Zimowy żołnierz. Zimny front. Marvel - Lee Mackenzi

Kup ebooka

26.00 zł
22.04 zł (21,89 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Kiedy się budzisz, pamię­tasz jedy­nie, jak umie­ra­łeś.

Trzask lodu, kiedy ude­rzy­łeś weń całym cia­łem, gło­śniej­szy niż wystrzał z działa prze­ciw­lot­ni­czego. Zimno, które zaparło ci dech w piersi. Woda, która wtar­gnęła do płuc, kiedy wyrwał ci się okrzyk. Spa­da­łeś ciężko, ale wylą­do­wa­łeś lekko, a świat bie­lał wokół cie­bie, kiedy uno­si­łeś się na wodzie, zbyt wychło­dzony, by pły­wać, zbyt wychło­dzony, by oddy­chać. Zbyt wychło­dzony, by móc robić coś poza umie­ra­niem.

Nie wiesz dla­czego, ale byłeś pewien, że umie­rasz. Wcze­śniej zawsze było ina­czej - cho­ciaż nie pamię­tasz, jak dokład­nie to "wcze­śniej" wyglą­dało. Wcze­śniej flir­to­wa­łeś ze śmier­cią jak pod­chmie­lony typ w barze, zuchwały i lek­ko­myślny, choć nie zamie­rza­łeś pójść z nią do domu. Sta­łeś na ostrzu noża. Trzy­ma­łeś się kur­czowo ostat­nich szans, jed­nej po dru­giej. Cią­gnęły się bez końca - aż prze­stały.

Ty jed­nak nie umar­łeś, prawda? Co się więc dzieje?

Powieki masz skle­jone, a kiedy udaje ci się je lekko roze­wrzeć, ośle­pia cię świa­tło. Ćmi ci się na krań­cach pola widze­nia - gęst­nie­jąca, mate­ria­li­zu­jąca się mgła. Oto nad­cho­dzą zjawy - przy­szły po cie­bie. Nie pamię­tasz ich imion. Z pew­no­ścią mia­łeś jed­nak kie­dyś matkę i ojca. Może to oni zachę­cają cię wycią­gnię­tymi rękami, byś prze­kro­czył próg. Może przy­ja­ciel, który nie prze­żył dzie­ciń­stwa - chyba każdy takiego miał? To wła­śnie wtedy po raz pierw­szy dowie­dzia­łeś się, że ludzie naprawdę umie­rają, a bać się należy nie utraty, ale tra­ce­nia. A może zjawy są żoł­nie­rzami. Pamię­tasz żoł­nie­rzy. Może to oni, twoja kom­pa­nia braci, która weszła w głę­boką, lodo­watą wodę przed tobą, a teraz czeka po dru­giej stro­nie.

Zjawy mają białe nakry­cia głowy i zasło­nięte twa­rze. Nie widać ich oczu, tylko świa­tło lamp, które się w nich odbija. Świa­tło zała­muje się w wiszą­cych nad tobą szkla­nych butel­kach, z któ­rych wysu­wają się dłu­gie rurki, zupeł­nie jak ogony lataw­ców, aby znik­nąć pod twoją skórą.

Czu­jesz, jak sączy się w cie­bie ich zawar­tość. Twoje ciało pro­te­stuje prze­ciwko dodat­ko­wej masie. Czu­jesz ucisk w pier­siach, skurcz, jak wtedy, kiedy nagle ogar­nęło cię lodo­wate zimno. Nagle znów jesteś w wodzie.

Boisz się, lecz nie wiesz czemu.

Chcesz wal­czyć, lecz nie wiesz z czym.

Nie jesteś pewien, czy był­byś w sta­nie to zro­bić, nawet gdy­byś pró­bo­wał. Masz wra­że­nie, że twoje ręce i nogi należą do kogoś innego. Całe twoje ciało to nie­znany pej­zaż, zdra­dziecki w swo­jej obco­ści. Czu­jesz ból w miej­scach, które nie ist­nieją. Sła­bość w mię­śniach, które ni­gdy się nie roz­luź­niają. Woda znik­nęła, lecz chłód pozo­stał.

- Jak się nazy­wasz? - odzywa się jedna ze zjaw.

Nie widzisz nóg, pró­bu­jesz jed­nak nimi poru­szyć. Zupeł­nie jak­byś pró­bo­wał prze­bić się przez sko­rupę gru­bego lodu.

- Rozu­miesz mnie? - pyta duch, a ty go rozu­miesz. Rozu­miesz go, na­dal jed­nak nie możesz poru­szyć nogami. Pró­bu­jesz prze­su­nąć ręce, ale tylko jedna cię słu­cha. Twoja pięść zamyka się, otwiera i znów zamyka.

Jest twoja?

Pięść. Ręka. Pró­bu­jesz rzu­cić na nią okiem, coś jed­nak przy­trzy­muje ci głowę, a świa­tło na­dal cię ośle­pia. Chcesz wstać - zawsze sądzi­łeś, że zgi­niesz na sto­jąco, pod­no­sząc się na spo­tka­nie kuli. Jest jed­nak ina­czej - toniesz w świe­tle, prze­peł­nia cię woda i masz jedy­nie rękę, która nie należy do cie­bie.

- Jak się nazy­wasz? - pyta ponow­nie zjawa, a ty znasz prze­cież odpo­wiedź.

"Nie odpo­wia­daj" - myślisz i zaci­skasz zęby do bólu. Całe twoje ciało drży z wysiłku, któ­rego wymaga powstrzy­my­wa­nie się od odpo­wie­dzi, trzy­ma­nie głowy nad powierzch­nią, choć byłoby o wiele łatwiej pod­dać się i pozwo­lić wcią­gnąć w dół.

- Już pra­wie koniec - mówi zjawa i czu­jesz na czole kojący dotyk pal­ców, odsu­wa­ją­cych włosy. Ktoś już kie­dyś to robił. Ktoś inny doty­kał z czu­ło­ścią two­ich wło­sów, kiedy jed­nak się­gasz po to wspo­mnie­nie, znaj­du­jesz tylko pustkę. Czu­jesz nie­obec­ność kogoś, kto zaj­mo­wał kie­dyś w tobie tę prze­strzeń. Ogrom tego braku zapiera ci dech w pier­siach. Rytm, w któ­rym bije twoje serce, zała­muje się, co odbija się echem w gło­śnie­ją­cym sygnale elek­tro­nicz­nym.

- Powiedz, jak się nazy­wasz - mówi zjawa.

Pod tobą pęka lód. Napływa woda, spie­niona, usiana krą. Nie możesz z nią wal­czyć. Nie umiesz pły­wać. Nie możesz cze­kać na odpływ, który ni­gdy nie nadej­dzie, poza tym to, co cię ota­cza, to nie tylko toń. Wszystko się oddala. Wszystko, co pozo­stało.

Przez usta pełne wody wystę­ku­jesz odpo­wiedź, dusząc się przy obu sło­wach, jakby były frak­ta­lami szronu o ostrych kra­wę­dziach.

- Nie wiem.

- Dobrze - odpo­wiada zjawa. - Dobrze. Dosko­nale.

Rozdział 1. 1954

Agent wzdryga się, kiedy Rostowa ściąga mu kap­tur z głowy. W pomiesz­cze­niu panuje pół­mrok, ale agent spę­dził kilka ostat­nich dni w cał­ko­wi­tej ciem­no­ści, z zawią­za­nymi oczami, prze­no­szony z piw­nicy do piw­nicy, z cię­ża­rówki do cię­ża­rówki, z jed­nej zim­nej beto­no­wej celi do dru­giej. Zapewne słaby, żół­tawy blask żarówki wiszą­cej pod sufi­tem był dla niego jak snop świa­tła z reflek­tora, tak jasny, że odru­chowo się sku­lił. Albo może pomy­ślał, że zaraz ktoś go ude­rzy.

Goła żarówka migo­cze i cie­nie w celi drżą jak zakłó­cony obraz na ekra­nie tele­wi­zora. Krze­sło, do któ­rego przy­kuto męż­czy­znę, jest przy­krę­cone do pod­łogi, kiedy więc agent zaczyna się wier­cić, stę­ka­jąc ze stra­chu, krze­sło ani drgnie. Meta­lowe kaj­danki wbi­jają się w otartą skórę jego nad­garst­ków. Zabliź­nione ranki znów się otwie­rają. Wargi ma spę­kane, pokryte zasko­ru­piałą krwią. Zęby czer­wie­nią się krwią świeżą, która spływa mu do ust ze zła­ma­nego nosa. Jedno oko ma tak spuch­nięte, że wydaje się, jakby pod skórę wepchnięto mu połówkę grejp­fruta.

Rostowa odstę­puje o krok, przy­glą­da­jąc się nie­ru­cho­mym wzro­kiem agen­towi, który szlo­cha i ślini się. Wal­czyła jako strze­lec wybo­rowy na Wscho­dzie, w wiel­kiej woj­nie ojczyź­nia­nej, i spę­dziła jej naj­krwaw­sze dni, leżąc bez ruchu, przy­kryta gałę­ziami drzew igla­stych, scho­wana w śniegu, oddy­cha­jąc płytko, z biją­cym powoli ser­cem - do momentu, w któ­rym naci­skała na spust. Teraz bez­ruch i mil­cze­nie na­dal są jej bro­nią. Zmie­niło się tylko pole bitwy.

Rostowa stoi więc nie­ru­chomo i w końcu agent zaczyna beł­ko­tać po rosyj­sku, nie­wy­raź­nie, bo krew i śluz spły­wa­jące mu do gar­dła znie­kształ­cają brzmie­nie słów. Nikt nie zacho­wuje długo mil­cze­nia po tygo­dniach cze­ka­nia w izo­la­cji, bez żad­nego towa­rzy­stwa poza wła­sną, nie­we­sołą wyobraź­nią. Kiedy czło­wiek dociera do tej celi, wystar­czy kilka sekund bez­ru­chu Rosto­wej, żeby bez dal­szego przy­na­gla­nia sam rzu­cił się do skła­da­nia zeznań.

- Alek­san­der Fie­do­row - mówi nagle Rostowa i zdu­szone, zdzi­wione wes­tchnie­nie dobywa się z gar­dła agenta. Pod­nosi na nią wzrok, a ona się uśmie­cha, odsła­nia­jąc zęby. - Mogę mówić do cie­bie Aleks? - pyta pogod­nie. - A może Sasza? Czy ktoś nazywa cię Saszą? I tak, wiem - gestem ręki uci­sza sprze­ciw, któ­rego nie wyra­ził - nie nazy­wasz się naprawdę Alek­san­der, ale czemu nie utrzy­mać tych pozo­rów? Tak daleko zasze­dłeś...

Fie­do­row zapiera się sto­pami o płytki posadzki, pró­bu­jąc się odsu­nąć z krze­słem, któ­rego nie da się ruszyć z miej­sca.

- Kim jeste­ście? - pyta piskli­wie. - KGB?

Rostowa uśmie­cha się sze­rzej.

- Nie, nie... Jeste­śmy czymś znacz­nie gor­szym.

Fie­do­row zaha­cza stopą o rowek w posadzce i pod­rywa ją, aby nie doty­kać dłu­żej śli­skiej mazi, która została po czło­wieku, sie­dzą­cym przed nim na tym krze­śle.

- Nie jestem nikim w... waż­nym - wykrztu­sza, nie odry­wa­jąc wzroku od pod­łogi. - Nie wiem, co tu robię. Jestem stu­den­tem. Nie wiem nic... Macie nie­wła­ści­wego czło­wieka.

- Och, wiemy oboje, że to nie­prawda. - Rostowa zaczyna zsu­wać ręka­wiczkę, palec po palcu. - Pra­cu­jesz dla MI5, zga­dza się? - Kie­ruje szybko wzrok na Fie­do­rowa, on jed­nak na­dal wpa­truje się upar­cie w pod­łogę. - Miesz­kasz w Rosji od dawna, ale w końcu każda maska się obsuwa. Twoja matka była Rosjanką, ow­szem. A twój ojciec był bry­tyj­skim żoł­nie­rzem. Utrzy­my­wali kon­takt, kiedy wró­cił do Anglii, i kiedy doro­słeś, zwer­bo­wał cię, byś brał udział w jego taj­nych misjach. Nie musisz już uda­wać - dodaje Rostowa, kiedy Fie­do­row kręci prze­cząco głową. - Sam nam to powie­dział. Zanim go roz­strze­la­li­śmy. No, nie my, tylko KGB. I pamię­taj - my jeste­śmy gorsi. - Zdjęła w końcu ręka­wiczkę i pode­szła o krok, gła­dząc pal­cami tłu­ste włosy męż­czy­zny. - Powi­nie­neś być z sie­bie dumny, Saszka. Prze­trwa­łeś znacz­nie dłu­żej niż on.

Fie­do­ro­wem wstrząsa szloch. Rostowa pochyla się i zagląda mu w twarz.

- Masz zada­nie, prawda? Coś nie­sa­mo­wi­tego! Twoje pierw­sze zada­nie! Cze­ka­łeś... Ile? Pra­wie rok pod przy­krywką. Opo­wiesz mi o tym? Albo o tym, dokąd jeź­dzi­łeś? - Fie­do­row drży. Pot i krew zbie­rają się na jego szyi i spły­wają w dół. W ciszy każda kro­pla ude­rza o posadzkę z cichym pla­śnię­ciem, przy­po­mi­na­ją­cym dźwięk zatyczki wycią­ga­nej z gra­natu. Rostowa przy­kuca przed męż­czy­zną, prze­chy­la­jąc głowę tak, aby jego wzrok musiał na nią paść. - Ależ trudno musiało ci być utrzy­mać to w tajem­nicy. Nie pisną­łeś słowa nawet swo­jej dziew­czy­nie... Oj nie, już narze­czo­nej, prawda? Oświad­czy­łeś się w Nowy Rok na Prie­czy­stien­skiej Nabie­rież­nej. Nad rzeką. Prawda? - Fie­do­row nie odpo­wiada. Rostowa wpa­truje się w niego, znów nie­po­ko­jąco nie­ru­choma. - Prawda? - powta­rza, tym razem bar­dzo ostro.

Fie­do­row dygo­cze, szczę­kają mu zęby - nie mówi jed­nak nic.

Rostowa łapie go za twarz dło­nią w ręka­wiczce i bru­tal­nie odchyla mu głowę. Jego poty­lica ude­rza o opar­cie krze­sła i aż trza­ska mu coś w karku.

- Sasza, jeśli mamy być przy­ja­ciółmi - mówi Rostowa, a w jej gło­sie sły­chać nie­przy­jemną mie­szankę spo­koju i groźby - będziesz musiał na mnie patrzeć. - Siada mu ciężko na kola­nach, a potem obraca ku sobie jego twarz. - Cho­dzi o oko? - Przy­ci­ska mu łok­ciem szyję, nachy­la­jąc się, żeby dobrze zoba­czył prze­pa­skę na jej pra­wym oczo­dole. - Wiem, tro­chę zbija to ludzi z tropu. Nie­któ­rzy nie wie­dzą, gdzie patrzeć.

Na twa­rzy Fie­do­rowa błysz­czy krew zmie­szana ze śliną i łzami.

- Ja nic nie wiem. Jestem tylko stu­den­tem! - Słowa brzmią nie­wy­raź­nie, bo Rostowa wciąż trzyma go mocno za poli­czek. - Stu­diuję eko­no­mię. Uro­dzi­łem się w Lenin­gra­dzie. Mój ojciec był...

- Sasza, mam do cie­bie pyta­nie. - Rostowa pusz­cza jego twarz i obej­muje go za szyję. Sie­dzi na­dal na jego kola­nach, więc ich twa­rze są bar­dzo bli­sko. - Czy przez cały czas, który spę­dzi­łeś w moim kraju, sły­sza­łeś kie­dy­kol­wiek o czymś takim jak pro­jekt Zimowy Żoł­nierz?

Fie­do­row mruga oczami, zbity z tropu tą zmianą tematu.

- Nie... - Prze­łyka ciężko ślinę i wyraź­nie sili się, by nie odwró­cić wzroku od twa­rzy Rosto­wej. - Nie ma cze­goś takiego.

- Tak sły­sza­łeś?

Twarz Fie­do­rowa bled­nie, tra­cąc resztki koloru.

- To tylko taka histo­ria.

- Opo­wiedz mi ją. - Kobieta zalot­nym gestem odsuwa mu z czoła kosmyk wło­sów. - Uwiel­biam słu­chać histo­rii.

- Zimowy Żoł­nierz... - Fie­do­row spo­gląda na drzwi, a potem wraca wzro­kiem do Rosto­wej. Wciąga gwał­tow­nie powie­trze. - ...to zabójca. Bez­myślny i okrutny. Abso­lut­nie wierny Związ­kowi Radziec­kiemu. Nie da się zachwiać jego prze­ko­na­niami. Nikt nie jest w sta­nie zwy­cię­żyć go w walce.

Rostowa wzdryga się teatral­nie.

- Nie uprze­dzi­łeś mnie, że to taka straszna histo­ria.

- Jest super­żoł­nie­rzem. Jak Kapi­tan Ame­ryka.

- Nie­zu­peł­nie. - Rostowa pod­nosi palec. - To aku­rat tylko mit. Nasz żoł­nierz jest śmier­tel­nie nie­bez­pieczny bez żad­nych che­micz­nych środ­ków.

- On nie ist­nieje - szep­cze Fie­do­row.

- No tak, to histo­ria o duchach. - Rostowa zsuwa się z jego kolan, pod­nosi ręka­wiczkę z pod­łogi i nacią­ga­jąc ją na dłoń, znów przy­gląda się prze­słu­chi­wa­nemu. - Jestem pod wra­że­niem, Sasza. Wyda­wało mi się, że o pro­jek­cie Zimowy Żoł­nierz nie mówi się ludziom na twoim sta­no­wi­sku. MI5 poczy­niło więk­sze postępy, niż sądzi­li­śmy. A pła­cili ci? To zna­czy MI5? Nie wierz w te ich gadki, że "warto to robić, aby zdo­być doświad­cze­nie". Ni­gdy - wyce­lo­wała w niego palec - nie pra­cuj za darmo, Saszeńka. Mówię ci to, bo ci dobrze życzę. Nawet jeśli wygląda to świet­nie w życio­ry­sie. - Uśmiech­nęła się do niego sze­roko. Jeden z jej zębów trzo­no­wych bły­snął zło­tem.

Fie­do­row ode­tchnął ner­wowo.

- Nie mam nic wspól­nego z pro­jek­tem Zimowy Żoł­nierz.

- Wiem. Myślisz, że tego nie wiem, Sasza? - Zaśmiała się. - Nie mówili, że jesteś taki zabawny. Zaraz mi pew­nie powiesz, że myśla­łeś, że cały czas byli­śmy tu sami.

Męż­czy­zna roz­gląda się prze­stra­szony po celi. Obok drzwi poru­sza się cień, Fie­do­row wypręża się gwał­tow­nie i w panice wci­ska w opar­cie. Kaj­danki, które ma na rękach, brzę­czą jak monety wpa­da­jące do auto­matu tele­fo­nicz­nego.

Rostowa odwraca głowę, kie­ru­jąc wzrok tam, gdzie patrzy Fie­do­row.

- Och, prze­pra­szam bar­dzo, zapo­mnia­łam was sobie przed­sta­wić. - Ude­rza się w czoło, a potem cofa o krok, uka­zu­jąc wresz­cie Fie­do­ro­wowi postać opie­ra­jącą się o jedyne drzwi w pomiesz­cze­niu. - Alek­san­drze Fie­do­ro­wie - mówi Rostowa uro­czy­ście - oto Zimowy Żoł­nierz.

Żoł­nierz robi krok do przodu.

Fie­do­row sza­mo­cze się na krze­śle, kopiąc nogami pod­łogę, jakby w ten spo­sób mógł się odsu­nąć. Strużka krwi z otwar­tych na nowo otarć na nad­garst­kach ska­puje mu mię­dzy pal­cami, zbie­ra­jąc się na posadzce wzdłuż kra­wę­dzi zatka­nego odpływu.

- Praw­dziwa histo­ria o duchach, prawda? - odzywa się Rostowa i żoł­nierz czuje, jak kle­pie go w ramię zaci­śniętą pię­ścią, aż zadud­niło. Jej krzepa zawsze bie­rze górę nad odpor­nymi na ude­rze­nia włók­nami, z któ­rych wyko­nana jest, jak mu powie­dziano, jego kami­zelka. - Powin­nam zosta­wić was samych, byście poroz­ma­wiali o twoim nowym zada­niu i wszyst­kich licz­nych spra­wach, o któ­rych nie wiesz? - pyta Rostowa.

Prze­nosi wzrok z żoł­nie­rza na Fie­do­rowa, który na­dal sza­mo­cze się na krze­śle i popi­skuje jak prze­ra­żony kociak, zaraz jed­nak milk­nie, bo żoł­nierz kła­dzie rękę na opar­ciu jego krze­sła. W mroku błysz­czą bio­niczne palce.

Rostowa pod­cho­dzi do drzwi.

- Uzna­li­śmy, że damy ci poznać jesz­cze jeden radziecki sekret, Sasza. - Odwraca się w drzwiach, nachy­la­jąc się do środka z ręką na klamce. - Żebyś mógł choć ten zabrać do grobu.

Kiedy W wycho­dzi z sali prze­słu­chań, Rostowa czeka na niego, obra­ca­jąc mię­dzy zębami wyka­łaczkę. Pod­ciąga rękaw, osten­ta­cyj­nie spo­glą­da­jąc na zega­rek na wąskim pasku.

- Dwa­na­ście i pół minuty. - Puka w tar­czę paznok­ciem, jakby spraw­dzała taflę lodu, zanim na nią wej­dzie. - Cóż za roz­cza­ro­wa­nie, agen­cie Wroń­ski. Mia­łam nadzieję, że zdo­łasz to zro­bić, zanim minie dzie­sięć. Jeśli w ogóle to zro­bi­łeś.

- Zro­bi­łem.

- Fak­tycz­nie nie­wiele wie­dział, prawda? Co za mar­no­traw­stwo czasu.

Rostowa odpy­cha się od ściany i żoł­nierz wcho­dzi za nią do pokoju obok celi. Jest wąski, z dłu­gim sto­łem zaję­tym przez sprzęt elek­tro­niczny. Nie­wielki ekran poka­zuje bie­żący obraz z sali prze­słu­chań - zie­lon­kawy, śnie­żący.

Rostowa pod­nosi duże słu­chawki i wsuwa kabel do magne­to­fonu. Naci­ska przy­cisk, żeby prze­wi­nąć taśmę do tyłu; taśma pisz­czy.

- Trzeba posprzą­tać? - pyta, zer­ka­jąc na ekran. - Zsi­kał się? Bo wyglą­dał, jakby miał ochotę, a prze­cież ja tylko ścią­gnę­łam ręka­wiczkę.

W kręci prze­cząco głową. Rostowa zdej­muje futrzaną czapkę, żeby przy­ło­żyć słu­chawki do uszu. Jej ciemne włosy, prze­ty­kane siwi­zną, są przy­cięte krótko i nie­równo - kró­cej niż fry­zura W. Jego włosy pod­ro­sły i się­gają mu do pod­bródka. Jest pewien, że ni­gdy nie miał aż tak dłu­gich. Ile­kroć muskają mu kark, jego ciało uświa­da­mia sobie, jak dziwne to uczu­cie.

Rostowa pod­nosi wzrok znad powoli obra­ca­ją­cych się szpul i spo­gląda na niego - W stoi w drzwiach - a potem macha ręką.

- Nie gap się tak na mnie. Aż mam od tego ciary.

- Nie znał jesz­cze nazwi­ska swo­jego nowego kon­taktu - odzywa się W.

Rostowa osten­ta­cyj­nie prze­wija taśmę, jakby zagłu­szył jej dźwięk.

- Skąd możesz mieć pew­ność. W Moskwie przez dwa tygo­dnie rwali mu zęby i myślisz, że skoro nie powie­dział ci tego w ciągu trzy­na­stu minut...

- Dwu­na­stu i pół.

- ...to ozna­cza, że nie znał tego nazwi­ska?

- Wiem, kiedy ktoś mówi prawdę.

- Czyżby? To co, jesteś teraz też wykry­wa­czem kłamstw? - Kre­śli pal­cem w powie­trzu kształt jego bio­nicz­nej ręki. - Czy ona robi też nale­śniki? Odbiera sygnał radiowy? O, to aku­rat mogłoby się przy­dać. Przy­po­mnij mi, żebym o tym napo­mknęła Kar­po­wowi. - Naci­ska przy­cisk magne­to­fonu, a potem siada, nie patrząc za sie­bie, na chwiej­nym fotelu obro­to­wym przy stole. W mil­czy, więc Rostowa mówi dalej, przy­trzy­mu­jąc ramie­niem słu­chawkę. - Cie­kawe, ile by to kosz­to­wało, gdy­by­śmy cię wypo­sa­żyli w jakąś antenę. Można by dać każ­demu męż­czyź­nie, kobie­cie i dziecku w Związku Radziec­kim trzy porządne posiłki za cenę tech­no­lo­gii, która ci zwisa z ramie­nia, więc cóż to jest parę milio­nów rubli wię­cej? - Zakłada ręce za głowę i prze­ciąga się zmę­czona. - Wła­śnie o tym marzył Marks.

- Kto?

- Ciii! - Coś w nagra­niu zwró­ciło jej uwagę, pod­nosi więc rękę, żeby go uci­szyć. Wpa­truje się w prze­strzeń, słu­cha ze sku­pie­niem, a potem drży. - Naprawdę jesteś prze­ra­ża­jący, wiesz? - mówi.

W nie odpo­wiada i Rostowa wraca do słu­cha­nia. Poza piskli­wymi dźwię­kami docho­dzą­cymi ze słu­cha­wek w pokoju panuje cisza.

Rostowa marsz­czy nagle brwi, po czym prze­wija do tyłu taśmę i pusz­cza ją ponow­nie. Obraca wyka­łaczkę, przy­ci­ska­jąc ją do przed­nich zębów.

- Metro­pole. - Powta­rza słowo, które Fie­do­row wykrzy­ki­wał bez końca przez pra­wie całe dwa­na­ście i pół minuty. - Vida Metro­pole. O co cho­dzi?

- Nie wiem. Tylko tyle z niego wydo­by­łem.

Rostowa roz­wija kabel słu­cha­wek i rzuca je na pod­stawkę.

- W porządku. Coś jesz­cze?

- Miał przy­krywkę stu­denta...

- Wiemy - prze­rywa mu. - Co ci powie­dział o swoim zada­niu?

Kiedy W nie odpo­wiada, Rostowa przy­gryza zbyt mocno koniec wyka­łaczki i ta się łamie. Kobieta wypluwa dre­wienko, rzuca koń­cówkę na pod­łogę i miaż­dży ją obca­sem.

- Tak bli­sko - szep­cze, prze­su­wa­jąc rękę po twa­rzy.

- Bli­sko czego? - pyta W. - To coś zna­czy.

Uśmie­cha się do niego, choć to nie­we­soły uśmiech.

- Tak, coś to zna­czy - zga­dza się. - Ale to nie wystar­czy.

- To coś zna­czy - powta­rza W, pod­no­sząc z fru­stra­cji głos. - Metro­pole coś zna­czy.

- Ale co to jest? Kryp­to­nim? Szyfr? Punkt kon­tak­towy? Imię jego psa?

W powstrzy­muje się od prze­wró­ce­nia oczami.

- To głu­pie imię dla psa.

Kobieta znów prze­wija nagra­nie. Jej palec przez chwilę spo­czywa nie­ru­chomo na przy­ci­sku startu, potem jed­nak Rostowa wyj­muje szpulę i zaczyna wycią­gać taśmę, nawi­ja­jąc ją na palce i roz­szar­pu­jąc na kawałki.

- Wyglą­dasz, jak­byś była roz­cza­ro­wana - zauważa W.

- Taką już mam twarz. - Wrzuca taśmę do kosza pod sto­łem, a zaraz potem zapałkę, którą zapa­liła, pocie­ra­jąc ją o pode­szwę. Z kosza uno­szą się krwi­sto­czer­wone pło­mie­nie i gorzki smród wydzie­lany przez czer­nie­jącą i kur­czącą się taśmę. - Przez życie pełne ludzi, któ­rzy mnie zawie­dli. - Zakłada z powro­tem uszankę. Cień czapki spra­wia, że opa­ska na jej uszko­dzo­nym oku wygląda jak dziura po kuli. - Chodź, Wroń­ski. Musimy wra­cać do bazy. - Wstaje z cięż­kim wes­tchnie­niem, ale zatrzy­muje się, widząc, że W blo­kuje wyj­ście. - Ruszajmy.

- To coś zna­czy - mówi W gło­sem, w któ­rym drży fru­stra­cja, podobna do nara­sta­ją­cego gniewu. Po mie­sią­cach wpa­try­wa­nia się w kolej­nych męż­czyzn, z któ­rych każdy oka­zy­wał się rów­nie żało­sny, prze­ra­żony i mam­ro­czący jak Fie­do­row, ta kon­kretna porażka, ten przy­pa­dek bez zna­cze­nia - albo raczej coś zna­czący, ale zbyt mało, "tak bli­sko" - dotyka go do żywego. Z jakie­goś powodu jest pewien, że doszedł do końca. Przy czym nie wie dokład­nie, co takiego koń­czy się wraz z Fie­do­rowem, ani nawet z czego wynika jego pew­ność. Może jest to zwią­zane z uśmie­chem Rosto­wej. Może z pamię­cią ciała z jakiejś sto­czo­nej dawno temu walki, którą zapewne prze­grał. W prze­ciw­nym razie nie czułby się tak spięty i roz­draż­niony.

- Hej! - Rostowa kła­dzie mu dłoń na szyi i odwraca jego twarz ku sobie. - To nie twoja wina, że niczego nie wie­dział.

- Wiem, że nie... - chce powie­dzieć W, ale kobieta go uci­sza.

- Robię to dłu­żej niż ty - mówi - więc mogę ci powie­dzieć z doświad­cze­nia: nie warto tego roz­trzą­sać. Będzie cię to tylko drę­czyło. Zostaw to i zaj­mij się czymś innym. - Kle­pie go po policzku. - Znaj­dziemy inny spo­sób. A ty... - Stuka go w pierś. - Zrób sobie wolne.

- Nie chcę wol­nego - mru­czy pod nosem W.

- I tak sobie zrób - odpo­wiada sta­now­czo Rostowa. - I baw się też w moim imie­niu.

- Sprawdź to.

Rostowa mruży oczy.

- Co? Vida Metro­pole?

- To coś zna­czy - mówi W sta­now­czo i dodaje: - Pro­szę.

- Zasta­wiasz drzwi. - W głos kobiety wkrada się ten sam cichy, groźny pomruk, który sły­chać było pod­czas prze­słu­cha­nia Fie­do­rowa.

W nie boi się Rosto­wej. Nie ma powodu. Jest co naj­mniej dzie­sięć lat od niej młod­szy, kil­ka­na­ście cen­ty­me­trów wyż­szy i zapewne dwa­dzie­ścia pięć kilo cięż­szy. Ma bio­niczną rękę. Ona zaś ma jedno sprawne oko i prawe ramię osła­bione zno­szo­nym przez całe lata odrzu­tem kara­binu. Pod­czas ich ostat­niego tre­ningu bojo­wego dwa razy wybił jej to ramię. I oboje wie­dzą, że gdyby go uszko­dziła - naj­cen­niej­szego żoł­nie­rza Związku Radziec­kiego - zawie­ziono by ją na pole pod Moskwą i strze­lono w tył głowy. Gdyby nato­miast to on jej zro­bił coś złego, uznano by ją za stratę uboczną i zamie­ciono sprawę pod dywan jak jakiś man­dat.

W cofa się i Rostowa wycho­dzi z pokoju, trą­ca­jąc go ramie­niem. Chwila napię­cia mija jak śnieg, który stop­niał. Kobieta przy­trzy­muje mu drzwi, a kiedy W obok niej prze­cho­dzi, zaczyna mu gwiz­dać hymn radziecki, wyci­ska­jąc wyso­kie dźwięki przez szparę w przed­nich zębach, jakby wyplu­wała pestki jabłek.

- Jakim cudem jesz­cze nikt cię nie zastrze­lił? - mru­czy pod nosem W.

- Bo ja strze­la­łam pierw­sza! - Rostowa pod­nosi dwa palce i kciuk, jakby trzy­mała broń i celuje nimi mię­dzy oczy W. - Bam! Nikt ni­gdy mnie nie widzi! - prze­chwala się i zaczyna znowu gwiz­dać, idąc kory­ta­rzem, ale przy­staje przed poko­jem prze­słu­chań. - Naprawdę uwa­żasz, że nie zna tego nazwi­ska? - upew­nia się.

- Powie­dział mi wszystko, co wie.

- Cóż, w takim razie... - Wska­zuje głową drzwi w nie­wy­po­wie­dzia­nym pole­ce­niu. - Spo­tkamy się w cię­ża­rówce. Sprawdź, czy na pewno nie trzeba posprzą­tać. Nie mają tu sprzą­ta­cza, a przy­kro by mi było tar­gać tu z Moskwy jakąś biedną babuszkę tylko po to, żeby ją zastrze­lić, kiedy skoń­czy szo­ro­wać pod­łogę.

- A ty zawsze tra­fiasz do celu.

Rostowa śmieje się.

- Dobra robota, żoł­nie­rzu. - Salu­tuje szybko, pod­no­sząc palce do skroni. - Jak zwy­kle ojczy­zna jest ci wdzięczna.

Rozdział 2. 1954

Bada­nie jest dla niego rutyną. Prze­cho­dzi je zawsze po każ­dej misji, zawsze prze­pro­wa­dza je ta sama opry­skliwa pie­lę­gniarka z far­bo­wa­nymi na rudo wło­sami i znu­dzo­nym spoj­rze­niem. Robi notatki w teczce z doku­men­tami - zawsze ją przy sobie ma. W roz­biera się do pod­ko­szulka i bok­se­rek, a potem - nie cze­ka­jąc na pole­ce­nie - siada na stole zabie­go­wym.

- Numer iden­ty­fi­ka­cyjny? - pyta pie­lę­gniarka, nie odry­wa­jąc oczu od papie­rów. W recy­tuje numer, a kiedy milk­nie, kobieta pod­nosi wresz­cie na niego wzrok, jakby roz­po­znała go dopiero po usły­sze­niu numeru. - Witamy z powro­tem, agen­cie Wroń­ski. Wasza misja się zapewne udała?

- Wszystko poszło zgod­nie z pla­nem - mówi W, bo prze­cież nie mógłby jej powie­dzieć nic innego, a ona kwi­tuje tę stan­dar­dową odpo­wiedź kiw­nię­ciem głową.

- Dobrze. Pro­szę się poło­żyć.

Przy­ci­ska teczkę łok­ciem do boku i naciąga białe gumowe ręka­wiczki. W ambu­la­to­rium unosi się ich cha­rak­te­ry­styczny, sztuczny zapach.

W wpa­truje się w sufit. Świa­tło jest tu zawsze zbyt jasne, nawet jeśli lampa została przy­ciem­niona. Pod­czas bada­nia ni­gdy nie dzieje się nic nad­zwy­czaj­nego. Pie­lę­gniarka zawsze go dokład­nie ogląda, mie­rzy mu ciśnie­nie, tętno, tem­pe­ra­turę, czę­stość odde­chów, zadaje kilka pytań i stwier­dza jego zdol­ność do wyko­na­nia kolej­nego zada­nia lub pod­pi­suje się na doku­men­cie zwal­nia­ją­cym go z obo­wiąz­ków. Tylko raz stało się ina­czej, po akcji w Omsku, kiedy zabój­stwo w kon­woju skoń­czyło się tym, że zanim Rostowa zdo­łała strze­lić z dachu po dru­giej stro­nie ulicy, jeden z mili­cjan­tów zdą­żył wbić nóż mię­dzy bark W a jego bio­niczną rękę i roz­sz­czel­nił połą­cze­nie, para­li­żu­jąc mu ramię. Dok­tor Kar­pow musiał wów­czas oso­bi­ście napra­wić złą­cze i został kilka dni, żeby je obser­wo­wać.

Lateks ręka­wiczki strzela i mię­śnie W spi­nają się w ocze­ki­wa­niu na ból. Nie ma poję­cia, dla­czego jeżą mu się wło­ski na karku. Może to przez wciąż pod­wyż­szony poziom adre­na­liny i przy­spie­szone tętno po prze­słu­cha­niu Fie­do­rowa. "Nie grozi ci tu żadne nie­bez­pie­czeń­stwo" - mówi do sie­bie w duchu.

Wzdryga się, kiedy zimny metal ste­to­skopu dotyka jego skóry, i musi się powstrzy­mać przed odru­cho­wym pochwy­ce­niem i wykrę­ce­niem ręki pie­lę­gniarki. Oddy­cha głę­boko przez nos, licząc ude­rze­nia serca.

Pie­lę­gniarka marsz­czy brwi.

- Bolało?

- Nie.

- Kiedy mie­li­ście próbę wysił­kową?

Zaj­rzyj do swo­ich skru­pu­lat­nych nota­tek i sama mi powiedz.

W mruga oczami. Nie stwo­rzono go do nie­sub­or­dy­na­cji. Stwo­rzono go - wytre­no­wano - do posłu­szeń­stwa. Tamta myśl, która mignęła w jego umy­śle jak ukryty kadr w fil­mie, znik­nęła, zanim zdą­żył się jej przyj­rzeć.

- Roz­luź­nij­cie się - roz­ka­zuje pie­lę­gniarka i ści­ska jego skórę w zgię­ciu łok­cia, szu­ka­jąc żyły. - Wszystko będzie jak zwy­kle.

W czuje ukłu­cie igły.

Jest zmę­czony. Mógłby zasnąć na stole labo­ra­to­ryj­nym, ale unie­moż­li­wia mu to ładu­nek elek­tryczny, który prze­pływa przez całe jego ciało, kiedy kobieta pod­łą­cza maszynę dia­gno­styczną do jego bio­nicz­nej ręki. Prąd pędzi przez jego nerwy. W czuje w gar­dle meta­liczny smak żółci. Trwa to zbyt długo - dłu­żej niż zwy­kle - i lampy nad głową ośle­piają go. Kiedy je włą­czyła? Od ilu godzin nie spał? Od zbyt wielu, domy­śla się, patrząc, jak świa­tło zała­muje się w szkla­nej butli, do któ­rej pod­pięto wenflon tkwiący w jego ręce. Czuje się jak ryba w okrą­głym akwa­rium. Gdzieś nad nim włą­cza się wen­ty­la­tor i W drży. Po jego skó­rze roz­cho­dzi się gęsia skórka.

- Zimno wam? - Pie­lę­gniarka nie czeka na odpo­wiedź. Przy­krywa go kocem, cięż­kim i sztyw­nym, więc W podej­rzewa, że ma on go chro­nić raczej przed pro­mie­nio­wa­niem niż chło­dem. Czuje się tak, jakby kła­dła mu kamie­nie na żebrach, wyci­ska­jąc spod nich powie­trze z cichym świ­stem. Świa­tło pada­jące na butlę z kro­plówką i zała­mu­jące się w niej zmie­nia kolor na nie­bie­ski.

Nie zasy­piaj.

Jego ciało wzdryga się. W ma wra­że­nie, jakby coś prze­oczył. Przez chwilę wyda­wało mu się, że zaraz zsu­nie się ze stołu. Koc ześli­zguje się na pod­łogę i ląduje na niej cicho. Wcale nie był ciężki.

Pie­lę­gniarka odwraca się do niego. Trzyma ampułkę wysta­jącą z fiolki, napeł­nioną do połowy pły­nem.

- Roz­luź­nij­cie się - powta­rza ostro.

- Co mi daje­cie? - pyta W. Ma sucho w ustach i cią­gle czuje w nich krew.

- To glu­koza - odpo­wiada kobieta. - Macie niski poziom cukru.

Przez chwilę robi mu się ciemno przed oczami; mruga. Wie coś... Wie coś o glu­ko­zie i zim­nie. Może czy­tał o tym kie­dyś, choć nie potrafi sobie przy­po­mnieć, jaką książkę miał ostat­nio w rękach. Może ktoś mu o tym powie­dział, kiedy był dziec­kiem. Choć nie czuje, żeby kie­dy­kol­wiek był dziec­kiem. Pochyla głowę i zamyka oczy. Pod powie­kami ktoś się do niego uśmie­cha ustami poma­lo­wa­nymi mocną, czer­woną szminką.

- Cze­kaj­cie!

W przy­tom­nieje. Pie­lę­gniarka wzdryga się i fiolka omal nie wypada jej z ręki.

W drzwiach ambu­la­to­rium stoi Rostowa, dyszy ciężko i opiera się o fra­mugę.

- Jesz­cze nie - mówi do pie­lę­gniarki, pod­no­sząc rękę, jakby kie­ro­wała ruchem ulicz­nym. - Zacze­kaj­cie.

Pie­lę­gniarka patrzy na nią surowo.

- Wybacz­cie, towa­rzyszko, ale wła­śnie trwa bada­nie.

- Musi­cie zacze­kać. Nie może­cie... - Rostowa spo­gląda na W leżą­cego na stole i prze­nosi wzrok na pie­lę­gniarkę. - Pro­szę. Mam infor­ma­cje, które mogą wszystko zmie­nić. On musi być przy­tomny.

Pie­lę­gniarka pstryka w ściankę ampułki.

- Mamy ści­sły har­mo­no­gram.

- Rozu­miem.

- I już zaczę­li­śmy...

- To rów­nież rozu­miem.

- Mam roz­kazy...

Rostowa pod­nosi gwał­tow­nie ręce.

- Wy macie roz­kazy, ja mam roz­kazy, wszy­scy mamy roz­kazy. Każdy, kogo znam, ma jakieś cho­lerne roz­kazy - nie jeste­ście nikim wyjąt­ko­wym!

W prze­staje słu­chać ich sporu, wpa­truje się znów w świa­tło i pró­buje sobie przy­po­mnieć, co wie­dział kie­dyś o glu­ko­zie. Roz­świe­tlona butla z kro­plówką przy­po­mina mu teraz mniej akwa­rium, a bar­dziej... W nie potrafi sobie przy­po­mnieć, co kon­kret­nie. Może samo­lot, świa­tła pod­czas startu prze­su­wa­jące się po bez­gwiezd­nym nie­bie i on, patrzący na to spod tafli szkła. Ale czy było to szkło?

Z zamy­śle­nia wyrywa go dobit­nie wypo­wie­dziane na głos nazwi­sko dok­tora.

- Towa­rzyszko, Kar­pow zatwier­dził pro­ce­durę czy­stej karty - mówi pie­lę­gniarka - jesz­cze zanim wyszli­ście...

- Co to jest czy­sta karta? - W z tru­dem, ale jed­nak, pod­nosi się na łok­ciach, choć ma wra­że­nie, że jego ręce i nogi są opuch­nięte, a skóra zbyt cia­sna. - Co Kar­pow kazał wam ze mną zro­bić?

Pie­lę­gniarka spo­gląda na Rostową zna­cząco.

- I wła­śnie dla­tego - mówi, celu­jąc w niego koń­cówką ampułki - naj­wyż­sza pora to zro­bić.

- On nie jest... - Rostowa zwija dło­nie w pię­ści. Ma tak mocno zaci­śnięte zęby, że na jej czole nabrzmiewa żyła. - Nie może­cie wstrzy­mać pro­ce­dury w trak­cie, ale może­cie zacze­kać. Pro­szę. - To ostat­nie słowo wypo­wiada cicho, ledwo poru­sza­jąc ustami. - Po pro­stu... zacze­kaj­cie.

Pie­lę­gniarka zerka na odczyt, powoli dru­ko­wany przez maszynę pod­łą­czoną do ramie­nia W.

- Macie czas do zakoń­cze­nia dia­gnozy. Potem wyko­nam wła­sne roz­kazy.

W znów przy­myka oczy. Od świa­tła napie­ra­ją­cego na jego powieki głowa pul­suje mu bólem. "Po pro­stu daj­cie mi spać" - myśli.

Nie dba o to, co z nim zro­bią. Niech go napom­pują cukrem. Niech mu pozwolą zamar­z­nąć na śmierć. Nie ma na tyle siły, żeby się zasta­na­wiać, dla­czego te dwie rze­czy mia­łyby być ze sobą powią­zane. Prąd znów wciąga go w nie­świa­do­mość.

Wtem ktoś go policz­kuje.

Wzdryga się i omal nie spada ze stołu. Pie­lę­gniarka znik­nęła, a nad nim pochyla się Rostowa. Trzyma w dło­niach jego twarz i lekko nią potrząsa.

- No dalej, Wroń­ski, zbudź się, jesz­cze nie pora na lulu.

Pró­buje ją od sie­bie ode­pchnąć.

- Mam urlop.

- Jesz­cze nie, szczę­ścia­rzu.

Łapie go pod ramię i pod­nosi do pozy­cji sie­dzą­cej. W zaraz jed­nak się osuwa. Całe jego ciało wydaje się jak z oło­wiu.

- Jestem zmę­czony.

- Wiem. Ja też. Wszy­scy jeste­śmy zmę­czeni. Cały ten cho­lerny kraj jest zmę­czony, ale i tak masze­ru­jemy naprzód. - Ści­ska prze­wód kro­plówki i wyciąga igłę z jego ręki, umiesz­cza­jąc w miej­scu wkłu­cia gazik, zanim zacznie krwa­wić. - Przy­trzy­maj.

Rostowa łapie bio­niczną rękę W i przy­ci­ska gazik jego pal­cami, a potem odwraca się od stołu. Głowa W opada, opie­ra­jąc się pod­bród­kiem o klatkę pier­siową.

- Nie, nie, żad­nych takich. - Rostowa znowu ude­rza go w twarz, tym razem deli­kat­niej, a potem wyj­muje jego ubra­nie z kosza obok stołu. Rzuca mu koszulkę, ale W nie jest w sta­nie zare­ago­wać na tyle szybko, by ją zła­pać. Koszulka tra­fia go w pierś i zsuwa się na pod­łogę. Rostowa wzdy­cha. - No, dalej, jesteś dumą ZSRR. Zanim pój­dziemy do Kar­powa, musisz kon­tak­to­wać tro­chę lepiej niż teraz.

W pod­nosi koszulkę. Czuje się tak, jakby moco­wał się z sil­nym wia­trem.

- Kar­powa tu nie ma.

Rostowa rzuca mu uśmiech.

- Wła­śnie przy­je­chał.

W prze­ciera przed­ra­mie­niem oczy.

- A dla­czego Kar­pow...

Rostowa odpo­wiada, zanim pyta­nie zostaje dokoń­czone.

- Bo do niego zadzwo­ni­łam. Bo mia­łeś rację, Metro­pole coś zna­czy. Mia­łeś... - Zauważa, że W nie radzi sobie z zało­że­niem koszulki ter­micz­nej, bo na­dal przy­trzy­muje jedną ręką gazik. - Oj, ale jesteś nie­zdarny. - Rostowa śmieje się z sym­pa­tią. - Dawaj.

Pomaga mu wcią­gnąć koszulkę przez głowę. W opiera czoło o jej ramię.

- Chce mi się spać.

- Nie, wcale nie. Po pro­stu przed chwilą dosta­łeś nar­ko­tyk, więc tylko myślisz, że ci się chce spać.

W pod­rywa głowę.

- Co?

- Nie słu­chaj mnie. Kła­mię. - Rostowa ści­ska mu mocno poli­czek; z pew­no­ścią zosta­nie mu po tym siniec. - No dalej, otwórz oczy. Oddy­chaj głę­boko. Ile pal­ców ci poka­zuję?

- Żad­nego.

- Dobrze. To było pod­chwy­tliwe pyta­nie. - Policz­kuje go jesz­cze raz, szyb­kie, ostre ude­rze­nie wierz­chem dłoni, a potem łapie go za szyję i całuje w czu­bek głowy. - Już pra­wie jesteś gotowy, Wroń­ski. A teraz wdzie­waj gatki i idziemy.

Kar­pow czeka na nich w sali odpraw. Sie­dzi na końcu dłu­giego stołu kon­fe­ren­cyj­nego i prze­gląda teczkę z doku­men­tami. Jest zawsze niż­szy, niż W się spo­dziewa, zwłasz­cza wtedy, kiedy nie ota­cza go aure­ola lamp w sali ope­ra­cyj­nej i nie góruje nad nim, sto­jąc nad sto­łem chi­rur­gicz­nym. Jest łysy, ma bródkę przy­ciętą w szpic i syl­wetkę żoł­nie­rza, który nie widział pola bitwy od lat, ale ni­gdy nie stra­cił woj­sko­wej postury. Nawet kiedy nikogo przy nim nie ma, sie­dzi wypro­sto­wany jak deska.

Pod­nosi głowę, kiedy do sali wcho­dzą Rostowa i W, ale krze­sło obok sie­bie wska­zuje tylko W.

- Agen­cie Wroń­ski, pro­szę usiąść.

W siada, pod­czas gdy Rostowa staje za Kar­po­wem, pró­bu­jąc rzu­cić okiem na doku­ment przed nim. W stara się tam nie patrzeć. Czy to akta medyczne? Jego wła­sne? Na­dal jest mu zimno i czuje się odrę­twiały po tym, czym naszpi­ko­wała go pie­lę­gniarka. Czy naprawdę wstrzyk­nęła mu nar­ko­tyk? Kar­pow jej kazał? A może Rostowa? Jego bio­niczne palce drgają na stole.

- Prze­pra­szam za rap­towną zmianę pla­nów - odzywa się Kar­pow, wyry­wa­jąc W z zamy­śle­nia. - Jak się czu­je­cie?

- Dobrze - odpo­wiada bez waha­nia W.

Zado­wo­lona Rostowa pod­nosi za Kar­po­wem kciuki.

- Wiem, że... - Kar­pow zerka na Rostową, która szybko zakłada ręce za plecy - jeste­ście w służ­bie bez prze­rwy dłu­żej niż zwy­kle.

- Wytrzyma - wtrąca Rostowa.

Kar­pow nie zwraca na nią uwagi. Wyj­muje z teczki kartkę z nie­wy­raź­nym zdję­ciem przy­pię­tym w rogu i podaje ją W nad sto­łem. W prze­suwa foto­gra­fię, żeby odczy­tać nazwi­sko u góry.

- Począt­kowo agentka Rostowa uznała, że Alek­san­der Fie­do­row mówił "Vida Metro­pole" - wyja­śnia Kar­pow. - Myśle­li­śmy naj­pierw, że to szyfr albo kryp­to­nim. Oka­zało się jed­nak, że w rze­czy­wi­sto­ści mówił "Riga Metro­pole".

W pod­nosi wzrok znad kartki. Kar­pow i Rostowa patrzyli na niego, kiedy ją czy­tał. Rostowa przy­ci­ska do zębów zgięty palec.

- A to jakaś róż­nica? - pyta W. Nic to dla niego nie zna­czy.

- Metro­pole to hotel w Rydze na Łotwie. - Kar­pow wypo­wiada wyraź­nie obie ważne nazwy. - Nie wid­niał w sys­te­mie jako coś istot­nego, dopóki jeden z naszych agen­tów nie sfo­to­gra­fo­wał przy nim tego oto czło­wieka.

Kar­pow wyciąga rękę i stuka w zdję­cie.

W prze­chyla je, pró­bu­jąc wypa­trzyć na nim coś cha­rak­te­ry­stycz­nego, co sprawi, że będzie to coś wię­cej niż tylko zama­zany kształt męż­czy­zny na desz­czo­wej ulicy.

- Kto to?

- Agent bry­tyj­skiego wywiadu - wyja­śnia Kar­pow. - Pod­czas wojny zaj­mo­wał wyso­kie sta­no­wi­sko w Ope­ra­cjach Spe­cjal­nych. Wer­bo­wał młode kobiety i męż­czyzn koń­czą­cych szkołę śred­nią i wysy­łał ich na uni­wer­sy­tety w Niem­czech pod fał­szy­wym nazwi­skiem, a oni zda­wali raporty o nur­tach poli­tycz­nych aktyw­nych w tych insty­tu­cjach. MI5 zaczęło wpro­wa­dzać prób­nie ten pro­gram w Związku Radziec­kim. Alek­san­der Fie­do­row był jed­nym z pod­sta­wio­nych agen­tów. Ma jutro wie­czo­rem rezer­wa­cję w barze w hotelu Metro­pole. Uwa­żamy, że miał spo­tkać się tam z tym czło­wie­kiem.

W prze­gląda dane na kartce. Nazwi­sko męż­czy­zny, jego wiek, wzrost, adres nic mu nie mówią, ale wie, że kiedy Kar­pow każe mu oddać kartkę, będzie ocze­ki­wał, że zapa­mię­tał wszyst­kie te infor­ma­cje. Na samym końcu wyli­czone są insty­tu­cje, z któ­rymi jest powią­zany cel: Zarząd Ope­ra­cji Spe­cjal­nych, MI5, MI6, pro­jekt Fuga.

Pro­jekt Fuga.

W mruży oczy.

- Agen­cie?

W pod­nosi wzrok.

Kar­pow mówi dalej:

- Zna­cie pro­to­kół spo­tka­nia z kon­tak­tem.

- Oczy­wi­ście - odpo­wiada W. Chce zapy­tać, co ma ode­brać od tego męż­czy­zny i co to jest pro­jekt Fuga, ale nie powi­nien sobie tym zawra­cać głowy. Powód tego zada­nia się nie liczy. Liczy się tylko jego wyko­na­nie.

Coś mu to jed­nak przy­po­mina. Coś, czego nie potrafi sobie uzmy­sło­wić. Coś z cza­sów, kiedy go tu jesz­cze nie było, z jego... mło­do­ści? Czy tak? Czuje się prze­cież stary. I młody. Jak może być jed­no­cze­śnie stary i młody?

Kręci mu się w gło­wie, a kiedy spo­gląda na swoje dło­nie, przez chwilę ma wra­że­nie, że należą do kogoś innego. Zaczyna się w niego wkra­dać to samo draż­niące, nie­po­ko­jące uczu­cie, które opa­no­wało go w ambu­la­to­rium.

"Nie dzieje się nic złego - mówi do sie­bie sta­now­czo. - Po pro­stu jesteś zmę­czony".

Rze­czy­wi­ście jest wykoń­czony i od bar­dzo dawna nie widział nieba. Prze­nosi się z bazy do bazy, pro­sto do pozba­wio­nych okien pomiesz­czeń, w któ­rych do grzej­ni­ków przy­kuci są ludzie, sie­dzący w kału­żach wła­snego moczu i krwi, zanim jesz­cze ich dotknie. Jego bez­po­średni prze­ło­żeni jeż­dżą opan­ce­rzo­nymi samo­cho­dami z przy­ciem­nio­nymi szy­bami. W śpi na tyl­nym sie­dze­niu, z Rostową za kie­row­nicą, a kiedy się budzi, czę­sto w ogóle nie pamięta prze­jazdu. Nie potra­fiłby wska­zać głów­nej bazy na mapie i przy­pusz­cza, że wszy­scy wła­śnie tego chcą. Nie ma jak oce­nić upływu czasu w tych ciem­nych celach - może to być pół­noc, połu­dnie albo trze­cia po połu­dniu. Może to być kolejny rok. Kolejne stu­le­cie. Jakie to ma zresztą zna­cze­nie?

- Zastą­pi­cie Fie­do­rowa na tym spo­tka­niu - infor­muje Kar­pow. - Jego kon­takt z MI5 wyje­chał z Anglii przed wer­bun­kiem Fie­do­rowa, uwa­żamy więc, że ni­gdy się nie spo­tkali. Odbie­rze­cie infor­ma­cje, które ma dla niego i wró­ci­cie z nimi tutaj. Wtedy dosta­nie­cie czas na odpo­czy­nek, który wam obie­cano. - Kar­pow uśmie­cha się, wygląda to jed­nak jak nie­udana imi­ta­cja wyrazu twa­rzy, który kie­dyś mu poka­zano, ale któ­rego nie potrafi jesz­cze prze­ko­nu­jąco odtwo­rzyć. - Macie jakieś pyta­nia, agen­cie?

Pro­jekt Fuga. Nazwa ta roz­brzmiewa w jego gło­wie jak słowa pio­senki. Kar­pow mówi dalej, ale przez chwilę W nie jest w sta­nie go zro­zu­mieć. Zupeł­nie jakby zapo­mniał wszyst­kie słowa po rosyj­sku.

- Agen­cie?

- Ja chyba znam tego czło­wieka.

W roz­gląda się, zasta­na­wia­jąc się przez chwilę, kto to powie­dział - aby w końcu uświa­do­mić sobie, że słowa wyszły z jego ust.

Rostowa, na­dal sto­jąca za Kar­po­wem, nie­ru­cho­mieje. Przez moment W wyobraża sobie, jak kobieta sięga pod kurtkę, wyj­muje pisto­let i przy­ci­ska lufę do karku Kar­powa. Ni­gdy w życiu nie zorien­to­wałby się na czas.

Zasty­gły uśmiech Kar­powa nie słab­nie.

- Co takiego?

- Czy ja... - W spo­gląda znów na akta. Zdję­cie wyostrza się, jakby usta­wił obiek­tyw w celow­niku. Widzi kształt nosa męż­czy­zny. Wydatny pod­bró­dek. Oku­lary. - Czy ja go zna­łem?

- Skąd mogli­by­ście go znać? - Ton Kar­powa spra­wia, że pyta­nie brzmi zde­cy­do­wa­nie reto­rycz­nie. - To angiel­ski agent. Ni­gdy nie posta­wił stopy na rosyj­skiej ziemi.

- Daw­niej... - wyrywa się W, ale Kar­pow mu prze­rywa.

- Nie ma żad­nego daw­niej, agen­cie. Jest tylko teraz. Jest tylko ta praca.

- Ale ten czło­wiek... Edward Fle­ming...

Rostowa wciąga ostro powie­trze. W zerka na nią, a ona kręci głową, on jed­nak nie wie, co takiego nie­wła­ści­wego zro­bił.

Kar­pow wbija w W lodo­wate spoj­rze­nie.

- Co powie­dzie­li­ście?

- Tak się nazywa, prawda? - W spo­gląda na kartkę, ale litery jakby się poprze­sta­wiały. Nazwi­sko, które poja­wiło mu się w gło­wie, nie zga­dza się z tym zapi­sa­nym w aktach.

- Jakie nazwi­sko poda­łeś, agen­cie? - pyta Kar­pow.

- Nie pamię­tam. - W patrzy na Rostową, ona jed­nak dalej kręci mocno głową, jakby W sam nie wie­dział, że tra­fił na minę. - Coś mi się pomy­liło.

Kar­pow gwał­tow­nym ruchem zabiera kartkę leżącą przed W. Zdję­cie odcze­pia się i sfruwa na pod­łogę.

- Nic z tego.

Kar­pow wstaje, popra­wia płaszcz i odwraca się sztywno do drzwi. Rostowa zastę­puje mu drogę.

- Zacze­kaj­cie... Zacze­kaj­cie.

Palce Kar­powa zaci­skają się na teczce. Papier gło­śno sze­le­ści.

- Odsuń­cie się, towa­rzyszko.

Rostowa spo­gląda na W, który posłusz­nie spusz­cza wzrok na stół, uda­jąc, że ich nie sły­szy. Kobieta ści­sza głos, ale pokój jest zbyt mały na poufną roz­mowę.

- To tylko potknię­cie. Drobne potknię­cie. Pomyłka. Nawet wasz żoł­nierz nie jest nie­za­wodny, cza­sem coś mu się pomyli.

- Jest już spa­lony - sprze­ci­wia się Kar­pow, ale Rostowa uci­sza go jak dziecko. Kark Kar­powa czer­wie­nieje. - Upły­nęło za dużo czasu. Wie­cie, jaki jest okres pół­tr­wa­nia.

- Nie jest spa­lony - pro­te­stuje Rostowa. - Pojadę z nim. Przy­się­gam, nic się nie sta­nie. Nie jest spa­lony.

- Nie jestem spa­lony - oznaj­mia W.

Spo­glą­dają na niego oboje. Kar­pow zaci­ska zęby i przy­pa­truje się mu przez chwilę, po czym odwraca się do Rosto­wej i pod­nosi palec.

- Jedno potknię­cie...

- Wiem.

- On nie może robić żad­nych błę­dów. Nasz żoł­nierz nie może popeł­niać błę­dów. Jeste­ście zbyt tole­ran­cyjna. Demo­ra­li­zu­je­cie go.

- To wyznacz­cie kogoś innego - rzuca kwa­śno Rostowa. - Zanim ten ktoś pod­pi­sze zobo­wią­za­nie do zacho­wa­nia tajem­nicy i zanim go nauczy­cie, jak nie sikać ze stra­chu, ta oka­zja przej­dzie nam na zawsze koło nosa.

Kar­pow przy­ci­ska jej teczkę do piersi, tak mocno, że Rostowa cofa się o krok.

- Jeśli cokol­wiek pój­dzie nie tak, nie minie tydzień, a będzie­cie sekre­tarką na Łubiance. O ile będzie wam sprzy­jać szczę­ście.

Rostowa kiwa głową.

- Rozu­miem.

Kar­pow patrzy na nią przez chwilę, a potem odwraca się do W. Pod­nosi nese­ser z pod­łogi i sta­wia go na stole.

- Wygląda na to, że macie wspar­cie, agen­cie Wroń­ski - rzuca, otwie­ra­jąc nese­ser. - Zadzi­wia­jące, jak wielki wpływ może mieć dobry ofi­cer pro­wa­dzący.

- Nie jestem spa­lony - powta­rza W.

- Wiemy, agen­cie. Ale na wszelki wypa­dek...

Kar­pow wyj­muje z nese­sera bli­ster i wyci­ska z niego dwie pigułki, czer­woną i białą. Spa­dają na blat - pac, pac - i W myśli o szkla­nych kul­kach na asfal­cie, kocich oczach poły­sku­ją­cych w ostrym świe­tle słońca pod koniec sierp­nia...

W mruga szybko.

- Skoro nie możemy wam dać urlopu, pigułki pomogą wam zacho­wać siły - wyja­śnia Kar­pow. - Zwięk­szą waszą wytrzy­ma­łość pod­czas akcji. Agentka Rostowa będzie dbała o to, żeby­ście je zaży­wali dwa razy dzien­nie.

W wpa­truje się w leki. Coś kłuje go w gło­wie, jak zerwany drut miny. Pigułki o czymś mu przy­po­mi­nają. O czymś, czego nie jest w sta­nie dostrzec przez zama­zaną desz­czem soczewkę pamięci. Coś o sło­wiku.

- Żoł­nie­rzu! - Głos Kar­powa znów przy­wraca go do rze­czy­wi­sto­ści. - Co jest waszym zada­niem?

- Słu­chać roz­ka­zów - odpo­wiada W.

- Wła­śnie.

W zamyka oczy. Ści­ska go w gar­dle.

- Weź pigułki, żoł­nie­rzu - mówi Kar­pow. - Słu­chaj roz­kazu.

W pod­nosi dwie pigułki i połyka je na sucho. Czuje je przez całą ich wędrówkę przez prze­łyk.

Rozdział 3. 1941

Kiedy Bucky otrzy­mał nie­ofi­cjalne wezwa­nie do gabi­netu komen­danta Craw­forda - na papie­rze z nagłów­kiem armii ame­ry­kań­skiej, przy­nie­sione przez kuriera woj­sko­wego, który mówił do niego pod­czas prze­ka­zy­wa­nia pisma "panie Bar­nes", cho­ciaż w przed­dzień wie­czo­rem grali razem w pokera w świe­tlicy - wie­dział, że jest w tara­pa­tach.

Do głowy przy­szło mu od razu kilka spra­wek, któ­rych się dopu­ścił w ubie­głym tygo­dniu i za które mógł zaro­bić od dowódcy ostrą naganę. Być może dosta­nie mu się za to, że poży­czył cadil­laca Craw­forda, żeby zabrać Jenny Men­zel na swinga, a potem odsta­wił go z pustym bakiem. A może za to, że nie prze­ro­bił nic z mate­ria­łów szkoły śred­niej, któ­rymi obie­cał się zająć - może Craw­ford zna­lazł nie­tknięte ćwi­cze­nia do mate­ma­tyki, które Bucky wci­snął pod mate­rac w swoim pokoju w domu komen­danta. Zła­mał obiet­nicę, że będzie się pil­nie uczył, ledwo przy­po­mniał sobie, jak strasz­li­wie nudne były dla niego nie­mal wszyst­kie przed­mioty. A może, jeśli nie będzie afery o te nie­zro­bione ćwi­cze­nia, roz­cho­dziło się o papiery pobo­rowe, które spró­bo­wał jesz­cze raz wsu­nąć do doku­men­ta­cji bazy, uzu­peł­nione o pod­ro­biony pod­pis ofi­cera wer­bun­ko­wego.

Wcho­dząc do gabi­netu Craw­forda, nie spo­dzie­wał się, że na zwy­kle pustym biurku zasta­nie butelki alko­holu, cza­so­pi­sma, opa­ko­wa­nia sło­dy­czy i zie­lony fla­kon dro­giej wody toa­le­to­wej. Duże oczy słod­kiej dziew­czyny wygię­tej w łuk i pozu­ją­cej przed dzio­bem bom­bowca wpa­try­wały się w niego z okładki cza­so­pi­sma. Czer­wone usta roz­chy­lały się w okrą­głym wes­tchnie­niu. "Ojjj - zda­wała się mówić - przy­ła­pa­łeś mnie".

"Już po nas, i po tobie, i po mnie" - pomy­ślał Bucky.

Craw­ford nie pod­niósł wzroku, kiedy chło­pak usiadł naprze­ciwko niego przed biur­kiem. Dowódca odchy­lał się na krze­śle, stopy opie­ra­jąc na szu­fla­dzie, i wpa­try­wał się w krzy­żówkę na skrzy­dełku pisma "Adam". Zła­mał grzbiet maga­zynu i zło­żył go tak, że hoj­nie wypo­sa­żona przez naturę blon­dynka gapiła się na świat pro­sto z reklamy. Wzdłuż jej wygię­tych ple­ców cią­gnęło się hasło DZIEW­CZĘTA GOTOWE DO WALKI! i numer tele­fonu.

Craw­ford stu­kał ołów­kiem o pod­bró­dek, prze­sad­nie pod­kre­śla­jąc swoje zamy­śle­nie, a potem zapy­tał, nie pod­no­sząc wzroku:

- Jakie jest dzie­się­cio­li­te­rowe słowo, ozna­cza­jące ofi­cjalną naganę lub ostrze­że­nie za złe zacho­wa­nie?

Bucky powstrzy­mał się od prze­wró­ce­nia oczami.

- Nie ma tam takiego hasła.

- Zaczyna się na "r" - cią­gnął Craw­ford, jakby Bucky w ogóle się nie ode­zwał. - O ile dobrze odga­dłem pierw­sze słowo tytułu słyn­nej pio­senki Duke'a Elling­tona, któ­rego dal­sza część brzmi "Lit­tle Words".

- "Three Lit­tle Words" - pod­po­wie­dział Bucky. Jego ojciec śpie­wał to matce sie­dzą­cej na przed­nim fotelu w samo­cho­dzie. On i jego sio­stra zawsze byli sadzani z tyłu. Tata brał mamę za rękę, kiedy pio­senka roz­brzmie­wała w radiu, i nucił melo­dię tam, gdzie nie potra­fił zapa­mię­tać słów, choćby nie wiem, ile razy sły­szał ten utwór.

Craw­ford opu­ścił cza­so­pi­smo, tak że widział teraz nad nim Bucky'ego po dru­giej stro­nie biurka.

- James.

Bucky spoj­rzał na niego tak samo chmur­nie i odpo­wie­dział z równą powagą:

- Nicho­las.

Craw­ford wes­tchnął, a potem zamknął pismo i rzu­cił je na blat, na resztę towaru z kon­tra­bandy.

- Od jak dawna pro­wa­dzisz ten prze­kręt?

- Jaki prze­kręt?

- Nie nabie­rzesz mnie, Buck. Wszyst­kiego, co wiesz o takich afe­rach, nauczy­łeś się od swo­jego ojczulka, a wszyst­kiego, co wie­dział on, nauczył się ode mnie. Myślisz, że nie widać w tym jego stylu? Sprze­da­wał centy za dzie­się­cio­cen­tówki, kiedy byli­śmy jesz­cze w pod­sta­wówce! Mówił dzie­cia­kom, że są warte for­tunę, bo zostały wybite w pierw­szy dzień nowego wieku.

- To tak się pozna­li­ście? - zapy­tał Bucky, choć znał praw­dziwą histo­rię: podwórka na przed­mie­ściu Chi­cago sty­ka­jące się tyłami, polu­zo­wana deska w pło­cie, pies, który ni­gdy nie chciał sie­dzieć na uwięzi, i dwóch chłop­ców, któ­rzy gonili za nim w tę i we w tę, aż zapo­mniano, który z dzie­cia­ków należy do któ­rego domu. - Wyda­łeś wszyst­kie oszczęd­no­ści na cen­tówki z początku wieku? Roz­kwa­si­łeś mu nos, kiedy odkry­łeś, że cię zro­bił w konia?

Craw­ford prych­nął.

- Mógłby dostać ode mnie w nos, ow­szem, ale tylko dla­tego, że mnie nie wcią­gnął w ten inte­res. Ale obaj wyro­śli­śmy z takich bzdur, kiedy byli­śmy w twoim wieku. - Prze­su­nął ręką nad biur­kiem. Zaha­czył ręka­wem mun­duru o bute­leczkę z aspi­ryną Bay­era; zachwiała się. - No, mów, Bucky. Skąd się to wszystko wzięło?

Bucky przyj­rzał się kon­tra­ban­dzie, sta­ra­jąc się spra­wiać wra­że­nie, jakby widział to wszystko po raz pierw­szy.

- Zro­bi­li­ście zakupy, kiedy w week­end byli­ście z panią Craw­ford w mie­ście?

Craw­ford splótł dło­nie i oparł się łok­ciami o blat biurka. Mucha latała w kółko obok jego skroni, pod­la­tu­jąc do pagonu na ramie­niu.

- Jeden z naszych zie­lo­niut­kich sze­re­gow­ców przy­szedł, żeby mi powie­dzieć, że zaj­rzał do biblio­teki kom­pa­nii.

Bucky ski­nął poważ­nie głową. "Nie ustę­puj im ani o cal", powta­rzał zawsze jego ojciec. Ta mądrość przy­słu­żyła się Geo­rge'owi Bar­ne­sowi wszę­dzie, od sto­łó­wek szkoły śred­niej po okopy nad Sommą.

- Mądrze z jego strony. Sły­sza­łem, że pod­sta­wowe szko­le­nie może wykoń­czyć, jeśli czło­wiek nie znaj­dzie jakie­goś spo­sobu, żeby ćwi­czyć też mózg.

- Powie­dział, że za Panią Bovary zna­lazł butelkę bacardi.

Bucky wytrzesz­czył oczy. Miał nadzieję, że wygląda na zbul­wer­so­wa­nego.

- Dziwne - stwier­dził.

Craw­ford wsu­nął palec pod węzeł kra­wata i polu­zo­wał go nieco. Pot zosta­wił ciemną długą plamę pod jego koł­nie­rzy­kiem. Mieli dopiero czer­wiec, ale powie­trze w Wir­gi­nii już było parne.

- A kiedy zapy­tał o to jed­nego z chłop­ców, tam­ten powie­dział, że dzie­ciak z kom­pa­nii wymyka się dla nich do mia­sta i przy­nosi wszyst­kie towary z prze­mytu, któ­rych nie można kupić w bazie. I bie­rze tylko pięć­dzie­siąt cen­tów za taką usługę. A mnie do głowy przy­cho­dzi tylko jeden dzie­ciak z kom­pa­nii, który lubi co tydzień jeź­dzić do Arling­ton po komiksy, do któ­rych na moich oczach ni­gdy nie zaglą­dał. - Craw­ford nachy­lił się, miaż­dżąc pod łok­ciem paczuszkę z gumą do żucia. - Więc pytam cię jesz­cze raz: jak długo pro­wa­dzisz ten prze­kręt?

Bucky spoj­rzał na wen­ty­la­tor. Sil­ni­czek skrzy­piał przy każ­dym sła­bym obro­cie.

- To nie prze­kręt, tylko inte­res.

- W porządku. Inte­res. - Craw­ford pod­niósł butelkę whi­skey i zwa­żył ją w dłoni, przy­glą­da­jąc się ety­kietce. - To nie jest tani alko­hol.

- Dla naszych chłop­ców w mun­du­rach tylko to, co naj­lep­sze.

- Czyli pięć­dzie­siąt cen­tów za wyprawę. - Craw­ford nary­so­wał tę liczbę w powie­trzu i dodał znak mno­że­nia. - Ile zaro­bi­łeś?

Bucky wsu­nął dło­nie pod uda.

- A ma to jakieś zna­cze­nie?

- Podaj mi przy­bli­żoną kwotę. Dzie­sięć dolców? Dwa­dzie­ścia?

Bucky potarł sobie ręką pod­bró­dek. Mucha, która krę­ciła się koło ramie­nia Craw­forda, teraz szy­bo­wała w prą­dzie powie­trza z wen­ty­la­tora.

- Pięć­dzie­siąt? - przy­na­glił go Craw­ford. - Pro­szę, powiedz mi, że nie wię­cej niż pięć­dzie­siąt. - Kiedy Bucky nie odpo­wie­dział, Craw­ford ciężko wes­tchnął i ści­snął pal­cami nasadę nosa. - Wpę­dzisz mnie do grobu, Buck.

- Niech pan tak nie mówi - zapro­te­sto­wał Bucky. A potem dodał: - To będzie zawał, je pan za dużo masła.

Craw­for­dowi zadrgały w uśmie­chu usta.

- Dobra, mądralo, chcesz ze mną zawrzeć umowę?

- Myśla­łem, że armia nie nego­cjuje z wal­czą­cymi po prze­ciw­nej stro­nie.

- Opo­wiesz mi o tym swoim inte­re­sie, a ja pozwolę zatrzy­mać ci zaro­bione pie­nią­dze. Zgoda?

Bucky zasta­no­wił się nad pro­po­zy­cją. Został przy­ci­śnięty do muru, to aku­rat wie­dział, i ist­niało nikłe praw­do­po­do­bień­stwo, że zdoła kie­dy­kol­wiek na nowo roz­krę­cić tę ope­ra­cję, nawet kiedy w Camp Lehigh pojawi się nowy plu­ton sze­re­go­wych. Biblio­teka była spa­lona, a Craw­ford będzie miał teraz Bucky'ego na oku. Powie też sier­żan­tom, żeby go pil­nie obser­wo­wali - ci, któ­rzy zawsze wyda­wali się żywić nadzieję, że żoł­nie­rze zro­bią coś złego, żeby tylko mieć legalną wymówkę do wymie­rze­nia zgod­nej z pra­wem kary, będą ska­kać pod nie­biosa. A on zaro­bił nie­mal tyle pie­nię­dzy, żeby dać zaliczkę na moto­cykl. Nie miał prawa jazdy, ale jeden z synów mle­cza­rza w Arling­ton zgo­dził się mu sprze­dać swoje pod sto­łem.

Mucha wylą­do­wała na brzegu pudełka z bato­nami, trze­po­cząc skrzy­deł­kami.

- W porządku. - Bucky pod­niósł nie­tkniętą butelkę coca-coli z pobo­jo­wi­ska na biurku i o jego kra­wędź pod­wa­żył kap­sel. Gdyby sądził, że mu się to upie­cze, się­gnąłby po whi­skey, ale powieki Craw­forda i tak już drgały z iry­ta­cji. Lepiej nie kusić losu. - Co chce pan wie­dzieć?

- Kto jesz­cze się tym zaj­muje? - zapy­tał Craw­ford.

- Nikt. Tylko ja.

- To dla któ­rych żoł­nie­rzy z mojego obozu prze­my­casz alko­hol?

Bucky wzru­szył ramio­nami, bio­rąc długi łyk coca-coli. Miała tem­pe­ra­turę poko­jową i nijaki smak, tro­chę zbyt medyczny jak na butelkę wypro­du­ko­waną w tym stu­le­ciu.

- Nie wiem. - odparł. Craw­ford zmie­rzył go wzro­kiem, ale Bucky uniósł ręce. - Naprawdę! Niczego nie ukry­wam. Nie znam żad­nych nazwisk.

- A jak to jest moż­liwe, że nie znasz nazwisk męż­czyzn, dla któ­rych prze­my­casz te rze­czy? - Craw­ford poka­zał na niego dłu­gim cukier­kiem jak wskaź­ni­kiem. - Znasz każ­dego żoł­nie­rza w bazie.

- Każdy z chłop­ców ma książkę w biblio­tece. - Bucky pod­niósł jesz­cze raz butelkę, ale się roz­my­ślił i odsta­wił ją na biurko. Craw­ford wsu­nął pod nią jedną z pocz­tó­wek z pin-up girls, jak pod­stawkę. - Wkła­dają tam co tydzień pie­nią­dze, a ja kupuję to, co zama­wiają.

- A skąd wiesz, co zama­wiają? - nie ustę­po­wał Craw­ford.

- Zagi­nają stronę odpo­wia­da­jącą pozy­cji z listy.

Craw­ford potarł sobie skro­nie.

- Jest lista?

- Na wewnętrz­nej stro­nie przed­niej okładki Wojny i pokoju. Uzna­łem, że nikt ni­gdy tam nie zagląda. Brzmi to teraz tro­chę iro­nicz­nie... Czyli na przy­kład jeden z chłop­ców chce paczkę cukier­ków Mike and Ikes. Spraw­dzają na liście, widzą, że te cukierki to strona sie­dem. Biorą swoją książkę, zagi­nają róg strony siód­mej i odkła­dają ją na wózek, z któ­rego książki wra­cają na półki. Jeśli ktoś chce dwa opa­ko­wa­nia, zagina kartkę dwa razy. Żadne mecyje.

- A kto sprze­daje ci alko­hol? Masz tylko... Wiesz co, nie­ważne. Nie chcę wie­dzieć. - Craw­ford rzu­cił na biurko cukie­rek, który poto­czył się po bla­cie, sze­lesz­cząc opa­ko­wa­niem. - Czyli, jak rozu­miem, pro­wa­dzisz od mie­sięcy tajną ope­ra­cję w mojej kom­pa­nii, uży­wa­jąc szy­fru, który wymy­śli­łeś, wyko­rzy­stu­jąc książki z biblio­teki, żeby prze­my­cać dla żoł­nie­rzy arty­kuły nie­do­stępne w bazie?

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki