy wychowują wnuczkę, bo rodzona mama Halinki wyszła ponownie za mąż i nie chciała sobie wiązać rąk. Halinka jest w moim wieku, ale trzyma się na uboczu. Podobno jest bardzo ładna. "Piękna jak Żydóweczka" - wyrwało się nieopatrznie Kartaszowi, kiedy Sarnecka - działo się to wkrótce po sprowadzeniu dziewczynki od matki - wystroiła wnuczkę w białą sukienkę do sypania kwiatków w Boże Ciało. Kartasz do wieczora nie wychylił nosa z domu. Sarnecka długo pamiętała mu tę "Żydóweczkę". Pewnego dnia przydybała go na ulicy: "Ja to się panu dziwię. Gnieździć się z rodziną w takiej ruderze, bez gazu i bieżącej wody?". "Skąd wziąć pieniądze? Na wsi nawet takich wygód nie mieliśmy". "Co mi pan za bujdy opowiada? Pańska rodzina miała przed wojną czteropiętrową kamienicę na Bałutach. Pański dziadek prowadził skład towarów bławatnych. Chajm Mordasewicz, bogate, chytre żydzisko! Nie ma co zaprzeczać. Przeszłości i nosa pan się nie wyprzesz".
Wszyscy byliśmy w strachu, czy stara ulęgałka nie wytnie nam w sylwestra jakiegoś numeru. Tymczasem Sarnecki wyciąga z kieszeni butelkę.
- Domowa. Samo zdrowie.
Danka trąciła mnie łokciem.
- Chodźcie, pokażę wam.
- Co?
- Tę książkę, co kiedyś mówiłam.
- Teraz? Wszyscy patrzą.
- Gapią się w telewizor. Chyba że się boicie?
- Ja się nie boję - wypalił Mirek.
- Ani ja.
Poszliśmy do kuchni, Danka otworzyła dużą trzydrzwiową szafę i weszła pierwsza. Kiedy wsunęliśmy się za nią i zamknęła drzwi, zrobiło się ciemno. Siedzieliśmy w kucki, prawie dotykając się głowami.
- Gdzie ta książka? - spytał Mirek.
- Trzymaj. Schowałam rano, jak nikt nie widział.
Usłyszałem, jak Mirek pyta:
- Ale jak mamy coś zobaczyć? Zapal chociaż latarkę.
- Zapomniałam!
- Aleś ty głupia! - Odetchnąłem z ulgą, że tak to się skończyło.
- Tak to jest zadawać się z dziewczynami! - syknął Mirek z ciemnego kąta.
- Phi! Pokażę wam coś lepszego.
Raptem drzwi szafy otworzyły się i w prześwicie ukazała się głowa ojca Danki. Mrużąc oczy, szerzej otworzył drzwi.
- Są tutaj - zawołał w głąb pokoju. - Bawią się w chowanego. - Zdjął z wieszaka zimowy płaszcz. - Ubierzcie się ciepło - zapowiedział naszej trójce. - Zaraz północ. Wyjdziemy przed dom zapalić zimne ognie.
Jezdnię i chodniki pokrył świeży śnieg. Paliły się prawie wszystkie latarnie. Nigdzie żywej duszy. Od strony pałacu Poznańskiego dobiegały dźwięki muzyki. Na niebie rozbłysły fajerwerki. Dołączyli do nas Bednarczyk z Sarneckim.
- No to mamy rok sześćdziesiąty trzeci - obwieścił Kartasz uroczyście. - Do siego!
Bednarczyk i Sarnecki podstawili kieliszki. Kartasz rozlał i wypili, odchylając energicznie głowy.
- Dawniej ludzie całą gromadą wychodzili na ulicę. Teraz każdy zaszywa się w mieszkaniu - pożalił się Bednarczyk.
- Dobrobyt, sąsiedzie - przemówił łagodnie Sarnecki. - Bawią się przy telewizorze albo radiu.
- Czyli wychodzi na to, że teraz jest lepiej - orzekł Kartasz. - Mamy dobrobyt.
- Chyba tak - przystał Sarnecki.
Zapaliliśmy zimne ognie. Ogrodowa nigdy jeszcze nie wyglądała równie kolorowo.
- Spadająca gwiazda! - zawołała Danka. Spojrzeliśmy w niebo. Nie zobaczyłem żadnej spadającej gwiazdy.
- Trzeba szybko pomyśleć życzenie - przypomniał Sarnecki. - Inaczej ktoś z nas kolejnego roku nie doczeka.
- Może to nie gwiazda? - sarknął Bednarczyk. - Tyle teraz na niebie sputników. A jeśli to ruski sputnik?
- Boże uchowaj! - Sarnecki miał przerażoną minę. - Chyba nie chce pan wykrakać upadku Związku Radzieckiego? Przecież z tego byłaby nowa wojna!
- Byłaby wojna jak nic - przytaknął ojciec Danki.
Wszyscy trzej popatrzyli na nas dziwnie. Potem Kartasz bez pytania napełnił kieliszki. Wypili i wróciliśmy do domu.
*
Wojna nie wybuchła, za to w marcu umarł pan Bednarczyk. Od połowy lutego nie wstawał z łóżka. Miał raka i od dawna chorował. "Myślał, że jak zimę przetrwa, to jeszcze pożyje" - powtarzała Bednarczykowa, jakby takie gadanie mogło coś zmienić. Zima minęła, przyszła wiosna, a Bednarczyk w ostatnią sobotę marca wyzionął ducha.
Staliśmy na podwórku: Mirek, Danka i ja. Nawet nam podwórko przy Ogrodowej 40 wydawało się ciasne. Z lewej i prawej strony zamykały je ściany sąsiednich domów. Równolegle do tyłu budynku biegła niska betonowa przybudówka mieszcząca mikroskopijne piwnice, do piwnic przylegał parkan, za parkanem zaczynała się porosła dzikim zielskiem ziemia niczyja. Cztery bzy, górujące nad podwójnym drewnianym wychodkiem, który na wiosnę odświeżano ciemnożółtą farbą, przylegały do ogródka Bednarczyka. Stary ogrodził niskim płotkiem wąski pas podwórka, ciągnący się pod oknami zakładu ślusarskiego aż do pralni. Hodował irysy, bratki i inne kwiaty, których nazw nie sililiśmy się zapamiętać.
- To już nie będzie nas przeganiał z ogródka? - spytałem, patrząc na kikuty roślin, spomiędzy których tu i ówdzie wyłaniały się z ziemi świeże pędy.
- A co myśłałeś? - Danka zrobiła przemądrzałą minę. - Jak się umiera, to na amen.
- Zakopią go w ziemi, na pewno nie wstanie - dorzucił Mirek.
Pomyślałem chwilę.
- Chciałbym go zobaczyć.
Weszliśmy do ciemnej sieni i zakradliśmy się pod drzwi Bednarczyków. Mirek zajrzał przez dziurkę od klucza.
- Nic nie widać.
Czułem na sobie wzrok obojga i zrozumiałem, że się nie wywinę. Nacisnąłem klamkę - drzwi ustąpiły. Bednarczykowa siedziała w kuchni, plecami do wejścia. Smarowała nogi cuchnącą mazią i śpiewała Kiedy ranne wstają zorze. Na piecu stał garnek z podskakującą pokrywką. Na palcach przeszedłem do pokoju. Pan Bednarczyk leżał w trumnie opartej na czterech krzesłach. Zasłony w oknach były zaciągnięte, półmrok rozświetlały cztery gromnice. Bednarczyk miał na sobie czarny garnitur i czarne półbuty wyglansowane do połysku. Wyglądał szykownie. Policzki mu się różowiły, jakby dopiero co wstał sprzed nagrzanego pieca. Kiedy wyciągnąłem rękę, żeby go dotknąć, owiał mnie chłód. Wycofałem się do kuchni. Bednarczykowa wciąż wcierała maść w poczerniałe kostki stóp. Wymknąłem się na korytarz. Mirek z Danką przykucnęli pod drzwiami mieszkania Danki. Poszli za mną na podwórko. Świeciło wiosenne słońce.
- Cały zimny - oznajmiłem.
- Czyli naprawdę nie żyje - skwitował Mirek.
- Wdowa może urządzić prawdziwy pogrzeb. U mnie w rodzinie nikt jeszcze nie umarł - pożaliła się Danka.
- U mnie też nie - zawtórował jej Mirek.
Grzałem się w jeszcze świeżych promieniach sławy.
- A ja nie mam ojca! - odezwałem się tonem przechwałki.
- Głupiś! - Danka stuknęła się w czoło. - Nie mieszka z wami, bo się rozwiódł z twoją mamą. A to nie to samo.
- Właśnie - przytaknął Mirek - rozwiedli się. Bo twój tata to pijak.
- Nieprawda!
- Pijak i złodziej!
Rzuciłem się na niego. Tarzaliśmy się po wilgotnej marcowej ziemi, aż przyszła mama Mirka, zaalarmowana przez Dankę. Przybiegła Sarnecka i podniosła krzyk. Na podwórko wypadł ślusarz Mycielski, za nim jego pomocnik Arek Struzik. Wreszcie hałas ściągnął Zofię Bodler.
- Bandyta! - wrzeszczała Sarnecka. - Na młodszego się rzucać!
Mama Mirka próbowała ją uspokoić.
- Nic się nie stało. To przecież dzieci.
Pięść Sarneckiej trzęsła się nad moją głową.
- Zła krew prędzej czy później wypłynie! - grzmiała.
To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.