Poczuj mnie. Zobacz mnie. Usłysz mnie. Wyciągnij rękę
Niszowe portale randkowe są bardzo interesujące. Masz do dyspozycji Jdate (portal dla żydowskich singli), Christian Mingle (dla chrześcijan), Black People Meet (dla Afroamerykanów) albo dowolną liczbę stron randkowych otwarcie pomyślanych dla podobieństw, żeby mogły się przyciągnąć. W zależności od tego, jakie masz kryteria, możesz znaleźć osoby wyglądające jak ty, podzielające twoją wiarę albo lubiące uprawiać seks w kostiumach futrzaków. W świecie internetu nikt nie jest sam lub sama ze swoimi zainteresowaniami. Kiedy wchodzisz na niszowe portale randkowe, możesz liczyć na to, że masz do czynienia z czymś, co jest już sprawdzone. Możesz mieć nadzieję, że w miłości online lingua franca sprawi, że wszystko stanie się możliwe.
Stale zastanawiam się nad kontaktami, samotnością, wspólnotą i przynależnością i często, może nawet za często, nad tym, na ile moje pisanie świadczy, że pracuję na przecięciu tych zjawisk. Tak wiele razy wyciągamy ręce w nadziei, że ktoś tam daleko złapie nas i przypomni nam, że nie jesteśmy aż tak samotne i samotni, jak się obawiamy.
Wciąż i wciąż opowiadam mniej więcej tę samą historię, ponieważ ogromny wpływ wywarły na mnie określone doświadczenia. Czasem mam nadzieję, że powtarzając te same opowieści, zdołam lepiej zrozumieć, jak działa świat.
Nie dość, że nie randkowałam zbyt intensywnie online, to nigdy tak naprawdę nie spotykałam się z osobą, z którą dużo by mnie łączyło. Uważam, że to wina mojego znaku zodiaku. Po pewnym czasie zwykle w końcu znajduję w moich związkach wspólną przestrzeń, ale osoby, z którymi zazwyczaj się spotykam, bardzo często znacznie się ode mnie różnią. Ostatnio przyjaciółka stwierdziła, że spotykam się tylko z białymi chłopakami, i oskarżyła mnie o bycie... Nie jestem do końca pewna czym. Ona mieszka w dużym mieście i różnorodność, która ją otacza, uważa za coś oczywistego. W odwecie opowiedziałam, jak w college'u spotykałam się z Chińczykiem. Powiedziałam jej, że randkuję z chłopakami, którzy zapraszają mnie na randki. Gdyby zaprosił mnie któryś z Braci, a ja byłabym nim zainteresowana, z radością poszłabym na taką randkę. Tylko że Bracia jakoś do mnie nie lgną, chyba że tacy, którzy dobiegają już siedemdziesiątki, a ja raczej nie próbuję z geriatrykami. Poza tym chyba ciągnie mnie do libertarian. Serio, nigdy nie mam dość ich samych i tego ich skrajnego pragnienia wolności od tyranii i podatków. Nie potrafię sobie wyobrazić, jak by to było spotykać się z osobą, z którą od początku miałabym wiele wspólnego. Nie chcę przez to powiedzieć, że wiele łączyłoby mnie z kimś tylko dlatego, że oboje jesteśmy czarni albo oboje jesteśmy demokratami, albo oboje zajmujemy się pisaniem. Nie mam pojęcia, czy w ogóle istnieje ktoś taki, z kim by mnie dużo łączyło, zwłaszcza pod tymi względami, które liczą się na portalach internetowych, tam, gdzie wpisujesz podstawowe cechy i preferencje i w jakiś sposób udaje ci się znaleźć parę. Nigdy nawet nie próbowałam i nie uważam, żeby to było coś złego. Uwielbiam być z osobą, która jest nieskończenie interesująca właśnie dlatego, że tak bardzo się różnimy. W pragnieniu spotkania innych ludzi albo innej osoby, z którą tworzy się nową całość, nie chodzi o znalezienie lustrzanego obrazu siebie.
BET[2] nie należy do kanałów, które oglądam regularnie, ponieważ jestem głęboko oddana Lifetime Movie Network i programom typu reality show z mniejszych telewizji kablowych. Poza tym tandetność programów BET ociera się o parodię, a biorąc pod uwagę, że obejrzałam dwa odcinki Amsale Girls na WE[3], wypada uznać, że mam wyjątkowo wysoką tolerancję na tandetną telewizję. Szkoda, że czarni nieustająco muszą zaniżać swoje oczekiwania, jeśli idzie o przyzwoitej jakości telewizję. Szkoda, że oprócz BET istnieje tak niewiele opcji. Kanały telewizyjne proponują nam oceany otępiającej bieli - poza serialami produkowanymi przez Shondę Rhimes (Chirurdzy, Prywatna praktyka, Skandal), która obsadzając swoje produkcje, świadomie stara się uwzględniać kolor skóry, płeć i, w mniejszym stopniu, seksualność. Poza tym czarni - a tak naprawdę wszystkie osoby kolorowe - mają okazję oglądać siebie jedynie w rolach prawników, pyskatych przyjaciółek i oczywiście służących. Nawet kiedy nowa produkcja zdaje się obiecywać jakiś przełom, jak Dziewczyny Leny Dunham - zrealizowany przez HBO serial rozgrywający się na Brooklynie w Nowym Jorku, w którym śledzimy życie czterech dwudziestoparoletnich przyjaciółek - nadal zmuszone jesteśmy łykać to samo, w jeszcze większych dawkach: generalne wymazanie lub niewiedzę dotyczącą złożonej kwestii koloru skóry.
Jeśli chodzi o BET, nie należy mieć żadnych oczekiwań, chyba że nadają tam powtórki Przyjaciółek, serialu karygodnie niedocenionego. Dużo czasu zajęło mi polubienie Przyjaciółek, ale ostatecznie w tym serialu o coś chodzi, a nigdy nie zyskał takiego uznania, na jakie zasługiwał. Przynajmniej od czasu do czasu mogę mieć poczucie, że patrzę na osoby, które wyglądają tak jak ja. Skóra w brązowym odcieniu jest piękna, a poza tym lubię oglądać historie różnego rodzaju. Problem polega na tym, że w BET widzę osoby, które wyglądają jak ja, ale na tym podobieństwa się kończą. Po części dlatego, że mam już prawie czterdziestkę. W kategoriach wiekowych BET jestem próchnem. Nieważne, jak bardzo siedzę w popkulturze, są rzeczy, o których nie mam pojęcia. Geografia i mój zawód nie pomagają. Kiedy zaczynałam pisać ten tekst, na BET emitowano reality show Toya. Zwróciłam na niego uwagę, kiedy przeglądałam kanały telewizyjne, ale się do niego nie zabrałam. Był taki moment, że obejrzałam kilka odcinków i nie byłam w stanie załapać, co właściwie oglądam. Na jakich założeniach opiera się ten program? Skonsultowałam się z doktorem Google'em i dowiedziałam się, że Toya to była żona Lil Wayne'a, ale to wszystko. Nie śpiewa w chórkach, nie pojawia się skąpo odziana w raperskich klipach, przynajmniej z tego, co mi wiadomo. Próg sławy obniża się coraz szybciej.
Obejrzałam tych kilka odcinków Toyi i nie było w nich nic, co mogłabym odnieść do siebie, może poza troską o rodzinę. Miałam niejasne odczucie, że Toya troszczy się o swoją rodzinę i stara się pomóc bliskim wrócić na dobrą drogę, ale było to zdecydowanie niejasne, ponieważ w programie przede wszystkim ma się do czynienia z ludźmi, którzy mówią o nudnych rzeczach. W czasie trwania programu Toya spotykała się z kimś o imieniu Memphitz (obecnie są małżeństwem), który oglądał obłędne diamentowe pierścionki. Czy to raper? Jak ci ludzie zarabiają na życie? Alimenty od Lil Wayne'a nie mogą być aż tak dobre. Marzy mi się, żeby BET postarało się reprezentować pełne spektrum doświadczeń czarnych w sposób bardziej zrównoważony. Jeśli oglądasz BET, możesz odnieść wrażenie, że dla czarnych jedynymi drogami do sukcesu są sport zawodowy, muzyka albo poślubienie / bzykanie / bycie mamusią dziecka kogoś, kto jest sportowcem lub muzykiem.
Raz na jakiś czas miło byłoby pooglądać przykład czarnego sukcesu obejmujący inne pola zawodowe. W większości programów telewizyjnych to białe postacie zapewniają widowni cały wachlarz realistycznych propozycji na "Kim chcę zostać, kiedy dorosnę". Oczywiście są wyjątki. Laurence Fishburne grał główną rolę w CSI przez jeden czy dwa sezony. Za dawnych dobrych czasów Blair Underwood grał prawnika w L. A. Law. No i są także wspomniane już seriale powstające pod kierownictwem Shondy Rhimes. Podejrzewam, że za tym wszystkim kryje się przekonanie, że osoba nie-biała jako prawniczka albo lekarka, albo pisarka, albo, do diabła, muzyczka jazzowa, albo nauczycielka, albo profesorka, albo pracowniczka poczty, albo kelnerka nie byłaby aż tak interesująca dla dzieciaków, skoro to, co się obecnie oferuje, ma tak niezaprzeczalny urok. A jednak. W pewnym momencie musimy przestać sprzedawać każdemu czarnemu dziecku w tym kraju pomysł, że on lub ona, aby coś osiągnąć, musi jedynie złapać za piłkę albo za mikrofon. Bill Cosby jest ostatnio nieco odjechany, ale wie, o czym mówi, i jest taki, bo toczył tę walkę przez całe swoje cholerne życie[4]. BET mnie irytuje, ponieważ stanowi bolesne przypomnienie, że może cię coś łączyć z pewnymi ludźmi, a mimo wszystko możesz nie czuć, że masz z nimi cokolwiek wspólnego. Lubię różnice, ale chcę od czasu do czasu zobaczyć okruch siebie w innych.
Na studiach doktoranckich byłam doradczynią stowarzyszenia czarnych studentów i studentek. Obecność czarnych wśród kadry na kampusie była raczej niezauważalna (dałoby się nas policzyć na palcach jednej ręki), przy czym wszystkie te osoby były albo zbyt zajęte, albo wypalone, albo całkowicie niezainteresowane tego rodzaju pracą. Po czterech latach zrozumiałam. Im jestem starsza, tym więcej rzeczy rozumiem. Doradzanie stowarzyszeniu czarnych studentów i studentek jest wyczerpujące, niewdzięczne i łamie ci serce. Po jakimś czasie niszczy twoją wiarę. Kilka lat później, kiedy na kampusie pojawiła się nowa czarna profesorka, spytałam ją, dlaczego nie pracowała z czarnymi studentami i studentkami. "To nie moje zadanie", odpowiedziała. Powiedziała też: "nie da się do nich dotrzeć". Nie cierpię, kiedy ludzie mówią, że coś nie jest ich zadaniem albo że coś jest niemożliwe. Jasne, każdy i każda z nas z pewnością mówi takie rzeczy, ale niektórzy naprawdę uważają, że nie muszą robić nic poza tym, co zostało zapisane w ich przydziale obowiązków, albo że nie muszą starać się dotrzeć do tych, do których pozornie dotrzeć się nie da.
Etykę pracy zawdzięczam mojemu niezmordowanemu ojcu. Jeśli chodzi o pokazywanie młodym czarnym studentom i studentkom, że istnieją wśród nauczycieli osoby, które wyglądają tak jak oni, jeśli chodzi o mentoring i bycie do dyspozycji, aby służyć studentkom i studentom wsparciem, uważam, że to zadanie dla wszystkich (niezależnie od pochodzenia), a jeśli jako czarna akademiczka w to nie wierzysz, powinnaś zastanowić się nad sobą, a potem zastanowić się jeszcze raz, głębiej, aż zrobisz sobie w głowie porządek.
Kiedy byłam doradczynią, czarni studenci i studentki chyba mnie szanowali, ale przez większość czasu tak naprawdę mnie nie lubili. Rozumiem to. Trzeba się do mnie przyzwyczaić. Na ogół uważali, że jestem snobką. Wiele osób używało wobec mnie określenia "kawa z mlekiem" i podśmiewało się, kiedy się irytowałam. Uważano też, że sposób, w jaki używam slangu, jest przezabawny, ponieważ zaokrąglam samogłoski. "Powiedz jeszcze raz "holla"", proszono mnie, no więc mówiłam, ponieważ jest to jedno z moich ulubionych słów, nawet jeśli według dzieciaków wymawiam je źle. Robię to jakby śpiewnie. Dzieciaki uwielbiały szczególnie to, jak mówiłam "gangsta". Dokuczanie mi nie przeszkadzało. Przeszkadzało mi to, że uważały, że oczekuję od nich zbyt wiele w sytuacji, w której "zbyt wiele" oznaczało jakiekolwiek oczekiwania.
Tak, byłam wymagającą suką i czasem prawdopodobnie to nie było rozsądne. Oczekiwałam doskonałości. To mam po matce.
Oczekiwałam na przykład, że osoby pełniące jakieś funkcje w stowarzyszeniu będą pojawiać się na zebraniach i że one oraz pozostali członkowie i członkinie będą pojawiać się na walnych zgromadzeniach przynajmniej pięć minut przed czasem, ponieważ być przed czasem to być na czas; upierałam się, że jeśli studenci i studentki umówili się, że wykonają konkretne zadanie, to mają to zrobić, upierałam się, że mają odrabiać prace domowe, upierałam się, że mają prosić o pomoc i o tutoring, kiedy potrzebują tego rodzaju wsparcia, upierałam się, że musimy przestać myśleć, że trója to całkiem dobra ocena, upierałam się, że mają traktować naukę poważnie, przestać widzieć wszędzie teorie spiskowe, a także że nie każdy nauczyciel lub nauczycielka robiący coś, co im się nie podoba, musi być rasistą.
Wiele z tych dzieciaków, jak się szybko zorientowałam, nie do końca umiało czytać albo nie wiedziało, na czym polega bycie studentem czy studentką. Dyskutując o kwestiach społecznych na akademii czy nawet w kręgach intelektualnych, bardzo dużo mówimy o przywileju i o tym, że wszyscy i wszystkie mamy przywileje i musimy mieć tego świadomość. Zawsze wiedziałam, że jestem na wiele sposobów uprzywilejowana, jednak przede wszystkim praca z tymi studentami i studentkami, w większości pochodzącymi z centrum Detroit, uświadomiła mi skalę mojego przywileju. Ilekroć ktoś zaczyna mi zarzucać, że nie uznaję swojego przywileju, mam ochotę odpowiedzieć tylko: "weź się odwal". Myślisz, że nie wiem? Jestem totalnie świadoma przywilejów. Założenie, że mogłabym być zadowolona z istniejącego stanu rzeczy, skoro mnie akurat nie dotyka aż tak bardzo, jest wstrętne.
Te dzieciaki nie radziły sobie z czytaniem, więc dawałam im słowniki, a ponieważ wstydziły się omawiać problem piśmienności na spotkaniach, łapały mnie na kampusie albo w moim biurze i szeptały: "potrzebuję pomocy w czytaniu". Wcześniej nigdy nie przyszło mi do głowy, że w tym kraju możliwe jest, żeby dziecko skończyło szkołę i dostało się do college'u, nie umiejąc czytać na poziomie niezbędnym do studiowania. Nie ma wątpliwości, że powinnam się wstydzić swojej ignorancji, jeśli chodzi o radykalne nierówności w tym, jak kształci się dzieci. Wstydzę się. Na studiach doktoranckich poza salą wykładową nauczyłam się więcej, niż kiedykolwiek mogłabym się nauczyć, siedząc przy stole i rozprawiając o teoretycznych koncepcjach. Dowiedziałam się, jaką jestem ignorantką. Wciąż staram się to naprawić.
W kontakcie jeden na jeden studentka czy student lepiej sobie ze mną radzili. Zdecydowanie bardziej się otwierali. Nie miałam pojęcia, co robić. Jak się uczy kogoś czytać? Systematycznie konsultowałam się z doktorem Google'em. Kupiłam książkę zawierającą podstawowe zadania gramatyczne. Czasami po prostu czytaliśmy ich prace domowe słowo po słowie, a jeśli się okazywało, że jakiegoś słowa nie znają, kazałam im je zapisywać, wyszukiwać w słowniku i przepisywać jego definicję, ponieważ tak właśnie uczyła mnie moja matka. Mam matkę, która codziennie, kiedy wracałam ze szkoły, była w domu i która siedziała ze mną dzień po dniu i rok po roku - póki nie wyjechałam do liceum z internatem - pomagając mi w pracy domowej, zachęcając mnie i bez wątpienia popychając ku doskonałości. W moim życiu były rzeczy, których moja matka nie była w stanie dostrzec, jednak w kwestii mojego wykształcenia i tego, żeby zrobić ze mnie porządną, dobrze wychowaną osobę, była pod każdym względem bezbłędna.
Czasami miałam dość tego, że mam tyle pracy domowej. Moi amerykańscy koledzy i koleżanki z klasy nie musieli zajmować się tymi wszystkimi rzeczami, którymi ja się zajmowałam. Nie rozumiałam, czemu moja mama, czemu w gruncie rzeczy oboje moi rodzice byli tak zdeterminowani, żebyśmy robili użytek ze swoich mózgów. W naszym domu odczuwało się poważną presję. Poważną. Byłam naprawdę zestresowanym dzieciakiem, przy czym sama też wymagałam od siebie bardzo wiele, nawet jeśli nie aż tyle, ile wymagano ode mnie. Podobało mi się bycie najlepszą i to, że rodzice są ze mnie dumni. Cieszyłam się poczuciem kontroli, które zyskiwałam dzięki temu, że dobrze radziłam sobie w szkole, zwłaszcza kiedy pewne inne aspekty mojego życia rozpaczliwie mi się spod kontroli wymykały. Oczekiwano ode mnie samych celujących ocen. Przynoszenie niższych nie wchodziło w grę, więc miałam same celujące. Typowa opowieść o dziecku imigrantów, w sumie raczej nieciekawa. Kiedy pracowałam z dzieciakami na studiach, zrozumiałam, czemu rodzice wskazywali nam, że mamy pracować trzy razy ciężej niż białe dzieciaki, jeśli chcemy zyskać chociaż połowę tego samego uznania. Nie nasycili swojego przesłania goryczą. Chronili nas.
Pod koniec naszych sesji student czy studentka, z którym akurat pracowałam, mówili zazwyczaj: "Nie mów nikomu, że przyszłam z tym do ciebie". Nie chodziło na ogół o to, że było im wstyd, że potrzebują pomocy. Było im wstyd, że ktoś może zobaczyć, że wkładają wysiłek w swoją edukację, że im zależy. Czasem otwierali się i opowiadali o swoim życiu. Wiele z tych dzieciaków nie miało rodziców, którzy przygotowywaliby lub mogli przygotowywać je do świata tak, jak robili to moi. Wiele osób, z którymi pracowałam, było najstarszymi z rodzeństwa i pierwszymi w rodzinie, które poszły do college'u. Pewien chłopak był najstarszy z dziewięciorga rodzeństwa. Jedna dziewczyna była najstarsza z siedmiorga. Było wiele przypadków nieobecnych ojców, odsiadujących wyroki matek, ojców, kuzynów, ciotek i rodzeństwa. Był alkoholizm, inne uzależnienia, przemoc. Byli rodzice, którzy wściekali się o to, że dzieci dostały się do college'u, i próbowali je sabotować. Byli studenci i studentki, którzy swoje czeki refundujące pożyczkę studencką wysyłali do domu, żeby wspierać rodzinę, i przez cały semestr musieli obywać się bez podręczników i bez pieniędzy na jedzenie, bo w domu były gęby do wykarmienia. Zdarzali się też studenci i studentki, którzy mieli wspaniałego rodzica albo rodziców, wspierające rodziny, nie znali nędzy, pojawiali się doskonale przygotowani na doświadczenie, jakim jest college, albo w każdym razie wiedzący, co trzeba zrobić, żeby nadążyć. Często zastanawiam się nad niebezpieczeństwem jednej historii, o którym mówiła Chimamanda Adichie w swoim TED Talk, czasem jednak naprawdę się zdarza, że jakaś jednostkowa opowieść rozdziera mi serce.
Pod koniec ostatniego roku studiów doktoranckich, biorąc pod uwagę też wszystko to, z czym zmagałam się prywatnie, byłam kompletnie wypalona i nie miałam nic do zaoferowania. Zdecydowanie zbyt często studenci i studentki po prostu mieli wywalone, i ja też. Nie jestem z tego dumna, ale naprawdę w moim życiu sporo się wtedy działo. Powtarzam to sobie. Studenci i studentki nie pojawiali się na spotkaniach stowarzyszenia. W wydarzeniach klubowych uczestniczyli na odwal się, nie zajmowali się ich promocją, partaczyli je, a mnie już brakowało energii, żeby rzucać gniewne spojrzenia, wrzeszczeć, pchać, szturchać i walczyć, żeby im się chciało. Skoro po czterech latach niczego się nie nauczyli, to znaczy, że zawiodłam i niewiele mogłam zrobić, żeby to naprawić. Oczywiście oni i one zachowywali się po prostu jak studenci i oczywiście było to wkurzające. Kiedy skończył się ostatni semestr, czułam ulgę. Miałam tęsknić za studentami i studentkami, ponieważ, żeby było jasne, z pracą z nimi wiązała się masa radości - ich błyskotliwość, to, że byli zabawnymi, czarującymi, trochę walniętymi, dobrymi dzieciakami. No ale potrzebowałam przerwy, i to bardzo, bardzo długiej.
Kobieta, która zrekrutowała mnie na studia doktoranckie, pracowała z czarnymi studentami i studentkami przez jakieś dwadzieścia lat. Kiedy odchodziła na emeryturę, była tak wypalona, że nie mogła już nawet o nich opowiadać, tak bardzo przytłaczała ją frustracja wywołana tym, że te dzieciaki nie były gotowe się zmienić, tym jak bardzo były pokrzywdzone, ich brakiem wiary, że istnieje inna, lepsza droga, administracją i jej gównianymi staraniami dokonania realnej zmiany, wszystkim tym naraz. Rozumiałam jej wypalenie. Mnie dotarcie do tego punktu zajęło zaledwie cztery lata. No ale. Na zakończenie roku odbywał się bankiet, podczas którego studenci i studentki zrobili mi niespodziankę. Dali mi pamiątkową tabliczkę i przeczytali piękną mowę o tym, że byłam wcieleniem uczciwości i życzliwości. Dziękowali mi za to, że dostrzegłam w nich talenty i moc wymykające się ocenie. Powiedzieli, że stałam po ich stronie nawet, kiedy nie mieli racji, i że byłam dla nich jak rodzina, co całkiem nieźle wyjaśniało nasze relacje - bezwarunkowe, ale skomplikowane. Powiedzieli całą masę innych niesamowicie pochlebnych rzeczy, których nie musieli mówić. Ukończyłam studia doktoranckie z poczuciem, że udało mi się do nich dotrzeć. Oni i one z całą pewnością dotarli do mnie, sprawili, że poczułam się częścią czegoś, chociaż to moim obowiązkiem było dać im poczucie przynależności.
Kiedy zaczęłam pracę na uczelni, nie starałam się o kontakt ze stowarzyszeniem czarnych studentów i studentek, ponieważ wciąż próbuję zebrać potrzebną do tego energię. Mam poczucie winy, że się tak ociągam. Mam poczucie odpowiedzialności. Czuję się słaba i głupia
W pierwszym roku pracy miałam na zajęciach czarnego studenta, który uważał, że się go czepiam, ponieważ jest czarny. Mówiono mi, że to się często zdarza czarnym pracownikom. Nie czepiałam się tego dzieciaka. Przede wszystkim nie miałam na to czasu. Poza tym oczekuję doskonałości od wszystkich moich studentów i studentek, bez wyjątku. Miał wcześniej świetne oceny i po prostu nie był w stanie uwierzyć, że na moich zajęciach nie dostaje samych celujących. Nie był w stanie uwierzyć, że moim zdaniem nie zasługuje na pogłaskanie po głowie tylko dlatego, że był dobrym studentem, zanim jeszcze trafił do mojej grupy. Ja nie byłam w stanie uwierzyć w jego arogancję. Odniosłam wrażenie, że chciał zaimponować mi tym, że jest "inny", że jest dobrym studentem, jakbym po prostu miała oceniać go na podstawie wcześniejszych osiągnięć, a nie na podstawie tego, jak radził sobie na moich zajęciach. Kiedyś powiedział mi: "nie jestem taki jak inni [słowo na N - R. G.] na kampusie". A ja odpowiedziałam, że nie chcę słyszeć tego słowa i że powinien zastanowić się nad swoją postawą. Odbyliśmy kilka pełnych napięcia rozmów, przy czym raz to napięcie było tak duże, że - o czym nie wiedziałam - mój szef stał przez cały czas na korytarzu, tuż poza zasięgiem wzroku, ponieważ uznał, że dzieciak może zacząć się awanturować. Ja też myślałam, że wpadnie we wściekłość. Cały semestr zajęło mi znalezienie klucza do problemów tego chłopaka. Ostatecznie uświadomiłam sobie, że nie chciał, żeby go postrzegano jako jednego z tych studentów, którzy przychodzą i nie wiedzą wystarczająco dużo, żeby sobie poradzić. Albo nie dbają o to, czy sobie poradzą. Jego sposobem na to, na udowodnienie, że jest inny, było zabieganie o doskonałe oceny za pomocą wszystkich dostępnych środków. Ten student ukończył studia i nie wiem, gdzie jest dzisiaj, ale mam nadzieję, że nie spędzi reszty swojego życia, próbując działać zgodnie z polityką poważania.
Ciężko pracuję. Zgłaszam się na ochotniczkę do różnych rzeczy. Staram się robić to, co obiecałam. Staram się dobrze wykonywać swoją pracę. Staram się mieć coś do zaoferowania, a potem okazuje się, że daję z siebie za dużo. Pracuję w pracy i w domu. Analizuję moje ankiety ewaluacyjne, starając się zrozumieć własne błędy, tak żebym mogła wszystko zrobić lepiej następnym razem. Kiedy siedzę wśród kolegów i koleżanek, myślę: Proszę, lubcie mnie. Proszę, lubcie mnie. Proszę, lubcie mnie. Proszę, szanujcie mnie. Albo przynajmniej, proszę, nie nienawidźcie mnie. Ludzie często źle mnie rozumieją, mylą się co do mojej motywacji. Dusi mnie nieustanna presja. Mówię o sobie, że jestem pracoholiczką, i może jestem, a może po prostu staram się, tak jak mój student, pokazać, że jestem inna.
Kiedyś, na samym początku studiów doktoranckich przechodziłam obok gabinetu koleżanki i podsłuchałam jej rozmowę. Nie wiedziała, że tam jestem. Plotkowała o mnie z grupą naszych kolegów i koleżanek i powiedziała, że jestem studentką przyjętą w ramach akcji afirmatywnej. Rzuciłam się do swojego gabinetu, starając się powstrzymać łzy przynajmniej do chwili, kiedy nie zamknę za sobą drzwi. Nie zamierzałam być tą dziewczyną, która rozkleja się na korytarzu. Rozpłakałam się natychmiast po przekroczeniu progu, ponieważ była to moja największa obawa: że nie jestem dostatecznie dobra i że wszyscy o tym wiedzą. Na rozum wiedziałam, że to absurdalne, jednak uświadomienie sobie, jak ta koleżanka - a może inne osoby też - mnie widzi, potwornie bolało. Nie było nikogo, z kim mogłabym naprawdę porozmawiać o tym, co usłyszałam, ponieważ byłam jedyną nie-białą studentką w całym programie. Nie było nikogo innego, kto mógłby mnie zrozumieć. Jasne, miałam przyjaciółki i przyjaciół - dobrych, takich, którzy by mi współczuli, ale nie dotarłoby to do nich w pełni, a ja nigdy nie byłabym w stanie uwierzyć, że one i oni nie myślą w podobny sposób.
Przestałam żartować, że jestem obibokiem. Potroiłam liczbę projektów, w których brałam udział. Przez większość czasu byłam znakomita. Niekiedy mi się nie udawało. Zadbałam o to, żeby mieć dobre stopnie. Zadbałam o to, żeby dobrze wypadać na egzaminach z wiedzy ogólnej. Zgłaszałam referaty na konferencje i przyjmowano mi je. Publikowałam. Zaplanowałam sobie w ramach doktoratu nadmiernie ambitny projekt badawczy, który sprawił, że chwilami miałam ochotę umrzeć. I niezależnie od tego, co robiłam, słyszałam tę dziewczynę, która osiągnęła ułamek ułamka tego co ja, jak mówi grupie naszych kolegów i koleżanek, że to ja nie zasługuję na bycie na tych studiach. Nawiasem mówiąc, te koleżanki i koledzy nie bronili mnie. Nie zaprotestowali. I to też bolało. Jej słowa nie dawały mi zasnąć. Wciąż ją słyszę, mocny głos, jej pewność i przekonanie. W pracy zamartwiam się nieustająco: Czy myślą, że zatrudniono mnie w ramach akcji afirmatywnej? Martwię się: Czy zasługuję na to, żeby tu być? Martwię się: Czy robię wystarczająco dużo? Mam doktorat, na który cholernie ciężko zapracowałam, i martwię się, że nie jestem dosyć dobra. To chore, irracjonalne i wyczerpujące. I szczerze mówiąc, przygnębiające.
Wiem, że być może nic z tego nie ma sensu, ale dla mnie wszystko to się łączy.
Wciąż staram się za pomocą pisania dotrzeć gdzieś, gdzie będę pasować, i wciąż znajduję swoich ludzi w nieoczekiwanych miejscach - w Kalifornii, w Chicago, w górnym Michigan, w innych miejscach, niekiedy nieistniejących na mapach. Pisanie zbliża, nawet tam, gdzie jest wiele różnic. Także uprzejmość zbliża, pozwalając przekroczyć wiele różnic, podobnie jak namiętność do Pogody na miłość, Zagubionych, do pięknych książek albo do koszmarnych filmów. Są chwile, w których marzę, aby znalezienie wspólnoty było aż tak proste, żeby naprawdę wystarczyło podać kilka osobistych informacji i pozwolić algorytmom pokazać mi, gdzie jest moje miejsce. I wtedy uświadamiam sobie, że pod wieloma względami internet i media społecznościowe są dla mnie dokładnie tym - oferują mi wspólnotę.
A może w ogóle nie szukam algorytmu.
Algorytm to procedura rozwiązywania problemów w skończonej liczbie kroków. Algorytm wyznacza elegancką drogę pozwalającą uporać się z problemem zbyt skomplikowanym, żeby ludzki umysł zdołał go rozwikłać.
Nie tego szukam. John Louis von Neumann powiedział: "Jeśli ludzie nie wierzą, że matematyka jest prosta, to tylko dlatego, że nie uświadomili sobie, jak skomplikowane jest życie"[5]. Matematyka może być prosta, ale złożoności kultury i problemów "rasowych" często nie da się uprościć. Nie da się ich w pełni uchwycić w pojedynczym eseju, w książce, serialu czy filmie.
Zamierzam wciąż pisać o tych przecięciach - jako pisarka, jako nauczycielka, jako czarna, jako zła feministka - do momentu, w którym przestanę czuć, że to, czego chcę, jest niemożliwe. Nie chcę dłużej uważać, że te problemy są na tyle złożone, że nie jesteśmy w stanie się z nimi uporać.