Na środku boiska trwa przepychanka. Przybiega Vieira, żeby kontrolować sytuację. Czarnoskóry kolos podaje do Henry'ego, który się odwraca i zagrywa do tyłu do Zidane'a. Titi zderza się z Cannavaro, który na skutek kontaktu zbyt wysoko podnosi łokieć. Francuz leży na murawie oszołomiony (mijają dobre dwie minuty - lód przykładany do głowy - zanim wróci do siebie). Po chwili akcja zostaje wznowiona. Kapitan ma piłkę przy nodze, jedno spojrzenie przed siebie i oto pierwsze podanie. Podnosi piłkę, która leci w stronę Maloudy. Jednak nie dociera do adresata. Włoski obrońca jest szybszy. Publiczność jednak bije brawo. Tak jak dwa miesiące wcześniej.
Nigdy przedtem nie płakał na boisku. Ani ze szczęścia, ani ze smutku. Ponieważ dla niego futbol jest radością, bez względu na to, czy się wygrywa, czy przegrywa. Jednak 7 maja 2006 roku, o dziewiątej wieczorem, na stadionie Santiago Bernabéu, Zidane nie potrafi powstrzymać łez. Stoi sam na środku boiska, w podkoszulku, pod pachą żółta koszulka Juana Romána Riquelme - Argentyńczyka, kapitana Villarrealu. Zizou nie chciał, ale Raúl i pozostali koledzy z drużyny wypchnęli go tam, na środek. Osiemdziesiąt dwa tysiące widzów krzyczą na stojąco: "Zizouuuuu! Zizouuuu! Zizouuuu!". On podnosi rękę, otwiera dłoń w geście nieśmiałego pozdrowienia, a na twarzy maluje mu się grymas. Opuszcza głowę, grzbietem dłoni wyciera łzy. Casillas obejmuje go i całuje. Baptista, Beckham, Meja, trener od przygotowania fizycznego, i Raúl, wszyscy chcą go dotknąć.
Na trybunie, za ławką rezerwowych, siedzi cała jego rodzina: ojciec, matka, żona, dzieci i rodzeństwo. To pierwszy raz, gdy zebrał ich razem. Nawet na finale mistrzostw świata w 1998 roku nie było ich wszystkich. Wtedy na Stade de France obecna była tylko jego żona Veronique i syn Enzo. Dzisiaj, oprócz rodziny, jest też prawie stu znajomych. Veronique i Malika, matka, wyciągają z torebki chusteczki. Canal+ i telewizja Realu Madryt w strefie mieszanej starają się o wypowiedź, choćby dwa słowa boga, który odchodzi, ale on nie daje rady. Płacze...
Do tej pory jakoś się trzymał. Wzruszony, speszony, onieśmielony, być może także zaskoczony takim przyjęciem. Tak, ponieważ Real Madryt przygotował dla niego pożegnalną fiestę, ponieważ na koszulce, pod herbem klubu, umieszczono napis Zidane 2001-2006, ponieważ wszyscy przyszli tutaj dla niego. Żeby powiedzieć mu adiós, żeby oddać cześć należną mistrzowi. Oni, którzy doceniają tych potrafiących grać w piłkę tych, mających talent, tworzących spektakl, nie mogli przegapić ostatniego meczu człowieka, który swoimi zagraniami, swoimi pomysłami i swoimi golami pozwolił im się cieszyć przez pięć długich lat. Piłkarza, którego cenią także dlatego, że - w przeciwieństwie do innych Galaktycznych - nie przesiąkł glamourem. Pozostał prostym człowiekiem.
I tak, kiedy Zidane wyłania się z tunelu na przedmeczową rozgrzewkę, słychać pierwsze oklaski. Gdy obie drużyny wychodzą na boisko, na południowej trybunie pojawia się ogromny portret francuskiego mistrza, a po przeciwległej stronie biała mozaika zajmuje całą trybunę. "Dziękuję, Zinédine, kiedy tylko zechcesz, możesz przyjść do mojego domu na paellę"; "Panie sędzio, nie odgwizduj końca, bo Zidane odejdzie"; "Zidane, dziękujemy za pokazanie nam, czym jest futbol"; "Zidane, dziękujemy za wszystko, kochamy cię"; "Di Stéfano, Pelé, Maradona i Zidane to numery jeden, ale nie ma drugiego takiego jak ty"; "Życie jest snem, dziękujemy, że zamieniłeś go w rzeczywistość"; "Zizou, na zawsze pozostaniesz w naszych sercach". Rozprzestrzeniają się wykonane w domu transparenty. Podobnie jak brawa publiczności, kolegów i przeciwników, kiedy - przed pierwszym gwizdkiem - na gigantycznym telebimie pokazywane są sekwencje wielkich akcji Zizou w białej koszulce. W trakcie meczu każde jego dotknięcie piłki spotyka się z owacją. To ostatni raz, gdy można go podziwiać. Ludzie przyszli, aby oddać mu hołd, ale oczekują także, że zobaczą błysk geniuszu piłkarza, którego tak kochają. I są ukontentowani.
W 66. minucie znakomita akcja Realu Madryt: Raúl podaje do Beckhama, który zagrywa krzyżowo (dotąd miał już kilka takich podań, ale nie przyniosły one żadnego rezultatu). Piłka leci w kierunku dalszego słupka, Javi Venta, obrońca drużyny przeciwnej, źle oblicza tor jej lotu i nie zdąża. Zidane i owszem. Uderza z elegancją, sprytem, jak wiele, wiele razy wcześniej. Piłka, wolną parabolą, leci w kierunku przeciwległego słupka i bramkarz nie jest w stanie jej złapać. To gol na 2:2. Publiczność zrywa się z miejsc. Reakcja zbyt przesadna, lecz w tym przypadku uzasadniona. Francuz chciał zdobyć bramkę, żeby jego despedida, jego pożegnanie, było idealne. Udało mu się, raz jeszcze podarował kibicom chwilę szczęścia. To jego ósmy gol od początku rozgrywek. W ciągu pięciu sezonów w Realu Madryt strzelił ich czterdzieści cztery (trzydzieści trzy w lidze, dwa w Pucharze Króla, dziewięć w Champions League).
Minuta 90., do zakończenia meczu brakuje sześćdziesięciu sekund (końcowy wynik to 3:3), kiedy trener Juan Ramón López Caro dokonuje zmiany. Zidane schodzi z boiska pośród braw tłumu i z gestem wdzięczności. Jak zawsze. Przy tunelu czeka na zakończenie meczu, by raz jeszcze wejść na murawę: obejmuje Riquelme, zamienia się na koszulkę, pokazuje, że czasem nawet profesjonalista może ulec emocjom.
16 maja, w Sewilli, Zidane rozgrywa ostatni mecz, tym razem to już naprawdę ostatnie spotkanie w białej koszulce. W 71. minucie strzela swojego czterdziestego piątego gola, jednak nie pomaga to uniknąć porażki z Sevillą, 3:4. W drodze powrotnej odkryje w samolocie, że wszystkie oparcia foteli mają napis Zidane 2001-2006, usłyszy śpiewy kolegów i dostanie ogromny tort z numerem 5 na środku.
I tak kończy się historia rozpoczęta od serwetki przekazywanej od jednego stolika do drugiego. Było na niej napisane po francusku: "Chcesz przyjść do Realu Madryt?". Odpowiedź brzmiała "Tak". Pytanie zadał Florentino Pérez. Odpowiedział Zizou. Miało to miejsce podczas gali UEFA w wigilię meczu o Superpuchar Europy między Realem Madryt i Galatasaray Stambuł, który rozgrywany był w Monako 26 sierpnia 2000 roku. Legenda, zresztą potwierdzona przez samego Zidane'a, głosi, że obie strony natychmiast doszły do porozumienia, chociaż w rzeczywistości, z Juventusem pośrodku, sprawa była o wiele bardziej skomplikowana, niż się opowiada.
Odkąd Florentino Pérez, inżynier z wykształcenia (stoi na czele ACS, największej hiszpańskiej firmy w sektorze budowlanym), został wybrany na prezydenta Realu Madryt w czerwcu 2000 roku, wszyscy wiedzieli, że jego celem jest sprowadzenie Zinédine'a Zidane'a. Do tego wręcz stopnia, że na początku lipca hiszpański dziennik sportowy "AS" pisze: "Florentino chce Zidane'a za wszelką cenę". Byłby w stanie zapłacić za niego dziewięć miliardów peset (sto miliardów lirów, pięćdziesiąt milionów euro) i oddać brazylijskiego pomocnika Flávio Conceiç?o, dopiero co kupionego z Deportivo. Luciano Moggi daje do zrozumienia, że Francuz nie jest na sprzedaż, ale "mecz" już się rozpoczął. Florentino chce ściągnąć nową gwiazdę po Luísie Figo (Portugalczyk, symbol Blaugrany, został wyszarpnięty Barcelonie przez odwiecznego wroga). Chce piłkarza, który wyniesie na poziom światowy wizerunek klubu tuż przed obchodami stulecia jego istnienia. Nie liczy się to, że Zidane ma dwadzieścia dziewięć lat i najlepszy okres kariery być może już za nim. To jest piłkarz odpowiedni - taki, na którego czekają socios klubu. Spodoba się tym, którzy mają dobry gust, tak jak kibice Realu Madryt. A poza tym Florentino obiecał kupować jedną gwiazdę na sezon. Zatem skoro pierwsza wyborcza obietnica (Figo) została spełniona, nie może nie kontynuować swojej polityki sprowadzania najlepszych.
Z Turynu docierają pocieszające wieści: Zidane, chociaż dopiero co przedłużył kontrakt o kolejne cztery sezony, chciałby odejść z Juventusu i przyjść do Realu Madryt. Jednak ze strony klubu pojawia się całkowita blokada, a pozycja bianconerich będzie jeszcze bardziej nieprzejednana po tym, jak w tamtejszej prasie pojawią się pierwsze głosy o możliwym francusko-hiszpańskim flircie.
Kilka dni przed zakończeniem sezonu ligowego (Real Madryt zdobywa mistrzostwo, pierwsze w erze Florentino), w Lyonie dochodzi do spotkania między Pérezem i Jorge Valdano z jednej strony oraz Zidane'em i Alainem Migliaccio, agentem piłkarza, z drugiej. Opowiada się nawet, że madryccy szefowie przybyli z dwiema stronami maszynopisu, zapisanymi powodami, dla których kapitan Les Bleus powinien wybrać Real Madryt: prestiż klubu, jakość piłkarzy drużyny, widowiskowość hiszpańskiego futbolu w porównaniu z włoskim, piękno Półwyspu Iberyjskiego, wreszcie program z okazji stulecia klubu. Valdano i prezydent w żartach zasugerowali agentowi Zidane'a, żeby każdego dnia znalazł wolną chwilę, aby przeczytać piłkarzowi treść tych kartek. Po powrocie do Turynu Francuz, który zapowiedział już i powtarzał wiele razy szefom Starej Damy, że chce odejść, znów obstaje przy swoim. Tym razem podaje argumenty rodzinne.
Niedługo po powrocie z Lyonu dochodzi do zerwania relacji między klubem a piłkarzem. Jednak do porozumienia w sprawie transferu jeszcze daleko. Będzie blef z Ruim Costą (Real Madryt interesuje się Portugalczykiem, a Juve obawia się, że straci wielką okazję, a na domiar złego będzie mieć w klubie rozgniewanego piłkarza), będzie spotkanie w Lugano z przedstawicielami Juventusu, na którym szef Realu Madryt zostaje "zastrzelony" kwotą dwadzieścia miliardów peset. Nic się nie da zrobić. Trzeba będzie zaczekać na szczyt w La Mandrii - willi należącej do Umberto Agnellego za Turynem. To tutaj Luciano Moggi, Antonio Giraudo i Roberto Bettega osiągają porozumienie ze stroną hiszpańską. Zizou podczas wakacji w Papeete, w dniu swoich urodzin, 23 czerwca, mówi w wywiadzie dla dziennika "La Repubblica": "Gdyby to zależało ode mnie, byłbym już piłkarzem Realu". "Zatelefonowałem do domu, co robię regularnie, i powiedziano mi, żebym zadzwonił do Alaina, bo on nie może się ze mną skontaktować. Dwie minuty później - jak opowiada na łamach "France Football" - dowiedziałem się, że klub doszedł do porozumienia z Realem. W Juve to przemyśleli, chcieli zmienić politykę sportową i za pieniądze z mojego transferu mogli kupić dwóch albo trzech piłkarzy... Juventus woli działać cyklicznie. Mieli Platiniego przez pięć lat, Deschampsa przez kolejne pięć, ze mną było tak samo". I dodaje: "Dla Juventusu była to ostatnia szansa, żeby sprzedać mnie za podobną sumę i rozpocząć rekonstrukcję drużyny".
7 lipca 2001 roku transfer został przeprowadzony, a następnego dnia informację o nim podano do wiadomości publicznej. Jednak aż do ostatniej chwili, na kilka godzin przed przylotem Zidane'a do Madrytu, nie przysłano jeszcze oficjalnego faksu.
Trzynaście miliardów peset, siedemdziesiąt pięć milionów euro. To najdroższy transfer w historii futbolu. Nigdy wcześniej nie zapłacono tyle za piłkarza. To rekord, który został pobity dopiero w czerwcu 2009 roku, kiedy Cristiano Ronaldo za dziewięćdziesiąt cztery miliony euro przeszedł z Manchesteru United do Realu Madryt1.
W poniedziałek, 9 lipca 2001 roku, Zinédine Zidane zostaje oficjalnie zaprezentowany w hali imienia Raimundo Saporty w dawnym ośrodku treningowym. Florentino Pérez oświadcza z zadowoleniem: "Zidane jest jednym z tych piłkarzy, którzy urodzili się, żeby grać w Realu Madryt, jest jednym z najlepszych na świecie. A ja obiecałem, że sprowadzę najlepszych". Alfredo Di Stéfano jest wyznaczony do wręczenia mu nowej koszulki. Zidane chciałby nadal grać z numerem 21, jednak ten należy już do Santiago Solariego, wybiera więc "piątkę", która w historii Realu Madryt symbolizuje Manolo Sanchísa. Mając za plecami ogromny panel, dziesięć metrów na trzy, na którym widnieje jego portret, Zidane mówi po francusku: "Nadszedł moment, by grać w Hiszpanii, a występowanie w Realu Madryt to wielki zaszczyt".
Rozpoczyna się era Zidane'a. Chociaż prawdę powiedziawszy Zizou będzie potrzebował trochę czasu, aby się zaadaptować. Przede wszystkim przeszkadza mu presja ze strony mediów, której się nie spodziewał. Kiedy przybywa do Nyonu, do Szwajcarii, gdzie drużyna ma zgrupowanie, rozpętuje się istne szaleństwo. To zidanemania. Każdego dnia pojawia się na pierwszych stronach sportowych gazet, każdego dnia mówi się o nim w telewizji i w radiu. Mikrofony, kamery i aparaty fotograficzne podążają za nim wszędzie. Francuz bardzo źle to znosi. Jest zalękniony. Uważa, że popełnił duży błąd, opuszczając spokojny Turyn. Myśli, że zwariuje z tymi wszystkimi ludźmi, którzy go otaczają, którzy chcą się z nim przywitać, którzy napadają na niego z najdziwniejszymi pytaniami i prośbami. Nie daje sobie z tym rady, nie może spokojnie oddychać, myśli wręcz - opowiadają niektórzy - by odejść. Media nie dają za wygraną. Najdroższy piłkarz świata sprzedaje się najlepiej, nie można zrezygnować z takiej okazji. I chociaż mają świadomość, że przesadzają ("Marca" zapełnia pierwszą stronę, powtarzając trzydzieści razy: "Obiecujemy, że w trakcie sezonu nie będziemy mówić tylko o Zidanie"), to i tak nadal o nim mówią...
26 sierpnia 2001 roku, początek rozgrywek. Real Madryt przegrywa w Walencji 0:1. Zidane jest niewidoczny. Dwa dni później w meczu przeciwko Saragossie Los Blancos zdobywają Superpuchar Hiszpanii - to pierwsze trofeum, które podnosi francuski mistrz. Nie jest jednak zadowolony z tego, jak mu się wiedzie. Nie gra tak, jakby chciał, nie potrafi znaleźć swojego miejsca w drużynie. Krótko mówiąc, nie robi tego, co zawsze robił, nie udowadnia, że wart jest pieniędzy, które za niego zapłacono, nie pokazuje tego, czego wszyscy od niego oczekują. Jak zazwyczaj dzieje się w piłce nożnej, pojawiają się pierwsze głosy krytyki, wątpliwości co do jego zdolności, jego klasy, niektórzy mówią wręcz, że Real gra lepiej bez niego.
Zryw następuje 6 stycznia 2002 roku. To święto Trzech Króli, którzy w Hiszpanii przynoszą dzieciom prezenty. Jeden dają także Zizou. Fantastyczny mecz z Deportivo, pełen wspaniałych zagrań i akcji: dyrygent orkiestry wreszcie wyszedł na scenę. I, jako wisienka na torcie, jest nawet gol, "dla którego warto było zapłacić za bilet" - piszą dziennikarze. Dziesiąta minuta. Zidane dostaje podanie od Figo na skraju pola karnego przeciwnika, piłka tańczy od jednej nogi do drugiej, od prawej do lewej, kończy swój taniec na trawie, żeby później polecieć w przeciwnym kierunku. Hector i pozostali dwaj obrońcy z Galicji stoją jak wryci, nie wiedzą, w którą stronę biec, a on tymczasem strzałem lewą nogą pokonuje Molinę. Przed swoją publicznością Real Madryt wygrywa 3:1, wkłada sobie do kieszeni tytuł mistrza jesieni, ale przede wszystkim odkrywa prawdziwego Zidane'a. Dostaje nawet błogosławieństwo od Magica Johnsona, króla koszykówki, który siedzi na trybunach. Amerykanin zapewnia, że nigdy nie widział sportowca o takiej elegancji i umiejętnościach.
W tym momencie rozpoczyna się przygoda, dwuletni szczęśliwy okres Zidane'a i Realu Madryt. Vicente del Bosque, trener z wąsami, sprawił, że czuje się swobodnie, znalazł dla niego pozycję, o czym tyle dyskutowano, której tyle szukał: na lewej stronie, z dowolnością do kreowania i z dobrze zabezpieczonymi plecami. Pojawiły się wyniki. Zaczyna się mówić o Galaktycznej Erze.
15 marca 2002 roku następuje kulminacja. W Glasgow rozgrywany jest finał Ligi Mistrzów: Real Madryt - Bayer Leverkusen. To trofeum, które Zidane'owi już dwukrotnie uciekło sprzed nosa i które chce zdobyć za wszelką cenę. Powiedział o tym w pierwszym wywiadzie po przybyciu do Hiszpanii: "Chciałbym dołączyć do swoich tytułów Puchar Ligi Mistrzów. Ten klub wygrał ich już tyle, byłoby wspaniale go podnieść". Tym razem będzie należał do niego, zostanie wybrany najlepszym piłkarzem meczu i zapisze się w historii klubu z Madrytu. Już teraz będzie legendą. Nikt więcej nie będzie w niego wątpił. Ale po kolei...
Bayer Leverkusen występuje w finale po raz pierwszy, natomiast Real Madryt ma szansę, by zabrać do domu dziewiąty Puchar Mistrzów. Spotkanie tych drużyn jest pierwszym na takim poziomie. Na boisku wszyscy czekają na pojedynek Michaela Ballacka z Zinédine'em Zidane'em. Już w ósmej minucie Los Blancos obejmują prowadzenie. Raúl dostaje piłkę i oddaje strzał. Wydaje się niegroźny, lecz bramkarz nie łapie piłki i ta wpada prosto do siatki. Radość trwa jednak krótko. Zamieszanie w polu karnym Hiszpanów i Lúcio, brazylijski obrońca, uderza głową na 1:1. Minęło zaledwie pięć minut od akcji napastnika Realu Madryt. Zidane stara się jak może, ale nic z tego. Okazje pojawiają się zarówno z jednej, jak i z drugiej strony, w końcu nadchodzi 44. minuta. Zizou, na oczach Ballacka, w polu karnym przyjmuje krzyżowe podanie od Roberto Carlosa (jeden z tych "melonów" Brazylijczyka, które Francuz jest w stanie zamienić w golazos, jak obaj zawsze żartowali) i w niebywały sposób uderza z woleja. Lewą nogą genialnie kieruje piłkę w górny róg bramki bronionej przez Butta. Trudno opisać coś tak cudownego, chociaż wielu wylało morze słów. Trudno też wyjaśnić, jak to się stało, że w drugiej połowie Real Madryt został osaczony przez debiutantów. W ostatnich minutach przypomina to atak na Fort Apache. Zidane pomaga, broni, sam stwarza zagrożenie w polu karnym przeciwników. Widać, ile biega, jak gra, jak bardzo chce unieść "uszaty" puchar. Wykonuje bardzo ważną pracę, dzięki której jego drużyna utrzymuje zwycięstwo do 90. minuty.
Glasgow: mecz i gol, które na zawsze pozostaną w pamięci kibiców Realu Madryt. Przykład? Cztery lata później koszulki z tamtym golem i napisem "Zidane" sprzedały się na pniu. Glasgow, szczyt góry, z której zaczyna się schodzić. To jest powolny spadek. Lato 2002 roku przynosi klęskę reprezentacji Francji, która na mistrzostwach świata w Korei Południowej i Japonii nawet nie wychodzi z grupy. Zidane wraca do Realu, aby przeżyć ostatnie chwile zadowolenia. W sierpniu pojawia się jeszcze jedno trofeum: Superpuchar Europy zdobyty w meczu z Feyenoordem Rotterdam. We wrześniu przybywa Ronaldo - po długim przeciąganiu liny z Interem Mediolan Massimo Morattiego - z którym Zizou od razu dobrze będzie się rozumiał. W grudniu zdobywa Puchar Interkontynentalny w meczu z paragwajską Olimpią, a 22 maja 2003 roku wygra pierwszy i jedyny tytuł mistrza Hiszpanii, wyrwany w ostatniej kolejce Realowi Sociedad. Później Superpuchar Hiszpanii, a następnie ciemność...
Z Vicente del Bosque, który zdobył właśnie dla klubu dwudziesty dziewiąty tytuł mistrzowski, nie przedłużono kontraktu. Drużynę obejmuje Portugalczyk Carlos Queiroz, a kilka dni później przybywa David Beckham, piłkarski celebryta. Real Madryt bardziej przypomina Disneyland albo raczej bezwzględną maszynę do robienia pieniędzy. Marka klubu znana jest na całym świecie, marketing działa pełną parą, wpływy podwajają się w zawrotnym tempie, jednak na poziomie czysto piłkarskim formuła "Zidanes y Pavónes", czyli wielkie gwiazdy, które przynoszą pieniądze, i młodzież do łatania dziur, nie będzie funkcjonować. Kibice zapłaczą za klasą średnią, to znaczy tymi piłkarzami (jak choćby Claude Makélélé, który odszedł z Realu do Chelsea) znajdującymi się między robotnikami (Pavón) a szlachtą (Galaktycznymi), tymi, którzy pomagają przynosić do domu dobre wyniki. Odczuwa się ich brak, wychowankowie muszą radzić sobie ze znacznie większym od siebie ciężarem. I nie udaje im się to. Krótko mówiąc, w tym zespole trzeszczy nie tylko gra, trener czy któraś z gwiazd. Problem tkwi w modelu. Kryzys jest tuż za rogiem, a Zidane, podobnie jak pozostali, znajdzie się w jego środku.
Wybuch następuje w finale Pucharu Króla, 17 marca 2004 roku. Real Madryt zajmuje pierwsze miejsce w lidze, awansował do ćwierćfinału Ligi Mistrzów, jesienią Zizou dał nawet pokaz swojej gry w meczu z Olympique Marsylia - drużyną z jego rodzinnego miasta, w której jednak nigdy nie występował. To był pierwszy raz, gdy wracał do domu, na Vélodrome, w koszulce Realu Madryt. Dziwne uczucie, wielkie emocje i pokazanie, że mieszkańcy Marsylii czczą go nawet grającego w innych barwach. Mimo że to on jest zwycięzcą: 4:2 w Madrycie i 1:0 na francuskiej ziemi.
W marcu wydaje się, że wszystkie cele postawione przez prezydenta są na wyciągnięcie ręki. Okazuje się jednak, że Saragossa na Santiago Bernabéu zabiera Los Blancos pierwsze trofeum.
8 kwietnia wymyka się najważniejsze: Liga Mistrzów. Real przyjeżdża do Monako pewny siebie po osiągnięciu sukcesu w pierwszym meczu (4:2 na Bernabéu). Jednak Zidane jest zmartwiony, ostrzega wszystkich: "Nie podoba mi się atmosfera, jest zbyt luźna. Tego rodzaju mecze, jeśli nie są traktowane z należną im powagą, bywają niebezpieczne, istnieje ryzyko, że zostanie się wyeliminowanym". To celna uwaga, ale nikt jej nie słucha. Jego profesjonalizm, jego ciągłe zaangażowanie nie są chlebem powszednim dla wielu innych piłkarzy z drużyny. I w ten sposób Monaco, z byłym piłkarzem Realu Fernando Morientesem, wygrywa 3:1, sprawiając, że galaktyczna planeta eksploduje. To jest katastrofa.
W rozgrywkach ligowych porażka goni porażkę. Agonia, letarg, cierpienie, samobójstwo, nieszczęście, dezintegracja, dramat, tragedia... Brakuje słów, by opisać to, co dzieje się z Los Blancos. O ile wcześniej wszystko było galaktyczne, mówiło się o superbohaterach i najmocniejszej drużynie świata, tak teraz padają takie określenia jak "upadek bogów", "czarne anioły", "całkowite zaćmienie" albo po prostu "pośmiewisko". Publiczność na Santiago Bernabéu, po czterech latach idylli, nie oszczędza nikogo, nawet Zidane'a.
"Jesteśmy wypaleni" - oświadcza Francuz. Tymczasem cała przewaga w lidze poszła w diabły: Real Madryt kończy sezon na czwartym miejscu, za Valencią, Deportivo i Barceloną. Carlos Queiroz zostaje wyrzucony, ponieważ nie potrafił radzić sobie z szatnią, w której - według prezydenta - panuje niezdyscyplinowanie, bałagan i brakuje władzy absolutnej. Rozwiązaniem jest José Antonio Camacho, sierżant z żelaza. Facet z jajami, który Zidane'owi - ale powie o tym tylko za kulisami - niezbyt przypadł do gustu. Zbyt dużo krzyczy, zawsze jest w złym humorze, a przede wszystkim chce uczyć ich zawodu. Nie zagrzewa długo miejsca: w połowie września następuje zmiana trenera. Przychodzi Mariano García Remón, a później Arrigo Sacchi jako dyrektor sportowy, który postanawia zwolnić Remóna, żeby zrobić miejsce na ławce trenerskiej dla Brazylijczyka Vanderleia Luxemburgo.
Późnym wieczorem, 21 listopada 2004 roku, Real Madryt przegrywa z Barceloną na Camp Nou 0:3. Następnego dnia wszystkie gazety obwieszczają koniec Galaktycznej Ery. Piszą o byłych wspaniałych piłkarzach Realu, którzy są już starzy i ich czas minął, z Zidane'em włącznie. On się nie zgadza: powtarza raz i drugi, że chociaż jest najstarszy w drużynie, staro się nie czuje. "Gdybym tak myślał, sam strzeliłbym sobie w kolano" - dodaje. Odrzuca od siebie myśl, że cykl Realu Madryt dobiegł końca. Jest przekonany, albo przynajmniej ma nadzieję, że może pojawi się jeszcze jakiś tytuł. Są to jednak płonne nadzieje. Pomimo pracy Luxemburgo, pomimo długiego biegu po mistrzostwo, pomimo zwycięstwa nad Barceloną na Santiago Bernabéu, Zidane i Real Madryt kończą kampanię z pustymi rękami.
I tak docieramy do sezonu 2005/06. Ostatniego. Tego oznaczającego koniec królestwa Florentino Péreza... Prezydent, który sprowadził go do Madrytu, człowiek, który darzył go szacunkiem, bliska mu osoba, z którą utrzymywał przyjacielskie relacje, szef, który aż do ostatniej chwili starał się przekonać go, by pozostał jeszcze przez jeden rok. Na poziomie instytucjonalnym jest to katastrofalny sezon. Nawet Zidane źle go rozpoczyna. Brakuje mu motywacji, jest zmęczony; są tacy, którzy twierdzą, że stracił szacunek do samego siebie. Podczas zgrupowania reprezentacji często widać, że jest w złym humorze. Nie zaczyna najlepiej. 7 września, w koszulce Les Bleus w meczu przeciwko Irlandii, doznaje kontuzji mięśniowej prawego uda. Trzy tygodnie przerwy. Wraca, ale nie prezentuje już swojego najwyższego poziomu.
19 listopada 2005 roku spada kolejny cios. Ronaldinho i jego Barça upokarzają Los Blancos na Santiago Bernabéu, a publiczność wstaje z miejsc, bijąc brawo "dziesiątce" Blaugrany. Hołd dla cudownych wyczynów Brazylijczyka, a zarazem oskarżenie wobec całej drużyny Realu. Kwestia mistrzowskiego tytułu została praktycznie rozstrzygnięta. W grudniu Florentino Pérez, jeszcze panujący, dokonuje kolejnej zmiany trenera: zwalnia Luxemburgo i zatrudnia Lópeza Caro. Zidane pod koniec roku dostaje miesiąc wolnego, żeby odzyskać siły. I na początku 2006 roku, pięć miesięcy przed mistrzostwami świata, jest jak nowo narodzony. Na powrót jest panem środka pola Realu Madryt. "Jest szczęśliwy - pisze "L'Équipe". - W ostatnich tygodniach na nowo stał się tym wspaniałym piłkarzem, jakiego znamy". "Odmłodniał" - podkreśla hiszpański dziennik "El Mundo". "Ośmieszył nas, pesymistów, przekonanych, że jego najlepsze mecze należą już do przeszłości" - przyznaje "AS", inny sportowy dziennik ze stolicy Hiszpanii.
To wszystko prawda. Oprócz swojego klasycznego repertuaru zagrań, Zidane strzela nawet gole. 15 stycznia na Santiago Bernabéu w meczu z Sevillą (4:2) zdobywa hat tricka: "To pierwszy raz. W całej mojej karierze. Nigdy wcześniej nie zdarzyło mi się strzelić trzech goli w meczu. Zrobić to w wieku prawie trzydziestu czterech lat to nie lada wyczyn. Nigdy o tym nie myślałem, dzisiaj też nie, moim celem było zwycięstwo drużyny" - opowiada zdziwiony tym, czego dokonał. W 56. minucie wykorzystuje rzut karny, w 60. zdobywa wspaniałą bramkę, dzięki czemu znów dostaje brawa od swojej publiczności, a w 90. ustala wynik. 4 lutego strzela dwa gole w spotkaniu z Espanyolem. Słowem, Zidane jest w formie, fizycznie czuje się dobrze, pod względem psychicznym odnalazł radość z gry, robi wrażenie na wszystkich, z kolegami z drużyny włącznie. David Beckham komentuje: "Cieszymy się, że znów gra tak, jak tylko on potrafi". Sam zainteresowany, jak zawsze, myśli tylko o drużynie, mówi, że zespół jest na dobrej drodze, że trzeba się skupiać na wygrywaniu jednego meczu po drugim, żeby Real Madryt na powrót był wielkim klubem. Ale zbliża się katastrofa...
27 lutego Florentino Pérez podaje się do dymisji po porażce z Mallorcą. Ma dość oglądania chłopców, których tak rozpieszczał, a którzy na boisku nie robią nic i nie mają szacunku dla herbu, który noszą na koszulkach. Twórcę galaktycznego modelu zastępuje Fernando Martín. Obiecuje zabrać się za rozpieszczonych dzieciaków i po zakończeniu sezonu dokonać wietrzenia szatni (wyrzucenie starej gwardii albo tych, którzy sprawiają problemy; kwestionowani są wszyscy: od Raúla po Ronaldo, od Roberto Carlosa po Michela Salgado). Przetrwa pięćdziesiąt siedem dni. Po nim przyjdzie kolej na Luisa Gómeza-Montejano. Osiemdziesięciotrzyletni tymczasowy prezydent będzie pełnić tę funkcję do lipcowych wyborów, w których zwycięży Ramón Calderón. I chociaż pewien sportowy dziennik oddaje głos na kandydata, który przekona Francuza, żeby został jeszcze na jeden sezon, to ta historia nie dotyczy Zidane'a. On powiedział już: "Odchodzę".
1 Nowym rekordem jest transfer Neymara z Barcelony do PSG z sierpnia 2017 roku; francuski klub zapłacił za Brazylijczyka 222 mln euro (wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki).