Wojciech Chmielarz. Anomalia
Wojciech Chmielarz
Anomalia
1.
Pieprzone globalne ocieplenie, pomyślała. Maj w górach, w polskich
górach, nie w żadnych Himalajach, powinien wyglądać inaczej. Wyobrażała
sobie soczyste, zielone, zalane słońcem polany. Powietrze drżące od
świergotu ptaków, górskie ścieżki, którymi przebiegają małe sarny,
zajączki i inne wybudzone ze snu zimowego... zwierzaki. Nie miała
pewności, co tutaj żyje.
Zamiast tego od rana niebo zakrywała kołdra ciężkich chmur. Paskudnych i szarych, jakby wyrzygały się na nie swoimi dymami wszystkie fabryki z szesnastu województw. Było zimno, było mokro, a później zrobiło się
jeszcze gorzej. Zaczął padać śnieg. Nie żaden przyjemny biały puszek jak
z reklamy coca-coli, ale duże, nieforemne płatki przypominające kawałki
nieudolnie wyrżniętego metalu. Wirowały przed nią dziko, białym tumanem,
tak że ledwo widziała własną wyciągniętą rękę. Do tego natychmiast się
topiły. Jej ubranie zupełnie przemokło. Szczękała zębami z zimna.
Mięśnie na przemian tężały, żeby zaraz piec, jakby ktoś wlał w nie
roztopiony ołów. Niepotrzebnie zeszła ze szlaku, wyrzucała sobie.
Wydawało jej się jednak, że tak będzie szybciej. Zamiast wlec się od
jednego znaczka do drugiego, szybko zejdzie w dolinę, odnajdzie
najbliższą wioskę, a tam przystanek PKS. Straszliwie się pomyliła. Droga
przed nią zmieniła się błyskawicznie w wypełnioną błotem, śliską rynnę,
w którą raz po raz upadała, obijając sobie kości. Leśny dukt wił się,
zakręcał, zmieniał kierunek, rozdzielał się, żeby zaraz znowu się
połączyć, tak że wkrótce zupełnie straciła orientację i nie wiedziała,
gdzie jest. Jedynym znakiem cywilizacji były równe stosy ściętych przez
leśników drzew. Schowała się za jednym z nich na kilka minut w nadziei,
że przeczeka śnieżycę, ale wkrótce zrozumiała, że prędzej zmieni się w cholerny sopel lodu, niż doczeka poprawy pogody, ruszyła więc przed
siebie. Była coraz bardziej zdezorientowana, coraz bardziej
przestraszona i coraz słabsza. Nagle zdała sobie sprawę, że płacze.
Nie tak to miało wyglądać.
Miało być ciepło. Miało być przyjemnie. Miało być słońce. Zwykła
wiosenna górska wycieczka.
Pieprzone globalne ocieplenie. Ale mogła mieć żal tylko do siebie.
Powinna to przewidzieć. Przecież tak było od kilku lat. Na Boże
Narodzenie plucha, deszcz i błoto, na majówkę cholerne białe święta.
Dlaczego nikogo nie spotkała? Gdzie była jakaś straż leśna? Ktokolwiek,
kto mógłby jej pomóc? Chociaż wskazać kierunek.
Całym jej ciałem wstrząsnął nagły dreszcz i po raz pierwszy pomyślała,
że tutaj umrze. Przeraziło ją to. Nie mogła złapać tchu. Zabolało tak
mocno, że na moment straciła równowagę, poślizgnęła się i upadła na
ziemię w wilgotną, obrzydliwą, lodowatą breję. Przez chwilę tak leżała,
z twarzą w śniegu, i wyła bezgłośnie.
Nie pamiętała, kiedy podniosła się z ziemi. W jaki sposób przeszła
kolejne metry. A było ich chyba sporo. Kilkadziesiąt, może kilkaset, bo
nagle zorientowała się, że stoi na otwartej przestrzeni. Śniegu zrobiło
się jeszcze więcej, do tego raz po raz uderzał w nią z pełną
bezwzględnością lodowaty wiatr. Buty ciążyły, jakby były zrobione z betonu. Plecak ściągał na ziemię.
W pewnym momencie, kiedy wiatr na moment rozwiał tumany, dostrzegła w oddali zabudowania. Samotną drewnianą chałupę otoczoną chylącym się ku
ziemi płotem. Przedarła się do niej przez zawieję. Odnalazła furtkę.
Siłowała się z nią przez chwilę. Dopiero po kilku sekundach dostrzegła
ciemną, pordzewiałą zasuwę. Chwyciła ją zgrabiałymi palcami. Przesunęła
i niemal runęła jak długa, kiedy furtka wreszcie ustąpiła.
Weszła na podwórko. Zerknęła w okna budynku. Wisiały w nich szare,
długie firany, które musiały mieć milion lat. Nie dostrzegała żadnego
światła, żadnego ruchu, niczego, co wskazywałoby na to, że dom jest
zamieszkany. Przestraszyła się, że trafiła na opuszczone gospodarstwo.
Że nie ma w środku nikogo, kto mógłby jej pomóc. Ale potem pomyślała, że
nawet jeśli, to trudno. Po prostu włamie się do środka. Rozpali jakoś w piecu czy coś takiego. Ogrzeje się trochę. Odpocznie. Robiła w życiu już
gorsze rzeczy.
Nagle kątem oka dostrzegła jakiś ruch. Odwróciła się niezgrabnie. W samą
porę, żeby dojrzeć pędzący w jej stronę czarny kłąb pełen zębów i pazurów. Krzyknęła. Kłąb odbił się od ziemi, wyskoczył w jej stronę.
Próbowała uciekać, ale zmęczone nogi zaplątały się jedna o drugą.
Przerażający kłąb zastygł gwałtownie w pół ruchu, a potem spadł w dół,
jak kamień, z przerażającym skomleniem - skończył się łańcuch. Pies
błyskawicznie poderwał się w górę. Zaczął szczekać i kłapać zębami,
próbując mimo wszystko ugryźć kobietę. Przez chwilę wydawało się, że
wyrwie łańcuch z byle jak skleconej budy.
Usłyszała skrzypnięcie otwieranych drzwi domu, a potem coraz
wyraźniejsze kroki.
- Spokój! - wrzasnął ktoś tuż nad nią.
I wtedy chyba straciła przytomność.
2.
Z tego, co działo się później, trochę pamiętała, trochę nie. Wszystko
się rozmywało, rozjeżdżało. Do tego miała wrażenie, że jej ciało rozpada
się na kawałki, traci wolę życia, energię. W śnieżycy, w zimnie i wilgoci coś w niej płonęło. Nie pozwalało odpuścić. Pchało do przodu. A w chwili, kiedy znalazła się w bezpiecznym miejscu, ten płomień zgasł.
Ale czy naprawdę była bezpieczna?
Mężczyzna był wielki, ale chudy. Jego bladą twarz okalały czarne włosy,
długie na kilkanaście centymetrów, nierówno ścięte i tłuste. Nie tyle je
zapuszczał, ile po prostu nie chodził do fryzjera. Broda nie miała nic
wspólnego z dziełem wielkomiejskiego barbera. Długa, poskręcana,
niechlujna. Miał na sobie gruby sweter i znoszone, poplamione spodnie.
Podniósł ją z ziemi, pomógł iść. Zaprowadził do domu i usadził przy
stole. W kaflowej kuchni buzował ogień. Mężczyzna postawił czajnik na
płycie.
- Jak się nazywasz? - zapytał.
- Kasia.
- Kasia - powtórzył głucho.
Chwilę później postawił przed nią obtłuczony, emaliowany, czerwony kubek
wypełniony herbatą. Podziękowała. Wzięła pierwszy łyk. Potem kolejny,
rozkoszując się uczuciem ciepła, które rozlewało się po jej ciele.
Dopiero po chwili zorientowała się, że coś jest nie tak. To nie była
zwykła herbata. Jej smak był inny, bardziej kwaskowaty, aromatyczny. Nie
potrafiła go opisać. Poza tym napój palił ostro w przełyku. Zakręciło
się jej w głowie. Podniosła wzrok. Mężczyzna stał z założonymi rękoma
niedaleko kuchni i przyglądał się jej uważnie. Miała wrażenie, że
uśmiecha się lekko. Żołądek ścisnął się jej ze strachu. Pomyślała, że
powinna podziękować za herbatę i opuścić ten dom jak najszybciej. Nic
dobrego jej tutaj nie spotka. Ale kiedy spróbowała wstać, poczuła, że
siły zupełnie ją opuściły.
Zorientowała się, że już nie siedzi przy stole, ale leży w łóżku.
Mężczyzna stał nad nią, chociaż jego kształt był niewyraźny i wydawał
się falować, jakby otaczał go słup gorącego powietrza. Zaczął ją
rozbierać. Nie był delikatny. Nawet nie próbował być. Szarpał,
przerzucał ją, wyginał kończyny.
- Nie - wydobyła z siebie słaby głos.
Chciała się bronić, ale ledwo potrafiła unieść ramię. Poczuła jego ręce
na swoim gołym ciele. Dotykał jej, macał szorstkimi, obrzydliwymi
dłońmi. Traktował, jakby była jakimś przedmiotem, kawałkiem ciasta,
który nic nie czuje.
- Nie - powtórzyła.
- Cicho...
Zbierało się jej na wymioty. Nie tylko żołądek, ale całe jej ciało
skręcało się w odruchu czystego obrzydzenia. Zamknęła oczy i modliła
się, żeby to wszystko skończyło się jak najszybciej.
Kiedy się obudziła, w pierwszej chwili nie miała pojęcia, gdzie się
znajduje. Przeraziły ją odrapane, drewniane ściany upstrzone setkami
drobnych dziur wydrążonych przez korniki, stare koce, pod którymi
leżała, i miękka, obrzydliwa kołdra, przygniatająca ją swoim ciężarem.
Wydawała się wypełniona nie pierzem, lecz ołowiem.
Spróbowała się podnieść, ale wszystkie mięśnie zawyły, jakby w ich
włókna powbijano drobinki szkła. Wkrótce zdała sobie jednak sprawę, że
nie tylko mięśnie stanowią problem. Jej ramiona znajdowały się w jakiejś
dziwacznej pozycji. Ostrożnie przekręciła głowę i dostrzegła grube węzły
liny, którą przywiązano ją do oparcia łóżka. Kopnęła kilka razy,
odrzucając koce. Jej nogi również oplatał sznur.
Cała ona. Całe jej życie. Najpierw o mało co nie zabiła jej śnieżyca w maju, a teraz znalazła się w środku niczego, na łasce jakiegoś zboczeńca
z tabletką gwałtu na podorędziu.
3.
Wołali na niego Włochaty tak długo, że już niemal zapomniał, jak
naprawdę ma na imię. Trafił w góry przed wieloma, wieloma laty. Gdyby
się skupił, pewnie udałoby mu się policzyć, kiedy to było. Ale po co?
Upływ czasu był czymś, co przestało go interesować. Właściwie cały świat
zewnętrzny mógłby przestać dla niego istnieć. Czasami, kiedy schodził na
dół, do wsi, do sklepu, do knajpy, widział w telewizorze obrazki. Jakieś
rządy się zmieniały, jakieś wojny wybuchały, ktoś umierał, ktoś się
rodził, jakie to miało znaczenie, skoro wszystko w sumie zostawało takie
samo?
Uciekł od tamtego życia w poszukiwaniu prostych prawd i zasad. Przez
kilka miesięcy włóczył się po górach, przekraczając granicę w jedną i drugą stronę, aż pewnego dnia, późną jesienią, trafił na tę chatę, od
dawna opuszczone gospodarstwo. Wprowadził się tam bez wielkiego
zastanowienia. Pierwsza zima była cholernie trudna. Ściany były tak
dziurawe, że wiatr hulał po pokojach jak po górskich halach. Włochaty
dwa razy prawie zamarzł, zanim udało mu się uszczelnić największe
dziury. Przeczyścił komin, zaczął palić w piecu i zdobył cieplejsze
ubrania. Ludzie z okolicy patrzyli na niego podejrzliwie, ale ponieważ
nikomu nie robił kłopotu, szybko się do niego przyzwyczaili. Kiedy
potrzebował pieniędzy, najmował się do pracy w okolicznych
gospodarstwach lub u leśników. Potrafił harować, był spokojny, prawie
nie pił, a przede wszystkim - nie kłócił się o pieniądze, więc nie
narzekał na brak roboty. Latem zbierał jagody i inne leśne owoce,
jesienią grzyby. Wodę brał ze studni. Przez cały rok zastawiał sidła i wnyki. Łapały się w nie zające, sarny, lisy, a kilka razy nawet dziki.
Wystarczyło. Parę lat temu kupił starą strzelbę od siwowłosego dziada,
który nie miał już sił, żeby ją podnieść. Włochaty kilka razy wybrał się
na polowanie, ale wkrótce sobie odpuścił. Broń ciążyła na ramieniu,
zdawała się go zawłaszczać, odgradzać od lasu. Nie podobało mu się to.
Strzelbę jednak zatrzymał. Nie miał żadnych przyjaciół, ale też żadnych
nie potrzebował. Przygarnął tylko psa, typowego wiejskiego kundla, który
miał trafić w worze do jeziora.
Kobieta wyłoniła się z majowej śnieżycy, wielkiej i srogiej, jakby to
był środek zimy. Ale Włochaty widział już takie załamania pogody w górach. Przychodziło gwałtowne ochłodzenie, trwało dzień lub dwa, potem
wiosna wracała. Nie wiedział, skąd Kaśka się tutaj wzięła. Jego chata
znajdowała się z dala od wszelkich szlaków turystycznych. Dziewczyna
musiała z jakiegoś zejść, żeby się tutaj dostać. Ale na turystkę też nie
wyglądała. Kiepskie buty, zwykłe adidasy, dżinsowe spodnie, bawełniana
bluza z kapturem, niezbyt ciepła. Żadnej czapki, żadnych rękawiczek,
szalika. Nawet porządnej kurtki nie miała.
Zaprowadził ją do domu. Była blada jak trup. Tak samo blady był Oskar,
kiedy zaćpał się na śmierć jeszcze w latach osiemdziesiątych. Włochaty
pamiętał jego białą twarz i strzykawkę leżącą tuż obok rozwartej dłoni
na brudnej podłodze meliny. Właściwie to widział ją każdej nocy.
Dręczyła go w snach.
Usadził kobietę na krześle. Przygotował jej napar z polnych ziół, do
którego dolał wódki, żeby ją rozgrzać. Nie było tego dużo, ale tyle
wystarczyło, żeby odpłynęła. Zaniósł ją do łóżka. Zdjął przemoczone
ubranie. Nasmarował jej ciało spirytusem, a potem przykrył kocami i kołdrą.
Przyniósł z dworu jej plecak, przemoczony jak reszta rzeczy, ale
porządny. Położył go na stole. Przez chwilę mu się przeglądał, z kubkiem
naparu w dłoniach, wreszcie otworzył. Zaczął wyjmować zawartość. Już
pierwsza rzecz go zdziwiła. Kurtka. Żadna turystyczna, ale porządna.
Dlaczego jej nie założyła? Dlaczego przedzierała się przez śnieżycę w samej bluzie? Zaraz pod nią telefon komórkowy. Przesunął palcem po
ekranie. Nie potrafił zdjąć blokady, ale dostrzegł zdjęcie, które
ustawiono jako tapetę. Mężczyzna, blondyn o pociągłej twarzy i starannie
wymodelowanych włosach. Ramieniem obejmował kobietę, w niczym
nieprzypominającą jednak Kaśki. Włochaty podszedł do łóżka. Przystawił
telefon do twarzy kobiety i raz jeszcze wyświetlił zdjęcie. Były w podobnym wieku, ale nic poza tym.
Wrócił do plecaka, by dalej w nim grzebać. Kolejnym przedmiotem, jaki
wyciągnął, był portfel. Otworzył go. W środku znalazł prawo jazdy, dowód
osobisty, trochę pieniędzy. Kobieta na zdjęciu w dokumentach była tą z fotografii w telefonie. Nazywała się Aneta.
Dlaczego nieznajoma miała przy sobie telefon i portfel innej kobiety?
Wziął kurtkę, do tej pory zwiniętą w kulę. Rozprostował ją. Potrząsnął.
Na podłogę wypadł kolejny portfel. Włochaty odrzucił kurtkę i kucnął.
Ten sam zestaw. Dokumenty i trochę pieniędzy. Tym razem zdjęcie w dowodzie przedstawiało Kaśkę. Ale widniało przy nim inne imię - Sylwia.
Dlaczego go okłamała?
Wyprostował się. Popatrzył na kurtkę. Jego wzrok po raz pierwszy
zatrzymał się na wielkiej krwawej plamie na samym jej środku.
4.
Przyniósł z warsztatu kawał sznura. Związał kobiecie ręce i nogi. Na
wszelki wypadek, gdyby obudziła się pod jego nieobecność. Wyciągnął swój
stary, znoszony plecak. Spakował do niego kilka kanapek, termos z naparem, latarkę. Ubrał się ciepło. Odpiął psa.
Razem wyszli na drogę. Śnieg przestał już padać, temperatura mocno
spadła. Biała pokrywa ciągle się utrzymywała. W głowie Włochatego
wyświetlała się mapa okolicy. Wszystkie górskie drogi, ścieżki i ścieżynki. Miejsca, gdzie zastawił wnyki. Zastanawiał się, skąd mogła
przyjść kobieta. Postanowił ruszyć w górę, w stronę wejścia na szlak.
Pies szedł spokojnie u jego boku. Włochaty nie kłopotał się nadawaniem
mu imienia. Zwierzę na moment przystanęło, żeby wysikać się na śnieg, a Włochaty wykorzystał ten moment na zapalenie papierosa.
Wędrówka była nieprzyjemna, ale niespecjalnie męcząca. Całymi dniami
potrafił włóczyć się po okolicy, jeśli była taka potrzeba.
Postój zrobił po ponad godzinie. Usiadł na obalonym drzewie. Wypił
trochę ziołowego naparu. Wyciągnął kanapkę. Zjadł jedną połowę, drugą
dał psu.
Gdy dotarł do szlaku, zapadła już noc. Zastanawiał się, co dalej. Uznał,
że kobieta schodziła ze szczytu. Zaskoczyła ją śnieżyca, więc
postanowiła pójść skrótem. Po drodze zabłądziła. Gdyby dopiero wchodziła
na szczyt, to w analogicznej sytuacji powinna była po prostu zawrócić.
Poszedł więc w górę.
Przeszli już około kilometra szlakiem, gdy nagle pies zaczął gorączkowo
szczekać. Wyraźnie chciał iść w dół zbocza, stromą doliną wyrzeźbioną
przez przepływający nieopodal strumyczek, ale zatrzymał się po kilku
krokach. Mężczyzna, przyświecając sobie latarką, schodził, ostrożnie
stawiając kroki. Było ślisko. Ziemia raz po raz obsuwała mu się spod
nóg, kamienie i stwardniałe grudy śniegu wpadały do strumienia. Pies
podążał za nim, powarkując cicho.
Włochaty szukał czegoś, co mogło wywołać niepokój psa. Znalazł to
kilkanaście metrów dalej. Spory kształt, nieudolnie przykryty
chaotycznie ułożonymi gałęziami świerków. Podszedł tam, odgarnął gałęzie
i w świetle latarki ujrzał zwłoki.
Kobieta miała rozbitą czaszkę, a jej twarz była twarzą dziewczyny ze
zdjęcia w telefonie.
5.
A może to wszystko to był tak naprawdę szczęśliwy zbieg okoliczności,
pomyślała niespodziewanie Sylwia. W sumie łatwo będzie sprzedać
wszystkim historyjkę o tym, jak na szlaku napadł je jakiś zboczeniec.
Anetę zabił, ją zaprowadził pod przymusem do domu, a potem wykorzystał.
Chryste, przez cały czas martwiła się, co będzie, jeśli zostanie
złapana, a tu nagle wszystko się tak pięknie układa. Bo decyzja o zabiciu Anety była dość spontaniczna. To znaczy: w pewnym sensie. Bo
faktycznie włamała się na jej konto facebookowe. Z prywatnych wiadomości
do koleżanki dowiedziała się, że skoro Michał jedzie w delegację za
granicę, to Aneta wyskoczy na weekend w góry, żeby pooddychać świeżym
powietrzem. Pojechała więc za nią, ale nie miała sprecyzowanego planu.
Do tego wszystko się od razu posypało. Straciła ją z oczu już na dworcu.
Niby znała planowaną trasę Anety, poszła więc po prostu w góry. Po
wielogodzinnej, męczącej wędrówce była padnięta, miała gigantyczne
odciski na stopach, a Anety nawet nie spotkała! Pogodziła się już z myślą, że wróci do domu z niczym. I przez kolejne tygodnie będzie
musiała wysłuchiwać opowieści Michała, że on by z nią zawsze i wszędzie,
ale ma żonę i nie może, bo ta żona ma pieniądze i w ogóle rozwód tyle
kosztuje, a poza tym kredyt. Sylwia nie do końca rozumiała, skąd te
problemy. Ona kochała jego, on kochał ją. Tyle razy to powtarzał. Jakoś
by sobie poradzili. Rozumiała za to jedno - gdyby nie było Anety, nie
byłoby problemu.
Spotkała ją na szlaku, kiedy się już właściwie poddała. Tamta po prostu
nagle się pojawiła, też schodziła w kierunku miasteczka. Sylwia ją
dogoniła. Przez chwilę szły właściwie krok w krok. Zamieniły nawet kilka
słów, ale Aneta wyraźnie czuła się nieswojo. Jakby czegoś się domyśliła.
I to mimo że nic o Sylwii nie wiedziała. Michał bardzo się starał
utrzymać ich związek w tajemnicy. To bolało, bo byłoby naprawdę fajnie,
gdyby mogli komuś o sobie powiedzieć. Komukolwiek. Albo wyjść na wspólny
lunch. Nawet bez dotykania i pocałunków. Po prostu zjeść razem posiłek.
Tego też jej odmawiał. Spotykali się tylko u niej w mieszkaniu albo w pokojach hotelowych. Ale żona i tak coś przeczuwała. Kobiety mają ten
szósty zmysł.
W pewnym momencie Aneta się zatrzymała. Przy strumieniu. Nachyliła się,
żeby napić się wody. Chyba miała nadzieję, że pozbędzie się w ten sposób
Sylwii, która sobie wtedy pójdzie dalej, i będzie mogła kontynuować
swoją samotną wędrówkę. Ale Sylwia wyczuła swoją szansę. Jeśli nie
teraz, to kiedy? Podniosła więc leżący nieopodal kamień i w momencie,
kiedy Aneta nabierała wody w złączone dłonie, rąbnęła ją z całej siły w głowę.
Potem zwlokła ciało ze szlaku. Ukryła je razem z plecakiem Anety w niewielkiej dolince strumienia. Przykryła gałęziami świerku, żeby nie
było widać z drogi. Zmachała się przy tym straszliwie. Była cała
spocona. Zabrała portfel i komórkę ofiary, żeby utrudnić identyfikację
ciała. Popełniła tylko jeden błąd. Robiła to wszystko w kurtce, która
była teraz cała poplamiona krwią. Sylwia ściągnęła ją więc, zwinęła w kłębek i schowała do plecaka. Planowała wyrzucić ją gdzieś po drodze
razem z portfelem i komórką.
A potem zaczął padać śnieg i wszystko się posypało.
Teraz przyszedł czas na kolejną zmianę planu. Wrobi w to wszystko tego
dziwaka, który ją uwięził. Podrzuci mu telefon i portfel Anety. Opowie
policji przekonującą historyjkę. Wyjdzie przy tym na bohaterkę, która
uciekła groźnemu zboczeńcowi. Tylko najpierw musi się uwolnić. No i wymyślić, co powie Michałowi. Jak wytłumaczy mu, że znalazła się na
szlaku razem z Anetą. Ale uznała, że coś wykombinuje. Jest przecież
sprytna. Da sobie radę.
Na szczęście ten wariat nie przywiązał jej nóg do łóżka. Dzięki temu
dała radę się podciągnąć i lekko podnieść. Zaczęła kręcić głową, wyginać
szyję na różne sposoby, aż wreszcie dosięgnęła celu i zacisnęła zęby na
krępującym ją sznurze. Smakował kurzem i brudem tak intensywnie, że
zebrało się jej na wymioty. Stłumiła jednak ten odruch i dalej gryzła
linę. Kawałki sznura wchodziły jej w usta, drażniły dziąsła. Wkrótce
zaczęły boleć ją szczęki, a na języku poczuła lepki, nieprzyjemny smak
własnej krwi. Przerywała co kilka minut, odpluwała i wracała do pracy.
Co kilkanaście minut szarpała rękoma, próbując rozerwać sznur. Udało się
dopiero wtedy, kiedy właściwie nie czuła już nic oprócz przeraźliwego
bólu w szczękach i kiedy ruszały się jej chyba wszystkie zęby. Ale lina
w końcu pękła, a ona była wolna.
Oswobodziła nogi. Zrzuciła z przegubów resztki sznura i wstała z łóżka.
Podeszła do drzwi. Przez długi moment stała cicho, upewniając się, że
dom jest pusty. Potem przeszła do drugiego pomieszczenia. Było tam
trochę cieplej niż u niej, ale ogień w piecu ledwie się tlił. Dorzuciła
kilka drew. Nie znalazła żadnego zlewu, tylko dzban z wodą. Przepłukała
usta, pozbywając się paskudnego smaku sznura.
Początkowo planowała po prostu zabrać swoje rzeczy i uciekać. Znajdzie
najbliższy posterunek policji, o wszystkim opowie, a oni przyjadą tutaj
i aresztują człowieka, który ją uwięził. Teraz jednak pomyślała, że
działając w ten sposób, może dużo skomplikować. Facet będzie miał swoją
opowiastkę, niekoniecznie pasującą do jej narracji. Policja zacznie w tym grzebać i nie wiadomo czego się dokopie. Lepiej nie ryzykować.
Wszystko byłoby dużo łatwiejsze, gdyby ten dupek nie żył. W ten sposób
ona stałaby się jeszcze większą bohaterką. Samotnie stawiła czoło
groźnemu psychopacie, który zabił już jedną kobietę.
To dobry pomysł, uznała. Żeby go zrealizować, potrzebowała broni.
Zaczęła przeszukiwać chatkę. Znalazła młotek, obcęgi, inne narzędzia,
ale nie czuła się z nimi wystarczająco pewnie. Potem w jej ręce wpadły
noże. Przez chwilę się nad nimi zastanawiała, lecz nie do końca ją
przekonały. Ostre i porządne, ale facet był wielki. Miał dłuższe ramiona
od niej. Nie była pewna, czy uda się go zabić od razu, a jeśli będą
walczyć, to różnie może się to skończyć. Szukała więc dalej. I znalazła.
W skrzyni pod oknem. Zawinięta w szmatę leżała tam strzelba. A obok
pudełko z nabojami. Sylwia nie wiedziała jednak, jak użyć broni.
Obracała ją w dłoniach, w końcu odłożyła na bok i wróciła do noży. Ale
strzelba kusiła. Mocno kusiła.
Na krześle przy stole leżał jej plecak. W bocznej kieszeni odnalazła
swój telefon. Odblokowała, sprawdziła, czy ma zasięg. Miał. Jedną
kreskę, ale zawsze. Połączyła się z internetem. Odpaliła YouTube'a i wpisała w wyszukiwarkę: "how to use shotgun".
6.
Wracał do domu roztrzęsiony i przerażony. Nie wiedział, co robić, jak
postąpić. Tłukło mu się po głowie, że powinien zawiadomić policję. Ale
bał się tego. Przez całe życie ich unikał. Tak jak wówczas, gdy zaćpał
się Oskar. Wyszedł wtedy. Po prostu. Nikogo nie zawiadomił, żadnej
policji, żadnego pogotowia. I tak by zresztą Oskara nie uratowali. Ale
Włochaty nawet do jego dziewczyny nie zadzwonił. Nawet do matki. Przez
całe życie go to gryzło. Po prostu uciekł. Wypisał się z tego świata i tyle. Jasne, po drodze nie było łatwo. Zaliczył jeden "turnus" w Monarze. Potem kolejny, w innym mieście. Ale w końcu go wyczyścili, a on
trafił w te góry. Co teraz? Próbował sobie wszystko ułożyć w głowie.
Znalazł na szlaku martwą kobietę, a morderczyni była teraz u niego w domu. Zawiadomi policję - i co dalej? Będą pytać. Będą go przesłuchiwać,
roztrząsać wszystko. Przestraszył się nagle, że zaczną dociekać, skąd
się tu wziął, co robi, z czego żyje. Może nawet każą mu się wynieść z chałupy. A on lubił swoje życie. Swoją chatę. Swojego psa. Ciszę wokół.
Odnalazł tu spokój. I nagle już wiedział, co zrobi: wróci do domu,
uwolni tę kobietę. Nakarmi, jeśli będzie trzeba. Wskaże drogę do
najbliższego przystanku PKS i będzie się modlił, żeby nigdy nie zobaczyć
jej ponownie.
Ta martwa kobieta to nie była jego sprawa. To nie było jego życie.
Przyśpieszył kroku.
Wrócił kilka godzin po zmroku. Przywiązał psa do budy. Podszedł do
chałupy. Kiedy tylko otworzył drzwi, natychmiast poczuł, że coś jest nie
tak. Rzeczy były porozrzucane. Inaczej ustawione. Niepokój chwycił jego
wnętrzności i ścisnął mocno, jakby chciał mu wyrwać flaki z brzucha.
A potem ujrzał wymierzone w siebie stalowe oczy strzelby i usłyszał huk.
7.
Uciekł!
Nie wiedziała, jak mogło do tego dojść. Stał przecież naprzeciwko niej,
wyraźnie widziała jego sylwetkę. Twarz była ukryta w cieniu. Nie miała
pewności, czy to na sto procent on. Zawahała się na ułamek sekundy, nie
więcej. Tyle wystarczyło. Żałowała. Trzeba było nacisnąć spust, kiedy
tylko się pojawił.
Teraz go goniła. Nie było to trudne. Mimo ciemności wyraźnie widziała na
śniegu jego ślady. Obok głębokich zagłębień rozlewały się ciemne,
nierówne plamy. A więc jednak go postrzeliła!
Popędziła dalej. Zwolniła, kiedy zagłębiła się w las. Facet był ranny,
ale nie miała pewności, jak bardzo. Czy stanowi zagrożenie, czy nie.
Obawiała się zasadzki. Nie mogła teraz tego zawalić.
Szła szybko, ale ostrożnie. Z palcem wciąż na spuście strzelby,
rozglądając się na boki, unikając nisko zwieszających się gałęzi.
Nagle go zauważyła. Siedział na ziemi, plecami oparty o pień drzewa.
Dyszał ciężko, głowę miał spuszczoną. Spojrzenie wbijał w dłoń, którą
przyciskał do prawej strony brzucha. Nie była nawet pewna, czy zauważył
jej obecność.
Sylwia uśmiechnęła się pod nosem, a potem wbrew sobie zachichotała.
Mężczyzna nie zareagował. Przez chwilę miała nadzieję, że nie żyje. Ale
nie. Powoli podniósł wzrok. Chyba na nią spojrzał. Otworzył usta, jakby
chciał coś powiedzieć, ale potem głowa znowu opadła mu na pierś.
Odetchnęła z ulgą. Raz jeszcze się uśmiechnęła i nagle zrobiło się jej
niezwykle lekko na duszy. Teraz już wszystko będzie dobrze. Zabije tego
cholernego zboczucha, który macał ją, kiedy nie miała szans się obronić.
Dobrze mu tak. Nie wiadomo, ile kobiet wcześniej skrzywdził. Jeśli
będzie miała szczęście, to w jego piwnicy policja znajdzie kilka
szkieletów zaginionych turystek. Będzie sławna! Zwali na niego zabójstwo
Anety. Tej dziwki już nie będzie, więc Michał się jej oświadczy! To
znaczy, najpierw pogrzeb i żałoba, ale wytrzyma te dwa, trzy miesiące.
Potem oświadczyny i ślub. Urodzi mu dwójkę dzieci i będą żyć długo i szczęśliwie.
Trzeba tylko dobić tego zboczonego skurwiela.
Zrobiła krok w jego kierunku.
Usłyszała szczęk żelaza i nagle coś z niewiarygodną siłą zacisnęło się
na jej nodze. Niesamowity ból płomieniem ogarnął całe jej ciało.
Trzasnęły paskudnie łamane kości.
Krzyknęła. Padła na ziemię. Strzelba wymsknęła jej się z dłoni.
Huk.
8.
Potrzaski.
Sam je zakładał. Dokładnie wiedział, gdzie są. A ten był największy ze
wszystkich, na dziki. Ogromna stalowa bestia ze spiczastymi zębami,
które sam naostrzył tak, że bez trudu przecinały nawet najgrubszą skórę.
Włochaty siedział pod drzewem. Bolało go wszystko jak cholera. Ciepła
krew płynęła spomiędzy palców. Patrzył spod półprzymkniętych powiek na
leżącą kobietę. Jedna jej noga tkwiła w pułapce. Podczas upadku strzelba
wyleciała jej z rąk i wypaliła. Drobiny śrutu wyrwały jej kawał mięsa z ramienia. Przypominało teraz krwawą miazgę.
Kobieta wyszeptała coś, czego nie usłyszał. Widział tylko, jak poruszają
się jej usta. Może prosiła o pomoc. Ale pomoc nie nadejdzie. We wsi
pewnie usłyszeli wystrzały, jednak nikt się nimi nie zainteresuje. Tutaj
co najmniej połowa mieszkańców kłusowała. Huki po nocy nikogo już nie
dziwiły. Ludzie zamykali tylko drzwi do domów i upewniali się, że
wszyscy domownicy są w środku.
Pomyślał, że może i udałoby mu się dotrzeć do chałupy. Był osłabiony,
ale gdyby się postarał, zacisnął zęby, mógłby dać radę.
Tylko po co?
Przypomniał sobie tamten dzień, kiedy przyćpali z Oskarem. Siedzieli
naprzeciwko siebie, kompot zaczynał krążyć w ich żyłach i odlatywali. A właściwie jedynie on odlatywał, bo siedzący naprzeciwko Oskar umierał.
Włochaty tylko patrzył i nie robił nic, podczas gdy z kumpla ulatywało
życie.
Teraz było tak samo. On i ta kobieta. Naprzeciwko siebie. Umierający.
Właściwie to nic nie czuł. Tylko senność. Wiedział, że noc będzie zimna.
Jeśli tylko zamknie oczy, nigdy więcej się nie obudzi.
Kobieta jęknęła cicho, jakby płakała.
Uśmiechnął się do niej. Chciał ją pocieszyć. Powiedzieć, żeby się nie
przejmowała. Żeby się nie bała. Że podobno to nie boli. Otworzył usta,
ale nie był w stanie wydobyć z siebie głosu.
Proste życie. Prosta śmierć. Zawsze tylko tego chciał, pomyślał, i znalazł w tym dużo pociechy.
Zamknął oczy.
Ostatnią rzeczą, jaką usłyszał, był jęk kobiety.
Ostatnią myślą było to, że psa szkoda. Nie będzie się miał nim kto
zająć.
Smutek był ostatnią rzeczą, którą poczuł.
Ryszard Ćwirlej. Nim wstanie dzień
Ryszard Ćwirlej
Nim wstanie dzień
Poznań,Niedziela, 31 grudnia 1967 rokuGodzina 17.30
- Jak wygląda ta marynarka? - zapytał milicjant.
- No jak to jak? Zwyczajnie jak frak - odpowiedział dyrygent i kierownik
orkiestry tanecznej Copa Havana Band, Jan Sućko, który wyglądał na
zrozpaczonego albo nawet załamanego.
- Aha - sierżant podrapał się po skroni. - Czyli że niby to jak?
- Coś pan, fraka nie widział? Panie, trzeba szukać i łapać złodzieja, bo
to jest niebywały skandal, a pan się wypytujesz, jak on wyglądał. To
jest najlepsza robota krawca, towarzysza Jewtuszenki z Leningradu, był
obstalowany w stolicy światowej rewolucji na specjalne zamówienia
PAGART-u, specjalnie dla mnie.
Milicjant spojrzał na dyrygenta Sućkę, zmrużył oczy i groźnie zmarszczył
brwi.
- A co wy, obywatelu, się tu mądrujecie? Chcecie odzyskać swoją zgubę,
to nie pierdolcie mi tu głupot, ale odpowiadajcie na pytania zadane, bo
odpowiedzi trzeba prencynzyjnie wpisać do notesa, tak jak nakazuje
regulamin służby - pouczył muzyka, żeby ten od razu wiedział, że z milicjantem nie ma żartów i dlatego musi mu wszystko wyjaśnić dokładnie
i po kolei. A regulamin zawsze dobrze działał na takich pyskaczy, bo w tym kraju wszyscy wiedzieli, że przepisy to podstawa i nie wolno ich
łamać, ale można i trzeba je naginać albo obchodzić. Zresztą sierżant
Teofil Olkiewicz z komisariatu Stare Miasto nie miał pojęcia, co w tym
regulaminie było zapisane, bo jako człowiek czynu nie zaprzątał sobie
głowy przepisami, choć musiał często podpierać się ich autorytetem.
Nawet jeśliby chciał przestudiować jakiś regulamin, nie miałby na to
najmniejszej szansy, bo w biurze, które zajmował wraz z czterema innymi
sierżantami, nie było takiego dokumentu od dawna. A właściwie od czasu,
kiedy on, sierżant Teofil Olkiewicz, zaczynał tu swoją służbę w Milicji
Obywatelskiej. Wtedy, w 1964 roku, w tym jego pokoju pracował od trzech
miesięcy kapral Kryspin Obrębski, i to on wprowadził Olkiewicza we
wszystkie sprawy najważniejsze dla młodego milicjanta.
- Tu jest szafa na akta - wyjaśnił, wskazując solidny przedwojenny
mebel, który mógł być kiedyś szafą bieliźnianą, a w milicji awansował na
wyższy stopień, stając się meblem biurowym. Obrębski przekręcił klucz i otworzył jedno skrzydło. Zaciekawiony Teofil zajrzał do środka.
- Ale tu żadnych akt nie ma - stwierdził zdziwiony, bo półki były puste.
Na jednej stały za to cztery musztardówki i puszka na herbatę Ulung.
- Bo nam żadnych akt nie dają - stwierdził Obrębski, sięgając po dwie
szklanki. Postawił je na biurku, a potem otworzył jedną z szuflad i wyciągnął z niej butelkę czystej z czerwoną kartką. Nie zapytał Teofila,
czy ma ochotę się napić. Przyjął to raczej za pewnik. Polał wódkę i wskazał musztardówkę nowemu koledze.
- Najpierw musimy się napić, żebyśmy mogli przejść na ty, bo se chyba
panować nie będziemy.
- Jak najbardziej. Jestem Teofil.
- Kryspin - stuknęli się szklankami i wypili. Wódka była ciepła i niezbyt dobra, ale żadnemu z nich to nie przeszkadzało. W końcu nie
można narzekać w chwili, gdy rodzi się prawdziwa męska przyjaźń.
- A czemu nam nie dają akt? Znaczy się wam - zapytał Olkiewicz, który
myślał, że teraz jako zawodowy milicjant będzie musiał przez cały czas
pracować z jakimiś papierami, i to go trochę przerażało, bo nie należał
do miłośników czytania i pisania.
- Żeby się nie zgubiły - wyjaśnił Obrębski. - Akta są ważne, bo są w nich sprawy urzędowe. Dlatego muszą się nimi zajmować oficerowie. A my,
znaczy się podoficerowie, jesteśmy od roboty na ulicach. Tak mówi
regulamin.
- Jaki regulamin?
- Milicyjny. Był tu kiedyś w szafie ten regulamin, ale już dawno, jak
jego nie wiedziałem. Tylko powiadał mi jeden kolega, co tu dawniej
pracował, że był, ale nikt nie wie, gdzie może być. Może na rozpałkę
poszedł - wskazał na stojący w rogu pokoju stary kaflowy piec. - Bo
przecież i tak nie był do niczego potrzebny, nie? Bo my tu w milicji
regulamin mamy w małym palcu, ha, ha!
Tak więc Teofil Olkiewicz miał regulamin w małym palcu, dlatego
wiedział, jak się powinien zachować w sytuacji, gdy ktoś mu zgłasza
kradzież. A ta była poważna jak żadna inna, bo o ile kradzieże
garniturów zdarzały się dość często, o tyle fraków raczej rzadko.
- Oczywista, że widziałem fraka - stwierdził Olkiewicz, który właśnie
sobie przypomniał, że w cyrku występował taki gość, co zapowiadał
występy artystów, i on miał na sobie coś, co jego tata nazwał frakiem.
- To jest frak - stary Olkiewicz pokazał zapowiadacza palcem.
- Co? - nie zrozumiał mały Olkiewicz, którego ojciec zabrał na występ
cyrkowy z tresurą zwierząt i występami klaunów.
- Taka marynarka, co ma z tyłu takie długie coś jak dwa ogony od
pingwina. Widzisz, jak mu tam śmiesznie dyndają?
- Widzę. A co to jest pingwina?
- W domu ci pokażę pingwina, bo jest w jednej książce na obrazku.
Zobaczysz, że wygląda, jakby miał frak na sobie, he, he! - stwierdził
Anastazy Olkiewicz, ale nie pokazał niczego swojemu synowi, bo po
wieczornej cyrkowej atrakcji Teoś natychmiast poszedł spać, a następnego
dnia akurat zaczęła się wojna i nie było czasu na pingwiny. Pingwina
zobaczył dopiero po wojnie w jakiejś gazecie, a w końcu na żywo w poznańskim zoo. Więc dzięki temu wiedział już, jak wygląda frak. A mając
taką specjalistyczną wiedzę, mógł rozpocząć poszukiwania. Najpierw
jednak zgodnie z regulaminem musiał spisać wszystkie okoliczności.
- No to jak było obywatelu Sućko z tym frakiem? Tylko mówcie całą
prawdę.
- Najprawdziwsza prawda jest taka, że wszedłem do garderoby, żeby
sprawdzić jeszcze frak, wie pan, odprasować albo odczyścić, jakby gdzie
był brudny, bo dziś gramy bardzo ważny koncert, jak pan milicjant wie,
jest to koncert sylwestrowo-noworoczny z muzyką taneczną dla dwustu
osób, które w naszym lokalu Moulin Rouge będą spędzać tę noc. I dlatego
chciałem się przygotować, bo jako dyrygent nie mogę wystąpić przecież w stroju codziennym, czyli w marynarce.
- Aha. A niby czemu? - zdziwił się Olkiewicz, któremu wydawało się, że
marynarka to prawdziwy szczyt elegancji. W domu miał jedną i zakładał ją
na szczególne okazje jak wesela czy pogrzeby. Więc czemu niby ten tu
Sućko nie mógłby wystąpić w marynarce?
- Bo ludzie oczekują, że zarówno dyrygent, jak i cała orkiestra ubrani
będą elegancko, a nie jak jacyś szuszwole.
No i z tym argumentem musiał się zgodzić. Muzycy to przecież byli ludzie
kulturalni i nie mogli występować w strojach robotniczych. Choć dobrze
by było, jakby występowali w mundurach, najlepiej strażackich, bo
występy strażaków podobały się Teofilowi bardzo i zawsze. Gdy orkiestra
taka grała w parku Sołackim w letnie niedzielne popołudnie, starał się
właśnie tam iść na piwo, żeby przy okazji odrobinę kultury wraz z piwem
przyjąć.
- I co z tym frakiem? - wrócił do tematu, bo szkoda mu było czasu na te
przesłuchiwania. Trzeba było przecież iść do domu, bo to w końcu
sylwester, a nie zajmować się pierdołami.
- No i właśnie go nie było, jak przyszedłem. A w powietrzu czułem jakby
spaleniznę.
- Ktoś go ukradł - domyślił się milicjant.
- Wszystko na to wskazuje.
- A kto to mógł zrobić? - Teofil zadał podchwytliwe pytanie, ale
dyrygent od razu podsunął mu trop.
- Jak to kto? Jakiś złodziej. A ta spalenizna, może to jakaś czarcia
sztuczka?
- Diabłów dawno już nie ma na świecie. Mówili nam o tym na kursach na
temat materializmu dialektycznego. A diabły to zabobon i jak cała
religia opium dla mas, jak powiadał Lenin. To znaczy się, trzeba szukać
złodzieja. A kto jeszcze występuje we frakach dzisiaj? - Olkiewicz dalej
drążył temat w poszukiwaniu wskazówek, które mogłyby go naprowadzić na
właściwy trop.
- Wiadomo, że jakiś inny muzyk. Bo kto by inny miał we fraku występować?
No chyba że jakiś ambasador.
Milicjant wzruszył ramionami. Nie znał niestety żadnego ambasadora. A nawet jakby znał, to ambasadorzy raczej nie kradną fraków, tylko jak
już, to mają swoje przydziałowe, znaczy ambasadorskie. Śledztwo więc
zapowiadało się jako niezwykle skomplikowane. No ale to dopiero po
sylwestrze, bo dziś na takie frakowe złodziejstwo nic przecież nie mógł
zaradzić.
- To się pan dziś musisz przebrać teraz za dyrygenta w zwykłej
marynarce, bo milicja to nie Kościół rzymskokatolicki i cudów, póki co,
robić nie potrafi.
Godzina 18.20
- Po cholerę tak wymyślać? Nie lepiej by było zwykłe schabowe zrobić? -
kucharka Florczakowa nienawidziła kotletów de volaille, bo trzeba było
je starannie formować i jeszcze na dodatek faszerować masłem. To masło
to był jedyny plus, jaki dostrzegała w robieniu tych kotletów, bo
zgodnie z normą gastronomiczną trzeba było do środka włożyć aż jedną
ósmą kostki masła i na tej jednej ósmej zawinąć mięso. Ale kucharki z Moulin Rouge już dawno wpadły na to, że wystarczy włożyć połowę jednej
ósmej, zaoszczędzając drugą połowę. I w ten sposób na jednej kostce
dawało się uformować szesnaście kotletów. A na każdej szesnastce
zaoszczędzić jedną kostkę, którą zabierało się do domu, bo przecież tak
naprawdę wcale jej nie było, ponieważ teoretycznie była w kotletach. Po
imprezie takiej jak ta dzisiejsza wszystkie kucharki wrócą do domu z dwiema kostkami masła każda. I to był ten jasny punkt w robocie, ale
zawijanie kotletów było niestety mordęgą.
- Ale jakby nie było tych dewolajów, ale zwykłe schabowe, to by nie było
po francusku - stwierdziła wielka jak szafa dwudrzwiowa Teodozja
Kolanko, najstarsza z kucharek. Pracę w gastronomii zaczynała jeszcze
przed wojną jako pomywaczka i sprzątaczka w restauracji u Dybizbańskiego, więc znała się na kuchni jak mało kto. - A tak jest
danie zagraniczne, czyli że szykowne.
- A schabowy to przecież jest też zagraniczne danie - podzieliła się
swoją wiedzą Małgosia Pietrzak, uczennica z technikum gastronomicznego,
tu w kuchni na praktykach zawodowych. W szkole prócz technologii
gotowania uczyła się też historii różnych potraw, więc do takiej
dyskusji była doskonale przygotowana przez państwowy system szkolnictwa
zawodowego.
- He, he! Jak nasz schabowy jest zagraniczny, jak on jest nasz? -
zaśmiała się chuda jak deska Arleta Muraszko, czterdziestoletnia mama
piątki wiecznie głodnych dzieciaków, które udawało się wykarmić tylko
dzięki temu, że ich matka pracowała w kuchni restauracyjnej i codziennie
przynosiła do domu wszystko to, co wynosiła po kryjomu z pracy.
- Schabowy jest jak najbardziej zagraniczny - rzuciła Kolankowa,
zawijając sprawnie kolejnego kotleta.
- A niby z jakiej zagranicy? Z NRD może? - zapytała drwiącym głosem
Florczakowa, zła, bo właśnie rozleciał się jej w rękach już uformowany
kotlet. Nie miała takiej wprawy jak Teodozja i nie miała też do tej
roboty ani odrobiny zacięcia, więc nie szło jej za dobrze, albo nawet
nie szło wcale. - Moja jedna znajoma była kiedyś w NRD i jadła tam na
obiad w takim barze na dworcu kolejowym, co się nazywał Mitropa, znaczy
w takim ichnim Warsie. No i tam jej dali takiego kotleta jak nasz, też w panierce, ino że z podłego mięsa, bo zez tłustej karkówki i do tego były
pyry, i wszystko to polane sosem. Kto to widział, żeby tak kotleta
schabowego skiepścić, żeby go z karkówki robić i jeszcze na chrupiącą
panierkę lać sos? To przecie nieludzkie jest.
- Jak sos leją na kotleta, to nic, ino czysta głupota. Ale czego się po
szwabach spodziewać? - Kolankowa nie przepadała za Niemcami, bo ci w trzydziestym dziewiątym wyrzucili ją z pracy w restauracji i na dodatek
wywieźli na roboty do bauera w Hesji.
- Zresztą ja sama widziałam, jak tam w Niemczech jedli Falscher Hase,
znaczy się fałszywego zająca, w którym nie było ani odrobiny zajęczyny,
ale jajka, pyry i cebula. To jak na zającu tak oszukiwali, to mogą i na
schabowych z karkówki.
- To, znaczy się, że oni, znaczy się Niemcy, zmałpowali od nas
schaboszczaka, ale nie do końca wiedzieli co i jak, to go zrobili z karkówki, he, he! - ucieszyła się Arleta.
Kucharka Kolanko pokręciła głową.
- My przed wojną w restouracji u Dybizmańskiego podawali takiego
schaboszczaka, że dziś to go już się nie da rady zobaczyć. Kotlet się
tam wtedy nazywał Wiener Schnitzel. Robiło się go z mocno rozbitej
cielęciny w podwójnej panierce, znaczy się najpierw umoczonego w bułce
tartej, potem dopiero w jajku rozbełtanym z mlekiem i na koniec znowu w bułce. Taki kotlet był tak duży, że zajmował cały talerz i nie było na
talerzu więcej miejsca na żadne dodatki. Dlatego na drugim talerzu
podawało się sałatkę ziemniaczaną, a nie zwykłe pyry piure jak dzisiaj.
Taka to była przedwojenna kuchnia, że daj Boże zdrowie... A Wiener, jakby
która nie wiedziała, to się tak nazywał ten sznycel, jako że on się
wywodził z Wiednia, znaczy się z Austrii.
- To znaczy się, że racja, że on z NRD - rzuciła Florczakowa. - Bo
przecie NRD to Niemcy, a oni przecie zajęli Austrię przed wojną.
- Ale ty głupoty opowiadasz - obruszyła się Teodozja. - To, kto kogo
zajął, nie ma nic wspólnego z kotletem. Nas też Niemcy zajęli wew wojnę
i co, to znaczy się, że my mamy ich fałszywego zająca podawać w restouracji? Pewnie, że nie. My mamy swój rozum i dlatego podajemy tylko
dobre polskie jedzenie, nawet jeśli się z obcych krajów wywodzi, jak
choćby te dewolaje, co my je dziś na sylwestra szykujemy, żeby ludzie
mogli się poczuć tu, jakby byli za granicą. Po to się podaje takie
jedzenie jak ten kotlet czy fasolkę po bretońsku, czy placek po
węgiersku, czy ten no... śledź po japońsku.
- Albo śledź po kaszubsku - pochwaliła się swoją wiedzą zawodową
niespełna osiemnastoletnia praktykantka Małgosia.
- No właśnie, masz rację - zgodziła się z nią stara kucharka. - Przed
wojną też się podawało śledzia po kaszubsku, japońsku i wew śmietanie
albo w oleju. A kelnerzy u Dybizmańskiego to chodzili elegancko ubrani,
jakby grali w orkiestrze.
- Czyli że jak? - zainteresowała się uczennica.
- Elegancko, znaczy się we frakach. Takich długich marynarkach...
- Wiem, jak ta, co ją nosi na występach pan dyrygent Sućko.
- A ty skąd niby wiesz, co nosi ten Sućko? - zdziwiła się Florczakowa. -
Była żeś na dancingu? Na dancing nie wpuszczają, jak kto jest
niepełnoletni.
- Nie, nie byłam... Widziałam, jak się przebierał...
- Oj, nieładnie podglądać dyrygenta! - zganiła ją Kolankowa.
- Nie podglądałam. Jakoś tak tylko zobaczyłam, jak ten frak tam wisiał
na szafie i jak go ubierał...
- No jak tam, babeczki, idzie robota? - zawołał radosnym głosem
kierownik restauracji Anatol Grzelak, który już zacierał dłonie z radości, niecierpliwości i ekscytacji. Dzisiejszy wieczór mógł być
bowiem najważniejszym wieczorem w jego życiu. Na sylwestrowym dancingu
miał bowiem się zjawić sam pierwszy sekretarz komitetu wojewódzkiego
PZPR towarzysz Wiesław Małyszka. A od tego, jak się towarzysz sekretarz
będzie bawił na dancingu, mogła zależeć cała przyszła kariera niezwykle
ambitnego kierownika Grzelaka. Dlatego przyszedł sprawdzić, jak się
sprawy mają w kuchni i czy aby na pewno wszystko dobrze się toczy na
odcinku gastronomicznym. Ale tego widoku na pewno się nie spodziewał. Bo
któż mógłby się spodziewać, że w trakcie przygotowań do najważniejszej
imprezy rozrywkowo-gastronomicznej do kuchni wkroczy Milicja
Obywatelska?
Godzina 18.45
Sierżant Teofil Olkiewicz nie zamierzał nigdzie wkraczać, bo liczył, że
dziś spotka się z sąsiadem Drążkowskim i wspólnie będą obchodzić
sylwestra przy suto zastawionym stole, z kilkoma butelkami własnej
roboty jałowcówki. Jednak sprawa kradzieży fraka okazała się pilna i,
jak powiedział jego przełożony, porucznik Wróbel, rozwojowa. Musiał więc
wrócić do Moulin Rouge. A wszystko przez to, że Teofil nieopacznie
wygadał się po powrocie na komisariat swojemu dowódcy, opowiadając mu o nietypowej kradzieży. Myślał, że Wróbel pochwali go za czujność i za
rozpoczęcie śledztwa w sprawie, ale nie przypuszczał, że każe mu to
śledztwo doprowadzić do końca jeszcze dzisiaj. No i nie mógł wiedzieć,
że sprawą zajmie się też Służba Bezpieczeństwa w osobie podporucznika
Wycieczki.
- To wy, Olkiewicz, nie rozumiecie, co tam się zdarzyło? - zapytał
porucznik Wróbel. - To jest przecież frak strategiczny.
- Tak jest. No, znaczy rozumiem!
- Co rozumiecie?
- Rozumiem, że ukradziony jest frak. To taka marynarka z dwoma ogonami.
- Ja wiem, co to jest frak!
- Tak jest. Frak to jest taka marynarka strategiczna - potwierdził na
wszelki wypadek Teofil.
- Gówno rozumiecie, Olkiewicz! Rozumiecie?
- Tak jest, obywatelu poruczniku.
- I dlatego macie szczęście, Olkiewicz, że macie takiego dowódcę jak ja,
co wam może wszystkie skomplikowane kwestie wytłumaczyć. I powiem wam,
że dzięki temu uchronię was od poważnego błędu, czyli od odłożenia
sprawy fraka na później i powrócenia do niej w jakiejś bliżej
nieokreślonej przyszłości. Bo tak zapewne zamierzaliście zrobić. Nie
mylę się?
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki