Ziomek - Joanna Olech

Kup ebooka

32.90 zł
26.32 zł (25,82 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

- Nie wygląda dobrze - mruknął Pyzik. - Mały jest. I te okulary...

- Messi też jest mały - przypomniał Renifer, ale bez przekonania.

- Ważne, żeby był szybki. Jak mały, to i szybki - pocieszałem chłopaków.

Kogo ja oszukuję? Nowy wyglądał jak totalny PRZEGRYW. Ale my na gwałt potrzebowaliśmy lewego obrońcy. Od kiedy Budyń złamał nogę, graliśmy w osłabionym składzie. Na dwa tygodnie przed meczem z Radzionkowem!

Staliśmy w piątkę w drzwiach szatni i gapiliśmy się na nowego. Zgięty wpół, wiązał pęknięte sznurowadło brązowych, koszmarnych półbutów. To był jego pierwszy dzień w szkole i miał na sobie strój galowy, w którym - szczerze mówiąc - wyglądał, jakby służył do mszy.

- Eee, nowy! - zagaił Renifer. Był naszym kapitanem i najlepszym graczem w drużynie Niepokonani Raczki.

Nowy uniósł głowę. Zobaczył nas i zamrugał nerwowo. Stanowczo nie wyglądał jak Messi. Raczej jak wystraszony kurczak.

- Grasz w nogę? - ciągnął dalej Renifer.

Nowy skinął głową niepewnie.

- Dobry jesteś?

Po chwili wahania tamten wzruszył ramionami.

- Gaduła - szepnął Pyzik i zachichotaliśmy.

Nowy chyba usłyszał, bo uszy mu poczerwieniały.

- Dobra... - Renifer uciął śmiechy. - Jak chcesz, to przyjdź na boisko za kotłownią. O piątej. Wiesz, gdzie to jest?

Nowy kiwnął głową.

- No, tośmy się nagadali... - zakpił Seba. - Spadamy, panowie.

Ruszyliśmy do wyjścia. W połowie drogi Pyzik odwrócił się i krzyknął:

- Eee! A jak ty właściwie masz na imię?!

- Leon - odpowiedział nowy.

- Leo? - zdziwił się Pyzik. A do nas szepnął: - Leo. Jak Messi.

Boisko za kotłownią było zwykłym klepiskiem, wydeptanym między kępami sięgających nad głowę chwastów. Bramki wytyczono ułomkami cegieł, a linie boczne były nakreślone patykiem, co sprawiało, że ciągle się kłóciliśmy - był aut, czy nie było? Rolę trybun dla publiczności pełniły stare meble, które przyciągnęliśmy ze śmietników.

O piątej byliśmy w komplecie. Budyń przykuśtykał o kulach i opadł na wyboistą wersalkę.

- Gdzie jest ten wasz... Messi? - zapytał. Ostatnie słowo niemal wypluł.

- Spokojnie. Przyjdzie - zapewniłem. - Wygląda na lamusa. Tacy się nie spóźniają.

Renifer podzielił naszą dziesiątkę na dwie drużyny i zarządził rozgrzewkę.

Nowego nadal nie było.

- Stchórzył - fuknął Seba. - Cykor!

- Niewielka strata. Taki mięczak... W sam raz do gry na cymbałkach, a nie w nogę. - Pyzik wzruszył ramionami. Kopnął piłkę niecelnie, wzniecając tuman kurzu.

Graliśmy, jakby od tego zależało nasze życie. Gole padały gęsto.

Kiedy Renifer wyrównał wynik pierwszej połowy na 4:4, z krzaków wyłonił się nowy. Był zdyszany, ciemne włosy przylepiły mu się do czoła. Za rękę prowadził małą dziewczynkę, która ociągała się i próbowała go ugryźć.

- Sorry. Nie miałem z kim jej zostawić. Moja siostra, Natalka - wysapał.

Posadził naburmuszoną dziewczynkę obok Budynia i wetknął jej w rękę brudnego, pluszowego pieska.

- Mogę? - zapytał, stając na krawędzi boiska. Nadal miał na sobie brązowe półbuty, ale strój galowy zamienił na krótkie spodenki i koszulkę z napisem: "Atos, klej do tapet". Okulary przywiązał sobie sznurkiem, żeby nie spadały.

- Grasz na pomocy - powiedział Renifer i westchnął wymownie. Było jasne, że nie obiecuje sobie wiele po nowym zawodniku.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej