Zjadacze książek - Sunyi Dean

-
Proszę czekać

1. Devon za dnia

1

DEVON ZA DNIA

Obec­nie

Zapu­ści­li­śmy się w oso­bliwy obszar; musimy być gotowi na rów­nie oso­bliwe przy­gody i nie­bez­pie­czeń­stwa.

Arthur Machen, The Ter­ror

Obec­nie Devon kupo­wała w skle­pach tylko trzy rze­czy: książki, alko­hol i krem do pie­lę­gna­cji wraż­li­wej skóry. Książki zja­dała, alko­hol utrzy­my­wał ją przy zdro­wych zmy­słach, nato­miast krem był dla Caia, jej syna, który od czasu do czasu -?zwłasz­cza zimą -?cier­piał na egzemę.

W tym nie­wiel­kim skle­pie nie było ksią­żek, tylko rzędy krzy­kli­wych maga­zy­nów. Nie w jej guście; zresztą w domu i tak miała dość tomów do zje­dze­nia. Prze­bie­gła wzro­kiem po pisem­kach ero­tycz­nych, mie­sięcz­ni­kach dla maj­ster­ko­wi­czów i maga­zy­nach wnę­trzar­skich, aż do naj­niż­szych pó­łek, na któ­rych cza­so­pi­sma dla dzieci lśniły różem i żół­cią.

Przez chwilę wodziła po okład­kach krót­kimi, nie­rów­nymi paznok­ciami. Zasta­na­wiała się, czy nie kupić któ­re­goś dla Caia -?ostat­nio lubił czy­ty­wać podobne rze­czy -?ale się roz­my­śliła. Po dzi­siej­szym wie­czo­rze jego pre­fe­ren­cje mogą ulec zmia­nie.

Skrzy­piąc obca­sami po lino­leum, prze­szła na koniec alejki i posta­wiła koszyk przy kasie. Cztery butelki wódki i bute­leczka kremu do pie­lę­gna­cji skóry.

Kasjer zaj­rzał do koszyka i pod­niósł na nią wzrok.

-?Ma pani dowód?

-?Słu­cham?

-?Czy ma pani dowód toż­sa­mo­ści? -?powtó­rzył powoli, jakby zwra­cał się do osoby nie­do­sły­szą­cej.

Devon wga­piała się w niego.

-?Na litość boską, mam dwa­dzie­ścia dzie­więć lat -?żach­nęła się, wie­dząc, że wygląda dokład­nie na swój wiek.

Kasjer wzru­szył ramio­nami i skrzy­żo­wał ręce na piersi. Cze­kał. Sam był jesz­cze dzie­cia­kiem, miał osiem­na­ście, naj­wy­żej dzie­więt­na­ście lat, pra­co­wał w skle­pie rodzin­nym i zapewne pró­bo­wał postę­po­wać zgod­nie ze wszyst­kimi zasa­dami.

Rozu­miała to, ale nie zamie­rzała wyświad­czać mu tej przy­sługi. Devon nie posia­dała żad­nego doku­mentu toż­sa­mo­ści. Ani świa­dec­twa uro­dze­nia, ani pasz­portu, ani prawa jazdy, niczego. Ofi­cjal­nie w ogóle nie ist­niała.

-?Daruj sobie. -?Pchnęła koszyk w jego stronę, aż zadźwię­czały butelki. -?Kupię alko­hol gdzie indziej.

Wyszła roze­źlona. W innych skle­pi­kach tłumy dzie­cia­ków bez prze­rwy kupo­wały trunki. Tutaj było to na porządku dzien­nym. Fakt, że ktoś wła­śnie od niej żądał doku­mentu potwier­dza­ją­cego peł­no­let­niość, wyda­wał się nie­do­rzeczny.

Dopiero gdy prze­szła na drugą stronę słabo oświe­tlo­nej ulicy, uświa­do­miła sobie, że nie kupiła kremu. To, że o nim zapo­mniała, było nie­wielką porażką, ale zawo­dziła Caia na tak wiele innych spo­so­bów, że nawet ten drobny błąd wystar­czył, żeby poczuła, jak rosną w niej nowe pokłady gniewu.

Przez chwilę zasta­na­wiała się, czy nie zawró­cić, lecz spoj­rzała na zega­rek. Docho­dziła dwu­dzie­sta. Już pra­wie była spóź­niona.

Poza tym egzema wyda­wała się niczym w porów­na­niu z gło­dem, który tra­wił Caia. I nakar­mie­nie go jest dużo, dużo waż­niej­sze.

New­ca­stle nad rzeką Tyne było cał­kiem ładne, choć może nieco zbyt hała­śliwe jak na gust Devon. O tej porze roku słońce zacho­dziło o szes­na­stej, niebo nad mia­stem zro­biło się już zupeł­nie ciemne, a uliczne lampy brzę­czały. Brak natu­ral­nego świa­tła paso­wał do jej nastroju. Odru­chowo spraw­dziła tele­fon z krótką listą kon­tak­tów. Żad­nych wia­do­mo­ści. Żad­nych nie­ode­bra­nych połą­czeń.

Prze­mknęła obok rzędu roz­pa­da­ją­cych się sze­re­gó­wek. Chod­ni­kiem w obie strony szli piesi. Przed jed­nym z domów zbici w gro­madę ludzie pili i palili papie­rosy. Zza pozba­wio­nych zasłon okien wyle­wała się muzyka. Chcąc unik­nąć tłu­mów, Devon skrę­ciła w lewo i zeszła z głów­nej ulicy.

Kiedy była na zewnątrz wśród ludzi, musiała pamię­tać o tak wielu rze­czach. Uda­wa­nie, że jest jej zimno, to jedna z nich. Mając to w pamięci, otu­liła się szczel­niej płasz­czem, jakby naprawdę czuła chłód. Druga rzecz to cho­dze­nie tak, by było sły­chać jej kroki. Celowo szu­rała nogami, miaż­dżąc pod pode­szwami żwir i pia­sek. Poma­gały jej w tym cięż­kie buty, w któ­rych poru­szała się gło­śno i nie­zgrab­nie jak dziecko w kalo­szach doro­słego.

Kolej­nym pro­ble­mem była zdol­ność widze­nia w ciem­no­ści. Musiała pamię­tać, żeby mru­żyć oczy i uda­wać, że omija zale­ga­jące na uli­cach śmieci, choć dosko­nale je widziała, i uda­wać obcy jej strach, gdy powinna go czuć. Nocą samotne ludz­kie kobiety wyjąt­kowo musiały mieć się na bacz­no­ści.

Krótko mówiąc, musiała bez­u­stan­nie zacho­wy­wać się jak zwie­rzyna, a nie jak dra­pież­nik, któ­rym się stała.

Szła teraz szyb­ciej, chcąc jak naj­prę­dzej wró­cić do domu. Miesz­ka­nie, które wynaj­mo­wała (wyłącz­nie gotówka, żad­nych pytań), mie­ściło się nad warsz­ta­tem wul­ka­ni­za­cyj­nym. W dzień było tam gło­śno, cuch­nęło ole­jem i sły­chać było roz­mowy klien­tów. Wie­czo­rami robiło się spo­koj­niej, choć na­dal paskud­nie śmier­działo.

Uliczką w dół i scho­dami w górę do tyl­nego wej­ścia. Nie było tu drzwi fron­to­wych, ale to jej nie prze­szka­dzało. Dzięki temu mogła wycho­dzić i przy­cho­dzić kiedy chciała, z dala od cie­kaw­skich oczu -?podob­nie jak jej goście, jeśli tako­wych miała. Pry­wat­ność była naj­waż­niej­sza.

Devon się­gnęła po kom­plet klu­czy zawie­szo­nych na smy­czy. Sznu­rek zaplą­tał się w wiszący na sta­lo­wym łań­cu­chu mosiężny kom­pas. Roz­plą­tała go, wło­żyła klucz do dziurki i po chwili moco­wa­nia się z zam­kiem weszła do środka.

Ponie­waż ani ona, ani jej syn nie potrze­bo­wali świa­tła, w miesz­ka­niu pano­wał wieczny mrok. To znacz­nie ogra­ni­czało zuży­cie prądu i przy­po­mi­nało jej dom w cza­sach, gdy czuła się tam jesz­cze mile widziana: chłodny, nie­oświe­tlony spo­kój Fair­we­ather Manor z toną­cymi w mroku kory­ta­rzami i zacie­nio­nymi biblio­te­kami.

Spo­dzie­wała się jed­nak towa­rzy­stwa ludzi, więc zapa­liła wszyst­kie świa­tła. Tanie żarówki, migo­cząc, leni­wie obu­dziły się do życia. Miesz­ka­nie skła­dało się wyłącz­nie z klau­stro­fo­bicz­nej prze­strzeni miesz­kal­nej, małego aneksu kuchen­nego z roz­kła­da­nym sto­łem, łazienki po lewej i zamknię­tej sypialni po pra­wej, gdzie jej syn spę­dzał więk­szość każ­dego dnia. Posta­wiła torbę przy drzwiach, zawie­siła płaszcz na kołku i stu­ka­jąc obca­sami, skie­ro­wała się do pokoju.

-?Cai? Nie śpisz?

Cisza, a po niej szu­ra­nie nogami.

-?Przy­kro mi, ale nie ma bal­samu. Skoń­czyły się. Kupię jutro, dobrze?

Szu­ra­nie ustało.

Jak zawsze kusiło ją, żeby wejść do środka i spró­bo­wać go pocie­szyć. Po trzech tygo­dniach gło­do­wa­nia był wychu­dzony, jego cier­pie­nie zmie­niało się w nie­wy­obra­żalną ago­nię, a ciało zaczy­nało wytwa­rzać tok­syny. Drę­czące jego umysł sza­leń­stwo mógł ule­czyć wyłącz­nie kolejny posi­łek, choć nawet on nie był w sta­nie zaspo­koić cią­głego głodu. Wie­działa, że albo będzie sie­dział sku­lony i obo­jętny w kącie pokoju, albo rzuci się na nią osza­lały.

Nie spo­sób było prze­wi­dzieć jego reak­cji, więc zamiast tego drżą­cymi pal­cami raz i drugi spraw­dziła rygle -?jeden na górze, drugi na dole drzwi. Oba zamon­to­wała sama, plus zwy­kły zamek, do któ­rego otwar­cia potrze­bo­wała klu­cza. Na szczę­ście w miesz­czą­cym się nad warsz­ta­tem pokoju nie było okna, dzięki czemu nie wyma­gał on dodat­ko­wych zabez­pie­czeń. Cho­ciaż raz.

Ktoś zapu­kał do drzwi. Devon wzdry­gnęła się i zer­k­nęła na zega­rek. Dzie­sięć po ósmej; punk­tu­al­nie co do minuty. Dobrze, że nie wró­ciła po bal­sam.

Pode­szła do drzwi, żeby wpu­ścić gościa. Miał imię, lecz nie chciała o nim pamię­tać. Wolała myśleć o jego roli i o tym, czym się zaj­mo­wał: był miej­sco­wym pasto­rem. Nie chciała widzieć w nim nikogo wię­cej ani mniej.

Stał teraz na progu jej drzwi, ubrany w czarno-musz­tar­dowy płaszcz, który mógł być modny jakieś czter­dzie­ści lat temu. Miał dobro­tliwe spoj­rze­nie, ema­no­wał spo­ko­jem i wyka­zy­wał impo­nu­jącą wręcz cier­pli­wość wobec kłó­tli­wych wier­nych. Nie był zbyt wylewny wobec dzieci i po dwóch tygo­dniach inten­syw­nej obser­wa­cji zyskała pew­ność, że nie ma poważ­nych pro­ble­mów oso­bi­stych. Rzecz jasna każdy miał jakieś wady, jed­nak z tym potra­fiła sobie pora­dzić. W końcu byli tylko ludźmi.

-?Dzię­kuję, że pastor przy­szedł. -?Przy­gar­biła się i jakby skur­czyła w sobie. Uda­waj skrę­po­waną, nie­chętną, a przede wszyst­kim bez­bronną. To zawsze na nich działa. -?Nie sądzi­łam, że się pastor zgo­dzi.

-?Ależ nie ma za co! -?Uśmiech­nął się. -?Jak mówi­łem w nie­dzielę, to żaden pro­blem.

Devon nie odpo­wie­działa i uda­jąc zmie­szaną, bawiła się zawie­szo­nym na szyi kom­pa­sem. Wiele razy prze­ra­biała tę roz­mowę i jej waria­cje, pró­bo­wała róż­nych kwe­stii i doszła do wnio­sku, że lepiej, żeby to oni przej­mo­wali ini­cja­tywę. Pew­nie powinna była wło­żyć coś bar­dziej kobie­cego, żeby wyglą­dać jesz­cze bar­dziej nie­win­nie, jed­nak gar­dziła sukien­kami.

-?Mogę wejść? -?zapy­tał, na co uda­jąc zawsty­dzoną swoją gbu­ro­wa­to­ścią, odsu­nęła się na bok.

Omiótł wzro­kiem nisz­cze­jące wnę­trze. Devon nie mogła go za to winić. Jak zwy­kle zmie­szana prze­pro­siła za stan miesz­ka­nia, pod­czas gdy on zapew­niał ją, że wcale nie jest tak źle, jak mówi.

Gdy rytuał dobiegł końca, powie­działa:

-?Mój syn jest w kiep­skim sta­nie. Roz­ma­wia­łam z nim wcze­śniej, ale nie odpo­wie­dział. Oba­wiam się, że pastor rów­nież może nie mieć szczę­ścia.

Męż­czy­zna poki­wał głową i wyraź­nie zatro­skany zaci­snął usta w wąską kre­skę.

-?Jeśli pani pozwoli, spró­buję z nim poroz­ma­wiać.

Devon zagry­zła zęby, żeby nie par­sk­nąć pogar­dli­wym śmie­chem. Jakby roz­mowa mogła roz­wią­zać pro­blemy takie jak ten. Nie było w tym winy pastora, to ona powie­działa, że Cai cierpi na depre­sję, ale i tak czuła, że ogar­nia ją histe­ria.

Widząc, że pastor wciąż czeka na odpo­wiedź, ski­nęła sztywno głową, z nadzieją, że pomy­śli, iż tar­gają nią sprzeczne emo­cje, i popro­wa­dziła go ku zamknię­tym drzwiom.

-?Zamyka pani syna w pokoju? -?Wyda­wał się zszo­ko­wany i odsu­wa­jąc rygle nie­mal czuła na sobie cię­żar jego osądu. Ani chybi pomy­ślał, że ma coś wspól­nego ze sta­nem psy­chicz­nym Caia.

Gdyby tylko wie­dział.

-?To skom­pli­ko­wane. -?Prze­krę­ciła klucz i zamarła, świa­doma, jak bar­dzo wali jej serce. -?Muszę zadać pasto­rowi pyta­nie.

-?O co cho­dzi? -?Duchowny stał się czujny, wypa­tru­jąc zagro­że­nia, któ­rego nie był w sta­nie zoba­czyć.

Wszystko na nic. Jego los został prze­są­dzony w chwili, gdy prze­stą­pił próg miesz­ka­nia.

Devon zaj­rzała mu w oczy.

-?Czy jest pastor dobrym czło­wie­kiem? -?To pyta­nie tra­wiło ją za każ­dym razem. Przy każ­dej ofie­rze. -?Życz­li­wym?

Duchowny roz­wa­żał jej słowa, marsz­cząc przy tym czoło. Pró­bo­wał zro­zu­mieć, jakiego pocie­sze­nia jej potrzeba, choć nie miał naj­mniej­szych szans zgad­nąć. Mimo to jego waha­nie samo w sobie było pokrze­pia­jące. Ci źli kła­mali szybko i gładko albo -?co gor­sza -?zby­wali pyta­nie dow­cip­nymi uwa­gami. Tylko ci, któ­rzy mieli sumie­nie, zasta­na­wiali się nad odpo­wie­dzią.

-?Nikt z nas nie jest na wskroś dobry -?powie­dział w końcu. Poło­żył jej rękę na ramie­niu, tak łagod­nie i dobro­tli­wie, że omal nie zwy­mio­to­wała. -?Możemy tylko żyć w zgo­dzie z daro­wa­nym nam świa­tłem.

-?Nie­któ­rzy z nas nie posia­dają żad­nego świa­tła -?odparła Devon. -?Jak wów­czas mamy żyć?

Zamru­gał.

-?Ja...

Devon chwy­ciła go za nad­gar­stek, szarp­nię­ciem otwo­rzyła drzwi i wepchnęła go do środka. Pastor nie był wątły, lecz Devon oka­zała się znacz­nie sil­niej­sza, niż mogło się wyda­wać, i miała po swo­jej stro­nie ele­ment zasko­cze­nia. Oszo­ło­miony męż­czy­zna zato­czył się do przodu, pro­sto w ciem­ność pokoju Caia. Devon zatrza­snęła drzwi i naparła na nie ple­cami.

-?Tak mi przy­kro -?powie­działa przez dziurkę od klu­cza. -?Po pro­stu robię, co mogę.

Pastor nie odpo­wie­dział, tylko rzu­cał się i wrzesz­czał.

Nie było sensu prze­pra­szać. Kiedy krzyw­dzisz ofiary, one nie chcą wysłu­chi­wać two­ich prze­pro­sin, chcą tylko, byś prze­stał. Jed­nak Devon nie mogła prze­stać, a prze­pro­siny były wszyst­kim, co miała. Prze­pro­siny i wóda.

Nie­spełna minutę póź­niej odgłosy sza­mo­ta­niny ustały. Devon nie potra­fiła powie­dzieć, co jest gor­sze: wrza­ski i zawo­dze­nie czy cisza. Może jedno i dru­gie było tak samo złe. Po chwili waha­nia puściła klamkę. Nie było sensu zamy­kać drzwi na klucz. Cai nie będzie nie­bez­pieczny, już nie. Zresztą lepiej, żeby mógł wyjść z pokoju, kiedy zechce.

Pokryte ple­śnią ściany obskur­nego miesz­ka­nia napie­rały na nią, przy­tła­cza­jąc ją swoim cię­ża­rem. Jej syn, który gło­do­wał przez tyle dni, będzie musiał ode­spać swój posi­łek. Tym­cza­sem ona miała ochotę na drinka, a w domu nie było wódki.

Nie, chwi­leczkę. Wciąż miała pół butelki whi­sky zosta­wio­nej przez poprzed­nią osobę, którą przy­pro­wa­dziła do swego domu. Devon nie miała ochoty na whi­sky, ale jesz­cze bar­dziej nie miała ochoty pozo­stać trzeźwa. Po kilku minu­tach prze­trzą­sa­nia sza­fek zna­la­zła zgubę.

Z butelką w dłoni zamknęła się w maleń­kiej, obskur­nej łazience i upiła się do nie­przy­tom­no­ści.

2. Księżniczka z rodu czarodziejów

2

KSIĘŻ­NICZKA Z RODU CZA­RO­DZIE­JÓW

Dwa­dzie­ścia dwa lata temu

Była księż­niczką z rodu cza­ro­dzie­jów. Bogo­wie przy­słali swoje cie­nie na uro­czy­stość nada­nia jej imie­nia.

Lord Dun­sany, Córka króla elfów1

Devon miała osiem lat, kiedy pierw­szy raz spo­tkała czło­wieka, choć wtedy nie zda­wała sobie sprawy z tego, kim on jest. Czy może raczej nie zda­wała sobie sprawy z tego, kim sama jest.

Gdy dora­stała, ist­niało tylko sześć rodów, roz­pro­szo­nych w róż­nych regio­nach Wiel­kiej Bry­ta­nii. Rodzina Devon nosiła nazwi­sko Fair­we­ather, a ich posia­dłość w Pół­noc­nym York­shire była wci­śnięta mię­dzy niskie wzgó­rza a dzi­kie wrzo­so­wi­ska. Patriar­chą rodu był wuj Aike, naj­mą­drzej­szy, choć nie naj­star­szy z Fair­we­atherów. Pod­le­gał mu cały sze­reg cio­tek i wujów, od tych, któ­rzy led­wie osią­gnęli wiek doro­sły, do praw­dzi­wie leci­wych.

Rodzinę two­rzyło jesz­cze sied­mioro dzieci, z któ­rych wszyst­kie -?z wyjąt­kiem Devon -?były chłop­cami. W posia­dło­ści w ogóle prze­by­wało nie­wiele kobiet, albo­wiem w Rodzi­nach dziew­częta nale­żały do rzad­ko­ści. Wujów było wię­cej niż cio­tek, tak jak braci było wię­cej niż sióstr, w tam­tym zaś cza­sie Fair­we­athe­ro­wie nie mieli żad­nych dziew­cząt na wyda­niu. Devon pra­wie nie pamię­tała matki, która wiele lat temu opu­ściła rodzinny dom, by wypeł­nić mał­żeń­ski kon­trakt.

-?Jesteś jedyną księż­niczką w naszym małym zamku -?mawiał wuj Aike, pusz­cza­jąc do niej oko. Wysoki i siwo­włosy lubił sadzać swe tycz­ko­wate ciało na wygod­nych krze­słach i wypi­jał zatrwa­ża­jące ilo­ści her­baty z inkau­stu. -?Zupeł­nie jak w baj­kach, co? -?Machał przy tym ręką, a kąciki jego ust uno­siły się w uśmie­chu.

Sły­sząc to, Devon śmiała się, wkła­dała na głowę koronę ze sto­kro­tek i bie­gała po ogro­dzie w potar­ga­nej koron­ko­wej sukience, krzy­cząc: "Jestem księż­niczką!". Cza­sami pró­bo­wała bawić się z ciot­kami, bo skoro ona była księż­niczką, to one musiały być kró­lo­wymi. Tym­cza­sem star­sze kobiety, które rzadko opusz­czały swe sypial­nie, odsu­wały się od niej i popa­try­wały na nią z nie­po­ko­jem. W końcu Devon uznała, że są nudne, i posta­no­wiła dać im spo­kój.

Sam dom był wyso­kim na trzy pię­tra dzie­się­cio­po­ko­jo­wym budyn­kiem. Nie róż­niłby się od innych posia­dło­ści, gdyby nie liczne przy­pad­kowe gzymsy, dobu­dówki, kryte dachówką dachy i gotyc­kie zdo­bie­nia. ("To wszystko zasługa two­jego stry­jecz­nego dziadka Bol­tona -?powie­dział raz wuj Aike. -?Archi­tek­tura była jego, cóż, koni­kiem").

Pod zie­mią roz­cią­gały się kolejne pię­tra z cudow­nie wiją­cymi się kory­ta­rzami. Devon znała tu każdą wnękę i każdy zaka­ma­rek, od ciem­nych pod­ziem­nych przejść po zalane słoń­cem pokoje muzyczne na wyż­szych pię­trach.

No i biblio­teki. Podob­nie jak inne rody, rów­nież Fair­we­athe­ro­wie mieli biblio­teki o szcze­gól­nym smaku: zszy­wane gru­bymi nićmi stare tomisz­cza oprawne w wytła­czaną, fak­tu­ro­waną skórę -?im ciem­niej­szą, tym lep­szą. Gdy się je otwo­rzyło, znad pożół­kłych stro­nic uno­siły się dro­binki kurzu pach­ną­cego deli­kat­nie mar­co­wym desz­czem. Jeden kęs i zęby Devon potra­fiły prze­gryźć zarówno oprawę, jak i żyla­ste nici, i dziew­czynka czuła na języku kwa­śny, cierpki smak prze­siąk­nię­tego inkau­stem papieru.

-?Bibli­chor -?mawiał wuj Aike, obra­ca­jąc słowo na języku. -?To słowo zna­czy zapach bar­dzo sta­rych ksią­żek. Uwiel­biamy go. Jak i inne stare rze­czy.

-?W domu wszystko jest stare -?chi­cho­tała Devon. Jak obrazy w jadalni na par­te­rze, które liczyły sobie co naj­mniej czte­ry­sta lat. -?Ty też jesteś bar­dzo stary!

Sły­sząc to, wuj Aike śmiał się i ni­gdy nie czuł się ura­żony.

-?Może i jestem, księż­niczko, ale z tym twoim języ­kiem ni­gdy nie doży­jesz tak sędzi­wego wieku.

Ten twój język. Wiele osób komen­to­wało język Devon. Cza­sami wysta­wiała go i przy­glą­dała mu się w lustrze, lecz nie widziała w nim nic nad­zwy­czaj­nego.

Zie­mia, na któ­rej miesz­kali, w oczach dziecka zda­wała się nie mieć końca. Ska­li­ste wzgó­rza sąsia­do­wały z wrzo­so­wi­skami peł­nymi dołów i tor­fo­wisk. Latem, kiedy wrzosy zakwi­tały fio­le­tem, Devon goniła kró­liki i kuro­pa­twy. Dwa razy zna­la­zła wydry, któ­rych drobne ząbki wyglą­dały jak jej wła­sne rosnące zęby książ­kowe. Zimą trawy wysy­chały i sztyw­niały od mrozu. Lepiła bał­wany z braćmi i razem z nimi bie­gała boso po gór­kach i pora­sta­ją­cych doliny lasach.

Aż raz pew­nego stycz­nio­wego poranka ośmio­let­nia Devon wyru­szyła samot­nie na poszu­ki­wa­nie śnie­guł i rudych lisic. W nocy sły­szała poszcze­ki­wa­nia lisów i miała nadzieję, że wśród śnież­nej bieli dostrzeże któ­re­goś z nich, niczym mknący po papie­rze pło­mień.

Nie doszła do odda­lo­nego o trzy­sta metrów nie­wiel­kiego zagaj­nika na tyłach domu, gdy jej uwagę zwró­cił nie­zna­jomy dźwięk. Ktoś brnął w śniegu mię­dzy drze­wami, sadząc nie­zgrabne, duże kroki. Żaden z miesz­kań­ców Fair­we­ather Manor nie poru­szał się tak ciężko i zain­try­go­wana Devon posta­no­wiła przyj­rzeć się intru­zowi.

W świe­żym śniegu szedł, dysząc ciężko, czło­wiek, któ­rego ni­gdy wcze­śniej nie widziała na oczy. Był w nie­okre­ślo­nym wieku. Miał ciemne włosy, jasno­brą­zową skórę i gęstą brodę. Dłu­gie wąsy oka­lały jego usta. Co dziwne, widziała na jego nogach cięż­kie buciory, nosił dłu­gie spodnie, a na rękach zabawne, robione na dru­tach rze­czy, nato­miast jego dziwna bufia­sta koszula była zapięta pod samą szyję. Na gło­wie nie­zna­jo­mego przy­cup­nęła inna robiona na dru­tach rzecz.

Potrze­bo­wała chwili, by przy­po­mnieć sobie nazwy owych oso­bli­wych przed­mio­tów -?ręka­wiczki, kurtka i czapka. Znała je z opo­wie­ści, lecz ni­gdy nie widziała nikogo, kto by je nosił. Nie­zna­jomy wyglą­dał ina­czej niż doro­śli z posia­dło­ści, któ­rzy byli znacz­nie bledsi i ubie­rali się w stare, zaku­rzone stroje. Zasta­na­wiała się, czy to moż­liwe, że patrzy na ryce­rza Sze­ściu Rodzin, lecz ryce­rze zwy­kle podró­żo­wali dwój­kami, na moto­cy­klach z docze­pio­nym do nich smo­kiem. Ten męż­czy­zna nie miał towa­rzy­sza ani smoka, a już na pewno nie posia­dał moto­cy­kla.

Zaszła go od tyłu i pokle­pała w ramię.

-?Cześć -?powie­działa i zachi­cho­tała, gdy omal się nie prze­wró­cił. Jak to moż­liwe, że jej nie zoba­czył? Wszyst­kie te jego ubra­nia musiały przy­tłu­mić zmy­sły.

-?Jasna...! -?Męż­czy­zna ugryzł się w język i zaczerp­nął głę­boko tchu. Mróz oszro­nił jego ciemne boko­brody, a nogawki spodni były wil­gotne od śniegu. -?Skąd się wzię­łaś, dziew­czynko?

Devon była zachwy­cona. Minęły co naj­mniej dwa lata, odkąd zdo­łała pod­kraść się do kogoś.

-?Jesteś jed­nym z moich kuzy­nów? -?Ska­kała wokół niego. -?Ni­gdy wcze­śniej cię nie widzia­łam. Dla­czego nie masz samo­chodu? Myśla­łam, że wszy­scy moi kuzyni przy­jeż­dżają samo­cho­dami.

-?Jed­nym z kuzy­nów? Nie, nie sądzę. -?Z jakie­goś powodu nie prze­sta­wał gapić się na jej bose stopy, odkryte kolana i płó­cienną sukienkę bez ręka­wów. -?Nie jest ci zimno, skar­bie?

Zatrzy­mała się nagle, zdzi­wiona.

-?Jak to? -?spy­tała.

Zja­dła tyle wła­ści­wych ksią­żek, że wie­działa, czym jest zimno. To ono spra­wiało, że z nieba zamiast desz­czu padał śnieg, tak jak w baśni o Kró­lo­wej Śniegu.

Teraz też sypał śnieg, leciut­kie płatki osia­dały na jej ramio­nach i zasy­py­wały ślady jej stóp. Chłód był inny od cie­pła: kojący i nie tak męczący. Jed­nak chłód sta­no­wił część świata i nasta­ją­cych po sobie pór roku, uczu­ciem obo­jęt­nym na reak­cję. Nie czymś, z czym nale­żało coś zro­bić.

-?Silny dzie­ciak -?skwi­to­wał, uno­sząc brwi. -?A odpo­wia­da­jąc na twoje pyta­nie, nie jestem twoim kuzy­nem. Jestem chyba kimś w rodzaju gościa.

Teraz zro­zu­miała.

-?W takim razie jesteś bar­dzo nie­uprzejmy -?odrze­kła, opie­ra­jąc ręce na bio­drach. -?Jeśli naprawdę jesteś gościem, powi­nie­neś mi powie­dzieć, jak się nazy­wasz i skąd przy­cho­dzisz.

Wie­działa, że na świe­cie ist­nieli nie-kuzyni: ludzie, któ­rzy jedli mięso zwie­rząt i brudne rośliny wycią­gane z ziemi. Ale gość czy nie, Rodzina czy nie, każdy musiał oka­zać wujowi Aike'owi należną uprzej­mość.

-?Czyżby? -?Męż­czy­zna uśmiech­nął się nie­pew­nie. -?W takim razie naj­moc­niej prze­pra­szam. Nazy­wam się Ama­rin­der Patel, w skró­cie Mani. Jestem dzien­ni­ka­rzem z Lon­dynu. Sły­sza­łaś o Lon­dy­nie?

Devon poki­wała głową. Wszy­scy sły­szeli o Lon­dy­nie. To tam miesz­kali Glad­stone'owie, daleko na połu­dniu. Byli naj­więk­szą, naj­bo­gat­szą i naj­bar­dziej wpły­wową z Rodzin. Raz poznała kuzy­nów, kiedy przy­je­chali w gości do Fair­we­ather Manor.

-?A ty jak się nazy­wasz? -?Uśmiech Maniego stał się mniej drżący i bar­dziej szczery.

-?Jestem Devon Fair­we­ather z Sze­ściu Rodzin -?poin­for­mo­wała go. - Wszyst­kie te zie­mie są czę­ścią posia­dło­ści Fair­we­ather Manor.

-?Sze­ściu Rodzin? -?powtó­rzył jak echo.

Devon dała sobie spo­kój z uprzej­mo­ściami.

-?Co to takiego zieni... zie­ni­kasz? -?Skoro on nie uży­wał popraw­nych słów, ona rów­nież nie zamie­rzała.

-?Dzien-ni-karz -?odparł, ostroż­nie wyma­wia­jąc każdą sylabę. -?Śled­czy. To zna­czy, że badam różne dziwne histo­rie. Cza­sami rze­czy, które odkryję, poja­wiają się w tele­wi­zji. Czy to nie eks­cy­tu­jące?

-?Co to tele­wi­zja?

Kolejna pauza, tym razem nieco krót­sza. Coraz lepiej masko­wał zasko­cze­nie.

-?Devon -?przy oka­zji, to bar­dzo cie­kawe imię -?przy­by­łem tutaj w poszu­ki­wa­niu two­jej rodziny. Krążą plotki o dziw­nym kla­nie miesz­ka­ją­cym na wrzo­so­wi­skach. Mia­łem nadzieję, że napi­szę histo­rię...

-?Histo­rię? Nową? -?Devon natych­miast się zain­te­re­so­wała. -?Czy dzień-ni-karze piszą histo­rie?

-?Cóż...

-?Napi­szesz taką dla mnie? -?Pyta­nia wyle­wały się z jej ust wart­kim poto­kiem. -?Czy, kiedy skoń­czysz, będę mogła ją zjeść? Ni­gdy nie jadłam histo­rii napi­sa­nej spe­cjal­nie dla mnie!

Uśmiech spełzł z jego twa­rzy niczym spły­wa­jący z dachu stop­niały śnieg.

-?Zjeść? -?zapy­tał.

-?Czy tak wła­śnie powstają histo­rie? Zawsze się zasta­na­wia­łam, ale wuj Aike powie­dział, że wyja­śni mi wszystko, kiedy będę star­sza. Jak się pisze histo­rię? Ja nie mogę żad­nej napi­sać. Czy, kiedy skoń­czysz, powsta­nie z niej książka? Czy wszyst­kie histo­rie stają się książ­kami?

-?Nie umiesz pisać? -?zapy­tał zdu­miony.

-?Hę? Oczy­wi­ście, że nie! -?Gapiła się na niego wytrzesz­czo­nymi oczami. -?Jak mogli­by­śmy pisać? -?Gdyby zja­da­cze ksią­żek potra­fili pisać, nie potrze­bo­wa­liby ksią­żek innych ludzi. Tak powie­dzieli jej wuj­ko­wie.

Mani powoli wypu­ścił powie­trze.

-?Rozu­miem. -?Posta­wił koł­nierz kurtki. -?Masz mamę albo tatę? - zapy­tał, a gdy popa­trzyła na niego zasko­czona, skrzy­wił się i dodał pośpiesz­nie: -?Kogoś, kto się tobą opie­kuje? Doro­słego?

-?A! Masz na myśli wuja Aike'a? -?odparła, sta­ra­jąc się nie oka­zy­wać roz­cza­ro­wa­nia. Wszy­scy goście zawsze chcieli się widzieć z wujem Aike'em. -?Myślę, że mogę cię do niego zapro­wa­dzić. -?Wie­działa, że nie­zna­jomy nie będzie chciał zoba­czyć się z ciot­kami, bo nikt ni­gdy nie chciał się z nimi widy­wać.

-?Pew­nie -?odparł ponuro Mani. -?Poznajmy two­jego wuja Aike'a.

Devon w pod­sko­kach pomknęła przez zaspy. Czuła, jak roz­cza­ro­wa­nie ustę­puje miej­sca samo­za­do­wo­le­niu. I co z tego, że gość chciał się spo­tkać z wujem Aike'em? To ona pierw­sza go zna­la­zła. Ram­sey będzie zazdro­sny. Pozo­stali bra­cia też, ale nie lubiła ich tak bar­dzo jak Ram­seya; w więk­szo­ści byli dużo od niej starsi, a do tego nudni i rzadko się z nią bawili. Będzie chwa­liła się tym przez cały tydzień. Może nawet dwa.

Las prze­rze­dził się gwał­tow­nie, ustę­pu­jąc miej­sca ska­li­stym wzgó­rzom, któ­rych ostre, twarde kra­wę­dzie mię­kły wraz z nadej­ściem pierw­szych mro­zów. Dom wyło­nił się przed nimi niczym ilu­stra­cja z książki dla dzieci z otwie­ra­ją­cymi się obraz­kami, a jego pra­stare gzymsy zda­wały się jesz­cze bar­dziej wysta­jące i nie na miej­scu w ską­pym zimo­wym świe­tle. Kilku braci Devon kopało piłkę w dzi­kim, zaro­śnię­tym ogro­dzie przed budyn­kiem. Żaden z nich nie zwró­cił na nią uwagi, z wyjąt­kiem Ram­seya, który gapił się z bez­brzeż­nym zdu­mie­niem. Jego zasko­cze­nie spra­wiło Devon wyraźną przy­jem­ność.

-?Żad­nego źró­dła ener­gii elek­trycz­nej, żad­nych upraw, nawet sto­sow­nych ubrań dla dzieci. Dom to istna ruina, a ota­cza­jące go zie­mie wyglą­dają nie lepiej. Tym­cza­sem na pod­jeź­dzie stoją nowo­cze­sne samo­chody. -?Mani mru­czał do małego czar­nego urzą­dze­nia z miga­ją­cym czer­wo­nym świa­teł­kiem. -?Zasta­na­wiam się, co takiego jedzą. Tak czy ina­czej, pro­wa­dzą zaścian­kowe życie z dala od ludzi. Czy to o nich mówią miej­scowe legendy? -?Zauwa­żył, że Devon gapi się na niego, i uśmiech­nął się roz­bra­ja­jąco.

-?Za mną! -?oznaj­miła dziew­czynka i szarp­nię­ciem pocią­gnęła go za sobą pod łuko­wa­tym przej­ściem do znaj­du­ją­cego się za nim holu.

Poprze­cie­rany, nie­gdyś kosz­towny dywan, przy­kry­wał toporną kamienną pod­łogę. Krysz­ta­łowe żyran­dole wisiały ciemne, pozba­wione jakich­kol­wiek świec czy żaró­wek. Jeśli kie­dyś dawały świa­tło, Devon ni­gdy tego nie widziała. W poko­jach, które mijali, stały niskie sofy albo małe sto­liki z pole­ro­wa­nego drewna, a wiszące pod sufi­tami żyran­dole były rów­nie zimne jak te w holu. Wzdłuż ścian cią­gnęły się nie­ma­jące końca regały z książ­kami. Wszystko tu było prze­siąk­nięte zapa­chem sta­rych ksiąg.

Devon gwał­tow­nie skrę­ciła w lewo, doszła do końca kory­ta­rza i w pod­sko­kach weszła do bawialni, a za nią Mani. W pokoju przy wyjąt­kowo dużym dębo­wym stole sie­działo kilku jej wuj­ków, gra­jąc w bry­dża i popi­ja­jąc her­batę z inkau­stu. W chwili gdy Devon i jej gość prze­kro­czyli próg bawialni, wszyst­kie roz­mowy uci­chły jak nożem uciął, a głowy obró­ciły się w ich stronę.

-?Wuju! -?oznaj­miła Devon. -?Zna­la­złam gościa!

-?Wła­śnie widzę. -?Wuj Aike odło­żył na stół wachlarz kart. -?Kim pan jest, sir?

-?Ama­rin­der Patel, nie­za­leżny dzien­ni­karz -?przed­sta­wił się Mani i wycią­gnął rękę na powi­ta­nie. -?Szu­ka­łem...

-?To teren pry­watny. -?Wuj Aike powoli się pod­niósł. Gdy się nie gar­bił, miał pra­wie metr dzie­więć­dzie­siąt wzro­stu. -?Nie wolno tu panu prze­by­wać. Dzien­ni­ka­rze są tutaj wyjąt­kowo nie­mile widziani.

Devon obser­wo­wała wszystko zdu­mio­nym wzro­kiem. Jesz­cze ni­gdy nie widziała, by jej ulu­biony wujek był wobec kogoś tak nie­uprzejmy.

Mani opu­ścił rękę.

-?Prze­pra­szam. Zadzwo­nił­bym z wyprze­dze­niem, ale nie byłem nawet pewien, czy pan i pań­ska rodzina tu miesz­ka­cie. W biu­rze reje­stru grun­tów nie ma żad­nego numeru tele­fonu, żad­nych nazwisk ani nawet listy upra­wio­nych do gło­so­wa­nia...

-?W rze­czy samej. -?Wuj Aike pochy­lił się do przodu, przy­ci­ska­jąc kłyk­cie do blatu. -?A czy przy­szło panu do głowy, panie Patel, że być może nie chcemy, by kto­kol­wiek się z nami kon­tak­to­wał? Zwłasz­cza dzien­ni­ka­rze. Zwy­kli oby­wa­tele mają prawo do pry­wat­no­ści.

W gęstym nagle powie­trzu pyta­nia uwię­zły Devon w gar­dle. Działo się coś, czego nie rozu­miała, cho­ciaż nikt nie wyda­wał się na nią zły.

Mani popra­wił oku­lary.

-?Cóż więc, sam znajdę drogę do wyj­ścia.

Jed­nak wuj Aike wska­zał puste krze­sło i rzekł:

-?Bzdura. Co się stało, to się nie odsta­nie, i skoro już pan się tu zja­wił, pro­szę usiąść. -?Mię­sień na jego policzku drgał ner­wowo. - Prze­cież po to pan przy­szedł, prawda? By odna­leźć człon­ków mojej Rodziny. Cóż, zatem poroz­ma­wiajmy jak doro­śli.

-?Ja... -?Mani zaczął maj­stro­wać przy małym czar­nym urzą­dze­niu, raz za razem obra­ca­jąc je w dło­niach.

Nie dość, że był doro­słym czło­wie­kiem, to jesz­cze wszedł do ciem­nego, ponu­rego pokoju peł­nego nisz­cze­ją­cych ksiąg i bla­dych, wid­mo­wych postaci w sta­ro­mod­nych gar­ni­tu­rach. Sytu­acja nie do pozaz­drosz­cze­nia dla kogoś o sła­bych ner­wach.

Jed­nak po chwili pro­fe­sjo­na­lizm i zdrowy roz­są­dek wzięły górę. Mani pod­szedł do stołu i wci­snął się na krze­sło mię­dzy wuj­kiem Burym a wuj­kiem Rom­for­dem.

-?Dev, moja droga. -?Wuj Aike nawet na chwilę nie odry­wał oczu od dzien­ni­ka­rza. -?Idź się poba­wić, dobrze? My tym­cza­sem poroz­ma­wiamy z panem Pate­lem.

-?Ale... -?Devon zer­k­nęła żało­śnie na stół, przy któ­rym zasiadł sztywno jej gość. Uwa­żała, że to nie w porządku, że zawsze musi wycho­dzić, kiedy doro­śli roz­ma­wiają.

Wuj Aike spoj­rzał na dziew­czynkę, przy­gar­bił się nieco, a jego twarz zła­god­niała.

-?Wiesz co, księż­niczko? Idź do mojego pokoju i wybierz sobie któ­reś ze spe­cjal­nych wydań baśni. Te z naj­niż­szej półki. Nic spro­śnego, dobrze?

-?Och! Tak, tak! -?Pod­eks­cy­to­wana Devon nie­mal wybie­gła z pokoju.

Cho­ciaż jadła wyłącz­nie baśnie, nie­które z nich były lep­sze od innych, a te wyjąt­kowe, w pokoju wuja, sma­ko­wały szcze­gól­nie wybor­nie: kru­che zło­cone oprawy, wstąż­kowe zakładki, piękne barwne ilu­stra­cje. Praw­dziwa eks­plo­zja błysz­czą­cych kolo­rów i słowa, któ­rych smak długo jesz­cze pozo­sta­wał na języku i pod­nie­bie­niu.

Ostat­nią rze­czą, jaką usły­szała, nim wbie­gła po scho­dach, były słowa jej wuja:

-?Rom­for­dzie, zamknij, pro­szę, drzwi.

Zapo­mniała o nich, gdy tylko dotarła na górę. Gabi­net wuja Aike'a mie­ścił się w nie­wiel­kim pokoju we wschod­nim skrzy­dle i to tam wła­śnie zmie­rzała.

Bez­sze­lest­nie wśli­zgnęła się do środka. Ściany pokoju zdo­biły rene­san­sowe obrazy, a także eklek­tyczny zbiór instru­men­tów -?w tym chiń­ska lut­nia -?na któ­rych wuj Aike ni­gdy nie grał. Oraz pre­zenty od zja­da­czy z innych kra­jów, z cza­sów, gdy podró­żo­wa­nie za gra­nicę było nieco prost­sze. Dziś ozna­czało to za dużo zachodu i zbyt wiele papier­ko­wej roboty.

Biurko i krze­sła two­rzyły przy­jemny kącik do sie­dze­nia, zaś więk­szość pozo­sta­łej prze­strzeni zaj­mo­wało ogromne łoże. Okna dawno temu zabito od środka deskami i zasta­wiono kolej­nymi rega­łami. Na naj­bliż­szej półce stały różne wyda­nia legend artu­riań­skich, które zwy­kle dawano w pre­zen­cie jej bra­ciom. Były pełne histo­rii, któ­rych dziew­czynki nie musiały znać.

Jesz­cze niżej znaj­do­wał się rząd baśni. Piękna i bestia, Kop­ciu­szek, Śpiąca kró­lewna i Kró­lewa Śnieżka. A także wiele innych. Opo­wie­ści o dziew­czyn­kach, które szu­kały i zna­la­zły miłość albo ucie­kły z domu i zna­la­zły śmierć. Nie­mal sły­szała słowa wuja Aike'a: "Mądrość tkwi w opo­wie­ści, moja droga". To o tej półce mówił.

Ale Devon miała inne pomy­sły.

Wysu­nęła niski drew­niany sto­łek, który wuj Aike trzy­mał pod łóż­kiem, i przy­cią­gnęła go do regału. Gdyby sta­nęła na pal­cach, dosię­głaby do naj­wyż­szej półki, co było znacz­nie bar­dziej eks­cy­tu­jące.

Co prawda wciąż nie widziała sto­ją­cych tam ksią­żek, lecz nie miało to zna­cze­nia. Wszyst­kie one były zaka­zane, a co za tym idzie, jesz­cze bar­dziej atrak­cyjne. Nawet najbar­dziej posłuszne dzieci znu­dzi­łyby się, jedząc codzien­nie to samo; nie mogła więc prze­ga­pić oka­zji i nie spró­bo­wać cze­goś innego.

Jej palce zamknęły się na grzbie­cie bro­szu­ro­wej okładki i Devon wysu­nęła książkę, omal nie tra­cąc przy tym rów­no­wagi. Jej wuj byłby zły, gdyby się dowie­dział, i być może przez cały tydzień nie dosta­łaby do jedze­nia niczego poza nud­nymi słow­ni­kami, lecz per­spek­tywa skosz­to­wa­nia cze­goś zaka­za­nego wyda­wała się warta ryzyka.

Usia­dła na stołku i przyj­rzała się swej zdo­by­czy. Jej tytuł brzmiał: Jane Eyre. Na czer­wo­nej skó­rza­nej okładce wytło­czono podo­bi­znę mło­dej dziew­czyny oto­czo­nej kwia­tami. Data wyda­nia ozna­czała, że autor nie żył już od dawna. Prze­szedł ją dreszcz. Wciąż zdu­mie­wało ją, że słowa pozo­stają i mogą być wydru­ko­wane ponow­nie jesz­cze długo po śmierci ich autora. Devon otwo­rzyła książkę na przy­pad­ko­wej stro­nie.

Zemsty zakosz­to­wa­łam po raz pierw­szy; wyda­wała mi się winem aro­ma­tycz­nym i krze­pią­cym, lecz jej zimny i gry­zący posmak budził we mnie uczu­cie, jak­bym była otruta2.

Jakież to było roz­kosz­nie nie­po­słuszne, jak nie­godne dziew­czynki i księż­niczki! Myśl, że zemsta może mieć smak wyjąt­kowo eks­cy­tu­ją­cej książki, wyda­wała się głę­boko intry­gu­jąca. Ta powieść, czym­kol­wiek była, z pew­no­ścią była dużo cie­kaw­sza od zwy­kłych baśni.

Devon otwo­rzyła usta, obna­żyła zęby i... się zawa­hała. Naszła ją dziwna ochota, by nie kosz­to­wać książki, lecz scho­wać ją do kie­szeni. Żeby naprawdę ją prze­czy­tać, co jest prze­cież moż­liwe, nawet jeśli nieco nie­wła­ściwe.

Czy­ta­nie było czymś kary­god­nym. "Kon­su­mu­jemy wie­dzę pisaną" -?powta­rzali czę­sto jej ciotki i wujo­wie. "Kon­su­mu­jemy, prze­cho­wu­jemy i zbie­ramy wszyst­kie formy papie­ro­wego ciała, do czego stwo­rzył nas Kolek­cjo­ner, oble­czeni w ludz­kie ciała. Lecz nie czy­tamy i nie potra­fimy pisać".

Co wcale nie było złe, poza tym, że wszy­scy wie­dzieli, iż Kolek­cjo­ner ni­gdy nie wróci. Zja­da­cze ksią­żek będą żyć i umie­rać i ni­gdy nie złożą swej wie­dzy w skarbcu danych Kolek­cjo­nera. Dla­tego Devon nie widziała sensu w tym, co robili i do czego zostali stwo­rzeni.

Poza tym zabra­nie książki z naj­wyż­szej półki samo w sobie było dosta­tecz­nie złe. Jeśli więc zrobi coś odro­binę gor­szego, nic się nie sta­nie.

Jeden grzech pro­wa­dził do dru­giego i Devon bły­ska­wicz­nie pod­jęła decy­zję. Wsu­nęła książkę pod koszulę, żeby zabrać ją do swo­jego pokoju w zachod­nim skrzy­dle domu. Ostroż­nie prze­szła na pod­da­sze w dru­gim końcu posia­dło­ści, po czym zeszła na dół i wśli­zgnęła się do swo­jego pokoju. Nim prze­czy­tała roz­dział i ukryła skra­dziony egzem­plarz Dziw­nych losów Jane Eyre pod mate­ra­cem, minęła pra­wie godzina.

Devon wyszła z powro­tem na kory­tarz i popra­wiła sukienkę, sta­ra­jąc się nie wyglą­dać jak ktoś, kto wła­śnie zro­bił coś złego. Panu­jąca w domu cisza była dziwna, nawet jak na zimowe popo­łu­dnie. Ciotki zapewne sie­działy zamknięte w swo­ich poko­jach, które rzadko opusz­czały. Jedy­nymi dźwię­kami były gło­śne pokrzy­ki­wa­nia jej braci gania­ją­cych się na dwo­rze, lecz nawet one wyda­wały się bar­dziej przy­tłu­mione niż wtedy, gdy przy­pro­wa­dziła Maniego.

Wypro­sto­wała się nagle. Dzien­ni­karz! Jak mogła zapo­mnieć o swoim gościu?

Poko­nu­jąc po dwa stop­nie naraz, zbie­gła na dół i puściła się pędem w stronę salonu.

Lecz nie zastała już gościa. Co wię­cej, pokój był pusty, jeśli nie liczyć wuja Aike'a, który sie­dział przy kominku z nogami na tabo­re­cie. Widząc ją, pod­niósł wzrok i ski­nie­niem dłoni przy­wo­łał ją do sie­bie.

-?Wejdź, skar­bie. Usiądź.

Umo­ściła się na sąsied­nim krze­śle.

-?Gdzie podział się dzień-ni-karz?

-?Pan Patel odpo­czywa w pokoju w piw­nicy. -?Wuj Aike miał naj­de­li­kat­niej­sze dło­nie, a jego palce bez trudu prze­cze­sy­wały splą­tane włosy Devon. -?Jutro rano przy­jadą ryce­rze, żeby go zabrać.

-?Zabrać? -?Devon tyko raz widziała ryce­rzy. Byli poważni, budzili grozę i nie wyda­wali się ani tak mili, ani tak śmieszni jak jej wuj. -?Dokąd?

-?Do posia­dło­ści Raven­scar -?odparł po chwili waha­nia. -?Znaj­duje się na wybrzeżu, wiele mil stąd. Tam­tej­szy patriar­cha wie, co robić z ludźmi.

-?Och -?jęk­nęła Devon, przy­gnę­biona, że inny dom ukrad­nie jej gościa. - Chcia­łam, żeby został.

-?Przy­kro mi, księż­niczko. Wiem, że tego chcia­łaś. Ale oba­wiam się, że pan Patel nie był miłym czło­wie­kiem. Chciał opo­wie­dzieć o nas innym ludziom.

-?Prze­cież opo­wie­ści są dobre, prawda?

-?Nie wszyst­kie. -?Wuj Aike poca­ło­wał ją w bok głowy. -?W tym domu jesz odpo­wied­nie książki, bo dajemy ci tylko książki wła­ściwe dla małej księż­niczki. Tym­cza­sem nie­które histo­rie są złe, a twój biedny pan Patel chciał napi­sać bar­dzo złe histo­rie.

Devon przez chwilę tra­wiła jego słowa.

-?Czy to zna­czy, że był zepsu­tym pisa­rzem?

-?Ponie­kąd. -?Wuj Aike wyda­wał się roz­ba­wiony tym, co powie­działa. - Tak, myślę, że to wła­ściwy dobór słów.

-?Aha, już rozu­miem! Czy Raven­sca­ro­wie go napra­wią?

-?Z pew­no­ścią, skar­bie -?odparł Aike Fair­we­ather i zapa­trzył się w ogień w kominku. -?Z pew­no­ścią.

3. Devon nocą

3

DEVON NOCĄ

Obec­nie

Skąd się wzięli zja­da­cze ksią­żek? Nie ma dowo­dów, które suge­ro­wa­łyby, że są zmu­to­wa­nym szcze­pem ewo­lu­cji, a prze­cież ludz­kość potrze­bo­wała tysięcy lat, żeby nauczyć się wytwa­rzać papier.

Sami zja­da­cze ksią­żek opo­wia­dają nie­wia­ry­godne histo­rie o Kolek­cjo­ne­rze, poza­ziem­skiej isto­cie, która stwo­rzyła ich na podo­bień­stwo ludzi, i zesłała na Zie­mię, by gro­ma­dzili wie­dzę (jedli książki) i kosz­to­wali ludz­kich doświad­czeń (poże­rali umy­sły).

Jeśli jed­nak wie­rzyć ich dzi­wacz­nej opo­wie­ści, Kolek­cjo­ner ni­gdy nie wró­cił, a sami zja­da­cze są tym, co pozo­stało po porzu­co­nym taj­nym pro­jek­cie obcych.

Ama­rin­der Patel, Papier i ciało: sekretna histo­ria

Devon śniła o pie­kle, co ostat­nio czę­sto się jej zda­rzało.

Nie­któ­rzy ludzie snuli nocami fan­ta­zje sek­su­alne albo śnili kosz­mary o tym, że przy­cho­dzą nadzy na roz­mowę o pracę. Jej sen nie był ani jed­nym, ani dru­gim, choć zawie­rał ele­menty obu.

Zaczy­nał się od tego, że zie­mia pod jej sto­pami roz­stę­po­wała się, two­rząc sze­roki tunel wypeł­niony lawą. Wszystko to było prze­ry­so­wane. Devon nie pró­bo­wała się bro­nić, spa­dała i lądo­wała na kola­nach w pod­ziem­nej jamie god­nej Pie­kła Dan­tego, książki, którą nie­gdyś pró­bo­wała zjeść, lecz koniec koń­ców wypluła ją, bo sma­ko­wała siarką i żół­cią. Ni­gdy nie gusto­wała w kla­sy­kach.

Z mroku odzy­wał się głos, który uprzej­mie infor­mo­wał ją, że będzie cier­piała za swe grze­chy, na co ona śmiała się tak długo, że aż w końcu zaczy­nała pła­kać. Chwilę póź­niej usły­szała trzask bicza, który wylą­do­wał na jej ple­cach, i obu­dziła się gwał­tow­nie, czu­jąc palący ból w krę­go­słu­pie. Leżała na pod­ło­dze w łazience z głową wykrę­coną pod dziw­nym kątem i szyją pul­su­jącą bólem. Jej tele­fon, gdy zer­k­nęła na ekran, wska­zy­wał 00:04.

Devon dźwi­gnęła się z pod­łogi i zwró­ciła do toa­lety całą zawar­tość żołądka. Ludz­kie jedze­nie jest ohydne i bre­jo­wate -?była na tyle cie­kaw­ska, żeby spró­bo­wać go kilka razy -?za to alko­hol wcho­dził jej znacz­nie lepiej. Zwłasz­cza wino. Cudowne, wspa­niałe wino.

Pozbyw­szy się tru­ci­zny, pod­peł­zła do umy­walki i dźwi­gnęła się na nogi. Ze spa­czo­nego lustra spo­glą­dała na nią wymi­ze­ro­wana, poprze­ci­nana zmarszcz­kami twarz z cie­niami zmę­cze­nia pod oczami. Mie­szanka rysów twa­rzy i cech cha­rak­te­ry­stycz­nych dla jej zawi­łego dzie­dzic­twa. Poła­mane paznok­cie, spierzch­nięte usta i koszulka Nirvany jakby psu z gar­dła wyjęta dopeł­niały wize­runku zmar­no­wa­nej gotki po cięż­kiej nocy.

-?Kie­dyś byłam księż­niczką, wiesz?

Odbi­cie skrzy­wiło się z powąt­pie­wa­jącą miną. Księż­niczki w książ­kach, które czy­tała, były piękne i deli­katne: tylko nie­liczne sta­wały się mie­rzą­cymi metr osiem­dzie­siąt mor­der­czy­niami z zami­ło­wa­niem do krót­kich wło­sów i skó­rza­nych kur­tek. Zabawne.

Devon poka­zała odbi­ciu środ­kowy palec i zabrała się do mycia zębów. Obu zesta­wów zębów, albo­wiem zęby książ­kowe rów­nież wyma­gały mycia. Kiedy jej oddech prze­stał cuch­nąć wymio­ci­nami, poszła poszu­kać syna.

Cai prze­niósł się ze swo­jego pokoju na kanapę i zwi­nięty w kłę­bek zasnął wśród podu­szek. Był taki drobny, tak prze­raź­li­wie chudy. Devon nie miała sumie­nia prze­no­sić go do łóżka. Mógłby się obu­dzić, a poza tym nie­na­wi­dził gnieź­dzić się w tej cia­snej prze­strzeni.

Nie mogła go za to winić. Żadne dziecko nie chcia­łoby żyć w takiej nie­doli. Będąc w jego wieku, wię­cej czasu spę­dzała na dwo­rze niż w domu. Lecz dzie­ciń­stwem Devon nie rzą­dził głód, który zmu­szałby ją do wyże­ra­nia ludziom mózgów, tak jak robił to Cai.

Jeśli jej syn mógł liczyć na nor­malne życie, potrze­bo­wał Wyba­wie­nia. Nie reli­gij­nego, lecz che­micz­nego: pro­du­ko­wa­nego przez Rodzinę lekar­stwa wyna­le­zio­nego spe­cjal­nie z myślą o poże­ra­czach umy­słów. Zaży­wane regu­lar­nie pozwo­li­łoby mu jeść papier, tak jak ona to robiła.

Pro­ble­mem było jego zdo­by­cie.

Komórka Devon zawi­bro­wała na kuchen­nym bla­cie. Się­gnęła po nią i otwo­rzyła klapkę.

CHRIS

zna­la­złem ich. powie­dzia­łem co mi kaza­łaś.

wysko­czymy poga­dać?

pub wro­nie gniazdo, jutro o 20.

przyj­dziesz?

Devon stuk­nęła pal­cami w tanie pla­sti­kowe kla­wi­sze.

Tylko jedna z Rodzin, Raven­sca­ro­wie, pro­du­ko­wali Wyba­wie­nie. Patriar­cho­wie Raven­sca­rów trzy­mali infor­ma­cje o skład­ni­kach i pro­duk­cji w ści­słej tajem­nicy, dzięki czemu mieli wię­cej wła­dzy i pie­nię­dzy niż inne Rodziny.

Wszystko się zmie­niło, kiedy kilka lat temu u Raven­sca­rów doszło do roz­łamu. Nie­które ze star­szych dzieci patriar­chy pró­bo­wały odłą­czyć się od rodziny, co Devon dosko­nale rozu­miała. Roz­pę­tała się krwawa jatka, w któ­rej zgi­nęły dzie­siątki zja­da­czy, w tym sam patriar­cha. Ci z rodzeń­stwa, któ­rzy oca­leli, zapa­dli się pod zie­mię, zabie­ra­jąc ze sobą zapasy Wyba­wie­nia.

Dobrze dla nich, ale nie dla jej syna. Cai wycho­wy­wał się na Wyba­wie­niu, jak więk­szość poże­ra­czy umy­słów. W następ­stwie zama­chu stanu w Rodzi­nie Raven­sca­rów dostęp do Wyba­wie­nia skoń­czył się nie­mal z dnia na dzień, a to, co zostało, ryce­rze trzy­mali dla swo­ich doro­słych smo­ków.

Cai miał do wyboru tylko trzy rze­czy: jeść ludzi, zagło­dzić się na śmierć albo dać się uśmier­cić Rodzi­nom.

Devon nie zamie­rzała pozwo­lić swo­jemu synowi umrzeć z głodu, tak jak nie miała zamiaru pozwo­lić, by kto­kol­wiek pozba­wił go życia. Raven­sca­ro­wie wciąż żyli, a to zna­czyło, że będą mogli im pomóc. Jeśli tylko zdoła ich prze­ko­nać, że ich pomoc warta jest zachodu.

Naj­pierw jed­nak musiała ich odna­leźć.

Z tego, co wie­działa, na­dal pro­du­ko­wali Wyba­wie­nie. Nie rozu­miała tylko, po co to robią, wśród Raven­sca­rów nie było bowiem żad­nych poże­ra­czy umy­słów.

Cokol­wiek nimi kie­ro­wało, czy­niło życie Devon łatwiej­szym. Przez ostatni rok prze­mie­rzała kraj, pró­bu­jąc namie­rzyć Raven­sca­rów poprzez ich dostaw­ców.

Jed­no­cze­śnie przez cały ten czas kar­miła syna ludźmi, żeby utrzy­mać go przy życiu.

Po mie­sią­cach poszu­ki­wań w końcu dostała odpo­wiedź. Pewien han­dlarz nar­ko­ty­kami przy­znał, że na­dal sprze­daje nie­które skład­niki Raven­sca­rom. Twier­dził rów­nież, że może skon­tak­to­wać Devon z nimi. Jeśli mówił prawdę, był to prze­łom, na który tak długo cze­kała.

Jęk i szu­ra­nie wyrwały ją z zamy­śle­nia. To pastor w pokoju Caia poru­szył się bez­myśl­nie.

Nie­chęt­nie zatrza­snęła klapkę tele­fonu. Odpo­wiedź mogła zacze­kać, aż Devon wróci, a Cai się obu­dzi. Pomoże jej z pisa­niem.

Duchowny leżał sku­lony na boku na pod­ło­dze w pokoju Caia. Z jego ucha spły­wała cie­niutka strużka krwi. Na­dal żył, oddy­chał i mru­gał, a jego serce wciąż biło. Cza­sami postę­ki­wał. Zdu­miała się, że prze­żył. Wiele ofiar Caia umie­rało na sku­tek szoku albo krwa­wie­nia wewnątrz­czasz­ko­wego. To, że ktoś roz­pusz­czał ci część mózgu, a następ­nie go wysy­sał, musiało być okropne.

Ale rów­nie dobrze mógł być już mar­twy. Jego wspo­mnie­nia, oso­bo­wość i wszystko to, czym kie­dy­kol­wiek był, nale­żało teraz do jej syna. W każ­dym razie do następ­nego posiłku, kiedy jego oso­bo­wość zosta­nie nad­pi­sana przez kolejną.

Devon prze­szu­kała jego kie­sze­nie. Pasto­rzy rzadko mieli przy sobie znaczną gotówkę i ten tutaj nie był wyjąt­kiem. Wycią­gnęła dowód oso­bi­sty, lecz poza tym zosta­wiła port­fel nie­tknięty. Nie miał nic, co warto byłoby ukraść. Nic w porów­na­niu z dwu­dzie­stoma paroma kawał­kami, które trzy­mała w tor­bie.

Przy­naj­mniej miał ze sobą Biblię. Devon je lubiła. Obna­żyła zęby książ­kowe i wgry­zła się w grzbiet. Znisz­czona skóra, czułe dło­nie, pot, wino mszalne. Słowa roz­pły­wały się jej na języku, psalmy zmie­szane z przy­ka­za­niami, święte nowo­rodki wymie­szane z wojną i pro­fa­na­cją. Cien­kie jak opła­tek papie­rowe ciało chrzę­ściło deli­kat­nie przy każ­dym kęsie.

Stare książki nie miały kru­cho­ści tych nowych, jed­nak każda z nich prze­cho­dziła sma­kiem swego wła­ści­ciela, który Devon, jak każdy sza­nu­jący się Fair­we­ather, lubiła odkry­wać. Skoń­czyła książkę w dwu­na­stu kęsach i starła tusz z brody. Żołą­dek miała przy­jem­nie pełny, w gło­wie huczało jej od archa­icz­nych wier­szy i pra­sta­rych prze­po­wiedni. Jedze­nie popra­wiło jej nastrój i spra­wiło, że prze­stała odczu­wać nud­no­ści.

Roze­brała pastora do bok­se­rek. Posi­kał się; zwy­kle tak się działo. Z worka w sza­fie wyjęła obszar­pane, wyświech­tane ubra­nia, które kupo­wała w skle­pach z uży­waną odzieżą. Ubrała go w spodnie, koszulę i cuch­nący płaszcz. Skoń­czyw­szy, wło­żyła do torby butelkę szkoc­kiej i zarzu­ciła torbę na ramię.

-?Wsta­jemy. -?Wsu­nęła ramię pod pachę duchow­nego.

Musiał ważyć nieco ponad osiem­dzie­siąt kilo­gra­mów, jed­nak zja­da­cze ksią­żek byli silni. Podźwi­gnęła go bez trudu i powłó­czą­cego nogami popro­wa­dziła w stronę drzwi. Spo­śród nie­licz­nych, któ­rzy prze­żyli, niektó­rzy mogli iść, inni nie. Ten mógł. Tym lepiej dla niej.

Devon zer­k­nęła na zega­rek. Tak jak myślała, docho­dziła pierw­sza trzy­dzie­ści. Pomo­gła mu zejść po scho­dach i popro­wa­dziła dalej, w stronę wyj­ścia z uliczki. Ciemną, bez­k­się­ży­cową noc od czasu do czasu roz­świe­tlało nie­re­gu­larne migo­ta­nie zardze­wia­łych lamp ulicz­nych.

-?Dobrze, że nie jesteś żonaty -?zwró­ciła się do niego łagod­nie, kiedy weszli w kałużę świa­tła. -?Nie­na­wi­dzę wybie­rać żona­tych. Wiesz? To nie w porządku wobec dzieci. Albo part­ne­rek.

Pastor nie odpo­wie­dział. Nie zostały w nim żadne słowa; kartki jego księgi były puściu­sień­kie.

Devon uni­kała głów­nych ulic, trzy­mała się ciem­nych, wylud­nio­nych zauł­ków, i chcąc omi­nąć ruchliwą oko­licę, prze­cięła pobli­ski nie­oświe­tlony park. W ciem­no­ści z daleka wyglą­dali jak para kochan­ków, któ­rzy wyszli na nocny spa­cer, albo dwoje pija­nych przy­ja­ciół, któ­rzy odpro­wa­dzają się do domu.

Pozby­wa­nie się ofiar Caia sta­no­wiło jeden z jej naj­więk­szych pro­ble­mów. Było trudne ze wzglę­dów etycz­nych, ponie­waż drę­czyło ją poczu­cie winy, ale i z punktu widze­nia logi­styki, ukry­wa­nie ciał nie jest bowiem ani łatwe, ani przy­jemne. A pozo­sta­wie­nie ich w szpi­talu byłoby podej­rzane. Pod­czas badań mogłaby wyjść na świa­tło dzienne nie­zwy­kłość obra­żeń.

Na szczę­ście dla niej w świe­cie ludzi ist­niał mar­gi­nes spo­łeczny nie­wi­dzialny dla spo­łe­czeń­stwa.

Gdy pode­szli bli­żej, jej oczom uka­zał się przy­tu­łek dla bez­dom­nych. Budy­nek pre­zen­to­wał sobą rów­nie marny widok jak ludzie, dla któ­rych został prze­zna­czony. Ktoś prze­ro­bił sze­reg witryn skle­po­wych, wybu­rza­jąc ściany i zastę­pu­jąc okna wysta­wowe meta­lo­wymi kra­tami. Beto­nowe stop­nie pro­wa­dziły do zamknię­tych na potrójny zamek drzwi. W niektó­rych przy­tuł­kach zain­sta­lo­wano kamery prze­my­słowe, co znacz­nie utrud­niało sytu­ację. Devon z doświad­cze­nia wie­działa, że tu ich nie było.

Kiedy posa­dziła pastora na scho­dach, osu­nął się na bok. Popra­wiła go, żeby było mu wygod­niej, i prze­chy­liła mu nieco głowę. Przy­naj­mniej tyle mogła zro­bić. Wycią­gnęła z torby pustą teraz butelkę szkoc­kiej i wsu­nęła mu w zgię­cie łok­cia.

Po wszyst­kim ostatni raz rozej­rzała się dookoła. Pusta droga, niebo czarne jak roz­lany inkaust i ani żywej duszy. Zasa­lu­to­wała pasto­rowi, który patrzył na nią nie­wi­dzą­cymi oczami nie­świa­do­mej, zagu­bio­nej duszy.

-?Żegnaj -?rzu­ciła i ode­szła.

Nie oglą­dała się za sie­bie w irra­cjo­nal­nej oba­wie, że mogłaby się zamie­nić w słup soli. Biblia, którą zja­dła, nada­wała jej lękom reli­gijny odcień.

Ran­kiem ktoś znaj­dzie pastora i zabie­rze go do środka. Kolejny bie­dak, który wylą­do­wał na ulicy po tym, jak prze­szedł zała­ma­nie ner­wowe, udar albo coś innego. Będą podejrz­liwi, ale dopóki nie zro­bią mu rezo­nansu magne­tycz­nego, nie dowie­dzą się, co mu jest.

Ulice wokół niej były puste i ciche, jak gdyby mia­sto wstrzy­mało oddech, i Devon odru­chowo dopa­so­wała swój krok do tej wszech­ogar­nia­ją­cej ciszy. Powie­trze zda­wało się gęste od upior­nego spo­koju.

Coś bły­snęło w świe­tle ulicz­nej lampy, zatrzy­mała się więc i przy­pa­dła do naj­bliż­szych drzwi. Wnęka była na tyle głę­boka, by zdo­łała się w nią wci­snąć, i z ukry­cia zaczęła obser­wo­wać ulice.

Dwie prze­cznice dalej na środku skrzy­żo­wa­nia stał samotny męż­czy­zna. Jego zwa­li­ste ciało opi­nał kre­mowy gar­ni­tur w stylu lat osiem­dzie­sią­tych. Mimo iż tem­pe­ra­tura spa­dła poni­żej zera, męż­czy­zna nie miał sza­lika, płasz­cza ani ręka­wi­czek. Jego szyję zdo­bił tatuaż widoczny pod roz­pię­tym koł­nie­rzem koszuli.

Chwilę póź­niej do męż­czy­zny pod­szedł drugi, poru­szał się cicho, nie­mal bez­gło­śnie. Miał na sobie gra­na­towy gar­ni­tur w prążki, a skórę jego szyi zdo­bił iden­tyczny tatuaż -?głodny wąż poże­ra­jący wła­sny ogon.

Devon otu­liła się ramio­nami, cho­ciaż nie czuła zimna. Męż­czyźni byli smo­kami. Nie praw­dzi­wymi stwo­rami z mitów, lecz doro­słymi poże­ra­czami umy­słów, nazwa­nymi tak z powodu sty­li­zo­wa­nych tatu­aży, które wiły się wokół ich gar­deł.

Ów sym­bol był rów­nie stary jak same Rodziny: wąż Uro­bo­ros, który bez końca poże­rał sam sie­bie. Poże­ra­cze umy­słów swym gło­dem nisz­czyli samych sie­bie, albo­wiem żero­wa­nie na innych ich samych tra­wiło i pochła­niało. Uro­bo­ros był ide­al­nym odzwier­cie­dle­niem tego posęp­nego kon­ceptu. Nawet gdy przyj­mo­wali Wyba­wie­nie, dzięki któ­remu mogli kar­mić się książ­kami, pra­gnie­nie poże­ra­nia umy­słów tak naprawdę ni­gdy ich nie opusz­czało.

W pew­nym momen­cie dzie­ciń­stwa ryce­rze musieli zacząć ich tatu­ować. Ryce­rze byli nie­gdyś porzu­co­nymi synami, któ­rych zada­nie pole­gało na utrzy­my­wa­niu pokoju mię­dzy Rodzi­nami i eskor­to­wa­niu panien mło­dych mię­dzy domami.

Gdy poja­wiło się Wyba­wie­nie, stali się straż­ni­kami potwo­rów i kon­tro­lo­wali smo­czy głód. A przy­naj­mniej tak miało być. W rze­czy­wi­sto­ści wyko­rzy­sty­wali "oswo­jone" smoki dla wła­snych korzy­ści i zysku.

Devon zary­zy­ko­wała kolejne spoj­rze­nie. Męż­czyźni stali naprze­ciw sie­bie tak bli­sko, że nie­mal sty­kali się czo­łami. Jeśli coś mówili, musieli to robić bar­dzo cicho, bo choć Devon nad­sta­wiała ucha, nie docie­rały do niej żadne słowa. Świa­tło zmie­niło się z zie­lo­nego na czer­wone, tym­cza­sem smoki stały bez ruchu na pustej dro­dze.

Kie­dyś oba­wiała się, że Caia rów­nież czeka życie smoka, tatuaż i takie tam. Teraz miała na gło­wie waż­niej­sze pro­blemy. Na przy­kład mar­twiła się, czy jej syn nie osza­leje, zanim poczuje głód, albo czy nie umrze z głodu, nim osza­leje.

Jak duże zapasy Wyba­wie­nia mieli ryce­rze? Z pew­no­ścią ich smoki robiły się nie­po­korne. Podob­nie jak ona, oni rów­nież musieli odszu­kać Raven­sca­rów. Jed­nak w prze­ci­wień­stwie do niej, oni potrze­bo­wali Wyba­wie­nia, żeby odzy­skać wła­dzę; Devon chciała jedy­nie oca­lić Caia.

Kolana ją bolały od kule­nia się w nie­wy­god­nej pozy­cji, a opa­da­jące na oczy kosmyki utrud­niały widze­nie, jed­nak nie miała odwagi ich odgar­nąć. Sku­pie­nie i kon­trola. Skon­cen­truj się na tym, co tu i teraz. Jeśli smoki błą­kały się po uli­cach, gdzieś nie­da­leko byli ryce­rze, a to zna­czyło, że będzie musiała opu­ścić mia­sto.

Zamknęła oczy, a gdy znowu je otwo­rzyła, zoba­czyła, jak z prze­ciw­nej strony nad­jeż­dża duży Volks­wa­gen z przy­ciem­nia­nymi szy­bami. Spięta i nie­ru­choma patrzyła, jak samo­chód zatrzy­mał się na skrzy­żo­wa­niu i drzwi się otwo­rzyły. Nie widziała kie­rowcy, lecz oba smoki wsia­dły do środka. Zaraz potem Volks­wa­gen zawró­cił nie­prze­pi­sowo i odda­lił w kie­runku, z któ­rego przy­je­chał.

Devon wypu­ściła długo wstrzy­my­wany oddech i szczel­nej otu­liła się kurtką, jakby miała na sobie zbroję, która może ochro­nić ją przed nie­bez­pie­czeń­stwem. Wyszła z ukry­cia i poru­sza­jąc się bez­sze­lest­nie, pobie­gła do domu.

***

Gdy wró­ciła, Cai nie spał i trzy­mał na kola­nach kon­solę Game Boy.

-?Wró­ci­łaś -?rzu­cił. Sły­sząc to, omal się nie skrzy­wiła. Mówił gło­sem pastora i tak samo jak on prze­cią­gał samo­gło­ski. Te drobne zmiany szo­ko­wały ją za każ­dym razem i przy każ­dej ofie­rze. -?Mówi­łaś, że jest bal­sam do ciała? Skóra mnie swę­dzi.

-?Nie, wybacz. -?Zdjęła buty, czuła się zawsty­dzona i miała poczu­cie winy. -?Gość przy kasie chciał zoba­czyć mój dowód, więc wyszłam jak ostat­nia idiotka. Nie­długo kupię ci jakiś, obie­cuję. -?Zawsze skła­dała mu obiet­nice. Pew­nego dnia dotrzyma wszyst­kich.

-?Spoko -?mruk­nął, nie prze­sta­jąc grać w Super Mario.

Na pierw­szy rzut oka jej syn wyglą­dał jak zwy­czajny pię­cio­la­tek: drobny, chudy, ciem­no­włosy. Miał jej oczy i rysy twa­rzy. Długi język, który trzy­mał zwi­nięty w ustach, spra­wiał, że lekko seple­nił, co zda­niem Devon było uro­cze.

Tyle że ni­gdy w życiu nie widziała pię­cio­latka, który byłby tak pewny sie­bie i tak bar­dzo opa­no­wany. Był zbyt inte­li­gentny jak na swój wiek. Rzecz jasna więk­szość pię­cio­lat­ków nie kar­miła się umy­słami innych ludzi. To wiele zmie­niało.

Zwy­kle nie była pewna, ile w jej synu jest Caia, a ile zostało nad­pi­sane przez oso­bo­wość innego czło­wieka. Obce wspo­mnie­nia i myśli zale­wały umysł jej syna i mie­szały się ze wspo­mnie­niami i myślami Caia. Bała się, że sobie przy­po­mni, i była prze­ra­żona, że zatraci poczu­cie sie­bie. Tak czy ina­czej cze­kała go nie­dola.

Devon usia­dła obok niego.

-?Jak się czu­jesz? -?Poduszki kanapy zapa­dły się pod cię­ża­rem ich ciał, a sprę­żyny stęk­nęły, gdy sta­rała się zna­leźć wygodną pozy­cję.

-?Chyba lepiej.

-?Chyba? -?powtó­rzyła i odgar­nęła mu włosy z czoła. Znowu trzeba by je pod­ciąć.

Cai zaci­snął palce na kon­soli.

-?Dalej jestem głodny.

-?Och.

-?Prze­pra­szam. -?Zaczer­wie­nił się.

-?Nie, nie. Nie prze­pra­szaj. -?Oto­czyła go ramie­niem i przy­tu­liła tak, że nie musiała patrzeć na jego twarz. -?Nie masz na to wpływu. Pozwól, że ja się wszyst­kim zajmę. Ty rób swoje -?dodała. -?Będzie dobrze, tak? -?Były to słowa, które kie­dyś powie­działa jej ciotka i które pocie­szyły ją na tyle, że sama czę­sto je powta­rzała.

Cai poki­wał głową ze smut­kiem. Jego ramiona pod jej pal­cami były chude, a kości krę­go­słupa wbi­jały się w jej rękę. Tak to jest, gdy czło­wiek gło­duje.

Jego łak­nie­nie rosło z wie­kiem i trzeci mie­siąc z rzędu potrze­bo­wał wię­cej niż jed­nego posiłku w odstę­pie trzy­dzie­stu dni. Tak naprawdę powi­nien jeść znacz­nie wię­cej, lecz Devon nie była w sta­nie co tydzień wypusz­czać się na polo­wa­nie. Balan­so­wała na cien­kiej gra­nicy, która oddzie­lała koniecz­ność odbie­ra­nia ludziom życia od zmu­sza­nia syna, by żył z nie­usta­ją­cym uczu­ciem głodu. Dla­tego przez więk­szość mie­siąca Cai był zbyt słaby, żeby opusz­czać swój pokój.

Devon nie wie­działa, jak wła­ści­wie działa głód i kar­mie­nie. Być może tkanka mózgowa była nie dość kalo­ryczna, jed­nak bez jedze­nia i tak kru­chy już umysł Caia pogrą­żyłby się w sza­leń­stwie. W końcu chło­piec stra­ciłby na wadze, tok­syny zala­łyby orga­nizm, a narządy jeden po dru­gim prze­sta­łyby pra­co­wać. Caiem powo­do­wała potrzeba i koniecz­ność kon­su­mo­wa­nia, dokład­nie tak, jak chciał tego Kolek­cjo­ner.

Odsu­nął się od niej, naj­wy­raź­niej mając dość jej czu­ło­ści.

Wypu­ściła go z objęć.

-?Wra­ca­jąc do domu, widzia­łam na ulicy smo­ków. Wkrótce będziemy musieli opu­ścić mia­sto.

Wydął usta i w mil­cze­niu wpa­try­wał się w kon­solę. Pod­czas gdy ona odwró­ciła jego uwagę, Mario umarł na jed­nym z grzy­bów.

-?Prze­pra­szam. Wiem, jak nie­na­wi­dzisz podróży.

-?Gdzie teraz poje­dziemy? -?spy­tał obo­jęt­nie.

-?I to wła­śnie jest dobra wia­do­mość. Spo­ty­kam się z kon­tak­tem Raven­sca­rów. -?Zama­chała tele­fo­nem. Naj­pierw zoba­czy się z Chri­sem, weź­mie od niego namiary, a potem zła­pie auto­bus. Czasu było nie­wiele, ale da radę. -?Jeśli wszystko pój­dzie jak trzeba i sprze­da­dzą mi lek, wkrótce będziemy mogli wyje­chać do Irlan­dii. -?W końcu. Naresz­cie.

Nadą­sany wzru­szył ramio­nami.

-?Będę mógł zjeść coś przed wyj­ściem? Naprawdę jestem głodny. -?Długi język w jego ustach roz­wi­nął się i zwi­nął.

-?Jeśli zoba­czę kogoś odpo­wied­niego -?odparła i poczuła ukłu­cie w sercu. W ciągu ostat­nich mie­sięcy stra­cił tak wiele nadziei. Nie chciała, żeby znów czuł się roz­cza­ro­wany. -?Zro­bię, co w mojej mocy. Ale nie będę miała czasu, żeby wytro­pić kogoś odpo­wied­niego.

-?Nie jestem wybredny. -?Pochy­lił się, włą­czył tele­wi­zor i przez chwilę ska­kał po kana­łach, zanim zatrzy­mał się na powtórce Czer­wo­nego karła.

Devon sie­działa i wbrew sobie wga­piała się w ekran. Lister, Cat i Rim­mer jechali konno wplą­tani w jakiś sce­na­riusz rodem z Dzi­kiego Zachodu. W odpo­wied­nich momen­tach roz­le­gał się śmiech publicz­no­ści.

-?Myśla­łam, że to pro­gram science fic­tion. -?Devon rzadko oglą­dała tele­wi­zję, choć zda­rzyło jej się zjeść kilka tygo­dni­ków tele­wi­zyj­nych. Jeśli chciała wpa­so­wać się do spo­łe­czeń­stwa, warto było przy­swoić odro­binę popkul­tury.

-?Utknęli w sztucz­nej symu­la­cji -?wyja­śnił Cai, nie odry­wa­jąc wzroku od ekranu tele­wi­zora. -?Wewnątrz głowy Kry­tena. To facet-robot.

Devon się uśmiech­nęła.

-?Nie wie­dzia­łam, że jesteś fanem tego serialu.

-?O, tak -?odparł z tą samą into­na­cją, z jaką mówił duchowny, a w jego gło­sie pobrzmie­wała auten­tyczna eks­cy­ta­cja. -?Kiedy Czer­wony karzeł uka­zał się po raz pierw­szy, w tele­wi­zji nie było dru­giego takiego pro­gramu. Był prze­ło­mowy.

Jej uśmiech zgasł i ogar­nęła ją złość na sie­bie, że dała się wpę­dzić w tak oczy­wi­stą pułapkę emo­cjo­nalną. Czer­wony karzeł zade­biu­to­wał w tele­wi­zji czter­na­ście lat temu. Na długo przed tym, zanim jej syn został poczęty. Jed­nak pastor był już wtedy na świe­cie.

Poczuła na języku kwa­śny smak. Jedna rzecz naraz, powie­działa sobie. Skup się na tym, nad czym masz kon­trolę.

-?Hej. -?Dotknęła jego ramie­nia. -?Napi­szesz coś dla mnie? -?Mówiąc to, poczuła odwieczną fru­stra­cję, że nie potrafi pisać, nawet elek­tro­nicz­nie.

-?Kolejną wia­do­mość? Muszę?

-?Chcesz zna­leźć Raven­sca­rów czy nie? -?spy­tała kąśli­wie i zaraz poża­ło­wała tak ostrego tonu. Tak jak ona był zmę­czony, głodny i wyczer­pany. Po chwili dodała nieco łagod­niej: -?Wiem, że nie pamię­tasz, jak to było, gdy bra­łeś Wyba­wie­nie, ale gdy znowu je dosta­niemy, wszystko będzie lepiej.

-?Zawsze tak mówisz -?rzu­cił ura­żony. -?Ci ludzie nic ni­gdy nie wie­dzą.

-?Ten jest dile­rem, han­dluje nie­le­gal­nymi sub­stan­cjami che­micz­nymi i robił inte­resy z Rodziną Raven­sca­rów -?przy­po­mniała mu Devon. Mówiła mu o tym wcze­śniej, ale zda­rzało się, że po kar­mie­niu miał pro­blemy z pamię­cią. -?Tro­pi­li­śmy go od Don­ca­ster, pamię­tasz? Twier­dzi, że może skon­tak­to­wać mnie z bliź­nia­kami Raven­sca­rów.

-?Dobrze już, dobrze. -?Wyszarp­nął jej z ręki tele­fon i pod jej dyk­tando napi­sał: "Tak, spo­tkajmy się. Przy­niosę gotówkę", po czym wci­snął "Wyślij".

-?Dzię­kuję. -?Gdy musnęła ustami jego czoło, wzdry­gnął się. -?Wysko­czę rano i kupię ci bal­sam do ciała i bilety auto­bu­sowe. Na wypa­dek gdy­by­śmy musieli się zmy­wać.

-?A co z twoim czu­wa­niem? -?spy­tał. -?Już pra­wie święta.

Poczuła w piersi tępy ból.

-?Będę czu­wać, jeśli dam radę. Ale naj­pierw muszę zała­twić wiele rze­czy, na przy­kład się wyspać. Za dużo śle­dze­nia jak na jeden tydzień.

-?Chyba raczej za dużo wódki -?mruk­nął, ale uśmiech­nął się i zro­bił unik, kiedy pac­nęła go poduszką. -?Cuch­niesz wódą.

-?Dzięki, mały. Ty też cuch­niesz, wiesz?

W odpo­wie­dzi poka­zał jej język, co było nie lada wyczy­nem, bo język Caia miał kształt rurki i mie­rzył dwa­dzie­ścia cen­ty­me­trów.

Devon roze­śmiała się, szczę­śliwa, że na­dal było w nim coś z dziecka. Cisnęła poduszką w jego głowę i poszła wziąć lodo­waty prysz­nic.

4. Opowieść o rycerzu

4

OPO­WIEŚĆ O RYCE­RZU

Sie­dem­na­ście lat temu

-?Czego się boisz, Eowino? -?zapy­tał.

-?Klatki -?odpo­wie­działa. -?Cze­ka­nia za kra­tami, aż zmę­cze­nie i sta­rość każą się z nimi pogo­dzić, aż wszelka nadzieja wiel­kich czy­nów nie tylko prze­pad­nie, lecz straci powab.

J.R.R. Tol­kien, Powrót króla3

Szepty były wszę­dzie: dzieci zro­dzone z nauki.

Sześć Rodzin bory­kało się z pro­ble­mem płod­no­ści. W Rodzi­nach uro­dziło się tylko kilka dziew­czy­nek, a te, które przy­szły na świat, mogły uro­dzić zale­d­wie dwoje dzieci, nim dotknęła je wcze­sna meno­pauza. Cza­sami troje.

Tym­cza­sem na świe­cie ludzcy naukowcy pró­bo­wali leczyć bez­płod­ność wła­snego gatunku, co nie­zwy­kle cie­szyło Rodziny, na wypa­dek gdyby wie­dza ta mogła rów­nież pomóc kobie­tom zja­da­czy ksią­żek.

Devon nie powinna była wie­dzieć takich rze­czy, ponie­waż miała tylko dwa­na­ście lat i trzy­mano ją z daleka od spraw doro­słych. Ale lubiła pod­słu­chi­wać pod drzwiami, a przy tym umiała skra­dać się jak nikt, więc i tak dowie­działa się o wszyst­kim.

Opo­wie­działa o tym Ram­sey­owi, kiedy bawili się na gzym­sach posia­dło­ści Fair­we­ather, wspi­na­jąc się po kry­tych dachówką dachach, tak jak wie­lo­krot­nie robili to w prze­szło­ści. Po tym jak przez wiele lat w Fair­we­ather nie zawie­rano żad­nych mał­żeństw, tego popo­łu­dnia do posia­dło­ści przy­by­wała matka-młoda i oboje chcieli zoba­czyć pochód.

-?Durna jesteś. Devon Durna -?rzu­cił Ram­sey, cze­pia­jąc się dachu. Zawsze to robił z jej imie­niem: nada­wał jej przy­do­mek, który się z nim kom­po­no­wał. Devon Debilna. Devon Dwu­li­cowa. A dziś Devon Durna. -?Kto sły­szał o takich głu­po­tach? Widzia­łaś coś takiego? -?Roz­sta­wił kciuk i palec wska­zu­jący na wyso­kość pro­bówki.

-?One nie rosną w pro­bówce, głupku -?odparła Devon, ostroż­nie posu­wa­jąc się wzdłuż rynny. -?Uży­wają ich, żeby pomóc. Są jak magiczne elik­siry na dzieci. -?Zga­dy­wała, nie chciała przy­znać się do nie­wie­dzy.

Ram­sey par­sk­nął śmie­chem.

-?Skoro tak mówisz! -?Wspiął się na zatkany od dawna komin we wschod­nim skrzy­dle domu. -?Jak dla mnie to wszystko jest zmy­ślone.

-?Wcale nie! -?Devon przy­cup­nęła obok niego, wyraź­nie poiry­to­wana jego aro­gan­cją. -?Wszy­scy o tym mówią i jeśli działa to na ludzi, to pew­nego dnia podziała na nas. A jeśli podziała na nas, nie będziemy już potrze­bo­wać ryce­rzy, by aran­żo­wali mał­żeń­stwa.

Ciotki dużo o tym roz­ma­wiały w swo­ich kom­na­tach. Koniec z ryce­rzami. Koniec ze smo­kami. Kobiety będą mogły poślu­bić, kogo będą chciały. I robić inne rze­czy, któ­rych Devon nie rozu­miała, choć w sło­wach cio­tek wyczu­wało się ostrożną nadzieję.

Ram­sey nie słu­chał.

-?Hej, patrz! Już są! -?Chwy­cił ją za ramię i wska­zał pal­cem przed sie­bie.

Devon zmru­żyła oczy. W oddali poja­wił się roz­pro­szony sznur pojaz­dów, które lawi­ru­jąc na wrzo­so­wi­skach i wybo­istych dro­gach, cią­gnęły w stronę posia­dło­ści.

Nad­jeż­dżała matka-młoda.

Kobiety nie opusz­czały domów, chyba że cho­dziło o mał­żeń­stwo albo - cza­sami -?przy­ję­cie. Nawet w posia­dło­ści ciotki rzadko zaj­mo­wały się czym­kol­wiek poza doglą­da­niem domu i pra­cami, o któ­rych wuj Aike zwykł mówić, że to "zada­nia dla kobiet". A ponie­waż Fair­we­athe­ro­wie pozo­sta­wali zbyt biedni, by w ciągu dwu­na­sto­let­niego życia Devon stać ich było na wesele, nad­jeż­dża­jąca matka-młoda miała być pierw­szą kobietą spoza Rodziny, którą Devon pozna.

Przed dom zaje­chała śnież­no­biała lśniąca limu­zyna.

-?Daw­niej przy­jeż­dżali konno -?zauwa­żył Ram­sey z pew­no­ścią czło­wieka star­szego o całe trzy lata. -?Na wiel­kim bia­łym koniu z sio­dłem i... - Mach­nął ręką. -?No wiesz. Całą resztą.

-?Myślisz, że to może być jedna z naszych matek? -?Devon widziała jedy­nie zdję­cie swo­jej matki i sły­szała wspo­mi­nane szep­tem w plot­kach nazwi­sko Amberly Blac­kwood.

-?Nie bądź głu­pia -?wark­nął Ram­sey. -?Nasze matki ode­szły. Wszyst­kie. Żadna kobieta nie bie­rze męża z tego samego domu wię­cej niż raz.

Miał rację i Devon poczuła roz­go­ry­cze­nie, że zapo­mniała o czymś takim.

W dole na pod­jeź­dzie drzwi limu­zyny otwo­rzyły się z elek­tro­niczną gra­cją i nowa matka-młoda posia­dło­ści Fair­we­ather wysia­dła z wdzię­kiem ze swo­jego meta­lo­wego rydwanu. Jej jasne włosy upięto we fry­zurę bar­dziej pasu­jącą do kobiety dwu­krot­nie star­szej, tym­cza­sem ona była młoda i miała mniej wię­cej dwa­dzie­ścia dwa lata. Biała tunika z frędz­lami gro­ziła, że utopi jej ramiona w powo­dzi mate­riału, a nie­bie­ska, bogato hafto­wana spód­nica zda­wała się cięż­sza od niej samej.

-?Wystar­czy spoj­rzeć na włosy i od razu wia­domo, że to Glad­stone'ówna - zauwa­żył Ram­sey i zadzior­nie wysu­nął brodę. -?Nie pocho­dzi z porząd­nego Sta­rego Kraju jak my.

Devon prze­wró­ciła oczami. Ram­sey od nie­dawna cheł­pił się ich pocho­dze­niem, choć żadne z nich ni­gdy nie było w Rumu­nii.

Jej Rumu­nia -?albo "Stary Kraj", jak mawiali o niej starsi -?koja­rzyła się z hafto­wa­nymi sukien­kami wkła­da­nymi na spe­cjalne oka­zje, śpie­wa­niem kolęd w Boże Naro­dze­nie, pod­czas gdy jeden z jej braci bie­gał dookoła w masce turo­nia, z pre­zen­tami zosta­wia­nymi dla wró­żek, gdy na świat przy­cho­dziło dziecko, z obcho­dami let­niego prze­si­le­nia i cele­bro­wa­niem zbio­rów -?cho­ciaż nikt w domu nie upra­wiał ziemi ani nie przej­mo­wał się let­nim prze­si­le­niem -?i dziw­nymi kwiet­nymi rytu­ałami na powi­ta­nie desz­czo­wej angiel­skiej wio­sny.

Jed­nak mówiąc o miesz­kań­cach Sta­rego Kraju, Ram­sey miał na myśli wyso­kich ludzi o ciem­nych wło­sach i oczach, sil­nych nogach i sze­ro­kich ramio­nach. Były to cechy, które prze­trwały, mimo iż roz­ma­ite przy­mioty zja­da­czy ksią­żek spla­tały się ze sobą na prze­strzeni stu­leci. Paleta odcieni skóry znacz­nie się posze­rzyła, tym­cza­sem Fair­we­athe­ro­wie zacho­wali słuszny wzrost i mocną budowę ciała i w niczym nie przy­po­mi­nali bla­dej, deli­kat­nej, mie­rzą­cej marne metr pięć­dzie­siąt panny Glad­stone.

-?Myślę, że jest na swój spo­sób piękna -?zauwa­żyła roz­ma­rzo­nym gło­sem Devon. -?Wygląda jak księż­niczka z bajki. Praw­dziwa księż­niczka.

-?No dobra, wygląda w porządku. -?Ram­sey przy­sło­nił oczy ręką. -?Ale popatrz na ryce­rzy! To dopiero widok!

W dole daleko za ślub­nym orsza­kiem jechała na nie­ska­zi­tel­nie czy­stych moto­cy­klach kawal­kada męż­czyzn w ciem­no­sza­rych gar­ni­tu­rach i oku­la­rach prze­ciw­sło­necz­nych.

-?Może też kie­dyś zosta­niesz jed­nym z nich -?powie­działa Devon, wie­dząc, jak bar­dzo brat jest nimi zafa­scy­no­wany.

Ram­sey pokrę­cił głową.

-?Wolę być patriar­chą. Mieć pie­nią­dze, dom i mówić ludziom, co mają robić.

Uśmiech­nął się do sie­bie, na co Devon kolejny raz prze­wró­ciła oczami. Był zbyt głupi i pewny sie­bie.

Ryce­rze zatrzy­mali się w ide­al­nym pół­kolu. Za ple­cami nie­któ­rych sie­dzieli dodat­kowi pasa­że­ro­wie -?krzepcy męż­czyźni w ele­ganc­kich gar­ni­tu­rach. Wszy­scy mieli na gło­wach kaski moto­cy­klowe z opusz­czo­nymi osło­nami. Ich twa­rze i szyje musiały być cał­ko­wi­cie zasło­nięte, a gro­te­skowe tatu­aże ukryte przed wzro­kiem.

-?Smoki -?powie­działa Devon z nie­po­ko­jem.

-?Smoki! -?Ram­sey się wypro­sto­wał. -?Szkoda, że nie możemy zoba­czyć jed­nego z bli­ska.

-?Wyssałby ci mózg swoim dłu­gim jęzo­rem. -?Jak gdyby na potwier­dze­nie swo­ich słów Devon wysta­wiła język.

Pac­nął ją ręką.

-?Nie bądź dur­no­wata. Devon Dur­no­wata. Po to wła­śnie jest Wyba­wie­nie. Ryce­rze podają im małe pigułki, po któ­rych prze­cho­dzi im ochota na ludz­kie mózgi.

-?Nie­prawda -?obru­szyła się. -?Dzięki piguł­kom nie umie­rają z głodu, ale i tak mają ochotę na twój mózg.

-?W tych kaskach nie mogą nic zro­bić -?odparł lek­ce­wa­żąco.

Sto­jąca przed domem matka-młoda zer­k­nęła przez ramię na swój orszak. Zatrzy­mała wzrok na ukry­tych za osło­nami twa­rzach smo­ków i przez uła­mek sekundy coś jakby nie­po­kój prze­mknęło po jej twa­rzy. Gdy znowu się odwró­ciła, jej usta roz­cią­gnęły się w uprzej­mym uśmie­chu.

Ciotki i wujo­wie wyszli się z nią przy­wi­tać. Był wśród nich wuj Aike. U jego boku szedł wuj Imber -?cichy, schludny męż­czy­zna po trzy­dzie­stce, któ­rego wyzna­czono na męża.

-?Ty musisz być Faer­dre Glad­stone. -?Nawet z tej odle­gło­ści głos wuja Aike'a brzmiał gło­śno i wyraź­nie. Wziął matkę-młodą w obję­cia i cmok­nął ją w oba policzki, uwa­ża­jąc, by nie znisz­czyć jej dro­giego stroju. - Pozwól, że przed­sta­wię ci Imbera.

Devon spoj­rzała na wła­sne ubra­nia: spło­wiałą płó­cienną sukienkę, z któ­rej koron­ko­wych ręka­wów zostały strzępy i która była zbyt krótka, żeby ukryć popa­rzone pokrzy­wami kostki. Nie miała ani butów, ani skar­pe­tek. Sukienka ucier­piała sro­dze od dni spę­dza­nych na wrzo­so­wi­skach, lecz dziew­czynki w Rodzi­nie nie nosiły szor­tów ani spodni, tak więc nie mogła nic z tym zro­bić.

Spoj­rzała na sto­jącą w dole schludną, ele­gancko ubraną postać.

-?Myślisz, że zgło­sisz się kie­dyś na kan­dy­data na męża? -?Nie mogła wyobra­zić sobie sie­bie jako panny mło­dej. Łatwiej było myśleć o Ram­seyu jako czy­imś mężu.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki