Zimowy domek - Judith Lennox

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Od tamtej pory Robin nie znosiła śniegu. Padało od świtu; do jedenastej przed południem, kiedy nadeszły telegramy, znajomy londyński krajobraz pokrył się bielą.

Rodzice wyszli z domu na cały dzień i nikt nie otworzył depesz. Leżały na stole w hallu: groźne i złowróżbne. Codzienne zajęcia Robin przebiegały zwykłym trybem: najpierw poranne lekcje z panną Smith, następnie lunch i odpoczynek, a potem popołudniowy spacer w parku. Do wpół do ósmej wieczorem, to jest do czasu pójścia do łóżka, Robin uspokajała siebie, że wszystko jest w porządku. Czyż życie mogłoby się normalnie toczyć, gdyby Steviego lub Hugha spotkało coś złego?

Często zastanawiała się potem, co ją obudziło. Na pewno nie był to lament zrozpaczonej matki - mieszkali w przestronnym domu o zbyt solidnych ścianach, aby jej płacz mógł dotrzeć do sypialni córki. Robin, nagle wyrwana ze snu, wstała z łóżka i w nocnej koszuli cicho zeszła po schodach. Hall był słabo oświetlony jedną elektryczną lampą.

- Stevie... Hugh... obaj... - Robin ledwo rozpoznała głos matki.

- Musimy o świcie pojechać do szpitala, najdroższa.

- Moi synowie... moi piękni synowie!

Palce Robin zsunęły się z klamki w drzwiach salonu. Wycofała się z korytarza do jadalni i przez podwójne, francuskie drzwi wyszła na taras. Nie przerwała jednak wędrówki; małymi, bosymi stopami zawzięcie dreptała po śniegu, dopóki nie dotarła do końca ogrodu.

Stanęła wśród rododendronów oraz palenisk po rozpalanych kiedyś ogniskach i obejrzała się w stronę budynku. Śnieg przestał wreszcie padać, a na czarnym niebie świecił złowieszczo pomarańczowożółty księżyc. Dom, który znała przez siedem lat swojego życia, wyglądał obco. Pobielony śniegiem, odcinał się w burym świetle ostrym konturem i był zmieniony nie do poznania. Robin miała wrażenie, że wszystko uległo przeobrażeniu - że zima wtargnęła do środka poprzez cegły i dachówkę, i skuła mrozem jego wnętrze.

Powiedziano jej, że Stevie nigdy nie wróci z Flandrii, a Hugh przyjedzie do domu, gdy tylko trochę lepiej się poczuje. Richard i Daisy Summerhayesowie zostawili Robin pod opieką panny Smith i niezwłocznie pojechali do szpitala, gdzie ich syn walczył o życie. Potem upływający czas był odmierzany powolną rekonwalescencją Hugha. Żyli, nieustannie balansując pomiędzy nadzieją a rozpaczą. Nadejście telegramów zapoczątkowało mroczny okres. Uroczystość żałobna, poświęcona pamięci Stevena, była dla Robin mieszaniną kwiatów, hymnów i łez. I nie miała nic wspólnego ze Steviem - z jej pogodnym, ukochanym najstarszym bratem. Potem, gdy Hugh po chorobie po raz pierwszy stanął na nogach i wrócił ze szpitala do domu, we wszystkich wstąpił optymizm. Jego ponowny kryzys zdrowotny rozpoczął kolejny etap przygnębienia. Wszystko zmieniło się, gdy brat powtórnie opuścił szpital: członkowie rodziny ze szczególną pieczołowitością dbali o porządek w domu, ponieważ bałagan zatrważał Hugha i napełniał go odrazą. Richard Summerhayes wyrzekł się swoich politycznych ambicji, a aspiracje, które wiązał z synami, przeniósł na córkę. Postanowił, że Robin zamiast Stevena i Hugha pojedzie do Cambridge, gdzie, podobnie jak on sam, będzie studiować filologię klasyczną. Sznur gości w londyńskim domu Summerhayesów - przybywających na wieczory poświęcone śpiewaniu madrygałów, czytaniu poezji i politycznym debatom - został skrócony, ponieważ Hugh nie znosił hałasu. Richard kupił samochód, by wyrwać syna z kokonu zacisza domowego. Wesołe dotychczas i gwarne życie rodziny uległo znacznemu wyciszeniu; stało się spokojne i wypełnione troską.

Pomimo to Hugh wciąż nie wracał do zdrowia. Domowy lekarz w rozmowach z Richardem i Daisy podkreślał, że ich synowi nade wszystko potrzebny jest wypoczynek i spokój. Richard Summerhayes zaczął się rozglądać za nową pracą i w końcu otrzymał propozycję nauczania filologii klasycznej w męskim gimnazjum w Cambridge. Przyjął posadę, pomimo pensji niższej od dotychczas otrzymywanej, gdyż za tą decyzją przemawiała przeprowadzka w rejon opustoszałych i bagiennych terenów wschodniej Anglii.

Zaorane pola były czarnymi, płaskimi kwadratami. Szare cienie zamazywały obraz grobli i stad bydła. Koleiny i osłonięte brzegi rzek wciąż pokrywał szron, a słońca, jeśli w ogóle wzeszło tamtego dnia, nie było widać.

Samochód podskakiwał i klekotał na wyboistej drodze. W tym równinnym terenie Robin Summerhayes dostrzegła dom na długo przedtem, nim do niego dotarli. W miarę zbliżania się do żółtego budynku w kształcie równoległościanu narastała w niej niechęć. I przez całą podróż, aż do momentu kiedy ojciec zaparkował pojazd, musiała zagryzać usta, aby powstrzymać się przed wyrażeniem dezaprobaty.

Rodzice, jak zwykle, troszczyli się głównie o Hugha. Próbowali odgadnąć, tak aby go nie niepokoić, jak jego roztrzęsione nerwy zniosły podróż. Robin zmierzyła wzrokiem budynek. Z czterema oknami oraz drzwiami od frontu przywodził na myśl pudełko albo dom z dziecinnego rysunku. Hall wejściowy przechodził w wąski i mroczny korytarz, który prowadził do kuchni, jadalni, salonu i gabinetu. Meble stały już na swoich miejscach, lecz każdy wolny metr kwadratowy podłogi był zastawiony skrzyniami z porcelaną, pościelą, odzieżą i książkami.

- Oto twoja sypialnia, Robin - oświadczyła pogodnie Daisy Summerhayes, otwierając drzwi na piętrze.

Pokój, podobnie jak i cała farma Blackmere, miał zimny i ponury wygląd pomieszczenia, które zbyt długo stało puste. Tapety były spłowiałe i żaden z mebli, tak dobrze znanych Robin, nie pasował do tego wnętrza.

- Ściany oczywiście wymagają odmalowania - dodała Daisy. - I uszyję nowe firanki. Co sądzisz o swojej nowej sypialni kochanie? Będzie śliczna, prawda?

Robin miała ochotę krzyknąć: "Jest okropna! Nie znoszę tego miejsca!". Nie zrobiła tego jednak przez wzgląd na biednego Hugha. Mruknęła tylko niegrzecznie pod nosem: "Może być" i wybiegła z pokoju.

Na farmie Blackmere nie było elektryczności, gazu ani bieżącej wody. Na półkach w pomywalni stały rzędy naftowych lamp, a do pojedynczego kranu nad fajansowym zlewem była doprowadzona woda ze studni na zewnątrz. Robin gwałtownie otworzyła drzwi do ogrodu i pomyślała ze złością, że Summerhayesowie rozstając się z Londynem, pożegnali się również z cywilizacją.

Z ponurą miną rozejrzała się dookoła, ogarniając wzrokiem rozległe, zaniedbane trawniki i podmokłe grządki kwiatowe. W oddali widniała linia horyzontu, a czarne pola w równinnym terenie zlewały się z chmurami. Robin pobiegła przez wysoką trawę w stronę wąskiej, srebrzącej się wstążki, przemaczając pończochy i buty. Zatrzymała się nad brzegiem rzeki i spojrzała w dół na czystą, ciemną wodę pośród sitowia. Przez moment wyobrażała sobie tutaj uroki kąpieli latem. Zaraz jednak odsunęła od siebie tę wizję i pomyślała o Londynie. Kochała hałas i ruch uliczny, a jej obecny dom zdawał się być porzucony na ogromnej, bezludnej pustyni. Nie, nie na pustyni - tutaj wszystko ociekało wodą i chlupotało - raczej na mokradłach. Rozejrzała się po okolicy, nie dostrzegając w pobliżu żadnego budynku ani żywej duszy.

Spostrzeżenie to nie w pełni odpowiadało prawdzie. W dole nad rzeką stała przestronna, drewniana chata. Robin skierowała się w jej stronę, brnąc w błocie wzdłuż brzegu.

Ponad wodą, w miejscu, gdzie rzeka tworzyła głębokie, owalne, porośnięte szuwarami rozlewisko, sterczała zadaszona weranda. Robin wdrapała się na nią. Winna latorośl wiła się wokół balustrad, tworząc girlandy, oplatała oszlifowane deski i spływała na okna niczym kotary. Robin przetarła rękawem brudną szybę i zajrzała do środka, po czym przekręciła gałkę w drzwiach. Ku jej ogromnemu zdumieniu ustąpiły, skrzypiąc i rwąc gałązki winorośli. Pajęczyny, zdobiące wejście festonami, oblepiły włosy Robin, gdy weszła w głąb drewniaka. Po podłodze przebiegło jakieś małe i ciemne stworzenie.

Robin w pierwszej chwili pomyślała, że to dom letniskowy, zaraz jednak odrzuciła to przypuszczenie. Na samym środku izby stał żeliwny piec. Uklękła przed nim i otworzyła zardzewiałe drzwiczki. Na kolana wysypał się jej popiół. Domy letniskowe nie miały pieców na węgiel.

Ścianę za kominem zapełniały rzędy półek z książkami. Po drugiej stronie pomieszczenia wisiało upstrzone przez muchy lustro oprawione w duże, płaskie muszle. Robin przejrzała się w nim i puściła wodze fantazji. Wyobraziła sobie, że zaraz w zwierciadle pojawi się obca twarz - należąca do osoby, która sypiała w żelaznym łóżku stojącym pod ścianą i zwykła się wygrzewać przy piecu węglowym. Zobaczyła jednak tylko własne odbicie - ciemnopiwne oczy, jasnobrązowe włosy i szarą smugę pajęczyny na policzku. Usiadła na łóżku, naciągnęła sweter na kolana i oparła brodę na dłoniach. Kiedy z oddali dobiegły ją strzępy rozmowy ojca i Hugha, znowu powróciła myślami do owego straszliwego dnia w 1918 roku. Pomimo upływu sześciu lat pamiętała go z zatrważającą przejrzystością. Ów dzień, kiedy otrzymali telegramy. Tak wiele wydarzyło się od tamtego czasu. Oboje z ojcem stali się pacyfistami. Tutejsza zsyłka również była bezpośrednią konsekwencją tamtej daty. Robin minął gniew i gdy usłyszała na dworze kroki, otarła rękawem oczy.

- Ach, tutaj się schowałaś, Rob - rzekł Hugh, zaglądając do środka. - Cóż za ponura dziura!

Hugh był od niej o trzydzieści centymetrów wyższy, jego faliste włosy miały jaśniejszy odcień, a orzechowe oczy w szczupłej twarzy o wystających kościach policzkowych i orlim nosie były głębiej osadzone niż oczy siostry.

- Chciałabym, żeby należała do mnie.

Hugh zdawał się mieć wątpliwości. Omiótł wzrokiem piec, łóżko i werandę.

- Ten drewniak musiał być zbudowany dla jakiejś suchotnicy. Biedaczka pewnie mieszkała w nim przez cały rok.

Hugh założył, podobnie jak ona, że poprzednia lokatorka była kobietą. Być może wpływ na jego opinię miało lustro.

- To dom na zimę, prawda, Hugh? A nie letniskowy.

Hugh wyszczerzył w uśmiechu zęby, lecz wyglądał mizernie i najwyraźniej był zmęczony.

- Powinno się go rozebrać i spalić, Robin. W końcu... gruźlica....

- Odczyszczę go. Wyszoruję każdy centymetr kwadratowy środkami dezynfekcyjnymi!

W okolicy oka Hugha zadrgał mały mięsień. Robin wzięła brata za rękę i wyprowadziła na werandę.

- Spójrz - wyszeptała.

Świat leżał u ich stóp. Szron obrębił frędzlami trzciny i utworzył z każdej wiechy małe proporce. Poprzez pierzaste, szare chmury przezierały promienie słońca, a w ciemnej wodnej tafli poniżej werandy odbijały się, jak w zwierciadle, szuwary, słońce i niebo.

- Latem kupimy sobie łódź - powiedziała Robin. - I wiecznie będziemy nią żeglować. Zatracimy się w tej naszej żegludze.

Hugh skierował wzrok na siostrę i się uśmiechnął.

Skazana na zesłanie Robin zbierała różne rzeczy i gromadziła je w zimowym domu: kosze perłowych muszli, słoje po dżemach, jeżące się długimi piórami z ptasich ogonów, łamliwą i suchą skórę zrzuconą przez węża oraz czaszkę królika - z cienkiej i białej jak papier kości. Skwapliwie wychwytywała również informacje o ludziach, a nieposkromiona ciekawość i przemożna potrzeba poznania życia innych często narażała ją na reprymendy ze strony Daisy: "Przestań się gapić, Robin! To niegrzeczne! I jak możesz zadawać podobne pytania!". Niepoprawna Robin nadal jednak wdawała się w rozmowy z kobietą, która przychodziła sprzątać, z człowiekiem, który zbierał witki łoziny nad rzeką i robił z nich pułapki na węgorze, oraz z domokrążcą, który na skutek wybuchu stracił nogę i wędrował z miasta do miasta, sprzedając wieszaki oraz zapałki.

Często dyskutowała również z Helen i Mają. Maję Read poznała w szkole, w czasie pierwszego semestru, a Helen następnego lata podczas przejażdżki rowerowej po Fens. Maja była ciemnowłosa, piękna i elegancka - nawet w okropnym, szkolnym fartuchu. Bystra, wyznawała skrycie wywrotowe poglądy i, w przeciwieństwie do Robin, zupełnie nie interesowała się polityką. Helen mieszkała w sąsiedniej wiosce: w Thorpe Fen. Gdy Robin spotkała ją po raz pierwszy, Helen wracała do domu z przystanku autobusowego i miała na sobie białą sukienkę, białe rękawiczki oraz kapelusz z rodzaju tych, jakie matka Robin nosiła przed wojną.

- Zapewne panienka uczęszcza na msze do Świętego Łukasza, panno Summerhayes. Przypuszczam, że macie tam bliżej z farmy Blackmere.

Robin prowadziła rower wzdłuż porytej koleinami drogi.

- Nie chodzimy do kościoła. Jesteśmy agnostykami. Religię postrzegamy jedynie jako środek służący utrzymaniu porządku społecznego - oświadczyła w chwili, gdy zarumieniona Helen dotarła do dużego domu z żółtej cegły i pchnęła furtkę, nad którą widniał napis: Plebania.

A jednak, mimo wszystko, ich przyjaźń przetrwała. Maja i Helen stały się niemal członkami rodziny w ruchliwym domu Summerhayesów. Robin często zwykła myśleć o zażyłych stosunkach ich trójki jako o rekompensacie życia pośród okropnych mokradeł wschodniej Anglii.

Wiosną 1928 roku wylegiwały się na werandzie zimowego domu w ciepłych promieniach słońca i ze zniecierpliwieniem wypatrywały wolności.

- Pozostał nam jeszcze tylko jeden semestr nauki - powiedziała Robin. Siedziała oparta plecami o ścianę, obejmowała się rękami za kolana i żuła kosmyk włosów. - Wkrótce osiągniemy pełnoletność. Nie będzie więcej hokeja na trawie, śmiesznych szkolnych reguł ani przepisów.

- Bogato wyjdę za mąż - oświadczyła Maja. - Zamieszkam w ogromnym domu z tuzinem służby. Kolekcja mojej garderoby będzie bardzo szeroka - od Vionneta i Fortuny po Chanel... - Jasnobłękitne oczy Mai były półprzymknięte, a gra słonecznych cieni podkreślała jej śliczny profil. - I mężczyźni zawsze będą we mnie zakochani po uszy.

- Już to robią - zauważyła cierpko Robin. Spacerowanie z Mają po Cambridge było kłopotliwe: głowy obracały się za nią, a gońcy spadali z rowerów. Zasłoniła przed słońcem oczy i spojrzała na rzekę.

- Pójdę po kostium kąpielowy. Jestem pewna, że woda jest już dostatecznie ciepła.

Jak strzała przemknęła przez ogród i wpadła do domu. W swoim pokoju zrzuciła ubranie i włożyła szkolny kostium kąpielowy - czarny i luźny, z wyszytym na plecach napisem: "R. Summerhayes". Gdy biegła z powrotem przez trawnik, doszedł ją z werandy głos Helen:

- Chciałabym jedynie mieć własny, mały domek. Nic wielkiego. No i, oczywiście, dzieci.

- Nigdy nie zdecyduję się na dzieci. - Maja zsunęła pończochy i wystawiła gołe nogi na słońce. - Po prostu ich nie znoszę.

- Tato zapowiedział, że zwolni panią Lunt. Jest alkoholiczką. Sądzę, że zdołałaby udobruchać ojca, gdyby się tylko wyrzekła napojów wyskokowych. - Głos Helen stał się przytłumiony. Robin pokonywała drewniane schody, biorąc po dwa stopnie naraz.

- Tato uważa, że jestem wystarczająco dorosła, aby się zająć prowadzeniem domu. W końcu mam już osiemnaście lat.

- Nie będziesz chyba... odkurzać ornamentów ani prowadzić went dobroczynnych. - Robin wpatrywała się z trwogą w koleżankę. - Nie pozwolę ci na to, Helen. To wykluczone. Po moim trupie!

- Nie będę tego robić do końca życia. Tylko do czasu, kiedy nie znajdziemy innego rozwiązania. Poza tym lubię pisanie listów i papierkową robotę. Tato obiecał, że kupi maszynę do pisania.

- Nie możemy tracić ze sobą kontaktu. - Robin zanurkowała pod balustradą werandy i stanęła na czubkach palców ponad ciemną, szklistą powierzchnią. - Musimy sobie przyrzec, że wspólnie będziemy świętować każdy przełomowy moment w naszym kobiecym życiu.

Puściła się uchwytu i wskoczyła do wody. Ziąb niemal pozbawił ją tchu, a kiedy otworzyła oczy, zobaczyła połyskujące w górze mętne, zielone światło. Przebiła taflę, wynurzyła się na słońce i potrząsnęła głową, rozpryskując wokół siebie fontannę kryształowych kropli.

- Będziemy uroczyście obchodzić podjęcie przez każdą z nas pierwszej pracy zarobkowej - zaproponowała Maja.

- I zawarcie małżeństwa.

- Nie zamierzam wychodzić za mąż - oświadczyła Robin, brnąc po wodzie i odrzucając do tyłu mokre włosy.

- W takim razie utratę cnoty - zasugerowała Maja, szczerząc w uśmiechu zęby. Ściągnęła przez głowę szkolny fartuch i powiesiła go na balustradzie werandy.

- Maju - szepnęła ze zgrozą Helen, nie odrywając od niej oczu. - Nie możesz...

- Ja nie mogę? - Maja rozpięła bluzkę, zdjęła ją, starannie złożyła i powiesiła obok fartucha. A potem się wyprostowała, wysoka i długonoga, stojąc w samej tylko kombinacji.

- Chyba zamierzasz stracić cnotę, co, Robin?

Helen odwróciła wzrok zarumieniona i zażenowana. Robin, płynąc na plecach, zmierzała na drugą stronę stawu.

- Myślę, że tak. Jeśli spotkam takiego mężczyznę, który nie będzie oczekiwał ode mnie prania koszul ani przyszywania guzików tylko dlatego, że się we mnie zakocha.

Skok Mai był czysty, a jej wygięte w łuk ciało zaledwie musnęło powierzchnię wody. Podpłynęła do przyjaciółki.

- Nie sądzę, żeby jakiś mężczyzna oczekiwał tego od ciebie, Robin, kochanie. - I pstryknęła odpięty guzik, który zwisał z ramienia skomplikowanego stroju kąpielowego koleżanki.

- A zatem strata cnoty i podjęcie pierwszej pracy zarobkowej. Co jeszcze?

- Zagraniczna podróż - zaproponowała Helen z werandy. - Uwielbiam podróżować. A najdalej gdzie byłam to Cambridge.

Robin ogarnęło podniecenie połączone z frustracją. Oto świat stał przed nimi otworem, a ją czekały lata nauki łaciny i greki.

- A jakie ty masz plany, Robin, skoro nie zamierzasz wychodzić za mąż?

- Ukończę Girton, jak sądzę.

Gdy ojciec powiadomił ją, że zdała egzamin i przyznano jej stypendium, nie odczuwała normalnego w tej sytuacji uniesienia, lecz wpadła w ponury nastrój. Pływała teraz po obwodzie stawu. Przez głowę przesuwały się jej przelotne obrazy: nędzne chałupy najemników rolnych w Fens, triumfalne radiowe informacje o zakończeniu strajku generalnego i świadomość w czasie przechadzek po Cambridge, że mnóstwo młodszych od niej dziewczyn wykonuje za nędzne grosze w nienormowanym wymiarze godzin podłą pracę. Nadal często ogarniał ją gniew, podobnie jak ekscytacja czy poczucie zawodu.

- Robin zamierza zmienić świat, prawda?

W głosie Mai zabrzmiała sarkastyczna nuta. Robin jednak wzruszyła tylko ramionami, a potem podpłynęła do werandy i podniosła wzrok.

- Przyłącz się do nas, Helen. Nauczę cię pływać.

Helen potrząsnęła przecząco głową. Jej twarz, okolona złotymi lokami i osłonięta słomkowym kapeluszem z szerokim rondem, wyrażała jednocześnie lęk i chęć podjęcia próby.

- Mogę trochę powiosłować.

Zniknęła w głębi zimowego domu i zjawiła się kilka minut później bosa. Chroniąc przed zamoczeniem obszerne białe spódnice i halki, przycupnęła na krawędzi werandy i ostrożnie zanurzyła stopę w wodzie. Zaparło jej dech.

- Straszliwie zimna! Nie pojmuję, jak możecie w niej wytrzymać.

Hugh zmierzał przez trawnik w ich stronę. Robin przywołała go skinieniem. Helen, rumieniąc się, wyjęła nogę z wody i obciągnęła spódnicę, a Maja, pomimo mokrego stanika, który oblepiał jej szczupłe ciało, podpłynęła do brata koleżanki.

- Zamierzasz wejść do wody, drogi Hughu? - spytała z uśmiechem.

- Jesteście niepoczytalne. Kto to słyszał, żeby się kąpać w kwietniu! Przemarzniecie na kość!

Jego głos doleciał do Robin, gdy nurkowała w najgłębszej części stawu. Zaczerpnęła powietrza i ponownie się zanurzyła, schodząc pomiędzy szuwarami głęboko pod wodę, dopóki jej skostniałe z zimna palce nie dotknęły czegoś do połowy zakopanego w piaszczystym dnie.

Poszybowała w górę, wyskoczyła ponad powierzchnię i złapała głęboki wdech. Miała pobielałe palce i posiniałe paznokcie, ale na jej dłoni leżał małż słodkowodny o skorupie podobnej do tych, które zdobiły lustro w zimowym domu.

- Jeśli chcesz, odwiozę cię na plebanię, Helen. A ty, Maju, zostaniesz u nas na kolacji, prawda?

W sypialni matki Robin zdjęła spódnicę oraz bluzkę i rzuciła je na podłogę. A potem wciągnęła przed głowę nową sukienkę z ciemnobrązowego aksamitu. Niechętnie przejrzała się w lustrze. Kreacja sięgała kolan i była piękna: z opuszczonym stanem i z kremową lamówką przy szyi oraz przy rękawach.

- Jak ci się podoba?

- Jest śliczna. - Robin miała jednak zrozpaczoną minę. - Nie chodzi o sukienkę, lecz o mnie. Żałuję, że nie dorównuję wzrostem Mai ani że nie mam biustu Helen. Spójrz tylko na mnie. Jestem niska, chuda i mam mysi kolor włosów.

Daisy, z ustami pełnymi szpilek, zaczęła podwijać brzeg sukni, klęcząc na podłodze.

- Myślisz mamo, że jeszcze urosnę?

Daisy pokręciła przecząco głową. Robin westchnęła.

- Gdy skończysz szkołę, będziesz mogła nosić obcasy - mruknęła matka.

Zza okna dobiegł je odgłos zajeżdżającego pod dom samochodu. Robin odchyliła firankę i obserwowała, jak Hugh wysiada z auta i kuśtykając, wprowadza do domu zaproszonych na weekend gości.

- Hugh powiedział Richardowi, że chciałby się zająć udzielaniem prywatnych lekcji.

- Och... - Robin uśmiechnęła się szeroko i uścisnęła matkę.

Daisy wróciła do swoich szpilek.

- Gdyby tylko poznał jakąś miłą dziewczynę.

- Sądzę, że się ożeni z Helen. Oboje doskonale się rozumieją. A Helen nie interesuje nic innego, jak tylko posiadanie męża i dzieci.

- Po twoim tonie, droga Robin, można by sądzić, że małżeństwo i macierzyństwo są ambicjami niestosownymi dla kobiety.

- Małżeństwo - powiedziała Robin pogardliwym tonem. - Zakupy, szycie i gotowanie. Utrata niezależności. I mąż wydzielający pieniądze - jak dziecku albo jak służącej.

Jej twarz poczerwieniała, gdy ściągała sukienkę przez głowę. Nawet jej ojciec, socjalista i zagorzały poplecznik kobiecych praw, wręczał Daisy co tydzień kwotę na prowadzenie domu oraz comiesięczne kieszonkowe, aby się mogła ubrać. Daisy stała obrócona plecami do córki. Robin ogarnęło poczucie winy, gdy uświadomiła sobie własny nietakt.

Tego wieczoru na kolacji było dziesięć osób: czworo Summerhayesów, Maja, Merlin Sedburgh - artysta, Philip Shaw - stary przyjaciel Hugha jeszcze ze szkolnych czasów, Ted i Mary Warburtonowie z Federacji Socjaldemokratów z Cambridge oraz Persia Mortimer, która była druhną na ślubie Daisy. Persia zwykle obwieszała się paciorkami, nosiła indiańskie przepaski i szokowała wszystkich uczesaniem. Merlin (którego Robin znała od zawsze) nie znosił Persii i nawet nie starał się tego ukryć. Robin śmieszył fakt, że przyjaciółka matki zdawała się nie zauważać tej antypatii.

- Słyszałam, że przerzuciłeś się na krajobrazy, drogi Merlinie - powiedziała przy puddingu.

Merlin bąknął coś pod nosem, nie odrywając oczu od Mai. Gapił się na nią przez cały wieczór.

- Pejzaże dają wielkie możliwości, prawda? Czyż ktoś kiedyś zdołał do końca wyeksploatować widok?

Merlin zmrużył oczy i zapalił papierosa. Był rosłym mężczyzną o ciemnych, siwiejących i wiecznie potarganych włosach, a jego marynarki często świeciły na łokciach dziurami. Daisy karmiła go i łatała jego odzież. Była jedyną osobą, wobec której nigdy nie zachowywał się grubiańsko.

- Wyeksploatować? - powtórzył Merlin, odwracając się w stronę Persii.

- No cóż, malarstwo to rodzaj prostytucji, nie sądzisz? - Persia wyciągnęła rękaw z biszkoptu w winie z kremem.

Kąciki ust Richarda Summerhayesa zadrgały.

- Być może uwaga Persii ma związek z twoim ostatnim wernisażem, Merlinie.

Richard, Daisy i Robin pojechali do Londynu, aby obejrzeć nowe prace Merlina. Wystawa była zatytułowana: "Akty na strychu" i przedstawiała tę samą modelkę w różnych pozach na tle przestronnego, lecz ponurego poddasza artysty.

- Nie mówię o malarstwie symbolicznym. Mam na myśli portrety... grupy rodzinne... no i oczywiście kobiece akty - powiedziała Persia. - Są natrętne. Tego rodzaju twórczość to wchodzenie z kaloszami do duszy widza. Dlatego wolę moje obrazy abstrakcyjne.

Persia wykonywała gigantyczne dzieła z naklejanych na płótno skrawków materiałów i jej prace cieszyły się dużą popularnością w pewnych kręgach Bloomsbury.

Do rozmowy włączyła się Maja:

- Gdybym na przykład pozowała dla Merlina... czy oznaczałoby to, zdaniem pani, że się prostytuuję?

Persia dotknęła ręki Mai.

- W sensie metaforycznym, tak, kochanie.

Merlin prychnął.

- Lecz jeśli dokonałam wyboru...

- Aha! - przerwał uradowany Richard. - Trafiłaś w sedno, Maju, powołując się na wolną wolę...

- Zgodzisz się chyba ze mną, Richardzie, że nie bez znaczenia jest kwestia zapłaty za pozowanie?

- Oczywiście pobranie wynagrodzenia za pracę uszlachetnia stosunek dwojga ludzi, Ted.

- Zapłać jej, a przestanie być dziwką, czy to masz na myśli?

- Panie Sedburgh! - Philip Shaw, kolega Hugha, był wyraźnie zgorszony. - Zapomina pan o obecności dam!

Robin uzmysłowiła sobie, że uwaga ta odnosi się głównie do Mai, która w białej bluzce i granatowej spódnicy wyglądała delikatnie, niewinnie i nieskazitelnie.

- Czas na kawę - oświadczyła Daisy stanowczym tonem, zbierając naczynia po puddingu.

Palili i pili kawę w salonie. Richard Summerhayes był przeciwny powszechnie przyjętemu zwyczajowi rozdzielania płci po kolacji. W pokoju zabrakło dla wszystkich foteli, Philip Shaw usiadł więc u stóp Mai, najwyraźniej ją adorując, a Robin przycupnęła na okiennym parapecie.

- Donald opracowuje tegoroczny program, Richardzie - stwierdził Ted Wartburton. - Chciałby cię w nim umieścić. Kiedy mógłbyś poprowadzić zebranie?

Richard zmarszczył czoło.

- Najbardziej odpowiada mi jesień, Ted. Wygląda na to, że egzaminy zajmą mi mnóstwo czasu w lecie.

- A jaki będzie temat?

- Liga Narodów, a może... niech pomyślę... skutki rewolucji w Rosji.

Robin dotknęła rękawa ojca.

- Wybierz drugi temat, proszę cię, tato.

Mgliście przypominała sobie, jak w milczeniu świętowali w domu rewolucję socjalistyczną w 1917 roku. W milczeniu, ponieważ Hugh dopiero co wypłynął ze swoim batalionem do Francji.

- Przypuszczam, że Mary ustaliła już datę wenty dobroczynnej?

- Tak, na dziesiątego czerwca, Daisy.

- Wybrałaś tak wczesny termin? Będziemy musiały się nieźle sprężać, prawda Robin?

- Może panna Summerhayes ma ważniejsze zajęcia - zauważył figlarnie Ted Warburton. - W związku z jakimś młodym kawalerem...?

Adresatka tej uwagi spiorunowała go wzrokiem.

- W październiku moja córka rozpoczyna zajęcia w Girton College, Ted. Będzie studiowała filologię klasyczną.

W głosie Richarda wyraźnie zabrzmiała duma. Robin jeszcze bardziej się nachmurzyła i odeszła, aby nie słyszeć dalszej rozmowy. Daisy dogoniła ją i szepnęła:

- Wiem, że Ted ci dokucza, Robin, ale...

- Nie o to chodzi, mamo. Problem w tym, że... - Im więcej myślała o studiowaniu filologii klasycznej przez następne trzy lata, tym perspektywa ta napawała ją głębszą odrazą. Miała podobne wyobrażenie o Girton jak o szkole: wykładali tam ludzie o równie ciasnych poglądach, uczelnia posiadała podobne, przyprawiające o klaustrofobię wnętrza i była kolebką nie tylko głębokich przyjaźni, ale i silnych zawiści.

Robin nie mogła otwarcie wyjawić matce prawdziwej przyczyny nagłego napadu złego humoru.

- Ciągle to samo - mruknęła tylko. - Mężczyźni bywają na konferencjach i wygłaszają odczyty, a kobiety co najwyżej prowadzą wenty dobroczynne i parzą herbatę!

- Nie powinnaś przejawiać upodobań do publicznych wystąpień, kochanie - powiedziała Daisy łagodnym tonem. - Twój ojciec nie ma czasu na chodzenie po domach i na zbieranie worów z dziurawymi swetrami.

- A ty możesz się tym zajmować, mamo, tylko dlatego że się wyrzekłaś kariery zawodowej. Gdybyś pracowała jak tato, również nie miałabyś na to czasu.

- W takim razie całe szczęście, że nie pracuję - odparła pogodnie Daisy. - Gdybyśmy nie organizowały went dobroczynnych ani nie wydawały kolacji, nie zdołałybyśmy zgromadzić pieniędzy na utrzymanie gmachu publicznego. A wtedy nie byłoby gdzie przemawiać.

Logika Daisy była jak zwykle niepodważalna. Robin głośno odstawiła na tacę porcelanową filiżankę i wyszła do kuchni. A potem wymknęła się przez pomywalnię do ogrodu i pobiegła przez oświetlony blaskiem księżyca trawnik do domu zimowego.

Gdy stanęła na werandzie i oparła się łokciami o balustradę, powoli minął jej gniew. Księżyc obmył światłem rzekę i staw, w którym po południu pływały, i posrebrzył odległe obszary Fens. Z otwartego okna salonu Robin dobiegł śpiew: "Gdy po raz pierwszy cię zobaczyłem, postanowiłem szanować cię i sławić".

Usłyszała kroki, obejrzała się i dostrzegła zmierzającego w jej stronę Merlina. W mroku żarzyła się czerwienią końcówka jego papierosa.

- Musiałem uciec od tej kobiety. Nigdy nie mogłem znieść madrygałów. Wybaczysz mi chyba, że wyrwałem cię z młodzieńczych rozmyślań, prawda Robin?

Zachichotała. Stanął obok niej na werandzie tak, że się stykali łokciami.

- Zapalisz?

Nigdy przedtem nie paliła, ale zaakceptowała poczęstunek w nadziei, że sprawi wrażenie osoby doświadczonej. Merlin podał jej zapalonego papierosa. Zaciągnęła się i zakrztusiła.

- To twój pierwszy? Wrzuć go do rzeki, jeśli nie masz na niego ochoty.

Piosenka się zmieniła. Teraz Maja śpiewała utwór solowy, który zaaranżował dla niej Richard: "Srebrny łabędź". W chłodnym, nocnym powietrzu niósł się jej krystaliczny, niesamowity głos.

Robin, dostrzegając w przelocie wyraz twarzy Merlina, stwierdziła z gniewem:

- Przypuszczam, że ty również jesteś w niej zakochany!

Spojrzał na nią z góry.

- Ani trochę. Ona składa się z samego lodu. Posłuchaj brzmienia jej głosu. Jest nieludzki. I beznamiętny.

W milczeniu wysłuchali drugiej zwrotki.

- Oczywiście chciałbym namalować Maję - dodał po chwili. - Ale do łóżka wolałbym pójść z tobą.

Z zażenowania Robin zachłysnęła się powietrzem.

- Nie ma jednak o tym mowy - zapewnił Merlin z rozbawieniem. - Od lat kocham się w Daisy, a i to zakrawa na kazirodcze zapędy. Poza tym prawdopodobnie uważasz mnie za odrażającego starego wuja.

Znowu zachichotała i natychmiast miała ochotę się kopnąć za to, że reaguje jak uczennica. Zaprzeczyła ruchem głowy.

- Wcale nie...

Pochylił się i pocałował ją. Jego usta były suche i natarczywe. Zanurzył palce w jej krótkich, jedwabistych włosach. A potem ją wypuścił.

- Kolejny pierwszy raz? Nie do wiary, Robin. - Badawczo przyglądał się jej twarzy. - Wybacz mi. Trochę za dużo wypiłem. Mogę cię pocieszyć, że będą inni, lepsi ode mnie. I nie ukrywam, że im zazdroszczę.

Gdy pewnego niedzielnego popołudnia Maja wracała do domu po wizycie u Robin, nawiązał z nią rozmowę pewien marynarz. Jechał ze swojego statku z Liverpoolu do matki, do Trumpington. Maja prowadziła tę samą co zawsze niemą grę: jeden punkt, jeśli się do niej odezwie, dwa, jeśli zaproponuje niesienie bagaży, trzy, jeśli postawi jej herbatę, i pięć, jeśli zaprosi ją do kina. Dziesięć za pocałunek, i... zawsze śmiała się na myśl o tym, jaki wynik musiałaby ustalić za oświadczyny: jej konkurent na kolanach w brudnym przedziale trzeciej klasy - niekwestionowany sukces dla każdej dziewczyny podczas tak krótkiej podróży pociągiem.

Jak dotychczas nikt się jej nie oświadczył, a dwa punkty były rekordowym wynikiem, jaki osiągnęła. Nie dlatego, że cierpiała na brak propozycji, lecz zawsze odmawiała wypicia herbaty i odrzucała zaproszenia do kina oraz na spacery po parku. W wagonie trzeciej klasy nie spotykała mężczyzn, których chciałaby poznać.

Pieszo pokonała odległość ze stacji do domu w Hill Road. Gdy wkładała klucz do zamka, dobiegły ją podniesione głosy rodziców. Kiedyś na ich brzmienie - histeryczne albo ponure - czuła ucisk w żołądku i szukała schronienia w łóżku, nakrywała poduszką głowę i zatykała palcami uszy. Przekonała się jednak z czasem, że do wszystkiego można przywyknąć.

Państwo Readowie byli w salonie. Drzwi były otwarte i musieli ją dostrzec, gdy przechodziła obok. Nie zareagowali jednak na jej przybycie. Wykrzykiwane ze złością słowa ścigały ją, gdy wchodziła po schodach. W ogóle mnie nie słuchasz... Mówię do ciebie, jak do ściany... Masz w nosie moje szczęście... Wyświechtane oskarżenia: zapewne kłótnia toczyła się od dłuższego czasu i żadne z nich nie pamiętało już, o co właściwie im poszło. Pozostały tylko zarzuty, łzy i dąsy. Maja wiedziała, że do czasu kolacji rodzice zapomną o całej sprzeczce.

Zamknęła za sobą drzwi i weszła w głąb sypialni. Wyjęła z szafy pudełko z przyborami do szycia i starała się nie myśleć o tym, że o tego rodzaju słowach, które sprawiały ból, raniły i miały niszczycielską moc, nie sposób było zapomnieć. Nie musiała pytać rodziców o powód kłótni. Zawsze chodziło o to samo: o pieniądze. Lydia Read lubiła je wydawać, podczas gdy dochody z inwestycji Jordana Reada były coraz skromniejsze. Ostatnio dom Readów sprawiał wrażenie zaniedbanego: pokoje na górze przestały być regularnie sprzątane, a kolacje, chyba że spodziewano się gości, stały się niewyszukane i mniej obfite. Maję zatrważał powolny, lecz postępujący proces kurczenia się ich majątku, którego przejawem były pajęczyny zdobiące sufity w pokojach służby na strychu (od czasu wojny Readowie zatrudniali tylko jedną pokojówkę), oraz wiele innych, nieprzyjemnych oszczędności - przestali kupować codzienne gazety, zaczęli jadać baraninę zamiast wołowiny i rozpalali ogień w kominku w salonie tylko wtedy, gdy przychodzili goście. Skwapliwie jednak zachowywali pozory. Maja przywykła do prowadzenia podwójnego życia - jednego na pokaz i drugiego, z jakiego obcy nie zdawali sobie sprawy.

Zdjęła pończochy i nawlekła igłę. Zaczęła cerować, zakładając staranne, maleńkie szwy. Gdy zreflektowała się, że ceruje cery, jej śliczne usta wygięły się w grymasie.

Nazajutrz po południu służąca Sally rozlała mleko przy podawaniu herbaty. Gdy wyszła, pozostawiając na dywanie dużą, ciemną plamę, Lydia Read stwierdziła:

- Musimy zwolnić tę dziewczynę, Jordanie. Jest półgłówkiem.

- Rzeczywiście, będziemy musieli się jej pozbyć - przytaknął Jordan Read. - Nie dlatego jednak, że jest półgłówkiem.

Maja rzuciła pospieszne spojrzenie na ojca.

- Będziemy musieli się jej pozbyć - powtórzył - gdyż nie stać nas na pensję dla niej.

- Nie bądź śmieszny. Ileż jej płacimy, szesnaście funtów rocznie?

Jordan Read nie odpowiedział; wstał z fotela i opuścił pokój. Lydia nalała sobie drugą filiżankę herbaty. Jej twarz zbladła, a oczy, w jasnoszafirowym kolorze, takim samym jak córki, zwęziły się.

Jordan Read wrócił po chwili do salonu i rzucił plik papierów na kolana żony.

- Przeczytaj je, Lydio, a zrozumiesz, że nie tylko nie stać nas na opłacanie służącej, ale także na pokrycie rachunków krawca, czesnego w szkole Mai, ani nawet należności u rzeźnika.

Maja wstała, lecz matka spojrzała na nią z wściekłością i syknęła:

- Pora herbaty! Gdzie twoje maniery!

Pod Mają zatrzęsły się nogi i z powrotem opadła na fotel.

Jedna z kartek sfrunęła z kolan Lydii i prześlizgnęła się po podłodze. Maja utkwiła w niej oczy. Patrzyła jak zahipnotyzowana. Był to wyciąg z konta. Zatrwożyły ją cyfry podkreślone na czerwono na końcu każdej kolumny.

- Dobrze wiesz, że nie mam pojęcia o rachunkach - oświadczyła ze złością Lydia.

Za to ja się na nich znam, pomyślała Maja. W każdym semestrze otrzymywała najwyższe w klasie noty z arytmetyki. Gdy w trakcie zbierania porozrzucanych papierów przebiegła wzrokiem salda, wiedziała, co oznaczają: niepewne jutro, utratę całego majątku i koniec przyszłości, jaką zawsze dla siebie planowała.

- Ja również jestem kiepski w liczeniu, Lydio. I to jest właśnie powodem naszego dramatycznego położenia.

Przez moment Maja niemal solidaryzowała się z matką. Głos Jordana Reada zabrzmiał jowialnie, jak gdyby ojciec oświadczał, że właśnie przegrał partię brydża albo spalił serwis podczas gry w krykieta.

- Dzisiaj otrzymałem list z banku. Wszystko zostało w nim wyjaśnione. Jesteśmy zrujnowani. Zostaliśmy bez dachu nad głową. Znaleźliśmy się w prawdziwych tarapatach.

Pobladła z wściekłości Lydia zmierzyła go wzrokiem.

- W tarapatach...

- W tarapatach... w dołku... w opałach. Tak, moja droga. Nazwij to, jak chcesz.

- Co proponujesz, żeby zaradzić tym tarapatom, Jordanie? - spytała cicho Lydia.

- Sam chciałbym wiedzieć, co robić. Może będziemy nocować w namiotach na Błoniach Midsummer? A może się zastrzelę?

Maja splotła dłonie, żeby powstrzymać ich drżenie. Lydia nie nalała sobie trzeciej filiżanki herbaty. W jej głosie zabrzmiała szczera trwoga, gdy wyszeptała:

- Straciliśmy dom?

Jordan skinął głową.

- Na hipotece ciążą już dwa cholerne długi i bank nie zezwoli mi na zaciągnięcie trzeciego.

Po raz pierwszy Maja włączyła się do rozmowy:

- A co z twoimi inwestycjami, tato? Z papierami wartościowymi i akcjami?

Jordan podkręcił wąsa.

- Dokonałem niewłaściwego zakupu, dziecinko. Nigdy nie miałem głowy do interesów. Kopalnie poniosły duże straty podczas strajku... a komu zależy na luksusowej porcelanie i na szkle najwyższej jakości, skoro można kupić u Woolwortha podobny asortyment po nieporównywalnie niższej cenie?

- Porcelana? Kopalnie? A co to wszystko ma do rzeczy? - spytała Lydia podniesionym, niemal piskliwym głosem. - Czy informujesz mnie właśnie, że zostanę wyrzucona z mojego własnego domu, Jordanie?

- Mniej więcej do tego się sprawa sprowadza. Obawiam się, że będziemy musieli sobie wynająć jakieś małe mieszkanie.

Twarz Lydii brzydko się wykrzywiła.

- Po moim trupie!

Przez chwilę mąż i żona mierzyli się spojrzeniami. Maja odwróciła wzrok, aby nie widzieć wyrazu ich oczu. Musiała jednak nadal ich słuchać.

- Jeśli poważnie myślisz, że opuszczę swój własny dom, żeby zamieszkać w jakimś slumsie...

- Ten dom nie należy już do ciebie, Lydio. Stał się własnością banku. Nawet ja potrafię to pojąć.

- Jesteś głupcem, Jordanie, skończonym głupcem.

- Nie przeczę. Ale nie jestem cudzołożnikiem.

Lydia na moment straciła oddech.

- Jak śmiesz...

- Może nie mam pojęcia o inwestowaniu pieniędzy, Lydio, ale nie uważaj mnie za aż tak wielkiego durnia.

- Lionel jest przynajmniej mężczyzną.

Maja wiedziała, że zupełnie zapomnieli o jej obecności. Wcześniej była pożądanym widzem. Wstała z fotela, wyszła z pokoju i ruszyła po schodach w górę.

Podwójne życie rodziny, nawet w jej obecnym położeniu, trwało jednak nadal. Na łóżku Mai leżała rozłożona biała sukienka z szyfonu jako przypomnienie, że wieczorem będzie na kolacji towarzystwo. Pomimo drżenia i lekkiej niedyspozycji Maja umyła się, ubrała i wyszczotkowała włosy. Zastanawiała się, czy dzisiaj pęknie w końcu fasada i dwa życia połączą się w jedno. Wyobrażała sobie, jak informuje dżentelmena siedzącego obok: "Mama ma romans z prezesem klubu tenisowego, a tato zostanie ogłoszony bankrutem". Czy wpłynie to na jakąś zmianę? Czy też Sally, jak gdyby nigdy nic, nadal będzie serwowała szarlotkę, a goście wymruczą coś uprzejmie w odpowiedzi? Maja zaczęła się śmiać. Jednak po chwili musiała przycisnąć pięści do oczu, aby powstrzymać łzy. Gdy spojrzała do lustra, stwierdziła, że jej nos jest tylko trochę zaczerwieniony. Postanowiła, że użyje pudru matki.

Atmosfera podczas kolacji uległa metamorfozie - jak zwykle gdy Readowie mieli przywilej goszczenia eleganckich i miłych osób. Jordan Read był szarmancki, Lydia czarująca, a Maja błyszczała dowcipem. Dwaj zaproszeni mężczyźni - kuzyn mamy, Sidney, i pan Merchant, który był właścicielem sklepu w Cambridge - wodzili za nią oczami. Maja zastanawiała się, znowu opanowując śmiech, ile zdobyłaby punktów, gdyby razem podróżowali pociągiem.

Gdy po wyjściu gości wróciła do swojego pokoju, boleśnie odczuła ziejącą czeluść niepewnej przyszłości. Widziała już siebie w roli ekspedientki w sklepie z odzieżą albo nauczycielki matematyki w jakiejś obmierzłej pensji dla dziewcząt. Już teraz wiedziała, że matka odejdzie, a ojciec... nie mogła myśleć o tym, co stanie się z ojcem. Od dawna podejrzewała, że w życiu nie ma nic pewnego, lecz dopiero teraz miała okazję się przekonać, jak względnym pojęciem jest poczucie bezpieczeństwa. Choć szkoła ją nudziła, to świadomość, że będzie musiała ją opuścić, napawała ją przerażeniem. A jej dom, chociaż skromny, był przecież zamożniejszy od wielu innych domów. Zastanawiała się, przy kim zostanie, jeśli rodzice się rozwiodą.

Pomyślała z lękiem, że nie ma nic własnego. Zdarła z siebie sukienkę, pończochy i bieliznę. Gdy wieszała w szafie ubranie, uchwyciła swoje odbicie w lustrze. Długie, szczupłe nogi, ładne, drobne piersi i płaski brzuch. A także swoją twarz: wygięte w łuk usta Kupidyna, krótkie ciemne włosy i niebieskie oczy.

Przypomniała sobie, że jednak coś ma. Gdy tak stała, wpatrując się we własne odbicie, postanowiła, że w przeciwieństwie do ojca mądrze zainwestuje swoją fortunę.

Podczas kilku następnych dni Lydia i Jordan Readowie żyli z dala od siebie. Nie jadali wspólnie kolacji i niewiele ze sobą rozmawiali. Lydia dużo czasu spędzała poza domem, a Jordan siedział w swoim gabinecie. Maja nie miała pojęcia, co tam przez cały czas robi.

Rzuciła szkołę w środku semestru, podjęła pracę guwernantki i pięć razy w tygodniu opiekowała się do południa dwiema małymi dziewczynkami. Były dość miłe, lecz zajęcie to nudziło Maję, która nigdy nie chciała mieć własnych dzieci. Praca pomagała jej jednak w przetrwaniu kolejnych dni. Maja przeczuwała, że wydarzy się coś strasznego i nieodwracalnego. Odkładała połowę swojej pensji, a resztę wydawała na ubrania, wiedząc, że za żadną cenę nie może sobie pozwolić na wygląd osoby biednej i przegranej. Dwa razy w tygodniu chodziła na wieczorowe zajęcia z rachunkowości, gdzie ponownie odkryła swoją smykałkę do arytmetyki. Nie widziała się jednak w roli księgowej. Słowo to kojarzyło się jej z okularami w rogowej oprawce i ze źle skrojonym tweedowym kostiumem.

Szyła w salonie, gdy rozległ się dzwonek do drzwi wejściowych. Było środowe popołudnie, a jej głowę zaprzątały długie obliczenia oraz nieregularne czasowniki francuskie. W ciepły, sierpniowy dzień żaluzje w salonie były częściowo spuszczone. Słoneczne światło migotało na ścianach w zielonokremowe paski oraz na błyszczącej, drewnianej podłodze.

Sally nie zareagowała, więc Maja poszła otworzyć drzwi. Stał w nich Lionel Cummings, prezes tenisowego klubu mamy. Był wąsatym mężczyzną około czterdziestki i miał lekką nadwagę. Nosił pasiasty blezer oraz białe flanelowe spodnie, a w dłoni trzymał słomkowy kapelusz z płaskim dnem.

Maja zostawiła mężczyznę w salonie i poszła po matkę. Tym razem oboje rodzice byli w ogrodzie. Dostrzegła wyraz twarzy ojca w chwili, gdy zaanonsowała nazwisko gościa. W tamtym momencie nienawidziła matki, a ból wywołany tym uczuciem był tak intensywny, że przebiegła przez trawnik w stronę tarasu najszybciej, jak tylko potrafiła.

Lionel Cummings wstał, gdy wróciła do salonu.

- Mama pudruje sobie nos. Będzie musiał pan znosić moje towarzystwo jeszcze przez kilka minut, panie Cummings.

Przyjaciel matki podkręcił do góry śmiesznego wąsa.

- Z największą przyjemnością, panno Read.

Jego również nienawidziła za lekceważący stosunek do ojca, czemu dał wyraz, przychodząc tutaj. Miała ochotę ukarać matkę za to, że naraziła ojca na cierpienie. Pragnęła również upokorzyć tego mężczyznę o płytkim umyśle za przyczynianie się do rozpadu jej, i tak już kruchej, rodziny.

Posłała mu jeden ze swoich najsłodszych uśmiechów.

- Cóż za upalny dzień, panie Cummings! Może przyniosę panu coś zimnego do picia?

Podziękował, przecząco kręcąc głową. Usiadła więc i wskazała mu miejsce obok siebie na kanapie.

- Niech pan spocznie, panie Cummings. Któregoś wieczoru podziwiałam w klubie pańską grę. Cóż za cudowny forhend! Moje uderzenie jest po prostu zatrważające.

Wiedziała, że chwycił przynętę. Złapanie mężczyzny na haczyk nigdy nie sprawiało jej trudności. Wystarczyło tylko spojrzeć im w oczy, uśmiechnąć się i już czuli się wielcy, mocni i kompetentni. A Lionel Cummings był wyjątkowym głupcem.

- Mogę udzielić panience kilku lekcji, panno Read.

- To fantastycznie, panie Cummings. Zapewne pan jednak nie wie, że całymi przedpołudniami pracuję. A potem jestem zbyt zmęczona, żeby przyjść do klubu.

- Och, biedactwo. Tak śliczna osoba jak panienka nie powinna się zaharowywać.

Stykali się udami, a w jego oddechu wyczuła zapach whisky i tytoniu. Wstała, ukrywając odrazę.

- Czy nie mógłby mi pan teraz zademonstrować, jak powinno wyglądać prawidłowe uderzenie, panie Cummings?

- Lionel. Proszę zwracać się do mnie po imieniu.

- Zgoda, Lionelu - powiedziała Maja.

W chwili gdy Lydia weszła do salonu, jej przyjaciel obejmował Maję ramieniem, a drugą ręką trzymał ją za nadgarstek. Z ust Lydii wymknął się cichy okrzyk i pociemniały jej oczy. Zakłopotany Lionel Cummings wypuścił dziewczynę z objęć.

Maja poczuła, czym jest potęga zemsty.

- Pan Cummings pomagał mi właśnie poprawić mój forhend, mamo - wyjaśniła i usiadła.

Pełna pogardy czerpała perwersyjną przyjemność ze swojej roli niepożądanego świadka w salonie podczas sztucznie prowadzonej rozmowy. Ilekroć Lionel Cummings nie patrzył, Lydia kierowała wzrok na córkę, podnosiła brwi i znacząco spoglądała na drzwi. Lecz wściekła Maja, garbiąc się na skraju kanapy i przyciskając palce do ust, uparcie trwała na swoim miejscu.

W końcu Lydia powiedziała słodkim tonem:

- Czy nie musisz się przygotować do lekcji, kochanie? Sądziłam też, że zamierzasz pomóc Sally przy puddingu.

- Lekcje mam odrobione do końca tygodnia. - Maja skrzyżowała nogi, świadomie nie obciągając zadartej do kolan spódnicy. Lionel Cummings wytrzeszczył oczy. - A dobrze wiesz, mamo, że w sprawach kulinarnych jestem zupełnie zielona.

I wtedy usłyszeli ów dźwięk. Krótki i donośny huk, na skutek którego zatrzęsły się ozdoby na obramowaniu kominka i zadzwoniło szkło w kredensie.

- Och, mój Boże - wyszeptała Lydia i wybiegła z pokoju. Maja podniosła się z miejsca, ale nie podążyła za matką.

Podczas chwili, która dzieliła eksplozję od krzyku matki, zawładnęły nią mieszane uczucia: strachu, obrzydzenia i winy - tak intensywne, że pociemniało jej w oczach. Zielonokremowe paski na ścianach stały się czarne, a jasne smugi promieni słonecznych na podłodze zawęziły się do pojedynczych i maleńkich jak łebki od szpilek punktów światła. Skwar, panująca w pokoju ciemność oraz młodzieńcza radość z potęgi własnej kobiecości połączyły się z szokiem nagłej śmierci tak nierozerwalnie, że Maja nie mogła ich potem rozróżnić. Gdy w końcu ciemność się rozproszyła, Maja stwierdziła, że leży zwinięta w kłębek na podłodze, pokój jest pusty, a po całym domu niosą się echem wrzaski matki.

Od tamtej pory wszystko zaczęło się rozpadać. Dni straciły swój zwykły porządek, a poranki, popołudnia i wieczory zlewały się ze sobą. Często Maja leżała przez całą noc w pełni rozbudzona, a w ciągu dnia niespodziewanie zapadała w sen. Przyjaciele i krewni przychodzili do domu, aby złożyć Mai i jej matce kondolencje. Maja czasami nie pamiętała nazwisk ludzi, z którymi rozmawiała, i zawsze pośród słów, taktownie wypowiadanych przyciszonym tonem, słyszała inny głos. Głos jej ojca. "Sam chciałbym wiedzieć, co robić. A może się zastrzelę?".

Śledztwo wykazało jednak, że śmierć była niezamierzona. Jordan Read czyścił broń do polowań na dzikie ptactwo, która przypadkowo wypaliła. Roztargniony z powodu kłopotów finansowych popełnił głupi i tragiczny w skutkach błąd. Gdy Lydia tamtego straszliwego popołudnia znalazła się przez moment sam na sam z córką, syknęła do niej:

- Nikomu ani słowa o tym, co mówił! Słyszysz? - Maja natychmiast pojęła, do której wypowiedzi ojca nawiązuje matka. Skinęła głową, zahipnotyzowana lodowatym spojrzeniem jej błękitnych oczu. I tak nie miała zamiaru niczego powtarzać: ani krewnym, ani policji, ani koronerowi. Prześladowało ją mroczne wspomnienie losu, jaki jest pisany tym, którzy targnęli się na własne życie: byli chowani poza poświęconą ziemią, na skrzyżowaniach dróg, aby ich dusze mogły się błąkać. Przepełniało ją uczucie wstydu i nieutulonego żalu.

Jak mógł tak zranić własną rodzinę i nie pomyślał o bólu, jaki zada swojej córce? Gdy koroner kazał Mai zeznać pod przysięgą, czy jej ojciec nie napomknął kiedyś o zamiarze targnięcia się na swoje życie, stanowczo zaprzeczyła.

Niewiele pamiętała z pogrzebu. Wymieniała uściski dłoni z ludźmi, zaglądając im w oczy poprzez welon i próbując odgadnąć, czy się domyślają. Obejmując Robin i Helen, zastanawiała się, czy wydarzenie to można zaliczyć do momentów przełomowych w życiu kobiety: czy samobójstwo ojca ma równie doniosłe znaczenie jak utrata cnoty czy zagraniczna podróż. Jej zdaniem, raczej tak.

- Musisz się u nas zatrzymać i trochę odpocząć - szepnęła jej do ucha Robin. - Richard i Daisy ucieszą się z twojej obecności.

Maja chwyciła ją za rękaw i zaciągnęła do kąta.

- Nie zniosę tego dłużej. Uciekniesz stąd razem ze mną, prawda?

Gdy się wymknęła bocznymi drzwiami i biegła przez trawnik, wiedziała, że Robin i Helen podążają za nią. Dogoniły ją na Hill Roads. Z rozwianym welonem pospiesznie zmierzała przed siebie, stawiając duże kroki, a jej letni płaszcz wydął się niczym balon.

- Dokąd tak pędzisz, Maju? - Robin nie mogła złapać tchu.

Maja obrzuciła wzrokiem przyjaciółki, nie przerywając szybkiego marszu.

- Nad rzekę.

Pogrzebała w kieszeniach i stwierdziła, że wystarczy jej drobnych na wypożyczenie płaskodennej łodzi.

Gdy później wspominała ten moment, była poruszona postawą przyjaciółek, które nie próbowały jej odwieść od szalonego pomysłu przejażdżki w żałobnym stroju po rzece Cam.

- Jesteśmy niczym Charon - zauważyła Robin, wiosłując.

- Albo trzy Śmierci.

Maja odpięła welon i cisnęła go za burtę. Zatrzymany przez pierzaste wierzchołki szuwarów, przez moment kołysał się na powierzchni rzeki, a potem porwał go nurt, powoli się zanurzył i zniknął pod wodą.

Siedząca obok Mai Helen położyła dłoń na drżącym rękawie płaszcza przyjaciółki, starając się ją pocieszyć. Pod wpływem współczucia do oczu napłynęły jej łzy.

- Biedactwo. Cóż za straszliwy wypadek.

Maja gwałtownie zaprzeczyła ruchem głowy.

- To nie był wypadek.

I zaraz zacisnęła palce na ustach, jak gdyby chciała powstrzymać słowa, które się jej wymknęły wbrew rozsądkowi.

- Oczywiście, że to był wypadek, droga Maju - powiedziała uspokajająco Helen.

Maja spostrzegła jednak, że stojąca na drugim końcu łodzi Robin wpatruje się w nią w zdumieniu.

- Maju...?

- Tato świadomie się zabił. - Słowa wyrwały się z jej gardła. Mówiła drżącym głosem i urywała końcówki wyrazów. Oblała ją fala gorąca i poczuła mdłości.

- Wiem, że się targnął na swoje życie. Zapowiadał, że to zrobi.

- Przecież podczas śledztwa...

- Zeznałam, że to był wypadek. To oczywiste. Ciekawe, jak wy zachowałybyście się na moim miejscu?

Spojrzała ze złością najpierw na Robin, a potem na Helen. W ciszy czuła, jak narasta ucisk w jej gardle.

- Nie postąpiłybyście tak samo? - nie dawała za wygraną. Wiedziała, że w jej pytaniu zabrzmiała raczej złość i chęć obrony niż zdenerwowanie.

- Zapewne obie oceniacie mój postępek jako nikczemny. I uważacie, że jestem nieuczciwa...

Wbiła paznokcie w dłoń, rozrywając cienką skórę czarnych rękawiczek.

Łódź przechyliła się, gdy Robin odłożyła wiosło, podeszła do przyjaciółki i zajęła miejsce naprzeciwko niej.

- To nieprawda, że źle o tobie myślimy, moja droga. Chcemy ci tylko pomóc - powiedziała cicho Helen.

- Zrobiłaś to, co uznałaś za najlepsze, Maju - stwierdziła Robin z poważnym wyrazem twarzy. - Żadna z nas nie przeszła przez to co ty. Możemy się tylko domyślać ogromu tragedii, który stał się twoim udziałem. Helen ma rację, staramy się jedynie, w miarę naszych możliwości, jak najlepiej ci pomóc. Musisz w to uwierzyć.

Maja poczuła, że jej złączone dłonie się rozdzielają. Jedną z nich oplotły odziane w zgrabne rękawiczki palce Helen, a drugą zaniedbane łapsko Robin.

- Nie chcę nigdy więcej do tego wracać - wyszeptała Maja i usłyszała, jak obiecują szeptem zadośćuczynić jej życzeniu.

Było to zgoła odmienne ślubowanie niż to, które składały sobie na wiosnę. Mroczny sekret, który miał je związać w nierozerwalny sposób. Uzmysłowiła sobie, że potrzebuje ich błogosławieństwa.

Poczuła, że w końcu może się rozpłakać. Po raz pierwszy od wielu tygodni znalazła w swoich przyjaciółkach bezpieczną przystań, do której w razie potrzeby mogła wracać. Szuwary, liche pomosty przerzucone przez rzekę oraz łabędzie płynące wzdłuż brzegu - wszystko to zamazało się przed jej oczami, gdy zaczęła płakać.

Helen zawsze uczestniczyła wraz z ojcem w dorocznej kolacji z okazji dożynek. Przyjęcie odbywało się w kościelnym westybulu, a żywność i napoje dostarczał lord Frere, główny właściciel Thorpe Fen. Frere'owie mieszkali w Wielkim Dworze, który leżał pomiędzy Thorpe Fen a sąsiednią wioską. Posiadłość miała inną, bardziej wyszukaną nazwę, lecz dla mieszkańców Thorpe Fen zawsze była Wielkim Dworem.

Dożynki należały do niewielu atrakcji w życiu wioski i Helen z niecierpliwością na nie czekała. Liczne zakazy i ograniczenia, które cechowały codzienną egzystencję rolników, ulegały nieznacznemu rozluźnieniu, a atmosfera dożynkowej biesiady przypominała Helen wieczory w domu Summerhayesów: spotkania, które pomimo hałaśliwego przebiegu, ogólnego zamieszania i chaosu, były bezsprzecznie zachwycające.

W pierwszym roku znajomości z Summerhayesami Helen miała co do nich mieszane uczucia. Głęboko wstrząsnął nią fakt odrzucenia przez Robin religii, która w jej życiu była głównym oparciem. Wciąż oblewała ją fala gorąca na wspomnienie dnia, kiedy jej ojciec odkrył prawdę: "Summerhayesowie są ateistami, Helen. To ludzie bez wiary. Zatem można wątpić w ich moralność". Przez cały miesiąc unikała Robin, Hugha, Daisy i Richarda. A jednak coś ją do nich ciągnęło. Życie bez nich było ponure - nie potrafiła znaleźć na to lepszego określenia. Gdy znowu ich odwiedziła, Daisy sprawiała wrażenie urażonej, Robin była nadąsana, Richard nie mógł się doczekać, żeby zaśpiewała nową piosenkę, którą specjalnie zaaranżował dla niej i dla Mai, a Hugh mocno ją uścisnął. Od tamtej pory przestała się przejmować ich ateizmem oraz niemoralnością. Potrzebowała Summerhayesów, a oni (choć trudno jej było w to uwierzyć) również zdawali się jej potrzebować. Wiedziała, że w tym wypadku nigdy nie będzie podzielała opinii ojca. Postępowała jednak rozważnie, ograniczając swoje wizyty w domu przyjaciół oraz skracając je. I nigdy, ale to nigdy, nie wspominała ojcu o niezwykłych gościach Richarda i Daisy.

Po dożynkowej kolacji rozpoczęły się tańce. Elijah Readman rzępolił na skrzypcach, a Natty Prior grał na harmonii. Helen, siedząc obok ojca w kącie sali, stwierdziła, że jej stopy wystukują rytm. Ciężkie buciory wieśniaków głośno tupały na drewnianej podłodze, tancerze okręcali się i wyginali, a ich szare ubrania ozdobione jaskrawymi przepaskami, szalami lub sznurami tanich korali ożywiały słabo oświetloną sień. Taniec się skończył i Adam Hayhoe podniósł się z miejsca, żeby zaśpiewać. Jego mocny, głęboki głos niemal ginął w stukocie uderzających o podłogę drewniaków i w odgłosach klaskania wielu dłoni. Helen, która uczestniczyła już w wielu dożynkowych kolacjach, znała na pamięć słowa i jej usta poruszały się w rytm piosenki.

Gdy wyszłam na spacer pewnego majowego poranka,

pewnego wczesnego majowego poranka...

Usłyszała, jak ojciec szepnął jej do ucha:

- Jego lordowska mość zaszczycił nas swoją obecnością, Helen. Czy pójdziesz go powitać razem ze mną?

Pospiesznie zaprzeczyła ruchem głowy. Bała się lorda Frere'a i nigdy nie mogła zapomnieć straszliwego popołudnia, które spędziła we dworze Brackonbury. Miała się bawić z córkami Frere'ów, lecz w rzeczywistości była przez nie lekceważona i traktowana z góry.

- Jest dzisiaj taki ziąb...

- Oczywiście, moja droga. - Ręka ojca spoczęła na jej ramieniu. - Gdy tylko porozmawiam z lordem, wrócimy do domu.

Duże niebieskoszare oczy Juliusa Fergusona omiotły wzrokiem zatłoczoną sień.

- Będę rad, gdy ta tradycja zaginie. Zawsze byłem zdania, że ma pogańskie cechy.

Opuścił salę, a Helen zamknęła oczy, pozwalając, by muzyka znowu głęboko w nią zapadła.

- Czy panienka zatańczy, panno Helen? - dobiegł ją głos.

Przed nią stał Adam Hayhoe. Ten wysoki, ciemnowłosy i mocno zbudowany mężczyzna był stolarzem. Helen miała wrażenie, że zna go od zawsze.

- Z przyjemnością, Adamie.

Wziął ją za rękę i poprowadził do pierścienia, który tancerze utworzyli na obrzeżach hallu. Znowu zabrzmiała muzyka, koło podzieliło się na dwa mniejsze, które się splotły ze sobą, tworząc zawiłe figury. Coraz szybciej migały w szybkim tempie tańca znajome twarze wieśniaków, a tętniące radością wnętrze zaniedbanej sieni uległo przeobrażeniu. Helen również się śmiała i czuła, że jest częścią owego korowodu. Nagle znalazła się w ramionach Adama, okręciła się i wraz z innymi utworzyła małe koło wewnątrz większego.

Taniec się skończył, a westybul ożył od dudniącej echem muzyki i śmiechu. Wieśniacy gasili pragnienie kuflami piwa. Helen otarła chustką rozpaloną, spoconą twarz.

- Napije się panienka lemoniady, panno Helen?

Uśmiechnęła się do Adama.

- Nie, dziękuję. Muszę zaczerpnąć świeżego powietrza.

Skierował się razem z nią w stronę bocznych drzwi i otworzył je, puszczając Helen przodem. Zamknęły się z trzaskiem za nimi i nagle otoczyła ich cisza.

- Wspaniała zabawa - zauważyła Helen, wciąż nie mogąc złapać tchu. - Jest po prostu cudownie. Uwielbiam tańczyć.

Żółty księżyc był w pełni, a gwiazdy znaczyły punktami atramentowe niebo. Traw ani sitowia nie mierzwił nawet najlżejszy powiew wiatru, a w chłodnym i czystym wieczornym powietrzu, dotkniętym pierwszym zimowym przymrozkiem, panowała absolutna cisza.

- Zachwycający wieczór - powiedziała Helen, podnosząc wzrok.

- Gdy podmuchy wiatru muskają ziemię i jasno świecą gwiazdy.

Ledwie uchwyciła wypowiedziane szeptem przez Adama słowa. Spojrzała na niego, zdumiona.

- To Shelley, Adamie, prawda? Nie wiedziałam, że lubisz poezję.

Nie odpowiedział, a w jej uszach zadźwięczało echem własne stwierdzenie. Nie przeciągała samogłosek, w sposób typowy dla tego regionu kraju, a protekcjonalny i niski ton jej wypowiedzi oddzielał ją od Adama, którego zawsze lubiła. Zarumieniła się, rozpaczliwie szukając słów przeprosin, lecz zanim je znalazła, podniosła wzrok i zobaczyła zmierzającego w ich stronę ojca.

- Wielkie nieba! Helen! Gdzie jest twój płaszcz? Jeszcze się przeziębisz!

Gdy wracali do domu, Helen zapomniała o swoim niedawnym zakłopotaniu i ponownie ogarnęła wzrokiem niebo i gwiazdy. Najpiękniejsze miejsce na ziemi, pomyślała, biorąc ojca pod ramię. Przypomniała sobie dalszą część przytoczonej przez Adama strofy:

Budzę się ze snu o tobie

Z pierwszego, słodkiego snu nocy

Gdy podmuchy wiatru muskają ziemię

I jasno świecą gwiazdy.

Niemal niepostrzeżenie nadszedł październik i Daisy pakowała kufer, który Robin miała zabrać do Girton. Na komodzie piętrzył się stos wyprasowanych spódnic i bluzek - niemych świadków losu, z którym Robin jeszcze nie w pełni się pogodziła. Zimny wiatr i zacinające deszcze, które przedwcześnie strąciły liście z wierzb rosnących nad rzeką, były odbiciem nastroju Robin. Zamknęła się w zimowym domu i obserwowała nabrzmiałe krople, które spływały po szybie, zostawiając za sobą mokre smugi. Opatulona w sweter i palto nieprzerwanie czytała przez godzinę. Odłożyła książkę dopiero wtedy, gdy dobiegł ją odgłos kroków na drewnianej werandzie.

Hugh pchnięciem otworzył drzwi.

- Mama kazała cię zawiadomić, że czas na lunch, Rob.

Robin usiadła prosto.

- Przygotowała na dzisiejszą okazję specjalne smakołyki. Będzie kruche ciasto z melasą, twoje ulubione... - Hugh przerwał, przyglądając się uważniej siostrze. - Widzę, że ryczałaś, staruszko. O co chodzi? - spytał, podając jej chustkę.

- Czytałam o smutnych rzeczach. O Little Neil, o matce Davida Copperfielda. - Robin unikając wzroku brata, wytarła nos.

Najwyraźniej Hugh nie uznał wyjaśnienia za przekonujące.

- Będę cię często odwiedzał, Robin. Jestem gotów w każdy weekend po ciebie przyjeżdżać i zabierać cię do domu. Wystarczy, że tylko dasz znać.

Brak zrozumienia ze strony brata jeszcze bardziej spotęgował jej poczucie winy i rozpacz.

- Nie w tym rzecz... - Książki spadły na podłogę, gdy niespokojnie poruszyła się w fotelu.

- A zatem w czym? - Hugh przycupnął na oparciu mebla i spojrzał na nią z góry. Zmierzwił dłonią potargane włosy siostry, które zapomniała rano uczesać, i powiedział:

- No śmiało, staruszko, mnie możesz powiedzieć.

Z ust wyrwały się jej długo powstrzymywane słowa:

- Nie chcę jechać do Girton!

Oczy Hugha rozszerzyły się na moment.

- Chyba nie z obawy, że będziesz tęsknić za domem? - spytał rozsądnie.

- Tęsknić za domem? - Robin z wściekłością wskazała na okno.

- Spójrz tylko, Hugh! Wokół, jak okiem sięgnąć, ciągną się tylko szare i opustoszałe mokradła. I miałoby mi tego brakować? - Potrząsnęła głową. - W Girton będzie tak samo jak w szkole, jestem tego pewna. A dobrze wiesz, jak nie znosiłam szkoły. I filologii klasycznej. - W jej głosie zabrzmiała pogarda.

- Prawdopodobnie pozwolą ci zmienić kierunek. Będziesz mogła studiować historię albo... literaturę. - Jego oczy napotkały wzrok siostry.

- Och, tak. Rozumiem. Będziesz musiała powiadomić o tym mamę i tatę - stwierdził po chwili milczenia.

- Wiem - westchnęła Robin i zaczesała palcami włosy. Sterczały teraz na całej głowie niczym krótkie i miękkie rogi. Gdy wciągała kalosze, dobiegła ją sugestia brata:

- Postaraj się zrobić to taktownie, dobrze, Robin? Wiesz jak ważne jest dla taty, byś uzyskała dyplom tej uczelni...

Robin otworzyła drzwi, pokonała schody i pomknęła przez nasiąknięty wodą trawnik w stronę domu.

Próbowała jak najdelikatniej poinformować ich o swojej decyzji, ale źle to zrobiła. Wytrąciła z równowagi ojca stwierdzeniem, że trzy lata studiów poświęconych przeszłości uważa za stratę czasu, zasmuciła matkę, odmawiając zjedzenia przygotowanego na swoją cześć dania, a twarz Hugha pobladła w chwili, gdy wykrzyknęła z rozpaczą:

- Nigdy nie miałam wyboru w sprawie Girton, prawda? Dlatego, że Stevie zginął... a Hugh był chory... muszę tam iść.

Gdy rozejrzała się wokół stołu, spostrzegła, że zraniła wszystkich. Nawet Hugha, który zawsze był dla niej taki miły. Jęknęła z rozpaczy, wściekła wybiegła z pokoju, chwyciła z kołka płaszcz i wypadła z domu.

Pędziła przed siebie, rozchlapując kałuże, aż dotarła do stacji kolejowej w Soham. Jakimś cudem w kieszeni palta znalazła portmonetkę. Na peronie stał pociąg do Cambridge. Robin, siedząc w przedziale, ogarnęła wzrokiem podmokłe i szare równiny Fens. Starała się myśleć rozsądnie. Powietrze przesycone było wonią spalonych łodzi i zrównanych z ziemią mostów. Na dworcu w Cambridge, gdy stała wśród tłumu pospiesznie zmierzających dokądś ludzi, dobiegła ją z megafonu zapowiedź pociągu do Londynu. Niemal ogłuszył ją nagły przypływ nostalgii za stolicą i za życiem, które niegdyś wiodła. Pomyślała o odosobnieniu i ciszy Blackmere. Postanowiła, że musi stamtąd uciec.

Ruszyła w stronę domu kuzynostwa Mai. Po śmierci ojca przyjaciółki dom Readów zmienił właściciela, Lydia Read planowała ponownie wyjść za mąż, a Maja zamieszkała u kuzyna matki, Sydneya, i jego żony, Margery.

Maja gościła właśnie Helen na herbacie.

- Tato musiał odwiedzić swojego dawnego parafianina w Cambridge - wyjaśniła przyjaciółka. - Pomyślałam więc, że zrobię zakupy i zajrzę do Mai. Bardzo się cieszę, że mam okazję również się z tobą zobaczyć, Robin.

Maja parzyła w kuchni herbatę. Robin, obserwując ją, zauważyła, że przyjaciółka się zmieniła. Wydawała się starsza, szczuplejsza i bardziej wiotka.

- Pewnie dotkliwie odczuwasz stratę ojca.

Maja nalewając wrzątek do dzbanka, wzruszyła ramionami.

- To zabawne, z jaką łatwością człowiek potrafi do wszystkiego przywyknąć.

Przymknęła powieki, ukrywając przed Robin kryształowobłękitne oczy.

- Muszę znaleźć jakąś pracą. Niedawno skończyłam kurs księgowości i chcę rozejrzeć się za stałym zajęciem.

Wyjęła z kredensu filiżanki i spodki.

- A jakie ty masz plany, Robin? Czy nadal chcesz zostać pierwszą kobietą, która otrzyma tytuł profesora filologii klasycznej na uniwersytecie w Cambridge?

- Nie wybieram się na studia - wyznała Robin słabym głosem. - Właśnie zawiadomiłam o tym rodziców. Straszliwie się o to pokłóciliśmy.

- Ach, tak - powiedziała Maja. Nigdy nie miała zwyczaju osądzania innych. Napełniła trzy filiżanki herbatą.

- Skoro nie chcesz się dalej uczyć, to co będziesz robić? - spytała Helen.

- Nie mam pojęcia. - Robin objęła dłońmi filiżankę, w tej chwili nienawidziła siebie. Ona, która zawsze zamierzała tak wiele dokonać, uchylała się właśnie od podjęcia pierwszego w jej dorosłym życiu, poważnego wyzwania. A wkrótce musiała wrócić do rodziny i jeszcze raz patrzeć na rozczarowanie ojca.

- Co chcesz robić? - spytała Maja.

Miała zamiar dać tę samą co przedtem odpowiedź: "Nie mam pojęcia", gdy nagle przypomniała sobie dworzec i pociąg.

- Chciałabym wrócić do Londynu.

Maja się nie odezwała, tylko wzruszyła ramionami. A Robin, w chwili gdy patrzyła na przyjaciółkę, wpadł do głowy cudowny i ekscytujący pomysł. Sięgnęła do kieszeni i wyjęła portmonetkę.

- Ojej! Mam tylko pięć szylingów i siedem pensów.

- Pożyczę ci pieniądze na bilet do Londynu. Miałam zapłacić za moje utrzymanie, ale Margery może zaczekać.

Maja wyszła na moment z pokoju.

- Londyn! Co za ekscytujące miasto! - stwierdziła Helen, szeroko otwierając oczy. - Robin, chyba jeszcze nie przemyślałaś tej decyzji...

Robin była jednak gotowa to zrobić. Choć perspektywa wyjazdu zarówno oszałamiała ją, jak i zatrważała, wiedziała już, że nie cofnie się przed nią.

Maja wróciła z małym neseserem.

- Zapakowałam parę zapasowych pończoch, mydło, flanelową nocną koszulę i pastę do zębów. Pewnie nie wzięłaś z domu żadnych rzeczy. A oto dwa funty.

Wręczyła Robin banknoty. Robin schowała je do torebki. Helen również przeszukała swoją portmonetkę i zebrała garść drobnych.

- Powiem Daisy i Richardowi, żeby się nie martwili o ciebie - obiecała, wciskając przyjaciółce monety do ręki.

Maja przycupnęła na krawędzi stołu i otworzyła paczkę papierosów.

- Zmień świat, droga Robin. - Jej jasne oczy były przymrużone i roześmiane. - Ja jeszcze muszę przez jakiś czas tkwić w tej dziurze. Wszystko wskazuje na to, że książę z bajki jest na razie zajęty. Jedyny młody mężczyzna, którego ostatnio spotkałam, to nowy wikary z kurzajką na nosie. Tak więc w najbliższej przyszłości czekają mnie tylko kursy księgowości, wenty dobroczynne oraz parafialne gazetki. Obawiam się, że obecnie tylko ty z całej naszej trójki masz szansę ścigania dziewczęcych marzeń. - Głos Mai zabrzmiał cynicznie, gdy pchnęła torbę podróżną w stronę Robin.

- No to pędź. I lepiej się pospiesz. Pociąg do Londynu odchodzi za kwadrans.

Robin prędko uścisnęła przyjaciółki i wyszła. Na dworcu w Cambridge kupiła bilet i popędziła w stronę peronu. Z komina lokomotywy już kłębił się dym. Otworzyła drzwi przedziału i niemal wpadła do środka, skupiając na sobie zdumione spojrzenia współpasażerów. Pociąg ruszył ze stacji, zabierając ją z miasta i wioząc ku nowemu życiu.

Gdy kuzyn Sydney próbował pocałować Maję na dobranoc w usta zamiast w policzek, zaraz na drugi dzień zaczęła energicznie rozglądać się za pracą. Przedtem była jak sparaliżowana - nawet dniami dręczyły ją koszmary o śmierci ojca. W biurze sekretarek przy ulicy St Andrew sporządziła ogólną listę swoich kwalifikacji i otrzymała list polecający do działu księgowości w domu handlowym Merchanta.

Gdy minęła szerokie podwójne sklepowe drzwi, ogarnęło ją oszołomienie. Otaczały ją rzeczy, które zawsze pragnęła mieć: drogie kosmetyki, perfumy, skórzane rękawiczki, jedwabne szaliki oraz pończochy delikatne jak pajęczyna. W gazetach często pojawiały się reklamy tej firmy: "Sklep Merchanta - to pierwszy i najnowocześniejszy dom handlowy w Cambridge. Oferujemy towary tekstylne, kompletne wyposażenie mieszkań, wyroby modniarskie, bluzki, gotową odzież oraz proponujemy korzystanie z naszej wypożyczalni książek".

Zatrzymała się w połowie schodów, patrząc w dół na migocące światła o wspaniałych barwach. Głęboko zaciągnęła się ciepłym powietrzem i zapachem bogactwa. Wiedziała, że może wyglądać równie elegancko, jak każda z ubranych w futra dam kupujących francuskie perfumy, i nie mniej pięknie niż każda z umalowanych twarzy, które patrzyły na nią z witryn w dziale kosmetyków. Miała wrażenie, że w futrze, ukryta pod warstwą pudru i wyperfumowana, poczułaby się bezpiecznie.

Gdy wchodziła po schodach z listem polecającym w garści, zastanawiała się, jak zdoła znieść tę pracę, przebywając w ciasnym biurze z tuzinem innych dziewczyn i widując jedynie w przelocie ten odmienny świat. Pomimo to szła z wysoko podniesioną głową, zdecydowana nie dopuścić do tego, aby rozgoryczenie i przygnębienie były widoczne na jej twarzy. Gdy przechodziła przez dział na pierwszym piętrze, usłyszała, że ktoś ją woła. Znajomym okazał się pan Merchant - był na kolacji owego straszliwego dnia, gdy dowiedziała się o rychłym bankructwie rodziny, a potem uczestniczył w pogrzebie ojca. Nie kojarzyła dotychczas jego nazwiska z domem handlowym Merchanta. Na pewno jest bogaty - dobiegł ją podszept własnych myśli.

- Jestem zachwycony, że panią widzę, panno Read.

- Witam pana, panie Merchant. - Maja uśmiechnęła się i wyciągnęła do niego rękę.

Był znacznie od niej starszy. Oceniała jego wiek na trzydzieści lat. Miał kręcone, krótko ostrzyżone, rudawe włosy oraz cienkie wąsy.

- Czy planuje pani duże zakupy, panno Read?

Odruchowo wepchnęła list głęboko w kieszeń.

- Och, zajrzałam tu po kilka drobiazgów. Zamierzam kupić wstążkę i nici. - Rozejrzała się wokół siebie i roześmiała. - Cóż za głuptas ze mnie! Musiałam pomylić piętra!

- Odprowadzę panią do działu z pasmanterią, panno Read.

Podał jej ramię, a ona wsunęła w nie swoją dłoń w rękawiczce. Gdy schodzili po schodach na dół, zapytał ją o matkę i wyraził żal z powodu śmierci jej ojca. W dziale pasmanterii siedziała biernie, gdy ekspedienci uwijali się pod jego czujnym wzrokiem, przynosząc wstążki, guziki i rozwijając bele bawełny. Zauważyła, że choć autorytet, jakim się cieszy, sprawia mu przyjemność, jest efektywny w działaniu i nie brak mu kompetencji.

W końcu niewielkie zakupy zostały dokonane. W duchu dziękowała Bogu za to, że miała w portmonetce wystarczającą kwotę, aby móc za nie zapłacić. Merchant niósł jej mały pakunek, gdy szli obok siebie przez dział perfumerii. Odprowadził ją aż do samych do drzwi.

Nie mogła się powstrzymać od zadania mu tego pytania:

- Czy to wszystko należy do pana, panie Merchant?

Gdy się uśmiechnął, dostrzegła jego drobne, białe i ostre zęby.

- Każdy metr powierzchni tego budynku. Zanim go przejąłem, byłem właścicielem sklepu z towarami żelaznymi. Nie pamięta pani, panno Read?

Zaprzeczyła ruchem głowy.

- Większość artykułów dostarczano nam do domu. Nieczęsto osobiście robiliśmy sprawunki.

- Czy nie sądzi pani, że to miłe zajęcie, panno Read? Stwarza możliwość dokonania najbardziej pożądanego zakupu - daje szansę obejrzenia oferowanego towaru i dokonania przemyślanego wyboru.

Jego oczy, o kolorze imbiru i orzechów laskowych, napotkały jej spojrzenie, a ona nie odwróciła wzroku ani się nie spłoniła. Nigdy nie oblewała się rumieńcem. Doszła do wniosku, że choć Merchanta trudno uznać za przystojnego mężczyznę, to ma władczą postawę i emanuje z niego siła. Nie dostrzegła w jego słowach grubiaństwa, ale potraktowała je jako wyzwanie. Wiele czasu upłynęło od momentu, kiedy jakaś osoba wzbudziła w niej bodaj iskrę zainteresowania.

A poza tym wszystko, co widziała wokół siebie, należało do niego. Jasne oświetlenie, chromowane kontuary stoisk oraz delikatne dywany zdawały się przemawiać do niej swoim bogactwem. Po raz pierwszy od miesięcy przypomniała sobie o swoich dawnych ambicjach:

- Bogato wyjdę za mąż - oświadczyła kiedyś w obecności Robin i Helen. - I zamieszkam w ogromnym domu.

Potrząsnęła dłonią Merchanta i wybąkała coś pod nosem w podziękowaniu. Gdy szła ulicą, czuła, że za nią patrzy. Dlatego wstrzymała się z wyrzuceniem do kosza wymiętego listu, dopóki nie znalazła się za rogiem.

Była ostrożna, gdyż wyczuwała, że Vernon Merchant jest równie bystry i wyrachowany jak ona. Znalazła pracę biurową w firmie, która się specjalizowała w montażu telefonów i elektrycznego oświetlenia. Biuro mieściło się na przedmieściach Cambridge; Maja stroniła od centrum miasta. Codzienne wizyty w domu handlowym Merchanta w nadziei, że spotka Vernona, byłyby błędem i naraziłyby Maję na jego pogardę.

Zatelefonował do niej w miesiąc po ich spotkaniu. Była szósta wieczór i Maja dopiero co wróciła z pracy. Służąca podała jej słuchawkę.

- Panna Read?

Natychmiast rozpoznała głos. Nie mogła powstrzymać uśmiechu.

- Tak, to ja.

- Mówi Vernon Merchant. Jak się pani miewa, panno Read?

- Dziękuję, bardzo dobrze, panie Merchant. - Czekała, co dalej powie.

- Mam dwa bilety do teatru na dzisiejszy wieczór. Czy mogę liczyć na pani towarzystwo?

Jego bezpośredniość rozbawiła ją. Zapraszał ją w ostatniej chwili i wcale się nie obawiał, że może być zajęta. Nie udzielił jej też wyjaśnień, w jaki sposób wytropił, gdzie mieszka.

- Z największą przyjemnością, panie Merchant - odpowiedziała równie bezceremonialnie. - Może pan po mnie przyjechać o siódmej wieczorem.

Od tej pory telefonował do niej co tydzień. Zabierał ją do teatru, do restauracji i chodził z nią na przyjęcia. Nie przepadał za kinem, a galerie sztuki i koncerty nudziły go. Nie miał już rodziców, nigdy nie był żonaty, walczył na wojnie, a po powrocie do Anglii ciężko pracował na swoją karierę. Wybrał Cambridge nie dla jego piękna ani historii, lecz dlatego, że w mieście nie było nowoczesnego domu handlowego. Elegancko się ubierał i dobrze jadał. Był właścicielem ogromnego, wyposażonego we wszelkie luksusy domu, którego Maja, po dwóch miesiącach znajomości z Vernonem, nie miała jeszcze okazji odwiedzić.

To było wszystko, co o nim wiedziała. Podejrzewała, że jest skryty, podobnie jak ona. A może Vernon Merchant nie miał nic do ukrycia i był dokładnie tą osobą, na jaką wyglądał - dobrze prosperującym biznesmenem; trochę samotnym, lecz w pełni usatysfakcjonowanym z tego, co stworzył. Nie nudził jej. Nie mogła tego pojąć. Prawdopodobnie dlatego, że zawsze fascynowała ją potęga, a gdy Vernon opowiadał jej o swojej pracy, w jego lisich, piwnych oczach pojawiał się błysk zadowolenia. Gdyby od czasu do czasu, gdy ją całował, nie dostrzegała w jego wzroku tego samego wyrazu, zwątpiłaby we własne możliwości. Tylko w tańcu ją obejmował i muskał wargami jej cnotliwie zamknięte usta.

Gdy przyjechał po nią pewnego piątkowego wieczoru, miała na sobie suknię w lodowobłękitnym kolorze, dobraną odcieniem do barwy oczu. Był luty, pomarańczowoszare niebo zasnuły chmury, a w powietrzu wisiał śnieg. Maja była w futrze kuzynki Margery, które pod jej nieobecność wyjęła z szafy. Nie mogła przecież na randkę z Merchantem włożyć swojego jedynego szkolnego palta. W samochodzie Vernon ściągnął pled z tylnego siedzenia i otulił nim nogi Mai.

- Jedziemy do Londynu - oświadczył. - Jeden z moich współpracowników wydaje dzisiaj kolację.

Rozmawiali podczas długiej podróży zarówno o mało istotnych, codziennych sprawach, jak i o doniosłych światowych wydarzeniach. Dom Belgravia, gdzie odbywało się przyjęcie, jarzył się światłami na tle ponurych chmur. Gdy służący w uniformach wzięli ich wierzchnie okrycia, Maja skierowała się do wyłożonej marmurami łazienki, gdzie przypudrowała sobie nos. Jedli i tańczyli, a Vernon obejmował ją w tańcu lekko i delikatnie. Gdy o trzeciej nad ranem odzyskała futro Margery i wyruszyli w długą powrotną podróż do domu, zaczął padać śnieg.

Vernon nasunął dach na samochód i pozamykał wszystkie okna, lecz płatki śniegu i tak wpadały do środka poprzez szczeliny i szpary. Maja podciągnęła koc pod samą brodę i błogosławiła w myślach futro. Gdy jechali na północ, mijając rzędy nowych, dwurodzinnych domów, które jak grzyby po deszczu wyrastały wokół Londynu, Vernon podał Mai butelkę.

- Brandy - powiedział. - Napij się. Trochę się rozgrzejesz.

Nie lubiła brandy. Rzadko pijała alkohol. Być może dlatego, że niejednokrotnie widywała matkę po zbyt wielu dżinach. Posłusznie jednak pociągnęła łyk z butelki i stwierdziła, że Vernon miał rację. Poczuła rozchodzące się po całym ciele ciepło.

- Czy zdążymy wrócić przed świtem?

- Może się nam to nie udać. - Mrużył oczy, wpatrując się w szosę poprzez nieustannie padające z nieba płatki. - Będziesz miała z tego powodu kłopoty?

- Och, nie. Jutro nie muszę iść do pracy.

- A czy twoja kuzynka...

- Nie interesuje się moim życiem. - Maja pomyślała tylko o futrze i zachichotała w duchu, wyobrażając sobie twarz Margery w chwili, gdy szuka i nie może znaleźć swoich cennych norek.

Vernon milczał przez jakiś czas.

- Ile masz lat, Maju? - spytał po chwili.

Była zaskoczona. Jeszcze nigdy nie zadał jej równie osobistego pytania.

- Dziewiętnaście - odparła zgodnie z prawdą.

- A ja trzydzieści cztery. Dziewiętnastolatkiem byłem w 1914 roku.

Zaczęła żałować, że piła brandy. Przeczuwała, że ta rozmowa będzie ważna, a alkohol i zmęczenie zaćmiły jasność jej myśli.

- Czego oczekujesz od życia, Maju?

Postanowiła dać uczciwą odpowiedź i powtórzyła to samo, co kiedyś powiedziała Robin i Helen.

- Chciałabym wyjść za mąż za bogatego człowieka, zamieszkać w pięknym domu i mieć mnóstwo wspaniałych ubrań.

Odrzucił do tyłu głowę i wybuchnął śmiechem. Jego usta naciągnęły się, odsłaniając zadziwiająco ostre zęby.

- Dlaczego? - spytał.

Ponieważ wtedy czułabym się bezpieczna - pomyślała.

- Ponieważ lubię ładne rzeczy - powiedziała na głos. - I znam się na pięknej odzieży.

Tym razem tylko nieznacznie skinął głową, przyjmując do wiadomości jej wyjaśnienia lub dając wyraz swojej aprobacie. Droga wiła się wśród pagórkowatego terenu, a śnieżyca przybrała na sile. Płatki śniegu tańczyły w żółtym świetle samochodowych reflektorów niczym konfetti.

- A dlaczego tobie zależało na bogactwie? - spytała zaciekawiona.

- Ponieważ ludzie bogaci nie muszą o nic prosić. Im więcej mają, tym więcej otrzymują.

Zadrżała. Obrzucił ją zatroskanym wzrokiem.

- Weź mój szalik. Przepraszam cię, kochanie. Nie ciągnąłbym cię taki kawał drogi, gdybym wiedział, że będzie aż tak zimno.

Z uśmiechem pokręciła głową. Po raz pierwszy powiedział do niej "kochanie".

- W porządku - oświadczyła. - Jestem tylko trochę zmęczona, to wszystko.

- Wypij jeszcze trochę brandy. Może zdołasz zasnąć.

Usłuchała jego rady i okazało się, że miał rację. Po chwili zmorzył ją sen, a kiedy się obudziła, miedziany blask nieba świadczył o wstającym świcie.

- Niedługo będziemy na miejscu - oznajmił Vernon.

Nie wyglądał na zmęczonego. Nadal prowadził samochód szybko i pewnie. Maja podziwiała tę jego umiejętność: błyskawiczny ruch nadgarstków, gdy kręcił kierownicą oraz zdolność zachowania czujności po całej nieprzespanej nocy. Zawsze szanowała sprawność i wytrzymałość. Jej ojcu brakowało tych cech, lecz ona je miała.

Vernon zahamował i powoli skierował samochód na wysypany żwirem podjazd przed domem. Auto biorąc zakręt, przechyliło się lekko na bok, lecz Vernon zaraz je wyprostował. Po obu stronach alei rosły wawrzyny. Ich liście uginały się pod śniegiem, a długie gałęzie buków schodziły się ze sobą ponad koronami. Maja nagle poczuła się całkiem rozbudzona. Znajdowali się zapewne w jego posiadłości. Vernon Merchant przywiózł ją do swojego domu.

- Zbudowałem go kilka lat temu - wyjaśnił. - Mam nadzieję, że nie weźmiesz mi za złe, jeśli na moment zatrzymamy się u mnie. Muszę wykonać kilka telefonów. Przez ten czas zagrzejesz się trochę. Wyglądasz na przemarzniętą, kochanie.

Delektowała się po raz drugi użytym słowem: kochanie. Służący otworzył jej drzwi od strony pasażera. Gdy wysiadła z samochodu, otoczyły ją wirujące płatki śniegu. W hallu Vernon podniósł słuchawkę telefonu.

Podłoga była marmurowa, a wyłożone ciemną boazerią ściany zdobiły liczne płótna przedstawiające misy z owocami oraz martwe lub umierające zwierzęta. Kwiatony szerokich jak w magnackich rezydencjach schodów zdobiły rzeźbione głowy aniołów.

Maja została wprowadzona do przestronnego i wygodnie umeblowanego pokoju. Na stole stała taca z gorącą czekoladą i biszkoptami, a w olbrzymim kominku płonął ogień. Grzała się w jego cieple, rozprostowując palce.

Gdy wypiła czekoladę, usłyszała kroki i trzask zamykanych drzwi. Obejrzała się i zobaczyła Vernona.

- Pojawił się niewielki problem. Nie na tyle znaczny jednak, żebym nie zdołał sobie z nim poradzić. Zbyt późno zostało złożone zamówienie - obawiam się, że na skutek niekompetencji jednego z moich pracowników.

- I co zrobisz?

- Wyrzucę go z pracy, to oczywiste.

Zbliżył się do niej.

- Nigdy nie odpoczywasz?

Uśmiechnął się, lecz jego oczy nadal były pociemniałe, a spojrzenie twarde.

- Nigdy. I dzięki temu dorobiłem się tego wszystkiego, Maju. Jestem zamożnym człowiekiem, mieszkam w okazałym domu i nie ma takiej rzeczy, na którą nie mógłbym sobie pozwolić.

Chociaż nie odczuwała już zimna, ponownie zadrżała. Wyjaśnienie to było echem jej własnych słów, gdy w samochodzie mówiła o swoich planach.

- Wciąż jesteś przemarznięta, Maju. Pozwól, że cię ogrzeję. - Zsunął z jej ramion norki Margery i zaczął ją całować.

Tym razem nie był to pospieszny pocałunek. Rozchylił wargami jej usta i penetrował językiem ich wnętrze. Przyciągnął ją do siebie, a jego dłonie odkrywały jej kształty poprzez cienki jedwab sukni. Odczuwała jednocześnie podniecenie i strach. Badał jej ciało, jak gdyby należało do niego, a nie do niej. I gdzieś w podświadomości, gdy spojrzała na tę scenę z boku, dobiegł ją szept własnych myśli: Chce wiedzieć, co kupuje...

Nagle odepchnęła go od siebie.

- Nie - powiedziała chrapliwym głosem. - Nie.

Ku jej uldze, wypuścił ją z objęć.

- Dlaczego nie?

Nie była w stanie wydobyć z siebie słowa i tylko pokręciła głową.

- Jesteś dziewicą, Maju?

Poczuła się nagle straszliwie zmęczona i bliska płaczu. To jedyne, co mam, pomyślała. Bez tego będę mniej warta. Skinęła głową.

Przez jedną zatrważającą chwilę myślała, że Vernon się z niej naśmiewa. On jednak stwierdził tylko:

- To dobrze. Gdybyś nie była, nie chciałbym się z tobą ożenić.

Uświadomiła sobie przyspieszone uderzenia własnego pulsu pod wpływem uczucia triumfu i ulgi.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI