Rozdział pierwszy
Kimchi
Mierzyn, wtorek
- Nie mogę na was patrzeć! - Matka jak zwykle się czepiała. - Wakacje w pełni, a wy w smartfonach mózgi sobie smażycie tymi rolkami. Pomoglibyście mi, urodziny cioci za pasem, trzeba wszystko przygotować!
- A nie możesz jak normalny człowiek zamówić catering albo zarezerwować miejsce w knajpie? - odburknął Ksawery, nawet nie odrywając wzroku od ekranu iPhone'a.
Matka puściła jego komentarz mimo uszu. Po chwili zarówno on, jak i Julianna dostali zwiniętymi w kulkę szmacianymi torbami zakupowymi.
- Co do...? - Ksawery w porę ugryzł się w język.
- To do - odparła triumfalnie matka. - Wysyłam wam listę zakupową i zaraz przeleję pieniądze. Nie pokazujcie mi się na oczy, dopóki nie znajdziecie wszystkiego.
Telefony rodzeństwa zawibrowały jednocześnie. Julianna przeskrolowała swoją listę.
- Czy my się szykujemy na ruską inwazję? - burknął Ksawery. - Przecież tu jest milion rzeczy, trzeba będzie jechać do miasta, żeby to ogarnąć.
- Macie rowery, jest ładna pogoda. - Na twarzy matki wykwitł paskudny uśmieszek zadowolenia. - Młodzież w wakacje powinna się ruszać, a nie gnić i tyć!
Rodzeństwo spojrzało po sobie i niemal symultanicznie wzniosło oczy ku niebiosom. Zwlekli się z kanapy i ruszyli do garażu po rowery.
*
- Przysięgam, ta kobieta z mema wypełzła - burczał Ksawery. - Jak te baby, co najpierw wezmą na siebie wszystkie obowiązki domowe, nie poproszą o pomoc, a potem się srają, że "nikt mi w tym domu nie pomaga, wszystko muszę robić sama" - przedrzeźniał, zarzucając przy tym komicznie głową.
Julianna parsknęła śmiechem. Ich matka lubiła myśleć o sobie jako o kobiecie nowoczesnej, ale przy każdej możliwej okazji wychodziła z niej typowa Polka. Wystarczyło jedynie odpalić protokół pod tytułem "święta" albo "rodzinna impreza" i budził się buldog tradycji. Nagle cały luz znikał, zmieciony nawałem dziwacznych oczekiwań rodem z poprzedniego stulecia.
- Widziałem na TikToku rolkę, że kobietom w jej wieku pomaga branie kwasu. Podobno łagodzi objawy menopauzy - tonem znawcy oznajmił Ksawery. Od jakiegoś czasu sprawy damsko-męskie i - jak to określał - "trudna prawda o kobietach, z którą każdy mężczyzna musi się zmierzyć", niezwykle go zajmowały.
Julianna miała obawy co do nowej zajawki brata, pamiętając, w jaką stronę skręciło wielu kolegów z jej klasy.
- Myślę, że realniej byłoby, gdyby znalazła sobie pracę na pełen, a nie na pół etatu - odparła. - Nie jesteśmy już dziećmi, nie musi nas ciągle doglądać. Miałaby zajęcie, a my święty spokój.
- Też prawda - przytaknął Ksawery. - A tak w ogóle, to czy tylko mi się wydaje, czy ona ma jakąś dziwną obsesję na punkcie tej całej Elwiry?
Julianna wzruszyła ramionami.
- Na to wygląda, ale nie wiem dlaczego. Laska wyprowadziła się stąd, jak byliśmy małymi dziećmi, i żyje sobie w innym mieście - odparła.
- Zazdro - skwitował Ksawery. - Jak będę dorosły, to też się stąd wyprowadzę i nikt mi już nie będzie brzęczał nad uchem.
Zaparkowali przed hipermarketem. Julianna odpaliła listę zakupową na telefonie, Ksawery zajął się wózkiem. Rodzeństwo zaczęło krążyć między alejkami, mozolnie odhaczając kolejne produkty z listy. Ze sklepowych głośników sączyła się okropna, marketowa muzyczka, nieudane covery znanych przebojów.
- Strata czasu. - Ksawery wciąż marudził. - Po to wynaleziono dostawę do domu, żeby nie marnować życia na bzdury.
- Ale wtedy nie mogłaby nas ukarać. - Julianna rzuciła w Ksawerego workiem z cebulami. - A taki chyba był zamysł.
Nie zdołała go przekonać, jednak na jakiś czas zamilknął, skupiając się na manewrowaniu coraz bardziej wypełnionym wózkiem. Jego oczy leniwie przesuwały się po wyłożonych na półkach towarach, niekiedy wędrując ku innym ludziom. O tej porze w sklepie przeważali dorośli, zaglądając tu po pracy w poszukiwaniu składników na późny obiad, ewentualnie kolację. Ich ubrania, po dniu spędzonym w biurze, zmaltretowane upałem, lepiły się do zmęczonych, zgarbionych ciał.
- Same stare kaszaloty - mruknął.
- Ksawery! - Julianna nadepnęła bratu na stopę, aż się skrzywił. - Musimy się cofnąć na mięsny, przeoczyłam jedną rzecz.
Poczuli ulgę, ponownie znajdując się w strefie lodówek. Nagle Juliannę przeszedł dziwny dreszcz, wywołując gęsią skórkę na przedramionach. Nie było jej zimno, miała niejasne przeczucie, że jest obserwowana.
- Siema! - Przed jej oczami wyrósł jakiś chłopak, którego mgliście kojarzyła ze szkoły. Musiał być klasę albo dwie wyżej od niej.
- Eee... cześć. - Julianna spuściła wzrok.
- Spokojnie, nie zamierzam nic ten... - Chłopak wyszczerzył się do niej. - Widzę przecież, że jesteś w poważnych biznesach. Chciałem tylko dać ci znać, że ja i moi koledzy jesteśmy pod wrażeniem twoich umiejętności i życzymy ci długiej kariery...
Przy tym ostatnim zdaniu za plecami Julianny wybuchła salwa śmiechu. Julianna poczuła, że jej twarz przybiera kolor dorodnego buraka. Nie miała odwagi podnieść wzroku i spojrzeć chłopakowi prosto w oczy.
- Dobra, typie, pogadałeś, a teraz zostaw moją siostrę w spokoju - warknął Ksawery, prostując się i prężąc swoją mizerną pierś.
Chłopak podniósł ręce w geście niewinności.
- Jasne, jasne... ciao, gwiazdeczko - zwrócił się drwiąco do Julianny, po czym zniknął, zabierając ze sobą rechoczących towarzyszy.
Julianna zaczęła się cała trząść.
- Idziemy stąd. - Ksawery złapał ją za rękę. Drugą ciągnął wózek.
- Nie mamy wszystkiego z listy - zaprotestowała Julianna.
- Później po to wrócę - odparł Ksawery.
Sprawdzili, czy przy kasie nie czyha na nich ponownie grupka chłopaków. Zapłacili, załadowali zakupy do plecaków i toreb i pojechali do domu. Ksawery zrobił scenę, jak tylko on potrafi, udając, że nagle pośrodku sklepu złapał go okropny skurcz i dlatego wrócili bez wszystkiego. Matka machnęła ręką.
*
- Jula, o co, do cholery, chodziło? - Ksawery poszedł za nią do jej pokoju.
Julianna usiadła na łóżku i ukryła twarz w dłoniach. Nie chciała opowiadać bratu o swoim upokorzeniu, ale wiedziała, że prędzej czy później ten filmik do niego trafi. Równie dobrze mogła mu o nim powiedzieć sama. "Hola, hola, Ksawery to gówniarz" - przypomniała sobie.
- Czy ktoś ci coś zrobił? - zapytał, nagle poważniejąc. - Bo jeśli tak, to ja... Ja jemu coś zrobię!
Julianna spojrzała na młodszego brata. Może i był gówniarzem, lecz prawdopodobnie lepiej ją zrozumie niż rodzice. Być może. Taką miała nadzieję.
- Ja... - Nie wiedziała, jak zacząć. - Nie mów rodzicom, dobrze?
- Oczywiście, że im nie powiem. - Ksawery przewrócił oczami. - To chyba podstawowa zasada między nami.
Julianna skinęła głową. Wzięła głęboki wdech.
- Ktoś... dokleił moją twarz do... - Głos uwiązł jej w gardle. Nie była w stanie tego powiedzieć. Podeszła do swojego laptopa i pokazała filmik Ksaweremu.
- O kurwa - wyrwało mu się.
- To jest wszędzie... - Julianna na moment opanowała płacz. - Zgła... zgłaszam to za każdym razem, ale to nic... to nic nie daje.
Ksawery milczał. Jego ciało było naprężone. Wyglądał, jakby zaraz miał pęknąć, dojść do granic wytrzymałości.
- Musisz to zgłosić na policję - powiedział wreszcie. - Gołym okiem widać, że to nie ty i ktoś to robi, żeby cię zgnoić.
Julianna potrząsnęła głową.
- Jestem niepełnoletnia, myślisz, że mnie posłuchają? - Otarła łzy. - Poza tym powiedzą rodzicom. Wyobraź to sobie.
Obraz zszokowanych rodziców musiał wsiąknąć w mózg Ksawerego, gdyż chłopak aż się wzdrygnął na samą myśl.
- Powiedzą, że to moja wina - rzekła ponuro Julianna. - Że sama to sprowokowałam... Wiesz przecież, jak to się skończy.
- Nie możemy tak tego zostawić - odparł Ksawery. - To nie zniknie samo z siebie, nie będziesz miała życia w szkole.
- Myślisz, że o tym nie wiem? - odburknęła Julianna.
Ksawery spuścił głowę.
- Coś wymyślimy - powiedział, niezdarnie ściskając dłoń siostry. - Nie wiem co, ale coś wymyślimy.
Julianna skinęła głową. Powstrzymała odruch przytulenia brata, wiedziała, że tego nie lubił. Poza tym jako nastoletnie rodzeństwo cieszyli się pełnoprawną więzią będącą mieszaniną miłości i obrzydzenia własną rodzącą się dojrzałością. Poczuła nikłą ulgę na myśl o tym, że ktoś stoi po jej stronie. Nawet jeśli był to taki gówniarz jak Ksawery.
*
- Potrzebuję postoju... - wymamrotała Angela, kuląc się na siedzeniu pasażera.
Elwira stuknęła w ekran nawigacji i dodała pobliskie stacje benzynowe oraz MOP-y.
- Piętnaście minut?! - jęknęła Angela. - Co to jest za pustkowie?
- Ostrzegałam cię - odparła Elwira. - Mogłyśmy jechać pociągiem.
Angela rzuciła jej zirytowane spojrzenie, co najmniej jakby Elwira zaproponowała coś skandalicznego. Na przykład zakup podrobionych torebek albo, nie daj Boże, przemyślenie kwestii zamawiania olbrzymiej kawy mrożonej na początku długiej i niewygodnej trasy.
- Czegoś tutaj nie rozumiem - rzekła Elwira. - Jeździsz przecież do rodziny częściej ode mnie, więc jakim cudem nie pamiętasz, ile to trwa?
- Bo żaden z moich facetów się tak nie wlókł - odgryzła się Angela. - Przelotowa dwieście na godzinę i jesteś na miejscu w trzy godziny, a nie pięć! Aua!
Elwira ugryzła się w język, by nie uświadomić kuzynki, iż z matematycznego (oraz logicznego) punktu widzenia to, co powiedziała, było bzdurą. Doświadczenie nauczyło ją, że niezależnie od ukończonych studiów ścisłych i pracy w IT, większość kobiet, a w zasadzie i ogólnie ludzi, w podobnej kwestii prędzej uwierzy przeciętnemu Sebiksowi niż jej.
- Jest opcja zjechać pod las - rzuciła. - Bierzesz czy wolisz stację?
- Zaaatrzymaaaj sięęę - jęknęła Angela.
Elwira posłusznie zjechała na pobocze i wypuściła kuzynkę. Angela niemal na czworaka wypadła z samochodu i doczołgała się na skraj lasu.
- Tylko uważaj na papierzaki! - krzyknęła za nią kuzynka.
- Spadaj! - Usłyszała w odpowiedzi.
Po kilku minutach Angela wróciła, już w całkiem normalnej pozycji, i mogły ruszyć dalej. Chwilowo wyczerpały im się tematy do rozmowy, więc Elwira puściła muzykę. Z głośników popłynął delikatny głos Mariyi Takeuchi. Elwira złapała bakcyla japońskiego city popu podczas jednej delegacji w San Francisco. Od tamtej pory zbierała i wyszukiwała winyle z oryginalnymi nagraniami. Podobne rzeczy w Polsce były praktycznie nie do dostania, Elwira przywiozła swoje najcenniejsze łupy z Seulu. Uśmiechnęła się na wspomnienie godzin spędzonych na przeglądaniu płyt w miejscowych antykwariatach i sklepikach wyspecjalizowanych w obrocie winylami.
- Po co ci lodówka turystyczna? - zapytała Angela, zakłócając piękny ciąg wspomnień.
- Eee, słoik kimchi, słoiki z hummusem, zakwas - odparła Elwira. - Puszka matchy.
Angela parsknęła śmiechem.
- Boisz się, że rodzina puści cię głodną? - zakpiła.
- To jest dla rodziny - uściśliła Elwira. - W ramach prezentu i urozmaicenia.
"I żeby od razu mieć alternatywę dla tradycyjnego polskiego jedzenia" - dodała w myślach.
- Aha - mruknęła Angela.
*
Nie rozmawiały już więcej aż do samego wjazdu do Szczecina. Elwira podrzuciła Angelę pod dom rodzinny, czyli typowe polskie blokowisko w okolicach Netto Areny, swą historią sięgające lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku.
- Jesteś pewna, że wolisz hotel? - zapytała jeszcze raz Angela.
- Absolutnie - odparła Elwira. - Ale dziękuję za ofertę.
Oddaliła się, nim rodzice Angeli zeszli na dół, by przywitać dawno niewidzianą córkę. Zajechała pod hotel, zameldowała się i zamówiła room service. Ktoś urządzał przyjęcie urodzinowe w hotelowej restauracji i Elwira nie miała siły spędzać ani minuty dłużej w hałaśliwym otoczeniu. Położyła się na łóżku i przymknęła oczy, chłonąc otaczającą ją ciszę i spokój. Potrzebowała pilnie naładować swoją socjalną baterię przed nadchodzącym spędem rodzinnym. Kontakt z ludźmi wysysał z niej energię, najlepiej wypoczywała i żyła w samotności.
Pokojówka przyniosła jej kolację. Elwira zamówiła jedyne wegańskie danie z karty, warzywa stir-fry z tofu w sosie słodko-kwaśnym. Wgryzła się w strączek groszku cukrowego. Przyzwoite, choć całość pozostawiała posmak dania zrobionego na odwal się, bo właściciel restauracji przeczytał, że współcześnie nie wypada nie mieć opcji roślinnej w menu.
- Przedsmak tego, co mnie czeka - mruknęła.
Zrobiła sobie kawę w ekspresie kapsułkowym (w porządku) i rozstawiła swój sprzęt na wąskim biureczku. Nienawidziła pracować przed ekranem laptopa, ale zabieranie osobnego monitora na krótki wyjazd było drobną przesadą. Zresztą i tak nie miałaby go gdzie ustawić.
Zalogowała się do hotelowej sieci i włączyła środowisko testowe. Nasunęła słuchawki na uszy i zaczęła tworzyć.
*
Śniadanie w hotelu nieco poprawiło jej nastrój zepsuty niezbyt udaną kolacją w okolicznej knajpce, w której sekcja dań wegańskich i wegetariańskich składała się ze smutnej sałatki i tekturowej w smaku potrawki z tofu. Elwira spokojnie dopijała zieloną herbatę, przyglądając się ruchowi ulicznemu za oknem. O tej porze w restauracji hotelowej przebywała jedynie ona i para starszych Niemców planująca całodniowe zwiedzanie Szczecina. Wydawali się autentycznie przejęci tą perspektywą, co Elwira uznała za całkiem sympatyczne. Jej telefon zawibrował. Widać Angela również postanowiła wstać dziś wcześniej.
Obiad u Gracjany na czternastą. Przyjedź po mnie.
Elwira westchnęła w duchu. Właśnie została nieoficjalnie mianowana naczelnym szoferem jaśnie pani Angeliki. Cudownie, jakby już jej mało pomogła! Z drugiej strony była to znakomita wymówka, by nie pić alkoholu, a to zawsze w cenie.
Spojrzała na smartwatcha. Miała idealny czas. W sam raz na spacer po mieście i poranną kawę.
*
Angela wpakowała się do samochodu z naburmuszoną miną. Wyglądała lepiej niż wczoraj, nie miała worków pod oczami, choć mogła to być też zasługa makijażu. Angela z niemal nabożną czcią dbała o swoją cerę i lubiła eksperymentować z kosmetykami. Ciężko przeżyła czas pandemii, gdy nie można było nigdzie wychodzić, a jeśli już się to zdarzyło, to połowę twarzy należało zasłonić maseczką. Elwira wręcz przeciwnie, z radością pozbyła się ostatnich, przeterminowanych maskar i cieni do oczu. Nigdy nie wróciła do wyczerpującego rytuału nakładania na swoje oblicze bojowego kamuflażu.
- Wiesz, jak jechać? - zapytała Angela.
- Nawigacja wie - odparła Elwira.
Angela spojrzała na ekran i potrząsnęła głową.
- Nie, masz stary adres - zauważyła. - Wbiję ci nowy. - Wystukała odpowiednią nazwę ulicy na klawiaturze. - Gracjana ma teraz dużo większy dom, bliżej miasta.
"No tak, moja bananowa kuzynka" - pomyślała Elwira. Ona i Gracjana miały ze sobą niewiele styczności, gdy Elwira jeszcze mieszkała w Szczecinie. Natomiast te nieliczne okazje, podczas których weszły ze sobą w kontakt, nie zostawiły zbyt dobrych wspomnień. Gracjana ochoczo wchodziła w rolę doświadczonej, starszej kuzynki, ale nie po to, by pomagać czy doradzać młodszym krewnym, a raczej by tyranizować i wydawać surowe osądy w stylu "w twoim wieku to ja już" i dalej następowało standardowe bla, bla, bla. Kiedyś uraczyła kuzynkę Nikolę, bezdzietną mężatkę, tekstem: "Trzy lata po ślubie? To ja już w drugiej ciąży byłam!", rzucając przy tym spojrzeniem surowej matrony. Fajnie, Gracjana, empatia tysiąc procent, zwłaszcza że Nikola z mężem już drugi rok byli pod opieką specjalistycznej kliniki leczenia niepłodności.
- Jesteś pewna, że dasz sobie radę? - zapytała Elwira, skupiona na prowadzeniu auta.
Angela wzruszyła ramionami.
- Dam, nie dam, nie mam wyjścia, muszę to przeżyć - odparła z udawaną obojętnością. - Plus mam ciebie jako żywą tarczę.
- Tak, tak, genialna strategia - przytaknęła kąśliwie Elwira. - Weź ze sobą czarną owcę i rzuć ją rodzince na pożarcie. Sukces gwarantowany.
Angela nie podjęła wątku, zatapiając się w myślach. Nic dziwnego, w jej sytuacji Elwira również analizowałaby w głowie możliwe scenariusze i potencjalne rozwiązania. Różnica między nimi była taka, że ona, w przeciwieństwie do Angeli, potrzebowała samotności, by móc swobodnie myśleć.
Zajechały pod dom Gracjany. Zaiste, słowo "dom" nie oddawało pełni splendoru tego miejsca. Elwira odniosła wrażenie, że wylądowała przed rezydencją, dworkiem, ba, współczesnym zamkiem, świątynią wystawioną na cześć dobrobytu współczesnej klasy średniej wyższej. Wszystko się tutaj zgadzało i ze sobą współgrało. Bryła budynku ewidentnie zaprojektowana przez topowego architekta - jest, drogie samochody "czołgi" (Elwira nie znosiła SUV-ów) - jak cholera, monitoring i widoczny już z podjazdu basen - takoż. Mogłaby się założyć, że w przydomowym (ups! przyzamkowym) ogrodzie znajdują się okazy rzadkich roślin sprowadzone specjalnie z Borneo. Ta ostatnia teza była trudna do zweryfikowania, gdyż Elwira nie znała się w ogóle na zieleninie i gardziła grzebaniem w ziemi jako takim.
Na powitanie wybiegł im pies, rzecz jasna kundel ze schroniska, ale zadbany, dobrze ułożony, nie jakaś salonowa zabaweczka. Za nim pojawiła się Gracjana. Elwira nieszczególnie zwracała uwagę na wygląd zewnętrzny otaczających ją ludzi, jednak spędziła dostatecznie dużo czasu wśród bogatych inżynierów i ich rodzin, by rozpoznawać pewne wzorce. Ubranie z wyższej półki owszem, lecz nie logomania, żadne tam droższe sieciówki czy oklepani projektanci. Skrywane pod nimi ciało nijak się miało do ciał pokolenia ich matek steranych pracą i wychowywaniem dzieci oraz mężów. O nie, sylwetka Gracjany była wyrzeźbiona, zdyscyplinowana, mięśnie zarysowane, ale nie natrętnie uwypuklone. Włosy długie, spływające kaskadami na łopatki. W uszach błyszczały delikatne kolczyki sztyfty z brylantami.
- Gracjanko, jak ty pięknie wyglądasz! - W Angelę jakby wstąpiło drugie życie. Przybrała okropny, wysoki ton głosu, jaki często można usłyszeć w grupie podekscytowanych nastolatek. Cała jej mimika i mowa ciała uległy natychmiastowej przemianie. - Ten twój mąż to powinien cię wielbić i na rękach nosić, taką boginię!
To ostatnie zdanie sprawiło, że Elwira przygrzmociła w dach samochodu, siłując się z przenośną lodówką. "Poziom żenady przekroczył wszelkie dopuszczalne normy - westchnęła w duchu. - A nawet jeszcze nie znalazłyśmy się w środku".
- Nie mogę narzekać, nie mogę narzekać - odparła Gracjana, kontynuując ów przedziwny rytuał damskiego składania sobie fałszywych hołdów. - Poza tym spójrz na siebie! Wyglądasz kwitnąco! Podobają mi się twoje kolczyki, takie boho!
"Chyba zapożyczenie kulturowe od Latynosek" - prychnęła w myślach Elwira. Wielkie koła zdobiące uszy Angeli miały tyle wspólnego z boho co ona z Gracjaną. Dwa przeciwne bieguny. Wzięła głęboki wdech i wynurzyła się z auta. Tym razem obyło się bez obijania sobie głowy.
- Cześć - rzuciła drętwo w stronę Gracjany. Podniosła lodówkę do góry. - Mam trochę ciekawych rzeczy.
Oczy kuzynki się zwęziły.
- Witaj, Elwiro - odparła. Powiało chłodem. - To bardzo miłe z twojej strony, że o nas pomyślałaś. Chodźcie do środka, obiad już prawie gotowy.
"Teraz w tle powinien rozbrzmieć jakiś deathmetalowy kawałek - pomyślała Elwira. - Bo właśnie wkraczamy do niezłej rzeźni".
*
Kimchi i hummus. Tupet tej dziewczyny!
- Sama robiłaś? Och, musisz mi zdradzić przepis - powiedziała Gracjana, posyłając Elwirze jeden ze swoich zwyczajowych uśmiechów. Nazywała go "uśmiechem kulturalnym", który miał przekazać rozmówcy, że uważa go za idiotę, ale jest zbyt dobrze wychowana, by otwarcie obrażać czyjąś inteligencję. Oczywiście Elwira była absolutnie odporna na wszelakie sygnały płynące z otoczenia, stanowiło to u niej problem już od wczesnego dzieciństwa.
- Przy produkcji hummusu korzystam z kilku przepisów, kwestia wieloletnich prób i błędów - rzekła kuzynka. - Co do kimchi, to z góry ostrzegam, że używam tradycyjnego koreańskiego przepisu, który jest dość hmmm... hardcore'owy.
"Niewątpliwie można to wyczuć" - przeszło przez myśl Gracjanie. Doprawdy nie rozumiała tych mód kulinarnych, a obecna fascynacja kuchnią koreańską była dla niej wielką aberracją. Szczęśliwie Julianna nigdy nie złapała k-popowego bakcyla, bo inaczej musiałaby chodzić z nią po tych wszystkich restauracjach i udawać, że smakują jej ostre kiszonki i smażone mięso. Wyłożyła kimchi do metalowej miseczki. Nijak nie będzie pasować do reszty obiadu, ale lepiej się od razu tego pozbyć i nie trzymać w lodówce.
- Rozgośćcie się w salonie - powiedziała do Elwiry i Angeli. - Zaraz zawołam dzieci i będziemy mogli zacząć.
Gdy kuzynki zniknęły za przeszklonymi drzwiami, Gracjana wyciągnęła telefon i napisała do Julianny, że ma zejść z Ksawerym na obiad. Następnie wyłożyła uprzednio przygotowane dania na reprezentacyjne, porcelanowe półmiski, odziedziczone po matce. Mięso, dziczyzna w suszonych owocach, pachniało obłędnie, a wyglądało jeszcze lepiej. Skórka była przypieczona w doskonałym stopniu zapewniającym chrupkość i chroniącym soczyste wnętrze. Gracjana skinęła głową z uznaniem przed własnym kunsztem. Do tego serwowała dwie sałatki, nic nadzwyczajnego, oraz piure ziemniaczane.
Ale najpierw zupa.
Gracjana wyjątkowo tego dnia zrobiła odstępstwo od reguły i przygotowała zupę cebulową według przepisu Julii Child. I gdzie to stawia twoje nędzne kimchi, Elwiro?
- O, doskonale, możecie zanosić jedzenie naszym gościom. - Przyszpiliła wzrokiem schodzących po schodach Ksawerego i Juliannę.
- Dlaczego to jest na talerzach? - Ksawery podniósł naczynie z ustawionym nań ramekinem z zupą i przechylił je niebezpiecznie.
- Uważaj - syknęła Gracjana. - Żebyś się nie oparzył, dlatego.
Ksawery przewrócił oczami (doprawdy, gdzie te dzieciaki się nauczyły, jak najprościej wyprowadzić swoich rodziców z równowagi?), ale bez szemrania zabrał dwa talerze z zupą. Z gracją godną zawodowego kelnera wkroczył wyprężony do salonu. Julianna z kolei wyglądała na jeszcze bardziej przykurczoną niż dzień wcześniej. Dziewczyna, ku wiecznej sromocie Gracjany, miała tendencję do garbienia się. "Znów będę ją musiała posłać na jakąś gimnastykę" - pomyślała. Kolejna pozycja na nigdy niekończącej się liście matki.
*
Przy stole siedzieli Sylwia z partnerem, rzecz jasna Elwira i Angela, Ksawery, Julianna, ciocia Marzena i ciocia Wacia. Mąż Gracjany, Sylwester, musiał zostać dłużej w pracy i dał znać, że najprawdopodobniej się spóźni.
- Ciociu Elwiro, czy czasem zdarza ci się, no wiesz, zhakować coś? - Ksawery był bardzo ciekawy nieznanej sobie krewnej.
- Hmmm, powiedzmy - odparła Elwira, balansując łyżką na palcu. - Chociaż to nie wygląda tak, jak to przedstawiają na filmach czy w grach. Sam proces jest dużo bardziej mozolny i zdecydowanie niespektakularny.
- I tak super - ocenił Ksawery. - Kobieta programista to brzmi dumnie. I pewnie hajs się zgadza?
- Nie narzekam - przyznała Elwira. - To dochodowa branża, zwłaszcza jeśli ktoś jest dobry w tym, co robi.
- A to nie mieli was zaraz wszystkich zastąpić sztuczną inteligencją? - Gracjana posłała młodszej kuzynce kolejny ze swoich uśmiechów. - Słyszałam, że zawody przyszłości będą powiązane z umiejętnościami miękkimi, a nie technologią.
Elwira wzruszyła ramionami.
- Wyeliminuje na pewno kodujące małpy - powiedziała. - Natomiast jej umiejętności są na razie niezbyt imponujące, jeśli mam być szczera.
- Ale nie możesz być pewna przyszłości - podkreśliła Gracjana.
- A czy ktokolwiek może być jej pewien? - odparła Elwira. - Równie dobrze jutro może mi spaść na głowę dachówka, jednak nie mamy sposobności przygotować się na rzeczy, które jeszcze nie istnieją albo których istnienia nie jesteśmy świadomi.
- Ach, was młodych to teraz nie idzie w ogóle zrozumieć! - wtrąciła się ciocia Marzena. - Sztuczne inteligencje, programowanie, jakbym oglądała jakiś amerykański film fantasy! Co ty na to, Waciu?
Ciocia Wacia wyglądała na zagubioną. Być może w ogóle nie przysłuchiwała się toczącej się przy stole dyskusji. Ostatnimi czasy często traciła wątek.
- Myślę, że zupa była dobra, i czekam na drugie danie - rzekła powoli.
- I to rozumiem! - zawołała triumfalnie Gracjana.
Zebrała sprawnie miseczki po zupie i zaserwowała gościom drugie danie, nie skąpiąc szczegółów dotyczących jakości i pochodzenia składników.
- A to... - Z głuchym trzaśnięciem położyła na stole miseczkę z kimchi. - Niespodzianka od naszej Elwiry. Kiszonka prosto z Korei.
- Ooo! - Ciocia Wacia niespodziewanie się ożywiła. - Dajcie mi tego koreańskiego! Nigdy nie jadłam nic stamtąd. Wiecie, że za mojej młodości to tam była bida z nędzą? Pomoc humanitarną im wysyłaliśmy, tak było!
- Prawda - przytaknęła Elwira. - A potem cud gospodarczy i azjatycki tygrys. - Nałożyła cioci Waci odrobinę kimchi.
Staruszka nadziała na widelec niewielką porcję sfermentowanej kapusty i włożyła do ust.
- Ma kopa - zawyrokowała po przełknięciu. - Będzie dobre na trawienie. A ty, dziecko, powiedz mi lepiej - zwróciła się do Elwiry. - Byłaś tam u nich? U Koreańczyków?
Elwira przytaknęła.
- I jak tam jest? Jak żyją? - dopytywała ciocia Wacia. - Czasem sobie z Marzenką te ich dramy oglądamy i się zastanawiam, czy tam faktycznie tak jest, jak na tych ich filmach.
Elwira zmrużyła oczy, myśląc nad odpowiedzią.
- I tak, i nie - odrzekła po chwili. - Byłam tam już dwa razy, ale nadal mam poczucie niedosytu.
- Byłaś w Korei? - wtrącił się Ksawery. - Wow, my tylko na zmianę Chorwacja i Grecja.
- Czasem Turcja wleci - uzupełniła Julianna.
- Podobny klimat - żachnął się Ksawery.
Gracjana obserwowała swoją rodzinę z niedowierzaniem. Jej obiad, przygotowany specjalnie pod ich gusta kulinarne, stygł na talerzach, podczas gdy oni zachwycali się koreańską kiszonką! I Elwirą, inżynierką, co to świat zwiedza!
- Ciocia brzmi, jakby miała teraz ochotę na azjatyckie jedzenie, a nie nasze, swojskie - zażartowała.
- Wiesz, dziecko, za moich czasów takich rzeczy nie było - odparła ciocia Wacia. - A człowiek, choć stary, pozostaje ciekawy świata, nowych smaków. Poleciałoby się do tych wszystkich krajów, ale kto ze sobą taką starą babę weźmie?
- O, to może sprawdzimy, czy można cioci wyprawić urodziny w jednej ze szczecińskich koreańskich restauracji? - podchwyciła Angela.
Pomysł spotkał się z entuzjazmem wszystkich poza Gracjaną. Pani domu odchrząknęła, ściągając na siebie uwagę. Musiała odzyskać kontrolę nad sytuacją.
- Wszystko już jest zaplanowane na urodziny drogiej cioci - przypomniała. - Wątpię, by dało się na ostatnią chwilę zrobić rezerwację dla tak licznej grupy.
Entuzjazm zgromadzonych wyraźnie ostygnął. "Dobrze, niech już zejdą na ziemię" - pomyślała Gracjana. I wtedy akurat musiała się odezwać Elwira.
- Cóż, mogę przygotować małe co nieco w koreańskim stylu i nie tylko - powiedziała. - Żeby ciocia miała szansę odbyć kulinarną podróż, o której marzy.
- Ooo, super pomysł! - Nawet Sylwia, poczciwa, wierna Sylwia, najstarsza sojuszniczka Gracjany, dała się złapać na to szaleństwo. - Co o tym myślisz, Gracja? Będzie urozmaicenie.
- Och tak, niewątpliwie. - Gracjana starała się za wszelką cenę zapanować nad emocjami, by nie wybuchnąć. - Możemy nawet pokusić się o drobny... konkurs kulinarny. Ja przygotuję kilka dań, Elwira kilka, a ciocia osądzi, który kierunek podoba jej się najbardziej. - Wymyślała na gorąco, bez uprzedniego przeanalizowania sprawy.
- Niech zwycięży lepsza wizja - podchwyciła Elwira.
Pozostali również wyrazili swoją aprobatę. "Nie myśl, że masz jakiekolwiek szanse - pomyślała Gracjana, patrząc na zblazowaną Elwirę. - Już za kilka dni odeślę ciebie i twoje nowomodne jedzenie tam, gdzie wasze miejsce".