28 LISTOPADA
Kacper sprawdził, czy chłodnia jest dobrze zamknięta. Podścielił dodatkową porcję słomy młodym cielakom i dumnym wzrokiem powiódł po swoim przychówku. Praca z krowami działała na niego kojąco. Wszystko było logiczne, uporządkowane i budziło określone reakcje. Lubił tę przewidywalność, chociaż niekiedy zdarzały się przykre niespodzianki.
Każdą stratę cielaka czy też krowy mocno przeżywał. Nie chodziło o utracone zyski, a o stratę żywej istoty. Szybko się przywiązywał do zwierząt, zawsze bardzo o nie dbał i stwarzał im optymalne warunki. Czasami jednak to nie wystarczało. Jak ostatnio, gdy odbierał poród Mruczki. Urodziła martwą jałówkę. Bał się, że i Mruczkę straci, ale zaprzyjaźniony weterynarz przyjechał mimo późnej pory i zaaplikował krowie odpowiednie leki.
Dobiegający z podwórka warkot samochodu przyspieszył jego wyjście z obory. Była dopiero siódma i odwiedziny o tej porze należały do rzadkości.
Zdziwił się, gdy dostrzegł samochód kurierski kuzyna.
- Kacper! Musisz mi pomóc! - zawołał przybyły, wychodząc z samochodu.
- Stało się coś?
- Cholera, stało się! Maciek, wiesz, ten mój drugi kurier, padł i szybko nie wstanie.
- Padł?
- Rwa kulszowa! Czaisz?! Rwa kulszowa. Myślałem, że to choroba starych ludzi, i byłem pewien, że ściemnia. No bo jak? Młody chłopak i rwa kulszowa?!
- I co? Nie ściemnia?
- Nie! Leży i kwiczy. Wstać nie może, chodzić nie może, a już na pewno nie może jeździć i rozwozić paczek!
- Przykra sprawa - powiedział zachowawczo Kacper, zastanawiając się, w czym ma pomóc kuzynowi.
- I to jak cholera przykra! Za chwilę grudzień i zacznie się kongo z paczkami. To zawsze najgorętszy okres. We dwóch ledwo wyrabialiśmy, mimo że trzaskaliśmy po dziesięć godzin. Sam na pewno tego nie ogarnę.
- To zatrudnij kogoś.
- Dobre sobie! Ty myślisz, że kurierzy to rosną na drzewach?
- Kaczmar, co za problem? Daj ogłoszenie i po sprawie.
- Człowieku, nie wiesz, o czym mówisz! Znalezienie kuriera w normalnym czasie trwa i trwa, a w sezonie świątecznym to po prostu niewykonalne. Nie ma! Zwyczajnie nie ma nikogo wolnego, bo wszyscy już gdzieś zatrudnieni. Nawet ci, których absolutnie poza sezonem nie zatrudniłby nikt, to w okresie świąt dostają zleceniówkę. Jestem w czarnej dupie!
Kacper spojrzał na zdenerwowanego kuzyna i zrobiło mu się go żal. Widział, jak rozkręcał interes. Zdobywał rynek, zaufanie klientów. Powoli poszerzał teren. Dokupił drugie auto. Miał wiele planów i nieustający zapał, aby realizować swój cel.
- A w czym miałbym ci pomóc?
- Wiesz, ja oczywiście dam ogłoszenie, ale z góry wiem, że na ten czas nikogo nie znajdę - odparł, pocierając mocno brodę. - Mam nadzieję, że młody szybko dojdzie do siebie, ale nie ma co liczyć, że potrwa to krócej niż dwa, trzy tygodnie.
- To co proponujesz? - ponaglił go Kacper, czując, że wiatr się wzmaga i zaczyna nieprzyjemnie smagać po plecach.
- Musisz mi pomóc.
- Ale jak? Powiesz wreszcie?
- Zastąpisz młodego. Dobrze jeździsz, znasz ten teren, wiesz, gdzie kto mieszka.
- Oszalałeś. Przecież mam krowy. Same się nie nakarmią i nie wydoją.
- Wiem, wiem, ja to wszystko przemyślałem.
- Tak?
- Tak.
- Jakoś czarno to widzę, ale chodź do domu, bo zaraz nas obu przewieje i nici z twoich planów.
- Jestem taki wkurzony, że wcale zimna nie czuję, ale masz rację, nie ma co ryzykować.
Gdy weszli do kuchni, szybko zostali otoczeni przez koty, które stanowczo domagały się uwagi. Miauczały, łasiły im się wokół nóg, jeden z nich nawet zaczął się wspinać Kacprowi po nodze.
- No już, Zuza, powoli. Zaraz dostaniesz jedzenie - powiedział czule, ściągając białą kotkę z nogi.
- Aua! Cholera, ale ma ostre pazury - zawołał Paweł, rozcierając podrapaną rękę.
- Szarek cię dopadł. Lepiej go nie dotykać. Nie lubi tego.
- Chciałem go tylko pogłaskać - powiedział szybko Kaczmar, podnosząc ręce w obronnym geście.
- On nie lubi czułości.
- Dziwne te twoje koty.
- Nie, to po prostu indywidualiści. Koty tak mają.
- Ile ich masz?
Kacper nie odpowiedział od razu. Sięgnął po puszkę z karmą i nałożył równe porcje na trzy stojące przy piecu kaflowym miseczki. Gdy koty zaczęły jeść, odwrócił się w stronę kuzyna.
- Patrz, jakie łakome. Zachowują się, jakby nic dzisiaj nie jadły, a przed wyjściem nałożyłem im jedzenia do misek.
Szarek zastrzygł uszami, podniósł głowę i posłał mu urażone spojrzenie.
- Jedz, jedz, już nic nie mówię - odparł rozbawiony Kacper. - A co do kotów, to w domu mam trzy. W sumie nawet nie ja, bo to koty babci Jadwigi. Na dworze zaś jest kilka znajd, ale to dzikie koty. Babcia kilka razy próbowała je zwabić do domu, ale tylko prychały i jeżyły grzbiety.
- Niezły przychówek.
- Idzie przywyknąć. Siadaj, zrobię kawę, a ty mów, jaki masz pomysł.
Paweł zdjął kurtkę, przerzucił ją przez oparcie krzesła i usiadł z głośnym westchnieniem. Adrenalina powoli puszczała i zaczynał odczuwać potworne zmęczenie, chociaż był dopiero początek dnia i czekało na niego mnóstwo paczek do rozwiezienia.
- Więc tak. Wiem, że ty rano doisz. I wieczorem. Pomyślałem jednak, że ja będę jeździł rano na załadunek. Jeśli zmieści się na jedno auto, to wezmę wszystko i przywiozę ci to, co będzie do rozwiezienia na tym terenie. Jeśli będzie ich dużo, a zakładam, że tak właśnie będzie, to pojadę rano, odbiorę paczki, przyprowadzę ci tu auto z załadunkiem, a później pojadę drugi raz swoim.
- Dasz radę? Przecież to jakieś dwie godziny w plecy.
- Wiem - powiedział zrezygnowany. - Nie ma jednak innej możliwości. Ty nie masz jak, bo krowy, a nikogo innego nie znajdę, więc muszę sam obrócić dwa razy.
- I co dalej z tymi paczkami?
- Później już tylko rozwieźć po okolicy. Wiesz, zawozisz, pukasz, skanujesz, oddajesz, i gotowe.
- Myślisz, że wyrobię się między dojeniami?
- Tak. Przejmę te dalsze odcinki i jakoś damy radę. Kacper, kurde, nie prosiłbym cię, wiem, że masz dość swoich zajęć, ale jestem pod ścianą. Wiąże mnie kontrakt. Nie mogę tak po prostu powiedzieć, że na grudzień rezygnuję, bo już nie odzyskam tego zlecenia.
- Rozumiem. Tylko wiesz, nigdy tego nie robiłem, nie wiem, czy się sprawdzę w roli kuriera.
- Sprawdzisz się! A mnie naprawdę wyświadczysz wielką przysługę. Dam ci umowę, świetne warunki i co tylko chcesz, tylko mi pomóż.
- Spokojnie, to nie jest najważniejsze. - Kacper pokręcił głową. - Mogę spróbować, ale daj to ogłoszenie. Może znajdzie się ktoś bardziej dyspozycyjny.
- Czyli zgadzasz się?
- Skoro trzeba, to pomogę.
- Kamień z serca! To teraz mogę napić się szybko kawy i ruszam.
Kacper kiwnął głową. Postawił przed kuzynem ciepły napój, chwycił patelnię i paletkę z jajkami. Położył solidny kawał masła na rozgrzanej powierzchni i zaczął wbijać jajka.
- Pięć? - zapytał, odwracając się do kuzyna.
- Może być. Przyda mi się zastrzyk energii.
Gdy po kuchni rozniósł się apetyczny zapach, do środka wkroczyła Jadwiga odziana w góralskie bambosze i owinięta grubym szlafrokiem.
- Wszelki duch Pana Boga chwali! Paweł? Stało się coś?
- Witaj, ciociu - odparł, wstając i całując kobietę w policzek. - Miałem spory problem, ale Kacper pomógł mi go rozwiązać.
- O matko!
- Nie denerwuj się, babciu. To nic takiego. Przez kilka dni będę kurierem - wyjaśnił Kacper, nakładając jajecznicę na talerze. - Wiesz, nowe wyzwanie, nowe możliwości. Może podołam.
- Na pewno! Ty ze wszystkim sobie zawsze radzisz. - Posłała mu pełen dumy uśmiech i usiadła do stołu. - A najlepiej z parzeniem herbaty, więc zrób mi taką, jak lubię, a ja tu chwilkę z Pawełkiem porozmawiam. Niech mi opowie, co będziesz robił.
Kacper uśmiechnął się pod nosem. Babcia rzadko miała okazję rozmawiać z kimś innym niż on, więc wiedział, że ta "chwilka" mocno się wydłuży. Podobne wrażenie odniósł Kaczmar, bo posłał mu przestraszone spojrzenie. Udał jednak, że tego nie widzi.
Sięgnął po Zuzę i całą uwagę skupił na jej głaskaniu. Odwdzięczyła mu się głośnym mruczeniem, które zawsze pozytywnie go nastrajało. Nawet wtedy, gdy podejmował się wyzwań, których absolutnie nie miał ochoty się podejmować. Jednak rodzina to rodzina, a grudzień też ma swoje prawa.
"Magiczny czas", przemknęło mu przez głowę i na szczęście wtedy jeszcze nie wiedział, jak bardzo będzie przeklinał magię świąt, prezenty zamawiane w hurtowych ilościach i drogi, które lubiły znikać wśród żuławskich pól.