Zjadacze książek - Sunyi Dean

Reflow text when sidebars are open.
1
DEVON ZA DNIA
Obecnie
Zapuściliśmy się w osobliwy obszar; musimy być gotowi na równie osobliwe przygody i niebezpieczeństwa.
Arthur Machen, The Terror
Obecnie Devon kupowała w sklepach tylko trzy rzeczy: książki, alkohol i krem do pielęgnacji wrażliwej skóry. Książki zjadała, alkohol utrzymywał ją przy zdrowych zmysłach, natomiast krem był dla Caia, jej syna, który od czasu do czasu -?zwłaszcza zimą -?cierpiał na egzemę.
W tym niewielkim sklepie nie było książek, tylko rzędy krzykliwych magazynów. Nie w jej guście; zresztą w domu i tak miała dość tomów do zjedzenia. Przebiegła wzrokiem po pisemkach erotycznych, miesięcznikach dla majsterkowiczów i magazynach wnętrzarskich, aż do najniższych półek, na których czasopisma dla dzieci lśniły różem i żółcią.
Przez chwilę wodziła po okładkach krótkimi, nierównymi paznokciami. Zastanawiała się, czy nie kupić któregoś dla Caia -?ostatnio lubił czytywać podobne rzeczy -?ale się rozmyśliła. Po dzisiejszym wieczorze jego preferencje mogą ulec zmianie.
Skrzypiąc obcasami po linoleum, przeszła na koniec alejki i postawiła koszyk przy kasie. Cztery butelki wódki i buteleczka kremu do pielęgnacji skóry.
Kasjer zajrzał do koszyka i podniósł na nią wzrok.
-?Ma pani dowód?
-?Słucham?
-?Czy ma pani dowód tożsamości? -?powtórzył powoli, jakby zwracał się do osoby niedosłyszącej.
Devon wgapiała się w niego.
-?Na litość boską, mam dwadzieścia dziewięć lat -?żachnęła się, wiedząc, że wygląda dokładnie na swój wiek.
Kasjer wzruszył ramionami i skrzyżował ręce na piersi. Czekał. Sam był jeszcze dzieciakiem, miał osiemnaście, najwyżej dziewiętnaście lat, pracował w sklepie rodzinnym i zapewne próbował postępować zgodnie ze wszystkimi zasadami.
Rozumiała to, ale nie zamierzała wyświadczać mu tej przysługi. Devon nie posiadała żadnego dokumentu tożsamości. Ani świadectwa urodzenia, ani paszportu, ani prawa jazdy, niczego. Oficjalnie w ogóle nie istniała.
-?Daruj sobie. -?Pchnęła koszyk w jego stronę, aż zadźwięczały butelki. -?Kupię alkohol gdzie indziej.
Wyszła rozeźlona. W innych sklepikach tłumy dzieciaków bez przerwy kupowały trunki. Tutaj było to na porządku dziennym. Fakt, że ktoś właśnie od niej żądał dokumentu potwierdzającego pełnoletniość, wydawał się niedorzeczny.
Dopiero gdy przeszła na drugą stronę słabo oświetlonej ulicy, uświadomiła sobie, że nie kupiła kremu. To, że o nim zapomniała, było niewielką porażką, ale zawodziła Caia na tak wiele innych sposobów, że nawet ten drobny błąd wystarczył, żeby poczuła, jak rosną w niej nowe pokłady gniewu.
Przez chwilę zastanawiała się, czy nie zawrócić, lecz spojrzała na zegarek. Dochodziła dwudziesta. Już prawie była spóźniona.
Poza tym egzema wydawała się niczym w porównaniu z głodem, który trawił Caia. I nakarmienie go jest dużo, dużo ważniejsze.
Newcastle nad rzeką Tyne było całkiem ładne, choć może nieco zbyt hałaśliwe jak na gust Devon. O tej porze roku słońce zachodziło o szesnastej, niebo nad miastem zrobiło się już zupełnie ciemne, a uliczne lampy brzęczały. Brak naturalnego światła pasował do jej nastroju. Odruchowo sprawdziła telefon z krótką listą kontaktów. Żadnych wiadomości. Żadnych nieodebranych połączeń.
Przemknęła obok rzędu rozpadających się szeregówek. Chodnikiem w obie strony szli piesi. Przed jednym z domów zbici w gromadę ludzie pili i palili papierosy. Zza pozbawionych zasłon okien wylewała się muzyka. Chcąc uniknąć tłumów, Devon skręciła w lewo i zeszła z głównej ulicy.
Kiedy była na zewnątrz wśród ludzi, musiała pamiętać o tak wielu rzeczach. Udawanie, że jest jej zimno, to jedna z nich. Mając to w pamięci, otuliła się szczelniej płaszczem, jakby naprawdę czuła chłód. Druga rzecz to chodzenie tak, by było słychać jej kroki. Celowo szurała nogami, miażdżąc pod podeszwami żwir i piasek. Pomagały jej w tym ciężkie buty, w których poruszała się głośno i niezgrabnie jak dziecko w kaloszach dorosłego.
Kolejnym problemem była zdolność widzenia w ciemności. Musiała pamiętać, żeby mrużyć oczy i udawać, że omija zalegające na ulicach śmieci, choć doskonale je widziała, i udawać obcy jej strach, gdy powinna go czuć. Nocą samotne ludzkie kobiety wyjątkowo musiały mieć się na baczności.
Krótko mówiąc, musiała bezustannie zachowywać się jak zwierzyna, a nie jak drapieżnik, którym się stała.
Szła teraz szybciej, chcąc jak najprędzej wrócić do domu. Mieszkanie, które wynajmowała (wyłącznie gotówka, żadnych pytań), mieściło się nad warsztatem wulkanizacyjnym. W dzień było tam głośno, cuchnęło olejem i słychać było rozmowy klientów. Wieczorami robiło się spokojniej, choć nadal paskudnie śmierdziało.
Uliczką w dół i schodami w górę do tylnego wejścia. Nie było tu drzwi frontowych, ale to jej nie przeszkadzało. Dzięki temu mogła wychodzić i przychodzić kiedy chciała, z dala od ciekawskich oczu -?podobnie jak jej goście, jeśli takowych miała. Prywatność była najważniejsza.
Devon sięgnęła po komplet kluczy zawieszonych na smyczy. Sznurek zaplątał się w wiszący na stalowym łańcuchu mosiężny kompas. Rozplątała go, włożyła klucz do dziurki i po chwili mocowania się z zamkiem weszła do środka.
Ponieważ ani ona, ani jej syn nie potrzebowali światła, w mieszkaniu panował wieczny mrok. To znacznie ograniczało zużycie prądu i przypominało jej dom w czasach, gdy czuła się tam jeszcze mile widziana: chłodny, nieoświetlony spokój Fairweather Manor z tonącymi w mroku korytarzami i zacienionymi bibliotekami.
Spodziewała się jednak towarzystwa ludzi, więc zapaliła wszystkie światła. Tanie żarówki, migocząc, leniwie obudziły się do życia. Mieszkanie składało się wyłącznie z klaustrofobicznej przestrzeni mieszkalnej, małego aneksu kuchennego z rozkładanym stołem, łazienki po lewej i zamkniętej sypialni po prawej, gdzie jej syn spędzał większość każdego dnia. Postawiła torbę przy drzwiach, zawiesiła płaszcz na kołku i stukając obcasami, skierowała się do pokoju.
-?Cai? Nie śpisz?
Cisza, a po niej szuranie nogami.
-?Przykro mi, ale nie ma balsamu. Skończyły się. Kupię jutro, dobrze?
Szuranie ustało.
Jak zawsze kusiło ją, żeby wejść do środka i spróbować go pocieszyć. Po trzech tygodniach głodowania był wychudzony, jego cierpienie zmieniało się w niewyobrażalną agonię, a ciało zaczynało wytwarzać toksyny. Dręczące jego umysł szaleństwo mógł uleczyć wyłącznie kolejny posiłek, choć nawet on nie był w stanie zaspokoić ciągłego głodu. Wiedziała, że albo będzie siedział skulony i obojętny w kącie pokoju, albo rzuci się na nią oszalały.
Nie sposób było przewidzieć jego reakcji, więc zamiast tego drżącymi palcami raz i drugi sprawdziła rygle -?jeden na górze, drugi na dole drzwi. Oba zamontowała sama, plus zwykły zamek, do którego otwarcia potrzebowała klucza. Na szczęście w mieszczącym się nad warsztatem pokoju nie było okna, dzięki czemu nie wymagał on dodatkowych zabezpieczeń. Chociaż raz.
Ktoś zapukał do drzwi. Devon wzdrygnęła się i zerknęła na zegarek. Dziesięć po ósmej; punktualnie co do minuty. Dobrze, że nie wróciła po balsam.
Podeszła do drzwi, żeby wpuścić gościa. Miał imię, lecz nie chciała o nim pamiętać. Wolała myśleć o jego roli i o tym, czym się zajmował: był miejscowym pastorem. Nie chciała widzieć w nim nikogo więcej ani mniej.
Stał teraz na progu jej drzwi, ubrany w czarno-musztardowy płaszcz, który mógł być modny jakieś czterdzieści lat temu. Miał dobrotliwe spojrzenie, emanował spokojem i wykazywał imponującą wręcz cierpliwość wobec kłótliwych wiernych. Nie był zbyt wylewny wobec dzieci i po dwóch tygodniach intensywnej obserwacji zyskała pewność, że nie ma poważnych problemów osobistych. Rzecz jasna każdy miał jakieś wady, jednak z tym potrafiła sobie poradzić. W końcu byli tylko ludźmi.
-?Dziękuję, że pastor przyszedł. -?Przygarbiła się i jakby skurczyła w sobie. Udawaj skrępowaną, niechętną, a przede wszystkim bezbronną. To zawsze na nich działa. -?Nie sądziłam, że się pastor zgodzi.
-?Ależ nie ma za co! -?Uśmiechnął się. -?Jak mówiłem w niedzielę, to żaden problem.
Devon nie odpowiedziała i udając zmieszaną, bawiła się zawieszonym na szyi kompasem. Wiele razy przerabiała tę rozmowę i jej wariacje, próbowała różnych kwestii i doszła do wniosku, że lepiej, żeby to oni przejmowali inicjatywę. Pewnie powinna była włożyć coś bardziej kobiecego, żeby wyglądać jeszcze bardziej niewinnie, jednak gardziła sukienkami.
-?Mogę wejść? -?zapytał, na co udając zawstydzoną swoją gburowatością, odsunęła się na bok.
Omiótł wzrokiem niszczejące wnętrze. Devon nie mogła go za to winić. Jak zwykle zmieszana przeprosiła za stan mieszkania, podczas gdy on zapewniał ją, że wcale nie jest tak źle, jak mówi.
Gdy rytuał dobiegł końca, powiedziała:
-?Mój syn jest w kiepskim stanie. Rozmawiałam z nim wcześniej, ale nie odpowiedział. Obawiam się, że pastor również może nie mieć szczęścia.
Mężczyzna pokiwał głową i wyraźnie zatroskany zacisnął usta w wąską kreskę.
-?Jeśli pani pozwoli, spróbuję z nim porozmawiać.
Devon zagryzła zęby, żeby nie parsknąć pogardliwym śmiechem. Jakby rozmowa mogła rozwiązać problemy takie jak ten. Nie było w tym winy pastora, to ona powiedziała, że Cai cierpi na depresję, ale i tak czuła, że ogarnia ją histeria.
Widząc, że pastor wciąż czeka na odpowiedź, skinęła sztywno głową, z nadzieją, że pomyśli, iż targają nią sprzeczne emocje, i poprowadziła go ku zamkniętym drzwiom.
-?Zamyka pani syna w pokoju? -?Wydawał się zszokowany i odsuwając rygle niemal czuła na sobie ciężar jego osądu. Ani chybi pomyślał, że ma coś wspólnego ze stanem psychicznym Caia.
Gdyby tylko wiedział.
-?To skomplikowane. -?Przekręciła klucz i zamarła, świadoma, jak bardzo wali jej serce. -?Muszę zadać pastorowi pytanie.
-?O co chodzi? -?Duchowny stał się czujny, wypatrując zagrożenia, którego nie był w stanie zobaczyć.
Wszystko na nic. Jego los został przesądzony w chwili, gdy przestąpił próg mieszkania.
Devon zajrzała mu w oczy.
-?Czy jest pastor dobrym człowiekiem? -?To pytanie trawiło ją za każdym razem. Przy każdej ofierze. -?Życzliwym?
Duchowny rozważał jej słowa, marszcząc przy tym czoło. Próbował zrozumieć, jakiego pocieszenia jej potrzeba, choć nie miał najmniejszych szans zgadnąć. Mimo to jego wahanie samo w sobie było pokrzepiające. Ci źli kłamali szybko i gładko albo -?co gorsza -?zbywali pytanie dowcipnymi uwagami. Tylko ci, którzy mieli sumienie, zastanawiali się nad odpowiedzią.
-?Nikt z nas nie jest na wskroś dobry -?powiedział w końcu. Położył jej rękę na ramieniu, tak łagodnie i dobrotliwie, że omal nie zwymiotowała. -?Możemy tylko żyć w zgodzie z darowanym nam światłem.
-?Niektórzy z nas nie posiadają żadnego światła -?odparła Devon. -?Jak wówczas mamy żyć?
Zamrugał.
-?Ja...
Devon chwyciła go za nadgarstek, szarpnięciem otworzyła drzwi i wepchnęła go do środka. Pastor nie był wątły, lecz Devon okazała się znacznie silniejsza, niż mogło się wydawać, i miała po swojej stronie element zaskoczenia. Oszołomiony mężczyzna zatoczył się do przodu, prosto w ciemność pokoju Caia. Devon zatrzasnęła drzwi i naparła na nie plecami.
-?Tak mi przykro -?powiedziała przez dziurkę od klucza. -?Po prostu robię, co mogę.
Pastor nie odpowiedział, tylko rzucał się i wrzeszczał.
Nie było sensu przepraszać. Kiedy krzywdzisz ofiary, one nie chcą wysłuchiwać twoich przeprosin, chcą tylko, byś przestał. Jednak Devon nie mogła przestać, a przeprosiny były wszystkim, co miała. Przeprosiny i wóda.
Niespełna minutę później odgłosy szamotaniny ustały. Devon nie potrafiła powiedzieć, co jest gorsze: wrzaski i zawodzenie czy cisza. Może jedno i drugie było tak samo złe. Po chwili wahania puściła klamkę. Nie było sensu zamykać drzwi na klucz. Cai nie będzie niebezpieczny, już nie. Zresztą lepiej, żeby mógł wyjść z pokoju, kiedy zechce.
Pokryte pleśnią ściany obskurnego mieszkania napierały na nią, przytłaczając ją swoim ciężarem. Jej syn, który głodował przez tyle dni, będzie musiał odespać swój posiłek. Tymczasem ona miała ochotę na drinka, a w domu nie było wódki.
Nie, chwileczkę. Wciąż miała pół butelki whisky zostawionej przez poprzednią osobę, którą przyprowadziła do swego domu. Devon nie miała ochoty na whisky, ale jeszcze bardziej nie miała ochoty pozostać trzeźwa. Po kilku minutach przetrząsania szafek znalazła zgubę.
Z butelką w dłoni zamknęła się w maleńkiej, obskurnej łazience i upiła się do nieprzytomności.
2
KSIĘŻNICZKA Z RODU CZARODZIEJÓW
Dwadzieścia dwa lata temu
Była księżniczką z rodu czarodziejów. Bogowie przysłali swoje cienie na uroczystość nadania jej imienia.
Lord Dunsany, Córka króla elfów1
Devon miała osiem lat, kiedy pierwszy raz spotkała człowieka, choć wtedy nie zdawała sobie sprawy z tego, kim on jest. Czy może raczej nie zdawała sobie sprawy z tego, kim sama jest.
Gdy dorastała, istniało tylko sześć rodów, rozproszonych w różnych regionach Wielkiej Brytanii. Rodzina Devon nosiła nazwisko Fairweather, a ich posiadłość w Północnym Yorkshire była wciśnięta między niskie wzgórza a dzikie wrzosowiska. Patriarchą rodu był wuj Aike, najmądrzejszy, choć nie najstarszy z Fairweatherów. Podlegał mu cały szereg ciotek i wujów, od tych, którzy ledwie osiągnęli wiek dorosły, do prawdziwie leciwych.
Rodzinę tworzyło jeszcze siedmioro dzieci, z których wszystkie -?z wyjątkiem Devon -?były chłopcami. W posiadłości w ogóle przebywało niewiele kobiet, albowiem w Rodzinach dziewczęta należały do rzadkości. Wujów było więcej niż ciotek, tak jak braci było więcej niż sióstr, w tamtym zaś czasie Fairweatherowie nie mieli żadnych dziewcząt na wydaniu. Devon prawie nie pamiętała matki, która wiele lat temu opuściła rodzinny dom, by wypełnić małżeński kontrakt.
-?Jesteś jedyną księżniczką w naszym małym zamku -?mawiał wuj Aike, puszczając do niej oko. Wysoki i siwowłosy lubił sadzać swe tyczkowate ciało na wygodnych krzesłach i wypijał zatrważające ilości herbaty z inkaustu. -?Zupełnie jak w bajkach, co? -?Machał przy tym ręką, a kąciki jego ust unosiły się w uśmiechu.
Słysząc to, Devon śmiała się, wkładała na głowę koronę ze stokrotek i biegała po ogrodzie w potarganej koronkowej sukience, krzycząc: "Jestem księżniczką!". Czasami próbowała bawić się z ciotkami, bo skoro ona była księżniczką, to one musiały być królowymi. Tymczasem starsze kobiety, które rzadko opuszczały swe sypialnie, odsuwały się od niej i popatrywały na nią z niepokojem. W końcu Devon uznała, że są nudne, i postanowiła dać im spokój.
Sam dom był wysokim na trzy piętra dziesięciopokojowym budynkiem. Nie różniłby się od innych posiadłości, gdyby nie liczne przypadkowe gzymsy, dobudówki, kryte dachówką dachy i gotyckie zdobienia. ("To wszystko zasługa twojego stryjecznego dziadka Boltona -?powiedział raz wuj Aike. -?Architektura była jego, cóż, konikiem").
Pod ziemią rozciągały się kolejne piętra z cudownie wijącymi się korytarzami. Devon znała tu każdą wnękę i każdy zakamarek, od ciemnych podziemnych przejść po zalane słońcem pokoje muzyczne na wyższych piętrach.
No i biblioteki. Podobnie jak inne rody, również Fairweatherowie mieli biblioteki o szczególnym smaku: zszywane grubymi nićmi stare tomiszcza oprawne w wytłaczaną, fakturowaną skórę -?im ciemniejszą, tym lepszą. Gdy się je otworzyło, znad pożółkłych stronic unosiły się drobinki kurzu pachnącego delikatnie marcowym deszczem. Jeden kęs i zęby Devon potrafiły przegryźć zarówno oprawę, jak i żylaste nici, i dziewczynka czuła na języku kwaśny, cierpki smak przesiąkniętego inkaustem papieru.
-?Biblichor -?mawiał wuj Aike, obracając słowo na języku. -?To słowo znaczy zapach bardzo starych książek. Uwielbiamy go. Jak i inne stare rzeczy.
-?W domu wszystko jest stare -?chichotała Devon. Jak obrazy w jadalni na parterze, które liczyły sobie co najmniej czterysta lat. -?Ty też jesteś bardzo stary!
Słysząc to, wuj Aike śmiał się i nigdy nie czuł się urażony.
-?Może i jestem, księżniczko, ale z tym twoim językiem nigdy nie dożyjesz tak sędziwego wieku.
Ten twój język. Wiele osób komentowało język Devon. Czasami wystawiała go i przyglądała mu się w lustrze, lecz nie widziała w nim nic nadzwyczajnego.
Ziemia, na której mieszkali, w oczach dziecka zdawała się nie mieć końca. Skaliste wzgórza sąsiadowały z wrzosowiskami pełnymi dołów i torfowisk. Latem, kiedy wrzosy zakwitały fioletem, Devon goniła króliki i kuropatwy. Dwa razy znalazła wydry, których drobne ząbki wyglądały jak jej własne rosnące zęby książkowe. Zimą trawy wysychały i sztywniały od mrozu. Lepiła bałwany z braćmi i razem z nimi biegała boso po górkach i porastających doliny lasach.
Aż raz pewnego styczniowego poranka ośmioletnia Devon wyruszyła samotnie na poszukiwanie śnieguł i rudych lisic. W nocy słyszała poszczekiwania lisów i miała nadzieję, że wśród śnieżnej bieli dostrzeże któregoś z nich, niczym mknący po papierze płomień.
Nie doszła do oddalonego o trzysta metrów niewielkiego zagajnika na tyłach domu, gdy jej uwagę zwrócił nieznajomy dźwięk. Ktoś brnął w śniegu między drzewami, sadząc niezgrabne, duże kroki. Żaden z mieszkańców Fairweather Manor nie poruszał się tak ciężko i zaintrygowana Devon postanowiła przyjrzeć się intruzowi.
W świeżym śniegu szedł, dysząc ciężko, człowiek, którego nigdy wcześniej nie widziała na oczy. Był w nieokreślonym wieku. Miał ciemne włosy, jasnobrązową skórę i gęstą brodę. Długie wąsy okalały jego usta. Co dziwne, widziała na jego nogach ciężkie buciory, nosił długie spodnie, a na rękach zabawne, robione na drutach rzeczy, natomiast jego dziwna bufiasta koszula była zapięta pod samą szyję. Na głowie nieznajomego przycupnęła inna robiona na drutach rzecz.
Potrzebowała chwili, by przypomnieć sobie nazwy owych osobliwych przedmiotów -?rękawiczki, kurtka i czapka. Znała je z opowieści, lecz nigdy nie widziała nikogo, kto by je nosił. Nieznajomy wyglądał inaczej niż dorośli z posiadłości, którzy byli znacznie bledsi i ubierali się w stare, zakurzone stroje. Zastanawiała się, czy to możliwe, że patrzy na rycerza Sześciu Rodzin, lecz rycerze zwykle podróżowali dwójkami, na motocyklach z doczepionym do nich smokiem. Ten mężczyzna nie miał towarzysza ani smoka, a już na pewno nie posiadał motocykla.
Zaszła go od tyłu i poklepała w ramię.
-?Cześć -?powiedziała i zachichotała, gdy omal się nie przewrócił. Jak to możliwe, że jej nie zobaczył? Wszystkie te jego ubrania musiały przytłumić zmysły.
-?Jasna...! -?Mężczyzna ugryzł się w język i zaczerpnął głęboko tchu. Mróz oszronił jego ciemne bokobrody, a nogawki spodni były wilgotne od śniegu. -?Skąd się wzięłaś, dziewczynko?
Devon była zachwycona. Minęły co najmniej dwa lata, odkąd zdołała podkraść się do kogoś.
-?Jesteś jednym z moich kuzynów? -?Skakała wokół niego. -?Nigdy wcześniej cię nie widziałam. Dlaczego nie masz samochodu? Myślałam, że wszyscy moi kuzyni przyjeżdżają samochodami.
-?Jednym z kuzynów? Nie, nie sądzę. -?Z jakiegoś powodu nie przestawał gapić się na jej bose stopy, odkryte kolana i płócienną sukienkę bez rękawów. -?Nie jest ci zimno, skarbie?
Zatrzymała się nagle, zdziwiona.
-?Jak to? -?spytała.
Zjadła tyle właściwych książek, że wiedziała, czym jest zimno. To ono sprawiało, że z nieba zamiast deszczu padał śnieg, tak jak w baśni o Królowej Śniegu.
Teraz też sypał śnieg, leciutkie płatki osiadały na jej ramionach i zasypywały ślady jej stóp. Chłód był inny od ciepła: kojący i nie tak męczący. Jednak chłód stanowił część świata i nastających po sobie pór roku, uczuciem obojętnym na reakcję. Nie czymś, z czym należało coś zrobić.
-?Silny dzieciak -?skwitował, unosząc brwi. -?A odpowiadając na twoje pytanie, nie jestem twoim kuzynem. Jestem chyba kimś w rodzaju gościa.
Teraz zrozumiała.
-?W takim razie jesteś bardzo nieuprzejmy -?odrzekła, opierając ręce na biodrach. -?Jeśli naprawdę jesteś gościem, powinieneś mi powiedzieć, jak się nazywasz i skąd przychodzisz.
Wiedziała, że na świecie istnieli nie-kuzyni: ludzie, którzy jedli mięso zwierząt i brudne rośliny wyciągane z ziemi. Ale gość czy nie, Rodzina czy nie, każdy musiał okazać wujowi Aike'owi należną uprzejmość.
-?Czyżby? -?Mężczyzna uśmiechnął się niepewnie. -?W takim razie najmocniej przepraszam. Nazywam się Amarinder Patel, w skrócie Mani. Jestem dziennikarzem z Londynu. Słyszałaś o Londynie?
Devon pokiwała głową. Wszyscy słyszeli o Londynie. To tam mieszkali Gladstone'owie, daleko na południu. Byli największą, najbogatszą i najbardziej wpływową z Rodzin. Raz poznała kuzynów, kiedy przyjechali w gości do Fairweather Manor.
-?A ty jak się nazywasz? -?Uśmiech Maniego stał się mniej drżący i bardziej szczery.
-?Jestem Devon Fairweather z Sześciu Rodzin -?poinformowała go. - Wszystkie te ziemie są częścią posiadłości Fairweather Manor.
-?Sześciu Rodzin? -?powtórzył jak echo.
Devon dała sobie spokój z uprzejmościami.
-?Co to takiego zieni... zienikasz? -?Skoro on nie używał poprawnych słów, ona również nie zamierzała.
-?Dzien-ni-karz -?odparł, ostrożnie wymawiając każdą sylabę. -?Śledczy. To znaczy, że badam różne dziwne historie. Czasami rzeczy, które odkryję, pojawiają się w telewizji. Czy to nie ekscytujące?
-?Co to telewizja?
Kolejna pauza, tym razem nieco krótsza. Coraz lepiej maskował zaskoczenie.
-?Devon -?przy okazji, to bardzo ciekawe imię -?przybyłem tutaj w poszukiwaniu twojej rodziny. Krążą plotki o dziwnym klanie mieszkającym na wrzosowiskach. Miałem nadzieję, że napiszę historię...
-?Historię? Nową? -?Devon natychmiast się zainteresowała. -?Czy dzień-ni-karze piszą historie?
-?Cóż...
-?Napiszesz taką dla mnie? -?Pytania wylewały się z jej ust wartkim potokiem. -?Czy, kiedy skończysz, będę mogła ją zjeść? Nigdy nie jadłam historii napisanej specjalnie dla mnie!
Uśmiech spełzł z jego twarzy niczym spływający z dachu stopniały śnieg.
-?Zjeść? -?zapytał.
-?Czy tak właśnie powstają historie? Zawsze się zastanawiałam, ale wuj Aike powiedział, że wyjaśni mi wszystko, kiedy będę starsza. Jak się pisze historię? Ja nie mogę żadnej napisać. Czy, kiedy skończysz, powstanie z niej książka? Czy wszystkie historie stają się książkami?
-?Nie umiesz pisać? -?zapytał zdumiony.
-?Hę? Oczywiście, że nie! -?Gapiła się na niego wytrzeszczonymi oczami. -?Jak moglibyśmy pisać? -?Gdyby zjadacze książek potrafili pisać, nie potrzebowaliby książek innych ludzi. Tak powiedzieli jej wujkowie.
Mani powoli wypuścił powietrze.
-?Rozumiem. -?Postawił kołnierz kurtki. -?Masz mamę albo tatę? - zapytał, a gdy popatrzyła na niego zaskoczona, skrzywił się i dodał pośpiesznie: -?Kogoś, kto się tobą opiekuje? Dorosłego?
-?A! Masz na myśli wuja Aike'a? -?odparła, starając się nie okazywać rozczarowania. Wszyscy goście zawsze chcieli się widzieć z wujem Aike'em. -?Myślę, że mogę cię do niego zaprowadzić. -?Wiedziała, że nieznajomy nie będzie chciał zobaczyć się z ciotkami, bo nikt nigdy nie chciał się z nimi widywać.
-?Pewnie -?odparł ponuro Mani. -?Poznajmy twojego wuja Aike'a.
Devon w podskokach pomknęła przez zaspy. Czuła, jak rozczarowanie ustępuje miejsca samozadowoleniu. I co z tego, że gość chciał się spotkać z wujem Aike'em? To ona pierwsza go znalazła. Ramsey będzie zazdrosny. Pozostali bracia też, ale nie lubiła ich tak bardzo jak Ramseya; w większości byli dużo od niej starsi, a do tego nudni i rzadko się z nią bawili. Będzie chwaliła się tym przez cały tydzień. Może nawet dwa.
Las przerzedził się gwałtownie, ustępując miejsca skalistym wzgórzom, których ostre, twarde krawędzie miękły wraz z nadejściem pierwszych mrozów. Dom wyłonił się przed nimi niczym ilustracja z książki dla dzieci z otwierającymi się obrazkami, a jego prastare gzymsy zdawały się jeszcze bardziej wystające i nie na miejscu w skąpym zimowym świetle. Kilku braci Devon kopało piłkę w dzikim, zarośniętym ogrodzie przed budynkiem. Żaden z nich nie zwrócił na nią uwagi, z wyjątkiem Ramseya, który gapił się z bezbrzeżnym zdumieniem. Jego zaskoczenie sprawiło Devon wyraźną przyjemność.
-?Żadnego źródła energii elektrycznej, żadnych upraw, nawet stosownych ubrań dla dzieci. Dom to istna ruina, a otaczające go ziemie wyglądają nie lepiej. Tymczasem na podjeździe stoją nowoczesne samochody. -?Mani mruczał do małego czarnego urządzenia z migającym czerwonym światełkiem. -?Zastanawiam się, co takiego jedzą. Tak czy inaczej, prowadzą zaściankowe życie z dala od ludzi. Czy to o nich mówią miejscowe legendy? -?Zauważył, że Devon gapi się na niego, i uśmiechnął się rozbrajająco.
-?Za mną! -?oznajmiła dziewczynka i szarpnięciem pociągnęła go za sobą pod łukowatym przejściem do znajdującego się za nim holu.
Poprzecierany, niegdyś kosztowny dywan, przykrywał toporną kamienną podłogę. Kryształowe żyrandole wisiały ciemne, pozbawione jakichkolwiek świec czy żarówek. Jeśli kiedyś dawały światło, Devon nigdy tego nie widziała. W pokojach, które mijali, stały niskie sofy albo małe stoliki z polerowanego drewna, a wiszące pod sufitami żyrandole były równie zimne jak te w holu. Wzdłuż ścian ciągnęły się niemające końca regały z książkami. Wszystko tu było przesiąknięte zapachem starych ksiąg.
Devon gwałtownie skręciła w lewo, doszła do końca korytarza i w podskokach weszła do bawialni, a za nią Mani. W pokoju przy wyjątkowo dużym dębowym stole siedziało kilku jej wujków, grając w brydża i popijając herbatę z inkaustu. W chwili gdy Devon i jej gość przekroczyli próg bawialni, wszystkie rozmowy ucichły jak nożem uciął, a głowy obróciły się w ich stronę.
-?Wuju! -?oznajmiła Devon. -?Znalazłam gościa!
-?Właśnie widzę. -?Wuj Aike odłożył na stół wachlarz kart. -?Kim pan jest, sir?
-?Amarinder Patel, niezależny dziennikarz -?przedstawił się Mani i wyciągnął rękę na powitanie. -?Szukałem...
-?To teren prywatny. -?Wuj Aike powoli się podniósł. Gdy się nie garbił, miał prawie metr dziewięćdziesiąt wzrostu. -?Nie wolno tu panu przebywać. Dziennikarze są tutaj wyjątkowo niemile widziani.
Devon obserwowała wszystko zdumionym wzrokiem. Jeszcze nigdy nie widziała, by jej ulubiony wujek był wobec kogoś tak nieuprzejmy.
Mani opuścił rękę.
-?Przepraszam. Zadzwoniłbym z wyprzedzeniem, ale nie byłem nawet pewien, czy pan i pańska rodzina tu mieszkacie. W biurze rejestru gruntów nie ma żadnego numeru telefonu, żadnych nazwisk ani nawet listy uprawionych do głosowania...
-?W rzeczy samej. -?Wuj Aike pochylił się do przodu, przyciskając kłykcie do blatu. -?A czy przyszło panu do głowy, panie Patel, że być może nie chcemy, by ktokolwiek się z nami kontaktował? Zwłaszcza dziennikarze. Zwykli obywatele mają prawo do prywatności.
W gęstym nagle powietrzu pytania uwięzły Devon w gardle. Działo się coś, czego nie rozumiała, chociaż nikt nie wydawał się na nią zły.
Mani poprawił okulary.
-?Cóż więc, sam znajdę drogę do wyjścia.
Jednak wuj Aike wskazał puste krzesło i rzekł:
-?Bzdura. Co się stało, to się nie odstanie, i skoro już pan się tu zjawił, proszę usiąść. -?Mięsień na jego policzku drgał nerwowo. - Przecież po to pan przyszedł, prawda? By odnaleźć członków mojej Rodziny. Cóż, zatem porozmawiajmy jak dorośli.
-?Ja... -?Mani zaczął majstrować przy małym czarnym urządzeniu, raz za razem obracając je w dłoniach.
Nie dość, że był dorosłym człowiekiem, to jeszcze wszedł do ciemnego, ponurego pokoju pełnego niszczejących ksiąg i bladych, widmowych postaci w staromodnych garniturach. Sytuacja nie do pozazdroszczenia dla kogoś o słabych nerwach.
Jednak po chwili profesjonalizm i zdrowy rozsądek wzięły górę. Mani podszedł do stołu i wcisnął się na krzesło między wujkiem Burym a wujkiem Romfordem.
-?Dev, moja droga. -?Wuj Aike nawet na chwilę nie odrywał oczu od dziennikarza. -?Idź się pobawić, dobrze? My tymczasem porozmawiamy z panem Patelem.
-?Ale... -?Devon zerknęła żałośnie na stół, przy którym zasiadł sztywno jej gość. Uważała, że to nie w porządku, że zawsze musi wychodzić, kiedy dorośli rozmawiają.
Wuj Aike spojrzał na dziewczynkę, przygarbił się nieco, a jego twarz złagodniała.
-?Wiesz co, księżniczko? Idź do mojego pokoju i wybierz sobie któreś ze specjalnych wydań baśni. Te z najniższej półki. Nic sprośnego, dobrze?
-?Och! Tak, tak! -?Podekscytowana Devon niemal wybiegła z pokoju.
Chociaż jadła wyłącznie baśnie, niektóre z nich były lepsze od innych, a te wyjątkowe, w pokoju wuja, smakowały szczególnie wybornie: kruche złocone oprawy, wstążkowe zakładki, piękne barwne ilustracje. Prawdziwa eksplozja błyszczących kolorów i słowa, których smak długo jeszcze pozostawał na języku i podniebieniu.
Ostatnią rzeczą, jaką usłyszała, nim wbiegła po schodach, były słowa jej wuja:
-?Romfordzie, zamknij, proszę, drzwi.
Zapomniała o nich, gdy tylko dotarła na górę. Gabinet wuja Aike'a mieścił się w niewielkim pokoju we wschodnim skrzydle i to tam właśnie zmierzała.
Bezszelestnie wślizgnęła się do środka. Ściany pokoju zdobiły renesansowe obrazy, a także eklektyczny zbiór instrumentów -?w tym chińska lutnia -?na których wuj Aike nigdy nie grał. Oraz prezenty od zjadaczy z innych krajów, z czasów, gdy podróżowanie za granicę było nieco prostsze. Dziś oznaczało to za dużo zachodu i zbyt wiele papierkowej roboty.
Biurko i krzesła tworzyły przyjemny kącik do siedzenia, zaś większość pozostałej przestrzeni zajmowało ogromne łoże. Okna dawno temu zabito od środka deskami i zastawiono kolejnymi regałami. Na najbliższej półce stały różne wydania legend arturiańskich, które zwykle dawano w prezencie jej braciom. Były pełne historii, których dziewczynki nie musiały znać.
Jeszcze niżej znajdował się rząd baśni. Piękna i bestia, Kopciuszek, Śpiąca królewna i Królewa Śnieżka. A także wiele innych. Opowieści o dziewczynkach, które szukały i znalazły miłość albo uciekły z domu i znalazły śmierć. Niemal słyszała słowa wuja Aike'a: "Mądrość tkwi w opowieści, moja droga". To o tej półce mówił.
Ale Devon miała inne pomysły.
Wysunęła niski drewniany stołek, który wuj Aike trzymał pod łóżkiem, i przyciągnęła go do regału. Gdyby stanęła na palcach, dosięgłaby do najwyższej półki, co było znacznie bardziej ekscytujące.
Co prawda wciąż nie widziała stojących tam książek, lecz nie miało to znaczenia. Wszystkie one były zakazane, a co za tym idzie, jeszcze bardziej atrakcyjne. Nawet najbardziej posłuszne dzieci znudziłyby się, jedząc codziennie to samo; nie mogła więc przegapić okazji i nie spróbować czegoś innego.
Jej palce zamknęły się na grzbiecie broszurowej okładki i Devon wysunęła książkę, omal nie tracąc przy tym równowagi. Jej wuj byłby zły, gdyby się dowiedział, i być może przez cały tydzień nie dostałaby do jedzenia niczego poza nudnymi słownikami, lecz perspektywa skosztowania czegoś zakazanego wydawała się warta ryzyka.
Usiadła na stołku i przyjrzała się swej zdobyczy. Jej tytuł brzmiał: Jane Eyre. Na czerwonej skórzanej okładce wytłoczono podobiznę młodej dziewczyny otoczonej kwiatami. Data wydania oznaczała, że autor nie żył już od dawna. Przeszedł ją dreszcz. Wciąż zdumiewało ją, że słowa pozostają i mogą być wydrukowane ponownie jeszcze długo po śmierci ich autora. Devon otworzyła książkę na przypadkowej stronie.
Zemsty zakosztowałam po raz pierwszy; wydawała mi się winem aromatycznym i krzepiącym, lecz jej zimny i gryzący posmak budził we mnie uczucie, jakbym była otruta2.
Jakież to było rozkosznie nieposłuszne, jak niegodne dziewczynki i księżniczki! Myśl, że zemsta może mieć smak wyjątkowo ekscytującej książki, wydawała się głęboko intrygująca. Ta powieść, czymkolwiek była, z pewnością była dużo ciekawsza od zwykłych baśni.
Devon otworzyła usta, obnażyła zęby i... się zawahała. Naszła ją dziwna ochota, by nie kosztować książki, lecz schować ją do kieszeni. Żeby naprawdę ją przeczytać, co jest przecież możliwe, nawet jeśli nieco niewłaściwe.
Czytanie było czymś karygodnym. "Konsumujemy wiedzę pisaną" -?powtarzali często jej ciotki i wujowie. "Konsumujemy, przechowujemy i zbieramy wszystkie formy papierowego ciała, do czego stworzył nas Kolekcjoner, obleczeni w ludzkie ciała. Lecz nie czytamy i nie potrafimy pisać".
Co wcale nie było złe, poza tym, że wszyscy wiedzieli, iż Kolekcjoner nigdy nie wróci. Zjadacze książek będą żyć i umierać i nigdy nie złożą swej wiedzy w skarbcu danych Kolekcjonera. Dlatego Devon nie widziała sensu w tym, co robili i do czego zostali stworzeni.
Poza tym zabranie książki z najwyższej półki samo w sobie było dostatecznie złe. Jeśli więc zrobi coś odrobinę gorszego, nic się nie stanie.
Jeden grzech prowadził do drugiego i Devon błyskawicznie podjęła decyzję. Wsunęła książkę pod koszulę, żeby zabrać ją do swojego pokoju w zachodnim skrzydle domu. Ostrożnie przeszła na poddasze w drugim końcu posiadłości, po czym zeszła na dół i wślizgnęła się do swojego pokoju. Nim przeczytała rozdział i ukryła skradziony egzemplarz Dziwnych losów Jane Eyre pod materacem, minęła prawie godzina.
Devon wyszła z powrotem na korytarz i poprawiła sukienkę, starając się nie wyglądać jak ktoś, kto właśnie zrobił coś złego. Panująca w domu cisza była dziwna, nawet jak na zimowe popołudnie. Ciotki zapewne siedziały zamknięte w swoich pokojach, które rzadko opuszczały. Jedynymi dźwiękami były głośne pokrzykiwania jej braci ganiających się na dworze, lecz nawet one wydawały się bardziej przytłumione niż wtedy, gdy przyprowadziła Maniego.
Wyprostowała się nagle. Dziennikarz! Jak mogła zapomnieć o swoim gościu?
Pokonując po dwa stopnie naraz, zbiegła na dół i puściła się pędem w stronę salonu.
Lecz nie zastała już gościa. Co więcej, pokój był pusty, jeśli nie liczyć wuja Aike'a, który siedział przy kominku z nogami na taborecie. Widząc ją, podniósł wzrok i skinieniem dłoni przywołał ją do siebie.
-?Wejdź, skarbie. Usiądź.
Umościła się na sąsiednim krześle.
-?Gdzie podział się dzień-ni-karz?
-?Pan Patel odpoczywa w pokoju w piwnicy. -?Wuj Aike miał najdelikatniejsze dłonie, a jego palce bez trudu przeczesywały splątane włosy Devon. -?Jutro rano przyjadą rycerze, żeby go zabrać.
-?Zabrać? -?Devon tyko raz widziała rycerzy. Byli poważni, budzili grozę i nie wydawali się ani tak mili, ani tak śmieszni jak jej wuj. -?Dokąd?
-?Do posiadłości Ravenscar -?odparł po chwili wahania. -?Znajduje się na wybrzeżu, wiele mil stąd. Tamtejszy patriarcha wie, co robić z ludźmi.
-?Och -?jęknęła Devon, przygnębiona, że inny dom ukradnie jej gościa. - Chciałam, żeby został.
-?Przykro mi, księżniczko. Wiem, że tego chciałaś. Ale obawiam się, że pan Patel nie był miłym człowiekiem. Chciał opowiedzieć o nas innym ludziom.
-?Przecież opowieści są dobre, prawda?
-?Nie wszystkie. -?Wuj Aike pocałował ją w bok głowy. -?W tym domu jesz odpowiednie książki, bo dajemy ci tylko książki właściwe dla małej księżniczki. Tymczasem niektóre historie są złe, a twój biedny pan Patel chciał napisać bardzo złe historie.
Devon przez chwilę trawiła jego słowa.
-?Czy to znaczy, że był zepsutym pisarzem?
-?Poniekąd. -?Wuj Aike wydawał się rozbawiony tym, co powiedziała. - Tak, myślę, że to właściwy dobór słów.
-?Aha, już rozumiem! Czy Ravenscarowie go naprawią?
-?Z pewnością, skarbie -?odparł Aike Fairweather i zapatrzył się w ogień w kominku. -?Z pewnością.
3
DEVON NOCĄ
Obecnie
Skąd się wzięli zjadacze książek? Nie ma dowodów, które sugerowałyby, że są zmutowanym szczepem ewolucji, a przecież ludzkość potrzebowała tysięcy lat, żeby nauczyć się wytwarzać papier.
Sami zjadacze książek opowiadają niewiarygodne historie o Kolekcjonerze, pozaziemskiej istocie, która stworzyła ich na podobieństwo ludzi, i zesłała na Ziemię, by gromadzili wiedzę (jedli książki) i kosztowali ludzkich doświadczeń (pożerali umysły).
Jeśli jednak wierzyć ich dziwacznej opowieści, Kolekcjoner nigdy nie wrócił, a sami zjadacze są tym, co pozostało po porzuconym tajnym projekcie obcych.
Amarinder Patel, Papier i ciało: sekretna historia
Devon śniła o piekle, co ostatnio często się jej zdarzało.
Niektórzy ludzie snuli nocami fantazje seksualne albo śnili koszmary o tym, że przychodzą nadzy na rozmowę o pracę. Jej sen nie był ani jednym, ani drugim, choć zawierał elementy obu.
Zaczynał się od tego, że ziemia pod jej stopami rozstępowała się, tworząc szeroki tunel wypełniony lawą. Wszystko to było przerysowane. Devon nie próbowała się bronić, spadała i lądowała na kolanach w podziemnej jamie godnej Piekła Dantego, książki, którą niegdyś próbowała zjeść, lecz koniec końców wypluła ją, bo smakowała siarką i żółcią. Nigdy nie gustowała w klasykach.
Z mroku odzywał się głos, który uprzejmie informował ją, że będzie cierpiała za swe grzechy, na co ona śmiała się tak długo, że aż w końcu zaczynała płakać. Chwilę później usłyszała trzask bicza, który wylądował na jej plecach, i obudziła się gwałtownie, czując palący ból w kręgosłupie. Leżała na podłodze w łazience z głową wykręconą pod dziwnym kątem i szyją pulsującą bólem. Jej telefon, gdy zerknęła na ekran, wskazywał 00:04.
Devon dźwignęła się z podłogi i zwróciła do toalety całą zawartość żołądka. Ludzkie jedzenie jest ohydne i brejowate -?była na tyle ciekawska, żeby spróbować go kilka razy -?za to alkohol wchodził jej znacznie lepiej. Zwłaszcza wino. Cudowne, wspaniałe wino.
Pozbywszy się trucizny, podpełzła do umywalki i dźwignęła się na nogi. Ze spaczonego lustra spoglądała na nią wymizerowana, poprzecinana zmarszczkami twarz z cieniami zmęczenia pod oczami. Mieszanka rysów twarzy i cech charakterystycznych dla jej zawiłego dziedzictwa. Połamane paznokcie, spierzchnięte usta i koszulka Nirvany jakby psu z gardła wyjęta dopełniały wizerunku zmarnowanej gotki po ciężkiej nocy.
-?Kiedyś byłam księżniczką, wiesz?
Odbicie skrzywiło się z powątpiewającą miną. Księżniczki w książkach, które czytała, były piękne i delikatne: tylko nieliczne stawały się mierzącymi metr osiemdziesiąt morderczyniami z zamiłowaniem do krótkich włosów i skórzanych kurtek. Zabawne.
Devon pokazała odbiciu środkowy palec i zabrała się do mycia zębów. Obu zestawów zębów, albowiem zęby książkowe również wymagały mycia. Kiedy jej oddech przestał cuchnąć wymiocinami, poszła poszukać syna.
Cai przeniósł się ze swojego pokoju na kanapę i zwinięty w kłębek zasnął wśród poduszek. Był taki drobny, tak przeraźliwie chudy. Devon nie miała sumienia przenosić go do łóżka. Mógłby się obudzić, a poza tym nienawidził gnieździć się w tej ciasnej przestrzeni.
Nie mogła go za to winić. Żadne dziecko nie chciałoby żyć w takiej niedoli. Będąc w jego wieku, więcej czasu spędzała na dworze niż w domu. Lecz dzieciństwem Devon nie rządził głód, który zmuszałby ją do wyżerania ludziom mózgów, tak jak robił to Cai.
Jeśli jej syn mógł liczyć na normalne życie, potrzebował Wybawienia. Nie religijnego, lecz chemicznego: produkowanego przez Rodzinę lekarstwa wynalezionego specjalnie z myślą o pożeraczach umysłów. Zażywane regularnie pozwoliłoby mu jeść papier, tak jak ona to robiła.
Problemem było jego zdobycie.
Komórka Devon zawibrowała na kuchennym blacie. Sięgnęła po nią i otworzyła klapkę.
CHRIS
znalazłem ich. powiedziałem co mi kazałaś.
wyskoczymy pogadać?
pub wronie gniazdo, jutro o 20.
przyjdziesz?
Devon stuknęła palcami w tanie plastikowe klawisze.
Tylko jedna z Rodzin, Ravenscarowie, produkowali Wybawienie. Patriarchowie Ravenscarów trzymali informacje o składnikach i produkcji w ścisłej tajemnicy, dzięki czemu mieli więcej władzy i pieniędzy niż inne Rodziny.
Wszystko się zmieniło, kiedy kilka lat temu u Ravenscarów doszło do rozłamu. Niektóre ze starszych dzieci patriarchy próbowały odłączyć się od rodziny, co Devon doskonale rozumiała. Rozpętała się krwawa jatka, w której zginęły dziesiątki zjadaczy, w tym sam patriarcha. Ci z rodzeństwa, którzy ocaleli, zapadli się pod ziemię, zabierając ze sobą zapasy Wybawienia.
Dobrze dla nich, ale nie dla jej syna. Cai wychowywał się na Wybawieniu, jak większość pożeraczy umysłów. W następstwie zamachu stanu w Rodzinie Ravenscarów dostęp do Wybawienia skończył się niemal z dnia na dzień, a to, co zostało, rycerze trzymali dla swoich dorosłych smoków.
Cai miał do wyboru tylko trzy rzeczy: jeść ludzi, zagłodzić się na śmierć albo dać się uśmiercić Rodzinom.
Devon nie zamierzała pozwolić swojemu synowi umrzeć z głodu, tak jak nie miała zamiaru pozwolić, by ktokolwiek pozbawił go życia. Ravenscarowie wciąż żyli, a to znaczyło, że będą mogli im pomóc. Jeśli tylko zdoła ich przekonać, że ich pomoc warta jest zachodu.
Najpierw jednak musiała ich odnaleźć.
Z tego, co wiedziała, nadal produkowali Wybawienie. Nie rozumiała tylko, po co to robią, wśród Ravenscarów nie było bowiem żadnych pożeraczy umysłów.
Cokolwiek nimi kierowało, czyniło życie Devon łatwiejszym. Przez ostatni rok przemierzała kraj, próbując namierzyć Ravenscarów poprzez ich dostawców.
Jednocześnie przez cały ten czas karmiła syna ludźmi, żeby utrzymać go przy życiu.
Po miesiącach poszukiwań w końcu dostała odpowiedź. Pewien handlarz narkotykami przyznał, że nadal sprzedaje niektóre składniki Ravenscarom. Twierdził również, że może skontaktować Devon z nimi. Jeśli mówił prawdę, był to przełom, na który tak długo czekała.
Jęk i szuranie wyrwały ją z zamyślenia. To pastor w pokoju Caia poruszył się bezmyślnie.
Niechętnie zatrzasnęła klapkę telefonu. Odpowiedź mogła zaczekać, aż Devon wróci, a Cai się obudzi. Pomoże jej z pisaniem.
Duchowny leżał skulony na boku na podłodze w pokoju Caia. Z jego ucha spływała cieniutka strużka krwi. Nadal żył, oddychał i mrugał, a jego serce wciąż biło. Czasami postękiwał. Zdumiała się, że przeżył. Wiele ofiar Caia umierało na skutek szoku albo krwawienia wewnątrzczaszkowego. To, że ktoś rozpuszczał ci część mózgu, a następnie go wysysał, musiało być okropne.
Ale równie dobrze mógł być już martwy. Jego wspomnienia, osobowość i wszystko to, czym kiedykolwiek był, należało teraz do jej syna. W każdym razie do następnego posiłku, kiedy jego osobowość zostanie nadpisana przez kolejną.
Devon przeszukała jego kieszenie. Pastorzy rzadko mieli przy sobie znaczną gotówkę i ten tutaj nie był wyjątkiem. Wyciągnęła dowód osobisty, lecz poza tym zostawiła portfel nietknięty. Nie miał nic, co warto byłoby ukraść. Nic w porównaniu z dwudziestoma paroma kawałkami, które trzymała w torbie.
Przynajmniej miał ze sobą Biblię. Devon je lubiła. Obnażyła zęby książkowe i wgryzła się w grzbiet. Zniszczona skóra, czułe dłonie, pot, wino mszalne. Słowa rozpływały się jej na języku, psalmy zmieszane z przykazaniami, święte noworodki wymieszane z wojną i profanacją. Cienkie jak opłatek papierowe ciało chrzęściło delikatnie przy każdym kęsie.
Stare książki nie miały kruchości tych nowych, jednak każda z nich przechodziła smakiem swego właściciela, który Devon, jak każdy szanujący się Fairweather, lubiła odkrywać. Skończyła książkę w dwunastu kęsach i starła tusz z brody. Żołądek miała przyjemnie pełny, w głowie huczało jej od archaicznych wierszy i prastarych przepowiedni. Jedzenie poprawiło jej nastrój i sprawiło, że przestała odczuwać nudności.
Rozebrała pastora do bokserek. Posikał się; zwykle tak się działo. Z worka w szafie wyjęła obszarpane, wyświechtane ubrania, które kupowała w sklepach z używaną odzieżą. Ubrała go w spodnie, koszulę i cuchnący płaszcz. Skończywszy, włożyła do torby butelkę szkockiej i zarzuciła torbę na ramię.
-?Wstajemy. -?Wsunęła ramię pod pachę duchownego.
Musiał ważyć nieco ponad osiemdziesiąt kilogramów, jednak zjadacze książek byli silni. Podźwignęła go bez trudu i powłóczącego nogami poprowadziła w stronę drzwi. Spośród nielicznych, którzy przeżyli, niektórzy mogli iść, inni nie. Ten mógł. Tym lepiej dla niej.
Devon zerknęła na zegarek. Tak jak myślała, dochodziła pierwsza trzydzieści. Pomogła mu zejść po schodach i poprowadziła dalej, w stronę wyjścia z uliczki. Ciemną, bezksiężycową noc od czasu do czasu rozświetlało nieregularne migotanie zardzewiałych lamp ulicznych.
-?Dobrze, że nie jesteś żonaty -?zwróciła się do niego łagodnie, kiedy weszli w kałużę światła. -?Nienawidzę wybierać żonatych. Wiesz? To nie w porządku wobec dzieci. Albo partnerek.
Pastor nie odpowiedział. Nie zostały w nim żadne słowa; kartki jego księgi były puściusieńkie.
Devon unikała głównych ulic, trzymała się ciemnych, wyludnionych zaułków, i chcąc ominąć ruchliwą okolicę, przecięła pobliski nieoświetlony park. W ciemności z daleka wyglądali jak para kochanków, którzy wyszli na nocny spacer, albo dwoje pijanych przyjaciół, którzy odprowadzają się do domu.
Pozbywanie się ofiar Caia stanowiło jeden z jej największych problemów. Było trudne ze względów etycznych, ponieważ dręczyło ją poczucie winy, ale i z punktu widzenia logistyki, ukrywanie ciał nie jest bowiem ani łatwe, ani przyjemne. A pozostawienie ich w szpitalu byłoby podejrzane. Podczas badań mogłaby wyjść na światło dzienne niezwykłość obrażeń.
Na szczęście dla niej w świecie ludzi istniał margines społeczny niewidzialny dla społeczeństwa.
Gdy podeszli bliżej, jej oczom ukazał się przytułek dla bezdomnych. Budynek prezentował sobą równie marny widok jak ludzie, dla których został przeznaczony. Ktoś przerobił szereg witryn sklepowych, wyburzając ściany i zastępując okna wystawowe metalowymi kratami. Betonowe stopnie prowadziły do zamkniętych na potrójny zamek drzwi. W niektórych przytułkach zainstalowano kamery przemysłowe, co znacznie utrudniało sytuację. Devon z doświadczenia wiedziała, że tu ich nie było.
Kiedy posadziła pastora na schodach, osunął się na bok. Poprawiła go, żeby było mu wygodniej, i przechyliła mu nieco głowę. Przynajmniej tyle mogła zrobić. Wyciągnęła z torby pustą teraz butelkę szkockiej i wsunęła mu w zgięcie łokcia.
Po wszystkim ostatni raz rozejrzała się dookoła. Pusta droga, niebo czarne jak rozlany inkaust i ani żywej duszy. Zasalutowała pastorowi, który patrzył na nią niewidzącymi oczami nieświadomej, zagubionej duszy.
-?Żegnaj -?rzuciła i odeszła.
Nie oglądała się za siebie w irracjonalnej obawie, że mogłaby się zamienić w słup soli. Biblia, którą zjadła, nadawała jej lękom religijny odcień.
Rankiem ktoś znajdzie pastora i zabierze go do środka. Kolejny biedak, który wylądował na ulicy po tym, jak przeszedł załamanie nerwowe, udar albo coś innego. Będą podejrzliwi, ale dopóki nie zrobią mu rezonansu magnetycznego, nie dowiedzą się, co mu jest.
Ulice wokół niej były puste i ciche, jak gdyby miasto wstrzymało oddech, i Devon odruchowo dopasowała swój krok do tej wszechogarniającej ciszy. Powietrze zdawało się gęste od upiornego spokoju.
Coś błysnęło w świetle ulicznej lampy, zatrzymała się więc i przypadła do najbliższych drzwi. Wnęka była na tyle głęboka, by zdołała się w nią wcisnąć, i z ukrycia zaczęła obserwować ulice.
Dwie przecznice dalej na środku skrzyżowania stał samotny mężczyzna. Jego zwaliste ciało opinał kremowy garnitur w stylu lat osiemdziesiątych. Mimo iż temperatura spadła poniżej zera, mężczyzna nie miał szalika, płaszcza ani rękawiczek. Jego szyję zdobił tatuaż widoczny pod rozpiętym kołnierzem koszuli.
Chwilę później do mężczyzny podszedł drugi, poruszał się cicho, niemal bezgłośnie. Miał na sobie granatowy garnitur w prążki, a skórę jego szyi zdobił identyczny tatuaż -?głodny wąż pożerający własny ogon.
Devon otuliła się ramionami, chociaż nie czuła zimna. Mężczyźni byli smokami. Nie prawdziwymi stworami z mitów, lecz dorosłymi pożeraczami umysłów, nazwanymi tak z powodu stylizowanych tatuaży, które wiły się wokół ich gardeł.
Ów symbol był równie stary jak same Rodziny: wąż Uroboros, który bez końca pożerał sam siebie. Pożeracze umysłów swym głodem niszczyli samych siebie, albowiem żerowanie na innych ich samych trawiło i pochłaniało. Uroboros był idealnym odzwierciedleniem tego posępnego konceptu. Nawet gdy przyjmowali Wybawienie, dzięki któremu mogli karmić się książkami, pragnienie pożerania umysłów tak naprawdę nigdy ich nie opuszczało.
W pewnym momencie dzieciństwa rycerze musieli zacząć ich tatuować. Rycerze byli niegdyś porzuconymi synami, których zadanie polegało na utrzymywaniu pokoju między Rodzinami i eskortowaniu panien młodych między domami.
Gdy pojawiło się Wybawienie, stali się strażnikami potworów i kontrolowali smoczy głód. A przynajmniej tak miało być. W rzeczywistości wykorzystywali "oswojone" smoki dla własnych korzyści i zysku.
Devon zaryzykowała kolejne spojrzenie. Mężczyźni stali naprzeciw siebie tak blisko, że niemal stykali się czołami. Jeśli coś mówili, musieli to robić bardzo cicho, bo choć Devon nadstawiała ucha, nie docierały do niej żadne słowa. Światło zmieniło się z zielonego na czerwone, tymczasem smoki stały bez ruchu na pustej drodze.
Kiedyś obawiała się, że Caia również czeka życie smoka, tatuaż i takie tam. Teraz miała na głowie ważniejsze problemy. Na przykład martwiła się, czy jej syn nie oszaleje, zanim poczuje głód, albo czy nie umrze z głodu, nim oszaleje.
Jak duże zapasy Wybawienia mieli rycerze? Z pewnością ich smoki robiły się niepokorne. Podobnie jak ona, oni również musieli odszukać Ravenscarów. Jednak w przeciwieństwie do niej, oni potrzebowali Wybawienia, żeby odzyskać władzę; Devon chciała jedynie ocalić Caia.
Kolana ją bolały od kulenia się w niewygodnej pozycji, a opadające na oczy kosmyki utrudniały widzenie, jednak nie miała odwagi ich odgarnąć. Skupienie i kontrola. Skoncentruj się na tym, co tu i teraz. Jeśli smoki błąkały się po ulicach, gdzieś niedaleko byli rycerze, a to znaczyło, że będzie musiała opuścić miasto.
Zamknęła oczy, a gdy znowu je otworzyła, zobaczyła, jak z przeciwnej strony nadjeżdża duży Volkswagen z przyciemnianymi szybami. Spięta i nieruchoma patrzyła, jak samochód zatrzymał się na skrzyżowaniu i drzwi się otworzyły. Nie widziała kierowcy, lecz oba smoki wsiadły do środka. Zaraz potem Volkswagen zawrócił nieprzepisowo i oddalił w kierunku, z którego przyjechał.
Devon wypuściła długo wstrzymywany oddech i szczelnej otuliła się kurtką, jakby miała na sobie zbroję, która może ochronić ją przed niebezpieczeństwem. Wyszła z ukrycia i poruszając się bezszelestnie, pobiegła do domu.
***
Gdy wróciła, Cai nie spał i trzymał na kolanach konsolę Game Boy.
-?Wróciłaś -?rzucił. Słysząc to, omal się nie skrzywiła. Mówił głosem pastora i tak samo jak on przeciągał samogłoski. Te drobne zmiany szokowały ją za każdym razem i przy każdej ofierze. -?Mówiłaś, że jest balsam do ciała? Skóra mnie swędzi.
-?Nie, wybacz. -?Zdjęła buty, czuła się zawstydzona i miała poczucie winy. -?Gość przy kasie chciał zobaczyć mój dowód, więc wyszłam jak ostatnia idiotka. Niedługo kupię ci jakiś, obiecuję. -?Zawsze składała mu obietnice. Pewnego dnia dotrzyma wszystkich.
-?Spoko -?mruknął, nie przestając grać w Super Mario.
Na pierwszy rzut oka jej syn wyglądał jak zwyczajny pięciolatek: drobny, chudy, ciemnowłosy. Miał jej oczy i rysy twarzy. Długi język, który trzymał zwinięty w ustach, sprawiał, że lekko seplenił, co zdaniem Devon było urocze.
Tyle że nigdy w życiu nie widziała pięciolatka, który byłby tak pewny siebie i tak bardzo opanowany. Był zbyt inteligentny jak na swój wiek. Rzecz jasna większość pięciolatków nie karmiła się umysłami innych ludzi. To wiele zmieniało.
Zwykle nie była pewna, ile w jej synu jest Caia, a ile zostało nadpisane przez osobowość innego człowieka. Obce wspomnienia i myśli zalewały umysł jej syna i mieszały się ze wspomnieniami i myślami Caia. Bała się, że sobie przypomni, i była przerażona, że zatraci poczucie siebie. Tak czy inaczej czekała go niedola.
Devon usiadła obok niego.
-?Jak się czujesz? -?Poduszki kanapy zapadły się pod ciężarem ich ciał, a sprężyny stęknęły, gdy starała się znaleźć wygodną pozycję.
-?Chyba lepiej.
-?Chyba? -?powtórzyła i odgarnęła mu włosy z czoła. Znowu trzeba by je podciąć.
Cai zacisnął palce na konsoli.
-?Dalej jestem głodny.
-?Och.
-?Przepraszam. -?Zaczerwienił się.
-?Nie, nie. Nie przepraszaj. -?Otoczyła go ramieniem i przytuliła tak, że nie musiała patrzeć na jego twarz. -?Nie masz na to wpływu. Pozwól, że ja się wszystkim zajmę. Ty rób swoje -?dodała. -?Będzie dobrze, tak? -?Były to słowa, które kiedyś powiedziała jej ciotka i które pocieszyły ją na tyle, że sama często je powtarzała.
Cai pokiwał głową ze smutkiem. Jego ramiona pod jej palcami były chude, a kości kręgosłupa wbijały się w jej rękę. Tak to jest, gdy człowiek głoduje.
Jego łaknienie rosło z wiekiem i trzeci miesiąc z rzędu potrzebował więcej niż jednego posiłku w odstępie trzydziestu dni. Tak naprawdę powinien jeść znacznie więcej, lecz Devon nie była w stanie co tydzień wypuszczać się na polowanie. Balansowała na cienkiej granicy, która oddzielała konieczność odbierania ludziom życia od zmuszania syna, by żył z nieustającym uczuciem głodu. Dlatego przez większość miesiąca Cai był zbyt słaby, żeby opuszczać swój pokój.
Devon nie wiedziała, jak właściwie działa głód i karmienie. Być może tkanka mózgowa była nie dość kaloryczna, jednak bez jedzenia i tak kruchy już umysł Caia pogrążyłby się w szaleństwie. W końcu chłopiec straciłby na wadze, toksyny zalałyby organizm, a narządy jeden po drugim przestałyby pracować. Caiem powodowała potrzeba i konieczność konsumowania, dokładnie tak, jak chciał tego Kolekcjoner.
Odsunął się od niej, najwyraźniej mając dość jej czułości.
Wypuściła go z objęć.
-?Wracając do domu, widziałam na ulicy smoków. Wkrótce będziemy musieli opuścić miasto.
Wydął usta i w milczeniu wpatrywał się w konsolę. Podczas gdy ona odwróciła jego uwagę, Mario umarł na jednym z grzybów.
-?Przepraszam. Wiem, jak nienawidzisz podróży.
-?Gdzie teraz pojedziemy? -?spytał obojętnie.
-?I to właśnie jest dobra wiadomość. Spotykam się z kontaktem Ravenscarów. -?Zamachała telefonem. Najpierw zobaczy się z Chrisem, weźmie od niego namiary, a potem złapie autobus. Czasu było niewiele, ale da radę. -?Jeśli wszystko pójdzie jak trzeba i sprzedadzą mi lek, wkrótce będziemy mogli wyjechać do Irlandii. -?W końcu. Nareszcie.
Nadąsany wzruszył ramionami.
-?Będę mógł zjeść coś przed wyjściem? Naprawdę jestem głodny. -?Długi język w jego ustach rozwinął się i zwinął.
-?Jeśli zobaczę kogoś odpowiedniego -?odparła i poczuła ukłucie w sercu. W ciągu ostatnich miesięcy stracił tak wiele nadziei. Nie chciała, żeby znów czuł się rozczarowany. -?Zrobię, co w mojej mocy. Ale nie będę miała czasu, żeby wytropić kogoś odpowiedniego.
-?Nie jestem wybredny. -?Pochylił się, włączył telewizor i przez chwilę skakał po kanałach, zanim zatrzymał się na powtórce Czerwonego karła.
Devon siedziała i wbrew sobie wgapiała się w ekran. Lister, Cat i Rimmer jechali konno wplątani w jakiś scenariusz rodem z Dzikiego Zachodu. W odpowiednich momentach rozlegał się śmiech publiczności.
-?Myślałam, że to program science fiction. -?Devon rzadko oglądała telewizję, choć zdarzyło jej się zjeść kilka tygodników telewizyjnych. Jeśli chciała wpasować się do społeczeństwa, warto było przyswoić odrobinę popkultury.
-?Utknęli w sztucznej symulacji -?wyjaśnił Cai, nie odrywając wzroku od ekranu telewizora. -?Wewnątrz głowy Krytena. To facet-robot.
Devon się uśmiechnęła.
-?Nie wiedziałam, że jesteś fanem tego serialu.
-?O, tak -?odparł z tą samą intonacją, z jaką mówił duchowny, a w jego głosie pobrzmiewała autentyczna ekscytacja. -?Kiedy Czerwony karzeł ukazał się po raz pierwszy, w telewizji nie było drugiego takiego programu. Był przełomowy.
Jej uśmiech zgasł i ogarnęła ją złość na siebie, że dała się wpędzić w tak oczywistą pułapkę emocjonalną. Czerwony karzeł zadebiutował w telewizji czternaście lat temu. Na długo przed tym, zanim jej syn został poczęty. Jednak pastor był już wtedy na świecie.
Poczuła na języku kwaśny smak. Jedna rzecz naraz, powiedziała sobie. Skup się na tym, nad czym masz kontrolę.
-?Hej. -?Dotknęła jego ramienia. -?Napiszesz coś dla mnie? -?Mówiąc to, poczuła odwieczną frustrację, że nie potrafi pisać, nawet elektronicznie.
-?Kolejną wiadomość? Muszę?
-?Chcesz znaleźć Ravenscarów czy nie? -?spytała kąśliwie i zaraz pożałowała tak ostrego tonu. Tak jak ona był zmęczony, głodny i wyczerpany. Po chwili dodała nieco łagodniej: -?Wiem, że nie pamiętasz, jak to było, gdy brałeś Wybawienie, ale gdy znowu je dostaniemy, wszystko będzie lepiej.
-?Zawsze tak mówisz -?rzucił urażony. -?Ci ludzie nic nigdy nie wiedzą.
-?Ten jest dilerem, handluje nielegalnymi substancjami chemicznymi i robił interesy z Rodziną Ravenscarów -?przypomniała mu Devon. Mówiła mu o tym wcześniej, ale zdarzało się, że po karmieniu miał problemy z pamięcią. -?Tropiliśmy go od Doncaster, pamiętasz? Twierdzi, że może skontaktować mnie z bliźniakami Ravenscarów.
-?Dobrze już, dobrze. -?Wyszarpnął jej z ręki telefon i pod jej dyktando napisał: "Tak, spotkajmy się. Przyniosę gotówkę", po czym wcisnął "Wyślij".
-?Dziękuję. -?Gdy musnęła ustami jego czoło, wzdrygnął się. -?Wyskoczę rano i kupię ci balsam do ciała i bilety autobusowe. Na wypadek gdybyśmy musieli się zmywać.
-?A co z twoim czuwaniem? -?spytał. -?Już prawie święta.
Poczuła w piersi tępy ból.
-?Będę czuwać, jeśli dam radę. Ale najpierw muszę załatwić wiele rzeczy, na przykład się wyspać. Za dużo śledzenia jak na jeden tydzień.
-?Chyba raczej za dużo wódki -?mruknął, ale uśmiechnął się i zrobił unik, kiedy pacnęła go poduszką. -?Cuchniesz wódą.
-?Dzięki, mały. Ty też cuchniesz, wiesz?
W odpowiedzi pokazał jej język, co było nie lada wyczynem, bo język Caia miał kształt rurki i mierzył dwadzieścia centymetrów.
Devon roześmiała się, szczęśliwa, że nadal było w nim coś z dziecka. Cisnęła poduszką w jego głowę i poszła wziąć lodowaty prysznic.
4
OPOWIEŚĆ O RYCERZU
Siedemnaście lat temu
-?Czego się boisz, Eowino? -?zapytał.
-?Klatki -?odpowiedziała. -?Czekania za kratami, aż zmęczenie i starość każą się z nimi pogodzić, aż wszelka nadzieja wielkich czynów nie tylko przepadnie, lecz straci powab.
J.R.R. Tolkien, Powrót króla3
Szepty były wszędzie: dzieci zrodzone z nauki.
Sześć Rodzin borykało się z problemem płodności. W Rodzinach urodziło się tylko kilka dziewczynek, a te, które przyszły na świat, mogły urodzić zaledwie dwoje dzieci, nim dotknęła je wczesna menopauza. Czasami troje.
Tymczasem na świecie ludzcy naukowcy próbowali leczyć bezpłodność własnego gatunku, co niezwykle cieszyło Rodziny, na wypadek gdyby wiedza ta mogła również pomóc kobietom zjadaczy książek.
Devon nie powinna była wiedzieć takich rzeczy, ponieważ miała tylko dwanaście lat i trzymano ją z daleka od spraw dorosłych. Ale lubiła podsłuchiwać pod drzwiami, a przy tym umiała skradać się jak nikt, więc i tak dowiedziała się o wszystkim.
Opowiedziała o tym Ramseyowi, kiedy bawili się na gzymsach posiadłości Fairweather, wspinając się po krytych dachówką dachach, tak jak wielokrotnie robili to w przeszłości. Po tym jak przez wiele lat w Fairweather nie zawierano żadnych małżeństw, tego popołudnia do posiadłości przybywała matka-młoda i oboje chcieli zobaczyć pochód.
-?Durna jesteś. Devon Durna -?rzucił Ramsey, czepiając się dachu. Zawsze to robił z jej imieniem: nadawał jej przydomek, który się z nim komponował. Devon Debilna. Devon Dwulicowa. A dziś Devon Durna. -?Kto słyszał o takich głupotach? Widziałaś coś takiego? -?Rozstawił kciuk i palec wskazujący na wysokość probówki.
-?One nie rosną w probówce, głupku -?odparła Devon, ostrożnie posuwając się wzdłuż rynny. -?Używają ich, żeby pomóc. Są jak magiczne eliksiry na dzieci. -?Zgadywała, nie chciała przyznać się do niewiedzy.
Ramsey parsknął śmiechem.
-?Skoro tak mówisz! -?Wspiął się na zatkany od dawna komin we wschodnim skrzydle domu. -?Jak dla mnie to wszystko jest zmyślone.
-?Wcale nie! -?Devon przycupnęła obok niego, wyraźnie poirytowana jego arogancją. -?Wszyscy o tym mówią i jeśli działa to na ludzi, to pewnego dnia podziała na nas. A jeśli podziała na nas, nie będziemy już potrzebować rycerzy, by aranżowali małżeństwa.
Ciotki dużo o tym rozmawiały w swoich komnatach. Koniec z rycerzami. Koniec ze smokami. Kobiety będą mogły poślubić, kogo będą chciały. I robić inne rzeczy, których Devon nie rozumiała, choć w słowach ciotek wyczuwało się ostrożną nadzieję.
Ramsey nie słuchał.
-?Hej, patrz! Już są! -?Chwycił ją za ramię i wskazał palcem przed siebie.
Devon zmrużyła oczy. W oddali pojawił się rozproszony sznur pojazdów, które lawirując na wrzosowiskach i wyboistych drogach, ciągnęły w stronę posiadłości.
Nadjeżdżała matka-młoda.
Kobiety nie opuszczały domów, chyba że chodziło o małżeństwo albo - czasami -?przyjęcie. Nawet w posiadłości ciotki rzadko zajmowały się czymkolwiek poza doglądaniem domu i pracami, o których wuj Aike zwykł mówić, że to "zadania dla kobiet". A ponieważ Fairweatherowie pozostawali zbyt biedni, by w ciągu dwunastoletniego życia Devon stać ich było na wesele, nadjeżdżająca matka-młoda miała być pierwszą kobietą spoza Rodziny, którą Devon pozna.
Przed dom zajechała śnieżnobiała lśniąca limuzyna.
-?Dawniej przyjeżdżali konno -?zauważył Ramsey z pewnością człowieka starszego o całe trzy lata. -?Na wielkim białym koniu z siodłem i... - Machnął ręką. -?No wiesz. Całą resztą.
-?Myślisz, że to może być jedna z naszych matek? -?Devon widziała jedynie zdjęcie swojej matki i słyszała wspominane szeptem w plotkach nazwisko Amberly Blackwood.
-?Nie bądź głupia -?warknął Ramsey. -?Nasze matki odeszły. Wszystkie. Żadna kobieta nie bierze męża z tego samego domu więcej niż raz.
Miał rację i Devon poczuła rozgoryczenie, że zapomniała o czymś takim.
W dole na podjeździe drzwi limuzyny otworzyły się z elektroniczną gracją i nowa matka-młoda posiadłości Fairweather wysiadła z wdziękiem ze swojego metalowego rydwanu. Jej jasne włosy upięto we fryzurę bardziej pasującą do kobiety dwukrotnie starszej, tymczasem ona była młoda i miała mniej więcej dwadzieścia dwa lata. Biała tunika z frędzlami groziła, że utopi jej ramiona w powodzi materiału, a niebieska, bogato haftowana spódnica zdawała się cięższa od niej samej.
-?Wystarczy spojrzeć na włosy i od razu wiadomo, że to Gladstone'ówna - zauważył Ramsey i zadziornie wysunął brodę. -?Nie pochodzi z porządnego Starego Kraju jak my.
Devon przewróciła oczami. Ramsey od niedawna chełpił się ich pochodzeniem, choć żadne z nich nigdy nie było w Rumunii.
Jej Rumunia -?albo "Stary Kraj", jak mawiali o niej starsi -?kojarzyła się z haftowanymi sukienkami wkładanymi na specjalne okazje, śpiewaniem kolęd w Boże Narodzenie, podczas gdy jeden z jej braci biegał dookoła w masce turonia, z prezentami zostawianymi dla wróżek, gdy na świat przychodziło dziecko, z obchodami letniego przesilenia i celebrowaniem zbiorów -?chociaż nikt w domu nie uprawiał ziemi ani nie przejmował się letnim przesileniem -?i dziwnymi kwietnymi rytuałami na powitanie deszczowej angielskiej wiosny.
Jednak mówiąc o mieszkańcach Starego Kraju, Ramsey miał na myśli wysokich ludzi o ciemnych włosach i oczach, silnych nogach i szerokich ramionach. Były to cechy, które przetrwały, mimo iż rozmaite przymioty zjadaczy książek splatały się ze sobą na przestrzeni stuleci. Paleta odcieni skóry znacznie się poszerzyła, tymczasem Fairweatherowie zachowali słuszny wzrost i mocną budowę ciała i w niczym nie przypominali bladej, delikatnej, mierzącej marne metr pięćdziesiąt panny Gladstone.
-?Myślę, że jest na swój sposób piękna -?zauważyła rozmarzonym głosem Devon. -?Wygląda jak księżniczka z bajki. Prawdziwa księżniczka.
-?No dobra, wygląda w porządku. -?Ramsey przysłonił oczy ręką. -?Ale popatrz na rycerzy! To dopiero widok!
W dole daleko za ślubnym orszakiem jechała na nieskazitelnie czystych motocyklach kawalkada mężczyzn w ciemnoszarych garniturach i okularach przeciwsłonecznych.
-?Może też kiedyś zostaniesz jednym z nich -?powiedziała Devon, wiedząc, jak bardzo brat jest nimi zafascynowany.
Ramsey pokręcił głową.
-?Wolę być patriarchą. Mieć pieniądze, dom i mówić ludziom, co mają robić.
Uśmiechnął się do siebie, na co Devon kolejny raz przewróciła oczami. Był zbyt głupi i pewny siebie.
Rycerze zatrzymali się w idealnym półkolu. Za plecami niektórych siedzieli dodatkowi pasażerowie -?krzepcy mężczyźni w eleganckich garniturach. Wszyscy mieli na głowach kaski motocyklowe z opuszczonymi osłonami. Ich twarze i szyje musiały być całkowicie zasłonięte, a groteskowe tatuaże ukryte przed wzrokiem.
-?Smoki -?powiedziała Devon z niepokojem.
-?Smoki! -?Ramsey się wyprostował. -?Szkoda, że nie możemy zobaczyć jednego z bliska.
-?Wyssałby ci mózg swoim długim jęzorem. -?Jak gdyby na potwierdzenie swoich słów Devon wystawiła język.
Pacnął ją ręką.
-?Nie bądź durnowata. Devon Durnowata. Po to właśnie jest Wybawienie. Rycerze podają im małe pigułki, po których przechodzi im ochota na ludzkie mózgi.
-?Nieprawda -?obruszyła się. -?Dzięki pigułkom nie umierają z głodu, ale i tak mają ochotę na twój mózg.
-?W tych kaskach nie mogą nic zrobić -?odparł lekceważąco.
Stojąca przed domem matka-młoda zerknęła przez ramię na swój orszak. Zatrzymała wzrok na ukrytych za osłonami twarzach smoków i przez ułamek sekundy coś jakby niepokój przemknęło po jej twarzy. Gdy znowu się odwróciła, jej usta rozciągnęły się w uprzejmym uśmiechu.
Ciotki i wujowie wyszli się z nią przywitać. Był wśród nich wuj Aike. U jego boku szedł wuj Imber -?cichy, schludny mężczyzna po trzydziestce, którego wyznaczono na męża.
-?Ty musisz być Faerdre Gladstone. -?Nawet z tej odległości głos wuja Aike'a brzmiał głośno i wyraźnie. Wziął matkę-młodą w objęcia i cmoknął ją w oba policzki, uważając, by nie zniszczyć jej drogiego stroju. - Pozwól, że przedstawię ci Imbera.
Devon spojrzała na własne ubrania: spłowiałą płócienną sukienkę, z której koronkowych rękawów zostały strzępy i która była zbyt krótka, żeby ukryć poparzone pokrzywami kostki. Nie miała ani butów, ani skarpetek. Sukienka ucierpiała srodze od dni spędzanych na wrzosowiskach, lecz dziewczynki w Rodzinie nie nosiły szortów ani spodni, tak więc nie mogła nic z tym zrobić.
Spojrzała na stojącą w dole schludną, elegancko ubraną postać.
-?Myślisz, że zgłosisz się kiedyś na kandydata na męża? -?Nie mogła wyobrazić sobie siebie jako panny młodej. Łatwiej było myśleć o Ramseyu jako czyimś mężu.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki