5 grudnia 1867, Zułów
- Widzisz ten dom? - zapytał kompana rosyjski oficer. - Cały oświetlony, a jest środek nocy...
- Pewnikiem te Polaki znowu jakieś tajne, niepodległościowe zebranie zorganizowali - zdenerwował się drugi oficer. - Lepiej pojedźmy to sprawdzić. Tych nieszczęsnych Lachów [3] trzeba cały czas kontrolować. Durny, paskudny naród - splunął z obrzydzeniem.
Podjechali pod bramę.
- Kto tam po nocy jedzie?! - zawołał Antoni, który usłyszał tętent kopyt i rżenie koni.
- Kontrola carska! Otwierać! - odkrzyknęli oficerowie.
Sługa podbiegł z łuczywem do bramy, otworzył i wpuścił żołnierzy.
- Panowie, ja bardzo proszę - zgiął się w ukłonie. - My tu mamy ciężką noc. Pani...
- Milcz! - wrzasnął jeden z przybyłych. - Wpuść nas do środka.
- Kiedy ja nie mogę... Pani... Pani... - Antoni zaczął się jąkać.
- Cooo?! - ryknął oficer. - Nie chcesz carskich oficerów wpuścić?! A może na katorgę chcesz? Albo podyndać na szubienicy wolisz?! Hę?!
- Nie... Ja... Ja...
- Co się tu dzieje? - Przed dwór wyszedł pan Piłsudski [4].
- To MY chcemy wiedzieć, co się dzieje - oficerowie zeskoczyli z koni i wdarli się do środka przez uchylone drzwi. - Tajne zebranie konspiracyjne urządzacie w środku nocy, ha?
- Jakie zebranie? - Pan Józef, który właśnie uraczył się w kuchni napojami na wzmocnienie, kompletnie nie mógł zrozumieć, o co chodzi żołnierzom.
- One nigdy nic nie wiedzą, te Polaki. A potem nagle wybucha powstanie - wysyczał Rosjanin. - Ale nie z nami takie zabawy. My was wytropimy wszędzie i podusimy jak pchły!
W tym momencie rozległ się płacz noworodka, a zdyszana i spocona panna Celina [5] wybiegła ogłosić kuzynowi ważną nowinę.
- Masz drugiego syna! - wołała już z daleka. - Jest duży, zdrowy i piękny! Maria zmęczona bardzo, ale prosi, żebyś przyszedł zobaczyć dziecko - była tak rozgorączkowana, że dopiero po chwili zauważyła rosyjskich żołnierzy. - A panowie tu w jakiej sprawie? - zapytała chłodno.
- My... - oficer, który zorientował się wreszcie, dlaczego dwór jest cały oświetlony, poczerwieniał na twarzy, a potem krzyknął do kompana: - Jedziemy! To tylko dziecko się urodziło. Polskie. Wielkie mi coś.