1918
Pod koniec października, tuż przed Wszystkimi Świętymi, Elwira Korzeńska dostała list od brata, który donosił jej o przewidywanym końcu wojny i snuł plany na najbliższą przyszłość. Pisał:
Trzeba nam teraz myśleć, jak najlepiej przysłużyć się Ojczyźnie, żeby ją podnieść z ruiny. Po mojemu każdy powinien robić dobrze to, co potrafi. Na ten przykład Twój Jasiek zdobył wykształcenie handlowe i przed wojną z powodzeniem kierował dużym sklepem w Kielcach, więc teraz w wolnej Polsce powinien dalej prowadzić sklep, jeno własny, nie cudzy. Oto nadarza się ku temu sposobność. Mamy tu po sąsiedzku bardzo porządną, delikatną w obejściu pannę wyznania katolickiego, którą ojciec odumarł pół roku temu. Została po nim kamienica, duży sklep i ta sierota nieszczęsna, powinowata mojej Kazi. Czujemy się w obowiązku sprawować opiekę nad nią, bo to nie tylko bliska rodzina, ale też córka szczerego przyjaciela, kupca jak i my, Czesława Tokarza. Leontynka na handlu się nie zna. Konkurenci do ręki, a jeszcze bardziej do sklepu i kamienicy, kręcą się wokół i tylko czekają, żeby żałoba wygasła. Typy nieciekawe, bo przecie wiadomo, że prawdziwi patrioci walczą teraz o wolność kraju, a pod pierzynami wylegują się starcy i niedojdy, całkiem nie tacy jak Twoi synowie. Los Cię nie oszczędzał, oddałaś Ojczyźnie jednego z synów, ale, dzięki Bogu, ostał się Jasiek, mój chrześniak, i właśnie o nim pomyśleliśmy z Kazią. Niechby przyjechał, pannę poznał, to może co dobrego z tej znajomości wyniknie. Powiem jedno: gdybym był z dziesięć lat młodszy i nie miał na głowie małżonki zacnej a gderliwej, nie zastanawiałbym się ani minuty. Uczciwie radzę, jak tylko chłopaka wypuszczą z obozu, namów go i oboje przyjeżdżajcie do Włocławka. Teraz nic i nikt już Cię nie trzyma na wsi, bierz tego, który ocalał, i zaczynajcie nowe życie. Znowu będziemy blisko, jak za młodzieńczych czasów. Pamiętasz, co tatulo zawsze powtarzał: rodzina powinna trzymać się razem...
Elwira tyle razy czytała ten fragment, że umiała go na pamięć. Podnosiło ją na duchu zwłaszcza to, że jej brat, Józef Kopecki, wierzył w szczęśliwy powrót Janka. Ona też wierzyła, chwytała się tej myśli ze wszystkich sił, czasem jednak nachodziło ją zwątpienie. Od lipca nie miała żadnej wiadomości z Łomży. Czekała, modląc się i płacząc na przemian, przeskakując z nadziei prosto w rozpacz, by znowu uchwycić się nadziei. Starszego syna opłakała już na początku wojny. Nie zdążył się, biedak, nawojować, padł pod Łowczówkiem jeszcze w grudniu tysiąc dziewięćset czternastego roku. Teraz wyglądała już tylko powrotu młodszego chłopca. Wstyd się przyznać, ale czasem dziękowała Bogu, że Jan trafił do obozu, zamiast siedzieć w okopach, gdzie przecież kule nie wybierały. Wierzyła, że za drutami nic strasznego mu nie grozi, chyba że Niemcy na koniec chcieliby pozabijać jeńców, jak przepowiadał sąsiad Pakuła. Po pijanemu tak gadał, skąd jednak mogła mieć pewność, że podobne praktyki się nie zdarzają.
Jan dotarł do domu w sobotę, czternastego listopada. Był chudy, wymizerowany i zawszony. Zapuścił wąsy, które dodawały mu powagi, i wyglądał zupełnie inaczej niż w sierpniu czternastego roku, kiedy widziała go po raz ostatni. Wpadł wtedy niczym po ogień, rozradowany i podniecony, krzycząc od progu, że właśnie wstąpił do batalionów strzeleckich i idzie na wojenkę. Nucił pod nosem piosenkę, której słowa na długo pozostały jej w uszach i pamięci: "Raduje się serce, raduje się dusza, gdy pierwsza kadrowa na wojenkę rusza".
Razem z nim szedł brat Stefan, a spośród kolegów Dzidek Rychta, Stach Polkowski, Józio Dołęcki, Bolek Michalak, Zbynio Makowski i jeszcze kilku, których nazwiska nic jej nie mówiły. W myślach nazywała ich kwiatem kieleckiej młodzieży, bo tak przywykło się mówić o rosłych, pięknych i mądrych chłopcach, gotowych oddać życie za ojczyznę. A ten jej kwiatek, wychuchany i wypieszczony - choć bez przesady - mimo dwudziestu dwu lat był niemal dziecinny w swoim zachwycie nad czekającą go przygodą, zwaną wojenką. Zapamiętała dzieciaka, powitała mężczyznę.
Razem z Jagnichą nagrzały wielki kocioł wody i napełniły balię.
- Nie martw się - mówiła, mydląc synowi plecy - mamy parę kurek, są jajka i ani się obejrzysz, jak cię odkarmię. Z wszami też sobie poradzę, jest wrotycz, mam ocet, zaraz przygotuję nalewkę do smarowania, a włosy przytniemy krótko.
Co mówiła, to mówiła, lecz serce jej się krajało na widok kości sterczących spod skóry.
- Nie rozpieszczali cię na tej wojnie - westchnęła.
- Wojna nie jest od pieszczot - mruknął. - Schudłem w obozie. Trafiłem do Szczypiorna w siedemnastym roku, dokładnie trzynastego lipca, z pierwszym transportem legionistów. Pisałem mamie o tym. W grudniu przenieśli nas do Łomży.
- Jak ci tam było?
- Obóz nie kurort, przez rok i cztery miesiące trudno było nie schudnąć. Niech mi mama, z łaski swojej, powie, co będzie na kolację.
- Schowałam w kominie spory połeć boczku, zaraz sięgnę. Zrobię ci jajecznicy na wędzonce, jakiej pewnie dawno nie jadłeś. W listach nigdy nie wspominałeś, że w obozie było aż tak źle.
- Jakbym napisał, też by mi mama nie pomogła, więc po co było mamę denerwować, a jeszcze ołówek tępić. Przetrzymałem, przeżyłem...
- Pisałeś o nauce buchalterii i stenografii, o meczach piłkarskich, więc myślałam, że warunki były w miarę znośne.
- Organizowaliśmy sobie czas, jak umieliśmy, żeby z kretesem nie zwariować. Może już dość tego mycia, może lepiej do stołu byśmy zasiedli?
Roześmiała się, położyła czysty ręcznik na przygotowanym ubraniu i wyszła z kuchni.
List od wuja pokazała synowi dopiero w niedzielę przy kolacji, kiedy trochę odpoczął i nacieszył się domem. Czytał długo i uważnie, parę razy się uśmiechnął.
- Ojciec chrzestny próbuje swatem zostać? - zdziwił się, składając starannie papier. - Sam jeszcze nie wiem, czy ożenek mi w głowie.
- W marcu skończyłeś dwadzieścia sześć lat - przypomniała mu matka.
- Niby tak - przytaknął. - Jakoś nie było czasu na uganianie się za kobietami.
- Pojedź przynajmniej do wuja. Pojedziesz?
- A jeśli panna nie będzie warta dyspensy kościelnej, to co zrobię? - zastanowił się głośno. - Wuj pisze, że jesteśmy z jednej rodziny, więc bez dyspensy nie będzie się można pobrać. Wiem to od Dzidka Rychty. W maju piętnastego roku stracił nogę pod Konarami i wrócił do Kielc. Pisał mi potem, że zajęła się nim stryjeczna siostra, że postanowili się pobrać, ale musieli dostać zgodę bodaj od samego papieża na ten rodzinny ślub.
- O Boże! Dzidek stracił nogę! - wyszeptała przerażona.
- Ano! Stachowi Polkowskiemu szrapnel roztrzaskał głowę, Dołęcki i Makowski polegli nad Nidą.
- A kto wrócił cały? - spytała, nie panując nad drżeniem ust.
- Tylko ja - mruknął. - No i Michalak bez ręki, a Dzidek bez nogi. I to właśnie od Dzidka wiem o dyspensie.
Elwira przez chwilę milczała, próbując pozbierać rozszalałe myśli. Przed oczami migały jej twarze kolegów syna, żywe i pełne energii. Najbliżej znała Dzidka Rychtę i Stasia Polkowskiego. Nieraz po kilka dni gościli w Słowiku, więc zdążyła ich polubić. Zmusiła się, żeby powrócić do przerwanego wątku i nie zapłakać.
- Wam dyspensa nie będzie potrzebna, wywodzicie się z dwóch różnych rodzin - sprostowała. - Ty jesteś ze strony wuja Józia, czyli z Kopeckich, panna jest spokrewniona z ciotką Kazią, z domu Tokarzówną. Mąż i żona to nie rodzina, tylko całkiem różna krew.
- Co racja, to racja - mruknął po chwili zastanowienia. - A co zrobię, jeśli mi się panna nie spodoba? Nie jest chyba zbyt ładna, skoro wuj wychwala jej łagodne obejście i majątek, a o wyglądzie nie napomyka słowem.
- Pisze, że sam by się z nią ożenił, co znaczy, że musi być urodna. Józio zawsze miał oko do kobiet, wystarczy popatrzeć na wujenkę Kazię. Widziałeś ją na swoich chrzcinach, więc nie możesz pamiętać. Istna Włoszka, ciemnowłosa, postawna... i trochę krzykliwa. Panna Leontyna jest z Tokarzów, czyli brzydka być nie może, a skoro Józio pisze, że łagodna w obejściu... to łagodna. Gdyby jednak nie przypadła ci do gustu, grzecznie się pożegnasz i wrócisz do domu. Może gdzieś tu, w Kieleckiem, jakaś zdatna panna jeszcze się dla ciebie uchowała. Za długo zwlekałeś. Wokół same mężatki, wdowy, nieletnie podfruwajki albo... Sam wiesz najlepiej, jakie panny sieją rutkę.
Na początku grudnia Jan pojechał do Włocławka, do wujostwa. Wrócił po tygodniu w doskonałym humorze. Miasto mu się podobało, kamienica i mieszkanie panny też, a najbardziej sklep, duży i przestronny, z solidnym podpiwniczeniem. Miał w głowie konkretny pomysł na remont i unowocześnienie lokalu. Mówił o drewnianych boazeriach, o ladzie przez całą długość pomieszczenia i niemal widział już subiektów w jednakowych brązowych fartuchach, którzy będą się uwijali za tą ladą między półkami pełnymi zamorskich specjałów oraz rodzimych słodyczy Wedla i likierów Batyckiego. Powtarzał, że w jego sklepie obowiązkowo będzie pachniało kawą, pomarańczami i dobrym tytoniem. Może jeszcze czekoladą i wędzonym łososiem.
- Panna Leontyna mieszka sama? - spytała Elwira, przerywając te przedwczesne fantazje.
- Ze służącą, która nastała za czasów jej matki.
- Ładna?
Spojrzał niezbyt przytomnie.
- Na pewno dużo ładniejsza od naszej Jagnichy.
- Pytam o pannę Leontynę.
- O Leontynę? - Zastanowił się chwilę. - Za bardzo buja w obłokach, ale jest roztropna, no i patriotka z niej wielka. Była nieco wystraszona amorami sąsiada, który nalegał na ślub, żeby się dorwać do sklepu i kamienicy.
- Ładna?
Zamyślił się głęboko. Nie chciał powiedzieć głośno, że do tej pory oglądał się za całkiem innymi pannami. U kobiet pociągała go apetyczna krągłość bioder oraz wyraźnie zarysowane piersi, których nie trzeba było domyślać się pod bluzką. Im większe, tym bardziej pożądane. Nie mógł nazwać Leontyny brzydką, lecz w jego pojęciu daleko jej było do piękności.
- Jest łagodna, we wszystkim się ze mną zgadza, a to ważniejsze niż uroda. Ciemnowłosa, czesze się z przedziałkiem, ma niebrzydkie oczy... nos, ręce... No, to wszystko, co widać, jest na swoim miejscu. Trochę za chuda jak na mój gust.
- Jednym słowem, pasujecie do siebie, bo grubas z chudzielcem nieźle się uzupełniają. Ty wziąłeś urodę po ojcu, razem z jego skłonnością do tycia. Jeszcze miesiąc, góra dwa, i nikt nie powie, żeś półtora roku siedział w niewoli. We mnie wdał się Stefek, szczupły był i zwinny, Panie świeć nad jego duszą.
- Amen - dopowiedział. - Wuj radził, żebyśmy od razu poszli do parafii, nawet wybrał się z nami, gotów księdza namawiać do pośpiechu. Wolność ojczyzny, mówił, to wielkie szczęście, czasy jednak niespokojne i samotne kobiety nie mogą czuć się pewnie. Ksiądz dobrze o tym wiedział i nie czynił trudności. Daliśmy na zapowiedzi i pobierzemy się w lutym. To będzie cichy ślub, bez wesela, bo panna Leontyna jeszcze w żałobie.
- Myślisz, że tak od razu cię polubiła? - spytała z wahaniem matka.
- Cały tydzień spędziliśmy razem i widywaliśmy się codziennie. Jak nie my z wujostwem szliśmy do niej, to ona przychodziła do nas. Kilka razy byliśmy na spacerze, więc rozmawiało się o tym i owym, najchętniej o ojczyźnie. Polubiła mnie, czemu miałaby nie polubić?
- Może byłoby lepiej trochę poczekać i bliżej się poznać - zauważyła z wahaniem Elwira.
Jan spojrzał zaskoczony.
- Masz ci los! - wykrzyknął. - Najpierw słyszę, że nie myślę o przyszłości, a jak już pomyślałem, to jestem karcony za pośpiech. Jak niby mamy się bliżej poznać na odległość? Nie pojechałem do niej jak pierwszy lepszy hetka-pętelka. Pojechałem jako żołnierz legionista, który posłuchał wodza i nie złożył przysięgi na wierność dwu cesarzom. Wybrałem niewolę zamiast służby w polskim Wehrmachcie, co pannie Leontynie bardzo do gustu przypadło. Jest gorącą patriotką i poświęcenie dla ojczyzny ma w cenie. Niech mama wie, że wojenne losy przekonały ją do mnie bodaj jeszcze bardziej niż kupieckie przygotowanie. Oni tam we Włocławku są bliżej stolicy i dużo wiedzieli o powrocie Piłsudskiego z Magdeburga. Mówią, że Warszawa powitała wodza z niespotykanym entuzjazmem. Wszystkie stronnictwa zażądały od Rady Regencyjnej przekazania mu władzy. Zgodził się i objął urząd Naczelnika Państwa. Powiem mamie, że to wielkie szczęście służyć pod takim dowódcą, jego splendor spada też na żołnierzy. Wszyscy teraz mówią o legionach.
- Ja to rozumiem, synu, tylko w małżeństwie na wodza nie będziesz mógł liczyć. Skoro jednak panna ci się podoba, a i ona zagustowała w tobie, to się pobierajcie, bo mi do wnuków śpieszno. Kupca na dworek i grunta już mamy. Stary Pakuła, odkąd twój ojciec umarł, nachodził mnie i namawiał do sprzedaży majątku. Zamierza córkę z zięciem tu osadzić, żeby mieć ich na oku. Zostawimy im dom z wyposażeniem, weźmiemy ze sobą tylko to, co najcenniejsze: resztę sreber, obrusy, pościel i mój ukochany fotel. Mów, co chcesz, ale bez tego fotela nie ma dla mnie domu.
Jan bez przekonania spojrzał na wielki mebel. Znał go od dziecka i też bardzo lubił, nie wiedział tylko, jak sobie poradzą z transportem.
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI